O sprawach najważniejszych znowu pisze WALTER ALTERMAN: Czy istnieje powinność literatury?

Ojczyzna moja wolna, wolna…
Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada.
Ojczyzna w więzach już nie biada,
Dźwiga się, wznosi, wstaje wolna.

Na cóż mi zbędnych słów aparat,
Którymi szarpał rany twoje?!
By ciebie zbudzić, już nie stoję
Nad twoim trupem jako Marat.

Poezjo, tyżeś na kurhany
Kazała klękać, jątrząc ranę,
Wodząc przed oczy rozkochane
Delije, pasy i żupany.

I cóż mi zrobić teraz z mową,
Która, zbłąkana w tej manierze,
W pawęże bije i puklerze,
Ojczyznę wzywa: wstań na nowo!

Odrzucam oto płaszcz Konrada:
Niewola ludów nie roznieca
Płomienia zemsty! – Pusta heca!
Gdzie indziej żagiew moja pada!

Ten interesujący nas dzisiaj cytat pochodzi z wiersza „Czarna wiosna” Antoniego Słonimskiego. Wiersz powstał w roku 1919. Można powiedzieć, że tym utworem Słonimski, a także Julian Tuwim i Jan Lechoń – jako Skamandryci – witali niepodległość, żegnając jednocześnie 123 lata rozbiorowej niewoli. Skamandryci mocno weszli w polską literaturę, stali się objawieniem prawdziwej sztuki, u progu odzyskanej niepodległości.

Rozumiejąc obowiązki, jakie nieśli na barkach polscy pisarze w czasach rozbiorów, jednocześnie młodzi poeci w 1919 roku mówili: dosyć. Zapowiadali teraz literaturę o ludziach, o zwykłych człowiekowi, ale zawsze niezwykłych uczuciach, radościach, smutkach i cierpieniach. Tak rozumieli podstawową powinność literatury.

Polak – obywatel czy człowiek

O dziwo nie był to pierwszy bunt literatów wobec tzw. obowiązków obywatelskich. Przecież moderniści, twórcy Młodej Polski mieli niejako wypisane na sztandarach odejście od literatury społecznej, ich pierwszych interesował tylko człowiek. Ten człowiek był Polakiem, to oczywiste, ale przede wszystkim czującą, wrażliwą osobą ludzką.

O dziwo, można powiedzieć, że literaci Młodej Polski, a potem twórcy grupy Skamander nadali polskiej literaturze – od czasu rozbiorów – europejski charakter. Oni wprowadzili polską sztukę na powrót do Europy i świata.

Gwoli prawdy trzeba przypomnieć, że Lechoń, Tuwim i Słonimski wspaniale zdali egzamin z polskości w latach trzydziestych, po dojściu do władzy w Niemczech Hitlera, oraz w czasie wojny i okupacji. Zatem nie można powiedzieć, że ta wielka trójka polskiej międzywojennej poezji była wynarodowiona czy kosmopolityczna. Oni chcieli zagospodarować teren, sferę przynależną literaturze od zawsze. I świetnie to robili, tchnęli nowego ducha w polską poezję, dali jej nowy wymiar. Gdy jednak nad światem zawisły czarne chmury, ci sami poeci pisali wiersze, które mówiły o polskiej racji stanu.

Granice wolności literatury

Pytanie o granice „sztuki dla sztuki” zawsze było w Polsce żywe. Szczególnie wśród warstw rządzących. A ściślej biorąc wśród naszych polityków. Literatura przyciągała od zawsze i przyciąga teraz także, polityków, którzy chcieliby dla literatury programu minimum i maksimum.

Minimum polityczne dla sztuki, to żeby twórcy – głównie literaci, ale także ludzie filmu i teatru – w ogóle nie interesowali się bieżącą polityką, żeby pisali o kwiatach, motylkach, ptaszkach, o miłości – ale wyłącznie małżeńskiej. O dziwo tacy politycy oczekują realizacji programu grupy Skamander. Ale przecież skamandryci zabierali głos w sprawach społecznych, że wspomnę tylko wiersz „Do prostego człowieka” Juliana Tuwima. Z pojawieniem się internetu wielu polityków – różnej proweniencji – oczekiwałoby, że artyści nie będą się opowiadać politycznie. Ale tak dobrze nie ma. „Bujać to my, panowie szlachta…” – że zacytuję Tuwima.

Maksimum polityczne dla sztuki – jest cichym, ale namiętnym oczekiwaniem polityków, że twórcy poprą swą sztuką opcje partyjne. We współczesnych czasach, po roku 1990, takich prób artystycznej afirmacji partyjnych działań i programów było niewiele. A te które były zakończyły się kompletnym fiaskiem.

Nasza narodowa podejrzliwość

Tu trzeba wyjaśnić, że my Polacy jesteśmy narodem podejrzewającym, nieufnym i głęboko przekornym.

Ciekawą myśl w tej sprawie sformułował wybitny polski reżyser, Konrad Swinarski, który uważał się za ucznia Bertolta Brechta. I gdy jakiś dziennikarz stwierdził, że teatry Brechta i Swinarskiego są zupełnie do siebie niepodobne, Swinarski stwierdził: „Wie pan, bo Brecht tworzył dla Niemców, a ja dla Polaków. Niemcy są prości i trzeba im pewne myśli, sugestie wbijać łopatą do głowy, nam wystarczy sugestia”.

Przestrzegałbym władze, wszelkich parlamentarnych i pozaparlamentarnych partii, przed próbami – choćby próbami – ingerencji, pouczania, strofowania, wskazywania ludziom sztuki „kierunków” oraz oceny ich dzieł z punktu partyjnego widzenia. Oczywiście żaden polityk nie przyzna się do tego, że jego oceny i uwagi są partyjne. Każdy z nich będzie mówił o polskiej racji stanu, interesie narodowym, odwiecznych zasadach, itp.

Co polityka może zrobić z literatury

Poniżej przypominam wspaniały, co do formy, wiersz Gałczyńskiego. Mamy tu bowiem wyrazisty przykład na to, co dzieje się, gdy władza prosi wybitnego poetę o głos w sprawie społecznych powinności literatury. Autor się zgada – może nie mając wyjścia – i potulnie wylicza, czego to władza oczekuje od pisarzy. Wyszło tragikomicznie. Potem z wiersza powstała miła piosenka, ale nadal tchnąca groźbą, że inne książki – nie spełniające oczekiwań wymienionych w tekście Gałczyńskiego – nie są pożądane.

 

Konstanty Ildefons Gałczyński (1953)

PIOSENKA O KSIĄŻCE (Fragment)

Chcemy książki, co życiu pomaga,
bohaterów wesołych jak słońce,
takiej, żeby ją brać do plecaka
na wycieczkę nad morze szumiące.

Ćwiercią pióra się pisze na niby,
taka książka nam z serca ucieka,
niechaj pisze ją człowiek prawdziwy,
wierny brat prawdziwego człowieka –

Z książki płynie odwaga,
książka życiu pomaga,
chcemy książek
jak słońce
i piosenek
jak wiatr.

 

Ten felieton dedykuję krytykom twórczości Olgi Tokarczuk, krytykom o rozmaitych pogolądach politycznych. Nie każdemu pisarstwo noblistki musi się podobać, ale prawo do twórczości i poglądów Tokarczuk ma, tak jak każdy z nas.

 

Niezłomny biskup męczony przez komunistów – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o abp. Antonim Baraniaku w rocznicę jego śmierci

13 sierpnia 1977 r. zmarł abp Antoni Baraniak, przed II wojną światową sekretarz prymasa Polski kard. Augusta Hlonda, po wojnie – Stefana Wyszyńskiego. We wrześniu 1953 r. aresztowany przez władze komunistyczne i poddany brutalnemu śledztwu, co osłabiło zdrowie kapłana i doprowadziło do jego przedwczesnej śmierci. To była cena za uratowanie życia Prymasa Tysiąclecia.

