Oceniając opozycję STEFAN TRUSZCZYŃSKI pisze: PiS to ma łatwo

Oczywiście PiS można by pokonać, gdyby „opozycjoniści” nie wysyłali do walki ludzi, których emocjonalne określenia czasem mogłyby być uznane za obelżywe. Przypomnijmy sobie jak KOD wysłał do walki „bojownika”, który nie chciał płacić alimentów. I jeszcze niedoszła kandydatka na prezydenta – „naturystka”, która wie, czego chce przyroda.

Prezentem dla rządzących jest Siemoniak – wódz, który niszczył własną armię. Dary Boże dla prawicy to także Donald Tusk, obywatel Budka i polityk Bartłomiej, któremu zarzucano podpalenie budki. Pod ruską ambasadą.

PiS ma łatwo, bo i w swoich szeregach ma dziwaczne egzemplarze. O nich innym razem.

A w świecie mediów po odwołaniu Jacka Kurskiego wielka niewiadoma. Nowy prezes TVP Mateusz Matyszkowicz zapuścił sobie długie włosy. Nie wiem czy ta „trwała” będzie dla niego wystarczająco trwała, by zdołał wykonać co sobie zamarzył. Szczęść Boże!

Jak to zrobić, aby po rozwrzeszczanej telewizji nie zrobić telewizji nudnej? Wiem – ale nie powiem, póki mi… nie zapłacą.

No cóż sprawiedliwości nigdy nie było na świecie. A prawo? To ślepa baba, która nawet nie chce zerwać sobie z oczu opaski symbolu asekuracji robotników prawa.

Warto jednak dobrze żyć z PiS, bo owa partia ma pieniądze. Tym łatwiej, że te rządy więcej czynią dobra niż zła. Oczywiście wiele błędów również popełniają. Największe to po prostu pomysły w rodzaju „piątka dla zwierząt” i wyrzucenie bardzo dobrego ministra, nieskuteczny zamach na TVN, czy majstrowanie z prawem aborcyjnym.

Tak jakby nie wystarczyły kłopoty ze zbrodniczą Rosją. Owszem PiS ustami wybitnego przywódcy ostrzegał. Ale nieskutecznie. Ci za Odrą wcale nie są wcale tacy mądrzy, choć wielu u nas nadal do nich wzdycha. No to jedźcie tam – na szparagi, opiekować się seniorami, sprzątać. Przy okazji spisujcie przedmioty, które oni bezczelnie eksponują w swoich mieszkaniach, choć wiedzą, że to kradzione!

Długo Pan Mularczyk dłubał przy raporcie w sprawie niemieckich reparacji za zniszczenie nam kraju w czasie wojny. No, ale w końcu raport ogłoszono. Teraz potrzebna jest konsekwencja w mądrym dochodzeniu racji. Mamy dobrych tłumaczy specjalizujących się w języku niemieckim. Nie żałujcie dla nich pieniędzy. Niech dziergają – słowo po słowie. A potem trzeba to rozpowszechnić, nie delikatnie jak to czynią mądrzy, ale zbyt subtelni profesorowie Krasnodębski i Legutko. Do głuchej Europy i Niemców z zatkanymi uszami trzeba krzyczeć.

Panie Boże, daj jeszcze więcej nienachalnie mądrych w środku i po lewej w wielkiej okrągłej sali. A z innej sali niech się odezwą w końcu do ludzi senatorowie, bo są przecież dobrze opłacani.

Pax, pax między rodakami. Oliwa wypłynie. Tak jak statki w przekopie mierzei. Jeszcze tylko tunel w Świnoujściu i hub-lotnisko. To zrozumiałe, że wielu ludziom trudno jest uwierzyć: jednak się udaje! Otwierajcie więc szeroko usta ze zdziwienia zamiast gadać głupoty i coraz bardziej plątać się w zeznaniach.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Kiosk sejmowy, czyli Budka

Obywatel Budka ani mnie ziębi, ani grzeje. Teraz u nas każdy może gadać co chce. I dobrze, że tak jest. Chwała solidarnościowemu skutecznemu buntowi, że mamy wolność nawet pyskowania i że pozbyliśmy się ruskich. Niestety, wiele innych spraw spaprano. 
Wracając jednak do tego pyszczenia. Od zniewolenia po II-giej wojnie różni zdrajcy, mordercy i kłamcy zalęgli się nad Wisłą i Odrą.  Scyzoryk się w kieszeni otwiera. Bo przecież są jakieś granice bezczelności i chamstwa. Bagatelizujemy to śmiechem – jak choćby oświadczenia PO, że protestowali przeciw Nord Streamowi, że sygnalizowali niebezpieczeństwo uzależnienia się od monopolu Gazpromu itp. Ich człowiek w Warszawie plącze się i ośmiesza. Własna partia w końcu wyrzuci go na pysk i płakać po nim nikt nie będzie. Może… tylko Pan Budka.
Facet ten nie zna granic.  Przypadkiem, w Gliwicach, widziałem go biegającego po lasku. Na zdrowie! Niech uprawia sport. Szkoda, że tak marnie wykorzystuje kondycję.
Panie Budko i towarzysze, z waszej pancernej brzozy ostatnie liście wkrótce opadną. Lot Tupolewa był i jest oczywiście zarejestrowany od startu po zniszczenie samolotu, gdy jego szczątki opadły na ruską ziemię. Ten kto ma zapis w końcu go ujawni. Nie pokazał go, bo to rzeczywiście mogłoby wywołać straszną wojnę. Milczenie nie oznacza zatajenia prawdy na zawsze.
Panie Budko, niech Pan nie oskarża Kaczyńskiego. Ciszej nad tą zbeszczeszczoną trumną.
Niestety, ma Pan usługową stację telewizyjną, która ochoczo emituje wszystko, co dyktuje zapiekła nienawiść wobec legalnie wybranej władzy. To już nie jest równoważenie propagandy rządzących.
To jest hejt, zły wybór.
W Polsce już rozkradziono, sprzedano wszystko co się dało. Teraz musimy kupować. Przede wszystkim broń. Bo bronić musimy się sami. Przyjaciółmi Polaków są przede wszystkim Polacy. I jest ich dużo. Tu i tam. Ci – tam – są zawsze potrzebni i liczymy też na nich. Ale Oni założyli swoje domy, rodziny w innych krajach. Posyłają dzieci do obcojęzycznych szkół. Jeśli nawet dla wielu Polaków za granicą jesteśmy ważni to Ojczyzna będzie się od nich w naturalny sposób coraz bardziej oddalać. Jeśli nawet pozostanie tak jak pierwsza miłość – to będzie coraz bardziej wspomnieniem, a nawet i tęsknotą.
Żyjemy tu i teraz. A wśród nas budki i kurniki. Rosną nowe domy, przekopy i tunel pod szeroką rzeką, co ułatwia kontakt ze światem. Odkryjemy zakopane i zdewastowane szyby górnicze, bo mamy jeszcze dużo węgla, odkupimy sprzedane za bezcen huty, podniesiemy polskie flagi na nowych statkach marynarki handlowej i wojennej, najpierw je kupimy ale potem produkować będziemy sami.
   Tak będzie Panie Budko, właź więc Pan tam skąd żeś Pan wylazł. A jeśli chcesz z tamtej perspektywy nadal szczekać – trudno, ale za nogawki szarpiesz Pan na własną odpowiedzialność.

