O tym, jak zarabia się na wojnie pisze WALTER ALTERMANN: Porozumienia mińskie (3)

Najlepiej  politykę Francji i Niemiec wobec Moskwy widać na przykładzie tzw. „porozumień mińskich”. Ten dokument jest szczerym wyznaniem politycznej wiary Francji i Niemiec w Kreml i świadczy o celach względem Rosji. 

5 września 2014 członkowie trójstronnej grupy kontaktowej – Ukraina, Rosja i OBWE oraz przedstawiciele dwóch „republik ludowych” podpisali protokół w sprawie zawieszenia broni na obszarze Donbasu. Najważniejszy był punkt naczelny, nie objęty numeracją, a mówił on o natychmiastowym dwustronnym zawieszeniu broni. Następne ustalenia były takie:

  1. Przyznanie OBWE roli obserwatora przestrzegania zawieszenia broni.
  2. Wdrożenie decentralizacji władzy poprzez przyjęcie ustawy o szczególnym trybie funkcjonowania samorządu terytorialnego w części obwód donieckiego i ługańskiego.
  3. Utworzenie strefy bezpieczeństwa po obu stronach granicy ukraińsko-rosyjskiej, i monitorowanie przez OBWE sytuacji na granicy.
  4. Natychmiastowe uwolnienie wszystkich jeńców i zakładników przez obie strony.
  5. Przyjęcie ustawy zakazującej ścigania i karania osób związanych z rebelią w obwodzie donieckim i ługańskim.
  6. Przeprowadzenie dialogu ogólnonarodowego.
  7. Poprawienie sytuacji humanitarnej w Donbasie.
  8. Przeprowadzenie przedterminowych wyborów do władz lokalnych w wybranych częściach obwodu donieckiego i ługańskiego w związku z ich „specjalnym statusem” na podstawie prawa ukraińskiego.
  9. Wycofanie nielegalnych oddziałów zbrojnych i sprzętu wojskowego, a także bojowników i najemników z terytorium Ukrainy.
  10. Opracowanie programów gospodarczej odbudowy Donbasu.
  11. Udzielenie gwarancji osobistego bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom rozmów.

Punkt 6, czyli strzał w tył głowy

Czy Zachód – głównie Francja i Niemcy – nie wiedział z kim ma do czynienia? Wiedział, ale chciał nadal handlować z Rosją i zarabiać. Czy od 2014 roku Francja i Niemcy zaczęły się zbroić? Niemcy „zbroili się” w oba Nordstreamy, a Francuzi bardzo cierpieli, gdy USA sprzeciwiły się sprzedaży okrętów wojennych klasy Mistral do Rosji.

Francja i Niemcy zakładają – dowodów nie mam, ale tak uważam – że wojna do nich nie dojdzie, że Rosja zaspokoi się Ukrainą, państwami bałtyckimi, a może nawet Polską.

Na wojnie potrzebne są nie tylko czołgi

Z wybuchem wojny na Ukrainie, a właściwie najazdu Rosji na Ukrainę większość państw Europy oraz USA ogłosiły embargo na sprzedaż Rosji uzbrojenia oraz elementów mogących służyć do produkcji broni – od pistoletów po rakiety, od śrubek po mikroprocesory. Czy rynek broni w jednej chwili padł, a jego gracze rwą sobie włosy, płacząc i rozdzierają szaty? Bynajmniej.

Uświadommy sobie do końca, że wojna potrzebuje wszystkiego, bo wojnę prowadzą ludzie. A ludzie potrzebują jedzenia, ubrań, śpiworów, mundurów, amunicji, karabinów i wszelakiej broni ciężkiej. W obecnej wojnie wykorzystuje się nie tylko pojazdy i machiny wojskowe, ale też ciężarówki, samochody terenowe a nawet motocykle. A te urządzenia – jak wszystkie inne – potrzebują części zamiennych, specjalistycznych olei, płynów chłodzących i setek innych rzeczy. A  jak tu odróżnić, czy silniki samochodowe, alternatory a nawet opony i zderzaki, trafiające do Rosjan zostaną wykorzystane w wojnie czy jedynie w celach cywilnych.

Mafia żywnościowo–zbrojeniowa

Już kilka miesięcy po wybuchu tej wojny okazało się, że rosyjski oddział francuskiej firmy Auchan dostarcza rosyjskiej armii jedzenie i środki higieny, wprost na front, do okopów. Wybuchł skandal, ale Auchan tłumaczył się, że ma przecież ważne kontrakty. Przyjęto to za wystarczające wyjaśnienie.

Ale co tam jedzenie. Okazało się, po zbadaniu zestrzelonych przez Ukraińców dronów, samolotów i helikopterów, że te rosyjskie „urządzenia awiacyjne” pełne są zachodnich elementów, bez których nie mogłyby latać. Gorzej, bo zbadano również czas ich produkcji, i okazało się, że te zachodnie części wyprodukowano całkiem niedawno, już w okresie obowiązującego embarga.

Jeszcze gorzej jest z rosyjskimi rakietami. Ostatnio pewna organizacja zajmująca się monitorowaniem tej wojny, wydała opinię, że około 8 procent części do rosyjskich rakiet wyprodukowano w USA. Nie podaję nazwy tej społecznej organizacji, bo też Amerykanie nie dementują tych rewelacji.

Niepełne embargo, czyli nic

Zachód nakłada na Rosję kolejne zakazy, zwane embargami. Lista towarów, których do Rosji eksportować nie wolno oraz tych, których z Rosji nie wolno sprowadzać rośnie, wydłuża się z każdym kolejnym embargiem. Te zakazy nigdy jednak nie były dla Rosji zbyt dotkliwe i nie osłabiły skutecznie ani rosyjskiej armii, ani gospodarki. Zachód tłumaczy się, że chodzi o to, aby Putin się opamiętał… Znaczy co? Czego naprawdę oczekują najbogatsze państwa Europy od Putina? Że przeprosi, wycofa się z zajętych terenów? A może jeszcze naprawi szkody.

Co i rusz jakiś polityk Francji lub Niemiec daje światu do zrozumienia – wprost lub nie wprost – że najlepiej by było, gdyby Ukraina zgodziła się na utratę swoich terytoriów, już zajętych przez Rosję, wtedy można by przystąpić do rozmów pokojowych. Jeżeli mamy takich sojuszników, to nasza przyszłość nie jest tak pewna jak się nam wydaje.

Kto jest najbardziej zadowolony z nakładanych przez Zachód zakazów handlu z Rosją? Oczywiście handlarze bronią. Bo ich „ceny zbytu” poszybowały w górę niebywale.

Tajni sojusznicy Rosji

Jak zachodnie części do rosyjskiej broni i uzbrojenia trafiają do dzisiejszego agresora, a przed tą wojną do głównego przeciwnika NATO?

Handlarze bronią i wszelkimi wojennymi akcesoriami tworzą właściwie rodzaj mafii. I jak to w mafii – konkurują ze sobą, ale też ściśle współpracują. Owszem, tajne służby mają wgląd w ich interesy, ale… po pierwsze niepełny, a po drugie nie wszystkie państwa – nawet te z NATO – są zainteresowane wstrzymaniem handlu z Rosją. Biznes to biznes, a wojna to tylko wojna – tak uważają niektórzy z dużych światowych graczy.

Okazało się, że handel bronią, choć teoretycznie kontrolowany przez duże państwa, jest rynkiem podziemnym. I nikt z producentów czy handlarzy nie chwali się na Facebooku czy Instagramie swoimi sukcesami.

Wystarczy, że ktoś – powiedzmy z Brazylii, Turcji czy Bangladeszu – kupi w USA, lub w Niemczech jakieś elektroniczne urządzenia. Powiedzmy czujniki i sterowniki, bądź elementy noktowizorów. Przeznaczeniem tych rzeczy mogą być pralki, zmywarki do naczyń, samochody, lornetki dla myśliwych, cywilne samoloty i helikoptery. Z pewnością zakup pierwotny musi być dokonany przez firmę zarejestrowaną w kraju, którego nie ma na liście zakazów, tworzonych przez ONZ lub USA.

Potem te niezbędne Rosji element rakiet i samolotów odbywają drogę po całym świecie, by w końcu trafić do Rosji właśnie. Czy ktoś jest w stanie śledzić tę drogę? Nie bardzo, tym bardziej, że wiele państw tzw. trzeciego świata ogłasza swą neutralność, co w praktyce oznacza, że nie interesują się z czego mają podatki lub łapówki.

Wszystko to byłoby wesołe, gdyby nie było bardzo smutne, że zacytuję mistrza Wyspiańskiego, który napisał w WESELU: „Jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.

Lepiej nie wiedzieć

Żeby nie było tak smutno, to teraz pozwalam sobie opowiedzieć mój ukochany, przedwojenny dowcip. Polscy pogranicznicy, tuż przy granicy z Niemcami łapią faceta z pełnym workiem na plecach.

– Co tam macie? – pyta dowódca patrolu.

– Żarcie dla psa – odpowiada przemytnik.

Strażnicy każą mu otworzyć worek, w środku znajdują papierosy i tytoń.

– To jest żarcie dla psa” – pyta dowódca patrolu.

– Ja mu niosę, nie chce, niech nie je – odpowiada przemytnik.

Czy światowi producenci uzbrojenia i części do urządzeń wojennych wiedzą, gdzie ostatecznie trafiają ich produkty? Myślę, że nie chcą wiedzieć.

 

WALTER ALTERMANN: Ford, pacyfizm i NATO po francusku (2)

 W czasie okupacji krążył po Polsce taki dowcip. Rozmawiają Hitler, Stalin i Roosevelt. Hitler mówi: W tej wojnie zwycięży rasa. Na to Stalin: Zwycięży masa. A na końcu mówi Roosevelt: Zwycięży, jak zawsze, kasa.

Stało się tak jak powiedział prezydent USA. Niemcom w końcu zabrakło pieniędzy, materiałów do produkcji uzbrojenia i ropy naftowej. A ZSRR niewiele by zdziałał bez amerykańskiej pomocy, czyli bez dostaw amerykańskich samolotów, ciężarówek i czołgów. Władcy ZSRR, a potem Rosji nigdy nie ujawnili swemu narodowi jak wielka i jak znacząca była ta amerykańska pomoc w sprzęcie. A wreszcie… bez sprzedanych przed wojną jeszcze amerykańskich ciągów produkcyjnych, ciągów technologicznych do prowadzenie taśmowej produkcji uzbrojenia, ZSRR nie byłaby w stanie produkować potrzebnego jej uzbrojenia. Wolą podtrzymywać stalinowski mit, że zwyciężyła wielka miłość do mateczki Rosji.

Ten miły starszy pan Henry Ford

Kochany przez świat Ford, za to, że pierwszy wprowadził taśmową produkcję samochodów, miał też mroczną stronę swej osobowości. Był jawnie zafascynowany Hitlerem i hitleryzmem – oczywiście przed wojną. Przemysłowca i dyktatora łączyła choćby eugenika, czyli wiara, że trzeba wyhodować rasę lepszych ludzi. Ford był zafascynowany Hitlerem, jego dążeniem do swoistej „mechanizacji” życia społecznego, sprowadzenie jednostek do roli elementów dobrze działającej maszyny. Dla Forda i Hitlera liczyły się: sprawne państwo i jego „efekt produkcyjny”. Jednostki i całe społeczeństwo według Forda miały być krańcowo uprzedmiotowione.

Hitlera i Forda łączył też jawny antysemityzm. Henry Ford był autorem serii artykułów pt. „Międzynarodowy Żyd, najważniejszy problem świata”. W hitlerowskich Niemczech doczekały się aż 25-ciu wyda. I były dowodem, że nie cały Zachód jest przeciw hitlerowcom.

W czasie jednej z wizyt w Niemczech Ford wręczył Hitlerowi czek na 100 tysięcy marek, za co wódz odznaczył go Orderem Orła Niemieckiego, czyli wysokim orderem w III Rzeszy. Zaznaczmy, że ówcześnie jeden egzemplarz samochodu Ford T kosztował około 400 dolarów.

To Ford zrewolucjonizował również niemiecki przemysł samochodowy, a płynące z tego zyski dla jego koncernu były ogromne. Otworzył w Niemczech swoje fabryki, nauczył też  Niemców taśmowej produkcji samochodów, także ciężarowych dla armii. W dużej mierze Niemcy we wrześniu 1939 roku wjechali do Polski samochodami Forda.

Ford pacyfista

Gdy w 1940 roku USA postanowiły wesprzeć Wielką Brytanię dostawami samolotów i innego uzbrojenia, rząd zwrócił się do przemysłowców z propozycją rozpoczęcia produkcji militarnej. Odmówił jedynie Ford, oświadczając, że jest pacyfistą. Dopiero gdy USA same stanęły w ogniu wojny, zakłady Forda, nie mając wyjścia, zaczęły produkować uzbrojenie.

Z przystąpieniem USA do wojny, Niemcy znacjonalizowały fabryki Forda, które do tego momentu, czyli aż do 11 grudnia 1941 pracowały dla Niemiec. A niemieckie fabryki Forda czerpały z tego zyski. Po wojnie – pod koniec lat 50 tych – amerykańskie przedsiębiorstwo Ford uzyskało kolosalne odszkodowanie od rządu USA, za straty, jakie jego filialne niemieckie fabryki poniosły w wyniku alianckich bombardowań. Ojczyzna ojczyzną – zdawał się mówić Ford, ale pieniądz jest najważniejszy.

