TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nie tylko Kukliński

Zdzisław Rurarz, dyplomata, ekonomista, wykładowca SGPiS, autor książek, ambasador PRL w Japonii. I Romuald Spasowski, ambasador PRL w Argentynie, Indiach i dwukrotnie w Stanach Zjednoczonych. Obaj na wieść o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego poprosili o azyl polityczny. Obaj zmarli w amerykańskim stanie Wirginia.

Zdzisław Rurarz (ur. 24 lutego 1930 w Pionkach), magisterium uzyskał w Szkole Głównej Służby Zagranicznej, a doktorat w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (w obu przypadkach kończył Wydział Handlu Zagranicznego). Tytuł jego pracy doktorskiej brzmiał: „Rola zewnętrznych źródeł finansowania rozwoju gospodarczego krajów słabo rozwiniętych”, a habilitacji: „Ekspansja kapitału USA”.

                                                                  Komu Pan służy?

W 1945 r. wstąpił do Związku Walki Młodych, w 1946 r. do Polskiej Partii Robotniczej. W 1954 r. został członkiem Komitetu ds. Nauki przy Biurze Politycznym KC PZPR. Od 1956 r. pracował w Ministerstwie Handlu Zagranicznego – najpierw jako naczelnik Wydziału Amerykańskiego, później naczelnik Wydziału Północnoamerykańskiego, ostatecznie doradca ministra. W latach 1962-1966 attaché handlowy przy Biurze Radcy Ekonomicznego Ambasady w Waszyngtonie, a w latach 1969-1971 reprezentował PRL przy Biurze ONZ w Genewie. Od września 1971 do grudnia 1972 był członkiem zespołu doradców ekonomicznych Edwarda Gierka. W latach 1976 – 1981 szefował Zespołowi Doradców Ekonomicznych Ministra Spraw Zagranicznych.
6 lutego 1981 r. Rurarz został nominowany ambasadorem PRL w Japonii, akredytowanym także na Filipinach. Po ogłoszeniu stanu wojennego, 23 grudnia 1981 r. schronił się w ambasadzie USA w Tokio prosząc o azyl polityczny. Kiedy informacje o jego ucieczce dotarły do Polski, został przewieziony wraz z rodziną do USA, gdzie mieszkał do końca życia.

W liście otwartym do Wojciecha Jaruzelskiego pozostawionym w Tokio napisał: „Panie Generale, wydając rozkaz użycia Wojska Polskiego przeciwko polskiemu narodowi, zapewnił Pan sobie miejsce w naszej krwawej historii jako oprawca tegoż narodu. […] Czyżby Pan, Generale, był tak naiwny, że nie zdaje sobie sprawy z faktu, komu Pan służy?”.

Człowiek niezłomnych zasad

Z powodu ucieczki Rurarza do USA PRL-czycy odebrali mu obywatelstwo, skonfiskowali majątek i… skazali (zaocznie) na karę śmierci „za zdradę ojczyzny”. W USA wystąpił przed komisją Kongresu, potępiając politykę Jaruzelskiego, a wprowadzenie stanu wojennego określił „wypowiedzeniem wojny narodowi przez rząd”. Wzywał polityków amerykańskich do wprowadzenia sankcji ekonomicznych wobec PRL-u.

Po 1989 r. sądy III RP zamieniły Rurarzowi karę śmierci na 25 lat pozbawienia wolności, a potem skasowały wyrok, nie postanawiając jednak o zwrocie majątku. Dyplomata – uciekinier z nieufnością podchodził do przemian w Polsce, dlatego nigdy nie wrócił do Ojczyzny obawiając się o życie. Również po śmierci uhonorowały go nie władze polskie, ale amerykańskie.

Ambasador USA w Polsce Victor Ashe stwierdził: „Ambasador Rurarz był człowiekiem niezłomnych zasad, który w czasie trudnym dla Polski podjął niełatwą decyzję, by twardo bronić swoich przekonań, i zostanie zapamiętany dzięki swojej odwadze”. Zdzisław Rurarz ostatnie lata życia spędził w Reston w Wirginii, gdzie zmarł 21 stycznia 2007 r.

                                           Nie mogę reprezentować

Romuald Spasowski (ur. 20 sierpnia 1921 w Warszawie) był synem marksistowskiego filozofa Władysława, który wpoił mu poglądy komunistyczne. Zapewne dlatego młody Romuald wstąpił w czasie II wojny światowej do Polskiej Partii Robotniczej.

Po zakończeniu wojny i zaliczeniu sowieckich kursów, został współpracownikiem komunistycznego kontrwywiadu wojskowego (bezpieka wojskowa), oddelegowanym m. in. na stanowisko szefa Polskiej Misji Wojskowej ds. Zbadania Niemieckich Zbrodni Wojennych. W ramach funkcji dyplomatycznych, prócz pracy w warszawskiej centrali MSZ, od 1947 r. Spasowski pracował w Düsseldorfie, Londynie i Buenos Aires. W latach 1955–1961 był ambasadorem w Waszyngtonie, potem w Indiach, akredytowanym w Nepalu, Singapurze i Cejlonie.
1 grudnia 1977 r. został po raz drugi ambasadorem w Waszyngtonie. W grudniu 1980 r. odbył z żoną tajną podróż do Watykanu, gdzie spotkał się z papieżem Janem Pawłem II. Spasowski wskazywał później, że wizyta ta miała decydujący wpływ na jego dalsze życie. Spasowski ochrzcił się w 1985 r.

21 grudnia 1981 r. poprosił o azyl polityczny. „Nie mogę dalej reprezentować władzy odpowiedzialnej za akty brutalności i przemocy. Zwróciłem się do rządu Stanów Zjednoczonych o ochronę i udzielenie azylu politycznego mnie i mojej rodzinie” – takie oświadczenie złożył 22 grudnia 1981 w Departamencie Stanu USA.

                                                         Parasol Reagana

O decyzji przesądziły informacje o zabiciu 9 górników w kopalni „Wujek”.
– W Polsce panuje junta wojskowa, która wypowiedziała wojnę polskiemu narodowi, która bezceremonialnie i kierując się rozkazami z zewnątrz działa przeciwko narodowi – mówił w wywiadzie z Janem Nowakiem-Jeziorańskim na antenie Radia Wolna Europa. – Jestem absolutnie przekonany, że Jaruzelski odgrywa w tej tragedii narodu polskiego jak najbardziej negatywną rolę.
Prośbę o azyl przyjął prezydent Ronald Reagan, przyjmując Spasowskiego i jego żonę w Białym Domu. Kiedy były ambasador opuszczał budynek w strugach deszczu, Reagan niósł nad głową państwa Spasowskich parasol.

Romuald Spasowski przekazał Amerykanom wiele informacji dotyczących polskiej ambasady w USA, m.in. o zabezpieczeniach i szyfrowaniu informacji. Był również sporadycznie wykorzystywany w charakterze eksperta w sprawach polskich. Utrzymywał się z wykładów.

W odpowiedzi komuniści skazali go zaocznie na karę śmierci za zdradę. 4 października 1982 r. taki wyrok wydała Izba Wojskowa Sądu Najwyższego, pozbawiając go również praw publicznych na zawsze oraz przepadek mienia. 30 października 1985 r. Rada Państwa odebrała mu także obywatelstwo polskie.
Romuald Spasowski został uniewinniony w 1990 r., a trzy lata później przywrócono mu polskie obywatelstwo. Do Polski nigdy nie przyjechał obawiając się o życie. Utrzymywał się z prowadzenia wykładów. Zmarł 11 sierpnia 1995 r. w Oakton w stanie Wirginia.

– Zawiniłem dużo wobec narodu polskiego przyłączając się do komunistów, tak święcie uważam – mówił w wywiadzie dla Jacka Kalabińskiego, amerykańskiego korespondenta RWE.

Specjalnie dla sdp.pl szczuje CEZARY KRYSZTOPA: Temida, bierz go!

Nieco nam ostatnio spowszedniał temat „nadzwyczajnej kasty”. Bo i cóż mogłoby nas zaskoczyć po złodziejach kiełbasy, karuzeli z kamienicami i dobroczyńcach Gangu Obcinaczy Palców? Zjadacze majtek? Sądowa trupa żonglerów im. Lecha Falandysza?

