WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Pieniądze (2)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Niech buduje kapitał

Wszystkie władze, po roku 1990, mają cudowną wymówkę: „Rząd nie jest od budowania. Nie możemy wchodzić w drogę prywatnym inwestorom”. Tą samą wymówką posługują się samorządy. Niestety rząd i samorządy „nie zauważają” zapisu w prawie, który pozwala interweniować państwu i gminom, w przypadkach poważnych problemów społecznych. Jeżeli zaś brak mieszkań, niewydolność systemu energetycznego nie są takimi problemami, to co nimi jest? Huczne urządzanie przez gminy FFF, czyli festynów, festiwali i fajerwerków?

U źródeł takiego niefrasobliwego myślenia władz gmin, a i rządów, leży liberalna doktryna, której pierwszym przykazaniem jest idea „wolności gospodarczej” oraz przykazanie drugie, które głosi, że wszystkie podmioty gospodarcze są sobie równe i mają te same prawa. Piękna to myśl, wykuta nawet na ogromnym głazie ustawionym przed Rockefeller Center w Nowym Jorku.

Myśl ta jednak niefrasobliwie przenosi prawa wolności jednostki na prawa gospodarcze. Że też pomysłodawcom kucia takich myśli w kamieniu nie przyszło do głowy, że fortuna Rockefellerów powstała w nader podejrzanych okolicznościach, i teraz zmierzenie się z siłą polityczną tej fortuny – przez przeciętnego Amerykanina – jest niemożliwe.

Myśl liberalna teoretycznie może i jest dobra, tyle, że nie sprawdziła się w żadnym państwie. Bo nie ma na całym świecie ani jednego państwa, które stosowałoby literalnie doktrynę liberalną. No, może poza Polską, której liberałowie zgotowali trudne przejście z socjalizmu na kapitalizm. A w ojczyźnie liberalizmu, czyli w USA? Gospodarka tego mocarstwa w dużej mierze oparta jest na zamówieniach rządowych, głównie zbrojeniowych, więc w ojczyźnie liberałów liberalizmu też nie ma.

Ciekawe zresztą, że w Polsce burmistrzowie, prezydenci miast pod żadną groźbą nie chcą się przyznać, że są twardymi liberałami. Oni startują z grup towarzyskich, typu: „Przyjaciele Zdzisia”, „Znajomi Ewuni”. Partie ogólnopolskie – poza lewicą – również unikają nazywania się po imieniu. Widać mają coś do ukrycia. Co prawda istniał kiedyś Kongres Liberalno-Demokratyczny, ale zorientowawszy się, że nazwa jest przykra, szybko się zmienił, połączył i teraz jego założyciele występują pod sztandarem Platformy Obywatelskiej, bo nazwa ta nic nie znaczy.

Za czyje pieniądze budujemy?

Przykra prawda jest taka, że każdy inwestor musi mieć na swoją budowę pieniądze, zwane dla niepoznaki środkami. Liberałowie polscy zakładali, że wszyscy inwestorzy świata rzucą się na Polskę, pragnąc ją maksymalnie gęsto zabudować. Oczywiście w marzeniach liberałów miały to być budowle nowoczesne, według najwyższych światowych standardów. I tak stało się w jednym, jedynym miejscu w kraju, w Warszawie.

Jednak poza Warszawą nasza ludność zamieszkuje inne miasta, a nawet wsie. Tutaj już tak wesoło nie jest. Każdy inwestor bowiem, patrzy zysków – jak mawiano przed laty. A w przypadku większych i małych miast o dobrych zyskach można jedynie pomarzyć.

W  Polsce buduje obcy kapitał, kierując się nie sentymentem do krajobrazu czy ludzi, a właśnie zyskiem. Przy czym kapitaliści umieją liczyć. I nie wzrusza ich potężny głód mieszkań w Polsce, nie płaczą nad faktem, że młode małżeństwa gnieżdżą się w w dwóch małych pokojach, albo w kawalerce. Powtarzam – liczy się jedynie zysk.

Oczywiście wyjściem byłyby środki państwowe i gminne. Ale ani rząd – tak naprawdę, ano gminy nie palą się do zaciągania kredytów na budownictwo mieszkaniowe. Czasem przepłynie przez kraj szeroka fala dyskusji, której wynikiem są stwierdzenia, że jednak trzeba by zacząć budować pod wynajem. I w sumie na tym się kończy. W dyskusjach, w wysnuwaniu wniosków jesteśmy mocni – odwrotnie proporcjonalnie do realnych działań.

Kolejne partie – najczęściej przed wyborami – ogłaszają potężna programy budowy mieszkań pod wynajem, ale po wyborach mają jakieś pilniejsze sprawy, skoro programy  nie ruszają. A kłopot jest, bo mieszkań mamy w Polsce za mało.

Inwestycje w mieszkania, czyli patologia

 Choć nie jest prawdą, że mieszkań w kraju się nie buduje w ogóle. Powstają budynki, w których mieszkania na pniu wykupywane są przez wyspecjalizowane firmy, zajmujące się wynajmem mieszkań. Firmy te traktują własne inwestycje w mieszkania jak każdy inny interes. Skoro bowiem z wynajmu mogą uzyskać kilka razy przychodu, niż z bankowych lokat, to kupują mieszkania, żeby je wynająć i zarobić. Są też firmy kupujące mieszkania, grając na zwyżkę cen i sprzedają je dalej, w momencie gdy wartość lokali przyzwoicie / nieprzyzwoicie wzrośnie. W ten sposób rynek mieszkań – głównie w stolicy – ma się całkiem dobrze. Zarabiają inwestorzy, zarabiają budujący, zarabia rynek materiałów budowlanych i ci, którzy kupują mieszkania spekulacyjnie.

I jedynie wynajmujący mieszkania mają powody do płaczu, bo dzisiaj wynajęcie kawalerki w Warszawie to koszt od 2 do 3 tys. miesięcznie. Zakładając, że młodzi ludzie, a to oni są klientami właścicieli mieszkań zarabiają w Warszawie około 4,5 tys. złotych miesięcznie, to perspektywy tych osób nie są różowe,  bo pracują, na mieszkanie i jedzenie. A gdzie tak upragnione przez rodziców i rząd dzieci? Na rynku mieszkaniowym pojawiają się też nowo-budowane mieszkania, które mieszkaniami de facto nie są, bo maja po 10 metrów kwadratowych powierzchni.

Był taki polityk, który znalazł radę dla tych, co chcieliby kupić sobie mieszkanie. Tym politykiem był Bronisław Komorowski, ówczesny prezydent. Indagującemu go człowiekowi, który skarżył się, że siostra nie wie jak zdobyć mieszkanie, Pan Prezydent tubalnym głosem oświadczył:

– Niech siostra zmieni pracę na lepiej płatną i niech weźmie w banku kredyt i sobie to mieszkanie kupi!

Ciekawe co teraz powiedziałby Prezydent Komorowski, w sytuacji ogromnego skoku wysokości opłat kredytowych. Niestety, Bronisław Komorowski milczy, czego osobiście żałuję, bo ma on niewykorzystywany talent komiczny. Choć sam o tym nie wie.

