O emisję filmu o Annie Solidarność apeluje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ciało matki

Prezes, brat, demokratycznie wybrany lider kraju mówi: to była zbrodnia, zamach. I nic to nie zmienia. Dochodzenie, przeciąganie, trwa nadal. Prawdę o smoleńskiej tragedii pokazano. Był emitowany w najważniejszym kanale film, efekt pracy komisji Macierewicza, a potem kolejny rzetelnie dokumentujący Ewy Stankiewicz. Jest wojna – agresja zbrodnicza wobec naszego sąsiada i nadal są ludzie kpiący, wyśmiewający wszystkie te ustalenia.

Przez 10 lat Jerzy Zalewski pracował nad filmem dokumentalnym o życiu i śmierci Anny Walentynowicz. Od 2 lat reżyser czeka na odpowiedź Telewizji Polskiej w sprawie emisji i zapłacenia za pracę ukończoną: 100 minut, które powinno zostać pokazane społeczeństwu.

W filmie syn i wnuk Pani Anny idą śladami matki i babci, kobiety niezwykłej. Idą śladami jej życia od rodzinnej wioski po pracę w Stoczni Gdańskiej, w której zmieniła się naszą historia. To film pokazujący prawdę o latach późniejszych aż po śmierć w stalowej klatce płonącego, rozbitego na tysiące fragmentów samolotu. Zalewski, autor dziesiątek programów telewizyjnych, dziennikarz, dzięki któremu zostały zarejestrowane rozmowy z elitą intelektualną kraju, reżyser, wybitny twórca nie może doczekać się nawet odpowiedzi od władz TVP.

Kilka tygodni temu Tomasz Sakiewicz zdecydował o wyemitowaniu filmu, ale to za mało, bo „Republika” ma niewielką widownię. Oczywiście chwała Sakiewiczowi, że przynajmniej on to zrobił. Ranga sprawy wymaga jednak by zrobić więcej: nagłośnić i promować, pokazać w najlepszym czasie w jedynce TVP. A potem zaprosić do publicznej rozmowy ludzi mądrych, uczciwych, związanych szlachetnie z tym co tu i teraz.

Odszczepieńcy, zaprzańcy są w każdym kraju. Są zdrajcy sprawy narodowej, interesów kraju, ludzie głupi i podli, ale niech w końcu przemówią, ci którzy w ogóle coś ważnego zrobili, napisali, nakręcili, skomponowali.

Plewy od ziarna różnią się. Lobbysta interesów cudzych żywi się przekupnym ochłapem. Zawsze tacy byli i będą. Ale póki co mamy jeszcze praworządne państwo. To, że „wybrańcy” dyskutują, a nawet kłócą się nie wystarczy. Mijają nie miesiące a lata.

W filmie Zalewskiego świadectwo dają synowie. Widzieli w Moskwie ciało matki prawie nieuszkodzone, a po wymuszonej ekshumacji w trumnie wydobytej i otwartej to co zobaczyli było już nie do rozpoznania.

To wymaga wyjaśnienia. Najpierw jednak ludzie muszą zobaczyć i usłyszeć co mówią synowie nieustępliwi w dochodzeniu prawdy. Ciało matki dla syna jest święte. Zbrodnia nie do przedawnienia. Panie prezesie Jacku Kurski, dlaczego nie chce Pan emitować tego filmu?

Smoleńsk to jednak niezakończona sprawa.

Lot Tupolewa na pewno został zarejestrowany. Są różne taśmy prawdy. Te ciągle czekają na ujawnienie. Ale najpierw, Panie prezesie Kurski, niech każe wyemitować film o Annie Walentynowicz zrealizowany przez Jerzego Zalewskiego.

WALTER ALTERMANN: Wielbiciele broni, obrońcy zwierząt i powietrza, czyli wojenne przypadki

Niedawno pisałem o tym, że bardzo wielu handlarzy bronią naciska rząd do zmiany prawa na ich korzyść, poprzez wmawianie opinii publicznej, że w Polsce dostęp do broni powinien być łatwy i powszechny. I jednoznacznie sugerują ci „zbrojmistrze narodu”, że razie wojny będziemy mieli gotowych i w pełni przygotowanych, bo obytych ze strzelaniem, obywateli-żołnierzy. Pisałem nawet, że wojsko to nie gromada entuzjastów strzelaniny. I nadal tak uważam. Tym bardziej, że 24 maja 2022 roku w teksańskiej szkole podstawowej w Uvalde szaleniec zabił 19 dzieci i dwoje nauczycieli. To jest kolejny taki przypadek w USA.

Mordercą jest 18-latek Salvador Ramos. Miał on, kilka minut przed rozpoczęciem ataku, wysyłać SMS-y do dziewczyny mieszkającej we Frankfurcie. W tych wiadomościach miał skarżyć się, że jego babcia „…rozmawia przez telefon z AT&T (operator teleinformatyczny w USA – red.) w sprawie mojego telefonu. To denerwujące” – pisał Ramos. Pierwszy jego post brzmiał: „Zamierzam zastrzelić moją babcię”. Potem pisał: „Zastrzeliłem moją babcię”. Trzeci post, zamieszczony 30 minut przed napaścią: „Zamierzam strzelać w szkole podstawowej”. 66-letnia Celii Gonzalez postrzelona przez wnuka w głowę przeżyła i zdążyła zadzwonić na policję. Jest w szpitalu. Matka Ramosa, Adriana Reyes, wyraziła zaskoczenie masakrą. „Mój syn nie był osobą agresywną. Jestem zaskoczona tym, co zrobił” –   mówiła dziennikarzom, dodając, że się modli za ofiary.

Po tym przypadku nawet prezydent Biden powiedział, że pora wreszcie zaostrzyć przepisy o dostępie do broni. Przywołuję zdanie prezydenta USA, bo tam lobby produkujące broń ma ogromną siłą polityczną. I mimo to prezydent Biden odważył się powiedzieć prawdę, Choć może mu ta prawda zaszkodzić przy wyborach. Tymczasem u nas reklama „strzelectwa” trwa w najlepsze.

Wszystkim Paniom i Panom Posłom, Senatorom, którzy będą kiedyś zastanawiali się nad podniesieniem ręki za złagodzeniem polskiego prawa o dostępie do broni, dedykuję poniższy dwuwiersz Jana Kochanowskiego, pochodzący z „Pieśni o spustoszeniu Podola przez Tatarów”. Zaznaczając od razu, że Kochanowski nie był lewakiem, oraz że bardzo kochał swą ojczyznę, czego dał dowody w życiu oraz w literaturze. Może warto słuchać wielkich Polaków?

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

że i przed szkodą i po szkodzie głupi.

 

Wojna a słabe umysły

Wojna na Ukrainie bardzo też oddziałuje na słabsze umysły. Oto nasi obrońcy zwierząt ogłosili, że wojna musi się skończyć, bo przez nią ginie i cierpi wiele zwierząt. Sprawa jest oczywista, ale skoro są tacy, co piszą takie durnoty, muszą być i tacy, którzy dadzą im odpór. Biorę to na siebie.

Szanowni Obrońcy Przyrody i Zwierząt,

człowiek jest koroną świata i stoi na szczycie wszelkiego stworzenia. Zatem, ochrona życia człowieka jest również ochroną świata żyjącego. Nie można na jednej szali kłaść życia człowieka a na drugiej psa, kota czy chomika, oczekując, że waga nie drgnie. Oczywiście jest mi niezmiernie przykro, gdy myślę o losie porzuconych na Ukrainie stworzeń domowych. Bardzo się też wzruszyłem, gdy zobaczyłem w telewizji starszą kobietę, która szła do polskiej granicy niosąc na rękach dużego psa. Jej zachowanie świadczy najbardziej o człowieczeństwie. Uważam, że ten krótki film mówi więcej o dobrych ludziach, niż setki politycznych wystąpień w obronie Ukrainy. Tak jest, cierpienie zwierząt bardzo boli normalnych ludzi.

            Natomiast Państwa wystąpienie świadczy jedynie o tym, że spośród wszystkich cierpiących istot na Ukrainie wybieracie zwierzęta. Wasze działania, wasze ruchy i programy są w istocie nową religią. To piękne, że stajecie w obronie przyrody, ale mój strach budzi to, że bierzecie w obronę tylko przyrodę. Podejrzewam, że Wy po prostu nie lubicie ludzi. Po części macie nawet rację, bo ludzie – nie zwierzęta – mordują, kradną, malwersują, kłamią, wywołują wojny, trują glebę, wody i powietrze. Ludzie też – nie zwierzęta – donoszą, zdradzają przyjaciół i w ogóle skłonni są do największych okropieństw. Tacy są ludzie, wszak my wszyscy to: KAINOWE PLEMIĘ.

            Chciałem napisać, że ludzie to świnie, ale w tym przypadku byłby to zoologizm – a świnie przecież są w porządku.

            Co do mnie – lubię ludzi jako gatunek boskiego stworzenia. Choć znam wielu osobników, których serdecznie nie cierpię. Mam nawet poważny problem, bo modląc się powtarzam przecież: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. I chyba nie jestem dobrym chrześcijaninem, bo ciągle jakoś odkładam na czas przyszły nieokreślony odpuszczenie tym, których nie lubię i mam ku temu powody.

            Szanowni Obrońcy Ziemi – kochajcie choć w połowie ludzi, tak jak kochacie zwierzęta.