WALTER ALTERMANN: Królestwo Najjaśniejszej 2022

Większość z nas uważa, że rządy nasze są odpowiedzialne za wszystko. Oczywiście, gdy rządzi prawica, to według liberałów ona odpowiada za to, że tygodniami jest zbyt gorąco, potem nader zimno, że deszcze są nazbyt obfite, a śniegu za dużo, lub za mało. Rządzący mają odpowiadać i za to, że kogoś strzyka w krzyżu, brzuch boli a zęby wypadają. Gdy rządy przejmują liberałowie nic się nie zmienia, poza tym, że odpowiedzialność za powyższe spada na nich – według zwolenników prawicy, pozostającej wtedy w opozycji.

Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie było prawdziwe. Kłopot w tym, że takie podejście dzieli cały naród na trzy obozy. Pierwszy to zwolennicy prawicy, drugi to miłośnicy liberałów, a trzeci obóz tworzą ci, którzy mają obie ścierające się strony w głębokim poważaniu.

Królestwo RP

Wyjście z pogłębiającego się podziału społeczeństwa lub – jak kto woli – narodu, jest jedno: Polsce potrzebna jest poważna zmiana ustroju, czyli przejście od rozszalałej demokracji do królestwa. Wtedy za wszystkie nasze osobiste i zbiorowe nieszczęścia odpowiadałby król. A społeczeństwo nasze bardzo szybko zjednoczyłoby się przeciw niemu. Mielibyśmy w konsekwencji miłujący się naród lub jak kto woli – społeczeństwo. Z jednym wyjątkiem, że wszyscy nienawidziliby króla i jego królewskiej rodziny. Ale to nawet korzystne, bo każda zbiorowość musi mieć jakiego wroga. A   obecni nasi wrogowie – tak wewnętrzni, jak zewnętrzni – nie są poważni, za mali na naszą wielką miarę.

Kto nie może zostać naszym królem

Jednakże, jak znam rodaków, to kandydatów na dzierżenie berła i noszenie korony byłoby zbyt wielu. Dlatego pierwszym krokiem na drodze do znalezienia króla, powinna być eliminacja tych, którzy królami zostać – pod żadnym pozorem – nie powinni. Wymieńmy ich.

  1. Arystokraci polscy i obcy. Nie mogą kandydować, bo w przypadku objęcia władzy z całą pewnością otoczyliby się „kuzynami”. Kuzyn to bardzo ogólne u arystokratów określenie wszelkich powinowatych i krewnych. Choćby łączyło ich z kimś z arystokracji świata 1 procent krwi, to ktoś taki zawsze jest kuzynem. A polski król musi być czysty, bez żadnych rodowych koneksji, powiązań – ergo – nie może być poddawany żadnym naciskom.
  2. Potomkowie szlachty polskiej. Tym nie należy dowierzać, bo szlachta nasza pokazała już jak bardzo szanuje państwo, doprowadzając je do upadku i rozbiorów. Poza tym – ktoś kto paraduje z sygnetami herbowymi na palcu lub wiesza w domu ryty i emaliowany herb, nie jest poważny. I najważniejsze. W Polsce już od 1918 roku zakazane jest używanie wszelkich tytułów szlacheckich i arystokratycznych. Wszyscy mają być równi. Tym bardziej to zasadne, że w dawnej Polsce – przedrozbiorowej – nie uznawano tytułów książęcych, hrabiowskich, margrabiowskich i innych. Ci, którzy je nosili pochodzili z Litwy lub Rusi. Albo jeszcze częściej – tytuły były im nadawane przez obce dwory lub Watykan.
  1. Byli i obecni politycy, posłowie, senatorowie, członkowie partii, działacze stowarzyszeń, związków zawodowych, klubów myśl wszelakiej oraz ci wszyscy, którzy udzielali się kiedykolwiek społecznie i politycznie. Restrykt ten obejmowałby również działaczy i polityków samorządowych, bo to też grupa nader rozpolitykowana. Nie mogliby też zostać królami małżonkowie, dzieci, bliższe i dalsze rodziny, kochanki, kochankowie i bliscy znajomi wymienionych powyżej osobników i osobniczek. Dlaczego tak? Chodzi o to, żeby wyeliminować z kręgu kandydatów wszelkich ludzi dzierżących jakąkolwiek władzę, choćby wiceprezesów stowarzyszeń miłośników rolady wołowej lub tiramisu. Przejście od demokracji do królestwa musi być radykalne. Nie stać nas na jakiekolwiek dawne układy, powiązania i sitwy.
  1. Wszelkiej jakości artyści. A to dlatego, że artyści są z natury rzeczy egotykami i pchają się na afisz. No i dlatego, że dla poklasku i rozgłosu mogą wchodzić w układy z każdym. Artyści, choćby prezentujący się jak ludzie skromni, są – w gruncie rzeczy – łasi na jawne lub ukryte komplementy. Zatem pochlebcom łatwo byłoby owinąć sobie przyszłego króla wokół palca.
  2. Dziennikarze. Tu uzasadnienie jest krótkie. Nie mogą być brani pod uwagę, bo pisząc, mówiąc, a nawet rysując objawili już swoje poglądy. A król poglądów mieć nie powinien.
  3. Naukowcy, łącznie z tytułem doktora wzwyż. Naukowcy noszą bardzo wysoko głowy, mają przekonanie o swej wiedzy nie tylko fachowej, ale także ogólnej.
  4. Wojskowi, policjanci, kolejarze, strażacy oraz wszelkie służby tajne i jawne państwa. Ci z kolei wychowywani są w idei posłuchu i rozkazu. A król ma słuchać jedynie siebie.
  5. Wszyscy inni, którzy w jakikolwiek sposób zaistnieli już tzw. przestrzeni publicznej jako znawcy czegokolwiek. Król ma być czysty pod względem wiedzy. Najlepiej byłoby, gdyby niczego nie wiedział.

Kto może być królem

Królem mógłby zostać człowiek prosty, jak Piast Kołodziej, bo w istocie restytucja królestwa miałaby nawiązywać do Polski Piastowskiej. W niej władza była absolutna i dziedziczna. Nasze kłopoty zaczęły się wraz z królami elekcyjnymi.

Prostota nie oznacza oczywiście prostactwa. Król powinien być wrażliwy. Może – na przykład – amatorsko grać na flecie, oboju, a w ostateczności gitarze czy fagocie. Mógłby być teatromanem czy lubić czytać.

Król powinien umieć pisać i czytać, zatem średnie wykształcenie powinno być preferowane. O ile chodzi o studia wyższe, należałoby dopuścić do kandydowania osobników / osobniczek po studiach z zakresu zarządzania, ale w uczelniach prywatnych. Te nie są groźne dla władcy.

Nowy Piast powinien mieć zdrowy rozsądek, ale w niczym nie przesadzać. Żadnych namiętnych pasji, jak zbieractwo czegokolwiek, żadnych masowych hodowców rybek akwariowych, gekonów, żółwi i węży, lub ptaszków w klatkach.

Kto ma wybierać króla

Powinna zostać powołana przez Sejm Rada Restytucyjna Królestwa – w skrócie RRK. Do jej obowiązków należałoby wyłonienie – wnikliwe i rzetelne – kandydatów. Potem ich spisanie alfabetyczne, z podaniem podstawowych danych. Następnym krokiem winno być publiczne przesłuchanie kandydatów i ich rodzin. Na koniec powinno odbyć się internetowe głosowanie. Ten z kandydatów, którzy otrzymałby najwięcej głosów zostałby królem.

Kompetencje króla

Król Polski rządziłby sam, albowiem Sejm i Senat uległyby rozwiązaniu. Mógłby powołać jakichś doradców, ale niekoniecznie.

Sądy by istniały, ale to król mianowałby sędziów i zatwierdzał wszystkie wyroki.

