Czy grozi nam IV Rzesza? Analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Niemieckie sny o potędze

Niemcy czują się lepsi od innych. To niemieckie przekonanie doprowadziło już do strasznych rzeczy w historii. II wojna światowa, którą wywołali napadając na Polskę, zapisała się w historii ludzkości jako symbol bezprzykładnego barbarzyństwa.

Niemcy twierdzą, ze „wyciągnęli wnioski”. Dostali ciężkie baty, więc co mają mówić, ale czy budowa systemu administracyjnego, prawnego, dziennikarskiego i biznesowego z udziałem unikających kary dygnitarzy i wysokich urzędników III Rzeszy jest „wyciąganiem wniosków”? Niektóre niemieckie koncerny wspierające zbrodniczą machinę Hitlera, do dziś nawet nie zmieniły nazw.

„Mocarstwo moralne”

Na arenie międzynarodowej Niemcom wybaczono wyrost. Byli potrzebni Stanom Zjednoczonym jako państwo frontowe w dobie zimnej wojny. Uzasadnione pretensje Izraela zasypali pieniędzmi. I, co byłoby śmieszne gdyby nie było ponuro groteskowe, ogłosili się „mocarstwem moralnym”. Bez bycia jakimś „mocarstwem” by nie usiedzieli.

Szkoda czasu i miejsca żeby opisywać wszystkie „przykazania”, które od tamtego czasu usiłowali implementować z wysokości „góry” swojego poczucia „moralnej” wyższości innym narodom. Te wszystkie tęczowe bzdury i zielone dyrdymały. Dość, że prędzej czy później okazuje się, że ich implementacja za granicą ma niekoniecznie „moralne”, a jak najbardziej merkantylne lub w inny sposób interesowne, motywacje.

„Mocarstwo niemoralne”

Na przykład okazało się, że skoro Niemcy są już tym „mocarstwem moralnym”, a przypadkowo, przy okazji, również mają zupełnie niespodziewanie, ogromny wpływ na instytucje Unii Europejskiej, to oprócz mocarstwa „moralnego” całkiem poważnie planują budową mocarstwa „niemoralnego” z Władimirem Putinem. Od Lizbony do Władywostoku. Mają gdzieś tam wprawdzie rysę na samym środku, na wysokości Polski czy Ukrainy, ale to się załata takim gazowym obejściem w postaci Nord Stream 1 i Nord Stream 2 i wszystko będzie pięknie. Rosjanie będą pompować gaz, a Niemcy rozdzielać po uważaniu.

I nie było słuchania, że to wbrew solidarności europejskiej. Co tam te konusy z Europy środkowej mogą wiedzieć o wartościach europejskich, kiedy Niemcy są ich uosobieniem? – Milczeć tam, my tu z Władimirem, prawda, żeśmy ustalili, to projekt biznesowy, jest i służy celom, których zbieracze szparagów nie są w stanie pojąć! – No i sobie zbudowali.

Niemcy zaskoczeni

W ten sposób kolejny niemiecki sen o potędze doprowadził do kolejnej wojny. Ale trzeba oddać Niemcom, że poczuli się zaskoczeni. Nie tak miało być. Miał być handel i niemiecki dobrobyt, a tutaj Władimir wykorzystał okazję i przewrócił stolik mniej więcej według scenariusza przed którym ostrzegała Europa Środkowa. Mało tego, najwyraźniej zaczął Niemcy z pozycji monopolisty, szantażować – Hej Władimir, no co ty, bracie, przecież takie rzeczy można robić tylko konusom z Europy środkowej i wschodniej, a my tu jak cywilizowani ludzie, mieliśmy imperium razem budować, pamiętasz? – Cóż za „niespodziewany” zwrot akcji.

W ten sposób, jak to się mówi, „moralne mocarstwo” cnotę straciło, a (nomen omen) rubelka nie zarobiło. Zgniotło wszystkich krytyków swoich imperialnych planów, nawiasem mówiąc, przynajmniej teoretycznie – sojuszników, a jego „wielki partner biznesowy”, zostawił je jak byle „sexworkerkę” w środku ciemnego lasu i bez pieniędzy na bilet.

Polska musi

Niemcom strach zajrzał w oczy. Zima za pasem, gazu nie ma. No ale w końcu są Niemcami. Kto tu w zasięgu ręki ma gaz? O, Czesi. Czesi oddadzą bez problemu, ale to za mało. Kto jeszcze? Polska! Ta niewdzięczna Polska, która nie chciała uczestniczyć w niemieckich projektach, a jeszcze jakieś fochy stroiła, gaz sobie chomikowała. Ma pełne magazyny. Teraz musi być „solidarna”! Polska ma oddać Niemcom gaz! Bo Niemcy potrzebują i to natychmiast. Niemieccy politycy mówią już otwarcie o tym, że nie to, że „grzecznie Polskę prosimy”, tylko, że UE powinna Polsce nakazać „solidarność”, czyli zmusić.

I nikogo to nie powinno dziwić, ostatecznie Niemcy są lepsi od innych.

O pamięci, historii i solidarności pisze CEZARY KRYSZTOPA: Stracona okazja

11 lipca tego roku, oprócz tego, że był dniem, kiedy obchodziliśmy rocznicę tragicznej Krwawej Niedzieli Rzezi Wołyńskiej, wyeksponował dwie skrajne postawy wobec stosunków polsko-ukraińskich. Emocje związane z rocznicą wydarzeń, które pozostawiły wieczną bliznę na zbiorowej pamięci Polaków jednych skłoniły do „refleksji” – „Ukrainie nie warto pomagać”, a innych – „nie zawracajcie mi głowy Wołyniem, kogo to dzisiaj obchodzi”. Obydwu, przykro to mówić – niemądrych.

Mamy tuż za ścianą agresywnego sąsiada, który innych sąsiadów dzieli na tych których sobie podporządkował i na tych, których zamierza pobić, lub właśnie bije. Nie są znane przypadki traktowania przez niego kogokolwiek jako „partnera”, no chyba, że przypadkiem ma większą piąchę, lub daje mu na flaszkę.

Ten sąsiad wyraźnie i wielokrotnie komunikował nam, choćby za pomocą manewrów „Zapad” opartych na scenariuszu ataku nuklearnego na polskie miasta, że jest do nas nastawiony agresywnie i wojowniczo. Nie wspomnę nawet o jakości rusko – tuskiego śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Nie widzę powodu, żeby tych wyraźnych komunikatów nie brać poważnie i nie wyciągać z tego wniosków.

A wniosek jest z tego taki, że im słabsza Rosja tym lepiej dla Polski. Dlatego, jeśli Ukraina wykrwawia Rosję, to choćbyśmy Ukrainy zupełnie nie kochali – w interesie Polsk jest, żeby wykrwawiała jak najdłużej i osłabiła jak najbardziej. I jeśli możemy, nie uszczuplając w sposób krytyczny własnych zasobów jej w tym pomóc, chyba lepiej, że to odbywa się na wschodzie Ukrainy a nie musi się odbywać na linii Bugu?

