Pała do walenia Niemców w łeb – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

Nie wiem czy Polska uzyska reparacje. Nie jestem prawnikiem, a eksperci w tej dziedzinie są podzieleni. Myślę jednak, że zupełnie nie o to chodzi.

Inaczej. Trzeba zrobić wszystko, żeby te pieniądze od Niemiec uzyskać. Poruszać międzynarodową opinię publiczną, walczyć w trybunałach, nawiązywać sojusze z innymi państwami poszkodowanymi przez Niemcy, które zgłaszają do Niemiec uzasadnione roszczenia. To wszystko trzeba robić i myślę, nawet jako laik zapoznany z opiniami ekspertów, że jest nadzieja na to, że Niemcy zrekompensują nam, liczone przecież dość ostrożnie, straty jakie ponieśliśmy w wyniku ich barbarzyństwa.

Narzędzie wpływu

O wiele jednak bardziej realnym i osiągalnym zyskiem ze zgłoszenia tego roszczenia, jest budowa konstrukcji pewnego mechanizmu, który najwyraźniej jest doskonałym narzędziem wpływu na Niemcy. Wszystko bowiem wskazuje na to, że z nielicznymi wyjątkami, np. izraelskimi mediami powtarzającymi fake newsa, do którego powstania przyczynił się „badacz Holocaustu” Jan Grabowski o rzekomych 200 tysiącach Żydów zabitych przez Polaków, informacja o wystąpieniu przez Polskę z żądaniem wypłaty reparacji od Niemiec, spotkała się na świecie ze zrozumieniem. Ba, dzięki jej rozpowszechnieniu, przypomina się na świecie ogrom zbrodni, jakich dokonali Niemcy w Polsce, w skali, której nie udało się osiągnąć żadnej z mniej czy bardziej udanych „maben”.

Oczywiście zupełnie inaczej sprawa ma się w Niemczech. Tu dominuje pewien szok. No jak ci Polacy mogli? Przecież już ich spacyfikowaliśmy. Mamy ich media, mamy ich polityków (zauważyliście, że politycy opozycji w Polsce używają nawet podobnych określeń jak używane w Niemczech? Na przykład Dominik Tarczyński zwrócił uwagę na zamianę słowa „reparacje” na „zadośćuczynienie”, co jest zwyczajem w Bundestagu), mamy ich gospodarkę (no już nie w takim stopniu), a ci nie chcą uznać swojej podrzędnej roli. Wieczny z nimi kłopot.

No a jeżeli samo żądanie reparacji wywołuje pozytywne reakcje na Zachodzie i stres w Niemczech, to znaczy, że mamy dźwignię. W sumie to mam ochotę napisać, że właściwie to mamy teraz wielką pałę do walenia Niemców w łeb.

Niemieckie pały

Kogoś razi czy zniesmacza takie stwierdzenie? Ależ Niemcy mają ileś takich pał, które służą im do walenia w łeb nas. Mają niemieckie media, które każdego dnia kłamią i manipulują na temat Polski, prawie zawsze usiłując przedstawić Polskę w jak najgorszym świetle. Może odrobinę zmieniły ton wobec wojny na Ukrainie, ale naprawdę, bez nadmiernego entuzjazmu. Ton niemieckich mediów świadomie deprecjonujących międzynarodową pozycję Polski, ma wpływ na ton mediów w całej Europie. Mają również Unię Europejską. Tak, zadbali o to, żeby kluczowe pozycje w jej formalnych i nieformalnych strukturach władzy, w sporej części piastowali w ten czy w inny sposób powolni im ludzie. Unia Europejska, pomimo ogromnego obciążenia jakiemu poddawana jest Polska wobec wojny na Ukrainie, a może właśnie z tego powodu, prowadzi z Polską rodzaj wojny opartej na podwójnych standardach, przemocy instytucjonalnej i finansowej. Mało? Doliczcie do tego niemieckie koncerny medialne w Polsce, niemieckie fundacje sypiące obficie groszem na każdą inicjatywę służącą w ten czy w inny sposób Niemcom, tresowanych, wymienianych już wyżej polityków…

Terapia

Dlatego miło jest konstatować, że teraz i my jakąś pałę do walenia Niemców w łeb mamy. I choć posądzany jestem o zwierzęcą germanofobię, pragnąłbym dodać, że mam nadzieję, że przy pomocy owej pały uda nam się poddać Niemców terapii, która wyleczy ich z naturalnej buty i poczucia wyższości nad Polakami. Pozwoli im dopuścić do siebie świadomość, że Polacy mogą mieć własny interes i nie musi to być interes zgodny z niemieckim. Aż w końcu ułożymy sobie stosunki na zasadach równości i partnerstwa, jak to między sąsiadami, których gospodarki są przecież ze sobą silnie sprzężone.

I nie, nie robi na mnie wrażenia straszak „kto atakuje Niemcy ten jest prorosyjski”. Nawet nie dlatego, że szermujący tym „argumentem” chwilę temu cmokali nad Putinem, ci są żenującymi błaznami, ale głównie dlatego, że wiem, że niezależnie od chwilowych wahań i dąsów, Rosja i Niemcy, szczególnie na tle wojny na Ukrainie dobrze to widać, są awersem i rewersem tego samego złego szeląga.

A, że już się zmienili? Doskonale, będą mieli mnóstwo okazji żeby to udowodnić. Zobaczymy.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Co będzie z sukcesem Solidarności?

„Tygodnik Solidarność” nr 30 – bardzo dobry numer. Periodyk ma potężny dorobek. To już 1749 edycji firmowanych biało czerwoną flagą. Idą ludziki-literki w świetnie wymyślonym tradycyjnym znaczku Solidarności. Niosą symbol naszej państwowości. Niestety sam patriotyzm, nawet bardzo gorący, nie wystarcza. Dopiero gdy żarliwość uczuć i poziom rozumu idą w parze odnosi się sukces. A taki osiąga omawiany tygodnik.

Redaktor Teresy Wójcik. Szanowna dama zajęła się stanem polskiej armii. Trzy informacje powinny dziś dotrzeć do możliwie najszerszego gremium: w ramach pięcioletniego planu ustawa o obronie ojczyzny przewiduje zwiększenie liczby żołnierzy w polskiej armii do 300 tysięcy. W roku 2023 Polska przeznaczy na obronę 3 procent PKB. W zamian za 240 rosyjskich czołgów T-72 przekazanych Ukrainie, Polska otrzyma z USA 116 Abramsów.

Ukraina krwawi dziś, bo nie doceniła bandytyzmu bandyty, wierzyła w solidarność człowieczą i zobowiązania międzynarodowe.

Gdy myślimy o wrześniu ’39, o Holokauście – dziwimy się, że „świat” był głuchy i ślepy. A czy dzisiaj to jest nie inaczej? Agresor zajmuje elektrownię atomową – łże i straszy, kłamie gębami propagandystów. Bogaci Rosjanie bez przeszkód wojażują sobie po świecie. Ktoś ich wozi, karmi, gra im rozrywkowo i bierze od nich pieniądze. Informacje o wojnie są już na dalszym planie. W lutym sołdacka armia stała na rubieży a pokojowi decydenci latali i jeździli sobie tam i z powrotem. Rządy, bogaci się wyżywią, ginie armatnie mięso. Za broń chwytali nieletni i kobiety. Ginęły i giną nadal dzieci. Bohaterscy obrońcy stawiani są przed sądem. Owszem będą im stawiane pomniki, gdy stracą życie.

Tylko silna armia i zdecydowane przywództwo mogą być gwarantem niepodległości. Niestety, opornie to dociera do zaprzańców i zdrajców. Tak zawsze było i mimo krwawych lekcji – tak jest nadal. „Niech na całym świecie wojna – byle nasza wieś spokojna”. Wieszczów i bohaterów dostatek. Gorzej z wiedzą, gospodarką i sprzętem obronnym. Dopiero teraz już w obliczu zagrożenia czynione są rozpaczliwe wysiłki. A i tak wroga piąta kolumna przeszkadza.

Sprawa reparacji dla zrujnowanej po II wojnie światowej Polski powraca. A sprawca nie chce za zbrodnie zapłacić. Mało – rodzima opozycja też odszkodowań nie żąda. Chce dyskutować. Kim są ci ludzie? Czyje interesy reprezentują?

W XVII wieku złupił wielką Polskę mały kraj z północy, w XVIII rozszarpali nas trzej wrogowie. Potem już wystarczyła zmowa dwóch. Teraz jeden grozi a drugi udaje, że pomaga. Unia nie daje nam tego co się Polsce należy, a rodzima opozycja jej sprzyja. Bo „im gorzej, tym lepiej”. Wzorem – Targowica.

