WALTER ALTERMANN:  Cztery wojny mojego ojca

Przy małej ulicy Piwnej w Łodzi jest teren po dawnym szpitalu, wiedzie do niego ładny kawałek parku. Teren jest jednak ogrodzony, a brama zamknięta. Na bramie tabliczka, w czterech językach, informująca, że był tu szpital, który „zlikwidowano” w 1942 rok.

Zastanowiłem się nad tą informacją. Szpital mieści się na Bałutach. W roku 1942, w tej części Bałut  było Ghetto Litzmanstadt, odgrodzone od reszty miasta. Ale co znaczy „został zlikwidowany”? Konkretnie kto go zlikwidował? Chyba nie Chaim Rumkowski, prezes Starszeństwa Żydów w Łodzi. Rada i Rumkowski nie mieli w takiej sprawie nic do powiedzenia. Zatem kto?

Wychodzi na to, że szpital zlikwidowali Niemcy, a konkretnie niemieccy okupanci. Dlaczego jednak tabliczka nie nazywa rzeczy po imieniu? Dlaczego nie napisano na niej, że szpital zlikwidowali „Niemcy”, lub „niemieccy okupanci”?

Podejrzewam, że dzisiejsze władze Łodzi chcą być bardzo europejskie i nie chcą denerwować  Niemców, z którymi jesteśmy teraz w Unii Europejskiej. Mogę to zrozumieć, ale w tym – i wielu innych podobnych przypadkach – władze przesadzają. Gorzej – majstrują przy historii. A to jest niebezpieczne. Bo kończy się na wybielaniu winy Niemców.

To odchodzenie od nazywania rzeczy po imieniu, od oddawania prawdy historii, takiej jaka była jest wieloletnim procesem i trwa nadal. Popatrzmy na to oczami mojego ojca.

Pierwsza wojna mojego ojca

Ojciec mój, jako kapral wojsk łączności, walczył we wrześniu 1939 roku. I przez całą okupację, którą spędził w niewoli, uważał, że walczył z Niemcami. Po 1945 roku, gdzieś tak do roku 1949, czyli do czasu powstania Niemieckiej Republiki Demokratycznej, ojciec miał spokój ontologiczny, bo wiedział z kim walczył, a władze to potwierdzały.

Druga wojna mojego ojca

Jednak od końca roku 1949 nastąpiła poważna zmiana. W gazetach, w publicznych wystąpieniach przedstawicieli PZPR, coraz częściej zaczęła pojawiać się inna nazwa wojny 1939 roku. Nie od razu, nie na chama, ale kropla po kropli, coraz częściej i częściej, sączyła się inna nazwa wojny i okupacji. Zaczęto mówić i pisać, że Polska toczyła wojnę z hitleryzmem. Niby niewielka zmiana, bo wszyscy wiedzieli, że w latach 1939-1945 Niemcami rządzili Hitler i hitlerowcy.

Pojęcie „Niemcy” jak sprawców napaści, okupacji i wszystkiego strasznego co w Polsce zrobili zanikało, zastępowane przez „hitlerowców”. Ówczesnym władzom Polski chodziło o to zapewne, żeby NRD-owcom nie było przykro. W naszej prasie zaczęto nawet przebąkiwać, że nie wszyscy Niemcy byli hitlerowcami, a niektórzy nawet byli bardzo przeciw.

Powiem tak – mogło tak być, ale jako naród zdyscyplinowany wzorowo  podporządkowywali się poleceniom władzy. Władzy, która zresztą sami sobie wybrali. Demokratycznie.

Trzecia wojna mojego ojca

Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej pojawiło się, w sprawie tamtej wojny, trzecie określenie. Okazało się, że sprawcami wojny, mordów i grabieży byli „faszyści”. W mediach – już wolnych – zaczęto przypominać, że w agresji na Związek Radziecki brali też udział kolaboranci. Ale nie byli to kolaboranci niemieccy, lecz hitlerowscy. Zatem winą zaczęto prawie po równi obarczać nieliczne oddziały kolaborantów z Ukrainy, Rosji, Łotwy, Estonii, Litwy, Francji, Belgii, Holandii, Norwegii, Rumunii i Węgier.

Pojawiły się również oskarżenia o mordowanie Żydów przez Polaków, a obóz w Auschwitz stał się polskim obozem. Przy tej sprawie nie wspominano, że zaraz po wojnie wielu polskich sprawców mordów na Żydach zostało już osądzonych.

Wszystko to działo się w celu zmniejszenia winy Niemców. Skoro bowiem nie tylko Niemcy mordowali, palili i grabili, to ich wina nie jest już tak wielka. Taka jest – jak to się teraz mówi – nowoczesna narracja historyczna. I nigdy nie usłyszałem, że za działania oddziałów kolaboracyjnych ponoszą odpowiedzialność Niemcy, jako panowie terytorium i rządów na podporządkowanych sobie terenach.

I tak powoli wychodzi na to, że coś tam się zdarzyło, coś owszem było, ale że było to powszechne, to nie ma co się tym już tak bardzo zajmować.

Mojego ojca ta trzecia jego wojna bardzo martwiła, bo był to człowiek starych zasad i przywiązywał się do starych interpretacji.

Czwarta wojna mojego ojca

Ojciec mój odszedł, tuż przed momentem, gdy zapanowało czwarte określenie wojny 1939-1945. A teraz już ono króluje niepodzielnie. Okazało się, że sprawcami tamtych nieszczęść byli „naziści”. Przy czym nazistami określa się już teraz – w liberalnych mediach – wszystkich, którzy w Unii Europejskiej próbują stawiać na pierwszym miejscu swój naród. Nie ma już nawet nacjonalizmu, jest obco i groźnie brzmiący „nazim”. Znaczy prawie to samo, ale nacechowany jest pogardą.

I tak to, mój ojciec, który walczył we wrześniu 1939 roku, brał udział w czterech wojnach.

Wojna i okupacja

Przy okazji. Ciągle naszym publicystom mylą się dwa pojęcia, dwa okresy czasu. Wojna i okupacja. Niemiecka okupacja. Wojna na ziemiach polskich trwała od 1 września 1939 roku do 2 października tego roku. Potem była okupacja. Na części ziem niemiecka, na części radziecka. Lud może upraszczać i nazywać lata 1939-1935 wojną. Bo była ona i trwała, ale nie w Polsce. Owszem były na naszych ziemiach działania armii podziemnej, były walki partyzanckiej, ale od października 1939 roku mieliśmy tu okupację. To ważne, bo okupant ponosi pełną odpowiedzialność za wszystko to, co się na okupowanym przez niego terenie dzieje.

Poeta i wina

W latach młodości, na suto zakrapianym spotkaniu, poznałem młodego poetę, który przekonywał mnie, że mord jest mordem. I dlatego żołnierze AK, wykonujący wyroki na okupantach, ponoszą taką sama winę, jak niemieccy okupanci.

Skończyło się totalnym obiciem poety. No, tak ale wtedy byłem jeszcze młody, krzepki i chętny do dania po pysku. Chciałbym jeszcze raz być młody, żeby jeszcze raz obić komuś pyski. Wiem, że to „nie uchodzi”, ale co innego robić z upartymi idiotami?