Jeżeli Ford nie był postacią dwuznaczną i mocno podejrzaną, to co trzeba by zrobić, żeby zostać osobnikiem dwuznacznym? Można powiedzieć, że wielki przedsiębiorca Henry Ford był łajdakiem. Ale ludzie wolą słuchać opowieści o jego genialnym pomyśle na produkcję automobili. Gawiedź zawsze była zafascynowana bogactwem. I dziwnie jest w tym wszystkim, że fascynacja bogactwem dotyczy również chrześcijan, którzy jakoś nie pamiętają słów Chrystusa o tym, że „… prędzej wielbłąd przejdzie przez Ucho Igielne, niż bogaty wejdzie do raju”.

Z drugiej strony, nie dziwmy się Henry’emu Fordowi skoro jego filozofia nakazująca mu stawianie zarobku przed patriotyzmem i dzisiaj kwitnie w najlepsze.

Wojenne biznesy dzisiaj

Najgrubszą współczesną aferą, dotyczącą dozbrajania przeciwnika, jest sprawa francuskich Mistrali. Historia jest iście kryminalna, więc wymaga dokładnego wyjaśnienia.

Otóż, w 2010 roku Rosja złożyła we Francji zamówienie na cztery okręty typu Mistral – dwie pierwsze jednostki miały zostać zbudowane we Francji, natomiast kolejne dwie w stoczni w Petersburgu. Tym samym nie był to kontrakt jedynie na dostawę dwóch statków, bo Francja miała równocześnie udostępnić Rosjanom swoją technologię, przy okazji budowy dwóch statków, już w Rosji.

Ostatecznie zamówienie ograniczono do dwóch jednostek, a plany budowy okrętów w rosyjskiej stoczni zarzucono. Niemniej pomysł na daleko idącą współpracę jednego z założycieli NATO z Rosją był.

W 2011 roku została zawarta umowa o wartości 1,6 mld dolarów. I była to największa w historii sprzedaż broni przez państwo NATO do Rosji. Sprzedaż Mistrali wywołała protesty ze strony Gruzji, państw nadbałtyckich, USA i innych państw członkowskich NATO. W listopadzie 2012 rosyjska marynarka wojenna ogłosiła, że okręty trafią do Floty Oceanu Spokojnego. Wodowanie „Władywostoku” nastąpiło 15 października 2013 roku.

W związku z sytuacją we wschodniej części Ukrainy, Stany Zjednoczone i Unia Europejska naciskały na Francję, aby ta zerwała kontrakt. Francuski rząd początkowo ogłosił możliwość wstrzymania dostawy drugiego z okrętów, ostatecznie jednak, w przeddzień szczytu NATO w Walii, dostarczenie pierwszego okrętu również zostało zawieszone. Ale niezależnie od tej decyzji rosyjscy marynarze rozpoczęli ćwiczenia z okrętem na morzu.

Strona rosyjska otrzymała zaproszenie na 14 listopada 2014 na odbiór pierwszego okrętu , „Władywostok”, ale zostało ono później anulowane. Dyrektor DCNA, czyli głównej francuskiej stoczni wojennej, zwolnił dyrektora projektu Yves Destefanisa – jako osobę odpowiedzialną za przekazanie zaproszenia Rosjanom. Ofiara była, winny niby był, ale przecież to nie ten biedak Destefanis wymyślił i nadzorował kontrakt.

Drugi okręt dla Rosji „Sewastopol” został zwodowany w nocy z 20 na 21 listopada 2014 roku. 5 sierpnia 2015 ujawniono, że Francja i Rosja porozumiały co do zerwania kontraktu i rekompensaty. Paryż zwróci ponad miliard euro zaliczki i kosztów szkolenia załogi oraz rosyjską broń. W zamian Rosjanie zrzekli się prawa własności do okrętów. Komisja finansowa francuskiego senatu oszacowała, że sprzedaż okrętów do Egiptu zamiast do Rosji przyniesie straty w wysokości 200 do 250 mln euro. Tym samy Francuzi uznali się za ciężko poszkodowanych – chyba przez NATO.

Francuski szyk i elegancja

Ostatecznie oba okręty desantowe klasy Mistral, które zbudowano dla Rosji ostatecznie trafiły do Egiptu. Francja sprzedała je Kairowi za 950 mln euro – ujawniła AFP,  powołując się na źródło w otoczenia ministra obrony Jean-Yvesa Le Driana. O tym, że Mistrale znalazły innego nabywcę, poinformował wcześniej w środę Pałac Elizejski. Z kolei kilka godzin później francuski prezydent Francois Hollande, który przybył do Brukseli na szczyt UE w sprawie kryzysu migracyjnego, chwalił się, że Francja nie straciła na sprzedaży okrętów. Według źródła na które powołuje się AFP Egipt zapłacił za dwa desantowce 950 milionów euro.

Wycofaliśmy się z kontraktu z Rosją na dobrych warunkach, z poszanowaniem Rosji i bez kar umownych dla Francji. Z kolei we wtorek porozumiałem się w sprawie ceny i warunków sprzedaży z prezydentem Egiptu Abd el-Fatahem es-Sisim – podkreślił Hollande w przemówieniu.

Francja jest członkiem NATO, które sama nazywa te organizację OTAN, bo Francuzi walczą o prymat swego języka w świecie, jakby nadal byli mocarstwem kolonialnym, a Indochiny należały do nich. Wszyscy mają NATO, tylko Francuzi OTAN, co po francusku znaczy tak: Organisation du traité de l’Atlantique Nord. Śmieszne? Nie do końca, bo Francuzi niby są w NATO, ale jakby byli inaczej. Co zresztą potwierdza skandal z Mistralami.

Należy jednak przyjąć, że Francja doskonale wie, że jedynym przeciwnikiem NATO była i jest Rosja. To co spowodowało francuską chęć dozbrajania przeciwnika, a może nawet wroga? Myślę, że mieliśmy i ciągle mamy do czynienia z najstarszą i najbardziej powszechną ludzka cechą – z chęcią niegodziwego zarobku.

Myślę jednak, że może nie do końca jest z nami tak źle, bo jeżeli mamy takich sojuszników jak Francja, to jakich mamy przeciwników? Może są równie tępi?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: O wojnach – prologomena (1)

Najpierw co do tytułu… Napisałem, że ten pierwszy odcinek to prologomena, czyli wstępne rozważania wprowadzające do zagadnienia, w tym przypadku wojny. Mogłem te „prologomena” od razu przetłumaczyć, ale skoro dzisiaj każdy kto liznął choć trochę angielskiego pisze po angielsko-polsku, to chyba i mnie wolno posłużyć się klasyką łacińską.

 A teraz przystąpmyż – jak mawiał pan Jourdain – do ogólnych rozważań o naturze, przyczynach i skutkach wojen, zanim przystąpimy do próby zrozumienia dzisiejszych wojen, szczególnie tej toczącej się teraz na Ukrainie.

     Dowód dzikości ludzkiej natury

Wojny są najpoważniejszymi działaniami człowieka od kiedy pojawił się na planecie Ziemia. Ściślej biorąc – człowiek zabija swych przeciwników, dążąc do zyskania przewagi materialnej, do zdobywania nowych spłachetków ziemi, kradnąc przeciwnikowi jego bogactwa, zyskując w podbitych niewolników do darmowej pracy. A także zagarniając cudze surowce i czyniąc z podbitych, pokonanych odbiorców własnej produkcji.

Z humanistycznego punktu widzenia wojna, każda zbrodnia i wszelka przemoc są objawem wszystkiego co w nas najgorsze. Przypomnę, że pierwsza odnotowana zbrodnia to zabójstwa Abla, przez jego brata Kaina. Dlatego też określenie ludzkości jako „Kainowe plemię” jest rzetelnym opisem rzeczywistości, którą tworzymy od zawsze. Dlaczego jesteśmy mordercami? Bo to łatwe. Wystarczy mieć w ręku pałę lub więcej rakiet, czołgów czy broni jądrowej.

Czy istnieje wychowanie pacyfistyczne? Nie ma. Jest wręcz przeciwnie. Historia, której uczyli nas i uczą nasze dzieci w szkołach jest głównie historią przemocy, czyli wojen. I co zadziwiające, każdy naród – wedle własnych podręczników do historii – zawsze jedynie się bronił. Zadziwiające jest też, że wszystkie państwa – poza Rumunią mają ministerstwa obrony. A tylko Rumuni mają ministerstwo wojny.

Niestety dzisiejsi pacyfiści, którzy opowiadają się przeciw jakimkolwiek działaniom zbrojnym, nawet w obronie własnej, są dziecinnie naiwni. Póki istnieje broń, póki istnieje ludzkość – przemoc i wojny będą istnieć. Czy ludzkość jest w stanie ograniczyć zasoby broni, a głównie broni jądrowej? Nie wierzę, bo gen dominacji i przemocy jest wpisany w nasze DNA.

Ideologizacja wojny

Wiek XX i XXI są najokrutniejszymi stuleciami – choć XXI dopiero się zaczął. Ludzkość – niestety – doszła do największych możliwości technicznych w dziedzinie uzbrojenia, czyli narzędzi do zabijania. I wykorzystuje je bezwzględnie.

Pod jakimi hasłami, w imię jakich idei wybuchają w ostatnim stuleciu wojny? Pod takimi co zawsze. Tutaj nic się nie zmieniło od tysiącleci. Agresorzy powołują się na archetypiczne przesłania, takie jak: musimy odebrać przeciwnikom nasze ziemie, musimy na nich napaść, bo jeżeli nie napadniemy, to niedługo oni napadną na nas.

Pojawiają się też hasła ideologiczne, nieco jedynie zmodyfikowane od czasów wojen religijnych, ale mające ten sam mroczny, mistyczny charakter, co obrona lub szerzenie wiary w średniowieczu. Dzisiaj najmodniejszym – z mistycznych – zawołań bojowych jest szerzenie demokracji. Ten program wypisali sobie na sztandarach ludzie Zachodu, czego skutkiem były wojny Zachodu w Indochinach, Iraku i Afganistanie.

Dla równowagi – symetrycznie lub symetrystycznie, jak głoszą wielbiciele nowych słówek – mamy islamskie grupy, a nawet państwa podnoszące zielony sztandar Proroka, w imię szerzenia swej wiary, którą chcą rzekomo zniszczyć ludzie bezbożnej Europy i USA. Owszem, Zachód się ateizuje, ale przecież nie „nawraca” muzułmanów na ateizm.

Chodzi zawsze o to samo – o podporządkowanie sobie innych krain, innych plemion, innych narodów. I nie dla jakiejkolwiek idei, jeżeli przyjmiemy, że robienie interesów, pomnażanie własnego majątku kosztem innych nie jest ideą. Choć podejrzewam, że dla większości państw dzisiejszego świata biznes jest bóstwem naczelnym. Biznes jest Baalem współczesności, największą religią, która wprowadza narody w mistyczną ekstazę. Biznes to w efekcie bogacenie się, najczęściej kosztem innych. A z kim można robić lepsze interesy niż z przeciwnikiem którego się właśnie obiło, pobiło i podbiło? Wtedy bogactwa naturalne podbitego stają się naszymi bogactwami a społeczeństwo pokonanych musi nas słuchać, gdy chodzi o politykę światową. A dodatkowo narody podbitych państw muszą kupować produkowane przez nas badziewie, a nawet naszą broń.

Zalążki II wojny światowej

I wojnę światową zakończył traktat pokojowy, podpisany w Wersalu 28 czerwca 1919 roku. Stronami były Niemcy oraz mocarstwa Entanty, państwa sprzymierzone i stowarzyszone. Dokumenty ratyfikacji złożono 10 stycznia 1920 r. w Paryżu i z tą datą wszedł w życie. W Wersalu ustalono wiele granic międzypaństwowych, dając możliwość powstania, bądź odrodzenia wielu państwom w Europie. Radość zapanowała powszechna, bo Europejczycy mieli już dość mordowania się, dość cierpień i nędzy. Jednakże w Wersalu właściwie osiągnięto nie pokój, a jedyni czasowe zawieszenie broni.

Pamiętajmy, że największym skutkiem I wojny światowej był upadek trzech cesarstw, które od kongresu wiedeńskiego niepodzielnie rządziły Europą. Austria, a potem Austro-Węgry rozsypały się cicho i bez awantur. Ale też rdzenni Austriacy stanowili nie więcej niż 16 procent ogółu ludności cesarstwa.

Cesarstwo Niemieckie, w którym na 51 mln ludności ponad 3 mln stanowili Polacy, przeistoczyło się w Republikę Weimarską w 1919 roku. Tu trzeba zauważyć, dla zrozumienia przyczyn II wojny światowej, że Niemcy nigdy nie pogodzili się z utratą części Pomorza, Wielkopolski, Warmii i Śląska. Oni przyzwyczaili się, że Poznań, Toruń i wiele innych miast są niemieckie. I bardzo grubą nieprawdą jest twierdzenie, że niemiecki nacjonalizm narodził się dopiero z powstaniem ruchu Hitlera. Niemiecki nacjonalizm i rewizjonizm istniały od końca I wojny światowej. A Hitlerowi udało się jedynie ten „stan niemieckiego ducha” zorganizować.