Nie mamy prawa „zapominać”

Z drugiej strony, ci którzy sami się nie szanują, w oczywisty sposób nie są szanowani przez innych. Dlatego jako dość żałosne odbieram te próby „reform językowych”, do których nawet pytani przez mnie Ukraińcy odnosili się z pewnym zażenowaniem – te wszystkie „w Ukrainie” czy zmiana „ruskich pierogów” na „ukraińskie” bez żadnego pojęcia o tym, że w języku polskim nazwa pochodzi od województwa ruskiego, zamieszkanego przez Rusinów, czyli dzisiejszych Ukraińców. A najjaskrawszym przykładem tej dziwacznej egzaltacji jest „zapominanie o Wołyniu”.

Jakie my mamy w ogóle prawo „zapominać” o straszliwej zbrodni dokonanej rękoma Ukraińców z OUN i UPA na Polakach? Jakie mamy prawo „wybaczać” w imieniu rozerwanych dzieci? A jeśli wyprzemy się własne historii, to kto nas będzie szanował?

Fałszywy dylemat

Nie, alternatywa – albo pomoc Ukrainie, albo pamięć o Wołyniu, to fałszywy dylemat – na życie mamy wpływ. O tych którzy nie żyją, możemy już tylko pamiętać i jeśli jest taka potrzeba, domagać się prawdy historycznej na temat ich losu. Nie tylko w imię metafizycznej wspólnoty – ale również – a być może głównie dlatego, że bez pamięci o korzeniach narodu nie istniejemy jako naród. A z obecnej brutalnej wojny płynie co najmniej taka nauka, że jeśli Rosjanie mieli okazję zdziwić się oporem Ukraińców, to dlatego, że Ukraińcy czują się narodem, wspólnotą i w imię dobra tego narodu walczą.

Błąd

Wojna zbliżyła Polaków i Ukraińców. I to dobrze, bo mamy wspólnego wroga. Z jednej strony spontaniczna gościnność Polaków, z drugiej spontaniczne odruchy sprzątania polskich cmentarzy na Ukrainie, oby zaowocowały w przyszłości poprawą stosunków również na poziomie obywatelskim.

Ale najlepsza okazją do wykonania gestu, który mógłby poważnie zacząć oczyszczać atmosferę, była rocznica Krwawej Niedzieli 11 lipca. Pierwszego 11 lipca po wybuchu wojny i po tym co się przy tej okazji zdarzyło. Tak tak, wiem, wieńce, ustawy itd. Ale nie tylko ja jak głupi czekałem aż prezydent Zełenski coś powie. Potępi. Uczyni widoczny gest. No i się nie doczekałem. To oczywiście nie znaczy, że „wszystko stracone”. Warto nad tym pracować nadal. Ale niewykorzystanie takiej okazji to poważny błąd.

Za drugim razem pierwszego wrażenia zrobić się nie da.

O szansach na pieniądze z Brukseli pisze CEZARY KRYSZTOPA: Odliczanie

Być może na zawsze pozostanie tajemnicą co kierowało Mateuszem Morawieckim, kiedy na szczycie w Brukseli dwa lata temu godził się na tak zwany „mechanizm warunkowości” zwany inaczej mechanizmem „fundusze za praworządność”, czy nieco później kiedy rezygnował z polskiego weta wobec Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2021 – 2027. Dość, że można się domyślać, że autentycznie wierzył, że odniósł „sukces”, skoro w Polskę wyjechały bilbordy z hasłami o „770 miliardów złotych dla Polski”.

Analizy różnic interpretacyjnych stanowisk Polski i Unii Europejskiej wobec przyjętych „kompromisów” zostały już przeprowadzone, ja również się o nie pokusiłem i dziś w zasadzie są już praktycznie bezużyteczne, bo stan faktyczny jest taki, że w praktyce obowiązują niekorzystne dla nas interpretacje brukselskich eurokratów. Bo tak. I cóż komuś po tym, że może powiedzieć „a nie mówiłem”?

A sytuacja jest następująca. Jedyne co jest pewne w zakresie funduszy z tak zwanego Krajowego Planu Odbudowy, to to, że będziemy płacić. Podjęliśmy to zbiorowe zobowiązanie wspólnie z innymi. A czy jakieś pieniądze z KPO dostaniemy (pomijam już fakt struktury tych wypłat, które nie są paletą pieniędzy do dowolnego wykorzystania jak w spocie Tuska, tylko częściowym zwrotem kosztów tego co nam każe kupić UE)? Otóż pomimo zgiętego karku, likwidacji Izby Dyscyplinarnej (czy TSUE już orzekło o konieczności zwrotu skrzywdzonym sędziom kiełbasy i wkrętarki?) i komiczno-tragicznej historii z „kamieniami milowymi”, jedyne co w tej sprawie wiemy, to to, że komisarz Jourovej i przewodniczącej von der Leyen ten pomysł nie bardzo się podoba i dają do zrozumienia, że raczej nie.

A co, jeśli nie?

Tymczasem Mateusz Morawiecki mówił w TVP Info, że kwestia funduszy z KPO „to już jest temat sprzed miesiąca” a teraz ważna jest podpisana niedawno tzw. „Umowa Partnerstwa”, która ma dać Polsce dostęp do funduszy europejskich z perspektywy finansowej 2021-2027, pięciokrotnie wyższych niż te z KPO. Mateusz Morawiecki twierdzi, że pierwsze fundusze, z któregoś z tych programów powinny popłynąć do Polski na przełomie tego i kolejnego roku.

Być może, być może. Ale co, jeśli nie? Mechanizm warunkowości obowiązuje również w przypadku „Umowy Partnerstwa”. Nasze dotychczasowe doświadczenia z Unią Europejską uczą, że nasze wyobrażenia na temat tego co powinniśmy dostać i co nam się w zgodzie z prawem, ustaleniami i traktatami należy, nijak się mają do brukselskiego widzimisię. A co nam po tym, że po raz kolejny zostaniemy bez pieniędzy, za to z poczuciem słuszności, jak Himilsbach z angielskim?

Dlatego mam poczucie pewnego odliczania. Mateusz Morawiecki silnie się wizerunkowo z tym „sukcesem” związał. Wyznaczył sobie również termin jego realizacji. Sytuacja międzynarodowa wobec wojny na Ukrainie jest chwiejna. Nieoczekiwane triumfy Ukraińców służyły również rządzącym w Polsce, którzy na Ukrainę mocno postawili absolutnie trafiając w emocje społeczne. Teraz jednak sytuacja na froncie nie przedstawia się tak „różowo”. Jakie emocje będą dominujące w przypadku jej dalszego pogarszania? Inflacja i drożyzna, nie miejsce tu na egzegezę ich przyczyn, również nie działają na rzecz rządzących.

