O niebezpiecznych zjawiskach w energetyce pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ta rura

Kto dziurawi rurę? Oto jest pytanie. Oczywiście chodzi o makro szantażystkę wobec Zachodu: Nord Stream I i II. Zadufani w sobie mądrale cieszyli się, że kupują od Rosji tanio gaz. Do czasu. Już się nie cieszą. Teraz trzęsą się ze strachu, a wkrótce z zimna, bo Putin może zakręcić kurek. I szlus!

Putin (wiadomo kto to) – Kowalczuk (mózg, centrum badań systemowych) – Patruszew (Federalna Służba Bezpieczeństwa) – Bornikow (GRU) – Zołotow (policja, bezpieczeństwo) – Prigożin (łagry, więzienia). No i oczywiście wojsko: Szojgu, Gierasimow, Serdiukow (Krym to było jego dzieło). Oto władcy, decydenci i.… no, zobaczymy jak to się skończy.

Na razie „rura” jest w centrum uwagi. Walnęło koło Bornholmu. I „jedynka” (1222km) i „dwójka” (trochę więcej) mają małe dziurki i puszczają gaz, zresztą bardzo zasiarczony (kwaśny – jak mówią fachowcy), tak jest jak z ropą. Ruskie rzeczywiście dużo tego mają i ciągną gdzieś tam od granic Kazachstanu (pierwsze kontrakty niemiecki Rur-Gaz podpisał jeszcze za Breżniewa w latach 70. XX wieku).

Trzeba wiedzieć, że rury Nord Streamu mają średnicę od 1220mm i mniej, a grubość ścianki od 22,5mm nawet do tylko 15mm – w zależności od odległości, gdzie wchodzą przy ruskim brzegu do wody. Piszę to wszystko, bo dzięki tym liczbom można zrozumieć co się stało, jakie to „wybuchy”.

Te rury – produkcja i zyski – to niemiecki Krupp. Potentat i monopolista. Ten sam, który Hitlerowi…, ale o tym innym razem. Tak czy owak rury Kruppa to poza rurociągami na dnie Bałtyku potężne linie przemysłowe i urządzenia umożliwiające rozprowadzenie gazu na ziemi niemieckiej i na zachodnią Europę. To już firma Rur-Gaz. Wszystko to jest powiązane z Gazpromem, czyli Rosją.

Kto więc mógł zrobić „dziurki” w rurze? No, ciekawe. Te „dziurki” są malutkie, ale wypuszczają gaz do wody i zatruwają ją bardzo szybko. Chyba zakręcili kurki. Gaz bowiem wchodzi w reakcje z wodą. I to grozi nie tylko Bornholmowi a i Danii.

Jak te „dziurki” w rurze powstały? Otóż od wewnątrz. W rurach przepływają tzw. „prosiaki” kontrolne – urządzenia, które badają na bieżąco stan instalacji. Wystarczy do takiego pakunku płynącego z ustaloną prędkością, więc i łatwego do zlokalizowania, dołączyć „coś”! To może być „coś” wybuchowego lub żrącego. Rurę „przetrawi” błyskawicznie. Kontrola „prosiaka” doskonale wie, gdzie aktualnie on się znajduje. A więc rejon Bornholmu został celowo wybrany. Dodam, że rury przez Bałtyk przechodzą na głębokościach do 200m.

To byłaby lekcja o rurach. Nie takie one straszne. Inżynierowie podpowiedzą. Byleby nieroby polityczne, zadufane i martwiące się tylko o własne kariery chciały słuchać. A fachowców mamy. Jednego nawet – znakomitego (Pana Piotra oczywiście) zwolniono z pracy.

A tak przy okazji pytanie zasadnicze: kiedy doczekamy się bilansu energetycznego z prawdziwego zdarzenia. Obejmującego „całokształt”. Bo to ciągle czarna magia i oszukiwanie jednych przez drugich.

***

Dziennikarzom piszącym o gospodarce polecam artykuły red. Teresy Wójcik (z „Tygodnika Solidarność” i portalu „Biznes Alert”). Przeczytajcie (nr. 37 z 13 września 2022) prawdę o „wiatrakach”. „Tygodnik Solidarność” muszę i chcę pochwalić już drugi raz w krótkim czasie. To teraz periodyk obowiązkowy w sprawach energetyki – węgla, gazu.

 

 

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (3)

(Ciąg dalszy, odc. 3. – ostatni)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

(Przypominamy dane  z odc. 1 i 2 – analiza i komentarz w drugiej części tekstu)

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Musimy liczyć na obcych

Zauważmy, że na naszych budowych, w ostatnich klilku latach, pracowało bardzo wielu Ukraińców. Z wybuchem wojny wyjechali, bronić swej ojczyzny. Ten ubytek rąk do pracy odbił się istotnie na naszym budownictwie.

Zdaje mi się, że musimy liczyć na obcych. Głównie na Słowian, zza naszej granicy, nie tylko wschodniej. Młodzi Polacy wolą pracować w supermarketach niż na budowach, bo praca na budowie jest fizyczna i ciężka, kapie na głowę, praży slońce lub doskwiera mróz.

Ci, na których możemy liczyć, nie muszą emigrować do nas na zawsze. Mogą być tu czasowo, tak jak setki tysięcy Polaków dorabiało dorywczo u Niemców. Ale – być może – trzeba będzie się pogodzić z napływem ludzi z Azji? Brytyjczycy jakoś nie narzekają na swą wielokuturowość. A zresztą, przez wieki Polska była wielokulturowa i wielojęzyczna. I nie to przyczyniło się do rozbiorów.

Nie wiem czy świat zmienia się na lepsze. Wiem jednak, że gorsze już było – na przykład emigracja za chlebem, z czego mamy śliczną piosenkę „Góralu czy ci nie żal…” pióra Michała Bałuckiego, krakowskiego komediopisarza, ale jakiś nieuk – który nie wyjechał – napisał w Internecie, że jest to piosenka ludowa.

Emigracja ma u nas dwie tradycje. Pierwsza, romantyczna – to emigracja po Powstaniu Listopadowym. Druga to XIX-wieczna emigracja za chlebem. Pierwsza emigracja to opuszczenie kraju przez największych naszych poetów, przez elity intelektualne i techniczne. Ale też mamy drugą emigrację, ekonomczną. W XIX wieku wieś polska, a i miasta, były niesamowicie przeludnione. Spłachetki ziemi nie były w stanie wyżywić roznącej liczy ludności, a przemysł był słaby.

Równie tragiczną, co Wielka Emigracja 1831 roku, była emigracja po drugiej Wojnie Światowej, gdy wielu wspaniałych żołnierzy, inżynierów, intelektualistów pozostało w Anglii lub wyjechało do USA czy Australii. To są bolesne karty narodu. Nie wrócili z przyczyn politycznych, bo słusznie obawiali się o własne życie. A komuna robiła wszystko, by nie wracali, obawiając się ludzi, którzy z pewnością nie zaakceptowaliby nowego porządku. Może nawet nie wolno mówić o emigracji, raczej o wypędzeniu.

Z miasta do wsi

Ten kierunek już nie jest aktualny. Dzisiaj sytuacja zmieniła się. Bogatsi rodacy uciekają do podmiejskich gmin. I nie tylko, bo ten trend widać we wszystkich dużych miastach kraju. 40,2 procent Polaków mieszka na wsi. Czyżby rolnictwo potrzebowało znowu aż tylu rąk do pracy? Czyżby dopadła je jakaś zapaść techniczna i traktor oraz kombajny stanęły w miejscu? Nie, ale życie codzienne w większości miast jest uciążliwe: hałas, smog, życie na malych powierzchniach mieszkalny spowodowały, że kogo na to stać osiada w odległości 10-30 km od centrum miast. Dochodzi do tego jeszcze jeden bodziec – życie na wsi jest tańsze. Owszem, trzeba dojeżdżać do pracy, ale mieszkający na Ursynowie, a pracujący na Pradze też muszą dojeżdżać.

Tak więc coraz więcej nierolników mieszka na wsi. W sumie jest to przykre dla władz miast, bo to okoliczne gminy dostają subwencje z PIT.

Na przykład Łódź

Głównym powodem migracji z niektórych miast jest poszukiwanie pracy. Pracy zgodnej z wykształceniem i aspiracjami. Czy jednak w takiej Łodzi, która spadła w ciągu ostatnich dziesięciu lat z drugiego na czwarte miejsce rankingu dużych miast polskich, nie oferuje się miejsc pracy? Owszem, ale jest to najcżęściej płaca niskopłatna.

Lódź powstała jako ośrodek przemysłu włókienniczego, a rozwinęła się dzięki eksportowi wełny i bawełny do Rosji. I była właściwie miastem monoklultrury przemysłowej – tekstylnej. Załamanie teej gałęzi gospodarki przyszło w czasie I wojny światowej, potem była Rosja Radziecka, i nie kupowała naszych tkanin, a wkrótce wybuchła II wojna światowa.