 

Czyste powietrze jako wojenny terror zielonych

Zupełnie inaczej niż z obrońcami zwierząt, jest z obrońcami czystego powietrza. Na nich wojna nie wpłynęła w ogóle i całkiem jej nie zauważają. Nadal walczą o świeży luft i brak smogu.

Oto interesujący fakt z pola walki o czyste powietrze. Oto 18 maja odbyło się pierwsze posiedzenie sądu w sprawie wytoczonej przez Greenpeace przeciwko największemu emitentowi CO2 w Polsce spółce PGE GiEK, przed Sądem Okręgowym w Łodzi. Rozprawa została odroczona. Data kolejnego posiedzenia zostanie wyznaczona w zależności od decyzji PGE GiEK w sprawie opracowania strategii dekarbonizacji spółki.

            My oczywiście będziemy kontynuować nasze działania na rzecz ochrony klimatu – powiedział Piotr Wójcik, analityk rynków energetycznych w Greenpeace. – Za nami pierwsze posiedzenie. Potwierdziło się, że PGE GiEK nie ma strategii dekarbonizacji, więc sąd zobowiązał koncern, by do 10 sierpnia podjął decyzję, czy taką strategię opracuje. Liczymy na to, że koncern się tego podejmie i że będzie ona zakładać konkretny i ambitny harmonogram redukcji emisji. Oczywiście równolegle w Polsce musi zostać odblokowany rozwój odnawialnych źródeł energii i podnoszenia efektywności energetycznej, ale to już zadanie dla rządu.

Ja pana Wójcika rozumiem, ale czy naprawdę w sytuacji wojennej, w sytuacji słusznie zastosowanego embarga na surowce energetyczne z Rosji, co spowodowało ogromny wzrost cen energii w Europie i Polsce, czy teraz właśnie jest czas na podnoszenie tego problemu? A nie martwią Greenpeace zniszczenia środowiska na Ukrainie, dokonywane właśnie przez Rosję? A zatrucie środowiska przez rakiety, wybuchy klasycznej broni, niszczenie życiodajnej ukraińskiej ziemi? A ludzie, ginący od bomb – też Pana nie martwią?

Obrońcy czystego powietrza to poważna sekta. Teoretycznie mają rację, bo – globalne ocieplenie, zatrucie środowiska groźne dla ludzi, przyszłość naszego gatunku w ogóle… Niby racja jest po ich stronie, ale podejrzewam, że oni gotowi są bronić Czystej Ziemi do ostatniego człowieka.

Pierwszy kłopot z obrońcami czystego powietrza to fakt, że w parlamentach bogatych krajów – takich jak Niemcy i Francja – są znaczącą siłą polityczną i trzeba się z nimi liczyć. Są także poważną siłą w Parlamencie Europejskim. I jako ta licząca się siła forsują swoje pomysły dla całej Unii Europejskiej. Przy tym – nie zauważają, że dochód narodowy Francji czy Niemiec jest nieporównywalnie większy niż Bułgarii, Rumunii, Polski. I nie chodzi tylko o dochód – chodzi też o zasoby materialne i finansowe poszczególnych państw. A według Zielonych terminarz na odejście od węgla, pochodnych ropy naftowej czy nawet energii jądrowej, jest taki sam dla wszystkich. A to – proporcjonalnie do zamożności różnych krajów wchodzących w skład UE – może być niemożliwe do realizacji. Lub – po prostu – wykończy kraje biedniejsze.

Co prawda 27 maja br. wicepremier Jacek Sasin ogłosił, że niedługo zarobki Polaka dorównają zarobkom Niemca. Co prawda nie podał daty, ale tak ważne słowa padły. Ekonomiści – różnej politycznej maści – twierdzą, że najwcześniej może się tak stać za 25 lub 30 lat. Pod tym jednak warunkiem, że gospodarka Niemiec stanie w miejscu, a nasza będzie się rozwijać. Jeżeli jednak zauważymy, że nasza gospodarka jest silnie uzależniona od gospodarki niemieckiej, to nie wiem na jaki cud pomiędzy Odrą a Bugiem, Bałtykiem a Tatrami liczy wicepremier.

Póki co Polska ma najważniejszy problem od czasu transformacji ustrojowej. Rzecz w tym, że znaleźliśmy się w towarzystwie bogatych państw, które stać na dużo więcej niż nas. To zupełnie jakby biedny nauczyciel znalazł się towarzystwie bogatych dyrektorów koncernów i banków, którzy kilka razy w roku obdarzają się drogimi prezentami, i od nauczyciela oczekują równie drogich dowodów przyjaźni. A jego, tego nauczyciela, po prostu nie stać.

Być może obrońcy powietrza nie znają starego przysłowia, które poucza: „Zanim gruby schudnie, chudy umrze”.

WALTER ALTERMANN: Wstrzemięźliwość, czyli czego nie zrozumiał Kissinger (2 -ost.)

Z  jednym Europa i świat mają się teraz dobrze – Kissinger nie jest już sekretarzem stanu USA, czyli ministrem. Nie jest też nawet prezydenckim doradcą. I może dlatego USA dzisiaj zachowują się normalnie. A nawet wzorcowo. I naprawdę postępują jak ojczyzna demokracji.

Czas na drugą i – na szczęście – ostatnią relację ze społecznych skutków wypowiedzi 98-letniego Henrego Kissingera w Davos, gdzie po raz pierwszy od wybuchu pandemii zebrali się możni tego świata.

Były szef amerykańskiej dyplomacji wezwał Zachód do: „…zaprzestania zadawania miażdżącej klęski siłom rosyjskim w Ukrainie”, albowiem będzie to miało – jego zdaniem – katastrofalne konsekwencje dla stabilności Europy. Stwierdził również, że wojna nie może trwać dłużej i Zachód powinien zmusić Ukrainę do zaakceptowania ustaleń negocjacyjnych, które „znacznie odbiegają od jej obecnych celów wojennych”.

Wstrzemięźliwość jest jedną z postaw, zalecanych przez Kościół. Dotyczy jednak spraw ciała, głównie jedzenia oraz seksu. Natomiast wstrzemięźliwość nie jest żadną zasadą przy uprawianiu polityki. W polityce natomiast liczy się skuteczność w realizowaniu celów. Zastanówmy się zatem, jakie cele mają niektóre państwa europejskie w stosunku do wojny na Ukrainie, co powoduje tak dalece posuniętą wstrzemięźliwość tych państw.

Wstrzemięźliwi Niemcy, Włosi i Francuzi

Naczelną zasadą, którą kierują się Niemcy i Włosi jest zasada „sporej odległości”. Chodzi o to, że od Rosji dzieli ich o wiele więcej kilometrów niż Polskę, Litwę, Estonię i Łotwę. O ile Włosi nie narażają przy tym „sojuszników”, to Niemcy już tak. Narażają nas na podleganie wpływom (w najlepszym wypadku) Rosji. Najlepszym tego dowodem jest budowa dwóch rurociągów Nord Stream. Są one dowodem, że Niemcy chcieli utrzymywać dobre i korzystne kontakty z Rosją bezpośrednio, z pominięciem, a nawet wbrew zasadom bezpieczeństwa sojuszników z NATO i partnerów z Unii Europejskiej.

Teraz Niemcy zachowują się tak, jakby było im jedynie przykro, że doszło do czegoś takiego, że to nieładnie, że szkoda, iż na Ukrainie giną ludzie. Czyli – ich wstrzemięźliwość przeszła w żal. To naprawdę zadziwiające, że państwo, które od zakończenia II wojny światowej, mieni się ostoją demokracji rozumie tę demokrację jedynie jako wolność do robienia interesów, nawet z diabłem.

Francuzi z kolei zachowują się tak, jakby bez biznesów z Rosją Putina ich państwo mogło się rozpaść na małe regiony. Nie słyszeli, że każda wojna kosztuje? Nie dociera do nich, że jako członkowie NATO powinni mieć dużą (bo Francja jest dużym krajem) i silną armię. Tragikomiczne jest to, że od 20 lat Francuzi wespół z Niemcami budują nową generację czołgów. Ostatnio podobno jeden prototypowy egzemplarz nawet zaczął jeździć, choć jeszcze nie strzela. Poza tym, Francuzi od czasów klęski Napoleona na rozległych połaciach Rosji, mają jakąś zadziwiającą atencję dla Rosjan, twierdzą nawet, że są jej naturalnym historycznym sojusznikiem…

Mocarstwowa wstrzemięźliwość Węgier

Jest jeszcze jedno państwo o bardzo rozbudowanej wstrzemięźliwości, nieproporcjonalnie dużej, jak na tak mały kraj – Węgry. Od północy 26 maja premier Viktor Orban wprowadził na terenie całego kraju stan wyjątkowy. A oto uzasadnienie: „Wojna zagraża naszemu bezpieczeństwu fizycznemu, a także zagraża dostawom energii i bezpieczeństwu finansowemu gospodarki i rodzin. Widzimy, że wojna i sankcje w Brukseli doprowadziły do ogromnych wstrząsów gospodarczych i drastycznego wzrostu cen. Świat stoi na skraju kryzysu gospodarczego. Węgry muszą trzymać się z dala od tej wojny i chronić bezpieczeństwo finansowe swoich rodzin. Stan wyjątkowy da pole manewru i możliwość natychmiastowej reakcji na skutki wojny w sąsiedniej Ukrainie” – powiedział szef węgierskiego rządu.

