WALTER ALTERMANN: Gazeta, czy listy od czytelników?

Wiem z doświadczenia, że są czytelnicy, dla których pisanie do mediów jest najgłębszym sensem istnienia. Wierzą oni bowiem, że mają do przekazania niezwykle ważne treści, że poruszają wielkie sprawy, mające wpływ na dzieje świata, a ich niebagatelne opinie muszą, koniecznie muszą być zamieszczone.

Najczęściej redakcje wyrzucają takie listy czytelników do kosza, lub kasują je w internecie. Jeżeli jednak decydują się już na zamieszczenie głosu czytelnika, to biorą na siebie odpowiedzialność za ich treść. Nawet, jeżeli jedynym celem redakcji było sprowokowanie czytelników do dyskusji. 31 marca 2023 roku Wyborcza.pl zamieściła list poruszonego czytelnika, który przytaczam w całości:

Wstyd, że na mizernych resztkach zaginionej niedawno cywilizacji obecni mieszkańcy chcą mieć parking. Jak ocalić historię miasta? Czytelnik o planach zabudowy na terenie warszawskiego getta.

Przed świętem Paschy zdjęto trochę trawy z wierzchu naszej zbiorowej niepamięci przypadkiem i niechcący odkryto fundamenty żydowskiej ulicy. Zwiedzałem jako dziecko ruiny Pergamonu, Olimpii i Delf, ćwicząc wyobraźnię, by spośród kamieni i zwalonych kolumn wyłowić zapomniane życie sprzed tysięcy lat.

Jednak ulica Gęsia istniała jeszcze za życia mego ojca, teraz tam uwija się archeolog. Wykopki obnażyły ulotność naszych wspomnień, zdziwienie udające szlachetną nostalgię.

Wstyd, że na tych mizernych resztkach zaginionej niedawno cywilizacji obecni mieszkańcy chcą mieć parking dla aut. Szczątki starych domostw, nic niewarte trupy historii i pośmiertny triumf Hitlera, niedający się przepędzić demon wspólnych dziejów.

Przemysław Wiszniewski

 Mówienie o zaginionej cywilizacji – w odwołaniu do ruin piwnic na Gęsiej 33 – jest przesadzone i nader egzaltowane, a już przypominanie niesławnego dzieła Hitlera w sprawie parkingu na resztkach ulicy Gęsiej jest nieprzyzwoite, bo sugeruje, jakieś podobieństwo działań obecnych władz miasta Warszawy do zagłady Żydów.

Zdaje mi się, że w Warszawie, Łodzi i Krakowie pamięć Żydów została i nadal jest czczona w sposób poważny i dostateczny. Nie będę wyliczał muzeów, obchodów, nazw ulic, pomników, tablic pamiątkowych, żydowskich cmentarzy, które są objawem szacunku dla dawnych mieszkańców tych miast. Zresztą w całym naszym kraju czci się dawną obecność i życie Żydów w Polsce.

Autor nie uniknął też śmieszności, bo Gęsia 33 czy łódzkie Bałuty, w swym dawnym architektonicznym kształcie, nie były świadectwami wielkich dzieł sztuki architektonicznej, jak przywoływane Pergamon, Olimp i Delfy. Piszę o śmieszności, bo w tak ważnej sprawie, jak dawna obecność Żydów w Polsce nie może być w najmniejszym stopniu ośmieszana.

Czy Żydzi stworzyli w dawnej Polsce osobną cywilizację, na miarę antycznych Greków i Rzymian? Też wątpię. Owszem, tworzyli swoją, niekiedy odrębną kulturę, ale nie cywilizację. Wnieśli jednak wielki wkład w cywilizację świata, Europy i Polski, to fakt bezsprzeczny i doceniany.

I nie na tym zasadzała się wielkość tamtych Żydów, że budowali piękne i wiekopomne gmachy, ale na tym, że wciągnęli cały świat w obręb kultury Księgi, filozofii, słowa i myśli. A te wartości są w Polsce należycie czczone. Także w każdym polskim kościele, bo każdy chrześcijanin wie czym jest Stary, a czym Nowy Testament, w jakim narodzie przyszedł na świat Chrystus, jakiej narodowości byli Jego apostołowie.

Być może dla autora listu to za mało i chciałby widzieć kolejny pomnik w formie odrestaurowanej kamienicy przy ulicy Gęsiej. Jeżeli tak, to myślę, że p. Wiszniewski nie ma racji, bo oprócz niezbyt imponujących pamiątek materialnych przeszłości w dzisiejszej Warszawie żyją następne pokolenia, którym – o dziwo – potrzebne są także parkingi. I na koniec – w każdej sprawie należy zachować umiar i opanować emocje. I nie przesadzać.

Trzeba też zauważyć, że odkryte fragmenty kamienicy na Gęsiej 33 nie są w żadnym calu wspaniałym zabytkiem architektury. To jedna z wielu przeciętnych budowli warszawskich. A już mieszanie do tego Pergamonu i innych antycznych wspaniałości jest bardzo grubym nieporozumieniem. Naprawdę, ruiny tych piwnic w niczym nie przypominają Wzgórza Świątynnego w Jerozolimie. Niestety, cały list czytelnika tchnie przesadą, graniczącą z histerią i szaloną egzaltacją.

Takie histeryczne myśli i stanowiska, powiedzmy to wprost – jakie zawiera ów list – z pewnością nie służą dialogowi i porozumieniu między dwoma narodami. Niczego nie można robić na duś, na siłę i z tupetem. A poważnemu tematowi relacji polsko – żydowskich potrzebne są: wzajemne poszanowanie, rozwaga i delikatność, a tych w liście czytelnika Wyborczej.pl nie znalazłem. Dialog zakłada wysłuchanie obu stron, zrozumienie wzajemne i nie trwanie w uprzedzeniach. A życie bieżące, współcześni warszawiacy też mają swoje prawa.