Cała ziemia i wszystkie nieruchomości należałaby do króla, a ich dotychczasowi właściciele musieliby uzyskać królewskie nadanie. Czasowe lub wieczyste. Lub nie. Decyzja byłaby królewska, jednoosobowa i niezaskarżalna. I król niczego nie musiałby uzasadniać.

Po ustabilizowaniu się nowego porządku król mógłby powołać Nowy Sejm. Posłowie pochodziliby z królewskiego powołania, ale każdy akt uchwalony przez Nowy Sejm musiałby uzyskać zgodę króla.

Za wszelkie nędzne knowania przeciw królowi groziłaby banicja i zajęcie całego majątku, lub ścięcie toporem na rynku w Gnieźnie, bo stolicą byłoby Gniezno właśnie.

Błogosławione skutki obwołania Polski królestwem

Najważniejsze jednak co działoby się potem, po jakichś 5-7 latach władzy króla. Z całą pewnością naród nasz – lub społeczeństwo – jest niezwykle zdolny do działań konspiracyjnych. Dlatego powstałyby tajne grupy zwalczające króla, dążące do jego obalenia. Ponieważ jednak żadna z tych grup samodzielnie nie byłaby w stanie króla obalić, musiałyby się porozumieć a nawet zjednoczyć. I wtedy króla by przegonili.

I to byłby prawdziwy sukces idei restytucji królestwa – to zjednoczenie się narodu. Potem z pewnością Polacy nauczyliby się rozmawiać ze sobą, słuchać argumentów innych. I nikt nie mówiłby o przeciwnikach politycznych językiem obelżywym. Tak, temu ma właśnie służyć idea odrodzenia w Polsce królestwa.

Żartem czy serio?

To co napisałem wydawać może się żartem. Ale jest jedynie projekcją marzeń większości polityków. Gdzieniegdzie już tak jest – na przykład w Korei Północnej i Rosji. A Węgrzy całkiem serio do czegoś podobnego się przymierzają.

W istocie bowiem władza, która nie jest absolutna nie cieszy. Denerwujące są te szyderstwa i śmieszki żurnalistów. I ten lęk o wynik przyszłych wyborów – to jest naprawdę upokarzające.

 

JAN TESPISKI: Starzy, przedwojenni aktorzy (10)

Kilka anegdot dotyczących aktorów przedwojennych. Wielu z nich zaznało przed wojną niełatwego chleba. Większość z nich żyła w ciągłej niepewności materialnej jutra. Doskonale oddaje ich żywot dramat „Mistrz” Zdzisława Skowrońskiego, z którego wspaniały teatr telewizji zrobił, jako reżyser, Jerzego Antczaka. Pamiętamy to widowisko z 1964 roku dzięki wielkiej roli Janusza Warneckiego.

Ci starsi aktorzy, już w teatrach powojennych, kultywowali dawna sztukę aktorstwa, większość była odporna na „nowinki”.  Znali klasyczny warsztat i nie wiedzieli powodu, żeby grać – jak mówili –   nowocześnie. Z całą pewnością teatr był ich powołaniem i miłością. Dbali więc o nienaganną dykcję, o charakteryzację i przywiązywali wielką wagę do psychologicznego tworzenia postaci.

Ty synek wiesz, co to kosztuje?

Jednym z takich aktorów starszego pokolenia był Stanisław Łapiński (1926-1979). Większość swych powojennych lat grał w łódzkich teatrach. Co prawda, gdy trafił do Teatru Nowego miał raptem 30 lat, ale z racji przywiązania do tradycji i porządków, uchodził za „starego”. Z powodu tego, że był tęgi i niezbyt wysoki specjalizował się w rolach komediowych i był w nich prawdziwym mistrzem. Gdyby Państwo nie wiedzieli o kogo chodzi, przypomnę, że w „Zakazanych piosenkach” zagrał brawurowo odważnego i pogodnego skrzypka, który nie boi zagrać polskiego hymnu. W scenach filmu występował ze znakomitym Janem Kurnakowiczem, który zagrał w „Zakazanych piosenkach” muzyka strachliwego.

Gdzieś w latach sześćdziesiątych Łapiński obchodził huczny jubileusz w Teatrze Nowym. Były oficjalne obchody w teatrze, były dyplomy i medale, ale córka Krystyna Łapińska – też aktorka – uznała, że dla ścisłego grona znajomych należy urządzić spotkanie w jego mieszkaniu. Jubilat oponował, ale w końcu poddał się. Przyjęcie nie było wystawne, kanapki, sałatki i dobre trunki.

Goście żywo rozmawiali i dobrze się bawili. Jedynie Łapiński kręcił się po mieszkaniu jak struty, był smutny, sapał i ciskał w przestrzeń wściekłe spojrzenia. W końcu podszedł do profesora Stanisława Kaszyńskiego – poety, dramaturga, tłumacza i teatrologa – i zbolałym głosem wycedził…

– Ja tak, synek, widzę, że ty pijesz, zakąszasz, a ty – synek – wiesz co to wszystko kosztuje?

Krawat mistrza

Również Mieczysław Fogg znany był z „oszczędnego” trybu życia. A zarabiał, jak na warunki lat siedemdziesiątych, ogromne pieniądze. Miał koncerty w całej Polsce, występował często w telewizji, tłoczono mnóstwo jego płyt… Ale nie miało to wpływu na „pieniężne” zasady jego życia.

Pewnego razu, wraz z zespołem muzyków, swoimi technikami dźwięku i konferansjerami miał koncert w Lublinie. Kiedy wszyscy z ekipy, zadowoleni wracali już do Warszawy, nagle mistrz rozkazał kierowcy autokaru zatrzymać się. I nerwowo zaczął przetrząsać swoje walizki. Naraz krzyknął:

– Nie ma, nie ma… Boże… nie ma…

– Co się stało? Kogo nie ma? – zapytał ktoś z zespołu.

Mistrz padł osłabiony na fotel…

– Mój krawat został w hotelu w Lublinie…

I autokar z całym zespołem, wrócił do Lublina. A do Warszawy mieli raptem jakieś dwadzieścia kilometrów.

O suchej bułce

Lęki o przysłowiową „kromkę chleba” dręczyły również Irenę Kwiatkowską. Opowiadano, że podczas występów w USA, gdzie zaprosił artystów warszawskich kabaretów pewien przedsiębiorczy Polak z USA, zdarzyła się taka zabawna historia.

Przedtem jednak musimy wyjaśnić, że polscy impresariowie sprowadzali znanych artystów z Polski dosłownie za bezcen, bo stawka dzienna wynosiła raptem 5 dolarów. Jednak chęć zobaczenia Ameryki była tak ogromna, że artyści godzili się i jechali. Na miejscu szybko orientowali się jednak, że siła nabywcza dolara w USA nijak nie równa się sile dolara w Polsce. Ale grać trzeba było. Wieczorne kolacje były więc chude. Kwiatkowska najczęściej raczyła się herbatą i suchą bułką.

Trochę irytowało to kolegów, bo przed każdą kolacją pytała:

– A dzisiaj ktoś funduje, czy płacimy sami?

Zdarzało się bowiem, że ktoś z Polonii fundował kolację… Wtedy wszyscy, w tym Kwiatkowska jedli dużo i dobrze. Ale bez fundy – Kwiatkowska ograniczała się do suchej bułki i herbaty.

Koledzy mieli już trochę dosyć pani Ireny, więc pewnego wieczoru uknuli intrygę. I kiedy Kwiatkowska znowu zapytała o fundatora, powiedzieli, że dzisiaj każdy płaci za siebie.

Po czym zamawiali frykasy, a przerażona Kwiatkowska patrzyła na ich szaleństwa ze zgrozą. Oczywiście okazało się, że jednak fundator był.