Wiceprezydent Gdańska

W sprawie tamtej wojny i okupacji dochodzi też do ordynaryjnych eksplozji głupoty. Jednym Z takich fajerwerków idiotyzmu był wystąpienie, 1 września 2019 roku, Piotra Grzelaka wiceprezydenta Gdańska, który zaserwował takie przemyślenia własne:

„Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciw drugiemu. I to złe słowo było Polka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa tym złym słowem została podzielona…”

Później ten młody człowiek przeprosił za to co powiedział. Ale nie przeprosił za to, że tak myślał. Na marginesie – materializm historyczny uważał, że wojny wybuchają, gdy politycznie nie można załatwiać swoich interesów.

Tym samym zwolennicy ciężkiej prawicy powinni – właściwie – wspierać wiceprezydenta Gdańska, bo z całą pewnością nie jest on wychowany w duchu materialistycznym. Powinni go też polubić ortodoksyjni wierzący, bo dokonał on reinterpretacji pierwszych akapitów Biblii.

Pobojowisko

Podobno zwycięzcą bitwy jest ten, kto zapanuje nad pobojowiskiem. Trzeba zatem powiedzieć, że po 83 latach od wybuchu wojny zwycięstwo odnieśli Niemcy. Ciężko opłacaną propagandą, rozmywaniem winy, obarczaniem innych własnymi przestępstwami. No i dzięki podatności młodych – takich jak p. Grzelak – na idiotyzmy, metafizykę historyczną i myślenie ahistoryczne.

I jeszcze – jak w przypadku władz Łodzi, które zamieściły napis na bramie dawnego szpitala w getcie – dzięki przemożnej chęci bycia nowoczesnymi Europejczykami. Nawet za cenę matactw historycznych.

Przykre, ale prawdziwe.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści „rozliczali” komunistów

16 września 1957 roku rozpoczął się proces wysokich funkcjonariuszy bezpieki: wiceszefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Romana Romkowskiego (Natana Grunszpan-Kikiela), szefa Departamentu Śledczego MBP Jacka Różańskiego (Józefa Goldberga) i dyrektora X Departamentu MBP Anatola Fejgina.

To Romkowski, a nie minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, był zaufanym człowiekiem Bermana i Bieruta. Jako faktyczny szef MBP nadzorował kluczowe departamenty: śledczy, szkolenia i inwigilacji. Często osobiście przesłuchiwał więźniów. Na odprawie krajowej funkcjonariuszy UB w marcu 1950 roku mówił: „Tortury i bezmyślne środki stosuje się, by złamać aresztowanego […] bicie w śledztwie jest na porządku dziennym”. W 1947 roku nadzorował śledztwo przeciwko Witoldowi Pileckiemu i jego współpracownikom (na protokołach przesłuchań znajdują się odręczne notatki Romkowskiego). Miał też osobiście przesłuchiwać rotmistrza w X Pawilonie więzienia mokotowskiego.

Po ucieczce do USA Józefa Światły 10 października 1954 roku Romkowski złożył oświadczenie: „Od 1952 roku w różnych wynurzeniach Światły, zarówno przede mną jak i Fejginem występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne w naszym państwie i w innych krajach demokracji ludowej”.

„Odwilżowa” Komisja Mazura interesowała się m.in. tajnym więzieniem bezpieki w Miedzeszynie. Jeden z pracujących tam ubeków Jerzy Kędziora zrzucał winę z siebie obciążając przełożonych: „Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego”. I dalej: „W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne”.

28 listopada 1954 roku Roman Romkowski został odwołany ze stanowiska wiceministra bezpieki. W 1956 roku aresztowany i w marcu 1957 roku skazany na 15 lat więzienia za nadzorowanie i stosowanie niedozwolonych metod śledczych. Zwolniony w 1964 roku. Zmarł w 1968 roku, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Na fali propagandowej destalinizacji w listopadzie 1954 roku aresztowany został również Jacek Różański (Józef Goldberg), a w 1955 roku skazany na 5 lat więzienia (na mocy amnestii zmniejszono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy). W czasie drugiego procesu w 1957 roku skazany ostatecznie na 14 lat więzienia. Podczas obu procesów całkowicie pominięto jego odpowiedzialność za aresztowania i torturowanie członków polskiego podziemia niepodległościowego. Oskarżony i skazany został jedynie za stosowanie „niedozwolonych metod” wobec kilkudziesięciu członków PZPR (w latach 1948-1950 Różański kierował grupą rozpracowującą „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”). Udowodniono mu „zabronione przez prawo metody w toku śledztw przeciwko osobom podejrzanym o działalność antypaństwową, (…) bezpośredni udział w biciu przesłuchiwanych oraz stosowaniu innych niedozwolonych środków”. Stwierdzono ponadto, że jego postępowanie „spowodowało demoralizację podległych mu oficerów śledczych, którzy widzieli w nim wzór do naśladowania”.

Wyszedł na wolność w 1964 roku. Do przejścia na emeryturę w 1969 roku był urzędnikiem w Mennicy Państwowej w Warszawie. Zmarł w 1981 roku w Warszawie w wyniku choroby nowotworowej, po­cho­wa­ny na cmen­ta­rzu ży­dow­skim przy uli­cy Oko­po­wej w War­sza­wie.

Starszy o dwa lata brat Jacka Różańskiego Jerzy Borejsza (Beniamin Goldberg) stalinizował po wojnie polską kulturę, przede wszystkim prasę i wydawnictwa. Aleksander Wat w „Moim wieku” pisał: „Borejsza objął Ossolineum i trochę profesorów wysłał do mamra”.

Stalinowską wierchuszką zachwiała śmierć Stalina i ucieczka do Stanów Zjednoczonych Józefa Światły (Izaaka Fleischfarba). Odpowiedzialność Anatola Fejgina, dyrektora X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego była szczególna – razem ze Światłą był wówczas (w pierwszych dniach grudnia 1953 roku) w specjalnej misji w Berlinie Wschodnim i nie upilnował swojego zastępcy.

Część kompromitujących władzę informacji Światło ujawnił na antenie Radia Wolna Europa. W kraju rozpoczęło się poszukiwanie winnych, nasiliły wzajemne oskarżenia.

W rezultacie, 7 grudnia 1954 roku, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostało zlikwidowane. 10 lutego 1954 roku Anatola Fejgina zwolniono z MBP, przeniesiono do rezerwy, wyrzucono z partii, a w kwietniu 1955 roku aresztowano. 11 listopada 1957 roku Sąd Wojewódzki dla m. st. Warszawy skazał go na 12 lat więzienia za to, że od początku 1950 roku do końca 1953 roku w Miedzeszynie i Warszawie, jako kierownik grupy specjalnej, później dyrektor Biura Specjalnego, a następnie dyrektor Departamentu X MBP bezprawnie pozbawił wolności co najmniej 28 osoby i spowodował szczególne ich udręczenie. Przetrzymywał je bezpodstawnie w więzieniu od kilku miesięcy do trzech lat i polecił podległym funkcjonariuszom bezpieczeństwa stosować wobec niektórych z nich przymus fizyczny i psychiczny. Sąd Najwyższy nie uwzględnił rewizji oskarżonego i utrzymał wyrok w mocy. Rzecz w tym, że zbrodnie te znów dotyczyły przede wszystkim „odchylonych prawicowo” komunistów.

