WALTER ALTERMANN: Kosmici czyli drugi potop

Niewielu z nas zdaje sobie z tego sprawę, ale stała się rzecz niebywała – oto Komisja Nadzoru i Odpowiedzialności Izby Reprezentantów, czyli komisja Kongresu Stanów Zjednoczonych przesłuchała trzech byłych wojskowych, którzy odpowiadali na pytania o obiekty latające, czyli o UFO. Kongresmani pytali o to, czy wojskowi osobiście widzieli pojazdy lub ciała obcych oraz czy UFO może być zdolne do rozbrojenia technologii wykrywania w samolotach używanych przez wojsko.

Przed komisją stawił się David Grusch, były urzędnik amerykańskiego wywiadu, który uważa, że rząd USA nadzoruje nielegalny, trwający od dekad program pozyskiwania technologii z pojazdów UFO. Kongresmen, republikanin Eric Burlison, jeden z najbardziej sceptycznych wobec relacji świadków, zapytał Gruscha o to, czy widział pojazd lub ciało obecego. Grusch odparł, że nie może odpowiedzieć na pierwsze z pytań w „miejscu publicznym”, co było odpowiedzią, której wielokrotnie używano w czasie przesłuchania – podaje BBC. Były urzędnik przyznał jednak, że nie widział takiego ciała.

Przed kongresmenami wystąpił też były dowódca eskadry amerykańskiej marynarki wojennej David Fravor, który w 2004 roku, pilotując myśliwiec F/A-18F Super Hornet, zaobserwował u zachodnich wybrzeży USA obiekt latający, który miał poruszać się w sposób sprzeczny z prawami fizyki. Republikanin Matt Gaetz zapytał Fravora, czy UAP (unexplained aerial phenomenon, czyli niewyjaśnione zjawisko występujące w powietrzu, skrót stosowany wymiennie do UFO) może wyłączyć technologię wykrywania stosowaną w samolotach wojskowych, taką jak kamery czy radary. W odpowiedzi Fravor opisał sytuację, w której amerykański pilot miał śledzić przy pomocy radaru niezidentyfikowany obiekt latający. Gdy zbliżył się do niego, radar miał przestać działać.

Trzecim przesłuchiwanym był były pilot lotnictwa morskiego Ryan Graves, który stwierdził, że widział niezidentyfikowane obiekty latające. – Jeżeli UAP są w rzeczywistości obcymi dronami, jest to niecierpiący zwłoki problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jeżeli są czymś innym, jest to sprawa dla naukowców. W obu przypadkach obiekty niezidentyfikowane budzą obawy o bezpieczeństwo w przestworzach – mówił Graves.

Kongres zapowiada, że to początek badania prawdziwości przypadków UFO. Tym samym po raz pierwszy w historii ktoś jawnie i otwarcie podjął temat, z którego od lat dobrze żyją ufolodzy, pisarze i kinematografia amerykańska.

A  jeżeli naprawdę są?

Nie jestem wyznawcą wiary w Obcych, ale życie nauczyło mnie, że niczego nie należy z góry odrzucać. Zakładam zatem i to, że Kongres USA może potwierdzić, że ktoś spoza Matki Ziemi jest wśród nas. Nie można więc będzie wykluczyć, że my wszyscy – jako ziemianie – jesteśmy obserwowani przez obcą cywilizację. Pytaniami, jakie natychmiast będą musiały się pojawić to: w jakim celu, dlaczego i kim są?

Na każde z tych pytań jest kilka możliwych odpowiedzi. Mogą to być przedstawiciele obcej cywilizacji, ale też mogą nimi być wysłannicy sił metafizycznych. Jest przecież faktem, że we wszystkich starożytnych religiach pojawia się motyw kontaktów z bogami, a w większości z nich Obcy-Bogowie podróżują w powietrzu, kontaktują się z ludźmi a nawet z nimi spółkują, z czego rodzą się półbogowie, czyli lepsi ludzie. Grecy nazywali ich herosami.

Skrajni ufolodzy – tacy jak Erich von Däniken – twierdzą nawet, że wszyscy bogowie starożytności to przybysze z kosmosu, którzy nas stworzyli, opiekowali się nami i przekazywali nam swą wiedzę.

Jednak nie sądzę, żeby Kongres USA był tak odważny, żeby stwierdzić obecność UFO. Pewnie sprawa jakoś przyschnie i skończy się na grubych niedomówieniach. Czym bowiem byłoby stwierdzenie, że owszem, że jakaś pozaziemska cywilizacja od dawna nas obserwuje, że w ogóle coś takiego jak obce cywilizacje istnieją?

Wielki przewrót

Jeżeli dzieło Mikołaja Kopernika było wielkim przewrotem, ponieważ zanegował, że Ziemia jest w centrum wszystkiego, że jest jedyna i wyjątkowa wśród ciał niebieskich, to czym byłoby uznanie, że oprócz nas są jeszcze jacyś Obcy? To byłby zamach na wszystkie religie, obalenie naszej wyjątkowości we wszechświecie. Skutkiem tego ludzkość mogłaby już zupełnie nie mieć żadnych hamulców w wyrzynaniu się i całkowitym zniszczeniu Ziemi. Dla większości z nas upadek boskiego autorytetu, byłby podkopaniem wiary we wszystko, we wszystkie kanony moralności. Dlatego – póki się da – Kongres USA będzie ukrywał fakty – jeżeli mają one miejsce.

A jeżeli nie tylko obserwują?

A może Obcy nie tylko nas obserwują, ale także ingerują w nasze działania? Może mają wpływ na klimat, albo – jeszcze gorzej – może mają wpływ na nasze mózgi i wiodą nas do totalnej katastrofy? To byłby scenariusz ingerencji cywilizacji agresywnej. Ale może być i tak, że obcych interesujemy jedynie jako dziwna forma bytu.

Zakładam jednak i taką wersję, że oto – znani nam z antyku bogowie – szykują się do „wielkiej lustracji”, chcąc zobaczyć do czego doprowadziliśmy samych siebie i Ziemię. To byłby najgorszy dla nas z możliwych scenariuszy, bo w wyniku skrajnego niezadowolenia Obcych-Bogów groziłaby nam całkowita zagłada. A w najlepszym dla nas wypadku drugi potop.

Bóg, według Starego Testamentu spuścił na ludzkość zagładę, ratując zaledwie jedną rodzinę. Rodzinę Noego. Reszta znanych Bogu ziemian musiała zginąć. Biblia milczy – w tym fragmencie – o tej wielkiej reszcie, napomykając jednak, że poza Noe i jego rodziną całe pozostałe towarzystwo było mocno zdegenerowane i nie rokowało nadziei na poprawę.

Trzeba też wspomnieć przypadek Lota, jedynego uratowanego z zagłady Sodomy i Gomory. Tu mamy więcej informacji o niecnościach mieszkańców tych dwóch miast i nie są to informacje budujące.

Wielka lustracja

Nie można zatem wykluczać, że po „wielkiej lustracji” bogowie dojdą do wniosku, że udało się nam bardzo mocno zagrozić życiu na Ziemi, że zniszczyliśmy już planetę w stopniu niemal ostatecznym, że ulubioną rozrywką ziemian są wojny, zabójstwa, malwersacje, wyzysk i ucisk słabszych, podboje i kolonializm wraz neokolonializmem, i oczywiście neoliberalizmem. Inaczej mówiąc – ludzkość jako gatunek jest bardzo daleka od kierowania się jakąkolwiek etyką, nie mówiąc już o przestrzeganiu Dziesięciorga Przykazań.

Należałoby się tylko modlić, żeby spotkał nas jedynie Drugi Potop. Kto mógłby zostać ocalony? Wydaje mi się, że szanse mają jedynie jakieś kultury pierwotne, które jeszcze uchowały się gdzieniegdzie – a mam tu na myśli Aborygenów i kilka plemion z amazońskiej dżungli. Bowiem jedynie oni żyją w zgodzie z naturą, szanując Ziemię.

Co może się stać z „resztą towarzystwa”? Na miejscu bogów raczej bym się tej całej reszty znowu pozbył. Moim zdaniem świat ludzi cywilizowanych naprawdę nie rokuje najlepiej. Jest to bowiem cywilizacja jedynie postępu technicznego. A w miarę tego postępu maleje szacunek dla drugiego człowieka, a nawet samych siebie. Czyli – jest z nami gorzej niż marnie.

A jeżeli czekają na naszą ostatnią wojnę?

Nie można jednak zakładać, że Obcy będą sami czynnie ingerować w nasze życie. Może być i tak, że oni obserwują nas, zbierając informacje o naszych skłonnściach do prowadzenia wojen i zgromadzonym arsenale broni nuklearnej. I mogą dojść do wniosku, że niedługo sami się wymordujemy, bez żadnej obcej pomocy. Wtedy owszem, Ziemia na tysiąclecia zostanie skażona, ale potem będzie ją można zasiedlaćna nowo. Coś mi się bowiem zdaje, że Obcy są pasjonatami eksperymentów. No i Oni mają czas, im – w odróżnieniu od nas – nigdzie się nie spieszy. To w końcu wyższa cywilizacja.

 

 

WALTER ALTERMANN: Jak to hymn Rosji płynął Wisłą

Radio TokFM 1 sierpnia 2023 roku, nawiązując do obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, w tytule informacji ze zgrozą donosiło, że podczas uroczystej parady statków wycieczkowych na Wiśle, słychać było dobiegający z jednego z nich hymn ZSRR. Powiało skandalem. Jednakże w dalszej części informacji portalu internetowego TokFM mówi się już o „Międzynarodówce” i to kilkukrotnie.

Czyli, dekomunizacja odniosła skutek, skoro ktoś taki fakt zauważył. Z drugiej jednak strony – informacja radia jest dowodem zupełnej niewiedzy historycznej. A dobrze by było wiedzieć, że hymn Rosji ma tę samą melodię, korą miał hymn ZSRR. Zmieniono słowa, ale muzyka pozostała. Co już poddaje w wątpliwość prawdziwość tej informacji.

No i jeszcze ta okropna pomyłka, utożsamienie hymnu ZSRR z Międzynarodówką… To nie tylko są dwie różne pieśni, z inną muzyką i innymi tekstami. Międzynarodówka powstała we Francji daleko wcześniej od hymnu ZSRR, słowa napisano w 1871 roku, a muzykę w 1888 i była zawsze pieśnią lewicy – różnych odcieni. Hymn ZSRR powstał natomiast w roku 1944.

Wnioski są dwa. Pierwszy, że można nie lubić i zwalczać, ale trzeba dokładnie wiedzieć co się zwalcza. Drugi wniosek – coś mi się zdaje, że autor informacji chyba się poważnie przesłyszał, bo „słyszał z brzegu” i w końcu nie wiadomo co do niego dotarło.

Herkules cmentarny

Branża pogrzebowa w Polsce jest dość skomplikowana, bo to trzeba mieć do dyspozycji cmentarze, trumny i pracowników. Najczęściej w dużych miastach są dwie-trzy duże firmy oraz bardzo dużo punktów, które jedynie przyjmują zamówienia, ale pogrzebami zajmuje się zawsze któraś z tych dużych firm. Można zatem mówić o pośrednikach w branży.

Nic w tym zdrożnego, ale zauważyłem, że te małe firmy mają kłopot z wyborem nazwy dla siebie. Dominuje antyczna Grecja i Rzym. Są Styksy, Charonowie i Orfeusze. Ostatnio jednak zaskoczył mnie szyld: „Zakład pogrzebowy. Herkules”.

Nie dowierzając samemu sobie sprawdziłem, że w wersji greckiej Herakles, a w wersji rzymskiej Herkules nie mieli nic wspólnego z podziemnym, mrocznym światem. No, poza tym, że Herakles umarł w mękach przez koszulę podarowaną mu przez kochankę Dejanirę. Skąd zatem tak dziwaczna nazwa dla zakładu pogrzebowego? Z głębokiej nieznajomości antyku. Ale skoro nie wiem, nie jestem pewny, to słowa nie używam – nie jesteśmy w końcu w Sejmie.