Może jednak trzeba przyznać rację panu Andrzejowi Mizerze, rzecznikowi wojewódzkiego konserwatora zabytków, który mówił niedawno w mediach, że w pracach archeologicznych na Muranowie bierze udział przedstawiciel Muzeum Getta Warszawskiego. Pytany o to, czy konserwator może zobowiązać inwestora do zachowania i wyeksponowania odkopanych fundamentów, odpowiedział: „Jeżeli tylko mają odpowiednią wartość”.

 

 

Have a look radzi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Popatrzcie za siebie, nie na telewizję

Telewizja jest dla młodych. Przyjemnie jest popatrzeć. Ale słuchać – nie zawsze. Młodzi bowiem – byle się przypodobać władzy i awansować – klepią czasem co im dysponenckie wiatry przyniosą. Teraz wieją z zachodu. A tu Unia Unią, Ameryka Ameryką, a my żyjemy nad Bugiem, Wisłą i Odrą. W dodatku pasożytnicze wykwity wyskakują co i rusz. Można nawet oczywiście wyłączyć głośnik, a nawet wtyczkę z prądem wyciągnąć z gniazdka. Lepiej jednak zaprotestować. I to na piśmie. Won paskudo. Nasze obowiązki i troska to Polska. Dlatego maszerujemy i młodsi i nawet mocno starsi Marszałkowską – od Dmowskiego po katedrę św. Jana. Tym razem za św. Jana Pawła II. Ale nie tylko. Od katedry po pomnik Mickiewicza się zagęściło. Ludzie stali. Msza trwała.

Jeden taki, co by wystawał z tłumu, bo długi, ale głupi beznadziejnie i prowokacyjny – napisał, że w Warszawie w marszu wzięło… 500 osób i jeszcze deszcz im spadł na głowę. Miało to dowodzić, że „nawet niebo się odwróciło” od tych zacnych ludzi. Gdzie są granice głupoty? Chyba takowych nie ma. Pisane są idiotyzmy i papier się… nie drze. Kłamstwo i nonsens – a ekran nie eksploduje. Ludzie wdychają spalinowe smrody, a dym uszami im nie leci. Jak to jest? Skąd taka odporność organizmu? Ale czy pod czaszką rzeczywiście nic się nie warzy, nie gotuje? Tak, że któregoś dnia dojdzie do samoczynnej eksplozji. Ktoś się drze i przeklina. Inny weźmie w rękę kij bejsbolowy i leje na odlew.

Spoko, spoko – mówią inni. Ale jak można spokojnie egzystować wśród kłamców i złodziei. Rozkradli kraj, wypchnęli ludzi w świat za chlebem. Ludzi wykształconych, wartościowych – zważywszy choćby na koszt wykształcenia. Wielu z tych co spartoliło przepoczwarzenie się kraju ugryzło kawał tortu i trzyma. Wielu dzielnych, sadzanych potem na długie miesiące na Białołęce i Strzebielinku nie ma dziś na lekarstwa i żyje w biedzie. Gdy ich koledzy (Maciej Goliszewski, Leszek Stall) zabiegało kilka lat temu o podwyższenie emerytur dla internowanych. Usłyszeli wówczas: „wy opozycjoniński macie wygórowane roszczenia”.

Łaskawość decydentów rośnie wraz z ubytkiem zasłużonych żyjących. Będzie ich mniej, będą mniej kosztowali rosnące w dobrobyt państwo. A przecież wiadomo od kogo dobro się zaczęło. „Tu się wszystko zaczęło” mówi nasz Ojciec Święty o swoim życiu. Ale życie suwerenne, wolne państwo też się w konkretnym momencie i miejscu zaczęło. Niestety nie ma co tam oglądać. Bo zostały zgliszcza – po stoczniach, po wielkiej polskiej flocie. Marynarze kiwają się na fali nadal. Ale nie pod polskimi banderami.  Szkoły morskie kształcą, ale też dla obcych. Flota wojenna dopiero się odbudowuje. Port wojenny na Helu gnije od ponad 70 lat. Ludzie, mamy ponad 500 km wybrzeża. Kraje morskie czerpią z morza wielkie korzyści. My nie potrafimy!

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Znacznie wizyty Zełenskiego widać w niemieckich mediach

Die Welt: „Ukraińcy pamiętają, kto im pierwszy pomógł, dlatego Zełenski honoruje teraz Warszawę, a nie Berlin (…) Wizyta Zełenskiego w Warszawie pokazała, że w odbudowie Ukrainy może dojść do konkurencji między państwami europejskimi”, Der Spiegel: „Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski od rozpoczęcia rosyjskiej wojny napastniczej w lutym ubiegłego roku rzadko wyjeżdżał za granicę. Dla Polski Zełenski robi teraz jeden z nielicznych wyjątków”, Frankfurter Allgemeine Zeitung: „Polska i Ukraina są sobie bliskie nie tylko z powodu wspólnego wroga”.

Żeby w pełni zrozumieć znaczenie wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Polsce, najlepiej zapoznać się z doniesieniami niemieckich mediów w tym zakresie. Nie to żebym przeceniał obiektywizm niemieckich dziennikarzy, ostatnia afera z finansowaniem kilkuset z nich przez rząd w Berlinie, nie pozostawia w tym zakresie nadmiernej swobody, ale przebijający się spomiędzy szpalt ton zazdrości, żeby nie napisać – zawiści – jest, wydaje mi się, najlepszym dowodem na to, że wizyta jest znaczącym wydarzeniem. Dokładnie w tym miejscu i czasie.

Odgłosy

Dobiegające zza Odry odgłosy pewnego zdenerwowania nie mają zapewne związku z jakimiś szczególnymi wyrzutami sumienia „moralnego mocarstwa”. To są odgłosy stresu wynikającego z obawy, że tym razem Niemcy mogą na całej sytuacji nie zarobić, a ściślej rzecz biorąc zarobić mniej niż by chciały na potencjalnej odbudowie kraju zniszczonego rosyjską brutalną inwazją. Czy to są obawy realne? Czy Polska potrafi wykazać się nie tylko porywami serca, ale i zrozumieniem własnego interesu? Mnie nie pytajcie, ja nie wiem, ale obecność „emisariuszy” PGNiG w Kijowie, którzy rozmawiają już o przeprowadzaniu odwiertów w czasie kiedy wicekanclerz Niemiec Robert Habeck przyjeżdża z ofertą „dekarbonizacji”, nastraja w tym zakresie pewnym optymizmem.