Z upadkiem Cesarstwa Rosyjskiego był największy kłopot, bo objawiło się ono w nowej postaci, skrajnie rewolucyjnej i niezwykle agresywnej. „Płomień światowej rewolucji” nie był pustym hasłem. Rosyjscy komuniści naprawdę chcieli rozniecić ogień komunizmu w całym  świecie, a na początek w Europie. I tego nowego bytu, który zaprzeczał istocie kapitalizmu świat Zachodu bał się najbardziej. Tym bardziej, że komunistyczna Rosja nie chciała o nowym światowym ładzie rozmawiać, niczego nie chciała negocjować.

Można zatem powiedzieć, że świat po skończeniu I wojny światowej stał się jeszcze bardziej niepewny niż w czasie jej trwania. Ale dla osób rozumnych było jasne, że w niedługim czasie I wojna będzie kontynuowana, bo tak naprawdę nikogo stan powojenny nie urządzał.

Pisząc „nikogo” mam na myśli wielkich graczy Europy i świata, bo małe i średniej wielkości narody były zadowolone, tak jak Polacy, którzy po 123 latach odzyskali niepodległość, jak mieszkańcy Czechosłowacji, Estończycy i Łotysze którzy po raz pierwszy mieli własne państwa. I jak wiele małych narodów Bałkanów.

I jeszcze jedna uwaga – niezadowoleni poza Rosjanami, Niemcami i Austriakami byli też Węgrzy, którzy do dzisiaj nie pojęli, że tworząc Austro-Węgry stali się imperialistami wobec wielu innych nacji.

 

WALTER ALTERMANN: Artysta odpowiedzialny Maciej Prus 1937 – 2023

Był artystą niecodziennym i nadzwyczajnym. Teatr traktował jako swoje najważniejsze życiowe wyzwanie. Ściślej mówiąc – teatr był dla Niego najważniejszy. Tworzył z niespotykaną dzisiaj powagą i odpowiedzialnością.

Najpierw studiował historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1961 skończył Wydział Aktorski w PWST w Krakowie. Następnie, w 1968 roku ukończył Wydział Reżyserii PWST W Warszawie. Na początku lat 60. XX wieku został aktorem zespołu Starego Teatru w Krakowie.

Taka droga życiowa artysty nie jest wyjątkowa, choć angaż do Starego Teatru z całą pewnością był sukcesem młodego aktora. Jednak Prus był człowiekiem poszukującym głębszych sensów w teatrze i nowych wyzwań. Dlatego też związał się z Jerzy Grotowskim i jego teatrem eksperymentalnym, czyli z Teatrem Laboratorium 13 rzędów w Opolu. Maciej Prus występował w teatrze Grotowskiego w latach 1962–1963. Zagrał w AKROPOLIS Wyspiańskiego w reżyserii Jerzego Grotowskiego i Józefa Szajny (1962) oraz w polskiej prapremierze „Tragicznych dziejów Doktora Fausta” Christophera Marlowe’a w reżyserii Jerzego Grotowskiego (1963)

Laboratorium Grotowskiego

Teatr Laboratorium poszukiwał nowych środków wyrazu. Niejako badał naturę człowieka i gry aktorskiej. Tworzono tam przedstawienia „surowe”, bez żadnych ozdobników i blichtru – aktor, niekiedy prawie nagi, stawał przed widownią i dzielił się z nią przeżyciami postaci, emocjami, walką z samym sobą. Widzowie Teatru Laboratorium mieli do czynienia niejako „z istotą” człowieczeństwa – z naszą wspólną, ludzką bezsiłą, lękami, obsesjami, dążeniem do zrozumienia samych siebie.

Teatr Laboratorium z pewnością był poważnym wyzwaniem dla każdego młodego aktora, wykształconego w szkołach teatralnych i ułożonego do grania klasycznego repertuaru, do pięknego wysławiania się, nienagannej dykcji, eleganckiego noszenia kostiumu. Grotowski jako jeden z pierwszych na świecie, zapoczątkował rewolucję teatralną, z której istnienia i znaczenia większość dzisiejszych widzów nie zdaje sobie sprawy. Stało się bowiem tak, że doświadczenia i praca Teatru Laboratorium weszły do podstawowych doświadczeń i praktyki dzisiejszego współczesnego teatru.

To doświadczenie. Wyniesione od Grotowskiego z pewnością wywarło ogromny wpływ na Macieja Prusa.

Odpowiedzialnie rozumieć wielką klasykę

Nie będę tu przedstawiał całej bogatej drogi artystycznej Macieja Prusa, bo te informacje znajdą Państwo w Internecie. Podzielę się natomiast moimi uwagami o jego teatrze, jego spektaklach, bo miałem okazję i wielką przyjemność kilkanaście z nich widzieć.

Utarło się w Polsce rozumieć Szekspira i naszą wielką romantyczną klasykę z punktu widzenia procesów społecznych, politycznych, walki o niepodległość – tak jak uczy nas szkoła średnia. Nie stawiam takiemu rozumieniu DZIADÓW czy WYZWOLENIA zarzutów, bo te treści w naszej klasyce oczywiście są.

Jednak w teatrze prowadziło to do „obrazkowego” wystawianie takich utworów. Dominowały spektakle pełne górnych uniesień, wzruszeń i narodowych emocji. Jednak dla pokolenia Macieja Prusa, i trochę od niego starszych reżyserów, było to za mało.

Pierwszym polskim reżyserem, który dostrzegł potrzebę „człowieka” w bohaterach Szekspira, w naszych dramatach romantycznych, w postaciach Wyspiańskiego również, był oczywiście Konrad Swinarski. Jego WYZWOLENIE i DZIADY były niebywałym odkryciem artystycznym. To właśnie on pierwszy, obok Jerzego Grotowskiego, dostrzegł w Romantyzmie człowieka – walczącego z niewola, ale nie tylko narodową. Bo Romantyzm to walka o wolność osobistą, walka o prawo do nieskrępowanych myśli i uczuć. Romantyzm to także cierpienie, przekleństwo losu i przeznaczenie.

Maciej Prus ze Swinarskim współpracował, obserwował metodę pracy w 1965, gdy był jego asystentem przy próbach NIE BOSKIEJ KOMEDII w Starym Teatrze w Krakowie. O swoich doświadczeniach ze spotkań z Jerzym Grotowskim i Konradem Swinarskim, Prus mówił:

„Grotowski przekonał mnie, że aktor jest w teatrze najbardziej nośnym elementem, a Swinarski w sposób najpełniejszy realizował moje wyobrażenia o człowieku w sztuce” (za: Andrzej Lis, „Trybuna” 27-28.07.1991).

Droga do własnego stylu

Debiutem reżyserskim Macieja Prusa był PIERWSZY DZIEŃ WOLNOŚCI Leona Kruczkowskiego w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie-Słupsku (1968). W sezonie 1968/1969 pełnił funkcję kierownika artystycznego tej sceny, później, do 1970 roku, pracował tutaj jako reżyser. W koszalińskim teatrze zrealizował swoje pierwsze głośne spektakle.

Po tych premierach zaliczono Prusa, obok m.in. Helmuta Kajzara i Jerzego Grzegorzewskiego, do pokolenia „młodych zdolnych”. Prus przygotował wtedy m.in. EDWARDA II Christophera Marlowe’a (1969) i JANA MACIEJA KAROLA WŚCIEKLICĘ Witkacego (1969).

„Maciej Prus z całą powagą pokazuje wieś, jaką nakreślił Witkacy i jaka przestała być literackim paradoksem” – pisał Konstanty Puzyna w swojej recenzji zatytułowanej „Wreszcie z sensem (…) Mentalność, uczucia, ambicje są tu już inteligenckie, odruchy, gest, strój, obyczaj –   jeszcze chłopskie. Intelektualny dialog zderza się więc natychmiast z akcją, postaciami i scenerią, dając nieustanny komizm, absurdalny i naturalny zarazem. Bez wygłupów, pomysłów, wyduszania śmiechu na siłę” (w: „Witkacy”, Warszawa 1999).

Na początku lat 70. Maciej Prus realizował spektakle w warszawskim Ateneum i Teatrze im. W. Bogusławskiego w Kaliszu. W Kaliszu zrealizował WYZWOLENIE Wyspiańskiego (1970) i SZEWCÓW Witkacego (1970), których powtórzył rok później w Teatrze Ateneum

Na przełomie lat 60. i 70. wyraźnie zarysował się styl inscenizacyjny reżysera – napisano na portalu CULTURE. – Prus niejednokrotnie mocno ingerował w opracowywany tekst literacki i często w sposób niebanalny go odczytywał. Próbował zachowywać równowagę pomiędzy słowem i walorami plastycznymi przedstawienia. Potrafił doskonale posługiwać się na scenie skrótem, umiejętnie montować widowisko. W tym czasie ukształtowały się również jego literackie i teatralne zainteresowania. Realizował Witkacego, do którego podchodził serio i wystawiał go z powagą i bez udziwnień. Zaczął również mierzyć się z literaturą romantyczną i Stanisławem Wyspiańskim, wystawiał klasykę skandynawską – Henrika Ibsena i Augusta Strindberga. Zainteresowanie dramatem elżbietańskim zaowocowało najpierw przygotowaniem dramatu Christophera Marlowe’a, nieco później przyszedł czas na Szekspira. Inscenizował Antoniego Czechowa. Kilkakrotnie w swojej karierze pracował także nad dramatami Bertolta Brechta. Interesował się przede wszystkim klasyką”.

O sobie Prus mówił tak: „Mnie interesuje klasyka nade wszystko i dlatego w niej siedzę. Dla mnie podstawą zawsze pozostanie dramat. I aktor. Przywiązuję szaloną wagę do możliwości aktora”. I jest faktem, że aktorzy uwielbiali go. Bo odsłaniał przed nimi możliwości, które w nich były, ale „utajone”.

W latach 1974-1976 Maciej Prus wrócił do Krakowa. Pracował w Starym Teatrze jako reżyser. W sezonie 1977/1978 był kierownikiem artystycznym i reżyserem Teatru Muzycznego w Słupsku. W latach 1980-1982 pełnił funkcję kierownika artystycznego Teatru Wybrzeże. W latach 80. był związany przede wszystkim z warszawskim Teatrem Dramatycznym i łódzkim Teatrem im. S. Jaracza,

Tak pisała o Jego DZIADACH w Teatrze Wybrzeże, wybitna znawca epoko Romantyzmu, profesor Maria Janion: „Dziady, które pokazuje nam Prus, są właściwie obrazem gorączki narodu, po prostu naród gorączkuje. Ta niesłychanie konwulsyjna gorączka rozwija się jednej nocy. I w tym sensie są to, w moim przeświadczeniu, bardzo groźne, bardzo niebezpieczne „Dziady”.

W latach 90. Maciej Prus dwukrotnie wystawiał WYZWOLENIE Wyspiańskiego – w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi (1990) i w krakowskim Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie (1992). Świadectwem Jego zainteresowania procesami społecznymi i granic ludzkiej wolności był, zrealizowany – także w Teatrze Wybrzeże – KNIAŹ PATIOMKIN Tadeusza Micińskiego (1981). Spektakl wprost kipiał emocjami, szaleństwem i wielkimi namiętnościami. Naprawdę było to wspaniałe spotkanie z teatrem.

 Ostatni

Odszedł ostatni z reżyserów pokolenia, które rozumiało wielką klasykę. Oni – a z nich Prus najbardziej – szli w głąb dramatów, odkrywali tragedie jednostek, ich wielkie problemy. Wielka to szkoda, naprawdę niepowetowana to strata dla polskiego teatru, że nie ma już Macieja Prusa.

Dzisiaj niestety nasz teatr – w szaleństwie bycia atrakcyjnym – tworzy spektakle płoche, z założenia „atrakcyjnych dla ludu”. Ma być szybko, migotliwie i kolorowo. To przykre. Ale… być może objawią się jeszcze „późni wnukowie” Swinarskiego i Prusa, dla których teatr znowu stanie się miejscem poważnych rozmów o życiu. Miejmy nadzieję.

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Tępić błędy, ale zachować szacunek dla istoty ludzkiej

 Mam kolejny kwiatek w tłumaczeniu z angielskiego na nasze. W angielskim programie „Łowcy staroci”, emitowanym przez kanał Discovery Historia, handlarze antykami oglądają jakieś apteczne urządzenia, a lektor czyta, tłumacząc wypowiedź jednego z bohaterów: To jest sprzęt farmaceutyka.

Farmaceutyk od biedy może być jakimś lekarstwem wytworzonym przez farmaceutę, ale w programie chodziło o farmaceutę… Mój Boże Drogi, czegóż to ludzie nie wiedzą. Nieskończenie wiele, jak nieskończony jest wszechświat.

Jedzie czy kieruje

Kierujący rowerem spowodował kolizję – taką informację o zdarzeniu drogowym można było usłyszeć w Polsat News, 24.05.2023 r.

