CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego nie lubię Niemców?

Tytułowe pytanie jest oczywiście rodzajem prowokacji. Są tacy Niemcy, których lubię i tacy, których nie lubię. Skoro jednak regularnie jestem demaskowany jako „germanożerca”, który „nie lubi Niemców” to niech z tego tekstu mają coś chociaż demaskatorzy.

 

Niemcy, których lubię

Z postaci historycznych mocno porusza mnie na przykład historia admirała Józefa Unruga, z pochodzenia Niemca, który mając za sobą karierę w Kaiserliche Marine, po odzyskaniu niepodległości przez Polskę zgłosił się do Wojska Polskiego, za własne pieniądze kupił polskiej flocie pierwszy okręt ORP „Pomorzanin”. A w 1939 roku dowodził obroną Wybrzeża, które poddało się jako jeden z ostatnich punktów oporu. Mówił lepiej po niemiecku niż po polsku, jednak, kiedy dostał się do niewoli, w rozmowie z tymi, którzy usiłowali go pozyskać do Kriegsmarine, używał wyłącznie języka polskiego, żądał tłumacza i oznajmiał, że 1 września 1939 roku zapomniał języka niemieckiego.

Z osobistych doświadczeń wielce sobie cenię jednego z naszych współpracowników. Mieszkającego w Polsce Niemca, zdaje się, że bez kropli polskiej krwi, który jednocześnie jest szczerym polskim patriotą i daj nam Boże żebyśmy mieli jak najwięcej takich Polaków. Nikt tak jak on nie nauczył mnie dekodowania metod hipokryzji, manipulacji i złośliwości – szczególnie wobec Polski – mediów naszego zachodniego sąsiada.

Mało tego. Doskonale widzę gospodarczy splot Polski i Niemiec, oraz potencjał naszych wzajemnych stosunków, które po uporządkowaniu spraw, które nas dzielą, mogłyby stanowić mechanizm rozwoju obu narodów w o wiele większym stopniu niż stanowią. Tak się jednak nie stanie, dopóki Niemcy nie zmienią swojego postępowania i nastawienia do Polski. Dopóki nie nauczą się do Polski szacunku i tego, że ich podwórko kończy się na Odrze i tam, najdalej tuz przed płotem, powinni zatrzymywać swój zadarty wysoko nos.

Niemcy, których nie lubię

No ale rzeczywiście, są też Niemcy, których nie lubię. Wymieniać można długo – niemiecka wiceprzewodnicząca PE Katarina Barley – autorka koncepcji „głodzenia Polski”, stuknięty na punkcie Polski, choć na szczęście już politycznie zezłomowany Martin Schulz, niemiecki minister obrony narodowej Boris Pistorius, który miał wytykać Polsce, że czołgi przekazane przez nas Ukrainie są „stare i zepsute”, czy szef SPD Lars Klingbeil, który po tym wszystkim przyjechał do Warszawy, żeby nam zaproponować „nowe niemieckie przywództwo”. Na ochotnika zgłosiło się tu ostatnio dwóch niemieckich europosłów, którzy wg. niemieckich mediów „mieli przekonać” Ursulę von der Leyen do finansowego „głodzenia” Polski – przedstawiciel niemieckich Zielonych Daniel Freund i Moritz Koerner z niemieckiej FDP – Polscy wyborcy muszą zdecydować, czy chcą rządu, który jest na kursie kolizyjnym z UE. To ma swoje konsekwencje. Teraz jeszcze tego nie czuć, to będzie odczuwalne dopiero w nadchodzących miesiącach, a dobitnie dopiero z początkiem 2024, kiedy to może zabraknąć pieniędzy, które powinny płynąć z Brukseli do Warszawy – powiedział nawet Freund w rozmowie z Wirtualną Polską. Zapamiętajcie to dobrze, niemiecki europoseł, który miał stać za „zamrożeniem” pieniędzy dla Polski (pieniędzy, które się Polsce należą i które Polska w ramach nieszczęśnie, przy współudziale Mateusza Morawieckiego, uwspólnotowionego długu – już spłaca), mówi w zasadzie otwarcie, że chodzi mu o to żeby Polacy wybrali inny rząd, bo ten mu się nie podoba. A won pajacu, bo Puszkiem poszczuję!

Pewnie z tego, że jestem uprzedzonym germanożercą wynika to, że nie mogę uwierzyć w to, że jakichś dwóch błaznów z pomniejszych niemieckich partii, jest w stanie przekierować politykę Komisji Europejskiej wobec dużego kraju członkowskiego. Dziwnie oczywistym wydaje mi się, że skoro są przedstawicielami partii wchodzących w skład niemieckiej koalicji rządzącej, to są jedynie kukłami, za których średnio mądrymi paszczękami stoi raczej niemiecki rząd. A może szerzej, niemieckie elity, pamiętać bowiem trzeba, że za czasów rządów Angeli Merkel w różnorakich koalicjach, lepiej nie było.

Rola niemieckich mediów

A nie wolno tu zapominać o roli jaką wobec Polski pełnią niemieckie media i ich filie dla Polaków w Polsce. Codzienna, toporna propaganda, niestety z racji siły niemieckiej perswazji, powtarzana w całej Europie i jeszcze dalej. Manipulacje, kłamstwa, a to o nieistniejących „strefach wolnych od LGBT”, a to o „rasizmie polskiej Straży Granicznej”, o rzekomych „problemach z praworządnością”, bo Polska ośmieliła się naruszyć instytucjonalnie kazirodczy ku.widołek nadzwyczajnej kasty z Gazetą Wyborczą na stole i niemieckimi polskojęzycznymi mediami w laptopie, bo ośmieliła się spróbować wprowadzić do wyboru sędziów demokratyczne mechanizmy, nawiasem mówiąc mniej radykalne niż w Niemczech. No ale oni jako Niemcy, „mają wyższą kulturę prawną”. O „rzezi Puszczy”, „piekle kobiet”, „wiewiórkach, „ciamajdanych” i paru innych drobiazgach nie wspomnę. W niemieckich mediach sytuacja w Polsce zawsze przedstawiana jest jednostronnie, rozmawia się tylko z „zaprzyjaźnioną” stroną sceny politycznej. Nic dziwnego, że później okazuje się, że Niemcy ni w ząb nie rozumieją tego co się w Polsce dzieje. Bo choć są tacy niby mądrzy, to sami wierzą we własną propagandę.

Po wszystkich wyzwiskach jakie padały w niemieckich mediach, które porównywały polskich polityków do „psów”, a w nadawanym w niemieckiej telewizji publicznej „wesołym” kuplecie zestawiały ze sobą słowa „Polska” i „kupa”, dziś jak uchem sięgnąć, przez niemieckie media przetacza się fala zawodzenia – „dlaczego ci Polacy tak nas nie lubią?” – „jak ta polska nienawistna prawica może nas tak atakować?”, „tak wykorzystywać resentymenty w kampanii?”, „podgrzewać antyniemieckie nastroje?”. No jak może?

Jest szansa na zmianę?