Dobry dzień

I nie ma się czemu dziwić. Też byście byli w stresie, gdyby się okazało, ze Wasza wielka akcja propagandowa „Niemcy największym dobrodziejem Ukrainy” może nie przynieść satysfakcjonującej stopy zwrotu. Gdybyście mieli poczucie, że „wasz wielki partner” Rosja jest coraz bardziej nieprzystępny, ale za to „wasz partner strategiczny Ukraina” jakby wymyka się z rąk. Jak będzie jutro nie wiem, ale stres jest.

Z kolei dla nas to był dobry dzień. I tylko szkoda, że Wołodymyr Zełenski nie wspomniał znów publicznie ani słowem o Wołyniu. Może następnym razem.

 

P.S. Rysunek jest oczywiście trochę na wyrost, ale oby był proroczy

 

RADA PROGRAMOWA TVP: Agresja z pedofila została skierowana przeciw dziennikarzom

Rada Programowa Telewizji Polskiej S.A. na posiedzeniu 29 marca 2023 r. przyjęła uchwałę z apelem w sprawie ostatnich ataków na dziennikarzy w związku z informowaniem o sprawie pedofila. W uchwale podkreślono, że chaos medialny przyczynił się do marginalizacji tragedii ofiary a także rzeczywistej winy przestępcy.

(uchwałę publikujemy w całości)

UCHWAŁA NR 2/VIII/2023 RADY PROGRAMOWEJ TVP S.A.

Na podstawie art. 28a ust. 3 ustawy z dnia 29 grudnia 1992 roku o radiofonii i telewizji Rada
Programowa na 3 (23) posiedzeniu w dniu 29 marca 2023 roku przyjęła uchwałę następującej
treści:

W ostatnich tygodniach byliśmy świadkami swoistej wojny jaka przetoczyła się przez media
w sprawie informowania widzów, czytelników oraz słuchaczy o sprawie pedofila. Śledziliśmy
wymianę opinii i newsów o tym kto pierwszy i w jakich słowach sprawę upublicznił. W tym
medialnym szumie zupełnie na dalszy plan zeszła kwestia faktycznego przestępcy i ofiary. Widzowie zostali zaangażowani w konflikt, agresja z pedofila – złoczyńcy została skierowana
przeciw dziennikarzom i pracownikom stacji i mediów, którzy o sprawie informowali.

W związku z powyższym, w imieniu reprezentowanych przez nas widzów, apelujemy
do wszystkich dziennikarzy, wszystkich mediów, mających przecież tak ogromny wpływ
na kształtowanie postaw i opinii społecznych, by to bolesne doświadczenie stało się motywem
do wypracowania takich standardów, które przyczynią się do eliminacji znamion medialnej
nagonki przy publikowaniu najważniejszych i najświeższych informacji.

Przewodniczący Rady Programowej TVP S.A.
/-/ Wojciech Skurkiewicz

MATEUSZ KOSSAKOWSKI nowym prezesem Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP

Walne Zebranie Członków Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Stowarzyszenia wybrało swoje władze. Zgromadzenie odbyło się 23 marca wc sali konferencyjnej „Civitas Christiana” na Starym Mieście w Olszynie. Statut Stowarzyszenia przewiduje trzyletnią kadencję i na taki czas wybrano wszystkie nowe władze regionalne. Prezesem Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP został 30-letni Mateusz Kossakowski (na zdjęciu tytułowym).

Do rywalizacji o funkcję prezesa przystąpiło dwóch kandydatów: dotychczasowy prezes W-M Oddziału SDP, od 2021 r. zasiadający też w  Zarządzie Głównym SDP Grzegorz Radzicki i do 23.03. 2023 r. zastępca prezesa oddziału W-M Mateusz Kossakowski. Wynik: 18 do 6 głosów na korzyść Mateusza Kossakowskiego.

Nowy prezes pochodzi z Mrągowa, ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich związany jest od kilku lat. W minionej kadencji był członkiem zarządu, potem wiceprezesem.

Sam mówi o sobie, że jest dziennikarzem i społecznikiem.  Od 5 lat pełni m.in. funkcję prezesa Mrągowskiego Towarzystwa Regatowego Czos. Dziennikarsko był związany z Gazetą Olsztyńską, Kurierem Mrągowskim, Gazetą Warmińską. Obecnie jest redaktorem naczelnym portalu Mragowo24.info oraz Głosów Warmii i Mazur.

– Chciałbym podziękować wszystkim osobom za głosy i za tak dużą dozę zaufanie. Przez ostatnie 2 lata prezesem był Grzegorz Radzicki i nie mogę w tym miejscu nie podziękować mu za wprowadzenie w meandry Stowarzyszenia a także sprawne kierowanie Oddziałem przez ostatni okres – powiedział tuż po wyborze prezes Mateusz Kossakowski. – Nowy zarząd to połączenie doświadczenia z młodością i mam nadzieję, że uda się wspólnymi siłami napisać nowy, pozytywny rozdział w historii SDP. Przed nami sporo pracy. Już niedługo ogłosimy wyniki V. Ogólnopolskiego Konkursu na Rysunek Prasowy im. Aleksandra Wołosa oraz będziemy rozpatrywać prace nadesłane do XIV. edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego.

