B. euroentuzjasta CEZARY KRYSZTOPA wyznaje: Nie mogę już na te ryje patrzeć

Jeśli dobrze pamiętam w 2003 roku byłem euroentuzjastą. Dlatego w referendum akcesyjnym zagłosowałem za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od tamtej pory jednak, sporo się zmieniło.

W 2003 roku miałem swoje powody. Koncepcja współpracy europejskich wolnych narodów oparta przez jednego z ojców założycieli zjednoczonej Europy Sługę Bożego Roberta Schumana na chrześcijańskim fundamencie, jest koncepcją wspaniałą. Na dziesiątki lat zapewniła Europie pokój pomiędzy narodami, które wcześniej więcej chyba znały wojen niż pokoju między sobą. Brak ceł, wolność przepływu towarów i usług, na lata zapewniły również narodom Europy prosperity.

„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”

 Kiedy jednak my przystąpiliśmy do Unii Europejskiej pełni nadziei na dołączenie do tego wspaniałego procesu, trwał już proces brutalnego rozboju, zaboru dzieła budowanego przez zwolenników Sługi Bożego Roberta Schumana przez hunwejbinów włoskiego komunisty Altiero Spinellego. W wyniku owego procesu elity trzęsące Brukselą zerwały nie tylko z chrześcijańskimi korzeniami projektu, ale wręcz z logiką dbania o dobro wspólne Europejczyków w imię abstrakcyjnych i oderwanych od rzeczywistości ideologii.

Od kilku lat my Polacy doświadczamy skutków owego procesu z wyjątkową brutalnością. Nie to żebym miał jakieś złudzenia co do natury samej polityki, jednak poziom zakłamania i bezwzględności z jaką brukselscy bonzowie odnoszą się do Polski, która wydaje im się przeszkodą w realizacji utopijnych centralistycznych planów budowy Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Przekracza to najbardziej cyniczne wyobrażenie hipokryzji podwójnych standardów jakie gotowi są narzucać silni słabszym, by zaprzęgać ich do swoich kieratów.

„Cztery nogi dobrze, dwie nogi źle”

 Wydawało nam się, no dobrze, nie wszystkim, więc powiedzmy – mnie się wydawało, że uciekając ze strefy wpływów wcześniej sowietów, a później niewiele mniej obłąkanej Rosji, dostaliśmy się do raju wolności, gdzie każdy ma prawo być sobą. Okazało się i z każdym dniem okazuje się w większym stopniu, że nic bardziej mylnego. Z przerażaniem odkryliśmy – ja odkryłem – że łąki, które wydawały nam się zza płotu bardziej zielone, szybko w przerażająco znajomy dla nas sposób – czerwienieją. A stawiającym świat na głowie lewackim despotyzmem, tym razem wieje do nas… z zachodu. Że znowu powstaje świat, w którym „lud będzie pił szampana ustami swoich przedstawicieli”. Znowu są równi i równiejsi. Podczas gdy zagrożenie ze strony obłąkanej Rosji nie zmalało, a wręcz, jak się okazało rok temu, wróciło z całą mocą.

„Towarzysz Napoleon ma zawsze rację”

 Od jakiegoś czasu zastanawiałem się jak uchwycić uczucie, które towarzyszy mi kiedy spoglądam w zimno uśmiechnięte, zwykle bardzo profesjonalnie fotografowane,  z takim jakimś „anielskim” efektem, twarze unijnych mandarynów. Doszedłem wreszcie do wniosku, że nie widzę tam twarzy, tylko ryje. Korporacyjnie wystudiowane, ale ryje. I ja, tych dwadzieścia lat temu, euroentuzjasta, musze powiedzieć, że w te fałszywe, brukselskie ryje nie mogę już patrzeć.

I nie żebym zniżył się tutaj do taniej obelgi. Jeśli widzę na tych zdjęciach ryje, to dlatego, że ich właściciele kojarzą mi się z bohaterami „Folwarku Zwierzęcego” George’a Orwella, a konkretnie z kastą świń, ze szczególnym uwzględnieniem Towarzysza Napoleona.

„Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim”.

HUBERT BEKRYCHT: A jeśli TVN nie tylko kłamie?

Pytanie jak najbardziej zasadne w kraju, w którym opozycja protestuje przeciwko sytuacji, kiedy przegrywając wybory nie może rządzić. W Polsce samorządy PO administrują podsycając nienawiść do legalnych władz krajowych a eurodeputowani opozycji uprzejmie donoszą na swój kraj do wszystkich instytucji Unii Europejskiej szkodząc wszystkim Polakom, nawet wyborcom PO, PSL i postkomunistów. Dopełnieniem jest telewizja TVN, która chce, w ramach „zabezpieczeń” procesowych, zabronić cytowania polityków mówiących, że TVN kłamie. Zabronić na rok. Oznacza to cenzurę prewencyjną. To nic, że to wbrew Konstytucji RP opozycja i jej media rozstrzygają, co jest a co nie jest zgodne z polską ustawą zasadniczą. Sytuacja przypomina zmagania łyżwiarza figurowego (media publiczne i konserwatywne), który w Igrzyskach Olimpijskich został zgłoszony jako hokeista (TVN, GW, Onet oraz inne media wspierające opozycję w walce z rządem).

Podczas posiedzenia sejmowej komisji kultury i środków przekazu z udziałem przedstawicieli Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz dziennikarzy doszło do czołowego zderzenia medialnej ciężarówki TVN i innych mediów komercyjnych zwalczających rząd z przestrzegającymi przepisów kierowcami mediów publicznych a także konserwatywnych.