Niczemu nie umniejszając powagi, żeby nie napisać, grozy, przyzwyczailiśmy się do sędziów i prokuratorów otwarcie uprawiających politykę, donoszących na własną ojczyznę, aktywnie zabiegających na zagranicznych dworach o zemstę na jej „niewdzięcznych” obywatelach, otwarcie podnoszących rokosz przeciwko legalnym instytucjom państwa polskiego, czy iustytuujących się bezwstydnie z politykami po knajpach.

Najwyraźniej jednak „nadzwyczajna kasta” tego przedłużającego się poczucia opadania emocji, nie była w stanie znieść. I postanowiła podkręcić temperaturę.

Wyroki

Na początek okazało się, że znieważanie polskiego munduru przez Barbarę Kurdej-Szatan to nic takiego. Aktoreczka spokojnie może wyzywać  funkcjonariuszy Straży Granicznej oraz – w anturażu najbardziej odrażających przekleństw – nazywać ich „maszynami bez serca, mózgu i bez niczego, ślepo wykonującymi rozkazy”. Być może jako okoliczność łagodzącą potraktowano wkład jaki wniosła w promocję nadwiślańskiej myśli aktywistycznej w białoruskiej reżimowej telewizji Łukaszenki i Putina.

Następnie okazało się, że Magdalenie Ogórek i Rafałowie Ziemkiewiczowi nie wolno odnosić wrażenia względem aktywistki Elżbiety Podleśnej. Wszyscy wiemy jak niebezpieczne mogą być wrażenia rodzące się w głowach nieautoryzowanych pod kątem zawartości certyfikowanych światopoglądów.

Na koniec sąd uniewinnił był Pawła Kasprzaka, który sam o swojej zorganizowanej podczas lockdownu inbie, pisał, że „znieważył i naruszył nietykalność cielesną policjanta”.

A to tylko wyciąg z co głośniejszych medialnie spraw. W istocie należałoby do nich dodać uniewinnioną kierowniczkę IKEI, która zwolniła pracownika po zacytowaniu przez niego fragmentów Pisma Świętego na zamkniętym forum, wyroki łaskawe dla aktywistów wspomagających przemyt ludzi przez granicę, sprawę Sadurskiego itd. itp.

Linia orzecznicza

Mówiąc brutalnie – nie spodziewajmy się, że ktokolwiek cokolwiek z tym zrobi – rządzący zafiksowali się na celu w postaci pieniędzy z UE, których nie dostaniemy właśnie dlatego, że na każdym kroku okazujemy słabość – i są na etapie uświęcenia wszelkich rozpaczliwych środków.

Natomiast, biorąc pod uwagę, że próbka badawcza jest już przecież spora, możemy się pokusić o ekstrapolację linii orzeczniczej, która się z niej wyłania. Jakąż to zasadą kierują się sądy pod przewodem „nadzwyczajnej kasty”? Dlaczego jednym wolno obrażać czy naruszać nietykalność cielesną, a innym nie wolno nawet „mieć wrażenia”? Chodzi może o praworządność, czy też którąś z wolności obywatelskich? No, ale te dotyczyłyby wszystkich po równo. Nie, jedynym logicznym wnioskiem, jest to, że chodzi absolutnie i wyłącznie o czysty środowiskowy kalizm na zasadzie „święci celebryci i błogosławieni aktywiści być dobrzy, bo nasi, a nie-nasi być źli i my ich zjeść”. I myliłby się ten, kto by sądził, że chodzi o „złych pisiorów”, to już zaszło znacznie dalej. Znieważani strażnicy czy policjanci nie muszą nimi być i bardzo możliwe, że nimi nie są. Wypełniając obowiązki stanęli jednak na drodze „rewolucji”, co przypieczętowało ich los.

Witamy w świecie, w którym połowa społeczeństwa nie podlega ochronie prawnej i z mocy sądu, można jej zrobić… no, jeszcze nie wszystko, ale sytuacja jest rozwojowa.

WALTER ALTERMANN: Wytrąbione rakiety, faworyci i inne dziwne przypadki

Portal TVP Info 4 XII 2022 r. zamieścił informację o nielojalności wobec Polski pani Christiny Lambrecht, minister obrony Niemiec. Oto cytat: „Podły faul minister Lambrecht”. „Bild” ujawnia szczegóły rozmów z Polską ws. Patriotów.

Niemiecka minister obrony Christine Lambrecht złamała poufność negocjacji z Warszawą w sprawie rozlokowania w Polsce niemieckich baterii rakiet Patriot. To „podły faul” pani minister – pisze „Bild am Sonntag”. Zdaniem niemieckiej gazety Lambrecht złamała dane Warszawie słowo „dla własnego PR”.

Co zrobiła minister?

Jak informuje „BamS” polska strona apelowała do Berlina o zachowanie poufności w kwestii dostarczenia do Polski baterii Patriot. Gazeta cytuje treść maila, który do niemieckiego MON miał wysłać 18 listopada Piotr Pacholski, dyrektor departamentu polityki bezpieczeństwa międzynarodowego w resorcie Mariusza Błaszczaka. „Propozycja Państwa jest przez nas wnikliwie badana”. Zapowiedział, że w poniedziałek 21 listopada nadejdzie prawdopodobnie pierwsza odpowiedź. Jednocześnie chcielibyśmy prosić i zalecamy rezygnację z ujawnienia informacji” – cytuje „BamS” polskiego maila.

„BamS” pisze, że „wola autoreklamy była dla Lambrecht najwidoczniej ważniejsza od prośby o poufne potraktowanie sprawy”. „W poniedziałek rano (21.11.2022) pani minister wytrąbiła ofertę ws. Patriotów w wywiadzie dla »Rheinische Post«” – dodaje niedzielne wydanie „Bilda”

Sprawa jest politycznie przykra, ale nas interesuje tylko ostatnie zdanie powyższego tekstu, a właściwie tylko jedna fraza: „…pani minister wytrąbiła ofertę ws. Patriotów w wywiadzie dla» Rheinische Post«.

Nigdy bym nie przypuszczał, że jakiemuś dziennikarzowi zdarzy się taka gruba pomyłka, wynikająca zresztą – jak większość pomyłek – ze słabej znajomości języka polskiego. Zatem usłużnie wyjaśnimy jak to jest z tym trąbieniem.

Wszelkie trąbienie pochodzi od „trąby”, instrumentu nie cieszącego się w naszym narodzie zbytnim uznaniem. Mamy, na przykład: „Ty, trąbo jerychońska”, co oznacza człowieka niezbyt rozgarniętego, ale głośnego.

Mamy też „trąbić wsiadanego”, bo w dawnym wojsku istniał sygnał grany na trąbce, nakazujący wsiadanie na konie. Później „trąbić wsiadanego” trafił do żargonu pijackiego i oznaczał, że pora wypić ostatnią kolejkę, przed rozstaniem się biesiadników.

Istniej też w języku polskim zwrot „otrąbić”, który znaczy, że można trąbieniem dać sygnał ukończenia czegoś. Jeszcze jedno znaczenie „otrąbić” to: ogłosić coś uroczyście.

Mamy też wyraz „odtrąbić”, niejako bliźniaczy i oznaczający prawie to samo co „otrąbić”. I tak „odtrąbić” to: 1. zagrać jakiś utwór na trąbce lub trąbie; 2. odpowiedzieć na coś trąbieniem; 3. trąbieniem dać sygnał ukończenia czegoś; 4. ironicznie znaczy też: ogłosić coś uroczyście, z nadmierną pompą, przesadą i zadęciem.

I na koniec wróćmy do inkryminowanego zwrotu „wytrąbić”, użytego w tekście TVP Info. Rozumiemy, że redakcja nie musi lubi pani minister Lambrecht, ale sugerowanie, że jest ona alkoholiczką, to gruby nietakt. Skąd taka myśl? Ano stąd, że „wytrąbić” to można duszkiem butelkę wina z gwinta, a nawet pół litra wódki.

Zastanawiałem się wielokrotnie skąd biorą się takie językowe wpadki. I ciągle, nieodmiennie i stale  dochodzę do wniosku, że z nieznajomości frazeologii języka. Czy istnieje jakiś sposób, żeby dobrze nauczyć się rodzimego języka? Niestety tylko jeden, ale wymagający sporo czasu. Trzeba czytać dobrą polska literaturę i zapamiętywać zwroty, i ich znaczenia. A póki co, lepiej lepiej nie używać zwrotów historycznych, jeśli nie jest się pewnym ich brzemienia i sensu. Można też sprawdzać w dobrych słownikach, a nawet należy. Krótko mówiąc, trzeba się nieustannie uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. A jeśli nawet awansowało się w redakcyjnej hierarchii bardzo wysoko, to tym bardziej trzeba się uczyć. W życiu dziennikarza nie ma lekko.