Nowe władze W-M Oddziału SDP:

Zarząd 

Mateusz Kossakowski – prezes

Joanna Wańkowska-Sobiesiak – wiceprezes

Zbigniew Piszczako – sekretarz

Zdzisław Piaskowski – skarbnik

Miłosz Babecki – członek zarządu ds. wydawniczych

 

Nowy Zarząd W-M Oddziału SDP, od lewej: Zdzisław Piaskowski – sekretarz, Mateusz Kossakowski – prezes, Joanna Wańkowska-Sobiesiak – wiceprezes, Zbigniew Piszczako – sekretarz, dr Miłosz Babecki – członek zarządu ds. wydawniczych. Fot. Elżbieta Mierzyńska

Komisja Rewizyjna

Grzegorz Radzicki –  przewodniczący Komisji

Uwe Hahnkamp – sekretarz

Wojciech Chromy

Komisja Członkowska

Jan Rosłan – przewodniczący Komisji

Jerzy Pantak – sekretarz

Elżbieta Mierzyńska

Sąd Dziennikarski

Martyna Seroka – przewodnicząca Sądu

Aneta Markowska

Justyna Masiewicz-Grodź

Rzecznik Dyscyplinarny

Andrzej Zb. Brzozowski

Podczas zebrania sprawozdawczo-wyborczego wyłoniono również delegatów na najbliższy zjazd krajowy SDP, nadano tytuł członka zasłużonego Oddziału SDP dla Wojciecha Ciesielskiego, a także wybrano osoby odpowiedzialne za dalszy rozwój czasopisma społeczno-kulturalnego “Bez Wierszówki”. Redaktorem naczelnym został Jerzy Pantak, jego zastępcą ks. Jan Rosłan, a na sekretarzy redakcji zostali powołani: Zbigniew Piszczako Mateusz Kossakowski.

Tekst: Zdzisław Piaskowski

Zdjęcia z zebrania Jerzy Pantak

 

HUBERT BEKRYCHT: Oszczercy Jana Pawła II, spróbujcie tego w Azji!

Chrześcijaństwo w Azji od lat zmaga się z prześladowaniami. Podpalenia kościołów, nękanie wiernych, coraz częściej dotkliwe ich pobicia, czy morderstwa a nawet krwawe pogromy – to, niestety gorzki powszedni chleb Pański w tej części świata. W różnym stopniu wyznawcy Chrystusa są represjonowani w różnych krajach, szczególnie na południu największego na planecie kontynentu. W najliczniejszej demokracji parlamentarnej świata – Indiach, gdzie również dochodzi do prześladowań, ale władze rządowe i lokalne próbują walczyć z represjami, chrześcijanie nie chcą, więc uwierzyć, że bardzo szanowanego tu papieża – pielgrzyma, Jana Pawła II szkaluje się bezpodstawnie w kraju skąd pochodzi Święty. „Tutaj nikt nie będzie usuwał albo niszczył pomników Jopo” – zapewnia wskazując na pomnik papieża z Polski dozorca archikatedry pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego w stolicy Indii New Delhi.

 

Pomimo natychmiastowej zgody na rozmowę sprzątający dziedziniec przed archikatedrą przy Ashok Place w Delhi, prosi, aby nie podawać nawet jego imienia (nazwałem go, zatem Dewan). Dozorca nie ma teraz wiele pracy, zimą (od listopada do marca, kiedy temperatury najczęściej nie przekraczają w stolicy 27 stopni, chociaż bywają dużo cieplejsze a nawet gorętsze wyjątki) w dzień powszedni ludzi jest mniej a msze tylko trzy. Więcej wiernych jest oczywiście w niedzielę.

Wówczas odprawianych jest aż siedem mszy, najwięcej, bo aż cztery po angielsku, dwie w hindi i jedna w malajam, czyli w języku drawidyjskim, gdzie jest wiele elementów tamilskiego.

Oszczerstwa wobec tego, który zmienił świat

Dewan przerywa pracę i nie wierzy, że w Polsce, kraju Jana Pawła II – Jopo (John Paul mówione bardzo szybko) – jak niektórzy delhijczycy nazywają naszego papieża – jest tyle osób, którzy kłamią i rzucają oszczerstwa szkalując Świętego.

„Jeśli rzeczywiście tak jest, to są głupi. Spróbuj u nas obrazić pamięć Gandhiego, niezależnie od wyznania, byłoby to jednocześnie szkalowanie kraju” – powiedział Dewan. „Tutaj nikt nie będzie usuwał albo niszczył pomników Jopo! U was te oszczerstwa to uwikłanie w walkę polityczną, kłamstwa i kalanie świętości wybitnego duchownego” – złości się sprzątacz przed katedrą.

„Nie wierzę w te zarzuty, zresztą dawno to wszystko wyjaśniono, teraz pewnie to kolejna fala pomówień po coraz śmielszych prześladowaniach chrześcijan także w Europie. U was pustoszeją teraz kościoły, jeszcze nie ma krwawych pogromów, ale jeśli nie szanuje się autorytetów…” – zastanawia się Dewan a ja, po tych słowach, zastanawiam się czy mój rozmówca jest rzeczywiście sprzątaczem, dozorcą? Może to ksiądz? Kościelny? Pytam o to, ale nie odpowiada. Śmieje się perliście pokazując dentystycznie białe zęby. Nie pozwala zrobić sobie na koniec zdjęcia. „Jemu zrób, bo on jest bohaterem, przyjechał tu i widział naszą biedę. Może to nasz Jopo zmienił świat. I Indie” – dodaje „Powiedz tam u siebie, że my katolicy z Indii nie damy obrażać Ojca Świętego Jana Pawła II” – podkreślił Dewan.

Japo good man

Przed katedrą siedzi kilka kobiet w tradycyjnych strojach. Niestety ich hindish jest tak mało dla mnie wyraźny, że słyszę tylko zapewnienia o tym, iż również „wierzą”. Wskazują jednak wyraźnie na katedrę i na pomnik papieża. Nie rozumieją, o co pytam. Zresztą, chyba i tak nie uwierzyłyby, że ktoś w kraju urodzenia Japo bruździ papieżowi ubogich, jak delhijczycy także nazywają Jana Pawła II. W miarę wyraźnie słyszę tylko: „Jopo good, Jopo holly man (Jopo dobry, święty człowiek)”. Nie mam pewności, czy to chrześcijanki, bo stroje są hinduskie, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Niedaleko archikatedry jest świątynia sikhijska. Jest jeszcze przed południem jest tam tłoczno. W skupieniu i modlitwie przemierzają teren gurudwary. Mężczyźni w charakterystycznych turbanach, kobiety we wzorzystych rozmaitego typu okryciach. Sporo dzieci.

