O końcu czerwonych pomników pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Na prawym brzegu Wisły nie ma już Berlinga

Przez 34 lata na prawym brzegu Wisły straszył Zygmunt Berling. Zniknął w 2019 r. w „czynie społecznym”. Miasto stołeczne nie miało zamiaru go dekomunizować. Niech to będzie przestroga dla wszystkich samorządów w Polsce: nie chcecie po dobroci, nie słuchacie apeli IPN, czytaj: świadomie łamiecie prawo, to wam pomożemy.

Bo ustawa Sejmu z 1 kwietnia 2016 r. zakazywała propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego „przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”. Samorządy na usunięcie reliktów sowieckiej dominacji miały dużo czasu, bo aż rok. Wiele nie chciało się zastosować. W Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jej następca Rafał Trzaskowski nie chciał tak samo, a może jeszcze bardziej – prezydent m. st. wielokrotnie publicznie kontestował wszelkie zabiegi dekomunizacyjne, i niestety skutecznie je zwalczał – patrz przywrócenie większości komunistycznych patronów ulic, czyli faktyczna rekomunizacja. W sprawie Berlinga (Zygmunta) Trzaskowskiego (Rafała) wspierała Jaruzelska (Monika): „Moim zdaniem to akt wandalizmu”. I wiele środowisk (post)komunistycznych.

 

Z przetrąconymi nogami

I tak urodzony 27 kwietnia 1896 r. w Limanowej Berling straszył w Warszawie zbyt długo. Podobnie, jak w Koszalinie pomnik „Zwycięskiej Armii Radzieckiej”. Wobec takiej samorządowej „opieszałości” monument obalił ostatnio za pomocą koparki 39-letni mieszkaniec. Też w „czynie społecznym”. Pomnik rozpadł się na kawałki, a w sumie szkoda, bo mógł trafić do muzeum komunizmu. Ze względu na swoje wartości edukacyjne (wyjątkowe sowieckie zakłamanie): russkij sołdat przytulał dziewczynkę, która trzymała w ręku symbol pokoju – gołąbka.

Ale wracając do Berlinga. Jego w ogóle nie żal. Stał na czerwonym (nomen omen) cokole, z przetrąconymi (można się domyślać przez sowietów) nogami. Architektoniczne szkaradztwo.

Czy to sukces, że Berling z przestrzeni publicznej zniknął? Nie do końca, bo gdyby nie wspomniani „społecznicy” trwałby dalej. I zakłamywał przestrzeń publiczną, infekując kolejne pokolenia Polaków. Fatalnie to świadczy o władzach stołecznego grodu.

Hołd dla Stalina

Zygmunt Berling był zdrajcą. Ten żołnierz Legionów Polskich, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, w czasie II wojny światowej sam stał się bolszewikiem.

Po agresji sowietów na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. wzięty do niewoli. I podzieliłby los ponad dwóch dziesiątków tysięcy polskich jeńców, gdyby nie dał sobie przetrącić nóg, a właściwie całego polskiego kręgosłupa.

NKWD zwerbowało go w obozie w Starobielsku. Werbowali tacy osobnicy jak generał-major Wasilij Maksim Zarubin, wcześniej sekretarz ambasady sowieckiej w Waszyngtonie. Do sowieckiej siatki Zarubina w USA należał Konstanty Gebert (dziennikarz, współzałożyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych), Aleksander Hertz (socjolog), Oskar Lange (ekonomista), Julian Tuwim (poeta).

I znów czytelnikowi należy się powrót do Berlinga: po zdradzie katyńskiej przyjął obywatelstwo ZSRS, współtworząc deklarację hołdu i lojalności wobec mega-mordercy Stalina. Zdrajca Berling zatwierdzał wyroki śmierci na swoich żołnierzach podejrzanych o związki z polskim podziemiem niepodległościowym.

Duch czasów

Ale w Warszawie zostały jeszcze inne pamiątki po sowieckim „wyzwoleniu”. Nie mówię o Pomniku Poległym w Służbie i Obronie Polski Ludowej (przez Warszawiaków nazywanym „pomnikiem utrwalaczy”), rozebranym w 1991 r. (dziś przed Pałacem Lubomirskich stoi pomnik Tadeusza Kościuszki).

Nie mówię też o Pomniku Braterstwa Broni („czterech śpiących”), odsłoniętym na Placu Wileńskim w listopadzie 1945 r. (zniknął dopiero w 2011 r.), czy rok późniejszym Pomniku Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej, upamiętniającym sołdatów poległych w trakcie „wyzwalania” warszawskiej Pragi (dotrwał do 2018 r.).

Tu warto przypomnieć historię „czterech śpiących” (w ramach „braterstwa” z Polakami czterej „spali”, gdy Niemcy zarzynali Powstanie Warszawskie, a trzej walczyli – zarzynali na Pradze polskie podziemie niepodległościowe). Przez lata minister Andrzej Krzysztof Kunert (sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa) wmawiał nam, że „śpiący” muszą pozostać na warszawskiej Pradze, bo „oddają ducha tamtych czasów”. Ale Polacy „ducha” tego poznawali w kazamatach NKWD-owskich i ubeckich katowni. Na Pradze przy ul. 11 Listopada, Ratuszowej, Sierakowskiego, Strzeleckiej. Gdy na drugim brzegu Wisły tliło się jeszcze powstanie, tu „wyzwoliciele” hurtowo wyłapywali i mordowali AK-owców.

A sekretarz Kunert, razem z prezydentem Komorowskim budowali pomnik bitwy polsko-bolszewickiej 1920 r. w Ossowie. Pomnik bolszewicki.

Mały Franek” contra „Inka”

W tym samym roku co pomnik Berlinga (1985) na Pradze stanął Pomnik Kościuszkowców – w 40. rocznicę „wyzwolenia” Warszawy. Tym razem nie „zawdzięczamy” go Andrzejowi Krzysztofowi Kunertowi, ale Włodzimierzowi Sokorskiemu – komunistycznemu dygnitarzowi, który był nie tylko politrukiem lWP, funkcjonariuszem KPP i PPR, ale także Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Pomnik stoi do dziś…

I przynajmniej jeszcze jedna stołeczna sowiecka „pamiątka”: Pomnik Partyzanta przy rondzie de Gaulle’a, poświęcony Gwardii Ludowej i Franciszkowi Zubrzyckiemu (po remoncie w 2014 r. na cokole pojawił się dla zmyłki nowy napis: „Partyzantom walczącym o wolną Polskę w czasie II wojny światowej”). Ten „Mały Franek” wsławił się jedną akcją na polską leśniczówkę, podczas której zabrał dubeltówkę i 5 tys. złotych. Można powiedzieć: taki (sowiecki) bohater, jakie (sowieckie) wyzwolenie. Ulicy Zubrzyckiego wyjątkowo – w ramach rekomunizacji – Rafał Trzaskowski nie przywrócił. Najwyraźniej Danuta Siedzikówna „Inka”, która „Małego Franka” zastąpiła, jest zbyt znana, a w bezideowej prokomunistycznej polityce liczą się przecież słupki poparcia.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski 

Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski  z rąk wojewody mazowieckiego Konstantego Radziwiłła otrzymał Stefan Truszczyński – nasz redakcyjny Kolega z portalu, wieloletni członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, sekretarz generalny SDP, dziennikarz prasowy i telewizyjny.

Stefanie, w imieniu wszystkich członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich redakcji portalu, gratulujemy!

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Le Macron – Mesje le Bufą sowietik

Od razu zaznaczam, że – moim zdaniem – procesowym dybom powinien podlegać każdy, kto w krytyce ponownie wybranego na stanowisko prezydenta Francji Emmanuela Macrona upatruje pochwały liderki opozycji Marine Le Pen. Oboje są prorosyjscy a teraz, po reelekcji Macrona, oboje bezradni wobec Niemiec i bezczelnie zapatrzeni w Putina, choć zaprzeczali temu podczas dosyć bezbarwnej kampanii. I oboje pojęcia nie mają, że Ukraina to niepodległe państwo napadnięte przez rosyjskie hordy barbarzyńców, które kiedyś mogą też przelać się przez Sekwanę, Loarę i Rodan.