Nic to…

To nic, że m.in. dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich dr Jolanta Hajdasz, redaktor naczelny Gazety Polskiej Tomasz Sakiewicz, szef portalu TVP Info Samuel Pereira i wreszcie sam przewodniczący KRRiT Macieja Świrski tłumaczyli cierpliwie, że TVN chce po prostu kneblować usta mediom, które krytykują tę manipulującą prawdą stację wymachując amerykańskim paszportem właścicieli. To nic, że TVN ma zamiar „zabezpieczać” swoje procesowe dobra na rok usiłując uzyskać sądowy zakaz cytatów krytykujących stację. To nic, że cenzura prewencyjna jest w Polsce zakazana…

Groch z kapustą i wybory

To  nic, że włączając kolejny manipulacyjny bęben i mieszając sprawę ukarania TVN za reportaż „Siła kłamstwa” maszyneria opozycyjnych mediów próbowała zakrzyczeć opinie o promoskiewskiej wymowie filmu. To nic…

Ważny w tym wszystkim jest kontekst. Zbliżające się wybory znowu skutecznie wyeliminowały otwartą dyskusję o kodeksie prasowym, o dziennikarstwie, o skandalicznym artykule prawa, przy pomocy którego można wyeliminować każdego dziennikarza. Do całego arsenału środków wyłączających możliwość krytykowania polityków opozycji, jej czołowy propagandowy organ, czyli TVN, stara się włączyć cwany sposób na „zabezpieczenie dóbr”, który jest skuteczniejszy niż zabicie dziennikarza i wysadzenie w powietrze nieprzyjaznej redakcji – przypomnieć należy, że takich właśnie sposobów imały się – całkiem niedawno – na przykład niemieckie lub pochodzące z Bliskiego Wschodu komunistyczne, lewackie i anarchistyczne organizacje terrorystyczne. Skuteczności prawa nad przemocą chyba nie trzeba udowadniać.

Prawda i g…. prawda

Jeśli ktoś nie sięgnie do wiarygodnych źródeł a postawi na komiksowy przekaz mediów antyrządowych może dowiedzieć się, tak jak z Gazety Wyborczej, że: „Sakiewicz długo opowiadał o sobie, mówił, że ‘niejeden dureń się do naszego zawodu dostał’, że ‘ma prawo powiedzieć, że manipulacja jest manipulacją’, oraz że stacja TVN ‘nosi piętno komunizmu, kremlowskie’” – do tej pory w relacji GW wszystko się zgadza.

A dalej ci, którym nie jest wszystko jedno piszą: „Krzysztof Mieszkowski (KO) skomentował słowa Sakiewicza jako ‘wylewanie krokodylich łez przez reżimowego dziennikarza’. Gdy Mieszkowski poradził jemu i jego kolegom, by mieli odwagę zmierzyć się z rzeczywistością, by nie beczeli jak takie beksy, cholera jasna bądźcie damami, Sakiewicz wykrzyknął: ‘Czy ten cham może przestać nas obrażać?!’ – I nawet zaproponował mu bójkę przed Sejmem. – Jak chce się sprawdzić, kto jest mężczyzną, to proszę przed Sejm – krzyczał” –  napisano w GW.

Nie warto…

No cóż, taka interpretacja, bo przecież nie informacja, nie jest w mediach antyrządowych związanych z opozycją – m.in. w GW i TVN – niczym nowym. Na dowód wystarczy przytoczyć tytuł artykułu w GW: „Dziennikarz prorządowych mediów nazwał posła KO ‘chamem’. I chciał się bić z nim przed Sejmem”. Równie dobrze moglibyśmy w portalu sdp.pl dać taki tytuł: „Poseł Mieszkowski (KO) obraził szefa Gazety Polskiej i uciekł”. Bo przecież pan Mieszkowski nie uciekł?

Rozumiem Tomasza Sakiewicza. Honor jest sprawą najważniejszą i należy się o to nawet bić, ale w przypadku niektórych posłów… nie warto.

W tym przypadku opisu obrad komisji sejmowej prawda w antyrządowych, opozycyjnych mediach ma tyle wspólnego z prawdą, co dziennik o tej samej nazwie redagowany niegdyś na Kremlu.

Pozostaje tylko początkowe pytanie: A jeśli TVN nie tylko kłamie?

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Tuskowe, czyli program społeczny PO. Tylko dla bezpieki?

W dość powszechnej opinii, pomimo oficjalnych deklaracji, Platforma Obywatelska jest wrogiem programów społecznych i w razie dojścia do władzy te programy zlikwiduje. Jak się okazuje jednak, niezupełnie jest to prawdą. Platforma Obywatelska znalazła grupę społeczną, do której jest gotowa skierować taki program. Tą grupą szczęśliwców okazali się byli pracownicy komunistycznych służb, którym nieludzki PiS obniżył emerytury w ramach ustawy dezubekizacyjnej

– (…) nie podoba mi się też pisowski model, który jest ewidentnie odwetem. Jest kompletnie nieracjonalny (…) Krzywdy na pewno zostaną naprawione – mówił Donald Tusk na spotkaniu z wyborcami w Siedlcach odpowiadając na pytanie jednego z wyborców, który czuł się skrzywdzony.

Andrzej Rozenek

Co ciekawe, jak przekazał Donald Tusk, mają pracować nad tym Tomasz Siemoniak i… Andrzej Rozenek, wychowanek Jerzego Urbana, przez wiele lat jego „uczeń” w tygodniku „Nie”, którego był nawet wicenaczelnym. Swego czasu (w 2010 roku) zapraszany na zebranie Klubu Wałdajskiego (obok Adama Michnika), gdzie spotkał się z Władimirem Putinem.

Żeby wiedzieć jaką to krzywdę chce naprawiać Donald Tusk, warto przypomnieć w jaki sposób „krzywdziła” ustawa dezubekizacyjna. Otóż w ramach ustawy zdecydowano, że emerytury funkcjonariuszy byłych komunistycznych służb, nie mogą być wyższe od ŚREDNIEJ emerytury. Średniej.

„Krzywda”

Latami w III Rzeczpospolitej byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb cieszyli się wysokimi emeryturami, podczas gdy ich ofiary często klepały biedę. Ustawa dezubekizacyjna nawet nie obniżała poziomu emerytur ubeków do poziomu najniższego, ale do poziomu średniej emerytury pobieranej przez emerytowanych Polaków. Często nadal wyższej od poziomu emerytur ofiar. Warto dodać, że byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb, nie płacili w PRL składek ZUS, więc na ich emerytury złożyły się również ich ofiary.

I ten średni poziom Donald Tusk uznaje za „krzywdę”, którą chce naprawić. A nad rozwiązaniami pracuje Andrzej Rozenek.

Platforma Obywatelska uważa się za partię o korzeniach solidarnościowych. A może już się nie uważa. Kto ich tam wie.

Ostrzeżenie WALTERA ALTERMANNA: Uwaga, felieton zawiera treści anarchistyczne!

W poprzednich dwóch felietonach „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ i Unii Europejskiej. Sądzę, że raczej udowodniłem, iż ONZ i UE są organizacjami pasożytniczymi.