Chyba, że właściciel zakładu oferuje obsługę osiłków, dorównujących silą Herkulesowi. Może ma takich, którzy w czwórkę mogą ponieść na ramionach dwie trumny naraz? W sumie strasznie i śmiesznie zarazem.

Ogólnie po całości

Ludzie w miejscach publicznych – na przystankach autobusowych, w tramwajach, sklepach – prowadzą rozmowy przez komórki głośno i bez zahamowań. Tym samym chcąc – nie chcąc, stajemy się biernymi uczestnikami ich życia. Bywa to często krępujące. Głównie jednak ludzie opowiadają innym „komórkowcom” głupoty i banały. Co w sumie jest dla nich kompromitujące, a dla przygodne słuchacza dość przykre.

Powie ktoś, że to nowy obyczaj… A ja powiem, że to po prostu brak kultury. Ostatnio w tramwaju musiałem wysłuchać komórkowego monologu nastolatki, który „szedł” tak:

– Idziesz na koncert tej Kowalskiej? Chodź, chodź ze mną, ja idę, to się spotkamy. Wiesz, że ja bardzo ją lubię, ogólnie. A ty też ją lubisz po całości? No to cześć, czekam ciebie o piątej przy zegarze.

Restołracja

Polska „restauracja” pochodzi od francuskiego „restaurant” co po francusku wymawia się jako „restoran” – w przbliżeniu. Niemniej od XVIII wieku Polacy spolszyczyli sobie restaurant i wymawiali ją tak jak piszą po polsku.

Rewolucja zaczęła sie niedawno i ogromna rzesza ludzi we wszystkich telewizjach mówi „restołracja”, Dlaczego? Nie wiem, ale widocznie ci lepsi z nas uznali, że trzeba dać znać, że oni znają francuski. I za nic im, że nie ma w polszczyźnie „restołracji zabytków”. Ano przykre, że znowu Polak małpuje zagranicę.

TAK oraz NIE

„Ona chroni swojej prywatności” – pisze dziennikarz na portalu WP Kobieta. Grubsza sprawa, bo trzeba było napisać: „Ona chroni swą prywatność”. Jeżeli zaś nie chroniłaby, to poprawnie będzie: „Ona nie chroni swojej prywatności”.

Smutne, że coraz więcej osób nie rozumie, że obowiązuje u nas zasada: kupiłem sól, nie kupiłem soli, znalazłem krzesło, nie znalazłem krzesła. Jest ojciec? Nie ma ojca. Czyli dopełniacz łączy się z przeczeniem, z twierdzeniem negatywnym. A mianownik z twierdzeniem pozytywnym. Tyle i aż tyle.

Bo takie są przypadki w języku polskim:

  • Mianownik (M.) – kto? co? (jest) – np. wiatr, misie
  • Dopełniacz (D.) – kogo? czego? (nie ma) – np. wiatru, misiów
  • Celownik (C.) – komu? czemu? (się przyglądam) np. wiatrowi, misiom
  • Biernik (B.) – kogo? co? (widzę) np. wiatr, misie
  • Narzędnik (N.) – (z) kim? (z) czym? (idę) np. (z) wiatrem, misiami
  • Miejscownik (Ms.) – o kim? o czym? (mówię) np. (o) wietrze, misiach
  • Wołacz (W.) – zwrot do kogoś lub czegoś np. góro! Misie!

To „było uczone” w szkole podstawowej, ale warto znowu wykuć tę zasadę deklinacji na blachę.

 

WALTER ALTERMANN: Walka antycypacji z przewidywaniem

Jeżeli językoznawcom, muzykologom i behawiorystom „antycypacja” może być przydatna, to już w codziennym, zwykłym języku powinniśmy mówić „przewidywanie”. Ciągle słyszę od sprawozdawców sportowych, że zawodnik „antycypuje” jeżeli dobrze ustawi się do odebrania piłki.  Tymczasem antycypacja – według słownika PWN to:

  1. zakładanie czegoś jeszcze nieistniejącego
  2. znaka, zapowiedź przyszłych wydarzeń
  3. pogląd przyjęty z góry, jeszcze nieudowodniony, ale znajdujący później swoje potwierdzenie
  4. niezgodna z porządkiem czasowym lub logicznym kolejność pojawiania się jakichś elementów w wypowiedzi
  5. muz. wprowadzenie do akordu jednego lub więcej dźwięków składowych akordu następnego
  6. przystosowanie się organizmu do bodźców.

Używanie rzeczonej „antycypacji” zamiast „przewidywania” nie jest zatem błędem, ale okropną manierą, która ma być świadectwem, że prosty sprawozdawca sportowy ma jednak jakieś wykształcenie i jest człowiekiem elity.

Prognoza versu przewidywanie

Od wielu lat mamy „prognozy pogody”. I uważamy to za oczywiste. Dlatego byłem ogromnie zdziwiony i uradowany, gdy w Polsacie jedna miła dziennikarka powiedziała, że przedstawi „przewidywaną na jutro pogodę”. Niby mała rzecz, a cieszy. Cieszy, że są jeszcze ludzie, którzy znają język polski i a nawet nim mówią.

Synergia serwisu

Lubię oglądać mecze, na przykład tenisowe. Lubię oglądać zmagania zawodników z przeciwnikami, z samymi sobą. Sport to ruch, a ruch to życie – a ja lubię życie. Niestety zmaganiom zawodnikom towarzyszą zmagania sprawozdawców z językiem polskim. Ostatnio jeden z nich stwierdził: „Mamy piękną synergię Igi i jej serwisu”. Jeden zwrot i dwa byki.

Po pierwsze – serwis jest wykonywany przez Igę, nie jest bytem osobnym, niezależnym od zawodniczki. Ergo – Iga nie współpracuje, nie współdziała z własnym serwisem.

Po drugie, synergia to, między innymi:

  1. W psychologii społecznej – wspólne działanie dające większe lub nowe efekty; działania uzupełniają się poprzez współpracę i synchronizację. Efekt zorganizowanej pracy zespołowej, który jest większy niż suma efektów działań indywidualnych. W wyniku synergii powstaje efekt organizacyjny będący przeciętną nadwyżką korzyści przypadającą na członka zespołu współdziałającego z pozostałymi osobami, w porównaniu z korzyścią możliwą do osiągnięcia w działaniu indywidualnym. Na przykład: Dwie osoby, działając razem, są w stanie przesunąć ciężką szafę o 10 metrów. Każda z nich osobno mogłaby przesunąć ją nie więcej niż np. 3 metry. Zatem maksymalna suma działań indywidualnych jest równa 2 × 3 m = 6 m, natomiast efekt działań wspólnych wynosi 10 m i jest większy niż suma działań indywidualnych.
  2. W teologii – synergizm jest również jednym z pojęć podstawowych dla teologii katolickiej oraz prawosławnej. Oznacza ona współpracę natury i łaski Bożej. Według tradycyjnej nauki katolickiej łaska jest czymś, co przychodzi do człowieka z nieba, z wolnej decyzji Boga. Następnie uzdalnia ona ludzką naturę do tego, aby człowiek za pomocą wolnej woli oraz uczynków mógł przekraczać swój grzeszny stan i wznosić się wyżej, w kierunku świętości. Między naturą a łaską istnieje zależność oraz równowaga. Przeakcentowanie roli łaski bez uwzględnienia współpracy ludzkich wysiłków prowadzi do kwietyzmu albo predestynacji, natomiast przeakcentowanie ludzkich wysiłków z pominięciem uprzedniości i konieczności łaski prowadzi do pelagianizmu.

Podejrzewam, że sprawozdawca sportowy nie ukończył wydziału psychologii, ale teologii bym nie wykluczał. I chyba pracę licencjacką pisał z „predystynacji” lub „kwietyzmu”.

Osoba w kryzysie

Upały są okropne. Dobrze więc, że we wszystkich stacjach telewizyjnych są ostrzeżenia i rady, jak upały przetrwać. Jednak zastanowiła mnie informacja w TVN, gdy powiedziano: „Jeżeli spotkamy leżącą na ławce osobę w kryzysie bezdomności, wezwijmy służby”.

Kim są „osoby w kryzysie bezdomności”? Są to osoby bezdomne – po prostu. Dlaczego jednak nie powiedziano tego wprost? Bo to – według dominującej obecnie filozofii społecznej – byłoby nieeleganckie, mogłoby takie osoby nieprzyjemnie dotknąć. Naprawdę jednak chodzi o to, żeby przedstawiać świat ładnie, elegancko i bezkonfliktowo. „Osoba w kryzysie bezdomności” to – według tej nowej filozofii – człowiek, który tylko czasowo, na czas kryzysu nie ma gdzie mieszkać.

Syte społeczeństwa Zachodu – a my nie wiadomo czemu za nimi – nie chcą wiedzieć, że są wśród nas biedni, nędzarze i bezdomni. Świat ma być ładniutki, bo pozwala bogatym spać spokojnie. Dlatego też mamy „wykluczonych ekonomicznie”, „wykluczonych edukacyjnie” i tak dalej.

To się po prostu nazywa zakłamanie.

Jak to jest z liczebnikami?

Program historyczny „Tajemnice słynnych budowli”, Discovery Historia, Lektor – „Gino Bartali pomógł ocalić ponad sześćset mężczyzn i kobiet”.

Bartali to wspaniała postać – wielokrotny zwycięzca Tour de France i Giro Italia, zapisał piękną kartę we włoskim ruchu oporu. Jak się szacuje przewiózł w ramie roweru dokumenty blisko tysiąca Żydów, którzy dzięki temu uniknęli komór gazowych Auschwitz. Szkoda więc, że pamięć takiego człowieka stacje telewizyjne traktują z takimi błędami językowymi.

A można było powiedzieć, że pomógł ocalić ponad sześćset osób – kobiet i mężczyzn. Dążenie redaktorów to jak najkrótszego wyrażania informacji jest doprawdy irytujące.

Indianie kontra Hindusi

Wiadomo, że Kolumb płynął do Indii, chcąc odkryć nową drogę morską. Dlatego to mieszkańców obu Ameryk nazywano Indianami, nawet wtedy, gdy pomyłka wyszła na jaw. Hindusi pozostali więc Hindusami, choć czasem nazywano ich także Indusami.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w programie o historii wielkich budowli, w Canal+ jakiś pan – lektor – spokojnie powiedział, że ta oto świątynia w okolicach Delhi, został zbudowana przez Indian, i że widać w niej wpływy arabskie w XIV wieku.

Całkowita rewelacja etniczna. No, ale Canal+ słynie z lekkiego podejścia do faktów jednocześnie biorąc za oglądanie ich programów ciężkie pieniądze. Nie ma na takie coś doczesnej kary?

 

Znane zjawisko społeczne opisuje WALTER ALTERMANN: Działacze sportowi

Jeszcze przed II wojną światową, jeżeli określano kogoś mianem działacza, to był to dla człowieka powód do dumy. Znaczyło to bowiem tyle, że jakiś pan – lub pani – poświęca wolny czas dla dobra społecznego. Byli działacze Polskiego Czerwonego Krzyża, Kropli Mleka a także klubów sportowych. Działacz – oznaczało także człowieka, który ze swego „społecznikostwa” nie czerpie żadnych materialnych korzyści.

Za czasów PRL sporo się zmieniło, bo działaczami określano tekże etatowych członków PZPR. Nie wypadało powiedzieć, że jakiś osobnik ma etat w strukturach miejskich, gminnych, wojewódzkich i krajowych partii. Władza bała się, że lud zacząłby podejrzewać interesowność „działaczy”. Doszło do tego, że etatowi pracownicy klubów, związków sportowych – na szczeblach wojewódzkim i krajowym – którzy pobierali niezłe wynagrodzenia byli „działaczami”.

