WALTER ALTERMANN: Dobra książka, ale kto ją pisał?

Powiadają, że polskość pod zaborami przetrwała dzięki polskiej literaturze. W jakiejś części jest to prawda, choć tej wielkiej zasługi nie przypisywałbym jedynie naszym literatom. Prawdą jest jednak, że polskie słowo i myśl przez lata rozbiorów były cenione.

Na spotkaniu z kilkunastoma najbardziej znaczącymi ludźmi teatru, które zwołał w stanie wojennym wicepremier Mieczysław Rakowski, miała miejsce taka sytuacja. Rakowski apelował, trochę też groził, tłumacząc, że bojkot teatru telewizji przez środowisko teatralne jest szkodliwy. Po nim zabrał głos wybitny intelektualista i reżyser teatralny, profesor Bohdan Korzeniewski.

Rząd polskich dusz

– Panie premierze – zaczął profesor. – My Polacy mieliśmy różne rządy, ale jednocześnie przez cały ten czas mieliśmy i mamy najlepszy z możliwych rządów – rząd polskich dusz. Premierem w tym rządzie jest Mickiewicz, ministrem obrony narodowej – Wyspiański, ministrem polskiej pracy jest Norwid, ministrem kultury – Słowacki, ministrem sprawiedliwości – Żeromski, a Prus jest ministrem rozwoju. I zawsze w chwilach próby odwołujemy się do nich, bo oni najlepiej wyartykułowali polskie interesy i polski program. Dlatego też, nie zgadzamy się s tym co dzieje się w kraju obecnie. Bo oni mówią nam, że nie wolno zgadzać się na wszystko.

Powinności literatury

Zacząłem z wysokiego „C”, ale realna, codzienna rzeczywistość bardzo odstaje od przesłania Profesora Korzeniewskiego. Zaraz bowiem po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku władze zaczęły oczekiwać od literatów wsparcia. I spora część piszących tego wsparcia udzieliła. Szczególnie po zamachu majowym z 1926 roku.

Piłsudski i jego ekipa oczekiwali od pisarzy mianowania na zbawców ojczyzny, na daleko lepiej wiedzących i mających historyczną misję. Żeby przeciwnicy Marszałka „nie wycierali nim sobie gęby” prasa podlegać zaczęła ostrej cenzurze, ale z literaturą nie było tak prosto. Owszem, naleźli się pomniejsi pisarze, którzy zaczęli władzy kadzić, ale większość albo milczała, albo była przeciw rządom Marszałka.

Sumienie Kaden-Bandrowskiego

Bardziej jednak bolała władzę postawa Juliusza Kaden-Bandrowskiego, który mając 23 lata, w czasie studiów w Brukseli, zaangażował się (w roku 1908) w działalność PPS-Frakcji Rewolucyjnej, a więc w tajną organizację Piłsudskiego. Kaden-Bandrowski był piłsudczykiem z wyboru, ale jako pisarz nie kierował się filiacjami i sympatiami politycznymi.

W sierpniu 1914 roku, po wybuchu wojny, wstąpił do I Brygady Legionów Polskich i został adiutantem samego Marszałka. Od 1918 roku był również członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej. Brał udział w walkach o Przemyśl. W grudniu 1918 został pierwszym redaktorem naczelnym tygodnika „Żołnierz Polski”. W czasie wojny polsko-bolszewickiej kierował Biurem Prasowym Naczelnego Dowództwa, co spowodowało później głośne oskarżenia o nadużycia finansowe, lecz ostatecznie nieudowodnione. W latach 1923–1926 był przewodniczącym Związku Zawodowego Literatów Polskich. Ponownie w 1933.W 1928 otrzymał Państwową Nagrodę Literacką.

Teoretycznie biorąc Kaden-Bandrowski powinien zostać piewcą nowych czasów, skoro był ich jakże aktywnym współtwórcą. A jednak tak się nie stało. Dlaczego? Bo pisarz miał sumienie, które nie pozwalało mu opisywać innego świata, niż ten, który widział.

I dlatego opisywał Polskę, jako kraj demagogii politycznej, korupcji i ordynarnego złodziejstwa, w których to „zjawiskach” brała udział elita – czyli piłsudczycy. To Kaden-Bandrowski opisał stan umysłu i serc Polaków w momencie odrodzenia się Polski jako „radość z odzyskanego śmietnika”. Bo on dobrze wiedział, że odrodzenie powinno być początkiem „Nowej Polski”, a było powrotem do starej.

Pisał o swoich oczekiwaniach i rozczarowaniach. I tym wzbudzał nienawiść swoich konspiracyjnych i frontowych kolegów.

Dla kogo pan pisze?

I tu doszliśmy do trudnego pytania: pisać według zamówienia, czy według siebie? To naprawdę najbardziej istotne pytanie, na które muszą sobie sami odpowiedzieć artyści. Najgorsze co może spotkać prawdziwego artystę, to być w jakiejś grupie politycznej, widzieć błędy ludzi tej grupy i wstrzymywać się od ich – tych błędów – opisania i potępienia.

Artysta, a przede wszystkim literat, musi być niezależny – niby banał, ale jakże brzemienny w skutki. Bo jakże to – inaczej traktować ludzi bliskich sobie politycznie, a inaczej oponentów? Niestety zdarza się to często wśród dziennikarzy. Ale zostawmy ich. Dzisiaj piszemy o literatach.

Przedwojenna Polska jawi się dzisiaj niektórym jako utracony raj. Zamordowany przez Niemców i komunę. A przecież tak nie było. Wystarczy poczytać dzieła Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Władysława Broniewskiego, Tadeusza Dołęgi-Mostowicza i wielu innych. Międzywojenna Polska rajem nie była.

Piłsudczycy – może nie tyle sam Piłsudski – kazali społeczeństwu wierzyć, że gdyby nie oni Polska nigdy by się nie odrodziła i nie obroniła przed sowietami w 1919- 1920. I z tego wywodzili paradygmat, że tylko oni są uprawnieni do bycia premierami i ministrami. A mniej zasłużonym – według piłsudczyków – należy się być prezesami, dyrektorami, etc. To zawłaszczenie Polski byłoby śmieszne, gdyby nie było prawdziwe i gdyby nie było powodem wielu aberracyjnych pomysłów ówczesnej władzy.

Andrzej Strug pytania o podstawy

Bolało też ludzi ówczesnych władz, że Andrzej Strug, sam legionista, zwany sumieniem legionów, nie popadł w zachwyt i wytykał piłsudczykom wszystkie grzechy. O ile Kadena-Bandrowskiego łatwiej było atakować i zwalczać, to ze Strugiem było trudniej. Urodzony w 1971 roku, w 1914 już jako starszy pan, siadł na konia i wjechał do Kielc razem z Władysławem Belina-Prażmowskim. Przedtem był konspiratorem, zesłanym do Archangielska, działaczem PPS.

Powieści Struga, to jedno wielkie wołanie o sprawiedliwość społeczną, której nie dostrzegał w Polsce odrodzonej. Jako człowiek lewicy – Strug był znaczącym działaczem PPS – podejmował też krytykę nie tylko skutków, ale przyczyn złego stanu rzeczy. Był krytykiem kapitalizmu, wielkich majątków obszarniczych i wyzysku – pod każdą postacią. Opowiadał się za społeczną gospodarką.

Taki Andrzej Strug, nieznany przed 1918 rokiem, bardzo bolał piłsudczyków. Ale mieli w zanadrzu kartę nie do przebicia, w walce literatów – za i przeciw nim. Była nią Kazimiera Iłłakowiczówna.

Kazimiera Iłłakowiczówna i wielka miłość, chyba nieodwzajemniona

Ta wielka poetka była najgorętszą piewczynią osoby Marszałka. W latach 1926–1935 była jego osobistą sekretarką. Po śmierci Piłsudskiego wydała tom wspomnień „Ścieżka obok drogi”. Tytuł jest znaczący, co wyjaśnia sama pisarka – ścieżka to mały trakt jej życia. który biegł obok wielkiej drogi Marszałka.