Nie wiem co konkretnie zamierza rząd Węgier, ale zapowiedzi są stanowcze. To jest zresztą klasyczna zasada: im mniejsze państwo, tym jest bardziej stanowcze. Dr Dominik Héjj, politolog specjalizujący się w tematyce węgierskiej napisał: „To nie jest stan wojenny. To jest stan, który da premierowi ogromne uprawnienia, jak w pandemii, rządzenie dalej rozporządzeniami”.

Co prawda nie wiadomo, co zamierza Orban, ale temperaturę wszystkim Węgrom jednak podwyższył, oskarżając Brukselę o wprowadzenie sankcji na handel z Rosją. Zapamiętajmy to – Orban nie ma pretensji do Rosji, ale do Unii Europejskiej. Węgry od początku wojny zachowują się dziwnie. Orban wspomniał nawet ostatnio, że kiedyś Węgrzy mieli porty. Na co oburzyła się Chorwacja, bo teraz te adriatyckie porty są jej.

Przedziwne jest to, że Węgrzy ciągle żyją sprawą Trianon, ciągle to ich boli. A było tak – 4 czerwca 1920 roku, w Wersalu, zawarto traktat pokojowy między Węgrami a państwami Ententy. Głosił on powstanie Królestwa Węgier. W istocie traktat regulował przede wszystkim sprawy narodów i ziem, które wchodziły przed wojną w skład Austro-Węgier. Bo Węgry były przecież częścią upadłego właśnie imperium, a tym samym dla wielu narodów były bezpośrednim ciemiężycielem. Tego oczywiście Węgrzy do dzisiaj nie chcą przyjąć do wiadomości, bo oni też uważają się za ofiary Austro-Węgier. Śmieszne, ale tak właśnie jest.

Na mocy traktatu Trianon Węgry uznały niepodległość Czechosłowacji oraz Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Znaczna część obszaru Węgier została podzielona między sąsiadów:

  • Rumunia przejęła Siedmiogród oraz części Kriszany, Marmaroszu i Banatu;
  • Czechosłowacja dostała tereny dzisiejszej Słowacji (Górne Węgry) i Ruś Zakarpacką;
  • Królestwo SHS, czyli Kraljevina Srbov, Hrvatov i Slovencev, zwane pierwszą Jugosławią – uzyskało Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, część Baczki oraz Banatu.

W wyniku traktatu Węgry utraciły dostęp do morza, niemal dwie trzecie ludności (pozostało 8 z 21 milionów) oraz dwie trzecie obszaru państwa (pozostało 93 tys. km² z 325 tys. km²). Poza granicami Węgier znalazło się 3,5 miliona Węgrów, głównie w południowej Słowacji i siedmiogrodzkim Seklerlandzie oraz części Wojwodiny. Stanowiło to ⅓ tego narodu.

Myślę, że Węgrzy (spora ich część) nie chcą zrozumieć, że w I wojnie światowej walczyli po stronie Austrii i Niemiec, że w wyniku przegranej ich imperium upadło, że w skład Królestwa Węgier – tego sprzed I wojny światowej – wchodziły narody, które chciały, i miały prawo do niezależności.

Turcja, czyli wstrzemięźliwe mocarstwo regionalne

Od dawna Turcja, która ma największą – po Rosji – armię w Europie i będąca członkiem NATO wykorzystuje każdą okazję, by cokolwiek utargować. Ja wiem, że to naród handlowy, ale są przecież granice przyzwoitości.

Pamiętajmy, że to Turcja blokowała wejście Polski do NATO, a dała się w końcu łaskawie przekupić zgodą Polski na otwarcie naszego rynku na wyroby tureckiego przemysłu lekkiego. Spowodowało to błyskawiczny upadek naszego przemysłu włókienniczego, odzieżowego i skórzanego, bo te przemysły są w Turcji dotowane przez państwo nawet do 60 procent.

Teraz Turcja targuje się o zgodę na wejście Finlandii i Szwecji do NATO. Chce, żeby USA zdjęły z nich embargo na nowoczesną broń. Chce też, żeby świat zapomniał o dyktaturze Erdogana, o procesach dziennikarzy, o prześladowaniu ludzi opozycji w Turcji i brutalności wobec Kurdów. Mały handelek przy tragedii i okrucieństwach wojny? Ależ owszem.

I tak toczy się ten światek – jak pisał Wolter. Od wzniosłości – do drobnego handelku, od szczytnych zasad – do leczenia małych kompleksów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Kissinger, czyli historia wraca w formie farsy (1)

Czy historia rzeczywiście czegokolwiek nas uczy? Czytając o obecnej dyskusji w Davos, trzeba powiedzieć: „ Nie bardzo”. Jednym z kulturowych dogmatów polskiego wychowania dzieci jest szacunek dla starszych. Takie założenie jest – owszem – słuszne i prorodzinne, ale w życiu społecznym przynosi często tragiczne skutki.

Czytając wystąpienie w Davos Henry’ego Kissinger’a, człowieka 98-letniego, byłego sekretarza stanu USA, doświadczonego amerykańskiego dyplomaty, który dostał nawet Pokojową Nagrodę Nobla – trzeba powiedzieć wyraźnie: nie słuchajcie starców. Starość to jednak znaczne ograniczenie sprawności fizycznej, mnóstwo przykrych dolegliwości chorobowych, a nawet zmniejszenie sprawności umysłowej. I tego właśnie Kissinger dał mocne dowody właśnie w Davos, w czasie dyskusji o wojnie na Ukrainie.

Przerwać walkę

Wezwał on Zachód do: „Zaprzestania zadawania miażdżącej klęski siłom rosyjskim w Ukrainie”, albowiem będzie to miało – jego zdaniem – katastrofalne konsekwencje dla stabilności Europy. Stwierdził również, że wojna nie może trwać dłużej i Zachód powinien zmusić Ukrainę do zaakceptowania ustaleń negocjacyjnych, które „znacznie odbiegają od jej obecnych celów wojennych”.

Jako uznany negocjator – bo to on prowadził rozmowy z Wietnamczykami, w sprawie zakończenia wojny z USA – stwierdził, że: „Negocjacje muszą rozpocząć się w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, zanim wywołają wstrząsy i napięcia, których nie będzie łatwo przezwyciężyć. Idealną linią podziału powinien być – według niego – powrót do status quo ante, czyli stanu sprzed wojny. Prowadzenie wojny poza tym punktem nie byłoby kwestią wolności Ukrainy, ale nową wojną przeciwko samej Rosji – powiedział Kissinger. Ostrzegł przed „pchaniem Rosji do stałego sojuszu z Chinami”, do czego przywódcy europejscy nie powinni dopuścić.

400 lat Kissingera

Żeby zaś nie było niejasności w ocenie kto napadł, kto morduje, pali i obraca w popiół Ukrainę, Kissinger powiedział coś, czego nawet po blisko 100-letnim starcu nie spodziewałbym się. Powiedział, że Rosja od 400 lat jest istotną częścią Europy oraz była „gwarantem europejskiej równowagi struktur sił w krytycznych czasach”.

Zatrzymajmy się przez chwilę nad tą rewelacją noblisty. Jeżeli ktoś twierdzi, że przez ostatnie 400 lat, a zatem, mniej więcej, od początków XVII wieku Rosja była gwarantem stabilizacji i pokoju w Europie, to albo nie zna historii Europy, albo też tak mocno przyzwyczaił się do reprezentowania interesów amerykańskiego imperium, że za nic ma pozostałe części świata.

W doktrynie politycznej USA, od początków istnienia tego państwa, był izolacjonizm wobec innych części świata, poza trzema Amerykami. Stany Zjednoczone dość szybko zagarnęły ziemie sąsiadów, że wspomnę Teksas – zaanektowany w 1845 i Kalifornię – 1850. Potem zapanowały nad Ameryką Środkową, którą skazały na narzucana przez siebie dyktatury oraz produkcję rolną, i surowcową. Następnie podporządkowały sobie politycznie Amerykę Południową. Chciały nawet zająć Filipiny, ale się nie udało.

Okrucieństwo 

Owszem USA przystąpiły do obu wojen światowych, ale do pierwszej po głębokiej rozwadze i liczeniu ewentualnych zysków. Przed przystąpieniem do I wojny światowej bowiem  ówczesny prezydent spotkał się z grupą największych producentów uzbrojenia i amunicji, i okazało się, że udział w wojnie może się opłacać. Do II wojny USA przystąpiły dopiero wtedy, gdy same zostały zaatakowane przez Japonię.

O ile chodzi o Kissingera, to dziwi, że sam zaznawszy okrucieństwa totalitarnego systemu –   hitleryzmu, nie rozumie czym był ZSRR. Otóż Kissinger wraz z rodzicami wyemigrował z Niemiec, jako Żyd, w roku 1938. Czy zupełnie wyparł ze swej psychiki 6 lat strachu i upokorzeń pod rządami Hitlera? Przecież nie był wtedy oseskiem, bo urodził się w roku 1923. Po wojnie służył w armii USA, jako oficer śledczy na terenie Niemiec i odnajdował ukrywających się niemieckich zbrodniarzy. Miał nawet na tym polu spore sukcesy. I co? Wyparł swój życiorys z pamięci?