Czy sukces Solidarności będzie zaprzepaszczony? Informacje, które podtyka nam przed oczy red. Teresa Wójcik w tygodniku „Solidarność” napawają nadzieją. Ale same informacje nie wystarczą.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina, jak straszono ks. Niedzielaka: „Skończysz jak Popiełuszko”

1 września 1914 r. w Podolszycach koło Płocka urodził się Stefan Niedzielak. Już w czasie wojny, w czerwcu 1940 r., przyjął święcenia kapłańskie, jednocześnie angażując się w walkę o wolną Polskę. Będzie ją prowadził do końca życia, domagając się szczególnie prawdy o ludobójstwie katyńskim. Niezłomny kapłan zapłacił za to życiem.

Już jako ksiądz Stefan Niedzielak wstąpił do Narodowej Organizacji Wojskowej (potem był zwolennikiem scalenia NOW z Armią Krajową). Pracę duszpasterską prowadził na terenie okręgu łódzkiego. Był również kurierem Delegatury Rządu na Kraj, a jego głównym zadaniem była wymiana informacji między władzami Polskiego Państwa Podziemnego a arcybiskupem krakowskim Adamem Sapiehą.

Z tego tytułu wcześnie poznał raporty dotyczące zbrodni katyńskiej i tą wiedzą dzielił się również z wiernymi. Zapewne już wówczas stwierdził, że jego celem będzie upamiętnienie ofiar strasznego mordu. Latem 1944 r. przywiózł do Krakowa część dowodów zebranych w dołach katyńskich. W Powstaniu Warszawskim ks. Niedzielak pełnił posługę jako kapelan.

Po zakończeniu II wojny światowej niezłomny kapłan nie miał złudzeń co do zamiarów Sowietów w stosunku do Polski. Dalsze jego działania były konsekwencją obranej wcześniej drogi. Ks. Niedzielak został kapelanem Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Za tę niepodległościową działalność został aresztowany i spędził kilka miesięcy w więzieniu. Od tej pory był już na celowniku komunistycznej bezpieki.

Po wyjściu na wolność zaangażował się w odbudowę warszawskich kościołów. W 1956 r. został rektorem kościoła św. Karola Boromeusza na Powązkach i dyrektorem Cmentarza Powązkowskiego, którą to posługę pełnił z przerwami do końca życia.

W latach 80., pamiętając o zbrodniach sowieckiego totalitaryzmu, razem z Wojciechem Ziembińskim i przyjaciółmi stworzył na warszawskich Powązkach dzieło swojego życia – Sanktuarium Poległych i Pomordowanych na Wschodzie. To było jedyne w Warszawie miejsce, gdzie Polacy mogli oddawać hołd ofiarom sowieckiego ludobójstwa. Jak wyglądało upamiętnienie? Przetrwało w niemal niezmienionym stanie do dziś. W ścianę kościoła św. Karola Boromeusza wmurowano krzyż z napisem „Poległym na Wschodzie” oraz ok. tysiąc tabliczek z nazwiskami ofiar. W 1988 r. w mieszkaniu księdza na plebanii powstało warszawskie koło Rodzin Katyńskich. Stefan Niedzielak regularnie organizował również msze za ojczyznę. Był inicjatorem wzniesienia na stołecznych Powązkach Wojskowych Krzyża Katyńskiego, który to pomnik stanął ostatecznie 31 lipca 1981 r., a jeszcze tej samej nocy został usunięty przez SB.

Te wszystkie fakty wpłynęły na wydanie przez komunistów wyroku śmierci na księdza. Wcześniej otrzymywał pogróżki, także tej najbardziej drastycznej treści: „Skończysz jak Popiełuszko”.

Rano 21 stycznia 1989 r. ciało księdza odnalazł w jego mieszkaniu wikariusz parafii. Drzwi były otwarte. Na głowie i twarzy kapłana widać było liczne rany. Lekarz medycyny sądowej stwierdził także złamanie kręgosłupa w odcinku szyjnym, co sugerowałoby cios – np. karate. W raporcie nie podano przyczyny śmierci, nie wykluczając jednak morderstwa. Oficjalnym powodem śmierci miał być upadek z fotela podczas oglądania telewizji.

Dziewięć dni później zginął ks. Stanisław Suchowolec, kapelan podlaskiej Solidarności. Początkowo był wikarym w Suchowoli, rodzinnej miejscowości ks. Jerzego Popiełuszki. Mimo różnicy wieku (ks. Jerzy był starszy od niego o 11 lat) zaprzyjaźnili się. Dla „nieznanych sprawców” ten fakt miał niebagatelne znaczenie. Miesiąc po mszy w suchowolskim kościele, którą odprawiał ksiądz Suchowolec, a homilię głosił ks. Popiełuszko, ten ostatni został zamordowany. Był rok 1984. Stanisławowi Suchowolcowi dane było żyć jeszcze przez niecałe 6 lat.

Na msze za ojczyznę do Suchowoli – podobnie jak do kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu – zaczęły ściągać tłumy wiernych. Dwa lata później ks. Suchowolec przeniósł się do Białegostoku do parafii w dzielnicy Dojlidy. SB jednak czuwała. Mimo powtarzających się coraz częściej gróźb, tożsamych z tymi kierowanymi do ks. Niedzielaka: „zdechniesz jak Popiełuszko” – nie zrezygnował z działalności patriotycznej. Nadal, z jeszcze większym zaangażowaniem, odprawiał msze za ojczyznę. Chciał kontynuować dzieło ks. Jerzego i kultywować pamięć o zamordowanym kapelanie Solidarności.

Kres przyszedł pod koniec stycznia 1989 r. Oficjalnym powodem śmierci Stanisława Suchowolca było… zatrucie się tlenkiem węgla, które miało być spowodowane pożarem wywołanym awarią termowentylatora. Prokurator PRL-owski stwierdził, że był to nieszczęśliwy wypadek. Tyle że owego tragicznego dnia w mieszkaniu ks. Suchowolca był widziany krótko ostrzyżony nieznajomy mężczyzna w wieku ok. 40 lat. Rysopis napastnika został dokładnie odtworzony. Mimo to – podobnie jak w wypadku ks. Niedzielaka – do dziś sprawcy mordu pozostają poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości III RP.

Śledztwo w sprawie śmierci ks. Stefana Niedzielaka zostało umorzone w październiku 1990 r. I choć w kolejnym roku wznowiono je (na wniosek mecenasa Jana Olszewskiego), nie dało żadnego rezultatu. Podobnie stało się z dochodzeniem Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie zaginięcia dowodów zbrodni: zostało w 2009 roku umorzone z powodu braku dostatecznych danych uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa.

W 2008 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył ks. Stefana Niedzielaka „za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej” Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Podczas obrad Okrągłego Stołu mecenas Władysław Siła-Nowicki poprosił o uczczenie zamordowanych kapłanów: Stefana Niedzielaka i Stanisława Suchowolca minutą ciszy. Komunistyczna Telewizja Polska nie wyemitowała tego fragmentu.

Morderstwo dokonane na księdzu Stefanie Niedzielaku miało też aktualny wymiar polityczny. W tym samym dniu (20 stycznia 1989 r.) obradowała w Gdańsku Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność”, za kilka dni miało się odbyć spotkanie w Magdalence przygotowujące Okrągły Stół. Opinię publiczną trzeba było zastraszyć.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Niemieckie marzenia znowu groźne

Niemieckie marzenie o Lebensraum doprowadziło do największej katastrofy człowieczeństwa w historii ludzkości (choć może porównywalnej z katastrofą spowodowaną sowieckim marzeniem o „sprawiedliwości społecznej”). W tajnym przemówieniu tuż przed atakiem na Polskę 22 sierpnia 1939 roku niemiecki kanclerz Adolf Hitler mówił – Naszym celem jest fizyczne zniszczenie przeciwnika. Zgodnie z tym, postawiłem w stan gotowości moje oddziały SS-Totenkopf – na razie tylko na wschodzie – z rozkazem uśmiercania bez litości i współczucia mężczyzn, kobiet i dzieci polskiego pochodzenia i języka. Tylko w ten sposób osiągniemy potrzebną nam przestrzeń życiową – Hitler chciał być jak Czyngis-Chan, który „z premedytacją i radością w sercu poprowadził na rzeź miliony kobiet i dzieci”.

