KRYSZTOPA: Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba

To co napiszę wielu z Was zapewne się nie spodoba. Nie mam oczywiście żadnej szklanej kuli ani zdolności profetycznych. Do tego czasu możemy być świadkami wydarzeń, które znacząco na to wpłyną, ale na dziś, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, wydaje mi się, jest to, że PiS wbrew kabaretowym sondażom, w przyszłym roku wygra wybory, ale straci władzę.

Przypominam sobie jedno, całkiem niedawne, choć nie pamiętam dokładnie które, nagranie Rafała Ziemkiewicza, na którym ten wyraża się z optymizmem na temat możliwości utrzymania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość po wyborach. Niech mi wybaczy, jeśli coś pokręciłem, ale argumentował tę tezę niską jakością opozycji. W ocenie jakości opozycji ma 100% racji. Opozycję w Polsce mamy tak durną, że gdybym napisał, że „jest durna jak but z lewej nogi”, mój lewy but mógłby się ciężko obrazić. Jeżeli jest groźna, to wyłącznie dlatego, że okazała się przydatna znacząco większym i mądrzejszym od siebie zewnętrznym wrogom polskiej suwerenności, którzy uznali ją za wygodne narzędzie „głodzenia Polski”.

PiS przegra sam ze sobą

A jednak obawiam się (obawiam się nie ze względu na dobro PiS, PiS jest narzędziem, nie celem, chodzi mi o konsekwencje dla Polski), że w zakresie przedłużenia władzy PiS o trzecią kadencję, Rafał Ziemkiewicz (o ile ta teza jest w ogóle jeszcze aktualna) nie ma racji. Abstrahując zarówno od jakości sondaży jako takich, a już szczególnie od jakości sondaży „przełomowych”, mimo wszystko wydaje się, że nie ma dziś takiej matematyki, która dałaby Prawu i Sprawiedliwości większość po wyborach. Jeśli nie wydarzy się coś spektakularnego, suma wyników partii opozycyjnych zapewne przekroczy wynik PiS. Być może nie pomoże nawet ew. koalicja z poszturchiwaną Konfederacją, ani, dla mnie osobiście odrażająca, koalicja z PSL.

Myślę, że można się pokusić o stwierdzenie, że PiS nie przegra z opozycją. Ta, niepotrafiąca wystękać żadnej propozycji programowej poza agresywnymi puhukiwaniami o „silnych ludziach”, jest tu bardziej żałosnym statystą. PiS przegra sam ze sobą. W tym dziele zapewne pomoże mu Mateusz Morawiecki na stanowisku premiera, obciążony zarówno awarią polityki podpisywania cyrografów podsuniętych przez Unię Europejską, jak i pomniejszymi awariami, takimi jak nieco już zapomniany „Polski Ład” czy niejasna sytuacja finansów publicznych. Według badania CBOS [!] w październiku rząd Mateusza Morawieckiego miał pośród respondentów 26% zwolenników. Czyli mniej niż wynosi wynik PiS we wszystkich w miarę poważnych sondażach. Te notowania są obciążeniem dla partii rządzącej. Większość głosujących na obecną partię rządzącą, głosowało na nią w nadziei, że ta będzie broniła suwerenności, a nie przywoziła z Brukseli kolejne „sukcesy”, pod wpływem których informacje o „konstruktywnym” spotkaniu Very Jourovej z nowym ministrem ds. europejskich Szymonem Szynkowskim vel Sękiem budzą więcej obaw niż zadowolenia, oraz pytania pt. „co oni tam znowu podpisali?”.

Będzie co ma być

Tak więc wydaje mi się, że stanie się to co ma się stać, czyli Prawo i Sprawiedliwość najprawdopodobniej wygra wybory (spora część wyborców zdaje sobie sprawę jaka katastrofą może być dojście do władzy obecnej opozycji, która będzie musiała spłacić długi wobec swoich obecnych zewnętrznych patronów), ale nie uzyska wyniku, który dawałby w ten czy w inny sposób szansę na rządzenie. Co będzie dalej?

Rzeczywistemu „programowi” opozycji z Platformą Obywatelską na czele, poświęcę chyba osobny tekst, teraz pokrótce tylko nadmienię, że zacznie się oczywiście od euforii i triumfalizmu. Będzie dużo gadania o tym jak „teraz będą wyskakiwać z okien”, może jakieś komisje śledcze, pracę straci sporo ludzi w publicznych mediach, spółkach skarbu państwa, zapewne zostaną dokonane jakieś gesty „programowe”, natury głównie światopoglądowej. Być może pojawi się jakaś ustawa o „związkach partnerskich”, możliwe, że łamiąc konstytucję zaczną coś gmerać przy aborcji. Z pewnością „krwawa” vendetta czeka wymiar sprawiedliwości. Umocowana w prawniczej międzynarodówce „nadzwyczajna kasta” nie odpuści i nikt nie odważy się jej przeszkodzić. Zapewne dokonany zostanie jakiś rodzaj egzekucji na ok ¼ obecnych sędziów, powołanych przez Prezydenta zgodnie z konstytucją, których wiary w nowy system PiS nie potrafił wynagrodzić. Niestety mogą spróbować np. sprzedać Orlen. Możliwe, że Polsce zostaną wypłacone jakieś pieniądze z Brukseli, a możliwe, że nie, ponieważ wydaje się, że jednym z powodów „głodzenia Polski” jest fakt, że UE sama ledwo się trzyma kupy.

Słaba koalicja

Nie zostaną natomiast rozwiązane żadne poważne problemy. Zupełnie nie wyobrażam sobie lenia Tuska, jako premiera rozwiązującego jakieś problemy na poważnie. Jeśli wojna i jej skutki się przeciągną, zostaniemy z wysoką inflacją, raczej nikt nie tknie finansów publicznych, służby zdrowia, no może zrezygnuje z jakichś strategicznych inwestycji, bo nie po to doszedł do władzy żeby jego zagranicznych suweren martwił się siłą Polski.

Prędzej czy później brak rozwiązania poważnych problemów będzie coraz bardziej dojmująco widoczny. Ewentualna likwidacja programów społecznych również zaboli. W powyborczej, bardzo złożonej koalicji, szybko pojawią się tarcia – Szymon nie cierpi Donalda, Włodek – Szymona i Donalda, Robert – Włodka, a Adrian – wszystkich naraz – pisała niedawno Agnieszka Kublik w Wyborczej (Władek się dostosuje do każdego naczynia, do jakiego się go wleje). Mało tego. Największym klubem w parlamencie będzie klub opozycyjny – PiS. Z czasem coraz bardziej na nowo zwarty i zdyscyplinowany. A w dodatku, całkiem możliwe, że również posiadający niemałe wpływy w Europie, gdzie rządy przejęły, a być może jeszcze przejmą partie mu przychylne. To nie wróży Donaldowi Tuskowi łatwego zadania. Praca trzy dni w tygodniu może nie wystarczyć.

Hamulce

A jeszcze konieczność kohabitacji z nieprzychylnym Prezydentem aż do 2025 roku. Szefem banku centralnego Adam Glapiński będzie, jeśli dobrze liczę, do 2028 roku. Małgorzata Manowska będzie I Prezes Sądu Najwyższego do 2026 roku. Nie wiem jak będzie z Krajową Radą Sądownictwa i Trybunałem Konstytucyjnym, ponieważ wierzę, że przy aplauzie Berlina i Brukseli są tu gotowi pójść na kompletnie niepraworządny i antykonstytucyjny rympał. Ale jednak trochę hamulców ewentualnego chaosu jest.

Co więcej, w Europie krzepnie opozycja wobec zarówno niemieckiej dominacji jak i obłąkanych planów Brukseli. Być może to wystarczy, żeby blokować największe szaleństwa i zapewniać Berlinowi i Brukseli wystarczająco dużo „rozrywki” żeby nie miały czasu myśleć o głupotach. Być może koalicja krajów rządzonych przez konserwatystów przejmie pałeczkę oporu wobec budowy Związku Socjalistycznych Republik Europejskich.