Statystyka i nie tylko

Teraz policzmy te 400 lat, kiedy „można było liczyć na Rosję”, liczmy „od tyłu”:

XX wiek – kilkanaście lat to oświecony, ale w końcu feudalizm carski. 70 lat przypada na rosyjski komunizm, a ponad 20 lat, już w XXI wieku, na dyktaturę Putina. Kissinger nie wie, zapomniał, nie dotarło do niego, że ZSRR podbił i zniewolił całą Europę Środkową? Nie słyszał o Katyniu, o masowych mordach na Polakach? Nie słyszał o Wielkim Głodzie na Ukrainie i milionach umierających obywateli ZSRR w Gułagach? Wreszcie, czy Kissinger nie słyszał, że według Putina, upadek ZSRR był największa katastrofą, jaka spotkała Rosję. i że marzeniem rosyjskiego satrapy jest powrót Rosji do granic ZSRR? Taka niewiedza nie uszłaby nawet maturzyście, nawet w USA.

Przez cały XIX wiek Rosja umacniała swą pozycję imperium, mordując i wywożąc na Syberię Polaków, Litwinów i Ukraińców, którzy chcieli wolności. On być może nie wie, ale my tutaj pamiętamy o dwukrotnej, bezmyślnej rzezi warszawskiej Pragi. A o udziale Rosji w podbiciu Chin, i wymuszeniu na Chińczykach płacenia niewyobrażalnie wysokiego trybutu?

Wiek XVIII – to ekspansja Rosji na Wschód i Zachód i podboje wielu narodów, w tym               walny udział w rozbiorach Rzeczpospolitej.

Wiek XVII – to powstanie imperium Romanowych, które powstało przy pomocy miecza. A przede wszystkim zniewolenia Rosjan, sprowadzenia ich do roli pozbawionych praw obywatelskim mużików.

XVII wiek, to wykuwanie samodierżawia, z całym jego opresyjnym prawem i zwyczajami.

Rosja wybawcą Kissingera?

Może być i tak, że Kissinger, jak wielu dzisiejszych Żydów, uważa Rosję za jedynego wybawcę od niemieckiego nazizmu – hitleryzmu. A to co oburza nas i każe nam wspierać Ukrainę, uważa za małe koszty na wielkim ołtarzu biznesu. Bo Kissinger reprezentuje dzisiaj takich ludzi w Europie, którzy zysk stawiają ponad honor i wolność. Z całą pewnością jego wystąpienie w Davos budzi grozę, bo obnaża najczarniejszą stronę dzisiejszego kapitalizmu, pragmatycznej polityki Zachodu.

Przy okazji. Po roku 1990 kilku prezydentów USA odwiedziło Polskę. I wszyscy oni – najczęściej na Placu Zamkowym w Warszawie – rozczulali się nad tym, jak my, Polacy, pięknie umieraliśmy za wolność. Jak dzielnie walczyliśmy w powstaniu warszawskim, Jak walczyliśmy z komuną, że byliśmy wyzwaniem dla świata. Ale żaden z nich nie przeprosił za Jałtę. I żaden z prezydentów USA nie powiedział krótkiego „przepraszamy, że was sprzedaliśmy”. Niechby nawet dodał: „Wtedy nie mogliśmy inaczej postąpić”. Ale może ich wszystkich doradcą był właśnie Kissinger? A on przecież w widzi w Rosji „gwaranta spokoju”.

A może Kissinger jest nowym wcieleniem Chamberlaine’a? W każdym razie bardzo go przypomina. Pamiętają Państwo tamtego po powrocie z Monachium, jak stojąc na stopniach samolotu radośnie machał kartkami papieru i mówił: „Przywożę wam pokój”? I teraz historia wraca. Ale jak zawsze w formie farsy.

O postaciach rodem ze strasznej bajki pisze CEZARY KRYSZTOPA: Baby Jagi

Babcia Kasia. Jest coś symbolicznego w tym, że tak pieszczotliwym i sympatycznym mianem określono akurat najbardziej wulgarną i agresywną Babę Jagę jaką można spotkać na warszawskich ulicach. Z jednej strony to groteskowe, a z drugiej wręcz demonicznie przewrotne.

Czasem z racji wykonywanego zawodu, a czasem z przekonania (jak pod Trybunałem Konstytucyjnym, gdzie modliliśmy się o wyrok, który miał zatrzymać rzeź nienarodzonych) zdarzało mi się bywać w miejscach, gdzie bywała i kobieta zwana „Babcią Kasią”. I najczęściej wydawało mi się, że nikt nie przebijał jej w wulgarności i agresji. Sprawiała wrażenie kogoś nieobliczalnego, prowokacyjnego, pełnego jakiejś złej energii. I to skierowanej nie tylko przeciwko kontrdemonstrantom, czy policjantom, ale również ludzi teoretycznie po jej stronie.

Waszawianka roku?

Wręcz czasem zastanawiałem się czy nie jest to przypadek wykorzystywania jakiejś dysfunkcji, jak u Kononowicza. A może też jakieś mocno spóźnione poczucie „misji” czy odnalezienia „sensu” w dość prymitywnym zwracaniu na siebie uwagi, czy desperackie poszukiwanie „poczucia przynależności”. A dla nich jest „Babcią Kasią”. O mało nie została nawet „Warszawianką Roku”.

„Autorytety”

A przecież to nie pierwszy podobny przypadek. „Autorytet moralny” Mateusz Kijowski, „polski Kennedy” Ryszard Petru, „intelektualista” Maciej Stuhr, „aktywista LGBT” Bart Staszewski bezpardonowo atakujący rzecznika MSZ Łukasza Jasinę w związku z jego orientację seksualną. Szereg celebrytów obdarzanych jest atencją za rzekome przymioty obok których nawet nie stali. Przykładów jest wiele i nie dotyczą tylko osób. Ta sama zasada dotyczy „idei”, których są „nośnikami”. Walka o możliwość zabijania dzieci to „prawo człowieka”, szkodzenie własnemu krajowi za granicą to „patriotyzm”, łamanie unijnych traktatów i polskiej konstytucji to „praworządność”. I tak dalej.

Śmiech Baby Jagi

Trudno powiedzieć na ile takie kształtowanie „autorytetów” i „idei” jest świadomą parafrazą metody opisanej w książce „1984” George’a Orwell’a, gdzie Ministerstwo Prawdy zajmuje się kłamstwem, a Ministerstwo Miłości egzekucjami, ale analogie wydają się dość oczywiste.

Mamy teraz na głowie wojnę. I owszem, jest to dziś realnie większy problem niż „Babcie Kasie”. Wydaje mi się jednak, że mimo to nie powinniśmy zapominać o ich istnieniu. Nie dlatego żeby ta konkretna warta była nadmiernej uwagi, ale dlatego, że to co wobec większych problemów wydaje nam się dziś odległe i groteskowe, niestety w wielu krajach stało się codziennością i narzuconą „normalnością”, a przecież i u nas wygląda z każdego napompowanego grubą kasą koncernów kąta. I oby nie było tak, że przez naszą nieuwagę to Baby Jagi będą się śmiały ostatnie.

WALTER ALTERMANN: Samotna rozpacz, czyli paplanie miliardów

BOHATER – do Dziennikarki – Widzi pani, jestem zbyt prymitywny. Wszystkie nieporozumienia między mną i światem wywodzą się z tego, że jestem prymitywny i chcę poważnie traktować życie. Przeklęta gadanina, gdyby ludzkość razem ze mną zamknęła na wieki olbrzymią jadaczkę. Niech te dwa miliardy umilkną na jeden dzień i wszystko odzyska swój blask…

            Ten fragment KARTOTEKI Tadeusza Różewicza niech będzie nam przesłaniem.

Różewicz pisał swój dramat w latach 1958-59. Zważmy na to, bo ludzi było wtedy raptem dwa miliardy, a nie 7,7 miliarda, jak dzisiaj. Zatem i gadania było znacznie mniej. Nie było tylu stacji telewizyjnych i radiostacji. I przede wszystkim, nie było Internetu. Było znacznie ciszej. Choć ucho wrażliwego na bełkot pisarza i tak nie mogło znieść tej gadaniny.

Przeciętny chłop w średniowiecznej Prowansji otrzymywał przez całe swe życie tyle nowych informacji, ile dzisiaj dociera w ciągu jednego dnia do przeciętnego Europejczyka. Te badania przeprowadzono w latach 80. jeszcze przed wynalezieniem Internetu z jego dobrodziejstwami typu: tik tok, Facebook, Twitter, you toube i wszystkich pozostałych środków rażenia naszej świadomości. Można powiedzieć, że ludzkość się potwornie rozjazgotała i ani myśli spełnić błaganie Różewicza.

Nie wszyscy pisali i mówili

Od zarania ludzkości mówili i pisali ci, którzy umieli pisać i naprawdę mieli coś do powiedzenia. Przez tysiące lat mówili starzy mędrcy, przywódcy religijni i władza. Za miarę mądrości człowieka uchodziło to, że mówiło się mało i zawsze na temat. Gaduły uważane były za głupców i odsuwano ich z gremiów, podejmujących ważne decyzje. Oczywiście nie wszystkie zapisane słowa były mądre. Zdarzało się przecież, że lekarze zalecali palenie papierosów na kłopoty płucne, rtęcią leczono kiłę a narkotyki uważano za cenne lekarstwo na nerwy. Niemniej i tak, w dawnych czasach głupoty było znacznie mniej niż mądrości, bo słów było mniej.

Gdy chodzi o pisanie – jedną z technicznych przyczyn, że dawniej pisano o wiele mniej, było to, że zapisywano ryjąc w kamieniu, w glinie, którą potem wypalano, potem pisząc z mozołem na jedwabiu, papirusach i na papierze. A wytworzenie tych wszystkich nośników było drogie, więc na szczęście zapisywano tylko rzeczy najważniejsze.