Ale „praworządna” Gomułkowszczyzna w ramach komunistycznych walk frakcyjnych musiała poświęcić kogoś ze swoich stalinowskich poprzedników – autorów „błędów i wypaczeń”. Większość odpowiedzialnych w ogóle nie została bowiem rozliczona, np. przed sądem nie stanął szef bezpieki Stanisław Radkiewicz, przeniesiony do resortu Państwowych Gospodarstw Rolnych.
Anatol Fejgin zmarł w 2003 roku w Warszawie, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Tusk w Poczdamie – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

Od kilku dni „wiodący dziennikarze” zapowiadają wszem i wobec, że Donald Tusk ma w czwartek wygłosić „istotne politycznie i strategicznie” wystąpienie. Co więcej, ma to zrobić w Poczdamie.

Donald Tusk jak wiadomo, jako sam w sobie polityk istotny i strategiczny, wygłasza takie wystąpienia z natury. Nie byłoby więc może sensu pisać o oczywistościach, gdyby nie dodatkowa symbolika tego wydarzenia, związana z miejscem, wybranym najwyraźniej nieprzypadkowo.

Oto bowiem Poczdam, jak twierdzą historycy, ma nazwę pochodzącą ze słowiańskich języków łużyckich, lub staropołabskich, prawdopodobnie od słowa „Postąpim”. Później jednak Słowianie gdzieś się zapodziali, a nazwa zgermanizowała się do „Postamp”.

Niemiecki wysiłek cywilizacyjny

Nieco później właśnie z Poczdamu wyruszyła w XII wieku krucjata Albrechta Niedźwiedzia, w ramach której Saksoni wyrzynali Słowian Połabskich. Już wtedy cywilizacyjny wysiłek Niemców nie spotykał się ze szczególnym zrozumieniem.

Z kolei w wieku XVII, kiedy władzę w Prusach objął Fryderyk Wilhelm I Hohenzollern, który zapoczątkował rządy absolutystyczne, wybrał Poczdam jako swoją druga po Berlinie siedzibę. To stąd promieniował na Prusy i jeszcze dalej duch wymuszonej wprawdzie, ale jednak jedności, dzięki której tak cierpiące dziś niemieckie wartości, nie musiały znosić panoszenia się psujących harmonię partykularnych interesów. Czyż trzeba lepszego symbolu dla dzisiejszych wezwań o objęcie przez Niemcy należnego im przywództwa w Europie i likwidacji szkodliwego, wręcz kojarzącego się z polskimi patologiami, prawa weta krajów członkowskich Unii Europejskiej?

Nie był to oczywiście ostatni raz, kiedy Poczdam zostawał środkiem ciężkości rodzących się  w Niemczech na kamieniu idei. Oto bowiem 15 marca 1933 roku Adolf Hitler proklamował w Poczdamie narodziny III Rzeczy. 21 marca tego samego roku w Poczdamie odbyło się posiedzenie Reichstagu, na którym prezydent Paul von Hindenburg powierzył przywódcy NSDAP misję utworzenia rządu.

Również w Poczdamie odbyła się powojenna konferencja mocarstw, która między innymi przypieczętowała wyznaczony w Jałcie los wichrzycieli z Europy środkowej i wschodniej dla dobra i w interesie narodów z natury predysponowanych do przewodzenia innym.

No a teraz Tusk.

Wiemy, wiemy

– Mówię to pod adresem przyjaciół z Polski: my z Donaldem Tuskiem walczymy o praworządność – mówił dopiero co w Parlamencie Europejskim szef Europejskiej Partii Ludowej i niemiecki europoseł Manfred Weber.

No wiemy, wiemy. Wprawdzie sam Donald Tusk trochę się w tym zakresie kryguje, ale ostatecznie wszyscy wiedzą. Nigdzie nie będzie tego widać lepiej niż w Poczdamie.

WALTER ALTERMANN: Młodzieży nasza – powstań

Narzekania na młodzież trwają od początków piśmiennictwa. Wcześniej starsi zapewne również narzekali, ale dokumentów brak. Młodzież, to niełatwy temat. Po pierwsze jest naszą przyszłością, głownie w kwestii emerytur. Po drugie nie można jednoznacznie powiedzieć, że młodzież jest taka, lub taka. Tak jak i wśród dorosłych – różnie z młodzieżą bywa.

Niemniej do podjęcia tematu skłoniły mnie łódzkie tramwaje i autobusy. Zdarza się, że jestem zmuszony podróżować po rodzimym mieście tymi pojazdami. Zauważyłem zatem, że póki były wakacje w miejskich środkach zbiorowej komunikacji było luźno, ale już z początkiem września autobusy i tramwaje zaludniły się. To nasza dorodna młodzież wróciła do szkół. I rano jeździ do nich, a potem – około 14-tej – wraca do domu. I zaczyna się horror.

Nie widzą, nie słyszą

Młodzież nasza i traci wzrok oraz słuch. To przykre, gdy widzi się przyszłość narodu tak okrutnie okaleczoną. Oto bowiem, zaledwie w kilka dni po dwumiesięcznym odpoczynku, młodzież jest słaba, wycieńczona i niczego nie widzi, i nie ma siły wstać, żeby ustąpić miejsca staruszkom.

Nasi staruszkowie są na tyle dobrze wychowani, że nie proszą o ustąpienie miejsc. Staruszkowie, często o laskach, trzymają się kurczowo poręczy krzesełek, na których siedzi młodzież. Miejskie autobusy w całej Polsce, gwałtownie hamują, żeby zaraz potem przyśpieszyć, wykonują nagle slalomy, żeby uniknąć dziur w jezdni… Więc pojazdy miotają staruszkami niemiłosiernie.

Odnoszę wrażenie, że te wakacje młodzież – lub jej rodzice – zmarnowała. Teoretyczne służą one  wypoczynkowi, ale – jak widać w tramwajach i autobusach – nasza młodzież musiała przeżywać jakieś fizyczne i psychiczne koszmary, skoro teraz jest osłabiona, traci wzrok i słuch.

Rząd nasz wymyślił i zrealizował ideę bonu turystycznego. Zatem, zmarnowały się także budżetowe pieniądze, a to już jest sprawa poważna, wagi państwowej. Co prawda młodzież nic nie widzi, bo jest wślepiona w ekraniki komórek, a niczego nie słyszy, bo na uszach ma słuchawki. Ale wrażenie jest w sumie przykre.

Kto wychowuje dzieci i młodzież?

Niejako automatycznie nasuwa się pytanie: kto wychowuje nasze dzieci i młodzież? Odpowiedź nie jest oczywista. Szkoła uważa, że jest od edukacji, czyli dydaktyki, ergo od wtłaczania do głów wiedzy. Pedagogiką – uważają nauczyciele – powinni zajmować się rodzice. Rodzice natomiast do wychowywania nie mają czasu, zdrowia i nerwów. I oczekują od nauczycieli, że wychowają im dzieci.

Kto zatem wychowuje młodzież? Odpowiedź jest jedna: młodzież wychowuje się sama. Czerpiąc wzorce zachowań z najbliższego otoczenia. Najpierw rodziców, potem rówieśników. Pociechy nasze są bacznymi obserwatorami i wszystko sobie w głowach notują. Jeżeli ojciec pali papierosy, pije wódkę w nadmiarze, klnie w domu – to jak w banku, że jego przychówek będzie robił to samo.

I nie zadziałają tu światłe wskazówki: „Nie pij i nie pal, jak tatuś”. Jest jeszcze gorzej. Jeżeli bowiem w domu rodziców panuje pogarda dla bliźnich, którym się nie udała kariera finansowa, to jest pewne, że przychówek przyswoi to sobie, jako własny światopogląd.  Jeżeli zaś, dla przykładu, rodzice będą się zachowywali wobec innych kunktatorsko, pochlebczo, to i tę cechę odziedziczą ich dzieci.