A przecież nie było to jedyne takie niemieckie „marzenie”. Jedną z przyczyn I Wojny Światowej było niemieckie „marzenie” o dominacji, a innym, niesłusznie zapomnianym, bo pokazującym, że ludobójstwo Niemcy mieli we krwi na długo przed II Wojną Światową, było niemieckie „marzenie” o niemieckiej Afryce, które w doprowadziło do zagłady ludów Herero i Namaqua w dzisiejszej Namibii w 1906 roku. W wyniku próby realizacji tego „marzenia” śmierć poniosło 100 tysięcy osób.

Generalnie niemieckie „marzenia” to dość niebezpieczna sprawa. Po II Wojnie Światowej Niemcy zrobili sporo, żeby przekonać świat o tym, że już nie „marzą”. Trochę szczerze. A trochę nieszczerze. „Rozmarzeni” narodowo-socjalistyczni towarzysze stali się podwaliną wielu segmentów administracji, mediów, środowisk prawniczych i biznesu „demokratycznych Niemiec”.

Niemcy znowu „marzą”

Najwyraźniej jednak, Niemcy bez „marzeń” długo nie wytrzymują. Najpierw zaczęli „marzyć” o dominacji w Unii Europejskiej, a potem, jakby tego było mało, o „wspólnej z Rosją przestrzeni od Władywostoku po Lizbonę”. Na nic zdały się ostrzeżenia krajów, które dopiero co wyśliznęły się spod ruskiego buta. Kosztem swoich sojuszników z UE, Niemcy konsekwentnie budowały gospodarczy i polityczny sojusz z Rosją i nie przeszkodziły im w tym ani inwazja na Czeczenię, ani później na Gruzję, czy na Ukrainę. W ten sposób wykarmiły kremlowskiego potwora i zapewniły go o tym, że może nie niepokojony przez „pragmatycznych” Europejczyków pod wodzą Niemców, posilić się na ciele Ukrainy.

Tym razem niemiecka mara senna nie jest Niemcem. Jest Rosjaninem, choć, co warto podkreślić, dobrze w Niemczech obytym jako oficer KGB pod przykrywką dyplomaty. Ale czy to zdejmuje odpowiedzialność z Niemców? Niemców, którzy w swoim wiecznym poczuciu bycia mądrzejszym od innych, nie słuchali, kiedy inni usiłowali wytłumaczyć im czym to się może skończyć. Nie słuchali, bo byli głupi? Czy też może raczej ewentualne konsekwencje traktowali jako konieczny koszt realizacji kolejnego „marzenia” o kolejnym niemieckim „Lebensraum”?

Putin wywala gały

Tak czy siak, tym razem „marzenie” rozwiał im najlepszy przyjaciel Putin, który najwyraźniej źle ocenił własne możliwości i zamiast „rachu ciachu” rozprawić się z Ukraina, ugrzązł tam, jak się zdaje, na dłużej. Zamiast szybko znów robić za „szczerego demokratę, z którym można się dogadać” po zarżnięciu kolejnego kraju, od pół roku wywala gały z kremlowskiej wieży najwyraźniej ni cholery nie rozumiejąc, dlaczego dzieje się to co się dzieje. A to jest katastrofa również dla Niemiec, które z Rosją i Putinem wiązały plany niebagatelne.

Scholz ucieka do przodu

W tym samym czasie nowy kanclerz Niemiec Olaf Scholz od pół roku zajmuje się udowadnianiem, że Niemcy nie potrafią wyciągać wniosków. Od pół roku, kłamiąc, manipulując i udając, albo nie udając, głupiego, robi wszystko, żeby niemiecki slogan o „moralnym imperium” doprowadzić do żenującego stadium rozkładu. A nuż trafi się jakiś pretekst do powrotu do interesów z Kremlem?

Tymczasem pozycja Niemiec dawno nie była tak słaba. A mowa tu nie tylko o prokurowanej przez Scholza katastrofie wizerunkowej. Niemiecki historyk gospodarki Wolfgang Streeck otwarcie mówi o „końcu ery dominacji Niemiec”, która ma wynikać z końca pewnego okresu globalizacji, który służył rozwojowi modelu gospodarczego Berlina opartego na eksporcie i powszechnej ruiny zaufania do Niemców, szczególnie w Europie.

W sytuacji, w której powinien schować się w mysią dziurę i zająć się przełykaniem gorzkiego wstydu w imieniu swoim, oraz swoich poprzedników, Olaf Scholz usiłuje „uciec do przodu” mówiąc, że „Niemcy są gotowe do przejęcia odpowiedzialności za Europę”, że chciałby likwidacji jednomyślności w procesie decyzyjnym UE (czytaj – my duże Niemcy mamy o Europie decydować, a nie jakieś „partykularyzmy” maluchów) i że, uwaga, uwaga „marzy o większej Europie”.

Czerwona lampka

Otóż Panie Scholz, różnorakie formy waszego „przywództwa” już przerabialiśmy. Nie kończyły się niczym dobrym. Więc Wasze „przywództwo”, jak również Wasza „odpowiedzialność” nie są nam do niczego potrzebne. Przestańcie pouczać wszystkich dookoła, przestańcie usiłować naginać wszystkich do swojej woli i podziękujcie Opatrzności, że w ogóle chcemy jeszcze z Wami rozmawiać. Wtedy być może uda Wam się ułożyć stosunki z innymi krajami europejskimi ku wzajemnej korzyści.

Bo widzi Pan, Panie Scholz, systemy współpracy atlantyckiej i europejskiej, powstały nie tylko po to by jednoczyć Zachód i Europę, ale również po to by strzec Was, Niemców przed tym żebyście się znowu nie „rozmarzyli”. Wprawdzie po latach strażnicy zaspali i znowu udało Wam się doprowadzić do katastrofy, ale w zasadzie należałoby sankcjami obłożyć nie tylko Rosję, a również odpowiedzialne za jej wykarmienie i wciąż przyjmujące ambiwalentną postawę Niemcy.

Dlatego Panie Scholz, proszę przyjąć do wiadomości, że to nie Niemcy powinny decydować o kształcie Europy. To Europa, po doświadczeniach historycznych i obecnych, powinna decydować o kształcie Niemiec.

MARIA GIEDZ: Solidarność Walcząca – fenomen w historii Polski, a jednak biała plama (2)

Z inicjatywy Adama Chmieleckiego, prezesa Radia Gdańsk odbyły się na falach wybrzeżowej rozgłośni audycje poświęcone Solidarności Walczącej, organizacji powstałej w 1982 r., a więc w trakcie stanu wojennego, kiedy to wielu członków Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” było internowanych, aresztowanych, a nawet więzionych. Nie mówiąc już o stosowanych wobec nich restrykcjach, torturach, czy zmuszaniu ich do wyjazdu z kraju. Kulminacją owych audycji stała się debata trzech doktorów z Gdańska, niemal równolatków SW, zajmujących się najnowszą historią Polski.

Owe audycje przygotowali i prowadzili gdańscy dziennikarze: Marzena Bakowska i Andrzej Urbański. Podczas rozmów z członkami SW, emitowanych w Radio Gdańsk, wyszły na światło dzienne nowe, nieznane społeczeństwu polskiemu fakty historyczne. Między innymi to, że członkowie Solidarności Walczącej byli w większości członkami Solidarności, a pod koniec lat 80. XX w., a więc niedługo przed „okrągłym stołem” centrala „S” zakazała współpracy z SW. Nawet nie wolno było „solidarnościowcom” kolportować prasy wydawanej przez SW. Zacznijmy jednak od początku.

Podczas debaty w Radio Gdańsk, o której już pisaliśmy (TUTAJ), związanej z uroczystością 40 rocznicy powstania Solidarności Walczącej, dr Chmielecki zacytował fragment deklaracji założycielskiej SW z czerwca 1982 r.: „Nie walczymy o niezależne związki zawodowe, ani nawet o niepodległość Polski. Walczymy o solidarność ludzi i narodów, innymi słowy walczymy o ideę solidarności”. Ta deklaracja stanowi sedno Solidarności Walczącej. Jej członkom nie chodziło o układy, o działanie półśrodkami, o wypracowywanie kompromisu zgodnie z zasadą: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”.

Pełna konspiracja

Niemal wszyscy członkowie SW pochodzili z bardzo patriotycznych rodzin. Stworzyli więc organizację polityczną, której głównym założeniem było całkowite pokonanie komunizmu.