Nie wiem, dlaczego dziennikarze żywcem cytują komunikaty policji? Z lenistwa, ze zmęczenia?  A wystarczyło poświęcić minutę i zamienić kierował na jechał. I byłoby po polsku. Można oczywiście kierować samochodem, traktorem pociągiem czy czołgiem, bo są to urządzenia mechaniczne, które wymagają prowadzącego, operatora – jakby tej funkcji nie ująć.

Natomiast rower jedzie – pomijam rowery elektryczne – dzięki sile ludzkich mięśni. Oczywiście, że człowiek pedałuje i kieruje, ale w sumie jedzie! Lenistwo plus zadęcie na fachowość policyjną są okropne.

Taka to specyficzna specyfika

Nowe piłki mają inną specyfikację – mówi sprawozdawca meczu tenisowego. I popełnia błąd. A to dlatego, że nie odróżnia specyfiki i specyfikacji. Przyjrzyjmy się zatem znaczeniu tych dwu bliźniaczych, ale innych.

Specyfikacja – 1. dokument wystawiony przez dostawcę towarów, dołączony do przesyłki, określający jej zawartość; 2. wykaz zakupionych towarów; 3. wyszczególnienie kosztów produkcji i kosztów handlowych związanych z obrotem przedsiębiorstwa, 4. daw. wyszczególnienie jakichś elementów całości.

Specyfika – szczególny i niepowtarzalny charakter czegoś.

Oba powyższe określenia mają wspólny źródłosłów, ale trzeba uważać. Tak jak nie należy mylić widoku z widocznością.

Co polskie, co miejskie i wojewódzkie

Zrobiło się ostatnimi laty tak, że z oszczędności czasy i miejsca – w przypadku prasy drukowanej – dziennikarze informują, że mamy już polski kościół, oraz ogromną ilość formacji policyjnych, straży ogniowych i straży granicznych…

Nagminnym zwrotem w mediach jest polski kościół. Tymczasem kościół rzymskokatolicki nie ma charakteru narodowego, a wręcz przeciwnie, jest on powszechny, czyli światowy. Na dowód przytaczam credo: Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół…

A jak powinni dziennikarze informować o kościele rzymskokatolickim? Najprościej, czyli mówiąc: Kościół rzymskokatolicki w Polsce zabrał głos w sprawie… Komisja episkopatu Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce wydał oświadczenie…

Równie denerwujące jest informowanie, że: Policja krakowska odniosła sukces… Policja jest państwowa! I jest jedną formacją na cały kraj i jedyną w całym kraju. Tym samym sukcesy odniosły – ewentualnie – komendy wojewódzkie w Łodzi, Warszawie czy Krakowie. Można też  powiedzieć: Policjanci z Krakowa odnieśli sukces.

Podobnie jest ze strażą ogniową, strażą graniczną i innymi służbami mundurowymi. Z wyjątkiem licznych straży miejskich. Te bowiem są tworami lokalnymi i działają na terenie przydzielonego im obszaru.

Ja wiem, że tak się potocznie, w uproszczeniu mówi: krakowska policja, polski Kościół… Ale nie upraszczajmy nazbyt tego świata. Bo w końcu stanie się prostacki.

Coś odkryto

Gazeta łódźpl. informuje, że w remontowanej łódzkiej kamienicy odkryto kamienny żleb dla koni. Nie ma żadnego żlebu dla koni, jest natomiast żłób, tak jak Jezusa po urodzeniu położono w żłobie.

Owszem istnieje żleb lub źleb, ale w geologii. Jest to wklęsła forma rynnowa ukształtowania terenu górskiego. Żleby mają niewyrównane dno o profilu zbliżonym do litery V. Słowo żleb pochodzi z gwary podhalańskiej, w której wymawiane jest jako źleb lub źlib.

Może też być, że w starej kamienicy odkryto kamienne koryto, poidło dla koni. Skąd ów piszący wziął ten żleb? Z niewiedzy zapewne.

Bynajmniej

Ze zdziwieniem usłyszałem jak ważna pani minister mówi: „Z tego co ja bynajmniej wiem…” Czyli przyznaje się, że nie wie, ale uważa, iż wie. A było to 24.05.2023 r. w TVP.

Słownikowo sprawę traktując, bynajmniej ma dwa znaczenia: 1. jest partykułą wzmacniającą przeczenie zawarte w wypowiedzi, np. Nie twierdzę bynajmniej, że jest to jedyne rozwiązanie. 2. wykrzyknik będący przeczącą odpowiedzią na pytanie, np. Czy to wszystko? – Bynajmniej.

A na zakończenie sprawy, pozwólcie Państwo, że przytoczę fragment piosenki Wojciecha Młynarskiego, która ma tytuł właśnie BYNAJMNIEJ.

(…) On szeptał jej:

Za kim to, choć go wcześniej nie znałem,
Przez ciasny peron się przepychałem?
Za Panią, bynajmniej za Panią.
Przez kogo płonę i zbaczam z trasy,
Czyniąc dopłatę do pierwszej klasy?
Przez Panią, bynajmniej przez Panią!

Ta pani tego pana niszczyła
Przez cztery stacje co najmniej,
Zwłaszcza złośliwie zaś wyszydziła
Użycie słowa „bynajmniej”.
A on – cóż, w końcu nie był zbyt tępy,
Cokolwiek przygasł – to fakt,
Jednak ogromne zrobił postępy,
Mówiąc jej tak:

Człowiek czasami serce otworzy.
Kto go wysłucha? Kto mu pomoże?
Nie pani, bynajmniej nie pani
I kto, nie patrząc na tę zdania składnię,
Dojrzy, co człowiek ma w sercu na dnie?
Nie pani, bynajmniej nie pani
Dla pani, proszę pani, wszystko jest proste:
Myśli są trzeźwe, słowa są ostre
I ranią, cholernie mnie ranią!
I wiem, że jeśli szczęście dogonię,
W cichej przystani kiedyś się schronię,
To nie z panią, bynajmniej nie z panią!

 

Dla mojego pokolenia ta piosenka niosła dwie nauki: 1. że bynajmniej jest przeczeniem; 2. żeby szanować ludzi i nie wyszydzać ich językowych błędów.

I tej zasady się trzymam, i choć tępię błędy dla dobra wspólnego, nie szydzę jednak z błądzących zwykłych, „niepublicznych” ludzi. Gdy jednak ktoś ma odwagę zabierać głos publicznie, gdy jest dziennikarzem, pełni istotne funkcje w aparacie władzy… Wtedy dla takich osób mam bardzo, bardzo ograniczoną pobłażliwość. Bo ci „ludzie publiczni” mają być wzorem i wzorcem dla wszystkich maluczkich.

 

O naprawie języka pisze WALTER ALTERMAN: Śmieszne, czyli straszne

Czasami już nie wiem, czy w rozmaitych mediach ogłoszono konkurs na najśmieszniejszy wydźwięk programu, czy też te programy – z uwagi między innymi na zapraszanych gości – są tak groteskowe, aby uczyły strasząc.

  1. Poseł Krzysztof Gawkowski w programie TVN „Kawa na ławę” mówi do współuczestników dyskusji: Spotykamy się na różnych ciałach… Zamarłem, było wpół do dwunastej, niedziela, dzień święty, a tu z zaskoczenia taka deklaracja? I to właśnie z ust działacza partii WIOSNA? Potem okazało się, że miał na myśli fakt, iż  obecni w studiu posłowie spotykają się przy pracy w różnych komisjach sejmowych.
  1. Program Viasat History Polsat – lektor czyta, że jakąś decyzję podjął Dżosef Gobels. Czyżby doszło do jakiegoś sensacyjnego odkrycia, bo jeszcze wczoraj ten niemiecki zbrodniarz nazywał się Gebels? Bo tak się wymawia jego nazwisko.
  2. W sportowych transmisjach telewizyjnych można było wielokrotnie usłyszeć, że jeden rosyjski tenisista nazywa się Medwedew, a drugi Rublew. Jak można nie wiedzieć, że jeden zawodnik to Miedwiedjew, a drugi Rubjow? Ale są tacy, co niczego nie wiedzą. Tylko dlaczego oni pracują akurat w naszych telewizjach?
  3. W programie Polsat History lektor mówi, że zbrodni tej dokonały jednostki SS, a konkretnie Sonderkommando. I tłumaczy, że po polsku znaczy to, że były to grupy specjalnego traktowania. To już frywolność nad grobami ofiar tych zbrodniarzy, bo były to przecież oddziały specjalne.
  4. Lektor programu historycznego o II wojnie światowej, History Polsat, mówi: „Decyzja o zagładzie Żydów w obozach śmierci zapadła na konferencji w berlińskiej dzielnicy Wachtse.”Otóż lektor się boleśnie myli – nie ma w Berlinie żadnej dzielnicy Wachtse. Ta luksusowa dzielnica nazywa się Wannsee – wymawia się wanze-e. Powie ktoś, że to mała sprawa. Otóż nie. Bo jak byśmy reagowali, gdyby ktoś mówił, że następca Władysława Łokietka nazywał się Kaźmirz Olbrzymi? Konferencja w Wannsee, to spotkanie, z 20 stycznia 1942 roku w willi przy Großer Wannsee 56/58. Uczestniczyli w nim wysokiej rangi niemieccy urzędnicy państwowi, pod przewodnictwem Reinharda Heydricha. To tam i wtedy zapadły decyzje o „ostatecznym rozwiązania kwestii żydowskiej”, czyli o zagładzie europejskich Żydów.  Konferencja w Wannsee, procesy w Norymberdze należą także do historii Polski i są dla nas ważne.

Kto łamie prawo

Za emisję takich programu płacą stacje telewizyjne. Przedtem ktoś opracowuje dialogi, ktoś je tłumaczył, ktoś nagrywa, ktoś widzi gotowy efekt – i żaden z tych ludzi nie robi tego za darmo. Czyli – biorą pieniądze za dużą fuszerkę. Nas jednak interesuje dzisiaj to, że nikt – ze strony nadawcy – nie sprawdza jakości kupionego programu.

A co by się zdarzyło, gdyby u któregoś z tych panów – z nadawców – malarz pomalował pokoje według własnego gustu? Na przykład – wszystko na różowo z ciapkami granatu? O, wtedy byłaby kosmiczna awantura, sądy, procesy itd. A jak zgraja nieudaczników ze stacji telewizyjnych partoli swoją robotę, to co? Mamy się zgadzać i siedzieć cicho?

No i wszyscy oni, ci nieznający języka polskiego, ale ochoczo w nim „robiący” oraz ci, którzy akceptują partaninę naruszają ustawę o KRRiT. A to już jest przestępstwo. O czym będzie poniżej.

Kto łamie prawo jest przestępcą

Ustawa o mediach mówi, że obowiązkiem wszystkich nadawców radiowych i telewizyjnych jest realizowanie trzech misji: informacyjnej, rozrywkowej i edukacyjnej.

Ustawa mówi też, że za treści emitowanych programów odpowiada nadawca. Tłumacząc na polski – jeżeli jakaś firma, powiedzmy francuska czy angielska, oraz polscy fachowcy od „spolszczania” tekstu, realizują i sprzedają na świecie niedoróbkę, szerzą kłamstwa w filmie dokumentalnym o II wojnie światowej, to i tak za te kłamstwa odpowiada Polsat, TVN czy TVP.

Jeżeli ustawa mówi, że edukacja jest jednym z najważniejszych zadań mediów w Polsce, to zakłamywanie historii, naginanie jej do założonych tez, niechlujstwo w tłumaczeniach nazw i nazwisk jest przestępstwem.

Za takie przestępstwa nie domagam się kary śmierci, jak ostatnio robią to niektórzy politycy, nawet nie oczekuję dożywocia więzienia dla partaczy językowych. Domagam się jednak kar finansowych dla nadawców, którzy za nic mają swoje powinności i obowiązki.

Wiedząc, że moja propozycja napotka opór przedstawiam rewolucyjny pomysł, na którym nadzorca ustawy o radiofonii mógłby nieźle nawet zarobić, a skutki byłyby błogosławione dla języka polskiego i podstaw wiedzy historycznej.

Propozycja dobrego interesu dla KRRiT

Proponuję karać finansowo stacje radiowe i telewizyjne za błędy rzeczowe i językowe. Celem takiej operacji byłoby zmuszenie nadawców do zaangażowania fachowców – historyków i polonistów, którzy za przyzwoite pieniądze sprawdzą, przed emisjami, wszystkie „dzieła edukacyjne” pod względem faktycznym i językowym.

Osobną sprawą jest doprowadzenie do poprawności, o której piszę, w programach na żywo. W tym przypadku również KRRiTV powinna zatrudnić „śledczych” ekspertów. Oczywiście fachowiec musi zarobić i to godziwie. Skąd brać dla nich pieniądze? Ano właśnie z kar, które będą płacili nadawcy.

Śledzący najemnicy KRRiTV powinni być opłacani „dwuskładnikowo”. Powiedzmy tak: stały etat 6.000 zł brutto + (lubimy przecież plusy) dodatek za każdy znaleziony błąd – taki rodzaj akordu.

Skutek

Myślę, że gdzieś tak po roku nadawcy zorientują się, że bardziej opłaci im się rzetelność, uczciwe sprawdzanie materiałów kierowanych do emisji i dbanie o poziom językowych programów na żywo.