Być może wiek XXI zostanie po wiekach nazwany erą urzędników. Bo zanosi się na to, że właśnie urzędnicy – tu rozumiem także parlamentarzystów polskich – z roku na rok stają się właścicielami świata. Wieki średnie to dominacja właścicieli ziem. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej mamy ciągle jeszcze dominację bankierów i przemysłowców. Ale ich czas powoli się kończy, a właścicielami świata stają się urzędnicy.

Dlatego, dla rozpoznania sytuacji, zajmiemy się polskim parlamentaryzmem, bowiem tak Sejm, jak Senat puchną od wymyślonej przez siebie, dla siebie, odpowiedzialności, puchną też od nadmiaru ludzi, którzy krętymi sposobami – trochę jawnie, trochę skrycie, pracują na ich rzecz. I nie są to prace za darmo.

Polski parlament przyszłości

Moim zdaniem trzeba czym prędzej zlikwidować Senat a liczbę posłów zmniejszyć do stu. Nie wiem, kto i kiedy mógłby to przeprowadzić, bo senatorowie i posłowie trzymają się ław parlamentarnych mocno, jakby byli do nich przyspawani, ale ta reforma przyniosłaby ogromne, niewyobrażalne dla niektórych i błogosławione dla wszystkich skutki. Wymienię je w punktach.

SENAT:

 

  1. Likwidacja Senatu byłaby krokiem miłosiernym, bo od swego zarania, w Polsce po 1989 roku, Senat nigdy nie miał wpływu na cokolwiek. Nigdy jeszcze Senat nie wniósł istotnej poprawki do jakiejkolwiek ustawy, a jak wnosił, to i tak zostawały te poprawki odrzucane przez Sejm.
  2. Ciągle słyszę, że Senat to izba refleksji i zadumy. Od refleksji jest kościół – dla niewierzących filozofowie, a od zadumy cmentarze.
  3. W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej w Senacie zasiadali możni panowie i biskupi, i też – poza hamowaniem reform – niczego dobrego nie robili. Jedyną korzyść z istnienia Senatu mieli senatorzy, bo izba ta była istnym targowiskiem interesów – tak świeckich jak kościelnych.
  4. Likwidacja Senatu zmusiłaby posłów do lepszej pracy, bo tak jak jest obecnie, to posłowie ciągle liczą na senatorów, że ci poprawią to co posłowie spaprali.
  5. Trzeba też powiedzieć, że naprawdę nie chodzi tylko – tak przy Senacie jak i Sejmie – jedynie o te 100 osób. Każdy z senatorów ma duży sztab ludzi, którzy są na etatach, umowach o dzieło, umowach zleceniach. Jest jeszcze Kancelaria Senatu i kilka senackich służb, których praca byłaby zbyteczna. Nawet Straż Marszałkowska miałaby mniej roboty. A chodzą jeszcze słuchy, że Senat żąda osobnego, ładnego i wystawnego budynku na swe prace.
  6. Likwidacja Senatu byłaby pierwszym, ale znaczącym, krokiem do realizacji idei „oszczędnego państwa”. Bo jak na razie mamy państwo rozdmuchane, albo – lepiej powiedzieć „samo-rozdmuchujące się”.                                                                                                                                                                         SEJM:

 

  1. Ograniczenie ilości posłów do 100, uwolniłoby zdrowe siły narodu i pozwoliłoby je „rzucić na odcinki realnej pracy”. Bo tak jak jest teraz, to najwięcej czasu i energii posłowie tracą na dyskusje. A to głównie dlatego, że każda z sejmowych partii wypuszcza na bój wielu posłów, a skutkiem tego Sejm mówi, mówi i mówi. Gdyby zaś było ich jedynie 100-u, to i mówców, dyskutantów, interpelantów i tych występujących ad vocem byłoby co najmniej ponad trzy razy mniej.
  2. Teraz tych 460 posłów – podobnie jak w przypadku Senatu – to jedynie wierzchołek góry lodowej. To znaczy publicznie widzimy jedynie 460, a przecież pracuje na ich rzecz wielka armia ludzi. A podróże krajowe i zagraniczne posłów? A ich mieszkania służbowe? Dziwne, że jakoś nikt nigdy nie policzył, ile kosztuje utrzymanie i działalność Sejmu i Senatu. Zdaje mi się, że są to dane bardziej strzeżone niż stan naszej armii i wszystkich tzw. służb siłowych.
  3. Zauważę też, że każdy z posłów ma w terenie swoje lokale poselskie i sztaby ludzi – przyzwoicie opłacanych – którzy jedynie powielają to, co mówi szef danej partii. Naprawdę trudno jest twierdzić, że wszyscy z 460 posłów porządnie pracują. Poza tym kiedyś pewien dziennikarz zapytał Jana Pawła II o to, ilu ludzi pracuje w Watykanie. I wtedy Jan Paweł II powiedział: Połowa.
  4. Po reformie tych 100 posłów naprawdę musiałoby się ostro wziąć do roboty. Razem ze swoimi mniejszymi sztabami.
  5. Męczące są też kampanie wyborcze. Widzowie, słuchacze i czytelnicy muszą przez kilka miesięcy obcować z nieznanymi osobnikami, którzy „robiąc miejsca na listach” publikują swoje twarze i przemyślenia. W tym przypadku, naprawdę, im mniej tym lepiej. Dla naszego, wyborców, zdrowia spadek oferty wyborczej z 460 na 100 to znacząca ulga. A pamiętajmy, że teraz najczęściej na jednej liście wyborczej jest po 20 osób, z czego tylko jedna osoba, a i to nie zawsze, ma szanse na bycie posłem. Czyli – obecnie możemy mieć do czynienia z kilkudziesięcioma tysiącami kandydatów do Sejmu. A przy stuosobowym Sejmie liczba tych chętnych zmaleje do jakichś kilkunastu tysięcy! Jest różnica.
  6. Wszystkie telewizje i radiostacje odzyskałyby mnóstwo czasu antenowego, bo z tej setki posłów nie wszyscy garnęliby się do tych śniadań, podkurków i wieczorów dyskusyjnych. Nie mieliby na to siły i czasu.