Można powiedzieć, że od 1914 roku Łódź była w nieustającym kryzysie. Okres powojenny był dla miasta dobry, znowu Łódź eksportowała na Wschód. Jednakże z roku na rok na rynkach światowych notowano spadek rentowności przemysłu włókienniczego. Ale jakoś jeszcze Łódź przędła… Potem jednak, nastapił prawdziwy koniec koniunktury miasta, bo nastał Balcerowicz, który zlikwidował Łódź. Jak to zrobił? Zabraniając udzielania łódzkim fabrykom choćby najmniejszych kredytów obrotowych.

Dzisiaj Łódź jest miastem stagnacji i powoli przemienia się w znane z XIX wieku miasteczka administracji i nauki. Dzisiaj największym pracodawcą w mieście jest Politechnika Łódzka. Młodzi, poszukując atrakcyjnej pracy i szans na rozwój wyjeżdżają. W mieście widać głównie emerytów.

Łódź spotkał los podobny do popegeerowskich wsi. I tak jak im, kolejne rządy coś tam obiecują i niczego nie dają. Od trzydziestu lat nie ma w Łodzi żadnych poważnych inwestycji zagranicznych i krajowych, chociaż wszyscy rządzący powatarzali, że są… A to władze centralne decydują o strategii i lokalizacji rozwoju. Za Tuska Zachód inwestował w Gdańsku, teraz Dolny Śląsk jest w oczkiem głowie obecnego premiera. Nawet za łodzianina lewicowego premiera Marka Belki Łódź nic nie zyskała. A rządy mają przemożne siły w lokowaniu zagranicznych inwestycji, bo to rządy decydują o ulgach podatkowych dla inwestorów.

Ostatnimi dniami ogłoszono, że powstanie w Łodzi nowa montownia sprzętu AGD. Bardzo to ładnie, ale zapytam – a jakie są przy tym montażu płace robotników, techników i administracji przedsiębiorstwa?

To dobrze, że pod Łodzią powstają nowe drogi i autostrady. Są tacy, którzy cieszą się, że – na przykład – pod Łodzią właśnie, gdzie znajduje się skrzyżowanie najważniejszych autostrad,  powstają centra logistyczne, magazyny, sortowanie i ekspedycja towarów. Tyle tylko, że praca w tych centrach jest niskopłatna. Przed wubuchem wojny na Ukrainie praciowali tam głównie Ukraińcy.

Kolejne rządy uszczęśliwiają Łódź najniżej płatnymi inwestycjami. Bóg zapłać za taką pomoc. Bo człowiek nie znajduje już słów uznania.

***

Patrzmy na świat otwartymi oczyma i uczmy się mechanizmów świata. Zrozummy trendy, które w bogatym świecie panują. Inaczej zostaniemy w biednym, choć uroczym skansenie.

I wykorzystajmy wiedzę ze Spisu Powszechnego w 2021 roku.

 

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (2)

(Ciąg dalszy, odc. 2.)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

(Przypominamy dane  z odc. 1 – analiza i komentarz w drugiej części tekstu)

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Nasze lepsze wykształcenie

Jeżeli przypatrzymy się wykształceniu Polaków, to – niestety – zauważymy, że w światowym rankingu wyższych uczelni polskie szkoły wyższe zajmują bardzo dalekie miejsca. Dzisiaj, w większości z nich właściwie kształcimy nauczycieli i średni personel techniczny.

Na liście 500 najlepszych uczelni wyższych świata jedynie dwa polskie uniwersytety – Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński, które i znalazły się w przedziale pomiędzy 301. a 400. miejscem (w zestawieniu nie są podawane dokładne pozycje w takich zakresach). W tym przedziale miejsc utrzymują się od początku istnienia rankingu, tylko w 2003 r. UJ znalazł się niżej – w 5. setce. Na 100 możliwych do zdobycia punktów Uniwersytet Jagielloński dostał w tym roku 10,8, Warszawski – 16,3. Nasze uczelnie sąsiadują w szanghajskim zestawieniu z takimi szkołami jak Uniwersytet w Kansas, Politechnika w Montanie (USA) czy Uniwersytet w Bath (Wielka Brytania). Polskie uczelnie najsłabiej wypadają pod względem finansów, m.in. w wysokości budżetu na jednego studenta.

Na Zachodzie wielkie koncerny inwestują w rozwój, poprzez swoje fundacje lub zlecając badania najlepszym uczelniom technicznym. W Polsce nie ma takich organizmów gospodarczych jak amerykańskie, niemieckie, francuskie i angielskie, które inwestują w postęp. Dlatego nasze kolejne rządy muszą znaleźć prawdziwie duże pieniądze na stworzenie i ciągłe finansowanie ośrodków badawczych. Pomysł nie jest nowy, bo już książę Franciszek Ksawery Drucki Lubecki, minister skarbu Królestwa Polskiego w latach 1821–1830, stwierdził, że skoro królestwu potrzebny jest przemysł, i skoro nie ma prywatnych po temu kapitałów prywatnych, to musi zainwestować państwo. I państwo zainwestowało, między innymi, w produkcję materiałów bawełnianych i wełnianych w dzisiejszym okręgu łódzkim oraz w „przemysł żelazny” w Warszawie, okręgu śląsko-dąbrowskim i na kielecczyźnie.

Bez państwowych inwestycji w naukę i techniką będziemy stali w miejscu, co, w tym przypadku, oznacza cofanie. Trzeba też znaleźć środki na wdrażanie nowych technologii, bo te nowości, które nawet powstają u nas, nie są kierowane do produkcji, bo naszych przedsiębiorstw na to nie stać. Czym innym przecież jest produkcja jednostkowa, laboratoryjna, a czym innym masowa. Na tę drugą trzeba dużych środków. To przez brak wsparcia państwa upadła idea produkcji grafenu, który stworzyli naukowcy z Politechniki Łódzkiej.  A takich przypadków było znacznie więcej.

Wsparcie technologicznego przejścia od wynalazku do masowej produkcji jest najsłabszą stroną naszej gospodarki. O ten brak wsparcia potykają się nasi konstruktorzy i wynalazcy. Podobnie jest z rolnictwem, które bez wsparcia państwa nie podejmie się wprowadzenia nowych upraw, lepszych odmian owoców i warzyw. A te nowe są, ale jedynie w naszych ośrodkach badawczych. Natomiast rolnik nie ma pieniędzy, na wymianę drzew owocowych, bo przez kilka lat musiałby zmniejszyć masę towarową. I na nic nie zda się zachwycanie się – na przykład tym – że Polska jest gigantem w produkcji jabłek, bo nasze jabłka sprzedajemy tanio, głównie na sok, z czego sadownik ma minimalny zysk.

Jeżeli nie zainwestujemy w nowoczesność – jako państwo – nie spodziewajmy się niczego dobrego.

Dlaczego jest nas mniej?

Rząd walczy o zwiększenie dzietności przy pomocy 500+ na każde dziecko. Obawiam się jednak, że da to niewiele. Owszem dla wielu biedniejszych rodzin taka pomoc finansowa jest bardzo potrzebna, ale czy skłoni dobrze zarabiające rodziny do posiadania drugiego i trzeciego dziecka? Raczej nie.

Trzeba zauważyć, że jeszcze w XIX wieku na wsi potrzeba było rąk do pracy na roli a dzieci były w chłopskich rodzinach „inwestycją w gospodarstwo”. Tyle tylko, że gdy dzieci dorastały trzeba było gospodarkę dzielić. Już przed wojną zakazano dzielenia małych gospodarstw na jeszcze mniejsze. Głód ziemi występował w przedwojennej Polsce głównie w dawnym zaborze austriackim i rosyjskim. Prusy, potem Niemcy, zakazały dużo wcześniej rodzinnego dzielenia ziemi chłopskiej, wprowadzając ograniczenia co do minimalnego areału w gospodarstwach chłopskich.

Dzisiaj nawet na wsiach coraz więcej jest rodzin, w których jest dwoje dzieci. W miastach natomiast pracujące kobiety po prostu nie mają zdrowia na wychowywanie większej gromadki potomstwa. Nadto, wiele kobiet chce się realizować w pracy. I co? Zakażemy im pracować albo wprowadzimy nakaz posiadania trójki potomstwa?

W XIX wieku burzliwy rozwój przemysłu zmiótł z powierzchni tradycyjną rodzinę, w której kobiety nie pracowały. Może jedynie na Górnym Śląsku zachował się model wielodzietnej rodziny, w której matki nie pracowały.

Dzisiaj emancypacja, równouprawnienie kobiet i ich wyzwolenie z tradycyjnej roli Westalki Domowego Ogniska spowodowały, że nie ma już powrotu „pasty do tuby”. Kobiety nie wrócą do jedynej, tradycyjnej i staropolskiej roli – matek i żon. Zresztą – o czym pouczają nas źródła historyczne – także w staropolskiej rodzinie nie brakowało kobiet, które prowadziły gospodarstwa i różne poważne interesy.