Macron jest bezczelnym młokosem politycznym i kompletnie niekompetentnym prezydentem Francji. Gdyby nie pandemia i wojna nikt nawet nie zauważyłby, że w Paryżu jest jakiś, pardon, Mesje le Bufą Le Marcron sowietik * (*pisownia zamierzona).

Bufon to we Francji nic nowego. Oni tam tak mają. Jak Amerykanie, wielbiciele żabich udek i ślimaków znad Wisły, wiedzą teraz tak niewiele o świecie, jak Putin o wojnie, bo gdyby wiedział już nie byłoby Europy…

Nadto Francuzi wielbią Rosję od kołyski, a Sowieciarzom z czasów komunizmu wybaczali wszystko. No, prawie wszystko. To, czego nie wybaczali zwolennicy Macrona, wybaczali fani Le Pen. Taka tam jest liberalna i konserwatywna, prorosyjska rzeczywistość polityczna. Właściwie nad Sekwaną nie było kandydatów na prezydenta nie wyznających poglądu, że „może tam i Putin jest mordercą, ale co to ma do pieniędzy, które w Moskwie można zarobić.”

Smutne, ale prawdziwe. Druga tura była już łatwiejsza dla Macrona, bo Le Pen zrobiono taki czarny PR, jakby rządziła we Francji dwie kadencje i sprzedała Lazurowe Wybrzeże Chińczykom a Korsykę Hindusom. Dla odsądzających Le Pen od czci i wiary lewicowo zapatrujących się Francuzów, jak to dla lewaków, kompletnie nie miało znaczenia, że to Macron sprzedawał Rosji optykę i ważne część składowe do broni pustoszącej teraz Ukrainę, broni która pozwala ruskim hordom zabijać, gwałcić i okaleczać Ukraińców i rabować kraj.

Francuzi zgubiliby się na lotnisku, gdyby nie napisy kierujące do toalet, ale ich nowy stary prezydent nadal jest bufonem, który ma czelność wyzywać inne głowy państw od „antysemitów”, tak w przypadku Mateusza Morawieckiego, bo nasz premier przypomniał prezydentowi V Republiki, iż to dzięki francuskiej broni giną ukraińskie dzieci. To samo bufonadą z Niemców i przedstawicieli wielu krajów tzw. starej Unii Europejskiej.

Oni po prostu uważają się za lepszych. Ciągle myślą, że Putin to równorzędny o partnera do robienia interesów. I że zawsze, jak od Macrona, odbierze od nich telefon. Kiedy się zorientują, że seryjny morderca musi atakować do końca swego życia? W tym przypadku seryjnym mordercą są Rosjanie, z nielicznymi wyjątkami, czyhający na polityczną śmierć Ukrainy, aby potem napaść na Polskę, na państwa bałtyckie, na Rumunię (za zgodą Francji) a może nawet kiedyś zaatakować Czechy (za zgodą Niemiec).

Nie wiem, kiedy stary Zachód zorientuje się, że ruskie morderstwa na Ukrainie to – jak utrzymuje Putin – nie są prowokacje Kijowa i Warszawy, ale wiem, iż Francuzów może w tej sprawie dotyczyć wytłumaczenie z żabami w roli głównej. Otóż, jak powszechnie wiadomo, żywą żabę można ugotować, jeśli bardzo powoli podgrzewa się wodę. W pewnym momencie, sympatyczny płaz orientuje się, że stoi u progu żabiego raju, ale jest za późno.

Jeśli jednak Putin w taki sposób gotuje Francuzów dając im wybór między Macronem a Le Pen, to, kto na Boga, po finiszu tej termicznej obróbki zje tę „żabę”? Przecież nie Francuzi… Hast du verstanden?

***

Tym mieszkańcom Polski, którzy w nocy niedzielę na sobotę świętowali zwycięstwo prorosyjskiego kandydata Macrona i przegraną prorosyjskiej kandydatki Le Pen w wyborach na prezydenta Francji dedykuję starą jak świat anegdotę:

Pewna przedwojenna hrabina miała trzy nocniki  – biały, niebieski i czerwony… A jak weszli ruscy to hrabina się ze strachu zes…., to znaczy zestresowała się i nie zdążyła…

 

Podczas pisania tego felietonu inspirowałem się rozmową, którą przeprowadziłem z politologiem prof. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim w sobotę 23 kwietnia 2022 roku  dla PAP.

WALTER ALTERMANN: Stary Wojak, czyli o kłopotach z wiekiem

Porozmawiamy o wieku. Jako człowiek stary – już z nazwiska – nie mam zwyczaju ujmować sobie lat. Choć jako pacholę, dodawałem sobie trochę, chcąc wydać się starszym. Większość ludzi ma jednak poważne kłopoty z realnym wiekiem – tak własnym, jak cudzym.

Jest takie urocze powiedzenie, że kobieta, która mówi ile naprawdę ma lat, jest niebezpieczna, bo może powiedzieć wszystko. Z kolei pewien mój znajomy ma fatalny zwyczaj zawyżania wieku ludziom, za którymi nie przepada. Gdy jakiś niegodziwiec skończy 62 lat, mój znajomy mówi o nim: „O, to człowiek już pod siedemdziesiątkę”. 

Niemniej sprawa lat, wieku jest sprawą dość zagmatwaną. Na przykład artyści. Jeszcze 100 lat temu człek 60 letni uważany był za starca, dzisiaj cieszy opinią młodego-zdolnego, który ciągle dobrze się zapowiada.

Najbardziej winne w sprawie wieku są teatry i film. Wszystkie historyczne inscenizacje teatralne oraz filmy historyczne kłamią notorycznie. Nawet jeżeli nie co do faktów, to co do wieku bohaterów z pewnością.

Z teatrem wytłumaczenie jest proste. Każdy dyrektor teatru ma w dyspozycji określoną grupę aktorów. A w każdym zespole największą siłę głosu mają aktorzy starsi, z nimi dyrektor musi się bardzo liczyć. Gdy więc przychodzi do obsadzania sztuk, których kanwą są zdarzenia historyczne, lub tylko dziejące się w przeszłości, to wiadomo, że starsi zagrają postacie znaczące i ważne, które w rzeczywistości były całkiem młode.

Najśmieszniejszy przypadek historia polskiego teatru odnotowała, gdy Ludwik Solski zagrał Starego Wiarusa w „Warszawiance” Stanisława Wyspiańskiego. Było to na prapremierze utworu w 1898 roku. W roku 1904 Wyspiański namalował znany portret Solskiego, jako Starego Wiarusa właśnie, którym to portretem zilustrowano felietonu. Co to znaczyło, że ktoś w pierwszej połowie XIX wieku był starym wiarusem? Znaczyło tyle, że był to żołnierz doświadczony, który brał udział w wielu bitwach. W realiach Powstania Listopadowego mógł to być żołnierz co najwyżej 50-letni, bo starsi już nie służyli w wojsku. Byli po prostu uważani za niezdatnych do wysiłku wojennego.

Solski w 1898 roku miał lat 34, więc mógł zagrać Starego Wiarusa. Jednak – zgodnie z modą tamtego teatru – mocno się ucharakteryzował, żeby wyglądać na osiemdziesięciolatka. W tej roli, z tą samą charakteryzacją wystąpił jeszcze dwa razy w „Warszawiance”, już  jako człowiek „w wieku podeszłym”, bo jako 80 i 90-latek.

Czy Solski nie wiedział, że Stary Wiarus nie mógł mieć więcej niż 50 lat? Wiedział, ale pociągnęła go „magia teatru” i efekt. Bo efekt miał, gdy wchodził na scenę na trzęsących się nogach, gdy chwiejąc się i milcząc przekazywał drżącą ręką wstążkę, co było znakiem, że ukochany panny Marii właśnie poległ w bitwie.

