TRZYMAJ SIĘ UKRAINO! Zełeński: Nieoceniona jest konkretna, codzienna pomoc Polski

Po bandyckiej agresji Rosjiji na Ukrainę, w Polsce trwa akcja pomocy dla walczącego kraju i przybywajacych do nas z terenów objętych wojną uchodźców. Rząd, samorządy i sami obywatele organizują zbiórki pieniędzy i darów. W regionach akcję koordynują wojewodowie.

Ukraina walczy. Obrońcy odpierają ataki na większe miasta i obiekty strategiczne. Kijów przetrwał już kilka rosyjskich bombardowań. Wojsko ukraińskie stawia zacięty opór Rosjanom w wielu miejsach kraju.

Ci, którzy nie wyjechali i nie mają bezpiecznych schronień schodzą do metra – relacjonował mer Kijowa Witalij Kliczko. W atakowanej stolicy jest też prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński. Na twitterze przekazuje bieżące informacje z innego choć nie mniej istotnego frontu dyplomatycznego.

Trwają rozmowy o negocjacjach pokojowych, ale nie powtrzymuje to obrony Ukrainy.

„Rozmawiałem telefonicznie premierem Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem. Jestem mu wdzięczny za twarde stanowisko, które miało wpływ na ostetnie decyzje mające na celu zwiększenie zdolności bojowych armii ukraińskiej. Rozmawialiśmy też wpólne przeciwdziałania agresorowi” – napisał prezydent na TT.

„Podziękowałem prezydentowi Polski Andrzejowi Dudzie za osobiste przywództwo w przyznaniu Ukrainie członkostwa w EU . Nieoceniona jest także konkretna, codzienna pomoc Polski dla naszego kraju. Z Polską łączy nas historia i jestem pewien, że wspólna europejska przyszłość” – podkreślił Zełeński.

„Poinformowałem Prezydenta Gruzji @Zourabichvili_S i premiera Republiki Czeskiej @P_Fiala o aktualnej sytuacji. Jestem  wdzięczny naszym przyjaciołom z Gruzji i Czech za wsparcie.Podziękowałem również Papieżowi Franciszkowi za modlitwy za Ukrainę. Czujemy duchowe wsparcie Waszej Świątobliwości” – zaznaczył.

 

Na całym świecie odbywają się demonstracje poparcia dla napadniętej przez Moskwę Ukrainy. W Polsce codziennie w wielu miastach wspólnie z Ukraińcami, Białorusinami i potępiającymi Putina Rosjanami przeciwko kremlowskiej agresji protestuje wiele tysięcy osób. Są też mniejsze wiece, na przykład kilkudziesięcioosobowa manifestacja przed konsulatem Ukrainy w Łodzi.

Wśród wielu transparentów wyróżniał się ten z napisem „Putin morderca”. Były też dobrze znane już słowa bohaterskich obrońców Wyspy Węży: „Rosyjski okręcie wojenny, spi……jcie!”.

Ukraińcy dziękują Polakom m.in. za pomoc w przyjmowaniu tysięcy uchodźców. „Wasza pomoc przywraca nam wiarę w człowieczeństwo” – powiedziała młoda Ukrainka Oleńka.

HB/red/PAP/TT/ukrt/bl

TRZYMAJ SIĘ UKRAINO! Uraińskie media apelują do dziennikarzy: Nie publikujcie rosyjskiej propagandy i fake newsów

Ukraina walczy z moskiewskim najeźdzcą! Ale w mediach też trwa wojna. Ukrańskie telewizje, rozgłośnie radiowe i portale internetowe apelują do obywateli i redakcji: Nie publikujcie putinowskiej propagandy, moskiewskich fałszywek i fake newsów. Na wiekszości kanałów nadawany jest sygnał państwowej telewizji.

Wołodymyr Zełeński w swoim piątkowym, porannym przemówieniu, które było potem relacjonowane przez wszystkie oficjalne kanały prezydenta Ukrainy, po raz koleiny apelował do społeczności międzynarodowej o zdecydowane działania wobec agresora.

„Bronimy naszego kraju, naszej wolności. Potrzeba nam skutecznej pomocy międzynarodowej” – mówił Zelenski, co przekazano też na TT. Prezydent podał również, że rozmawiał z prezydentem Polski Andrzejem Dudą w sprawie koniecznej reakcji i pomocy Bukaresztańskiej Dziewiątki, czyli krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Chodzi o pomoc w obronie Ukrainy, naciski na Rosję i presję na kraje Zachodu w sprawie sankcji wobec Moskwy.

” Potrzebujemy koalicji antywojennej” – podkreślił Zełenski, który poinformował też o rozmowach z premierem Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem „Dzisiaj Urkaina bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje pomocy naszych partnerów. Żądamy skutecznego przeciskatwienia się Federacji Rosyjskiej. Sankcje muszą być dalej wzmacniane” – napisał prezydent Ukrainy na TT.

Portal www.ukrinform.ua cytuje słowa Zełeńskiego:” Wróg został zatrzymany  w większości zaatakowanych rejonów. Trwają walki”

hb/ukrinform/TT/red

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarstwo i wojna, czyli kres poprawności politycznej potrzebny od zaraz

Nie ma co udawać – zaczęła się wojna. A kiedy zaczyna się wojna, nie kończy się co prawda  dziennikarstwo, ale musi się kończyć poprawność polityczna związana relacjami o wojnie. Zresztą dobrze, aby poprawnoiści politycznej nie było też w czasach pokoju.  Chodzi o relacje związane z wojną z punktu widzenia polskiego dziennikarza, obywatela kraju, który potępił Moskwę za agresję w Donbasie. Kraju popierającego Ukrainę. Kraju będącego w NATO i UE.  Z polityczną poprawnością skończyłem już w podstawówce, ale niektóre moje Koleżanki i niektórzy Koledzy, nawet w przededniu napaści Rosji na Ukrainę szukali „drugiej strony”, czyli, przepraszam za wyrażenie ,”racji” Kremla w chorym dążeniu Putina do zbrojnej anekcji kolejnych części niepodległego państwa i podżegania do wojny w Europie.

Takie postępowanie polskiego dzienniarza jest nie do pomyślnia. Nie ma mowy o usprawiedliwianiu reporterów, którzy przekazują treści szkodliwe dla swojego państwa. To jest jasne i korespondentom wojennym nie potrzeba powtarzać. Co jedenak z nami? Dziennikarzami, którzy zostają na tyłach?