O moim współczuciu dla młodych

Tysiące młodych ludzi pochłania dziś i spala – niczym biblijny Baal – polska polityka. Widać to po ich rozbieganych oczach, najwyraźniej tuż przed wyborami, że ci młodzi chcą znowu być radnymi, posłami, senatorami. I to u zarania ich zawodowego życia. Zamiast zdobyć zawód, sprawdzić się w nim i dopiero potem zająć się polityką, oni już, natychmiast chcą być prezesami, dyrektorami, członkami rad nadzorczych… a wszystko za państwowe pieniądze i z partyjnego nadania.

Ja rozumiem, że partie załatwiają im wysokie dochody, ładnie brzmiące tytuły i błyszczenie do kamer tv – ale oni nadal, do końca swych dni, nie będą mieli żadnego zawodu. Owszem, większość z nich skończyła jakieś studia, ale to tylko wykształcenie, a zawód zdobywa się praktyką. Zawód poseł? Przed wojną taki gość nie znalazłby panny do ożenku w żadnym dobrym domu.

Żal mi tych młodych ludzi pędzących na zatracenie się w polityce. Bo przecież są to w większości ludzie zdrowi, sprawni i pełni energii życiowej – tak fizycznej jak umysłowej. A tu budownictwo nasze cierpi na braki kadrowe, remonty dróg, miejskich ulic i tras kolejowych wloką się w nieskończoność, bo nie ma chętnych do takiej zaszczytnej i konkretnej pracy.

Czyż – o wy, młode Panie i młodzi Panowie – nie widzicie, że przyjemniej jest zostawić po sobie potomnym kawałek dobrze zrobionej jezdni i chodników, niż kilka ustaw, które ciągle trzeba poprawiać? Albo jakieś uchwały, których sens ginie w pamięci społecznej już w pół roku po ich podjęciu? I nie szkoda to zdrowia na telewizyjne awantury? Powiadam Wam, praca leczy, ale konkretna, najlepiej fizyczna.

Nareszcie z narodem

Po takich redukcjach parlamentarnych oczywiście powstanie problem zredukowanych parlamentarzystów. Podniesie się krzyk i płacz, słuchać też będzie zgrzytanie zębów – zupełnie jak w Dniu Sądu Ostatecznego.

Ale musimy pozostać na takie odruchy posłów i senatorów – choćby niedoszłych – ślepi i głusi. Jeżeli bowiem teraz przez cały czas, wszyscy oni twierdzą, że działają nie dla własnej korzyści i nie dla materialnych zysków, ale dla dobra nas wszystkich, dla dobra każdego przeciętnego Polaka, to przecież nie będą mieli powodu popadać we frustrację. Po odejściu z parlamentu zaczną pracować, jak ich kochany elektorat.

O współczuciu dla starszych

Jest też, w naszym Sejmie i Senacie spora grupa starszych mocno pań i panów, wobec których również żywię głębokie współczucie. Tych z kolei mi żal, że polityka odciągnęła ich od zawodów, zajęć, w których jako tako już się odnaleźli. Patrząc na nich, widząc jak męczą się i cierpią w poselskich ławach przychodzi mi do głowy, że mogłoby ich wszystkich uratować jedno – głęboka, ostra i wyraźna reforma polskiego parlamentu.

Polskie kampanie wyborcze – nasz Hyde Park

W kampaniach każdy mówi co mu tam ślina na język przyniesie. I mówi to bezkarnie, bo teza, że „wyborcy nas rozliczą” jest zgrabnym, ale puściutkim zwrotem. Tak naprawdę każdy z kandydatów powtarza jedynie – w skrócie – program własnej partii. Bo też żaden z kandydatów nie wierzy, że którykolwiek z widzów czy słuchaczy zrozumie i zapamięta, co on wygadywał. Tak naprawdę, kandydat ma się pokazać, żeby ludzie zapamiętali twarz i nazwisko, a potem odnaleźli go na listach wyborczych. Chodzi zatem tylko o to, żeby – niejako podprogowo – wbić się w pamięć wyborcy.

O ile chodzi o programy, to przez całe minione już ponad 33 lata od czasu upadku komuny, był tylko jeden, jedyny uczciwy kandydat na prezydenta RP, który z serca i rozumu mówił o co mu chodzi. I był w tym niezwykle wiarygodny. Myślę tu o panu Kazimierzu Piotrowiczu, wynalazcy bioenergoterapeutycznych wkładek do butów, które w cudowny sposób miały poprawiać zdrowie. Wystartował on w wyborach prezydenckich w 1995 roku wykorzystując niecnie kampanię wyborczą do reklamowania produkowanych przez siebie wkładek do butów. Owszem, był w tej kampanii bezczelny, ale przecież nie kłamał!

A większość kandydujących do Sejmu i Senatu nie potrafiłaby zrobić nawet tych wkładek. A już je sprzedać? Ho, ho! Podejrzewam, że żaden z kandydatów nie sprzedałby nawet butelki wody na Saharze. Nikogo nie obrażam, ale mam głęboką nieufność w stosunku do ludzi, którzy chcą zawodowo zajmować się polityką, nie mając uprzednio żadnego zawodu. Tu wyjaśnię, że mamy trzy pojęcia: Wykształcenie, stanowisko, zawód.

Nasza klasa polityczna

O naszej klasie politycznej, według mnie, świadczy najlepiej anegdotka, jakiej doświadczyłem 20 lat temu. Rozmawiałem wtedy z moim dawnych znajomym ze studiów, który te dwadzieścia lat temu był już bardzo poważnym samorządowcem, szczebla wojewódzkiego. W pewnym momencie, po wspominaniu przeszłości znajomy Wysoki Urzędnik zaczął narzekać na swoje zarobki, roztkliwiając się sobą – to jest swoimi zarobkami – ponad przyzwoitość. Powiedziałem mu wtedy, żeby nie przesadzał, bo ma przecież bardzo wysoką pensję.

– Pensja tak, niezła… – odparł – ale zarobku żadnego.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Jak się nie obrócić, … tył zawsze z tyłu

Nie jest dobrze, proszę ja Was. Nie jest dobrze. Mówiąc nieco obcesowo, można by rzec, że jak się nie obrócić d… zawsze z tyłu.