Podobnie jest w filmach historycznych. Tam postacie realnych wojskowych grają najczęściej aktorzy o wiele starsi. Ale też wszyscy aktorzy filmów batalistycznych są o wiele starsi od swoich historycznych pierwowzorów. Dzieje się tak dlatego, że pułkowników i majorów grają ciut młodsi od generałów, żeby była jakaś hierarchia.

Podobnie w filmie jest z rolami dziewcząt i młodych kobiet. Julia z „Romea i Julii” Szekspira nie ma więcej lat niż szesnaście-siedemnaście. Ale we wszystkich znanych mi inscenizacjach teatralnych i filmowych Julię zawsze grały panie w wieku 25+. A to dlatego, że młodsze dziewczęta jeszcze się uczą „na aktorki”.

Jak Słowacki uczynił z Sowińskiego staruszka

Przeczytajmy raz jeszcze lekturowy tekst Juliusza Słowackiego „Sowiński w okopach Woli”. Dla ułatwienia tematu podkreśliłem istotne dla tych rozważań słowa.

W starym kościółku na Woli

Został generał Sowiński,

Żołnierz Starzec o drewnianej nodze,

I wrogom się broni szpadą;

A wokoło leżą wodze 

Batalionów i żołnierze,

I potrzaskane armaty,

I gwery: wszystko stracone!

 

Jenerał się poddać nie chce,

Ale się staruszek broni

Oparłszy się na ołtarzu,

Na białym bożym obrusie,

I tam łokieć położywszy,

Kędy zwykle mszały kładą,

Na lewej ołtarza stronie,

Gdzie ksiądz Ewangelią czyta.

 

I wpadają adiutanty,

Adiutanty Paszkiewicza,

I proszą go: „Jenerale,

Poddaj się… nie giń tak marnie”.

Na kolana przed nim padli,

Jak ojca własnego proszą:

„Oddaj szpadę, Jenerale,

Marszałek sam przyjdzie po nią…”

„Nie poddam się wam, panowie — 

Rzecze spokojnie staruszek — 

Ani wam, ni marszałkowi

Szpady tej nie oddam w ręce,

Choćby sam car przyszedł po nią,

To stary — nie oddam szpady,

Lecz się szpadą bronić będę,

Póki serce we mnie bije.

Widzimy, że Słowacki określa Sowińskiego jako starca, staruszka. A ile tak naprawdę miał lat bohater Woli w roku swej śmierci, czyli w 1831? Generał Józef Longin Sowiński urodził się w roku 1777, zatem w dniu śmierci miał lat 54. Czyli starcem jednak nie był. Tym bardziej, że nie był najstarszy spośród dowódców Powstania Listopadowego, bo wśród generałów było tak: Józef Dwernicki w 1931 miał lat 52,  Józef Chłopicki w 1931 miał 60 lat, Kazimierz Małachowskiego miał wtedy lat 75.

Jednak Słowackiemu potrzebny był symbol bohaterskiego starca. I takim symbolem uczynił Sowińskiego.

Prawda jest też i taka, że starcem nazywano jeszcze pod koniec XIX wieku osoby po pięćdziesiątce. W jednej ze swych „Kronik Tygodniowych” Bolesław Prus opisuje szaleństwa warszawskich dorożkarzy, którzy pędzą ulicami na złamanie karku. Jeden z nich był sprawcą potrącenia człowieka. Prus gromi dorożkarzy i domaga się zrobienia z ich szaleństwami porządku. W dopisie jednak znajduje się informacja, że potrącony przechodzień miał lat 51. I jak pisze Prus: „Na szczęście potrąconego staruszka szybko zabrało do szpitala pogotowie konne”.

Minęło nieco ponad 100 lat, a dziś pięćdziesięcioletni panowie, są w kwiecie wieku. W głowie im amory, polityka i ryzykowne sporty. Jest faktem, że na przestrzeni tych 100 lat wydłużyła się znacznie średnia naszego życia. Ale nie zawsze jest to osiągnięcie medycyny, bo wspomniany Ludwik Solski żył 100 lat, a jego ojciec 112. Pamiętajmy, że dawniej też byli ludzie, którzy też żyli długo.

Jednak norma społeczna zakładała, że świat nie może należeć do sześćdziesięciolatków. I  nie należał, bo chyba rację mieli nasi dziadkowie, uważając, że „pełnia wieku mężczyzny” to wiek od 40 do 50 lat.

Analiza, czyli precyzyjny rzut oka na metryki

Na nasze, zwykłych ludzi, nieszczęście II wojna światowa wybuchła raptem dwadzieścia jeden lat po zakończeniu I wojny światowej. Piszę o nieszczęściu, bo dowódcami tej drugiej byli już oficerowie doświadczeni w pierwszej wojnie światowej. Doświadczenie wojenne liczy się w każdej armii. Szczególnie Niemcy i Rosjanie wyciągnęli z I wojny wnioski i przygotowali się odpowiednio na drugą.

Popatrzmy teraz na wiek dowódców niektórych armii biorących udział w II wojnie światowej. Popatrzmy ile miel lat ważni generałowie w roku 1939, choć dla Rosjan i Amerykanów II wojna światowa zaczęła się później. Dla ZSRR zaczęła się 22 czerwca 1941, w dla USA 7 grudnia 1941 roku.

Zatem w 1939 roku ważni dowódcy teatru tej wojny liczyli sobie lat:

Niemcy: Wilhelm Canaris – 52 lata; Karl Doenitz – 48 lat; Reinhard Gehlen – 37 lat; Heinz Guderian – 51 lat; Alfred Jodl – 49 lat;  Erich von Manstein – 52 lata, Friedrich Paulus – 49 lat;  Georg-Hans Reinhardt – 52 lata; Erwin Rommel – 48 lat; Gerd von Rundstedt – 64 lata: Otto Skorzeny – 31 lat; Ernst Udet – 43 lata.

Polska: Władysław Anders – 47 lat; Mikołaj Bołtuć46 lat; Władysław Bortnowski 48 lat; Michał Karaszewicz-Tokarzewski – 47 lata; Tadeusz Komorowski – 54 lata; Stanisław Kopański – 43 lata; Tadeusz Kutrzeba –53 lata; Stanisław Maczek – 47 lat; Edward Rydz-Śmigły – 53 lata; Władysław Sikorski – 58 lat; Stanisław Sosabowski – 47; Kazimierz Sosnkowski – 54 lata; Zygmunt Bohusz-Szyszko – 46; Witold Urbanowicz – 51 lat.

Francja: Mauric Gamelin 66 lat; Charles de Gaulle – 49 lat; Alphonse Georges – 64 lata;  Honoré Giraud – 60 lat; Alphonse Juin – 51 lat; Jean de Tassigny – 50 lat; Louis Maurin – 70 lat; Philippe Petain – 83 lata; Maxime Weygand – 72 lata;

Tu warto zaznaczyć, że w kampanii 1940 roku rola młodszych wiekiem oficerów była znikoma, istotne decyzje podejmowali mocno starsi już panowie. Generalicja francuska nie dopuszczała żadnych myśli modernizacyjnych, a de Gaulle – jako zwolennik broni pancernej – był przez przełożonych odsuwany od dowodzenia.