Dobre wzorce istnieją

Czy zatem poruszamy się wszyscy w zaklętym kręgu niemożności i fatalnego dziedzictwa? Niekoniecznie. Możemy przecież wynieść z domu również dobre wzorce. Dobry nauczyciel, swym postępowaniem, swoją prawością i obiektywizmem wobec delikwentów, czyli uczniów, może również wskazać im właściwą ścieżkę postępowania. Za moich młodych lat było harcerstwo, w którym spotkałem wielu prawych i szlachetnych ludzi. Są różne zespoły młodzieży. Są kluby sportowe, grupy turystyczne, które mogą młodzieży pomóc, w dostrzeganiu dobrych relacji międzyludzkich. Pod warunkiem, że młody człowiek jest otwarty na innych.

Młodzieżówki partyjne

Od lat przypatruję się też młodzieży z różnych organizacji politycznych. Mam tu na myśli tak zwane „młodzieżówki partyjne”. Gromadzą one młodych ludzi, którzy są aktywni politycznie i pod opieką „dojrzałych” działaczy partyjnych mają dorastać do dorosłego członkostwa w danej partii. Tutaj niestety – niezależnie od barw klubowych, niezależnie od partii – mamy do czynienia z młodymi karierowiczami. Oczywiście w większości tylko.

Ci młodzi, którzy podejmują działalność partyjną – w wieku 17-19 lat – mają oczy i uszy szeroko otwarte… I uczą się wszystkiego co w polityce najgorsze. Kopiują zachowania starszych, naśladują swoich „przywódców”  w walce o partyjne stanowiska i zaszczyty. Mierząc jednocześnie, ku stanowiskom państwowym, ale tylko tym nieźle płatnym.

Uważam, że światopogląd zdobywa się z wiekiem. Wraz z przeżytymi sukcesami i rozczarowaniami. Krótko mówiąc – nie wierzę młodym kopiom starszych polityków. Choć czasem mnie śmieszą, głównie  wtedy, gdy cytują swoich dorosłych wodzów, z minami, jakby to sami przed chwilą wymyślili.

Żeby wstali z miejsc

Wracając do dzisiejszego przykładu z nieustępowaniem miejsc przez młodych w tramwajach i autobusach… Co robić zatem, żeby nasza młodzież miała szacunek dla starości, współczucie dla cudzego niedołęstwa i sympatię dla ludzi w kłopocie? Po prostu dawać dobry przykład. Jeżeli jedziemy tramwajem z własnym dzieckiem, które ma już 8-10 lat, to prosimy je o ustąpienie miejsca osobie starszej. Zrozumie, a nawet będzie dumne, że komuś pomogło.

Jeżeli zaś widzimy w autobusie człowieka w kłopocie, powiedzmy z laską, to dyskretnie, delikatnie, prawie do ucha prosimy siedzącego młodziana lub panienkę, o ustąpienie miejsca. Zaręczam, że to skutkuje. Nie są ci młodzi tacy źli, tylko okropnie osamotnieni.

Kultura narodowa to nie tylko znajomość dzieł Słowackiego, Mrożka i Gombrowicza, czy też bywanie w teatrach, w filharmoniach. O poziomie kultury społeczeństwa, narodu świadczy szacunek wobec bliźniego swego. I nie rzucanie na trawniki butelek po izotonikach.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak polskie armatohaubice KRAB służą ukraińskiej armii

Na portalu „Krym.Realii” (projekt Radio Liberty) pod koniec sierpnia ukazał się obszerny fotoreportaż o tym, jak żołnierze ukraińscy używają polskich haubic KRAB przeciwko rosyjskim agresorom w Donbasie.

Artylerzyści ukraińscy twierdzą, że przy pomocy polskich haubic udaje im się skutecznie powstrzymać rosyjskie wojska. Tak, Ukraińcy walczyli na sowieckim sprzęcie, więc mają z czym porównywać. Obecnie, jak mówią, na frontach obrońcy Ukrainy mają większe możliwości, a obecność polskich instalacji artyleryjskich jest już odczuwalna na froncie.

„Radio Liberty” opublikowało 15 zdjęć ukazujących udział polskiego sprzętu w walkach na Donbasie. Jest to fotografia samej haubicy podczas ostrzału, a także zdjęcie samochodu dowódcy dywizji haubic, portrety strzelców i mechaników, których nazwisk nie wymieniono.

Zdjęcia pokazują, jak pojazdy bojowe zdobywają coraz to nowe pozycje. Żołnierze mają mało wolnego czasu, ponieważ aby wykonać misję bojową, trzeba być gotowym w każdej chwili. Wojskowi chwalą polską broń: „Łatwo na niej pracować, maksymalnie ułatwia to załodze pracę. Wystarczy tylko wykonać obliczenia, komputer zrobi wszystko za ciebie. Tutaj ładowanie jest bardzo szybkie w porównaniu ze sprzętem w stylu radzieckim”

„Te haubice dały nam wiele przewag nad rosyjskimi najeźdźcami i z ich pomocą wygramy” – podkreślają Ukraińcy.

Mówią też trochę o samej technologii. KRAB to polska samobieżna armatohaubica. W produkcji wykorzystano licencjonowaną wieżę z brytyjskiej samobieżnej haubicy AS90. Działo kalibru 155. Jako podwozie wybrano południowokoreańską platformę z K9 „Thunder” ACS.

Głównym środkiem ognia polskiej haubicy jest działo 155 mm. Broń wyposażona jest w dwukomorowy hamulec wylotowy, system przeładowania jest półautomatyczny. Maksymalna szybkostrzelność działa to 6 strzałów na minutę. Wykorzystywana jest również seria wystrzeliwania pocisków. Działo może wystrzelić 3 pociski w ciągu 10 sekund. Jednocześnie praktyczna szybkostrzelność w warunkach bojowych, w której załoga będzie mogła efektywnie pracować przez długi czas, wynosi 2 strzały na minutę. Minimalny zasięg ognia to 4,7 km, maksymalny to 40 km.

Już po kilku minutach dziennikarze szybko kończą rozmowę i pojawia się komenda „Do bitwy!”. Załoga zajmuje pozycje bojowe, a pojazd KRAB przechodzi do pozycji strzeleckiej.

Cel wyznaczony, maszyna przygotowana i naładowana, w hełmie dowódcy haubicy rozlega się komenda „ogień!”. Strzelcy wystrzeliwują dwa pociski i zmieniają pozycję tak, aby nie zostali osłonięci ogniem kontrbaterii przeciwnika.

Fotoreportaż dostępny jest TUTAJ.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Manikiurzysta” patriotów z WiN

10 września 1947 r. w Krakowie zakończył się proces działaczy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego. Władze komunistyczne skazały osiem osób na karę śmierci, wśród nich prezesa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego. W śledztwie przesłuchiwał go funkcjonariusz UB Jerzy Kędziora, który żyje do dziś na warszawskim Bródnie.

Płk Niepokólczycki przeżył, bo komuniści zmienili mu karę śmierci na dożywotnie więzienie – na wolność wyszedł w grudniu 1956 r. Jerzy Kędziora katował też innych WiN-owców z tej samej sprawy, np. Edwarda Bzymka-Strzałkowkiego, oficera wywiadu i kontrwywiadu Okręgu Kraków Związku Walki Zbrojnej-Armii Krajowej, po 1945 r. szefa Brygad Wywiadowczych DSZ–WiN (opracowywał i przekazywał Rządowi RP na Uchodźstwie miesięczne sprawozdania o sytuacji w kraju). Bzymek także odzyskał wolność na fali „odwilży”.