Pewnego razu, przed laty, przyszedł do redakcji pewien młody, oczekujący gazetowej recenzji pisarz. Kiedy delikatnie zwróciłem mu uwagę, że jego opowiadania nie grzeszą dobrą polszczyzną, i że byłoby dobrze, gdyby czytał więcej klasyki. Na co odpowiedział: „Może i tak z tymi moim błędami, ale wie pan, ja teraz tyle piszę, że nie mam już czasu na czytanie”.

Faworyci

Dużą karierę w mediach zrobiło słowo „faworyt”. I jak to u nas zupełnie bez potrzeby, bo bez zrozumienia sensu tego określenia. Faworyt, według słowników, to: 1. kochanek, ulubieniec; 2. osoba typowana na zwycięzcę zawodów sportowych lub innej rywalizacji: 3. w wyścigach: drużyna sportowa, koń, pies typowani na zwycięzcę; 4. dawniej – pasmo zarostu pozostawione na policzku.

Wydawałoby się, że to proste, ale nie, skoro w TVN 24 5 XII 2022 r., można było usłyszeć:

„Polscy piłkarze nie dali rady faworyzowanej Francji”.

I zrobił się problem, bo „faworyzowanie” pochodzi, co prawda od „faworyta”, ale nie oznacza tego samego. Faworyzowanie nie jest zrobieniem z kogoś kochanki lub kochanka. I nie jest stawianiem na faworyta. Według słowników „faworyzować” oznacza: darzyć kogoś względami.

Ściślej i prościej mówiąc, faworyzowanie to obdarzanie kogoś łaską, protekcją i tytułami. Przy czym taki faworyt nie jest godzien zaszczytów, stanowisk, które osiąga dzięki faworyzowaniu. Zresztą, samo pojęcie faworyzowania zakłada jakiś ciemny układ i niedopuszczalne działania.

Czyli, co literalnie wynika z informacji TVN 24, że Francuzi byli w meczu faworyzowani? Czy grali w trzynastu przeciwko jedenastu Polakom? A może ich bramka była mniejsza, może sędzia był przekupiony? Nie, nic takiego nie miało miejsca. Dziennikarce chodziło o to, że Francuzi byli faworytami tego spotkania. A wyszło bez sensu. Dlaczego? Z tego samego powodu, jak we wcześniej opisanym przypadku TVP Info, więc nie będę się powtarzał.

Jedno tylko jeszcze warte jest zauważenia: w dwóch jakże różnych stacjach mamy identyczne przypadki błędów językowych, więc może nie tak bardzo się od siebie różnią? Może jest jakieś pole do kooperacji i pokojowego współistnienia?

Ekspozycja talentów

W czasie Mundialu, sprawozdawca meczu Argentyny z Meksykiem powiedział: „Ta bramka Messiego spowodowała ekspozycję talentów wokalnych kibiców Argentyny”.

Eksponować to można, Szanowny Panie, towar w witrynie sklepowej, a kibice: błysnęli talentami wokalnymi. Albo: objawili swoje talenty wokalne. Mogłoby też być: popisali się talentami… Ale ekspozycja? Toż to nawet na wernisażach, na wystawach sztuki nikt niczego nie eksponuje, a jedynie pokazuje, wystawia.

Słownikowo jest tak, że „eksponować” to: 1. wystawiać na pokaz; 2. wysuwać kogoś lub coś na pierwszy plan; 3. naświetlać błonę fotograficzną, kliszę, film.

Więc skąd sprawozdawca wziął tę „ekspozycję? Dlaczego akurat to słówko przyszło mu najpierw na myśl, a potem na usta? Najprawdopodobniej dlatego, że wydawało mu się ono bardziej światowe. A Mundial też jest światowy, co ma już w nazwie.

Szkoda mi tej naszej polszczyzny-ojczyzny, która po codziennym używaniu jej przez osobników łasych na globalne nowości, na angielszczyznę i na wszelkie neologizmy, wygląda ona jak by ją potrącił autobus, którym jadą dziennikarze sportowi, wszyscy inni dziennikarze, politycy i wszelkich zaszczytnych stopni naukowcy.

 

 

WALTER ALTERMANN: Światowa afera finansowa, czyli mundial w Katarze

Od czasu do czasu światem wstrząsają wielkie afery. Szczególne podniecenie publiczności wywołują afery finansowe, próby wielkiego przemytu narkotyków, gigantyczne łapówki lub nawet zabójstwa uczestników tych wielkich, ale nielegalnych przedsięwzięć gospodarczych. Sporym zainteresowaniem „inteligentnej” części społeczeństwa świata cieszą się też przestępcze działania wielkich koncernów farmaceutycznych, które fałszują dane dotyczące skuteczności produkowanych przez nie leków.

Poruszenie wywołują też wiadomości o śledztwach w sprawie produkcji toksycznej żywności, korupcji przy przyznawaniu kontraktów budowlanych i zbrojeniowych, o fałszowaniu bilansu zysków i strat wielkich przedsiębiorstw giełdowych. Podniecenie publiczności wywołują też informacje o nielegalnej działalności wielkich banków… Długo by wyliczać, co jest przestępstwem na skalę światową, a co ujawnione będzie karane.

Oczywiście nie bądźmy naiwni… wielcy tego świata kombinują na potęgę, i gdy to piszę, to w tym samym czasie z całą pewnością setki dobrze wykształconych głów ekonomistów i menadżerów intensywnie myślą, co by tu jeszcze przekręcić panowie… I z całą pewnością nie o wszystkim się dowiemy, nie wszystko będzie osądzone i ukarane.

A jest właśnie monstrualna afera, z korupcją, łapówkami i.… samozadowoleniem sprawców tej sprawy. I wszyscy niemal bierzemy w tej aferze bierny udział.  Mam tu na myśli Mundial – 22. Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2022 w Katarze. A właściwie sprawa przyznania Katarowi prawa do organizacji tej imprezy.

Żeby to jakoś wyjaśnić, przestawmy głównych bohaterów skandalu.

FIFA – Fédération Internationale de Football Association

Przyznawanie krajom prawa do organizacji mundialu jest w gestii FIFA. A jest to skrót Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej, która jest organizacją pozarządową, zrzesza 211 narodowych federacji piłki nożnej: 185 państw, 3 państwa nieuznawane, 9 autonomii i 14 terytoriów zależnych (według stanu na 13 maja 2016).

Można zatem powiedzieć, że FIFA jest potęgą organizacyjną. FIFA nie podlega żadnej kontroli, choć z powodu zarejestrowania w Szwajcarii, bardzo teoretycznie, władze szwajcarskie mogą wszczynać śledztwa, w przypadkach jakichś nieprawidłowości i nadużyć. Były już przypadki szwajcarskich dochodzeń w sprawie FIFA, ale jakoś nikomu włos z głowy nie spadł. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę, że swoje konta bankowe FIFA ma właśnie w Szwajcarii… nie spodziewałbym się jakichkolwiek wyroków. Szwajcaria od dziesięcioleci słynie przecież z liberalnego podejścia do osób i organizacji mających w tym kraju grube konta.

Kilka lat temu złapano prawie za rękę poprzedniego prezesa FIFA, Josepha Blattera, dla przyjaciół Seppa. Tego potężnego prezesa, wielkiej FIFA dotknęły pierwsze zarzuty zaraz po wybraniu go na przewodniczącego FIFA. Część środowiska piłkarskiego oskarżała Szwajcara o kupowanie głosów. Blatterowi wielokrotnie zarzucano też niegospodarność w zarządzaniu finansami FIFA. Oprócz tego ma także nieprzyjemny epizod związany z piłką kobiecą, którą również zarządzał. Blatter w 2004 roku stwierdził, że aby damski futbol był bardziej popularny, musi być „bardziej kobiecy”. Namawiał do dokonania zmian, do których doszło w żeńskiej siatkówce. Został za tę wypowiedź skrytykowany przez wiele osób.

W 2015 roku Szwajcarska Prokuratura Federalna oskarżyła go o defraudację w kontekście sprzedaży praw telewizyjnych na Karaiby. Spowodowało to masowe wycofywanie się kluczowych sponsorów FIFA, w tym firm Coca-Cola i McDonald’s. W październiku tego samego roku wraz z Michelem Platinim zostali zawieszeni przez Komisję Etyki FIFA. 2 czerwca 2015 roku Sepp Blatter ogłosił rezygnację ze stanowiska przewodniczącego FIFA. Inne przykrości Blattera nie dotknęły. Kilka miesięcy później jego następcą został ówczesny sekretarz generalny UEFA Gianni Infantino.