Wielka Brytania: Harold Rupert Alexander – 48 lat; Winston Churchill – 65 lat; Hugh Dowding – 57 lat; Bernard Law Montgomery – 52 lata; Louis Mountbatten – 39 lat;

ZSRR: Wasilij Czujkow – 39 lat; Iwan Koniew 42 lata; Rodion Malinowski – 41 lat; Konstanty Rokossowski – lat 43; Siemion Timoszenko – 44 lata; Aleksandr Wasilewski – 44 lata; Nikołaj Watutin – 38 lat; Klimient Woroszyłow – 48 lat;  Gieorgij Żukow – 43 lata

Stany Zjednoczone: Henry „Hap” Arnold – 53 lata; Omar Bradley – 46 lat; George Patton – 54 lata; Douglas MacArthur – 59 lat; Dwight D. Eisenhower – 49 lat: Chester Nimitz – 54 lata;

Rzut oka na powyższe dane wystarczy za długie analizy. A wnioskami z tej analizy jest to, że II wojna światowa była sprawą 50 latków, znających się uprzednio na wojnie. I właśnie młody wiek – jak na poważnych dowódców frontowych – był ich siłą, niezależnie od tego, czy stali po słusznej, czy niesłusznej stronie. Młodość bowiem cechuje odwaga i sprawność myślenia. Młodość to również wytrzymały fizycznie organizm, który przy trudach wojny jest ważny tak samo jak jasny umysł.

Dzisiejsze kłopoty ze starszymi dowódcami

Większość armii ma etaty. Co znaczy, że w służbie czynnej ma być tylu i tylu generałów, tylu pułkowników i tylu majorów, itd. I tu jest problem. Nikt bowiem nie chce przestać być generałem. Jak to Horodniczy z „Rewizora” mówi do żony, gdy Chlestakow łudzi go nadzieją, że może załatwić mu  generalska rangę: „ Ach! co to za rozkosz być generałem! Wstęga przez plecy!… a jaka wstęga lepsza, Anuleczku czerwona czy błękitna?”

Tym samym generałowie blokują awanse pułkownikom, pułkownicy majorom… I jest to rzecz głęboko ludzka i naturalna. Jednakże każda armia potrzebuje ciągle nowych i nowych dowódców. Młodszych, lepiej wykształconych i sprawniejszych.

Może mają rację Amerykanie, którzy mają taki system, że na czas wojny, na czas działań bojowych mianują swoich oficerów na wyższe stanowiska, ale po zakończeniu działań, ci oficerowie wracają do poprzednich stopni. W Europie natomiast stopień wojskowy jest drogą i celem dla żołnierza. I w Europie byłoby nie do pomyślenia, żeby ktokolwiek z wyższych oficerów wracał po pewnym czasie, do swojego poprzedniego stopnia.

W latach 80-tych przeprowadzono badania sprawnościowe w Ludowym Wojsku Polskim. Oczywiście wyników nie ujawniono, ale dowcip na ten temat mówił bardzo dużo. Otóż żart był taki: „Biorąc  pod uwagę stan fizyczny dowódców naszej armii, należy przyjąć, że o wybuchu wojny dowiedzą się przypadkiem z telewizji lub od żon.”

Wiek żołnierza nie jest sprawą bagatelną dla armii. Według dzisiejszych danych średni wiek w polskiej armii to 35 lat. A to jest o wiele za dużo, biorąc pod uwagę, że żołnierze – od szeregowego do porucznika – nie mają więcej niż po 22-28 lat. I to kadra dowódcza, której jest przecież znacznie mniej niż żołnierzy wymienionych powyżej, „nabija wiek armii”.

Potrzebna jest nam armia większa i lepiej uzbrojona, ale też armia młodsza.

 

 

 

 

O wartościach dla wybranych pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Musk i meandry wolności słowa

Niby drobiazg, ale nie. Część większej całości. Ważnej całości dotyczącej naszej cywilizacji i jej filaru, wolności słowa. O wolność słowa najgłośniej walczą ci, którzy chcą ją ograniczyć, albo inaczej, chcą ją czcić pod warunkiem, że poglądy wyrażane w ramach wolności słowa zgadzają się z ich poglądami, a jak się nie zgadzają, to są oczywiście językiem nienawiści, rasizmu, dyskryminacji, faszyzmu, które trzeba penalizować, a nienawistników otoczyć kordonem sanitarnym.

Kordon sanitarny może się składać i już się składa z braku dostępu do mediów dla nienawistników. Albo ze skutecznym ograniczaniem tego dostępu. Jak bardzo skuteczne było ograniczanie widzieliśmy choćby po przypadku Donalda Trumpa, któremu wielkie platformy społecznościowe odcięły możliwość komunikowania się z wyborcami, bo tak. A teraz do rzeczy.

Jeden z najbogatszych ludzi na świecie Elon Musk kupił część akcji Twittera, niecałe 10 procent. Choć stał się największym udziałowcem, to jego procenty nie pozwalają przejąć nad tt kontroli. Kontrola według Muska polegałaby na tym, że skończyłaby się nieodgadniona kontrola. Pisząc „nieodgadniona” mam na myśli pełną uznaniowość właścicieli portalu, co jest dopuszczalne, a co nie. Twitter Muska przestałby cenzurować wiele treści, które cenzuruje teraz, na przykład treści niepoprawne politycznie, oczywiście z zachowaniem prawa.

Treści bezprawne, naruszające prawo nie byłyby publikowane albo byłyby zdejmowane. Musk chce jednak czegoś rewolucyjnego: udostępnienia kodu moderacyjnego, żeby każdy mógł sprawdzić na jakiej zasadzie pewne treści są dopuszczalne, a jakie nie. To oznaczałoby dyskusje na temat tego algorytmu i pewnie stałą, albo okresową modyfikacje tegoż w ramach otwartej dyskusji o wolności słowa. Napisałem to, napisałem, napisałem „otwarta dyskusja o wolności słowa”, prawdopodobnie jestem więc niegodziwcem podszyty. Bo jaka otwarta dyskusja o wolności słowa? Nie po to są elity i te elity mają pracowników za pieniądze, żeby jakimś, przepraszam, Jastrzębowskim przychodziła otwarta dyskusja o wolności słowa.

To wcale jednak nie oznacza, że wolność słowa ma być nieograniczona i dopuszczać wprowadzenie ludzi w błąd, czyli świadome i celowe okłamywanie ludzi w celu osiągnięcia ściśle określonych efektów. I tu przykład jak wolność słowa upadła na twarz, że jednak ta wolność powinna być sprawdzana, weryfikowana… Kiedy Musk ogłosił, że chętnie kupiłby resztę Twittera za 43 miliardy dolarów, w sieć, w tym w samego Twittera wpuszczono filmik z amerykańskiej stacji MSNBC, na którym Mika Brzeziński (siostra obecnego ambasadora USA w Polsce i córka Zbigniewa Brzezińskiego) miała powiedzieć w związku z próbą przejęcia przez Muska tt: „Elon Musk próbuje kontrolować co i jak ludzie mają myśleć. To nasza praca”. Sam Musk umieścił uśmieszki pod tym wpisem na tt, ale wpis jest nieprawdziwy niestety. Brzeziński powiedziała to w 2017 roku i jej komentarz dotyczył Donalda Trumpa, nie Elona Muska. Zresztą wtedy za ten komentarz dziennikarka dostała trochę po głowie i musiała się tłumaczyć co miała na myśli mówiąc to, co powiedziała.

Ktoś może rzec, że ona teraz na pewno myśli tak samo właśnie o Musku, bo jest częścią establishmentu uwielbiającego poprawność i skrytą cenzurę. Może tak, a może nie. Wolność słowa jest wielkim darem, ale jak widać wymaga jednak odpowiedzialności. Sprawy nie są czarno-białe (jeśli w ogóle biorąc pod uwagę poprawność polityczną można jeszcze tak pisać). A na koniec niespodzianka: Musk zapowiedział, że jak przejmie tt, to rada nadzorcza, która zarabia teraz 3 miliony dolarów będzie zarabiać zero dolarów. Naprawdę jest o co walczyć.

Zbigniew Natkański ponownie prezesem łódzkiego oddziału SDP

Zbigniew Natkański został ponownie wybrany Prezesem Zarządu łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To jego czwarta kadencja jako prezesa , choć już wcześniej był w zarządzie łódzkiego oddziału SDP.