Trudno mi się opędzić od myśli, że polski rząd od dłuższego czasu pracował nad uprzężą, którą następnie na siebie założył, a lejce oddał Brukseli. Jeśli ustawa o SN, która ma „utorować drogę do kompromisu z KE” wejdzie w życie, prawdopodobnie czeka nas chaos i rzeź sędziów, którzy zaufali po 2015 roku reformie sądownictwa, a jeśli się nie uda, histeria pt. „PiS zabrał pieniądze”. Długo by pisać, sporo już o temu poświęciłem czasu. Tak czy siak, w to, że będą z tego jakieś pieniądze (przypominam, że zgodziwszy się na KPO, już zaczęliśmy to spłacać) zdają się niespecjalnie wierzyć nawet członkowie partii rządzącej. A i Bruksela nie bez powodu tuż po sejmowym głosowaniu w sprawie ustawy o SN wysyła nieoficjalny sygnał – „a nie nie, teraz ustawa wiatrakowa…”. Wydaje się, że ten rząd nie znajduje się obecnie u szczytu pasma sukcesów.

Opozycja?

Ktoś powie – no dobrze, ale od tego mamy opozycję, żeby przygotowawszy uprzednio odpowiedni program, powoławszy odpowiednich ludzi, dała nadzieję na nowe otwarcie. Niestety, bardzo mi przykro, jeśli z codziennego opozycyjnego bełkotu w mediach można wyekstrahować jakiś program, to jest to program likwidacji państwa (CBA, IPN itd.), prywatyzacji wszystkiego co się rusza, likwidacji 500+, podniesienia wieku emerytalnego, nauczania masturbacji w szkołach i pozakonstytucyjnych rozwiązań siłowych. Czyli program wpędzenia Polaków na powrót w rolę taniej siły roboczej, laboratorium eksperymentów społecznych i rynku zbytu dla innych. Rola przewidziana dla Polski to nawóz dla przyszłego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich lub, jak wolą niektórzy – IV Rzeszy. Zakładając nawet, że jest to program atrakcyjny dla kogokolwiek z jaką taką zawartością puszki mózgowej, to co takiego robi opozycja, żeby przekonać do siebie Polaków? Przedstawia jakieś programy? Koncepcje reform? A skąd, opozycji wydaje się, że wystarczy pomoc „starszych kolegów”, szczucie na inaczej myślących, filmiki z Tuskiem na TikToku i kilka grubszych żartów przechodzonego „byłego premiera”, który sprawia wrażenie jakby ktoś go zamroził w 2014 roku, a po rozmrożeniu zapomniał poinformować, że jednak minęło tych kilka lat. Otóż może nie wystarczyć.

Niemcy? UE?

Tu znowuż ktoś może zauważyć – no dobrze, skoro są jacyś „starsi koledzy”, którzy niewątpliwie mają wystarczająco dużo siły by nas krzywdzić, to może jednak powinni sprawować nad nami realną władzę i nie ma co się szarpać? Nie będzie suwerenności, ale będzie jaki taki spokój i jaki taki „dobrobyt”. Rzeczywiście, „starsi koledzy” ciągle mają możliwość sprawiania nam kłopotów, ale znów, zwolenników takiej tezy muszę bardzo zmartwić. Niemcy to oczywiście wciąż potężny kraj, ale dawno nie byli tak słabi i to na różnych płaszczyznach, gospodarczej, wizerunkowej, społecznej, każdej. Można by zaryzykować tezę, że w wyniku własnych błędnych decyzji minęli już szczyt swojej potęgi i raczej staczają się po równi pochyłej. A Unia Europejska? Litości, na Polsce może się jeszcze powyżywać, ale dziesięciolecia rozrodu wsobnego na brukselskich korytarzach, doprowadziły do umysłowej atrofii i braku umiejętności weryfikacji błędnych założeń. Tak jak UE przed wojną pędziła w imię ideologicznego zaślepienia na ścianę gospodarczej katastrofy, tak po wybuchu wojny jeszcze przyspieszyła. Pytanie tylko kiedy katastrofa nastąpi i kogo za sobą pociągnie. A jeszcze nie wiadomo jaki zasięg obejmie i czym się skończy afera korupcyjna.

Rosja?

Komu innemu może się z kolei przyśnić Rosja, „Trzeci Rzym”, „ostatnia reduta konserwatyzmu” (światowy lider mordowania nienarodzonych). Błagam… Trudno powiedzieć, czy to w co wdepnęła Rosja jest efektem obłędu, czy złej oceny sytuacji Władimira Putina. Dość jednak, że człowiek, który był bliski zbudowania eurazjatyckiej osi Moskwa-Berlin, rozciągającej się od Władywostoku po Lizbonę, spuścił swoje „imperium energetyczne” w wyniku tyleż zbrodniczej co durnej inwazji na Ukrainę, w geopolitycznym klopie. Tak, oczywiście, że Rosji pozostaje więcej możliwości niż by chciały hurraoptymistyczne w tym zakresie „wiodące media”. Oczywiście, że Rosja prawdopodobnie zdąży przelać jeszcze wiele krwi. Ale, to, że szybko przejada gromadzone przez lata zasoby, które nie będzie łatwo odbudować, jest faktem. To, że rozpada się jej strefa wpływów, a na Kremlu rozpoczęły się walki buldogów pod dywanem, również jest faktem. Wiele wskazuje na to, że na Kremlu zapadła decyzja o wejściu w co najmniej nową „zimną wojnę” z Zachodem. Zapewne pomoże to za nową „żelazną kurtyną” przez jakiś czas zachować jaką taką spójność wewnętrzną, ale jak zimna wojna i wyścig zbrojeń skończył się dla Związku Radzieckiego? A jak skończy się dla słabszej Rosji w starciu z oczywiście również słabszym, ale jednak posiadającym wielokrotnie większe zasoby i potencjał Zachodem?

Leśniczy

Tę listę można by ciągnąć dalej, ale i bez tego tekst jest znowu za długi. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że zbliżamy się do jakiegoś przesilenia. Mamy niewątpliwie sytuację kryzysową, rzeczywistość wymusza na fircykach porzucenie postpolityki i zakasanie rękawów. Mimo to zarówno główni, jak i drugoplanowi aktorzy zdają się nie dorastać do swoich ról.

I jak tu nie zadawać sobie pytania, parafrazując znany, choć mało śmieszny dowcip, czy nie pojawi się w końcu jakiś leśniczy, który rozpędzi to po kątach, uznając, że ma wystarczająco dużo siły żeby „zaprowadzić porządek”?