A co, jeśli do tego dojdzie społeczne poczucie, że w sprawach z Brukselą „cnotę straciliśmy a euraska nie zarobiliśmy”?

Nie tylko filozoficzne poszukiwania CEZAREGO KRYSZTOPY: Przestaliście już żreć?

Niejaki Filipiak Milioner oznajmił miastu i światu, że biedota powinna mniej żreć. Mięsa głównie. Bo kiedy biedota będzie żarła mniej mięsa, wtedy zapewne będzie puszczała razem z byłem i trzodą mniej bąków i w ten sposób uratujemy klimat. A jeszcze na wakacje nie powinna latać, po co ma świat zasmradzać. Filipiak Milioner uważa, że sam nie ma z czego rezygnować, a nawet jeśli ma prywatny samolot, to przecież taki malutki i potrzebuje go do pracy.

Wkurza Was wypowiedź Filipiaka Milionera? Mnie również, ale warto dostrzec, że jednocześnie jest to wypowiedź poznawczo bezcenna. Żaden aktywista, żadna Greta Thunberg nie powie Wam tego, co tak klarownie wyłożył Filipiak Milioner, który idealnie opisał miejsce styku interesów i wyobrażeń na temat przyszłości świata jakie mają „obrzydliwie bogaci” z aktywistami spod rożnych znaczków.

Sądzicie, że kiedy mówią o zastąpieniu samochodów spalinowych samochodami elektrycznymi, to mówią o zastąpieniu ich w stosunku 1:1? Na świecie nie ma tyle litu żeby wyprodukować dla nich baterie. Raczej nie będzie to „przyjemność” dostępna powszechnie.

                                                                         Klasy

Prawda jakie to kompatybilne z tym co mówi Filipiak Milioner? W tej wspólnej aktywistyczno-milionerskiej wizji istnieje klasa niższa, tłuszcza, która ma jeździć środkami transportu zbiorowego (który nie jest niczym złym, pod warunkiem, że to kwestia wyboru, a nie przymusu), żreć jakąś tanią genetycznie modyfikowaną paszę, najlepiej pochłaniającą CO2 i siedzieć na d. żeby nie robić bałaganu na świecie. I po co w ogóle tyle tej tłuszczy? Większość jej pracy są w stanie wykonać automaty.

Eutanazja, aborcja, promocja „niestandardowych zachowań seksualnych”, coś z tym motłochem trzeba zrobić. No, ale ma istnieć też klasa wyższa, której wyrafinowanymi usty lud będzie jak za PRL pił szampana i zajadał się sarniną w restauracji żony Filipiaka Milionera. Ta będzie mogła rozbijać się luksusowymi samochodami spalinowymi, które Parlament Europejski planuje wyłączyć z zakazu produkcji po 2035 roku. No i latać „w ważnych sprawach” swoimi małymi samolocikami, które „nie będą szkodziły klimatowi”.

A żeby tłuszczy nie przepaliły się styki i żyła spokojnie w matrixie przekonania o życiu w czasach „postępu, miłości i wolności” trzeba jej jeszcze sprzedać gotowe pakiety ideologiczne przypadkiem kompatybilne z interesami Milionerów. Sprzedaje się je w nowoczesnych automatach z ideologiami, ładnie opakowane i perfumowane sztucznym feromonem rzekomego „buntu”.

                                                                 Problem

Pojawił się tylko jeden problem. Dość zasadniczy. Wojna. Z całym jej dramatyzmem, ma pewien chyba nieprzewidziany przez aktywistów i Milionerów efekt. Brutalnie urealnia postawy społeczne.

Odziera je z bezużytecznych ideologii i sztucznych feromonów. Ludzie zmuszeni są znów walczyć za ojczyznę. Szukając oparcia w chaosie żenią się i wychodzą za mąż. Postawieni przed sytuacjami ostatecznymi w naturalny sposób poszukują odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi daje wyłącznie wiara. Być może nadciąga awaria systemu.

Być może „umowa społeczna” – wybaczcie obcesowość, ale to słowo chyba najlepiej oddaje to co chcę opisać – „Zajmij się ru…..em i się nie interesuj. Poważnymi sprawami zajmą się lepsi od ciebie” – nieco traci na aktualności.

CEZARY KRYSZTOPA: Dzieci nienarodzone nadal nas potrzebują

Mam ogromny szacunek do działaczy pro life. Ogromny. Trzeba kręgosłupa ze stali, żeby umieć w sprawie takiej jak aborcja, z jednej strony tak oczywistej moralnie, a z drugiej tak potwornie zakłamanej przez „wiodące media” i futrowane pierdylionami koncernów, ideologie, postawić się światu. A to nie są tylko ludzie, których widać na ulicy, ale również tacy cisi, pracujący z matkami, bohaterowie, jak Zuzanna Wiewiórka, która musi mierzyć się z falą odrażającego hejtu, dlatego, że namówiła mamę, żeby nie zabijała swojego dziecka. Mam wrażenie, że wszyscy razem płakaliśmy ze szczęścia kiedy Trybunał Konstytucyjny uznał wreszcie po latach przesłankę eugeniczną za niekonstytucyjną.

Z drugiej jednak strony, może czasem się wydawać, że niektóre środowiska pro life, często ci sami ludzie, wchodzą w ślepą uliczkę. Tak jakby uznały, że wyrok TK zamyka sprawę i w jakimś sensie kończy ich zadanie. I zajęły się sprawami ideologii LGBT. Nie to żebym uważał, że to sprawa nieistotna, ta neomarksistowska ideologia jest dla rodzin i społeczeństw bardzo niebezpieczna, ale kwestia aborcji nadal potrzebuje ich zaangażowania.

Nic nie jest dane raz na zawsze. Zmiana legislacyjna jest owszem wygraną wielką bitwą, ale to nie koniec. Może być cofnięta. Ktoś powie, że jest osadzona na poziomie konstytucyjnym. I będzie miał rację, ale czy mało się dziś pojawia działań pozaprawnych strojących się w szatki „praworządności”? Tak trudno sobie wyobrazić falandyzację prawa przez któryś z obecnych „autorytetów prawniczych”? Albo jakąś kolejną formę instytucjonalnej agresji ze strony Unii Europejskiej?

Nie, ta sprawa zdecydowanie nie jest zamknięta. Wymaga pracy nad opinią publiczną. Tutaj do sukcesu niestety jest daleko. Wymaga presji na rządzących, by, jak obiecywali, wyrok TK obudowali rozwiązaniami dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Tylko zdjęcie z nich części obciążeń i praca nad trwałą zmianą opinii publicznej, może dać zmianę trwałą. Tym bardziej, że nie chodzi tylko o to, żeby aborcja, poza nielicznymi przypadkami, była zakazana, ale również o to by nie była wykonywana nielegalnie.