Zbigniew Natkański jest absolwentem historii Uniwersytetu Łódzkiego. W czasach komunistycznych brał udział w studenckich strajkach zimą 1981 roku i po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Był działaczem opozycji niepodległościowej objętym inwigilacją komunistycznej bezpieki. Natkański jest dziennikarzem od ponad 30 lat. Po 1992 r. pracował w TVP, współpracował z Polskim Radiem, ogólnopolską i regionalną, łódzką prasą.

Zbigniew Natkański specjalizuje się w tematyce historycznej i społeczno – politycznej. Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu filmów dokumentalnych i kilkunastu audycji radiowych oraz kilku tysięcy publikacji prasowych.

Do Zarządu Oddziału SDP w Łodzi wybrano Monikę Pietras, Huberta Bekrychta, Andrzeja Berestowskiego, Adama Owczarka i Waldemara Wiśniewskiego.

W Komisji Rewizyjnej  łódzkiego oddziału w kadencji 2022 – 2025 będą Marzena Kumosińska, Igor Mertyn i Jan Olczyk, a w Sądzie Koleżeńskim Anna Barańska-Bekrycht, Agata Zielińska i Tomasz Badowski.

Nadal nie wiadomo kto ostatecznie zniszczy Putina – pisze HUBERT BEKRYCHT: Nadal…

Pozostając jeszcze w wielkanocnym nastroju skupienia i refleksji nie zapominajmy o tym, że Jezus Chrystus wziął nasze grzechy na siebie, wykupił nas z mocy piekielnych poprzez swoją śmierć na Krzyżu. Tyle samo w tym Prawdy, jak i patosu, ale takie są nasze życiowe ścieżki, że wciąż o tym warto pamiętać.

Pamiętać również należy, że zmieniająca się wojenna rzeczywistość ściera się z ulubioną tezą Polaków o cierpieniu naszego narodu, naszych rodaków za całe zło tego świata. Co zatem z tą tezą po 24 lutego, kiedy to ruskie hordy zaatakowały naszego południowo-wschodniego sąsiada? Czyż to nie Ukraińcy walczą za cywilizację i przede wszystkim o to, aby współczesna, choć stokroć groźniejsza podróbka Hunów z Moskwy nie zalała Europy i całego globu? Wszak to Kijów bije się teraz z szatanem z Kremla. Ukraina krwawi. My i cały cywilizowany świat im tylko pomagamy, ale jednak na te rany nadal patrzymy.

Czy dźwigająca ciężar wojny z Putinem Ukraina wytrzyma? Ile dni może jeszcze walczyć bez naszej aktywniejszej militarnej pomocy? Czy Zachód nie wykorzystuje atomowego szantażu ruskiej hordy, aby uzasadnić swoją bierność? Czy nie zmierza Zachód do uspokojenia „cara”, którego stworzyły wspólnie Berlin i Paryż, a w mniejszym stopniu Rzym i Bruksela oraz Amsterdam z Hagą. Jaką rzeczywistą rolę odgrywa na tej nowej geopolitycznej scenie Izrael. Jak tłumaczyć polityczną schizofrenię Węgrów?

Góralska prognoza?

Te pytania, a właściwie odpowiedzi to właściwie klucz do panowania nad światem przez następne stulecie. I właśnie tutaj odpowiedzi nie napiszę, bo nie umiem rządzić, a byle komu nie pozwolę. Poważnie jednak rzecz ujmując, góralska prognoza, czyli, „albo będzie padało albo nie”, jest tutaj chyba jedyna. To znaczy, że tak może być, jeśli ktoś pyta o wojnę światową. Czyli, albo będzie zagłada albo nie… W kwestii konfliktów między państwami wschodniej Europy, łatwiej je przewidzieć, chociaż nadal nikt aż takich profetycznych zdolności na razie nie posiada.

Spróbuję odpowiedzieć na część pytań, ale naprawdę, tak jak nigdy wcześniej, boję się, że popełnię błąd. Na szczęście nie działam na zlecenie wywiadu ani biur analiz międzynarodowych a już Broń Panie Boże na zlecenie ośrodków akademickich, które w większości, w obliczu wojny, przechodzą na stronę lewicy i lewaków. W czasie pokoju zresztą też.

Scenariusze jak z horrorów?   

W najbliższych tygodniach Ukraina chce zdecydowanie powstrzymać zmasowane ataki rosyjskich bandytów. Na prawdziwą ofensywę się nie zanosi, ale kto wie, co szykuje moskiewska satrapia? Jeśli nie dostarczymy Ukraińcom jeszcze więcej, jeszcze lepszej broni za kilka miesięcy rubieże cywilizowanego świata mogą przesunąć się na granice Unii Europejskiej i NATO.

Czy Zachód, a to także przecież my, zrozumiemy, że bez pomocy Ukrainie, tej inwazji na Europę (na razie na Europę) nie da się powstrzymać. Kreml nie ma już nic do stracenia. A my? Ponieważ to sytuacja zero-jedynkowa, my mamy do stracenia wszystko. Dlaczego więc do cholery nie działamy? Bo Berlin z Paryżem kombinują, jak w 1920 roku, że to Ukraina, Polska, Litwa, Rumunia, Czechy, Słowacja przyjmą na siebie cały impet ataków ruskiej hordy. Mówiąc poważnie Waszyngton też na to liczy, ale przynajmniej dostarczy broń. Czy jednak USA i Wielka Brytania włączą się, gdyby – oby nie – taki konflikt wschodniej Europy i Rumunii przeciwko zaborczej Rosji stał się faktem? Zaryzykuję twierdzenie, że Londyn z Waszyngtonem przyszliby nam z pomocą. We własnym interesie również.

  Kto z nami..?

Rzecz w tym jednak, i to jest ważniejsze, kto nie stanąłby po stronie Rosji? Bardzo nie podoba mi się ostatnia węgierska polityka zagraniczna i tchórzliwość Budapesztu wobec Rosji, ale myślę, że jednak Węgry militarnie nie wspomogłyby Kremla. Nie tylko dlatego, że mają małą armię. To samo dotyczy Włoch, Beneluksu i państw skandynawskich, które raczej są w koalicji antyputinowskiej, choć, jak to Skandynawowie, zachowują powściągliwość w wyrażaniu międzynarodowych nastrojów.

Turcja, jako druga armia NATO, w całym swoim poplątaniu i uwikłaniu między azjatyckie interesy a europejskie prężenie muskułów, też raczej Moskali nie poprze militarnie.

I tutaj dochodzimy do sprawy najważniejszej w tych, na szczęście jeszcze czysto teoretycznych, rozważaniach. Co zrobią Niemcy i Francuzi – do niedawna ambasadorowie, odpowiednio, ekonomiczni i zbrojeniowi sowieckiego cara?

Konia z rzędem temu, kto to dokładnie przewidzi, ale chyba ani Berlin ani Paryż nie wycofają się z cichego uwielbienia dla Moskwy. To znaczy elity Berlina i Paryża, społeczeństwa niemieckie i francuskie są w większości obojętne wobec okropności wojny na Ukrainie.

W Paryżu jednak 24 kwietnia, dwa miesiące po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na niepodległą Ukrainę, podane będą wstępne wyniki wyborów prezydenckich. Nie sądzę jednak, aby ta elekcja cokolwiek zasadniczego zmieniła w hamletyzowaniu znad Sekwany.

Nadal nic..?

Za kilka tygodni – moim zdaniem – Ukraina nadal będzie walczyć, abyśmy my bezpośrednio nie musieli. Berlin nadal będzie po cichu, a może i głośniej  wspierał Putina. Francuzi nadal nie będą chcieli umierać za Mariupol, Kijów, Charków a nawet za Lwów – stawiam też dolary przeciwko guzikom z kurtek ruskich żołdaków, że za Warszawę, Pruszków, Łódź, Wilno i Bukareszt a nawet za Hamburg, obywatele dumnej V Republiki też nie będą się bić.