Niewiele bowiem brakowało, by komuniści urządzili prymasowi Wyszyńskiemu proces o zdradę państwa i działalność kontrrewolucyjną. Gdyby tak się stało, za tak ciężkie – wymyślone przez czerwonych bandytów – przestępstwa mógł być skazany nawet na karę śmierci, która – nie można tego wykluczyć – zostałaby wykonana. Przecież bolszewiccy oprawcy nie mieli oporów przed mordowaniem księży i wielu z nich zlikwidowali, by wymienić tylko w czasach zaraz powojennych ks. Władysława Gurgacza, czy ks. Rudolfa Marszałka, a w latach 80. ks. Jerzego Popiełuszkę, czy ks. Sylwestra Zycha. To samo działo się zresztą w innych krajach okupowanych od 1945 r. przez Związek Sowiecki.

Rodzimi bolszewicy świetnie wiedzieli, że ks. Prymas Stefan Wyszyński sam nic im nie powie, nie przyzna się do absurdalnych zarzutów. Dlatego zamierzali wykorzystać do tego jego sekretarza. Po bp. Baraniaka do Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej czerwoni faszyści przyszli 25 września 1953 r. – tego samego dnia aresztowali prymasa Wyszyńskiego.

Podlegli Moskwie rodzimi komuniści nie spodziewali się jednak, że Antoni Baraniak okaże się „małomówny”. Po przewiezieniu do katowni przy ul. Rakowieckiej, wytrzymał tam 27 miesięcy ciężkiego śledztwa, przesłuchiwany przez bandytów z bezpieki przynajmniej 145 razy, nawet przez kilkanaście godzin pod rząd. Śledczy robili wszystko, aby wydobyć od biskupa informacje obciążające Wyszyńskiego, świadczące o tym, że Prymas Polski jest zdrajcą i szpiegiem. Ubecy (którzy dziś chcą przywrócenia przywilejów emerytalnych) zrywali mu paznokcie, przetrzymywali przez wiele dni nago w lodowatej, pełnej fekaliów celi (polecam szczególnie wszystkim lewackim obrońcom zwierząt). A biskup Baraniak nic – nie dał się złamać. Zmaltretowany odmawiał współpracy, nie obciążył kardynała Wyszyńskiego i komuniści musieli zrezygnować z procesu Prymasa Polski.

Efekt był wszak taki, że w tym komunistycznym areszcie bp Antoni Baraniak stracił zdrowie – na tyle podupadło, że od września 1954 r. do maja 1955 r. przebywał w więziennym szpitalu. Potem został zabrany z Warszawy do aresztu domowego w zakładzie salezjańskim w Marszałkach k. Ostrzeszowa, a następnie internowany w domu sióstr elżbietanek w Krynicy. Komuniści uwolnili go ostatecznie 30 października 1956 r. i wkrótce wrócił na stanowisko kierownika Sekretariatu Prymasa Polski.

Teraz pytanie za 100 pkt (szkoda, że nie jest zadawane w popularnych teleturniejach): co łączy bp. Antoniego Baraniaka z bp. Czesławem Kaczmarkiem, ks. Zygmuntem Kaczyńskim, ks. Rudolfem Marszałkiem i ks. Kazimierzem Łuszczyńskim? Odpowiedź: łączą ich wspomniane wcześniej wymyślne tortury z rąk ubeckich bestii w katowni przy ul. Rakowieckiej. Dlaczego? Bo wszyscy byli księżmi niezłomnymi.

Ordynariuszowi kieleckiemu bp. Czesławowi Kaczmarkowi czerwoni faszyści zarzucili… faszyzację życia społecznego, szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych oraz Watykanu, nielegalny handel walutami. A naprawdę ordynariuszowi kieleckiemu nie mogli darować raportu o pogromie kieleckim, za który obwinił UB i NKWD.

Ks. Zygmunt Kaczyński – przedwojenny redaktor pism społeczno-katolickich, poseł na Sejm II RP według oficjalnej komunistycznej wersji doznał ataku serca, a w rzeczywistości zmarł w skutek tortur.

Ks. Rudolf Marszałek, ps. Opoka – kapelan podziemia antyniemieckiego i antykomunistycznego, oficer Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych zgrupowania Henryka Flamego „Bartka” po rocznych torturach został skazany na śmierć i stracony 10 marca 1948 r.

Podobny los – strzał w tył głowy – spotkał 24 maja 1946 r. ks. Kazimierza Łuszczyńskiego, ps. „Mateusz”, „Rosa” – kapelana NSZ.

A bp Antoni Baraniak – tak jak bp Czesław Kaczmarek – choć wypuszczony na wolność, odszedł do Domu Ojca przedwcześnie – po bestialstwie miejscowych bolszewików.

Przypomnieć trzeba, że przed pracą sekretarza, a wcześniej kapelana Prymasa Stefana Wyszyńskiego, bp Antoni Baraniak pełnił analogiczne funkcje u boku wielkiego poprzednika – Prymasa Augusta Hlonda: od 1933 r. do tajemniczej wciąż śmierci kardynała w październiku 1948 r. (nie można wykluczyć, że został przez komunistów zamordowany). Biskup Baraniak już w czasie okupacji niemieckiej był niezłomny, dzieląc z Prymasem Hlondem trudy rozłąki z Ojczyzną. Dlatego po tym, jak Prymas Stefan Wyszyński został uznany za błogosławionego, czekamy na zakończenie podobnej procedury odnośnie biskupa Antoniego Baraniaka.

O tym, ile kosztuje propaganda Kremla pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: A dobrze chociaż wynegocjowaliście?

Stary dowcip, to opowiem. Dystyngowany, ale bezczelny zagaduje kobietę, którą przed chwilą poznał, czy tak hipotetycznie przespałaby się z kimś za okrąglutki milion dolarów? Po zmarszczeniu czoła i namyśle kobieta rzecze: No wie pan, za milion… W końcu to jednak milion, no to tak. Mężczyzna wyjmując z portfela 100 dolarów składa propozycję: Chodźmy więc do hotelu uprawiać seks. Oburzona z  jadem cedzi: Za kogo mnie pan masz, za k…? Chodna logika riposty nieco ją jednak zaskakuje: Ustaliliśmy już kim pani jest, teraz negocjujemy cenę… Amnesty Intenational, organizacja teoretycznie walcząca o prawa człowieka, napisała raport, w którym krytykuje wojska ukraińskie.

Napiszę jeszcze raz, bo to nie pomyłka, AI w swoim raporcie krytykuje wojska ukraińskie. Za co? Za działania, które ponoć narażają ludność cywilną. Te działania miałyby polegać na tym, że Ukraina swoje wojska rozlokowuje w miejscach gęsto zaludnionych, czym ponoć naraża tę ludność. Niezłe, prawda? Wydaje się, że Amnesty Interational dołączyła właśnie do zacnego grona pożytecznych idiotów. Nazwę wymyślić miał podobno Lenin specjalnie dla zachodnich lewicowych intelektualistów, którzy wielbili działania zbrodniczego Związku Radzieckiego przemilczając starannie zbrodnie komunistów.

Nie jest tajemnicą, że NKWD raportowało Stalinowi o kupionych organizacjach pacyfistycznych, które za ruble protestowały przeciwko na przykład wyścigowi zbrojeń. Istniała jednak jeszcze jedna kategoria ludzi, którzy na darmo wielbili komunistycznych zbrodniarzy i według Suworowa przedstawiciele tego gatunku byli określani krócej: gawnojed. Wybaczą Państwo, że nie przetłumaczę, dawno nie używałem rosyjskiego. Po haniebnym raporcie kilku członków zrezygnowało, a polskie Amnesty International uraczyło nas oświadczeniem w tej sprawie. Oto bełkotu próbka:

„Jako Amnesty International Polska pragniemy przeprosić za ból i gniew wywołany komunikatem prasowym na temat taktyki wojsk ukraińskich opublikowanym 4 sierpnia br. W trakcie prac nad tym komunikatem popełniono poważne błędy w obszarze konsultacji i komunikacji, a także niedostatecznie przedstawiono kontekst i niewystarczająco zaakcentowano rosyjską odpowiedzialność za wojnę w Ukrainie.”