Kolejną ofiarę Kędziory, Władysława Jedlińskiego, oficera wywiadu AK, a po wojnie kierownika sieci informacyjnej IV Zarządu Głównego WiN–u, Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie 15 lipca 1955 r. skazał na dożywocie. Z więzienia mokotowskiego został warunkowo zwolniony w grudniu 1957 r.

Kędziora urodził się w 1925 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim. Po wrześniu 1939 r. przebywał we Lwowie, gdzie skończył trzy klasy gimnazjum, miał obywatelstwo sowieckie. Od czerwca 1943 r. służył w Gwardii Ludowej (ps. „Stefan”), a od stycznia 1945 r. w Armii Ludowej (ps. „Francuz”).

Współpracownikiem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego został w lutym 1945 r., a pracownikiem w maju tego roku. Do grudnia 1947 r. „brał udział w walce z bandami i reakcyjnym podziemiem”. Oprócz tego ukończył dwuletnią Szkołę Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. W MBP doszedł do funkcji kierownika sekcji śledczej.

Kędziora był głównym śledczym w sprawie mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, dowódcy legendarnego oddziału partyzanckiego z Lubelszczyzny. Prowadził ją razem z Eugeniuszem Chimczakiem. Tak znęcali się nad Dekutowskim, że w wieku 30 lat wyglądał jak starzec, miał połamane kości i wybite zęby. „Zaporę” zamordowano 7 marca 1949 r.

Jerzy Kędziora należał również do Grupy Specjalnej MBP – tajnej komórki powołanej latem 1948 r., przekształconej następnie w X Departament, który zajmował się sprawami szczególnymi – „oczyszczaniem” szeregów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z agentów i prowokatorów. Grupa działała w tajnym więzieniu (kryptonim „Spacer”) w Miedzeszynie pod Warszawą.

W 1955 r., na fali „odwilży”, oskarżono Kędziorę, że podczas przesłuchań ciężko pobił Wacława Dobrzyńskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficera Sztabu Głównego AL, przed aresztowaniem naczelnika wydziału w IV Departamencie MBP), w wyniku czego Dobrzyński zmarł. 13 lipca 1955 r. Kędziora został zwolniony z MBP. Następnie wyrokiem z 2 stycznia 1956 r. Sąd Wojewódzki dla m.st. Warszawy skazał go na trzy lata więzienia. W areszcie spędził jednak kilka miesięcy.

W latach 50. Kędziora zeznawał także jako świadek w sprawie odpowiedzialności swoich przełożonych (Różańskiego-Goldberga i Romkowskiego-Kikiela), nadzorującego willę „Spacer”: „Podczas przesłuchań używano takich metod jak: klęczenie na stołku, karcer czy wkładanie ołówka między palce. Pierwszy wypadek z ołówkiem zastosował Światło. (…) W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. (…) W początkowym okresie nie było gum, a któryś z oficerów śledczych, nie pamiętam nazwiska, bił podejrzanego kijem. Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla. Te gumy nazywano »małymi konstytucjami« (faszystowskimi) w odróżnieniu od »dużej konstytucji«, którą zrobił oficer śledczy Laszkiewicz przy pomocy wartowników. Była ona zrobiona z kilku drutów izolowanych”.

Jerzy Kędziora w III RP znów stanął przed sądem. Proces został jednak zawieszony, gdyż – jak uzasadniano – wszystkie ofiary funkcjonariusza UB zmarły. Przeciwko temu zaprotestował Wacław Sikorski, AK-owiec, który po wojnie był przesłuchiwany przez Kędziorę, dzięki czemu sprawa była kontynuowana.

Sikorski wspominał: „Mój śledczy, którego nazwiska nie znam, przesłuchiwał mnie 2–3 razy w tygodniu. Mówił mi: „Podpisz pismo, bo przyjdzie tu kpt. Kędziora, któremu nikt nigdy nie odmówił podpisu. Odbije ci nerki i zdechniesz w więzieniu. Gdy kolejny raz nie chciałem podpisywać, śledczy zwrócił się do strażnika: „Poproście kpt. Kędziorę”. Do pokoju wszedł człowiek w mundurze, w oficerkach. Miał w ręku jakiś drąg (potem przynosił coś gumowego). Podszedł do mnie bliżej i spytał: „Podpiszesz?” Ja na to, że nie. Wtedy zaczął mnie kopać w lewy pośladek. „Podpiszesz?” Nie. Otwartą ręką huknął mnie w lewe ucho. O tu” – Sikorski pokazywał aparat słuchowy. – „To jest po panu Kędziorze. Innym razem tak rąbnął mnie w tył głowy, że upadłem nosem na ścianę. Do dziś mam uszkodzoną przegrodę nosa”.

Wacław Sikorski mówił dalej: „Straszono mnie, że jeśli nie podpiszę dokumentu kończącego śledztwo, znów będę miał do czynienia z Kędziorą”. Innym razem usłyszał: „Ty jesteś ch…, a nie oficer. Wyrok to ja tutaj piszę, a w sądzie ci tylko odczytają. Dostaniesz KS [karę śmierci]”.

Rozpatrujący sprawę Kędziory Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa uznał, że sprawa wymaga wiedzy historycznej i nie jest kompetentny, aby ją właściwie ocenić! Z kolei poproszony o przejęcie sprawy Sąd Okręgowy odmówił, twierdząc, że oskarżony nie jest osobą znaną i nie budzi zainteresowania opinii publicznej!!!

Ostatecznie sąd III RP skazał Jerzego Kędziorę, w styczniu 2012 r. – za znęcanie się w stalinowskim śledztwie nad AK-owcami – na cztery lata więzienia bez zawieszenia. Sąd wyższej instancji obniżył „ze względów humanitarnych” wyrok do trzech lat. Natomiast Sąd Najwyższy najpierw wstrzymał wykonanie kary, ale ostatecznie odrzucił kasację Kędziory – ubek i jego obrońca od początku domagali się umorzenia sprawy ze względu na przedawnienie. 

Brutalny śledczy trafił do aresztu na Białołęce, ale przedwcześnie – tłumacząc się słabym zdrowiem – wyszedł na wolność. Mieszka do dziś na warszawskim Bródnie.

 

Pała do walenia Niemców w łeb – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

Nie wiem czy Polska uzyska reparacje. Nie jestem prawnikiem, a eksperci w tej dziedzinie są podzieleni. Myślę jednak, że zupełnie nie o to chodzi.

Inaczej. Trzeba zrobić wszystko, żeby te pieniądze od Niemiec uzyskać. Poruszać międzynarodową opinię publiczną, walczyć w trybunałach, nawiązywać sojusze z innymi państwami poszkodowanymi przez Niemcy, które zgłaszają do Niemiec uzasadnione roszczenia. To wszystko trzeba robić i myślę, nawet jako laik zapoznany z opiniami ekspertów, że jest nadzieja na to, że Niemcy zrekompensują nam, liczone przecież dość ostrożnie, straty jakie ponieśliśmy w wyniku ich barbarzyństwa.