Polska szansa

I tutaj dochodzimy do rzeczy w tym wszystkim najistotniejszej. Szczególna geopolityczna koniunkcja jaka się wokół Polski w ostatnim czasie wytworzyła, sprawia, że ta ma poważną szansę, by znacząco przesunąć się w peletonie państw na spektrum możliwości prowadzenia samodzielnej polityki i budowy podstaw własnego dobrobytu. I stąd zresztą to potępieńcze wycie. Żeby ktoś mógł usiąść przy stole dla dorosłych, kto inny musi się przesunąć. Nic dziwnego, że woli wykopać krzesło spod siedzenia kandydata. W moim najgłębszym przekonaniu, na tym właśnie polega rzeczywista misja Donalda Tuska, który ma Polsce uniemożliwić pójście własną drogą, a umożliwić zaprzęgnięcie jej na powrót do niemieckiego powozu. Cała reszta to didaskalia.

Dojście do władzy opozycji (nie wiem czy w ogóle zasługują na to określenie) jest dla tej polskiej szansy potwornym zagrożeniem. Tu możliwości są dwie. Jeśli zadziałają w wystarczającym stopniu wewnętrzne i zewnętrzne hamulce, które pokrótce opisałem, prawdopodobnie po tym trudnym okresie, w którym koalicja zaprzańców skompromituje się w oczach również niezdecydowanego elektoratu, możliwe, że PiS oczyszczony w czyśćcu opozycji, dostanie kolejną szansę. Może też nie będzie to PiS, tylko jakaś inna siła, która podczas tych czterech lat wyrośnie. Wtedy oby potrafiła tę nasza polską szansę zagospodarować.

Bo jeśli hamulce nie zadziałają w wystarczającym stopniu i polska smuta będzie musiała potrwać dłużej, to obawiam się, że choć historia wbrew niektórym, nigdy się nie kończy, to na czas dłuższy może już nie być co zbierać.

HUBERT BEKRYCHT: AAA – Asnyka nie sprzedam, czyli niepodległość dziennikarska

W przededniu Święta Niepodległości 11 listopada polskie media puchną od porad, jak ów dzień obchodzić, jak trwać w zadumie, kogo wówczas wspominać, kogo nie i – najważniejsze – co robić, aby niepodległość to nie był drętwy monolog Stasia Tarkowskiego z „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. A, czy my, dziennikarze wiemy co to jest niepodległe dziennikarstwo?

Aby dokonać krótkiej wykładni tego pojęcia posłużę się wierszem „Daremne żale” Adama Asnyka. Utwór napisany 150 lat temu powinien być znany większości Polaków, bo powinien być analizowany w szkołach. Powinien…

 

Daremne żale – próżny trud,

Bezsilne złorzeczenia!

Przeżytych kształtów żaden cud

Nie wróci do istnienia.

 

Dziennikarze współcześni, nawet w przededniu Święta Niepodległości, przeraźliwie nie zdają sobie sprawy z tego, że przywoływanie przeszłości, historii, także tej niedawnej, powinno mieć sens i być osadzone w kontekście teraźniejszym.

Przypominanie dziejów nie musi być oczywiście tylko przyjemne, ale nie może być tylko połajanką dla dzieci. Historia ma uczyć, nie może powodować torsji. Nieważne czy ze strachu, czy ze śmiechu…

 

  Świat wam nie odda, idąc wstecz,

Znikomych mar szeregu –

Nie zdoła ogień ani miecz

Powstrzymać myśli w biegu.

 

W pogoni za tzw. klikalnością dziennikarze ukrywają skwapliwie fakt, że świadomie wypaczają sens słów Asnyka. „Ogień i miecz” nie mogą wyłączać myślenia, ale przecież nikt nie każe mediom odrzucić radykalne metody przekazu, które dotrą do odbiorców.

Urodzony w Kaliszu twórca był także doktorem filozofii, ale nie przewidział, że dzisiejsi kronikarze rzeczywistości będą dążyć do hamowania nowych trendów, aby móc spłacać kredyt. I wykonywać polityczne zlecenia…

 

Trzeba z żywymi naprzód iść,

Po życie sięgać nowe…

A nie w uwiędłych laurów liść

Z uporem stroić głowę.

Z tymi żywymi to – radzę – ostrożnie. Dziennikarz czasem powinien popatrzeć na narodową graciarnię nie wyrzucając starych, ale przydatnych jeszcze sprzętów. I co, jeśli laur jeszcze nie wysechł?

 

Wy nie cofniecie życia fal!

Nic skargi nie pomogą –

Bezsilne gniewy, próżny żal!

Świat pójdzie swoją drogą.

 

Nic nie odwróci koła historii? Technika idzie jednak do przodu i ktoś może wynaleźć, specjalnie dla dziennikarzy, maszynę, która powodować będzie symboliczny powrót pasty do tuby. Media poszły swoją drogą, ale świat może mieć lepszą ścieżkę.

I weźmy pod uwagę, że pod utworem Adama Asnyka widnieje data 1 kwietnia. Co prawda 1877 roku, ale czy prorok nie może zażartować?

 

 

O Święcie Niepodległości AD 2022 pisze WALTER ALTERMANN: Kilka niestosownych uwag

Wiem co to jest niestosowność i wiem, kiedy co wypada, a kiedy lepiej zmilczeć. Wiem, że na weselu nie trzeba wspominać dawnych dziewczyn pana młodego i chłopaków panny młodej. Jeżeli zatem na dzień narodowego święta postanowiłem napisać kilka trudnych uwag, to przecież nie po to, żeby psuć nastrój.

Dla mnie Święto Niepodległości jest dniem mojej zadumy nad minionymi czasami i pochyleniem głowy przed cieniami dawnych bohaterów.

Jednakże ciesząc się z odzyskania niepodległości ojczyzny nie umiem zapomnieć, dlaczego doszło do rozbiorów, klęsk powstań i setek tysięcy ofiar. Powiem od razu, że żadnego 11 listopada nie ciągnie mnie do udziału w pochodach i wznoszenia okrzyków w tłumie. Nie mówię, że te manifestacje polskości nie mają wielkiego sensu, ale jak dla mnie za mało w nich czasu i miejsca na przemyślenie spraw minionych, a także na zastanowienie się nad naszą „współczesną dzisiejszością”. A współczesność Polski bardzo mnie martwi.

Potępieńcze swary

Pozwolę sobie kilka razy odwołać się do naszych romantyków. Po pierwsze – Mickiewicz, Słowacki i Norwid największe swe dzieła napisali na uchodźctwie. I nie znaleźli się we Francji dlatego, że opuścili ojczyznę dla lepszego materialnie życia. Jak tysiące im podobnych tułaczy byli ofiarami rozbiorów, wojen napoleońskich i klęski powstania listopadowego. Po drugie – Polska i jej losy były tematami ich życia. I należy im wierzyć w diagnozach, bo byli mądrzy oraz sami na sobie doświadczyli tego, co bolało pokolenia XIX–wiecznych Polaków. Przeważająca część twórczości Słowackiego jest próbą zrozumienia faktu, jak to się stało, że jedno z największych państw Europy upadło w niecałe 100 lat. Bo przecież od Wiktorii Wiedeńskiej do pierwszego rozbioru minęło ledwie 89 lat. Jedną z przyczyn, zdiagnozowaną przez Słowackiego, ale też Norwida i Mickiewicza była nieumiejętność wypracowywania kompromisu przez Polaków. Tak Mickiewicz pisał o tym w „Panu Tadeuszu”.

O tem że dumać na paryskim bruku,

Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,

Za poznych żalów, potępieńczych swarów! (…)

A gdy na żale ten świat nie ma ucha,

Gdy ich co chwila nowina przeraża

Bijąca z Polski jako dzwon smętarza,

Gdy im prędkiego zgonu życzą straże,

Wrogi ich wabią z dala jak grabarze,

Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą –

Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,

Że utraciwszy rozum w mękach długich,

Plwają na siebie i żrą jedni drugich!

 

Minęło prawie 200 lat od powstania „Pana Tadeusza”, a nadal wiedziemy potępieńcze swary. A może to jakaś genetyczna cecha narodowa lub może niedojrzałość polityczna całego narodu? Może to właśnie skutek rozbiorów? W każdym razie, z roku na rok wzrasta wzajemna podejrzliwość w obrębie własnego narodu. Czy my, Polacy, naprawdę nie potrafimy z sobą normalnie rozmawiać, szanując jednocześnie prawo adwersarzy do ich własnego zdania? Dlaczego każdy spór natychmiast przybiera obraz sądu ostatecznego, gdzie padają najcięższe argumenty. A w ich braku – bo ileż w końcu można powtarzać w kółko to samo – sięgamy po argumenty przodków – do jakiej partii czyj dziadek należał i jak dużą miała domieszkę krwi obcej babcia przeciwnika…

Co mówią cmentarze

Pojawiające się w grupach nacjonalistycznych, hasła rasowe są mi wstrętne. Ale nie tylko wśród ONR i jemu podobnych. Przecież ukazywały się w ostatnich latach książki pisane przez całkiem znane osoby, których to książek tematem było śledzenie pochodzenia narodowego przeciwników polityczny. Domniemanych przeciwników tychże autorów.