Przez wieki pisali głównie zawodowcy – pisarze administracji państwowej i zawodowi filozofowie i literaci. I powiedzmy wprost, gdy chodzi o literaturę – grafomanów nie było stać na druk. Tak było aż do połowy XIX wieku. Potem szeroka fala miernoty zalała tzw. rynek czytelniczy. Bo pisanie stało się rynkowym sposobem na zarobek.

W czasach dwudziestowiecznych dyktatur pisanie podlegało kontroli państw, które bały się „nieprawomyślnych” tekstów. Obecnie w Europie – poza Rosja, Białorusią i Turcją (geopolitycznie kwalifikowana, jako część Starego Kontynentu)  – nie ma już państwowych ograniczeń dla pragnących pisać. Jest to oczywiście dowodem wolności i demokracji. I to jest piękne. Niemniej to demokracja uwolniła nasze dzisiejsze tsunami pisania, które niszczy takt, rozum, poczucie sensu i artystycznego piękna, a te cechy były przecież dowodami na wielkość naszego gatunku.

Smutna radość z pisania w Internecie

Ilekroć otwieram Facebooka natychmiast „meldują się u mnie” osoby, których nie znam, ale które muszą podzielić się ze mną przemyśleniami. I tak dowiaduję się, że pani Kicia przeszła po parku prawie 5 kilometrów, a potem w przydrożnym barze zjadła ciastko.

Panna Kocia natomiast przekazuje mi swoje zdjęcia na tle jakiegoś drzewka w ogródku. Gdyby jeszcze panna Kocia była osoba młodą i ponętną… Niestety, prawie dorównuje mi wiekiem i sylwetką.

Inna pani prowadzi stronę, na której zaprasza mnie do zabawy. I co kilka dni proponuje nową formę rozrywki. Raz każe mi napisać, jak mam na drugie imię, innym razem prowokuje do wynurzeń na temat jakie psy lubię mniej, a jakie bardziej. Jest też strona, na której prowadzący publikuje zdjęcia starych przedmiotów z czasów PRL-u i pyta czy miałem je w domu, albo używałem. I nie są to obiekty wymyślne: jakaś pralka Frania, stary młynek do kawy albo ręczna wyżymaczka.

Według mnie wszystkie te zabawy są szalenie rozwijające intelektualnie i bardzo ucieszne, więc nie odpowiadam na wezwania o ujawnienie mojego zdania, moich przeżyć. Nie ujawniam też obecnego i dawnego stanu posiadania mego gospodarstwa domowego. Ale… o dziwo setki ludzi odpowiadają na takie prowokacje mózgowe. I piszą, że oni na drugie mają Zdzisiek, po wujku, albo Kasia, po koleżance mamy. Podskakują z radości (dowodem ikonki emocji), że oni też mieli w domu rybkę z dmuchanego szkła, albo telewizor Neptun.

W związku z opisaną powyżej ludzką aktywnością nasuwa się pytanie – dlaczego ci ludzie to robią – to znaczą piszą i odpowiadają, że oni też przeszli lasem ileś tam metrów, że coś po drodze zjedli. Dlaczego to robią? To znaczy piszą, prowokują i odpowiadają?

Myślę, że świat ma do czynienia z w wielkim, wprost niewyobrażalnie wielkim problem alienacji jednostki. Przeciętny człowiek zna dobrze zaledwie kilkadziesiąt osób, wliczając bliższą i dalszą rodzinę, i nie zawsze tę rodzinę lubi. Owszem mamy też wielu znajomy z pracy, z przeróżnych stowarzyszeń, związków a nawet partii. Tyle tylko – czy my tych ludzi naprawdę znamy? Znamy ich na tyle, na ile oni sami odsłonią się przed nami, przed światem.

Przeciętny człowiek w dzisiejszych czasach jest przerażająco samotny. I dlatego pisze, bo chce być w jakimkolwiek ludzkim kręgu, chce znać i być znany.

Jednak bardzo zasadne w tym momencie jest pytanie – jaką stronę swych osobowości ludzie ujawniają w Internecie? Najczęściej jest to strona polityczna. Ale, niestety, piszący o polityce najczęściej ograniczając się do inwektyw lub powtarzają stereotypy. Te wszystkie twittery narzucają użytkownikom konieczność pisania zwięzłego, niemal hasłowego. Gdyby Monteskiusz czy Spinoza żyli teraz, to nie zaistnieliby, bo nie potrafiliby pisać krótko, sloganami.

Ludziom wydaje się, że to bardzo ważne, że piszą. Myślą, że ważne jest też, że czytają, co piszą inni. Podświadomie wierzą, że to „gadanie” zmieni ich los i dzieje świata. I dlatego chcą dynamiki, chcą być aktywni.

Te miliardy, gadający na Facebooku i jemu podobnych są zrozpaczone swoja samotnością, choć o tym, nie do końca, wiedzą. Wydaje im się, że wszystkie sznurki swego losu trzymają mocno w garści, ale mylą się. Te miliardy są jak marionetki na sznurkach, za które pociąga kto inny? Kto? Może tylko przypadek? Może przypadkowi politycy, bo w światowy spisek złych mocy nie wierzę.

 

Samotny tłum

W roku 1950 ukazała się rewolucyjna praca Davida Riesmana „Samotny tłum” (współautorami byli Nathan Glazer i Reuel Denney). W samej rzeczy jest to dzieło przełomowe w socjologii i w postrzeganiu praw rządzących społeczeństwami w ogóle.

Riesman zauważa, iż w niewielkich wspólnotach, także w dawnych społeczeństwach istniały różnego rodzaju więzi społeczne, natomiast w społeczeństwach współczesnych więzi zanikają, ulegają degradacji bądź instrumentalizacji a często są przedmiotem manipulacji. W efekcie naturalne wspólnoty zanikają. Ludzie ulegają wykorzenieniu, atomizacji, roztapiają się w anonimowej masie pracowników, urzędników, elektoratu, konsumentów czy publiczności. Więzi wspólnego zamieszkania, podobieństwa etnicznego, religijnego bądź klasowego zostają zerwane. W to miejsce pojawia się samotny tłum, podatny na hasła demagogów, poszukujący silnych, ojcowskich autorytetów, ulegający pokusie autokratycznych czy nawet totalitarnych rządów. Osamotnieni przyłączający się do różnych ruchów społecznych w poszukiwaniu zastępczych więzi i alternatywnych wspólnot.

Czy tych słów o samotnym tłumie nie można odnieść do naszego polskiego społeczeństwa? Czy coś się zmieniło? Wszystko wskazuje na to, że nie i praca Riesmana pozostaje ciągle aktualna, czasami przerażająco wręcz aktualna.

Człowiek przez miliony lat żył w małych społecznościach – rodowych, plemiennych, w kręgu jednej wsi, czy małego miasta. Wtedy wszyscy się znali. Każdy o każdym dużo wiedział. Każdy wchodził w relacje (interakcje) z sąsiadem, znajomym. Wtedy też działało pisane lub zwyczajowe prawo, nakazujące takie a nie inne zachowania. Jeżeli jeszcze w połowie XX wieku na wsi chłop mijał drugiego chłopa i nie uchylał czapki, to był to jasny znak, że są pogniewani. Dzisiaj mijamy dziennie setki, tysiące ludzi, którym nie mówimy ani „dzień dobry”, ani „szczęść Boże”. Jesteśmy więc z innymi blisko w przestrzeni, ale daleko w sferze psychicznej, mentalnej.

Dawniej świat był znany i bezpieczny. Dzisiaj jesteśmy samotni i zagrożeni. I ta samotność, to zagrożenie są naszym największym psychicznym kłopotem.

Riesman był rzetelnym i przenikliwym naukowcem, ale nie był wieszczem. Więc nie przewidział, że po latach świadomość tej samotności dotrze do nas, i że będziemy szukali ratunku przed wyjącą pustką. Na razie znaleźliśmy ratunek w Internecie, niestety jest to ratunek pozorny, bo nawet biliony, tryliony słów nie zasypią przepaści, jaka obecnie dzieli człowieka od człowieka.

Przepraszam, że to co napisałem nie jest wesołe. Jest za to prawdziwe.

 

W rocznicę śmierci rotmistrza Pileckiego TADEUSZ PŁUŻAŃSKI pisze o egzekucji Bohatera

Zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego ds. politycznych Ryszard Mońko, w najbardziej mrocznych, stalinowskich czasach, nigdy nie odpowiedział za udział w zbrodni na Witoldzie Pileckim 25 maja 1948 r. Nie ujawnił także, gdzie komunistyczni siepacze – jego koledzy – zrzucili zmasakrowane ciało rotmistrza i innych polskich bohaterów. Przez ćwierć wieku III RP nie zapukał do niego żaden prokurator. Mnie bez problemu udało się odnaleźć Mońkę w 2012 r. w Hrubieszowie.

O „Łączce” Mońko nie chciał mi nic powiedzieć, twierdząc, że na Mokotowie pracował do 1948 r. Mońko kłamał. Na procesie prokuratora Czesława Łapińskiego, oskarżyciela rtm. Pileckiego zeznawał: „Na Mokotów zostałem skierowany w styczniu 1948 r. ze zlikwidowanej jednostki saperskiej. Jako funkcjonariusz ds. polityczno-wychowawczych uczyłem śledczych zasad polskiego ruchu robotniczego”.