Kolejnym sygnałem tego jak wiele jeszcze niebezpieczeństw czyha na dzieci nienarodzone jest złożony w Sejmie projekt „Legalna aborcja bez kompromisów” firmowana twarzą wulgarnego herszta agresywnych ulicznych bojówkarzy – Martę Lempart. To, że wg. opinii Ordo Iuris projekt jest zwyczajnie niekonstytucyjny, ma jeszcze dzisiaj znaczenie, ale czy będzie miało znaczenie jutro?

Ci ludzie, drapujący swoje trupie postulaty w serduszka i uśmiechy, nigdy nie przestaną. Dlatego też nas, przedwcześnie przekonanych o tym, że „sprawa jest załatwiona i możemy się zająć czym innym”, nie może zabraknąć na ich drodze.

CEZARY KRYSZTOPA: Czy ukraińscy żołnierze mają pretensje do swoich sierżantów o niewłaściwe zaimki?

Czy ktoś słyszał może o sukcesach frontowych jakiegoś ukraińskiego „homokomando”? A może o pretensjach trans-żołnierzy, że w okopach nie mają do dyspozycji „trzeciej toalety”, albo, że sierżant używa wobec nich „niewłaściwych” zaimków? Nie? Ciekawe dlaczego? Bo to, że pośród walczących, zapewne w jakimś niewielkim stopniu, odpowiadającym ich odsetkowi w społeczeństwie, znajdują się również osoby homoseksualne, to przecież dość prawdopodobne.

Myślę, że dzieje się tak dlatego, że pośród licznych dramatycznych, wstrząsających i smutnych aspektów wojny, jest przynajmniej ten pozytywny, że brutalnie weryfikuje bezużyteczne ideologie i zachowania. Przypomina co jest w życiu ważne. Ludzie skonfrontowani z sytuacjami ostatecznymi, nie tracą czasu na to co wydumane i zbędne i skupiają się na tym co istotne. Na przykład na tym, że nie określa człowieka to co sobie i w co wtyka.

Wojna przypomina

Wojna na Ukrainie przypomina czemu służy wspólnota narodowa. Że nie jest to cepeliowy przeżytek, tylko zespół wspólnych cech, relacji, więzów, kodów historycznych, które wspomagają poczucie zbiorowego interesu, zbiorowych emocji i zbiorowej pamięci, dzięki którym zbiorowość może przetrwać w kształcie, którego sobie życzy, a nie w kształcie, którego życzą sobie inne zbiorowości.

Wojna na Ukrainie przypomina wartość małżeństwa. Ukraińscy żołnierze na przepustkach nie żenią się ze swoimi tosterami, czy sami ze sobą, tylko ze swoimi narzeczonymi. Pewnie naiwnością byłoby sądzić że wszyscy i że od razu się żenią, ale jestem w stanie wyobrazić sobie, że sytuacje z którymi spotykają się na froncie, skłaniają większą część z nich do poszukiwania związków dających pośród chaosu poczucie oparcia.

Wojna na Ukrainie, podobnie jak zapewne każda wojna, konfrontując ludzi ze śmiercią, skłania ich do poszukiwania odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi nie dają korporacyjne automaty z kolorowymi „ideologiami” za 2,50. Bliskość śmierci skłania do poszukiwania transcendencji nawet najbardziej zatwardziałych.

Jest wiele, zbyt wiele dramatycznych, koszmarnych aspektów wojny. Ale ten jest z punktu widzenia kondycji ludzkiej pozytywny.

Oprzytomnienie.

CEZARY KRYSZTOPA: Rozum przed sercem

Wspieram Ukrainę. Wspieram sercem. Jako kraj, który został brutalnie zaatakowany przez prymitywną i krwiożerczą dzicz. Jako kraj krzywdzonych dzieci i krzywdzonych matek. Ale wspieram również rozumem, jako obywatel kraju żyjącego od wieków w złowrogim cieniu Moskwy, świadom tego, że jakby to dramatycznie nie brzmiało, im bardziej Ukraina wykrwawi Rosję, tym więcej będziemy mieli jako Polacy czasu, by przygotować się na to, że możemy być następni.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ta wojna na światowej układance zmieni wiele, a na europejskiej jeszcze więcej.

Putin już przegrał

Przegrał ruski mir, który z użyciem grubego szmalcu ze sprzedaży surowców udało mu się zbudować, „wspólną przestrzeń od Władywostoku po Lizbonę”, którą już prawie zbudował wraz z Niemcami z błogosławieństwem Joe Bidena. Wystarczyło poczekać na odpalenie Nord Stream II. Nie poczekał. Przegrał mechanizm „energetycznego imperium”, przegrał wizerunek Rosji jako „niezwyciężonej”, przyszył Rosjanom gęby podobne nazistowskim Niemcom, pociągnął w dół swoich otwartych i cichych sojuszników, a zmobilizował i wzmocnił wrogów. Więc tak, nawet jeśli będzie mógł ogłosić na Ukrainie jakiś ograniczony sukces – przegrał.

A inni zyskali

Paradoksalnie zyskała Ukraina, przed chwilą jeszcze skazywana na zagładę. Zyskała poparcie społeczne na całym, no powiedzmy w sporej części świata. Zyskała poczucie narodowej wspólnoty zintegrowanej rosyjskim zbydlęceniem. Zyskała urealnienie sojuszy. Zyskała nową broń. Tak, oczywiście, wiele, zbyt wiele również straciła.

Zyskało NATO, które nabrało wigoru po tym jak rzeczywistość postawiła przed nim nowe cele. Zyskały Stany Zjednoczone, które zostały wyszarpnięte ze snu idioty, no niezupełnie wprawdzie i nie wiadomo na jak długo, ale warto odnotować. Zyskała Europa środkowo-wschodnia, która nagle stała się centrum świata. Ba, pewną szansę na przebudzenie się ze swojego snu idioty, zyskała nawet Europa zachodnia, tu jednak nie byłbym przesadnym optymistą.

I zyskała Polska, która nagle stała się środkiem ciężkości wielu kluczowych wydarzeń. Katastrofa opartych na współpracy z Rosją planów geopolitycznych Niemiec i Francji i nowa moralna siła jaką promienieje dziś Polska (nie, to nie jest bez znaczenia, to jest narzędzie prowadzenia polityki międzynarodowej) już powoduje stres dotychczasowych hegemonów. To stąd bierze się zaostrzenie i tak już wściekłych ataków. Polska ma być „zagłodzona” zanim zdąży wykorzystać chwilę ich słabości na przykład z wykorzystaniem dźwigni współpracy z Ukrainą, która na dotychczasowych „strategicznych partnerach”, co akurat nas Polaków nie dziwi, srodze się zawiodła.