Strażnik w pomarańczowym turbanie z groźnie wyglądającą włócznią pyta mnie, czy chcę wejść. Odpowiadam, że dopiero przyjechałem i może innym razem, bo przecież „tylu tu waszych wiernych, nie chcę przeszkadzać”. Odpowiedział komplementami o dobrym wychowaniu albo nazwał mnie dobrym człowiekiem – nie zrozumiałem. Strażnik jest miły, więc wpadam na pomysł i pytam, czy wie, kto to św. Jan Paweł II. „To święty człowiek z Europy. Był w Indiach” – odpowiada lekko dotknięty, że posądzam go o niewiedzę i zapewnia mnie, że jest dobrze wykształcony.

 

Kiedy już skończyłem opowieść o tym, jak obrażany jest papież Polak w swym kraju, strażnik wyglądał na zdziwionego, ale widać, że nie chciał o razu odpowiadać. Po kilku sekundach odrzekł, że jego religia to religia tolerancji. „Jeśli jesteś rzeczywiście pobożnym Sikhem nic złego nie zrobisz inaczej się modlącym” – powiedział a ja nie spodziewałem się zresztą innej odpowiedzi, bo wiara w Indiach to dosyć złożona materia.

Po chwili jednak człowiek w pomarańczowym turbanie mówi trochę ciszej. „Bardzo to dziwne, że ktoś nie szanuje swojej religii i tradycji. Chyba taka tradycja szybko zginie (powiedział ‘umrze’) „ – zakończył.

Nie wiem, czy wszystko dobrze zrozumiałem, ale większość z tych dosyć chaotycznie przeprowadzonych rozmów była po prostu bardzo budująca. Nie wiem na pewno, czy wszyscy mówili szczerze, nie znam na tyle Indii, bo jestem tu zaledwie kilka dni. Dowiedziałem się jednak o tym kraju jednego. Większość ludzi uważa tu, że jeśli w coś głęboko wierzysz, nie jesteś w stanie o tym myśleć źle.

W Polsce trwa kampania opozycyjnych oskarżeń sfabrykowanymi esbeckimi papierami wobec człowieka, który już nie może się obronić. Wierzę jednak, że ci, którzy to robią kiedyś przynajmniej zrozumieją istotę swego parszywego zachowania.

Gęstniejący sos pomówień wcześniej, czy później wyparuje. Zostanie jednak tak wykpiwana tolerancja środowisk konserwatywnych i nasza obrona Świętego Człowieka, zwyczajnego człowieka, który cieszy się szacunkiem nawet w dalekiej Azji a w swoim kraju, z którym związki zawsze papież podkreślał, jest szkalowany w imię jakiś kilkudziesięciu mandatów w parlamencie. Bo tyle zdobędzie jesienią opozycja po tej oszczerczej kampanii.

A oszczercy… No cóż, są odważni tylko chowając się za immunitetem i w Internecie. Oszczercy Jana Pawła II, spróbujcie tak się zachować w Azji, na przykład przed delhijską archikatedrą lub kilka kroków dalej przed sikhijską świątynią. I niech Pan Bóg ma was w swojej opiece…

 

 

O błędach, także językowych pisze WALTER ALTERMANN: Oscylujący wicemarszałek Sejmu

„Nasze środowiska opozycyjne oscylują wokół jednej wspólnej busoli demokratycznej” – powiedział 1 marca 2023 r. w TVN 24 wicemarszałek Sejmu RP Piotr Zgorzelski. To, co rzekł pewnie nie mieści się w głowie wykładowców polityka, tak jak dyplomy nie mieszczą się w szufladzie wicemarszałka.

Pan wicemarszałek jest członkiem Klubu Parlamentarnego Koalicja Polska – PSL, UED, Konserwatyści i ma bardzo bogate – na liczbę zaświadczeń – wykształcenie. Najpierw skończył historię na Uniwersytecie Łódzkim, potem ekonomię w Toruniu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika – co prawda podyplomowo, ale jednak. Następnie pan wicemarszałek studiował „Integrację europejską” w Szkole Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku – też podyplomowo, ostatnio zaś studiował na Uniwersytecie Warszawskim, na kierunku „Menedżer publiczny” – również podyplomowo.

Ma on również bogate doświadczenia zawodowe: od 1983 pracował jako nauczyciel w szkołach podstawowych w Ciachcinie i w Leszczynie Szlacheckim. Od 1992 do 1998 był dyrektorem drugiej z tych placówek. Następnie przez cztery lata zajmował stanowisko wicewójta gminy Bielsk. Był wybierany w kolejnych wyborach samorządowych do rady powiatu płockiego. W 2003 został dyrektorem delegatury Urzędu Marszałkowskiego Mazowieckiego w Płocku. W 2010 zastąpił Michała Broszkę na funkcji starosty płockiego.

Nauka a praca

Wielki poeta Fryderyk Schiller napisał: „Czas studiów musi pozostawać w rozsądnej proporcji do czasu pracy”. Ale nie czepiam się, tym bardziej, że Schiller był jednak Niemcem. Zgódźmy się jednak na to, że studia powinny dawać efekty, a z efektami u pana wicemarszałka sytuacja jest mocno wątpliwa.

Rozpisałem się o życiorysie pana wicemarszałka, żeby skonstatować co następuje: mimo tylu lat studiów, na tak różnych kierunkach, jak historia i ekonomia, mimo pracy w szkolnictwie, nigdy nie dowiedział się czym jest busola, jak wygląda i czemu służy! Nie wie również nic o oscylowaniu. Naprawę przykre, że taki uczący się człowiek zmarnował tyle lat pracy i studiów.