Właściciele potrafią liczyć. Po to zresztą prowadzą te swoje „medialne biznesy”. W przypadku mediów „społecznych” sprawa jest trudniejsza, ale i tutaj – gdyby tak obciążać karami zarządy i rady nadzorcze… To owe panie i owi panowie, wybrańcy losu, szybko pojmą, że lepiej wziąć się do pracy, czyli przestrzegać prawa o radiofonii i telewizji.

Cennik kar

Oczywiście kary muszą być dotkliwe, ale nie drakońskie. Muszą także być zróżnicowane  wobec winy i rodzaju programów. Dlatego pozwalam sobie przedstawić autorską propozycję cennika, za każdy błąd.

  1. Programy historyczne, naukowe i światopoglądowe – od 400 do 3000 zł. W zależności od błędu.
  2. Transmisje uroczystości państwowych – od 300 do 2000 zł. Niżej niż w punkcie pierwszym, ale wiemy, że wzruszenie odbiera samokontrolę, więc trzeba być wyrozumiałym.
  3. Programy i relacje sportowe – od 100 do 500 zł. Tu kary nie mogą być za wysokie, bo dziennikarze sportowi w młodości oddawali się zajęciom fizycznym, więc nie mogli dostatecznie opanować rodzimego języka i pilnie studiować historii, geografii i biologii. Ale, że dziennikarze sportowi popełniają bardzo dużo błędów – więc KRRiTV powinna wyjść na swoje.

Podsumowanie

  1. Spodziewam się poprawy jakości merytorycznej i językowej na naszych antenach.
  2. KRRiTV może nieźle zarobić, przeznaczając te pieniądze z kar – po odliczeniu kosztów własnych – na nagrody dla wybitnych językowo i merytorycznie dziennikarzy.
  3. Duże, choć niewymierne, zyski odniosłaby również KRRiTV w sferze tzw. „wizerunkowej”, miałaby się czymś pochwalić. Nie narażając się na opinie, że czasami nie jest obiektywna.
  4. Co do mnie – uważam, że oczekiwanie 15 procent od ogólnej sumy wpływów, za tak genialny pomysł, nie jest wygórowane a wręcz skromne.

Oczekując zaproszenia do rozmów, pozostaję z poważaniem

                                                  Walter Altermann

 

WALTER ALTERMANN: Ci wszyscy nasi biedni bliźni

Ostatnie, jakże straszne przypadki torturowania i zabójstw dzieci w Polsce, wymagają nie tylko współczucia dla ofiar i słów potępienia dla zbrodniarzy w rodzinach, bo sprawy są bardziej skomplikowane.

Moim zdaniem system społecznej kontroli oraz system społecznej pomocy rodzinom i dzieciom nie działają. Zatem – przyjrzyjmy się naszej polskiej nieudolności – tak społecznej, jak samorządowej i państwowej.

Czy wszyscy jesteśmy tacy sami?

To jest pytanie jedynie retoryczne, niemniej trzeba je ciągle stawiać, bo zauważalna stała się w Polsce pogarda wobec słabszych. Ostatnio skrajnie liberalny popis nienawiści dał Donald Tusk, sam przez siebie mianowany liderem opozycji. Powiedział on: „…mamy w Polsce władzę, która promuje bicie dzieci i równocześnie chce kary śmierci dla tych, którzy biją dzieci i od lat nie zhańbili się pracą”.

Jeżeli Donald Tusk tak postrzega nasze społeczeństwo to będzie to niezwykle groźne, w przypadku, gdyby sięgnął po władzę. Bo wiedza Donalda Tuska o naszym społeczeństwie jest zerowa. Nadto niczego nie rozumie, a obecnie kieruje się jedynie podsycaniem nienawiści między społecznymi grupami, licząc że jego partia odbierze parę punktów Nowej Lewicy, PSL-owi i Polsce 2050.

Wykluczeni

W istocie mamy w Polsce dużą grupę obywateli naszego kraju, którzy żyją między nami, ale tak naprawdę żyją na marginesie. Mam tu na myśli ludzi słabszych, którzy nie rozumieją błyskawicznie zmieniającego się świata.

W latach 30-tych przeprowadzono w Polsce badania socjologiczne, które dowiodły, że 4,5 procent obywateli jest trwale upośledzonych społecznie, to znaczy nie potrafią aktywnie odnaleźć się w społeczeństwie. Byli to najczęściej analfabeci, bez zawodu i majątku oraz ludzie chorzy psychicznie. Identyczne badania przeprowadzono w roku 1958. Wtedy tych wykluczonych było już 6,5 procent.

Podejrzewam, że w związku z postępem technologicznym ostatnich trzech dziesięcioleci, w związku z cyfryzacją odsetek trwale wykluczonych społecznie jest dzisiaj znacznie, niebotycznie większy.

Może – w związku z tym – żebyśmy nie musieli podejrzewać skali zjawiska, byłoby dobrze, gdyby socjolodzy z Polskiej Akademii Nauk podjęli się takich badań,? Obecnie PAN bada historię wojny i okupacji, która to historia jest niezwykle ciekawa, ale jednak jest już historią. Może rząd powinien zamówić i zapłacić za takie fundamentalne badania?

Głęboka amoralność lidera

Ci wykluczeni są w stanie uświadomionej, lub nie uświadomionej, rozpaczy, bo żyją bez żadnych perspektyw, nadziei. A najczęściej człowiek bez nadziei pije, szczególnie gdy pił jego ojciec.

Zakładając nawet, że ci wykluczeni staczają się, że rzeczywiście piją, to nikt nie jest uprawniony do wyrażania wobec nich – i wobec kogokolwiek – tak odpychającej pogardy. Bo są to – w końcu – współrodacy, współobywatele, a przede wszystkim LUDZIE.

W kraju, w którym ciągle się podkreśla, że jest ojczyzną Papieża Jana Pawła II, w kraju chrześcijańskim, w kraju, gdzie w pielgrzymkach biorą udział setki tysięcy ludzi – w takim kraju pogarda objawiona przez Donalda Tuska jest grzechem ciężkim.

Ale nie nam ludziom przyjdzie kiedyś osądzić go za te myśli i słowa. Bardziej interesuje mnie objawiona przez lidera PO pycha, buta i pogarda. Niecne to objawy zagubionego ducha, zmęczonej, przepracowanej lub chorej psychiki. Może zatem Donald Tusk powinien udać się na terapię, a nie do Sejmu?

Główne zagrożenie

Czy pomoc socjalna, dodatki na dzieci rozwiążą problem wykluczonych rodzin? Obawiam się, że  nie. Nie wierzę bowiem w pedagogikę dla dorosłych. Ci, którzy przekroczyli już czterdzieści lat życia nie rokują żadnych nadziei, na powrót, czy też pierwsze wejście w społeczeństwo.

Problemem są natomiast dzieci, te urodzone i dorastające w takich rodzinach. Nimi powinniśmy się zająć – państwo i samorządy – natychmiast i odpowiedzialnie. Powody sąd dwa. Pierwszy – nikt normalny nie powinien przechodzić obojętnie wobec nieszczęścia i biedy. Drugi – dzieci z rodzin wykluczonych powtórzą los swoich rodziców, a że wielodzietność w takich rodzinach jest faktem, problem ludzi marginesu będzie się z czasem powiększał. I dlatego, w interesie społecznym, narodowym jest zmniejszanie liczby wykluczonych. I to jest prawdziwa inwestycja w przyszłość.

Opieka społeczna, pomoc socjalna

Teoretycznie, ale to bardzo teoretycznie mamy w Polsce opiekę społeczną. Jednak w praktyce działa tragicznie źle, tak jakby nie istniała. Pracownicy pomocy społecznej sami zarabiają grosze, jak większość pracowników samorządowych. Skutkiem czego trudno o pracowników wykształconych i skorych do tej niełatwej pracy.

W latach 90-tych na jednego pracownika pomocy i opieki społecznej w Berlinie przypadało 20-tu podopiecznych. W Łodzi, w tym samym czasie – ponad 200-tu. Czy pracownik MOPS był i jest w stanie skutecznie kontaktować się i pomagać swym podopiecznym? Wolne żarty, tym bardziej, że połowę czasu pracy zajmuje mu wypełnianie sprawozdań z wizyt.

A jak to jest na Zachodzie? Tam pracownik socjalny ma niemal codzienny kontakt z podopiecznymi. Znajduje im szkoły, najczęściej zawodowe i pilnuje, aby młodociani regularnie chodzili do tych szkół, pomaga im też w znalezieniu zawodu i pracy. A nawet – szuka dla nich atrakcyjnych zajęć pozaszkolnych, próbuje umieszczać w grupach sportowych, wśród pasjonatów różnych prac ręcznych, hobbystów.

Tam, na Zachodzie – który podobno już, już doganiamy – bierze się odpowiedzialność za obraz społecznej przyszłości. U nas odwala się papierkową robotę.

Ograniczenia praw rodzicielskich

W XIX wieku i jeszcze do lat trzydziestych XX wieku, bywało zwyczajem, że bogatsi członkowie rodzin wychowywali dzieci swych sióstr i braci, którym się nie wiodło. Bogatsi nie adoptowali dzieci z rodziny, tylko opiekowali się – karmili, ubierali, wychowywali, posyłali do szkół.

Nie poradzimy sobie ze wzrostem liczby ludzi ze społecznego marginesu, jeśli nie podejmiemy radykalnych kroków. Trzeba dla nastoletnich dzieci, żyjących w zagrożeniu, otwierać bursy i tam je umieszczać. Nie odbierając rodzicom ich praw, ale je ograniczając. Takie dziecko ma rodzinę, z która się kontaktuje, ale państwo pomaga w wychowaniu.

Przy czym – dzieci z rodzin wykluczonych nie mogą żyć jedynie wśród podobnych im dzieci, bo to tylko ugruntuje patologię. One mają poznać inne życie, zobaczyć, że są w świecie jakiekolwiek wartości. Może powinny wyjeżdżać do innych miejscowości i tam uczyć się?

Potrzebne będą również stypendia dla uczącej się młodzież z rodzin zagrożonych. Dzisiaj gminy chwalą się tym, że fundują stypendiami dla najzdolniejszych, wybitnych studentów. To miłe, ale ci wybitni dadzą sobie radę bez stypendiów. Ja apelują o stypendia dla normalnych uczniów, których rodzin nie jest stać na ich naukę w szkołach średnich i na studiach.

Uratowanie jednego człowiek, to jak uratowanie całego świata – powiada Stary Testament. Pamiętajmy i o tym.

Doskonałość naszych elit

Większość wykluczonych pije to fakt. A jak wygląda moralność współczesnych elit? Czy przypadkiem nie ma w tych elitach złodziejstwa, malwersacji i szemranych interesów, że o pijakach nie wspomnę? A może nie ma tam wielokrotnych rozwodników i „lubieżników”?

Pomijam skrajne przypadki patologii, ale wykluczeni zaniedbują swe dzieci – to też  tragiczny fakt. Ale jak wygląda życie dzieci w rodzinach polityków – tych samorządowych i tych z władz najwyższych? Czy ojcowie i matki, którzy oddali swój czas i serca polityce, mają odpowiednio dużo czasu i serca dla swoich dzieci?

Rodzina dysfunkcyjna to nie tylko rodzina biedna i pijąca. Znacznie groźniejsze skutki ma  dysfunkcja rodziny w przypadku elit, bo elity nauczą swoje dzieci ukrywać emocje i niecne zamiary, a dziecko z rodziny wykluczonej niczego nie jest w stanie ukryć.

Zatem – Panie i Panowie z elit naszych – nie jesteście na tyle lepsi, żeby pouczać i obrażać biednych. A może, biorąc pod uwagę Wasze wykształcenie i pozycje społeczne, może jesteście – po prostu – gorsi?

Nasza niezdrowa psychika

Co tak naprawdę stoi na przeszkodzie, aby odpowiedzialnie zająć się dziećmi z rodzin wykluczonych społecznie? Głównie to, że od wieków lubujemy się we wszelkiego rodzaju ceremoniach, teatralizujemy każdą możliwą okoliczność. Kochamy okazjonalne pompy, kochamy tromtadrację… Przy najmniejszej okazji z ust naszych polityków płyną wielkie słowa, uduchowienie sięga zenitu, a wzruszenie odbiera im głos.

I kiedy tak się narodowo i państwowo nadmiemy, kiedy z emocji goreją nam policzki i uszy, kiedy już nie starcza nam powietrza w płucach… wtedy nie mamy już sił do posprzątania wokół siebie.

Zdaje mi się, że wierzymy głęboko, że jesteśmy – jak jeden – urodzeni do zrywów i wielkich czynów. A wszystkie codzienne sprawy, wszystkie żmudne obowiązki dnia powszedniego mierżą nas i męczą. Ano, to stara polska choroba, którą tak ujął wielki Stanisław Wyspiański w Weselu:

 

POETA

Duch się w każdym poniewiera,

że czasami dech zapiera;

takby gdzieś het gnało, gnało,

takby się nam serce śmiało

do ogromnych wielkich rzeczy

a tu pospolitość skrzeczy

a tu pospolitość tłoczy,

włazi w usta, w uszy, oczy;

duch się w każdym poniewiera

i chciałby się wydrzeć, skoczyć,

ręce po pas w krwi ubroczyć,

ramię rozpostrzeć szeroko,

wielkie skrzydła porozwijać,

lecieć, a nie dać się mijać;

a tu pospolitość niska

włazi w usta, ucho, oko; — —

daleko, co było z bliska, —

serce zaryte głęboko…

Może już pora otworzyć szeroko oczy, że wreszcie zrozumieć naszą współczesną rzeczywistość?