Zagrożenia

Trzeba jednak pamiętać również o tym, że przed Polską oprócz niewątpliwych potencjałów, stoi dziś tyle samo zagrożeń. Naprawdę poważnych. Pisałem lata temu, że Rosja może się rozpaść i choć ten fakt sam w sobie byłby dla nas korzystny, to okres, w którym znajdzie się w głębokim kryzysie, będzie dla nas bardzo niebezpieczny. Czy się rozpada nie wiem, ale z pewnością wchodzi w okres wielkiego stresu na różnych płaszczyznach. I ten stres, jako że zawsze byliśmy i jesteśmy na linii strzału, jest i będzie również naszym udziałem. Nawet Rosja wykrwawiona nadal będzie dysponowała bronią atomową, którą my nie dysponujemy. Tak, wiem, NATO. I to oczywiście ważne i potrzebne, ale jak szybko potrafią się anulować sojusze, przekonali się niedawno i Kurdowie i proamerykańscy Afgańczycy. Po prostu warto o tym pamiętać.

Na początku felietonu napisałem, że wspieram Ukrainę sercem i rozumem. Ja jestem prywatnym człowiekiem, mnie wolno. Państwo takiego przywileju mieć nie może i powinno się kierować kolejnością zupełnie odwrotną. Najpierw rozumem, potem na wszelki wypadek jeszcze rozumem, a potem ewentualnie sercem (bo wbrew „pragmatykom” tzw. czynnik ludzki ma znaczenie i w polityce). W tym świetle niepokojącym wydaje się uleganie przez polityków społecznemu bezmyślnemu czasem „sercu”, które każe zmieniać język polski, tak jakby Ukraińcom było to do czegoś potrzebne, czy „rozgrzeszać” symbolikę, która ma prawo kojarzyć się Polakom z mordami na Wołyniu. To czasem bezmyślna droga, którą można wybaczyć porwanym emocjami obywatelom, ale w żadnym razie nie można dopuścić, by kierowało się nią państwo (dość wspomnieć niefortunne słowa rzecznika MSZ Łukasza Jasiny o „sługach”).

„Wspólne państwo”

W ostatnich czasach w przestrzeni publicystycznej pojawia się koncepcja „wspólnego państwa” Polski i Ukrainy. Uważam, że absolutnie przedwczesna. A przynajmniej z polskiego punktu widzenia, bo to naturalne, że Ukraińcy szukają wyjścia z trudnej sytuacji, sięgając również po rozwiązania daleko idące. My jednak, stawiając rozum przez sercem i obrazami „odrodzenia I Rzeczpospolitej”, powinniśmy sobie odpowiedzieć nie na pytanie „jak zrealizować nasze marzenia”, ale na pytanie „jak najlepiej zrealizować interes Polaków takim jakim jest dzisiaj”. A dzisiaj przede wszystkim trzeba wybierać ścieżkę, która zapewni Polakom największe bezpieczeństwo, co wcale nie oznacza, że „nasza chata z kraja”. Chciałoby się, ale Polska nie jest Szwajcarią gdzieś za górami, tylko na przecięciu wielu szlaków i jaka większa wojna gdziekolwiek by nie szła, to niestety zwykle przez Polskę. Wystarczy znać historię. Musimy więc być aktywni, musimy budować struktury sojusznicze daleko poza Polską, historia najwyraźniej wkłada nam w ręce okazję do zbudowania takiej struktury wraz z Ukrainą, czy Wielką Brytanią, która szuka swojego miejsca na mapie, ale naszym absolutnym priorytetem musi być interes Polski i Polaków, a nie mniej czy bardziej abstrakcyjne wizje.

Te oczywiście warto mieć, dyskutować o nich, dzięki czemu w przyszłości wobec kolejnych wyzwań nie stajemy nadzy i bezbronni. Wydaje mi się, że na dziś w naszym zasięgu jest budowa alternatywy dla, padającej na kolana pod ciężarem własnej głupoty i egoizmu Niemców, Unii Europejskiej. Przy czym nie musi i chyba nie powinna to być alternatywa wroga i wykluczająca, po prostu mamy obowiązek zagospodarować nadarzające się potencjały choćby dla dobra naszych dzieci. I taki środkowoeuropejski sojusz być może z Wielką Brytanią i „błogosławieństwem” USA, jest już ogromnym wyzwaniem, któremu sprostać będzie bardzo trudno. Tego zadania nie ułatwiają wezwania do budowy „wspólnego państwa”, które mogą zrażać ludzi niepotrzebnym radykalizmem.

A co, kiedy już tę nową sojuszniczą strukturę zbudujemy? A co Bóg da, byle spokojnie i w rytmie refleksji na temat polskiego interesu.

CEZARY KRYSZTOPA: Jesteśmy za głupi, aby to pojąć

Jeszcze chwilę temu na szwajcarskich lotniskach prężyły się smukłe sylwetki prywatnych odrzutowców „mędrców”, którzy zlecieli się na Światowe Forum w Davos. Z tego co mi wiadomo żaden z tych samolotów nie porusza się dzięki sile wiatru czy słońca, żaden nie jest na baterię, ani nawet na pastę sojową. Wszystkie, literalnie wszystkie, latają dzięki spalaniu bardzo mało ekologicznego paliwa lotniczego pochodzącego ze straszliwych surowców kopalnych. Nie wiem jak w tym roku, ale podobno w 2020 żeby szczyt w Davos mógł się odbyć, do Szwajcarii przylecieć musiało 1500 samolotów, które ilość wyemitowały CO2 równą ilości w sytuacji, w której te same samoloty przetransportowałyby 76 652 zwykłych pasażerów do Davos i z powrotem.

Jednak nasi mędrcy są na to poświęcenie gotowi, tym bardziej, że w końcu decydują w swoim przekonaniu o losach świata. Tylko oni. Niedługo potem rozjadą się do swoich krajów, by z pełnym przekonaniem uchodzić za „demokratów” czy wręcz „obrońców demokracji”. Wprawdzie demokracja to z definicji rządy ludu, nie „mędrców” z ich prywatnymi odrzutowcami, ale od lat przecież mówimy już o demokracji liberalnej, w której „rządy bezrozumnego ludu” są w rzeczywistości zastąpione rządami „światłych gremiów”, które od ludu widzą lepiej. W innych, mniej postępowych czasach, taką formę nazwano by oligarchią, ale dziś jednak lepiej w uszach ludu brzmi „demokracja liberalna”. A kiedy w uszach ludu brzmi to lepiej, lud uspokojony poczuciem, że „nadal żyje w demokracji” nie wydaje niepotrzebnych okrzyków, które mogłyby „mędrcom” zakłócić doniosłe procesy myślowe.