Czy to wszystko ma szansę się zmienić? Wydaje mi się, że ma. Ale warunkiem jest pogodzenie się Niemiec z tym, że Polska ma własne ambicje i interesy, które nie muszą być zbieżne z interesami Niemiec, że Polska nie chce żadnego „niemieckiego przywództwa” (po tym jak straciły wiarygodność jako sojusznik w wyniku swojego prorosyjskiego serwilizmu i ambiwalentnej postawy wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Niemcy powinny milczeć ze wstydem co najmniej przez dwadzieścia lat), nie życzy sobie żeby Niemcy mieszały się w jej wewnętrzne sprawy i szczuły przeciwko niej instytucje Unii Europejskiej. Potem jeszcze tylko reparacje, zwrot ukradzionych w czasie II Wojny Światowej dóbr kultury i zaniechanie podstawiania nogi każdej polskiej inwestycji, która może spowodować wzrost konkurencyjności Polski. Zresztą, to dla ich dobra. Po co im centralne lotnisko w Berlinie, skoro ma być w Stanisławowie?

A później? Sky is the limit. Tych Niemców, którzy mi podpadli już raczej nie polubię, ale takich do polubienia wciąż są przecież miliony.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dyrektywa wywłaszczeniowa, czyli „Masz dom? To nie będziesz miał”

„Mieszkanie prawem nie towarem” – mówią nam oświeceni. Z drugiej jednak strony, mieszkanie ma być na życzenie oświeconej Unii Europejskiej tak drogie, żeby stać było na nie jedynie najbogatszych.

W sensie publicznym jesteśmy zajęci wieloma sprawami. Wojna, inflacja, czy nieszczególnie zabawny polityczny kabaret. Z naturalnych powodów, nie bez pewnego stresu, raczej patrzymy na wschód. A tymczasem to co się dzieje na zachodzie, wpływ na nasze życie ma nie mniejszy, a w pewnych aspektach wręcz większy.

Bełkot

Tak jest w przypadku przepisów, które przyjął ostatnio Parlament Europejski, a które to przepisy mają do 2030 roku, czyli w zasadzie już za chwilę, „znacznie zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych i zużycie energii przez sektor budownictwa”. Otóż nowe budynki mieszkalne mają być „zeroemisyjne” do 2028 roku. Zeroemisyjne, czyli np. nie mogą niczego spalać, a jeśli chcą mieć jakieś ogrzewanie to pochodzące z energii słonecznej i pomp ciepła. Gdyby ktoś nie wiedział, to pompy ciepła potrzebują energii elektrycznej a potentatem w produkcji „zielonych źródeł energii” jest oczywiście, co za niespodzianka, nasz zachodni sąsiad.

Z już stojącymi budynkami mieszkalnymi też nie będzie łatwo, do 2030 roku mają mieć minimum klasę energetyczną „E”, a do 2033 – „D”. Co to konkretnie znaczy nie pytajcie, od lat „nie siedzę w budownictwie”, a ten bełkot po to jest bełkotliwy, żeby to dla Was czy dla mnie nie było jasne. Dość, że media specjalistyczne piszą, że „konieczna będzie poprawa charakterystyki energetycznej poprzez izolację lub ulepszenie systemu grzewczego”. Kiedy kazano ludziom wymieniać piece np. na gazowe, mieli rozumieć tyle, że „likwidujemy kopciuchy”. Teraz kiedy ludzie wyłożyli niekiedy ogromne dla nich pieniądze np. na piece gazowe, usłyszą nowe zaklęcie propagandowe na określenie ich znów zbyt mało postępowych domów – „wampiry energetyczne”. W tłumaczeniu na ludzki: koszty, koszty, koszty.

Dyrektywa wywłaszczeniowa

Kiedy politycy Konfederacji ośmielili się nazwać nowe unijne fanaberie „dyrektywą wywłaszczeniową”, oburzył się niby fact-checkingowy dzyndzelek TVN – Konkret24, który triumfalnie ogłosił, że to „fałsz”, ponieważ w przepisach nie ma niczego o wywłaszczaniu. Tymczasem właśnie do wywłaszczenia Polaków nowe przepisy mogą doprowadzić. Docelowo wszystkie budynki mają być „zeroemisyjne”. Ile dziś jest takich budynków w Polsce? Niewiele. Doprowadzenie ich do stanu „zeroemisyjności” będzie bardzo kosztowne. Ilu polskich właścicieli będzie na to stać? Zrekompensują im to „fundusze europejskie”, których nie ma i nie będzie, czy podatki współobywateli? Czy też raczej zrealizowana zostanie idea „mieszkanie prawem nie towarem” tyle, że z dopisaną małym druczkiem adnotacją – „prawem do wynajmowania od korporacji, a nie prawem do posiadania frajerze”?

To co mnie w tym wszystkim dodatkowo niepokoi to to, że nie mogę znaleźć stanowiska rządu w tej sprawie. Proces legislacyjny jeszcze się nie zakończył, na szczęście to co wymarzą sobie świry z Parlamentu Europejskiego, ciągle jeszcze przechodzi przez składająca się z szefów rządów narodowych Radę Europejską, ale u licha, na co możemy tutaj ze strony naszego rządu liczyć? Szczególnie biorąc pod uwagę to, że nowe przepisy są konsekwencją zaakceptowanego przez rząd Morawieckiego obłąkanego planu „Fit for 55” i to co premier mówił ostatnio, że „gdybyśmy chcieli zrezygnować z polityki klimatycznej UE, byłoby to jednoznaczne z wyjściem z Unii Europejskiej”.

Tak więc, ludzie, trzymajcie się za kieszenie, bo lepsze cwaniaki „chcą Waszego dobra”.

CEZARY KRYSZTOPA: Stu dwudziestu pięciu Piłatów

– Ja jestem wierząca i dla mnie papież Jan Paweł II jest wielkim autorytetem, a także osobą świętą – mówiła ostatnio w Radio Plus Małgorzata Kidawa-Błońska. Jednak kiedy przyszło do głosowania sejmowej uchwały w obronie Papieża-Polaka, wyciągnęła kartę do głosowania.

Nie jestem ani historykiem ani osobą, co może niektórych zaskoczy, wszechwiedzącą. Nie wiem czy w przyszłości nie pojawią się jakieś informacje, które postawią św. Jana Pawła II w jakimś szczególnie niekorzystnym świetle. Póki co jednak, tak się nie stało, a warto brać pod uwagę, że po pierwsze, gdyby komuniści mieli coś konkretnego na Karola Wojtyłę, z pewnością by tego przeciwko niemu użyli, a że woleli do niego strzelać, to raczej świadczyło o ich desperacji. Po drugie, proweniencja „najgłośniejszych badaczy” powyższego, nie daje podstaw do zaufania ich intencjom.

Jego holenderskość Ekke Overbeek

Wprawdzie „holenderskość” Ekke Overbeeka ma robić na nas wrażenie, ale na mnie nie robi i jak wynika z sondaży, chyba nie robi prawie na nikim oprócz wąskiego, nadzianego kompleksami jak dobra kasza skwarkami, kręgu akolitów „świątyni” na Czerskiej i nieco szerszego kręgu wokół totemu  na Wiertniczej. Reszta drapie się po głowie zastanawiając się jak można przedstawiać jako „autorytet” człowieka, który pisywał wcześniej o „rusofobicznej Polsce”, czy uczestniczył w intensywnej promocji oszusta Marka Lisińskiego, który, jak orzekł sąd, kłamał w sprawie rzekomego „molestowania przez księdza”. Z kolei eksperci, zajmujący się tymi samymi przypadkami, co głośni ostatnio „demaskatorzy”, drapią się po głowie, jak można być tak wypranym z warsztatu żeby brać za dobrą monetę zeznania współpracowników, czy przesłuchiwanych przez komunistyczne służby.