Naprawdę mało jest równie dziwnych utworów. Autorka opisuje swoje spotkania, pracę z Piłsudskim, ale tak naprawdę buduje mu monument. Bez cienia wątpliwości, bez jakichkolwiek wahań wnosi pomnik wielkiej postaci. Mało jest w literaturze hagiograficznej podobnych tekstów. Piłsudski – według Iłłakowiczówny – jest wielki i święty.

Złośliwi twierdzili, że z Marszałkiem łączył ją wieloletni romans. Ale to nie ma nic do rzeczy. Bardzo wiele kochanek sławnych ludzi jest wobec nich krytyczna, choćby na ociupinkę, na jotę… A tu nic, czysta miłość ideowa do wielkiego człowieka.

Wszystkim dzisiejszym „śledzicielom jedynej prawdy”, którzy potępiają współczesnych pisarz za błędy młodości, czyli za kilka wierszy o Stalinie lub Bierucie, polecam przeczytać dzieło Iłlakowiczówny. Naprawdę jest zabawne.

Iłłakowiczówna miała prawo napisać co napisała i jak to napisała. Tak widziała swego idola. I jako pisarka miała do tego prawo. Ale też my mamy prawo osądzać jej dzieło. Nie ją samą. Bo jest naprawdę wielka różnica pomiędzy twórcą a dziełem. O czym dzisiaj ciągle się zapomina lub nie wie.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Saga komunistów Amonsów

7 sierpnia 1952 r. w ubeckiej katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie zamordowano strzałem w tył głowy sześciu oficerów, oskarżonych przez władze komunistyczne o „udział w spisku mającym na celu obalenie siłą władz państwa i szpiegostwo”; większość z nich w czasie II wojny światowej walczyła w lotnictwie PSZ na Zachodzie. Zabici to: płk Bernard Adamecki, płk August Menczak, płk Józef Jungraw, ppłk Władysław Minakowski, ppłk Szczepan Ścibior i ppłk Stanisław Michowski. Kary śmierci żądał wcześniej prokurator Iwan Amons.

Po Amonsie na wiele lat ślad zaginął. Wiadomo było jedynie, że w 1954 r. został oddelegowany do ZSRS. Aż nagle odnalazł się w… Bykowni, w 2012 r. podczas uroczystości otwarcia polskiego cmentarza wojennego.

W ambasadzie RP w Kijowie ówczesny prezydent RP Bronisław Komorowski wręczył odznaczenia za zasługi dla Polski przedstawicielom społeczności polskiej na Ukrainie, ale także obywatelom Ukrainy. Wśród udekorowanych Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi znalazł się… Amons. Po chwili usłyszałem: emerytowany prokurator wojskowy, a dodatkowo jeden z najwybitniejszych badaczy zbrodni stalinowskich popełnionych na Ukrainie. Stalinowski prokurator badający stalinowskie zbrodnie – cóż za chichot historii – pomyślałem – i jeszcze dostaje za to medal od polskiego prezydenta.

Gratulacje

Po uroczystości odszukałem prokuratora Amonsa. Fachowo opowiadał, że masowymi grobami w Bykowni zajmuje się od 20 lat. Teraz jest na emeryturze, ale wcześniej – jako pełnomocnik ukraińskiego rządu – odpowiadał za rehabilitacje ofiar represji politycznych w ZSRS.

Tu rozmowa urwała się, bo do Amonsa podeszła starsza pani z gratulacjami. Dziękowała za pomoc udzielaną im, Polakom w wyjaśnianiu sowieckich zbrodni. Za współpracę przy ekshumacjach w Bykowni, za książki.

Bo Amons ustalił m. in., że na tym największym ukraińskim cmentarzysku leżą nie „tylko” polscy oficerowie z ukraińskiej listy katyńskiej, zamordowali w 1940 r., ale także ofiary antypolskiej akcji NKWD z lat 1937 – 1938. Ogółem 7-8 tysięcy Polaków, dwa razy więcej niż się przyjmuje.

 

„Też się czasem zastanawiam”

 Wracamy do rozmowy. Amons wspomina, że jest emerytowanym pułkownikiem armii ukraińskiej, a przez 30 lat był prokuratorem generalnym Ukrainy.

Ma pan wizytówkę? – zapytałem z głupia frant. Okazało się, że mój rozmówca ma na imię nie Jan (Iwan), ale Andrij. W takim razie zapewne jest synem.

– Pan dobrze mówi po polsku. Jest pan Ukraińcem czy Polakiem?
– Mama, urodzona w Sokalu pod Lwowem, była Ukrainką. Ale ojciec Polakiem. – To jak to się stało, że został pan tak ważną figurą w ukraińskiej republice rad?
– Też się czasem nad tym zastanawiam.

                                                           „Służba” w Polsce

To był właśnie ten moment, aby spytać o Jana (Iwana) Amonsa. Pan był prokuratorem wojskowym, a pana ojciec, czym się zajmował?

– Też był prokuratorem wojskowym. W powojennej Polsce służył w LWP.
I już wszystko było jasne, ale zapytałem jeszcze, gdzie tata się urodził.
– W Winnicy – usłyszałem. A w Skarżycach k. Winnicy w 1918 r. urodził się Jan (Iwan) Amons.
– Ale mówił pan, że ojciec służył w Polsce, to jak pan znalazł się na Ukrainie? – W 1954 r. ojciec został zwolniony ze służby i trafił na Syberię. Tak odwdzięczyli mu się za pracę w Polsce.
– Do łagru? – zapytałem.
– Nie, na Syberii też był prokuratorem, ale dla niego to było zesłanie. Ale w latach 60. centrala przypomniała sobie o jego zasługach i skierowała na Ukrainę. Zmarł w latach 90., został pochowany pod Kijowem. Ale w Polsce mam większą rodzinę niż na Ukrainie.

 Oficer sowiecki

A zatem. Na czym polegała „służba” Jana (Iwana) Amonsa w Polsce? Oskarżał polskich patriotów, którzy zostali następnie skazani na wyroki wieloletniego więzienia. Wielu z nich komuniści – koledzy Amonsa – zamordowali. Choć był Polakiem, do wymiaru „sprawiedliwości” w powojennej Polsce trafił już jako oficer sowiecki, wcześniej przez lata służący w organach represji ZSRS i Armii Czerwonej.

Już w czerwcu 1944 r. został szefem Wojskowej Prokuratury Rejonowej w „wyzwolonym” Lublinie. Polaków – niepodległościowców prześladował także jako oficer śledczy Prokuratury 1 Armii WP, prokurator 2 DP i wiceprokurator Prokuratury KBW. W 1946 r. swoje krwawe żniwo kontynuował dalej w Lublinie, potem w Gdańsku, by w końcu, w 1950 r. zostać prokuratorem Prokuratury Wojsk Lotniczych. W 1948 r. podpułkownik.

Ofiary na „Łączce”

W procesach politycznych Jan (Iwan) Amons oskarżał mimo, iż nie posiadał pełnego wykształcenia prawniczego (w 1939 r. skończył jedynie jednoroczny kurs prawniczy dla prokuratorów i sędziów śledczych w Chabarowsku nad Amurem). Sprawy ze względu na swój kłamliwy charakter nazywamy dziś mordami sądowymi. Ludzi skazywano na podstawie spreparowanych dowodów.

I tak, w akcie oskarżenia przeciwko płk Bernardowi Adameckiemu, wobec którego wnosił o wieloletnie więzienie, napisał, iż w lipcu 1946 r. ten komendant Wojskowej Szkoły Technicznej, z polecenia płk Franciszka Hermana, rozpoczął tworzenie tajnej organizacji w Wojskach Lotniczych, której celem miało być obalenie siłą władzy państwowej oraz prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz mocarstw imperialistycznych. W uzasadnieniu czytamy m. in.: „Proces ten to jeszcze jedno zdemaskowanie nikczemnej garstki wykolejeńców narodu polskiego, którzy zdradzili swój kraj i wiernie służyli agentom świata imperialistycznego, dążąc do nowej pożogi wojennej”.