To za czasów Blattera doszło także do niespotykanej wcześniej sytuacji. W grudniu 2010 roku Komitet Wykonawczy FIFA dokonał wyboru gospodarzy mistrzostw świata w 2018 oraz 2022 roku. Do organizacji pierwszej imprezy zgłosiły się cztery kraje europejskie, w drugim przypadku zaś zarejestrowano pięć aplikacji z trzech kontynentów. Ostatecznie głosowania wyłoniły Rosję jako gospodarza mistrzostw świata w 2018 roku oraz Katar jako organizatora mundialu cztery lata później.

W Rosji i Katarze taki werdykt wzbudził radość, ale w innych krajach pojawiły się pierwsze relacje członków poszczególnych delegacji, według których członkowie Komitetu Wykonawczego FIFA domagali się szeregu gratyfikacji w zamian za głosowanie na konkretną kandydaturę. Ostatecznie ponad połowę uprawnionych do głosowania oskarżono o dopuszczanie się wykroczeń w trakcie procesu wyboru gospodarzy mundiali. Ale stanęło na zdaniu Blattera.

Katar

Poza haniebną kandydaturą Rosji – gospodarza MŚ 2018, kraju który ponad dekadę temu, w momencie wyboru przez FIFA, był naiwnie postrzegany przez Zachód, jako państwo rokujące nadzieję na pozostanie w kręgu demokracji, co po aneksji Krymu stało się już niemożliwe, decyzja o przyznaniu Katarowi MŚ 2022 wywołała monstrualne zdziwienie w szerokim świecie. Z kilku powodów.

Po pierwsze Katar jest znany jako państwo bardzo ropodajne i bardzo z tego powodu bogate, ale bynajmniej nie piłkarskie. Najbardziej popularną dyscypliną w tym kraju są wyścigi wielbłądów. Można nawet powiedzieć, że większość fanów piłki nożnej wpadła w niemałe zdumienie. FIFA miała na to górnolotne wytłumaczenie. Argumentowała, że dzięki mistrzostwom świata w Katarze, piłka nożna zyska rozgłos i popularność w świecie arabskim. Po prawdzie, w krajach arabskich piłka nożna oczywiście jest uprawiana, ale bez większych sukcesów. Zresztą nie bardzo można grać na piachu, w prażącym słońcu. Bo utrzymanie w tym klimacie boisk trawiastych dużo kosztuje, a nie wszystkie kraje arabskie mają ropę naftową.

Korupcja, czyli drugie imię FIFA

O łapówkach przy ważnych głosowaniach mówili wszyscy. Owszem Blatter odszedł, ale przecież nie siedział. Dzisiaj Zbigniew Boniek mówi, że ci, którzy wahali się przed głosowaniem jak oczekiwał Blatter, otrzymali od 1.5 do 2 milionów dolarów łapówki. Przy takich kwotach wszelkie skrupuły maleją, a nawet karleją.

Podobno też prezydent Francji zaprosił, pewnego dnia, do siebie francuskich działaczy FIFA i poprosił ich o wsparcie kandydatury Kataru, bo Francja tego wymaga. Zagłosowali, jak prosił, a kilka tygodni później okazało się, że Katar właśnie kupił od Francji kilkadziesiąt nowoczesnych samolotów bojowych.

Następca Blattera Giovanni Vincenzo Infantino też nie lepszy. W sprawie napaści Rosji na Ukrainę chciał przejść do porządku dziennego. Dopiero presja kilku piłkarskich związków z Europy zmusiła go do zakazu udziału Rosji w eliminacjach. A już w samym Katarze pilnował, żeby nie było jakichkolwiek oznak sympatii dla Ukrainy. Infantino też jest Szwajcarem, może oni tak już wszyscy mają, że brzydzą się wszystkiego co proste i oczywiste?

Jak emir budował stadiony

Kiedy już Katar miał Mundial w garści, odezwali się cisi malkontenci i głośni przeciwnicy tej decyzji. I zaczęli wysuwać argument, że w Katarze nie ma tylu budowlańców, którzy mogliby wznieść stadiony. Faktem jest przecież, że ludność Kataru to niespełna 3 miliony ludzi, ale w roku 2010 społeczeństwo katarskie było najbogatszym społeczeństwem świata. Na koniec 2017 roku, według Trading Economics, Katar zajmował 6. miejsce pod względem PKB na osobę i 1. pod względem PKB na osobę według parytetu siły nabywczej. Można zatem przyjąć, że ten mały, ale bogaty kraj stać było na zorganizowanie tak dużej imprezy jak Mundial.

Na argumenty o pracownikach, koniecznych do budowania stadionów, władze Kataru oświadczyły, że stadiony i całą niezbędną infrastrukturę wybudują pracownicy kontraktowi z Azji. I tak się też stało. Zjechali niewyszkoleni robotnicy głównie z Pakistanu i Filipin. Po niedługim czasie zaczęły płynąć w świat informacje, że na budowach jest ogromna ilość śmiertelnych wypadków, że nikt nie dba o życie i zdrowie najemników. A okazało się też, że ci pracownicy z Azji traktowani są jak bydło. Nikt nie dbał o to jak śpią, gdzie mieszkają, że pracują po 12 godzin na dobę.

Ilu ich zginęło nie dowiemy się nigdy, albowiem Katar nie jest państwem demokratycznym. Katar to emirat, czyli księstwo. Głową państwa jest emir z panującego rodu Al Sani. Władzę wykonawczą sprawuje powoływany przez emira rząd. W Katarze nie ma parlamentu ani partii politycznych. Zatem jeżeli emir zechce to powie, a jeżeli nie zechce to nigdy się nie dowiemy ilu ludzi zginęło dla zachcianki władcy małego państwa. Na razie nie zechciał przemówić.

Co robić?

Pytanie „Co robić?” jest właściwie przyznaniem się do bezsilności, bo oznacza, że w tak prostej sprawie naprawdę nie wiadomo, co robić. Teoretycznie można by rozpędzić tę FIFĘ na cztery wiatry. Ale FIFA może w odwecie zawiesić reprezentacje zbuntowanych państw. Może wstrzymać dofinansowywanie krajowych związków, zakazać im udziału we wszelkiego rodzaju zawodach…

Coś mi się zdaje, że jedynie USA mogłyby wszcząć dochodzenie w sprawach FIFA. Kraj duży, wiele mogący… A Szwajcarom nie bardzo wierzę, skoro jeszcze się tym skandalem na poważnie nie zajęli. Dlaczego USA? Bo ich prawo pozwala wszczynać śledztwa, oskarżać i skazywać obywateli innych krajów, jeśli naruszyli oni interesy USA. A Stany mają przecież reprezentację piłkarską będącą członkiem FIFA.

Toczące się właśnie mundialowe rozgrywki w Katarze wywołują u wielu ludzi na całym świecie niebywałe emocje. Oczywiście każdy kibicuje swojej reprezentacji narodowej, a co drugi widziałby swoich jako mistrzów świata. Takie już prawo kibica. Dlatego robienie szwindli przy piłce jest okropnością.

Skoro taki Fryzjer poszedł u nas siedzieć na 3,5 roku za zwykłe ustawianie meczyków, to na ile powinni być skazani Blatter i jego koledzy? Bo oni – podobnie jak Ryszard F., czyli Fryzjer –   okradali zwykłych ludzi z prawa do prawdziwych emocji, na całym świecie.

Moje oburzenie budzą nie tylko łapówki, i nie to, że mnie ich akurat nie proponowano… Chodzi mi o przyzwoitość, a nawet o moralność. Tu zauważę, że o moralności mówi nie tylko szóste przykazanie. Pozostałe dziewięć również. Może są mniej atrakcyjne niż szóste, ale są równie ważne.

Na marginesie Mundialu

Obejrzałem występy naszych, w dwóch meczach – z Arabią Saudyjską i Francją – zagrali na maksimum swoich możliwości. Zresztą nie spodziewałem się niczego więcej. Natomiast do szewskiej pasji doprowadzali mnie nasi sprawozdawcy.