Busola i oscylacja

Busola magnetyczna, to urządzenie nawigacyjne służące do wyznaczania kierunku bieguna magnetycznego. Busola, podobnie jak kompas, jest wyposażona w igłę magnetyczną. A znając biegun magnetyczny, który jest – mniej więcej – na północy, łatwo możemy wyznaczyć też pozostałe kierunki świata, zorientować mapę i podjąć marsz w odpowiadającym nam kierunku. Oscylacja zaś to: 1. wahanie się w wyborze między dwiema możliwościami; 2. ruch wahadłowy drgający.

Nie można zatem oscylować wokół busoli, bo wtedy nie widzi się tego, co z busoli można odczytać. A oscylowanie to ruch, od – do. Poza tym – jeżeli pan Zgorzelski waha się w wyborze, to między czym a czym? Między demokracją a zamordyzmem? No i jeszcze ta „jedna wspólna busola” … przecież kompas lub busolę można dzisiaj kupić za psi pieniądz. I każda z partii opozycji mogłaby mieć po jednym kompasie, busoli – a i tak wszystkie igły tych urządzeń wskazywałyby tę sama północ.

Jednak nie w tym rzecz, że pan wicemarszałek nie wie. Nie wszyscy muszą wiedzieć wszystko. Rzecz w tym, że nie wie a mówi! A co gorsza mówi metaforami. I nie wie też, że metafora musi być logiczna, prawdziwa i precyzyjna. Niewiedza o tym, jak na absolwenta kierunku humanistycznego na uniwersytecie jest to zaskakująca. Bo co późniejszy wicemarszałek robił na swoich pierwszych studiach? Marnował czas, a państwo marnowało pieniądze na jego naukę. Być może zbyt wiele czasu poświęcał jako student polityce, ze szkodą dla wiedzy?

Od czasu do czasu pojawia się w Polsce pomysł, że absolwenci – na przykład medycyny – powinni płacić za studia, jeżeli porzucają ojczyznę i wyjeżdżają w szeroki świat w poszukiwaniu lepszego chleba. W takim razie, może również absolwenci innych studiów powinni oddawać pieniądze, które państwo łożyło na ich naukę, jeśli wykazują się fundamentalnymi brakami?

Albo niech zaskarżą państwo, za to, że tak niewiele ich nauczono. W każdym razie sytuacja jest poważna i wymaga decyzji Sejmu.

Oscylowanie partii

Trzeba było – Panie Wicemarszałku – powiedzieć, że nasze opozycyjne partie zawsze idą w jednym kierunku, a jest to kierunek: demokracja. Ja wiem, że to trudne znaleźć wspólny kierunek dla tak różnych partii jak partie Tuska, Czarzastego, Zandberga, Kosiniaka-Kamysza i Hołowni. Ale to nie uprawnia Pana – Panie Wicemarszałku Zgorzelski – do mówienia absurdalnego.

Kochani nasi ludzie publiczni – tacy jak posłowie, senatorowie, urzędnicy wszystkich szczebli – mówcie prosto! Nie budujcie żadnych metafor, porównań, paraboli, hiperboli i innych takich. Mówcie prosto, bo ośmieszacie siebie i nas, a już na pewno tych, którzy was wybrali.

 

 

WALTER ALTERMAN pisze m.in. o byłych politykach: Stefan Niesiołowski i inne nieuleczalne przypadki

Profesor Stefan Niesiołowski ma w genach potrzebę burzenia pomników. Najpierw, jak młody człowiek, zasłynął nieudaną próbą wysadzenia pomnika Lenina w Poroninie. Teraz, po dłuższym – znaczącym – milczeniu zabrał głos i stwierdził: „Wszystkie pomniki Jana Pawła II powinny być dyskretnie usunięte. Nie da się już jego obronić.  Fakty, jakie są i jeszcze będą ujawniane, świadczą, że papież po prostu krył pedofilów. I właściwie powoli trzeba zapominać o tej postaci” – powiedział w wywiadzie dla GW.

Rozumiem, że sprawa jest poważna. Jednakże pozwolę sobie zwrócić uwagę, że Jan Paweł II, czyli Karol Wojtyła, nie żyje od roku 2005, nie może się bronić. A jest przecież w naszej polskiej obyczajowości zasada, że o zmarłych mówimy dobrze, lub wcale.

Inkwizytor ludowy (PSL)

 Wystąpienie Niesiołowskiego w sprawie pomników Jana Pawła II, niewiele odbiega od poprzednich akcji, podejmowanych przez tego polityka znanego przecież z wielkiej bezkompromisowości. Pamiętam, jak gromił komunę, różnej proweniencji lewaków i różnej maści liberałów. Pamiętam też, że jako założyciel i prominentny działacz Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego zachowywał się jak Savonarola, wypatrując wszędzie wrogów kościoła i religii. Później, już jako działacz Porozumienia Prawicy, był równie płomiennym i nieprzejednanym mówcą – zupełnie jak inkwizytorzy. Następnie Niesiołowski, przeszedłszy przez PO do PSL-Koalicja Polska, zachował przecież swój namiętny stosunek do świata.

Myślę, że w sytuacji dużych emocji przedwyborczych, ten ostatni wybryk Niesiołowskiego z całą pewnością ucieszy liderów – jakże chrześcijańskiego PSL-u – z którego to przecież list Pan Stefan był posłem. Niby to normalne, że temperamentu nie da się okiełznać, ale wstyd. Szczególny wstyd, u założyciela i działacza ZChN, partii z założenia i nazwy chrześcijańskiej.

Łóżka do spania

Przysłano mi na komórkę reklamę „łóżek do spania”. Zaniepokoiłem się, bo zdawało mi się, że łóżko zawsze służyło właśnie do spania. W odróżnieniu od tapczanu, kanapy, szezlongu i rekamiery. Na tych pozostałych też można spać, ale niewygodnie.