 

 

WALTER ALTERMANN: Przed wyborami, czyli nowa koalicja parlamentarna. Językowa

Obserwując naszą scenę polityczną, głównie pod kątem nieziemskiego wprost języka naszych polityków, nagle odkryłem, że chyba szykuje się zupełnie nowa koalicja. W wielu programach telewizyjnych występują bowiem politycy różnych partii i ruchów, zwalczając się nawzajem z zaciekłością równą tej, która towarzyszyła wojnom religijnym średniowiecznej i renesansowej  Europy.  Ale jednak coś mocno ich łączy! I możliwa  jest – moim zdaniem – koalicja, która połączyłaby PiS z PSL, Solidarną Polskę z Nową Lewicę, Platformę z Konfederacją a Polskę 2050 z wszystkimi wcześniej wymienionym!

Tak zwaną bazą porozumienia dzisiejszych wrogów mógłby być język polski, który politycy wszystkich tych partii dręczą, mordują i który słabo znają. Najpierw powinni oficjalnie, w jednej partii, połączyć swe siły w dziele zniszczenia języka polskiego, a potem już pójdzie łatwo i razem będą mogli się brać za nasze zdrowie, emerytury, zarobki, obronności i takie tam drobiazgi.

Olśnienia doznałem, gdy oglądałem ostatnio jedną z debat telewizyjnych. Pani poseł PiS Anna Kwiecień  powiedziała: To jest kompromitacja dla pana redaktora. Na co odpowiedział jej Jan Łopata, poseł PSL, który rzucił w przestrzeń medialną i społeczną: Ja jestem człowiek spolegliwy i nie lubię awantur.

            Błędy tych dwojga są takie:

  1. Nie można mówić, że kompromitacja jest dla kogoś. Pani poseł powinna powiedzieć: To jest kompromitacja redaktora. Bez tego nieszczęsnego dla.
  2. Pan poseł Łopata natomiast nie rozumie staropolskiego słowa spolegliwy. Otóż spolegliwy to człowiek godny zaufania, szlachetny, przyjazny, życzliwy, rzetelny, spokojny. I dlatego poseł Łopata powinien powiedzieć: jestem człowiekiem dobrotliwym.

Myślę, że tych dwoje powinno już układać się w koalicję. Mają tyle wspólnego, że dogadają się. Może rozmowy będą przykre dla naszego języka, ale oni mają przecież wspólną płaszczyznę, a to jest najważniejsze.

Oznaki i znaki bałaganu językowego

Pewien ekspert od ekonomii mówi w programie telewizyjnym: Widać już pewne odznaki hamowania naszej gospodarki. Nazwiska eksperta, który powinien powiedzieć znaki, zamiast odznaki, ani stacji tv nie podaję, bo stacja jest zacna, a ekspert miły.

Jednak nad tym powszechnym błędem językowy wypada się zatrzymać.  Otóż, mamy w języku polskim dwa podobne, ale bardzo różne co do znaczenia, słowa: odznakaoznaka. Co prawda oba pochodzą od słowa znak, ale różnice ich znaczenia są istotne. Weźmy zatem na warsztat trzy słowa: znak, oznaka i odznaka.

znak – to wszelki przedmiot, właściwość, wydarzenie funkcjonujące w procesie porozumiewania się ludzi (w ramach określonego języka), w którym służy do przekazywania pewnych treści (znaczeń) dotyczących rzeczywistości zewn. bądź wewn., przeżyć emocjonalnych, estetycznych, wolicjonalnych itp. Znamy proste użycie znaków – jak znaki drogowe, znaki przystankowe w pisowni, wszelki piktogramy informacyjne – które od lat 80-tych XX wieku mnożą się i mnożą. Może też być znak z niebios jako zapowiedź wojny, epidemii i innych nieszczęść – ale to już metafizyka.

oznaka –  to symptom, zapowiedź jakichś zjawisk lub procesów, objaw świadczący o czymś.

odznaka –  to graficzny symbol lub znak symbolizujący przynależność do jakiejś grupy, posiadanie specjalnej umiejętności lub specjalnego wyróżnienia – jako odznaczenie. Występuje w formie metalowego znaczka, wstążki, naszywki, medalu bądź innych. Może być nadawana zarówno przez władze państwowe, jak i instytucje społeczne i naukowe oraz powstałe w tym celu komisje nadawcze.

Mam nadzieję, że ekspert ekonomii myli się co do schładzania gospodarki, tak samo jak w języku. Generalnie – nie bardzo wierzę informacjom ludzi, którzy mylą się w języku.

Statyczny statysta

Wojna na Ukrainie jest stateczna – mówi dziennikarz w programie publicystycznym, jednej ze stacji tv.

Otóż dziennikarz nie ma racji, bo każda wojna jest zaprzeczeniem stateczności. Wojna to śmierć, zabijanie, bombardowania, pożary, rozpacz i groza – nie są to zatem sytuacje stateczne. Prawdopodobnie dziennikarzowi chodziło o wojnę statyczną, czyli taką, gdzie żołnierze obu armii siedzą w okopach i mordują się na odległość. Ponieważ dziennikarzy w ciągu dwóch minut mówił jeszcze dwa razy o wojnie statecznej, nie było to przejęzyczenie.

Zatem… wyjaśnijmy co jest czym. Otóż mamy bardzo wiele słów i pojęć, które są do siebie podobne w brzmieniu i pisowni, ale znaczą daleko co innego, i tak w przypadku rdzenia –stat-  mamy:

stateczny –  1. zrównoważony, poważny i odpowiedzialny; też: świadczący o takich cechach; 2. o łodzi, samolocie itp.: mający zdolność samoczynnego odzyskiwania równowagi po jej utracie; 3. zachowujący swoje położenie mimo działających nań sił.

statek – duży obiekt pływający, przeznaczony do przewozu ludzi i ładunków. A okręty to pływające obiekty wojskowe.

statki kuchenne – czyli naczynia do gotowania.

dostatek – dobrobyt lub wystarczająca ilość czegoś.

dostateczny – wystarczający, zadowalający.

status – 1. stan prawny jakiejś osoby, instytucji lub organizacji; 2. pozycja społeczna i zawodowa jakiejś osoby lub grupy; 3. funkcja, ranga lub znaczenie czegoś.

statysta – niegdyś oznaczał męża stanu. Dzisiaj, to pośledni, niewiele znaczący uczestnik plany filmowego, lub bezwolny, mało znaczący  uczestnik ważnych wydarzeń. Dawniej – „Choć nikt to  hetmana nie podejrzewał, okazał się być nader tęgim statystą”.

 

 

Po raz kolejny WALTER ALTERMANN ostrzega: Internet jest groźny dla zdrowia

Internet najpierw był narzędziem komunikacji wojska i służb państwowych USA. Potem, jak to w USA zawsze bywa, ktoś wpadł na pomysł, że można na tym nieźle zarobić i Internet stał się zabawką na miarę wynalazku Gutenberga. Radość, jaka ogarnęła ludność świata, była ogromna. Bo oto ktoś anonimowy, z zapyziałego miejsca na kuli ziemskiej mógł wreszcie pisać co uważa, co z czasem stało się porażającą wolnością wypowiedzi.

Zwrócę uwagę, że nie tylko za socjalizmu była ścisła cenzura, czyli dystrybucja wolności. Reglamentowana wolność była nie tylko w tzw. demoludach. Również w wolnym świecie istniały nieinstytucjonalne narzędzia uniemożliwiające publikowania tego, co tam komu się w mózgu ulęgło. Bo to trzeba było mieć pieniądze, żeby wydać prywatnie jakieś „dzieło”. W gazetach, radiostacjach i stacjach telewizyjnych byli ich właściciele, redaktorzy, kierownicy redaktorów, a nawet istniała „polityka medialna” każdego ze środków „masowego rażenia wiedzą i informacją”, która drastycznie ograniczała ową „wolność słowa”, a która była marzeniem uciśnionych przez władze autorytarną narodów.

Co tam komu łazi po łbie

A teraz… mamy dzikie pola informacyjne i mamy globalną sieczkę intelektualną na wyciągnięcie palca ku klawiaturze. Mamy, my wszyscy ludzie matki ziemi, możliwości podzielenia się płodami własnego umysłu. I – powiem szczerze – jestem tą wolnością przerażony. Okazało się, że ludzkość – w swej masie blisko 8 miliardów istnień – nie ma właściwie nic do powiedzenia. A jednak mówi, czyli pisze. I w proch obróciło się stare powiedzenie, że z pustego i Salomon nie naleje.

Leją się strumienie bełkotu, przelewa się na nas Niagara i Nil informacji zbędnych, zalewa nas Pacyfik informacji, które czyszczą nam mózgi. Bo to nie jest tak, że umysł człowieka jest w stanie przepuścić przez siebie te biliony bitów i pozostać zdrowym.

Czy informacje są obojętne dla zdrowia

Pewien francuski naukowiec stwierdził – a było to jeszcze przed erą Internetu – że współczesny człowiek atakowany jest w ciągu każdego dnia informacjami, których średniowieczny chłop w Prowansji nie doświadczał w ciągu całego życia.

Nadmiar obrazów w telewizji, znaków informacyjnych na drogach i ulicach, reklam, tekstów gazetowych, paplaniny radiowej, informacji na deskach samochodowych o temperaturze oleju, prędkości, obrotach silnika, i tysiące innych informacji z pewnością nie są bez wpływu na nasze zdrowie. Bo nasze mózgi nie mogą cały czas pracować pod pełnym obciążenie. Tak jak silnik w każdym pojeździe mechanicznym, tak i mózg musi stygnąć, czyli odpocząć.

Czy Internet pomaga w rozwoju człowieka

Człowiek rozwijał się przez ponad 4 miliony lat. Wedle nauki pierwszy gatunek zaliczany do rodzaju Homo pojawił się około 2,6 mln lat temu w Afryce. Jeszcze starsze są Australopiteki uznawane za naszych bezpośrednich przodków, które wykształciły się ok. 4 mln lat temu. W tym czasie mózgi naszych przodków coraz bardziej fałdowały się i zwiększały swą masę. I nasi przodkowie mieli warunki do rozwoju, bo nie było Internetu.

Jestem pewien, że z Internetem człowiek pozostałaby na etapie małpoluda. Nie zacząłby używać ognia, nie wytworzyłby łuku, dzidy, maczugi i naczyń do gotowania w ognisku, a już o wymyśleniu koła nikt by nawet nie pomyślał. W ogóle nie myślałby, bo wszystko miałby już gotowe – w Internecie. Zostawmy jednak te ponure żarty i przejdźmy do namacalnych zagrożeń jakie niesie globalna sieć.

Wiedza zbyt łatwo dostępna

Przed Internetem, żeby napisać wypracowanie o doniosłości literackiej „Potopu” Sienkiewicza uczeń musiał jednak dzieło przeczytać. Obecnie mamy w komputerowej mocy omówienie dzieła i streszczenia. Uczeń i student nie muszą już myśleć, nie muszą już sami wyciągać wniosków, bo  otrzymują wiedzę już przetworzoną – razem z wnioskami i podsumowaniem.

Kiedyś, żeby napisać pracę magisterską trzeba było jednak swoje w bibliotekach odsiedzieć, robić ręcznie notatki, przepisywać odpowiednie fragmenty literatury fachowej. Był tym samym czas na myślenie o tym co się czytało i zapisywało.  Jeszcze kilka lat temu ogłaszali się osobnicy, którzy za 2 lub 3 tysiące złotych byli gotowi napisać komuś pracę magisterską. Dzisiaj i oni nie mają z czego żyć, bo niezbyt ambitny student znajdzie już gotowce w Internecie.

Widziałem ostatnio amerykańską komedię, w której nauczycielka mówi, że nie może iść na randkę bo ma do sprawdzenia 30 wypracować. Po chwili zastanowienia, mówi jednak tak: – Ale co tam, to jest w końcu trzydzieści jednakowych wypracowań. – I idzie z narzeczonym do kawiarni. Dobre i to, że się dziewczyna nie namęczyła. Dzisiaj młodzi ludzie sądzą, że nie muszę niczego wiedzieć, bo mają  wszystko w sieci. Jeżeli to jest rozwój intelektualny, to ja się nazywam Niels Bohr, a na drugie imię mam Albert. Einstein.

Internet groźny dla zdrowia

Internet stał się dla wielu cwaniaków i cwaniaczek – żeby też oddać cześć paniom – źródłem zarobku. Wystarczy pisać cokolwiek, choćby i to, że było się na spacerze, że coś się jadło, atakować jedną lub drugą partię, podawać całej ludzkiej populacji przepisy kulinarne, informować o cudownych lekarstwach na wszystko – po to, aby zarobić. Nie jest to zarobek godziwy, ale pewny.