Tak się złożyło, że ostatnio często bywam na łódzkich cmentarzach i idąc niespiesznie alejkami, czytam napisy na nagrobkach. I naraz uderzyło mnie, że wśród ofiar rewolucji 1905 roku w Łodzi, wojno polsko-rosyjskiej, II wojny światowej i powstania warszawskiego jest ogromna masa niepolskich nazwisk. Głównie są to nazwiska niemieckie i żydowskie. Bo o niepodległość Polski walczyli także Polacy żydowskiego i niemieckiego pochodzenia. I im także należy się cześć i dobra pamięć. A może większa niż rdzennym Polakom?

A tu właśnie, w środę 9 listopada, sąd złagodził kary dla ONR-owców, którzy w Białymstoku wykrzykiwali hasło „A na drzewach oprócz liści, będą wisieć syjoniści”. Dziwne, że mimo wyroków w zawieszeniu, prokuratura domaga się uniewinnienia skazanych.

Może prokurator działa w myśl zachodnioniemieckiej myśli prawnej, która zakładała, że zamykanie w więzieniach neohitlerowców doprowadzi jedynie do powstania groźniejszych podziemnych grup?

Władza, czyli głęboka niedojrzałość

Jednym z przejawów naszej niedojrzałości politycznej jest przekonanie, że jakaś partia będzie rządzić aż do emerytury. To znaczy do emerytury posłów wybranych wcześniej z listy danej partii.

Jest faktem, że do władzy przyzwyczaić się jest niebywale łatwo. Szczególnie słabszym mentalnie i duchowo osobom. I jest faktem, że często władza degeneruje. Władza ma bowiem uroki, że  posła tytułuje się wysoko. Że mu się kłaniają, uśmiechają, wystąpi czasem w telewizji… A jeżeli jeszcze ów poseł jest ministrem… Mój Boże, toż nawet jego żona boi się do niego zbliżyć. Zresztą i poseł nie ma czasu na zbliżenia, bo ma tyle spraw na głowie, że tylko współczuć.

Zatem już sama wizja utraty miejsca w parlamencie, utrata stanowisk, przywilejów i czapkowania budzi w wielu ludziach władzy przerażenie. A człowiek przerażony gotów jest popełniać grubsze głupstwa niż człek spokojny. I nie piszę tu o obecnej władzy, bo każda poprzednia władza też miała syndrom „niespodziewanej utraty władzy”. A przecież wzięcie władzy równa się, po czasie, jej oddaniu. Dziwna choroba, gdy człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że kiedyś się zestarzeje, odda władzę, a w końcu umrze. Jeżeli nie jest to niedojrzałość, to co to jest?

Czy Piłsudski był ojcem narodu?

11 listopada przedstawiciele parlamentu, rządu i różnych partii złożą wieńce pod pomnikami Józefa Piłsudskiego. I słusznie, bo jest on symbolem odzyskania niepodległości. A my Polacy kochamy symbole. Ostatnio przed jednym z pomników Piłsudskiego składali kwiaty nawet ONR-owcy, których protoplastów więziono w Berezie Kartuskiej.

Losy Piłsudskiego doskonale oddają problem rozumienia władzy przez Polaków. Piłsudski miał przekonanie, że tylko on walczył o niepodległość, choć nie było to prawdą. Następnie miał jeszcze silniejsze przekonanie, że tylko on potrafi scalić i zbudować silną Polskę. Tu nie mamy dowodów, że inni też potrafiliby, bo Józef Piłsudski przeprowadził zamach majowy i władzy raz zdobytej już nie oddał. I tak bardzo wierzył w siebie, że nawet posunął się do założenia obozu, w Berezie Karuskiej. Tamże uwięziono nawet Wincentego Witosa, premiera rządu z czasów wojny polsko-bolszewickiej. Jeżeli to nie jest rozprawą z przeciwnikami politycznymi, to co nią jest?

Tu przypomnę, że równie tragiczny los spotkał generała Tadeusza Rozwadowskiego, Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego z czasów tej samej wojny. Piłsudski był potwornie zazdrosny, że część Polaków uważała generała za prawdziwego ojca sukcesu wojennego. Rozwadowskiego uwięziono i dręczono, zmarł przedwcześnie na skutek przeżyć więziennych.

Czy jest dla nas nadzieja?

Czy jest nadzieja, że kiedyś nasza klasa polityczna dojrzeje, dorośnie i politycy przeciwnych obozów zaczną ze sobą rozmawiać? Teoretycznie tak.

Ale wymagałoby to co najmniej trzech rewelacyjnych zdarzeń:

  1. Politycy musieliby się przyzwyczaić do myśli, że władza nie jest dożywotnim darem losu.
  2. Politycy musieliby założyć, że mogą się mylić.
  3. Trzeba by wybierać takich parlamentarzystów, którzy nie mają dużych i rozgałęzionych rodzin, żeby mogli angażować na państwowe etaty także ludzi nieskoligaconych.

Przesłanie na 11 listopada

Nie wszystko w naszej historii jest wielkie i wspaniałe. To myśmy sami – jako Polacy – zniszczyli własne państwo, co doprowadziło do rozbiorów. A skłócenie ówczesnych elit narodu było tak wielkie, że Sejm nie był w stanie ratować państwa. Potem, na szczęście, znalazło się wśród nas wielu, którzy własną krwią zapłacili za wskrzeszenie Polski. Pamiętajmy o tym, żebyśmy znowu nie byli mądrzy po szkodzie. Nie powtarzajmy grzechów ojców naszych. Niepodległość trzeba szanować.

Niestety, jesteśmy narodem płochym, niezbyt zdolnym do trwałych działań. Jako przykład, przypomnę uroczyste „pojednania” po śmierci papieża Jana Pawła II. Po dwóch tygodniach znowu zaczęli ganiać się z siekierami i maczetami po miastach.

A na zakończenie tych moich niewczesnych uwag, jeszcze jeden cytat z  romantyków. W „Kordianie” Juliusza Słowackiego Archanioł mówi do Boga:

 

Boże! Boże! Boże!

Skrzydeł pióry otarłem o ziemię,

Krwawa była — widziałem! widziałem!

Za grzechy ojców w groby kładące się plemię,

Lud konał… gwiazda gasła… za gwiazdą leciałem —

Lud skonał…

Czas, byś go podniósł, Boże lub gromem dokonał.

A jeśli Twoja dłoń ich nie ocali,

Spraw, by krwi więcej niźli łez wylali…

 

WALTER ALTERMANN: Granie pod publiczkę i kontrowanie Scholza

W teatrze i polityce jest niedopuszczalne właśnie tzw. granie pod publiczkę. W teatrze jest to popis złego gustu, gdy aktorzy zniżają się do wygłupów, żeby tylko rozśmieszyć widzów, żeby mieć kilka oklasków i śmiechów. W polityce krajowej natomiast skutkiem „gry pod publiczkę” jest rozbudzanie niezdrowych namiętności elektoratu, podsycanie oczekiwań ponad miarę sytuacji ekonomicznej kraju. Mężem stanu jest ten, kto stawia przed narodem sprawy jasno, wytycza mu nowe cele. I nie schlebia. Ci, którzy tylko wyborcom schlebiają to tylko politycy.

Prowadzenie polityki jest w ogóle subtelną grą, która powinna toczyć się w ciszy gabinetów. Chyba, że chodzi o Rosję Putina. Jego to nie dotyczy, bo ten osobnik w nic nie gra, ograniczając się jedynie do brutalnej wojny. Tak zresztą Rosja od wieków rozumiała i rozumie współżycie z innymi narodami. Teraz do wąskiego repertuaru rosyjskiej polityki doszło też przekupstwo szantaż – jak z gazem, na użytek Niemiec i całego zachodu Europy. Mordowanie obywateli Ukrainy i wystawianie na śmierć własnych obywateli, to wszystko, co Rosja umie. To już nie jest gra pod publikę. To jest granda i hucpa, czyli bezczelność mordercy.