Bądźmy jednak uczciwi – bywało i tak, że jakiś dyrektor dużego zakładu pracy, centrali czy zjednoczenia naprawdę działał w jakimś klubie społecznie, czyli bez żadnego wynagrodzenia. Ale „w zamian” uzyskiwał profity niematerialne, choć ważne. Po pierwsze – „w zamian” za bycie prezesem czy członkiem władz klubu, kierowany przez „działacza” zakład pracy przelewał na konto klubu spore kwoty. Drugie „w zamian” objawiało się tym, że działacz był znany i poklepywany po plecach przez najwyższe władze, a także często wyjeżdżał z klubem na Zachód. To wszystko się liczyło.

Ten skomplikowany układ „w zamian” bardzo trafnie przedstawiony jest w filmie „Piłkarski poker”. Film jest komedią, ale życie sportowe w naszym kraju to raczej dramat, żeby nie powiedzieć – tragedia. Jak jest dzisiaj z działaczami sportowymi? Inaczej, ale tak samo. Zmieniło się właściwie tylko to, że w grę wchodzą większe sumy – pod i na stole.

Biznesy działacza Mirosława Stasiaka

Były działacz piłkarski, skazany nie task dawno za udział w aferze korupcyjnej, podróżował z reprezentacją do Mołdawii i miał miejsce na trybunie VIP. Gdy wybuchła afera PZPN oświadczył, że Stasiaka zaprosił jeden ze sponsorów kadry.

– Wcześniej nie latałem z drużyną narodową – powiedział Stasiak. – Zaprosiła mnie firma Inszury i może nie powinienem był lecieć, ale miałem tam w Mołdawii biznesy do załatwienia na miejscu i to mnie ostatecznie przekonało do tej podróży. Bardzo żałuję, że wsiadłem do tego samolotu i poleciałem do Mołdawii na mecz. Przepraszam wszystkich kibiców naszej reprezentacji za tę sytuację oraz to, co działo się w ostatnich dniach.

Zirytowało to Rafała Brzoskę, właściciela firmy InPost, który napisał na Twitterze:

– Sugerowanie przez PZPN, że osoba powiązana z korupcją w piłce, czyli Pan Stasiak, rzekomo był zaproszony do Mołdawii przez jednego ze sponsorów (gdzie InPost jest jednym ze sponsorów) jest skandalicznym nadużyciem! Na meczu od nas byli jedynie pracownicy firmy. Oczekujemy natychmiastowego podania informacji, który ze sponsorów rzekomo zaprosił tę osobę. Po drugie — bardzo poważnie zastanawiamy się nad kontynuowaniem wsparcia polskiej piłki w formule, którą ostatnio obserwujemy. Nie pozwolimy na to, by nasz brand był wiązany z korupcją.             W dalszej części rozmowy ujawnił także kulisy swojej relacji z Cezarym Kuleszą, z którym miał się osobiście poznać stosunkowo niedawno, chociaż obaj panowie słyszeli o sobie już w czasie swojej działalności w polskich klubach.

Moralność? Nie wiem o co chodzi…

Afera jest grubym skandalem, który znowu podnosi problem moralnej jakości działaczy PZPN. Przecież prezes tego związku powinien chyba zainteresować się w czyim towarzystwie nasza dumna reprezentacja narodowa poleci na międzynarodowy mecz. Ważne jest też, że PZPN zareagował dopiero w momencie, gdy media sprawę ujawniły. Czyli do tego momentu pan Cezary Kulesza uważał, że zapraszanie na trybunę VIP aferzysty, który kupował i sprzedawał mecze, jest w porządku.

Sport podobno jest szkołą charakterów dla młodzieży. Zatem mam poważne obawy o przyszłość naszej grającej młodzieży, bo skoro można korumpować, kraść, być skazanym, a potem paradować w glorii i chwale, to znaczy, że wszystko jest dozwolone. Na miejscu pana Kuleszy spaliłbym się ze wstydu, albo najpierw ustąpił ze stanowiska, a potem spalił. Ale pan Kulesza jest zadowolony z siebie a winę zrzuca na sponsorów. Marnej jakości mamy działaczy, oj marniutkiej…

Jest jeszcze jeden maly, ale śmieszny wielce aspekt sprawy. Otóż w swym oświadczeniu skazany Stasiak mówi, że do Mołdawii poleciał, bo miał tam „biznesy”… Strach pomysleć jakie, bo czegóż jeszcze ten czlowiek może być specjalistą? Z pewnością nie ustawiania meczy, bo skoro dał się złapać… A samo pojęcie „biznesy” brzmi okropnie, po polsku mówimy „interesy”.

„Biznesy” mówią jedynie osoby zajmujące się interesami od niedawna, i którymi dla bezpieczeństwa powszechnego, powinien zajmować się prewencyjnie i stale prokurator.

Kluby jak dojne krowy

Dzisiaj większość działaczy sportowych nie przynosi klubom pieniędzy, a wręcz odwrotnie – oni dzięki klubom całkiem nieźle żyją. Jeden z mechanizmów jest prosty jak drut. Najpierw klub ustala regulamin reklam, z którego wynika, że osoba, która załatwi klubowi pieniądze za reklamowanie jakiejś firmy na koszulkach, na banerach stadionowych, etc. dostanie określony procent od „przyniesionych pieniędzy”.

W normalnym świecie „reklamodawców i reklamobiorców” – poza sportem – jest to od 10 do 20 procent wartości reklamy. Ale bywaly i są kluby, które pośrednikowi wypłacaja ponad 70 procent. Podobno tenże pośrednik dzieli się z reklamodawcą pod stołem…

Teoretycznie klub dostaje więc 100 procent, ale pod potrąceniu podatku, po odjęciu marży dla reklamodawcy, klubowi zostaje niekiedy ledwie 20 procent kwoty. Ale wszyscy są zadowoleni, poza klubami. Znałem klub, w którym za długi wyłączano już nawet światło, ale jakoś nikt z działaczy się tym nie przejmował. Byli uśmiechnięci i ciągle zmieniali samochody na lepsze.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Trudna do zniesienia poezja naszych kampanii

Jako dziecko lubiłem czytać oprawione stare roczniki „Przekroju”. Zapamiętałem z tego tygodnika, „ostry” rysunek satyryczny. Na tej „karykaturze politycznej” był okropnie brzydki i wściekły pies, szczerzący wrednie zęby. Pies miał obrożę nabijaną kolcami, do której przytwierdzony był łańcuch. Drugi koniec łańcucha trzymał okropny – jeszcze brzydszy niż pies – Wuj Sam, w cylindrze, z cygarem w ustach. Podpis głosił: „Tito – pies łańcuchowy imperializmu”.

Nigdy nie sądziłem, że jeszcze kiedyś usłyszę, zobaczę równie wyrafinowaną krytykę polityczną. A jednak… Oto w lipcu roku 2023, w jednej z naszych stacji TV było napisane na pasku, jako głos widza w dyskusji: „Wszystkie te instytucje chodzą na smyczy Berlina i Moskwy”.

Z walką polityczną, która zasadza się na obrzydzaniu przeciwników nie należy przesadzać. W latach czterdziestych cały Górny Śląsk oplakatowano obrazkiem, na którym nad kulą ziemską unosił się okropny Truman, trzymający w rękach bombę z napisem „A”. Któryś ze Ślązaków nie wytrzymał, bo pewnego poranka, idący na szychtę górnicy zobaczyli na plakacie dopisek: „Spuść ta bania, bo już nie do wytrzymania”.

Naprawdę nie należy w niczym przesadzać, z propagandą również.

Język emocji

Polityka jest polem, na którym używa się języka emocji. Politycy dobrze wiedzą, że jedynie niewielki procent elektoratu rozumie logikę, a jeszcze mniej osób z logicznych i prawdziwych argumentów chce wyciągać jakiekolwiek wnioski. Dlatego wszystkie partie starają się pobudzić emocje swoich potencjalnych wyborców. Jest to bardzo logiczne, ale też bardzo niebezpieczne. Kampanie wyborcze kiedyś się kończą, a emocje nie wygasają wraz z ogłoszeniem wyników wyborów. W ludziach pozostają zatem złe emocje, a te mogą skutkować trwałą wzajemną nienawiścią zwolenników różnych partii.

Z mojego punktu widzenia kampanie wyborcze wywołują również bezpardonowe ataki na język polski. W emocjach bowiem – a wszyscy politycy są w stanie okropnego wrzenia emocji –  trudno jest mówić poprawnie i elegancko. A zauważmy, że czym bliżej wyborów, tym bardziej narasta agresja słowna.

Wynotowałem sobie kilka „kwiatków” kampanijnych, które pozwolę sobie przedstawić. Nie będą podawał kto, z jakiej partii co mówił, ponieważ nie chcę nikomu z polityków zaszkodzić, ani pomóc.

Szkalowanie na Polskę

„Szkalowanie na Polskę” – ten zwrot pojawia się obecnie nader często. I jest to błąd, albowiem nie można „donoszenia na Polskę” zastępować „szkalowaniem na Polskę”. Szkalowanie to rozgłaszanie nieprawdziwych informacji szkodzące dobrej opinii kogoś lub czegoś. Może jestem przeczulony językowo, ale chyba nie zagłosuję na ludzi, którzy mają na bakier z językiem ojczystym.

Słabe argumenty

Argumenty w dyskursie politycznym dzielą się na słabe i mocne. Jednym z najsłabszych w ostatnich dwóch tygodniach argumentem, jaki usłyszałem, jest: „Mnie niepokoi pana fałszywa narracja”. Ta kwestia jest słaba, bo nie niesie agresji, poza tym nie bardzo wiadomo o co mówiącemu chodziło.

Teraz już wszyscy politycy mówią „narracja”, a śledzę ten przypadek językowy od miesięcy. I żaden z tych polityków nie zna podstawowego znaczenia tej nieszczęsnej „narracji”. Narracja zaś jest pojęciem z dziedziny teorii literatury i odnosi się do narratora, czyli opowiadacza. Czasem narracja to także tok, przebieg zdarzeń. Współczesną karierę „narracja” zawdzięcza temu, że jest modna i nowa. Należałoby – po polsku – powiedzieć tak: „Pan przedstawia to zdarzenie, całą sprawę nieprawdziwie. Bo jest zupełnie inaczej…”

Słowa ostateczne jak wygnanie z raju

Ostatecznym, najgorszą możliwych obelg jest zarzucanie komuś zdrady. Rzecz ma się tak, że mówiący jest głęboko przekonany, że on, jedynie on i jego partia chcą dla kraju dobrze. Mógłby taki „zarzucający” powiedzieć przeciwnikom, że się mylą, że są w błędzie… Ale jaki miałoby to wydźwięk emocjonalny? Żaden. Dlatego niezwykłą karierę zrobiło pojęcie zdrady.

Przy czym „zdrada” jest stopniowana. Najsłabsza jest zdrada zwykła. Tę bije „zdrada polskich interesów”. Ale silniejsza od obu poprzednio wymienionych jest „zdrada polskiej racji stanu”. Jest jednak jeszcze najsilniejsza z wszystkich zdrad: „zdrada Polski lub ojczyzny”.             Interesujące jest, że żaden z mówiących tak ostro nie zastanawia się, że pojęcia „zdrada”, „racja stanu” są na bieżąco nie do zdefiniowania. Łatwiej będzie tak mówić za 200 lat historykom, ale i oni będą się różnić tym kto zdradził, kto zawiódł, kto okazał się głupszy. Dlaczego więc dzisiejsi dyskutanci są tak ostrzy? Bo łatwiej przychodzi im mówienie, niż myślenie. No i wiedzą, że przy wyborach nie chodzi o walkę racji. Wiedzą, że trzeba używać słów niosących emocjonalne granaty.

Szkoła

Szkoła to archetyp dyskusyjny. W dyskusjach pojawia się często motyw szkoły. „Pod dyktando Niemców robicie wszystko, żeby zaszkodzić Polsce” – powiedział jeden z polityków, do drugiego polityka. Czyli Niemcy jako nauczyciel, a my jako uczniowie – zdaje się, że o to chodziło mówiącemu te słowa. A szkoła wiadomo – jest przymusem, zniewoleniem i dyktowaniem. Gdybym był złośliwy, powiedział bym, że część naszych polityków przeżyła lata szkolne w ciężkiej traumie.