Dalej jest głupiej. „Dlatego Amnesty International Polska zwróciła się do Międzynarodowego Zarządu i Sekretariatu Międzynarodowego o zainicjowanie dogłębnego przeglądu procedur przygotowywania i publikacji raportów oraz komunikatów, w celu wzmocnienia współpracy, aby w rezultacie wspólnym głosem lepiej i skuteczniej chronić prawa człowieka.”

Rozumiecie Państwo? Krytykują ofiary napaści broniące ojczyzny i chcą inicjować dogłębne procedury. Najważniejsze: nikt z imienia i nazwiska nie podpisał się pod tym oświadczeniem.

Też bym się wstydził.

Moskwa chce straszyć na morzach i oceanach – WOŁODYMYR SYDORENKO o nowej doktrynie rosyjskiej marynarki wojennej

Nowa doktryna rosyjskiej marynarki wojennej jest próbą potwierdzenia miana „wielkiej potęgi morskiej”. Ale to próba daremna. Opiera się bowiem na niegodnych środkach i nie uwzględnia interesów innych krajów.

W Dniu Rosyjskiej Marynarki Wojennej Władimir Putin podpisał dekret zatwierdzający doktrynę rosyjskiej marynarki wojennej. Jak donosi RIA „Novosti”, wyjaśnia w niej granice, strefy interesów narodowych oraz określa główne zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa. Nawet to stwierdzenie treści doktryny wskazuje na zagrożenie dla całego świata ze strony flot rosyjskich: dokumenty jednego kraju bez udziału innych nie mogą „wyjaśniać granic”, ustanawiać stref interesów narodowych, ponieważ jest to inwazja na granice i strefy interesów innych państw. W dokumencie podkreślono, że Rosja przywiązuje dużą wagę do „zachowania statusu wielkiego mocarstwa morskiego”. Co to oznacza i czy Rosja naprawdę jest „wielką potęgą morską”?

Charakterystyczne jest, że nowy dokument podpisany przez Putina określa interesy Rosji, nie uznając i nie biorąc pod uwagę interesów innych krajów świata. Zgodnie z tym dokumentem, głównym zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego Rosji jest więc amerykański kurs na rozszerzenie NATO. Jednocześnie Kreml nie bierze pod uwagę potrzeb bezpieczeństwa innych krajów, choć uważa się, że ekspansja wpływów Rosji na kraje sąsiednie, jej polityka imperialna, wojna na Ukrainie, stwarzanie zagrożenia dla wszystkich krajów europejskich, tworzenie bloków z krajami azjatyckimi stawiają nowe wyzwania dla państw europejskich i nie pozostają bez wpływu na ich bezpieczeństwu. Dlatego kraje demokratyczne z pewnością muszą uwzględnić te czynniki w swojej polityce i wzmocnić środki bezpieczeństwa swoich granic i swoich interesów.

Doktryna zakłada „niepodważalne prawo” Rosji do obecności jej sił morskich na Oceanie światowym i użycia siły militarnej do realizacji swoich interesów, gdy wyczerpią się możliwości dyplomatyczne. Oczywiście Ocean światowy jest własnością całej ludzkości i nikt nie sprzeciwia się obecności rosyjskich statków na wodach. Ale zasada „użycia siły militarnej dla realizacji własnych interesów” jest już sprzeczna z prawem międzynarodowym i stanowi próbę wprowadzenia prawa siły do ​​światowej polityki.

Doktryna morska Rosji potwierdza bezpodstawne prawo Rosji do zajmowania obszarów lądowych i morskich w celu tworzenia swoich baz wojskowych. Wskazuje na to paragraf, w którym stwierdza się, że „wśród zagrożeń dla interesów narodowych jest brak wystarczającej liczby baz poza Rosją”. To znaczy, jeśli Rosja przyzna, że ​​nie ma wystarczającej liczby baz, to zastrzega sobie prawo do zajmowania nowych terytoriów i zakładania tam swoich baz. Nawet teraz doktryna Putina przewiduje „intensyfikację działań na Svalbardzie, Ziemi Franciszka Józefa, Nowej Ziemi i Wyspie Wrangla”. Zakłada również nowe bazy na Morzu Czerwonym i Azowskim oraz w innych obszarach wodnych świata.

Doktryna odbiega od prawa międzynarodowego. Na przykład przewiduje nielegalną działalność Rosji na anektowanych terytoriach. Mówi, że Moskwa „wzmocni infrastrukturę wojskową na Krymie i Flotę Czarnomorską”.

Krym i Morze Czarne zostały już przez Rosję zamienione w niebezpieczne węzły dla całego świata, bo tam mają bazy rosyjskie rakiety, które mogą dotrzeć do wszystkich krajów Europy i Bliskiego Wschodu. Odtąd Rosja dąży do przekształcenia wszystkich swoich wybrzeży morskich na całej długości swoich granic w te same niebezpieczne węzły dla całego świata. Doktryna głosi, że takimi węzłami dla „zapewnienia bezpieczeństwa Rosji” staną się Cieśniny Bałtycka i Kurylska, Morze Czarne, Ochockie i Beringa, wschodnia część Morza Śródziemnego oraz arktyczny obszar wodny. Władimir Putin potwierdza, że ​​ich „ochrona będzie zapewniona wszelkimi sposobami”. Oznacza to, że może chodzić również o rozmieszczenie tam broni nuklearnej, chociaż wiele z powyższych miejsc nie należy do terytorium Rosji i nie odgrywa ważnej roli w ochronie jej bezpieczeństwa. Ale to nie obchodzi państwa-agresora.

Nowa doktryna morska przewiduje prawo Rosji do prowadzenia działalności gospodarczej w dowolnej części oceanów świata. W ten sposób Rosja deklaruje swoje „prawo” do „układania podwodnych kabli i rurociągów” oraz „zapewnienia im bezpieczeństwa”. Jednocześnie w doktrynie Kreml deklaruje „budowa lotniskowców jako kierunek priorytetowy” oraz „rozwój budowy nowoczesnych lotniskowców”. Oczywiste jest, że lotniskowce są potrzebne nie tyle do ochrony własnych granic morskich, gdyż zadanie to można z powodzeniem wykonać za pomocą naziemnych środków wojskowych, ale do agresywnych ataków i stwarzania zagrożeń z dala od własnych granic w strefie interesów innych krajów. Z drugiej strony nieudany przykład ostatnich kampanii morskich rosyjskiego lotniskowca „Admirał Kuzniecow” pokazuje, że Rosja wcale nie jest „wielką potęgą morską”, za jaką chce się uważać.

Oczywiście nowa doktryna jest właśnie próbą potwierdzenia miana „wielkiej potęgi morskiej”. Ale próba jest daremna. Opiera się bowiem na niegodnych środkach i nie uwzględnia interesów innych krajów, a bez tego nie da się żyć i pracować na świecie w XXI wieku. Na przykład doktryna wprowadza w pole swojego zainteresowania  Sewastopol i Krym, mimo że zostały anektowane, są to obce terytoria, którym Moskwa nie ma prawa rozporządzać. Prędzej czy później Sewastopol i Krym zostaną wyzwolone, rozszerzy się na nie jurysdykcja Ukrainy, co oznacza, że ​​postanowienia doktryny dotyczące tego obszaru nie zostaną spełnione. Istnieje również wątpliwość, czy inne punkty doktryny są możliwe do realizacji. Nowe morskie ambicje rosyjskie nie stwarzają niczego znaczącego, poza straszeniem całego świata.

 

JAN TESPISKI: W tych szaleństwach jest metoda (7)

Bardzo często artyści postrzeganiu są jako bezrozumni szaleńcy. Ci, którzy tak sądzą mylą się okrutnie. Artyści mają własną logikę, w której ramach są bardzo konsekwentni.

Można powiedzieć – cytując klasyka – że artyści są logicznie logiczni. Tyle tylko, że sposobu ich myślenia i postępowania nie można ich mierzyć zwykłą miarą, miarą zwykłych ludzi.    