Teoretycznie futbol to gra męska, ale nie dotyczy to sprawozdawców. Ostatnio zapanował jakiś niebywały styl ich pracy. Są egzaltowani jak nastoletnie panienki na koncercie rockowym, mówią dyszkantem, egzaltują się jak panny na wydaniu… I to okropne ich uduchowienie. Wzruszają się, niemal płaczą, ze wzruszenia łamie się im głos. I strasznie dużo mówią. Płacą im od każdego wypowiedzianego zdania?

Panowie, litości! Weźcie się w garść. I zdawajcie sprawę z boiska po męsku!

 

WALTER ALTERMANN: „Reduta” pani Strzępki

Wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł unieważnił wybór Pani Moniki Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego w Warszawie. Wobec czego władze stolicy powierzyły jej stanowisko doradcy dyrektora. Zrobiła się afera, że hej. Można usłyszeć głosy, że jest to cenzura, zamach na wolność artysty, na ruch feministyczny oraz wolność kobiecą sui generis.

A ja mam niemal 100 procent pewności, że unieważnienie wyboru p. Strzępki było iście machiawelicznym planem PiS. Partia ta, z całą pewnością, wiedziała, że zawieszona zacznie się ostro i głośno bronić, a tym samym w pełni odsłoni pełną naturę swej kobiecości. I nie mam tu na myśli intymnych części ciała p. Strzępki, bo dla niej kobiecość jest zawołaniem bojowym, sztandarem jej armii i drogowskazem w życiu. A herbem wagina.

Tematy

Portal culture pl tak pisze o jednym ze spektakli pani Strzępki:

W głośnej „Tęczowej Trybunie 2012” Strzępka wzięła na reżyserski warsztat temat mniejszości seksualnej – geje walczą u niej o prawa do własnego sektoru na Stadionie Narodowym. „Tęczowa…”  nie jest jednak, jak zauważa Magda Piekarska w Gazecie Wyborczej, interwencyjną wypowiedzią w sprawie gejowskiej inicjatywy.

Wszyscy jesteśmy pedałami – mówi jedna z postaci. I taki właśnie przekaz płynie ze sceny. Nie ma tu znaczenia orientacja seksualna – rzecz w tym, że dokładnie tak jak „tęczowi” w spektaklu traktowani są wszyscy obywatele w relacjach z władzą. Teatralny duet stawia Polakom gorzką diagnozę, bez taryfy ulgowej. To nie może się udać – wydają się mówić Strzępka i Demirski. Więcej: w tym kraju nic nie może się udać. „Tęczowa Trybuna 2012” miała premierę rok przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej Euro 2012.

Dlaczego pani Strzępka została dyrektorem zasłużonej sceny

Poznawszy dotychczasowe osiągnięcia zawodowe p. Strzępki, muszę stwierdzić, że działała dotychczas w teatrach prowincjonalnych, skupiając się na tworzeniu spektakli mających charakter manifestów politycznych i społecznych. Nie ma w tym nic złego, teatr ma różne formy i bardzo różne przesłania. Ale w historii to też się zdarzało. I nie zawsze takie nominacje okazywał się całkiem udane. Jednakże w przypadku pani Moniki Strzępki nadzieje na pozytywne efekty są malutkie.

Podejrzewam bowiem, że głównym powodem powołania p. Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego była jej działalność „na niwie” feminizmu. Pani Strzępka jest przecież jedną z najbardziej aktywnych i głośnych feministek w kraju. Znana też jest z atakowania władz Warszawy, za zbyt małą aktywność, za zbyt słabe wspieranie feministek, ruchów LGBT+ oraz wszystkich mniejszościowych ruchów. Dość powiedzieć, że właśnie w walce o „ukobiecenie” stolicy zaistniała pani dyrektor.

A ponieważ żadna władza – tak państwowa, jak magistracka – nie lubi wytykania jej błędów, to władze Warszawy postanowiły, zagospodarować jakoś liderkę feministek. I dały jej stanowisko eksponowane i ważne. Na co liczyły władze stolicy? Mam podejrzenia, że na uspokojenie pani Strzępki. Tak jak to stało się w Łodzi.

Jak to w mieście Łodzi było

Kilka lat temu w Łodzi niezwykle aktywna była Partia Kobiet. Niemal co tydzień panie manifestowały przed magistratem, atakując władze miejskie żądaniami w duchu LGBT+. Tak naprawdę prawdziwie kobiecych haseł tam się nie słyszało. Nie było mowy o równym traktowaniu kobiet jako pracowniczek i nic o żłobkach, przedszkolach. Czysta walka o prawa dla mniejszości seksualnych.

Przed kolejnymi wyborami samorządowymi prezydent Hanna Zdanowska zaproponowała awanturującym się kobietom z Partii Kobiet start z listy KO. W wyborach przepadły, ale za to obsadziły bardzo wiele miejskich domów kultury i innych instytucji do kultury zbliżonych. Na szczęście żadnego z łódzkich teatrów nie było w tej ofercie.

I co się w efekcie stało? Liderki Partii Kobiet przestały mieć pretensje do magistratu, uspokoiły się i zaczęły się pracować. Czy zostały skutecznie przekupione, jak pracują? To już zupełnie inny temat.

Jeżeli prezydent Trzaskowski chciał powtórzyć ten manewr, to popełnił dwa błędy. Zdanowska nie dała żadnej z awanturujących się kobiet nawet małego forum do zaistnienia, a on dał. No i żadna z łódzkich Partyjnych Kobiet nie była artystką, a pani Strzępka jest. Tym samym prezydent ukręcił sobie bat na własny tyłek. Ale jak tam już wola…

Reduta feministek

Pani Strzępka w jednej ze swych ostatnich wypowiedzi stwierdziła, że Teatr Dramatyczny będzie redutą feministek. I tu już przesadziła. Albo z niewiedzy albo z pychy. Obstawiałbym pierwszy wariant.

Otóż REDUTA to wielkie dla polskiego teatru hasło. Reduta była teatrem eksperymentalnym, założonym przez Juliusza Osterwę i Mieczysława Limanowskiego. Istniała w latach 1919–1939 i była pierwszym w Polsce teatrem-laboratorium, zakładającym poszukiwanie nowych metod pracy aktorskiej. Inspiracją dla twórców były idee głoszone przez Konstantego Stanisławskiego, a przede wszystkim jego działalność w moskiewskim teatrze MChAT.

Pierwszym przedstawieniem Reduty było „Ponad śnieg bielszym się stanę” Stefana Żeromskiego, w reżyserii Juliusza Osterwy i z nim w roli Wincentego Rudomskiego oraz Wandy Siemaszkowej jako jego matką, w dekoracjach Zbigniewa Pronaszki. Osiągnięcia artystyczne, powtórzę artystyczne, Reduty miały wielki, pozytywny wpływ na cały polski teatr. Ale też Osterwa był wybitnym artystą.

Myślenie hasłowe

W licznych wywiadach pani Strzępki, jakich udzieliła po zawieszeniu jej, można zauważyć, że zachowuje się jak uliczna manifestantka. Brak cienia refleksji, żadnego momentu zastanowienia. Po prostu słowotok, jakby przemawiała przez megafon do grupy współtowarzyszek walki.

Zauważyłem też, że p. Strzępka nie posługuje się argumentami i nie umie dyskutować. Ona jedynie monologuje, a właściwie krzyczy. W różnych wywiadach operuje ledwie kilkoma argumentami, z których najważniejsze to:

– Nie można definiować kobiety z męskiego punktu widzenia.

– Za dużo w naszej realnej i mentalnej przestrzeni sterczących fallusów.

– Nadszedł czas władzy naszej – to do Moniki Olejnik – mokrej pani.

– Wystawienie instalacji, rzeźby waginy w naszym teatrze jest oznaką buntu kobiet przeciw męskiej dominacji.

– Pałac Kultury to fallus, znak falliczny.

Jakieś wnioski?

Tym felietonem chciałem podjąć dyskusję z panią Strzępką, ale… nie warto. Nie warto poważnie dyskutować z szaleńcami. A szczególnie z wulgarnymi kobietami.

Obawiam się, że p. Strzępka cierpi na głęboki mizoandryzm, czyli na nienawiść do mężczyzn. Zauważmy też, że co jakiś czas prasa donosi, iż jakaś pani obcięła jakiemuś panu przyrodzenie. Dlatego w czasie nowych znajomości, kontaktów z przygodnie poznanymi paniami należy głęboko schować brzytwy i ostre noże, bo może być za późno.