Następnego wieczoru, gdy Kwiatkowska usłyszała, że kolacja nie ma żadnego dobrodzieja, nie dała wiary, jadła dużo, drogo i ze smakiem. Rachunek był dla niej ogromnym przeżyciem.

Nie pochwalam takich żartów, ale jestem w stanie zrozumieć, że skąpiec może najzacniejszego człowieka wyprowadzić z równowagi.

A co tam ojciec wie…

Zdarzyło się w Łodzi, w Teatrze Nowym, że jedną garderobę dzieli między siebie Józef i Wojciech Pilarscy.

Józef Pilarski był dobrym przedwojennym aktorem, był także reżyserem i dyrektorował łódzkim prywatnym teatrom. Po założeniu w 1949 roku Teatru Nowego został jego aktorem i zagrał świetną, tytułową rolę w słynnej „Brygadzie szlifierza Karhana”

Natomiast jego syn, Wojciech, był aktorem i jednym z młodych buntowników, którzy powołali do życia programowo socjalistyczny Nowy. Z początkiem lat 60-tych, po odejściu z Nowego Kazimierza Dejmka, dyrektorem został Józef Pilarski.

Wojciech Pilarski przychodził do teatru znacznie wcześniej, charakteryzował się, „rozgrzewał” i skupiał na roli. Natomiast Józef Pilarski, zajęty obowiązkami dyrektora, wpadał do garderoby w ostatniej chwili, szybko nakładał na siebie szminkę i w pośpiechu ubierał kostium. Między ojcem a synem toczyły się wtedy interesujące dialogi.

– Nie tak, mój synu – mówił Józef – traktowało się teatr przed wojną.

– A co tam ojciec wie… Dziwki ojciec po tyłkach klepał i tyle – wytykał Wojciech.

– Bywało, być może, i to – odpowiadał Józef Pilarski – ale nigdy nie charakteryzowałem się w biegu, na schodach… I to jeszcze dyrektor teatru… naprawdę nie uchodzi.

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN:  Cztery wojny mojego ojca

Przy małej ulicy Piwnej w Łodzi jest teren po dawnym szpitalu, wiedzie do niego ładny kawałek parku. Teren jest jednak ogrodzony, a brama zamknięta. Na bramie tabliczka, w czterech językach, informująca, że był tu szpital, który „zlikwidowano” w 1942 rok.

Zastanowiłem się nad tą informacją. Szpital mieści się na Bałutach. W roku 1942, w tej części Bałut  było Ghetto Litzmanstadt, odgrodzone od reszty miasta. Ale co znaczy „został zlikwidowany”? Konkretnie kto go zlikwidował? Chyba nie Chaim Rumkowski, prezes Starszeństwa Żydów w Łodzi. Rada i Rumkowski nie mieli w takiej sprawie nic do powiedzenia. Zatem kto?

Wychodzi na to, że szpital zlikwidowali Niemcy, a konkretnie niemieccy okupanci. Dlaczego jednak tabliczka nie nazywa rzeczy po imieniu? Dlaczego nie napisano na niej, że szpital zlikwidowali „Niemcy”, lub „niemieccy okupanci”?

Podejrzewam, że dzisiejsze władze Łodzi chcą być bardzo europejskie i nie chcą denerwować  Niemców, z którymi jesteśmy teraz w Unii Europejskiej. Mogę to zrozumieć, ale w tym – i wielu innych podobnych przypadkach – władze przesadzają. Gorzej – majstrują przy historii. A to jest niebezpieczne. Bo kończy się na wybielaniu winy Niemców.

To odchodzenie od nazywania rzeczy po imieniu, od oddawania prawdy historii, takiej jaka była jest wieloletnim procesem i trwa nadal. Popatrzmy na to oczami mojego ojca.

Pierwsza wojna mojego ojca

Ojciec mój, jako kapral wojsk łączności, walczył we wrześniu 1939 roku. I przez całą okupację, którą spędził w niewoli, uważał, że walczył z Niemcami. Po 1945 roku, gdzieś tak do roku 1949, czyli do czasu powstania Niemieckiej Republiki Demokratycznej, ojciec miał spokój ontologiczny, bo wiedział z kim walczył, a władze to potwierdzały.

Druga wojna mojego ojca

Jednak od końca roku 1949 nastąpiła poważna zmiana. W gazetach, w publicznych wystąpieniach przedstawicieli PZPR, coraz częściej zaczęła pojawiać się inna nazwa wojny 1939 roku. Nie od razu, nie na chama, ale kropla po kropli, coraz częściej i częściej, sączyła się inna nazwa wojny i okupacji. Zaczęto mówić i pisać, że Polska toczyła wojnę z hitleryzmem. Niby niewielka zmiana, bo wszyscy wiedzieli, że w latach 1939-1945 Niemcami rządzili Hitler i hitlerowcy.

Pojęcie „Niemcy” jak sprawców napaści, okupacji i wszystkiego strasznego co w Polsce zrobili zanikało, zastępowane przez „hitlerowców”. Ówczesnym władzom Polski chodziło o to zapewne, żeby NRD-owcom nie było przykro. W naszej prasie zaczęto nawet przebąkiwać, że nie wszyscy Niemcy byli hitlerowcami, a niektórzy nawet byli bardzo przeciw.

Powiem tak – mogło tak być, ale jako naród zdyscyplinowany wzorowo  podporządkowywali się poleceniom władzy. Władzy, która zresztą sami sobie wybrali. Demokratycznie.

Trzecia wojna mojego ojca

Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej pojawiło się, w sprawie tamtej wojny, trzecie określenie. Okazało się, że sprawcami wojny, mordów i grabieży byli „faszyści”. W mediach – już wolnych – zaczęto przypominać, że w agresji na Związek Radziecki brali też udział kolaboranci. Ale nie byli to kolaboranci niemieccy, lecz hitlerowscy. Zatem winą zaczęto prawie po równi obarczać nieliczne oddziały kolaborantów z Ukrainy, Rosji, Łotwy, Estonii, Litwy, Francji, Belgii, Holandii, Norwegii, Rumunii i Węgier.

Pojawiły się również oskarżenia o mordowanie Żydów przez Polaków, a obóz w Auschwitz stał się polskim obozem. Przy tej sprawie nie wspominano, że zaraz po wojnie wielu polskich sprawców mordów na Żydach zostało już osądzonych.

Wszystko to działo się w celu zmniejszenia winy Niemców. Skoro bowiem nie tylko Niemcy mordowali, palili i grabili, to ich wina nie jest już tak wielka. Taka jest – jak to się teraz mówi – nowoczesna narracja historyczna. I nigdy nie usłyszałem, że za działania oddziałów kolaboracyjnych ponoszą odpowiedzialność Niemcy, jako panowie terytorium i rządów na podporządkowanych sobie terenach.

I tak powoli wychodzi na to, że coś tam się zdarzyło, coś owszem było, ale że było to powszechne, to nie ma co się tym już tak bardzo zajmować.

Mojego ojca ta trzecia jego wojna bardzo martwiła, bo był to człowiek starych zasad i przywiązywał się do starych interpretacji.

Czwarta wojna mojego ojca

Ojciec mój odszedł, tuż przed momentem, gdy zapanowało czwarte określenie wojny 1939-1945. A teraz już ono króluje niepodzielnie. Okazało się, że sprawcami tamtych nieszczęść byli „naziści”. Przy czym nazistami określa się już teraz – w liberalnych mediach – wszystkich, którzy w Unii Europejskiej próbują stawiać na pierwszym miejscu swój naród. Nie ma już nawet nacjonalizmu, jest obco i groźnie brzmiący „nazim”. Znaczy prawie to samo, ale nacechowany jest pogardą.