– W totalitarnym systemie komunistycznym nie ma miejsca na jakąkolwiek niezależną organizację – mówił Andrzej Kołodziej w jednej z audycji (polski działacz polityczny, sygnatariusz Porozumień Sierpniowych, działacz „Solidarności” oraz Solidarności Walczącej). – Byliśmy pewni, że władza komunistyczna, jak się zorganizuje (po sierpniu’80), to uderzy w „Solidarność” i nie pozwoli takiemu ruchowi działać w państwie komunistycznym (wprowadzenie stanu wojennego). Niestety niewiele osób godziło się na działania konspiracyjne. Kiedy siedziałem w praskim więzieniu, głównie w karcerze (stan wojenny zastał Kołodzieja w ówczesnej Czechosłowacji; tam został zatrzymany, skazany i więziony), to ta działalność konspiracyjna „Solidarności” była niewystarczająca, jedyne odniesienie mogło być do konspiracji Armii Krajowej.

Znakiem SW stała się litera S z kotwicą u dołu, a inspiracją do tego był symbol Polski Walczącej z czasów II wojny światowej – litera P z kotwicą.

Jak opowiadał Marek Czachor (profesor nauk fizycznych, polski naukowiec z Politechniki Gdańskiej, działacz opozycji demokratycznej w PRL, członek SW; syn Ewy Kubasiewicz) – wszystko działo się przy pełnym zabezpieczeniu na wzór AK. Nie jeździło się samochodami tylko pociągami, bo samochody były niebezpieczne. Kontakty telefoniczne były unikane, a nawet zakazane. Przed każdą akcją wszystko było sprawdzane, działało się z nasłuchem.

Na Wybrzeżu SW skupiała około 300 członków i współpracowników. Nikt jednak nie prowadził ewidencji.

Walka

SW, mimo że w nazwie miała „walcząca” nie działała zbrojne. Jej głównym orężem było drukowanie ulotek, gazetek (ponad 100 tytułów), książek (17 książek), kartek świątecznych, kalendarzy, nadawanie własnych audycji, sygnału radiowego (na 3 programie UKF), telewizyjnego (na 2 programie). W latach 1987-88, już przy użyciu komputerów, nadawano na wizji napis „Solidarność”. Wypisywano też na murach hasła SW. W ten sposób społeczeństwo polskie dowiadywało się, że SW istnieje, walczy, daje ludziom nadzieję. Na przykład Marek Czachor drukował „Żołnierza Solidarności”, który docierał do 8 tys. instytucji wojskowych i 5 tys. prywatnych adresatów żołnierzy.

– Wojowaliśmy z komuną informacją, wolnym słowem, bronią były wydawnictwa o nakładach kilkudziesięciotysięcznych – mówił Piotr Jagielski (działacz SW, w 1987 r. włączył się w przygotowywanie i nadawanie audycji radiowych). – Myśmy sami drukowali książki. Zbijało się je gwoździami za pomocą młotka. Nie było kleju.

Tuż po aresztowaniu Andrzeja Gwiazdy, w nocy na jednym z wieżowców na gdańskiej Zaspie, naprzeciwko mieszkania Lecha Wałęsy, został namalowany największy napis „Uwolnić Gwiazdę” (obejmujący 7 pięter), jaki wymalowano w czasie działalności podziemia. Zrobiły to cztery osoby, a akcja trwała trzy minuty. Natomiast po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki zdecydowano się na akt znacznie mocniejszy. 28 lutego 1987 r. podłożono bombę pod siedzibą PZPR w Gdyni. Zrobił to Roman Zwiercan (działacz społeczny, publicysta, członek SW). Bombę zamierzano podłożyć pod Komitet Wojewódzki PZPR, ale wybrano budynek w Gdyni, gdyż jest oddalony od chodnika, po którym chodzą ludzie. SW bardzo dbała o to, aby nie zrobić krzywdy przypadkowym ludziom.

Był to akt ostrzegawczy. Na SB padł blady strach. Milicja wyciszyła sprawę. Przez ponad pół roku nie ukazała się na ten temat żadna informacja.

Po co Solidarność Walcząca

– Zachód nie rozumiał po co Solidarność Walcząca, skoro jest „Solidarność” – wyjaśniała Ewa Kubasiewicz (polonistka, bibliotekarka w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni, działaczka opozycji w PRL, emisariuszka SW na Zachodzie; w lutym 1982 r. skazana przez Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni na karę 10 lat pozbawienia wolności). Nie rozumiał, że Solidarność Wałęsy (Lech Wałęsa, polski polityk i działacz związkowy; przywódca opozycji demokratycznej w okresie PRL, pierwszy przewodniczący NSZZ „Solidarność”; laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 1983; Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990–1995) zaprzestała walki z komuną i poszła na układy. Natomiast Solidarność Walcząca chciała doprowadzić sprawę do końca. Zbigniew Brzeziński (prof., polsko-amerykański politolog, geostrateg, dyplomata, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w czasie prezydentury kilku amerykańskich prezydentów) doskonale to rozumiał, ale większość w Kongresie (chodzi o Kongres USA) uważała Wałęsę za wielkiego bohatera. Myśleli, że sprawa jest załatwiona. Po co Solidarność Walcząca, skoro „Solidarność” dogadała się z rządem?

Dla SW warunkiem rozpoczęcia rozmów powinna być legalizacja „S”. Zgodziłaby się na rozmowy z komunistami, ale na temat warunków ich odejścia, a nie dzielenia się z nimi władzą. W 1989 r. organizacja była przeciwna rozmowom przy „Okrągłym Stole”. Domagała się też całkowicie wolnych wyborów, dlatego wzywała do bojkotu wyborów zaplanowanych na 4 czerwca 1989 r.

Jadwiga Chmielowska (informatyk, nauczyciel akademicki, dziennikarka, działaczka opozycji antykomunistycznej w PRL na Śląsku, członek SW; pod koniec stycznia 1988 r. stanęła na czele SW) uważa, że – zgoda Wałęsy na zarejestrowanie nowego Związku Zawodowego była wielkim oszustwem; że to w Magdalence (chodzi o rozmowy w Magdalence pomiędzy władzami PRL-u a przedstawicielami NSZZ „Solidarność” w 1988 i 1989 r.) panowie przy wódeczce i śledziku umówili się, jak podzielić władzę w Polsce.

Luka w historii

Po „Okrągłym Stole”, a zwłaszcza po czerwcowych wyborach o SW zapomniano. Nie uczono o niej w szkołach, tak jakby ta organizacja nie istniała, jakby nie było tych ludzi, notabene bardzo wykształconych. Idea solidaryzmu stała się wyrzutem sumienia dla rządzących lat 90. XX w. Nawet rządy, które odwoływały się do etosu Solidarności robiły wszystko, żeby o SW zapomnieć. Polska stała się wolnym państwem, wolnym narodem, ale zapomniała o idei solidarności, tej solidarności społecznej. A przecież w latach 80. XX w. żyło się ideałami, ludzie walczyli, byli zabijani, wyrzucani z pracy, zmuszani do opuszczenia Polski.

– Cały czas jest aktualny ideał odnoszący się do walki z komunizmem i z wszelkim totalitaryzmem, ponieważ okazało się, że historia się nie kończy – twierdził dr Paweł Warot, dyr. Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku. – Cały czas mamy zagrożenie wolności. Zmuszeni jesteśmy walczyć o wolność Polski. Każdego dnia. To jest ta podstawowa idea, która przetrwała do dzisiaj.

– To co robiła Solidarność Walcząca jest niezwykle ważne, bo tę wolność uzależniała od wolności krajów ościennych; wolności Czechów, Słowaków, Ukraińców – dodał dr Mateusz Smolana, dyr. Instytutu Dziedzictwa Solidarności. – Dzisiaj historia zatacza koło. Znowu mamy opresję kremlowską i wojnę na Wschodzie przy granicach Polski.

Solidarność Walcząca pokazała, że istnieją wyższe wartości, jak solidarność, wolność, godność, których trzeba bronić, ale to jest odrzucane.

Zdaniem członków SW zawarty kompromis z komunistami negatywnie zaciążył na życiu politycznym, gospodarczym i społecznym Polski. Po upadku komunizmu Polska powinna opierać się na solidaryzmie i samorządności oraz odwoływać się do wartości wynikających z nauczania Kościoła katolickiego.

HUBERT BEKRYCHT: Precz z dziennikarstwem obiektywnym!