Czy renówka to dobry samochód

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Teatr Ludowy w Nowej Hucie prowadziło małżeństwo reżyserów – Krystyna Skuszanka i Jerzy Krasowski. Skuszanka była skupiona na wnikliwych, trudnych i drobiazgowych analizach literackich dramatów, które potem – już jako spektakle – nie bardzo się miały do wyników analiz z prób. Ale też uprawiała ona teatr „mgłą spowity”, w swoim rodzaju poetycki.

Krasowski natomiast stąpał twardo po ziemi. Jego teatr stawiał pytania o kondycję społeczną, o odpowiedzialność. Z całą pewnością nie był on reżyserem uległym, stawiał się władzom. Oczywiście w ramach tamtego systemu.

Poza tym Krasowski jest świetnym przykładem na myślenie osobne, na inną logikę.

W Teatrze Ludowym małżeństwo miało wybitnych aktorów, wtedy młodych, ale z wyraźnymi oznakami wielkich karier. Pewnego razu, Franciszek Pieczka i Witold Pyrkosz otrzymali propozycję zagrania w filmie produkcji francuskiej. To było jak jasny grom dla całego środowiska aktorskiego. W tamtych latach nikt jeszcze nie wyjeżdżał na Zachód grać. W ogóle nikt nigdzie nie wyjeżdżał.

Obaj aktorzy zwrócili się do Krasowskiego o zgodę na wyjazd. Dyrektor podjął decyzję, że Pieczka może jechać, ale Pyrkosz ma zostać w Krakowie. Wtedy odbyła się taka – mniej więcej –   rozmowa między rozżalonym Pyrkoszem a Krasowskim.

– To dlaczego ja nie mogę jechać do Francji, a Pieczkę zwolniłeś?

– Słuchaj Witek, a na co ci to? Tym bardziej, że właśnie dostałeś wielką rolę, to skup się na niej.

–  Ale to raptem trzy tygodnie… ja próby nadgonię – Pyrkosz miał jeszcze nadzieję.

– Nie, Witek, nie… musisz zostać w Nowej Hucie – odpowiedział ostatecznie Krasowski.

Minęły trzy tygodnie. Pod teatr zajechał starym autem marki reanult Franciszek Pieczka. Wszyscy: obsługa techniczna, administracja i aktorzy oraz zbiegli się, żeby oglądać ten błysk Zachodu. A do gabinetu Krasowskiego wdarł się Pyrkosz, który łamiącym się głosem, bliski rozpaczy, powiedział do Krasowskiego:

– Widziałeś?! Pieczka przyjechał renówką!

Krasowski wstał zza biurka, podszedł do okna i popatrzył na zbiegowisko wokół samochodu Pieczki. Po czym powiedział:

– Witek, umówmy się, renówka to nie jest dobry samochód.

Nie pojął podstawowych tendencji utworu

Teoretycznie dyrektorom teatrów powinno zależeć, żeby w ich teatrach reżyserowali wybitni reżyserzy. To teoria. W praktyce natomiast, jeżeli dyrektor sam jest reżyserem, to ta prosta logika zawodzi.

W latach sześćdziesiątych, w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie, za dyrekcji wybitnego dyrektora i reżysera, jakim był Bronisław Dąbrowski, prowadzono akcję poranków dla młodzieży szkolnej. Grano dla uczniów lektury szkolne. Nie była to sztandarowa działalność tej zasłużonej sceny, trochę uboczna. Ale starano się przedstawieniom szkolnym nadać wysoki poziom. Choć dla oszczędności reżyserię powierzano studentom reżyserii lub młody reżyserom. Niemniej, po każdym nowym spektaklu sceny dla młodzieży, ukazywały się w prasie krakowskiej normalne recenzje.

Kilka przedstawień przedpołudniowych zrealizował wtedy Mieczysław Górkiewicz, aktor, kończący w latach 60-tych reżyserię teatralną. Górkiewicz opowiadał, a opowiadał świetnie, jaki dyrektor Dąbrowski miał stosunek do dzieł – mówmy prawdę – tej II kategorii.

Po każdej premierze – opowiadał Górkiewicz – dyrektor zwoływał cały zespół występujący w sztuce oraz reżysera sztuki. Siadali wygodnie, a Dąbrowski prosił któregoś z aktorów o przeczytanie recenzji. Nie było to zadanie łatwe, bo dyrektor żywo komentował teksty. Jeżeli recenzja była przychylna, to Dąbrowski prychał, kasłał, wzdychał i rzucał uwagi krytyczne:

– Zupełny upadek zawodu. Zupełny brak pojęcia o teatrze. Z łapanki biorą tych recenzentów? Przecież ja też widziałem waszą sztukę, ale ten dziennikarzyna pisze chyba o zupełnie innej. Jakie role, jaka tam wyrazistość charakterów…  Tempo dobre – pisze – jak już po pół godzinie przysypiałem. To jest męczarnia dzieci polskich.

Po odczytaniu recenzji i usłyszeniu uwag dyrektora Dąbrowskiego, przerażony reżyser, czekał tylko na ścięcie. Ale nie… Dyrektor był w sumie zadowolony i w konkluzji spotkania pytał:

– Ja już dawno się tak zastanawiam… Po co nam te sztuki dla młodzieży? Przecież to i koszty, i wasz wysiłek niemały… Ja się muszę dobrze zastanowić, czy my będziemy to kontynuowali…

Bywało też inaczej, gdy recenzje chlastały twórców, a głównie reżysera, dyrektor zmieniał się. W trakcie czytania recenzji nie przerywał, uśmiechał się, promieniał z zadowolenia. Mówił mało, ale celnie…

– To, to najlepsze… Proszę to zapamiętać: Reżyser nie pojął podstawowych tendencji utworu… Dobre! A to ci historia – nic nie pojął!

Po czym Dąbrowski długo kiwał głową z niedowierzaniem, łapał się za głowę… A końcu rzucał tylko…

– To co pan, panie Mieczysławie nowego nam zaproponuje?

 A to się wyłożył

W jednym z mniejszych miast teatralnych, ale niezupełnie takim małym, dyrektor zaprosił do zrobienia sztuki wybitnego reżysera. Reżyser ów właśnie święcił triumf artystyczny, bo jego film na podstawie sztuki, którą mu teraz zaproponowano w teatrze, odniósł ogromny sukces. Cały teatr żył trzy miesiące w dużym napięciu, czekając na sceniczne powtórzenie sukcesu filmowego.

Po premierze dyrektor teatru, niby w dyskrecji, ale powszechnie i do wielu osób mówił:

– A to się wyłożył… Widział pan, jak się wybitny reżyser u nas wyłożył? Nie widział pan? No to serdecznie zapraszam. Zostawimy bilety w kasie, proszę tylko dać znać. Film, film… Film a teatr to dwie różne sztuki. Reżyser filmowy z Warszawy a rozpłaszczył się u nas jak żaba na asfalcie.

 

O kupie roboty, którą wykonuje na szkodę Polski opozycja pisze CEZARY KRYSZTOPA: Skąd ta skromność?

Sześć lat temu europoseł Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Poręba opublikował screeny roboczej wersji rezolucji Parlamentu Europejskiego przeciwko Polsce, na której uwagi były naniesione z nazwiskiem Rafała Trzaskowskiego.

Wtedy to był szok. Polski polityk miałby uczestniczyć w tworzeniu dokumentu uderzającego w jego ojczyznę?

Zamrażarka Pana Rafała

Trzaskowski oczywiście zaprzeczał, wręcz szydził z takich oskarżeń. I kiedy tak patrzę w ten jego szczery uśmiech, to jak mógłbym mu nie wierzyć? Dwa lata później w popularnej stacji radiowej ten sam Trzaskowski mówił – Dzięki naszym staraniom te pieniądze [chodzi o fundusze unijne] będą mrożone.

W 2020 roku na spotkaniu z m.in. Wojciechem Sadurskim, Markiem Belką i Radosławem Sikorskim w Parlamencie Europejskim przewodniczący bardzo ważnej Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych [LIBE] Juan Fernando Lopez Aguilar pytał – Czego jeszcze można od niego [chodzi o Parlament Europejski] oczekiwać? – aż musiał go upomnieć Radosław Sikorski – Proszę wziąć pod uwagę, że jesteśmy nagrywani, więc proszę uważać, co pan mówi – Dwa lata później Aguilar znalazł się w składzie „kontroli” komisji PE LIBE, która miała „kontrolować” „praworządność” w Polsce, a której jeden z członków Esteban Gonzalez Pons mówił otwarcie – Spróbujemy pomóc polskiemu społeczeństwu zmienić władze, które wydają się nie być dobre dla Polski.