Jedzenie

Jedzenie, spożywanie darów Bożych jest również jednym z archetypów, do których chętnie odwołują się dyskutanci polityczni. Bo tak jak szkoła jedzenie jest bliskie każdemu. I dlatego jeden z posłów mówi w TV: „On jest kelnerem przy kolacji, i nawet nie jest w stanie zgarnąć okruchów ze stołu”.

Metafora jest nieudana dlatego, że wygłaszający chciał połączyć dwie metafory w jedną. Zdaje mi się, że rozszyfrowałem jego tok myślenia. Po pierwsze – „Okruchy z pańskiego stołu” – jest starą frazą języka polskiego. Znaczy ona tyle, że biednym dostają się jedynie resztki z biesiad bogatych. Po drugie – posła prawdopodobnie przeraziło to, że „pański stół” może oznaczać stół boski, a poseł jest akurat mocno wierzący. Wprowadził więc postać kelnera, mającego być „uosobieniem” przeciwnika politycznego.

Ale wyszło koślawo, bo nie opłaca zmieniać starych zwrotów, starych fraz językowych. Kelner bowiem niczego nigdy ze stołów nie zgarnia. Kelner jest od podawania jedzenia. Sprzątają inni ludzie. No i w umyśle posła mówiącego zagnieżdżone jest przekonanie, że kelner to zawód upokarzający. Tak bywa często u ludzi z ludu. W sferach średnich i wyższych bycie kelnerem nikomu nie uwłacza. Chodziło o poniżenie przeciwnika, a wyszło na to, że poniżający skompromitował się jako „poeta polityczny”.

Wisienka na torcie

Pewna pani poseł powiedziała w dyskusji w TV, że ostatnie dokonania jej przeciwników to: „Wisienka na torcie, ale bardzo smutna wisienka…” O co chodziło pani poseł? Nie wiadomo. Ale mamy kolejny przykład strasznej poezji przedwyborczej.

Wisienka na torcie – zawsze kandyzowana – jest tym samym, co „koniec wieńczy dzieło”. Bez wisienki tort nie jest bowiem udanym tortem, a wisienka zamyka doskonale całość dzieła cukiernika.

Ta wisienka może być kwaśna, może być zepsuta, ale naprawdę nie może być smutna! Smutny to jestem ja wysłuchując takich wypowiedzi. Chociaż… gdyby wisienka miała duszę, to mogłaby być smutna, że zjada ją jakiś poseł, bo wolałaby leżeć w ziemi i dać życie nowemu drzewku wiśni.

Rozwiązania drastyczne

Pewien młody poseł… Właściwie jest to poseł w średnim wieku, ale emocjonalny jak nastolatek, powiedział ostatnio: „Tacy ludzie jak… – tu padły nazwiska, których dla zasady nie wymienię – powinni tracić obywatelstwo za swoje głosowanie w Parlamencie Europejskim”. Jest to najostrzejszy postulat sformułowany w obecnej kampanii, która niby się nie zaczęła, ale przecież trwa w najlepsze.

Z początku myślałem, że ów młodo-stary poseł oszalał. Potem jednak uświadomiłem sobie, że on chce zaistnieć. Jemu chodzi tylko o zapamiętanie, za wszelka cenę. Wiadomo, że ta kara nie będzie wprowadzona, ale już samo wypowiedzenie takiego postulatu buduje mówcę jako Katona z Savonarolą w jednym. Czekam, aż któryś z kandydatów oświadczy, że ma kontakty z kosmitami, i jeżeli nie zostanie wybrany, to zobaczycie, co kosmici wam zrobią.

Co do utraty obywatelstwa… Stosowali tę „karę” hitlerowcy i stalinowcy. U nas jeszcze do 1956 roku też były przypadki pozbawiania obywatelstwa. Ale od 1956 roku nikt już pomysłu nie propaguje. Bo czymże jest obywatelstwo? Jest naturalnym skutkiem urodzenia się w jakimś kraju – na co żaden poseł nie ma wpływu. Chyba, że w przypadku własnych dzieci. Można też zostać „przysposobionym” do jakiegoś narodu. I to jest normalne. Na szczęście cywilizowany świat dość dawno pojął, że pozbawianie obywatelstwa jest czystym idiotyzmem, bo niczego nie załatwia.

 

WALTER ALTERMANN: O wyższości chórów nad solistami

Zanim przystąpię do rzeczy, przypomnę jak przed meczem z Mołdawią śpiewała nasza „nożna” piłkarska reprezentacja. Otóż nasi reprezentanci śpiewali porażająco – tak samo strasznie, jak chwilę później grali. Fałszowali, nie trzymali rytmu, każdy śpiewał w swoim tempie, choć z głośników „szedł” Mazurek Dąbrowskiego.

 Z kolei pewien siatkarz obraża publicznie znakomitego siatkarza, polskiego reprezentanta, ale urodzonego na Kubie. Ów obrażający twierdzi, że Kubańczyk nie ma prawa grać w reprezentacji, bo nie śpiewa polskiego hymnu. A może wspaniały siatkarz Wilfredo Leon – bo o tego Kubańczyka tu chodzi – nie śpiewa, bo nie chce brać udziału w takim potężnym fałszowaniu? To byłoby logiczne, tym bardziej, że jak wiadomo, muzykę Kubańczycy mają we krwi.

Samemu czy w grupie

Tragedią naszego nauczania jest brak wspólnych działań uczniów. W państwach anglosaskich uczniowie od dawna uczą się, przygotowują prezentacje tematów wspólnie. Nad takimi prezentacjami pracują najczęściej w grupach 4-6 osobowych. Muszą się dogadywać, uzgadniać – czyli muszą dochodzić do efektu wspólnie. A u nas nie. My wychowujemy kolejne pokolenia samorodków, indywidualistów, czyli nie potrafiących – po skończeniu szkoły – współpracować z innymi.

Zespół w zespół

Oczywiście są niszowe zawody, w których każdy może pracować sam – malarze, rzeźbiarze, hafciarze szydełkowi, kopiści starożytnych ksiąg na papirusie, na pergaminie – czyli na  cielęcej skórze. Są jeszcze tacy indywidualiści jak: szewcy, krawcy i krawcowe, złotnicy, jubilerzy i dziennikarze… W sumie mamy powyżej katalog zawodów „indywidualistycznych”, w którym wymieniłem  głównie rzemieślników, ludzi z tradycją jeszcze wczesnośredniowieczną. Nowoczesny człowiek musi umieć pracować w zespole. I póki tego nie zmienimy, będziemy mieć kłopoty z produkcją, administracją, służbami mundurowymi… a właściwie ze wszystkim. Świat współczesny pracuje w zespołach, a my liczymy ciągle na cudownych samorodków Janków Muzykantów.

Chóry i orkiestry

Na Zachodzie już dawno zauważono, że nauka muzyki w szkołach scala, cementuje małe społeczności uczniowskie. No i uczy też śpiewu, gry na podstawowych instrumentach i rozumienia muzyki. A przede wszystkim świadomego przeżywania jej. Na świecie szkoły podstawowe, średnie i uczelnie wyższe utrzymują też chóry. Ich uczestnicy – poza kształceniem muzycznym – uczą się dyscypliny, poszanowania kolegi, który śpiewa ze mną.

Dwadzieścia lat temu w malej Finlandii działało ponad 50.000 chórów – szkolnych, samorządowych, stowarzyszeniowych. A w Polsce? Co prawda w 2006 roku zaczęto realizować pomysł „Ogólnopolski Projekt Akademia Chóralna „Śpiewająca Polska”, ale znaczących efektów na razie nie ma. Nikt też nie wie ile mamy w Polsce chórów.

Podobnie jest z orkiestrami. Oczywiście są i u nas, ale na tle Europy nie mamy się czym pochwalić. Dlaczego? Bo ciągle nie doceniamy zespołowości działań. Może to jakieś dziejowe przekleństwo, ciągnące się za nami z czasów szlacheckich? Bo jak wiemy, szlachta ceniła sobie wolność, rozumianą jednak jako skrajny indywidualizm. Żywiła też pogardę dla prawa i podstawowych zasad współżycia.

Jak utłukliśmy nasze klasyczne pieśni ludowych

Jest też tego naszego lekceważenia społecznej funkcji chórów i taki skutek, że kilka ostatnich pokoleń nie zna polskich klasycznych pieśni ludowych.  A wspólnotę buduje się także na tym, że każdy powinien znać klasykę polskich pieśni. Tak jak naszym obowiązkiem jest znać dzieła Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Fredry, Prusa, Sienkiewicza.  Żeromskiego i Wyspiańskiego. Bez tej znajomości klasyki będziemy w końcu stadem baranów mówiących słabo po polsku, których to baranów będzie łączyła jedynie trawa. Za czasów Gomułki nadawano w radio – aż do przesady – pieśni Mazowsza i Śląska. Ale był w tym rozum. Bo pamiętajmy, że w 1945 roku, na naszych obecnych ziemiach znaleźli się ludzie ze Wschodu, którzy słabo znali ogólnopolską tradycję i kulturę. Więc scalano społeczeństwo – między innymi – przy pomocy Mazowsza i Śląska.

Kres tej ludowej kulturze położyli ludzie Gierka, którzy uznali, że pieśni ludowe hamują postęp techniczno-kulturowy. A w tym samym czasie w Niemczech i na Wyspach Brytyjskich kwitła kultura ludowa, a ich telewizje pełne były konkursów na wykonanie ich klasycznej, ludowej muzyki i pieśni.

Głuchota nasza powszechna, czyli Zenek jako nieszczęsny skutek

Ciągle widzę młodych ludzi, którzy idą ulicami, jeżdżą  autobusami ze słuchawkami w uszach i słuchają muzyki. Ale nie wiem, czy naprawdę słuchają, czy też narkotyzują się tą muzyką. Wychodzą z realnego świata i zanurzają się w świat ostrych i głośnych dźwięków.

Nie dziwmy się więc, nie sarkajmy, że idolem muzycznym większości Polaków jest dzisiaj niejaki Zenek wykonujący  płaskim głosem właściwie jedną i tę samą piosenkę, tyle, że z innymi słowami. Tego Zenka, tośmy sobie sami wychowali, sami stworzyli mu grono słuchaczy głuchych i „bezgustownych”.

 

 

WALTER ALTERMANN: Co tam wieszcz sobie kombinował, czyli właściwe nauczanie literatury (3)

O tym, że język polski jest bardzo ważny – jako przedmiot nauczania – słyszymy ciągle i nieustannie. Jest dla nas ważny, bo ma uczyć o prawidłowościach języka, a przede wszystkim ma uczyć o tym co wspólne, czyli o naszym dziedzictwie narodowym – literaturze polskiej.  Ta teza pojawiła się wraz z upadkiem Rzeczypospolitej, niedługo po trzecim rozbiorze. Wcześniej szkolnictwo nasze było marne, a większość narodu – czyli chłopi – była niepiśmienna.

Romantycznym pisarzom, głównie Mickiewiczowi, Słowackiemu i Fredrze zawdzięczamy tę wspólną pamięć. Za nimi „poszli inni” polscy pisarze XIX wieku – Sienkiewicz, Prus i Żeromski. Można i trzeba, bez egzaltacji, powiedzieć, że „polskość” stworzyli nam pisarze nasi. I czcimy ich z szacunkiem, nazywając ich nazwiskami ulice, szkoły i teatry. Tyle pozytywnych wzruszeń, bo pora już przejść do kłopotów z nauczaniem i rozumieniem literatury.

Co wieszcz miał na myśli

Rzecz w tym, że współczesna szkoła marnie naucza nas literatury. Nasza edukacja nastawiona jest bowiem jedynie na prowadzenie uczniów – a wszyscyśmy byli uczniami – drogą o nazwie „Co poeta chciał nam powiedzieć?”