„Wizjoner” – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

„Jestem przekonany, że za pięćdziesiąt lat ludzie nie będą już myśleli w kategoriach ojczyzn. Będą myśleli w kategoriach kontynentów i umysły Europejczyków będą zajmowały całkiem inne, możliwe że znacznie większe zagadnienia” – czy ktoś wie kto to powiedział? Czyżby to był jakiś wielki europejski myśliciel? Ideolog wspólnego wielkiego europejskiego państwa?

Z pewnością był to ideolog wspólnego europejskiego państwa, nawiasem mówiąc całkiem bliski urzeczywistnienia swojej wielkiej idei. Wraz z towarzyszami bardzo skutecznie łamali opór kierujących się partykularnymi interesami zacofanych twardogłowych reakcjonistów. Ostatecznie nie może być tak, by realizację idei wielkich umysłów wetowały umysły mniejsze o ograniczonych horyzontach.

Ich rewolucyjny zapał, kierujący się zasadą „cel uświęca środki”, powodował wprawdzie sporo „nieprzyjemnych” konsekwencji, ale któż by się przejmował konsekwencjami wobec szansy na przejście do historii. Takie czy inne, ale jednak przejście.

Polska na drodze

Nie po raz pierwszy na przestrzeni dziejów na drodze stanęła im kołtuńska Polska, której krótkowzroczne elity polityczne nasz myśliciel określał w sposób charakterystyczny dla odważnych, postępowych intelektualistów – „Bardziej zwierzęta niż ludzie, całkiem tępi, bez wyrazu. (…) Brud Polaków jest wprost niewyobrażalny. Również ich zdolność dokonywania ocen jest równa zeru – Ach dlaczegóż na drodze wielkim umysłom zawsze musi stanąć ktoś taki jak Polacy?!”

Cóż tedy począć z ta krnąbrną Polską i jej nierozumiejącymi swojej roli w strukturze dziejów Polakami? Zastraszyć? Zagłodzić? Zepsuć reputację? A może… Ależ oczywiście! Nikt ich nie będzie żałował, my mamy rząd dusz, a zwycięzców nikt nie sądzi.

Mają wprawdzie Polacy pewną nieprzyjemną cechę. Ile razy by się ich nie zgniotło, zawsze prędzej czy później odrastają jak łeb hydrze, jak chwast pośród płodnego pola, jak jaszczurczy ogon. Ale i na to jest sposób – „nie można dopuścić, aby polska inteligencja miała szanse rozwoju!” – Ot i cała filozofia, pozbawieni autentycznych elit, co najwyżej zarządzani przez odpowiednio ukształtowaną kastę dozorców, niechby i wywodzącą się z lojalnej części lokalnej ludności, Polacy powinni wpasować się w determinowany umysłami wielkich tego świata, bieg dziejów.

Jakiż to był niesamowity „wizjoner” ten dr Joseph Goebbels!

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Nie tylko jaskinie (1)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Zasiedlić, zniszczyć i przenieść się dalej

Według archeologów my, Słowianie, mieliśmy dość sprytną praktykę na terenie Europy we wczesnych wiekach średnich. Podobno, gdy nasze plemiona zdobywały i zasiedlały jakiś kawałek terenu, zwracały baczną uwagę na łatwy dostęp do rzeki czy rzeczki. Potem kopano w ziemi dość głębokie doły, które wykładano wewnątrz niezbyt grubymi palami drewna i gałęziami. Następnie nad taką jamą w ziemi kładziono dach z okrąglaków i przykrywano go darnią. W ten sposób Prasłowianie mieli ciepło, bo ziemia przecież izoluje. I takie były nasze pierwsze domy.

Nie można jednak powiedzieć, żeby nasi przodkowie prowadzili gospodarkę ekologiczną. Na zasiedlonym terenie było brudno, walały się szczątki jedzenia, kości zwierząt – skutkiem czego cuchnęło. Również rzeczki, dostarczycielki wody, zostawały zniszczone. Gdy zapachy były już nie do wytrzymania, a woda nie nadawała się do picia, nasi przodkowie zwijali manatki i przenosili się nieco dalej. I tam znowu kopali dziury w ziemi…

Napisałem jak było, bez żadnych odniesień do współczesności. Chociaż i dzisiaj w gospodarce  odpadami, w traktowaniu rzek i zielonego terenu nie jesteśmy wzorem.

Władza a budownictwo

Od wieków wiadomo, że dobry władca zostawia po sobie budowlane pamiątki. Piramidy w Egipcie, Chiński Wielki Mur, greckie świątynie, rzymskie akwedukty i wielkie kolosea, średniowieczne europejskie katedry miały być i są do dzisiaj świadectwem dobrych rządów.

Ale nie wszystkie państwa były na tyle bogate, żeby ich władcy mogli stawiać sobie wiekopomne budowle. Starali się więc pozorować swoje sukcesy w budownictwie. Tu przypomnę nieocenionego Gogola, który sprawy widział przenikliwie i szyderczo. W „Rewizorze” Horodniczy wydaje takie rozkazy, na wieść o zapowiedzianej inspekcji ze stolicy:

Horodniczy

Słuchajże panie Szczepanie… Każesz natychmiast zburzyć stary parkan, ten blisko szewca, a na miejscu jego trzeba postawić słomianą wiechę, na znak że u nas się buduje. Bo to dobrze świadczy o gospodarzu miasta, jak się dużo  buduje. – Ach! mój Boże! na śmierć zapomniałem, że około tego parkanu nawalono ze czterdzieści wozów różnego śmiecia. Co to za brzydkie miasto, postaw tylko gdzie bądź jakikolwiek pomnik, albo prosty parkan, zaraz diabli wiedzą skąd, naniosą rozmaitego plugastwa!

 Dziś jest tak samo jak za Gogola. Każdą wielką, większą lub nawet średniej wielkości inwestycję budowlaną władz poprzedzają kampanie propagandowe, zwane dla niepoznaki kampaniami informacyjnymi. Wszystkie władze tego świata już dawno pojęły, że sukcesem – także w budownictwie – nie jest to, co jest sukcesem naprawdę, ale to co zostanie za sukces uznane. Dlatego każdemu dużemu przedsięwzięciu budowlanemu musi towarzyszyć zgrabna propaganda, czyli autoreklama władzy. Szczególnie w Polsce, bo jesteśmy narodem podejrzliwym i nieufnym.

Władze umieją już wykorzystywać media klasyczne a nawet Internet. I mają w  mediach  swoich ludzi, potrafiących obsługiwać te zaczarowane „przestrzenie informacyjne”. Swoją drogą – bardzo interesujący jest przepływ dziennikarzy z mediów do ośrodków propagandowych władz. Wystarczy, że dziennikarz zasłynie z tropienia afer i głupot władz gminy, a już niedługo otrzymuje propozycję przejścia na etat w urzędzie. Kupowanie takich niezadowolonych ma – z punktu widzenia władzy – dwie korzyści. Pierwsza, że władzy ubywa przykry krytykant. Druga, że były odważny wykorzystuje na nowym stanowisku swą wiedzę o gminie, żeby chronić lokalną władzę przed następnymi krytykantami. Bardzo to śmieszne, choć może nie całkiem.