Kontra kontrze

Ostatnimi laty nasila się u nas używanie języka filozofów – głównie niemieckich – w debacie publicznej. Jednym z objawów nierozumnego używania pojęć, właśnie rodem z filozofii, jest słówko „kontra”, dodawane, gdzie tylko się da. Słyszałem już, że coś jest kontr-skuteczne. Teraz jednak usłyszałem od dziennikarki, że ktoś tam jest kontr-celebrytą.

Oczywiście dziennikarka mogła powiedzieć, że pan, o którym mówiła, nie jest celebrytą, że nie zachowuje się jak przeciętny celebryta. Ale dziennikarka chciała błysnąć znajomością najnowszych trendów, najbardziej „gorącego” języka i palnęła jak palnęła. Gdyby jeszcze chodziło jej o to, że ktoś zwalcza celebrytów i celebrytyzm, że postawa szpanowania, stroszenia się w przerzedzone piórka i udawanie osoby ważnej społecznie, która ma coś istotnego do powiedzenia światu – jak to u celebrytów jest w normie – zrozumiałbym wywód. Ale co znaczy kontr-celebryta? Tego chyba sama dziennikarka nie wie.

Są też w obiegu takie słówka jak a-skuteczny, zamiast nieskuteczny. Natomiast powszechne już określenie, że coś jest kontr–skuteczne oznacza po prostu, że jakieś działanie przynosi skutki przeciwne do zamierzeń. Ja wiem, że na tłumaczenie wytrychów językowych z angielskiego, niemieckiego trzeba mówiąc po polsku dwóch trzech słów więcej. Ale wyboru nie ma, jeśli chce się być politykiem, lub dziennikarzem polskim. Nie to, że działającym i zarabiającym w Polsce, ale po prostu polskim. To jest właśnie kwestia narodowej dumy.

Niemcy w Radzie Bezpieczeństwa ONZ

Niemcy są gotowe do bycia stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ – oznajmił kanclerz Olaf Scholz. Kilka dni wcześniej powiedział też, że Niemcy są gotowe do bycia siłą przywódczą Unii Europejskiej. Zastanówmy się nad tymi dwoma oświadczeniami.

Pierwszym wnioskiem, płynącym z najprostszej interpretacji słów kanclerza Niemiec, jest to, że Niemcy uznały, iż czas rozliczeń II wojny światowej już minął, że nie ma już co wracać do sprawy rozpoczętej 83 lata temu, a zakończonej 5 lat później.

Pozwolę sobie mieć inne zdanie niż kanclerz Scholz. Uważam, że jego nerwowość, jego oczekiwanie, że świat już zapomniał i mówi Niemcom: „Ach, co było to było, nie ma sprawy, w sumie drobnostka…” To oczekiwanie kanclerza jest niestosowne i typowe dla niemieckiej polityki ostatnich lat. Spróbujmy jednak zrozumieć skąd takie postawy w Niemcach się biorą.

Przede wszystkim nie było jednej II wojny światowej dla wszystkich.

  1. Inna była ta wojna dla Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Rosjan.
  2. Jeszcze inna natomiast była II wojna światowa dla Francuzów, Holendrów i Duńczyków. Oni nie zaznali takiego okrucieństwa i bestialstwa jak ta „pierwsza grupa”. Niemcy zaliczyli obywateli tych państw do grupy nordyckiej i niejako na siłę uczynili z nich swoich ludzi, których da się oswoić.

III. Trzecią grupę tworzą ci, którzy przeżyli wojnę jak Słowacy i Czesi. Tam również nie było wielkich zbrodni niemieckich, rujnowania miast, przemysłu i infrastruktury.

  1. Inaczej też niż my, będą wspominać wojnę obywatele Węgier i Rumunii. których rządy kolaborowały z Hitlerem i wysłały swych obywateli na wojnę z Rosją.
  2. Mamy jeszcze w Europie Austrię i Włochy. Austriacy zostali wcieleni do Rzeszy, nie bez entuzjazmu większości obywateli Austrii. Włosi natomiast stworzyli faszyzm i byli, póki mieli siły, wspólnikami Hitlera.
  3. Mamy także w Unii Europejskiej Hiszpanów i Portugalczyków, którzy nie brali udziału w wojnie, ale gospodarczo i politycznie wspierali Niemców.

Są zatem tak różne obrazy jednej wojny i mamy sytuację, w której podświadomie obywatele tych państw będą myśleć, że wojna była taka sama jak u nich. I większość z nich powie, jak na przykład Francuz: „Tamta wojna była straszna, kraj podzielony na dwie strefy, te braki w zaopatrzeniu, ten widok Niemców w mundurach. Dobrze, że działały teatry, że kręcono francuskie filmy. Ale w sumie naprawdę było przykro.”

I zauważmy też, że przez prawie czterdzieści powojennych lat zachodni Niemcy mieli do czynienia jedynie z państwami, które hitlerowcy nie potraktowali tak brutalnie jak nas. Żyli ci powojenni Niemcy coraz bardziej wśród przyjaciół z Unii Europejskiej, która stawiała interesy nad wszystko.

Trzeba tu też wspomnieć, że to USA odstąpiły od denazyfikacji, od ścigania zbrodniarzy hitlerowskich i wsparły powojenną odbudowę Niemiec. I dość szybko się zaprzyjaźniły z Niemcami. Miały w tym interesy gospodarcze i polityczne. Pomoc gospodarcza dla Niemiec nie była bezinteresowna. Polityczna również. USA zobaczyły w Niemcach potencjał gospodarczy i militarny na przypadek wojny w ZSRR.

Czy możemy zatem tak oczywiście dziwić się, że kanclerz Olaf Scholz zgłasza teraz Niemcy na stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, że stwierdza również, iż Niemcy są gotowe przewodzić Unii Europejskiej?

No i mamy poważny problem. Czy UE ma być związkiem wolnych państw, czy też ktokolwiek ma jej przewodzić? Kanclerz widzi Unię jako kontynuację Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Nie bardzo mi się to widzi. Tym bardziej, że to właśnie Niemcy chcą być cesarzem.

A my? Co my na to? Trochę późno, ale dobrze, że przypominamy Niemcom czego dokonywali w Polsce. No i najważniejsze. Jakie to zasługi dla bezpieczeństwa Europy i świata mają współczesne Niemcy, żeby teraz przewodzić UE i być członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ? Czyżby miała to być polityka wobec Rosji? Niemiecka zgoda na uzależnienie się od rosyjskiego węgla i gazu? To naprawdę nie są przyzwoite rekomendacje.

Musimy też pamiętać, że ogromna część Polaków, urodzonych po 1945 roku, doznała jednak jej skutków. Odbudowa kraju kosztowała nas ogromne sumy, bo było zniszczonych 60 procent majątku narodowego. Po wojnie płaciliśmy za odbudowę nędznym poziomem życia i powszechnymi brakami.

Tu warto dodać i to, że bez Niemców nie byłoby w Polsce prawdopodobnie, rządów komunistów i dominacji sowieckiej. Być może Polacy do rządzenia wybraliby partie lewicowe, ale demokratyczne. A w systemie moskiewskim nie mieliśmy na to nawet szansy.

I nie chodzi mi o odszkodowania, o reparacje wojenne – naprawdę. Mnie chodzi o zwykłą przyzwoitość. Bo ciągle jeszcze mam w oczach przerażający widok ruin Warszawy, Wrocławia i Gdańska. Dla moich rodziców nie były to również widoki oczywiste, ale oni przeżyli wojnę, więc w dużym stopniu wiedzieli skąd się to wzięło, kto to zrobił, kto był tych makabrycznych widoków sprawcą. Jednak dla mnie, kilkulatka były to przeżycia wstrząsające i dlatego ciągle mam je w oczach.

Może zatem trzeba jeszcze poczekać, aż zamknę oczy ja, aż pomrą wszyscy ci, którzy urodzili się zaraz po wojnie, ale latami odczuwali jej skutki?

 

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna

Spróbuję napisać recenzję, ale – jak to u mnie notorycznie bywa – z pewnością recenzja rozwinie się w coś grubszego. Dlatego na początku przedstawię typową recenzję, a potem – już dla bardziej wytrwałych czytelników – kilka nasuwających mi się depresyjnych myśli.