A w Paryżu i Niecei przy kawiarnianych stolikach nadal zasiadać będą francuscy intelektualiści i celebryci rozważając, jak podczas II wojny światowej niemieckie traktaty filozoficzne, tak teraz tajemnice rosyjskiej duszy…

Włosi nadal będą wysyłać drogie markowe ciuchy dla rosyjskich kobiet, których mężowie i synowie nie nakradli na Ukrainie wystarczająco dużo. W Brukseli nadal będą planować nierealne sankcje wobec ruskich oligarchów. W Kopenhadze i Oslo nadal mogą gadać o tym, że są przecież „dobrzy” Rosjanie, a w Budapeszcie mogą nadal się bać Moskwy.

W Waszyngtonie nadal Biden będzie straszył Rosjan. W Londynie nadal będą planować zbrojenie Ukraińców, tak jak w Kanadzie i Australii oraz Japonii. Nadal Izrael będzie gotowy do mediacji, byle tylko zgodnej z interesami swoich obywateli pochodzących z sowieckiego imperium. W Ankarze i Stambule nadal będą się zastanawiać z kim Turcji bardziej po drodze, a w Pekinie mogą nadal mogą otwierać szampany. Albo te śmierdzące jajka…

Nadal też w Warszawie będziemy wspierać Ukraińców, nawet jak nam złamanego euro nadal nie będą dawać z Brukseli.

A co nadal będą robić w Moskwie? Nic. Ruscy swoje zrobili. Teraz będą patrzeć, jak rozpada się stary skłócony świat…Nadal.

Chciałbym, aby moje prognozy się nie sprawdziły, ale czy tego chcą też w krajach i stolicach, które tu wymieniłem? Nadal nie wiem.

Rozmowa m.in. o filmie „Polacy” z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ: Historia łapie nas za głowy

Z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ, polską reżyser filmową – scenarzystką, aktorką, dziennikarka, działaczką opozycji antykomunistycznej – autorką m.in. filmów zrealizowanych po tragedii w Smoleńsku, takich jak.: „Mgła”, „Pogarda”, „Córka” „Testament „Polacy” oraz „Dama”, 11 kwietnia 2022 roku rozmawiał Hubert Bekrycht

HB: Usłyszeliśmy o ustaleniach zespołu Antoniego Macierewicza (11 kwietnia), wcześniej Jarosław Kaczyński wieczorem w 12. rocznicę tragedii mówił, że „(…) wielu z nas miało wielkie wątpliwości (…) wiedziało, że ta cała opowieść, którą słyszeliśmy oficjalnie z prawdą nie ma nic wspólnego (…)”. Jak Pani opowieści zmieniły się przez 12 lat?

Maria Dłużewska: Nic nie zmieniło. To co zawarłam w filmach, które zaczęłam robić o Smoleńsku od jesieni 2010 roku, począwszy „Mgły” jest takie samo, jak to wówczas widziałam. Od początku rozmawiałam ludźmi związanymi z tą katastrofą. Ja po prostu swoich rozmówców słuchałam! Nie miałam powodu, aby im nie wierzyć.

I „Mgła” (2011 r. z Joanną Lichocką) o współpracownikach prezydenta Lecha Kaczyńskiego (m.in. z udziałem późniejszego prezydenta Andrzeja Dudy i wicepremiera Jacka Sasina) i „Pogarda” (2011 r. z J. Lichocką) o rodzinach ofiar (m.in. Ewa Błasik – żona generała Andrzeja Błasika) i „Testament” (2013 r.) o dzieciach ofiar i późniejsze filmy to było wówczas moje życie.

Potem były filmy „Dama” o Marii Kaczyńskiej i „Polacy” o ludziach, którzy próbowali wyjaśnić przyczyny katastrofy rządowego samolotu w Smoleńsku.

Dlaczego „Polaków” – filmu, który dostał  Nagrodę Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2014, nie ma w telewizji? Były projekcje publiczne, była płyta dołączana nawet do gazet, ale wciąż trudno film „Polacy” zobaczyć w telewizji?

Film jest własnością telewizji publicznej.

Dlaczego TVP nie pokazuje Pani filmu „Polacy”?

Nie wiem. Inne filmy były emitowane po 2015 roku, raz, czy dwa razy, a w tej chwili często emituje się „Damę” o Marii Kaczyńskiej, natomiast „Polacy” (2013) leżą gdzieś na półce. Może dlatego, że w tym filmie wypowiadają się wybitni specjaliści, tacy jak wymienieni 11 kwietnia 2022 roku, w trakcie prezentacji raportu Antoniego Macierewicza. Oczywiście, historia biegnie za nami, przed nami, łapie nas za głowy i wszystko się zmienia. I tu nagle zostali wymienieni z wielką atencją niektórzy bohaterowie filmu „Polacy”. Oddano szacunek tym, którym poświęciłam tę opowieść m.in. Wiesławowi Biniendzie, Kazimierzowi Nowaczykowi i Grzegorzowi Szuladzińskiemu (jeden z ekspertów wyjaśniających okoliczności tragedii World Trade Center 11 września 2001 roku) badających przyczyny katastrofy (w filmie wystąpił też Wacław Berczyński). Bez nich nie byłoby tego filmu. Część z nich była ośmieszana, za to, że badali tę sprawę, za to, że robili to w ramach niezależnych badań poza granicami kraju. To są znakomici specjaliści w swoich dziedzinach. „Polacy” to film produkowany przez Roberta Kaczmarka, wybitnego reżysera, dziś szefa FINA (Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny) i ten obraz oraz „Damę” producent przekazał TVP i telewizja publiczna ma do nich prawa.

Ale o ile „Dama” jest produkcją pokazywaną dosyć często, to „Polaków” nie widzimy.

Ja tego nie rozumiem, nie chcę rozumieć.

A rozmawiała Pani z kimś, dlaczego tak jest?

Nie. Próbuję to sobie tłumaczyć na różne sposoby. W stanie wojennym, na jakieś jednostce chyba wojskowej wisiał taki transparent: „Nie fałszuj w koncercie naszego kolektywu”. (śmiech). Być może tu chodzi o kolektyw właśnie… (śmiech). Być może jest jakiś nieformalny zakaz mówienia o specjalistach badających Smoleńsk 10/4/10? O ile w poprzednich moich produkcjach są i muszą być emocje; opowiadają o tym rodziny, przyjaciele, współpracownicy. W przypadku „Polaków” mamy do czynienia z  wysokiej klasy specjalistami, Polakami, którzy od lat mieszkając za granicą postanowili pomóc swojemu Krajowi – rodakom zrozumieć, co się stało 12 lat temu.

Płakać mi się chcę, bo ja kocham swoich bohaterów. I chciałabym aby widz poznał ich sposób ich myślenia, system wartości, mógł towarzyszyć w ich życiu. Próbowałam po prostu pokazać pięknych Polaków.

Kto „fałszował w kolektywie” wśród ludzi próbujących, w imieniu wówczas rządzących w Polsce, wyjaśnić to, co stało się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku?

Są przecież niejasne wątki. Na przykład rozdzielenie wizyt. Dlaczego? To, że część ludzi uwierzyła w przekopanie wrakowiska metr w głąb ziemi, to niesłychane. Do Grzegorza Szuladzińskiego do Sydney przyjechał z Melbourne motocyklistów, który niedługo po tragedii brał udział na rajdzie katyńskim. Oni byli na miejscu, nie musieli kopać metr w głąb, aby znajdować różne przedmioty, części samolotu… Przywiózł Szuladzińskiego.

Smoleńsk 10 kwietnia 2010 roku pokazuje tę część narodu, która rozumie, co dla naszej kondycji znaczy likwidację elit, ale odsłania też część wynarodowioną, z kompleksami. Tchórzliwą, bo – ich zdaniem – „lepiej o tym nic nie mówić”, lepiej tkwić w niezbyt dobrze pachnącym ciepełku. Niestety, takich ludzi jest dużo.

Specjaliści i naukowcy, który pomagali wyjaśnić, co było przyczyną smoleńskiej tragedii mieli, delikatnie mówiąc, nieprzyjemności.