Ku naszej radości

A procesy te sięgają na tyle daleko, że zwykły człowiek nigdy by za nimi nie nadążył. Być może więc, biorąc pod uwagę niedoskonałość materii, z którą przyszło „mędrcom” pracować, całkiem możliwe, że na przeszkodzie planowanemu za pięć lat wprowadzeniu „globalnej waluty” stanie ten niewydolny „czynnik ludzki”. W innych jednak przypadkach, takich jak obciążenie gospodarek, szczególnie Europy, mechanizmami duszącymi wstydliwą konsumpcję i emisję CO2, wysokie gremia wydają się nadzwyczaj skuteczne. Wprawdzie redukcja emisji CO2 przez coraz bardziej upośledzoną gospodarczo Europę, w skali niemiłosiernie kotłującego świata, wydaje się mało zauważalna, ale to mało istotne wobec przejmującej symboliki poświęcenia, dawania przykładu i kary za stulecia europejskiej supremacji.

Również przyszłość wielkie umysły malują nam w jakże ambitnych barwach, planując odebrać przygłupim, ciągle skażonym demokracją w przestarzałym rozumieniu tego słowa, rządom lokalnym, kolejne partie suwerenności. I wykorzystując w tym celu atmosferę pewnego niepokoju, ciągle obecnego po pandemii, która przeorała świat w te i nazad, oddać je o ileż bardziej światłemu WHO, żeby już nigdy więcej nikt nie śmiał kwestionować nieomylności jego wyroków. Ku naszej radości, jak najbardziej i nasz rząd również prowadzi w tej sprawie negocjacje.

Adoracja

Nie łudźmy się, horyzontów ku którym sięgają umysły „mędrców” nie jesteśmy w stanie objąć. W ich tytanicznej pracy nie jesteśmy w stanie im pomóc. Jedyne co możemy, to spróbować je swoimi ograniczonymi, choć przecież pełnymi gorącej wiary w to, że nad nami czuwają, umysłami i sercami, adorować.

Chyba, że ktoś jest akurat w Szwajcarii, wtedy może symbolicznie pomachać chusteczką odrzutowcom.

O postaciach rodem ze strasznej bajki pisze CEZARY KRYSZTOPA: Baby Jagi

Babcia Kasia. Jest coś symbolicznego w tym, że tak pieszczotliwym i sympatycznym mianem określono akurat najbardziej wulgarną i agresywną Babę Jagę jaką można spotkać na warszawskich ulicach. Z jednej strony to groteskowe, a z drugiej wręcz demonicznie przewrotne.

Czasem z racji wykonywanego zawodu, a czasem z przekonania (jak pod Trybunałem Konstytucyjnym, gdzie modliliśmy się o wyrok, który miał zatrzymać rzeź nienarodzonych) zdarzało mi się bywać w miejscach, gdzie bywała i kobieta zwana „Babcią Kasią”. I najczęściej wydawało mi się, że nikt nie przebijał jej w wulgarności i agresji. Sprawiała wrażenie kogoś nieobliczalnego, prowokacyjnego, pełnego jakiejś złej energii. I to skierowanej nie tylko przeciwko kontrdemonstrantom, czy policjantom, ale również ludzi teoretycznie po jej stronie.

Waszawianka roku?

Wręcz czasem zastanawiałem się czy nie jest to przypadek wykorzystywania jakiejś dysfunkcji, jak u Kononowicza. A może też jakieś mocno spóźnione poczucie „misji” czy odnalezienia „sensu” w dość prymitywnym zwracaniu na siebie uwagi, czy desperackie poszukiwanie „poczucia przynależności”. A dla nich jest „Babcią Kasią”. O mało nie została nawet „Warszawianką Roku”.

„Autorytety”

A przecież to nie pierwszy podobny przypadek. „Autorytet moralny” Mateusz Kijowski, „polski Kennedy” Ryszard Petru, „intelektualista” Maciej Stuhr, „aktywista LGBT” Bart Staszewski bezpardonowo atakujący rzecznika MSZ Łukasza Jasinę w związku z jego orientację seksualną. Szereg celebrytów obdarzanych jest atencją za rzekome przymioty obok których nawet nie stali. Przykładów jest wiele i nie dotyczą tylko osób. Ta sama zasada dotyczy „idei”, których są „nośnikami”. Walka o możliwość zabijania dzieci to „prawo człowieka”, szkodzenie własnemu krajowi za granicą to „patriotyzm”, łamanie unijnych traktatów i polskiej konstytucji to „praworządność”. I tak dalej.

Śmiech Baby Jagi

Trudno powiedzieć na ile takie kształtowanie „autorytetów” i „idei” jest świadomą parafrazą metody opisanej w książce „1984” George’a Orwell’a, gdzie Ministerstwo Prawdy zajmuje się kłamstwem, a Ministerstwo Miłości egzekucjami, ale analogie wydają się dość oczywiste.

Mamy teraz na głowie wojnę. I owszem, jest to dziś realnie większy problem niż „Babcie Kasie”. Wydaje mi się jednak, że mimo to nie powinniśmy zapominać o ich istnieniu. Nie dlatego żeby ta konkretna warta była nadmiernej uwagi, ale dlatego, że to co wobec większych problemów wydaje nam się dziś odległe i groteskowe, niestety w wielu krajach stało się codziennością i narzuconą „normalnością”, a przecież i u nas wygląda z każdego napompowanego grubą kasą koncernów kąta. I oby nie było tak, że przez naszą nieuwagę to Baby Jagi będą się śmiały ostatnie.

CEZARY KRYSZTOPA: Zaginieni putinożercy

Pamiętacie niedawne przecież słowa Bartłomieja Sienkiewicza, byłego ministra rządu Donalda Tuska, swego czasu rosyjskiego „człowieka w Warszawie”, o Marine Le Pen? – Ruska dziwka w Paryżu. Albo słowa innego byłego ministra rządu Tuska, który sam zresztą swego czasu widział Rosję w NATO – płatna agentka Putina. Tuż przed wyborami we Francji panowie byli tak bardzo radykalni w ocenach.

Nie chodzi mi tu bynajmniej o udawanie, że Marine Le Pen nie jest prorosyjska. Jest. Tak jak cała francuska klasa polityczna i zdecydowana większość Francji na przestrzeni wieków. I sprawa tzw. „moskiewskiej pożyczki”, również na niej ciąży. Ale to nie za prezydentury Marine Le Pen Francja sprzedawała broń Moskwie. To nie Marine Le Pen odgrywa żenujący spektakl telefonów do kremlowskiego satrapy.

Putintern

Daleki jestem od stwierdzenia, że Rosja przegrywa wojnę na Ukrainie, ale bez wątpienia niemożność realizacji imperialnych planów, jak również ewidentne pogorszenie geopolitycznej i gospodarczej sytuacji Rosji w wyniku zaciekłej obrony Ukraińców i jej konsekwencji, są już jej porażkami. A jeśli dodać do tego niewystarczające postępy ofensywy na wschodzie i południu Ukrainy, a wręcz ukraińską kontrofensywę, nic dziwnego, że w ocenie eksperta Tysol.pl ds. wschodnich, którego zdanie nadzwyczaj sobie cenię, Grzegorza Kuczyńskiego, czas nie gra na korzyść Rosji i być może to Rosja coraz bardziej, potrzebuje dziś zawieszenia broni.