RECENZJA WŁAŚCIWA

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

BALLADYNĘ zrealizowaną w Teatrze Telewizji Polskiej, w reżyserii Wojciecha Adamczyka, zobaczyłem z niemal rocznym opóźnieniem, ale że mamy do czynienia z wielką klasyką naszej literatury dramatycznej, pozwolę sobie teraz odnieść się do dzieła.

Dramat Słowackiego – wbrew pozorom – nie jest do wystawienia łatwy, tym bardziej w realizacji telewizyjnej. W teatrze zespół ma jakieś 3-4 miesiące na doprowadzenie do premiery. W telewizji jest tego czasu niebezpiecznie mniej. Napisałem to, będąc świadomym kłopotów jakie czekały na pana Wojciecha Adamczyka, co musi powodować, że recenzent, w ocenie realizacji telewizyjnej, musi być trochę bardziej pobłażliwy dla efektu.

Niemniej, nie to spowodowało, że BALLADYNA w reżyserii Adamczyka. jest realizacją nieudaną. Przede wszystkim – tak sądzę – reżysera uwiodła teoretyczna łatwość wystawienia tej sztuki, będącej po trosze okrutną bajką, po trosze kopią krwawych dramatów Szekspira. Ale to złudzenie, bo Słowacki zastawił na reżysera kilka pułapek.

Żeby to jakoś przybliżyć niezbyt zaznajomionemu z tajemnicami teatru czytelnikowi, opowiem anegdotkę. Pewien mój znajomy reżyser, zaraz po studiach, otrzymawszy etat w dużym teatrze, otrzymał też od dyrektora propozycję zrealizowania ANTYGONY. Wtedy, w gabinecie dyrektor rozegrał się taki dialog:

– Bardzo dziękuję panu dyrektorowi – powiedział młody reżyser – ale czy oczekuje pan ode mnie dzieła artystycznego, czy lektury szkolnej?

Najpierw dyrektor się żachnął, ale po chwili powiedział:

– Lektury.

Obaj panowie dali tym samym świadectwo swej dojrzałości. Nie da się bowiem zarazem być odkrywcą tajemnic BALLADYNY oraz rzetelnie przedstawić, w klasyczny sposób, fabułę i dać aktorom szanse na stworzenie interesujących ról.

Myślę, że Wojciech Adamczyk nie zadał sobie pytania podstawowego: interpretuję czy rzetelnie opowiadam historię napisaną przez Słowackiego. Dlatego znajdujemy w realizacji telewizyjnej Adamczyka momenty znane już z innych realizacji oraz momenty, z których wynika, że reżyser postanowił „zaszaleć”.

Skutkiem braku decyzji reżysera co do konwencji, jednorodnego stylu dramatu mamy dosłowny galimatias stylistyczny. I z pewnością nie jest to skutkiem myślenia „neomodernistycznego”, ale zwykłego niedomyślenia sprawy.

I choć jestem fanem RANCZA, który to serial Wojciech Adamczyk tak dowcipnie i sprawnie wyreżyserował, to w przypadku BALLADYNY muszę stwierdzić, że spektakl jest niedobry, manieryczny i w żadnym względzie „nie zachwyca”. Jest jeszcze gorzej, bo oprócz wspomnianej realizacji manierycznej, zaprezentowano, obok znanych standardów tego dramatu, „pomysły własne reżysera”.

Wygląda na to, że reżyser miotał się pomiędzy szekspirowskim dramatem władzy a draką w Bronxie, czy Pruszkowie. Nie ma także jednego stylu, jednej stylistyki w grze aktorów, niewielu z obsadzonych w BALLADYNIE potrafiło skupić na sobie uwagę.            A jeszcze mniej potrafiło mówić wiersz. Chwilami odnosiło się wrażenie, że sztuka grania utworów pisanych wierszem jest aktorom nieznana. Na tle tak grającego zespołu, chlubnym wyjątkiem jawił się Krzysztof Gosztyła jako Kanclerz.

I tyle byłoby z klasycznej recenzji. Wytrwałych zapraszam do poniżej objawianych myśli recenzenta, które „naszły go” go w związku z oglądanym w telewizji dziełem.

DODATEK DO RECENZJI

O wolność dla pioruna

Gdzieś pod koniec lat pięćdziesiątych Włodzimierz Sokorski napisał artykuł „O wolność dla pioruna”. Był to ważny tekst ówczesnego ministra kultury i sztuki, bo kończył niejako z doktrynalnym realizmem socjalistycznym. W swoim tekście Sokorski łagodnie wyśmiewa współczesne mu realizacje klasyki, w których reżyserzy jak ognia wystrzegali się udziału mocy nadprzyrodzonych. Rozumowali bowiem tak: skoro Boga nie ma, to nie może przecież w teatrze socjalistycznym istnieć boska interwencja. Dlatego reżyserzy Balladyny uśmiercali tytułową bohaterkę nie przy pomocy pioruna, ale gotowali jej śmierć „realistyczną krytycznie”, dla przykładu, na zawał serca.

I oto, po blisko 70-ciu latach od tekstu o uwolnienia pioruna, Wojciech Adamczyk każe umierać Balladynie wskutek poślizgnięcia się na malinach, które rozrzuca na scenie Alina. Efekt jest komediowy. Miało być metafizycznie, a wyszło śmiesznie. Dlaczego Adamczykowi przeszkadzał piorun, a nie przeszkadzało widmo zamordowanej Aliny? I nie dziwiło go, że to zabita szeroko rozsypuje „owoc leśny”? Słowacki napisał, że Balladyna ginie od uderzenia piorunem, bo Bóg musiał ukarać morderczynię i dręczycielkę. I tak powinno zostać. Majstrowanie przy klasykach zawsze kończy się niedobrze. A przecież Słowacki napisał w didaskaliach: Piorun spada i zabija królowę — wszyscy przerażeni.

Królowa czy pankówa

Poważnym kłopotem tej inscenizacji jest potraktowanie przez reżysera tytułowej postaci, czyli Balladyny. Słowacki „skroił” ją na miarę wielkich heroin. Balladyna ma, według Słowackiego, wielki charakter, ale nie ma sumienia. Jest wielka w swych dążeniach, ale jest pozbawiona uczuć.

Co otrzymujemy u Adamczyka? Jego Balladyna jawi się jako przywódczyni współczesnego młodzieżowego gangu. Jest znerwicowana, pozbawiona demonicznej siły. Podejrzewam, że cały dramat oraz pani Katarzyna Ucherska, jako Balladyna, padli ofiarami reżyserskiej chęci uwspółcześnienia utworu. I jest to, niestety, maniera zbyt wielu dzisiejszych reżyserów. Na siłę, bez istotnego rozumienia sensu utworów robią wiele, by na siłę, łopatologicznie „przybliżyć klasykę współczesnemu widzowi”. Jest w tym jakieś szaleństwo. I przerażająca niewiara w widza. Przecież średnio rozgarnięty widz dostrzeże, pojmie i przyswoi sobie, że takich Balladyn, Henryków czy Konradów mamy także w dzisiejszych czasach. Czyż nie lepiej byłoby skupić się na dramatyzmie akcji, na niuansach postaci, niż poświęcać czas i energię na uwspółcześnianie, dajmy na to, Hamleta?

Jest w takiej postawie pewien arywizm, głębokie przekonanie, że świat dzisiejszy jest lepszy niż czas zaprzeszły. Niekiedy, gdy widzę takie przeróbki klasyki mam ochotę zapytać reżysera: A kto zmuszał pana do wybrania klasyki? Przecież wśród współczesnych utworów na pewno by pan coś znalazł.

Niestety do klasyki trzeba dorosnąć. Bo z pewnością nie da się jej zagrać metodą na współczesną prawdulę.

Człowiek, który dzisiaj spaliłby, lub zburzył, zabytek architektury, wpisany na listę zabytków, odpowiadałby przed sądem. Ale już zniszczenie DZIADÓW czy WESELA uchodzi płazem. Gorzej, bo uchodzi za nowatorstwo. I daje kilku nowoczesnym recenzentom okazję do zarobku, a platformom plotkarskim do pisania o twórcy w kategoriach celebryckich.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Czy w Polsce skończył się komunizm?

28 października 1989 r., Joanna Szczepkowska w „Dzienniku Telewizyjnym” TVP stwierdziła: „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm!”. Tylko, czy na pewno?