W tym samym procesie żądał kary śmierci dla płk Józefa Jungrawa, płk Augusta Menczaka, płk Stanisława Michowskiego, ppłk Władysława Minakowskiego, i płk Szczepana Ścibiora. Tych pięciu oficerów, a także płk Adameckiego, komunistyczny „sąd” skazał na karę śmierci. Morderca Bierut nie skorzystał z prawa łaski i cała szóstka została zabita strzałem w tył głowy 7 sierpnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Przez lata PRL-u mordowano pamięć o nich. Dziś ich szczątki są odkopywane na „Łączce” Powązek Wojskowych w Warszawie.

Czasy, które trwają

O to, czy Andrij Amons badał też stalinowskie zbrodnie swojego ojca już nie pytałem. Odpowiedź zapewne byłaby taka: Pracował dla legalnego przecież systemu, trwała wojna domowa, tropił szpiegów i bandytów. Takie były czasy, takie było prawo.

Ale pewne jest jedno – medalu za tatusia Andrij Amons by nie dostał. A może przeciwnie? – w trwającej do dziś dobie relatywizowania komunistycznych zbrodni. I Jan (Iwan) Amons – stalinowski morderca sądowy – nadal mógłby uchodzić za bohatera.

 

Nawet na urlopie CEZARY KRYSZTOPA radzi: Ostrożnie z nawijaniem makaronu

Siedzę sobie właśnie na Podlasiu. Głębokim i ciągle dalekim od światowych nowinek. Zamieszkałym przez ludzi z szerokimi duszami, wielkimi sercami i praktycznym podejściem do rzeczywistości.

Ci ludzie się boją. Jak wszyscy. Boją się wojny. Boją się inflacji. Nawiasem mówiąc wcale się nie boją np. „braku cukru”, cukier może nie najtańszy, ale jest w sklepie w wiosce. Boją się również, że nie będą mieli czym się ogrzać zimą. Kto ma swoje drewno ten się cieszy, ale co, jeśli zakażą ogrzewania drewnem? Węgla nie ma, ale na Podlasiu, szczególnie na podlaskiej wsi, nie był znów tak często używany. Kto dał się przekonać i kupił za ciężkie pieniądze piec gazowy, ten sobie pluje w brodę.

Myślą więc o sprawach przyziemnych i praktycznych, ale ten kto założyłby, że nie są zainteresowani sprawami natury nieco bardziej ogólnej, mógłby się zdziwić. A jeśli byłby politykiem i przyjąłby takie założenie, mógłby popełnić spory błąd. Owszem, również tutaj dyskutowana jest np. sprawa brukselskich funduszy dla Polski, ze szczególnym uwzględnieniem środków z KPO, których to środków pozyskanie miało być/ ma być wielkim sukcesem premiera Mateusza Morawieckiego.

Wiarę w to, że Polska te środki zobaczy chyba już utracili. Obecnie waży się kwestia winy. I jeśli miałbym komuś coś doradzić, to odradzałbym „sprytną zmianę narracji” z „oczekiwania na fundusze z KPO” na „oczekiwanie na fundusze europejskie” w nadziei na to, że „może pieniądze z nowej perspektywy budżetowej jednak będą i ludzie zapomną o pieniądzach z KPO”. Otóż po pierwsze sygnały wysyłane przez Brukselę wskazują moim zdaniem na to, że ta postanowiła nas, jak zapowiadała niemiecka wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katarina Barley, zagłodzić, więc zrobi wszystko, żeby Polska nie dostała pieniędzy żadnych. A po drugie, jeśli się ludziom opowiadało o „wielkim sukcesie pozyskania pieniędzy z KPO”, to chyba taka zmiana raczej nie przejdzie.

Naprawdę, ludzie nie są tak głupi jak się niektórym wydaje. Mogą uznać za winną Unię Europejską, która złośliwie pozbawia Polskę należnych środków, ale mogą też, jeśli ktoś będzie im niezdarnie nawijał makaron na uszy, uznać za winnego nawijacza makaronu.

O wczasach i letnim odpoczynku pisze WALTER ALTERMANN: Wakacyjny amok

 

Co roku, gdzieś tak w marcu, w tak zwanym lepszym towarzystwie zaczynają się – zrazu lekko i mimochodem, potem coraz bardziej odpowiedzialnie – poważne rozmowy o wakacjach.

Jeżeli na nasze pytanie:

– Jedziecie gdzieś?

Usłyszymy:

– Jeszcze nie wiemy, ale gdzieś trzeba będzie w końcu polecieć…

To musimy mieć się na baczności, albowiem prawdopodobnie nasi przyjaciele szykują jakąś bombę, którą chcą nas zetrzeć z powierzchni ziemi.

Operacja „wakacje”

Wakacje, czyli wybór, gdzie polecimy, gdzie pojedziemy, gdzie będziemy się męczyć i wzdychać do powrotu do domu – to wszystko jest strategiczną operacją, a właściwie wojną. Teoretycznie wakacje powinny dać nam odetchnąć od pracy, od serdecznych rozmów z koleżankami i kolegami, od widoku szefa, a nawet od widoku własnego biurka, czy też od widoku hali montażowej, na której przez osiem godzin skręcamy te same śrubki, w identycznych urządzeniach, których przeznaczenie jest nikomu nieznane.

Porzucenie bezpiecznego domu na dwa – trzy tygodnie, i udanie się na zagraniczne męczarnie jest, żeby to powiedzieć wprost – masochizmem. To co turysta musi przeżyć na lotniskach, w samolotach jest narażaniem psychiki na potworny stres. Nie wspominając, że samolot lata w powietrzu, co w świecie ożywionym praktykują jednie ptaki i nietoperze.

Na miejscu najczęściej na „wakacjuszy” czekają niespodzianki z hotelami, które bardzo często swym poziomem przypominają socjalistyczne akademiki. Jedzenie – z reguły – też jest inne i nasze żołądki doznają szoku, a szok gastryczny zawsze kończy się długim siedzeniem na ustroniu, zamiast na plaży. Jeżeli nie pobytem w szpitalu.

Ludzie narzekają teraz na fale upałów w kraju, ale jeżdżą do Turcji, Grecji czy Egiptu, gdzie 40 stopni Celsjusza to norma. Jakaś logika? Żadnej. Poza ogromnym społecznym przymusem wyjazdu.

Wakacje turystyczne

Innym rodzajem nieszczęścia są wycieczki turystyczne. Nieszczęśnicy, którzy wybierają ten wariant wczasów zagranicznych, spędzają większość czasu, słono przez nich opłacanego, w autokarach. A  pejzaże, zabytki i ruiny najczęściej widzą przez okno pojazdu. Miejscowi organizatorzy wczasów turystycznych wiedzą, że turystę trzeba „zajechać”, żeby miał poczucie wielu wrażeń, a w oczach mętne i wirujące obrazy oglądanych zabytków. Wtedy polski wczasowicz wie, że nie zmarnował pieniędzy. Najczęściej nie wie co zwiedzał, nie zapamięta z jakiego okresu historii pochodzą zabytki, nie odróżnia Minosa od Minotaura, ale że było tego dużo – jest zadowolony.

Morze, nasze morze… drogie

Spora grupa rodaków wybiera też wczasy w Polsce. W tym przypadku prym wiodą wakacje nad Bałtykiem. Dlaczego mieszczanie, którzy cierpią w tramwajach, autobusach, a warszawiacy także w metrze, na kilka tygodni wybierają również tłok, hałas i brud? Przecież normalny człowiek powinien wakacje spędzić w ciszy, w otoczeniu uspokajającej, łagodnej przyrody. Nie mówię o zupełnym odludziu, ale czym mniej nieszczęśników, również odpoczywających tym lepiej.  Ale nie, jak się okazuje tłok, widok tysięcy umęczonych na bałtyckich plażach ludzi, brud panujący w powszechnie miejscowościach nadmorskich jest tym czego rodacy pragną najbardziej. I jeszcze wieczorno-nocny hałas z knajp… Naprawdę luksus. Nie wspominam o cenach, jakie w tym roku serwują nadmorskie sklepy, budki, restauracje… Te drogocenne ceny są wynikiem założenia, że właściciel straganu z badziewiem na nadmorskim deptaku musi się wzbogacić, w ciągu trzech lat najwyżej.