Emigracje polskie

Wielkim problemem demograficznym i ekonomicznym Polski po 1989 roku jest emigracja. Według różnych szacunków w ciągu tych ponad 30 lat wyemigrowało z kraju około 5 milionów Polaków. Mówimy o szacunkach, bo nawet Spis Powszechny liczy, tych od lat przebywających poza krajem jako obywateli Polski. Tym samym, realnie biorąc, może nas być o wiele mniej niż podaje spis. Przyjęto bowiem zasadę, że nikogo nie można pozbawiać obywatelstwa, choćby – na przykład – od 20 lat przebywał zagranicą.

Ta najświeższa emigracja jest niezwykle bolesna, bo wyjechali ludzie młodzi, wykształceni, dynamiczni i życiowo zaradni. Dlaczego wyjechali i nadal wyjeżdżają? Tam ojczyzna, gdzie chleb – to okrutne powiedzenie towarzyszyło polskim emigrantom już w XIX wieku. Gorzka to prawda, ale prawda.

Jest też i tak, że bogate kraje „wysysają” z uboższych państw ludzi wykształconych. Zwróćmy uwagę, że przed dwoma laty Niemcy postanowiły „otworzyć się” na emigrantów ukraińskich. Stawiano jednak warunki: pożądane przez Niemcy zawody, dobre wykształcenie i znajomość języka niemieckiego.

Narzędziem do „porywania ludzi” są też zachodnie fundacje naukowe, które zapraszają zdolnych młodych doktorantów do siebie, do prowadzenia badań naukowych. I wtedy istnieje dla Zachodu  szansa, że już bez specjalnych namów i podchodów, spora część młodych naukowców zostanie u nich na zawsze.

Co Polska może zrobić w tej sytuacji? Kiedy nasz poziom rozwoju technologicznego i ekonomicznego da szanse młodym i ambitnym na pozostanie w kraju? Nie wiem. Nadzieje są, ale niewielkie, bo przecież Zachód  nie powstrzyma, choćby na jedno dziesięciolecie, swego rozwoju, by dać Polsce szanse. Może być jednak i tak, że inwestycje Zachodu w Polsce obejmą także najwyższe, najnowocześniejsze technologie, że stworzą – lub Polska sama stworzy – centra badawcze, które będą atrakcyjne dla młodych Polaków, a Polsce dadzą szansę na dalszy rozwój.

Nie bądźmy jednak za szybcy w osądzaniu tych, którzy wyjeżdżają. Pamiętajmy, że była już w Polsce emigracja ludzi wykształconych, którzy szukali nowych wyzwań w bogatych krajach. Zastanawiałem się kiedyś, kim byłaby Maria Skłodowska, gdyby nie wyjechała do Paryża? Może byłaby dobrą nauczycielką, ale też mogła zostać zgorzkniałą osobą, której nie udało się zrealizować wielkich wyzwań?

Emigrujący wykształceni naukowcy są poważnym problemem jakościowym, ale mamy przecież znacznie większą masę emigrantów, którzy jadą do prostych prac. Ich też Zachód przygarnia z otwartymi ramionami.

Przeważająca liczba naszych emigrujących to ludzie młodzi, wyjechali z rodzinami, lub też stworzą na Zachodzie rodziny. Mają lub będą mieli dzieci. To także jest spory problem, bo te dzieci nie będą już Polakami. I tak jak rodzice będą pracowali na pomyślność nowych ojczyzn.

Czasami jacyś dziennikarze wzruszają się polską emigracją. Pokazują, że ci, którzy wyjechali z Polski ciągle pielęgnują język, tradycję, religię. Dobrze. Ale – pomijając łatwe wzruszenia – to oni jednak już nie są z nami.

(Więcej w odc. 3. – ostatnim)

MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA: Putin słabnie!

Zgadzam się z główną tezą artykułu Cezarego Krysztopa „Putin zmobilizował Rosjan?”, o przedwczesnym biciu w dzwony z powodu ogłoszonej mobilizacji u naszego wschodniego sąsiada. Uważam jednocześnie, że ogłaszanie sukcesu jest mocno przesadzone.

Analitycy pukają się w czoło, po kiego grzyba Wielki Brat okazuje słabość na oczach całego świata. Ogłaszanie powszechnej  mobilizacji nie jest oznaką siły, a wyłącznie słabości. Młodzi Rosjanie nie chcą umierać za Putina. Cenniejsze jest im życie, może biedne, ale swojskie.

Surowce ponad moralność

Władimir Putin pręży muskuły z jednego powodu. Surowców. Monopolu praktycznie na eksport gazu i ropy naftowej w naszej części Europy. Stąd postawa strusia takich krajów jak Francja czy Niemcy. Nie rozumiem też władz Polski, dlaczego milczą w sprawie udzielenia gościny młodym dezerterom. Tak pięknie zachowaliśmy się jeśli chodzi o uciekających spod rosyjskich bomb Ukraińców. Według różnych szacunków, w Polsce drugi dom znalazło od 2,5 do 3 mln Ukraińców. Rosjanie różnią się od Ukraińców tylko przywódcą: gigantomaniak kontra bohater. Ministrem obrony narodowej Siergiejem Szojgu, który za nic ma ludzkie życie. Pojawia się w przestrzeni publicznej, po czym nagle na kilka tygodni znika. Nie bierze udziału w obowiązkowych, stałych protokołach wojskowych. Podobnie, raz po raz, zapada się pod ziemie szef sztabu generalnego rosyjskiej armii Walerij Gierasimow. Z kolei prawa ręka Putina szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow mówi prawdę wtedy, jak się pomyli.

Świat opanowała rusofobia

Ostatnio, na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych przybył półtorej godziny spóźniony – w swoim przemówieniu oskarżył cały świat o rusofobię, Ukraińców nazwał nazistami. Wytknął Zachodowi fakt „pompowania w Ukrainę broni, a oskarżenia o zbrodnie wojenne wysuwane wobec Rosji nazwał czystą propagandą”. Dodał też, że Zachód dostarczając Ukrainie broni i szkoląc jej żołnierzy stał się stroną konfliktu. Minister spraw zagranicznych Ukrainy,  Dmytro Kułeba skomentował krótko, nawiązując do wydarzeń na froncie w swoim kraju: „rosyjscy dyplomaci uciekają równie szybko jak rosyjscy żołnierze”. Następnie w swoim emocjonującym wystąpieniu zapewnił, że „Rosja nigdy nie będzie w stanie zabić wszystkich Ukraińców„. Pokazał przy tym niebiesko-żółtą opaskę podobną do tej, którą znaleziono na nadgarstku zwłok zabitego ukraińskiego żołnierza w jednym z odkrytych masowych grobów w Iziumie. Dodał też, że gdy po rosyjskiej agresji tysiące Ukraińców wróciło z zagranicy, by bronić kraju, teraz tysiące Rosjan ucieka przed ogłoszoną przez Putina mobilizacją.

Utrzymać międzynarodowy porządek

W Nowym Jorku, jak można się było spodziewać, padło wiele przykrych słów, których zapewne nie w smak było słuchać Siergiejowi Ławrowowi. Dlatego, po wygłoszeniu swojego spiczu, opuścił zgromadzenie. Jak baletnica, która odtańczyła swój taniec i zniknęła za kotarą. Sekretarz stanu USA Antony Blinken mówił, że doniesienia z Ukrainy świadczą o systematycznym popełnianiu zbrodni przez Rosjan. I dodał: „Cały porządek międzynarodowy, który jesteśmy zobowiązani podtrzymywać, jest rozdzierany na naszych oczach. Nie możemy i nie pozwolimy na to, by pogwałcenie suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy uszło prezydentowi Putinowi na sucho„.

Równie przejmujące przemówienie na 77. Sesji plenarnej Zgromadzenia ONZ wygłosiła głowa naszego kraju Andrzej Duda. Podniósł Ukraińców na duchu, zapewniając, że ostatecznie wojnę wywołaną rosyjskimi bombami – „Ukraina zwycięży”. Z pomocą przyjaciół. Zarzucił Rosji wywołanie wojny z powodu „sentymentów imperialnych” oraz „kolonialnej, nacjonalistycznej pychy”. Prezydent RP podkreślił, że właściwie Rosja już przegrała, bo „agresor (…) nie zdołał ujarzmić wolnego narodu (..) nie rozproszył ukraińskiej armii”.

Ważna wolność przekazu

Wojna na Ukrainie dowodzi, jak ważne są media. Zwłaszcza niezależne. Wolność słowa.