Chwilami odnoszę wrażenie, że władzom centralnym i gminnym bardziej zależy na propagandzie budownictwa, niż na samym budownictwie. Ale też pod naciskiem kampanii propagandowej, zogniskowanej na budowie obiektu X, w umyśle mieszkańca danej gminy, czy kraju, utrwala się przekonanie, że władza jest dobra, bo jednak buduje. Jeżeli jednak budowa okazuje się niewypałem, jeżeli trawa latami, zamiast miesiącami, to takie fakty i oceny nie trafiają już do obywatela, bo nikt mu o nich nie mówi, nie sączy do ucha, nie programuje go na klęską władzy. I obywatel pozostaje w przekonaniu, że władza jest jednak dobra, bo przecież buduje.

Władzy sukcesy pozorowane

 W czasach „komuny” budowano dużo. Powstawały wielkie fabryki, 1000 szkół na tysiąclecie, budowano elektrownie, a przede wszystkim budowano mieszkania. Ale wtedy, gdy powstawały, lud nasz wcale nie pałał entuzjazmem i uznaniem dla władzy. Choć teraz, po latach, trzeba przyznać – bez historycznych uprzedzeń – że wysiłek budowlany był ogromny i całkiem sensowny. Na społeczną niechęć do budowli socjalistycznych wpływały dwa czynniki. Pierwszy to fakt, że większa część społeczeństwa uważała, iż władza przyniesiona „na rosyjskich bagnetach” jest nielegalna i cokolwiek by dobrego nie zrobiła, to i tak jest obca. Po drugie, społeczeństwo zdawało sobie sprawę, że rozmach budowlany władz odbywa się kosztem nędznych pensji.

Tu trzeba zauważyć, że „komuna” przeznaczała na inwestycje nawet 27,5 procenta rocznego dochodu narodowego. I to bez żadnych „pieniędzy europejskich”. Od 1990 roku żadna z rządzących ekip nawet nie zbliżyła się do 18 procent.

Pojawia się nawet teza, że od upadku „komuny” zaczęło się przejadanie wypracowanych przez społeczeństwo pieniędzy, że za mało inwestujemy. Teza choć ostra, każe się jednak zastanawiać nad inwestycjami w infrastrukturę energetyczną, szczególnie w elektrownie i sieci przesyłowe energii elektrycznej. Jest też faktem, że współczesne państwowe i gminne inwestycje ciągną się latami, że czas założony na starcie, przeciąga się niesłychanie.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Duch Stalina zaczyna straszyć w Rosji

Uczeń donosi na nauczyciela, sąsiad na sąsiada, matka na syna. Agresja na Ukrainę obudziła w Rosji stalinowskie demony.  

Na początek dwa ciekawe przypadki. Sąd Rejonowy rosyjskiego miasta Penza skazał nauczycielkę języka angielskiego Irynę Gen na pięć lat w zawieszeniu za publiczne rozpowszechnianie fałszywych informacji o armii rosyjskiej. Uczniowie donieśli na nauczycielkę. Zarejestrowali na dyktafonie jej słowa o działaniach Rosji na Ukrainie i nagranie przekazali policji. Niektórzy rodzice nie docenili „patriotyzmu” uczniów, ogłosili powrót Pawlika Morozowa, chłopca z czasów stalinowskich, który doniósł na swojego ojca.

Teraz praca nauczyciela w Rosji stała się niebezpieczna. Uczniowie dostali w swoje ręce oręż, który umożliwia zemstę na nauczycielu za złe oceny lub po prostu daje możliwość pozbycia się wymagającego i pryncypialnego pedagoga. Wielu rosyjskich nauczycieli twierdzi, że młodzież zacznie korzystać z tej możliwości. Nie ma nikogo, kto mógłby chronić pracowników szkół.

Są jednak i nauczyciele, którzy wspierają takie „odkrywcze” działania uczniów. Mówią, że cieszą się, że uczniowie szkół średnich mają zdrowy rozsądek, aby zgłaszać incydenty funkcjonariuszom organów ścigania.

Rosyjscy prawnicy i politolodzy przestrzegają, że wszczynanie spraw karnych z powodu fejków na temat rosyjskiej armii zwiększy liczbę donosów i będzie wykorzystywane do osobistych porachunków.

Drugi przypadek jest jeszcze ciekawszy. Jak donosi RIA Novosti, bezrobotny mieszkaniec moskiewskich przedmieść zgłosił się na policję z donosem na.. siebie. Mężczyzna powiedział policji, że pijany namalował na ścianie domu przy autostradzie wołokołamskiej flagą Ukrainy i napisał antywojenne hasło. A kiedy wytrzeźwiał, podobno zdał sobie sprawę ze swojego błędu i zgłosił się na policję z oświadczeniem przeciwko sobie. Poprosił o pociągnięcie do odpowiedzialności za zdyskredytowanie armii rosyjskiej. Policja nie odmówiła mężczyźnie. „Uczciwego obywatela” czeka sąd i najprawdopodobniej grzywna.

To też typowy obraz: po 24 lutego wiele spraw zostało wniesionych z artykułu mówiącego o dyskredytacji wojska właśnie po skargach „czujnych” obywateli. Ludzie zgłaszają na policję swoich sąsiadów, krewnych i znajomych. Poza przypadkiem donosu uczniów na nauczyciela w Penzie znany był przykład, kiedy matka w Moskwie napisała donos na syna za uchylanie się od wojska. A na przedmieściach Moskwy grupa pracowników złożyła skargę na kolegę z policji.

Krym nie jest wyjątkiem. Urzędnicy i współpracownicy okupowanego półwyspu coraz częściej domagają się od Moskwy nasilenia represji wobec tych, którzy nie zgadzają się z rosyjską aneksją Półwyspu Krymskiego i rosyjską agresją militarną na Ukrainę na pełną skalę. Te nastroje i wezwania szczególnie nasiliły się po serii wybuchów w obiektach wojskowych rosyjskich sił zbrojnych na Krymie.

Marszałek rosyjskiego parlamentu Krymu Władimir Konstantinow wezwał do „zwrócenia uwagi na wszystkie >domowe< przejawy ukraińskiego nazizmu” na Krymie i „zatrzymania ich w najsurowszy sposób”. W związku z tym wezwał Moskwę do zbombardowania Kijowa i innych „centrów decyzyjnych”. – Ostatnio upijają się i wykrzykują banderowskie slogany, potem krytykują rząd… Nasza reakcja na takie zachowanie musi być jednoznaczna i bardzo okrutna… Skończyły się żarty – zagroził Konstantinow. Jego zdaniem na Krymie bardziej aktywni stali się ukraińscy agenci, choć tak naprawdę ostatnio widoczne są tam proukraińskie nastroje mieszkańców półwyspu wynikające z niezadowolenia z rosyjskich rządów na tym terenie.