A zatem powstaje naturalne pytanie. Dlaczego wczasy stały się dla Polaka przeżyciem obowiązkowym?

Popis i szpan w stadzie

U źródeł tego amoku, jaki nazywamy wczasami, leży nasza staropolska chęć popisu, bycia lepszym od sąsiada i kolegi z pracy. Chcemy, żeby uznawano nas za ludzi majętnych, potrafiących korzystać ze swego wysokiego statusu społecznego. I jeszcze myślenie stadne. Polega to na tym, że jeżeli znajomi spędzają wakacje w Egipcie – i ciągle się tym chwalą – to my nie możemy być gorsi. Nawet jeżeli – idąc w stadzie – doświadczymy na własnym grzbiecie i organizmie, egipskich męczarni.

Pewien mój znajomy, człowiek dość zamożny, który mógł polecieć w najodleglejszy zakątek świata, spędził poprzednie wakacje w Norwegii. Twierdził potem, że krajobrazy i przyroda były wspaniałe, temperatury przyjemne, hotel i jedzenie na najwyższym poziomie. No i nie było tam żadnego rodaka. Ja mu zazdrościłem, ale byłem wyjątkiem, reszta znajomych uznała go za pomyleńca.

Krótka historia wakacji

Historia wakacji nie jest długa. Zaczęła się w połowie XIX wieku. Najpierw na czas kanikuły wyjeżdżali z miast bogaci przemysłowcy, bankierzy i handlowcy. Ściślej biorąc wysyłali na wczasy do swych podmiejskich rezydencji żony i dzieci, ze służbą. Potem zaczęło być modne bywanie „u wód” dla ratowania zdrowia. Zaczęły się też masowe – wśród elit – wakacyjne podróże do Włoch i Grecji. Powstał nawet wielki włoski przemysł pamiątkarski dla turystów.

Krzysztof Teodor Toeplitz wspomina, że jego dziadkowie polubili, pod koniec XIX wieku bywanie u wód w czeskich Toeplitzach, dzisiejszych polskich Cieplicach. I kiedy przyszło do wybierania nazwiska, dziadek dziennikarza zdecydował, że Toeplitz będzie akurat.

Chłopi latem, czyli w wakacje, pracowali. I jak twierdziła złośliwie szlachta – cały czas mają wczasy. Robotnicy i proletariat inteligencki byli tak biedni, że nawet nie myśleli o wakacjach.

Dopiero po I wojnie światowej w wielu państwach europejskich zaczęto organizować wakacje, głównie dla dzieci i młodzieży. Tu największe zasługi miały organizacje skautowskie, które organizowały latem obozy. W wielu państwach Europy również instytucje państwowe zaczęły wspierać finansowo letni wypoczynek dla młodzieży, zagrożonej licznymi chorobami nędzy, przede wszystkim gruźlicą. Ale była to pomoc znikoma.

Jako pierwsi temat wakacji dla wszystkich podnieśli do rangi narodowego problemu hitlerowcy. To oni, chcąc „kupić sobie” robotników i postawić tamę komunizmowi, zaczęli budować domy wczasowe dla robotników. Zwodowano też kilka ogromnych statków wycieczkowych „dla ludu”. Po hitlerowcach temat podjęli sowieci, naśladując rozwiązania niemieckie.

Jak było w Polsce Ludowej nie będę pisał, bo zakładowe wczasy bardzo wielu z nas jeszcze pamięta. Młodzi niech dowiedzą się z innych źródeł.

Dodam tylko, że przebywanie w jednym ośrodku wczasowych z kolegami z pracy było katorgą i powinno być zaliczone do komunistycznych prześladowań. Niemniej, bardzo wielu ludzi po raz pierwszy – dopiero po wojnie – zaznało bycia wczasowiczem.

Lista polskich uzdrowisk, uznanych przez państwo za miejscowości uzdrowiskowe

Poniżej zamieszczam alfabetyczną listę miejscowości, mających w Polsce status uzdrowisk. Gdyby ktoś z Państwa chciał spędzić wakacje w spokoju, no i z nadzieją na polepszeniu stanu swego zdrowia.

Busko Zdrój – upaństwowione w 1922 roku, Ciechocinek upaństwowione w 1922 roku, Cieplice Ślaskie -Zdrój, Duszniki, Horyniec-Zdrój od 1938 roku uznane przez państwo za uzdrowisko, Iwonicz-Zdrój – od 1928, Konstancin-Jeziorna, Krynica-Zdrój, Kudowa-Zdrój, Lądek-Zdrój, Muszyna, Nałęczów – od 1928 roku, Piwniczna-Zdrój, Polanica-Zdrój, Polańczyk, Połczyn-Zdrój, Przerzeczyn-Zdrój, Rabka-Zdrój – od 1924 roku, Rymanów-Zdrój – od 1928 roku, Solec-Zdrój – od 1928 roku, Szczawnica – od  1924 roku, Szczawno-Zdrój, Świeradów-Zdrój, Świnoujście, Uniejów – od 2012 roku –  granice „Uzdrowiska Uniejów” obejmują miasto Uniejów i sołectwa: (Człopy, Spycimierz, Spycimierz-Kolonia, Zieleń), Ustka, Ustroń, Wapienne, Wieniec-Zdrój, Żegiestów-Zdrój.

 

ARTUR ŻAK: Objazdówka na kościach

Kreml organizuje dla dziennikarzy wyjazdy studyjne na okupowane tereny, do Mariupola, Melitopola, Chersonia i części obwodu zaporoskiego. Propagandyści dorzucili kolejny element do swoistego choris super ossa, czyli makabrycznego tańca na kościach, który uskuteczniali licznymi uroczystościami na podbitych ziemiach Ukrainy. Wśród rosyjskich dziennikarzy można zauważyć osoby, które na potrzeby rosyjskiego odbiorcy mają odgrywać rolę „zagranicznych dziennikarzy”.

Postać Grahama Phillipsa, czyli asa wśród „zagranicznych dziennikarzy” opisałem w poprzednim artykule, a teraz przyszedł czas na innych, może mniej znanych, ale nie mniej usłużnie wykonujących rolę, która została im przeznaczona.

Jeden z takich wyjazdów zorganizowała i szeroko relacjonowała publiczna stacja telewizyjna Kanał pierwszy/ Первый канал, nazywając go „desantem zagranicznych dziennikarzy”. Oprócz starannie przygotowanej scenerii, aktorów i statystów, w relacjach rosyjskich państwowych mediów mieliśmy możliwość obserwowania też samych „dziennikarzy”, którym możliwość przekonania się o „zbrodniach ukraińskiego reżimu” dało państwo rosyjskie. W tym przedstawieniu „zagranicznym dziennikarzom” też przygotowano role, a mianowicie role „zagranicznych dziennikarzy, którzy mieli przekonać rosyjskich widzów, że na świecie nie wszyscy są jednomyślni. W taki sposób Kreml legitymizuje wojnę w oczach swoich obywateli, dając im iluzję, że na świecie są niezależni dziennikarze, którzy popierają działania Rosji. Jednak wyszło jak zawsze, czyli ci, których buńczucznie nazywano „zagranicznymi dziennikarzami”, okazali się być różnej maści rusofilami, a czasem nawet zwykłymi szajbusami, których Moskwa zebrała i przywiozła na zrujnowany, okupowany teren Ukrainy, żeby pokazać swoim rodakom, jak się „zachodnim mediom” otwierają oczy.