Doszedłem do wniosku, że jest to podła – wobec zamierzeń naszego rządu – akcja. Produkowanie bowiem łóżek służących jedynie do spania nie wspiera polityki proprokreacyjnej! Większość poczęć ludzkiego przychówku miała bowiem miejsce w łóżkach! Zatem oferowanie łóżek jedynie do spania jest działaniem antypaństwowym! Gorzej, bo ośmiesza cały program 500+.

Może też być i tak, że oferowane „łóżka do spania” są tak żałośnie słabej konstrukcji, że nie wytrzymują nawet najdelikatniejszej próby zbliżeń… dwojga różnej płci Polaków. To określenie o „dwojga różnej Polaków” wziąłem od genialnego Boya – Żeleńskiego, który poświecił „tym sprawom” wiele swych figlarnych utworów. Zresztą bez utworów figlarnych liczba urodzeń też będzie spadała. Może zatem państwo powinno wspierać finansowo świntuszących poetów?

Osoby wrażliwe

Na pasku TVP Info, 4.03.2023, przeczytałem taki komunikat: „Do 8 marca odbiorcy wrażliwi muszą złożyć wnioski o zwrot nadpłaty za ciepło”. Jako obywatel poważnie i głęboko propaństwowy rozpatrzyłem sprawę: czy jestem osobą wrażliwą… Wyszło, że tak. Wzruszam się bowiem w święta państwowe, szczególnie gdy maszerują nasi żołnierze, salutują, , niezależnie z jakiej partii pochodzi aktualny prezydent. Wojsko to wojsko! Wzruszam się przy czytaniu dobrej poezji, na dobrych filmach, wzruszam się, gdy mam do czynienia z ludzką nędzą i nieszczęściem. Zatem jestem bardzo wrażliwy i mógłbym wystąpić o zwrot pieniędzy. Siadłem więc do komputera i już chciałem napisać prośbę o zwrot pieniędzy…

Z błędu wyprowadziły mnie własne dzieci. Wytłumaczyły mi, że mimo mojej ogromnej wrażliwości, nie mam szans na żadne zwroty… Matko Jedyna, a kto to tak wymyślił, kto to tak pisze do ludzi? Zapewne jakiś urzędnik. Ale on chyba nie z Polski? Może wychował się gdzieś za granicą, wrócił do kraju przodków, znalazł gdzieś pracę wysokiej rangi i teraz raczy nas niby-polszczyzną.

Jako „odbiorca wrażliwy” tych nowoczesnych urzędowych treści nawet się wzruszyłem, ale nie było to dobre wzruszenie, bo używałem przy tym wzruszeniu wielu staropolskich słów, których używanie publiczne jest jednak zakazane.

Biden w zajętości

„Obecnie punkt zajętości Bidena to Zamek Królewski w Warszawie” – powiedział dziennikarz telewizyjny w czasie wizyty prezydenta USA w Polsce.

Skąd on – ten dziennikarz – wziął takie zdanko? Zapewne z jakiegoś urzędowego komunikatu służb chroniących prezydenta. Ale… co wolno wojewodzie to nie tobie… Obowiązkiem dziennikarza, który otrzymuje informacje od policji, straży pożarnej, pogotowia ratunkowego, wojska i innych służb jawnie-tajnych jest przetłumaczyć to na polski. Bo służbom wolno wewnętrznie mówić jakim chcą językiem – choć byłoby lepiej, gdyby i służby pisały i mówiły językiem powszechnym, codziennym.

Dziennikarz jednak ma obowiązek przekładać ów techniczny język na zwykły język, przeciętnych Polaków. Niestety coraz częściej słyszymy, że „pacjent jest zaopiekowany”, „miejsce lokalizacji obiektu zostało ustalone” lub „pacjent otrzymał pomoc adekwatną do jego stanu”.

 

Zawsze są malkontenci, czyli przemyślenia CEZAREGO KRYSZTOPY: Precz z owadobójstwem!

Człowiek żyje w gruncie rzeczy krótko. Nic więc dziwnego, że szczególnie wobec nieskończonej wielości zagadnień, nie zna się na wszystkim i powinien się z tym w dużym stopniu pogodzić. I ja się z tym godzę, co nie znaczy, że nie rodzą mi się w głowie pytania również w dziedzinach, w których nie nadążam za galopującym postępem i konsensusem naukowym.

Zadaję sobie na przykład pytanie – „Co będzie jeśli Unii Europejskiej uda się powstrzymać wzrost gospodarczy w Europie?”. Czy „planeta zostanie uratowana”? Tym bardziej, że Europa pomimo szumnych brukselskich haseł i programów, stanowi coraz mniejszą część światowej gospodarki. I wydaje mi się, że… nic się nie zmieni. Ponieważ żadna z wielkich światowych gospodarek, może oprócz częściowo Stanów Zjednoczonych, nie sprawia wrażenia jakby miała podcinać gałąź na której siedzi. No chyba, że Europa wejdzie w okres nowej epoki kamienia łupanego, a Europejczycy zaczną się z głodu i instynktownej miłości do zwierząt, nawzajem zjadać, czym już z całą pewnością „zainspirują resztę ludzkości”.

                                                                     Zbędny emiter gazów

Inne ciekawe pytanie nasuwa Paweł Jędrzejewski w tekście „Detronizacja Boga to degradacja człowieka” na łamach Tysol.pl – „Czy człowiek ‘pozbywając się’ Boga stanie się „wolnym” i kimś w rodzaju samowystarczalnego ‘boga’?”. I tutaj nie ma pewności, ponieważ trudno nie brać pod uwagę faktu, że skoro wyjątkowość człowieka zawiera się bardziej w religijnej transcendencji niż da się udowodnić naukowo, to być może człowiek „bez Boga” jest rzeczywiście tylko jednym z bardziej inteligentnych zwierząt,  jak pisze Jędrzejewski, „czasowo ożywioną materią”, lub wręcz tylko zbędnym emiterem gazów cieplarnianych?