Prorosyjski bloger Eyvaz Umerov uważa, że ​​„walka z „piątą kolumną” powinna być zintensyfikowana i dlatego sugeruje: „Potrzebujemy metod, których kiedyś używał towarzysz Stalin, inaczej nie ma mowy!”. Wyjaśnił: „Rozumiem, że wiele osób trafi do więzień, będą tysiące… Takich ludzi należy karać i karać w ramach uproszczonego systemu… Potrzebne są twarde decyzje i środki… Czas pomyśleć i zacząć sprzątać…”

Według znanego rosyjskiego prawnika Mykoły Połozowa taka reakcję władz i ich prorosyjskich współpracowników to skutek udanych ataków wojsk ukraińskich na obiekty wojskowe na Krymie. „Oczywistym jest, że nerwowość rosyjskich sił bezpieczeństwa i przedstawicieli władz na okupowanym Krymie może spowodować >polowanie na czarownice< i nasilone represje wobec tych, których władze uważają za nielojalnych wobec Rosji jako części ludności Krymu. Tradycyjnie główny cios może być zadany Tatarom krymskim. To nie przypadek, że dosłownie następnego dnia po wydarzeniach w pobliżu Sakami w dzielnicy Dzhankoy przeprowadzono nalot z przeszukaniem domów Tatarów krymskich, a czterech z nich aresztowano. Rosyjskie służby specjalne będą również szukać >terrorystów< i >sabotażystów< na Krymie wśród etnicznych Ukraińców” – powiedział dziennikarzom Mykoła Połozow.

Aktywista krymski Pawło Stiepanczenko uważa, że ​​rosyjska ideologia nazistowska zaczyna się od zakazu wolności słowa i wolności krytyki rządu, od prześladowania opozycji. Dlatego obecne procesy polityczne w Rosji to nic innego jak powrót kraju do stalinowskich praktyk i represji lat 30. XX wieku. Tyle, że Stalin faktycznie odrodził się w Rosji…

 

SDP: Rosyjscy propagandyści udający dziennikarzy powinni być osądzeni jak zbrodniarze wojenni!

24 sierpnia reprezentanci Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wydali oświadczenie potępiające rosyjskich propagandystów, którzy w rosyjskich mediach nakręcają spiralę nienawiści wobec napadniętej przez Moskwę Ukrainy.

W środę wieczorem oświadczenie zaczęły cytować m.in. ukraińskie media (na końcu publikacji).

 

Oto treść oświadczenia:

 

W związku z trwającą od pół roku barbarzyńską rosyjską  inwazją na niepodległą Ukrainę, jako reprezentanci Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, po raz kolejny domagamy się wyciągnięcia odpowiedzialności za zbrodnie popełniane tam na ludności cywilnej nie tylko wobec bandytów w rosyjskich mundurach, ale i „dziennikarzy” – propagandystów sprzyjających kremlowskiemu reżimowi. Propagandystów nie tylko dezinformujących światową opinię publiczną w sprawie krwawej agresji Moskwy na Ukrainę, ale też zachęcających do walki z Ukraińcami w imię imperialistycznych interesów Putina i jego popleczników. 
 
Rosyjscy funkcjonariusze propagandowi, którzy udają dziennikarzy, tacy jak m.in.: Margarita Simonian, Władimir Sołowiow, Dmitrij Kisieliow, Olga Skabiejewa oraz wielu innych, powinni – po upadku Putina – być osądzeni jak zbrodniarze wojenni!
 
To tylko przykłady kłamców i prowodyrów wojennych, którzy udają dziennikarzy. To najbardziej znane twarzy rosyjskiej propagandy. Niestety, jest ich dużo więcej i biorąc pod uwagę fakt, że w Rosji teraz w ogóle nie ma wolnych mediów.
 
Oszustwo, dezinformacja a nade wszystko podżeganie do nienawiści, do zabijania niewinnych ludzi w niepodległym kraju, nigdy nie będą uważane za dziennikarstwo a ośrodki rosyjskiej propagandy nigdy nie staną się mediami. Dlatego światowe organizacje dziennikarskie oraz krajowe stowarzyszenia medialne powinny nieustannie wywierać wpływ na demokratyczne rządy i instytucje międzynarodowe, aby wobec oczywistej konieczności przygotowania trybunałów dla siejących terror na Ukrainie bandytów z rosyjskiej armii, uznać za zbrodniarzy wojennych także propagandystów rosyjskich zachęcających w kremlowskich mediach do agresji na Ukrainę i próbujących usprawiedliwiać masowe mordy, gwałty i rabunki.
 
Krzysztof Skowroński – prezes SDP
Jolanta Hajdasz – wiceprezes SDP
Mariusz Pilis – wiceprezes SDP
Hubert Bekrycht – sekretarz generalny SDP
Aleksandra Tabaczyńska – skarbnik SDP

 

Oświadczenie SDP w UKINFORM: TUTAJ.

 

Oświadczenie SDP w UA News: TUTAJ.

 

 

O hodowli ludzi, tym razem, pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Tam, gdzie usuwa się książki

Problem ze znakomitym podręcznikiem „Historia i Teraźniejszość” profesora Wojciecha Roszkowskiego polega na tym, że przełamuje on lewicowo-postępowy chaos w myśleniu o człowieku i o społeczeństwie sączony intencjonalnie w umysły młodych ludzi od lat w Europie Zachodniej, czy coraz częściej w USA. Właśnie dlatego jest znakomity, że orientuje bieguny proponując kontynuację sprawdzonego porządku. Właśnie dlatego jest znakomity, że w syntezie przedstawia fakty z punktu widzenia tradycji i konserwatyzmu, potępiając nazizm, komunizm, przestrzegając przez konsekwencjami nowej odsłony marksizmu, który wykrzykując „wolność”, w istocie zawsze chce tylko jednego – całkowitej władzy nad jednostką i całkowitego jej zniewolenia.

Podręcznik wzbudza więc histeryczną nienawiść, bo pokazuje młodym ludziom, że mogą doskonalić się szanując tradycję i pisząc nowe karty historii na rozumnym gruncie. Że mogą i mają obowiązek pisać dumną historię świadomą samodyscypliną, przeciw anarchii. Duma to jednak rzecz niebezpieczna, dumnymi ludźmi niełatwo manipulować…

Jest rzeczą naturalną, że w tej wojnie światów, wojnie ideologii podręcznik będzie przechodzić, i przechodzi, próby wyśmiania i zohydzenia. Zajmę się jednym aspektem, jedną próbą zohydzenia „HiT”, tak zwaną sprawą „in vitro”. Roszkowski w swoim podręczniku, w rozdziale „Kultura i rodzina w oczach Zachodu” napisał między innymi o niewypuklanych faktach dotyczących zachodnich pisarzy i intelektualistów, takich jak Jean-Paul Sartre. O ile młodzi ludzie zazwyczaj wiedzą, że wspaniałym, kawiarnianym egzystencjalistą był, o tyle nowością może być dla nich, że był także pieskiem Stalina tuszującym jego zbrodnie i wielbiącym ZSRR. O ile młodzi ludzie podziwiać mogą skondensowaną metaforę zawartą w „Starym człowieku i morzu” Ernesta Hemingwaya, o tyle pewnym zaskoczeniem może dla nich być, że ten silny mężczyzna był po prostu ruskim agentem. Ale nie tego się postęp w tym rozdziale czepia.

Polityk, prezydent Poznania, członek Platformy Obywatelskiej, Jacek Jaśkowiak zaapelował publicznie do nauczycieli: „Drogie nauczycielki, drodzy nauczyciele! Zwracam się do Was z gorącym apelem: Nie korzystajcie z podręcznika do „HiT” autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego. Zawiera on wiele dyskryminujących, nieprawdziwych czy wręcz haniebnych treści dotyczących m.in. in vitro” I dalej: „Skorzystajcie z tego prawa, by chronić naszą młodzież przed fałszywym przekazem i indoktrynacją, na którą nie ma miejsca w poznańskich szkołach. Poznań jest miastem tolerancyjnym, otwartym dla każdego. Nie wyobrażam sobie, żeby ten szkodliwy i kłamliwy twór kształtował światopogląd młodego pokolenia poznanianek i poznaniaków”.