Winny Grabicki i bezpieka

Trochę więcej Mońko mówił o egzekucjach na Rakowieckiej. Przede wszystkim potwierdził, że w pierwszych latach powojennych odbywały się one na terenie więzienia – głównie w starej kotłowni za budynkiem X Pawilonu (potwierdzał to również np. więzień Rakowieckiej Stanisław Krupa). Przyznał również, że nie było żadnego plutonu egzekucyjnego: strzelał jeden funkcjonariusz – najpierw Piotr Śmietański, potem Aleksander Drej (ten drugi na ogół po pijanemu). Potem ciała wywoził jego przełożony – naczelnik więzienia – Alojzy Grabicki. To na niego – od dawna nieżyjącego – Mońko zrzuca całą odpowiedzialność za represje i morderstwa na Mokotowie. No i oczywiście na bezpiekę.

„Jedyny przypadek w karierze”

Mnie szczególnie interesowała egzekucja rotmistrza Witolda Pileckiego, w której – jak wynika z dokumentów – Mońko brał udział. Pamiętałem jego opowieść z procesu Łapińskiego: „To był jedyny przypadek w mojej karierze. Zastępowałem Grabickiego [Alojzy Grabicki, który skończył miesięczny kurs więziennictwa w Łodzi i pracował najpierw w Białymstoku, do końca życia, nie nękany przez wymiar sprawiedliwości, ukrywał prawdę o miejscu grzebania więźniów], który takimi sprawami zajmował się rutynowo, ale akurat, wyjątkowo, wyjechał. Wcześniej wypełniałem tylko gotowe blankiety i podpisywałem się. Dane uczestniczących w egzekucji sprawdzałem na podstawie okazanych mi legitymacji. 25 maja 1948 r., między godz. 21 i 21.30 do mojego gabinetu zgłosiło się czterech panów, dwóch w mundurach wojskowych, dwóch po cywilnemu. Byli z bezpieki. Na polecenie prokuratora Cypryszewskiego rozkazałem doprowadzenie Pileckiego na miejsce straceń. To był mały, oddzielnie stojący budynek za X pawilonem, którym rządził MBP, a oficerowie służby więziennej nie mieli tam wstępu. Widziałem, jak prowadzili Pileckiego pod ręce, a on poprosił ich, żeby go puścili, bo chce iść sam. Weszli do środka, ja zostałem na zewnątrz. Słyszałem jeden strzał. Więźniów politycznych rozstrzeliwano, pospolitych wieszano. Pluton egzekucyjny to był jeden funkcjonariusz UB [etatowy morderca starszy sierżant Piotr Śmietański]. Lekarz w wojskowym mundurze wszedł do budynku i stwierdził zgon. Przed wykonaniem wyroku z Pileckim rozmawiał ksiądz Martusiewicz”.

 

Oskarżający Łapińskiego prokurator IPN spytał jeszcze świadka Mońkę: „Gdzie pogrzebano Pileckiego?” A on odparł: „Nie brałem w tym udziału. Od dyżurnych wartowników słyszałem, że ciała zabitych wywoziła gdzieś sanitarka więzienna. Często jechał w niej naczelnik, który miał prawo jazdy”. Również na ostanie pytanie: „Dlaczego podpisał pan protokół wykonania kary śmierci?” Mońko opowiedział jak zawsze ze spokojem: „A co miałem robić?”

Z białą opaską

Pamiętając te zeznania miałem nadzieję, że Mońko powie mi więcej. On powtórzył właściwie opis śmierci Pileckiego, który przedstawił w sądzie: „Wzięli go pod ręce. Czterech ludzi. On powiedział: „Będę szedł sam”. Założyli mu białą opaskę na oczy”.

Dopytywałem, powołując się na świadectwo księdza Jana Stępnia, współwięźnia z Rakowieckiej, który miał widzieć tę ostatnią drogę rotmistrza z okna celi: „Prowadziło go pod ręce dwóch strażników. Ledwie dotykał stopami ziemi. Nie wiem, czy był wtedy przytomny. Sprawiał wrażenie zupełnie omdlałego”. Czyli istnieje domniemanie, że w momencie egzekucji skatowany przez „oficerów” bezpieki Pilecki już nie żył, że Śmietański zamordował trupa…

Taka zresztą była praktyka bezpieki. Często najgorsze śledztwo rozpoczynało się po procesie i wyroku skazującym, kiedy oprawcy wiedzieli już, że ich ofiara nie wyjdzie na wolność. Że zginie w więzieniu. Mogli sobie pofolgować.

Mońko jednak twardo powtórzył swoje: „Szedł sam, dobrowolnie. Widziałem to dokładnie, szedłem 30–40 metrów dalej. Nim doszedłem do miejsca, jego już rozstrzelano”. Gdzie to było, też w kotłowni? – doprecyzowałem. „Tak. Prócz kata Śmietańskiego byli prokurator, ksiądz”. Ile było strzałów? „Słyszałem jeden”. Co się potem stało? „Nie wiem. Mówiłem już, że nie uczestniczyłem w pochówkach. Też musiał być wywieziony sanitarką”.

Z faktu, że kat zamordował rotmistrza w kotłowni, Zofia Pilecka wyciąga wniosek, że został spopielony. Czyli może nigdy nie odzyskać szczątków taty.

Pilecki trafił na „Łączkę ” – uważa jednak prof. Krzysztof Szwagrzyk, prowadzący prace na stołecznych Powązkach Wojskowych. Niedaleko swojego oprawcy – sędziego Romana Kryże.

9 tysięcy emerytury

Potem spytałem Mońkę jeszcze m.in. o to, dlaczego – jego zdaniem – na ekshumacje na Powązkach trzeba było czekać aż 23 lata? Czy ktoś to blokuje? Mońko na to: „Wydaje mi się, że tak. Może boją się Rosji”.

Ryszard Mońko, z zawodu technik rolniczy i mechanik, który po odejściu z Mokotowa był m. in. – do 1962 r. – naczelnikiem więzienia w Częstochowie, na koniec pochwalił mi się, że ma 9 tysięcy złotych emerytury („Wałęsa, dobry człowiek, wyrównał mi emeryturę”). Zadowolony z życia, miły dla sąsiadów starszy pan cieszył się dobrym zdrowiem. „Nie mam żadnych dochodzeń sądowych. Jestem czysty” – powiedział mi na odchodne. Zmarł w 2016 r. w rodzinnym Hrubieszowie, pożegnany na miejscowym cmentarzu parafialnym. Tak odszedł ostatni morderca Witolda Pileckiego.

 

HUBERT BEKRYCHT: Korespondenci wojenni i dziennikarskie niewypały

Napisać, że korespondencje wojenne z walczącej z rosyjską hordą Ukrainy są jakościowo różne, to jak napisać, że bandyta Putin jest chory, ale nie napisać na co. A relacje wojenne bywają różne – spokojne choć empatyczne, jak Jacka Łęskiego i… Właśnie, jak to nazwać? Są typy korespondentek i korespondentów, którzy po prostu chcą dobrze, ale wychodzi im to źle. To brak wiedzy i doświadczenia, ale brzemienny w skutki, bo my odbiorcy mamy emocjonalnie retuszowany albo wręcz „komercyjny” obraz wojny.

Na szczęście nie muszę być korespondentem wojennym. Jeszcze. Zawsze jednak podziwiałem i podziwiam Koleżanki i Kolegów potrafiących wykonywać tę pracę. Najcięższą bodaj spośród wielu dziennikarskich specjalności. To jednak, że na wojnie nie byłem, nie zwalnia mnie z obowiązku pisania o jakości relacji wojennych.

Nic dziwnego, że ktoś podczas takiej korespondencji chce być poważny. Relacjonuje przecież okropności ruskiej inwazji na ukraińskie miasta i wsie, ale, na Boga, niechaj ta powaga i przejmowanie się okropieństwami wojny nie przeszkadzają w odbiorze informacji.

Obraz pierwszy: Dziewczyna z jednej z największych polskich stacji telewizyjnych jedzie do ukraińskiego miasta. Tam twa liczenie strat po rosyjskiej inwazji, zbiera się informacje o zabitych i rannych. Próbuje się pomóc tym, u których ran nie widać, ale serca i dusze krwawią…

Reporterka stoi przed kamerą. Ma kamizelkę z napisem „Press”, mam nadzieję kuloodporną, której jednak brakuje zasłon pod szyją. A tam rozpięta koszula, między poły której – stawiam dolary przeciwko guzikom – patrzą wszyscy, nie tylko mężczyźni. Ludzie, nawet jeśli jesteście przygnębieni wojną, spojrzycie tam na pewno, bez względu na waszą płeć. To „element” relacji, który u ponad 80 procent odbiorców spowoduje „zaburzenie proporcji”, a po polsku – ogromna większość widzów gapi się na fajną kobietę i nawet jeśli chce posłuchać, co mówi reporterka, nikt, no prawie nikt, tego nie zapamięta. Po prostu.

W pewnym momencie dziewczyna, opowiadając o drastycznych szczegółach, na chwilkę milknie, głos jej się załamuje… To powoduje, że widz martwi się stanem psychiki – bez sarkazmu – dziennikarki, a nie tysiącami ofiar. Tak się po prostu nie robi. Nie tylko podczas relacji wojennych. To było nagranie. Niezależnie od emocji reporterki, należy powróżyć nagranie.