Z rzeczy nieco bardziej przyziemnych, zastanawia Was czasem, co się stanie ze zwierzętami hodowlanymi, kiedy zlikwidowane zostaną hodowle? Czy ktoś sfinansuje wielkie rezerwaty dla krów, żeby mogły żyć i przedłużać swój gatunek w warunkach szczęścia i wolności? A może rolnicy zaczną je utrzymywać już bez zagrożenia ubojem, gwałceniem i dojeniem? Jest tu pewien problem, niedojona krowa bowiem, strasznie cierpi, może dostać np. zapalenia wymienia, ale może coś się wymyśli? A może będziemy mieli do czynienia z wielką eksterminacją „dla dobra planety”? Jak wyjaśniliby to krowom „obrońcy ich praw”?

Albo gorąca ostatnio kwestia zjadania robaków – „Czy ich przemysłowa produkcja nie będzie szkodliwa dla planety?”. Może powinniśmy zjadać tylko te, które łażą, czy latają tu i tam w sposób zupełnie naturalny? A widzieliście filmy z „produkcji”? Toż to niehumanitarna zgroza. Zapewne kwestią czasu jest pojawienie się radykalnego ruchu obrońców praw robaków pod hasłem „Precz z owadobójstwem!”. I on jednak prędzej czy później stanie przed zarzutem gwałcenia kwiatów przez niektóre owady.

                                                                 Ostateczna harmonia

Takie oto dziwaczne pytania rodzą się czasem w moim nieprzystosowanym do złotych czasów, w których żyję, mózgu. No, ale ja mam już swoje lata, być może to tylko wyblakłe cienie słusznie minionych postśredniowiecznych mroków, które przeminą wreszcie razem z takimi dziwadłami jak ja i mnie podobni, żeby ustąpić eonom powszechnej samorealizacji i harmonii.

O nietypowym konkursie dziennikarskim pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: „Szpalty za kratą”

Trzy-cztery kroki (zależy jak długie nogi), obrót i znowu to samo. I tak sto, dwieście razy, albo i więcej. Cela ma 3 metry na 4, trzy łóżka – jedno stoi samo, drugie piętrowe; stolik, kąt sanitarny z umywalką i sedesem – zasuwane. No i jeszcze jest okratowane okno i drzwi. Z wewnątrz ich nie otworzysz. Jest jeszcze spacer – godzina dziennie po jajowatym okręgu. I dwóch osadzonych. To wszystko. Ktoś wymyślił dobry tytuł konkursu: „Szpalty za kratą”. To raz do roku przeprowadzany przez zakład w Rawiczu konkurs dla więźniów (w tym momencie dziennikarzy) redagujących „za kratą” periodyki, grubsze, cieńsze. W zależności od hojności dyrekcji ZK i zaangażowania osadzonych (tak się ich określa), czyli więźniów. 

Inicjatywa ogólnopolska (jest w kraju ok. 100 zakładów karnych i aresztów, a w nich aktualnie ok. 80 tysięcy skazanych). Od kilkunastu lat trud organizacyjny konsekwentnie i z sukcesem podjęto w Rawiczu (obecny dyr. płk mgr Jarosław Dworecki i prowadzący  przedsięwzięcie oficer służby więziennej Marek Pięta). Brawo!

Gratulacje dlatego, że to ważna inicjatywa. Szansa na pracę intelektualną, zajęcie poza monotonią codziennego więziennego bytu i pożytek dla wszystkich, którzy czytają gazetki. Ważna sprawa. Od kilku lat SDP jesteśmy jednym z jurorów oceniających mniej i bardziej udane dziennikarskie poczynania ludzi zza krat.

W tym roku złoty, srebrny i brązowy medal przypadły: „W kratkę” (AŚ W-wa Grochów), „Piąty południk” (AŚ Lublin), „Kalejdoskop” (ZK Wojkowice).

 

Porównując nadesłane egzemplarze widać, że wysiłek redakcji nie idzie w gwizdek. Periodyki – miesięczniki, 2-miesieczniki, roczniki – są coraz lepsze, coraz bardziej profesjonalne, ciekawe i praktycznie użyteczne. To artykuły historyczne, informacje bieżące – polityczne i gospodarcze, poradniki, ćwiczenia sportowe, porady psychologiczne, życiowe – do kogo się zwracać z problemami w sprawach bytowych, zdrowotnych, dietetycznych, jak pisać podania, jak wypełniać rozmaite formularze. Są krzyżówki, szyfro-krzyżówki, wykreślanki, rozmaite łamigłówki i zgadywanki, pytania konkursowe, informacje o książkach, filmach, telewizji. A także rysunki satyryczne, miejsce na wiersze, na propozycje opowiadań, na refleksje osobiste, wyrażanie tęsknot i nadziei. Dużo zdjęć i rysunków. Zapożyczonych a także własnych.

Projekt skierowany jest też do rodzin skazanych na wykluczenie społeczne. Proponowane są wyjazdowe warsztaty psychoedukacyjne dla rodzin – matek z dziećmi oraz spotkania dla rodzin w zakładzie karnym.

Sporo miejsca więzienne gazetki poświęcają zachętom do różnych form współdziałania – wychowawców, więźniów, pokrzywdzonych. To wszystko w ramach poszerzenia wiedzy ze znajomości prawa. Przydatne to i cywilom. Np. mediacje czyli porozumienie. Aby uniknąć stresu w trakcie spotkania stron, angażuje się mediatora. Mediacje dzielą się na trzy grupy: gospodarcze, karne oraz cywilno-rodzinne. To jest droga do uniknięcia kary, a umożliwiająca zadośćuczynienie i naprawienie winy.

Można to różnie oceniać. Jedno jest wspólne – to twórczość zaangażowana, szczera, wychowawcza.

Odpędzić choćby złe myśli, czekać, trwać, wierzyć, że wszystko co ma być dobre, w końcu przyjedzie.