Choćby niedawno dowiedzieliśmy się z niezależnego portalu Ukraińska Prawda, który powołuje się na przewodniczącą fundacji opiekującej się pułkiem Azow, że uwolnieni z rosyjskiej niewoli ukraińscy wojskowi są w szokująco złym stanie. Niemal wszyscy z 215 uwolnionych jeńców cierpią z powodu niedożywienia. Świat obiegły zdjęcia młodych mężczyzn, żywych szkieletów.

Niezależny publicysta i politolog Andrij Piontkowski, na którego nagranie powołuje się agencja Unian podał, że Władimir Putin – doprowadzając do drastycznych sankcji gospodarczych bijących po kieszeni oligarchów, zaczął im „zawadzać”. Żeby wyjść z twarzą, Kreml planuje ogłosić chorobę prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina.

Rosyjskie kierownictwo dyskutuje o tymczasowym przekazaniu uprawnień prezydenta Federacji Rosyjskiej organowi kolektywnemu – Radzie Bezpieczeństwa. Inicjatorem tego pomysłu ma być Jurij Walentowicz Kowalczuk, jeden z najbliższych współpracowników Putina, człowiek, który miał doradzać prezydentowi Rosji rozpoczęcie „operacji specjalnej„.

Teraz, zdaniem Piontkowskiego, Jurij Walentowicz Kowalczuk miał zrozumieć, że Rosja przegra. Uznał, że najważniejsze jest w tej sytuacji zachowanie wpływów grupy rządzącej. Zajęcie Ukrainy schodzi na dalszy plan. Do tego niezbędne jest jednak odsunięcie od władzy Putina. Wtedy „poszerzy się pole manewru polityki zagranicznej, bo otrzymają większe szanse na miękką wersję kapitulacji”.

Przynajmniej dziengi na czas

Wierzę, że te słowa i obrazy docierają również do rosyjskich rodzin, matek i ojców młodych rekrutów, adresatów akcji mobilizacyjnej.

Mieszkający od 3 lat w Polsce Siergiej, z pochodzenia  Mołdawianin, zanim trafił nad Wisłę, „za chlebem” pojechał do Moskwy. Spędził tam siedem lat. Ma tam swoich znajomych i przyjaciół. Od ich rodzin dowiedział się, że kilku kolegów zginęło na tej nierównej wojnie wywołanej przez Władimira Putina. Przełącza kanał, kiedy na ekranie pojawiają się obrazy z wojny. Nie jest w stanie psychicznie tego znieść. Ale zdążył też w Polsce doznać krzywdy od pracodawców ukraińskiego pochodzenia. Ci ostatni zdążyli pozakładać własne firmy, zwykle jako podwykonawcy budowlani. Siergiej u nich pracował, i mówi, że słyszy każdego dnia, że dziengi za rabotu budziet utra, utra i utra. Z Polakami, Białorusinami i Rosjanami ma podobne doświadczenie. Jego żona, Ludmila, dziennikarka z zawodu, utrzymuje się z pracy w młynie. Praca ciężka, ale przynajmniej dziengi płacą na czas. W zawodzie próbowała sił. Przeszkodą okazała się bariera językowa. Wierzy, że za rok na tyle podszlifuje polski, że będzie się utrzymywać z pracy korespondenta z Polskich mediów w Mołdawii. A może nawet i mediów rosyjskich. Jeszcze zobaczy. Zna oba języki.

Oboje nie zamierzają wracać do ojczyzny. Tam bieda aż piszczy. Średnia pensja nie przekracza – w przeliczaniu – 400  PLN. Zszokowało ich ostatnio  nagranie na Twitterze. Widać bójkę między rezerwistami i służbami.  Konkretnie, poborowi ze wsi Bolszercze z obwodu omskiego nie chcieli jechać na front, więc funkcjonariusze siłą wepchnęli ich do podstawionego autobusu szkolnego. Między mężczyznami wywiązała się bójka. Ostatecznie brutalnie wepchnięto ich do auta, który wywiezie ich na Ukrainę. Wyjeżdżających żegnali zrozpaczeni bliscy. Bliscy Sergieja i Ludmily wkrótce mają do nich dołączyć. Swoją przyszłość wiążą z  Polską. Oby im się udało.

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (1)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Wnioski w związku z liczbą mieszkańców

Z powyższych danych wynikają cztery istotne informacje:

Po pierwsze – spadek liczby mieszkańców Polski jest nieznaczny.

Pod drugie – trwa migracja z biedniejszych regionów do regionów bogatszych.

Po trzecie – bogatsze regiony to te, które oferują lepszą pracę.

Po czwarte – bogatsze regiony są historycznie rozwinięte, mają nowocześniejszy przemysł i wysoko rozwinięte usługi, w tym dobre uczelnie wyższe. Są to także regiony, w które po 1989 roku kolejne rządy sporo inwestowały, starając się właśnie tam ulokować zagraniczne inwestycje.

Mity rodem ze średniowiecza

Jest starym, jeszcze średniowiecznym przekonaniem, że silnymi państwami są te, które mają większą liczbę ludzi, duże zasoby surowców naturalnych i rozwinięte rolnictwo. Jest to pogląd właściwie atawistyczny, bo współczesność zaprzecza takiemu myśleniu. Dzisiaj najpotężniejsze państwa to te, które inwestują w naukę w ośrodki badań technicznych, skutkiem czego ich potencjał gospodarczy i militarny jest przeważający. Takimi państwami są kraje Beneluksu oraz Izrael. Są to przecież państwa niewielkie – w skali świata – ale bardzo wysoko rozwinięte, gdy chodzi o technologie oraz wykształcenie mieszkańców. Dlatego dzisiejszy świat należy do tych, którzy tworzą i posługują się najnowszymi technologiami, mając po temu wykształconych dobrze obywateli.

Jak wygląda w rzeczywistości państwo oparte na surowcach naturalnych i masach ludzi – widzimy właśnie na przykładzie Rosji w Ukrainie. Tam bowiem Rosja doznaje porażki nie będąc w stanie przeciwstawić się skutecznie najnowszej broni z Zachodu.

Polskie drogi rozwoju

Polska musi zatem postawić na nowoczesność. Jesli zaś chodzi o wojnę, o potencjał militarny państw, to w dzisiejszych czasach chmara ludzi uzbrojonych w kałasznikowy niczego nie osiągnie na polu bitwy.

Nie będzie też miało sukcesów społecznych państwo, które jedynie otwiera szeroko drzwi, zapraszając zachodnie firmy do produkowania u siebie. Owszem są z takiego stanu rzeczy zyski na krótki czas, ale rozwoju nie ma. Prawdziwe, znaczące zyski z pracy Polaków u siebie, ale w obcych fabrykach, osiągaja zagraniczni właściciele tych fabryk. Mało tego, światowe koncerny nie budują u nas fabryk, bo jesteśmy ładni i mili. Robią to z rozmysłu ekonomicznego, bo ciągle jeszcze oferujemy tańszą siłę roboczą, niż w ich macierzystych krajach.

(Więcej już wkrótce w odc.2.)

Znamy wyniki „referendów” na Ukrainie – pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wybory po bolszewicku

Na „wyzwolonych” przez orków Putina ziemiach ukraińskich odbyły się „referenda”. Wyniki są znane od dawna. Większość mieszkańców opowie się za wcieleniem do Federacji Rosyjskiej. Do podobnych masowych fałszerstw doszło na okupowanych ziemiach polskich trzy razy: 22 października 1939 r., 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego).

22 października 1939 r. agresor sowiecki nazwał kłamstwa nad urną „wyborami do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Te pseudo-wybory zostały oczywiście poprzedzone propagandą, której pierwszym aktem była nota dyplomatyczna, jaką 17 września 1939 r. o świcie otrzymał polski ambasador w Moskwie Wacław Grzybowski: „Wojna polsko – niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. […] Warszawa jako stolica Polski, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie przejawia oznak życia. […] Tym samym utraciły ważność umowy, zawarte pomiędzy ZSRS a Polską […] Wobec powyższych okoliczności Rząd Sowiecki polecił Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej, aby nakazało wojskom przekroczyć granicę i wziąć pod opiekę życie i mienie ludności Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy.” Ani jedno zdanie nie było tu prawdziwe.

Państwo polskie nie zbankrutowało. Warszawa biła się jeszcze 11 dni: skapitulowała 28 września 1939 r. Legalny, bo działający na podstawie konstytucji kwietniowej rząd RP, po przeniesieniu do Francji, a potem Wielkiej Brytanii, będzie istniał do grudnia 1990 r. A Armia Czerwona nie przekroczyła granicy, tylko brutalnie, bez wypowiedzenia wojny, nas zaatakowała mordując wszędzie branych do niewoli jeńców wojennych (jak później w Katyniu), oraz nikogo i niczego nie wzięła pod opiekę, ale zaczęła totalnie zabijać, łupić i niszczyć.