O niuansach w społecznym przekazie pisze CEZARY KRYSZTOPA: Zakaz wątpliwości

Prowadziłem ostatnio na Twitterze pewną dyskusję. Temat dyskusji nie jest w kontekście tematu, który chce poruszyć taki istotny, ale dla pełnego obrazu napiszę, ze dotyczyła planów przekazania przez Polskę Ukrainie Leopardów.

Jestem zwolennikiem pomocy Ukraińcom na różnych poziomach. Sam używam argumentu o tym, że lepiej, aby nasz sprzęt osłabiał Rosjan za Dnieprem, niż gdyby musiał na Bugu. Prywatnie też przyjmowaliśmy Ukrainki uciekające przed wojną w mieszkaniu po babci. Z drugiej strony uważam, że skoro wojna nie jest grą na konsoli, tylko może realnie dotknąć na przykład naszych dzieci, mamy obowiązek brać pod uwagę nie tylko optymistyczne, ale również pesymistyczne scenariusze. Dlatego nasza pomoc nie może przekraczać granicy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów. A dziś po oddaniu kilkuset sztuk ciężkiego sprzętu, w tym wielu czołgów, Leopardy są filarem naszych wojsk pancernych (tak, chodzi o kompanię, czyli maksymalnie kilkanaście czołgów, ale my już oddaliśmy sporo, a zanim uzupełnimy braki minie przecież jakiś czas i kto nam zagwarantuje, że jeśli PiS nie utrzyma władzy, to zakupy nie pójdą do szuflady?). Podobne opinie wyrażali również eksperci, tym bardziej ośmieliłem się w dość łagodnych słowach wyrazić wątpliwość.

Pewne zjawisko

Rany, co to się zaczęło, zostałem i ruską onucą i szurem i nie pamiętam kim tam jeszcze. Ale nie o to chodzi, po szkole Salonu24 nie unikam nawet i ostrej dyskusji, a przecież wielu dyskutowało ze mną również grzecznie i nikomu nie ośmieliłbym się odmówić prawa do własnego zdania. Rzecz w czym innym. Przy okazji bowiem ułożył mi się w głowie obraz pewnego zjawiska, które przecież nie zaczęło się wczoraj, ale jakby nabiera rozpędu.

Ostatnio można je było zaobserwować w ogniu wojny o COVID-19. Opinia publiczna podzieliła się na dwie ostro skonfliktowane grupy (z chlubnymi wyjątkami rzecz jasna), które (a obrywałem od obydwu, więc wiem o czym mówię) nie potrafiły znieść żadnych wątpliwości. Jeśli ktoś jakąś wyraził, zostawał mordercą, terrorystą lub zajobem. Uczciwie trzeba przyznać, że tylko jedna z tych grup dysponowała absolutną przewagą medialną, polityczną i finansową.

Ani „won!” ani „hura!”

Teraz podobne zjawisko obserwuję w kwestii wojny na Ukrainie. Jedni wołają „ukry won”, bez sensu przecież, bo w tym miejscu mapy i czasu w jakim się znajdujemy, warunkiem naszego istnienia jest nasza aktywność i budowanie wpływów w regionie, a jakby to brutalnie nie zabrzmiało, ta wojna, choć straszna jak każda wojna, zupełnie przebudowała międzynarodową układankę na naszą korzyść.

Inni znów gotowi byliby oddać Ukrainie wszystko. Ja rozumiem ludzki odruch serca, ale w polityce nie o to chodzi. Naszą optyką musi być zawsze optyka polska, a naszym aksjomatem nasz interes narodowy. A, że znajdujemy się na etapie tzw. „ciekawych czasów”, to poszukiwanie właściwiej ścieżki na drodze do jego realizacji, z pewnością nie jest łatwe i musi być skomplikowane, nie da się go streścić ani słowem „won!”, ani słowem „hura!”. To nawet nie taniec na linie, to taniec na stojących na sztorc szablach.

I wiecie co? Przede wszystkim nie da się jej odnaleźć zagłuszając wątpliwości. Pozbawieni wątpliwości jesteśmy skazani na sklerozę, odporność na argumenty, złą ocenę sytuacji, a ostatecznie na podejmowanie niewłaściwych decyzji.

Agentura wpływu istnieje realnie, kiedyś łatwo dało się wychwycić rusycyzmy w komentarzach, dziś lepiej się wyszkolili, ale naprawdę, nie każdy kto ma wątpliwości to zaraz „ruska onuca”, nie dajmy się zwariować.

CEZARY KRYSZTOPA: Dupniak na wysokim szczeblu

11 stycznia ma się w Sejmie ponownie rozstrzygać sprawa ustawy, która ma nam „otworzyć drogę do pieniędzy z KPO poprzez realizację tzw. kamieni milowych” dotyczących sądownictwa. Według niektórych ustawa musi być przyjęta kropka w kropkę w konkretnym brzmieniu, ponieważ tak to zostało uzgodnione z Brukselą. Oczywiście w żadnym wypadku ustawa „nie została napisana w Brukseli”, „napisaliśmy ją sami”, ale sami jej sobie zmienić nie możemy.

Ustawa nie tylko przenosi sprawy dyscyplinarne sędziów z Sądu Najwyższego do Naczelnego Sądu Administracyjnego, na niekonstytucyjność którego to rozwiązania zwracają eksperci, ale też uderza w ważną konstytucyjną prerogatywę Prezydenta RP powołującego sędziów, wprowadzając możliwość wzajemnego kwestionowania statusu sędziego. Biorąc pod uwagę stopień histerycznego zrewoltowania sporej części nadzwyczajnej kasty, nietrudno sobie wyobrazić, że po otrzymaniu takiego narzędzia karania mniej zaangażowanych kolegów, zajmie się dintojrą. Ostatecznie udowodniła już, że nawet sprawy „gangów obcinaczy palców” jej od tego celu nie odwiodą.

„Musimy zakończyć konflikt”

Premier Morawiecki przekonuje, że „musimy zakończyć konflikt z Brukselą”, że wojna i że „środki z KPO oznaczają więcej pieniędzy na polską armię”. Z kolei Bruksela najwyraźniej wcale nie uważa, że „musi zakończyć konflikt z Warszawą” (przeciwnie, z determinacją go eskaluje), a w KPO, które dokładnie rozpisuje na co mają pójść pieniądze, nie ma ani słowa o polskiej armii (w sporej części są to, w kryzysowej sytuacji potrzebne nam jak dziura w moście, zielone fanaberie, które już entuzjastycznie finansujemy bez gwarancji, że UE kiedykolwiek zwróci nam pieniądze). Tyle tytułem rekapitulacji faktów.