Moim ukochanym tekstem jest reklama internetowa zatytułowana: „Lekarze o tym nie mówią”.  Po tym szokującym tytule następuje długi opis jakiegoś medykamentu, który w dwa tygodnie naprawi każdemu schorowany, zwyrodniały kręgosłup. Oczywiście środek nie jest reklamowany jako lekarstwo, tylko właśnie jako medykament. Czyli, operacja robienia wody z mózgu i galarety z kręgosłupa jest prawnie dopuszczalna, bo medykament nie wymaga atestów i dopuszczenia do obrotu.

Jedzenie, które leczy

Polecają też w Internecie jedzenie, które ma mieć zbawienny wpływ na dziesiątki chorób. Ale nie mówią nic o tym, że przy pewnych chorobach niektóre artykuły spożywcze mogą być wręcz zabójcze.

Ostatnio widziałem reklamę, że wystarczy szklanka wody i szczypta kurkumy, a przerośnięte tłuszczem brzuszysko wręcz się wklęśnie. Ale nie piszą, że kurkuma nie jest jednak dobra dla wszystkich. Nie piszą, bo ich celem – tych złoczyńców i złoczyńczyń – jest doprowadzenie czytelnika, do przeczytania tej informacji, bowiem w niej umieszczono kilka innych reklam. A od każdego tzw. wejścia w „artykuliku” o kurkumie z wodą, deprawator i deprawatorka naszych mózgów i układu trawiennego mają kilka groszy.

Znajomy skarżył mi się, że niedawno po przeczytani informacji internetowej, iż dobrze robi na sen zjedzenie jednego avocado, zjadł ten owoc. Po czym nie spał całą noc, bo on akurat ma problemy z wątrobą, a na wątrobę nie ma to jak zielenina wieczorem…

Horror seksualny

Świetnym sposobem na łowienie mężczyzn w kłopotach są internetowe reklamy środków na wzmożenie potencji. Pomijam język tych reklam, bo jest wulgarny, ale zapewnienia, że po zażyciu  reklamowanej tabletki stosunki seksualne będą nawet 3 godzinne, budzą niepokój. Potencja potencją, ale 3 godzinny wysiłek nawet zdrowego może przyprawić o zawał.

Mam ważne pytanie: czy rzeczywiście w Polsce lekarze są tak niedostępni, że ze słabej potencji i bezsenności trzeba się leczyć w Internecie? Czy istnieją w naszym kraju ludzie tak durni, że sami się leczą z poważnych przypadłości? Chyba jednak są, skoro ktoś reklamuje to avocado i środki na potencję.

Gnębi mnie też druga wątpliwość, czy tabletka na 3 godzinne stosunki może być zażywana jednocześnie z avocado? Bo to byłoby dobre – nie możesz spać, uprawiaj seks. Przy czym – to nie jest żaden mój przepis na miłe zajęcia w czasie bezsennych nocy. Niczego nie sugeruję… i niczego nie reklamuję.

 

WALTER ALTERMANN: Etyka – poważne pytania

Pewien mój znajomy utrzymuje, że polityk X jest porządnym człowiekiem, bo nie kradnie. Mnie wydaje się, że to trochę „przymało”, żeby uznać kogoś za porządnego. Bo jest przecież tak: jeżeli ktoś kradnie to jest ewidentnie człowiekiem złym. Jeżeli zaś nie kradnie? To znaczy tylko tyle, że nie jest złym człowiekiem, ale jeszcze nie jest człowiekiem porządnym.

Zgodnie z etyką chrześcijańską, żeby uznać kogoś za szlachetnego, potrzebne są jednak dobre uczynki. A czy to, że ktoś nie kradnie jest dobrym uczynkiem? Jeszcze nie. Jest to tylko zachowanie normalne. Niby różnice są małe, ale naprawdę istotne.

Z etyką mamy od zawsze problemy. Ostatnio jednak zmieniły się nie tyle kategorie moralne, ile zmieniła się postać i miejsca złego postępowania, postępowania nieetycznego. Nie każde nieetyczne postępowanie jest – w świetle prawa – karalne, ale każde postępowanie nieetyczne jest z natury rzeczy występkiem moralnym, a – dla wierzących – grzechem.

Śmierć zadana zdalnie

W ostatnich dniach obiegła Polskę wiadomość, że Rzecznik Praw Pacjenta zawiadomił prokuraturę w sprawie śmierci dwóch osób. Doszło bowiem do dwóch zgonów, które korzystały z recept uzyskanych przez Internet. W obu przypadkach pacjenci, dostali bardzo silne leki zawierające substancje psychotropowe, bez szczegółowego wywiadu o stanie zdrowia – podkreśla Rzecznik Praw Pacjenta.

Możliwość otrzymywania recept przez telefon lub Internet, bez wizyty u lekarza, pojawiła się w momencie najostrzejszych obostrzeń covidowych. Obecnie tak drastycznych przepisów już nie ma, ale możliwości leczenia zdalnego – niestety pozostały. Jest to na rękę lekarzom, szczególnie z prywatnych przychodni. Tym bardziej, że pacjenci nie kręcą się po przychodniach, a lekarze nie wystawiają recept za darmo, bo przychodnie są opłacane w zależności od zarejestrowanych w nich pacjentów.

Czy to jest przestępstwo? Zdaje się, że tak, tym bardziej, że w przypadku chorób psychicznych stan pacjenta może się nagle zmienić. Ale o tym niech rozstrzyga sąd.

My zajmijmy się etyką tych lekarzy, którzy wystawiają recepty na telefon i przez Internet. Najpierw zastanówmy się czy jest moralne, że lekarz, nie badając pacjenta ordynuje leki? Moim zdaniem nie jest. Dlaczego zatem lekarze pomijają tak istotny w procesie leczenia osobisty kontakt z chorym? I dlaczego swą misję, pracę ograniczają do działań rutynowych?

Lekarze jak mechanicy samochodowi

Dzisiaj lekarz stał się tylko jednym z rzemieślników, takim samym jak krawiec, szewc czy hydraulik. Wykonuje swoją robotę. Ale człowiek, tym bardziej chory nie jest ubraniem, które trzeba uszyć, nie jest pękniętą rurą wodociągową ani nierówno działającym silnikiem samochodu.

Człowiek ma duszę. Dla niewierzących psychikę. I zdarza się, że choroby duszy i ciała występują pospołu. Tymczasem wizyta w każdej przechodni jest dzisiaj jak wizyta u szewca. Trwa krótko, lekarza nie interesują dawne choroby, stan ducha pacjenta. Dzisiaj mało który lekarz ma czas i chęć, aby z pacjentem zamienić o jedno zdanie więcej, niż trzeba do wystawienia recepty. Moim zdaniem w dzisiejszej Polsce status społeczny lekarza, a co za tym idzie samoświadomość, wyjątkowości zawodu lekarza, uległy znacznemu osłabieniu. Jakie są tego powody? Jest ich kilka: potworna pogoń za pieniądzem, komercjalizacja, czyli prywatne praktyki  lekarzy, praca na kilku etatach.

Lekarze są dzisiaj potwornie zajęci, pracują ponad ludzkie siły. Ale robią to na własne życzenie. Środowisko lekarzy – w swej większości – nastawione jest na zarabianie i popisywanie się statusem materialnym. A mówienie o misji lekarza jest dziś niestosowne i śmieszne.

Przypomnę tylko, że najwyżej usytuowany w Polsce lekarz, czyli sam marszałek Senatu Tomasz Grodzki powiedział kiedyś, że ma słabość do szybkich, a zatem drogich samochodów… Nie sugeruję i nie oczekuję, że lekarze powinni być eremitami, ascetami i żywić się korzonkami. Ale czyż nie jest tak, że ta grupa zawodowa oderwała się od realnej polskiej rzeczywistości swych pacjentów? Żyją co prawda między nami, ale zarobki chcą mieć szwajcarskie.

Pieniądz leczy

Przy czym występuje ciekawe zjawisko – w przypadku lekarzy pieniądze mają zbawienny wpływ na ich postawę wobec pacjenta. Zaobserwowałem, że ten sam lekarz, który jest zdawkowy i mrukliwy w przychodni, nagle, zaskakująco i cudownie odzyskuje humor i mowę w czasie prywatnej wizyty, za jedyne 250 zł. Czyli pieniądz leczy – na razie lekarzy.

Takie sytuacje opisał już przed laty Janusz Głowacki, w opowiadaniu „Materiał”. Tamże Stary Kolejarz Tylutki mówi:

– … jeśli ktoś jest naprawdę wybitnym lekarzem, to nie musi przy pomocy kłamstwa ściągać klienteli. I przytoczył przykład doktora Majewskiego, który, jeżeli do niego przyjdzie się na prywatną wizytę – za 150 złotych – to pozwala pić przy penicylinie.

Czy telewizja leczy?

W telewizji przewala się ogromna masa reklam środków leczących, paramedykamentów – bo oficjalnie reklamować leków w TV nie wolno..

XXXTrutoometyzyn (wymyśliłem to, aby nie reklamować prawdziwych substancji) i jemu podobne nie leczą – one jedynie uśmierzają ból, nie likwidując, nie lecząc  przyczyn. Ale z reklam telewizyjnych wynika, że po zażyciu środków uśmierzających ból, znika przyczyna, i ledwo chodzący aktor z reklamy, nagle skacze, kopie i biega… A wątroba nie jest obojętna na te środki. Takie cuda!

Reasumując: dzisiaj etyka znaczy już tak niewiele, że właściwie jest martwa –  ale co się dziwić, przy tak ogromnej presji żywej gotówki.

 

WALTER ALTERMANN: O nagłych olśnieniach, wizjach i miłości własnej

Prawdą jest, że Juliusz Słowacki pewnej nocy przeżył metafizyczny kontakt z absolutem i do tego czasu jego twórczość nabrała mrocznych, tajemniczych cech. Pod wpływem tego olśnienie powstał jeden z najciekawszych, ale trudnych utworów – „Król duch”. Wtedy też Słowacki zaczął  częściej niż dotąd pisać o Bogu. Jego utwory stały się wieszcze i ciemne.

Dzisiejsza nauka, nie zaprzeczając możliwości transcendentnych kontaktów człowieka z Bogiem, zwraca jednak uwagę, że Juliusz Słowacki był wtedy już ciężko chory na gruźlicę, którą leczono w tych czasach – czy też jedynie łagodzono jej skutki – podawaniem narkotyków. Jakby nie było, twórczość Słowackiego zyskała wtedy inny wymiar, bardzo zresztą interesujący.

Teraz również mamy do czynienia z wieloma przypadkami nagłej zmiany poglądów i przekonań politycznych, głównie u naszych polityków. I nie podejrzewam, że jest to skutek nadużywania narkotyków.

W historii XX wieku, w Polsce mamy wiele przypadków, gdy żarliwi wyznawcy jednego Boga, nagle stają się wyznawcami – równie żarliwymi – innego boga, będącego zaprzeczeniem poprzedniego ich bóstwa. Jednym z takich sztandarowych przykładów jest życie poety Adama Ważyka.

Potępiają efekty swych czynów, ale nie samych siebie

Bardzo dobrym, a właściwie najgorszym przykładem na nagłe wolty, obroty i zmiany taktu w tańcu politycznym jest życie literata Adama Ważyka – ur. 17 listopada 1905 r. w Warszawie, zm. 13 sierpnia 1982 r.

Ważyk najpierw pisał wiele wierszy i powieści, w którym przepowiadał  – zgodnie z duchem rewolucji, której był wyznawcą i szermierzem od 1925 do 1956 roku – że lud wymiecie z mieszkań i posad – burżujów i panów. W latach 1946-1956 sprawował ważne funkcje partyjne, w środowisku literackim i wydawniczym. Tak pisał o nim Stefan Kisielewski – (…) stał się politrukiem od sztuki i heroldem socrealizmu. Niszczył nas wszystkich okropnie.

Jednak, tenże Ważyk po roku 1956 – z tą sama żarliwością i oddaniem – stał się nieprzejednanym wrogiem samego siebie, czyli socjalizmu. Po 1956 – znaczy się po olśnieniu – nabrał jednak obrzydzenia do socjalistycznej rzeczywistości. Ale nie do samego siebie, choć i on ponosił przecież moralną odpowiedzialność za „zepsucie ludu”.

Owo zepsucie Ważyk opisał w sposób okrutny w Poemacie dla dorosłych, opublikowanym w „Nowej Kulturze”. W tym utworze miażdżył socrealizm i zakłamanie socjalistycznej propagandy. Uderzał celnie, bo poemat osadził w Nowej Hucie, sztandarowej przecież budowie czasów Bieruta. Ukazywał wszechobecne tam złodziejstwo, rozwiązłość seksualną kobiet i mężczyzn, masowe przerywanie ciąż i  powszechny alkoholizm niedawnych swoich bohaterów nowych czasów. Utwór wywołał ogromny rezonans w społeczeństwie, bo egzemplarze „Nowej Kultury” z poematem Ważyka sprzedawano na bazarach, a sam utwór masowo kopiowano.