Narzędzie wpływu

O wiele jednak bardziej realnym i osiągalnym zyskiem ze zgłoszenia tego roszczenia, jest budowa konstrukcji pewnego mechanizmu, który najwyraźniej jest doskonałym narzędziem wpływu na Niemcy. Wszystko bowiem wskazuje na to, że z nielicznymi wyjątkami, np. izraelskimi mediami powtarzającymi fake newsa, do którego powstania przyczynił się „badacz Holocaustu” Jan Grabowski o rzekomych 200 tysiącach Żydów zabitych przez Polaków, informacja o wystąpieniu przez Polskę z żądaniem wypłaty reparacji od Niemiec, spotkała się na świecie ze zrozumieniem. Ba, dzięki jej rozpowszechnieniu, przypomina się na świecie ogrom zbrodni, jakich dokonali Niemcy w Polsce, w skali, której nie udało się osiągnąć żadnej z mniej czy bardziej udanych „maben”.

Oczywiście zupełnie inaczej sprawa ma się w Niemczech. Tu dominuje pewien szok. No jak ci Polacy mogli? Przecież już ich spacyfikowaliśmy. Mamy ich media, mamy ich polityków (zauważyliście, że politycy opozycji w Polsce używają nawet podobnych określeń jak używane w Niemczech? Na przykład Dominik Tarczyński zwrócił uwagę na zamianę słowa „reparacje” na „zadośćuczynienie”, co jest zwyczajem w Bundestagu), mamy ich gospodarkę (no już nie w takim stopniu), a ci nie chcą uznać swojej podrzędnej roli. Wieczny z nimi kłopot.

No a jeżeli samo żądanie reparacji wywołuje pozytywne reakcje na Zachodzie i stres w Niemczech, to znaczy, że mamy dźwignię. W sumie to mam ochotę napisać, że właściwie to mamy teraz wielką pałę do walenia Niemców w łeb.

Niemieckie pały

Kogoś razi czy zniesmacza takie stwierdzenie? Ależ Niemcy mają ileś takich pał, które służą im do walenia w łeb nas. Mają niemieckie media, które każdego dnia kłamią i manipulują na temat Polski, prawie zawsze usiłując przedstawić Polskę w jak najgorszym świetle. Może odrobinę zmieniły ton wobec wojny na Ukrainie, ale naprawdę, bez nadmiernego entuzjazmu. Ton niemieckich mediów świadomie deprecjonujących międzynarodową pozycję Polski, ma wpływ na ton mediów w całej Europie. Mają również Unię Europejską. Tak, zadbali o to, żeby kluczowe pozycje w jej formalnych i nieformalnych strukturach władzy, w sporej części piastowali w ten czy w inny sposób powolni im ludzie. Unia Europejska, pomimo ogromnego obciążenia jakiemu poddawana jest Polska wobec wojny na Ukrainie, a może właśnie z tego powodu, prowadzi z Polską rodzaj wojny opartej na podwójnych standardach, przemocy instytucjonalnej i finansowej. Mało? Doliczcie do tego niemieckie koncerny medialne w Polsce, niemieckie fundacje sypiące obficie groszem na każdą inicjatywę służącą w ten czy w inny sposób Niemcom, tresowanych, wymienianych już wyżej polityków…

Terapia

Dlatego miło jest konstatować, że teraz i my jakąś pałę do walenia Niemców w łeb mamy. I choć posądzany jestem o zwierzęcą germanofobię, pragnąłbym dodać, że mam nadzieję, że przy pomocy owej pały uda nam się poddać Niemców terapii, która wyleczy ich z naturalnej buty i poczucia wyższości nad Polakami. Pozwoli im dopuścić do siebie świadomość, że Polacy mogą mieć własny interes i nie musi to być interes zgodny z niemieckim. Aż w końcu ułożymy sobie stosunki na zasadach równości i partnerstwa, jak to między sąsiadami, których gospodarki są przecież ze sobą silnie sprzężone.

I nie, nie robi na mnie wrażenia straszak „kto atakuje Niemcy ten jest prorosyjski”. Nawet nie dlatego, że szermujący tym „argumentem” chwilę temu cmokali nad Putinem, ci są żenującymi błaznami, ale głównie dlatego, że wiem, że niezależnie od chwilowych wahań i dąsów, Rosja i Niemcy, szczególnie na tle wojny na Ukrainie dobrze to widać, są awersem i rewersem tego samego złego szeląga.

A, że już się zmienili? Doskonale, będą mieli mnóstwo okazji żeby to udowodnić. Zobaczymy.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Co będzie z sukcesem Solidarności?

„Tygodnik Solidarność” nr 30 – bardzo dobry numer. Periodyk ma potężny dorobek. To już 1749 edycji firmowanych biało czerwoną flagą. Idą ludziki-literki w świetnie wymyślonym tradycyjnym znaczku Solidarności. Niosą symbol naszej państwowości. Niestety sam patriotyzm, nawet bardzo gorący, nie wystarcza. Dopiero gdy żarliwość uczuć i poziom rozumu idą w parze odnosi się sukces. A taki osiąga omawiany tygodnik.

Redaktor Teresy Wójcik. Szanowna dama zajęła się stanem polskiej armii. Trzy informacje powinny dziś dotrzeć do możliwie najszerszego gremium: w ramach pięcioletniego planu ustawa o obronie ojczyzny przewiduje zwiększenie liczby żołnierzy w polskiej armii do 300 tysięcy. W roku 2023 Polska przeznaczy na obronę 3 procent PKB. W zamian za 240 rosyjskich czołgów T-72 przekazanych Ukrainie, Polska otrzyma z USA 116 Abramsów.

Ukraina krwawi dziś, bo nie doceniła bandytyzmu bandyty, wierzyła w solidarność człowieczą i zobowiązania międzynarodowe.

Gdy myślimy o wrześniu ’39, o Holokauście – dziwimy się, że „świat” był głuchy i ślepy. A czy dzisiaj to jest nie inaczej? Agresor zajmuje elektrownię atomową – łże i straszy, kłamie gębami propagandystów. Bogaci Rosjanie bez przeszkód wojażują sobie po świecie. Ktoś ich wozi, karmi, gra im rozrywkowo i bierze od nich pieniądze. Informacje o wojnie są już na dalszym planie. W lutym sołdacka armia stała na rubieży a pokojowi decydenci latali i jeździli sobie tam i z powrotem. Rządy, bogaci się wyżywią, ginie armatnie mięso. Za broń chwytali nieletni i kobiety. Ginęły i giną nadal dzieci. Bohaterscy obrońcy stawiani są przed sądem. Owszem będą im stawiane pomniki, gdy stracą życie.

Tylko silna armia i zdecydowane przywództwo mogą być gwarantem niepodległości. Niestety, opornie to dociera do zaprzańców i zdrajców. Tak zawsze było i mimo krwawych lekcji – tak jest nadal. „Niech na całym świecie wojna – byle nasza wieś spokojna”. Wieszczów i bohaterów dostatek. Gorzej z wiedzą, gospodarką i sprzętem obronnym. Dopiero teraz już w obliczu zagrożenia czynione są rozpaczliwe wysiłki. A i tak wroga piąta kolumna przeszkadza.

Sprawa reparacji dla zrujnowanej po II wojnie światowej Polski powraca. A sprawca nie chce za zbrodnie zapłacić. Mało – rodzima opozycja też odszkodowań nie żąda. Chce dyskutować. Kim są ci ludzie? Czyje interesy reprezentują?