Takich słów, utrzymanych w tonie najwyższego oburzenia, z taką właśnie argumentacją było mnóstwo, a pozwoliłem sobie zacytować słowa akurat Jacka Jaśkowiaka, ponieważ są pigułką. Na co Jacek Jaśkowiak i jemu podobni tak emocjonalnie się oburzyli? Co takiego w tym samym rozdziale o in vitro napisał Roszkowski? Nic. Bardzo mi przykro, ale o in vitro Roszkowski nie napisał nic, wiem, ponieważ czytałem i to ze zrozumieniem. Jeszcze raz, bo może komuś umknęło. Profesor Wojciech Roszkowski odsądzany jest od czci i wiary z powodu jego podejścia w podręczniku, do in vitro niczego nie napisał o in vitro i to sformułowanie w ogóle nie pada. Niemożliwe? Możliwe, wiem, bo czytałem. Co więc naprawdę napisał profesor Roszkowski, co stało się obiektem ataków?

Napisał: „Coraz bardziej wyrafinowane metody odrywania seksu od miłości i płodności prowadzą do traktowania sfery seksu jako rozrywki, a sfery płodności jako produkcji ludzi, można powiedzieć hodowli. Skłania to do postawienia zasadniczego pytania: kto będzie kochał wyprodukowane w ten sposób dzieci? Państwo, które bierze pod swoje skrzydła tego rodzaju +produkcję+? Miłość rodzicielska była i pozostanie podstawą tożsamości każdego człowieka, a jej brak jest przyczyną wszystkich prawie wynaturzeń natury ludzkiej. Ileż to razy słyszymy od ludzi wykolejonych: nie byłem kochany w dzieciństwie, nikt mi nic nie dał, więc sam sobie muszę brać.” Koniec cytatu.

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby te słowa interpretować w kontekście in vitro. Dlaczego? Bo te dzieci są właśnie chciane, bo te dzieci są właśnie wyczekiwane, bo te dzieci są upragnione, bo te dzieci są otoczone miłością od samego początku, bo te dzieci są noszone przez matki przez 9 miesięcy i już wtedy naturalnie kochane. Zacytowane słowa prof. Roszkowskiego odczytałem jako sprzeciw przeciw takim praktykom jak klonowanie, sprzeciw wobec „sztucznych macic”, jako sprzeciw wobec rzeczywistej masowej hodowli ludzi, do czego technologia w najbliższym czasie będzie zdolna, albo już jest w niejawnych laboratoriach.

Hodowla ludzi, masowa i pozbawiona miłości jest problemem, z którym świat będzie się musiał zmierzyć podobnie jak z genetycznym modyfikowaniem ludzi. Zmierzyć także na płaszczyźnie prawnej i etycznej. Na przykład, czy można hodować ludzi na organy? O co więc cała ta histeria w sprawie in vitro w „HiT”. O nic. Taki problem nie jest w książce poruszany. Ale histeria już zadziałała, bo bywa silniejsza od rozumu. Już słyszę głosy, że książkę trzeba wycofać, że ten fragment musi być usunięty. Bzdury. Niebezpieczne bzdury. Tam, gdzie usuwa się książki, niebawem będzie usuwać się ludzi.

Pasanie owiec – CEZARY KRYSZTOPA o odciąganiu uwagi od niewygodnych wydarzeń

Można by na przykład zacząć od felietonów Jana Rema, czyli Jerzego Urbana w „Tu i teraz”, jak „Seanse nienawiści”, w którym oskarżał bł. Ks. Jerzego Popiełuszkę o bycie „Savonarolą antykomunizmu”. Niedługo później ks. Jerzy został zamordowany przez przedstawicieli czerwonego reżimu, któremu Urban aportował. Albo później od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to co napisała „Gazeta Wyborcza” wielu wydawało się bardziej realne od tego co rzeczywiście miało miejsce, albo kiedy „Gazetę Wyborczą” zdetronizował  w tej roli TVN.

Gdyby to była jakaś szczególnie pogłębiona analiza, mogłaby się również zaczynać choćby od 2015 roku, kiedy to „PiS zaatakował demokrację” zanim zdążył cokolwiek zrobić, od „śmierci Diduszki”, „gazu na ulicach”, „nazistów na Marszu Niepodległości”, „wyłączania internetu”, „złamania konstytucji”, czy „dzieci z Michałowa”. Wszystkiego nie pamiętam, ale jak sami wiecie, ten serial nie ma końca, choć wraz z upływem czasu zamiast budzić grozę jak wcześniej, budzi coraz więcej śmiechu i politowania. Ale że jest to tylko krótki felieton, to wypada tylko wyjaśnić, że zjawisk tych nie łączy skala, czy waga, ta wydaje się szybko dewaluować, zjawiska te łączy mechanizm utrzymywania podatnych na wpływ owiec w stanie permanentnego stresu wywoływanego przez mniej czy bardziej utalentowane owczarki, w celu pasania w pożądany przez pasterzy sposób.

Szybka dewaluacja skuteczności jakiej metoda ostatnio podlegała, skłania do uzasadnionego wniosku, że nie warto się nią już zajmować, skoro najpoważniejszym z efektów jest tu pogłębiająca się frustracja owczarków i pasterzy, którzy kiedyś trzęśli spanikowanym stadem, a teraz „tak się starają i nic”. Byłby to wniosek uzasadniony, ale czy nie zbyt łatwy?

Znowu zadziałało

Oto bowiem ostatnio mieliśmy do czynienia z dynamicznym wzrostem intensywności jej stosowania – „nie ma cukru”, „pedofilia w podręczniku do historii”, „rtęć w Odrze” (pomniejszych histerii w międzyczasie nie liczę). W dodatku dzieje się to w kontekście wojny za naszą wschodnią granicą i sporych zdolności wpływu na zachodnią opinię publiczną ze strony podrażnionego brakiem „wielkiego zwycięstwa” kremlowskiego Mordoru. I wiecie co? Chyba znowu całkiem poważnie zadziałało.

Kto w tym kontekście jest tylko owczarkiem, a kto prawdziwym pasterzem, to pytanie nie do mnie. Ja nie wiem czy i kto tu jest zdrajcą, a kto pożytecznym idiotą. Za to myślę, że jeżeli ktoś chciał sprawdzić jak w obecnej sytuacji Polacy zareagują na serię „oburzających” wrzutek odciągających uwagę od niewygodnych wydarzeń, to otrzymał odpowiedź, która powinna nas, ze szczególnym uwzględnieniem służb wszelakich, bardzo niepokoić.

Owiec podatnych na sugestie owczarków jakby znów jest więcej. A co gorsza, jakby rósł pośród nich odsetek agresywnych baranów.

Lwowskie, polskie Termopile – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o bitwie pod Zadwórzem

17 sierpnia 1920 r. w Zadwórzu – wsi położonej 33 km od Lwowa – 330 młodych Polaków stoczyło zwycięski bój z przeważającymi siłami bolszewików, nie dopuszczając do zdobycia przez nich miasta. Złożony głównie z lwowskiej młodzieży batalion Małopolskich Oddziałów Armii Ochotniczej pod dowództwem kapitana Bolesława Zajączkowskiego przez 11 godzin stawiał heroiczny opór napastnikom.