I tak to, mój ojciec, który walczył we wrześniu 1939 roku, brał udział w czterech wojnach.

Wojna i okupacja

Przy okazji. Ciągle naszym publicystom mylą się dwa pojęcia, dwa okresy czasu. Wojna i okupacja. Niemiecka okupacja. Wojna na ziemiach polskich trwała od 1 września 1939 roku do 2 października tego roku. Potem była okupacja. Na części ziem niemiecka, na części radziecka. Lud może upraszczać i nazywać lata 1939-1935 wojną. Bo była ona i trwała, ale nie w Polsce. Owszem były na naszych ziemiach działania armii podziemnej, były walki partyzanckiej, ale od października 1939 roku mieliśmy tu okupację. To ważne, bo okupant ponosi pełną odpowiedzialność za wszystko to, co się na okupowanym przez niego terenie dzieje.

Poeta i wina

W latach młodości, na suto zakrapianym spotkaniu, poznałem młodego poetę, który przekonywał mnie, że mord jest mordem. I dlatego żołnierze AK, wykonujący wyroki na okupantach, ponoszą taką sama winę, jak niemieccy okupanci.

Skończyło się totalnym obiciem poety. No, tak ale wtedy byłem jeszcze młody, krzepki i chętny do dania po pysku. Chciałbym jeszcze raz być młody, żeby jeszcze raz obić komuś pyski. Wiem, że to „nie uchodzi”, ale co innego robić z upartymi idiotami?

Wiceprezydent Gdańska

W sprawie tamtej wojny i okupacji dochodzi też do ordynaryjnych eksplozji głupoty. Jednym Z takich fajerwerków idiotyzmu był wystąpienie, 1 września 2019 roku, Piotra Grzelaka wiceprezydenta Gdańska, który zaserwował takie przemyślenia własne:

„Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciw drugiemu. I to złe słowo było Polka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa tym złym słowem została podzielona…”

Później ten młody człowiek przeprosił za to co powiedział. Ale nie przeprosił za to, że tak myślał. Na marginesie – materializm historyczny uważał, że wojny wybuchają, gdy politycznie nie można załatwiać swoich interesów.

Tym samym zwolennicy ciężkiej prawicy powinni – właściwie – wspierać wiceprezydenta Gdańska, bo z całą pewnością nie jest on wychowany w duchu materialistycznym. Powinni go też polubić ortodoksyjni wierzący, bo dokonał on reinterpretacji pierwszych akapitów Biblii.

Pobojowisko

Podobno zwycięzcą bitwy jest ten, kto zapanuje nad pobojowiskiem. Trzeba zatem powiedzieć, że po 83 latach od wybuchu wojny zwycięstwo odnieśli Niemcy. Ciężko opłacaną propagandą, rozmywaniem winy, obarczaniem innych własnymi przestępstwami. No i dzięki podatności młodych – takich jak p. Grzelak – na idiotyzmy, metafizykę historyczną i myślenie ahistoryczne.

I jeszcze – jak w przypadku władz Łodzi, które zamieściły napis na bramie dawnego szpitala w getcie – dzięki przemożnej chęci bycia nowoczesnymi Europejczykami. Nawet za cenę matactw historycznych.

Przykre, ale prawdziwe.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści „rozliczali” komunistów

16 września 1957 roku rozpoczął się proces wysokich funkcjonariuszy bezpieki: wiceszefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Romana Romkowskiego (Natana Grunszpan-Kikiela), szefa Departamentu Śledczego MBP Jacka Różańskiego (Józefa Goldberga) i dyrektora X Departamentu MBP Anatola Fejgina.

To Romkowski, a nie minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, był zaufanym człowiekiem Bermana i Bieruta. Jako faktyczny szef MBP nadzorował kluczowe departamenty: śledczy, szkolenia i inwigilacji. Często osobiście przesłuchiwał więźniów. Na odprawie krajowej funkcjonariuszy UB w marcu 1950 roku mówił: „Tortury i bezmyślne środki stosuje się, by złamać aresztowanego […] bicie w śledztwie jest na porządku dziennym”. W 1947 roku nadzorował śledztwo przeciwko Witoldowi Pileckiemu i jego współpracownikom (na protokołach przesłuchań znajdują się odręczne notatki Romkowskiego). Miał też osobiście przesłuchiwać rotmistrza w X Pawilonie więzienia mokotowskiego.

Po ucieczce do USA Józefa Światły 10 października 1954 roku Romkowski złożył oświadczenie: „Od 1952 roku w różnych wynurzeniach Światły, zarówno przede mną jak i Fejginem występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne w naszym państwie i w innych krajach demokracji ludowej”.

„Odwilżowa” Komisja Mazura interesowała się m.in. tajnym więzieniem bezpieki w Miedzeszynie. Jeden z pracujących tam ubeków Jerzy Kędziora zrzucał winę z siebie obciążając przełożonych: „Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego”. I dalej: „W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne”.

28 listopada 1954 roku Roman Romkowski został odwołany ze stanowiska wiceministra bezpieki. W 1956 roku aresztowany i w marcu 1957 roku skazany na 15 lat więzienia za nadzorowanie i stosowanie niedozwolonych metod śledczych. Zwolniony w 1964 roku. Zmarł w 1968 roku, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Na fali propagandowej destalinizacji w listopadzie 1954 roku aresztowany został również Jacek Różański (Józef Goldberg), a w 1955 roku skazany na 5 lat więzienia (na mocy amnestii zmniejszono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy). W czasie drugiego procesu w 1957 roku skazany ostatecznie na 14 lat więzienia. Podczas obu procesów całkowicie pominięto jego odpowiedzialność za aresztowania i torturowanie członków polskiego podziemia niepodległościowego. Oskarżony i skazany został jedynie za stosowanie „niedozwolonych metod” wobec kilkudziesięciu członków PZPR (w latach 1948-1950 Różański kierował grupą rozpracowującą „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”). Udowodniono mu „zabronione przez prawo metody w toku śledztw przeciwko osobom podejrzanym o działalność antypaństwową, (…) bezpośredni udział w biciu przesłuchiwanych oraz stosowaniu innych niedozwolonych środków”. Stwierdzono ponadto, że jego postępowanie „spowodowało demoralizację podległych mu oficerów śledczych, którzy widzieli w nim wzór do naśladowania”.

Wyszedł na wolność w 1964 roku. Do przejścia na emeryturę w 1969 roku był urzędnikiem w Mennicy Państwowej w Warszawie. Zmarł w 1981 roku w Warszawie w wyniku choroby nowotworowej, po­cho­wa­ny na cmen­ta­rzu ży­dow­skim przy uli­cy Oko­po­wej w War­sza­wie.

Starszy o dwa lata brat Jacka Różańskiego Jerzy Borejsza (Beniamin Goldberg) stalinizował po wojnie polską kulturę, przede wszystkim prasę i wydawnictwa. Aleksander Wat w „Moim wieku” pisał: „Borejsza objął Ossolineum i trochę profesorów wysłał do mamra”.

Stalinowską wierchuszką zachwiała śmierć Stalina i ucieczka do Stanów Zjednoczonych Józefa Światły (Izaaka Fleischfarba). Odpowiedzialność Anatola Fejgina, dyrektora X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego była szczególna – razem ze Światłą był wówczas (w pierwszych dniach grudnia 1953 roku) w specjalnej misji w Berlinie Wschodnim i nie upilnował swojego zastępcy.

Część kompromitujących władzę informacji Światło ujawnił na antenie Radia Wolna Europa. W kraju rozpoczęło się poszukiwanie winnych, nasiliły wzajemne oskarżenia.