Nie chcę już przypominać tej nagonki, której. Na pewno jeden stracił pracę, a Wiesławowi Biniendzie zapewniono ochronę na uniwersytecie Pozakładano kamery, których tam nigdy nie było.

Ma Pani przekonanie, że przyczyniła się Pani do przekonywania nieprzekonanych?

Nie wiem. Po prostu trzeba mówić prawdę tak, aby do każdego dotarła a „Polacy” to dobry film. Przede wszystkim ze względu na bohaterów, którzy jak żołnierze Hallera, kiedy Ojczyzna w była potrzebie, przyjechali ze wszystkich stron, tak jak bohaterowie mojego filmu. Przyjechali służyć swoją wiedzą. Ja jestem, jak to mówią, z tej samej bajki; umiem robić filmy, no to je robię. Krytyka a czasem skrajny ostracyzm środowiska nic mnie nie obchodzi.

Czy robiąc filmy o tragedii smoleńskiej przypuszczała Pani, że odpowiedzialni za nią ludzie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, bo – zdaniem wielu ludzi – na to się teraz zanosi?

Chyba tak, takie sprawy prędzej czy później wychodzą na jaw. Mam cały czas w głowie obrazy i dźwięki z tamtych dni; na przykład, kiedy ówczesny marszałek sejmu, który po Smoleńsku przez jakiś czas pełnił obowiązki prezydenta RP, czyli Bronisław Komorowski mówił przed 10 kwietnia 2010 roku, że „nie ma co przejmować się tym Lechem Kaczyńskim, bo przecież będą wybory, a może gdzieś poleci…”  Tak powiedział Komorowski.

Na litość Pana Boga, przecież to…

„Pogarda” kończy się wypowiedzią urzędnika z Kancelarii Prezydenta RP Pawła Zołoteńkiego, który mówił blisko dekadę temu: „Myślę, że może być jeszcze gorzej, może się zdarzyć coś dużo gorszego…” Miał rację.  Właśnie na to patrzymy na Ukrainie.

… i zło się rozlało.

Tak, to jest ten moment, który przewidział Zołoteńki.

Czuje Pani satysfakcję ze zrobienia tych filmów o tragedii smoleńskiej?

Nie, nie. Jestem bardzo smutna, bo teraz będzie znowu takie wzmożenie, teraz pewnie te filmy będą emitowane.

Obawiam się, że jak moich bohaterów wrzucą do „szuflady” z napisami: „zamach, morderstwo” to ich postawa i dorobek a co za tym idzie wymowa mojego filmu, zmarnują się. Oby nie.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Andrzej Gwiazda i Europejskie Centrum Solidarności

14 kwietnia 1935 r. w Pińczowie urodził się Andrzej Gwiazda, inżynier, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, w sierpniu 1980 r. członek Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, współautor 21 Postulatów Sierpniowych, współzałożyciel NSZZ „Solidarność”.

Nie mniej ważne jest (także w kontekście inwazji Rosji Putina na Ukrainę) doświadczenie sowieckie Andrzeja Gwiazdy. W 1940 r., razem z matką i babką (ojciec był więziony w niemieckim oflagu) trafił – w ramach masowych wywózek Polaków do ZSRS – do Kazachstanu. Do Polski wrócili po sześciu latach, przez Górny Śląsk, do Gdańska.

Przez życie Andrzej Gwiazda idzie z niestrudzoną żoną Joanną Dudą-Gwiazdą. Ale nie tylko w PRL, ale przez większość III RP była to droga pod górę.

Tusk i Komorowski

Bo Rzeczpospolita po 1989 r. była zniekształceniem idei Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia. I tak np. 14 maja 2012 r. decyzją prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza bramie nr 2 stoczni nadano wygląd z sierpnia 1980 r. włącznie z napisem: „Stocznia Gdańska im. Lenina”. Dopiero po awanturze Lenin został zdemontowany.

Znamienne były obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w 2012 r. Bronisław Komorowski, 31 sierpnia podczas odznaczania wydawców solidarnościowych przyznał, że najchętniej odznaczyłby za podziemną walkę Donalda Tuska. Tusk odwdzięczył się tym samym. Czyli zamiast prawdziwych bohaterów Sierpnia: Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz, czy Krzysztofa Wyszkowskiego salon III RP serwował nam nowych: Komorowskiego, Tuska i jeszcze Henrykę Krzywonos, której tramwaj stanął, bo jeden z jej kolegów wyłączył prąd. Szczęśliwie to pisanie historii na nowo, jej fałszowanie, zostało przerwane.

Pamiętamy również, jak Donald Tusk, którego rola w strajkach solidarnościowych była minimalna, dwoił się i troił, aby odebrać dzisiejszemu związkowi prawo do Sierpnia ‘80. Na tym niestety nie koniec.

Lewicowe upolitycznienie
„To jest centrum dywersji antypolskiej” – tak o Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, kierowanym przez dyrektora o polsko-irackich korzeniach Basila Kerskiego powiedział mi niedawno w Polskim Radiu 24 Andrzej Michałowski, jeden z założycieli „Solidarności”. – „Z ECS-u zrobiono mauzoleum doradców – Mazowieckiego, Geremka, Kuronia – którym patronuje TW „Bolek”.

To mauzoleum – otwarte obok Stoczni Gdańskiej w 2014 r., którego budowa kosztowała ponad 231 mln zł, a roczne utrzymanie ma wynosić ponad 13 mln zł, gości dziś polityków PO, działaczy KOD i feministki. To oni atakują działaczy „Solidarności” i wykrzykują, żeby „odebrać państwo polskie PiS-owi”. Ale od państwa zarządzanego przez PiS Europejskie Centrum Solidarności chętnie bierze pieniądze i krytykuje, że dostaje za mało, że chciałoby więcej.

A pieniądze daje ECS Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wiceminister resortu Jarosław Sellin komentuje działania placówki, którą MKiDN współtworzy: „Jakoś nie słyszałem, żeby tam znalazła przestrzeń do działania jakaś organizacja konserwatywna albo organizacja o charakterze pro-life. (…) W Europejskim Centrum Solidarności przestrzeń do działania znalazły organizacje o charakterze lewicowym. (…) I to się wszystko dzieje w ECS-ie, który jest spadkobiercą dziedzictwa Solidarności. Solidarności, która jak walczyła, to na płotach Stoczni Gdańskiej jakie były symbole? Krzyż, papież Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska. Cały karnawał Solidarności, walka razem z polskim Kościołem przeciwko komunizmowi, opór przeciwko lewicowemu ateistycznemu reżimowi.”

A dziś lewicowi, ateistyczni działacze rozpanoszyli się w ECS. „Patrząc na inne tego typu instytucje jak np. wrocławskie Centrum Historii Zajezdnia czy Śląskie Centrum Wolności i Solidarności, gdzie mimo różnic udaje się łączyć a nie dzielić, nie widzimy takiej woli w Gdańsku.” – napisała w liście do dyrektora Kerskiego NSZZ „Solidarność”. – „ECS to upolityczniona instytucja, która zamiast łączyć – dzieli; nie widzimy zasadności dalszego funkcjonowania naszych przedstawicieli i do odwołania zawieszamy ich w pracach Rady i Rady Historycznej ECS”.

Przegrani w ECS

Dziś dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności wskazuje miasto Gdańsk. Ponieważ – zdaniem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – przekaz w ECS jest jednostronny, a dokładnie jednostronnie lewicowy, ministerstwo, które współfinansuje placówkę, łożąc na nią miliony złotych, chciałoby przynajmniej wskazywać wicedyrektora Centrum. Nie mniej ważnym postulatem jest utworzenie nowego działu poświęconego Joannie i Andrzejowi Gwiazdom, którzy przegrywają w ECS z Lechem Wałęsą. Podobnie przegrywają inni twórcy wolnych od komunistów związków zawodowych: Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, czy Andrzej Kołodziej.