Już po wybuchu wojny na Ukrainie, kiedy przez Polskę przelewała się fala ukraińskich uchodźców wojennych, na jednym ze spotkań z wyborcami Janina Ochojska, europoseł Koalicji Europejskiej mówiła – w Parlamencie Europejskim bardzo mocno gardłowaliśmy za tym, żeby nie dawać rządowi przynajmniej części tych pieniędzy – Chodzi oczywiście o fundusze europejskie.

Wielki sukces

Można powiedzieć, że wiszenie u brukselskiej klamki przedstawicieli opcji „ulica i zagranica” jest tajemnica poliszynela i od dawna, choć oczywiście niezmiennie brzydzi, to przecież już nie zaskakuje. Więcej! Można również powiedzieć, że tak jak „ulica” wyżej opisanej opcji nie wyszła i skompromitowała się nawet w oczach zwolenników, to przecież „zagranica” jak najbardziej. Efektem jej zabiegów jest wstrzymanie pod byle pretekstem pieniędzy dla Polski, nawet w obliczu wielkiego obciążenia kosztami utrzymania milionów uchodźców z Ukrainy.

Tymczasem od czasu kiedy wydaje się już zupełnie oczywiste, że Polska żadnych pieniędzy nie dostanie, trwa jakiś dziwny festiwal unikania zebrania laurów i usiłowania obdzielenia zasługami rządzących. O tych oczywiście nie wolno zapominać, to podpisanie szeregu cyrografów, trudno powiedzieć, w akcie naiwności czy głupoty, ów sukces umożliwiło, ale jednak główna zasługa nadal należy się naszej współczesnej Targowicy.

Postępowanie jej przedstawicieli wydaje się tym bardziej niezrozumiałe, że w zasadzie nie odniosła ona żadnych sukcesów od bardzo dawna. Nie przedstawiła żadnych przekonujących programów czy wizji, bierze wciry we wszystkich wyborach od 2015 roku, nie potrafi zagospodarować żadnych przychylnych jej emocji społecznych, umówmy się, sprawia wrażenie jakby nie była w stanie złożyć dwa do dwóch. I tu taki sukces!

A przecież ta część wyborców, do których się odwołuje nie dostrzega problemu w tym, że konsekwencje takich antypolskich działań dotkną w mniejszym stopniu rządzących, którzy jakoś sobie poradzą, a w znacznie większym stopniu wszystkich Polaków, łącznie z nimi. Nigdy im do tej pory nie przeszkadzało robienie Polakom na wycieraczkę. Liczy się tylko to, że mogą w ten czy inny sposób zrobić na złość Polakom, ciemnogrodowi, czy jak tam obecnie definiują tych znienawidzonych „onych”. Wręcz gotowi byliby kibicować jak największym rozmiarom kupy.

Skąd zatem ta skromność?

SERHIJ KULIDA: Amerykański ekonomista, twórca MFW i BŚ Harry Dexter White był sowieckim szpiegiem

Na początku XXI wieku w Stanach Zjednoczonych ukazała się sensacyjna książka historyka Bena Steila. Autor „The Battle of Bretton Woods: John Maynard Keynes, Harry Dexter White and the Formation of a New World Order” opowiada, jak amerykański ekonomista White stworzył system, który stał się podstawą ekonomicznego ładu świata. Należy zaważyć, że ten „porządek ” nadal istnieje.

Jak napisał Neil Irwin w The Washington Post, w odpowiedzi na publikację, „sednem sprawy było raczej to, że Stany Zjednoczone przejęły od Wielkiej Brytanii globalną dominację finansową i uczyniły dolara światową walutą rezerwową”. Według dziennikarza amerykańskiej gazety, zadania tego podjął się Harry Dexter White, „wysoki rangą pracownik Departamentu Skarbu USA, który szpiegował ZSRR”, podjął się tego zadania.

Śmierć na farmie

Latem 1948 byli sowieccy agenci Elizabeth Bentley i Whittaker Chambers publicznie oskarżyli Harry’ego Dextera White’a o szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego. Rankiem 13 sierpnia White wszedł do sali pełnej gapiów i reporterów, gdzie odbywały się spotkania Komisji Śledczej ds. Działań Antyamerykańskich. Przy błysku fleszy terkotem kamer filmowych White spokojnie, patrząc na członków komisji zza palisady mikrofonów podniósł prawą rękę i złożył przysięgę, zapewniając obecnych, że będzie mówił „prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”.

„Moje przekonania są przekonaniami amerykańskimi” – powiedział oskarżony w swoich uwagach wstępnych. – Przywiązuję wielką wagę do wolności wyznania, wolności słowa, wolności myśli, wolności prasy, wolności krytyki i swobody przemieszczania się… Uważam te zasady za święte, uważam je za podstawę naszego amerykańskiego sposobu życie, a dla mnie są to realia życia, a nie tylko słowa, wpisane na papierze. Jestem gotów odpowiedzieć na wszelkie pytania” – powiedział White.

Na sali rozległy się brawa. Po raz drugi White otrzymał owację na stojąco po tym, jak pokazano mu listę podejrzanych o szpiegostwo na rzecz ZSRR. Po zapoznaniu się z dokumentem wysoko postawiony ekonomista, uśmiechając się sarkastycznie, zauważył: „Przy nazwiskach są niebieskie haczyki. Moim zdaniem, bardziej odpowiednie byłyby czerwone”.

Jednak ta ostentacyjna brawura sporo kosztowała White’a. Zaraz po złożeniu zeznań miał atak serca. Następnego dnia, po zażyciu tabletek, Harry Dexter udał się na spoczynek na swojej farmie Fitzwilliam w New Hampshire. Poczuł silny ból w klatce piersiowej. Następnego dnia miejscowi lekarze stwierdzili ciężki zawał serca. Wieczorem 16 sierpnia White zmarł, zgodnie z oficjalną wersją, z powodu przedawkowania leku na serce – naparstnicy. I gdyby nie ta tragiczna okoliczność, to z pewnością jesienią White musiałby trafić do więzienia, jako czerwony szpieg.

Schronienie lewicy

W 1885 r. liczna rodzina Józefa Weissnovitza i Sary Magilewskiej w poszukiwaniu „żydowskiego szczęścia” przeniosła się z terenów dzisiejszej Litwy, którymi wówczas władało Imperium Rosyjskie, do Bostonu. W Nowym Świecie urodził się późniejszy pomysłodawca Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który otrzymał imiona Harry Dexter. Na początku pobytu w USA rodzina przyszłego twórcy Banku Światowego nadal borykała się z biedą, przed którą uciekała z Europy do Ameryki Północnej.

Ich najmłodszy syn, dwudziestopięcioletni Harry Dexter White po wstąpieniu do armii amerykańskiej w 1917 roku, jako porucznik wyjechał do Francji na front zachodni.

Po demobilizacji został studentem Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Columbia, następnie kontynuował naukę w Stanford, a w 1930 roku obronił doktorat na równie prestiżowym Harvardzie. Cztery lata później prof. Jacob Weiner, który pracował w Departamencie Skarbu Stanów Zjednoczonych, zasugerował, aby White zajął skromne stanowisko w tym ministerstwie. Należy zauważyć, że w tamtych latach Departament Skarbu USA był schronieniem dla osób o poglądach lewicowych. Ci urzędnicy byli pod wrażeniem industrializacji dokonanej w ZSRR, co wyraźnie pokazywało, ich zdaniem „wyższość socjalistycznego modelu gospodarki nad kapitalistycznym”. Ponadto „ofensywa komunistyczna” nastąpiła podczas kryzysu gospodarczego w Ameryce. New Deal prezydenta USA Franklina Roosevelta, który przewidywał aktywną interwencję państwa w gospodarkę, był wówczas uważany za „prawie socjalizm”. A Harry White w pełni i bardzo aktywnie przyczynił się do promocji tego kierunku.