Co działo się w ich głowach?

No chyba, że celem nie jest docieranie do jakiejkolwiek prawdy, tylko świadoma destrukcja struktury społecznej w Polsce, która, czy komuś się to podoba czy nie, przerośnięta jest katolicyzmem. Tylko, że to również chyba się nie udało. Granat, który wyglądał jakby miał z hukiem rozpocząć kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej, wybuchł operatorom w rękach i chyba wywołał skutek odwrotny od zamierzonego (przynajmniej w krótkim okresie czasu). Platforma Obywatelska, której medialne ramię w postaci TVN, dokonało jednego z dwóch głównych uderzeń, stoi obecnie w nienaturalnej pozycji, trzyma ręce z tyłu, zadziera głowę, gwiżdże i udaje, że to jej nie dotyczy.

W tym wszystkim, zastanawiam się, co działo się w głowach i sercach tych wszystkich posłów Platformy Obywatelskiej z solidarnościową kartą w PRL, byłych członków NZS, czy wręcz bardzo bliskich środowiskom Kościoła, a nawet współpracujących z katolickimi mediami, kiedy podczas głosowania w Sejmie uchwały w obronie Jana Pawła II wyciągali karty do głosowania? Gdyby byli pełni wiary w tezy TVN i Overbeeka, zagłosowaliby przecież przeciw. Co działo się z ich sumieniami?

Zamiast puenty wymienię nazwisko jednej sprawiedliwej w nadziei, że nie jest to z mojej strony pocałunek śmierci: Joanna Fabisiak.

CEZARY KRYSZTOPA: Orkiestra trupojadów

Nie żyje chłopiec. Wbrew medialnej kotłowaninie, niewiele wiadomo na temat jego śmierci. Wiadomo na pewno, że spotkały go rzeczy straszne, które nie powinny go spotkać. Trzeba się za niego modlić. Modlić się za jego rodzinę. I to w zasadzie powinien być koniec tego felietonu.

Niestety, choć naiwnie liczyłem w tym zakresie na jakieś opamiętanie, nie może być, ponieważ chór w orkiestrze trupojadów, który wyje od kilku już dni, wymaga reakcji, zanim doprowadzi do kolejnej tragedii. A jest coś demonicznego w tej próbie przekierowania winy z „pedofila z Platformy” na dziennikarza, który ujawnił sprawę.

Tomasz Duklanowski

Zacznijmy od tego, że Tomasz Duklanowski nie ujawnił danych ofiar pedofila z Platformy (aktywisty LGBT, pełnomocnika zachodniopomorskiego marszałka Olgierda Geblewicza – dziś „moralnie” uniesionego pół metra nad ziemią – i męża zaufania Rafała Trzaskowskiego) oprócz tego, że napisał, że chodzi o „dzieci znanej parlamentarzystki” i podał ich wiek w czasie kiedy spotkało je zło. Z tym, że tego samego dnia portal Tomasza Lisa NaTemat pisał o pedofilu – „jego ofiarami padły dzieci znanej parlamentarzystki”, również Interia pisała o „dzieciach znanej parlamentarzystki”, Gazeta.pl pisała o „rodzeństwie, które było pod opieką Krzysztofa F.”. Następnego dnia rano na antenie TVP Info poseł Platformy Piotr Borys mówił już nawet – „To są dzieci jednej z naszych członkiń, Platformy Obywatelskiej”. To tylko taka krótka kwerenda. Na pewno byli też inni, w tym ci, którzy dziś chcą uchodzić za sędziów w sprawie.

Zresztą publikacje nt. pedofilii w Kościele, bywa że idą dalej, np. Uwaga TVN: „Bytom. Zakonnik molestował ministrantów” ze szczegółami moim zdaniem pozwalającymi ustalić parafię. W materiale wypowiadają się ofiary, to oczywiście wskazuje, że chcą publikacji, ale czy wszystkie? I czy wszystkie są już dorosłe? A w materiale mowa również o próbach samobójczych.

Owszem, można dyskutować czy Tomasz Duklanowski zachował wystarczająca ostrożność by ofiary chronić. Z całą pewnością dobro ofiary powinno być tutaj najwyższym imperatywem. Jeśli jednak uznamy, że Tomasz Duklanowski nie dochował wystarczającej ostrożności, to dlaczego wulgarnej fali hejtu i pohukiwaniu „strażników moralności” nie podlegają inni nieostrożni?

Jedną z odpowiedzi, które przychodzą mi do głowy jest ta, że „głównym grzechem” Tomasza Duklanowskiego dla „wiodących mediów” i najważniejszych polityków opozycji, nie jest to, że „ujawnił dane” ofiary, tylko to, że podał informację na temat afiliacji politycznych pedofila. „Wiodące media” i „oświeceni politycy” uważają najwyraźniej, że jedynymi przypadkami pedofilii, które warto ujawniać, są przypadki, którymi można uderzyć w Kościół. Inne się nie nadają. Jeśli nie da się powiązać pedofilii z Kościołem, to „po co komu taka pedofilia”.

Orkiestra

Inną z odpowiedzi jest myśl, która u mnie samego wywołuje ciarki obrzydzenia. Wydaje mi się bowiem, że oto możemy mieć do czynienia z upiornym startem kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej. Zwróćcie uwagę na tę zadziwiająco zbieżną czasowo orkiestrę, która w ciągu kilku dni uderzyła nieprawdopodobną kakofonią pozornie nieskoordynowanych linii melodycznych.

W głównej linii słychać wycie watahy internetowych trupojadów (od miesięcy zastanawialiśmy się co to za masa dziwnych kont z niewieloma obserwującymi, cyferkami w nazwach, czy udających obcokrajowców, no to już wiemy), które zdaje się, że ruszyły pociągając nogami niczym w „Walking Dead”, gryząc i bełkocząc niezrozumiale, wydaje się, że na sygnał rzucony przez Donalda Tuska. Odrażające słowa o „podludziach”, groźby przemocy, życzenia śmierci. Starannie pomijające kwestię winy pedofila z Platformy. Jedni odrażająco cynicznie, inni głupio i bezmyślnie. Metody pożywania się na śmierci zostały już przecież wcześniej przećwiczone, po śmierci Pawła Adamowicza, po śmierci chorego na depresję Piotra Szczęsnego, po śmierci Izabeli z Pszczyny… Całe to stado goni przodem popychane przez najważniejszych dziennikarzy „wiodących mediów” na co dzień pouczających o „standardach” i konieczności „walki z mową nienawiści” i liderów politycznych dopiero co wzywających „żeby nienawiść nie zatruła naszych serc”.

Jednak to przecież nie jedyna trupia melodia w tym czasie. Mniej więcej wtedy przecież miała miejsce „wystawa” Ochojskiej w Brukseli i „raport Grupy Granica” o „ciałach w lesie” przy granicy z Białorusią. A niedługo później artykuł w niemieckim Tageszeitung rzucający w twarz polskim funkcjonariuszom, że „są mordercami”. Oczywiście ani słowa o tym, że do tragedii, jakie spotykają płacących duże pieniądze za „podróż” nielegalnych imigrantów (nie uchodźców) przyczyniają się właśnie ci, którzy zajmują się udrożnianiem kanału przemytu ludzi przez przemytników i służby Łukaszenki. Jeśli ktoś widzi podobieństwa tego przekazu do przekazu rosyjskiej i białoruskiej propagandy, to być może się nie myli. A obecność niemieckich brzmień, tylko pozornie może tu wprowadzać w błąd.