Trzymajmy się przede wszystkim zasady – jest wojna, nie pisz, jeśli nie sprawdziłeś naprawdę dobrze. Nastroje społeczne w obliczu konfliktu, to nie są emocje z zebrania wspólnoty mieszkaniowej. Pomyśl zanim napiszesz coś o zaopatrzeniu sklepów spożywczych, bo jeśli się pomylisz i podasz, że jest mało cukru i mąki, to nastepnego dnia będą tylko puste półki. Bez cukru i mąki, bez kaszy i ryżu i bez setek produktów spożywczych. A mało cukru i mąki mogło być przez dwie godziny, bo sprzedawca postanowił zmienić asortyment, a ty robiłeś relację przed dostawą.

Nie strasz. Nie pisz i nie mów, że słyszałeś o Rosjanach na przedmieściach Puław, Sieradza, czy w okolicach Białki Tatrzańskiej, bo to będzie na 99 proc. plotka, chyba, że akurat w Puławach, Sieradzu i w Białce mieszka dużo osób posługujących sie językiem rosyjskim. Ale nawet wówczas nie oznacza to, że na nas napadli akurat ci Rosjanie, którzy mieszkają u nas kilka lat lub, że to w ogóle są Rosjanie.

Zachwaj czujność. Wiem, brzmi to, jak z ponurych czasów stalinizmu, ale zawsze trzeba być ostrożnym, kiedy wojna u bram, a przybywa ludzi, którzy mogą nie być uchodźcami z Ukrainy.

Bądź dobrze przygotowany. Nie zaszkodzi oprócz angielskiego, czy niemieckiego lub francuskiego znać podstawy rosyjskiego i ukraińskiego. Wbrew pozorom te dwa języki można bez trudu odróznić od siebie odróżnić. Czytaj najnowsze informacje w różnych mediach. Porównój.

Propagandy wroga używaj tylko po to, aby ją zdemaskować. Nie baw się w „śledczego” dziennikarza wojennego. Masz niepokojące informacje nie rób z tego „jedynki”, bo agenci wpływu mogą cię łatwo nabrać. I szkodliwa rosyjska papka przedostanie się do polskich mediów. Przypuszczasz, że ktoś o  prokremlowskich poglądach  cię podpuszcza, nie idź z tym do redakcji Idź do ABW lub innych służb, najlepiej wojskowych.

Nie daj po sobie poznać, że się boisz, szczególnie jeśli pracujesz w mediach elektronicznych. Ludzie widzą i słyszą więcej niż myślisz. Każdy może czuć strach, ale twoja panika nie jest podczas zbrojnego konfliktu tylko twoja, bo mówisz do tysięcy ludzi, których możesz przestraszyć.

Mam nadzieję, że wszystkie te rady i sugestie na nic się nie przydadzą i będzie można je wkrótce wrzucić do archiwum. Na razie jednak mogą się przydać.

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Wojenna gra w hokeja albo kij Putina na Europę. Aktualizacja: Finowie wygrali z Rosjanami!

Aktualizacja (20.02.22 r. godz. 10.40):

Gratulacje dla hokeistów Finlandii i dla całego kraju! Zwycięstwo Suomi nad ulubieńcami Putina w olimpijskim finale może być dobrą wrózbą dla świata. „Olimpijskie złoto”. HS; hs.fi

Gdyby mecz o złoty medal turnieju hokejowego mężczyzn w Pekinie między Finlandią a Rosyjskim Komitetem Olimpijskim odbywał się kilka tygodni temu, a nie w nocy z soboty na niedzielę 20 lutego, można byłoby, w dobrej wierze, szantażować Moskwę, że albo wycofa się z agresji na Ukrainę albo rosyjscy hokeiści nie zagrają w finale. Teraz, niestety, jest za późno na szachowanie Kremla, bo kochający grę w hokeja Putin wojsk nie wycofa. Tylko, że jest jeszcze kilka godzin, aby upokorzyć najeźdźcę i rzeczywiście wykluczyć reprezentację agresywnego państwa z imprezy stanowiącej, jeszcze, emanację dążeń pokojowych całego świata. Teoretycznie.

Chyba, a piszę to kilka godzin przed finałem hokejowego turnieju, mimo napiętej sytuacji międzynarodowej, do odwołania meczu nie dojdzie. Dlaczego? Bo jednak szefem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego jest Niemiec. A właśnie Niemcy, jako kraj niewątpliwie miłujący pokój, nie mają – że tak tajemniczo napiszę – pełnych zdolności negocjacyjnych w rozmowach z Rosją… Chodzi o kawałek rury pod Bałtykiem, przez który ma płynąć gaz. A strażnikiem zaworu na Europę, w imieniu Moskwy, ma być Berlin. A że raz zdobyty, to się tam boją wschodnich turystów, na przykład znad Donu.

Krótko mówiąc banda tchórzy z olimpijskiej centrali nie jest w stanie nic zrobić, aby pokazać, że kraj napadający inne państwo nie jest godny walczyć o olimpijskie złoto. Dawniej laur. A o czystą sportową walkę i pokój na planecie chodziło przecież wskrzesicielom idei olimpizmu.

Sportowcy z Rosji na chińskich igrzyskach występują jako Russian Olympic Committee, bo od lat nad Wołgą i Amurem kwitnie przemysł sportowego dopingu. Ależ to kara, ależ się Rosjanie przejęli… I tak w ich telewizjach zamiast logo ROC widnieje Rossija. A Rossjia byłaby skompromitowana i sfrustrowana, gdyby tamtejsi hokeiści wrócili z Pekinu bez żadnego medalu, wykluczeni z igrzysk. Niestety, to mało prawdopodobne. Putin jest żałośnie pewny siebie, nie ustępuje. A Zachód, czyli także i my? Pozwalamy mu na wiele.