Czy w tym przypadku racji nie ma jeden z towarzyszy? Konkretnie tow. Włodzimierz Czarzasty: „Wyście się z nami, k…wa, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 roku do-ga-da-li!”. Ten sam Czarzasty, który w 2019 r. na konwencji komunistów w Katowicach wychwalał PRL i dziękował okupacyjnej armii bolszewickiej za „wyzwolenie”. Wyzwolili was – komunistów, Polaków zniewolili.

Czym jest zatem 1989 rok? To pseudo-święto wynikające z kontraktu pseudo-elit, dogadania się ówczesnych komunistów z byłymi komunistami przy Okrągłym Stole. Dlatego trudno się dziwić, że ci uzurpatorzy całkowite odrzucili dorobek II Rzeczypospolitej, wyrzucili do kosza rząd londyński i konstytucję kwietniową.

Okrągłostołowe „elity”, zamiast odwołania się do legalnej, obowiązującej niezmiennie konstytucji kwietniowej, wybrały kontynuowanie konstytucji, na której osobiście poprawki nanosił Józef Stalin. Bo dzisiejsza konstytucja tzw. III RP – tak zażarcie broniona przez ludzi chorujących wciąż na homo sovieticus – jest kontynuacją stalinowskiej ustawy z 1952 r.

Cieniem na porządku prawnym Polski po 1989 r. położyło się również to, że urzędujący na podstawie tej samej konstytucji z 1935 r., legalny prezydent II Rzeczpospolitej na Uchodźstwie Ryszard Kaczorowski nie został pierwszym prezydentem III Rzeczpospolitej.
22 grudnia 1990 r. prezydent Kaczorowski dokonał tylko symbolicznego gestu: przekazał insygnia prawowitej, konstytucyjnej władzy nowo wybranemu prezydentowi Lechowi Wałęsie. Były to: chorągiew RP, pieczęć Kancelarii Prezydenta, oryginał Konstytucji z 1935 r. oraz Order Orła Białego. Wielka uroczystość na Zamku Królewskim w Warszawie. Wielka, ale z biegiem lat coraz bardziej ukrywana. Bo Wałęsie ani reszcie okrągłostołowców nie zależało, aby wracać do jakiejś przedwojennej Polski, jej prawodawstwa i tradycji. Chcieli budować PRL – bis.

A powinno być zupełnie inaczej. Należało najpierw przywrócić obowiązującą niezmiennie od dziesięcioleci konstytucję kwietniową z 1935 r. W miejsce konstytucji stalinowskiej, napisanej w Moskwie i ogłoszonej przez komunistów nigdy nie wybranych przez Polaków w żadnych wyborach. Bo czy nielegalna, uzurpatorska władza może stanowić legalne prawo?

I druga fundamentalna sprawa. Po przywróceniu polskiego – zamiast komunistycznego – prawa automatycznie władzami Polski stawał się Rząd RP na Uchodźstwie i prezydent. Ta władza, która funkcjonowała po 17 września 1939 r. najpierw w Rumunii, potem we Francji, a wreszcie przetrwała dekady w Wielkiej Brytanii, zachowała ciągłość II RP – prawdziwie niepodległego państwa polskiego. W przeciwieństwie do tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która była sowiecką kolonią, całkowicie zależną od Moskwy.

A przynajmniej należało Polaków z Londynu: prezydenta, ministrów, przedstawicieli partii politycznych – prawowitych reprezentantów Rzeczpospolitej (w przeciwieństwie do komunistów) – zaprosić do współrządzenia. Niestety, z Polską Piłsudskiego, Dmowskiego, Paderewskiego, Daszyńskiego, a potem Kaczorowskiego, Sabbata, Andersa – wolną Polską wolnych Polaków, przy Okrągłym Stole wygrała Polska „ludowa” funkcjonariuszy, agentów i poddanych Kremla: Bieruta, Gomułki, Jaruzelskiego, Kiszczaka i Urbana. Ten stan w wielu aspektach – przez brak powszechnej dekomunizacji – trwa do dziś.

 

HUBERT BEKRYCHT: Rasista Radek w Polsce nie mieszka…

Nie będę przypominał już nazwiska owego rasisty, bo jeszcze – i słusznie – obrażą się potomkowie legendarnego polskiego premiera. Taki, statystyczny, rasistowski Radek, pomimo zameldowania, dawno już w Polsce nie mieszka. Rasista Radek jest bowiem zewsząd.  I jest symbolem obciachu nie tylko wśród młodzieży.

Kolonialna zachęta do zesłania do Afryki jednego z dziennikarzy jest oczywiście kolejnym rozdziałem do tomu o mowie nienawiści i ma na celu zastraszenie innych przedstawicieli mediów, ale przy okazji ten wpis jest głupi, co rzuca więcej światła na głupotę rasisty Radka.

Dziennikarza Samuela Pereiry nie da się zastraszyć, ale rasista Radek może o tym zapomniał. Albo… nie pamiętał… Na idiotyczny wpis jakiegoś innego rasisty, o tym, żeby Pereirę zesłać „na Madagaskar”, statystyczny rasista Radek zareagował: „Do Mozambiku” – podpowiadał. „Była portugalska kolonia” – zauważył błyskotliwie były szef MSZ.

Boki zrywać. Nie dość, że rasista Radek wpisał się w antysemicki ton postu, to jeszcze próbował „ośmieszyć”, „zastraszyć” (?) Pereirę, który rzeczywiście ma portugalskie korzenie. Z tym, że Mozambik, co w tym przypadku nie ma znaczenia, przestał być zależny od Lizbony trzynaście lat przed przyjściem na świat dziennikarza TVP Info. Czyli, rasista Radek ma jeszcze luki w wiedzy geopolitycznej.

I tak oto z „obywatela świata” został rasista Radosław tylko panem w garniturze, który nerwowo zaciąga się papierosem w towarzystwie szefa sowieckiej dyplomacji Ławrowa.

Ten obraz proszę zapamiętać. Nic innego nie warto, bo rasista Radek odchodzi z życia publicznego. Przynajmniej z mojego. A powinien bezpowrotnie zniknąć też z życia innych dziennikarzy.

Dramatyczne pytanie CEZAREGO KRYSZTOPY dotyczące opozycji i kasty: Ktoś im dosypuje czegoś do herbaty?

Coś się dzieje. Po wyborach w 2019 roku bodaj Rafał Ziemkiewicz postulował prowadzenie terapii grupowej dla przedstawicieli tzw. „elit” na różnych poziomach, które nie są w stanie pogodzić się ani z tym, że nie są „bezalternatywne”, ani z tym, że nie mają już „rządu dusz”, bo inaczej w swoim urojeniu wyższościowym mogą ześwirować. Nikt wtedy tego postulatu nie potraktował poważnie i zapewne dlatego one, proszę Państwa, ześwirowały.

W mniejszej skali widać to na Twitterze. To znaczy akurat tam szurów nigdy nie brakowało. Groźby pobicia, sugestie, że „ktoś wie o nas coś czego sami nie wiemy”, o wulgaryzmach nie wspomnę. Osobiście wręcz przywykłem i banuję głównie tych, którzy w ten czy w inny sposób dotykają mi rodziny, lub prawdopodobnie są tam zawodowo. Przy czym, uczciwie rzecz biorąc żadna ze stron sporu nie jest od takich przypadków wolna, ale ośmielę się postawić tezę, że w takich „metodach dyskusji” absolutnie celują konta szermujące „tolerancją”, oznaczone dużą ilością flag np. LGBT czy UE i hasztagiem „SilniRazem, którzy zagryźć potrafią choćby i swojego, jeśli tylko nie wykazał się wystarczającym rewolucyjnym entuzjazmem. Naprawdę, był czas przywyknąć, ale jednocześnie w ostatnich tygodniach wyraźnie widać wzrost agresji w różnych formach.

Sympatyczni panowie chcieli zabić

W większej skali retoryka jaką zaczynają posługiwać się politycy opozycji, wydaje się, że również weszła w rejestry psychiatryczne. Dość wspomnieć „bon moty” Tuska i Siemoniaka o „silnych ludziach, którzy będą wyprowadzać”. Oczywiście rządzących. Warto podkreślić, miało to miejsce wcześniej. I jeżeli odrzucić tezę, że wszystkim tym biedakom ktoś dosypuje czegoś do herbaty, to trudno uniknąć wniosku, że może jednak słowa polityków mają swoje konsekwencje. Więcej dowodów na jego poparcie dostarczyli sympatyczni panowie, którzy zaatakowali już fizycznie biuro Prawa i Sprawiedliwości na Nowogrodzkiej i biuro poseł PiS Moniki Pawłowskiej we Włodawie. W obydwu przypadkach z groźbami śmierci.