W rezultacie, 7 grudnia 1954 roku, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostało zlikwidowane. 10 lutego 1954 roku Anatola Fejgina zwolniono z MBP, przeniesiono do rezerwy, wyrzucono z partii, a w kwietniu 1955 roku aresztowano. 11 listopada 1957 roku Sąd Wojewódzki dla m. st. Warszawy skazał go na 12 lat więzienia za to, że od początku 1950 roku do końca 1953 roku w Miedzeszynie i Warszawie, jako kierownik grupy specjalnej, później dyrektor Biura Specjalnego, a następnie dyrektor Departamentu X MBP bezprawnie pozbawił wolności co najmniej 28 osoby i spowodował szczególne ich udręczenie. Przetrzymywał je bezpodstawnie w więzieniu od kilku miesięcy do trzech lat i polecił podległym funkcjonariuszom bezpieczeństwa stosować wobec niektórych z nich przymus fizyczny i psychiczny. Sąd Najwyższy nie uwzględnił rewizji oskarżonego i utrzymał wyrok w mocy. Rzecz w tym, że zbrodnie te znów dotyczyły przede wszystkim „odchylonych prawicowo” komunistów.

Ale „praworządna” Gomułkowszczyzna w ramach komunistycznych walk frakcyjnych musiała poświęcić kogoś ze swoich stalinowskich poprzedników – autorów „błędów i wypaczeń”. Większość odpowiedzialnych w ogóle nie została bowiem rozliczona, np. przed sądem nie stanął szef bezpieki Stanisław Radkiewicz, przeniesiony do resortu Państwowych Gospodarstw Rolnych.
Anatol Fejgin zmarł w 2003 roku w Warszawie, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Tusk w Poczdamie – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

Od kilku dni „wiodący dziennikarze” zapowiadają wszem i wobec, że Donald Tusk ma w czwartek wygłosić „istotne politycznie i strategicznie” wystąpienie. Co więcej, ma to zrobić w Poczdamie.

Donald Tusk jak wiadomo, jako sam w sobie polityk istotny i strategiczny, wygłasza takie wystąpienia z natury. Nie byłoby więc może sensu pisać o oczywistościach, gdyby nie dodatkowa symbolika tego wydarzenia, związana z miejscem, wybranym najwyraźniej nieprzypadkowo.

Oto bowiem Poczdam, jak twierdzą historycy, ma nazwę pochodzącą ze słowiańskich języków łużyckich, lub staropołabskich, prawdopodobnie od słowa „Postąpim”. Później jednak Słowianie gdzieś się zapodziali, a nazwa zgermanizowała się do „Postamp”.

Niemiecki wysiłek cywilizacyjny

Nieco później właśnie z Poczdamu wyruszyła w XII wieku krucjata Albrechta Niedźwiedzia, w ramach której Saksoni wyrzynali Słowian Połabskich. Już wtedy cywilizacyjny wysiłek Niemców nie spotykał się ze szczególnym zrozumieniem.

Z kolei w wieku XVII, kiedy władzę w Prusach objął Fryderyk Wilhelm I Hohenzollern, który zapoczątkował rządy absolutystyczne, wybrał Poczdam jako swoją druga po Berlinie siedzibę. To stąd promieniował na Prusy i jeszcze dalej duch wymuszonej wprawdzie, ale jednak jedności, dzięki której tak cierpiące dziś niemieckie wartości, nie musiały znosić panoszenia się psujących harmonię partykularnych interesów. Czyż trzeba lepszego symbolu dla dzisiejszych wezwań o objęcie przez Niemcy należnego im przywództwa w Europie i likwidacji szkodliwego, wręcz kojarzącego się z polskimi patologiami, prawa weta krajów członkowskich Unii Europejskiej?

Nie był to oczywiście ostatni raz, kiedy Poczdam zostawał środkiem ciężkości rodzących się  w Niemczech na kamieniu idei. Oto bowiem 15 marca 1933 roku Adolf Hitler proklamował w Poczdamie narodziny III Rzeczy. 21 marca tego samego roku w Poczdamie odbyło się posiedzenie Reichstagu, na którym prezydent Paul von Hindenburg powierzył przywódcy NSDAP misję utworzenia rządu.

Również w Poczdamie odbyła się powojenna konferencja mocarstw, która między innymi przypieczętowała wyznaczony w Jałcie los wichrzycieli z Europy środkowej i wschodniej dla dobra i w interesie narodów z natury predysponowanych do przewodzenia innym.

No a teraz Tusk.

Wiemy, wiemy

– Mówię to pod adresem przyjaciół z Polski: my z Donaldem Tuskiem walczymy o praworządność – mówił dopiero co w Parlamencie Europejskim szef Europejskiej Partii Ludowej i niemiecki europoseł Manfred Weber.

No wiemy, wiemy. Wprawdzie sam Donald Tusk trochę się w tym zakresie kryguje, ale ostatecznie wszyscy wiedzą. Nigdzie nie będzie tego widać lepiej niż w Poczdamie.

WALTER ALTERMANN: Młodzieży nasza – powstań

Narzekania na młodzież trwają od początków piśmiennictwa. Wcześniej starsi zapewne również narzekali, ale dokumentów brak. Młodzież, to niełatwy temat. Po pierwsze jest naszą przyszłością, głownie w kwestii emerytur. Po drugie nie można jednoznacznie powiedzieć, że młodzież jest taka, lub taka. Tak jak i wśród dorosłych – różnie z młodzieżą bywa.

Niemniej do podjęcia tematu skłoniły mnie łódzkie tramwaje i autobusy. Zdarza się, że jestem zmuszony podróżować po rodzimym mieście tymi pojazdami. Zauważyłem zatem, że póki były wakacje w miejskich środkach zbiorowej komunikacji było luźno, ale już z początkiem września autobusy i tramwaje zaludniły się. To nasza dorodna młodzież wróciła do szkół. I rano jeździ do nich, a potem – około 14-tej – wraca do domu. I zaczyna się horror.

Nie widzą, nie słyszą

Młodzież nasza i traci wzrok oraz słuch. To przykre, gdy widzi się przyszłość narodu tak okrutnie okaleczoną. Oto bowiem, zaledwie w kilka dni po dwumiesięcznym odpoczynku, młodzież jest słaba, wycieńczona i niczego nie widzi, i nie ma siły wstać, żeby ustąpić miejsca staruszkom.

Nasi staruszkowie są na tyle dobrze wychowani, że nie proszą o ustąpienie miejsc. Staruszkowie, często o laskach, trzymają się kurczowo poręczy krzesełek, na których siedzi młodzież. Miejskie autobusy w całej Polsce, gwałtownie hamują, żeby zaraz potem przyśpieszyć, wykonują nagle slalomy, żeby uniknąć dziur w jezdni… Więc pojazdy miotają staruszkami niemiłosiernie.

Odnoszę wrażenie, że te wakacje młodzież – lub jej rodzice – zmarnowała. Teoretyczne służą one  wypoczynkowi, ale – jak widać w tramwajach i autobusach – nasza młodzież musiała przeżywać jakieś fizyczne i psychiczne koszmary, skoro teraz jest osłabiona, traci wzrok i słuch.

Rząd nasz wymyślił i zrealizował ideę bonu turystycznego. Zatem, zmarnowały się także budżetowe pieniądze, a to już jest sprawa poważna, wagi państwowej. Co prawda młodzież nic nie widzi, bo jest wślepiona w ekraniki komórek, a niczego nie słyszy, bo na uszach ma słuchawki. Ale wrażenie jest w sumie przykre.

Kto wychowuje dzieci i młodzież?