Reporterka mówi też o tym, gdzie – do jakiej części miasta – mają być przeniesieni ludzie, którzy stracili swoje domy i mieszkania. Tego nie skomentuję, bo lubię tę reporterkę i jeśli miała producenta lub wydawcę, to ich należy nabić na moralny pal dziennikarskich „rozliczeń”, bo powinni na to zwrócić uwagę. Przypominam, to nie była relacja bezpośrednia a nagranie.

*

Czasem zdarza się tak, że dziennikarze, którzy nigdy tego nie chcieli, są najlepszymi korespondentami wojennymi.

Obraz drugi, ostatni: Film z rozmowy właściciela portalu Salon 24 Sławomira Jastrzębowskiego ze współpracownikiem TVP i korespondentem wojennym z Ukrainy Jackiem Łęskim.

Prowizoryczne studio, trochę książek, mikrofony – w tle ani jednego elementu wojennego. Obraz rozmowy i jej uczestnicy są jednak w stanie przykuć moją uwagę na długie 45 minut.

Znany z kontrowersyjnego zachowania Jastrzębowski spokojnie zaczyna rozmowę i tak samo prowadzi ją do końca, ale jednocześnie jest sobą. Czasem się wtrąca, aby o coś zapytać, czasem – stosownie do sytuacji oczywiście – ironizuje. Powtórzę, Sławek jest sobą. Choć pewnie każdy z dziennikarzy ten wywiad przeprowadziłby inaczej, Jastrzębowski nie czyni z siebie postaci centralnej. Chwała mu za to, bo – chociaż nie w rozmowach o wojnie – czasem mu się zdarza.

Łęski autor bardzo dobrych, spokojnych i wyważonych korespondencji m.in. z Kijowa i Charkowa. Przyjechał właśnie z Ukrainy. Zresztą w tym kraju mieszkał przez lata. Zna realia, ale opowiadając o nich, co okaże się elementem spajającym wrażenia wojenne, jest normalnym dziennikarzem, który rozmawia z innym dziennikarzem. Gdyby nie tematyka, pomyślałbym, że gadają z Jastrzębowskim o polityce. Ale nie, to wojna jest główną postacią wywiadu.

To dzięki Łęskiemu, który jest szczery a jednocześnie wrażliwy, normalny a przecież doświadczony największym dramatem od II wojny światowej, możemy się naprawdę więcej dowiedzieć niż z relacji wielu innych korespondentów wojennych, którzy jak on byli w Kijowie, Charkowie, Irpieniu.

*

Relacja z walczącej z ruskimi hordami Ukrainy to tylko minuta, czasem dwie, trzy. Obraz pod powiekami, który zostanie po takiej korespondencji zostaje u widzów może nawet do końca życia. Na pewno ten obraz zostaje pod powiekami korespondentów wojennych. Też do końca życia.

Zatem, nie warto marnować czasu na słabe warsztatowo relacje wojenne.

 

 

 

O typach dziennikarskich i języku pisze WALTER ALTERMANN: Szaleństwa i grube niezgrabności

Wojna na Ukrainie, mimo że jak każda wojna jest przerażająca, wywołała też w naszych mediach falę tragikomicznego szaleństwa. Bo bardzo wielu dziennikarzy poczuło się korespondentami wojennymi, a równie wielu wykazuje poważne zainteresowanie sprawami militarnymi.

 

W ramach tego pobudzenia umysłowego żurnalistyki ujawniły się co najmniej trzy grupy publicystów:

  1. Korespondenci domowo-wojenni. Do tej grupy nie należy zaliczać prawdziwych korespondentów wojennych, którzy są na Ukrainie i stamtąd przesyłają materiały filmowe, radiowe i prasowe.

Natomiast korespondenci domowo-wojenni kojarzą mi się jedynie z naszą pierwszą narodową operą „Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale”, z muzyką Jana Stefaniego i librettem Wojciecha Bogusławskiego. W tej operze bowiem mamy bowiem do czynienia z maszyną elektrostatyczną, której działanie uważane jest przez zwaśnione strony za cud. Z tymi, którzy udają  korespondentów jest tak samo jak u Bogusławskiego – myślą, że jak pokażą nam jakiś zręczny montaż materiałów zagranicznych, to my razem – Krakowiacy i Górale – uwierzymy w takie cuda.

Ci „mniemani” korespondenci, siedzą w wygodnych fotelach, przeglądają strony internetowe o wojnie. I stamtąd czerpią swą wiedzę. Ale i tak nie udaje im się ukryć, że mają bardzo mgliste pojęcie o wojsku w ogóle i żadnego pojęcia o wojnie. Ale piszą i mówią na te poważne tematy ostro, a ich sądy są bezkompromisowe. Co rozsądniejsi cytują źródła swej wiedzy, ale są oni nieliczni w gronie „specjalistów militarnych”.

  1. Analitycy. Ci nie udają, że byli na Ukrainie, za to zapraszają do swoich studiów radiowych i telewizyjnych błogosławionych naukowymi tytułami specjalistów. I to jest zabieg bardzo sprytny, bo na typowego polskiego odbiorcę działa magicznie, że rozmówca dziennikarza jest profesorem. Naród nasz, mimo coraz większej grupy magistrów i licencjonowanych licencjatów, ma nabożny stosunek do profesorów wszelkiej maści. I nie obchodzi słuchacza czy widza, że „profesor” ma równie jak dziennikarz marne pojęcie o wojsku i wojnie. Bo często do rozmowy zapraszani są socjologowie, historycy i wykładowcy od marketingu politycznego.

Przyznajmy jednak, że wśród proszonych o komentarze zdarzają się też doświadczeni generałowie i pułkownicy. Ci wiedzą o czym mówią. Jednak wtedy rola dziennikarza jest nijaka, bo wyraźnie widać i słychać, że dziennikarz daleko odbiega wiedzą od swego gościa.

  1. Doradcy. Doradcy to także goście prasy, telewizji i radiostacji. Choć najwięcej ich w mediach społecznościowy. Pojawiają się jako globalni stratedzy i znawcy wojny na miarę Carla von Clausewitza. Doradcy zawsze grzmią na tych przywódców, prezydentów, którzy nie chcą od razu i już jutro rozgromić Rosji. I nie przeszkadza im arsenał atomowy brutalnego najeźdźcy, jakim w gruncie rzeczy jest Federacja Rosyjska. A na wątpliwości, że atomowa Rosja może użyć broni jądrowej, doradcy mówią twardo, choć bez pokrycia: „Nie użyją”. Oto jeden z przykładów:

Koncert bardzo zdecydowanych życzeń

Bardzo interesujący, jako ilustracja mojego opisu „Doradców” jest wywiad prof. Romualda Szeremietiew, pod jednoznacznym tytułem: „Kaliningrad trzeba będzie zdemilitaryzować”. Profesor udzielił go 12 maja br. gazecie  DoRzeczy.

Jeżeli do NATO wejdą Finlandia o Szwecja, to bezpieczeństwo całej wschodniej flanki bardzo się wzmocni, bo zarówno Finowie, jak i Szwedzi mają dość przyzwoite armie. Co więcej, w takim układzie Bałtyk stanie się morzem natowskim. Natomiast pojawi się bardzo istotny problem tak zwanego Kaliningradu.

Damian Cygan: Co pan ma na myśli?

Trzeba chyba jednak wystąpić o to, aby po pierwsze Kaliningrad przestał się nazywać mianem zbrodniarza (Michaiła – red.) Kalinina, który współodpowiada za mord w Katyniu. Po drugie, trzeba ten rejon zdemilitaryzować, bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe. Parafrazując niedawną wypowiedź papieża Franciszka, NATO zaszczeka też pod Petersburgiem.

Jaka może być odpowiedź Moskwy na rozszerzenie NATO?

Będzie wycie, jak zwykle. No i straszenie bronią jądrową, bo Rosjanie niczym innym straszyć już nie mogą.

Na jakim etapie rosyjskiej inwazji jesteśmy? Niektórzy spodziewali się jakiejś wielkiej ofensywy w Donbasie, tymczasem nic takiego nie nastąpiło.

Ja mówiłem, że żadnej wielkiej bitwy tam nie będzie. Rosjanie będą próbowali osuwać się naprzód, czasami o kilometr dziennie, a Ukraińcy będą konsekwentnie utrzymywać swój system obrony, jaki stosowali przedtem.

Jak ta wojna się zakończy?

Nie wiadomo. Moskwa nie ma dobrego wyjścia. Być może wszystko będzie zależało od tego, czy i na ile Ukraińcy rzeczywiście odniosą zwycięstwo, co jest w tej chwili prawdopodobne, i jak to wpłynie na wewnętrzną sytuację w Rosji. Są tacy opozycjoniści rosyjscy, którzy mówią, że Putin swoimi działaniami ciągnie Rosję do zguby i do rozpadu. Ponieważ obecna Rosja jest znacznie słabsza od Związku Radzieckiego, a Putin to jednak nie jest tej klasy przywódca, co, przepraszam, zbrodniarz Stalin, to liczę, że rozpad Rosji nastąpi szybciej niż można się spodziewać.

Tako rzecze profesor, prawie jak Zaratustra. Zadziwiające jest to, że były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej stawia na słowo, zamiast na siłę. W istocie bowiem mówi, że trzeba wystąpić o to, aby Kaliningrad przestał się nazywać Kaliningradem. Ale nie mówi do kogo wystąpić. Stwórcza moc słowa jest odnotowana już na początku Biblii, ale czy w przypadku Rosjan zadziała? Oni przecież mniej wierzą w Boga, a bardziej w Rosję.