Szczególny przypadek

Szczególnym natomiast przypadkiem tego zjawiska jest przypadek tzw. „nadzwyczajnej kasty”. Szczególnym być może nie ze względu na radykalizm środków, śmiercią, przynajmniej na razie nikomu nie grożą, ale szczególnym przez kontrast ze standardami, którymi TEORETYCZNIE powinni podlegać. Ja oczywiście nie mam nadmiernych złudzeń co do grupy, której niezdekomunizowane korzenie towarzyskie, naukowe i inne, sięgają bierutowskich duraczówek i morderców Żołnierzy Wyklętych, ale oni sami postrzegają się przecież jako „nadzwyczajna kasta”, szczyt stworzenia i moralne drogowskazy. A tymczasem ciężko patrzeć co się z nimi, przynajmniej z tą najbardziej widoczną częścią, dzieje.

Oto ludzie, którzy TEORETYCZNIE powinni obiektywnie kierować się prawem tworzonym przez ustawodawcę, żądają wpływu na to prawo, co stoi w sprzeczności z „monteksiuszowskim podziałem władzy”, który mają na sztandarach. Kwestionują status sędziów, którzy nie chcą chodzić z nimi w jednym kieracie, zarówno wbrew KON-STY-TUC-JI, w której powoływanie sędziów jest wyłączną prerogatywą Prezydenta, jak też w sprzeczności z wyrokami ubóstwianego trybunału Leanertsa zwanego potocznie TSUE. Co więcej, im też ostatnio wyraźnie się pogorszyło!

 Już za późno

Ci postsędziowie snują swoje wizje „usuwania” innych sędziów z zawodu w ramach dyskusji pod hasłem „Gruba kreska czy Norymberga?”. Wyobrażacie sobie? Dyskutują o usuwaniu z zawodu kolegów pod hasłem kojarzącym się z wyrokami śmierci na niemieckich nazistowskich morderców. „Moralny drogowskaz” sędzia Gąciarek daje się fotografować na tle otwarcie politycznych transparentów typu „Ziobro musi odejść”, a sędzia Kamińska, autorka określenia „nadzwyczajna kasta”, która, trzeba jej oddać, otwarcie mówiła, że „pragnie zemsty”, rozpacza w Senacie z powodu niewystarczających w jej opinii represji wobec sędziów w ewentualnej ustawie o czystkach. Jak to się ma do Art. 178 Konstytucji p. 3, według którego „Sędzia nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”?

Trzeba było słuchać Rafała Ziemkiewicza i przeprowadzić grupowe terapie. Teraz już za późno, ześwirują do reszty niezależnie od tego czy przegrają, czy wygrają wybory. Choć fakt, że w tym drugim wypadku mogą być bardziej niebezpieczni dla otoczenia.

Jednemu z liderów opozycji radzi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Grzesiu, zatańcz trepaka

Chruszczow, Beria leżeli na podłodze przy uchylonych drzwiami czekając na koniec agonii „słoneczka narodów”. Ale Stalin jeszcze dychał. Czekali aż zejdzie.Chruszczow, który potem ujawnił zbrodnię zemścił się za pogardę i pomiatanie. Również za to, że w czasie pijatyk wódz kazał grubasowi tańczyć żywiołowego ukraińskiego trepaka.

Tusk dla Schetyny nie był tak okrutny. Wystarczyło, że Pan Grzegorz potrząsając brzuchem, spocony biegał z innymi ministrami PO po boisku. Wszyscy udawali, że to kopanie piłki ich cieszy. Schetyna wytrzymał i inne upokorzenia. Może teraz się odegra.

Cierpienia partyjne członków to normalka. Wierny to znaczy również cierpliwy. Honor, godność – to balast. Szlachetny palnąłby sobie w łeb. Dziś czekający na swoją kolej wiele wytrzyma, oporów nie mają.

Liczy się szmal, szmal i jeszcze raz szmal. Nie likwiduje się podatkowych rajów, bo się przydadzą przy zmianie warty. Podnosi się łapy wbrew interesom ojczyzny. Bo to metoda, aby przejąć władzę. Napięcia i niebezpieczeństwa to najlepszy czas na mafijne interesy, łapówkarstwo i przekupstwo.

To towarzystwo to piąta kolumna – sprzedajna kasta sędziowska, pośrednicy okradający producentów. Najnowsza branża – składowacze węgla. Oni rzeczywiście działają szybko. Ciężka i poważna machina państwowa z nimi przegrywa. A przecież to bractwo, które szkodzi Polsce łatwo namierzyć. To nie są obywatele kraju pochodzenia. Oni są w… Europie, w której rządzą Niemcy i którą straszą Rosjanie.

Posypało się. Dla Ukraińców tragicznie. Dla nas jeszcze nie. Aby tak się jednak nie stało należy pokazać imiennie i rozprawić się z V kolumną. W więzieniach w Polsce mamy około 80 tysięcy przestępców. Siedzą w około stu miejscach odosobnienia. Mają tam dużo czasu, aby ocenić to, co zrobili. Przed dokonaniem przestępstwa też wierzyli, że im się uda. Czy rzeczywiście ci w białych kołnierzykach różnią się od zbójów i złodziei?

Czasem od nobliwego parlamentarzysty słyszę: „Ja już jestem IV-tą, V-tą kadencję!”. Pytam wówczas a co żeś przez ten czas chłopie zrobił? Poza zasiadaniem, dojeżdżaniem i pobieraniem.

„Tygryski”, Donaldziki, smakosze ośmiorniczek, lobbyści rosyjskiego gazu i węgla – całe to bractwo to szkodnicy Polski, dla których nieważna jest zdrada interesów kraju pochodzenia. Oni są w Europie, podziwiali Putina i Merkel.

Przecież są kwity. Wiadomo kto podpisywał przemysłu, handlu, transportu mokrego i suchego wyprzedaż za marne pieniądze. Zaczęto nawet dobierać się do lotnictwa i kolei. Zasypano, a właściwie zagwożdżono te kopalnie, które nie są metanowe a mają jeszcze ogromne złoża węgla.

Pamiętam emitowane w TVP obrazki jak zażywny poseł o wodnistym nazwisku biegał za wysłanniczką Unii z wielkim bukietem kwiatów. Pani owa okazała się zupełnie nieczuła na adoracje ani naszego rządu racje. Stocznie zamknęła bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie, mimo że w tym samym czasie Unia pozwoliła Niemcom na dopłaty do tamtejszego przemysłu okrętowego. Tusk, Schetyna, Lewandowski przebierali nogami.

Za chlebem rozproszyli się polscy marynarze i oficerowie rybołówstwa. Dziś do głosu doszli nowi. „Falenty” działają już bez żenady. Polska wydarła się z łap niedźwiedzia, ale wpadła w ręce pazerne i bezwzględne. Nie potrafiła zbudować skutecznego aparatu kontroli, nie wycięła bezwstydnych kłamców, pasożytów, pośredników. Owszem toczy się walka, ale ślamazarnie i boleśnie dla gospodarki.

Można wierzyć w opatrzność lub nie, można nie lubić partii politycznych i ich przywódców. Ale nie wolno dla własnego – często gów…..go zresztą interesu – frymarczyć Polską, podważać jej oczywiste interesy i bezpieczeństwo.

Tuski, Kamysze i kompletnie zagubieni lewicowcy, opanujcie się. Szczególnie teraz gdy światu grozi zagłada. Gdy szaleniec trzyma palec na czerwonym guziku.

Trepaka! Nieroby i cwaniacy. Weźcie karteczkę wieczorem i spiszcie coście pozytywnego w ciągu dnia zrobili. Drogo kosztujecie. Państwo was karmi i ubiera. Wozi za darmo. Dziedzic miał ekonoma z nahajką, bogaty – nadzorców i służących. My – the people – mamy „wybrańców” – immunitetowanych. Latających z reklamówkami „Biedronki”. Aby pozorować pracę wymyślą przepisy i paragrafy. Kto to czyta? Kto respektuje?