Mało?

Kolejny akord. Uderzenie w Jana Pawła II z odgłosami dobiegającymi zza granicy. „Ustalenia holenderskiego dziennikarza” (wiadomo, co holenderski to nie polski). Przypadkiem jednocześnie publikującego na łamach Wyborczej i lansującego się w mediach u boku Marka Lisińskiego, oszusta, w przypadku którego sąd uznał, że kłamał kiedy mówił, że był molestowany przez księdza. Oszusta wcześniej promowanego przez Tomasza Sekielskiego, Joannę Scheuring-Wielgus i Agatę Diduszko-Zyglewską, które go nawet Ojcu Świętemu pojechały pokazać i któremu Ojciec Święty ręce całował. Promotorzy nadal dzielnie walczą na odcinku, a „holenderski dziennikarz” do uderzania w Jana Pawła II używa np. donosów współpracującego z UB księdza-uchola.

Mało? No to jeszcze na deser kolejna publikacja należącego do Ringier Axel Springer Onetu, który rękoma Marina Wyrwała i Edyty Żemły znowu uderza w chwalony na Ukrainie karabinek „Grot”. Melodia wielokrotnie wyśmiana już przez ekspertów i internautów, ale co tam, w orkiestrze wszystko się przyda, a może i tej strasznej Polsce w jakimś istotnym segmencie zaszkodzi.

Gdzieś w tle jeszcze falset ambasadora Niemiec, który straszy w jednako należącym do Ringier Axel Springer „Newsweeku”, że „pomysł, iż Polska mogłaby spożytkować swoje pięć minut na politykę prowadzoną przeciwko Niemcom, jest karkołomny”.

Trupojadom

No więc jeżeli coś miałbym wyjącym trupojadom, które podobno nawet na niego czekają, za pośrednictwem tego tekstu przekazać to to, że jeśli chodzi o mnie, to Wasze kłamstwa na temat mojego rzekomego „udziału w aferze” i szczucie nie robią na mnie wrażenia. Więksi od Was się na mnie zasadzali. Być może nawet kiedyś mnie dopadną. Ale nie teraz i nie Wy. Latacie mi pod ogonem. Najwyżej zbanuję kilka tysięcy dziwnych profili i będziecie musieli na farmie zakładać nowe. To, że nie umiecie przeczytać tekstu, którego fragment screena podajecie, to wyraz Waszej ułomności, nie mojej. A w tekście, w którym pisałem, że nie zgadzam się z opinią Tomasza Terlikowskiego nt. sprawy pedofila z Platformy, nie zmieniłbym ani przecinka, nadal się nie zgadzam.

Jeśli tylko mogę coś doradzić, to zastanówcie się jak ma się Wasze hasło #SzczucieZabija, do tej fali szczucia jaką z udziałem największych „autorytetów” urządziliście młodemu człowiekowi, Oskarowi Szafarowiczowi. Ja tweetów dotyczących matki ofiary pedofila takich jak Oskar bym nie napisał (a pisał, warto dodać, przed informacją o śmierci syna), ale on ma 20 lat a ja prawie 50 i jak to się ma do tego, że urządzacie mu dokładnie taki festiwal szczucia, o jaki oskarżacie innych? Myślicie, że tego nie widać? A jeśli doprowadzicie do tragedii? Poczujecie satysfakcję?

I jak sądzicie, dobrze „wystartowaliście z kampanią”, szczególnie biorąc pod uwagę Wasze rzygowiny w kierunku Jana Pawła II, czy też może ZNOWU wywołaliście efekt odwrotny do zamierzonego?

„Prawym”

Żeby nie było zbyt łatwo. Szanowni koledzy „z prawej”, którzy postanowiliście odpowiedzieć pięknym za nadobne, naprawdę uważacie, że zejście do poziomu „trupojadów” to dobry pomysł, czy raczej metoda na powiedzenie „jesteśmy tacy jak oni”? Ja bym jednak wolał żebyśmy byli lepsi, ale w tym celu musielibyśmy np. nie jechać po matce niedługo po śmierci syna, choćby i jako matka miała grzechy. Czy pośród nas jest ktoś bezgrzeszny?

I jeszcze jedno. Jak myślicie, po co ta orkiestra dziwnie pobrzmiewająca melodiami rosyjskimi i niemieckimi gra? No tak, pewnie dla Platformy, która ma „uwolnić od kłopotu”, ale też po to żeby tą naszą polską łódką, szczególnie w tych „ciekawych czasach”, bujać jak najmocniej. A nuż nabierze wody.

Czy w tej sytuacji w naszym polskim interesie jest bujać nią jeszcze bardziej?

 

Zawsze są malkontenci, czyli przemyślenia CEZAREGO KRYSZTOPY: Precz z owadobójstwem!

Człowiek żyje w gruncie rzeczy krótko. Nic więc dziwnego, że szczególnie wobec nieskończonej wielości zagadnień, nie zna się na wszystkim i powinien się z tym w dużym stopniu pogodzić. I ja się z tym godzę, co nie znaczy, że nie rodzą mi się w głowie pytania również w dziedzinach, w których nie nadążam za galopującym postępem i konsensusem naukowym.

Zadaję sobie na przykład pytanie – „Co będzie jeśli Unii Europejskiej uda się powstrzymać wzrost gospodarczy w Europie?”. Czy „planeta zostanie uratowana”? Tym bardziej, że Europa pomimo szumnych brukselskich haseł i programów, stanowi coraz mniejszą część światowej gospodarki. I wydaje mi się, że… nic się nie zmieni. Ponieważ żadna z wielkich światowych gospodarek, może oprócz częściowo Stanów Zjednoczonych, nie sprawia wrażenia jakby miała podcinać gałąź na której siedzi. No chyba, że Europa wejdzie w okres nowej epoki kamienia łupanego, a Europejczycy zaczną się z głodu i instynktownej miłości do zwierząt, nawzajem zjadać, czym już z całą pewnością „zainspirują resztę ludzkości”.

                                                                     Zbędny emiter gazów

Inne ciekawe pytanie nasuwa Paweł Jędrzejewski w tekście „Detronizacja Boga to degradacja człowieka” na łamach Tysol.pl – „Czy człowiek ‘pozbywając się’ Boga stanie się „wolnym” i kimś w rodzaju samowystarczalnego ‘boga’?”. I tutaj nie ma pewności, ponieważ trudno nie brać pod uwagę faktu, że skoro wyjątkowość człowieka zawiera się bardziej w religijnej transcendencji niż da się udowodnić naukowo, to być może człowiek „bez Boga” jest rzeczywiście tylko jednym z bardziej inteligentnych zwierząt,  jak pisze Jędrzejewski, „czasowo ożywioną materią”, lub wręcz tylko zbędnym emiterem gazów cieplarnianych?

Z rzeczy nieco bardziej przyziemnych, zastanawia Was czasem, co się stanie ze zwierzętami hodowlanymi, kiedy zlikwidowane zostaną hodowle? Czy ktoś sfinansuje wielkie rezerwaty dla krów, żeby mogły żyć i przedłużać swój gatunek w warunkach szczęścia i wolności? A może rolnicy zaczną je utrzymywać już bez zagrożenia ubojem, gwałceniem i dojeniem? Jest tu pewien problem, niedojona krowa bowiem, strasznie cierpi, może dostać np. zapalenia wymienia, ale może coś się wymyśli? A może będziemy mieli do czynienia z wielką eksterminacją „dla dobra planety”? Jak wyjaśniliby to krowom „obrońcy ich praw”?