Poloniści męczą się, żeby podopieczni przyswoili podstawowe przesłanki intelektualne, którymi kierowali się autorzy. Poloniści „rzucają na tło epoki” myśli autorów, wyjaśniają, porównują, wbijają do głów dziatwy i podrostków podstawowe tendencje dzieł naszych wielkich pisarzy. Wszystko to odbywa się z namaszczeniem, w duchu podniosłym i mocno patriotycznym.

Gdyby to był jedynie wstęp do nauczania literatury, byłoby dobrze. Niestety na wbijaniu uczniom do głów tej „filozofii literatury” sprawa się kończy, a sprawa najważniejsza nie zostaje nawet tknięta. Uczniowie bowiem nie dowiadują się najważniejszej rzeczy – że literatura to nie zbiór moralnych i filozoficznych przesłanek, tendencji. Literatura to także, a może głównie, forma.

Treści zaklęte w formie

Powiedzieć – kocham ojczyznę – potrafi każdy. Ale żeby – wychodząc od tej myśli – napisać „Pana Tadeusza”… O, na to trzeba wiedzy o literaturze, sprawności literackiej i talentu. Tu przypomnę, że Mickiewicz, Słowacki i Krasiński byli dobrze wykształceni. Znali teorię i historię literatury, klasyczne, oraz współczesne im dzieła literackie Europy.

Panuje w naszym ludzie głębokie przekonanie, że pisarz to ktoś kto ma jakieś wizje, coś mu tam chodzi po głowie, ma nawet przymus pisania – i nie mogąc się opędzić od tego przymusu – pisze. Ale jak też lud ma zrozumieć, jak powstaje literatura, kiedy nikt mu nawet nie wspomniał, że istnieje coś takiego jako poetyka, czyli zebrany i spisany zbiór reguł pisarskich? Nie mówię, że byłoby rozsądne wtłaczać takie informacje do głów dzieciom w podstawówce, ale młodzież licealnej?

Dzisiejszy maturzysta ma bardzo mętne pojęcie i żadnych umiejętności w czytaniu wiersza. Bo nikt mu nie powiedział, nikt go nie nauczył czym jest kanon klasycznego wiersza, jak choćby ten użyty w „Beniowskim” Juliusza Słowackiego. Nikt mu nie powiedział z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że w programie szkolnym nie przewidziano czasu na takie fanaberie. Drugi powód jest takie, że sami nauczyciele nie potrafią właściwie czytać wiersza. Wiem co mówię, bo byłem świadkiem kursów dla nauczycieli, których celem była nauka „obcowania z wierszem”. Na dwudziestu nauczycieli ledwie trzech wiedziało i potrafiło co nieco. A jak ma głuchy nauczyć śpiewu?

Co to znaczy urok wiersza i prozy

Prawdziwa przyjemność w obcowaniu z literaturą przychodzi wtedy, gdy potrafimy czytać według tego samego kodu, którym pisał autor. W istocie bowiem w dobrej, świadomej samej siebie literaturze mamy do czynienia z kodem, czyli sposobem, kanonem i techniką pisarską.

Jeżeli nie wiemy, że w najbardziej znanym tekście, a mówię tu o pierwszej księdze, o samym początku „Pana Tadeusza” mamy zawarte ścisłe reguły, że mamy czytać – a najlepiej również mówić, czytać głośno – rozumiejąc je, to tracimy piękno tego tekstu. I pozostaje nam egzegeza, że Litwa jest ojczyzną autora, którą ceni jak własne zdrowie, bo ją utracił, jako to zdrowie…

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie

 

 A podstawowy kod tego wiersza jest taki:

 

  1. Utwór jest napisany trzynastozgłoskowcem.

 

  1. Cezura przypada po pierwszych siedmiu sylabach

 

  1. Wiersz ten czytamy, mówimy zestrojami akcentowymi, a nie wyrazami. Przykład zestrojów akcentowych jest taki:

 

Litwo! – Ojczyzno moja! – ty jesteś – jak zdrowie:

Ile cię – trzeba cenić, – ten tylko – się dowie,

Kto cię– stracił. – Dziś piękność – twą w całej – ozdobie

Widzę – i opisuję, – bo tęsknię – po tobie

 

  1. Akcent w wyrazach akcentowych (traktowanych jaki jeden wyraz) przypada zawsze na przedostatnią sylabę. Tym samym każdy kolejny wers tekstu zaczyna się od mocnego akcentu, bo autor zaczyna najczęściej wers od słowa dwusylabowego. Żeby to jakoś zapisać… wyrazy z mocnym akcentem pogrubię:

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie

 

  1. Kolejną zasadą jest to, że przed cezurą mamy słabą pozycję akcentową ostatniej sylaby, a po cezurze mocną. I ta zasada – łącznie z wcześniej wymienionymi sprawia, że utwór ten staje się właściwie piosenką. Tak jak każdy dobry wiersz. Cezura nie jest po to, żeby wziąć oddech – jak od stuleci tłumaczą nam nauczyciele. Cezura jest ustanowiona po to, żeby mocno dopowiedzieć, uzupełnić, a niekiedy wręcz zmienić znaczenie tego co zostało powiedziane przed cezurą.

 

Gdy czytamy, najlepiej na głos, wiersz Mickiewicza musimy czytać tekst z zachowaniem reguł, stworzonych przez Mickiewicza. Inaczej nigdy nawet nie dotkniemy tego co jest siłą poezji – każdej poezji – rytmów, melodii i jej piękna.

Proza to nie zwykłe gadanie

Mój kochany bohater Moliera – Pan Jourdain – odkrywa w wieku około 50-ciu lat, że mówi prozą. Ale to nie do końca jest prawdą, bo w literaturze pisanej prozą również obowiązują kanony czytania: mamy tam frazy, mamy silne i słabe sylaby, wreszcie melodię, urok i klimat. Dlatego proza to nie jest takie tam sobie gadanie, jak na zebraniach lub nawet w Sejmie.

Zostawmy już jednak dzisiaj prozę, bo to temat trudniejszy nawet niż poezja. Ale… ktoś, kto nauczy się rozumieć wiersz, doceni też dobrą prozę. Odwrotnie nigdy.

Akademie ku czci

W każdej szkole, kilka razy do roku odbywają się występy uczniów. Niestety podniosłe treści, jakie są na akademiach prezentowane nie skłaniają nauczycieli do przygotowania uczniów do pięknego, rozumnego mówienia poezji. Liczy się jeno duch i namiętne uczucie. A to właśnie jak najmniej sprzyja sztuce.

Owszem, mają w naszych szkołach miejsca spektakle teatralne, w których występują uczniowie. I to jest chwalebne. Niestety takich szkół, w których istnieją i pracują stale szkolne teatrzyki jest o wiele za mało. A to właśnie w pracach teatralnych można nauczyć młodzież – choćby tylko jakąś część uczniów – rozumnego obcowania ze sztuką. Bo literatura jest sztuką. Treści szukajmy raczej u filozofów, przywódców narodu i niezłomnych rycerzy swych racji.

Mam przekonanie, że wzorem naszych praojców, nie bardzo cenimy sztukę. Łatwiej było przecież sprowadzić jakiegoś Włocha do zbudowania pałacu czy namalowania obrazów niż kształcić chamskie, lub dzieci mieszczan na architektów. A sam szlachcic, który zajmował się architekturą czy malarstwem nie był szanowanym człowiekiem. Szlachta i możni woleli także włoskich i francuskich śpiewaków niż własnych, tym bardziej, że ich nie było.

A potem miejsce szlachty zajął już wykształcony lud, przejmując wszystkie szlacheckie złe i dobre obyczaje, nawyki i zachowania. Łącznie z dość lekkim traktowaniem sztuki.

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Mens sana in corpore sano (2)

W zdrowym ciele zdrowy duch – ta łacińska sentencja tylko z pozoru jest oczywista, bo kryje w sobie duży haczyk. Po zastanowieniu się, dochodzimy do wniosku, że w słabym ciele i duch jest marny. A jaka jest kondycja fizyczna dzisiejszych Polaków?

Jeżeli chodzi o „pięćdziesięciolatków +” to niestety jest ono otyłe, nieruchawe i mdłe. Skąd się to bierze? Ze złego odżywiania i tragicznego stylu życia. Jemy za tłusto i niewiele się ruszamy – jeżeli już w ogóle, to najwyżej od telewizora do kuchni i łazienki. Oczywiście są wśród nas zdrowe i wysportowane wyjątki, ale to one, właśnie te wyjątki potwierdzają przeważająca regułę.

Duch, dusza i ciało

Nowy Testament oznajmia w Pierwszym Liście do Tesaloniczan 5:23, że stworzeni ludzie składają się z trzech części: ducha, duszy i ciała: „I niech sam Bóg pokoju uświęci was zupełnie, i niech wasz duch i dusza, i ciało będą zachowane w całości, bez zarzutu, przy przyjściu naszego Pana Jezusa Chrystusa”. Odwołuję się do autorytetu Biblii, albowiem sprawa jest poważna.

Tu trzeba wyjaśnić, że duch to psychika, zdolność myślenie i tworzenia, dusza – to sumienie, boski dar rozumienia dobra i zła, a ciało… a ciało mamy mdłe. Rzecz w tym, że ta trójca musi być z sobą w harmonii i wspierać się.

Zatem jeżeli zapomnimy o dbałości o ciało, jeżeli zapuścimy się cieleśnie to popełniamy grzech przeciw piątemu przykazaniu. Bowiem są takie interpretacje Dziesięciorga Przykazań, które piąte przykazanie – „Nie zabijaj” – odnoszą także do pijaństwa, obżarstwa, palenia papierosów i picia wódki, i każą takie występki traktować jako grzech ciężki. Ale coś mi się nie wydaje, żeby przy spowiedzi księża pytali o grzechy przeciw własnemu ciału spowiadającego się.

Niestety cała nasza kultura skupiona jest na duszy i duchu. A przecież gdzie ciało marne, tam i duch mętny, a dusza cierpiąca. O zaniedbywaniu ciała nie wspomina ani jedna z naszych partii politycznych. Wszystkie one skupiają się na życiu duchowym. Dlaczego? Bo tak jest najłatwiej. Bo jak komu zajrzeć w duszę, jak sprawdzić jego ducha? A skoro ciało jest widoczne, to lepiej o tym nie mówić, nie obrażając wyborcy. I tak to nasza hipokryzja kwitnie w najlepsze pod łopoczącymi sztandarami ducha.

Ruch to zdrowie

O tym, że ruch to zdrowie wie każdy, ale o dziwo ruszać chce się niewielu, bo w czasie intensywnego ruchu – a tylko taki ruch ma sens dla zdrowia – człowiek się męczy i poci. A że lenistwo również jest grzechem, o którym zapominamy? Myślę, że obecnie nasz katolicyzm jest bardzo demokratyczny. To znaczy wybieramy sobie z 10 Przykazań tylko te, które nie sprawiają nam kłopotu.

Mówiąc serio – sami musimy dbać o nasze ciało. Premier nie będzie za nas biegał, a wójt nie będzie za nas jeździła na rowerze. Ale… państwo – rozumiane jak rząd i samorządy – może dla naszego zdrowego ciała wiele zrobić, ułatwić nam podjęcie decyzji o ruszaniu się, zachęcić nas do aktywności fizycznej. I o tym będzie poniżej.

Czym skorupka za młodu…

Dzieci i młodzież mają biologiczną skłonność do ruchu, sportu i zabaw sportowych. Do rodziców należy tylko nie ograniczać tych dobrych skłonności. Niestety troska o nasze pociechy powoduje, że podświadomie rodzice wolą, żeby chłopak czy dziewczyna siedzieli w domu, nawet przed telewizorem, czy przy komputerze.

A pamiętam, że jako dwunastolatkowie – z jednego podwórka – braliśmy piłkę i sami jechaliśmy do parku, gdzie do zmroku graliśmy w nogę. Ale też z lat późniejszych zapamiętałem troskliwą matkę inteligentkę, która na nadmorskiej plaży strofowała przygrubego 12-latka, panicznie pokrzykując: „Pawełku nie ganiaj tak za tą piłką, bo się spocisz…” Pawełek został profesorem medycyny, ale jednak trochę za grubym profesorem.