Nie, nie zwariowałem. Przynajmniej nie czuję się wariatem, a to – jak wiadomo w naszej kulturze – stanowi wyrok, że jednak nierówno jest pod moim sufitem. Trudno, wolę jednak teraz uchodzić za wariata niż po kilku latach być wyrzucony z bezpiecznego szpitala psychiatrycznego, bo masowo będą tam trafiać walnięci dziennikarze, którzy obecnie są uważani za ostoję normalności i poprawności. Politycznej.

Nie ma czegoś takiego, jak dziennikarski obiektywizm. Szczególnie gdy trwa wojna. A inwazja moskiewskiej hordy na Ukrainę jest więcej niż wojną. To starcie cywilizacyjne. Skoro trwa wojna, to pięknoduchy, którzy „za wszelką cenę chcą pokoju na świecie” powinny przestać się mazać i przestać marudzić, że „dziennikarze” trzymają stronę Ukrainy. Tak, w tym sensie jestem stronniczy, czyli – jak głosi biblia polityczne poprawnych dziennikarzy – nie jestem obiektywny. Trzymam stronę Ukraińców i nie obchodzą mnie „zwykli Rosjanie”, nawet jeśli to wrażliwi poeci albo baletnice, którym kazano włożyć rosyjskie mundury…

A pal sześć obiektywizm. Muszę być tylko rzetelny. A będąc rzetelny nie mogę przecież kłamać pisząc Odbiorcom, że „będzie dobrze”, kiedy nie będzie się drażnić Rosji. Bo Rosja, nawet jeśli w niektórych latach niegroźna, zawsze się odrodzi pod postacią azjatyckiej bestii.

Już słyszę ujadanie dystyngowanej sfory dziennikarskich psów gończych poprawnie politycznej opozycji z Polski. Nie ma jednak innego wyjścia, uczciwy dziennikarz musi być po stronie Ukrainy, bo jej bohaterowie, także za nasze pieniądze, bronią Europy. Kontynentu, który – też za nasze pieniądze – postanowił popełnić samobójstwo za pomocą rozerwania wiązadeł jamy ustnej, bo do tego prowadzi nieustanne gadanie o „dobrych Rosjanach”.

Znam sporo Rosjan, szczególnie dziennikarzy. Żaden z nich nie przeprosił za to, co jego rodacy robią na Ukrainie, bo to przecież „nie Rosjanie, tylko rosyjskie władze” robią te okropne rzeczy – mordują, gwałcą, kłamią, rabują… Znani mi żurnaliści z Rosji opowiadają głodne kawałki, jak to współczują Ukraińcom, ale sami w swoich rosyjskich redakcjach przy pomocy swoich rosyjskich mózgów, wykonują tylko swoje rosyjskie obowiązki. A w ogóle pracują w redakcjach muzycznych, sportowych, śniadaniowych lub grają w redakcyjnych orkiestrach…

Niestety, w amoku politycznej ugodowości są też międzynarodowe organizacje dziennikarskie. Członkowie ich władz ciągle myślą jak moja prababcia w 1939 roku, że wojna pójdzie bokiem.

W związku z tym oświadczam: nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę neutralny, czyli „obiektywny”,  wobec inwazji moskiewskiej na Ukrainę. Nie zamierzam być obiektywny, bo obiektywizm dziennikarski to utopia gorsza niż komunizm. W dziennikarstwie jest tylko zwyczajna ludzka przyzwoitość, którą podobni mi pismacy nazywają po prostu rzetelnością.

Jeśli trzeba będzie ratować Ukrainę, Polskę, Europę na wojnie i w wojnie z propagandą Kremla nie zawaham się użyć adekwatnych środków. Przeciw Rosjanom jestem w stanie walczyć z bronią w ręku. Gdyby jednak dowódcy NATO uznali to za niebezpieczne, mogę jako dziennikarz, kłamać, manipulować, mataczyć. Byle przeciw Rosji! Byle przeciwko zidiociałym od poprawności politycznej urzędnikom nazywających siebie dziennikarzami, którzy chcą ratować tyłki układając się z promoskiewskimi ośrodkami władzy w różnych krajach Europy i świata.

 

HUBERT BEKRYCHT: Nie bądźmy Piłatami dla Ukrainy

Tytuł napisałem z rozmysłem po ponad półrocznej barbarzyńskiej, rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Pomagamy stawiającym opór bohaterom. Cały świat pomaga walczącym Ukraińcom. Jeszcze… Dlaczego kreślę tak czarny scenariusz? Bo Europa boi się Rosji. Pod różnymi postaciami. Niemcy boją się przeziębienia z powodu braku ciepła tej zimy; Francuzi boją się głodu, bo, z braku paliwa, nie będzie czym dowieźć bagietek i sera; Włosi i Hiszpanie boją się braku prądu, bo przecież całą zimę są transmisje meczów piłki kopanej.

A czego boją się Polacy? Niektórzy, nawet po 24 lutego tego roku, nie boją się niczego. Tacy mieszkańcy Polski, mając ułańską fantazję, są w pozytywnym tego określenia znaczeniu narodowo obłąkani, ale na pewno chcą bić Moskala. To dobrze. Są narwani. To źle, ale na pewno są obywatelami Polski i Europy a w dużym stopniu także i Ukrainy.

Tacy ludzie nie myślą w tzw. pragmatyczny sposób. Tłumaczę: tacy ludzie są odważni. Co będzie, jak zwycięży Putin? Otóż, nie zwycięży! Tym większy będzie wstyd dla obywateli krajów, którzy ciągle trzęsą się na myśl o tym, że im Kreml zakręci kurek z gazem i podniesie (jeszcze?) ceny paliw. Tacy „bojowi” (bo się boją) ludzie nie są pragmatycznymi filozofami. Tłumaczę: tacy ludzie to tchórze. Piłaci dla Ukrainy. A takich jest sporo wśród kilkuset milionów społeczności tzw. Zjednoczonej Europy.

Kochani Rodacy, cóż nam jeszcze może się złego przydarzyć? Po kleszczach zaborów, po sprzedaniu nas Sowietom przez naszych aliantów w końcówce II wojnie światowej, po latach okupacji rosyjskiej, niemieckiej, austriackiej i znowu niemieckiej oraz ponownie rosyjskiej, po dekadach indoktrynowania nas przez sowieckich agentów i oszalałych zwolenników superpaństwa podległego gospodarczo Moskwie? Co jeszcze musi się zdarzyć, aby postępować godnie?

Mój kolega zawsze w ciężkich chwilach opowiada taką anegdotę:

Sklep z alkoholem. Noc. Zaduch. Nerwowość. Niektórym tak chce się pić, że zamordowaliby stojących w małej kolejce przed nimi. Jeden ze szczęśliwców pochwycił butelkę z marzeniami i już odkręca… Nagle potrąciła go niezgrabie wchodząca kobieta. Słychać dźwięk tłuczonego szkła i charakterystyczny zapach. Mężczyzna klnie, lamentuje, złorzeczy na wszystko i wszystkich. Kobieta zapewnia, że mu odda pieniądze i zaraz klient kupi sobie kolejne marzenia. Przekonuje: „Proszę nie przesadzać, przecież zawsze mogło się panu przytrafić coś gorszego”. Zapłakany pechowiec pyta: „Co gorszego, no co gorszego?!”

Kurtyna.

Zapewniam, że nie czeka nas o wiele gorszy los narodowy niż w przeszłości i – hipotetycznie – w przyszłości. Trzeba mieć po prostu godność, bo wówczas zyskamy szacunek. Nie tylko sąsiadów zza wschodniej granicy. Nie bądźmy zatem Piłatami dla Ukrainy. Nie umywajmy rąk wobec morderstw, gwałtów i rabunków, których dopuszczają się na Ukrainie rosyjskie hordy. Miejmy godność. Nawet wówczas, kiedy się boimy.

Nie bierzmy przykładu z zachodu, bo – w większości – to tylko podróbka Zachodu. Nawet nie chińska, bo obywatel Państwa Środka ma taką mentalność, że nie będzie popierał długo, tych którzy zdradzają swoich sąsiadów. I sojuszników.

 

 

 

Moja Niepodległa Ukraina – SIERHIJ KULIDA: Moja niezależność

1 września 1976 r. Wstąpiłem na Uniwersytet Kijowski, aby studiować filologię ukraińską, a teraz czekam na pierwszą „parę” przy audytorium nr 145 z moimi świeżo upieczonymi kolegami, którzy podzielili się na „grupy zainteresowań”. Wszystkie twarze są radosne, podekscytowane i trochę spięte – jakoś będzie…

W naszym „kręgu przyjaciół” wszyscy są mieszkańcami Kijowa lub przedmieścia. Sam między innymi Slavko Zholdak – syn słynnego satyryka i tłumacza, Taras – wnuk Maksyma Rylskiego klasyka literatury ukraińskiej, Lesi Zemlyak – córka autora ówczesnych bestsellerów „Stado łabędzi” i „Zielone młyny”, Nina – wnuczka pisarki dziecięcej Kuźmy Hryby.