Już w okresie powojennym Komisja Śledcza ds. Działań Antyamerykańskich stwierdziła: „Koncentracja zwolenników komunizmu w Departamencie Skarbu, a zwłaszcza w Wydziale Studiów Monetarnych, jest teraz w pełni znana. White był pierwszym dyrektorem departamentu; jego następcami byli Frank Coe i Harold Glasser. W Wydziale Studiów monetarnych byli William Ludwig Ullman, Irving Kaplan i Victor Perlo. Stwierdzono, że White, Coe, Glasser, Kaplan i Perlo są „członkami komunistycznego spisku”.

2 września 1939 r., dzień po niemieckiej inwazji na Polskę, podsekretarz stanu Roosevelta ds. bezpieczeństwa wewnętrznego, Adolph Burley, za pośrednictwem dziennikarza Isaaca Don Levine’a spotkał się z sowieckim agentem Whittakerem Chambersem. Następnie, robiąc notatki w swoim Levine napisał: „Pan White”. Z kolei Burley wysłał memorandum do prezydenta, które Roosevelt z oburzeniem odrzucił, nie wierząc, ze w jego otoczeniu mogą być szpiedzy. Prezydent USA określiła to, jako „absurd”.

Tymczasem w grudniu 1941 roku White został mianowany asystentem sekretarza skarbu Henry’ego Morgenthau Jr., uważanego za jedną z kluczowych postaci w ekipie Roosevelta. Pełniąc odpowiedzialną rolę pośrednika między Departamentem Stanu a Departamentem Spraw Zagranicznych, White nadzorował w czasie II wojny światowej nie tylko sprawy międzynarodowe, lent-lease, ale także finansowanie „delikatnych” operacji politycznych, wywiadowczych, sabotażowych mających charakter militarny. Oznaczało to, że miał najszerszy dostęp do ściśle tajnych informacji.

Plan White’a

We wrześniu 1944 roku w kanadyjskim Quebecu się konferencja pod kryptonimem OCTAGON. Przywódcom mocarstw alianckich, Rooseveltowi i Churchillowi, sekretarz skarbu USA Henry Morgenthau przedstawił „Program zapobiegania rozpętaniu przez Niemcy trzeciej wojny światowej”. W rzeczywistości dokument ten, nazwany później Planem Morgenthau, został opracowany przez Harry’ego White’a. Według tej strategii, pokonane Niemcy powinny zostać podzielone na kilka części. Ważne obszary przemysłowe, Zagłębie Ruhry i Saary, powinny zostać objęte kontrolą specjalnego organu międzynarodowego, przemysł ciężki i zbrojeniowy miały być zlikwidowane a Niemcy przekształcone w kraj rolniczy. Opisując plan Morgenthau, White zaproponował wycięcie wszystkich lasów i „zmniejszenie populacji Niemiec do 25 milionów ludzi”.

Stalin, który dowiedział się o najdrobniejszych szczegółach konferencji w Quebecu, nie zgodził się z takimi zamierzeniami USA i Wlk. Brytanii. Informacja ta wyciekła do prasy światowej. W Berlinie, minister propagandy Rzeszy Joseph Goebbels krzyczał obłędnie: „Żyd Morgenthau chce zniszczyć Niemcy zmieniając je w pole ziemniaczane!” Podobno po tych wiadomościach na moment wzrosło morale żołnierzy niemieckich. Roosevelt musiał publicznie porzucić swój plan.

W tym samym 1944 roku Harry White opracował system z Bretton Woods, przyjęty na konferencji o tej samej nazwie. Ben Steil pisze w swojej książce, że White wymyślił to międzynarodowe forum już w 1936 roku, aby uczynić z dolara uniwersalną walutę i zastąpić konkurenta – brytyjskiego funta szterlinga.

„To była świadoma próba sprowokowania po wojnie przymusowej likwidacji Imperium Brytyjskiego” – zapewnia historyk. Głównymi postulatami systemu z Bretton Woods były: możliwość pokojowego demontażu Imperium Brytyjskiego; deindustrializacja Niemiec po wojnie; zaangażowanie ZSRR w globalny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Sam Harry White w swoich notatkach napisał, że potępia hipokryzję Stanów Zjednoczonych w stosunkach z ZSRR i chwali zalety sowieckiego socjalizmu.

Jednocześnie White zaproponował utworzenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego – banku, w którym można wziąć krótkoterminową pożyczkę „i w zamian odmówić konkurencyjnej dewaluacji – nie dewaluować swojej waluty w stosunku do dolara amerykańskiego bez naszej zgody.”

„Słaby agent”?

Od końca listopada 1945 r. White zaczął publicznie popierać poprawę stosunków ze Związkiem Radzieckim, wierząc, że głównym zadaniem powojennej dyplomacji Stanów Zjednoczonych jest to „jak wymyślić środki zdolne do zapewnienia trwałego pokoju i przyjaznych stosunków” między Ameryką a Rosją. Każdy inny problem w dziedzinie dyplomacji międzynarodowej blednie w porównaniu z tym zadaniem.

Tymczasem nad finansistą zbierały się chmury. Oficer bezpieczeństwa Departamentu Stanu przesłuchał Chambersa, który nazwał White’a ogólnie „dość słabym agentem”, który jednak przyczynił się do „znalezienia pracy w Ministerstwie Finansów dla wielu członków komunistycznego podziemia”.

7 listopada 1945 roku była sowiecka agentka Elizabeth Bentley powiedziała śledczym FBI: „Pod koniec 1942 lub na początku 1943 dowiedziałem się od sowieckich agentów Nathana Silvermastera i Ludwiga Ullmana, że ​​jedno ze źródeł dokumentów państwowych, które sfotografowali i przekazali kuratorowi NKWD to Harry Dexter White. Następnego dnia dyrektor FBI John Edgar Hoover wysłał list do doradcy wojskowego prezydenta Harry’ego Trumana, generała Harry’ego Waughana, donosząc, że „niektórzy pracownicy rządu USA przekazują informacje i dane osobom nieupoważnionym, które z kolei przekazują te informacje sowieckiemu wywiadowi”. I nazwał White’a „cennym nabytkiem podziemnej, sowieckiej siatki szpiegowskiej”.

Niczego niepodejrzewający Harry Dexter nadal pracował, jako dyrektor MFW. Ale niespodziewanie dla niego prokurator generalny Tom Clark nakazał federalnej ławie przysięgłych zbadać zarzuty Elizabeth Bentley. 19 czerwca 1947 White zrezygnował ze stanowiska. Po tym nastąpiła niekończąca się seria przesłuchań, przerwanych, które przerwała nagła śmierć White’a.

Sprawa została zamknięta…

Kryptografowie pracujący nad Projektem Venona ustalili, że Harry Dexter White został zidentyfikowany, jako źródło sowieckich informacji wywiadowczych pod kryptonimami „Prawnik”, „Richard” i „Jurist”. Raport FBI stwierdzał: „Według informacji … w odniesieniu do Prawnika, w kwietniu 1944 r. relacjonował on rozmowy między ówczesnym sekretarzem stanu Cordellem Hullem a wiceprezydentem Henrym Wallace’em. 5 sierpnia 1944 r. zameldował sowieckim szpiegom, że jest pewien zwycięstwa.” Z dokumentów wynika, że „White gotowy był na wszelkie poświęcenie dla dobra Sowietów”.

Dane Amerykanów dotyczące tożsamości White’a potwierdzają także dokumenty KGB odtajnione w 1999 roku, ale nigdy nieupublicznione. Według nich, NKWD zwerbowało w latach 1935-1936 pracownika Departamentu Skarbu USA, czyli White’a…

Teczki archiwalne sowieckiego wywiadu zawierają tajną amerykańską korespondencję „Według otrzymanych przez nas informacji „Prawnik” był kiedyś stażystą sąsiadów, (czyli agentem Agencji Wywiadu Sztabu Generalnego Armii Czerwonej – S.K.) „ – to tekst szyfrogramu z Moskwy zaadresowany do rezydenta Wasilija Zarubina z dnia 26 listopada 1941 r. „W końcu trzeba naprawdę zaangażować go w pracę i nawiązać z nim bezpośredni kontakt…” A następnego dnia nadano na Kreml informację: „Jego możliwości, dzięki bliskości Morgenthau, są bardzo duże”.