A konkretnie co do pani Strzępki… Przypomina mi ona, á rebours, młodą mężatkę ze starego szmoncesu, w wykonaniu Lopka Krukowskiego: Żydowskie małżeństwo udało się w podróż poślubną do Włoch. Po pierwszej nocy państwo młodzi wychodzą na taras, widok jest zachwycający. Pan młody mówi:

– Popatrz jak pięknie… Jak te szczyty gór dumnie sterczą w niebo… A te potężne sosny, jak ocierają się o chmury… A na jeziorze, ten wielki żaglowiec, z tym ogromnym masztem…

– Ty milcz – mówi żona.

 

BOGUMIŁA KEMPIŃSKA-MIROSŁAWSKA: Pierwszy wiersz powstał z zakochania

Lekarka, specjalistka chorób wewnętrznych, zafascynowana historią medycyny, pisarka, poetka, dziennikarka (SDP Łódź), blogerka. Z miłości do lasu – wędrowiec i fotograf przyrody, czyli Bogumiła Kempińska-Mirosławska. Urodzona w Łodzi autorka czterech książek literackich: „Życie niedokończone”, „Przemiany”, „Chimera” oraz najnowszego tomiku wierszy „To Tylko Chwile”, czyli poetyckiej refleksji nad czasem.

Współautorka m.in. pracy zbiorowej z historii medycyny pt. „Dzieje medycyny w Polsce. II RP” oraz kilku wydań tomików wierszy. Autorka kilkuset tekstów: dziennikarskich, publicystycznych, blogowych, felietonów, artykułów popularno-naukowych oraz naukowych.

Mówi o sobie, że kocha jesień, zimowe wieczory z książką i aromatyczną herbatą, poranną gorącą, czarną kawę, oswajanie nowych dróg i bezdroży podczas leśnych wędrówek, podglądanie przyrody oraz rozmowy o życiu.

„Pierwszy wiersz powstał z zakochania, ale nie w poezji, ale w koledze z wyższej klasy. Było to więc wieki temu. A potem zakochałam się w poezji. W niej byłam w stanie wyrazić to, czego nie potrafiłam nazwać wprost. Metafory bowiem czynią cuda. Dotykają istoty rzeczy, używając oszczędnie słów, nie etykietują, zostawiają pole do interpretacji, pozwalają się spotkać poecie i czytelnikowi często w bardzo intymnym obszarze uczuć, bez poczucia zawstydzenia, lęku, jednym słowem pozwalają stanąć w prawdzie bez winy” – napisała autorka.

Tomik „To Tylko Chwile” – jak zaznacza pisarka i poetka – też powstał, aby stanąć w prawdzie „wobec tego, co dotyka nas, każdego, na co dzień, czyli upływ czasu. Mogę sobie na to pozwolić, bo już wiem, co to przemijanie – jestem przecież ‘późną pięćdziesiątką’, ale dzięki temu wiem też, co to jest smakowanie każdej chwili. Bo życie to tylko chwile i aż chwile. Niech więc będą poezją” – podkreśla Kempińska-Mirosławska i dodaje, że zamierza teraz powrócić do prozy…

 

Senność

w kołysce mgieł

zasypiają wrzosy

w których spokojność

znalazły świerszcze

 

i babiego lata

srebrzyste włosy czesane

słońcem wiatrem deszczem

 

Fragment wiersza z tomiku „To Tylko Chwile”

Bogumiła Kempińska-Mirosławska

SCRIPTI VERBI

Łódź 2022

 

O frustratach i nie tylko pisze CEZARY KRYSZTOPA: Niektórzy są już nawozem historii

Coraz większa część życia publicznego odbywa się dziś w sieci. Ma to swoje wady, ma to swoje zalety, ale jest faktem. Ten kto z chęci czy obowiązku spędza tam sporo czasu, widzi, że ostatnio mamy tam do czynienia z szybkim wzrostem negatywnych emocji. Szczególnie ze strony wyjątkowo „oświeconych”.

W jakiejś istotnej części, trudno powiedzieć w jakiej, jest to zapewne spowodowane celową indukcją. Kto wnikliwie te procesy obserwuje, ten widzi kolejne fale dziwnych kont, a to „Koreańczyków”, a to „Latynosów” i innych, którzy posługując się prymitywną, ale polszczyzną, rozbijają każdą dyskusję, jakby dostawali medal za każdą pozostawioną na cudzej wycieraczce kupę. Cóż, idą wybory, zapewne niejeden „Inowrocław” działa w trybie „czerwonego alarmu”, a i przeróżne agencje PR wchodzą w okres żniw.

A jednak wydaje mi się, że nie chodzi tylko o ten wyjątkowo nikczemny rodzaj zarobkowania. Część tego zdziczenia, które owocuje najbardziej plugawymi słowami, a ostatnio coraz częściej groźbami karalnymi, wydaje się być odbiciem i funkcją rosnącej frustracji obrażonych, chociaż zachowujących wpływ na pewną część społeczeństwa, „elit”.

Dwa typy

Na swój prywatny użytek wyróżniam tu dwa, oczywiście bardzo uproszczone, typy owych „elit” przedstawicieli. Pierwszy wydaje się być bardziej prymitywny, ale też bardziej szczery w tym co robi. To te wszystkie garkotłuki, które zrządzeniem losu, lub „dobrym urodzeniem” zostały postawione ponad innymi. Te z pełnym przekonaniem, owinięte w „konstytucję” i „tolerancję” plują 360 stopni dookoła siebie niczym Diabły Tasmańskie z popularnej amerykańskiej kreskówki. Nie raz sam ocieram te plwociny z twarzy, ale w jakimś sensie nawet doceniam tę szczerość wiary, że „wolność nastanie wtedy” kiedy oni zostaną na nowo dopuszczeni do koryta dystrybuującego szacunek.

Drugi rodzaj wydaje się być bardziej wyrafinowany. Również sfrustrowany, ale jednocześnie o wiele bardziej cyniczny. Ten zdaje się, nie ma szczerej wiary w „konstytucję” i „tolerancję”. Ten zdaje sobie sprawę z tego, że liczy się tylko koryto. I ten cel uświęca wszelkie środki. Może by i mogli robić jakąś szczerą sztukę, ale po co, skoro nie tego się od nich wymaga? Zapomnieli o mnie? To dam wywiad, w którym pojadę „polaczkom”. Zamiast robić teatr można robić cyrk. Gęsto futrowane, a światopoglądowo zaangażowane koncerny nie wesprą przecież niemieszczącego się w wąskim autoryzowanym spektrum, aktywizmu, a film, który nie uderza w Kościół, czy polską pamięć historyczną, nie zdobędzie poklasku środowiska i nie otworzy żadnych drzwi. To dlatego nawet jeśli jakiemuś aktorzykowi, czasem wypśnie się coś z sensem, to zaraz musi „na druga nóżkę” poprawić, „żeby środowisko się nie gniewało”. Muszę przyznać, że ten typ brzydzi mnie o wiele bardziej.

Żądza rewanżu

Z czego ta frustracja wynika? Oczywiście z tego, że „PiS zagarnął władzę i rządzi przy pomocy Edków za 500+, którzy nie chcą uznawać wyższości oczywistych elit”. To truizm. Mechanizm został już wielokrotnie opisany. Dziś ciekawsze wydaje mi się to, że ta frustracja dostała dodatkowego paliwa w postaci nadziei na rewanż – „Edki już zrozumiały, że mogą sobie wygrywać wybory, ale nasi koledzy mają narzędzia, żeby je głodzić, a to dobra metoda tresury. A jak jeszcze Donald odbierze im władzę, to najpierw będą skakać z okien, a potem koryto szacunku przyniosą nam w zębach”. Te czerwone od żądzy zemsty ślipia zdają się być coraz bardziej odległe od jakiejkolwiek refleksji na temat przyczyn „odstawienia od koryta”.

A te są złożone. W Polsce składa się na nie na przykład odraza do postkomunistycznej natury „elit” zza żółtych firanek. Ale jeszcze istotniejsze wydaje się być to, że zjawisko ich odrzucenia dotyka coraz większej części Zachodu i zdaje się dopiero nabierać tempa. Wynika ze skostniałej natury systemu, który w ostatnich dziesięcioleciach służył ich interesom. Systemu, który nie dopuszcza do powstania żadnej alternatywy i w wyniku daleko idących zmian sklerotycznych w coraz większym stopniu szkodzi większości.