Obrońcy odparli sześć szarż konnych armii Budionnego. Batalion uległ dopiero po przybyciu nowych sił kawalerii bolszewickiej i po wyczerpaniu amunicji. W nierównej walce poległo 318 polskich żołnierzy. Walczyli do końca na kolby i bagnety. Większość poddających się została rozsiekana przez Kozaków. Sowieci rąbali ich szablami, rannych dobijali kolbami. Zabitym odcinali głowy, ręce i nogi, zabierali ubrania. Pozostali przy życiu ranni oficerowie ostatnimi nabojami odbierali sobie życie. Opór ochotników pod Zadwórzem umożliwił innym oddziałom polskim wycofanie się i zajęcie pozycji obronnych pod Lwowem.

Ciała pięciu poległych oficerów, które udało się zidentyfikować, zostały pochowane na cmentarzu Orląt we Lwowie. Pozostali bohaterowie spoczęli na żołnierskim cmentarzu, w pobliżu usypanego na ich cześć kurhanu, gdzie umieszczono tablicę pamiątkową z napisem: „Orlętom poległym w dniu 17 sierpnia 1920 roku w walkach o całość ziem kresowych”. Do 1939 r. pomnik chwały był celem wypraw kombatantów, harcerzy i młodzieży, gdzie składano ślubowania i przyrzeczenia.

Pod Zadwórzem zginął m.in. 19-letni Konstanty Zarugiewicz, polski Ormianin, uczeń siódmej klasy, obrońca Lwowa z 1918 r., kawaler Krzyża Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. W 1925 r. jego matka Jadwiga Zarugiewiczowa została poproszona, aby spośród ciał znalezionych na pobojowisku wskazać jedno, które złożono następnie w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Wcześniejszego wyboru Lwowa jako miejsca pochodzenia szczątków bezimiennego żołnierza dokonał 4 kwietnia 1925 r. z 15 pobojowisk, na których w latach 1914-1920 rozegrały się najbardziej krwawe walki o niepodległość, Józef Buczkowski – ogniomistrz 14. Pułku Artylerii Polowej, kawaler Virtuti Militari.
Lekarz ocenił wiek zabitego na ok. 14 lat, stwierdził u niego postrzały w głowę i w nogę, co dowodziło śmierci w boju. Po pożegnalnym nabożeństwie we lwowskiej katedrze zwłoki przybyły pociągiem na stołeczny Dworzec Główny 2 listopada 1925 r., skąd kondukt przeszedł do katedry św. Jana na okolicznościową Mszę Świętą. Następnie trumnę na armatniej lawecie w uroczystym pochodzie przetransportowano na pl. Saski. Na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza w arkadach Pałacu Saskiego w Warszawie znalazł się napis: „Tu leży żołnierz polski poległy za Ojczyznę”.

Niemcy wysadzili Pałac już po Powstaniu Warszawskim: w ostatnich dniach grudnia 1944 r. Teraz – razem z jego odbudową – Grób odzyska historyczny kontekst.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja prowadzi ukierunkowaną wojnę informacyjną przeciwko Polsce

Analiza rosyjskich przekazów o życiu i wydarzeniach w Polsce pokazuje, że Rosja realizuje wobec Polski wieloaspektowy i celowy program walki informacyjnej.

Na łamach rosyjskich gazet i mediów elektronicznych praktycznie nie ma pozytywnych wiadomości o polityce, rządzie, społeczeństwie i życiu w Polsce. Zamiast tego rozprzestrzeniają się fakenewsy i manipulacje, które w założeniu rosyjskich propagandystów, powinny powodować konflikty zarówno wewnętrzne w Polsce, jak i międzynarodowe, aby w ten sposób uniemożliwić realizację polskich programów wzmacniających jej zdolności obronne, suwerenność i niezależność.

Z treści rosyjskich artykułów o Polsce jasno wynika, że ​​informacyjna agresja Moskwy odbywa się w kilku głównych kierunkach. Pierwsza z nich to próba wbicia klina między Polskę a Ukrainę, między Polaków i Ukraińców. Wykorzystują do tego tendencyjne i manipulacyjne doniesienia o wydarzeniach z polsko-ukraińskiej historii oraz przeinaczanie faktów dotyczących współczesnych stosunków ukraińsko-polskich.

Na przykład rosyjskie służby wywiadowcze systematycznie rozpowszechniają w mediach fałszywe doniesienia, że Polska nadal „panuje” na Ukrainie i próbuje realizować ekspansję na Ukrainę Zachodnią.

Pewnego dnia tak zwane „biuro prasowe rosyjskiego wywiadu zagranicznego” doniosło o „stopniowej realizacji przez Warszawę dalekosiężnych planów wobec Ukrainy. Coraz bardziej oczywiste staje się, że nie chodzi tylko o możliwość wprowadzenia >polskich sił pokojowych< w zachodnie regiony tego kraju, ale także o ustanowienie kontroli nad najbardziej perspektywicznymi sektorami gospodarki sąsiedniego kraju”.

Dyrektor rosyjskiego wywiadu Siergiej Naryszkin stwierdził wcześniej „gotowość Polski do aktywniejszej współpracy w kwestii ukraińskiej z Węgrami i Rumunią w celu ukrycia planów zajęcia zachodniej Ukrainy”.

A pod koniec lipca wiceprzewodniczący rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew opublikował na swoim kanale Telegram mapę, na której większość Ukrainy przenosi się do innych krajów, w tym do Polski. W ten sposób Rosja próbuje zamaskować swoje plany aneksji Ukrainy, kłamiąc o „nowym podziale Ukrainy” przez państwa europejskie.

Kilka dni temu rosyjska agencja „Ukraine.Ru” podała „straszne wieści” od tak zwanego politologa Rostislava Iszczenko, że rzekomo „prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zgodził się nadać obywatelom polskim specjalny status na Ukrainie w zamian za wysłanie z Warszawy wojsk na zachód kraju”. Zaznaczył, że „przyjęcie tej normy uczyni z byłej republiki sowieckiej protektorat swojego zachodniego sąsiada”.

Któregoś dnia Naryszkin poinformował, że „polskie kierownictwo rozpoczęło opracowywanie scenariuszy faktycznego rozczłonkowania Ukrainy. Według niego Warszawa jest przekonana, że ​​USA i Wielka Brytania będą zmuszone poprzeć plan podziału byłej republiki radzieckiej.