Doszły do tego przywileje dyrektora Basila Kerskiego, który niemal za bezcen użytkował mieszkanie będące w zasobach miasta.
Wniosek jest jeden: wobec niemożności pokazania prawdziwej historii Solidarności w ECS, należy odwołać obecną dyrekcję placówki. Zrobić w Europejskim Centrum Solidarności porządek, tak jak zrobiono go w innej gdańskiej placówce: Muzeum II Wojny Światowej.

Polacy powinni skorzystać z doświadczenia Sierpnia ’80 i rozpędzić złodziei i zdrajców. Powinni zmobilizować się, powinni stać się dynamitem – tym, co prezentowaliśmy sobą w 1980 r. – przywołajmy wciąż aktualne przesłanie Anny Walentynowicz, prawdziwej bohaterki Sierpnia 1980 r. W imię idei Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI pisze o zalegającym na dnie Bałytyku złomie, także politycznym: Trup na dnie

W naszej strefie gospodarczej Bałtyku ok. 100 km od brzegu jest mniej więcej 300 mniejszych lub większych wrakowisk. Powszechnie znane są takie, jak Wilhelm Gustloff, von Steuben, Goya czy U-boot VII C. Straszy też Frankem zalegający na 72 metrach zaledwie 9 kilometrów od cypla helskiego. Z tysiącami ton mazutu. Straszą doły iperytowe koło Bornholmu i wielu innych miejscach. To pozostałości wojny, z którymi nie uporano się przez ponad 70 lat. Do tego złomu dojdzie wkrótce nowe żelastwo – rury Nord Streamu. Biedny Bałtyk, ryby i ludzie.

Zwariowani, a często przekupieni „ekolodzy” walczą z wielkim krzykiem o szlachetne racje wobec minimalnych zagrożeń. Nasze morze Bałtyk jest wyjałowione przez statki paszowe zbierające gęstymi sieciami co tylko się da. O tym ekolodzy nie krzyczą, nie protestują. Goni się za to i każe dotkliwie ostatnich polskich rybaków łowiących małymi jednostkami, używających sieci o dużych oczkach na ryby duże, dorosłe. Paszowce wybierają z morza a nawet z jego dna wszystko. Fermy wiatrowe na morzu też zakłócają przyrodniczy porządek. Jednak dopiero rury biegnące na dnie przez cały Bałtyk to cios miażdżący.

Nieliczne głosy protestu prawdziwych obrońców morza zostały gwałtownie stłumione. Nawet samorządowcy z gmin nad morzem nie zostali wysłuchani. Regres, wyprzedaż, niszczenie gospodarki morskiej odbywało się systematycznie i dramatycznie.

Powiedzmy to wprost, nawet ordynarnie. Jesteśmy od wielu dekad zwróceni dupą do morza. Świętowanie oficjalnych uroczystości służy tylko tym politykom, którzy ustawiają się na trybunach.

Zaruski, Kwiatkowski, a nawet sławny komendant „Daru Pomorza” Jurkiewicz w grobach się przewracają i płaczą słonymi łzami. „Morze, nasze morze” to dziś ponury żart. Na szczęście są wyjątki. To zrealizowany już prawie przekop Mierzei Wiślanej. Ci, którzy wylali z gospodarki nasze morze z wściekłością próbowali zatrzymać tę inwestycję. Przyklaskiwali (albo i więcej) im Rosjanie. Dobrze też, że przeforsowano i buduje się tunel pod Odrą w Świnoujściu. Sukcesem (m.in. dzięki Gdyńskiemu Urzędowi Morskiemu) rozbudowuje się port w Gdyni. To są wielkie inwestycje. Ale chodzi jeszcze o coś bardzo ważnego. Niestety Polska nie żyje obecnie morzem. Nie czuje wiatru znad Rozewia. Nie ma publicystyki morskiej. Cicho o klubach marynistyki, a większość żurnalistów, niestety również z wybrzeża, to szczury lądowe. Nasze szkoły morskie choć nazwane nawet akademiami kształcą dla obcych bander. Wspaniali inżynierowie, wykształceni już na polskich uczelniach, uczniowie twórcy naszego przemysłu okrętowego Jerzego Doerffera z biur projektowych gdyńskich, gdańskich i szczecińskich stoczni potrafili projektować samochodowce, gazowce, okręty wojenne. Dziś ci niezwykle cenieni fachowcy rozsiani są po całym świecie. Musieli wyjeżdżać za chlebem.

Moglibyśmy teraz wozić gaz własnymi statkami. Ale ich nie mamy. Będziemy sporo płacić za dostarczanie paliwa.  Wiemy kto to wszystko sprzedał i zniszczył. I nic tym ludziom się nie stało. Jesteśmy wrobieni w rurę! Padnie odpowiedź, że to nie tylko my, ale cała Unia Europejska. Po co było głupich i naiwnych słychać?

Ruski złoczyńca zabił nam elitę władzy. Niemiec, Francuz, Holender, przy pomocy rodzimych zaprzańców, blokuje należne Polsce pieniądze Jak długo jeszcze wysłuchiwać będziemy kłamstw i delikatnie obchodzić z wrogami? Zacznijmy od wewnętrznych. To, że trzecia część obywateli zgłupiała i zaprzecza faktom nie oznacza, iż wszyscy to tchórze, durnie i naiwniacy.

Na Śląsku wiele kopalń, które ratowałyby teraz energetykę a nawet pozwoliłyby świetnie zarobić na koniunkturze węglowej – podpalono pod ziemią, zamurowano grodząc chodniki ścianami, zawalono złomem i betonem szyby. Tak dokładnie, że już nie nadają się do odgruzowania. Trzeba budować obok szyby nowe. A każdy to – jak liczą fachowcy – koszt miliarda złotych. W dodatku ci, którzy to zrobili nie chcą się przyznać do błędu i nadal jeszcze pyskują.

Kto w naszym kraju powie wreszcie DOŚĆ? Kto wyśle do rajów podatkowych cwaniaków i złodziei. Ich pieniądze już tam są.

Rura rurze nierówna. Szmelc bałtycki to pokaźna ilość złomu. Rury są grube i ciężkie, ale da się je wydobyć. Odetchną ludzie i ryby. Choć one głosu nie mają, ale na pewno poweseleją, gdy minie groźba pęknięcia rury i zniszczenia morza.

Rury Nord Stream won. To morze jest za małe na tak wielkie niebezpieczeństwo. Ludzie, spróbujcie jeszcze trochę pożyć i cieszyć się Bałtykiem. W dziejach świata bywali Hunowie, ale zawsze potrafiono się ich pozbyć. Nie wiem, czy zachód rzeczywiście przeciera oczy. Na razie tym którzy się śmiali z ostrzeżeń Polaków miny zrzedły. Nie słuchano nas, a przecież przewidywane uzależnienie się od kacapa było oczywiste.

Dalej mówią, że Putin bomby atomowej nie rzuci. Japończycy też tak myśleli. Ktoś powie, że moje słowa są niepolityczne. A czy my mamy do czynienia z politykami czy ze zbrodniarzami, którzy ze wściekłości, tak jak Stalin, zaczynają zamykać swoich?

Ukraińcy krwawią, obrońcy tego kraju teraz w boju stają się teraz prawdziwymi żołnierzami. Zastanówmy się jacy mogą się okazać nasi przyjaciele z NATO, np. z Holandii – biorąc pod uwagę wspomnienia Srebrenicy. Liczyć musimy na siebie. Jest nas w końcu dużo. Nie lekceważmy obrony terytorialnej. Przysposóbmy obywateli do użycia broni, by nie wyć potem z bezradnej wściekłości i bólu. Możemy zrobić wspólny, mocny sojusz z doświadczoną dziś w boju Ukrainą. I jeszcze z innymi, którzy są wokół nas. Wystarczy ludzi. Węgry się jeszcze obudzą. To jest również  robota dla dziennikarzy.