Niejako automatycznie nasuwa się pytanie: kto wychowuje nasze dzieci i młodzież? Odpowiedź nie jest oczywista. Szkoła uważa, że jest od edukacji, czyli dydaktyki, ergo od wtłaczania do głów wiedzy. Pedagogiką – uważają nauczyciele – powinni zajmować się rodzice. Rodzice natomiast do wychowywania nie mają czasu, zdrowia i nerwów. I oczekują od nauczycieli, że wychowają im dzieci.

Kto zatem wychowuje młodzież? Odpowiedź jest jedna: młodzież wychowuje się sama. Czerpiąc wzorce zachowań z najbliższego otoczenia. Najpierw rodziców, potem rówieśników. Pociechy nasze są bacznymi obserwatorami i wszystko sobie w głowach notują. Jeżeli ojciec pali papierosy, pije wódkę w nadmiarze, klnie w domu – to jak w banku, że jego przychówek będzie robił to samo.

I nie zadziałają tu światłe wskazówki: „Nie pij i nie pal, jak tatuś”. Jest jeszcze gorzej. Jeżeli bowiem w domu rodziców panuje pogarda dla bliźnich, którym się nie udała kariera finansowa, to jest pewne, że przychówek przyswoi to sobie, jako własny światopogląd.  Jeżeli zaś, dla przykładu, rodzice będą się zachowywali wobec innych kunktatorsko, pochlebczo, to i tę cechę odziedziczą ich dzieci.

Dobre wzorce istnieją

Czy zatem poruszamy się wszyscy w zaklętym kręgu niemożności i fatalnego dziedzictwa? Niekoniecznie. Możemy przecież wynieść z domu również dobre wzorce. Dobry nauczyciel, swym postępowaniem, swoją prawością i obiektywizmem wobec delikwentów, czyli uczniów, może również wskazać im właściwą ścieżkę postępowania. Za moich młodych lat było harcerstwo, w którym spotkałem wielu prawych i szlachetnych ludzi. Są różne zespoły młodzieży. Są kluby sportowe, grupy turystyczne, które mogą młodzieży pomóc, w dostrzeganiu dobrych relacji międzyludzkich. Pod warunkiem, że młody człowiek jest otwarty na innych.

Młodzieżówki partyjne

Od lat przypatruję się też młodzieży z różnych organizacji politycznych. Mam tu na myśli tak zwane „młodzieżówki partyjne”. Gromadzą one młodych ludzi, którzy są aktywni politycznie i pod opieką „dojrzałych” działaczy partyjnych mają dorastać do dorosłego członkostwa w danej partii. Tutaj niestety – niezależnie od barw klubowych, niezależnie od partii – mamy do czynienia z młodymi karierowiczami. Oczywiście w większości tylko.

Ci młodzi, którzy podejmują działalność partyjną – w wieku 17-19 lat – mają oczy i uszy szeroko otwarte… I uczą się wszystkiego co w polityce najgorsze. Kopiują zachowania starszych, naśladują swoich „przywódców”  w walce o partyjne stanowiska i zaszczyty. Mierząc jednocześnie, ku stanowiskom państwowym, ale tylko tym nieźle płatnym.

Uważam, że światopogląd zdobywa się z wiekiem. Wraz z przeżytymi sukcesami i rozczarowaniami. Krótko mówiąc – nie wierzę młodym kopiom starszych polityków. Choć czasem mnie śmieszą, głównie  wtedy, gdy cytują swoich dorosłych wodzów, z minami, jakby to sami przed chwilą wymyślili.

Żeby wstali z miejsc

Wracając do dzisiejszego przykładu z nieustępowaniem miejsc przez młodych w tramwajach i autobusach… Co robić zatem, żeby nasza młodzież miała szacunek dla starości, współczucie dla cudzego niedołęstwa i sympatię dla ludzi w kłopocie? Po prostu dawać dobry przykład. Jeżeli jedziemy tramwajem z własnym dzieckiem, które ma już 8-10 lat, to prosimy je o ustąpienie miejsca osobie starszej. Zrozumie, a nawet będzie dumne, że komuś pomogło.

Jeżeli zaś widzimy w autobusie człowieka w kłopocie, powiedzmy z laską, to dyskretnie, delikatnie, prawie do ucha prosimy siedzącego młodziana lub panienkę, o ustąpienie miejsca. Zaręczam, że to skutkuje. Nie są ci młodzi tacy źli, tylko okropnie osamotnieni.

Kultura narodowa to nie tylko znajomość dzieł Słowackiego, Mrożka i Gombrowicza, czy też bywanie w teatrach, w filharmoniach. O poziomie kultury społeczeństwa, narodu świadczy szacunek wobec bliźniego swego. I nie rzucanie na trawniki butelek po izotonikach.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak polskie armatohaubice KRAB służą ukraińskiej armii

Na portalu „Krym.Realii” (projekt Radio Liberty) pod koniec sierpnia ukazał się obszerny fotoreportaż o tym, jak żołnierze ukraińscy używają polskich haubic KRAB przeciwko rosyjskim agresorom w Donbasie.

Artylerzyści ukraińscy twierdzą, że przy pomocy polskich haubic udaje im się skutecznie powstrzymać rosyjskie wojska. Tak, Ukraińcy walczyli na sowieckim sprzęcie, więc mają z czym porównywać. Obecnie, jak mówią, na frontach obrońcy Ukrainy mają większe możliwości, a obecność polskich instalacji artyleryjskich jest już odczuwalna na froncie.

„Radio Liberty” opublikowało 15 zdjęć ukazujących udział polskiego sprzętu w walkach na Donbasie. Jest to fotografia samej haubicy podczas ostrzału, a także zdjęcie samochodu dowódcy dywizji haubic, portrety strzelców i mechaników, których nazwisk nie wymieniono.

Zdjęcia pokazują, jak pojazdy bojowe zdobywają coraz to nowe pozycje. Żołnierze mają mało wolnego czasu, ponieważ aby wykonać misję bojową, trzeba być gotowym w każdej chwili. Wojskowi chwalą polską broń: „Łatwo na niej pracować, maksymalnie ułatwia to załodze pracę. Wystarczy tylko wykonać obliczenia, komputer zrobi wszystko za ciebie. Tutaj ładowanie jest bardzo szybkie w porównaniu ze sprzętem w stylu radzieckim”

„Te haubice dały nam wiele przewag nad rosyjskimi najeźdźcami i z ich pomocą wygramy” – podkreślają Ukraińcy.

Mówią też trochę o samej technologii. KRAB to polska samobieżna armatohaubica. W produkcji wykorzystano licencjonowaną wieżę z brytyjskiej samobieżnej haubicy AS90. Działo kalibru 155. Jako podwozie wybrano południowokoreańską platformę z K9 „Thunder” ACS.

Głównym środkiem ognia polskiej haubicy jest działo 155 mm. Broń wyposażona jest w dwukomorowy hamulec wylotowy, system przeładowania jest półautomatyczny. Maksymalna szybkostrzelność działa to 6 strzałów na minutę. Wykorzystywana jest również seria wystrzeliwania pocisków. Działo może wystrzelić 3 pociski w ciągu 10 sekund. Jednocześnie praktyczna szybkostrzelność w warunkach bojowych, w której załoga będzie mogła efektywnie pracować przez długi czas, wynosi 2 strzały na minutę. Minimalny zasięg ognia to 4,7 km, maksymalny to 40 km.

Już po kilku minutach dziennikarze szybko kończą rozmowę i pojawia się komenda „Do bitwy!”. Załoga zajmuje pozycje bojowe, a pojazd KRAB przechodzi do pozycji strzeleckiej.

Cel wyznaczony, maszyna przygotowana i naładowana, w hełmie dowódcy haubicy rozlega się komenda „ogień!”. Strzelcy wystrzeliwują dwa pociski i zmieniają pozycję tak, aby nie zostali osłonięci ogniem kontrbaterii przeciwnika.