Modlę się o to, aby poniższy scenariusz się nie spełnił. Może się jednak zdarzyć tak, że kiedy u nas będzie około 7.30 w niedzielę 20 lutego, w Moskwie, już po meczu, w którym będę kibicował Finom i zakończeniu pekińskich igrzysk, Władimir Władimirowicz – po prysznicu (mieszkał, jako szpieg w NRD – czysty jest) i lekkim śniadaniu (Europejczyk przecież) – niezależnie od gry i wyniku meczu hokejowego ROC z Finlandią, da sygnał do inne „gry”. Z Ukrainą. Niestety, będzie to wojna. Moskwa, jakkolwiek abstrakcyjnie to zabrzmi, napadnie na Kijów już po zgaszeniu olimpijskiego ognia, a dla ludów wschodu symbolika ma znaczenie. Co zrobią ugodowe wobec Kremla państwa UE, kiedy prezydent Federacji Rosyjskiej spróbuje przejąć ster Starego Kontynentu?

Niemcy, Francja i Benelux poproszą o negocjacje. A Putin z uśmiechem wyjmie symboliczny kij na Europę. Nie hokejowy, ale gazowy. A może znajdzie też jakiś kostur na Chińczyków.

I tak oto, z powodu braku zdecydowania i zwykłego strachu, po raz kolejny satrapa zakpi sobie z pokoju. I oby tylko ROC nie zdobył złota w turnieju hokejowym mężczyzn, bo przy szacunku do uczciwych sportowców z Rosji, to jest parodia reprezentacji państwa godnego stanąć w olimpijskie szranki.

Zwierzęcy strach, którego jeszcze w tym roku nie poczuje Putin i wyrafinowane tchórzostwo Paryża oraz Berlina ubrane w szaty cywilizacyjnej wyższości, to w sumie te same uczucia. Zawsze tchórzostwo prowadzi do upadku. Tylko, czym zawinili mieszkańcy Ukrainy? Oby nie było tak z obywatelami krajów bałtyckich i z nami. Ugody i porozumienia z terrorystami prowadzą zawsze do upadku. Strzeżmy się ugodowców!

 

Putin miejski albo jak biuro prasowe prezydent Łodzi nie wpuściło TVP na konferencję prasową

KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA

Wybaczcie ten długi tytuł, ale czasem tak po prostu trzeba. Nie w obronie TVP, ale obronie wolności słowa. Spętani politycznymi zależnościami od Platformy Obywatelskiej i Lewicy urzędnicy z biura prasowego prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej (KO) nie wpuścili ekipy TVP3 Łódź na konferencję prasową. Nie wpuścili, bo politycznemu dworowi łódzkiego magistratu dziennikarze nie są już potrzebni. Przynajmniej do kampanii wyborczej. Nie są potrzebni nie tylko dziennikarze TVP. Teraz jest moda na magistrackich klakierów.

Złamano prawo prasowe. Złamano obyczaje, których – nie najlepszy to przykład – przestrzegali nawet komuniści w słusznie minionych czasach. Ustrój się zmienił, ale sowiecki charakter drzemał sobie w samorządowym błotku gospodarstwa Pani prezydent Hanny Zdanowskiej. Jej zbiorowy Putin, czyli mechanizm samorządowych stanowisk w biurze prasowym, działa. Przepraszam za porównanie, działa jak na Krymie 8 lat temu. Przepraszam tych mieszkańców Krymu, którzy cierpią z powodu bezprawnego panowania rosyjskiego reżimu i przekupionych lokalnych satrapów.

Biuro prasowe prezydent Łodzi to przyboczna gwardia polityk wpływowej polityk PO (KO) Hanny Zdanowskiej. Gwardia kilkunastu byłych dziennikarzy łódzkiego oddziału gazety ze stołecznego Czerniakowa. I nie tylko.

Rzecznik prezydent trzeciego, co do wielkości polskiego miasta, mówiący, że na konferencję TVP nie miała zaproszenia, toteż ekipa TVP z Łodzi na nią nie wejdzie jest, jak rzecznik Kremla na corocznej konferencji prezydenta Federacji Rosyjskiej.

Tylko w Moskwie nie wpuszcza się najwyżej ekip gruzińskich lub czeczeńskich mediów i to nie z powodów, z jakich, ewentualnie nie wpuszczono TVP na zwyczajne spotkanie wiceprezydenta Adama Pustelnika z dziennikarzami. Ów wysoki urzędnik samorządowy chciał powiedzieć światu, co będzie z pieniędzmi, które samorządowi dał rząd. Może się wstydził, ale to nie powód pomijać odbiorców TVP, których – z powodu naruszenia prawa prasowego – nie mogła poinformować reporterka, bo jej zakazano, podkreślam zakazano wejścia na konferencję.

Dlaczego TVP nie wpuszczono? Nie mam powodów, aby bronić wszystkich przed biurem prasowym Zdanowskiej, ale aby zastosować takie cenzorskie metody, reporterka – znana mi młoda dziennikarka – musiałaby chyba próbować wejść na konferencję z flagą Korei Północnej. A na pewno tego nie próbowała.

Od lat rzecznik i biuro prasowe ekipy prezydent Zdanowskiej popieranej od trzech kadencji przez PO i to, co zostało z SLD są propagandowo podobni do aparatu sowieckich dygnitarzy. Po prostu numer, jaki wykręcili w Walentynki łódzkiej TVP jest godny miłości Donalda Tuska do Władimira Putina z pamiętnej przechadzki na sopockim molo w 2009 roku.

Nie wpuścili TVP do łódzkiego magistratu, bo nie. Bo tak im się podoba. Prawo prasowe? Rzecznik przecież broni swojej szefowej przed PiS. A łódzki samorząd to samospełniająca się przepowiednia o mieście demokratycznych swobód, tyle, że nie dla tych, co mają inne poglądy niż zespół prasowy Zdanowskiej. Czyli, jak w „Misiu” Barei – Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?

Dziwię się tylko, że, poza prezesem łódzkiego oddziału SDP Zbigniewem Natkańskim i piszącym te słowa, jak na razie nikt z obecnych na konferencji dziennikarzy reporterki TVP nie broni.

Kilka lat temu nie do pomyślenia. Na co liczą ci dziennikarze, którzy milczą wobec łamania ich praw? Na to, że to ich nie spotka? Bzdura. Milczenie rozsierdzi tylko łódzki Kreml, czyli urząd miasta. A zbiorowy Putin prezydent Łodzi, czyli biuro prasowe i rzecznik za kilka miesięcy mogą pisać inne scenariusze.