W XVII wieku złupił wielką Polskę mały kraj z północy, w XVIII rozszarpali nas trzej wrogowie. Potem już wystarczyła zmowa dwóch. Teraz jeden grozi a drugi udaje, że pomaga. Unia nie daje nam tego co się Polsce należy, a rodzima opozycja jej sprzyja. Bo „im gorzej, tym lepiej”. Wzorem – Targowica.

Czy sukces Solidarności będzie zaprzepaszczony? Informacje, które podtyka nam przed oczy red. Teresa Wójcik w tygodniku „Solidarność” napawają nadzieją. Ale same informacje nie wystarczą.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina, jak straszono ks. Niedzielaka: „Skończysz jak Popiełuszko”

1 września 1914 r. w Podolszycach koło Płocka urodził się Stefan Niedzielak. Już w czasie wojny, w czerwcu 1940 r., przyjął święcenia kapłańskie, jednocześnie angażując się w walkę o wolną Polskę. Będzie ją prowadził do końca życia, domagając się szczególnie prawdy o ludobójstwie katyńskim. Niezłomny kapłan zapłacił za to życiem.

Już jako ksiądz Stefan Niedzielak wstąpił do Narodowej Organizacji Wojskowej (potem był zwolennikiem scalenia NOW z Armią Krajową). Pracę duszpasterską prowadził na terenie okręgu łódzkiego. Był również kurierem Delegatury Rządu na Kraj, a jego głównym zadaniem była wymiana informacji między władzami Polskiego Państwa Podziemnego a arcybiskupem krakowskim Adamem Sapiehą.

Z tego tytułu wcześnie poznał raporty dotyczące zbrodni katyńskiej i tą wiedzą dzielił się również z wiernymi. Zapewne już wówczas stwierdził, że jego celem będzie upamiętnienie ofiar strasznego mordu. Latem 1944 r. przywiózł do Krakowa część dowodów zebranych w dołach katyńskich. W Powstaniu Warszawskim ks. Niedzielak pełnił posługę jako kapelan.

Po zakończeniu II wojny światowej niezłomny kapłan nie miał złudzeń co do zamiarów Sowietów w stosunku do Polski. Dalsze jego działania były konsekwencją obranej wcześniej drogi. Ks. Niedzielak został kapelanem Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Za tę niepodległościową działalność został aresztowany i spędził kilka miesięcy w więzieniu. Od tej pory był już na celowniku komunistycznej bezpieki.

Po wyjściu na wolność zaangażował się w odbudowę warszawskich kościołów. W 1956 r. został rektorem kościoła św. Karola Boromeusza na Powązkach i dyrektorem Cmentarza Powązkowskiego, którą to posługę pełnił z przerwami do końca życia.

W latach 80., pamiętając o zbrodniach sowieckiego totalitaryzmu, razem z Wojciechem Ziembińskim i przyjaciółmi stworzył na warszawskich Powązkach dzieło swojego życia – Sanktuarium Poległych i Pomordowanych na Wschodzie. To było jedyne w Warszawie miejsce, gdzie Polacy mogli oddawać hołd ofiarom sowieckiego ludobójstwa. Jak wyglądało upamiętnienie? Przetrwało w niemal niezmienionym stanie do dziś. W ścianę kościoła św. Karola Boromeusza wmurowano krzyż z napisem „Poległym na Wschodzie” oraz ok. tysiąc tabliczek z nazwiskami ofiar. W 1988 r. w mieszkaniu księdza na plebanii powstało warszawskie koło Rodzin Katyńskich. Stefan Niedzielak regularnie organizował również msze za ojczyznę. Był inicjatorem wzniesienia na stołecznych Powązkach Wojskowych Krzyża Katyńskiego, który to pomnik stanął ostatecznie 31 lipca 1981 r., a jeszcze tej samej nocy został usunięty przez SB.

Te wszystkie fakty wpłynęły na wydanie przez komunistów wyroku śmierci na księdza. Wcześniej otrzymywał pogróżki, także tej najbardziej drastycznej treści: „Skończysz jak Popiełuszko”.

Rano 21 stycznia 1989 r. ciało księdza odnalazł w jego mieszkaniu wikariusz parafii. Drzwi były otwarte. Na głowie i twarzy kapłana widać było liczne rany. Lekarz medycyny sądowej stwierdził także złamanie kręgosłupa w odcinku szyjnym, co sugerowałoby cios – np. karate. W raporcie nie podano przyczyny śmierci, nie wykluczając jednak morderstwa. Oficjalnym powodem śmierci miał być upadek z fotela podczas oglądania telewizji.

Dziewięć dni później zginął ks. Stanisław Suchowolec, kapelan podlaskiej Solidarności. Początkowo był wikarym w Suchowoli, rodzinnej miejscowości ks. Jerzego Popiełuszki. Mimo różnicy wieku (ks. Jerzy był starszy od niego o 11 lat) zaprzyjaźnili się. Dla „nieznanych sprawców” ten fakt miał niebagatelne znaczenie. Miesiąc po mszy w suchowolskim kościele, którą odprawiał ksiądz Suchowolec, a homilię głosił ks. Popiełuszko, ten ostatni został zamordowany. Był rok 1984. Stanisławowi Suchowolcowi dane było żyć jeszcze przez niecałe 6 lat.

Na msze za ojczyznę do Suchowoli – podobnie jak do kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu – zaczęły ściągać tłumy wiernych. Dwa lata później ks. Suchowolec przeniósł się do Białegostoku do parafii w dzielnicy Dojlidy. SB jednak czuwała. Mimo powtarzających się coraz częściej gróźb, tożsamych z tymi kierowanymi do ks. Niedzielaka: „zdechniesz jak Popiełuszko” – nie zrezygnował z działalności patriotycznej. Nadal, z jeszcze większym zaangażowaniem, odprawiał msze za ojczyznę. Chciał kontynuować dzieło ks. Jerzego i kultywować pamięć o zamordowanym kapelanie Solidarności.

Kres przyszedł pod koniec stycznia 1989 r. Oficjalnym powodem śmierci Stanisława Suchowolca było… zatrucie się tlenkiem węgla, które miało być spowodowane pożarem wywołanym awarią termowentylatora. Prokurator PRL-owski stwierdził, że był to nieszczęśliwy wypadek. Tyle że owego tragicznego dnia w mieszkaniu ks. Suchowolca był widziany krótko ostrzyżony nieznajomy mężczyzna w wieku ok. 40 lat. Rysopis napastnika został dokładnie odtworzony. Mimo to – podobnie jak w wypadku ks. Niedzielaka – do dziś sprawcy mordu pozostają poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości III RP.

Śledztwo w sprawie śmierci ks. Stefana Niedzielaka zostało umorzone w październiku 1990 r. I choć w kolejnym roku wznowiono je (na wniosek mecenasa Jana Olszewskiego), nie dało żadnego rezultatu. Podobnie stało się z dochodzeniem Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie zaginięcia dowodów zbrodni: zostało w 2009 roku umorzone z powodu braku dostatecznych danych uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa.

W 2008 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył ks. Stefana Niedzielaka „za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej” Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Podczas obrad Okrągłego Stołu mecenas Władysław Siła-Nowicki poprosił o uczczenie zamordowanych kapłanów: Stefana Niedzielaka i Stanisława Suchowolca minutą ciszy. Komunistyczna Telewizja Polska nie wyemitowała tego fragmentu.