A ci obecni rodzice, którzy masowo zwalniają swe pociechy z wychowania fizycznego? Gdzie ci ludzie mają rozum? Pewnie w tym samym miejscu, gdzie ci, co pozwalają swoim11-latkom jeździć na quadach.

Dziecięco-młodzieńcze nawyki uprawiania sportu wygasają gdzieś tak w szkole średniej. Więcej nauki, mniej wolnego czasu. I tu właśnie powinna dojść do głosu inspirująca rola szkoły. Liczba godzin W-F jest za mała, żeby zastąpiła młodym cały potrzebny im ruch, żeby wyrobiła w nich, na całe dalsze życie, potrzebę uprawiania jakiegoś sportu.

Szkoła powinna organizować dodatkowe zajęcia sportowe dla swych podopiecznych. Szkoły mają boiska i sale gimnastyczne, w których młodzież może uprawiać różne dyscypliny. Wystarczyłoby zapłacić parę groszy któremuś z nauczycieli, żeby był obecny w szkole. Nie musiałby nawet tych dodatkowych zajęć prowadzić. Uważam, że takie SKS-owe zajęcia (Szkolne Kło Sportowe), jak to się kiedyś nazywało, są bardzo ważne. W podstawówce i za moich licealnych lat tworzyliśmy grupę zapalonych siatkarzy przy drużynie harcerskiej. Nie wszyscy mieli talent, ale zapału nikomu nie brakowało. I wracaliśmy wieczorem do domów zmęczeni, ale szczęśliwi.

Nie sądzę, żeby problem był w tych małych dodatkowych pieniądzach dla nauczycieli. Problemem jest brak wyobraźni i lenistwo władz oświatowych, co może, nawet mimo woli, przekładać się na brak odpowiedzialności za przyszłe pokolenia.

Sport wyczynowy a zwykła rekreacja

Wszystkie nasze kolejne rządy są zachwycone sukcesami naszych sportowców. Bo w domyśle jest to właśnie zasługa władz. Każdy z zawodowych sportowców, osiągając na arenie światowej sukces może liczyć na poklepanie, uściśnięcie dłoni i order – tak władz rządowych, jak samorządowych.

Niestety część naszych prominentów uważa, że skoro Lewandowski zrobił karierę, skoro Iga Świątek święci tryumfy, to wystarczy, i że jest to zasługa władz oczywiście. W pewnym sensie jest, bo władze mogły przecież nie dać im paszportów.

Odkładając ponure żarty na bok… Dobrze nie jest, bo ciągle mylimy sport wyczynowy z rekreacją. I wątłe sukcesy zawodowców, bo przecież nie jesteśmy w sporcie wyczynowym potęgą, usprawiedliwiają biedę z rekreacją. Z dwojga dobrego – oddałbym paru naszych mistrzów za sportowe turnieje dla dzieci i młodzież, za powszechne i codzienne widoki młodzieży uprawiającej sport.

Gwoli prawdy, Orliki są dobrze wykorzystywane, bo widać na nich młodzież, ale ciągle takich boisk mamy za mało. A „dodatkowo” gminy oszczędzają na fachowej sportowej obsłudze tych Orlików. Skutkiem czego „dzierżawią” boiska – w przeważającej ilości godzin – klubom sportowym. Choć w założeniu miały to być boiska dla każdego chłopaka i dziewczyny z ulicy.

Przestańmy wreszcie bałamucić opinię publiczną, że sport masowy, powszechny – czy jak go tam zwał – służy temu, żeby „wyławiać talenty” dla zawodowych klubów. „Banialuki, mocium panie!” – jak pisał Aleksander Fredro. Zawodowi sportowcy to inny świat i nie każdy jest urodzony, biologicznie zdatny do bycia mistrzem. Natomiast każdy z nas ma prawo znaleźć swoje miejsce do uprawiania sportu.

Bierzmy przykład 

Na Zachodzie, który ma być dla nas wzorem, od dziesięcioleci istnieją w angielskich, francuskich i amerykańskich collegach drużny sportowe, różnych dyscyplin. Te drużyny bywają wizytówkami, reklamami uczelni. I na tych uczelniach zajęcia są obowiązkowe dla wszystkich studentów.

Najwyższa już pora zacząć budować – wzorem Anglii, Francji i Niemiec – hale sportowe do użytku przez amatorów. Hale są własnością gmin, ale użytkują je zrzeszenia, stowarzyszenia sportu amatorskiego. I wstęp na zajęcia ma tam każdy.

Powie ktoś, że nas na to nie stać. A stać nas było na gigantyczne hale sportowe, które teraz straszą pustkami i powiększają deficyt gmin? No, ale te piętnaście, dwadzieścia lat temu każde większe miasto chciało mieć swój Spodek lub Arenę, co najmniej na dziesięć tysięcy widzów.

Nie chcę tu szerzyć pochwały „zakazanych dawnych światów”, ale przypomnę, że za Gomułki nie stać nas było na 1000 szkół na Tysiąclecie, bo byliśmy tuż po wojnie. Jednak te szkoły stanęły, wraz z salami gimnastycznymi I wybudowaliśmy ich wtedy ponad 1200.

Nadeszła pora, żeby władze uruchomiły program „Ruszamy się”. Naprawdę jest potrzeba i musi być nas na to stać.

 

WALTER ALTERMANN: Dla kraju, czy dla siebie?

Stawiam sprawę wyraźnie – mamy poważny problem, wyrażający się tytułowym pytaniem. Oczywiście znajdzie się sporo osób, które powiedzą, że pytanie jest fałszywe, bo przecież można pracując dla siebie, pracować dla kraju. Lub odwrotnie – pracować dla kraju, pracując dla siebie. Znam to propaństwowe hasło z czasów Gomułki i Gierka – i myślę, że jest to czysta propaganda, mająca na celu stłumienie oczekiwań pracowników. I nic więcej.

Historia Polski jest taka, że ciągle nasz kraj oczekuje od obywatela, od Polaka wyrzeczeń i poświęceń na rzeczy ogółu. Ten „ogół” bywał różnie definiowany: niepodległość, niezależność, wolność, wydobywanie się z zacofania, Polska Mocarstwowa a nawet praca dla przyszłych pokoleń. Skutek jednak bywał zawsze ten sam – obywatel musi się poświęcić, musi mniej zarabiać a więcej pracować, bo tego wymaga „najwyższe dobro wspólne”.

Tym samym w całym XX wieku, wliczywszy w to wszystkie trzy konspiracje – przed wybuchem I wojny światowej, w czasie i po II wojnie światowej i tę czasu stanu wojennego – oraz  wojny: polską-bolszewicką, II wojnę światową, straszny czas okupacji i trudny okres po wojnie odbudowy Polski, po zniszczeniach tej wojny… przez cały wiek Polak zawsze miał obowiązki wobec kraju. 

Nadszedł jednak czas względnego dobrobytu, przynależności do Unii Europejskiej i NATO, jesteśmy silni sojuszami oraz wzrastającym potencjałem gospodarczym kraju. Co prawda wojna na Ukrainie budzi nasz niepokój, ale tym razem – w razie czego – nie będziemy sami. Czy zatem teraz nastał wreszcie czas prywatny dla Polaka? Chyba jeszcze nie, a pora najwyższa.

Nasz długi czas pracy

Szczycimy się – dla przykładu – że mamy najmniejsze w Europie bezrobocie. Bardzo pięknie, chciałoby się powiedzieć. Niestety prawda nie jest tak piękna, bo jednocześnie jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy. I jesteśmy z tym w niechlubnej czołówce w Europy.

Czas pracy w krajach Unii Europejskiej wg. danych Eurostatu w 2021 r. wyniósł średnio 36,4 godz. tygodniowo. Pośród państw członkowskich widać było jednak spora rozpiętość — od 32,2 godz. w Holandii do 40,1 godz. w Grecji. Eurostat wylicza, że najdłuższy czas pracy w Unii Europejskiej obowiązywał w Grecji (40,1 godz.), Rumunii (39,8 godz.), Polsce (39,7 godz.) i Bułgarii (39,5 godz.). Najkrótszy natomiast zaobserwowano w Holandii (32,2 godz.), Austrii (33,7 godz.) i Niemczech (34,6 godz.). 

A dodajmy, że ta tabela nie musi być prawdziwa, bo wielu Polaków pracuje na czarno, lub na szaro – czyli umowy ujawniają tylko część prawdy o naszym czasie pracy. Jeżeli ktoś powie, że i tak jest fantastyczne, to głęboko się myli. Człowiek nie jest stworzony jedynie do pracy – powinniśmy pracować, żeby żyć. A okazuje się, że ciągle żyjemy po to, żeby pracować. 

Nasi pracujący emeryci

Powiedzmy też i tę  prawdę, że w Polsce duża grupa emerytów musi nadal pracować. Czy robią to z umiłowania pracy jako takiej, albo dla kraju? Chyba nie bardzo. Robią to pod przymusem ekonomiczny. Liczba pracujących emerytów rośnie z roku na rok. Najwięcej z nich pracuje w edukacji i służbie zdrowia. Eksperci ostrzegają, że gdy tylko seniorzy zrezygnują, zaczną się gigantyczne problemy. Na przykład w ochronie zdrowia, za zabraknie na przykład pielęgniarek. 

Emeryci ratują nie tylko polską edukację i służbę zdrowia, podtrzymują też funkcjonowanie administrację. W tych trzech grupach pracuje dziś łącznie blisko 150 tys. osób, które pobierają jednocześnie emerytury. Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że sumie pod koniec 2018 roku liczba pracujących emerytów zbliżyła się do 750 tys. Jeszcze cztery lata temu było to o 200 tys. mniej.

W czym jesteśmy atrakcyjni dla Europy

Czytam, że coraz więcej firm z Niemiec przenosi się, lub zapowiada przeniesienie swych interesów, do Polski. Powodem są podobno rosnące ceny energii na Zachodzie. To jak to tak? Przecież i u nas energia nie jest tania. Zatem co powoduje takie dyslokacje przemysłu? Ano, o wiele niższe zarobki polskich pracowników, w porównaniu do pracowników niemieckich. Wszystkie kolejne rządy z tego się cieszą, i słusznie, ale trzeba też wyraźnie powiedzieć, że Polacy nadal bardziej pracują dla kraju, niż dla siebie.

Czy jest ochrona warunków i czasu pracy?

Oczywiście jest, ale bardziej na papierze niż w rzeczywistości. Przypomnę, że to za czasów Leszka Millera tak zmieniono ustawę o Państwowej Inspekcji Pracy, że uniemożliwiono pracę… jej inspektorom. Obecnie, żeby PIP mogła przeprowadzić inspekcję, trzeba z dużym wyprzedzeniem poinformować o tym pracodawcę, dając mu oczywiście czas na usunięcie nieprawidłowości. Mało tego, skargi do PIP muszą składać podpisani z nazwiska i imienia pracownicy… Widać pan Miller liczył na samobójców. 

Z kolei w czasach rządów PO i PSL rząd poszedł na rękę pracodawcom i zmienił zapisy o czasie pracy. Obecnie pracodawca może wymagać pracy w najdogodniejszych dla siebie tygodniach i miesiącach, a są to najczęściej dni wolne od pracy i miesiące wakacyjne. Zwrot godzin następuje dosłownie po miesiącach. Jednocześnie właściwie zlikwidowano nadgodziny. Jeżeli nie jest to kierunek na powszechne niewolnictwo, to co to jest?

Czy ludzie się zanudzą?

Kiedy „za komuny” nieśmiało podnoszono temat „przepracowania” ludzi, niekiedy – w głębokim zaufaniu – można było usłyszeć od włodarzy kraju: „Przecież oni się w takim wolnym czasie zanudzą”.

Niestety, wzorcem dla ustawodawców są oni sami – pracują świątek-piątek a w Sejmie po nocach. I zapewne uważają, że skoro oni – tak wysoko wyniesieni przez los i partie – mogą, to oczywiście prosty człowiek powinien.