Albo gorąca ostatnio kwestia zjadania robaków – „Czy ich przemysłowa produkcja nie będzie szkodliwa dla planety?”. Może powinniśmy zjadać tylko te, które łażą, czy latają tu i tam w sposób zupełnie naturalny? A widzieliście filmy z „produkcji”? Toż to niehumanitarna zgroza. Zapewne kwestią czasu jest pojawienie się radykalnego ruchu obrońców praw robaków pod hasłem „Precz z owadobójstwem!”. I on jednak prędzej czy później stanie przed zarzutem gwałcenia kwiatów przez niektóre owady.

                                                                 Ostateczna harmonia

Takie oto dziwaczne pytania rodzą się czasem w moim nieprzystosowanym do złotych czasów, w których żyję, mózgu. No, ale ja mam już swoje lata, być może to tylko wyblakłe cienie słusznie minionych postśredniowiecznych mroków, które przeminą wreszcie razem z takimi dziwadłami jak ja i mnie podobni, żeby ustąpić eonom powszechnej samorealizacji i harmonii.

Przepowiednia CEZAREGO KRYSZTOPY: Z daleka widać wiosnę

Siedzą i czekają aż PiS upadnie. Bo przecież musi upaść. Mają zaprzyjaźnione media, tresowane autorytety, celebrytów, którym nie trzeba nic tłumaczyć, a właściwie nawet nie ma sensu, bo z założenia są durni proporcjonalnie do liczby obserwujących ich na Instagramie, tak jakby ich stadna tępota była swego rodzaju biletem wstępu do raju okładek kolorowych czasopism. A przede wszystkim mają dużych kolegów, którzy gotowi są na wiele.

I umówmy się, PiS robi sporo, żeby tak się stało i te marzenia opozycji się spełniły. Długo by pisać o „Piątkach dla zwierząt”, czy kosztach „kompromisu z Brukselą”. Równie długo można by pisać o szkodliwości braku rozumnej opozycji, który rozleniwia umysłowo rządzących, ale gdyby opozycja, która w istocie sprawia wrażenie zagranicznej agentury, miała choć trochę rozumu, być może wszyscy bylibyśmy już zbieraczami szparagów (z całym szacunkiem do ciężkiej pracy).

Sztuczki

No może niezupełnie siedzą. Mają w swoim arsenale wiele sztuczek. A to, że „nowa Solidarność” czyli KOD porwie tłumy, albo, że porwie je Wałęsa, nocne przyśpiewki na plenarnej sali sejmowej, heroiczna „śmierć” Wojciecha Diduszki, codzienny spazm histerii TVN, manipulacje ocenami ratingowymi, sondażami, może jakiś „znany reżyser” umiarkowanie popularnych gniotów nakręci film, stuknięty grafoman napisze książkę, Parlament Europejski uchwali ostrą rezolucję?… Nie?

No, to może chociaż zima będzie ciężka, zabraknie gazu, zabraknie węgla. A jeśli nie zabraknie, to może chociaż węgiel nie będzie się palił, chleb będzie po 30 złotych? I furda tam, że za płotem jest wojna. Liczy się tylko to żeby „je..ć PiS”, i Kaczyńskiego, który „jest gorszy od Putina i Hitlera razem wziętych”.

Wiosna

A tu już marzec. Zima okazała się dość lekka. Z daleka już widać wiosnę. Zachodnie media piszą o nowym środku ciężkości Europy w Polsce, prezydent Stanów Zjednoczonych, jeszcze niedawno lodowato zimny wobec „konserwatywnej Polski”, odwiedza ją po raz drugi w ciągu roku. Realizowane są zakupy sprzętu dla armii. Wysoka inflacja jest faktem, ale eksperci przepowiadają w najbliższym czasie spadek. Zagadką pozostaje stan budżetu.

Ciekawe czy do jesieni do opozycji dotrze, że „je..ć PiS” nie dla wszystkich jest wyłącznym imperatywem i priorytetem?

 

CEZARY KRYSZTOPA: Żal mi Barta Staszewskiego. Naprawdę

Na świecie upowszechnił się mit o tzw. „strefach wolnych od LGBT” w Polsce.I nie w żadnej tam przenośni, tylko na wzór stref „judenfrei” w III Rzeszy i na terenach okupowanych przez Niemców podczas II Wojny Światowej.

Są ludzie, którzy wyobrażają sobie, że w Polsce istnieją „strefy”, do których nie mają wstępu lesbijki, geje, biseksualiści i transseksualiści. Nie jest do końca jasne jak wyobrażają sobie „weryfikację” na granicy „strefy”.

Bart Staszewski

Do implementacji tego fake newsa w międzynarodowej opinii publicznej przyczynił się twórca jednego dzieła, tabliczki z napisem „strefa wolna od LGBT”, Bart Staszewski. Ten podopieczny Fundacji Obamy jeździł ze swoją tabliczką do gmin i miasteczek, które podjęły prorodzinne uchwały różnego rodzaju (ani jedna nie zawiera zapisów o jakichś „strefach”, niektóre sprzeciwiają się ideologii LGBT, żadna nie ma skutków prawnych), przykręcał ją do znaków drogowych z oznaczeniami miejscowości, robił zdjęcia i puszczał w eter. Oczywiście wyglądało to jak oznaczenie autentycznej „strefy”. Staszewski coś tam czasem bąkał o „performansie”, ale w międzynarodowej przestrzeni publicznej funkcjonowały już tylko zdjęcia, płomienne przemówienia Biedronia na ten temat w Parlamencie Europejskim i plotka urastająca szybko do rozmiaru „faktu medialnego”.

Niestety miało to również konsekwencje praktyczne. Mieszkańcy miasteczek określonych jako „strefy wolne od LGBT” spotykali się z hejtem i niechęcią i to przecież nie tylko w Polsce. Mało tego, oskarżane o „homofobię” samorządy traciły konkretne dotacje liczone w milionach. Zaprzedane Gazecie Wyborczej powtarzającej „tezy” Staszewskiego sądy orzekały na korzyść „performera”, minister podobno konserwatywnego rządu Waldemar Buda, pisał do samorządów, że powinny ze swoich prorodzinnych uchwał zrezygnować. A Komisja Europejska, nasza kochana Komisja Europejska wszczęła przeciwko Polsce… tzw. postępowanie naruszeniowe.

KE zamyka postępowanie

No i słuchajcie ta nasza Komisja Europejska sobie teraz to postępowanie po cichutku zamyka. Jednocześnie nie słychać, żeby ktoś przepraszał mieszkańców lżonych samorządów. Nie słychać, żeby ktoś miał im zwrócić ich pieniądze. Nikt nie prowadzi na świecie kampanii wyjaśniającej, że w Polsce nie ma żadnych „judenfrei”, a sądy, gdyby tak komuś przyszło do głowy pozwać Staszewskiego, zapewne wymyśliłyby jakiś rebus, żeby się „aktywiście” krzywda nie stała.