Nie zgadzam się z tym, że warto płacić suwerennością za kredyty, które i bez tego musimy spłacać. To chyba najgłupsza „umowa kredytowa” na świecie. Koszty takiej transakcji występują w o wiele dłuższej perspektywie niż potencjalne „zyski”. Załóżmy jednak nawet przez chwilę, że warto, to skąd założenie, że jakieś wypłaty zależą od stopnia naszego rozpłaszczenia się u stóp unijnych komisarzy? Rezygnacja z weta i zgoda na „mechanizm warunkowości” nie spowodowały zakończenia konfliktu, podpisanie kuriozalnych „kamieni milowych”, do których nikt się dzisiaj nie przyznaje, nie przybliżyło wypłaty środków. Jestem głęboko przekonany, że jeśli nawet zdestruujemy sobie tą ustawą fundamenty państwa i wyciągniemy błagalnym gestem rękę po pieniądze, usłyszymy tylko kolejne wytyczne. Poniekąd słusznie, skoro podpisaliśmy kilkaset „kamieni” legalizujących wcześniej pozbawione podstawy prawnej żądania. Usłyszymy pytania o to czy już obłożyliśmy dodatkowymi podatkami samochody spalinowe, czy zmieniliśmy już regulamin Sejmu (w głowie się nie mieści, że ktoś mógł to podpisać), albo też czy wystarczająco gorliwie masujemy nadzwyczajną kastę, bo ostatnio skarżyła się, że niewystarczająco.

Co leży na stole

Taki kompromis to fajna rzecz. Lepiej żyć w zgodzie niż w konflikcie. Pieniądze też fajna, z punktu widzenia państwa może i fajniejsza. Ale żadne z dotychczasowych doświadczeń w „negocjacjach” z Komisją Europejską, nie pozwalają sądzić, że w ogóle leżą na stole. Za to wszystko wskazuje na to, że Bruksela nie chce żadnego kompromisu z Warszawą, jej celem nie jest kompromis, a przewrócenie za wszelką cenę rządu stanowiącego zagrożenie dla idei Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. KE gra z nami w dupniaka i niestety wygrywa.

HUBERT BEKRYCHT: Czego i sobie (nie) życzę…

Nadszedł wreszcie, ale nic się w nim nie zmieni, jeśli my się nie zmienimy. Czy rok 2023 ma jakąś cudowną moc, która przepędzi zło całego świata? Nie, po prostu rok 2022 był pod wieloma względami szczególnie zły.

Należy jednak oddzielić sytuację międzynarodową spowodowaną rosyjską napaścią na Ukrainę oraz kryzys gospodarczy od tego, co nam się zdarzyło w życiu. Nie mamy jeszcze wojny, nie przymieramy głodem, jest prąd, w domach ciepło… Trudny czas na świecie powoduje, jak w mijających miesiącach, bezprzykładną międzyludzką Solidarność. Tak było w minionym roku.

W mediach było w 2022 roku różnie – histerycznie, jak w polityce; patriotycznie, jak w życiu społecznym; wróżbiarsko, jak w gospodarce; specjalistycznie i ekspercko, jak w piłce nożnej.

Ten rok, 2023, może być dla mediów wolnego, demokratycznego świata przełomowy. Trzeba jednak podwyższyć poziom komunikowania się z odbiorcą. Nie można posługiwać się, jak od kilku lat, fake newsami, które kilka dni po publikacji będą powoli wycofywane, a „winę” zrzuca się na inne publikatory. Ludzie, być może, to jeszcze kupią, ale za kilka lat nikt już nie uwierzy w redakcyjne słowo pisane i mówione.

W mediach społecznościowych, zamiast wierzyć lub nie wierzyć miliarderom trzeba w końcu przestać nurzać się w pogłoskach i na nie odpowiadać. Same internetowe enuncjacje nie zmieniają świata. Robią to potwierdzone informacje.

Zrezygnujmy w mediach z przedstawiania świata poprzez okulary prasy bulwarowej. Plotkarskie portale nie zastąpią rzetelnych wiadomości. Powtórzyć należy, że tabloidyzacja rzeczywistości w końcu wzbudzi lęk odbiorców i media publikujące półprawdy w końcu upadną, tylko koszt społeczny tego procesu będzie ogromny.

Nie wstydźmy się swoich poglądów. Dziennikarz powinien je mieć i – poza czystą informacją – powinien używać mózgu i swoich zasad a nie tylko algorytmów popularności mediów, dla których pracuje.

I chyba najważniejsze, przestańmy w końcu ciągle zajmować się innymi mediami. Nie bądźmy społecznymi kanibalami, bo w końcu zjemy siebie i nasz dorobek.

Czego w Nowym Roku 2023 dziennikarzom, pracownikom redakcji, właścicielom mediów, politykom i sobie życzę.

 

O łamaniu stereotypów pisze CEZARY KRYSZTOPA: Czkanie Babilonu

Nie, nie namawiam do zaufania wobec multimiliarderów. To się może źle skończyć. Nigdy nie wiadomo jakie rzeczywiste intencje nimi kierują, a niejeden kto by im zaufał, zimą by w sandałach chodził. I w sumie pewnie chodził.

Nie wiem również czy Elon Musk jest dobrym szefem Twittera. Ja przez miesiąc nie dostawałem kodów weryfikacyjnych do podwójnego logowania, co mi logowanie uniemożliwiało. To zjawisko zresztą miało o wiele szerszy zasięg. Czy wynikało ze złego zarządzania? Z sabotażu nienawidzących nowego szefa pracowników? A może pewien okres chaosu jest nieunikniony podczas tej zmiany i świadczy o tym, że jest to zmiana realna, a nie pudrowanie neomarksistowskiego cenzora? Nie wiem.