Fotoreportaż dostępny jest TUTAJ.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Manikiurzysta” patriotów z WiN

10 września 1947 r. w Krakowie zakończył się proces działaczy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego. Władze komunistyczne skazały osiem osób na karę śmierci, wśród nich prezesa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego. W śledztwie przesłuchiwał go funkcjonariusz UB Jerzy Kędziora, który żyje do dziś na warszawskim Bródnie.

Płk Niepokólczycki przeżył, bo komuniści zmienili mu karę śmierci na dożywotnie więzienie – na wolność wyszedł w grudniu 1956 r. Jerzy Kędziora katował też innych WiN-owców z tej samej sprawy, np. Edwarda Bzymka-Strzałkowkiego, oficera wywiadu i kontrwywiadu Okręgu Kraków Związku Walki Zbrojnej-Armii Krajowej, po 1945 r. szefa Brygad Wywiadowczych DSZ–WiN (opracowywał i przekazywał Rządowi RP na Uchodźstwie miesięczne sprawozdania o sytuacji w kraju). Bzymek także odzyskał wolność na fali „odwilży”.

Kolejną ofiarę Kędziory, Władysława Jedlińskiego, oficera wywiadu AK, a po wojnie kierownika sieci informacyjnej IV Zarządu Głównego WiN–u, Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie 15 lipca 1955 r. skazał na dożywocie. Z więzienia mokotowskiego został warunkowo zwolniony w grudniu 1957 r.

Kędziora urodził się w 1925 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim. Po wrześniu 1939 r. przebywał we Lwowie, gdzie skończył trzy klasy gimnazjum, miał obywatelstwo sowieckie. Od czerwca 1943 r. służył w Gwardii Ludowej (ps. „Stefan”), a od stycznia 1945 r. w Armii Ludowej (ps. „Francuz”).

Współpracownikiem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego został w lutym 1945 r., a pracownikiem w maju tego roku. Do grudnia 1947 r. „brał udział w walce z bandami i reakcyjnym podziemiem”. Oprócz tego ukończył dwuletnią Szkołę Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. W MBP doszedł do funkcji kierownika sekcji śledczej.

Kędziora był głównym śledczym w sprawie mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, dowódcy legendarnego oddziału partyzanckiego z Lubelszczyzny. Prowadził ją razem z Eugeniuszem Chimczakiem. Tak znęcali się nad Dekutowskim, że w wieku 30 lat wyglądał jak starzec, miał połamane kości i wybite zęby. „Zaporę” zamordowano 7 marca 1949 r.

Jerzy Kędziora należał również do Grupy Specjalnej MBP – tajnej komórki powołanej latem 1948 r., przekształconej następnie w X Departament, który zajmował się sprawami szczególnymi – „oczyszczaniem” szeregów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z agentów i prowokatorów. Grupa działała w tajnym więzieniu (kryptonim „Spacer”) w Miedzeszynie pod Warszawą.

W 1955 r., na fali „odwilży”, oskarżono Kędziorę, że podczas przesłuchań ciężko pobił Wacława Dobrzyńskiego (w czasie niemieckiej okupacji oficera Sztabu Głównego AL, przed aresztowaniem naczelnika wydziału w IV Departamencie MBP), w wyniku czego Dobrzyński zmarł. 13 lipca 1955 r. Kędziora został zwolniony z MBP. Następnie wyrokiem z 2 stycznia 1956 r. Sąd Wojewódzki dla m.st. Warszawy skazał go na trzy lata więzienia. W areszcie spędził jednak kilka miesięcy.

W latach 50. Kędziora zeznawał także jako świadek w sprawie odpowiedzialności swoich przełożonych (Różańskiego-Goldberga i Romkowskiego-Kikiela), nadzorującego willę „Spacer”: „Podczas przesłuchań używano takich metod jak: klęczenie na stołku, karcer czy wkładanie ołówka między palce. Pierwszy wypadek z ołówkiem zastosował Światło. (…) W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. (…) W początkowym okresie nie było gum, a któryś z oficerów śledczych, nie pamiętam nazwiska, bił podejrzanego kijem. Ponieważ bicie kijem było niewygodne, wartownicy znaleźli kawałek kabla grubości wiecznego pióra, ogumionego, z cienkim drutem wewnątrz. Tą gumą posługiwało się kilku oficerów, a później każdy zaopatrzył się w kawałek kabla. Te gumy nazywano »małymi konstytucjami« (faszystowskimi) w odróżnieniu od »dużej konstytucji«, którą zrobił oficer śledczy Laszkiewicz przy pomocy wartowników. Była ona zrobiona z kilku drutów izolowanych”.

Jerzy Kędziora w III RP znów stanął przed sądem. Proces został jednak zawieszony, gdyż – jak uzasadniano – wszystkie ofiary funkcjonariusza UB zmarły. Przeciwko temu zaprotestował Wacław Sikorski, AK-owiec, który po wojnie był przesłuchiwany przez Kędziorę, dzięki czemu sprawa była kontynuowana.

Sikorski wspominał: „Mój śledczy, którego nazwiska nie znam, przesłuchiwał mnie 2–3 razy w tygodniu. Mówił mi: „Podpisz pismo, bo przyjdzie tu kpt. Kędziora, któremu nikt nigdy nie odmówił podpisu. Odbije ci nerki i zdechniesz w więzieniu. Gdy kolejny raz nie chciałem podpisywać, śledczy zwrócił się do strażnika: „Poproście kpt. Kędziorę”. Do pokoju wszedł człowiek w mundurze, w oficerkach. Miał w ręku jakiś drąg (potem przynosił coś gumowego). Podszedł do mnie bliżej i spytał: „Podpiszesz?” Ja na to, że nie. Wtedy zaczął mnie kopać w lewy pośladek. „Podpiszesz?” Nie. Otwartą ręką huknął mnie w lewe ucho. O tu” – Sikorski pokazywał aparat słuchowy. – „To jest po panu Kędziorze. Innym razem tak rąbnął mnie w tył głowy, że upadłem nosem na ścianę. Do dziś mam uszkodzoną przegrodę nosa”.

Wacław Sikorski mówił dalej: „Straszono mnie, że jeśli nie podpiszę dokumentu kończącego śledztwo, znów będę miał do czynienia z Kędziorą”. Innym razem usłyszał: „Ty jesteś ch…, a nie oficer. Wyrok to ja tutaj piszę, a w sądzie ci tylko odczytają. Dostaniesz KS [karę śmierci]”.

Rozpatrujący sprawę Kędziory Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa uznał, że sprawa wymaga wiedzy historycznej i nie jest kompetentny, aby ją właściwie ocenić! Z kolei poproszony o przejęcie sprawy Sąd Okręgowy odmówił, twierdząc, że oskarżony nie jest osobą znaną i nie budzi zainteresowania opinii publicznej!!!

Ostatecznie sąd III RP skazał Jerzego Kędziorę, w styczniu 2012 r. – za znęcanie się w stalinowskim śledztwie nad AK-owcami – na cztery lata więzienia bez zawieszenia. Sąd wyższej instancji obniżył „ze względów humanitarnych” wyrok do trzech lat. Natomiast Sąd Najwyższy najpierw wstrzymał wykonanie kary, ale ostatecznie odrzucił kasację Kędziory – ubek i jego obrońca od początku domagali się umorzenia sprawy ze względu na przedawnienie. 

Brutalny śledczy trafił do aresztu na Białołęce, ale przedwcześnie – tłumacząc się słabym zdrowiem – wyszedł na wolność. Mieszka do dziś na warszawskim Bródnie.