Profesor idzie jednak dalej i twierdzi, że trzeba rejon kaliningradzki zdemilitaryzować. Dlaczego? Profesor odpowiada: bo nie może być tak, że NATO będzie siedziało na beczce prochu, włożonej mu między nogi. To jest chyba zrozumiałe.

Czyli profesor zakłada, że Rosja upadnie a jej resztki będą podatne na argumenty, że Bałtyk ma być krajem NATO, które nie chce mieć między nogami materiału wybuchowego.

I co ja o tym wywiadzie myślę? Myślę, że profesor uważa, iż twarde postawienie sprawy demilitaryzacji Kaliningradu jest już tej sprawy załatwieniem. I myślę, że lada dzień Rosja – jak tylko przeczytają tam wywiad profesora – zacznie wyprowadzać swoje wojska z tego obwodu. Po czym przekaże go NATO, a konkretnie nam.

W sumie można by pomysły p. Szeremietiewa przyjąć za dobre, ale moją największą wątpliwość budzi to, że mimo mojego wielokrotnego twardego i jasnego stanowiska wobec Lotto, firma ta nadal uniemożliwia mi zainkasowania większej wygranej. A przecież stanowisko w tej sprawie mam proste – jak nie przymierzając profesor Szeremietiew.

Melchior Wańkowicz na taką politykę ukuł nawet nowy termin. Nazwał ją „polskim chciejstwem”. Piszę o Wańkowiczu i zastanawiam się czy za kilka lat nie trzeba będzie przy jego nazwisku zamieszczać informacji kim był. Bo iluż dzisiejszych dziennikarzy przekartkowało choćby jego  Karafkę La’Fontaine’a?

Mamy w plecy

Wśród przykładów dziennikarskiej swawoli trzeba też zauważyć, że język młodzieżowy przekroczył już granicę poważnych tematów. Słyszymy bowiem, że: „Mamy w plecy”. I to przy okazji tematu kłopotów z paliwami. Temat jest poważny. Ludzie boją się dalszych podwyżek, boją się, że zimą nie będzie węgla… w ogóle boją się o przyszłość swoich dzieci i wnuków, i swoją. I w takiej sytuacji jakiś wesołek telewizyjny stwierdza, że z paliwami „Mamy w plecy”.

Myślę, że społeczeństwo dorosło do sytuacji. Świadczy o tym wiele tak powszechnych zachowań, jak choćby spontaniczna pomoc uciekinierom wojennym z Ukrainy. O dziwo dorastają także do sytuacji politycy, bo w sprawie wojny wszyscy są odpowiedzialni i mówią jednym głosem. Natomiast karleją w tej wojennej sytuacji media. I to nie tylko te niszowe.

Setka zabitych

Przyjęło się, niestety, że w mediach informacje o ofiarach wojny na Ukrainie budowane są językiem płochym, zdradzającym głęboką niewrażliwość. Słyszeć można w rozmaitych telewizjach, że: „W wyniku rosyjskiego ostrzału rakietowego Mariupola jest setka zabitych”.

Kto kształci wrażliwość tych dziennikarzy? Z jakich środowisk się wywodzą? Naprawdę, tak nie można.

Setka to może być wódki. Dobra wełna na garnitur – to też możliwa do akceptacji setka. Na setkę mogą biegać sprinterzy. Ale o żadnym zabitym nie wolno tak mówić. Przez szacunek dla ludzkiego życia i śmierci. Choćby tych stu zabitych było naszymi wrogami, to jednak byli to ludzie.

 

O medialnych echach wojny pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zło dobrem..?

Z AUTOPSJI: w sklepie spożywczym. Trzy kobiety w kolejce przed kasą rozmawiają po rosyjsku. Obsługuje Ukrainiec – wiem, bo kupuję tu codziennie. To uprzejmy i kompetentny sprzedawca. Gdy dochodzą do niego rosyjskie słowa przerywa nabijanie cyferek na kasie, obchodzi ladę, podchodzi do kobiet i gwałtownym gestem pokazuje ręką na drzwi. Mówi głośno: – Won! Bez słowa wyszły. Mężczyzna jeszcze chwilę stoi. Słyszę, jak mówi: to nasze kobiety, dzieci nie mają co jeść, a ja będę obsługiwał te…

ZASŁYSZANE: przekazana mi obserwacja poczyniona przez kolegę. Również rzecz działa się w sklepie spożywczym, ale innym. W tym wypadku za kasą stał Rosjanin. Klientki, dwie dziewczyny przekomarzają się. W powietrzu śpiewna wschodnia nuta, ale ukraińska. Sprzedawca nagle odzywa się do nich: – Tu się mówi po polsku albo po rosyjsku! W kolejce do kasy stoi kilka osób. Zapada cisza i nagle wszyscy wybuchają gromkim śmiechem. Rosjanin spuszcza głowę, podaje paragon i nic już nie mówi.

***

W „Gazecie Wyborczej” pod winietą duże zdjęcie z Mariupola. Na noszach ranny żołnierz, w bandażach. Wynoszą go po 82 dniach bohaterskiej walki. Tytuł przy notatce: KLĘSKA AZOWSTALU.

Jaka klęska! To wielkie symboliczne zwycięstwo po zaciętej walce, po skutecznej obronie chroniących tu życie cywilów. Ci, którzy to piekło na ziemi wytrzymali tak długo to zwycięzcy. Niech świat teraz czuwa nad tym co zrobią Rosjanie z bohaterskimi Ukraińcami. Jest już groźnie. Dlaczego od razu nie przekazali ciężko rannych Ukraińcom. Co ci mordercy znowu kombinują?

Załóżmy, że użyte w GW słowo klęska to niedopatrzenie, błąd wynikający z głupoty redaktorów. Choć teraz na ogół reakcje „Wyborczej” o wojnie nie odbiegają od normy, potępiają agresję i Putina. Jednak na ten skandaliczny tytuł trzeba zwrócić uwagę. Może wynika on z kompleksu klęski wydawniczej, który zapanował na Czerskiej. Nakład gazety przekraczał 300 tysięcy egzemplarzy dziennie, a ostatnio wynosi zaledwie 61 tysięcy. To jest symptom klęski.

Ukraińcy żadnej klęski nie ponieśli. Już w piątek rano nadszedł meldunek od dowódcy obrony Azowstalu, że część oficerskiej kadry pozostała w podziemiach z bronią w ręku, że coś jeszcze szykują. Módlmy się, aby im się udało.

Ukraińcy klęsk nie ponoszą. Walczą na wschodnich rubieżach z napastniczą armią, która nie składa się z żołnierzy, a z morderców ludności cywilnej, którzy za doznawane na froncie prawdziwe klęski mszczą się zabijając starców, kobiety i dzieci, niszczą ich domy, szpitale i szkoły.

Domy będą odbudowane, ale życia zamordowanym i zbezczeszczonym nikt już nie przywróci.

O bestialstwie, o wojnie na Ukrainie trzeba pisać jak najwięcej. Ale trzeba przy tym myśleć, ważyć każde słowo.

***

Niedawno dwukrotnie w studiach komercyjnych telewizji widziałem i słuchałem dwóch ważnych naczelnych redaktorów – „Polityki” i „Rzeczpospolitej”. Obaj panowie – Baczyński i Chrabota – kpili z powracającego w mediach oskarżenia, że to Rosjanie, a konkretnie Putin, są sprawcami mordu 96 wybitnych Polaków. Wierzę, że Amerykanie ujawnią w końcu zdjęcia satelitarne z lotu i zniszczenia Tupolewa, bo na pewno ten ważny lot był rejestrowany. To co teraz robi Putin to jeszcze tym panom za mało by uznać nikczemność rosyjskiego wodza, którego haniebne rozkazy wykonują zbrodniczy podwładni. Podobne opinie co wspomniani naczelni wygłasza nadal Radosław Sikorski. To zdrajcy Polski. Doczekamy się smoleńskiej prawdy i na zawsze ta zbrodnia pozostanie w pamięci Polaków. Lepiej milczcie. Będziecie się wstydzić.

***

Aleksander Rowiński zmarły niedawno wybitny dziennikarz i pisarz napisał przed laty książkę o młodości Onufrego Zagłoby. Skrzetuski ma „Ogniem i mieczem”, Kmicic „Potop”, Mały Rycerz „Pana Wołodyjowskiego”. Zagłoba, przecież również pierwszoplanowy bohater powieści pisanych ku pokrzepieniu serc, jest zupełnie nieznany – skąd pochodził, jaką miał młodość. Jest o nim dopiero, gdy pan Onufry liczył już 47 lat.

Aleksander Rowiński napisał grube tomisko pt. „Pan Zagłoba” i wydał je w Agencji Wydawniczej „Ostroróg” z pięknymi ilustracjami Włodzimierza Kuklińskiego. Powieść zaczyna się tymi oto proroczymi słowy: „Straszne widmo zawisło nad światem – widmo Kremlina (tak ongiś zwano Kreml). Dostrzegają jego złowieszczy wpływ nieliczni, a niektórzy potrafią przeczuć na kogo wypuści stąd jady trupie. Przeklęte miejsce. Nie pokochał go Bóg, więc oddał je Szatanowi. Razem z tymi złotymi monastyrami”.

Aleksander Rowiński napisał te słowa wiele lat temu.

Mówimy: zło dobrem zwyciężaj. Polacy tak czynią.