No, ale Rosji z taką inicjatywą wyjść nie wypada, Rosja ma być o to zawieszenie proszona. I tutaj pojawia się wsparcie czegoś, co Kuczyński nazywa „Putinternem”. A to Emmanuel Macron załamie ręce nad tym, że „nie wolno Rosji upokarzać”, a to Olaf Scholz w gorliwym telefonie do Władimira Putina poruszy kwestię „konieczności jak najszybszego zawieszenia broni”. Oczywiście obaj kierują „motywacjami humanitarnymi”, przecież nikt w to nie wątpi, nawet kiedy Wołodymyr Zełenski ujawnia żądania Francji, która naciska na Ukrainę, żeby ta uległa rosyjskim żądaniom, żeby „Putin mógł zachować twarz”.

Co się stało z Macronem i putinożercami?

I tu rodzi mi się w głowie pytanie: Co się stało temu obrońcy atlantyckich wartości Emmanuelowi Macronowi? Jak to się stało, że z „opozycji wobec proputinowskiej Le Pen” przeszedł na pozycję putinowskiego konsjerża? A może zawsze taki był? W końcu przed wyborami miał dzwonić do Putina tak często, że temu nie zawsze chciało się odbierać.

Kto ma rozum, wie, że to pytania retoryczne. Znacznie ciekawsza jest odpowiedź na pytanie co się stało z naszymi putinożercami? Gdzie się podziali Sienkiewicz, Sikorski i inni? W końcu wygłaszając tuż przed wyborami we Francji swoje płomienne opinie, nawet jeśli „nieco” mylili się co do Macrona, to na pewno kierowali się w swoich brawurowych sądach twardymi zasadami i obiektywnym systemem atlantyckich wartości.

To gdzie się dziś podziewają? Gdzie ich jakże istotny w przestrzeni publicznej głos? Nie widzą „pułapki”, o której pisze Kuczyński, którą mają zastawiać na Ukrainę „liderzy zachodniej Europy”? Zasady im się zepsuły? A może pojechali na urlop, albo są na L4?

Ktoś coś słyszał? Może trzeba zadzwonić po pomoc?

O unijnym szalonym władcy pisze CEZARY KRYSZTOPA: Brukselski czubek

Historia zna szalonych władców, którzy szkodzili swojemu ludowi. Nawet jeśli Neron, wbrew pogłoskom, nie spalił Rzymu – jedna z wersji głosi, że tylko wykorzystał pożar, żeby zbudować sobie większy pałac – to sprowadził okrutne prześladowania na chrześcijan, usiłując bezpodstawnym oskarżeniem odsunąć od siebie podejrzenia. Z kolei bizantyjski cesarz Justyn II kazał się wozić tronem na kółkach po pałacu, gryząc przy tym dworzan. Dwóch z nich miał nawet zjeść. A król Francji Karol VI miał uważać, że jest ze szkła, więc zabronił się dotykać, pod ubraniem nosił poduszki, by na koniec przestał się myć, przebierać i ostatecznie zapomniał kim jest.

Jednak wyjątkowym przypadkiem szalonego władcy jest oligarchia zasiadła dziś w Brukseli, która ogłosiła się władcą Europy, choć nikt jej na to stanowisko nie wybrał. Wyjątkowym, ponieważ jako pierwszy w historii szalony władca ma nie tylko przemożną chęć szkodzenia „poddanym”, ale ma również w tym zakresie dokładny plan, który z konsekwencją godną zdrowego na umyśle, systematycznie wprowadza w życie.

Fit for 55

Ubolewam nad tym, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że tak jak poprzedzający go tzw. „Zielony bezwład” czy też „ład” – oparty prawdopodobnie na założeniach wyskrobanych na ścianach celi opuszczonego ośrodka dla obłąkanych – „Fit for 55” Fransa Timmermansa jest de facto planem masowego podniesienia cen wszystkiego, a co za tym idzie, obniżenia wzrostu gospodarczego i celowego zubożenia mieszkańców Europy. I nie jest to żadna metafora ani przesada, mamy za wszystko płacić więcej, co ma prowadzić do obniżenia konsumpcji i przez to zmniejszenie wydzielania przez nas rozmaitych gazów, co z kolei ma podobno „uratować planetę”.

Załóżmy przez chwilę, że nasz szalony władca chce dla nas dobrze i rzeczywiście chodzi mu o to żebyśmy przeżyli mityczne „wielkie wymieranie”. Problem w tym, że karlejąca od dawna w sensie gospodarczym – i nie tylko – Europa wydala kilkanaście procent „szkodzących planecie gazów” w skali świata (ta proporcja ciągle się zmniejsza, np. dlatego, że Europa coraz bardziej odstaje gospodarczo od centrów współczesnego globu). Większość „wydalają” Chiny, Indie, Stany Zjednoczone, Rosja (a w Europie „zielone” Niemcy, ale nie mówcie nikomu, bo będzie im przykro). I w sporej części przypadków te państwa nie mają zamiaru przestać wydalać. W związku z czym nawet gdyby Europa stała się jutro lodową pustynią, albo niczego niewydalającą dziurą, w ogólnym bilansie niewiele by to zmieniło.

Ktoś by pomyślał – no tak, ale wojna wszystko przeorała – urealnia bezużyteczne ideologie. Nawet Niemcy, trudno powiedzieć na ile szczerze, usiłują odrzucić paradygmat „ekologii opartej na nieekologicznym gazie z Rosji”, a przyjąć paradygmat realnego „bezpieczeństwa energetycznego państwa”. Nie dotyczy to jednak naszego brukselskiego władcy. Ten upiera się, że nawet jeśli na chwilę musielibyśmy powrócić do pewnego energetycznego pragmatyzmu, to on nie zamierza w żadnym wypadku rezygnować ze swoich ambitnych zielonych celów!

I tutaj powstaje pytanie czym się właściwie nasz szalony władca kieruje. No wiadomo, kieruje nim szaleństwo, a jednak jest zdolny do wytworzenia czegoś tak z jednej strony szalonego, ale z drugiej konsekwentnego w swoim szaleństwie, jak „Fit for 55”. Może więc ów władca takim zupełnym idiotą nie jest. Czy można uwierzyć, że nie zdaje sobie sprawy z „ekologicznej” bezcelowości swojego „ambitnego planu”?

Zamiłowania obłąkanego

Być może pewną wskazówką są tutaj inne zamiłowania obłąkanego. Weźmy takie zamiłowanie do zabijania dzieci nienarodzonych, zwane dla niepoznaki aborcją, albo zamiłowanie do zabijania staruszków, zwane dla niepoznaki eutanazją, albo upór w promocji – tak promocji, o efektach świadczą statystyki – powiedzmy niestandardowych zachowań seksualnych, czy też promocji skrajnego egoizmu. Wszystkie te „zamiłowania” mają pewien niepozorny zbiór wspólny. Mają sprawić żebyśmy zabijali więcej dzieci i staruszków, jak najmniej się rozmnażali i żeby nie interesowało nas żadne tam „dobro wspólne” (to mamy zostawić naszemu szalonemu władcy, on się nim zajmie lepiej). Mamy jako ludzie, a jako Polacy to już wyjątkowo, na różnych poziomach podlegać atrofii.