Dress code dla dziewcząt i chłopców to „markowe” dżinsy. Językiem komunikacji jest rosyjski. Na zajęciach mówiliśmy po ukraińsku, ale poza murami klasy macierzystej posługiwaliśmy się językiem moskiewskiej „starszej siostry”. Jednocześnie nasi rodzice używali wyłącznie, jak powiedział nasz poeta, „języka słowika” zarówno w pracy, jak iw życiu codziennym.

Teraz ze wstydem przypominam sobie tę ignorancję i snobizm, a wtedy nikt nie miał nawet wątpliwości, że rosyjski (podobnie jak angielski) jest modny i nowoczesny.

W języku rosyjskim opublikowano miliony egzemplarzy prawie wszystkich popularnych publikacji — naukowych, historycznych, literackich itp. Oczywiście w ówczesnej Ukraińskiej SRR drukowano odpowiedniki, ale w Moskwie te publikacje były uważane za głęboko „prowincjonalne” i nie warte uwagi. Tak, nie można ukrywać, ukraińscy „władcy dusz” marzyli o publikacji w jakimś „pisarzu sowieckim” czy „literaturze literackiej”. To podniosło ich o kilka stopni na hierarchicznej drabinie Związku Pisarzy Ukrainy i dało możliwość zakupu samochodu osobowego – niemożliwe marzenie wielu mieszkańców „krainy sowieckiej” – „Moskwicza”, „Łady” czy, w ostateczności krajowe „Zaporoże” lub „Wołyń” …

Ewentualne przerzuty naszego „grzechu pierworodnego” zostały usunięte skalpelem oświecenia przez pochodzącego z obwodu lwowskiego Bohdana Hnatiuka. To on po cichu dał nam, zweryfikowanym kolegom z Kijowa, „tylko na jedną noc” historyczne śledztwa Oresta Subtelnego i Mykoły Arkosa, „samopublikowane” dzieła Wasyla Stusa, Jewhena Swierstiuka, Iwana Switłycznego, a nawet wydaną przez Politwydawa Ukrainy w 1970 r. (i zakazaną trzy lata później „za manifestowanie nacjonalizmu”) książkę „Ukraina, nasz Związek Radziecki” I sekretarza KC Komunistycznej Partii Ukrainy Petra Szelesta.

Na spotkaniach w kawiarni czy hostelu Bohdan Hnatiuk opowiadał nam o tradycjach ludowych, które nadal kultywowano na Ukrainie Zachodniej, o zakazanym Kościele greckokatolickim, o walce świadomych Ukraińców z bolszewikami w okresie powojennym. Czasami nie wierzyliśmy, słuchając „informacji politycznych” naszego przyjaciela, ale stopniowo nasze mózgi, jak to mówią, układały się. Zaczęliśmy uświadamiać sobie, że jesteśmy członkami wspaniałego narodu, godnego naszych przodków – rycerzy Siczy Zaporoskiej.

Wtedy jeden z moich przyjaciół, prawdopodobnie Oleg Dudarenko, napisał wiersz, który „chodził po moich rękach”. Nie pamiętam już jej treści, ale refren wyryty na zawsze – „żółte pola, błękitne niebo – flaga upragnionej woli”…

W naszym kręgu był renegat, który przekazał Bohdana „właściwym władzom”. Wraz z nim wpadł w szpony KGB Oleg. Chłopcy, po zorganizowaniu partyjno-komsomołskiego sądu w stylu lat 30., zostali wyrzuceni z uniwersytetu na czwartym roku. A mój ojciec, który był znanym lekarzem, został ostrzeżony przez znajomego kagiebisty: „Powiedz swojemu synowi, żeby mniej czytał o wszelkiego rodzaju obrzydliwościach, bo będzie miał duże kłopoty. Ale ty też będziesz cierpieć.” Tata, który w młodości przyjaźnił się ze „zhańbionymi” pisarzami lat 60., nic mi o tym ostrzeżeniu nie powiedział. Dowiedziałem się dopiero po latach…

Swoją drogę do niepodległości utorowała mi także praca w redakcji Rozgłośni Literacko-Dramatycznych, którą kierował tolerancyjny pod każdym względem Jurij Zasenko –  syn słynnego krytyka literackiego. Nasz zespół był uważany za swego rodzaju front w systemie telewizji i radia państwowego. W programach moich kolegów znalazły się dzieła pisarzy, których władza, delikatnie mówiąc, nie bardzo lubiła. Opowiadano zawoalowane, czasem w języku ezopowym, chwalebne karty ukraińskiej historii, poruszano aktualne tematy szarej i beznadziejnej ówczesnej sowieckiej egzystencji.

Za to Zasenko był „obsmarowywany” na zebraniach kierownictwa, ale zawsze „szczerze żałował”, otrzymując „ostatnie chińskie ostrzeżenie”. I tak do następnego razu…

Na początku września 1989 r. w Kijowie odbył się Zjazd Ustawodawczy Ludowego Ruchu Ukrainy ds. Pierestrojki. (Nawiasem mówiąc, w lutym tego roku gazeta „Literatura Ukrainy”, której mam zaszczyt być obecnie redaktorem naczelnym, zamieściła na łamach propozycję dotyczącą Statutu i Programu Ruchu.) Nasz Redakcja i jej autorzy aktywnie uczestniczyli w przemianach na Ukrainie.

„Ruch jest zjawiskiem całkowicie logicznym, bo odbijał się wówczas echem w ogólnoeuropejskich trendach i procesach, które doprowadziły do ​​zmiany systemu totalitarnego” – powiedział znany ukraiński poeta Pawło Mowchan. – Wszystko działo się równolegle – co wydarzyło się w Polsce, co się stało na Węgrzech, co wydarzyło się w Czechach, co wydarzyło się w krajach bałtyckich, co wydarzyło się w Gruzinach, co wydarzyło się w Azerbejdżanie… to wszystko były prawidłowe procesy. I zostały zapłodnione w jednej fali. Gdyby nie było szerszych kontaktów – z Sayudis, z polską Solidarnością, z innymi powiązanymi z nami strukturami politycznymi – bylibyśmy dziwakami.

Wkrótce w ukraińskim radiu wyemitowano program „Niepodległość” i stałem się członkiem małego zespołu ludzi o podobnych poglądach. To były niezapomniane lata. W transmisjach  brali udział ówcześni ministrowie, znani biznesmeni, pisarze i, jak mówią dziś, liderzy opinii publicznej. Nasze programy nie były zaangażowane i sformalizowane. Rozmowy były ożywione, goście i prezenterzy zachowywali się swobodnie, słychać było żarty, a czasem śpiewano piosenki. Pamiętam, jak pisarz i polityk Wołodymyr Jaworowski przywiózł na jeden z programów świątecznych chór ludowy, który nie tylko śpiewał kolędy z natchnieniem i toastami pił szampana. Wtedy jakiś słuchacz, zadzwoniwszy do studia, z niepokojem zapytał: „Co się tam z tobą dzieje? Coś wydaje się strzelać…”. „Jak to, co? – zdziwił się znany pisarz. Podnosimy kieliszki do narodu ukraińskiego!”

Historia państwowego nadawcy czegoś takiego wcześniej nie znała…

24 sierpnia 1991 r. Rada Najwyższa Ukraińskiej SRR uchwaliła Akt Ogłoszenia Niepodległości Ukrainy, który został potwierdzony przez ludność w ogólnoukraińskim referendum 1 grudnia.

A 20 lutego 1992 r. Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła uchwałę „W Dniu Niepodległości Ukrainy”, w której stwierdzono: „Biorąc pod uwagę wolę narodu ukraińskiego i jego wieczne pragnienie niepodległości, potwierdzając historyczne znaczenie uchwalenie Ustawy o ogłoszeniu niepodległości Ukrainy 24 sierpnia 1991 r.,

Rada Najwyższa Ukrainy dekretuje:

Uznać 24 sierpnia za Dzień Niepodległości Ukrainy i obchodzić go corocznie jako państwowe święto Ukrainy”.