Jednak to ludobójstwo i barbarzyństwo trzeba było – wzorem moskiewskim – zalegalizować. Temu służyły wspomniane „wybory do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Miały się odbyć jeszcze „wybory do Polskiego Zgromadzenia Ludowego”, ale w wyniku „traktatu o granicy i przyjaźni” z 28 września 1939 r.  – de facto II paktu Ribbentrop-Mołotow – tereny Lubelszczyzny i wschodniego Mazowsza przypadły III Rzeszy niemieckiej, w zamian za m.in. Wileńszczyznę dla ZSRS.

Decyzję o przeprowadzeniu tych „wyborów” podjęło 1 października 1939 r. Biuro Polityczne KC WKP(b) – to samo najwyższe gremium sowieckie, które decydowało wcześniej o ludobójstwie w ramach „operacji polskiej NKWD”, a później o ludobójstwie katyńskim. Od początku szalał terror i propaganda. 22 października, dodatkowo, po miastach poruszały się specjalne grupy agitacyjne: piesze lub samochodowe, namawiające do głosowania na kandydatów „demokratycznych”. W lokalach wyborczych mieszkańców zachęcano kupnem niedostępnych na ogół towarów, lub napiciem się alkoholu. Opornych doprowadzano siłą.

Jakie były wyniki? Na „zachodniej Ukrainie” frekwencja wyniosła 92,83 procent, z czego ponad 90 procent „głosowało” na „demokratów”. Na „zachodniej Białorusi” było to odpowiednio: 96,7 i także ponad 90 procent.

Ale to tylko pierwszy etap „wyborów”. Kolejnym było opowiedzenie się „wybranych” w ten sposób gremiów za przyłączeniem do ZSRS. Rada Najwyższa Związku Sowieckiego oczywiście przychyliła się do owych „próśb”, co skutkowało formalną aneksją ziem II Rzeczpospolitej do powiększonych w ten sposób: Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Obywatelom polskim nadano sowieckie obywatelstwo. Potem, by dopełnić zbrodni, był Katyń i cztery wielkie wywózki Polaków w głąb ZSRS.

Podobne operacje sowieci przeprowadzili po ponownym „wyzwoleniu” Polski w latach 1944/1945. Dwa akty wyborcze: 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego) zostały sfałszowane. W obu przypadkach głównym manipulatorem był oddelegowany do tego przez Stalina Aron Pałkin. Okupacja skolonizowanej Polski, rozpoczęta 17 września 1939 r., trwała aż do 1989 r. – choć ja bym bardziej łączył tę drugą graniczną datę z 1993 r., kiedy we wrześniu opuściły naszą Ojczyznę ostatnie wojska sowiecko-rosyjskie.

 

 

Ważny apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO i informacja PORTALU SDP.PL w sprawie rosyjskich propagandystów

To, że dziennikarze popierają aktualnie panującą władzę – nie nowina. Sęk w tym jak to robią. Jedni przekonują, że myślą tak samo jak decydenci i to jest usprawiedliwieniem, które można przyjąć za wiarygodne. Tak przecież może być. To jest do przyjęcia. Tak głosowali i tak teraz piszą. Inni – „bo muszą”: mają do spłacenia raty, człowiek jest wielodzieciaty, pole manewru małe, albo już w kościach skrzypi i zawodu nie da się zmienić. No, można zrozumieć.  Ale są też osobniki bezwstydnie. Klepią co im napisano, piszą wszystko co kazano. Dyskontują to przy kasie.
Póki co, kłamstwa u nas to tylko pyskówka, żenada i manipulowanie otumanioną gawiedzią. Zresztą coraz więcej ludzi w ogóle mediów nie słucha, nie czyta, nie ogląda.
Oto dzienniki regionalne. W aglomeracjach liczących po kilka milionów mieszkańców (np. na Śląsku razem z rejonem częstochowskim i bielsko-bialskim). Nakłady dzienne to zaledwie kilkanaście tysięcy. Pod własnością niemiecką miały ograniczenia publicystyczne przede wszystkim w kwestiach odpowiedzialności za II wojnę światową i w ogóle w krytykowanie naszego pseudo wspólnika w UE. Teraz oczywiście to się zmieniło. Obajtek zarządził odkupienie. I dobrze. Ale to co jest krytyczne, waleczne, dążące do informowania bez manipulacji i ograniczenia krytyki tylko do politycznych przeciwników – pozostawia wiele do życzenia.
W kapitaliźmie ludzie wędrują „za pracą”. U nas przywiązani jesteśmy do „naszej” płaczącej wierzby, a nawet śmierdzącego strumyka.
To samo mają ruskie. Żurnaliści mocarstwa na glinianych nogach tak strasznie kochają swój kraj, że popierają a nawet namawiają do zabijania i męczenia tych, którzy zerwali się z łańcucha. Zabieramy Rosjanom wizy. Zerwijmy również i kontakty dziennikarskie. Jeśli ktoś nawołuje do „nasilenia ataków” na ludność cywilną, do niszczenia miast i infrastruktury, agituje by postępować jeszcze ostrzej, grozi atomowym atakiem – toż to przecież taki sam bandyta jak wykonawcy zbrodni. Tyle, że bezpośredni wykonawca to ogłupiała i chciwa anonimowa masa, a dziennikarze to elita – byli edukowani, długo i drogo. Skreślmy ich! Dawno już powinno to być zrobione. Po co takie międzynarodowe organizacje dziennikarskie.
Lakoniczne oświadczenia i werbalne potępienia już nie wystarczą. Szala zbrodni sięgnęła dna. To już nie kłamstewka, kłamstwa. To działalność, głoszenie poglądów, nawoływanie zbrodnicze. Trzeba wyrzucić rosyjskich dziennikarzy z międzynarodowej federacji europejskiej i światowej. Na nic dziś EFJ i IFJ*. To trupy. A szkoda, bo one zrzeszają ponad 600 tysięcy dziennikarzy .
Ma być zimno. W domach i biurach. Ale już jest obojętnie i zimno wobec męczeństwa torturowanych i zabijanych. Przecież nie tak daleko od nas kremlowscy bandyci w rosyjskich mundurach, Rosjanie, zabili ponad 300 dzieci, ranili 700. Wiąże się ludziom ręce drutem i wpycha do dołu. Nic o tym na ruskim ekranie. W ruskich gazetach. Rzeczniczka władzy, utytułowany profesor, wreszcie „reporterzy” i „publicyści” prześcigają się w dogadzaniu putinowskiej władzy.
Jak długo jeszcze będziemy ich nazywać dziennikarzami, czyli naszymi kolegami, jak długo słuchać będziemy ludzi bez sumienia nazywając ich rzecznikami, naukowcami?
Stefan Truszczyński
22 września 2022 r.
                                                                             ***
* Drogi Stefanie,
rozumiem Twoje wzburzenie powszechnym w świecie przyzwoleniem na rosyjską propagandę sławiącą morderstwa, gwałty, rabunki i inne łajdactwa Putina na Ukrainie i nazywaniem tego ścieku dziennikarstwem. Na świecie być może jest to niestety możliwe, ale na pewno nie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. U nas nie ma na to zgody!
Jesteś publicystą ważnym dla naszego środowiska i nie tylko, zatem, wybacz, ale pozwolę sobie na jedną uwagę.  W Twoim felietonie zabrakło mi tylko informacji, że to właśnie dzień po agresji Moskwy na Ukrainę, jako pierwsza organizacja dziennikarska na świecie, SDP zaapelowało do międzynarodowych stowarzyszeń, m.in IFJ oraz EFJ (International Federation of Journalists, European Federation of Journalists) o wyrzucenie ze struktur rosyjskich stowarzyszeń i związków dziennikarskich. Uznaliśmy bowiem, że nie ma w tej sytuacji „dobrych” Rosjan w kremlowskich mediach.
Nie posłuchano nas. Co prawda w EFJ nie ma już jednej ewidentnie proputinowskiej organizacji rosyjskich dziennikarzy, ale jest druga, której pozostawienie w demokratycznej strukturze budzi moje wątpliwości. Skadaliczne jest natomiast, to że w IFJ pozostawiono to pierwsze prokremlowskie stowarzyszenie…
Masz rację Stefanie, IFJ i tylko w niewiele mniejszym stopniu EFJ to nie są federacje żyjące prawdziwymi problemami dziennikarskiego świata. Dałem temu wyraz w serii publikacji z czerwcowego zjazdu EFJ na sdp.pl. Pisałem, że gdyby nie obecność delegatów z Ukrainy, Polski
i Litwy skończyłoby się na płomiennym oświadczeniu poparcia dla walczącego i spływającego krwią kraju i niebiesko-żółtych wstążeczkach na garderobie dziennikarek, szczególnie tych z Niemiec i Francji.
Na szczęście udało się wypracować ważną uchwałę potępiających rosyjskich propagandystów, nadal niestety powszechnie nazywanych na Zachodzie „dziennikarzami”. Pisałem też, że sporą część obrad zajęło relacjonowanie sytuacji środowisk LGBT w Europie oraz ostatecznej definicji określenia „gender”. Gdyby nie było wojny, nawet takie polityczne poprawne elukubracje (część z nich przedstawiał wraz z krytyką polskiego rządu przedstawiciel Towarzystwa Dziennikarskiego) może znieśliby wszyscy delegaci. Ja jednak, podobnie jak dwoje Ukraińców i Litwin, tego nie zniosłem…
Zatem należy reformować EFJ i IFJ, przypominać zapatrzonej w siebie dziennikarskiej Europie, że nie możemy uznawać ruskiej machiny propagandowej za „środowisko dziennikarskie”. I tu się zgadzam z Tobą Stefanie. Tyle tylko, że my, jako SDP zrobiliśmy to już kilkanaście godzin po zaatakowaniu przez Putina Ukrainy a i wcześniej potępialiśmy ich wielokrotnie. Więcej obwieszczamy to niemal co tydzień. Pod koniec lata nie tylko w ukraińskich mediach głośno było o naszym oświadczeniu z propozycją uznania rosyjskich propagandystów udających dziennikarzy za zbrodniarzy wojennych. I tej aktywności SDP należy często przypominać, co niniejszym czynię prosząc Cię również o to.
Pozdrawiam
Hubert Bekrycht
sekretarz generalny SDP,
red. nacz. portalu sdp.pl
23 września 2022 r.