Można się wściec. I nikt się nie ma prawa dziwić. Ja jednak oprócz tego przepełniony jestem jakimś zażenowaniem i litością dla tego nieszczęsnego człowieka, który w jakimś sensie zaprzedał dusze diabłu dla pięciu minut sławy. I dziś, mało komu potrzebny, być może, o ile były w nim jakieś szczere intencje, siedzi w kącie i zadaje sobie pytanie – czy jego akcja zwiększyła poziom sympatii dla środowisk, które chciałby reprezentować, czy raczej mocno obniżyła?

 

B. euroentuzjasta CEZARY KRYSZTOPA wyznaje: Nie mogę już na te ryje patrzeć

Jeśli dobrze pamiętam w 2003 roku byłem euroentuzjastą. Dlatego w referendum akcesyjnym zagłosowałem za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od tamtej pory jednak, sporo się zmieniło.

W 2003 roku miałem swoje powody. Koncepcja współpracy europejskich wolnych narodów oparta przez jednego z ojców założycieli zjednoczonej Europy Sługę Bożego Roberta Schumana na chrześcijańskim fundamencie, jest koncepcją wspaniałą. Na dziesiątki lat zapewniła Europie pokój pomiędzy narodami, które wcześniej więcej chyba znały wojen niż pokoju między sobą. Brak ceł, wolność przepływu towarów i usług, na lata zapewniły również narodom Europy prosperity.

„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”

 Kiedy jednak my przystąpiliśmy do Unii Europejskiej pełni nadziei na dołączenie do tego wspaniałego procesu, trwał już proces brutalnego rozboju, zaboru dzieła budowanego przez zwolenników Sługi Bożego Roberta Schumana przez hunwejbinów włoskiego komunisty Altiero Spinellego. W wyniku owego procesu elity trzęsące Brukselą zerwały nie tylko z chrześcijańskimi korzeniami projektu, ale wręcz z logiką dbania o dobro wspólne Europejczyków w imię abstrakcyjnych i oderwanych od rzeczywistości ideologii.

Od kilku lat my Polacy doświadczamy skutków owego procesu z wyjątkową brutalnością. Nie to żebym miał jakieś złudzenia co do natury samej polityki, jednak poziom zakłamania i bezwzględności z jaką brukselscy bonzowie odnoszą się do Polski, która wydaje im się przeszkodą w realizacji utopijnych centralistycznych planów budowy Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Przekracza to najbardziej cyniczne wyobrażenie hipokryzji podwójnych standardów jakie gotowi są narzucać silni słabszym, by zaprzęgać ich do swoich kieratów.

„Cztery nogi dobrze, dwie nogi źle”

 Wydawało nam się, no dobrze, nie wszystkim, więc powiedzmy – mnie się wydawało, że uciekając ze strefy wpływów wcześniej sowietów, a później niewiele mniej obłąkanej Rosji, dostaliśmy się do raju wolności, gdzie każdy ma prawo być sobą. Okazało się i z każdym dniem okazuje się w większym stopniu, że nic bardziej mylnego. Z przerażaniem odkryliśmy – ja odkryłem – że łąki, które wydawały nam się zza płotu bardziej zielone, szybko w przerażająco znajomy dla nas sposób – czerwienieją. A stawiającym świat na głowie lewackim despotyzmem, tym razem wieje do nas… z zachodu. Że znowu powstaje świat, w którym „lud będzie pił szampana ustami swoich przedstawicieli”. Znowu są równi i równiejsi. Podczas gdy zagrożenie ze strony obłąkanej Rosji nie zmalało, a wręcz, jak się okazało rok temu, wróciło z całą mocą.

„Towarzysz Napoleon ma zawsze rację”

 Od jakiegoś czasu zastanawiałem się jak uchwycić uczucie, które towarzyszy mi kiedy spoglądam w zimno uśmiechnięte, zwykle bardzo profesjonalnie fotografowane,  z takim jakimś „anielskim” efektem, twarze unijnych mandarynów. Doszedłem wreszcie do wniosku, że nie widzę tam twarzy, tylko ryje. Korporacyjnie wystudiowane, ale ryje. I ja, tych dwadzieścia lat temu, euroentuzjasta, musze powiedzieć, że w te fałszywe, brukselskie ryje nie mogę już patrzeć.

I nie żebym zniżył się tutaj do taniej obelgi. Jeśli widzę na tych zdjęciach ryje, to dlatego, że ich właściciele kojarzą mi się z bohaterami „Folwarku Zwierzęcego” George’a Orwella, a konkretnie z kastą świń, ze szczególnym uwzględnieniem Towarzysza Napoleona.

„Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim”.

CEZARY KRYSZTOPA: Tuskowe, czyli program społeczny PO. Tylko dla bezpieki?

W dość powszechnej opinii, pomimo oficjalnych deklaracji, Platforma Obywatelska jest wrogiem programów społecznych i w razie dojścia do władzy te programy zlikwiduje. Jak się okazuje jednak, niezupełnie jest to prawdą. Platforma Obywatelska znalazła grupę społeczną, do której jest gotowa skierować taki program. Tą grupą szczęśliwców okazali się byli pracownicy komunistycznych służb, którym nieludzki PiS obniżył emerytury w ramach ustawy dezubekizacyjnej

– (…) nie podoba mi się też pisowski model, który jest ewidentnie odwetem. Jest kompletnie nieracjonalny (…) Krzywdy na pewno zostaną naprawione – mówił Donald Tusk na spotkaniu z wyborcami w Siedlcach odpowiadając na pytanie jednego z wyborców, który czuł się skrzywdzony.

Andrzej Rozenek

Co ciekawe, jak przekazał Donald Tusk, mają pracować nad tym Tomasz Siemoniak i… Andrzej Rozenek, wychowanek Jerzego Urbana, przez wiele lat jego „uczeń” w tygodniku „Nie”, którego był nawet wicenaczelnym. Swego czasu (w 2010 roku) zapraszany na zebranie Klubu Wałdajskiego (obok Adama Michnika), gdzie spotkał się z Władimirem Putinem.

Żeby wiedzieć jaką to krzywdę chce naprawiać Donald Tusk, warto przypomnieć w jaki sposób „krzywdziła” ustawa dezubekizacyjna. Otóż w ramach ustawy zdecydowano, że emerytury funkcjonariuszy byłych komunistycznych służb, nie mogą być wyższe od ŚREDNIEJ emerytury. Średniej.

„Krzywda”

Latami w III Rzeczpospolitej byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb cieszyli się wysokimi emeryturami, podczas gdy ich ofiary często klepały biedę. Ustawa dezubekizacyjna nawet nie obniżała poziomu emerytur ubeków do poziomu najniższego, ale do poziomu średniej emerytury pobieranej przez emerytowanych Polaków. Często nadal wyższej od poziomu emerytur ofiar. Warto dodać, że byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb, nie płacili w PRL składek ZUS, więc na ich emerytury złożyły się również ich ofiary.

I ten średni poziom Donald Tusk uznaje za „krzywdę”, którą chce naprawić. A nad rozwiązaniami pracuje Andrzej Rozenek.

Platforma Obywatelska uważa się za partię o korzeniach solidarnościowych. A może już się nie uważa. Kto ich tam wie.

CEZARY KRYSZTOPA: Żryjcie mąkę z robaków, czyli społeczeństwo kastowe

Wujek mojej Żony jest człowiekiem ciężkiej pracy. Ma własną firmę. Pracuje fizycznie. Sporo w życiu przeszedł i z całą pewnością jest również człowiekiem godnym szacunku.Jednocześnie jest człowiekiem do cna przeżartym TVN-em. Był nawet na jakimś lokalnym „marszu równości” głęboko przekonany,  że tak trzeba.