A kiedy już zabijemy wszystkie dzieci i staruszków, przestaniemy się rozmnażać i konsumować, a być może również rozmawiać ze sobą skupieni na „samorealizacji” i smartfonach, wtedy zostaniemy ostatnim wydalającym szkodliwe gazy problemem do usunięcia przed osiągnięciem stanu uznawanego przez naszego szalonego władcę za idealny.

Jak pisałem na wstępie, historia zna wielu szalonych władców, ale tego chyba jeszcze nie…

O historycznym przełomie ws. aborcji w USA pisze CEZARY KRYSZTOPA: #BabiesLivesMatter

Podczas pierwszego badania USG jednego z naszych synów ginekolog stwierdził Zespół Downa. Nie byłoby to niemożliwe, w rodzinie Żony był taki przypadek. Nietrudno się jednak domyślić, że dla nas, rodziców, było to absolutnym ciosem. Nie dlatego, że wychowanie takiego dziecka to nie zawsze łatwy kawałek chleba, ale dlatego, że każdy rodzic chce, żeby jego dziecko było najpiękniejsze, najmądrzejsze i najsilniejsze. Nie pamiętam już dokładnie co zdecydowało o tym, że straciliśmy zaufanie do tego lekarza, jakieś dziwne sugestie, czy coś innego. Dość, że poszliśmy do innego, zrobiliśmy inne USG, nasz syn, zupełnie zdrowy, przynosi dziś ze szkoły szóstki, a na podwórku jest duszą towarzystwa. Nam nawet do głowy nie przyszła aborcja, ale ilu rodzicom w takiej sytuacji przyszła? Ilu pozwoliło na zabójstwo swojego dziecka?

W Polsce kwestią sporną była tzw. przesłanka eugeniczna. Potworną manipulacją była sugestia, że z tej przesłanki zabijano dzieci podobne do krążących w sieci na zdjęciach „potworków”. To nieprawda, największy odsetek zabijanych dzieci stanowiły właśnie dzieci z Zespołem Downa i Zespołem Turnera. A biorąc pod uwagę, że ilość zabijanych dzieci od wejścia w życie ustawy aborcyjnej wielokrotnie wzrosła, można się domyślać, że orzekanie obydwu stało się również pretekstem do zabijania dzieci zdrowych.

Zabijanie nienarodzonych w USA

W Stanach Zjednoczonych jest o wiele gorzej. Aborcja jest legalna bez ograniczeń w pierwszym trymestrze ciąży, w związku z czym jest traktowana jako forma antykoncepcji. W rekordowym roku 1990 zabito w ten sposób, przynajmniej według oficjalnych danych, 1 429 247 dzieci a i dziś liczby te oscylują wokół ok. 850 tysięcy dzieci rocznie. Nic w tym dziwnego, ponieważ w Stanach Zjednoczonych interesu pilnuje gigantyczny i ustosunkowany przemysł aborcyjny, który swoje wpływy przy pomocy ogromnych pieniędzy utrwala na całym świecie, również w Polsce. Nawet napływ uchodźców z Ukrainy jest wykorzystywany do pozyskania przez niego rynku zbytu nad Wisłą. Na pewno zauważyliście aktywistki – komiwojażerki, które twierdzą, że najważniejsze czego potrzeba ukraińskim kobietom, które uciekły z dziećmi od wojny to – aborcja.

Eugenika w służbie aborcji

Przemysł ten uwielbia otaczać się nimbem „postępu”. I coś w tym jest, jednak chodzi tu o postęp nieco inny niż chciałby nas przekonać. Największą siecią klinik aborcyjnych, stanowiąc przez to pewien czarny symbol, stanowi tu Planned Parenthood, organizacja mając pewną czarną tajemnicę, którą nie lubi się chwalić. Otóż, jego założycielka Margaret Sanger była zwolenniczką eugeniki, a jej idee „kontroli urodzeń” były w istocie ideami „kontroli urodzeń nieprzystosowanych”, za realizację w praktyce czego była nawet aresztowana. Wydawała pismo „The Birth Control Review” w którym publikował między innymi Ernst Rüdin, twórca hitlerowskiego planu higieny rasowej. Czasopismo promowało eugenikę, postulowało wprowadzenie przymusowej sterylizacji i aborcji dla osób „nieprzystosowanych”. W 1932 roku opublikowała w „The Birth Control Review” swój „Plan pokojowy”, sugerujący wprowadzenie obowiązkowej segregacji, sterylizacji i reedukacji „dysgenicznego inwentarza” (dysgenic stock). W 1939 roku Sanger zapoczątkowała „Projekt Murzyn”, którego celem było ograniczenie rozrodczości czarnych obywateli USA. W latach 1939–1942 była honorową delegatką Birth Control Federation of America. Po zakończeniu II wojny światowej American Birth Control League zmieniła nazwę na International Planned Parenthood Federation w celu uniknięcia niekorzystnych skojarzeń z eugeniczną działalnością niemieckich nazistów [Ta wiedza pochodzi z Wikipedii, tyle że dawno została zamieniona na ugrzecznioną wersję].

Przełom, histeria i wytrwałość

Dziś w Stanach Zjednoczonych, czyli mateczniku aborcyjnej ideologii dzieje się rzecz historyczna. Oto dzięki temu, że poprzedni prezydent USA Donald Trump, łamiąc trwającą wiele dziesięcioleci przewagę sędziów aborcjonistycznych, wprowadził do amerykańskiego sądu najwyższego sędziów konserwatywnych, jest szansa na obalenie precedensu opartego na wyroku ws. Roe v. Vade, który na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku legł u podstaw przyzwolenia na powszechność zabijania dzieci.

Na amerykańskich ulicach podnosi się histeria. Przed chwilą właśnie oglądałem filmy z Los Angeles, na których aborcyjni aktywiści popychają policjantów i na nich plują. Sceny jako żywo przypominające to co widzieliśmy jeszcze niedawno na ulicach polskich miast w ramach tzw. „Strajku Kobiet”. I kiedy tak patrzę na tę i tamta agresywną dzicz, wydaje mi się to makabrycznie spójne z ideami, które przyświecały Margaret Sanger.

Z drugiej strony, przerażonej erupcją „postępowej” agresji na ulicach Ameryce, gdybym miał taką możliwość, chciałbym powiedzieć: Spokojnie, barbarzyńcy sami się zaorzą, nikt nie jest dla nich bardziej szkodliwy niż oni sami i wizerunek wariatów, który sobie budują.

Wytrwajcie w słuszności. Dobro zwycięży.