Rosjanie są również zaskoczeni życzliwością Polaków, którzy dobrze rozumieją ból Ukraińców i udzielają dużej pomocy uchodźcom. Dlatego rosyjska agencja informacyjna RIA Novosti wypacza treść artykułu z „Myśli Polskiej”, w którym jego autorka, Agnieszka Piwar, stwierdza, że ​​„Polacy zostali wprowadzeni w błąd, gdy byli przekonani o konieczności przyjęcia Ukraińców w swoich domach”. Piwar zauważa, że ​​wielu uchodźców przybyło z tych regionów Ukrainy, gdzie nie są prowadzone działania wojenne, a ich celem jest skorzystanie z różnych przywilejów jakie daje Polska”. Co więcej, Agnieszka Piwar stwierdza, że „polskie środki masowego przekazu milczą o tych problemach, bo cenzura działa tak, jak powinna. Autor depeszy dodaje zaś, że Polacy kiedyś „otworzą oczy” na Ukraińców i prędzej czy później ich cierpliwość się wyczerpie. Oczywiście Ukraińcy czasami nie są aniołami, ale wydaje się, że w tym przypadku mamy do czynienia z dwoma zmanipulowanymi materiałami, z których pierwszy podsumowuje pewne niesystematyczne fakty, co daje drugiemu autorowi podstawy do ogólnych oskarżeń i tworzenia zniekształconego obrazu rzeczywistości. Metoda nie jest nowa i została już dobrze opanowana przez rosyjską propagandę.

Rosja zdaje się też nie szczędzić sił i środków, aby zakłócić realizację przez Polskę programu zbrojeń i stworzenie silnej, zdolnej do obrony armii. Ta sama agencja RIA Novosti nagle stała się „bardzo zaniepokojona”, że rzekomo „decyzja Polski o zakupie południowokoreańskich czołgów spowoduje problemy dla NATO”. Pechowe NATO, kto uchroni je przed błędami, jeśli nie Rosja?

RIA Novosti powołuje się na „amerykańskiego eksperta wojskowego” Daniela Gura, który w artykule dla 19fortfive stwierdził, że zamiar szefa MON Mariusza Błaszczaka zakupu od Korei Południowej czołgów K2, haubic K9 to „niezwykle dziwna decyzja… skoro nowy sprzęt będzie niekompatybilny ze sprzętem NATO, a Polacy będą musieli dostosować metody interakcji czołgów K2 z innymi systemami walki.” Nieszczęśni Polacy, jak poradzą sobie z tak piekielnym zadaniem?

Jednocześnie media rosyjskie odrzucają wszelkie konstruktywne myśli i propozycje Polski. Na przykład bez wystarczającej analizy zareagowali wrogo na propozycję posła PiS Arkadiusza Mularczyka, który niedawno w rozmowie z „Rzeczpospolitą” poruszył temat reparacji od Rosji. Mularczyk z przekonaniem stwierdził, że Polska powinna zdecydowanie „ocenić szkody”, a potem po prostu „poczekać na odpowiedni moment polityczny”. W Rosji nie zwrócono uwagi na to, że wcześniej ten sam poseł mówił o reparacjach, których Polska zamierza domagać się również od Niemiec.

Moskiewscy propagandyści po swojemu wykorzystali również rozmowę Lecha Wałęsy z francuskim „Le Figaro”. Były prezydent wyraził w niej opinię, że „zachodni alianci mylili się co do Moskwy nawet w czasach Gorbaczowa, uznając, że >on jest dobry< i da pokój Rosji”. Wałęsa nazwał obecną sytuację rezultatem tego błędu, mówiąc, że Kreml chce „kontynuować aneksowanie narodów do swojego imperium”. Były prezydent dodał, że nawet w przypadku zwycięstwa Kijowa w konflikcie z Moskwą sytuacja może się powtórzyć za 5-10 lat i aby uniknąć takiego scenariusza, Zachód musi „wymusić zmianę systemu politycznego” w Rosji. Wałęsa podzielał również opinię, że opcją zapewnienia bezpieczeństwa byłoby również podział Rosji, w tym celu konieczny jest bunt narodów żyjących w tym kraju. Te słowa byłego prezydenta niesłusznie nazwano w Rosji „żądnymi krwi”. A szef Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej Leonid Słucki określił słowa Wałęsy „urojeniami schizofrenicznymi”. W Rosji zapomnieli jednak, że podobne idee od dawna wyrażają nie tylko politycy na całym świecie, ale także sami rosyjscy demokraci, a Imperium Rosyjskie w XXI wieku nie ma innej perspektywy niż zniszczenie przez ruchy wyzwoleńcze narodów, które Moskwa nadal przetrzymuje w swoim „więzieniu”. Świadczą o tym decyzje dwóch Forów Wolnych Narodów Rosji, które już w tym roku odbyły się w Warszawie i Pradze. Rosja musi zniknąć jako „więzienie narodów”, a w jej miejsce powinny pojawić się wolne, suwerenne państwa narodów, które od dawna walczą o swoje wyzwolenie. Dziś przykład Polski inspiruje Ukrainę, która walczy o swoje wyzwolenie, żadne specjalne operacje informacyjne agresora mu nie pomogą.

JAN TESPISKI: Dyrektorzy i inne ciemne siły teatralne (8)

Teatr jest instytucją z gruntu feudalną. I bardzo dobrze. Raz jeden, za mego długiego życia, lud teatralny, czyli aktorzy i techniczni przejęli władzę. Było to w czasach powstawania Solidarności. Wtedy to w aktorów i innych pańszczyźnianych chłopów teatralnych, wstąpił duch buntu. Spora część zespołów miała wtedy nadzieję, że teraz ustrój feudalny zastąpiony zostanie pełną demokracją. Przy czym dyrektorzy mieli być, ale tacy wybierani przez samych aktorów.

Najpierw jednak trzeba było usunąć starych dyrektorów, z nominacji komuny. Do czego przystąpiono z ochotą. Tę rewolucję powstrzymał stan wojenny, ale potem myśl o „samostanowieniu” zespołów powróciła.

Ale wtedy, w 1980 roku, odżyły skrywane urazy, odnowiły się rany – tak fizyczne jak psychiczne – będące skutkiem cierpienia aktorskiegp ludu. Dziwny to był czas i doprowadził do znacznego obniżenia jakości wystawianych sztuk. W wielu teatrach organizacje NSZZ Solidarność zażądały wpływu na to, co będzie teatr grał, kto jakie role będzie grał i ile kto będzie zarabiał. Tym samym pozbawiono dyrektorów – w dużej mierze – możliwości istotnego kierowania teatrami. Bywało śmiesznie.

ZASP kontra Solidarność

W jednym z teatrów starsi członkowie Związku Artystów Scen Polskich zażądali, by ta zawodowa organizacja aktorów i reżyserów – wzorem uprawnień przedwojennego ZASP-u – miała prawo wydawania zgód na dopuszczenie aktorów do grania.

I na nic zdawało się tłumaczenie starszym kolegom, że teraz w Polsce są szkoły teatralne, że aktorzy mają, w większości, dyplomy magistrów i obecnie ZASP ma inne zadania. Starsi byli uparci – jak to starcy. W końcu na ogólnym zebraniu zespołu artystycznego, we wrześniu 1980 roku, jeden z nich łamiącym się z emocji głosem powiedział:

– Ja słyszę tu głosy o konieczności powstania w naszym teatrze Solidarności. A przecież my już mamy ZASP. To jest wspaniała cechowa organizacja. Tylko musimy jej przywrócić przedwojenne prawa. Po co zakładać jakiś nowy związek? Owszem mamy teraz aktorów magistrów, ale grać z nimi na scenie nie sposób. A gdyby były nasze cechowe egzaminy, to odsiałoby się tych magistrów – nieudaczników.

Na to odezwał się aktor w średnim wieku:

– A czy ty Tadziu nie jesteś w szkole aktorskiej prodziekanem?