Cóż to będzie? Kryminał, dramat, kino dla dorosłych? Nie. To będzie farsa, jakiej na pewno wyprze się filmowa Łódź. Przykład? Proszę bardzo. Biuro prasowe prezydent Łodzi może się wkrótce zastanawiać, jakie dwa, no może trzy pytania mogą być zadane i przez kogo na jedynej w roku konferencji prasowej Hanny Zdanowskiej. Na pewno nie będzie pytań o dziury w jezdniach.

 

HUBERT BEKRYCHT: Po pierwsze nie straszyć, czyli wojna telewizyjno-internetowa

Nasi wschodni sąsiedzi wygrali już wojnę z Rosją. Na razie propagandową. Ukraiński Internet nie pęka. Tak zresztą, jak tamtejsze telewizje i rozgłośnie radiowe. Walą wprost. Nie używają pocisków, ale słów: – Rosja to agresor, wróg. Będziemy się bronić – taka jest narracja. Tego – jak podają ukraińscy dziennikarze – wymaga racja stanu Kijowa. Żadnej paniki.

Kupiłem za kilkadziesiąt hrywien (miesięcznie) pakiet ukraińskich kanałów telewizyjnych. Żadnego rosyjskiego i antyukraińskiego! Programy informacyjne wymiatają. Bez retuszu mówią w nich o wojnie, która trwa od 8 lat. Wyczuwa się mobilizację, ale nikt nie straszy.

Znana z 2014 r. z kijowskiego Majdanu Espreso TV, którą pamiętam z odwagi jej reporterów wobec Berkutu, ma najbardziej chyba wojenną „ofertę”. W niedzielę 13 lutego wieczorem emitowano w Espreso TV blok informacyjno-publicystyczny, w dużej części poświęcony wojnie.

Najpierw kilka relacji ze wschodu kraju. Fakty. Mapy. Wypowiedzi wojskowych. Spokojne wywiady z mieszkańcami. Oczywiście, że propaganda, ale tam jest wojna. Tego po prostu – jak tłumaczył mi niedawno znajomy Ukrainiec – wymaga racja stanu.

Po newsach z rejonów spodziewanego natarcia, rozmowa Mikoły Kryżyckiego z Ukrainką mieszkającą w Paryżu. Krytyka prezydenta Macrona nie przeszkadza rozmawiającym w spokojnej analizie. Kobieta mówi o francuskich relacjach z frontu i innych prognozowanych miejsc agresji Kremla na Ukrainę. Wspomina o podkreślanej nad Sekwaną jedności Ukrainy w przededniu kolejnej napaści Putina. O tym, że widzi się spokój i mobilizację obywateli oraz to, że w Moskwie mają świadomość specyfiki konfliktu, bo wojna z Ukrainą nie potrwa krótko. Może być dla Putina, daj Boże, ostatnią wojną, którą wywołał.

Potem znowu wieści z kraju, głównie przygotowania do anormalnych warunków, które niesie za sobą spodziewany konflikt zbrojny.

Potem, uwaga, rozmowa z polskim senatorem KO Bogdanem Klichem. Prowadzący pyta byłego szefa MON o rozmaite sprawy wojenne. Dziennikarz mówi po polsku. Klich też. Zresztą nieźle mówią obydwaj. Senatora tłumaczą na ukraiński, czyli rozmowa z odtworzenia. Nic o polskiej polityce. Nic o PiS. Nic o tym, że – zdaniem PO – „Warszawa sobie nie radzi z polityką zagraniczną”. Byłem w szoku. Kryżycki pewnie prowadzi rozmowę, głównie o formacie Wielka Brytania – Polska – Ukraina. I… I koniec.

Na antenie Espreso TV Klich nikogo z naszego rządu nie obraził, nie napadł PiS. Może się opamiętał, może mu kazali, może to wycięli. Jeśli tak, to dobrze, bo nie robi się brzydkich rzeczy Polsce podczas wizyty w ukraińskiej telewizji w przededniu spodziewanego napadu Moskwy na naszych sąsiadów. Ale, jeśli tak nawet było, nigdy się nie dowiemy.

Ten przykład dobrze tłumaczy, co dzieje się w ukraińskich mediach. Mądra, nie waham się użyć tego określenia, polityka medialna Ukrainy przydałaby się nie tylko w naszych publicznych i prawicowych mediach.

Polskie dziennikarskie barany w TV, radiu i Internecie plotą bzdury, że rząd w tej sprawie źle robi, że Polacy są podzieleni, że należałaby rozważyć istotę konfliktu. Nie myślę tu o normalnej krytyce, która nawet w czasie wojny bywa potrzebna, ale o najzwyczajniejszym bezrozumnym lub, co gorzej, wiernopoddańczym sprzyjaniu Kremlowi.

Takim dennikarzom (to nie błąd) zamiast internetowych profilowych nakładek w ukraińskich barwach należałaby się nakładka wyciskająca z mózgu moskiewską agenturę wpływu. I flaga Federacji Rosyjskiej piętnująca ich do końca życia.

 

HUBERT BEKRYCHT: Życie bez podsłuchu albo nie ma co walczyć z zoo

Nikt już dziś nikogo nie podsłuchuje. Poza służbami specjalnymi. Raczej. Służby owe jednak podsłuchują, z definicji, złych ludzi – gangsterów, oszustów i skorumpowanych polityków oraz działających poza prawem dziennikarzy. No, chyba, że to kraj niedemokratyczny to podsłuchują wszystkich.

Wielu z polskich dziennikarzy uwierzyło opozycji w jakieś nieskoordynowane i tajemnicze działania Mitycznej Międzynarodowej Grupy Pegazów podsłuchującej akurat nasz kraj na przemysłową skalę. Wiadomości mityczne pomieszano z faktami, a potem ugotowano w kotle dezinformacji. Bez przypraw. Smacznego.

Podsłuchy stały się „modne” osiem lat temu w Polsce. Zapisy z ukrytych urządzeń nagrywających spotkania polityków stały się hitem sezonu. Konwersacje te nie były wcale niewinnymi „prywatnymi rozmowami” przy kotlecie, policzkach, albo nawet ośmiorniczkach. O naruszeniu ich kulinarnej prywatności najczęściej bajają nagrywani w knajpach ówcześni dygnitarze III RP związani z MSW, MSZ, władzami parlamentarnymi tudzież z ówczesnymi resortami tłustymi, czyli gospodarki i skarbu państwa. Rozumiem, że nagrywani się bronią, że nie mówili tych słów, które mówili, a wulgaryzmy w ich ustach to efekt montażu. Prozaicznej prawdy – wstydu, że nagrali ich prawdopodobnie ludzie gastronomii niezadowoleni z mizernych napiwków, nie da się jednak zapomnieć.