Obecnie jesteśmy społeczeństwem zmotoryzowanym, mamy ogromne możliwości spędzania wolnego czasu z dziećmi i w rodzinach. Baza hotelowa i gastronomiczna jest duża, gminy starają się – i mają dobre efekty – powiększać ofertę turystyczną.

Naprawdę – Panie i Panowie Włodarze Polski – damy radę odpoczywać, nie zanudzimy się. 

 

WALTER ALTERMANN: O potrzebie kształcenia artystycznego (1)

Są wakacje, więc odpoczywamy. A głównie odpoczywają dzieci i młodzież. I bardzo to dobrze, bo nauka to ciężka praca. Ale wykorzystajmy ten czas na rozmowy o naszej polskiej edukacji. W kilku kolejnych felietonach podejmę temat istotnych braków i błędów naszych szkół. A właściwie są to głównie zaniechania naszego szkolnictwa. Na tyle istotne, że warto o nich porozmawiać.

Nie chodzi mi o to, czy polska szkoła powinna być bardziej czy mniej polityczna, bardziej czy mniej patriotyczna. Chodzi mi o podjęcie przez szkolnictwo trudu kształcenia artystycznego i właściwego nauczania poezji. A także o postępująca głuchotę muzyczną Polaków.

Z przerażeniem odkrywam, że coraz więcej ludzi około 50-tki, a i młodsi, nie mają najmniejszego pojęcia o sztuce. Są wśród tych ignorantów osoby wykształcone, rozumne nawet, ale ich podejście do sztuki boleśnie zaskakuje. Jak to możliwe, że w kraju, w którym wykształcenie średnie jest obowiązkowe, a wyższym szczyci się coraz więcej Polaków, rozumienie i właściwe odczuwanie sztuki jest nadal na poziomie lat 50-tych? To te 70 lat poszło na marne?

Sztuka zdegenerowana

W latach PRL propaganda świadomie schlebiała ćwierćinteligentom, nie mówiąc już o tzw. „ludzie” w ich odrzucaniu sztuki współczesnej. Gazety codzienne a nawet szanujące się tygodniki, pokpiwały sobie z malarstwa Picassa, który był sztandarowym przeciwnikiem realizmu socjalistycznego. Bo jakże to można tak malować, żeby portret kobiety miał oczy na czole, a nos był trójkątem usadowionym tam, gdzie ludzie mają uszy?

Niestety, w tamtych latach w Polsce akceptacji sztuki nowoczesnej nie było. Owszem nie było też jawnego potępienia, ale wytwarzany przez media klimat deprecjacji istniał. Niestety także, byliśmy wtedy niechlubnymi – choć być może nieświadomymi – kontynuatorami stosunku hitlerowców i stalinowców do sztuki nierealistycznej, nieprzedstawiającej. Bo zarówno Niemczech hitlerowskich, jak i w ZSRR potępiano „bohomazy”. Hitlerowcy osławili się wystawą „Sztuki zdegenerowanej, murzyńskiej i żydowskiej”. W ZSRR nie posunięto się tak daleko, ale wystaw sztuki nowoczesnej nie było.

Niemcy oczekiwali sztuki sławiącej germańską krzepę, szerzącej kult siły i mięśniaków. I taką stawiali za wzór. W ZSRR propagowano również prostotę i siłę, a tematem malarstwa były prace polne rolników, trud górników i hutników. Krótko mówiąc – od sztuki władcy obu mocarstw oczekiwali w treści nachalnej propagandy, wyrażanej prosto, żeby nie powiedzieć prostacko.

Malarstwo jak fotografia

Artyści przez całe wieki tworzyli obrazy i rzeźby coś przedstawiające. Od Średniowiecza najczęstszymi tematami malarstwa europejskiego były wizerunki i starotestamentowe historie Boga, oraz świętych z Nowego Testamentu. Potem szły obrazy ukazujące świętych średniowiecza, władców Kościoła i znaczących królów, książąt i pomniejszej arystokracji.

Od renesansu pojawia się malarstwo odwołujące się do antyku greckiego i rzymskiego. Powstają też w malarstwie włoskim i holenderskim przedstawienia z dnia codziennego mieszczan, martwe natury i pejzaże.

Zwróćmy uwagę na jeden ważny problem – dobrzy europejscy malarze zasłynęli nie tylko dlatego, że świetnie władali pędzlem, oddając realistycznie portretowanych i przedstawiając widoki wiejskie. Oni zdobywali uznanie dzięki doskonałej kompozycji swych obrazów. Tym zresztą od zawsze różni się sztuka przeciętna od doskonałej, że ta druga nie tylko odwzorowuje rzeczywistość, ona ją stwarza. Z biegiem wieków malarstwo staje się twórczością autonomiczną, coraz bardziej odrywa się od – popełnijmy tu świadomie anachronizm – „fotografizmu”.

Dopiero z wynalezieniem w XIX wieku fotografii malarstwo zostaje uwolnione od obowiązku realistycznego przedstawiania świata. Artyści zajmują się coraz bardziej malowaniem swojego świata wewnętrznego. W końcu zupełnie poświęcają się komponowaniu na płótnach obrazów zupełnie oderwanych od rzeczywistości, którą może dostrzec każdy w codziennym życiu. Malarstwo uzyskuje pełną autonomię, liczą się jedynie napięcia kierunkowe, wzajemny stosunek abstrakcyjnych linii, figur i nastrój obrazu.

O potrzebie edukacji artystycznej

W naszych liceach przybywa nowych zajęć – pojawiają się lekcje z zakresu elektroniki, mechatroniki i księgowości. I bardzo mnie to cieszy, bo świat pędzi, więc pędźmy za nim – nie wyprzedzając go jednak, bo to się zawsze źle kończy.

Niemniej uważam, że w liceum i ostatnich klasach szkół podstawowych jest właściwy czas na to, by młodych ludzi poznać ze sztuką. W innym wypadku wychowamy pokolenia robotów przeznaczonych jedynie do roboty.

Wiem, że poloniści nie są na takie wyzwania przygotowani, ale wiem też, że za nieduże pieniądze można „wynająć” na cykl kilkunastu lekcji znawców przedmiotu. Są nimi nie tylko wykładowcy szkół artystycznych, mogą to być studenci ostatnich lat tych akademii i historycy sztuki. Szczególnie mogliby być ci ostatni, bo kształcimy kulturoznawców coraz więcej, którym potem trudno o pracę.

Coś mi to przypomina

 latach 60-tych w jednym z klubów studenckich w Łodzi zainstalowano wystawę kilkunastu obrazów, młodej absolwentki łódzkiej PWSSP. Nazwisko malarki pominę, bo nie jestem pewien jak przyjmie tę anegdotę. Po otwarciu wystawy odbyła się dyskusja.

Z początku wszyscy milczeli, w końcu głos zabrał ważny działacz Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich. Piszę kto zacz, bo był to świeży absolwent Uniwersytetu Łódzkiego i osobnik szykujący się do poważnej kariery. A powiedział tak:

– Ja powiem, jako zwykły studencki turysta… Te obrazy przypominają mi groty, bo jestem również grotołazem.

Autorka podziękowała mu serdecznie, bo uważała, że jeżeli komukolwiek jej malarstwo cokolwiek przypomina, to dobrze, bo znaczy to, że poruszyła ludzkie emocje. Prawdę mówiąc obrazy były abstrakcyjne, choć trochę w swych barwach i liniach mieszczańskie, to znaczy nadające się do dekorowania mieszczańskich wnętrz.

Ta anegdotka przypominała mi się, ilekroć słyszałem OKĘ, pieśń I Korpusu:

 

            Szumi dokoła las, czy to jawa, czy sen?

            Co ci przypomina, co ci przypomina

            Widok znajomy ten?

 

Tekst pieśni napisał, jak wiemy, Leon Pasternak. I jemu Oka mogła się kojarzyć z Wisłą. Natomiast nam malarstwo współczesne musi się kojarzyć jedynie z malarstwem. Żeby tak było, trzeba jednak ludzi uczyć rozumnego obcowania ze sztuką za młodu.

Pamiętam, że ze szkołą podstawowa w Łodzi, byliśmy wielokrotnie w muzeach. Można było wtedy? To można chyba i teraz. Co prawda pewien mój znajomy, wszędzie wietrzący spiski, z pewnością wykryłby w tym ciąganiu dziatwy do muzeów jakąś komunistyczna niecność, ale ja zapamiętałem fascynujące spotkania z malarstwem, i to głównie religijnym.

 

WALTER ALTERMAN: Nowy porządek świata? (5)

Lekceważone całymi latami przez Zachód Chiny, Indie i Brazylia stały się potęgami gospodarczymi. A właściwie nie tyle „stały się” ile Zachód stworzył ich potęgę. Dal swego zysku, nie przewidując, że Chiny – dla przykładu – nie będą przez wieki produkowały badziewia – po 5 zł wszystko.

Jakby nie było – na politycznej mapie świata zaistniały już nowe potęgi. XX wieczny podział na dwa bloki: USA i Zachód Europy oraz ZSRR z podbitymi państwami Europy Wschodniej rozsypuje się na naszych oczach. Zmiany, które zachodzą mogą przynieść światu nowe oblicza współpracy, ale mogą też doprowadzić do wojen i w nieznanej dotychczas skali kataklizmy.

Kto nas rozbroił?

Mało kto pamięta, więc przypomnę, że na początku lat 90-tych, wraz z upadkiem Demoludów, z wyprowadzaniem wojsk sowieckich z Europy Wschodniej potęgi świata zawarły pewien kontrakt. Jego istotą było głównie rozbrojenie dawnych satelitów ZSRR. Układ był cichy, ale działał.

To wtedy przyjęto, że polska armia ma liczyć 100 tysięcy żołnierzy, a właściwie jeszcze mniej, bo w tych 100 tysiącach mieścić się miała także cywilna obsługa wojska. Wtedy to określono ilość samolotów, czołgów, armat i haubic jakie może posiadać nasza armia.

Od początku podejrzewałem, że ten okrutny żart musiał wymyślić wyjątkowy znawca polskiej historii – albo z USA, albo z ZSRR. Bo przecież ta stutysięczna armia była znakiem próby odrodzenia państwa polskiego, tuż przed całkowitym upadkiem i rozbiorami. Przecież to Sejm Czteroletni podjął uchwałę o powiększeniu naszej armii do 100-tysięcy. Ale było już za późno, szkolenie ówczesnego żołnierza musiało trwać cztery lata, nie było chętnych do wstępowania do armii – skutkiem tego skończyło się na uchwale. Co zresztą jest naszą historyczną specjalnością – wiara, że uchwały nam wystarczą. Zawsze robimy wiele szumu przy podjęciu jakichś uchwał, ogłaszamy je za sukces, ale gdy z wykonaniem tychże jest marnie, milczymy.

Wreszcie się zbroimy 

Mam jednak serdeczną nadzieję, że w sprawach dzisiejszej armii nie skończy się na szlachetnych uchwałach. Choć… na tym łez padole nic nie jest pewne.

Przypomnę, że przez ostatnie piętnaście lat dwie główne partie polityczne, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska, toczyły i toczą spór o „zasługi i zaniechania” w dziele „wzmacniania lub upadku” polskich sił zbrojnych. A tak naprawdę, jeśli uwzględnić już zrealizowane kontrakty, na czoło nie wysuwa się ani PiS, ani PO lecz SLD, ale uwzględniając zamówienia zrealizowane przez lewicę, ograniczone możliwości finansowe państwa powodowały, że tzw. program modernizacji sił zbrojnych był nim tylko z nazwy. Tak naprawdę był to program utrzymywania minimalnych zdolności bojowych.