O niezwykłej postaci pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Mąż zaufania Piłsudskiego – Walery Sławek

25 września 1908 r. był jednym z liderów PPS-Frakcja Rewolucyjna, grupy kierowanej przez Józefa Piłsudskiego grupy , która w napadzie na pociąg pocztowy na małej podwileńskiej stacji Bezdany konfiskuje 200 tys. rubli należących do rosyjskiej kasy rządowej. Późniejszy premier Walery Sławek stoi na czele bojowców, którzy przebrani za pasażerów rozbrajają wojskową eskortę.

9 czerwca 1906 r. bierze udział w akcji na pociąg pocztowy pod Milanówkiem. Gdy montuje bomby na torach, jedna z nich wybucha mu rękach. „miałem wrażenie jakiegoś straszliwego łomotu. Jakby parowóz wjeżdżał mi na głowę. (..) Gdy lewą ręką otarłem powieki, poczułem, że z palców sterczą kostki. Przyszła mi myśl jasna i wyrazista, że jestem ślepy i bez rąk. I jadowity sarkazm, że trzeba będzie iść chyba pod kościół na żebry. Zwróciłem się do kolegów, żeby mnie dobili”. Sławek przeżył wypadek, ale stracił lewe oko i ogłuchł na jedno ucho, miał okaleczone ręce, poszarpaną twarz i piersi.

W 1914 r. Piłsudski bierze Sławka do sztabu I Brygady Legionów. Pełniąc nadal oficjalne funkcje w kierownictwie PPS zostaje, wedle słów Bogusława Miedzińskiego, „osobistym ambasadorem” Komendanta.

Stały dostęp do Marszałka

Piłsudski, zaufawszy Sławkowi, powierza mu organizację Związku Walki Czynnej i kontrolę nad partyjnymi finansami. „Sławek staje się niejako urzędowo mężem zaufania Piłsudskiego i wiernym wykonawcą jego zamiarów i planów” – czytamy w książce przedwojennego dziennikarza Konrada Wrzosa „Piłsudski i piłsudczycy”. Kilka lat później, na gwiazdkę 1924 r., Piłsudski ofiarowuje Sławkowi swoją książkę „Rok 1920” z dedykacją: „Kochany Gustawie. (..) Jesteśmy jak dwa stare, niezmęczalne konie, co chodzą często jakimiś wertepami osobno, spotykając się na prostym gościńcu swego życia raz po raz, by się przywitać wesoło i stanąć razem do ciągnięcia tej samej bryki”.

W kontaktach prywatnych zostają przyjaciółmi. Sławek jako jeden z niewielu ma stały osobisty dostęp do Marszałka. Przyjmowany jest zawsze i natychmiast. W późniejszym okresie często gości w Sulejówku, z rodziną Marszałka spędza nawet wigilie. We wspomnieniach Aleksandry Piłsudskiej czytamy: „Gdy zapowiedziane było przyjście Sławka, zawsze musiały być śledzie zapiekane z grzybami, bo była to jego ulubiona potrawa”. Sławek „bywał w Belwederze często, zazwyczaj nocą. I Piłsudski zachodził do Sławka na ulicę Chopina 1, na długie rozmowy z nim i z innymi” – pisze w „Kronice życia Józefa Piłsudskiego” Wacław Jędrzejewicz, jeden z bliskich współpracowników Sławka.

„BeBe”

Był tytanem pracy. Wszystko, co robił nie służyło jego własnej karierze. „Wśród polskiego snobizmu był to człowiek nadzwyczajnie prosty, skromny (..), w którym dygnitarstwo nie zmieniło nic z duszy, z serca, z obyczajów, pozostał biednym, trochę marzycielskim inteligentem” – pisał Stanisław Cat-Mackewicz w swojej Historii Polski – „Sławek był to typ najbardziej sienkiewiczowski ze wszystkich „pułkowników”, widzimy go doskonale w roli Skrzetuskiego i na „dzikich polach” i w dysputach z Chmielnickim”.

„Oto spiskowiec, emisariusz, żołnierz, bohater. Oto przyjaciel zmarłego Marszałka. Łączyło ich braterstwo poglądów, upodobań, nastrojów. Razem tworzyli legendę zmartwychwstania Polski” – czytamy w wileńskim „Słowie” z maja 1938 r.

Po przewrocie majowym Sławek dużo czasu spędza w Belwederze. Marszałek powierza mu zadanie tworzenia organizacji politycznej sanacji, która z poparciem różnych odłamów społeczeństwa – od lewicy, do prawicy, wygrałaby wybory parlamentarne i była silnym oparciem dla rządu. „Na nas dzisiaj spada obowiązek specjalny; nauczyć troski o Państwo, które nie na darmo zostało zdobyte, zaszczepić w społeczeństwie zaufanie do własnych sił i pobudzić je do zmagań o rozbudowę swojej przyszłości. (..) Służba na rzecz Państwa i jego potęgi niech będzie naszą ambicją i radością” – mówił w wywiadzie dla „Głosu Prawdy” z 8 grudnia 1928 r.

W styczniu 1928 r. ogłoszona zostaje deklaracja Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Sukces wyborczy bloku w marcu tego roku (zdobycie ponad 25 proc. głosów) sanacja zawdzięcza ciężkiej, wielomiesięcznej pracy Sławka. Dodać należy, że były to pierwsze wybory w niepodległej Polsce, które zostały częściowo sfałszowane. Sławek zostaje prezesem BBWR i szefem jego klubu sejmowego, nazwanego pogardliwie przez przeciwników Bezpartyjnym Blokiem Wyjących z Rozpaczy, lub w skrócie „BeBe”.

BBWR to próba stworzenia pozytywnego programu rządzenia, w miejsce dotychczasowej polityki negacji rządów przedmajowych. Prócz Sławka blok nie posiada jednak silnych indywidualności. Napływa do niego „mnóstwo aferzystów i karierowiczów, czuł do nich wstręt, jak Piłsudski, gdy mówił, że go wszy oblazły” – pisze Mackiewicz.

Utworzenie bloku jest, po akcji bezdańskiej, kolejnym przewrotem w życiu Sławka. Porzucając ostatecznie mundur bojowca staje się jednym z głównych aktorów sceny politycznej. We wrześniu 1930 r. czołowi opozycjoniści zostają osadzeni w twierdzy w Brześciu nad Bugiem. Sławek usprawiedliwia akcję: „Partie te w formie wykrętno-spryciarskiej co prawda, ale niemniej jasnej (..) dążyły do wywołania interwencji obcych czynników w nasze stosunki wewnętrzne”.

Dyżurny ideolog kraju

„Wierzę, że możemy przejść do historii z nie mniejszą sławą niż Sejm czteroletni” – mówił na jednym z posiedzeń BBWR. Uważa, że po przewrocie majowym nowa konstytucja jest priorytetem dla państwa.

Sławek staje się pierwszym ideologiem obozu. W roli politycznego teoretyka czuje się dużo lepiej niż w praktycznym kierowaniu państwem. Mimo, iż nie jest on jedynym autorem konstytucji, nosi ona wyraźne piętno jego poglądów. Ich trzon stanowią zapisy o zespoleniu wszystkich obywateli w pracy dla państwa, które jest wartością nadrzędną, wzmocnieniu władzy prezydenta, przy ograniczeniu znaczenia Sejmu.