A trzeba było sobie do gabinetów zamówić te frytki, krewetki, rozwielitki, czy co tam ówcześni władcy PO-PSL lubili. Wtedy podsłuch byłby – ku uciesze dziennikarzy – nie tylko nielegalny, ale stanowiłby zdradę stanu. A w najlepszym razie ujawnienie tajemnic państwowych o kupie kamieni, bo jeśli ktoś w knajpie gada o pracy – zamiast pić wódkę   i dobrze się bawić – nie jest zupełnie normalny…

Teraz podsłuchy są wszędzie. W toalecie, telefonach, kaloryferach a nawet, co wytropiła pewna posłanka KO, w dekoderach zakupionych przez rząd dla ludzi, których nie będzie stać na telewizory nowego typu. Nawiasem mówiąc, najgorsze do wykrycia są podsłuchy tramwajowych dzwonków w głowach niektórych parlamentarzystek opozycji.

Teraz, jeśli ktoś nie był lub nie jest podsłuchiwany przez system nazwany jak mityczny koń nie liczy się w towarzystwie. Podsłuchiwani są politycy opozycji, kelnerzy, zawodnicy sumo, rolnicy kupujący telefony teleportując się do przyszłości, aktorki oraz dziennikarze, o których służby nigdy nie słyszały.

Mamy, niestety, jeszcze gorszy typ podsłuchów. Ten system nie tropi naszych rozmów w imieniu służb specjalnych. Zamiast nich robimy to sami. Tak, tak, sami się podsłuchujemy. A potem zdumieni tym, że nagranie z owego samopodsłuchu jest mało medialne, umieszczamy je na portalach społecznościowych. Mogą to być na przykład nasze nocne rozmowy z psem, kotem, papugą lub jaszczurką.

Niedawno wielu łodzian oburzyło się, że jeden z radnych podczas tzw. zdalnej sesji rady miejskiej nieco bełkotliwie przestrzegł przed konsekwencjami sprzeciwiania się rozwojowi ogrodu zoologicznego. A przecież sesja trwała kilkanaście godzin i mógł chłopina chcieć sprawdzić, czy jeszcze go podsłuchują. I podsłuchiwali. Był inwigilowany przez wielu radnych i widzów kanału przekazującego transmisję. Po całym kraju rozniosło się, co podsłuchiwano. Nieszczęsny radny powiedział przecież prawdę, że „nie ma co walczyć z zoo”. Wszyscy jednak skupili się na niezbornej artykulacji wymawianych przez samorządowca słów. A lokalny polityk był po prostu ofiarą zepsutego podsłuchu, który sam, ze zmęczenia, włączył zgłaszając się do głosu.

Tak, tak, nie ma co walczyć z zoo.

HUBERT BEKRYCHT: Pekiński groch z kapustą albo dziennikarska jazda po muldach

Co dziennikarze mogą robić w Pekinie? Co chcą. Byle tylko nie krytykować organizatorów. Media dostały ponoć od komunistycznych Chin wspaniałe warunki pracy, zatem – jak wieść azjatycka głosi – państwo chłopów, robotników i biznesmenów, w związku z odbywającymi się w stolicy ChRL „przełomowymi Igrzyskami Olimpijskimi”, oczekuje od dziennikarzy „należytych” relacji.

Niby nic, bo takich relacji oczekują wszyscy organizatorzy sportowych imprez, ale jednak w tej sałatce z pekińskiej kapusty jest – moim zdaniem – jakiś niestrawny składnik. Centrum prasowe w stolicy Chin jest podobno wygodne, jak fotel Billa Gatesa i rozległe, jak Teksas, tanie, jak dawne sklepy bezcłowe i dyskretne, jak szwajcarski bank. Zadbano nawet o to, aby żurnaliści nie martwili się o nadbagaż w drodze powrotnej.

Zapakowane prezenty

kupione przez dziennikarzy za przysłowiowe chińskie grosze, czyli feny, zostaną wysłane na adres wskazany przez wysyłającego do wskazanego odbiorcy. Na całym świecie. Przedstawiciele mediów narzekają na razie tylko na zapchane toalety, co pozostaje w związku przyczynowo-skutkowym z dobrą jakością jedzenia oferowanego w olimpijskich stołówkach. Posiłki są zróżnicowane, a podają je specjalne roboty. Zapracowany dziennikarz może odpocząć w kafejce, albo – kiedy zmęczenie stanie się nieznośne – przespać się w kabinie w centrum prasowym. Podczas odpoczynku w kapsule warunki wewnątrz przypominają sjestę w kosmosie. O wyposażeniu centrum w elektroniczne gadżety nie potrzeba nawet przypominać. Niektórym

dziennikarzom brakuje pewnie tylko automatów do… pisania

gotowych już informacji i przygotowywania korespondencji. Chociaż, jak mawia mój znajomy jeżdżący często do Państwa Środka, takie automaty zostały już przez Chińczyków wynalezione i gdzieś tam w biurach prasowych stoją – trzeba się tylko rozejrzeć.

Dlaczego chińscy organizatorzy traktują dziennikarzy po królewsku? Tego nie trzeba nikomu wyjaśniać. Dlaczego nieśmiała jest krytyka Igrzysk Olimpijskich w Pekinie prawie we wszystkich mediach światowych? To bardziej skomplikowane, bo igrzyska pekińskie odbywają się podczas pandemii. Na pewno tym właśnie organizatorzy tłumaczyć będą wszelkie niedogodności sportowców, działaczy, dziennikarzy. Oraz cenzurę, która jest chińską specjalnością, szczególnie, jeśli chodzi o Internet.

Już na początku tej wielkiej imprezy Polacy przeżyli szok, bo u wielu z naszych zawodników testy wykazały COVID-19, a ponieważ patogen wywołujący tę chorobę wirus SARS-CoV-2 czuje się w Chinach, jak w domu, płata różne „figle”.

Najpierw „plus”, potem  „minus”, a potem znowu wynik „pozytywny”.