Nagonka

Jednak nagonka jaka rozpętała się wokół Elona Muska wygląda dziwnie znajomo, a jej zapiekły prymitywizm każe zadawać sobie pytania o to co jest jej rzeczywistą przyczyną. Ostatnio na przykład Dmitrij Miedwiediew napisał na Twitterze przydługi wątek – prognozę polityczną na 2023 rok. Śmieszną jak cała rosyjska propaganda. Odniósł się do tego Elon Musk – Epicki wątek – napisał, bo i w swoim absurdzie był epicki. W innym tweetcie zawarł już bardziej oczywistą szyderę. Ale to nie wystarczyło. Legion lewackich żywych trupów, już poniósł pociągając nogami monotonne zawodzenie „patrzcie jak Musk wspiera ruskich”. I bynajmniej nie chodzi tu o jakieś bezimienne trolle, były też i takie, ale na czele pochodu „walkig dead” szeroką ławą kuśtykał kwiat liberalno-lewicowego zachodniego dziennikarstwa.

Czy Elon Musk mógłby bardziej uważać zdając sobie sprawę z tego, że każdy pretekst zostanie wykorzystany, żeby mu przyłożyć? Pewnie mógłby, może ktoś powinien mu w tym zakresie doradzać, myślę, że go na to stać. Jednak jako żywy i dość impulsywny człowiek, którego memy na Twitterze sprawiają wrażenie jakby sam je robił w Paincie, najwyraźniej zakłada, że ciągle wolno mu to co każdemu Twitterowiczowi. W tym założyć, że nie musi dodawać specjalnej ikonki, żeby ktoś zrozumiał jego ironię.

Całe to wydarzenie ani nie jest najważniejsze, ani w ogóle w sprawie z Elonem Muskiem szczególnie istotne. Jest tylko jedną z ostatnich jego ilustracji. Wokół niego rozkręcił się już cały przemysł nienawiści z udziałem największych mediów i inżynierów społecznych. Ludzie, wydawałoby się rozsądni, powtarzają jak katarynki jakieś kompletne emocjonalne bzdury na jego temat. Całkiem jak to się wcześniej działo z Trumpem, czy Kaczyńskim.

Wiadomo, Zachód żyje w społeczeństwie kastowym. Na najniższym szczeblu drabiny społecznej znajdują się niedotykalni konserwatyści, którym można zrobić wszystko. Ale Elon Musk nie jest nawet jakimś szczególnym konserwatystą. Jego firma produkująca samochody elektryczne żyje sobie jak pączek w maśle w matrixie „progresywnych” guseł. Sam kiedyś wyjaśniał, że to nie on jest „alt right”, bo stoi tam, gdzie stał, tylko raczej spora część świata poszła sobie na lewo, gdzieś w krzaki. A jednak to, że poważył się na rzecz straszną, na uczynienie wyłomu w trzymającym światowy przepływ informacji i opinii w sieci za mordę, triumwiracie lewackich cenzorów, kupił Twitter i jeszcze zapowiedział wprowadzenie (co by to nie miało znaczyć) „wolności słowa”, wystarczyło, żeby sfora ruszyła. I dzisiaj Musk jest zwierzyną łowną.

Babilon szuka wrogów

Na pewno nie jest mu teraz łatwo. Na razie próba przebudowy struktury Twittera wywołała niemały bałagan i dała pretekst do czkającego z nadmiaru schadenfreude rechotu „wiodących mediów”. Sam wiem jak podobne (choć oczywiście w zupełnie innej skali) nagonki, potrafią przygiąć do ziemi. Notowania Tesli w ostatnich miesiącach również nie napawają szczególnym optymizmem.

A jednak, tak sobie myślę, że jeżeli to przetrwa i nie uda się go zatłuc, to lewacki Babilon może w jego osobie zyskać potężnego i mocno zmotywowanego wroga.

P.S. W odpowiedzi na mój felieton Twitter, najwyraźniej po to, żeby nadać mu nowych znaczeń, wyleciał w kosmos;)

No to się na święta porobiło – CEZARY KRYSZTOPA bezradny?

Są takie wydarzenia, wobec których jako satyryk staję bezradny. Nawet podejmuję jakieś próby komentarza, ale czasem wydarzenie samo w sobie jest żartem tak idealnym, że w zasadzie żadnego komentarza nie potrzebuje. Jednym z takich wydarzeń, absolutnie idealnych, bardzo trudnych do skomentowania, jest przypadek gen. Jarosława Szymczyka, komendanta głównego polskiej Policji, któremu udało się odpalić w gabinecie granatnik RGW-90.

Mam wrażenie, że szczegółów wydarzenia nie znamy. Gdzieś przez media przewinęła się wersja, że komendant miał wycelować granatnikiem w drzwi, po czym przez przypadek go odpalił. Z kolei według wersji podawanej mediom przez samego komendanta, do przypadkowego odpalenia miało dojść podczas przestawiania „prezentów od ukraińskich kolegów”. Przy czym, sam szef policji miał być przekonany o tym, że urządzenie jest niegroźne, ponieważ Ukraińcy zapewnili go, że jest przerobiony na głośnik. No i rzeczywiście, „nagłośnienie” okazało się być potężnej mocy. Jeszcze większe „jaja” wystąpią jednak, kiedy któryś z ukraińskich żołnierzy wyceluje swój granatnik w rosyjski wóz opancerzony, a z otworu wylotowego zamiast granatu, popłynie muzyka.

Nie ma co się pastwić

Być może jest też tak, że nie znamy jakichś okoliczności świadczących na korzyść komendanta. Nie chcę się tutaj też nad nim pastwić. Wydaje mi się jednak, że niezależnie od okoliczności, kwestia śmieszności na jaką cała sytuacja naraża jego urząd, spowoduje, że jego dymisja zostanie wymuszona. I rzecz jedynie w tym, ile czasu sprawa będzie trwała i jakie szkody wizerunkowe jeszcze wygeneruje.

To rzeczy dość oczywiste. Chciałbym jednak zwrócić Waszą uwagę, w jak dramatycznym świetle stawia to ostatnią relację Krystyny Jandy, tradycyjnie represjonowanej przez siepaczy reżimu:

– Dziś rano badano mnie alkomatem. Moim zdaniem czekali na mnie. Pewnie przed wyborami dobrze byłoby kilka osób złapać na czymś kompromitującym – poskarżyła się ostatnio artystka „Wysokim Obcasom”.

No i kto teraz byłby gotów ręczyć, wobec niejasności związanych ze sprawą granatnika – głośnika, że to na pewno był alkomat?!