Jedną z takich „dziennikarek”, była Osuka Tokuyama, przedstawiana jako dziennikarka japońskich mediów, która co prawda podczas tej „wycieczki” nie reprezentowała żadnej japońskiej redakcji, lecz jako wolny strzelec miała napisać artykuł dla japońskich portali informacyjnych. Natomiast prawda jest taka, że Pani Osuka, przez wiele lat uczyła się w Rosji, a w tej chwili mieszka w Moskwie i pracuje dla wybitnie z japońska brzmiącej agencji informacyjnej Rosja Dziś (Rossija siegodnia / Россия сегодня – red.), którą kieruje jeden z tuzów rosyjskiej propagandy Dmitrij Kisielow. W ramach tej grupy działa wielojęzyczny portal „Sputnik”, w którym w „japońskiej redakcji” pracuje Osuka Tokuyama.

Została nam zaprezentowana też inna przedstawicielka „zagranicznych mediów”, a mowa tu o pochodzącej z Kanady Ewie Bartlett. Jest to blogerka, która zasłynęła tworzeniem i powielaniem fejków na temat wojny w Syrii. Dlatego nic dziwnego, że i tu opowiadała o taktyce „ukraińskich nazistów” wzorowanej na tym co ona widziała już w Syrii, czyli wykorzystywaniu cywili jako żywych tarcz, a także aktorach udających zamordowane ofiary. Zresztą nikogo nie powinno dziwić, że współpracuje z telewizją  RT (kiedyś Russia Today – red.).

Byli też europejscy „dziennikarze”, np. „niemieckie media” reprezentował mieszkający w Petersburgu Thomas Röper, twórca strony Anti-Spiegel, znany z rozsiewania spiskowych teorii, między innymi na temat pandemii Covid-19. Od 24 lutego br., Thomas Röper cały swój zapał skierował na walkę z „ukraińskimi fejkami”. Tu pozwolę sobie wymienić kilka tez wielokrotnie transmitowanych w postach Röpera, które tak się składa, idealnie wpisywały się  w rosyjską narrację: a) zbombardowany przez Rosjan szpital położniczy w Mariopolu był bazą Azova, a ratowane spod zawałów kobiety z nagrań to aktorki; b) Rosjanie w Buczy nie mordowali bo już ich tam nie było, a ciała pomordowanych to inscenizacja przy użyciu ucharakteryzowanych aktorów; c) USA zorganizowały sieć laboratoriów, które pracowały na Ukrainie nad bronią biologiczną; d) planowana przez Polskę aneksja zachodnich terenów Ukrainy. To tylko kilka głównych tez, „niemieckiego dziennikarza”, ale to są tezy na które regularnie powołuje się rosyjska propaganda, wymieniając je jako „efekt niezależnego dziennikarskiego śledztwa niemieckiego dziennikarza”.

Jako „greckiego reportera”, zaprezentowano Athanasiusa Avgerinosa, który od 1986 roku mieszka w Moskwie i tam właśnie skończył dziennikarstwo. Na jego związki z władzą Rosji nie wskazuje jedynie jego miejsce zamieszkania, ale należy tu też wymienić wizyty u jednego z głównych tub propagandy Władimira Sołowjowa, zdjęcia z ministrem MSZ Federacji Rosyjskiej Siergiejem Ławrowym i rzeczniczką Marią Zacharową, a także pobyt na rosyjskiej bazie wojskowej w Syrii. Niestety do w/w należy dodać „wycieczki” okupowanymi częściami Ukrainy.

W roli „dziennikarza z USA”, pokazano nam Johna Marka Dougana, Amerykanina mieszkającego w Rosji, w której ukrywa się przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. John oprócz licznych teorii spiskowych, publikuje informacje o tym, że wirus Covid-19, został stworzony przez Amerykanów w ukraińskich laboratoriach. John Mark Dougan jest czwartym w historii obywatelem USA, który otrzymał w Rosji azyl.

Muszę zaznaczyć, że swoistą niespodzianką dla mnie był fakt, że nie zauważyłem w tym materiale żadnego „polskiego dziennikarza”, a byłem pewny, że zobaczę przynajmniej Dawida Hudźca, bądź Bartosza Bekiera. Nieobecność przedstawiciela „polskiego dziennikarstwa”, może wynikać z tego, że Polska była już określana przez establishment Rosji, jako „pierwszy kraj do denazyfikacji po Ukrainie”, więc uwiarygodnienie przekazu Polakiem nie miałoby sensu.

Jak widać Rosjanie nie zawracali sobie głowy, aby bardziej skrupulatnie przygotować tę propagandówkę, np. tak dobierając aktorów na role „dziennikarzy”, aby nie dało się ich zweryfikować dwoma kliknięciami myszką. Wniosek jest tylko jeden, że było to przedstawienie wymierzone w rosyjskiego odbiorcę, bądź takiego, który jest pod wpływem „ruskiego miru”. Jednakże w dobie natłoku informacji, nawet nam, tym którzy poruszamy się w przestrzeni medialnej obwarowanej standardami etyki dziennikarskiej, warto weryfikować przekazywane informacje ze stanem rzeczywistym.

 

 

O szufladkowaniu pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Wiśniewski, Prokop, autoryzacja, wspomnienia

Temat jest lekki, czyli ciężki, niepoważny, czyli istotny, plotkarski, czyli wart refleksji przy myśleniu o dziennikarstwie. Jak to w życiu, zależy jak się na sprawę spojrzy i jakie chce się wyciągnąć wnioski.

Otóż Michał Wiśniewski wydał książkę, która ma być biografią grupy „Ich Troje”. W publikacji zarzucił Marcinowi Prokopowi, że kiedyś tam wykorzystał prywatne rozmowy do zrobienia z nim wywiadu, co miało być bezwzględnym robieniem kariery po trupach; że opublikował rozmowę, która nie została autoryzowana, choć na autoryzację się umawiano i poszły w niej informacje, które nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Zarzut w zasadzie poważny (za chwilę o tym czemu „w zasadzie”). Marcin Prokop odpowiedział, że wywiad został zrobiony zgodnie z regułami sztuki, wysłany do autoryzacji, a sam Wiśniewski sprawy albo nie pamięta, bo życie ma na tyle burzliwe, że nie stawia się w nim na pamięć, albo też zastosował wymyślony zarzut do promowania książki. I tu na scenę wkraczają sprawy teoretyczne, dziennikarsko-biznesowe.

Po pierwsze: Gdyby rzeczywiście celem Michała Wiśniewskiego była promocja książki, przyznać trzeba, że udałoby mu się to znakomicie, bo o sporze z Prokopem powstało tysiące publikacji, komentarzy, odpowiedzi, odpowiedzi do odpowiedzi, a w wielu z nich pojawia się tytuł książki. Jeśli byłby to zabieg wyłącznie marketingowy, byłby nieetyczny i diabelnie skuteczny o czym niech świadczy kilka tytułów w mediach: „Michał Wiśniewski: Prokop zrobił karierę po trupach”, „Idą na noże! Michał Wiśniewski MIAŻDŻY Marcina Prokopa”, „Marcin Prokop z ostrą ripostą do Michała Wiśniewskiego. Nie patyczkował się”. I teraz pytanie: czy dziennikarz, który podejrzewa, że spór jest wywołany wyłącznie po to, żeby promować książkę powinien brnąć w cudzy sukces finansowy czy nie? Czy powinien pisać artykuły, że „miażdży”, czy raczej do sprawy albo dochodzić z dystansem, albo omijać?

Kwestie, które każdorazowo kiedyś rozstrzygali redaktorzy i redakcje zbierając informacje, analizując je i podejmując decyzje, zdaje się odchodzą do lamusa, bo mamy mechanizm poważniejszy od redaktorów, redakcji i dyskusji, a mianowicie klikalność. Będzie się klikać? Dajemy, bo to w naszym interesie, także finansowym. Nie będzie? To możemy dać sobie spokój. Za bardzo nie chcę tu rozdzierać szat, bo mechanizm „czy będzie się czytać”, który kiedyś stosowano, jest w dużej mierze tożsamy z dzisiejszym „czy będzie się klikać”, niemniej obserwuję nieco mniejszą refleksję przy promowaniu takich artykułów, z czego nie robię zarzutu. Warto jednak mieć świadomość, że ktoś może grać na promocję i samodzielnie zdecydować, czy chcemy w tym pomagać czy też nie.