Taką huśtawkę nastrojów przeżyła nasza reprezentantka w short tracku Natalia Maliszewska. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w już w sobotę, nasza zawodniczka, już po izolacji oraz korzystnym dla niej badaniu, pojechała na zawody na swoim koronnym dystansie 500 metrów i… po teście covidowym, który wskazał znowu wynik „pozytywny”, została wyeliminowana z wyścigu, w którym była kandydatką do medalu. Nie wiem, czy nie okrzykniecie mnie zwolennikiem spiskowej teorii olimpijskiej, ale z wielu komentarzy znawców short tracku dowiedziałem się, że miejscowi dziennikarze na zwyciężczynię dystansu, na którym dominuje Maliszewska, typowali jedną z Chinek. Albo nawet trzy. Nie wiem, jak to się skończy, ale Polki w walce o złoto w tej konkurencji już nie ma. Zobaczymy, co będą mówić nasi pekińscy korespondenci sportowi o chińskich zwyczajach związanych z testami covidowymi. Czy zauważą

niesprawiedliwość wobec Pani Natalii, czy tylko pech?

Chociaż, będąc w Chinach, wypada pamiętać, że jest się w komunistycznym państwie totalitarnym, to jednak nic nie wskazuje, że polscy dziennikarze zostali postraszeni programem pozyskiwania organów na przeszczepy dla dygnitarzy ChRL, tak jak więźniowie polityczni Pekinu. Na razie krytyka wobec organizatorów, w przypadku większości naszych dziennikarzy akredytowanych na IO 2022, ogranicza się jednak m.in. do bezlitosnego piętnowania białych nalotów po płynie dezynfekcyjnym w autobusach wiozących reporterów na zawody.

Odkąd międzynarodowe władze sportowe zaczęły powierzać duże imprezy takim „demokracjom”, jak Chiny, Katar, czy Rosja, odwagi życzę nie tylko skoczkom narciarskim, ale też Koleżankom i Kolegom dziennikarzom relacjonującym te widowiska.

SISDD nr 2 – Subiektywny i ironiczny słownik dziennikarsko-dziennikarski HUBERTA BEKRYCHTA

W proteście przeciwko politycznej poprawności redakcja zastrzega sobie niealfabetyczną kolejność publikacji haseł słownika.

Dziennikarstwo międzynarodowe – specjalność dziennikarzy, którzy byli przynajmniej dwa razy za granicą;

Publicystyka międzynarodowa – specjalność dziennikarzy, którzy byli przynajmniej trzy razy za granicą;

Akredytacja – kłopoty;

Akredytacja międzynarodowa – pozwolenie na napisanie tekstów i realizację materiałów elektronicznych, które akceptuje kraj goszczący (uwaga: w Rosji trzeba mieć jeszcze zezwolenie od weterynarza);

Tłumaczenie symultaniczne – translacja dziennikarska polegająca na takim przekładzie, który zgadzałby się z uprzednio napisanym tekstem;

Legitymacja dziennikarska – dokument, który poszczególne kraje interpretują po swojemu – jak Rosja swoje granice – czyli, jak chcą;

Oznaczenia „Press” – ważne tylko wówczas, kiedy dziennikarze są dalej niż zasięg broni snajperskiej lub podczas bankietów;

Znajomość języków – umiejętność radzenia sobie przy każdym stole bankietowym.

Ciąg dalszy będzie się ciągnąć, ale należy założyć, że publikowane znaczenie haseł może być niezgodne ze stanem faktycznym.

HUBERT BEKRYCHT: Europa w obliczu nowego Monachium, czyli jak film tłumaczy wojnę i politykę

Nowy układ monachijski w Europie już jest. Nie wiadomo tylko, gdzie zostanie podpisany. Na pewno nie w Monachium, bo to byłoby zbyt dosłowne, ale Niemcy pracują na to, aby wesprzeć Rosję, co oznacza, że teutońskie jelenie wchodzą na teren moskiewskich niedźwiedzi i tygrysów.

83 lata po tym jak Adolf Hitler upokorzył premiera Nevilla Chamberlaina i po tym, jak Brytyjczycy próbowali wytłumaczyć światu, że pozostawienie na pożarcie Czechosłowacji jest jedynym wyjściem, aby Stary Kontynent po dwóch dekadach pokoju znowu nie utonął we krwi. Tłumaczyli prawie rok, aż Niemcy napadli na Polskę. 17 dni później ówczesny sojusznik Hitlera – Józef Stalin wydał rozkaz, aby walczącej Polsce wbić nóż w plecy i bez wypowiedzenia wojny zaatakować wschodnie tereny naszego kraju.

Historia lubi się powtarzać? Bardzo. Historia pełna jest takich przypadków. Miejmy nadzieję, że nie teraz. Niemcy AD 2022 bardzo jednak zabiegają o kolejne Monachium i celowo nazwy bawarskiego miasta nie umieszczam w cudzysłowie. To przecież okoliczności, które są kopią tych z 1938 roku. Tym razem nie chodzi o pozostawienie samej sobie, konającej Czechosłowacji. Teraz idzie o Ukrainę, uznawane na całym świecie niezależne państwo, które od prawie 8 lat jest atakowana przez Kreml. Najpierw Rosja ukradła Ukrainie Krym, a potem wznieciła krwawy konflikt w Donbasie.

Oczywiście zdolności Władimira Putnia nie sposób porównywać do zdolności Adolfa Hitlera. Prezydent Rosji jest lepszy. I oczywiście dla nas i wielu narodów Europy to gorzej. Putin rozumie geopolitykę wprost, bez przesądów niemieckiego dyktatora. A to już naprawdę bardzo zły prognostyk dla świata. Świat jednak nie jest gotowy na wojnę, szczególnie administracja prezydenta USA Joe Bidena (wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziadka, Panie Prezydencie). Świat wyczekuje na nowe Monachium. Najpierw w sprawie Ukrainy. A potem? Odpowiedź jest prosta.

Jeśli teraz NATO i UE zdecydowanie nie sprzeciwią się kremlowskiej satrapii, zagrożone będą – jak mówił 14 lat temu prezydent RP Lech Kaczyński – państwa bałtyckie, a być może i Polska. Sytuacja zmienia się szybko, bo szantaż gazowy Moskwy jest faktem, może Putinowi zechce się zapanować nad Słowacją, Republiką Czech, Węgrami i zachodnimi Bałkanami. Kto wie, co dalej?