– Owszem, jestem, ale mam spętane przez układy ręce i nogi. A gdybym był szefem ZASP-u w naszym mieście, żaden nieutalentowany nie przecisnąłby się przez nasze sita.

Stan wojenny

Stan wojenny. Teatry żyły nerwowo, ale bez sensacji wewnętrznych. Choć znam wyjątki. W Częstochowie, które władza uważała za miasto frontowe w walce o duszę narodu, z powodu klasztoru i pielgrzymek, doszło do zaskakujących wypadków.

Po pierwsze, dyrektorem wydziału kultury mianowano oficera z orkiestry wojskowej. Obywatel ten utykał. Twierdził, że to skutek ran odniesionych na misjach. Prawda – o czym szeroko plotkowano w mieście – była taka, że złamał biodro, wysiadając po pijaku z helikoptera, którym koledzy postanowili go przewieźć dla zabawy.

Dyrektor ten zawiadywał trzema placówkami: teatrem, filharmonią i biblioteką. Dyrekcje tych placówek miały mu się meldować po dwa razy w tygodniu. Grafik był taki: poniedziałki i piątki – biblioteka, wtorki i soboty – filharmonia, środy i piątki – teatr. Co miały nowego do powiedzenia dyrekcje tych placówek dwa razy w tygodniu? To pozostanie smutną tajemnicą. Poza tym ten oficer na stanowisku dyrektora wydziału kultury ujawniał w prasie codziennej talenty literackie, pisując do miejscowego organu KW PZPR pornograficzne kawałki, w bardzo złym stylu. Formalnie były to opowiadania o jednym męskim mężczyźnie i kilku kobietach. Nie będę ich tu streszczał, bo byłby wstyd dla literatury i pornografii zarazem.

W samym teatrze zaś mianowano naczelnym dyrektorem byłego dyrektora technikum rolniczego. Człowiek ten nie miał najbladszego pojęcia o teatrze, ale widać gwarantował „słuszną linię”. A częstochowski teatr przeżywał właśnie potężny remont, którym miał kierować nowy dyrektor -rolnik. Wsławił się on kilkoma przypadkami budowlanymi.

Po pierwsze: dyrektor postanowił, podobno dla oszczędności, że technicy teatralni sami zamontują większość urządzeń i wystrój sceny. Najpierw położono na scenie podłogę. Podłoga była elegancka, z dębowej jasnej klepki, wylakierowana. Przeczyło to kilkusetletnim doświadczeniom teatrów, że podłoga na scenie powinna być z dwucalowych desek, żeby można było na niej stawiać i przybijać elementy scenografii. Podłoga była też nachylona pod kątem 5 stopni, ale na proscenium było wyżej, a opadała ku tyłowi sceny. Odwrotnie niż we wszystkich teatrach świata. Skutkiem czego aktor stojący pośrodku sceny „nie miał stóp”.

Po drugie: zamontowano rampę sceniczną, ale obrócono ją – dyrektor nie umiał czytać rysunków technicznych – o całe 180 stopni. Kiedy włączono reflektory, biły one światłem na widownię.

Po trzecie: widownię sceny od podłóg po strop wyłożono płytami paździerzowymi, w kolorze ciemno niebiesko-zielonym. Płyty były grubo powlekane głębokim lakierem. Efekt był taki, że w czasie spektakli płyty odbijały światło i widownia miała wrażenie, że przebywa w prosektorium.

Na szczęście stan wojenny się skończył, ale pamięć o wyczynach władz w Częstochowie, niech   będzie nadal żywa. Ku przestrodze.

 Kto ważniejszy

Przez całe cztery dziesięciolecia PRL było tak, że kierował teatrem artysta, któremu dawano etat „Naczelny i Artystyczny”. Niemniej każdy z naczelnych potrzebował zastępcy, który zajmował się sprawami technicznymi i administracyjnymi.

Na stanowisko zastępcy najczęściej trafiał jakiś urzędnik z wydziału kultury. W ten sposób urzędnik spełniał swoje marzenie, żeby z kierującego w mieście teatrami stać się szarym zastępcą. Skąd takie marzenia? Stąd, że szef wydziału kultury zarabiał od 2 do 3 razy mniej niż zastępca dyrektora teatru.

Zdarzało się, że taki nowy zastępca nawet się sprawdzał się, ale zawsze szło mu to z trudem, bo nagle, jednego dnia, człowiek tracił władzę, choć zyskiwał gotówkę. Bywało też i tak, że „przeniesiony z wydziału” nigdy nie nauczył się teatru, bo jest to świat trudny, skomplikowany.

W latach sześćdziesiątych, w jednym z małych teatrów zastępcą ds. administracyjnych teatru został człowiek dziwny, który wyróżniał się w całym mieście tym, że zawsze chodził w długich, czarnych, skórzanych płaszczach i tyrolskich kapeluszach. Mówiono o jego przeszłości dziwne rzeczy, włącznie z tym, kierował już teatrem więziennym, ale to chyba czysta złośliwość. Na pewno było wiadomo, że przyszedł „z wydziału”.

Pewnego dnia do jego gabinetu wkroczył mocno wściekły aktor i zrobił dyrektorowi kosmiczną awanturę.

– My panie dyrektorze mamy już tego wszystkiego dosyć. My gramy również w objeździe, ale nikt z pańskiego pionu administracyjno-technicznego nie interesuje się w jakich warunkach gramy A nasz autokar lepi się od brudu. Syf, smród i ubóstwo. A to jest jednak kultura! Kultura powiadam! A jak pan zorganizował bankiet popremierowy? Herbata podana w wiaderku i w poobtłukiwanych kubkach. Czy pan nie rozumie, że to jest teatr! Teatr powiadam!

Aktor wykrzykiwał dość długo wszystkie żale, wicedyrektor milczał. W końcu jednak wstał zza biurka, otworzył drzwi do sekretariatu i zapytał sekretarkę:

– Pani Zosiu, proszę sprawdzić, jak to jest w papierach. Bo czy my jesteśmy tutaj ważniejsi, czy oni, znaczy aktorzy?

Nie do zniesienia

Tadeusz Kantor, wielki twórca, miewał też swoje dziwactwa, za którymi jednak kryła się jego żelazna logika. Pewnego dnia spotkał w Rynku znajomego, który po paru zdawkowych zdaniach zapytał:

– To prawda, panie Tadeuszu, że zwolnił pan swojego zastępcę Balickiego?

– Oczywiście, bo sytuacja była nie do zniesienia. Wiadomo, dla przykładu, że 15-go mamy lecieć do Nowego Jorku, a 12-ego nikt nie ma jeszcze paszportów, dekoracje nie spakowane. Niczego na czas nie przygotował, bałaganiarz jeden. To wziąłem i wywaliłem. Na zbity pysk. I wie pan, Związek Plastyków podsunął mi taką panienkę. Miła, dobrze zorganizowana, paszporty zawsze były gotowe miesiąc wcześniej, dekoracje dwa tygodnie wcześniej spakowane. Ona nawet, na miesiąc wcześniej, miała rozkład naszych pokoi w hotelach.

– To wspaniale! – powiedział znajomy.

– Wspaniale?! Zacząłem się dusić w tym jej porządku, to było nie do zniesienia. Wyrzuciłem panienkę na zbity pysk. I wziąłem z powrotem Balickiego.