Po drugie: Sprawy związane z wywiadami i autoryzacją wydają się nie mieć dobrego rozwiązania. W interesie dziennikarzy jest, żeby w ogóle żadnej autoryzacji nie było, bo przecież nie ma jej w czasie wywiadów na żywo, więc dlaczego ma być w formie pisanej, tym bardziej, że przecież w wielu krajach prawo prasowe w ogóle nie przewiduje żadnej autoryzacji? Kiedy jednak stajemy po drugiej stronie jest inaczej. Kiedy przeczytałem kilka wywiadów, których udzieliłem byłem zdumiony swoim językiem, którego nie używam i sformułowaniami, których nigdy bym nie sformułował, bo to nie były moje słowa. Wniosek?

Przy dobrej woli autoryzacja tekstu pisanego wszystkim może wyjść na dobre. Ale… Dostawałem autoryzacje, które w żadnym stopniu nie przypominały rozmów, które przeprowadziłem. Dostawałem autoryzacje wywiadów, które były czystą bezczelnością, bo wycinano moje pytania i wstawiano inne. Sytuacja kompletnie nie do przyjęcia, która każdorazowo kończyła się awanturami. I kolejna ważna kwestia przy wywiadach w ogóle. Komu ma być lojalny dziennikarz? Czy osobie, z którą przyprowadza wywiad, czy prawdzie, czy czytelnikowi? Czy może opublikować słowa, które udzielający wywiadu powiedział, których później się przestraszył, a one mogą jednak być istotne dla prawdy, ważniejszych wartości, na przykład spraw państwowych (sprawa Wiśniewski i Prokop nie jest akurat wagi państwowej)? Czy dziennikarz może złamać umowę, bo wybiera większą wartość? Inna sprawa, że czasem może go po prostu potwornie kusić, żeby zacytować informacje podaną, a zastrzeżoną, bo chce mieć dobry materiał. Jak to wyglądało w przypadku Wiśniewski – Prokop, nie wiem.

Po trzecie: naszym rozmówcom, wywiadowanym zdarza się niestety kłamać i to świadomie. Mam w przypadku Michała Wiśniewskiego pewne osobiste doświadczenia. Dwadzieścia lat temu, pracując jeszcze w Łodzi, razem z red. Dariuszem Pawłowskim znaleźliśmy Michałowi Wiśniewskiemu mamę. Miał bardzo trudne dzieciństwo, rodzice niewydolni wychowawczo, nadużywający alkoholu, ojciec popełnia samobójstwo, matce odbierają prawa rodzicielskie, wychowuje go w Niemczech ciotka, na którą mówi mama. Prawdziwej mamy się wtedy wstydził. Nie dziwie się. Znaleźliśmy ją w łódzkiej melinie, w strasznym stanie, upojoną i nawet nazbyt rozmowną. Nie chcieliśmy wierzyć, że to jego mama. Przedstawiła dokumenty, zdjęcia, które po zweryfikowaniu nie pozostawiały żadnych wątpliwości.

Pojechaliśmy z Darkiem do Opola, gdzie trwał właśnie konkurs piosenki. Znaliśmy się z Michałem, poprosiliśmy o krótką rozmowę. Przyjął nas w pokoju hotelowym, jak prawdziwa gwiazda, którą bez wątpienia był. Był z jakąś kobietą. Kiedy powiedziałem, że znaleźliśmy mu mamę, podałem o kogo chodzi, gdzie mieszka, jak się nazywa i co powiedziała, Michał wyprosił kobietę z pokoju. Następnie zaczął się festiwal zaprzeczeń. Stwierdził, że to nie jego matka. Zaprzeczał wielokrotnie, z pełną świadomością. Czy należy się mu dziwi, że kłamał? Cóż, pani Grażyna nie była wówczas osobą, którą można byłoby się pochwalić.

Po czwarte: Osobiście przy sprawie Michała Wiśniewskiego sporo się nauczyłem. Za szybko go zaszufladkowałem i zaszufladkowałem nisko. A potem okazało się, że jednak zaopiekował się matką, wyciągnął ją z nałogu, z biedy, zamieszkał z nią, dał nowe życie. To było wielkie, to było imponujące, tego się nie spodziewałem. Dlatego o tej bardzo pokomplikowanej osobie, jaką jest Michał Wiśniewski nie potrafię myśleć źle. Ostrożnie z tymi szufladkami.

JAN TESPISKI: Podróże, tournée i serdeczni koledzy ze sceny (5)

Od zarania dziejów teatru artyści sceny byli w drodze. Świadczy o tym przypadek protoplasty greckiego teatru, Tespisa. Według przekazów posiadał on wóz. Posiadania tego wehikułu nikt z badaczy nie kwestionuje, ale interpretacje są dwie. Według pierwszej szkoły Tespis, wystawiając na wsiach dramaty, wykorzystywał czółno osadzone na kółkach (tzw. carrus navalis – „wóz Tespisa”), co uważa się za pierwszy rekwizyt teatralny. Mogło być tak, że sam Tespis, który występował jako Dionizos, siedział w czółnie i prowadził dialog z chórem. Druga szkoła twierdzi, że Tespis występował na prawdziwym wozie, którym przyjeżdżał do wsi i małych osad.

Jakby  nie było – tu obie szkoły są zgodne – Tespis ze swoim zespołem „był w objeździe”. Teatry zawsze podróżowały, bo szukały widzów, ergo zarobku.

Po sukcesach we Lwowie

W czasach, w których nie było radia i telewizji, a gazety nie były czytane przez ogół, teatry w objeździe wypracowały własne metody reklamy. Jedną z nich było użycie lokalnego herolda, który chodził po mieście z dzwonkiem, lub werblem i dzwonił lub tłukł w bębenek jak oszalały. A gdy zgromadziła się koło niego jakaś grupa tubylców, ten magistracki wysłannik głośno zapowiadał przybycie teatru. Innym sposobem było drukowanie afiszy.

I tu dochodzimy do anegdoty. Wędrowne trupy teatralne najczęściej na afiszach pisały: „Po oszałamiających sukcesach w Krakowie i Lwowie, teatr – powiedzmy, że KOMEDIA – wystąpi w Bochni z bombą humoru…”. Dalej szły informacje o miejscu i terminie występu, oraz cenach biletów. W większym miasteczkach podawano też nazwiska aktorów.

Na ogólne życzenie publiczności

Jeżeli na pierwszym przestawieniu – w takiej Bochni – publiczność nie dopisała, teatr natychmiast rozwieszał nowy afisz z wielkim hasłem: „Na ogólne życzenie publiczności, odbędą się dodatkowe przedstawienia”. Bez próby kolejnego złowienia widza aktorzy musieliby dalej iść piechotą.

W przypadkach teatrów stricte komediowych jednym ze sposobów reklamy były przemarsze ubranych w kostiumy aktorów przez miasto. Aktorzy w kostiumach odwiedzali też restauracje i kawiarnie. Dzisiaj ten zwyczaj przetrwał jeszcze w Anglii i Szkocji.

Dokąd jechać z Solskim

Duże polskie teatry od zawsze marzyły o tournée. Przez co rozumiano występy w największych miastach Europy. No, niechby chociaż w Budapeszcie czy Pradze.

Stara anegdota opowiada, jak Jerzy Leszczyński, wybitny aktor, wspominał czasy swego angażu w Krakowie.

– Mieliśmy wtedy w Teatrze Słowackiego wspaniały zespół. Moglibyśmy z tym zespołem zjeździć pół Europy – mówił aktor. – Ponieważ jednak grywał z nami także sam pan dyrektor Solski, to co najwyżej mogliśmy dojechać do Pardubic.

Obaj wielcy nie znosili się. Podobno w czasie jednego z przestawień „Zemsty” Fredry doszło do skandalu. Ludwik Solski, który grał Rejenta Milczka, był tak rozdrażniony aplauzem z jakim spotykał się Leszczyński, w roli Papkina, że ściągnął z zastawki teatralnej obraz i wbił to płótno w głowę Leszczyńskiego. Tym samy głowa Leszczyńskiego wystawała z ram pękniętego płótna. Publiczność jednak odebrała ten fakt jako kolejny wysmakowany pomysł Leszczyńskiego i nagrodziła go wielkimi brawami.