Przeciwko projektowi występuje cała opozycja, zarzucając Sławkowi chęć wprowadzenia w Polsce ustroju autorytarnego. Sławek jednak, wzorem Piłsudskiego „uważał, że nie należy zwracać uwagi na to, co mówi opozycja, nie należy z nią dyskutować i jej odpowiadać, tylko robić swoje, realizować swoją politykę” – pisze Andrzej Micewski.

Sławek dał państwu konstytucję. Aby zapewnić jej wprowadzenie Piłsudski uczynił go po raz trzeci premierem. „Piłsudski czuł się bardzo chory, zażądał więc, aby premierostwo oddane było człowiekowi, któremu ufał bezgranicznie” – pisze Mackiewicz. W lipcu 1935 roku za opracowanie konstytucji Sławek uhonorowany został przez prezydenta Mościckiego Orderem Orła Białego.

Państwo samorządowe

Piłsudski nie zostawił politycznego testamentu. „Wydawało się, iż uznano raczej milcząco, że obowiązuje ta część ustnego testamentu Marszałka, która mówiła o Sławku jako o jedynym następcy Mościckiego” – pisał Władysław Pobóg-Malinowski w swojej Historii Polski. Historycy cytują zdanie, jakie wypowiedzieć miał Piłsudski do Mościckiego w 1933 r.: „Sądzę, że gdy będziesz zmęczony, to na twoje miejsce miejsce powinien przyjść Sławek”. Janusz Jędrzejewicz uważa, że w 1935 r. „pozycja Sławka w świecie starych towarzyszy broni nie budziła żadnych wątpliwości”. Sam Sławek, wedle słów Mackiewicza, „czekał aż Mościcki zgodnie z dyrektywą Piłsudskiego prezydenturę mu ustąpi”.

Szybko okazało się, że nikt nie zamierza przywiązywać do słów Marszałka jakiegokolwiek znaczenia. Konflikty w sanacji, łagodzone przez Piłsudskiego, po jego śmierci pogłębiły się. Rozpoczęła się bezpardonowa walka o stołki. Głównymi jej aktorami była grupa pułkowników skupiona wokół Edwarda Śmigłego-Rydza, Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych i bardziej liberalna grupa zamkowa prezydenta Mościckiego. Obie grupy uważały, że Sławek na urzędzie prezydenta nie da sobie rady, a Piłsudski przeznaczył go do tej roli, nie przewidując swojej śmierci. „Przypominało to spory średniowieczne o właściwe rozumienie Pisma Świętego. W rzeczywistości szło o to, kto znajdzie się przy władzy” – pisze Adam Pragier.

Duch Komendanta

Odsunięty od polityki, która była jedynym sensem jego życia, osamotniony, 2 kwietnia 1939 r. popełnił samobójstwo w swoim mieszkaniu przy Alei Szucha 16 w Warszawie. Tylko w ten sposób mógł zaprotestować przeciw niweczeniu dzieła Komendanta. Jędrzejewicz porównuje Sławka do bohatera narodowego Japonii, generała Nogi, który odszedł, nie mogąc się pogodzić ze śmiercią swego cesarza.

„O godz. 6 pp., Sławek zaczął palić wszystkie swoje listy, papiery, dokumenty; poczucie odpowiedzialności i konspiracji nie opuszczało go nigdy, potem swoim dziecinnym trochę pismem napisał na kawałku papieru: „Odbieram sobie życie. Nikogo proszę nie winić”. Poniżej dodał: „Spaliłem papiery o charakterze prywatnym, a także wręczone mi w zaufaniu. Jeżeli nie wszystkie, proszę pokrzywdzonych o wybaczenie. Bóg wszystko widzący może mi wybaczy moje grzechy i ten ostatni” – relacjonuje Cat-Mackiewicz – Strzelił do siebie z browninga, którego używał w czasach PPS. „Była godz. 8.45 wieczorem. Niedziela. Piłsudski umarł także w niedzielę o godz. 8.45. wieczorem. Duch Sławka podążył do przyjaciela. (…) Czuł się jak wierny pies, który nie potrafi spełnić swego obowiązku”. Zmarł nazajutrz w klinice wojskowej.

Klęska Sławka była klęską działającego w konspiracji ideowca, który nie potrafił w niepodległym państwie przejść na tory skutecznego działania legalnego. Będąc u szczytu władzy zachowywał się jak wieczny opozycjonista, któremu marzy się lepsza przyszłość swojej Ojczyzny. Był wielkim człowiekiem, ale miernym politykiem.

Sławek miał nadzieję, że jego odejście wpłynie na złagodzenie sporów w sanacji. Nieoczekiwana i manifestacyjna śmierć wywołała co prawda wstrząs w ekipie rządzącej, ale nie spowodowała zmiany jej polityki, co tragicznie odbiło się pięć miesięcy później, we wrześniu 1939 r.

    ***

„I czekał w grobie śród klęski swej ciemnej, I z poległymi przeliczał ruiny, Strzelec tragiczny, wróżbita daremny, Smutniejszy od nich, bo sam pełen winy” – napisał Kazimierz Wierzyński w kwietniu 1940 roku, w rocznicę śmierci Sławka – „Rok temu echo samotnego strzału każdy odpędzał niedbale od ucha, Strzał się oddalał, rozwiewał pomału: Dziś go jak gromu z otchłani się słucha”.

 

 

JAN TESPISKI: Spatify i inne szlachetne miejsca (11)

Za komuny, w większych miastach istniały oazy przyjemnego wieczornego pobytu. Były nimi lokale restauracyjne Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu. Istniały też podobne w założeniach kluby-restauracje plastyków i dziennikarzy, ale to już nie było to samo. Dziennikarze byli zbyt poważni i pisali jednak w państwowych „organach”, a plastycy mówili językiem zrozumiałym jedynie przez plastyków.

Zatem Spatify były jedyne w swoim rodzaju. Tu trzeba wyjaśnić, że w minionych czasach po 22-ej nie było się, gdzie spotkać, napić i zabawić w kulturalnych warunkach. W takiej Łodzi po 22-ej – poza Spatifem – można się było spotkać raptem w trzech restauracjach. Ale było tam drogo i niebezpiecznie. No i tańczono tam dosłownie do upadłego, więc o jakiejkolwiek rozmowie nie było mowy.

Zawsze wzrusza mnie wspomnienie łódzkiego lokalu Casanova. Drzwi do tej restauracji były obite grubą blachą, a na wysokości głowy było otwierane małe okienko, zupełnie jak więzienny judasz. Nocami pod tymi drzwiami kłębił się zawsze tłumek niedopitych, a najbardziej zdeterminowani z niedopitków kopali w drzwi, wrzeszcząc przy tym obelżywości pod adresem obsługi. Gdy atmosfera robiła się groźna, nagle otwierały się drzwiczki judasza i ochroniarz rzucał w tłum krótkie: „Czego, k..wa?” Wtedy któryś z atakujących doskakiwał do judasza z najgorszymi ze znanych przekleństw. Reakcją była piącha, która wylatywała z okienka, które się natychmiast zatrzaskiwało. Huknięty piąchą jakoś zawsze się zbierał i smutny szedł do domu.

A w Spatifach było kulturalnie, elegancko i miło. Towarzystwo artystów trzymało styl, choć i tam oczywiście dochodziło do awantur, ale były to awantury rzadkie i na poziomie.

Po tym wstępie przejdźmy do wspomnień.

Nie biorą

Zacznijmy od klasycznej anegdoty, której udziałowcami byli Adolf Dymsza oraz Mieczysław Moczar. Jedni utrzymują, że zdarzenie miało miejsce w warszawskim Spatifie, drudzy, że u plastyków…, ale naprawdę miało miejsce.

Pod koniec lat sześćdziesiątych Mieczysław Moczar, człowiek ponurej ubeckiej proweniencji, postanowił zrobić prawdziwą, wielką karierę polityczną. Marzyło mu się, ponoć, zostać Pierwszym Sekretarzem KC PZPR. Wykalkulował, że dobrze byłoby „ocieplić swój wizerunek”, zaczął więc pokazywać się w miejscach modnych. Między innymi w Spatifie, w którym bywali ludzie sztuki, także Dymsza.

Pewnego razu do drzwi aktora zadzwonił posłaniec i wręczył mu paczkę. Była w niej najdroższa, nieosiągalna wtedy w Polsce wędka. Skąd Moczar wziął takie cudo – bo to on był nadawcą paczki? Lepiej w to nie wchodźmy.

Kilka dni później w Spatifie, niedaleko stolika Dymszy, siedział Moczar. W pewnym momencie wychylił się do aktora i zapytał:

– I jak tam, panie Dodku, biorą rybki, biorą?

– Nie biorą, prawda, boją się! – odparował Dymsza.

Podobno po tym zdarzeniu Moczar zaprzestał pokazywać się w dobrych lokalach.