Morderstwo dokonane na księdzu Stefanie Niedzielaku miało też aktualny wymiar polityczny. W tym samym dniu (20 stycznia 1989 r.) obradowała w Gdańsku Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność”, za kilka dni miało się odbyć spotkanie w Magdalence przygotowujące Okrągły Stół. Opinię publiczną trzeba było zastraszyć.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Niemieckie marzenia znowu groźne

Niemieckie marzenie o Lebensraum doprowadziło do największej katastrofy człowieczeństwa w historii ludzkości (choć może porównywalnej z katastrofą spowodowaną sowieckim marzeniem o „sprawiedliwości społecznej”). W tajnym przemówieniu tuż przed atakiem na Polskę 22 sierpnia 1939 roku niemiecki kanclerz Adolf Hitler mówił – Naszym celem jest fizyczne zniszczenie przeciwnika. Zgodnie z tym, postawiłem w stan gotowości moje oddziały SS-Totenkopf – na razie tylko na wschodzie – z rozkazem uśmiercania bez litości i współczucia mężczyzn, kobiet i dzieci polskiego pochodzenia i języka. Tylko w ten sposób osiągniemy potrzebną nam przestrzeń życiową – Hitler chciał być jak Czyngis-Chan, który „z premedytacją i radością w sercu poprowadził na rzeź miliony kobiet i dzieci”.

A przecież nie było to jedyne takie niemieckie „marzenie”. Jedną z przyczyn I Wojny Światowej było niemieckie „marzenie” o dominacji, a innym, niesłusznie zapomnianym, bo pokazującym, że ludobójstwo Niemcy mieli we krwi na długo przed II Wojną Światową, było niemieckie „marzenie” o niemieckiej Afryce, które w doprowadziło do zagłady ludów Herero i Namaqua w dzisiejszej Namibii w 1906 roku. W wyniku próby realizacji tego „marzenia” śmierć poniosło 100 tysięcy osób.

Generalnie niemieckie „marzenia” to dość niebezpieczna sprawa. Po II Wojnie Światowej Niemcy zrobili sporo, żeby przekonać świat o tym, że już nie „marzą”. Trochę szczerze. A trochę nieszczerze. „Rozmarzeni” narodowo-socjalistyczni towarzysze stali się podwaliną wielu segmentów administracji, mediów, środowisk prawniczych i biznesu „demokratycznych Niemiec”.

Niemcy znowu „marzą”

Najwyraźniej jednak, Niemcy bez „marzeń” długo nie wytrzymują. Najpierw zaczęli „marzyć” o dominacji w Unii Europejskiej, a potem, jakby tego było mało, o „wspólnej z Rosją przestrzeni od Władywostoku po Lizbonę”. Na nic zdały się ostrzeżenia krajów, które dopiero co wyśliznęły się spod ruskiego buta. Kosztem swoich sojuszników z UE, Niemcy konsekwentnie budowały gospodarczy i polityczny sojusz z Rosją i nie przeszkodziły im w tym ani inwazja na Czeczenię, ani później na Gruzję, czy na Ukrainę. W ten sposób wykarmiły kremlowskiego potwora i zapewniły go o tym, że może nie niepokojony przez „pragmatycznych” Europejczyków pod wodzą Niemców, posilić się na ciele Ukrainy.

Tym razem niemiecka mara senna nie jest Niemcem. Jest Rosjaninem, choć, co warto podkreślić, dobrze w Niemczech obytym jako oficer KGB pod przykrywką dyplomaty. Ale czy to zdejmuje odpowiedzialność z Niemców? Niemców, którzy w swoim wiecznym poczuciu bycia mądrzejszym od innych, nie słuchali, kiedy inni usiłowali wytłumaczyć im czym to się może skończyć. Nie słuchali, bo byli głupi? Czy też może raczej ewentualne konsekwencje traktowali jako konieczny koszt realizacji kolejnego „marzenia” o kolejnym niemieckim „Lebensraum”?

Putin wywala gały

Tak czy siak, tym razem „marzenie” rozwiał im najlepszy przyjaciel Putin, który najwyraźniej źle ocenił własne możliwości i zamiast „rachu ciachu” rozprawić się z Ukraina, ugrzązł tam, jak się zdaje, na dłużej. Zamiast szybko znów robić za „szczerego demokratę, z którym można się dogadać” po zarżnięciu kolejnego kraju, od pół roku wywala gały z kremlowskiej wieży najwyraźniej ni cholery nie rozumiejąc, dlaczego dzieje się to co się dzieje. A to jest katastrofa również dla Niemiec, które z Rosją i Putinem wiązały plany niebagatelne.

Scholz ucieka do przodu

W tym samym czasie nowy kanclerz Niemiec Olaf Scholz od pół roku zajmuje się udowadnianiem, że Niemcy nie potrafią wyciągać wniosków. Od pół roku, kłamiąc, manipulując i udając, albo nie udając, głupiego, robi wszystko, żeby niemiecki slogan o „moralnym imperium” doprowadzić do żenującego stadium rozkładu. A nuż trafi się jakiś pretekst do powrotu do interesów z Kremlem?

Tymczasem pozycja Niemiec dawno nie była tak słaba. A mowa tu nie tylko o prokurowanej przez Scholza katastrofie wizerunkowej. Niemiecki historyk gospodarki Wolfgang Streeck otwarcie mówi o „końcu ery dominacji Niemiec”, która ma wynikać z końca pewnego okresu globalizacji, który służył rozwojowi modelu gospodarczego Berlina opartego na eksporcie i powszechnej ruiny zaufania do Niemców, szczególnie w Europie.

W sytuacji, w której powinien schować się w mysią dziurę i zająć się przełykaniem gorzkiego wstydu w imieniu swoim, oraz swoich poprzedników, Olaf Scholz usiłuje „uciec do przodu” mówiąc, że „Niemcy są gotowe do przejęcia odpowiedzialności za Europę”, że chciałby likwidacji jednomyślności w procesie decyzyjnym UE (czytaj – my duże Niemcy mamy o Europie decydować, a nie jakieś „partykularyzmy” maluchów) i że, uwaga, uwaga „marzy o większej Europie”.

Czerwona lampka

Otóż Panie Scholz, różnorakie formy waszego „przywództwa” już przerabialiśmy. Nie kończyły się niczym dobrym. Więc Wasze „przywództwo”, jak również Wasza „odpowiedzialność” nie są nam do niczego potrzebne. Przestańcie pouczać wszystkich dookoła, przestańcie usiłować naginać wszystkich do swojej woli i podziękujcie Opatrzności, że w ogóle chcemy jeszcze z Wami rozmawiać. Wtedy być może uda Wam się ułożyć stosunki z innymi krajami europejskimi ku wzajemnej korzyści.

Bo widzi Pan, Panie Scholz, systemy współpracy atlantyckiej i europejskiej, powstały nie tylko po to by jednoczyć Zachód i Europę, ale również po to by strzec Was, Niemców przed tym żebyście się znowu nie „rozmarzyli”. Wprawdzie po latach strażnicy zaspali i znowu udało Wam się doprowadzić do katastrofy, ale w zasadzie należałoby sankcjami obłożyć nie tylko Rosję, a również odpowiedzialne za jej wykarmienie i wciąż przyjmujące ambiwalentną postawę Niemcy.

Dlatego Panie Scholz, proszę przyjąć do wiadomości, że to nie Niemcy powinny decydować o kształcie Europy. To Europa, po doświadczeniach historycznych i obecnych, powinna decydować o kształcie Niemiec.