Nie mam nic do ludzi, którzy przechodzą konwersję, albo nawracają się, także do tych, którzy nagle zmieniają partyjne barwy – wolno im. Jednakże dziwi mnie, że ci ideowi „konwertyci”   nie wyznaczają sobie choć odrobiny czasu na jakąś ideową kwarantannę, choćby kilkuletnią. Żeby dopiero po pewnym czasie brać się do kopania swych dawnych przyjaciół i swych ideowych podopiecznych. No cóż, natura niektórych ludzi jest taka, że zawsze muszą być na czele pochodu.

Olśnienie

Jako człowiek do cna pragmatyczny, niełatwo ulegający wzruszeniom, nie wierzę w to, że jakiś poseł nagle, z rana lub ciemną nocą doznaje metafizycznego olśnienia, że jakiś duch z zaświatów mówi mu do ucha: „Zmień barwy, zmień barwy, zmień…”.

Wtedy tak nawiedzony poseł mówi do siebie, też w duchu:

– A co będzie z moimi dotychczasowymi poglądami?

– Poglądy? – śmieje się duch. – Nie stać cię na poglądy. Twoje raty znowu wzrosły… A poza tym, człowiek nie krowa i poglądy zmienia.

Po takim dialogu z duchem poseł zmienia przynależność partyjną i zyskuje nowe poglądy, takie które dotychczas zaciekle zwalczał i wykpiwał. Co na to tak zwane społeczeństwo? Ano, nic. Przywykło – to po pierwsze. A pod drugie – społeczeństwo też nie krowa.

Tłumaczenie

Taki wędrowniczek polityczny ma dla tzw. publiczności zawsze jedno – w miarę dobre –  wytłumaczenie. Otóż zawsze oświadcza, że partia, do której należał, zbytnio poszła na lewo. Lub w prawo – w zależności w jakiej był partii. Co to znaczy dla publiki politycznej? Nic oczywiście nie znaczy. Bo ludzie rozpoznają partie po twarzach przywódców tych partii, a pomniejsi posłowie w ogóle są mało znani.

Ważne dla wędrowników jest fakt, że przejście posła z opozycji do rządzących jest czystym zyskiem dla rządzących i stratą wizerunkową dla opozycji. Zatem rządzący zawsze gdzieś wędrowniczka upchną na swoich listach, w nagrodę  za zdradę.

Własne przekonanie o sobie samym

Ci wszyscy osobnicy, o których piszę, ci zmieniający barwy i godła, mają jedną wspólną cechę, nad którą nie są w stanie zapanować. A jest nią olbrzymie ego, a po polsku – niezwykle żarliwa i stała miłość własna.

To pielęgnowane w inkryminowanych osobnikach ckliwe uczucie do samych siebie przynosi z czasem przekonanie, że osobnik jest w partii, ale zarazem ponad nią. Że swą osobą zaszczyca  swoją partię. I choćby nie był założycielem partii, choćby niewiele dla tej partii robił, to przekonanie o wadze własnej osoby rośnie z czasem, przyrasta jak drzewo w obwodzie z każdym rokiem.

Partia to ja

W końcu dochodzi do stanu krytycznego, w którym osobnik wędrujący uważa, że partia, do której należy, nie jest już godna zaszczytu, jakim jest jego przynależność. Dochodzi do tego znany od wieków fakt, że każda partia jest idealnym „terenem” do walki wewnątrzpartyjnej. I jest to nagminne, że członkowie każdej partii walczą między sobą o coraz wyższe pozycje.

Skutkiem tego bywa i tak, że dany, opisywany osobnik wędrujący, słabnie w znaczeniu, jego pozycja w partii istotnie maleje. Bywa jeszcze bardziej dramatycznie – gdy szef danej partii przestaje być szefem. Wtedy osobnik, nie będący już szefem partii, robi larum, zakłada nową partię, szuka w swej dawnej partii tych, co odejdą razem z nim. Dochodzi przy tym przykrych estetycznie zdarzeń – wypowiadane są przez uciekinierów „najgorsze wyrazy, po kilka razy” – jak pisał Żeleński – Boy.

Tak było kilkukrotnie z Leszkiem Millerem, który też uwierzył, że partia to on. I gdy został zastąpiony na stanowisku szefa, założył własną partię, a nawet wystartował w wyborach parlamentarnych z list Samoobrony, czyli od Andrzeja Leppera. A miał p. Leszek przekonanie, że skoro w Łodzi, w poprzednich wyborach uzyskał 200.000 głosów, to w następnych weźmie podobną stawkę. Ale przepadł z kretesem, uzyskując jedynie 10.000 głosów. Tym samym elektorat lewicy dał mu do zrozumienia, że choć głosował na niego, jako na „twarz partii”, to jednak jako na kolegę Leppera głosów nie odda.

Obecnie p. Leszek Miller jest w kolejnej partii. Tym razem jest to jedynie naprędce sklecona przybudówka – ze sklejki, bez podmurówki, kryta papą z odzysku… Tej przybudówki nawet nie widać, bo stoi na tyłach frontu pałacyku Platformy Obywatelskiej.

Nieskromność

 Co prowadzi ludzi różnych partii do takich upadków? Nieograniczony brak skromności, a właściwie bezmierny ocean nieskromności. Starożytni Grecy powiedzieli by, że to hybris, czyli  zaślepienie bohatera tragicznego, wynikające z jego zarozumiałości, uniemożliwiające mu właściwą ocenę swojej sytuacji. Taka postawa – według antycznych Greków – może być traktowana jako wyzwanie rzucone bogom i prowadzi do ukarania bohatera.

W tym przypadku przykładnej kary jeszcze nie ma…

Nieskromni mogą być artyści, mający tę cechę niejako wpisaną w swoje obowiązki zawodowe, ale już dyrektorom kopalń i hut, nie wypada być nieskromnymi. Jest gorzej – bo tak się jakoś porobiło, że artystów obecnie mamy w sumie skromnych, za to politycy u nas biją wszystkie rekordy. Prześcigają nawet słynnego barona Münchhausena. Choć jeszcze gorsi są celebryci – ludzie bez zawodów i zupełnie bez sensu.

 

 

Językowe potwory ciągle tropi WALTER ALTERMANN: Negat, egzaltacja i prywatny ojciec

Pańskie opinie opierają się na negacie – powiedział polityk, do swego rozmówcy z innej, konkurencyjnej partii.  Działo się to 28 kwietnia 2023 roku. Zapewne chciał powiedzieć, że jego przeciwnik neguje rzeczywistość, ignoruje fakty – pozytywne dla partii mówiącego. Przykre jest wysłuchiwać takich dziwactw.

Podejrzewam, że i ten polityk w domu nie mówi takich dziwactw. Skoro jednak jest już w telewizji, to musi mówić – tak sobie założył – językiem poważnym. A wyszło jak wyszło. Śmiesznie i strasznie – jak mawiają Rosjanie.

Egzaltacja

Jedną z przyczyn błędów językowych jest egzaltacja mówiących. Wtedy rozum cichnie, a do głosu dochodzi niekontrolowana liryka, uniesienia i inne podniosłe uczucia, które z kolei jeszcze bardziej osłabiają rozum. Taka to zasada. Szczególnie, gdy osoby nie mające warsztatu, by mówić o sztuce, usiłują jednak coś powiedzieć. A dodatkowo w uniesieniu, bo wierzą, że duch jest ważniejszy od materii.

Przykładem takiej egzaltacji był występ dziennikarza telewizyjnego, który rozpływał się, w rozmowie z członkiem zespołu Vox, nad ich nową piosenką „Razem”. Padały wielkie słowa, głos dziennikarza wibrował w wysokich rejestrach, aż w końcu w uniesieniu wypalił: Ta piosenka jest dla mnie takim posileniem.

Czym jest w języku polskim posilnie? Nie wiadomo. Słowniki nie odnotowują czegoś takiego. Zatem, prawdopodobnie, dziennikarz chciał powiedzieć, że ta piosenka jest dla niego posiłkiem duchowym… W sumie też byłoby bez sensu, ale przynajmniej po polsku.

Obóz wojskowy i cała reszta

Co za szczęście u Igi, u całego obozu – wykrzyknęła radośnie pani, która była sprawozdawcą meczu tenisowego Świątek z Sabalenką.

Zabierając się do tego błędu zacznijmy od tego, czym jest obóz. Otóż obóz oznaczał najpierw miejsce, w którym stacjonowali na stałe, lub czasowo żołnierze danej armii. Rzymski obóz mógł być solidnie chroniony przez umocnienia ziemne, palisady, a nawet mury z kamienia lub cegły. Obecnie mamy też obozy harcerskie. Mamy także obozy sportowe – oznaczające zgrupowania treningowe sportowców. A do tragicznej historii przeszły również niemieckie obozy koncentracyjne oraz obozy zagłady.

Z czasem obóz zaczął też oznaczać sportowców, harcerzy i żołnierzy, przebywających na terenie obozu, a nawet zawodników i kadrę danej drużyny sportowej. I w tym znaczeniu pani sprawozdawca użyła słowa obóz. I nie to jest jej błędem.

Błędem prowadzącej tę transmisję meczu tenisowego jest niewłaściwa składnia. Bo poprawnie należało powiedzieć, że szczęście zapanowało w całym obozie, a nie u obozu. Dlaczego? Bo obóz w dalszym ciągu zachował swoje pierwotne znaczenie terytorium, a więc trzeba mówić w obozie. Nawet jeżeli dotyczy to zgromadzonych w obozie zawodników, trenerów i innych potrzebnych zawodnikowi ludzi.

A tak w ogólniej – powiedzenie, że u Igi zapanowało szczęście jest w języku polskim nieprawidłowe, bo jest to zwrot rosyjski, a u nas rusycyzm. Rosjanin powie: u niewo żiena, ale Polak musi powiedzieć: on ma żonę. Dlatego pani sprawozdawca powinna powiedzieć: Iga jest bardzo szczęśliwa i szczęśliwi są wszyscy w jej obozie.

Prywatny ojciec

W Internecie można było ostatnio przeczytać, że jakiś pan – powiedzmy Nowak – który jest posądzany o niecne uczynki – jest prywatnie ojcem pewnego polityka – powiedzmy Nowaka.

I mamy szkopuł językowy a nawet czysty idiotyzm. Bowiem – nie można być ojcem nieprywatnie, ojcostwo jest z natury rzeczy sprawą prywatną, dla zasady.

Owszem zdarzają się metafory, które głoszą, że ktoś jest czegoś ojcem duchowym. Bywają też metaforyczni ojcowie idei, ojcowie narodu, ojcowie nauki a nawet ojcowie marek samochodów. Niemniej o prywatnym ojcostwie nie słyszałem. Dotychczas.

Autor

Putin to autor masowych morderstw na Ukrainie – piszą na pasku w telewizji informacyjnej 18 kwietnia 2023 roku. Piszą słusznie, ale to nie wystarcza. Bo do pełnej prawdy trzeba to jeszcze wyartykułować poprawnie.

Autorem może być twórca powieści, malarz, rzeźbiarz czy reżyser filmu, tak jest w języku polskim. Natomiast nazywanie autorem Putina jest zapewne tragicznym tłumaczeniem jakiejś informacji w języku angielskim. Gdyby stacja telewizyjna nie miała w nazwie „Polska”, można by machnąć ręką. Kim zatem jest Putin, jeśli nie jest autorem? Jest sprawcą tych morderstw. Tym, który kieruje bezpośrednimi mordercami. Wreszcie, sam Putin może być – jak wódz najeźdźców – mordercą.

Agregaci

Pan premier Mateusz Morawiecki mówiąc o finansach naszego państwa – 24 kwietnia br. – na spotkaniu w Ząbkach: Są instytucje międzynarodowe , które agregują takie dane.

Sprawdziłem o co chodzi z tym agregowaniem. Gdy chodzi o ekonomię, to agregowanie da się tłumaczyć następująco: dodawanie, dołączanie, łączenie, zbieranie, zestawianie.

Agregacja oznacza proces łączenia części w większą całość – na przykład prądnicę łączy się z silnikiem spalinowym. Ten termin jest stosowany też w biologii, inżynierii procesowej, technice maszyn, informatyce, logistyce i medycynie, statystyce, polityce, wojskowości. Czyli jest to pojęcie, którym głównie posługują się naukowcy. I dobrze. Jeżeli w czymkolwiek im to ułatwia pracę, niech używają tej agregacji. Na zdrowie.

Jednakże w Ząbkach pan Premier przemawiał do okolicznego ludu. Co tamtejsi mieszkańcy zrozumieli z tej agregacji? Oj, chyba niewiele. Zwróćmy też uwagę, że wiedza ekonomiczna na poziomie uniwersyteckim nie jest u nas obowiązkowa. Przecież wiemy, że pan Premier jest dobrze wykształconym historykiem i ekonomistą. Ale większość narodu prosta jest, siermiężna i oczekiwałaby mówienia do niej językiem, który mogłaby zrozumieć.

Chyba, że jest to zabieg marketingowy – mający na celu pokazanie narodowi, że premier jest bardzo dobrym premierem, skoro mówi niezrozumiale.

Co do mnie – znam agregaty prądotwórcze, uprawowe i pianowe – do gaszenia pożarów. Jest jeszcze taki potoczny zwrot, gdy mówimy, ale to agregat, o kimś niesamowitym, który zaskakuje nas swym zachowaniem. Mnie ta wiedza wystarcza.