Pan go puści

Do krakowskiego Spatifu, przy Placu Szczepańskim, mogli wchodzić jedynie posiadacze klubowych kart. Ale to była czysta fikcja, bo ochroniarze wpuszczali właściwie wszystkich artystów, a jeżeli były kłopoty, to ktoś z sali potwierdzał, że gość jest odpowiednim gościem. Od czasu do czasu jednak, zarząd Stowarzyszenia postanawiał zaprowadzić porządek i nakazywał ściśle przestrzegać obowiązku posiadania kart.

Na domiar złego w pewnym momencie zatrudniono jako ochroniarzy byłych bokserów. Ci rozbudowani mięśniowo osobnicy zupełnie nie znali artystów, więc nie chcieli wpuszczać nawet znamienitości krakowskiej sceny. I skończyło się jak to u nas – po niedługim czasie rygory kartkowe poluzowano.

Częstym bywalcem lokalu był Marian Cebulski, prezes krakowskiego Spatifu, który z racji urzędu miewał w sprawie wpuszczania zdanie ostateczne.

Pewnego wieczoru w wejściu stanął ogromny bokser wagi ciężkiej, w wyciągniętej nad swoją głowę ręce trzymał za klapy marynarki znanego krakowskiego poetę W., zresztą bywalca klubu.

– Panie prezesie, ten tu mówi, że pana zna… – rzucił gromkim głosem przez całą salę, w kierunku Cebulskiego.

– Pan go puści – odkrzyknął prezes.

Bokser otworzył dłoń i poeta runął jak długi pod jego nogi. Czy był pijany? Różnie mówiono.

Koledzy, proszę o uwagę

Z początkiem lat sześćdziesiątych w warszawskim Spatifie ekipa filmowa jadła późną kolację. Rozmawiali cicho, zmęczeni dniem zdjęciowym. Wśród ekipy był Stanisław Łapiński, który milczał, ale od czasu do czasu bacznie lustrował salę. Naraz wstał.

– Koledzy, ja bardzo proszę o uwagę – mocnym głosem powiedział Łapiński i zadzwonił łyżeczką w szklankę. – Ja koledzy, muszę powiedzieć, że gdyby dzisiaj pensje aktorów były takie jak przed wojną, i stać by było każdego na wynajęcie mieszkania, to – koledzy – połowy kolegów by w Warszawie nie było. Dziękuję.

Usiadł i już milczał do końca kolacji.

Co on mówi?

W latach siedemdziesiątych nieodłączną parę w łódzkim Spatifie stanowili: reżyser filmowy Grzegorz Królikiewicz i aktor Franciszek Trzeciak. Żeby było powiedziane do końca – Trzeciak był jakby przybocznym reżysera. Właśnie – w 1973 roku – wszedł na ekrany film Królikiwicza „Na wylot”. Bardzo dobrze przyjęty przez krytykę, mniej entuzjastycznie przez widzów. Gwoli prawdy – film był świetny, nowoczesny i mądry.

Przy dwóch sąsiadujących stolikach siedzieli: Kólikiewicz, Trzeciak i jakaś pani, przy drugim Bogdan Wiśniewski – aktor, kolega z roku Trzeciaka, z dwiema osobami.

Naraz Trzeciak zagadnął Wiśniewskiego:

– Boguś, ty widziałeś nasz film?

– Poszedłem nawet do Wisły, ale że było tylko pięciu widzów, to odwołali.

– Na dobre filmy publika nie chodzi… – Trzeciak był nadal zadowolony.

– A byłeś na „Tylko dla orłów”? Pełna sala.

Trzeciak spanikował, nie wiedział co powiedzieć, w końcu zwrócił się do Królikiewicza:

– Grzesiu, Grzesiu, co on mówi, no co on mówi?

Sukces życia

W krakowskim Spatifie panowała atmosfera dobrej zabawy. Może stare mury, co niejedno widziały pobudzały do żartów. Opowiadał mi pewien reżyser, że największy, życiowy sukces osiągnął w krakowskim Spatifie właśnie.

– Byłem na studiach reżyserskich w krakowskiej PWST, od czasy do czasu wybieraliśmy się do Spatifu, było miło i niedrogo. Pewnego dnia, gdzieś tak około pierwszej w nocy wpadła mi do głowy taka zabawa. Zaproponowałem, że nakręcimy film. Wszyscy na sali się zgodzili, kelnerzy także. Jeden z kolegów udawał kamerę i ładnie terkotał. Drugi krzyczał „klaps”. Postanowiłem wyreżyserować „Wyjście kelnerów z kuchni”. A propos „Wyjścia robotników z fabryki” braci Lumiere… O dziwo wszyscy zgodzili się. Wyznaczyłem drogi, wypróbowaliśmy tempa i rytmy. Nic wielkiego, ale wszyscy się dobrze bawili. Minęło jakieś pięć lat, byłem w Krakowie i zajrzałem do Spatifu, była – to ważne – trzecia po południu. Jadłem spokojnie obiad, ale zauważyłem, że z zaplecze pojawia się coraz więcej kelnerów i kucharzy i oglądają mnie. Naraz jeden z kelnerów podchodzi do mnie i mówi:

– Koledzy proszą, że jeżeliby miałyby być dzisiaj jakieś zabawy… to, żeby najdłużej do drugiej w nocy.

I tak właśnie – kontynuował reżyser – zrobiłem kilka niezłych spektakli, miałem nawet jakieś sukcesy, ale to, że po pięciu latach nadal mnie pamiętano w krakowskim Spatifie jest moim największym osiągnięciem.

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Putin zmobilizował Rosjan?

„Rosja nigdy nie jest tak silna ani tak słaba jak się wydaje” – nie wiadomo komu tę maksymę przypisać, jedni twierdzą, że jest autorstwa Bismarcka, inni, że de Talleyranda, a jeszcze inni, że Józefa Piłsudskiego. Tak czy siak, staram się by to powiedzenie, w miarę możliwości chroniło mnie przed myśleniem życzeniowym na temat Rosji.

Mimo to gotów jestem zaryzykować stwierdzenie, że decyzja Władimira Putina (na pewno rządzi tam jeszcze Putin, czy tylko mają kilka kukieł na różne okazje?) o częściowej mobilizacji nie jest objawem potęgi Kremla, ale jego słabości. Myślę, że kto by tam w istocie nie rządził, doskonale zdają tam sobie sprawę z ryzyka, które podjął i jeśli mimo to postanowił spalić za sobą mosty, to raczej nie dlatego, że czuje, że wygrywa.

 

Katastrofa „operacji specjalnej”

Przede wszystkim jego decyzja jest namacalnym dowodem na katastrofę „operacji specjalnej”, która przecież według oficjalnej propagandy jeszcze niedawno „szła zgodnie z planem”. I nawet jeśli większość Rosjan od ponad wieku tresowana w uległości wobec „oficjalnego przekazu”, a od wieków w zginaniu karku przed carem, wierzyła w ten przekaz, to przynajmniej ta część, która jeszcze potrafi złożyć dwa do dwóch, doznaje właśnie potężnego dysonansu poznawczego. Bo skoro „wszystko idzie zgodnie z planem”, to po co mobilizacja?

Nie potrafię oczywiście określić skali sprzeciwu, zbyt mało na ten temat wiadomo, ale docierające do nas z Rosji obrazy protestujących po ogłoszeniu mobilizacji i liczba 1300 zatrzymanych, robią wrażenie, szczególnie, że pochodzą z kraju, którego obywatele są w większości znani raczej ze spolegliwości wobec władzy. Widać jednak, że konfrontacja z zagrożeniem śmiercią własną, bądź członków rodziny (a tak to wbrew propagandzie wygląda na ukraińskim froncie), wpływają mocno pobudzająco, nawet na rosyjskie ośrodki instynktu samozachowawczego.

 

„Jak uciec z Rosji?”

A czy ta mobilizacja stanie się rzeczywistą podporą rosyjskiej agresji? Ciekawa jest np. opinia byłego głównodowodzącego sił USA w Europie gen. Marka Hertlinga, który pisze, że decyzja Putina owszem go oszałamia, ale ze względu na to, że wie jak szkoleni są rosyjscy żołnierze, zna słabości ich systemu dowodzenia i uważa, że nie ma takiej możliwości, żeby w krótkim czasie Rosjanie byli w stanie wyszkolić 300 tysięcy nowych. A umieszczenie na linii frontu 300 tysięcy nowicjuszy jest pomysłem, po którym opada mu szczęka.

Ja tam nie wiem. Niech to liczą analitycy wojskowości. Myślę, że animacje aplikacji Flightradar24 z uciekającymi z Moskwy samolotami, czy popularność w rosyjskim Internecie haseł typu „jak uciec z Rosji” nie powinny napawać Kremla optymizmem w zakresie poziomu morale.

Mimo to na wszelki wypadek sobie powtarzam: „Rosja nigdy nie jest ani tak silna ani tak słaba jak się wydaje” … „Rosja nigdy…”