Grzegorzu, trepaka. Politycy zostańcie państwowcami. Przecież doskonale wiadomo kto oszukuje, korumpuje, zawłaszcza, kradnie i uprawia nepotyzm. Ślepa jest tylko skłócona Temida. Ockniemy się z tego letargu, gdy już będzie PO sprawie. Jako żeśmy mądrzy po szkodzie. A może zarówno „przed” jak i „po” głupi.

WALTER ALTERMAN: Przykra rozmowa z Polko-Niemką

W jednym z mikro opowiadań Michaiła Zoszczenki jest postać określona jako „były Polak”. Osobnik ten jest niebywale śmieszny, bo żyjąc od dawna w Moskwie ciągle podkreśla, że nie jest już Polakiem. Ale im częściej to powtarza, tym bardziej dla rdzennych Rosjan Polakiem jest. To z kolei zmusza go do jeszcze bardziej aktywnego wchodzenia w skórę Rosjanina.

Nigdy nie sądziłem, że spotkam kogoś, kto w pewien sposób będzie podobny do tego bohatera Zoszczenki. A jednak… Miałem ostatnio nieprzyjemność rozmowy, lub mówiąc ściślej kłótni z kobietą, która – będąc Polką – w stu procentach reprezentuje niemiecki sposób myślenia, niemieckie postrzeganie historii Polski i niemieckie osądy Polaków. Ale po kolei.

Porwana za młodu

Kim jest osoba, której postawa zmusza mnie do pisania o „zajściu”? Dziś ma jakieś 45 lat. Mając jednak lat 20 poznała starszego od siebie o 25 lat Niemca, dla którego rzuciła studia techniczne i za którego wyszła, a potem zamieszkała z nim w Niemczech. Można powiedzieć, że dwadzieścia lat to sporo. Dla sportsmenki byłby to kwiat wieku, ale dla niewykształconej dziewczyny to ledwie dzieciństwo, taki stan nieopierzenia intelektualnego, światopoglądowego również.

Małżonek Pani nie jest byle kim. To intelektualista, człowiek znany i ceniony w niemieckich elitach, pracujący w mediach, kulturze i sztuce. To ważne dla dalszego zrozumienia sprawy. Bo mam podejrzenia, że poglądy, które Pani zaprezentowała mi w czasie burzliwej awantury, są poglądami jej męża, które ona przyswoiła sobie jak własne, jak przez osmozę.

Jakieś dwa lata temu Pani przeprowadziła się z powrotem do Polski. Nie jestem plotkarzem, ale chyba stadło się rozpadło, choć relacje między byłymi małżonkami są poprawne – jak to u kulturalnych ludzi Zachodu bywa.

Pani jest kobietą zdecydowaną w poglądach, a tubylców, wśród których znowu mieszka, traktuje z góry i jest wielce zaskoczona, gdy któryś z Polaków ma inne zdanie niż ona.

Komuna kontra hitleryzm

Do kłótni doszło przypadkiem, okoliczności wstępne są naprawdę nie istotne. Właściwa rozmowa zaczęła się od tego, że Pani zaczęła – prawie krzycząc – twierdzić, że wszystko co Polskę najgorszego w XX wieku spotkało to komunizm. I było to wyraźnie pod moim adresem, jako domniemanego przez nią wielbiciela komuny.

Trochę oniemiałem, ale szybko dotarło do mnie, że poza komuną świat w XX wieku miał do czynienia jeszcze z kilkoma innymi formacjami ideowymi. Więc mówię:

– Oczywiście ma Pani rację, że komuna była okropna, W Polsce szczególnie do końca lat pięćdziesiątych, ale też nie zapominajmy o różnej maści faszyzmach. No i najgorszym z nich – hitleryzmie.

– Ale hitleryzm wybuchł, bo Niemcy po I wojnie światowej naprawdę za dużo straciły – mówi Pani. – No i te okropnie wysokie reparacje wojenne…

– A wie Pani – mówię do niej – co to były Prusy Południowo-Wschodnie?

– Nie, nie wiem. Ale to chyba nieistotne.

– Ale warto wiedzieć – mówię. – Tak Prusacy po III rozbiorze Polski określali urzędowo tereny Warszawy, Łodzi i okolic. Nie sądzi Pani, że to przejaw odwiecznej niemieckiej buty? I jeszcze jedno. Wie Pani, że pod panowaniem Prus po rozbiorach znalazło się aż 60 procent Polaków?

– Ale w 1919 roku minęło już tyle lat od rozbiorów… – mówi z uśmiechem Pani.

– Czyli po 123 latach najpierw Prusacy, a potem wszyscy Niemcy, mieli już prawo przyzwyczaić się do tego, że Gniezno, Poznań, Gdańsk, Warszawa, Łódź, Toruń, Bydgoszcz, i całkiem spory kawałek Górnego Śląska są ich terenami? A potem – jak Polska odebrała co swoje, to Niemcom było smutno?

Pani posiniała, co u ładnej, dojrzałej kobiety zawsze jest przykre.

– Ale dlaczego rozmawiamy o Niemcach i hitleryzmie? Mnie chodziło o komunę – mówi Pani.

– Bo gdyby nie Niemcy, pod wodzą Hitlera, to prawdopodobnie komuny by w Polsce nie było.

Jak zauważyłem Pani gotowa była potępiać jedynie komunę. Rozmowa o Niemcach sprawiała jej przykrość. Nie jest ładnie dręczyć kobiety, ale postanowiłem nie odpuszczać.

– A słyszała Pani o zbrodniach jakich Niemcy dopuszczali się w czasie wojny na Polakach?

– Owszem – mówi Pani – ale to była wojna, a na każdej wojnie różnie bywa… Potem na pewno jakoś Polacy by się z Niemcami dogadali.

– Oczywiście – mówię – ale pod jednym warunkiem.

– Jakim? – pyta Pani zdziwiona.

– Że wskrzesiliby te miliony pomordowanych obywateli Polski, w tym naszych obywateli pochodzenia żydowskiego.

– Pan ciągle o tej wojnie i wojnie, ja myślę o tym, co mogło być po wojnie – mówi Pani. – Na pewno szłoby się dogadać. Niemcy to naprawdę kulturalny naród. I musi pan przyznać, że w Niemczech panuje prawo i porządek, nie to co w Polsce.

– Mówi pani prawo i porządek… Ale jakoś niemieckie prawo zezwoliło, żeby hitlerowski współtwórca ustaw rasowych, niejaki Hans Globke był po wojnie szefem Urzędu Kanclerza Federalnego. Żeby zbrodniarz wojenny Heinz Reinefarth, generał SS, odpowiedzialny za masakrę ludności cywilnej w czasie tłumienia powstania warszawskiego, po wojnie – juz od roku 1951do końca lat sześćdziesiątych był burmistrzem Westerlandu, a także posłem do Landtagu Szlezwika-Holsztynu.

– Ale to była wojna – Pani tłumaczy mi to jak komu dobremu, czyli jak idiocie.

– Nie, proszę Pani – to była już okupacja. Nie sądzi pani, że Niemcy nie rozliczyli się ze swoją historią, nie zrobili rachunku sumienia?

Pani wzdycha jak hrabini nad upartym chłopkiem, ktory domaga się sprawiedliwości, czyli dania mu złotówki za przejechaną gęś. i mówi:

– Widać, że uczyliśmy się z innych książek.

– Oczywiście, jak z tych pisanych po polsku – mówię.

Wnioski

Są trzy.

Po pierwsze, nasi wspólnie znajomi postanowili, że więcej jednocześnie nas zapraszać nas nie będą.

Po drugie, to co myśli Pani, która wybrała Niemca, można by pominąć, bo nierozgarniętych pań i panów jest u nas wystarczająco dużo. Bardziej szokuje mnie to, że swojego politycznego myślenia Pani nauczyła się – bez cienia wątpliwości – od męża. A jest to człowiek niemieckich elit. Strach bierze pomyśleć, że tak jak on myślą obecne niemieckie „znaczące” osoby.

Po trzecie, zastanawiam się czy od 1990 roku wszystkie siły polityczne w Polsce nie za bardzo odpuściły Niemcom, skupiając się jedynie na komunie i wszetecznej Rosji? Trzeba było aż obecnej postawy Niemiec w sprawie wojny na Ukrainie, żeby obudzić się? Oczywiście – jak zawsze my – z ręką w naczyniu nocnym.