Barcelona, Paryż i Rio de Janeiro oraz Chabówka

Historia lubi się powtarzać. Złośliwość Leszczyńskiego, co do Pardubic, znalazła po kilkudziesięciu latach swój ciąg dalszy. Oto w późnych latach siedemdziesiątych, w krakowskim klubie SPATIF siedzieli trzej zacni aktorzy, dwaj byli ze Starego – Jerzy Bińczycki i Jerzy Trela, jeden ze Słowackiego – Marian Cebulski. Cebulski, świetny aktor, cieszył się zasłużonym uznaniem widzów i środowiska, był także prezesem klubu, w którym panowie jedli późną kolację.

– To jak teraz właściwie jedziemy? – zapytał Bińczyckiego Trela.

– Zaraz ci powiem, konkretnie… – Bińczycki wyjął z kieszeni marynarki rozpiskę. – Najpierw 10-go wylatujemy do Paryża, i tam gramy trzy razy. 16-go lecimy do Madrytu, i też gramy trzy razy. A na koniec 23-ego startujemy do Rio de Janeiro.

– Dziękuję i tak nie zapamiętam – powiedział Trela.

– U sekretarki dostaniesz plan tego tournée. Jeśli nie zapomnisz pójść do sekretariatu… albo ja już wezmę dla ciebie.

Zapanowała chwila ciszy, panowie milcząc jedli – jak u Mickiewicza. Po chwili jednak odezwał się Cebulski.

–  My też mieliśmy jechać. Do Ołomuńca, ale że była przesiadka w Chabówce, tośmy zrezygnowali.

Bińczycki o Treli

Ta jest anegdota dokładnie z 1972 roku. Jerzy Bińczycki i Jerzy Trela serdecznie się przyjaźnili, o czym wiedział cały Kraków. Dlatego pewna młoda dziennikarka, uzyskawszy zgodę centrali na reportaż o Jerzym Treli, zwróciła się właśnie do Bińczyckiego z prostym, ale oryginalnym pytaniem: „Jaki jest Trela?”

Wiele młodych dziennikarek w latach 70-tych „kochało teatr”. Była to jednak w większości przypadków miłość bezrozumna. To znaczy już sam kontakt z aktorami powodował, że dziennikarki przestawały myśleć. Jeżeli dodamy do tego słabe rozeznanie dziennikarek w sprawach teatru, to mamy gotową bombę, która musiała kiedyś wybuchnąć.

Bińczycki na rozmowę o Treli zgodził się. I pewnego dnia w garderobie teatralnej aktora – jest to do dzisiaj ulubiona i jakże oryginalna przestrzeń do rozmów z aktorami – stanęła naprzeciw Bińczyckiego ekipa, z dużą kamerą, bo w tamtych czasach kręcono jeszcze na taśmie światłoczułej. Było też dwóch oświetleniowców, dźwiękowiec, kierowniczka produkcji i oczywiści pani redaktor.

Bińczyckiego usadzono na krześle, w tle lustro.

– Jakim człowiekiem jest Trela – zapytała do kamery dziennikarka.

– O, to wielki temat. Pyta pani jak wielkim człowiekiem jest Trela…? – powoli, z rozmysłem zaczął Bińczycki.

Dziennikarka błogo przymknęła oczy, zaczęło się dobrze…

– Trela nie jest mężczyzną wielkiego wzrostu, ale ma duszę giganta. A przy tym on jest po prostu chodzącą dobrocią. Zawsze mnie paraliżuje tym swoim otwarciem na innych. Jest ciekaw ludzi, jakby to inni mieli podpowiedzieć jak żyć, co robić. A w pracy… jest wprost niepohamowany. Na ulicy wygląda jak każdy inny człowiek, ale w pracy… – Bińczycki mówił sprawnie i wnikliwie.

Dziennikarka przerwała, bo trzeba było zmienić taśmę. Potem Bińczycki skupił się na charakterystyce zawodowej Treli.

– Wie pani, życie jest walką, a on do walki jest urodzony. Dla niego nie ma lepszych i gorszych dni. On zawsze daje z siebie wszystko. W pracy wstępuje w niego demon pracy. Ja po prostu nie mogę od niego oderwać oczu, gdy on pracuje…

Zmieniono drugą taśmę na trzecią, dziennikarka była w uniesieniu, bo szykował się fantastyczny materiał. Bińczycki mówił teraz o szanowaniu widzów, o tym, że Trela nienawidzi fuszerki, odpuszczania. A na koniec powiedział:

–  A czym mnie ostatnio ujął najbardziej, że wiedząc, iż na olimpiadę nie pojedzie, zgodził się być sparingpartnerem kadry. Dla wszystkich bokserów świata Trela powinien być wzorem.

Kamera stanęła, bo nie było już taśmy.

– Przepraszam, ale o kim pan mówi?

– Tak jak pani pytała, o Trelę. A ja znam dobrze Lucjana Trelę, wielkiego boksera.

– Ale mnie chodziło o aktora, o Jerzego Trelę… – dziennikarka była załamana, bo trzy puszki taśmy poszły na marne.

– A wie pani, rzeczywiście, jest chyba ktoś taki w naszym teatrze, tak, ma pani rację… –   powiedział Bińczycki.

 

O idealnych niewolnikach pisze WALTER ALTERMANN: Ważne drobiazgi mózgowe i polityczne

Powiadają, że życie składa się z drobiazgów. Ale większość z nas na drobiazgi uwagi nie zwraca, czekając na Wielkie Sprawy, jak na główną wygraną w Eurojackpocie. Może dlatego większości z nas czas ucieka, jak piasek między palcami na plaży.

Nie widzimy ważnych drobiazgów, na których trzeba się skupić, a wielkie wygrane padają najczęściej w Danii, Finlandii i Niemczech.

Znerwicowana nerwica

Doszedłem do wniosku, że we współczesnym świecie wszyscy są znerwicowani, na nic nie mają czasu i na niczym nie potrafią się skupić. Weźmy politykę.

Publiczność polityczna, którą obsługują nasi wybrańcy do Sejmu i Senatu, ma cechy, pozwalające na gigantyczne manipulacje. Przede wszystkim elektorat jest niecierpliwy, łatwo się nudzi i codziennie żąda nowych sensacji.

Politycy doskonale wiedzą, że elektorat ma mentalność 5-letniego dziecka, którego nowa zabawka zajmuje co najwyżej trzy dni. Dlatego tzw. sensacje mają być „sprzedawane” w atmosferze „tylko u nas, z ostatniej chwili, to niemożliwe, skandal, afera”. Dodatkowo wszystkie portale wprowadziły informacje, że dany artykuł zajmie nam w czytaniu 2, 5 lub 7 minut. Informacji o materiałach na 10 minutowe czytanie nie zauważyłem, czyli wydawca zakłada, że nikt nie jest w stanie skupić się dłużej niż 9 minut.

Gdzie te czasy, kiedy przeciętny polski inteligent czytał sążniste artykuły albo kilkusetstronicowe powieści bez obrazków? Co się z nami stało? Co stało się z naszymi dziennikarzami, że materiał powyżej 10.000 znaków uważają za cegłę jak „Sagę rodu Forsyte’ów”? Dla spokoju sumienia wyjaśniam, że powieść Johna Galsworthy’ego nie jest najdłuższą ze znanych mi powieści. Bo są jeszcze „Buddenbrokowie” Tomasza Manna, czy nasze „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej.

Ludzie uparli się i mówią, że w dzisiejszych czasach nie mają czasu na czytanie. Można by przyjąć takie wytłumaczenie, gdyby nie oczywiste pytanie: a co Państwo robią w wolnym czasie, bo jakiś wolny czas jednak Państwo mają?