Wśród historyków panuje opinia, że ​​Harry White był aktywnym agentem wpływu. A jego pierwszym wielkim sukcesem była „prowokacja Pearl Harbor” i tekst amerykańskiego ultimatum z 26 listopada 1941 r., w którym Japonię „skuszono do oddania pierwszego strzału”.

W 1943 r. White zakłócił także negocjacje z chińskimi nacjonalistami w sprawie pożyczki w wysokości 200 milionów dolarów, co było na rękę Moskwie i chińskim komunistom. Dzięki szefowi MFW w okupowanych Niemczech, w pierwszych latach powojennych Sowieci wydrukowali znaczki pocztowe warte od 200 do 400 mln ówczesnych dolarów.

Krewni White’a i jego zachodni biografowie jednak nadal uważają ekonomistę za niewinnego. Dlatego Stephen Schlesinger pisze: „Nie ma jednoznacznej opinii o założycielu BŚ, ale wiele osób wierzy, że White próbował pomóc Związkowi Radzieckiemu, choć nie uważał tego za szpiegostwo. Robert Skidelsky, po zapoznaniu się z „bazą dowodów” doszedł do wniosku, że „połączenie naiwności i niesamowitej pewności siebie… wyjaśnia działania White’a. Niewątpliwie zdradził swój kraj, ponieważ przekazał wrogowi tajemnice narodowe.

Nie ma wątpliwości, że przekazując tajne informacje Sowietom White zdawał sobie sprawę, że sprzeniewierzył się administracji prezydenta Roosvelta, nawet, jeśli – jak chcą jego obrońcy – „nie zdawał sobie sprawy”, że zdradził swój kraj.

O artystycznych bitwach pisze JAN TESPISKI: Reżyserzy kontra aktorzy albo odwrotnie (6)

Aktorstwo to trudny zawód, bo o jego życiu decydują głównie: talent i charakter. Przemożny wpływ na całą drogę życiową aktorów i finalny sukces ma też miejsce, czyli teatr, w którym aktor dostanie pierwszy angaż, dyrektorzy teatrów i reżyserzy. A to nie zawsze zależy od samego aktora. Często na dobre i złe decyzje ma wpływ przypadek. Zły lub dobry splot wydarzeń. To wszystko powoduje, że aktorzy pracują w wielkim napięciu, czego skutkiem są „odciski” na ich charakterach. 

Powiedział kiedyś Gustaw Holoubek, że w teatrze tylko w dwóch przypadkach dochodzi do konfliktu zespołu aktorskiego z reżyserami. Pierwszy przypadek – według Holoubka – ma miejsce wtedy, gdy reżyser swym talentem i doświadczeniem znacznie góruje na zespołem. W drugim przypadku jest odwrotnie.

Przejdźmy zatem do tragikomicznych przypadków w pracy zespołów.

 Nikt nie będzie mnie tak traktował w teatrze

Do jednego z prowincjonalnych teatrów przyjechał – w początku lat 60-tych – młody reżyser, nowator i rokujący nadziewę. Miał realizować – „Matkę Courage i jej dzieci” Bertolta Brechta. Z początkiem lat 60-tych taka pozycja była na naszych scenach nowością i budziła obawy u aktorów. Bo chodziły słuchy, że trudny to dramaturg i gra się go zupełnie inaczej.

Reżyser chciał – zgodnie z tekstem – żeby sztukę otwierał song Mickiego Majchra i jego dwóch przyjaciół.

– A zatem, panowie zaczynamy tak – mówi reżyser – najpierw środkiem wchodzi Micki, staje na środku sceny. Wchodzi pan na muzyce, cztery takty. Micki pstryka palcami w prawo, i z prawej kulisy wchodzi pan – tu reżyser wskazuje na młodego aktora – i staje pan obok Mickiego. Potem cztery takty. Micki pstryka palcami w lewo i z lewej kulisy wchodzi pan – tu reżyser wskazuje na najstarszego z trójki aktorów. Rozumiemy się? To zaczynamy. Proszę o muzykę.

I zgodnie z pomysłem reżysera, wchodzi Micki, pstryka palcami w prawo, z prawej kulisy wchodzi jego pierwszy kompan. Micki pstryka palcami w lewo… i nikt nie wchodzi.

– Stop! – mówi reżyser. – Panowie, ma być tak… – reżyser powtarza swoje dyspozycje.

Powtarzają scenę, ale znowu drugi kompan Mickiego, który miał wejść na pstryknięcie palcami, z lewej kulisy, nie wchodzi. Powtarzają początek sceny jeszcze dwa razy, ale ten z lewej w ogóle nie wchodzi na scenę. W końcu reżyser pyta:

– Nie rozumiem, o co chodzi?

Po dłuższej chwili znaczącego milczenia, najstarszy z trójki, ten który nie wchodził na scenę, mówi:

– Ja, proszę pana, jestem w tym teatrze już dziesięć lat. Ja tu grałem duże role. Ale dotychczas nikt na mnie palcami nie pstrykał. Ja sobie, na pstrykanie na mnie, nie mogę pozwolić. Ja mam tutaj pozycję! Nikt nie będzie mnie tak traktował w teatrze.

Reżyser milczący

Marek Okopiński był cenionym i uznanym reżyserem. Był też znany z tego, że do aktorów mówił niewiele. Owszem, aktorzy nie przepadają za reżyserami – gadułami. Ale zupełnie milczący reżyser też nie jest darem niebios.

Kiedy Okopiński został dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu (dyrektorował mu w sezonie  1973-74) przyszła za nim sława Wielkiego Milczka. Aktorzy nie byli więc zdziwieni, gdy w czasie prób scenicznych wypowiadał najczęściej cztery zdania: Pierwsze padało zawsze na początek próby: „Proszę, zaczynamy”. Drugie zdanie wypowiadał, około 12.00, gdy nadchodził czas przerwy: „Przerwa, 15 minut, proszę państwa”. Po przerwie powtarzał zdanie pierwsze: „Proszę, zaczynamy”. A na koniec próby Okopiński mówił: „Dziękuję, do jutra”. W takiej sytuacji aktorzy musieli sobie radzić sami, w milczącej obecności reżysera.

Jakież było zaskoczenie aktorów, gdy na jednej z prób, nagle Okopiński wstał z fotela na widowni i gromkim głosem powiedział:

– No, nie! Proszę państwa.

Przebił się między fotelami i ruszył ku scenie. Aktorzy w okamgnieniu nabrali życia, ruszyli ku proscenium, żeby wreszcie cokolwiek usłyszeć, choćby jedną malutką uwagę.

Okopiński doszedł do proscenium, popatrzył uważnie pod nogi. Prawą nogą poszurał po podłodze widowni… Potem poszurał lewą…

– Ta wykładzina się tutaj wybrzuszyła! Jak to wygląda? W takim teatrze?!

Po czym wrócił na swoje miejsce między rzędami widowni i powiedział:

– Ja sprawę tej wykładziny załatwię, a my kontynuujmy. Proszę bardzo.

To mi się zgadza

Próby generalne, czyli ostatnie próby przed premierą, to wielkie nerwy, wielki wysiłek i skupienie całego zespołu. Aktorzy oczekują od reżyserów akceptacji lub potępienia, ostatnich wskazówek, ostatnich zmian. I w tym momencie reżyser powinien być im bratem i przewodnikiem.

Innym wielkim milczkiem był reżyser Z. Nazwiska nie podaję z sympatii do osoby. Był to człowiek milczący, ale mądry, z ogromną wiedzą. W jednym z największych polskich teatrów doszedł z aktorami do prób generalnych. Rzecz dotyczyła wielkiej klasyki. Po pierwszej generalnej – zwyczajowo są co najmniej trzy – inspicjent poprosił aktorów do saloniku recepcyjnego.