Nawóz historii

Prawie żal mi tych żałosnych frustratów. Wydaje się, że w najbliższym czasie stoją przed następująca alternatywą: albo Donald da im tę chwilę satysfakcji, ale niezbyt długą, ponieważ przyspieszający mechanizm zmian daleko wykraczający poza Polskę, i tak pozbawi ich złudzenia, że „może być tak jak było”, albo Donek im tego nie da i ostatecznie pogrążą się w otchłani szaleństwa.

Tak czy siak, chyba są już nawozem historii.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Patrioty dla kraju twórcy Patriotów

Jak psu kość należą się Polsce amerykańskie Patrioty. Oczywiście jest to amerykańska broń ale z dużym wkładem Polaka. I za chwilę będzie o nim. Najpierw zajmę się sprawą „darowizny” niemieckiej w sprawie której gorąco optują i obrażają wybraną przez suwerena władzę miłośnicy PO i PSL. W dyskusjach opowiadają o niechęci ze strony prawicy przyjmowania Patriotów. Jak się sprawy miały i jak się toczą każdy może wyrobić sobie zdanie i tak powinno być, ale decyzję podjąć powinien minister obrony narodowej, bo od tego jest. Czekamy. I ani posłanki ani posłowie nie będą w tej sprawie decydować, ponieważ są od ustanawiania prawa a nie od rządzenia.

A teraz o udziale Polaka, żołnierza, męczennika łagrów, generała a wreszcie i przede wszystkim inżyniera niesłychanie zdolnego, ponieważ był w zespole, który pracował i dopracował się wyrzutni rakietowej Patriot. To inżynier Zdzisław Starostecki. Każdy łatwo może osobiście sprawdzić to co piszę. Wystarczy uruchomić Internet. PAP tak opisuje bohatera”

” Zdzisław Julian Starostecki urodził się 8 lutego 1919 r. w Łodzi. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 r. Wstąpił do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce, która później przeobraziła się w Związek Walki Zbrojnej, a następnie w Armię Krajową. Był więźniem sowieckich łagrów na Kołymie, skąd dostał się do armii generała Władysława Andersa. Przeszedł z nią szlak bojowy do Włoch.

Starostecki był bohaterem bitwy pod Monte Cassino. Został ranny pod Bolonią. Po wojnie wybrał emigrację. Mieszkał w Londynie. W latach 50. pojechał do USA, gdzie po skończeniu studiów inżynierskich pracował dla przemysłu zbrojeniowego i armii amerykańskiej. Był jednym z konstruktorów i twórców systemu obrony przeciwrakietowej Patriot.

W 2009 r. został mianowany na stopień generała brygady przez prezydenta Lecha. Kaczyńskiego. Starosteckiego odznaczono m.in. Orderem Virtuti Militari i Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Trwają starania o pośmiertne odznaczenie generała Orderem Orła Białego.

Zdzisław Starostecki zmarł 31 grudnia 2010 r. w swoim domu na Florydzie w USA” – napisano w PAP na początku 2022 roku.

W 1992 roku gdy byłem stypendystą telewizji Canal 9 w Nowym Jorku rozmawiałem z generałem inżynierem. Omawialiśmy film dokumentalny o jego życiu. Wróciłem do Warszawy i niestety poraz kolejny wyrzucono mnie z telewizji, ponieważ zmienił się prezes, tak zresztą wiele razy w czasie mojej kilkudziesięcioletniej pracy dziennikarskiej. Może teraz znajdzie się prezes TVP, który da młodemu, zdolnemu i chętnemu na film dokumentalny o dokonaniach generała inżyniera Zdzisława Starosteckiego.

 

 

WALTER ALTERMANN: Celebryta historyczny i medialny Adolf H.

To skandal, ale liczne media stawiają na początku XXI wieku tezę, że Adolf Hitler jest celebrytą. Myślałem, że wszyscy wiedzą kim był zbrodniarze, który podpalili świat – Hitler i jego dawny sojusznik sowiecki sojusznik – Stalin, którego spadkobiercą jest Putin… Kim są celebryci chyba wszyscy wiedzą a jednak wiele mediów udowadnia, że Hitler też.

A kim jest celebryta? Kimś o kim jest głośno. Kimś o kim się rozmawia – głównie w kręgach młodzieżowych, takich do 40-tki. Kimś o kim się dyskutuje, którego miłostki, rozwody i inne życiowe przypadki się zna. Celebrytami są jacyś influencerzy, jakieś aktorki po jednej roli w serialu, jacyś faceci, którzy z uporem twierdzą, że są aktorami choć wystąpili w jednym filmie i to słabym. Niby to nikt, a jednak celebryci.

Komu potrzebni są celebryci

Na celebrytów jest dziś duże zapotrzebowanie, więc się tych celebrytów stwarza. Najpierw się człowieka wyciąga z nijakiego tłumu i obrabia. Daje się mu nazwisko, a potem przy jego użyciu sprzedaje się środki upiększające, przyprawy kuchenne a nawet samochody. Taka jest dziś taktyka marketingu.

Celebryci są potrzebni producentom różnych różności, bo są jak niezapisane transparenty. I na tych transparentach, producenci się ogłaszają. Dlatego to duże firmy podpinają swój produkt pod celebrytę.

Celebryta nie musi być raz na zawsze utożsamiany z jakimś produktem. Lepiej nawet, gdy jego twarz pojawia się z nagła przy jakimś produkcie, firmie, akcji marketingowej. Najlepiej, żeby ludzie, odbiorcy nie wiedzieli, że dany osobnik celebrycki coś reklamuje. A czym bardziej się go eksploatuje przy produkcie, tym lepiej, żeby nie było to nachalne. Taktyka jest taka, że jakiś znany człowiek coś przychylnego powie, coś tam pochwali, czymś się – tak zupełnie niechcący, tak naturalnie – zachwyci.

Z tego punktu widzenia Marek Kondrat nie jest celebrytą. To po prostu wybitny aktor, który reklamuje jakiś bank… O ile chodzi o przypadkowość zderzenia celebryty z produktem, to zupełnie inaczej jest w telewizji.

Telewizje celebryckie

W telewizjach różnej maści, gdy celebryta ma już ugruntowaną pozycję na rynku, daje mu się udział w jakimś stałym programie, a nawet jakiś program do prowadzenia. Bez słowa wyjaśnienia, dlaczego. Ot, tak po prostu, dostał, bo dostał i ma bo ma. Wszystkie stacje telewizyjne mają dziś swoich celebrytów, wedle podziału politycznego. Ba, są możliwe, jak w sporcie, zmiany barw klubowych.

Po co telewizjom celebryci? Bo każda telewizja chce mieć kilka twarzy znanych widzom. Broń Boże mózgów! Mają być twarze, niezależnie od sprawności intelektualnej. Chodzi o to, żeby rozpoznawać stacje nie po programach, nie po znaczkach w rogu ekranu a po twarzach celebryckich dziennikarzy. Włączasz telewizor, widzisz, że ktoś jest na ekranie, i mówisz do żony:

– W Polsacie jest…ta… tego, ten, tam…

– Kto jest w Polsacie? – pyta żona z drugiego pokoju.

– No ten z dużą głową, łysy całkiem… On zawsze jest tylko w Polsacie.

– A, to on dobry jest. A co mówi?

– Nie wiem, wyłączyłem głos, bo słucham radia.

Czyli już kupiłeś stację na twarz celebryty. I o to właśnie chodziło.

Hitler jako celebryta

Coraz więcej w telewizji filmów i programów o Hitlerze. Mamy już do obejrzenia takie produkcje: „Ludzie Hitlera”, „Samochody Hitlera”, „Kobiety Hitlera”, „Młodość Hitlera”, „Zapomniane taśmy Hitlera”, „Tajne akta nazistów”, „Naziści i masoneria”…

Wojny w tych programach jest niewiele. Ot, tyle, żeby widz wiedział, kiedy ten Hitler żył. Jak najmniej polityki i minimum historii, a już mikroskopijne ilości wiedzy o przyczynach wybuchu wojny. Bo wiedza jest jednak męcząca, a widz nie oczekuje od telewizji nauki, tylko zabawy. A życie Hitlera, jego czyny są, niestety dla sporego procenta widzów, bardzo atrakcyjną zabawą…

Te filmy, programy telewizyjne właściwie usprawiedliwiają Hitlera, bo traktują go jako „wielkiego” człowieka i „wielkiego” wodza, który niemal podbił świat. To zdanie jeszcze nie padło, ale niebawem wstawią Hitlera pomiędzy Aleksandra Macedońskiego, Dariusza Perskiego Wielkiego, Juliusza Cezara i Napoleona. W końcu oni też podbijali świat…

I nikt nie zauważy różnicy, że dla tamtych historycznych wodzów i władców podbój był włączaniem obcych państw w obręb ich imperiów. A Hitler chciał większość ludności podbijanych państw wymordować. Głównie Słowian, z których miał pozostać przy życiu znikomy procent. I ten procent miał służyć Niemcom, jako niewolnicy. A Żydzi mieli w ogóle zniknąć ze świata żywych.