Kupiliśmy wówczas od USA 48 sztuk F-16 i zaczęliśmy produkować Rosomaki, na licencji fińskiej. Oba kontrakty miały jednak spore wady. Przy podpisywaniu umów USA zobowiązały się do offsetu, czy do inwestowania w Polski przemysł zbrojeniowy oraz w polski przemysł w ogóle. Niestety jakoś tak wyszło, że Stany Zjednoczone nie śpieszyły się z wypełnianiem swych zobowiązań. Gdy zaczęliśmy się tego domagać, USA przedstawiły nam podobno listę inwestycji USA w Polsce. Otwierały ją fabryki Coca-Coli i Pepsi-Coli, jeszcze z czasów Gierka.

Z Amerykanami trudno jest robić interesy zbrojeniowe. Po pierwsze: to oni mają najlepszy sprzęt i mogą stawiać trudne warunki, z czego korzystają. Po drugie: wszystkie fabryki zbrojeniowe USA są przedsiębiorstwami prywatnymi. I gdy my cieszymy się, że Kongres wyraził zgodę na sprzedanie nam tego czy owego, i gdy uważamy sprawę za już załatwioną, to schody zaczynają się przy negocjacjach cenowych, bo trzeba je prowadzić nie władzami USA, lecz z prywatnymi przedsiębiorstwami, a one chcą zarobić. I to jak najwięcej.

Republika Korei – nasz nowy sojusznik

Dlatego tak ważne są umowy na broń z Koreą Południową. Od razu powiedzmy, że nasze zakupy uzbrojenia w Korei nie wywołały zachwytu w USA. Wywołały natomiast zdziwienie, a nawet zaniepokojenie – szczególnie, że niejako w pakiecie zamówiliśmy u Koreańczyków budowę elektrowni atomowych. Głębokie zdziwienie – a w języku dyplomacji jest to oburzenie – wyraził w tej sprawie sam ambasador USA w Polsce Mark Brzeziński, mówiąc, że skoro USA sprzedają nam samoloty, rakiety i inną broń, to wszystkie elektrownie powinniśmy zamawiać u nich.

Coś mi to przypomina starą anegdotę z czasów komuny: „Owszem dość drogo kupiliśmy w ZSRR czołgi, ale w ramach wzajemności możemy teraz znacznie taniej sprzedać im kilka naszych fabryk cukru”. Niestety, świat zbrojeń to także świat biznesu.

Kooperacja, współpraca, współprodukcja – w przypadku takich współdziałań – z Koreą jest bardziej możliwa niż z USA, bo w Korei, podobnie jak u nas, w przemyśle zbrojeniowym większość udziałów ma państwo. Nadto, Seulowi zależy na tym, aby mieć w Europie partnera do dalszych poważnych interesów przemysłowych, także cywilnych. A sam fakt wyboru dwu kierunków zamówień wzmacnia naszą pozycję negocjacyjną w stosunku do dominującego partnera, do USA.

Przy okazji – radziłbym rządowi okazywanie o wiele mniejszego entuzjazmu, nawet przed wyborami, z okazji kolejnych zakupów broni w świecie. Bo tym samym dajemy kontrahentom znak, jak bardzo nam zależy, czyli że mogą jeszcze podbić ceny

Nowy podział świata

Obecna wojna na Ukrainie jest skutkiem upadku imperium sowieckiego. Rosjanie w dalszym ciągu wierzą, że ich państwo będzie silne wtedy, gdy wchłoną na powrót Ukrainę. Tak myśleli od czasów niewoli tatarskiej i tak myślą dzisiaj. Naprawdę zadziwiająca jest ta stabilność celów i metod politycznych Rosji. Zadziwiając i przerażająca. Największy kraj świata nie jest w stanie zająć się samym sobą, swoimi obywatelami – ich poziomem życia, opieką medyczną i wykształceniem.

Sytuacja nie jest wesoła. Ale tak jest zawsze, gdy upadają imperia. Upadek Rzymu, a potem Bizancjum, trwał kilkaset lat. I były to lata okrutnych wojen na terenie Europy. To w czasie upadku Rzymu i Bizancjum zaczęły się też kształtować nowe europejskie państwa, to wtedy napłynęły do Europy nowe plemiona i narody. Między innymi i my – Polacy.

Ile będzie trwało kształtowanie się nowego politycznego świata? Jakim to będzie kosztem? Czy świat wpadnie w nową wojnę? Tego nikt nie wie. Nawet najbardziej szanowani politolodzy z USA. No, ale oni zawsze się mylą, bo żaden z nich nie przewidział nawet upadku ZSRR.

 

 

O pieniądzach na zbrojenia i obronę pisze WALTER ALTERMANN: Wojenne porachunki (4)

W roku 2008 Wielka Brytania spłaciła USA do końca swe długi za pomoc wojskową USA w czasie II wojny światowej. A w roku 2020 Niemcy skończyły spłacać Francji reperacje wojenne za I wojnę światową. Piszę o tym, bo długi wojenne zwykle są duże i długo trzeba je spłacać. Jeżeli tak, to oczywiste jest, że skoro jedni muszą za wojnę płacić, to drudzy muszą na niej zarabiać.

Przy okazji warto przypomnieć, że również Polska miała długi wojenne wobec USA. Ale nie były zbyt wielkie, więc spłaciliśmy je jeszcze w latach 60-tych, za czasów Władysława Gomułki. Bo za udział naszych wojsk w Bitwie o Anglię, za walki w piaskach Tobruku, za zdobycie Monte Cassino i bitwie pod Falaise – trzeba było zapłacić. I nie nam płacono, ale myśmy zapłacili.

Podbój Chin

Przypomnę, że przez cały XIX wiek, aż do roku 1915 USA były państwem „wyznającym” izolacjonizm. Czyli, że nie chciały mieszać się do wojen europejskich.

Wzięły jednak aktywny udział w II wojnie opiumowej, czyli w najeździe na Chiny i ciągnęły z tego przez całe dziesięciolecia ogromne zyski. Bo wojny opiumowe zakończyły się nałożeniem na Chiny ogromnych kontrybucji i otwarciem dla Zachodu ogromnego rynku chińskiego.

Traktat podpisany w Pekinie 24 października 1860 roku wymuszał otwarcie portów chińskich dla Wielkiej Brytanii i Francji, w tym także dla handlu opium. Kupcy tych państw oraz Rosji i USA, uzyskali przywileje w handlu z Chinami. Dodatkowo Rosja, która nie brała udziału w II wojnie opiumowej, uzyskała sporne terytoria położone na lewym brzegu Amuru. Przede wszystkim jednak Chiny zobowiązały się do zapłacenia wysokich reparacji za zniszczone faktorie. Tianjin został otwarty dla handlu, a w Pekinie, do tej pory zamkniętym dla cudzoziemców, otwarto ambasady zwycięskich państw. Misjonarze chrześcijańscy uzyskali też prawo do szerzenia religii i posiadania własności. Reparacje dla zwycięzców były ogromne i sięgały nawet do 15 procent rocznego dochodu narodowego Chin.

Najważniejsze jednak jest to, że zwycięzcy mogli od tej chwili bez przeszkód zalewać Chiny opium, robili to głównie Anglicy. Skutkiem czego w społeczeństwie Chin ilość narkomanów, ofiar narkotyków była nie do policzenia. W podboju Chin wzięli tez udział Niemcy i Austriacy – jak widać „szczytny cel” jednoczył odwiecznych europejskich konkurentów.

To zniewolenie Chin było też szczytowym przejaw europejskiego humanizmu – w czystej jak heroina – postaci.

Jak USA wyrastały na największą potęgę świata

Z początkiem wybuchu I wojny światowej USA nadal były izolacjonistyczne. Dopiero 6 kwietnia 1917 roku USA wypowiadają wojnę Niemcom. Plotka głosi, że tę decyzję poprzedziły narady władz USA – prezydenta i przywódców Kongresu – z producentami broni. Ci drudzy stwierdzili, że podołają zwiększonej produkcji zbrojeniowej, skutkiem czego wzrosną ich zyski, a następnie podatki dla rządu… przystąpienie USA do wojny stało się faktem.

Wysiłek fabryk zbrojeniowych USA w czasie I wojny światowej był ogromny. Wzrosła też niebywale świadomość techniczna społeczeństwa USA. A skutkiem tego Ameryka dokonała ogromnego skoku cywilizacyjnego – społeczeństwo stało się najbardziej nowoczesne na świecie – pod względem znajomości nowoczesnych technologii, wytwarzania najbardziej nowoczesnych urządzeń, także tych domowego użytku.

Swoje przystąpienie do II wojny światowej USA obwarowały „Traktatem Transatlantyckim”, nad którym wraz z Wielką Brytanią pracowano od 1942 roku. Traktat podpisano w roku 1949, ale już w czasie wojny USA uzyskały od Londynu zgodę, co do jego głównych zasad. Powszechnie wie się, że ów traktat, zwany też północnoatlantyckim, jest układem o wzajemnym bezpieczeństwie państw członkowskich.

Jednak miał on też drugie dno. Przede wszystkim Wielka Brytania, a potem pozostali członkowie NATO zgodzili się na dekolonizację świata. Czyli – W. Brytania za pomoc finansową i materiałową w czasie wojny zgodziła się na utratę kolonii. Można zatem powiedzieć, że upadek Imperium Brytyjskiego był skutkiem II wojny światowej a Londyn tę wojnę przegrał, a przynajmniej nie jej nie wygrał.

O ile gospodarka, możliwości produkcyjne i eksportowe USA objawiły się po raz pierwszy w czasie I wojny światowej, o tyle po II wojnie Stany Zjednoczone stały się najsilniejszym państwem świata. I objęły światowe przywództwo.

ZSRR – drugie i tymczasowe miejsce wśród zwycięzców

O ile USA świetnie rozumiały, że o potędze państwa stanowią jego możliwości gospodarcze, o tyle ZSRR tkwił w średniowiecznym przekonaniu, że o potędze decyduje obszar państwa. I USA dały to czego ZSRR żądał. Dały, bo to USA zdecydowały o powojennym ładzie globu. Odbyło się to oczywiście naszym kosztem i pozostałych państw Europy, które ZSRR zajął militarnie i wcielił w orbitę swej polityki.

Czy USA wiedziały, że ZSRR udławi się tymi nowymi zdobyczami? Czy wiedziały, że Rosja radziecka nie będzie w stanie zapanować nad tyloma narodami, że nigdy nie stłumi ich dążeń wolnościowych? Czy USA przewidywały, że ZSRR nie „wytrzyma” wyścigu zbrojeń i w końcu padnie gospodarczo? Podejrzewam, że przewidywano to w Waszyngtonie. A najbardziej wyraźnie sformułował to prezydent Lyndon B. Johnson, który w połowie lat 60-tych powiedział, że ZSRR nie wytrzyma wyścigu zbrojeń.

Podział świata na dwa konkurencyjne bloki, izolacja gospodarcza bloku radzieckiego przez Zachód, niewydolność gospodarcza systemu centralistycznego, były ważnymi przyczynami upadku ZSRR, ale najważniejszym, głównym powodem jego niechlubnej śmierci, było właśnie to, że Rosja radziecka nie była w stanie dorównać militarnie NATO, a przede wszystkim USA.

Wyścig zbrojeń i wyścig w kosmosie napędzały gospodarkę USA. Każdy nowy wynalazek, każde nowe rozwiązanie techniczne z dziedziny techniki kosmicznej i wojskowej natychmiast wchodziły do produkcji cywilnych urządzeń, techniki cywilnej. W ten sposób zbrojenia napędzały rozwój USA.

W ZSRR było inaczej. Owszem, Rosjanie mieli osiągnięcia w dziedzinie techniki, ale kosztem pogłębiającego się spadku poziomu życia społeczeństwa. W tym państwie wszystko było tajne – od śrubki po parowozy. Gdy doszedł do władzy Gorbaczow z przerażenie stwierdził, że 70 procent radzieckich inżynierów pracuje tylko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Wtedy to Gorbaczow powiedział, że ZSRR nie może się rozwijać jak normalne państwo, bo wszystkie siły, które powinny zapewniać postęp techniczny i cywilizacyjny absorbowane są właśnie i tylko przez zbrojeniówkę.