Tak to już jest, że ludzie na co dzień niezajmujący się polityką, często padają łupem różnych „strumieni narracji”, ponieważ nie mają czasu wgryzać się w istotę politycznych spraw na co dzień zajęci rodziną, pracą, po prostu czym innym. Jakaś ich część, nie mała przecież, pada łupem strumieni bijących z Wiertniczej i Czerskiej.

Reportaż

Wydaje mi się, że się bardzo z wujkiem lubimy, choć ja staram się unikać dyskusji na temat polityki,  a on uparcie stara się je ze mną prowadzić. Ostatnio opowiadał mi o pewnym reportażu z TVN (ja go nie oglądałem, posługuję się tu tylko wujkową relacją tak jak ją zapamiętałem). Jednym  z bohaterów reportażu miał być starszy pan, który mieszkając w starym, rozpadającym się domu, palił w piecu tym co miał,  a nie tym czym „powinien”. W tym momencie zacząłem rozumieć, że opowieść wujka jest nieco inna niż zwykle. Według jego relacji bowiem, reporter miał się zachowywać wobec starszego pana wręcz agresywnie, wypytując go, czy „nie rozumie, że wydziela CO2”, czy tam dokonuje innych „grzechów ekologicznych”. Na co starszy pan odpowiadał, że ma niewielką emeryturę i choćby wydał całą na opał, to by nie wystarczyła. Na koniec wujek, co mnie już zupełnie zaskoczyło, stwierdził, że ta „ekologia” jest nieludzka.

Należę do tych, którzy przenoszą ślimaki przez ulicę. Nie lubię kiedy ktoś śmieci w lesie. Jeszcze w podstawówce przezywano mnie „doktorem”, ponieważ zapłaciłem koledze 50 złotych żeby nie dręczył żaby. I ja również uważam, że taka „ekologia” jest nieludzka.

Społeczeństwo kastowe

Nie tyle bowiem wynika z chęci „czynienia dobra”, co ze sztucznie implementowanej sekciarskimi obrzędami przeróżnych magów z Davos czy Brukseli, chęci pognębienia człowieka w imię rzekomego „dobra planety”. Zauważyliście jak wielkie koncerny zeszły z celowników aktywistów? Dziś maszerują z nimi ramię w ramię w „marszach równości”. Dziś wrogiem aktywistów struganych przez Klausów Schwabów tego świata są ludzie, tacy jak ten starszy pan z reportażu TVN. To on ma oddać samochód (o ile go ma), to on ma kupić nowy piec, na który go nie stać, palić paliwem na które go nie stać, żreć mąkę z robaków, a najlepiej w ogóle przestać już wydzielać CO2 i nie zawracać głowy swoim istnieniem wyższej kaście. Z tym, że głupiutkie, nakręcane, aktywistyczne kukiełki, jeszcze nie rozumieją, że w kategorii „wyższej kasty” to się może mieści Klaus Schwab, ale nie oni. Oni też mają żreć mąkę z robaków, a w sumie najlepiej jakby również przestali wydzielać CO2, kiedy tylko przestaną być potrzebni.

Do tej pory, przyznaję, często z rozpaczą i pewną rezygnacją patrzyłem na budowę społeczeństwa kastowego, w którym na jednym biegunie są bramini pokroju Klausa Schwaba, a na drugim tacy „niedotykalni” jak starszy pan z reportażu…

… ale skoro dostrzegł to nawet wujek w grubych i szczelnych okularach TVN, to może jest nadzieja?

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Jak się nie obrócić, … tył zawsze z tyłu

Nie jest dobrze, proszę ja Was. Nie jest dobrze. Mówiąc nieco obcesowo, można by rzec, że jak się nie obrócić d… zawsze z tyłu.

Trudno mi się opędzić od myśli, że polski rząd od dłuższego czasu pracował nad uprzężą, którą następnie na siebie założył, a lejce oddał Brukseli. Jeśli ustawa o SN, która ma „utorować drogę do kompromisu z KE” wejdzie w życie, prawdopodobnie czeka nas chaos i rzeź sędziów, którzy zaufali po 2015 roku reformie sądownictwa, a jeśli się nie uda, histeria pt. „PiS zabrał pieniądze”. Długo by pisać, sporo już o temu poświęciłem czasu. Tak czy siak, w to, że będą z tego jakieś pieniądze (przypominam, że zgodziwszy się na KPO, już zaczęliśmy to spłacać) zdają się niespecjalnie wierzyć nawet członkowie partii rządzącej. A i Bruksela nie bez powodu tuż po sejmowym głosowaniu w sprawie ustawy o SN wysyła nieoficjalny sygnał – „a nie nie, teraz ustawa wiatrakowa…”. Wydaje się, że ten rząd nie znajduje się obecnie u szczytu pasma sukcesów.

Opozycja?

Ktoś powie – no dobrze, ale od tego mamy opozycję, żeby przygotowawszy uprzednio odpowiedni program, powoławszy odpowiednich ludzi, dała nadzieję na nowe otwarcie. Niestety, bardzo mi przykro, jeśli z codziennego opozycyjnego bełkotu w mediach można wyekstrahować jakiś program, to jest to program likwidacji państwa (CBA, IPN itd.), prywatyzacji wszystkiego co się rusza, likwidacji 500+, podniesienia wieku emerytalnego, nauczania masturbacji w szkołach i pozakonstytucyjnych rozwiązań siłowych. Czyli program wpędzenia Polaków na powrót w rolę taniej siły roboczej, laboratorium eksperymentów społecznych i rynku zbytu dla innych. Rola przewidziana dla Polski to nawóz dla przyszłego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich lub, jak wolą niektórzy – IV Rzeszy. Zakładając nawet, że jest to program atrakcyjny dla kogokolwiek z jaką taką zawartością puszki mózgowej, to co takiego robi opozycja, żeby przekonać do siebie Polaków? Przedstawia jakieś programy? Koncepcje reform? A skąd, opozycji wydaje się, że wystarczy pomoc „starszych kolegów”, szczucie na inaczej myślących, filmiki z Tuskiem na TikToku i kilka grubszych żartów przechodzonego „byłego premiera”, który sprawia wrażenie jakby ktoś go zamroził w 2014 roku, a po rozmrożeniu zapomniał poinformować, że jednak minęło tych kilka lat. Otóż może nie wystarczyć.

Niemcy? UE?

Tu znowuż ktoś może zauważyć – no dobrze, skoro są jacyś „starsi koledzy”, którzy niewątpliwie mają wystarczająco dużo siły by nas krzywdzić, to może jednak powinni sprawować nad nami realną władzę i nie ma co się szarpać? Nie będzie suwerenności, ale będzie jaki taki spokój i jaki taki „dobrobyt”. Rzeczywiście, „starsi koledzy” ciągle mają możliwość sprawiania nam kłopotów, ale znów, zwolenników takiej tezy muszę bardzo zmartwić. Niemcy to oczywiście wciąż potężny kraj, ale dawno nie byli tak słabi i to na różnych płaszczyznach, gospodarczej, wizerunkowej, społecznej, każdej. Można by zaryzykować tezę, że w wyniku własnych błędnych decyzji minęli już szczyt swojej potęgi i raczej staczają się po równi pochyłej. A Unia Europejska? Litości, na Polsce może się jeszcze powyżywać, ale dziesięciolecia rozrodu wsobnego na brukselskich korytarzach, doprowadziły do umysłowej atrofii i braku umiejętności weryfikacji błędnych założeń. Tak jak UE przed wojną pędziła w imię ideologicznego zaślepienia na ścianę gospodarczej katastrofy, tak po wybuchu wojny jeszcze przyspieszyła. Pytanie tylko kiedy katastrofa nastąpi i kogo za sobą pociągnie. A jeszcze nie wiadomo jaki zasięg obejmie i czym się skończy afera korupcyjna.