Jestem dumny z tego, że w pewien sposób włączyłem się w walkę o „naszą i waszą wolność”, o naszą Niepodległość…

 

Śledztwo WALTERA ALTERMANNA: Kto pod rządem dołki kopie…

 

Zajmiemy się dwoma ważnymi problemami. Pierwszy, to nikłe efekty rządowej polityki w dziedzinie wzrostu populacji, czemu miał służyć program 500 plus każde dziecko. Próbujemy w tej sprawie poszukać winnych, czyli dojść prawdy w sprawie kopania dołków pod rządem.

Zagadnienie drugie to problemy z realizacją polityki historycznej. W tej sprawie również zidentyfikujemy i nazwiemy odpowiedzialnych szkodników po imieniu.   

Program zapobiegania depopulacji, czyli rządowa walka z malejącą liczbą nas, Polaków godzien był wsparcia. Choć – oczywiście – od razu znaleźli się malkontenci i szydercy, którzy wskazywali, że siła narodu i państwa niekoniecznie musi być związana z jakąś ogromną masą mieszkańców danego państwa.

Dlaczego liczba urodzeń nie rośnie?

Wskazywano, że w dzisiejszych czasach o potencjale państwa decyduje bardziej wysoki poziom wykształcenie obywateli oraz ich świadomość, konieczności przeciwstawiania się wewnętrznym i zewnętrznym zagrożeniom. Ale cios w rządowy pomysł przyszedł z niespodziewanej strony.

Najpierw jednak ustalmy, że do wzrostu populacji potrzebny jest wzrost urodzeń. Do tego zaś niezbędna jest działalność prokreacyjna rodziców. Mówiąc wprost – bez współżycia kobiety i mężczyzny dzieci nie będzie. Owszem, pojawiają się głosy, że pary jednopłciowe powinny mieć prawo do bycia rodzicami, jednak nauka biologii – oraz proste obserwacje każdego z nas – pouczają, że ze związku, choćby najbardziej gorącego, dwóch kobiet, czy dwóch mężczyzn dzieci się nie rodzą. Tym samym rząd nie mógł liczyć, w tej mierze, nawet na najbardziej szaloną aktywność par jednopłciowych. Odpowiedzialność zatem całkowicie spadła na związki kobiety i mężczyzny.

Wróg umacnia się w mediach

Co robi wróg programu wzrostu populacji lub choćby powstrzymania depopulacji Polaków? Wróg atakuje w Internecie, telewizji i po czasopismach. Jak wróg to robi? Sprytnie robi, bo osłabia nasz popęd seksualny.

Przez całe wieki męska młodzież interesowała się seksem, bo był tajemnicą. Mądre kobiety, będąc jeszcze dziewczynami, podsycały zainteresowania płciowe mężczyzn i chłopaków, tajemniczością kobiecej płci, okrywały ją przed chłopakami niedopowiedzeniami, półsłówkami, aluzjami. Skutkiem czego rozgorączkowani młodziankowie garnęli się do kobiet, jak do owocu zakazanego, tajemniczego i pociągającego. Z tego w końcu brały się dzieci. Z tego popędu właśnie.

Intymność publiczna

Dzisiaj natomiast wszystkie media robią dużo więcej niż wszystko, żeby ostudzić to napięcie międzypłciowe. Przykłady? Jakaś sportsmenka chwali się w reklamie, że jakaś konkretna podpaska pozwala jej być sobą. Sobą miła pani, znaczy kim? Sportsmenką czy kobietą? Jeżeli intymne sprawy okresu stały się publiczne, to żadnej tajemnicy nie ma. Kobieta staje się jedynie stworem, który – mniej więcej – raz w miesiącu księżycowym ma owulację. Ale, że owulacja ma służyć właśnie prokreacji reklama milczy.

W ogóle, różne środki higieny intymnej dla kobiet reklamuje się, jak – nie przymierzając – piwo, okulary czy wczasy nad Adriatykiem. A to nie jest całkiem społecznie zdrowe, bo osłabia siłę kobiety, czyli jej naturalną tajemniczość.

Intymność obnoszona w mediach nie jest już żadną intymnością, tajemnicą i obiektem pożądania. To jedynie brutalna biologiczna funkcjonalność.

Potencjonalne tabletki

A reklamy wzmagające męską potencję? Najpierw pokazują stroskanego mężczyznę, potem jakąś tabletkę a na końcu szczęśliwą kobietę. W domyśle z udanego wielce współżycia. Powiem wprost: żadne tabletki nie skłoniłyby mnie w młodości do podjęcia trudu – bo w końcu to jednak wysiłek – działań prokreacyjnych. Oczywiście wiem, że seks nie za każdym razem musi prowadzić do poczęcia potomka, ale że reklamy środków na potencję działają odstraszająco, w sprawie posiadania dzieci, też jest faktem.

Nagość powszechna jako środek antykoncepcyjny

I jeszcze jedna przypadłość dzisiejszej kultury seksualnej – nagość. Jeżeli tylko jakaś pani stanie się trochę znana, to dla zachowania swej popularności, lub dla jej zwiększenia, taka pani fotografuje się w skąpej bieliźnie, lub nawet na golasa. Wszelkiej maści celebrytki, influencerki, trzeciorzędne aktorki oraz dziennikarki bez przerwy chwalą się swoimi zgrabnymi ciałami. Niby ładna i dobrze zbudowana kobieta jest dziełem bożym i popatrzeć na taka nie jest grzechem ciężkim, ale…

Zastanawia mnie czy te panie łażą po domu też nago? Bo jeżeli tak, to ja na miejscu ich partnerów popadłbym w impotencję. Bo jeżeli coś nie jest przez większość doby zakryte, to jak ma cieszyć nocą? Zresztą, może dlatego, te gołe panie tak często zmieniają partnerów. Napatrzy się taki, napatrzy przez całą dobę, ochoty w nim to już nie wzbudza i idzie szukać nowej golaski.

W sumie, rząd ma niełatwo, bo program jest, ale potężnej chęci w narodzie nie wzbudza.

 Historia dla głupich?

Od lat uważam, że komuna upadła przez nadgorliwych dziennikarzy. Potem większość tych rządowych żurnalistów doznała objawienia i olśnienia i przepisała się na stronę, którą zaciekle dotąd zwalczała. Tak było w latach 1980-1990.

Faktem okrutnym jest to, wystarczy spojrzeć do starych gazet z lat 1946-1980, że język, obrazowanie, argumentacja rządowych gazet były nudne, jałowe i jakby pisane przez jednego człowieka. Dziennikarze powtarzali hasła zawarte w przemówieniach I sekretarzy PZPR, łasili się, poniżali i lizali rękę, która ich karmiła. Część z nich była bez winy, z powodu ograniczeń mózgowych i charakterologicznych, ale większość robiła to świadomie. W końcu, ponieważ nie można było tego ani czytać, ani słuchać, społeczeństwo dokonało przewrotu.

Wspominam o tym, bo wpadł mi w rękę film sprzed jakichś dziesięciu lat. Wyprodukował go blisko 10 lat temu Łódzki Oddział TVP przy potężnym wsparciu finansowym i programowym Narodowego Centrum Kultury. Dziełko dotyczy Aleksego Rżewskiego, pierwszego po odzyskaniu niepodległości prezydenta Łodzi.

Aleksy Rżewski urodził się w Łodzi w 1885 roku. Był postacią zasłużoną, ale i barwną –  działaczem PPS oraz bojowcem tej partii, członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej. Walczył na barykadach w 1905 roku, endecja dokonała na niego – na szczęście nieudanego – zamachu. Zamachowcy wdarli się do jego mieszkania i do leżącego w łóżku, oddali kilka strzałów z pistoletów. Rżewski był ścigany przez carską policję, potem, w 1916 roku, przez okupantów niemieckich. Do legendy łódzkiej przeszły dwie jego brawurowe ucieczki z łap policji rosyjskiej i niemieckiej. Po 1918 roku został wybrany pierwszym prezydentem Łodzi. Wówczas zasłynął tym, że miasto – jako pierwsze w Polsce – wprowadziło obowiązek nauczania podstawowego. Projektował budowę wodociągów i kanalizacji, powstania parków, miejskich łaźni, sprawnej służby zdrowia. Położył ogromne zasługi, w mieście trójjęzycznym, dla unifikacji nauczania. Jego działalność na niwie zbudowania sprawnego systemu statystyki miejskiej, która dawała podstawową wiedzę o mieście, została doceniona w Europie. Został zamordowany przez Niemców 20 grudnia 1939 roku. Miejsca jego pochówku nie odnaleziono.