Siedzieli milcząc, w dużych nerwach. Po chwili wszedł reżyser Z. z notatkami w dłoni. Przejrzał je szybko i zaczął omówienie próby:

– Pani… – tu zwrócił się do aktorki grającej główną rolę. – Dobrze, wszystko mi się zgadza. Pan – skierował się do aktora nestora – też mi się zgadza.

I tak reżyser Z. omówił wysiłek i myśl niemal całego dwudziestoosobowego zespołu. Jemu się wszystko zgadzało, ale oni nie wiedzieli, co ma się z czym zgadzać. Jak weszli mało wiedząc, tak nadal wiedzieli tyle samo.

Na koniec, reżyser Z. skierował swój palec w debiutanta, tuż po szkole.

– Z panem natomiast nie jest dobrze. Wie pan, to nie może być tak, o drugim akcie mówię…

Aktorzy skupili się na reżyserze, może i o nich coś powie… A reżyser Z. mówił dalej…

– Chociaż nie, nie mam racji. Dobrze, z panem też mi się zgadza.

 

Puk puk… tu Edyta – PIOTR GAGLIK o wrocławskich śladach świętej w rocznicę jej męczeńskiej śmierci

„Bóg jest Prawdą. Kto szuka prawdy, ten szuka Boga, choćby o tym nie wiedział.” To przesłanie św. Edyty Stein […] powinno uwznioślać dziennikarzy – poszukują prawdy, często o tym nie wiedząc, że szukając zmierzają ku Bogu.

Raczej wszyscy, znamy wrocławski adres – ul. Nowowiejska 38 – gdzie przez wiele lat mieszkała św. Edyta, jest też wiele innych. W obecnym budynku uniwersytetu medycznego przy ul. Nankiera 1, mieściła się jej pierwsza szkoła podstawowa, później uczęszczała do szkoły (w latach 1909-11), w dzisiejszym budynku I LO, przy ul. Poniatowskiego. Na uniwersytecie wrocławskim była jedną z nielicznych studiujących kobiet wśród 1087 studentów. To oczywiste , że często odwiedzała budynek główny uniwersytetu, również znany był jej adres przy ul. Kuźniczej 35 (obecne Collegium Anthropologicum) oraz dawna biblioteka uniwersytecka na Piasku.  W stolicy Dolnego Śląska miała licznych znajomych oraz rodzinę, wiele miejsc we Wrocławiu zaznaczyła w swojej „Autobiografii”. Tu wspomnę tylko o dwóch. Święta, wspominając o swoich czasach studenckich opisała małą wycieczkę za miasto, do podwrocławskiego wówczas Brochowa. Zachwyciła się zielenią mimo zwartego kolejarskiego osiedla. Odwiedziła koleżankę jeszcze ze szkoły podstawowej (lub średniej), nie podała jednak jej nazwiska. Chodzi tu najprawdopodobniej o córkę brochowskiego aptekarza, dra filozofii Salomona Wolffa. Apteka, przy obecnej ul. Chińskiej 2 a funkcjonuje do dziś.

Drugie zdarzenie…. „kolejarskie” nie pochodzi z autobiografii świętej,  lecz z Jej procesu beatyfikacyjnego. Otóż zachowała się relacja kolejarza wrocławskiego, gdzie kolejarz i św. Edyta rozpoznali się, gdy transport więźniów zatrzymał się na dworcu towarowym (nieco na południowy wschód od Dworca Głównego). Było to Jej pożegnanie z Wrocławiem, pomachała kolejarzowi ręką. Pociąg niebawem ruszył, zmierzał do Auschwitz. Dwa dni później, tj. 80 lat temu (9 sierpnia 1942 r.)  św. Edyta Stein , karmelitanka bosa – Teresa Benedykta od Krzyża  poniosła śmierć męczeńską….

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Okupowany Krym żyje z grabieży południowej Ukrainy

Rosyjscy politycy w grabieży ukraińskich pól, ogrodów, gospodarstw rolnych, fabryk, a także ludności, widzą sposób na rozwiązanie wszystkich swoich problemów ekonomicznych.

Wojska rosyjskie tylko częściowo zdobyły ukraińskie regiony Chersoń i Zaporoże, ale już przygotowują się do „panowania” na nimi. Ich wysiłki zmierzają w różnych kierunkach. Najpierw przygotowują pseudoreferenda o rzekomej chęci przyłączenia zajętych terytoriów do Rosji. Po drugie, plądrują zdobyte fabryki, lokalnych rolników, wywożą sprzęt z warsztatów, resztki surowców i wyrobów gotowych na Krym i do Rosji. W czasie gdy przewodniczący okupacyjnego parlamentu krymskiego Wołodymyr Konstantinow w swoich wywiadach mówi, że Krym jest gotowy podzielić się doświadczeniem obecności w Rosji z okupowanym południem Ukrainy, to urzędnicy wysłani z półwyspu zabierają ukraińskie zboże, warzywa i owoce i sprzedają je tanio, aby obniżyć wysokie ceny żywności na Krymie, który od 8 lat cierpi z powodu rosyjskiej okupacji.

Według doniesień mediów krymskich eksport warzyw i owoców z obwodów chersońskiego i zaporoskiego spowodował, że ceny tych towarów na rynkach okupowanego Krymu spadły prawie o połowę.

Według Iryny Mezavtsovej, „wiceminister polityki przemysłowej” Krymu, „produkty rolne… wypełniły krymski rynek po brzegi”.

„Ze względu na podaż warzyw i owoców z regionu Chersonia na rynek spożywczy Republiki Krymu obserwujemy spadek cen dla grupy towarów owocowo-warzywnych średnio o 40 proc.” – informuje Iryna Mezentseva. Uważa ona, że dzięki dostawom warzyw na Krymie jest o 30 proc. taniej niż w innych regionach całego Południowego Okręgu Federalnego. Tak nazywa się region na Krymie, który obejmuje Krym, Kuban, Terytorium Krasnodarskie i Republikę Adygei.

Jednocześnie spekulanci krymscy wykorzystali sprzyjającą sytuację w okupowanych regionach południowej Ukrainy. Podczas zbierania wczesnych owoców – malin i truskawek – obrabowali chersońskich rolników, wywieźli towary na Krym i sprzedali je trzykrotnie drożej niż jagody na Ukrainie.

Jak podają krymskie media, dzięki dostawom zrabowanych towarów z południa Ukrainy na Krym, roczna inflacja w Sewastopolu spadła w czerwcu br. do 15,7 proc., choć w kwietniu osiągnęła rekordowe 19,3 proc. Według Banku Rosji spowolnienie inflacji nastąpiło zarówno w odniesieniu do towarów żywnościowych i nieżywnościowych, jak i cen usług. Bank zwraca uwagę, że ziemniaki, pomidory, kapusta, cebula, buraki, marchewki i inne towary na Krymie stały się tańsze dzięki dostawom towarów z nowo okupowanych terytoriów Ukrainy. Ogólnie rzecz biorąc, dzięki dostawom owoców i warzyw z regionów Chersoniu i Zaporoża ceny tych produktów na Krymie są w tym roku dość niskie.

Dodatkowo, ze względu na dostawy z okupowanych regionów Ukrainy, w ramach sankcji, spadły ceny wieprzowiny, wołowiny i drobiu.

Specjaliści finansowi uważają też, że okradanie Ukrainy oraz eksport produktów i towarów do Rosji jest jedną z form walki z inflacją Putina. Generalnie Bank Rosji przewiduje, że w 2022 r. inflacja w całym kraju wyniesie 14-17 proc., zamiast oczekiwanych 20 proc. W Moskwie przewiduje się, że jeśli grabież Ukrainy będzie kontynuowana w nadchodzących latach, to roczna inflacja w Rosji spadnie do 5 – 7 proc. w 2023 i powróci do 4 proc. w 2024. Dlatego Rosja tak bardzo chce przejąć Ukrainę. Rosyjscy politycy w grabieży ukraińskich pól, ogrodów, gospodarstw rolnych, fabryk, a także ludności widzą sposób na rozwiązanie wszystkich swoich problemów ekonomicznych.