Rosja?

Komu innemu może się z kolei przyśnić Rosja, „Trzeci Rzym”, „ostatnia reduta konserwatyzmu” (światowy lider mordowania nienarodzonych). Błagam… Trudno powiedzieć, czy to w co wdepnęła Rosja jest efektem obłędu, czy złej oceny sytuacji Władimira Putina. Dość jednak, że człowiek, który był bliski zbudowania eurazjatyckiej osi Moskwa-Berlin, rozciągającej się od Władywostoku po Lizbonę, spuścił swoje „imperium energetyczne” w wyniku tyleż zbrodniczej co durnej inwazji na Ukrainę, w geopolitycznym klopie. Tak, oczywiście, że Rosji pozostaje więcej możliwości niż by chciały hurraoptymistyczne w tym zakresie „wiodące media”. Oczywiście, że Rosja prawdopodobnie zdąży przelać jeszcze wiele krwi. Ale, to, że szybko przejada gromadzone przez lata zasoby, które nie będzie łatwo odbudować, jest faktem. To, że rozpada się jej strefa wpływów, a na Kremlu rozpoczęły się walki buldogów pod dywanem, również jest faktem. Wiele wskazuje na to, że na Kremlu zapadła decyzja o wejściu w co najmniej nową „zimną wojnę” z Zachodem. Zapewne pomoże to za nową „żelazną kurtyną” przez jakiś czas zachować jaką taką spójność wewnętrzną, ale jak zimna wojna i wyścig zbrojeń skończył się dla Związku Radzieckiego? A jak skończy się dla słabszej Rosji w starciu z oczywiście również słabszym, ale jednak posiadającym wielokrotnie większe zasoby i potencjał Zachodem?

Leśniczy

Tę listę można by ciągnąć dalej, ale i bez tego tekst jest znowu za długi. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że zbliżamy się do jakiegoś przesilenia. Mamy niewątpliwie sytuację kryzysową, rzeczywistość wymusza na fircykach porzucenie postpolityki i zakasanie rękawów. Mimo to zarówno główni, jak i drugoplanowi aktorzy zdają się nie dorastać do swoich ról.

I jak tu nie zadawać sobie pytania, parafrazując znany, choć mało śmieszny dowcip, czy nie pojawi się w końcu jakiś leśniczy, który rozpędzi to po kątach, uznając, że ma wystarczająco dużo siły żeby „zaprowadzić porządek”?

O niuansach w społecznym przekazie pisze CEZARY KRYSZTOPA: Zakaz wątpliwości

Prowadziłem ostatnio na Twitterze pewną dyskusję. Temat dyskusji nie jest w kontekście tematu, który chce poruszyć taki istotny, ale dla pełnego obrazu napiszę, ze dotyczyła planów przekazania przez Polskę Ukrainie Leopardów.

Jestem zwolennikiem pomocy Ukraińcom na różnych poziomach. Sam używam argumentu o tym, że lepiej, aby nasz sprzęt osłabiał Rosjan za Dnieprem, niż gdyby musiał na Bugu. Prywatnie też przyjmowaliśmy Ukrainki uciekające przed wojną w mieszkaniu po babci. Z drugiej strony uważam, że skoro wojna nie jest grą na konsoli, tylko może realnie dotknąć na przykład naszych dzieci, mamy obowiązek brać pod uwagę nie tylko optymistyczne, ale również pesymistyczne scenariusze. Dlatego nasza pomoc nie może przekraczać granicy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów. A dziś po oddaniu kilkuset sztuk ciężkiego sprzętu, w tym wielu czołgów, Leopardy są filarem naszych wojsk pancernych (tak, chodzi o kompanię, czyli maksymalnie kilkanaście czołgów, ale my już oddaliśmy sporo, a zanim uzupełnimy braki minie przecież jakiś czas i kto nam zagwarantuje, że jeśli PiS nie utrzyma władzy, to zakupy nie pójdą do szuflady?). Podobne opinie wyrażali również eksperci, tym bardziej ośmieliłem się w dość łagodnych słowach wyrazić wątpliwość.

Pewne zjawisko

Rany, co to się zaczęło, zostałem i ruską onucą i szurem i nie pamiętam kim tam jeszcze. Ale nie o to chodzi, po szkole Salonu24 nie unikam nawet i ostrej dyskusji, a przecież wielu dyskutowało ze mną również grzecznie i nikomu nie ośmieliłbym się odmówić prawa do własnego zdania. Rzecz w czym innym. Przy okazji bowiem ułożył mi się w głowie obraz pewnego zjawiska, które przecież nie zaczęło się wczoraj, ale jakby nabiera rozpędu.

Ostatnio można je było zaobserwować w ogniu wojny o COVID-19. Opinia publiczna podzieliła się na dwie ostro skonfliktowane grupy (z chlubnymi wyjątkami rzecz jasna), które (a obrywałem od obydwu, więc wiem o czym mówię) nie potrafiły znieść żadnych wątpliwości. Jeśli ktoś jakąś wyraził, zostawał mordercą, terrorystą lub zajobem. Uczciwie trzeba przyznać, że tylko jedna z tych grup dysponowała absolutną przewagą medialną, polityczną i finansową.

Ani „won!” ani „hura!”

Teraz podobne zjawisko obserwuję w kwestii wojny na Ukrainie. Jedni wołają „ukry won”, bez sensu przecież, bo w tym miejscu mapy i czasu w jakim się znajdujemy, warunkiem naszego istnienia jest nasza aktywność i budowanie wpływów w regionie, a jakby to brutalnie nie zabrzmiało, ta wojna, choć straszna jak każda wojna, zupełnie przebudowała międzynarodową układankę na naszą korzyść.

Inni znów gotowi byliby oddać Ukrainie wszystko. Ja rozumiem ludzki odruch serca, ale w polityce nie o to chodzi. Naszą optyką musi być zawsze optyka polska, a naszym aksjomatem nasz interes narodowy. A, że znajdujemy się na etapie tzw. „ciekawych czasów”, to poszukiwanie właściwiej ścieżki na drodze do jego realizacji, z pewnością nie jest łatwe i musi być skomplikowane, nie da się go streścić ani słowem „won!”, ani słowem „hura!”. To nawet nie taniec na linie, to taniec na stojących na sztorc szablach.

I wiecie co? Przede wszystkim nie da się jej odnaleźć zagłuszając wątpliwości. Pozbawieni wątpliwości jesteśmy skazani na sklerozę, odporność na argumenty, złą ocenę sytuacji, a ostatecznie na podejmowanie niewłaściwych decyzji.

Agentura wpływu istnieje realnie, kiedyś łatwo dało się wychwycić rusycyzmy w komentarzach, dziś lepiej się wyszkolili, ale naprawdę, nie każdy kto ma wątpliwości to zaraz „ruska onuca”, nie dajmy się zwariować.