Jest faktem, że taki życiorys mógłby stanowić kanwę do filmowego serialu. Jednak twórcy filmu, programu z łódzkiego ośrodka TVP poszli drogą, którą wytyczyli im dziennikarze z PRL-u. I postanowili zrobić coś, co normalnemu człowiekowi, znającemu choć odrobiną historii i mającego choć ociupinkę smaku artystycznego, nigdy nie przyszłoby na myśl.

Prawdopodobnie głównym pomysłem NCK i TVP było „trafienie do młodego odbiorcy”. Takie zresztą te dziesięć lat temu było główne założenie programowe NCK. I dlatego w „dziele” nie znajdziemy słowa o bratobójczych walkach w Łodzi, w latach 1905-1907. A walkach tych – pomiędzy prawicą i lewicą – padło znacznie więcej ofiar, niż od kul carskich żołdaków.

Mamy natomiast zespół rockowy, śpiewający słabo i nie na temat. Mamy też jakąś dziwną animację, będącą kontynuacją komiksów z serii „Kapitan Sowa na tropie”. Z filmu, czy też programu telewizyjnego, nie dowiemy się niczego istotnego. Nie ma tam słowa o realnych osiągnięciach mądrego człowiek i silnego prezydenta Łodzi.

To co jest, zapyta czytelnik? Jest niezamierzona parodia Rambo, Bonda i Spider-Mana. Twórcy tak bardzo chcieli „zrobić coś dla młodego człowieka”, tak „przybliżyć mu historię”, że stworzyli bohatera, który strzela, biega, ucieka, bije się.

Jeżeli którykolwiek młody człowiek chciałby dzisiaj brać sobie za wzór bohatera filmu, to z pewnością jedynie ktoś z radykalnych kibiców ŁKS-u lub Widzewa. Oni też uwielbiają się naparzać, organizować ustawione bójki i uciekać przed policją.

Historia nie wszystkich musi interesować, tak jak nie interesuje posła Dariusza Jońskiego. Ma prawo, choć przy jego pewności siebie i tupecie – które prezentuje w każdym swym wystąpieniu –   nieznajomość daty wybuchy Powstania Warszawskiego wydaje się prawie nieobyczajna. Są daty, które trzeba znać. Na przykład: 1 września 1939 roku, 1 sierpnia 1944, 10 lipca 1410, 15 sierpnia 1920. Ale nie wolno upraszczać historii, żeby przypodobać się młodym. Bo młodzi są przecież różni.

Zacząłem ten fragment od opisu zachowań wielu dziennikarzy w czasach PRL-u. Oni wtedy też chcieli dobrze, ale nie potrafili.  Chcieli być niezależni, ale serwilizm ciągnął ich na dno. A działalność NCK, pod rządami Platformy Obywatelskiej, była kokietowaniem młodych ludzi. Bo za rządów PO właśnie historia miała być łatwa dla młodych. Czyli ogłupiona.

Uważajmy z wszelką „polityką historyczną”, bo niechcący możemy wychowywać dziarskich ignorantów.

 

JAN TESPISKI: Uwaga, dzieci na widowni! (9)

Choć wszystkie teatry zarzekają się, że nie grają „bajek”, czyli spektakli dla dzieci, to jednak bez takich przedstawień, bez dziecięcej widowni nie miałyby wystarczających wpływów z teatralnej kasy.

Gdzieś tak do 1960 roku, a może trochę dłużej istniały teatry Młodego Widza, których cały repertuar nastawiony był na dzieci i nastolatków. Te teatry w założeniu miały, jako kopia „radzieckich osiągnięć”, wychowywać młodzież w duchu idei socjalizmu. W praktyce jednak stały się teatrami dla młodej widowni, z odpowiednim dla wieku repertuarem. Jednym z takich teatrów był krakowski Teatr Młodego Widza. Grał w nim nawet – jako nastolatek – Roman Polański.

Opowiadał mi pewien aktor, wtedy młody człowiek, że miał przyjemność – w latach siedemdziesiątych – dzielić garderobę w Teatrze Bagatela w Krakowie, z Ferdynandem Solowskim. Solowski to bardzo interesująca postać. Miał swoją wielką pasję, trochę tylko związaną z teatrem, były nią szopki krakowskie. Obok teatru były całym jego światem. Najpierw sam tworzył szopki, potem zaczął je zbierać, a w końcu stał się największym ich kolekcjonerem. Ferdynand Solowski wspaniale opowiadał, bez cienia uśmiechu sączył opowieści o swoich teatralnych przygodach.

Ale Solowski nie był gadułą. Po prostu od czasu do czasu raczył młodszego kolegę wspomnieniami. Poniżej zamieszczam trzy anegdoty krakowskiego aktora Ferdynanda Solowskiego. Są wielce dwuznaczne w swym przesłaniu i w puencie nie wiadomo było – śmiać się czy płakać.

Podkóweczki

Grałem kiedyś złego czarodzieja – opowiadał Solowski. Scenograf z reżyserem wymyślili, że w drugim akcie tańczę. Proszę bardzo, czyli mówi się trudno. Jednak nie miał to być normalny taniec. W tańcu miałem krzesać iskry. W tym celu zrobiono mi specjalne buty, których podeszwy były z metalowej szczotki. Na scenie natomiast, w odpowiednim miejscu, ułożono grubą blachę. Blacha była podpięta do plusa prądu 24 volt, natomiast moje buty, czyli ja cały, byłem podpięty do minusa. W ciemności prawie zupełnej tańczyłem, istotnie krzesząc snopy iskier. Robiło to rzeczywiście wrażenie na dzieciach. Tak było do ósmego przedstawienia. Na dziewiątym przedstawieniu, jakiś nowy teatralny elektryk podpiął stalową płytę do normalnego prądu.

Spędziłem prawie trzy tygodnie w szpitalu. Teatr, panie kolego – kończył Ferdynand Solowski – teatr wymaga poświęceń.

Piorunowładny

Miałem też i taką przygodę z efektami – opowiadał Ferdynand Solowski. – W jakiejś bajce grałem dobrego czarodzieja. Ci czarodzieje jakoś tak w ogóle do mnie przylgnęli…  Tym razem wymyślono, że będę miotał pioruny. Dano mi małe petardy do rąk, uprzednio jednak – mając już doświadczenia z krzesaniem iskier – zakładałem skórzane rękawiczki. No i ciskałem tymi petardkami o podłogę sceny. Bardzo ładnie wybuchały. Krótko mówiąc efekt był. Na jakimś jednak – chyba trzydziestym przedstawieniu – petardki wybuchły mi w dłoni.

Dwa tygodnie zwolnienia. O, widzi pan – Solowski pokazał młodemu aktorowi prawą dłoń – kciuk i wskazujący były mocno poszarpane, zszyli, oczywiście, ale pamiątka została.

Co zrobić z niegrzecznym Tadziem?

Gdyby pan kiedyś, nie życzę tego, ale wszystko może się zdarzyć – mówił za trzecim razem Solowski – miał kiedyś grać w bajce, to pod żadnym pozorem, za żadną gażę, niech pan nie zgadza się – jak to mówią – nawiązywać nici porozumienia z widownią. To znaczy niech pan niczego wprost do dzieci nie mówi, nich pan o nic widowni nie pyta…

Grałem w spektaklu o niegrzecznym Tadeuszku, który psocił, rozrabiał jak pijany zając. W sumie sympatyczna postać. Ale bajka miała mieć wymiar dydaktyczny, zatem w finale, gdy wszystkie jego sprawki wychodziły na jaw, łapię tego urwisa za kołnierz, podprowadzam do proscenium i mówię do widowni: „I co mam teraz zrobić z tym niegrzecznym Tadziem?”

Na co wstaje jakiś sześciolatek i sepleniąc mówi: „Zakopać gnoja do doła i ojscać.”

Gdzie schował się Alibaba?

Graliśmy też bajkę o Alibabie i 40 rozbójnikach. W pewnym momencie jakże pozytywny Alibaba ucieka rozbójnikom i chowa się w koronie drzewa. I przykazuje widowni, żeby go nie wydała.

Grałem herszta zbójów. Podchodzę do proscenium i mówię, że jeżeli ktoś powie mi, gdzie ukrył się Alibaba, to dam mu czekoladkę. I jak pan uważa? Dzieci wspierały Alibabę? A skąd… Na każdym przedstawieniu znalazła się przynajmniej jedna kanalia, która pokazywała, gdzie Alibaba się schronił.

Mówią, że teatr wychowuje…