Na pewno nie wiedzą tego albo nie chcą wiedzieć nowe władze w Berlinie. Niemcy toczone teraz chorobą lewacką prowadzą już wojnę, wojnę myśli. To wojna niemiecko-niemiecka. Jedni Niemcy myślą, a drudzy myślą, że myślą. Na razie ustępują, na razie się kompromitują, ale być może za kilka miesięcy, jakaś myśl niemiecka odszuka dawną bratnią myśl. Na przykład pruską – jeśli wroga nie można pokonać, należy się przyłączyć. Chodzi o wroga oficjalnego, czyli Rosję, (choć tonie przeszkadza w robieniu interesów z Moskwą), bo Niemcy nie wystąpiły ani z UE ani z NATO. A co wtedy zrobią Francja, Wielka Brytania, Benelux, Skandynawia, południowe państwa UE i NATO, wreszcie, co zrobią Stany Zjednoczone? Czy podpiszą, przygotowany już poza Monachium, nowy układ monachijski?

Ale miało być o filmie „Monachium w obliczu wojny”. Niewiele jednak będzie, bo pokazywany w Netflixie brytyjski obraz „Monachium…” jest tak samo dobry, jak polskie tłumaczenie tytułu. Otóż „Munich The Edge of War” przełożono – moim zdaniem – niezgodnie z prawdą. I językową i historyczną. Co komu szkodziło przetłumaczyć tytuł, jako „Monachium na krawędzi wojny”? Tak przecież było. Hitler wszystkich postraszył, Chamberlain się dał się zwieść, a jak się zorientował, że Niemcy go wykiwali strasząc wojną, kłamał, że „przywiózł” pokój. Widać i dziś ktoś się przestraszył, tak jak 83 lata temu Hitlera, tak jak teraz Putina. To na razie strach wyznaczany przez polityczną poprawność, ale wkrótce..? Oby nie.

Dziennikarzy w filmie o monachijskiej hańbie Europy przedstawiono też szczególnie, tyle, że niestety prawdziwie. „Mocarstwa” zachodnie zgodziły się, aby podczas konferencji zdjęcia robili tylko fotoreporterzy Hitlera…

Czy teraz to możliwe, aby tylko jedna strona informowała i pokazywała wydarzenie polityczne? Nie wiem, ale to nie jest wykluczone.

Film „Monachium w obliczu wojny” nakręcono, aby Jeremy Irons mógł zagrać Nevilla Chamberlaina i aby w finalnych napisach, umieszczono bzdurę, że układ w Monachium „kupił” czas na przygotowania do wojny i… pokonanie III Rzeszy…

Kłamstwo, także to „nierealne” – powiedzmy filmowe – w naszych czasach często staje się prawdą, wystarczy, że ktoś, kto nie zna historii obejrzy zapakowaną w „uniwersalne” wartości brytyjską bajeczkę o bohaterstwie synów Albionu i… niektórych Niemców.

Na Ukrainie na pewno ten film furory nie zrobi.

Monachium w obliczu wojny Munich The Edge of War reż.: Christian Schwochow, scen.: Robert Harris, thriller / szpiegowski, prod.: Wielka Brytania, dystr.: Netflix

HUBERT BEKRYCHT: Pandemia medialnej głupoty, czyli informacyjna wojna na fakty i fake newsy

Nie napiszę tutaj, czy się szczepić, czy nie. To sprawa każdego z nas. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Chodzi tylko o to, aby media nie serwowały nam głupiutkiej papki faktów pełnych fake newsów i fake newsów przemieszanych z faktami, bo chodzi o życie milionów ludzi.

Media miały nie szkodzić, a dziennikarze, jak lekarze, mieli nie być rzecznikami lobby powstających tak szybko, jak dziś komisje senackie. Niestety, wielu lekarzy przepisuje leki, za które od koncernów farmaceutycznych otrzymują atrakcyjne „prezenty” takie jak safari w Kenii, czy telewizor o przekątnej ekranu przekraczającej powierzchnię ścian w prywatnym gabinecie. Niestety, wielu dziennikarzy, nawet bez „prezentów” promuje durne teorie dotyczące zarazy spowodowanej przez koronawirusa (SARS-CoV-2).

Media mające przewagę w Internecie przekazują covidowe teorie na podstawie faktów z dodatkiem fake newsów i fake newsy uwiarygodniające się szczyptą faktów. To tak, jak wspomniane senackie komisje, w których zasiadają opozycyjni parlamentarzyści izby wyższej. Powołują na świadków zagranicznych szpiegów i analityków, aby udowodnić, że polskie służby robią to do czego zostały powołane, czyli inwigilują ludzi działających wbrew polskiemu prawu, nawet tych, którzy są prominentnymi przedstawicielami opozycji. COVID-19 to jednak nie zabawa w politykę i prowokacje funta kłaków nie warte.

Gdyby przemieszane z nieprawdą informacje dotyczyły tylko polityki, edukacji, reguł matematycznych, a nawet spiskowych teorii dziejów, nie byłoby to aż tak szkodliwe. Sprawa jednak dotyczy naszego zdrowia i tutaj media powinny przekazywać fakty oraz zdania odrębne w równych proporcjach. Wiele stacji telewizyjnych, radiowych, gazet i portali stara się to robić, chociaż łatwo nie jest. Niestety, w internetowej rzeczywistości, szczególnie na portalach społecznościowych będących przecież częścią mediów, hula głupota połączona z pazernością właścicieli mediów serwujących nam prawdę homogenizowaną, czyli nieprawdę. Klikalność przesłania rozum, a tu chodzi o życie i zdrowie milionów ludzi.

Prawdziwe media powinny ostrożnie i odpowiedzialnie przekazywać wszystko to, co dotyczy pandemii. Koronawirus to nie opozycja, bo patogen nie znosi próżni. Patogen nie chce kandydować, nie chce mieć większości mandatów parlamentarnych, nie chce tylko gadać. Patogen chce zabijać, a dziennikarze powinni w tym przeszkadzać, a nie kreować chaos w imię źle, naprawdę źle, rozumianej wolności a raczej „wolności” słowa. Jeśli w niektórych redakcjach tego nie rozumieją rozpuszczając fakty w śmiesznych teoriach i odwrotnie, należy rozpędzić takie redakcje. Tylko fakty w sprawie SARS-CoV-2 i dwa, trzy różne stanowiska o pandemii.