Czy o tych planach Hitlera mówi się w tych programach? Tak, ale mimochodem, dla przyzwoitości. Twórcy wolą mówić o samym Hitlerze, bo jego postać jest – według nich – barwna i interesująca.

Ofiary Hitlera

A ofiary wojny Hitlera? Niestety mówienie o ofiarach nie jest interesujące, bo, jakkolwiek zabrzmiałoby to złowieszczo, ofiary budzą litość. A litość jest denerwująca dla widza, sam mord jest przykry i stawia widza w trudnym położeniu, bo chciałby, żeby się coś działo… Żeby jeździły czołgi, strzelały działa, żeby wybuchało i waliło się w gruzy. Ma być głośno i widowiskowo. A tu cicha śmierć w obozie koncentracyjnym lub rozstrzelanie. Nie, ofiary nie są konkurencją dla zbrodniarzy. Zresztą w telewizji można obecnie oglądać kilka seriali dokumentalnych o masowych mordercach i ani jednego o ofiarach.

Zdaje mi się, że nasza cywilizacja jakoś tak się zapętliła w poszukiwaniu atrakcji, że mimowolnie zaczęła propagować przemoc. A może niezupełnie mimowolnie?

Twórcom programów o Hitlerze umyka istota niemieckiego hitleryzmu – nienawiść rasowa, uznawanie innych za podludzi.

Produkt telewizyjny

Program telewizyjny, czas antenowy jest dla właścicieli stacji produktem. I jeżeli Hitler sprzedaje się dobrze, to oni będą takie programy sprzedawali. A jak się to ma do moralności? Nijak. To jest tylko biznes.

Z tych programów wynika też, że Niemcy w czasie II wojny światowej bardzo cierpieli. Ale nie wynika, że Niemcy wybrali i poparli program Hitlera. Ten aspekt dziejów twórcy sagi o Hitlerze zbywają milczeniem. Tym samym wychodzi na to, że Adolf Hitler był sam, sam jeden, nie licząc niedużej garstki dygnitarzy III Rzeszy, o których też są bardzo atrakcyjne programy.

I wychodzi też na to, że Niemcy nie byli tacy znowu winni. Hitler tak, ale reszta generacji była przyzwoita. Zresztą Hitler to żaden Niemiec, bo to Austriak. Ot, koło dziejów, zdarzyła się przykra historia i tyle.

Boję się, że niebawem powstanie, według identycznych założeń, seria programów o Putinie. I też będą się dobrze sprzedawały. Bo Putin też nadaje się na celebrytę.

 

Kolejny apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Pokażcie dokument o Annie Walentynowicz w reż. J. Zalewskiego!

W grobie w Gdańsku nie leży ciało Anny Walentynowicz. Tam są zbezczeszczone jakieś ludzkie szczątki. Gdy Januszowi, synowi Pani Anny, pokazywano ciało matki w Moskwie w czasie dopuszczenia rodzin do oglądania zwłok – ciało Walentynowicz nie nosiło śladów poranienia. Rosjanin asystujący nieco uniósł nawet głowę, gdy Pan Janusz zbliżył się do zwłok – podkreślam jeszcze raz: ciało Anny Walentynowicz było nienaruszone. To co znajduje się teraz w grobie w Gdańsku to wynik zwyrodnienia, kolejna zbrodnia, kolejny dowód, że tam na wschodzie z nikim i z niczym się nie liczą.

O tym wszystkim jest film reżysera Jerzego Zalewskiego. To niezwykle ważny dokument. Nie zwykły film dokumentalny, ale właśnie dokument. Zdajcie sobie z tego sprawę wy wszyscy decydenci medialni. Dlaczego nie rozumiecie tak prostej sprawy. Jerzy Zalewski i ja rozesłaliśmy nagranie wielu osobom z kręgu telewizyjnego imperium i nadzoru. Otrzymuję pokrętne odpowiedzi źle świadczące o ludziach, których dotychczas szanowałem. Niby zmieniają się czasy, ustroje, decydenci a jednak i nowi przychodzą na wysokie stołki z jakimś zamuleniem w głowach. Kobieta, która stoi na pomnikach w Polsce i jest w sercach wielu rodaków, legendarna Anna Solidarność, nie może doczekać się sprawiedliwości po śmierci i godnego pochówku.

Po filmowym raporcie Antoniego Macierewicza o smoleńskiej zbrodni, po okrojonym na skutek niezrozumiałych przepychanek, uzupełniającym wiedzę dokumentalnym filmie Ewy Stankiewicz, teraz czeka na zmiłowanie dzieło bodajże najważniejsze. Musi ono być pokazane szerokiej widowni w pierwszym programie TVP. Jeśli nie o godz. 20:00 to nawet o północy, ale z odpowiednim wcześniejszym powiadomieniem telewidzów.

Film Jerzego Zalewskiego nosi tytuł „Skąd pochodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy”. Jest o przebogatym życiu, o tragicznej śmierci i wreszcie o profanacji zwłok Anny Walentynowicz. Dokument jest rzeczywiście długi ale to film dużo ważniejszy niż inne. On ma utkwić w pamięci zacnych ludzi. Pozwoli zrozumieć z kim za Bugiem mamy do czynienia. Teraz gdy tamci mordują i niszczą Ukraińców i Ukrainę nikt nie powinien mieć wątpliwości kim są. Jakie mogą stanowić zagrożenie, jak są niebezpieczni!

Okazuje się, że nie dociera to do decydentów medialno-telewizyjnych, ani do ich nadzorców. Urodził się – teraz za rządów PiS – jakiś nowy typ cenzora. W TVP trwają narady, a KRRiT odwołuje się do zasad i decyzji obowiązujących na Woronicza.

Film Jerzego Zalewskiego nie powinien podlegać zwykłym regulaminom. Kiedyś podobno brutalny prezes z Katowic Maciej Szczepański mówił, że telewizja to fabryka, gdzie trzeba wbić młotkiem tysiące gwoździ. Zdaje się, że poziom umysłowy obecnych medialnych władców zbliża się do szczepańszczyzny. Tyle, że obecnie mamy podobno wolny kraj i wolę, a nie ZSRR za płotem i „wicie-rozumicie” w białym domu przy Nowym Świecie. Apeluję do nowego prezesa TVP:

– Dali Panu ogromną władzę, więc rządź Pan. Nie oglądaj się Pan na nikogo. Ten film jest wyjątkowy. Należą mu się zasady specjalne. To sprawa najwyższej wagi, bo taką sprawą jest konieczność pokazania ruskiej zbrodni.

Anna Walentynowicz czeka patrząc na to wszystko z wielu pomników i tablic poświęconych jej pamięci. To była mądra i bohaterska kobieta. To nie tylko symbol stoczniowego buntu. Gdy była młoda, mieszkała na wsi, była wykorzystywana i bita przez nadzorcę majątkowego. Ta młoda chłopka przetrwała. Była potem wykorzystywana i źle opłacana jako spawaczka i suwnicowa w stoczni. Była niezwykle odważna i mówiła prawdę. Dlatego zawierzyli jej robotnicy.

Ruski knut sponiewierał zwłoki. Różni pisarze, filmowcy i plastycy oddali jej hołd w swoich dziełach artystycznych. A teraz jest cisza. Cisza nad trumną, w której leżą sponiewierane, zbrukane zwłoki bez głowy! Film Jerzego Zalewskie to wszystko jednoznacznie pokazuje.

I jeszcze jedno. Decydenci medialni. Przecież słuchacie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. W czasie ostatnich spotkań w wielu miastach naszego kraju mówi on jednoznacznie, że Smoleńsk to był zamach, żaden wypadek. Może jeszcze nie dotarło do prezesa co wy wyprawiacie z tym filmem. Więc piszę: proszę natychmiast emitować film a przedtem go odpowiednio zapowiedzieć, nagłośnić. Po programie powinna odbyć się w studio dyskusja z udziałem twórców oraz przedstawicieli rodziny, syna i wnuka. Oczywiście należy zaprosić także tych, którzy nie wierzą w ruską zbrodnię. Może odważą się przyjść.