Głupich mediów nie brakuje, jeśli mają odbiorców, niechaj sobie będą. Jeśli jednak wprowadzają w błąd w sprawie pandemii,  w sprawie naszego zdrowia, trzeba je po prostu zamknąć. Pora skorzystać z tego prawa. Kto to zrobi uratuje mnóstwo istnień ludzkich.

 

HUBERT BEKRYCHT: Kazachski blef medialny Kremla

To truizm, ale relacjonując konflikty trzeba zdawać sobie sprawę, że to nie zabawa. W Kazachstanie zginęli ludzie, lecz niektóre media dały się nabrać na sztuczki Moskwy i jej propagandowe wyjaśnienia tragedii.

Nie jestem specjalistą od Azji Środkowej i mam dużo szacunku wobec publicystów, którzy orientują się w tamtejszych skomplikowanych uwarunkowaniach geopolitycznych, ale nie trzeba być ekspertem, aby pamiętać, że to jednak Rosja rozdaje karty w tej części świata.

Co prawda nie pozostaje też bierny inny wielki sąsiad Kazachstanu – Chiny, ale na razie Państwo Środka tylko pilnie obserwuje rozwój wypadków. Na pewno jednak Chińczycy nie pozostaną obojętni na to co zdarzyło się m.in. w Ałmaty i Nur – Sułtanie (Astanie). Nie tylko te dwa miasta były kluczowe dla tego, co stało się w tej części Wielkiego Stepu na początku tego roku. Kluczowe były media, a raczej medialna manipulacja.

Kazachstan jako największa sierota po sowieckim imperium jest wciąż obiektem pożądania Moskwy, a prezydent Władimir Putin i jego służby propagandowe zrobią wszystko, aby jeszcze bardziej zbliżyć ten kraj do Kremla. Dlatego rosyjskie źródła, a większość kazachskich mediów jest pod wpływem moskiewskiej propagandy, od początku konfliktu, zaczęły mylić tropy. To zresztą nie od dziś specjalność rosyjskich mediów.

Najpierw zdziwiło mnie, że oprócz informacji uznanych światowych agencji, wiele polskich mediów powoływało się od początku stycznia na portale rosyjskie i oficjalne komunikaty dostępne nawet, co chyba nie było przypadkiem, w medialnie zamkniętych Chinach. I jakoś nie uwierzyłem w to, że jedyną przyczyną zamieszek były protesty ludzi po podwyżkach gazu, którym napędzane są kazachskie samochody. Przyznaję jednak, że brzmiało to wiarygodnie w pogrążonej w kryzysie paliwowym Europie. Nawet jeden z polityków polskiej opozycji groteskowo straszył nasz rząd „kazachską rewolucją paliwową”.

Kraj niewolony przez postsowieckich kacyków i dyktatorów – a ich kwintesencją jest Nursułtan Nazarbajew (któremu stolica Astana „zawdzięcza” nową nazwę) – ma wiele problemów, bo rządzi nim korporacja możnowładców, dla których nie liczy się coraz biedniejsza ludność Kazachstanu. Tym biedniejsza, że mieszka w bogatym w rozmaite zasoby naturalne kraju.

Stąd bajeczka o wystąpieniach z powodu podwyżek cen paliwa była wiarygodna. I to nie tylko w zmanipulowanych propagandowo portalach internetowych dla Kazachów i Rosjan.

Kazachskie media, na rozkaz prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa, po prostu zaczęły udawać środki masowego przekazu znane z Rosji. Z kolei media moskiewskie udawały, że to wewnętrzna sprawa Astany – w doniesieniach nawet „zapomniano”, że dyktator Nazarbajew zmienił miastu nazwę – i w ogóle nie władze kazachskie zamknęły granicy i zawiesiły połączenia internetowe.

Granice otwarto, ale tylko dla wojsk interwencyjnych z krajów Azji Środkowej. I tak się akurat złożyło, że większość tych wojsk nosi naszywki bojowe z flagą Rosji. Z Internetem też nie było tak, jak głosiły kazachsko-rosyjskie przekazy medialne. Ważne jest przecież nie to, że jakiegoś medium nie można znaleźć w sieci, ale jakie portale, bez reżimowych przeszkód, przekazują kłamstwa m.in. z Ałmaty i Astany. Sprawdziłem, w pierwszych dniach konfliktu państwowe agencje kazachskie i rosyjskie przekazywały informacje uspokajające. Już to dla Europy powinno być sygnałem, że konflikt może być nawet, w odpowiednich proporcjach, początkiem przewrotu, a nawet powstania narodowego, co w azjatyckich warunkach nie jest określeniem przystającym do naszych pojęć politycznych.

W Kazachstanie zginęli ludzie, ale niektóre media dały się jednak nabrać na sztuczki Moskwy i jej propagandowe tłumaczenia tragedii. I to jest ten tytułowy blef Kremla. Putin jako doświadczony sowiecki szpieg, ma wielu, powiedzmy znajomych w kręgach władzy w Asatanie. Wiele mediów europejskich, w tym polskich, oczywiście powołując się na źródła w Ałmaty lub w innych krajach tej części świata, informowała o gospodarczym podłożu zamieszek.

Tymczasem już wtedy trwała krwawa rozprawa kazachskich „siłowników”, którzy dowodzą siłami porządkowymi. Zasłonę propagandową oprócz mediów kazachskich włączyły rosyjskie środki przekazu. Reporterzy z Europy utknęli w sąsiednim Kirgistanie, a o interwencji rosyjskiej „mającej obronić kazachską demokrację” pierwsi -jak podały agencje – poinformowali sami Rosjanie. I tak wszyscy dowiedzieli się, że krwawa rozprawa na ulicach Ałmaty była „dławieniem terroryzmu” a setki ofiar i tysiące uwięzionych to wynik prowokacji wewnątrz dawnych kręgów władzy w Kazachstanie.

I nabraliśmy się wszyscy. Nawet źródła watykańskie pisały, że interwencja w Kazachstanie była spowodowana groźbą „wojny domowej”. Niebezpieczne jest jednak coś innego.

Starcia w stepowym kraju skutecznie odciągnęły uwagę opinii publicznej od przygotowań Rosji do wojny z Ukrainą. I dlatego kazachski blef w podręcznikach dziennikarstwa będzie za kilka lat przykładem postsowieckiej manipulacji medialnej na globalnej scenie politycznej.