Czas wolny

Otóż większość z nas, po powrocie do domu, siada przed telewizorem w fotelu. Z którego wstajemy z powodów jedynie fizjologicznych. I żeby jeszcze był to fotel pilota F 35… To jest tylko fotel lenia, który całe życie oszukuje się, że to co właśnie puszczają mu w okienku jest szalenie ważne, że gdyby tego nie zobaczył, umarłby… Albo cały świat zginąłby.

Czy ludzie pracują nad sobą? Nad swoją wiedzą, swymi relacjami z innymi nieczytającymi, z dziećmi, z żoną, teściami, braćmi i siostrami? Nie pracują, bo muszą oglądać seriale, przeglądać Facebooka czy innego Twittera.

Przerażeniem przejmuje mnie widok maleństwa w wózku, któremu matka daje do rąk komórkę. A sama w tym czasie rozmawia o monstrualnych głupotach z jakąś podobną jej matką. W tramwajach i autobusach taki widok to dzisiaj norma obyczajowa. Matka, która unika kontaktu, nie ma czasu, nie potrafi zająć się własnym dzieckiem nadaje się właściwie do pozbawienia praw rodzicielskich.

A te tłumy młodych ludzi ze słuchawkami w uszach? Idą przez miasto i rozmawiają, nie zwracając na nic uwagi, nie widząc innych ludzi, nie postrzegając nieba, drzew, krzewów i budynków. Czasem nawet nie zauważają samochodów, z czego są zabici i ranni. A o czym ci idący słuchawkowicze tak gadają? O niczym. Tak sobie paplą dla zabicia czasu. Gadają bez przerwy, bo boją się chwili, w której mogliby o czymś pomyśleć, w której coś mogłoby im przyjść do głowy… Może i mają rację, bo każda myśl jest niebezpieczna, może wywrócić indywidualne ludzkie życie a nawet mapę świata. Były już takie przypadki.

To ustawiczne gadanie, przeglądanie Internetu i gapienie się w telewizor są właściwie wyrazem panicznego lęku przed niezależnym myśleniem. Bo myślenie może też przynieść życiowe klęski. Więc lepiej nie zastanawiać się nad niczym. I tylko tak sobie, luźno żyć.

Teoretyczna równość

Demokracja spowodowała, że teoretycznie ludzie są równi. To piękna, wielce humanistyczna idea, którą poparłbym całym sercem, gdyby nie fakt, że ludzi jednak równi nie są. Widzę przecież, rudych, łysych, blondynki, farbowane i naturalne. Widzę też grubych i chudych, ładnych i takich sobie, sprawnych i fajtłapy. Ale wygląd nie jest najważniejszy.

Ludzie nie są równi również pod względem charakterów, wykształcenia i inteligencji. I nie mówmy tylko, że o wszystkim decydują geny, środowisko rodzinne, wzorce środowiskowe. Świat zna ludzi z nizin, wręcz z rynsztoka, którzy wydźwignęli się na wyżyny intelektu, artyzmu, nauki i techniki. Jedno łączyło tych wszystkich wielkich, z pozoru skazanych na klęskę – oni bardzo chcieli wybić się, mieli ambicję i byli pracowici.

A jak jest dzisiaj? Marnie jest. Ludność planety Ziemia, w tym i my, zrobiliśmy się okropnie leniwi. I większość z nas uważa, że wszystkiemu winni są politycy, sitwy i znajomości. Jeżeli sami się nie kształcimy, to uważamy, że wykształceni są kanaliami. Jeżeli jesteśmy już budowlańcami, to nie staramy się lepiej montować instalacje elektryczne, wodociągowe, klimatyzację. A nauczyciele? Przejmują się swoimi uczniami tak na 100 procent? A dziennikarze? Rzeczywiście dążą do oddania prawdy o świecie? Większość z nich chciałaby pisać komentarze. O czym? A to nieważne. Brakuje w Polsce nie tylko lekarzy. Nie mamy już właściwie rzemieślników, którzy naprawiliby dobrze buty, uszyliby dobry garnitur, czy naprawili dobrze samochód.

Dzisiejszemu światu na imię obojętność. Obojętność wobec samego siebie i innych. Zanurzyliśmy się w nieprawdziwym świecie mediów. I tak, dla świętego spokoju, z lenistwa taplamy się w tym bajorku.

Anarchia matką porządku

Świat zrobił się mały, skurczył się, bo w ciągu kilkunastu godzin można przemieścić się do Australii, a jeszcze 80 lat temu taka podróż trwałaby tygodnie. Telewizja i Internet dają nam pozory, że aktywnie uczestniczymy wżyciu tej „globalnej wioski”. Ale „telewizja kłamie”, bo jesteśmy jedynie biernymi obserwatorami, tego co dzieje się naprawdę. Nadto, media nie pokazują nam prawdy o świecie, żeby nas nie denerwować i nie wpędzać w depresję. Jeżeli głód jest jednym z trzech najważniejszych problemów planety, to w mediach gości na miejscu pomiędzy 70. a 80.

Wiem, że moje widzenie świata jest trochę anarchistyczne. Ale bez odrobiny anarchii byłoby jeszcze gorzej.

My, idealni niewolnicy

Przeczytałem, to co opisałem i doszedłem do wniosku, że to świat idealnych niewolników. Takich jak my dzisiaj, takich, co chcą być niewolnikami. Z jednym zastrzeżeniem, żeby trochę więcej nam płacili a rachunki nad morzem nie były tak wysokie. I żeby nie było wojny, bo trudno o cukier.

Trochę mnie już znudziło pisanie o wielkich tego świata, tym bardziej, że ich jest jakieś 3 procent na planecie, a nas idealnych niewolników jest znacznie więcej, bo 97 procent. I w dużej mierze sami sobie zgotowaliśmy nasz los.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Katyń pod Warszawą?

Polskie miejsca pamięci w Rosji i na Białorusi są zagrożone. Jak je ratować? Część środowisk katyńskich ma receptę. – Katyń to namacalny ślad sowieckiego totalitaryzmu i nie można pozwolić, aby został wymazany z pamięci. Po gułagach nie zostało nic. Cmentarz w Polsce położy kres zamiarowi Stalina, aby zatrzeć historię zamordowanych ludzi. Tylko w kraju mogą liczyć na godny pochówek. Na Wschodzie powinny zostać jedynie symboliczne miejsca pamięci – uważa Witomiła Wołk-Jezierska, córka oficera WP zamordowanego w lesie katyńskim.

 

Wieś Mikuliszki w obwodzie grodzieńskim, tuż przy granicy z Litwą. Na początku lipca br. Łukaszenkowcy zrównali z ziemią groby polskich żołnierzy, w tym 3 Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez kpt. Gracjana Fróga „Sczerbca” – polegli tu 8 stycznia 1944 r. w wygranym boju z Niemcami i kolaborującymi z nimi Litwinami.

Kolejne wydarzenie. Połowa kwietnia br. Pod Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu podjechała kolumna ciężarówek – wywrotek i dwa ciągniki – spychacze z flagami Rosji i zbrodniczymi oznaczeniami używanymi podczas agresji na Ukrainę „Z” i „V”. Kto za tę katyńską prowokację odpowiada? Oficjalnie „działacze ze Smoleńska”. W praktyce oczywiście Kreml. Putinowcy.

Koniec czerwca br. To samo miejsce, czyli Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu. Ktoś z memoriału usunął biało-czerwoną flagę. Kto? Sprawcy nawet nie ukrywali, że są nieznani. Do prowokacji przyznało się Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej. Czyli Putinowcy. Prowokację potwierdziła dyrektor Muzeum Współczesnej Rosji Irina Wielikanowa: „Flagi rosyjska i polska były symbolem przyjaźni między naszymi narodami. Polska zajęła otwarcie wrogą pozycję wobec Federacji Rosyjskiej. W takich warunkach obecność symboli państwowych Polski na terenie memoriałów jest niestosowna”.

Maj 2020 r. Twer. Z budynku dawnej siedziby NKWD (obecnie Uniwersytet Medyczny) znikają dwie pamiątkowe tablice ofiar zbrodni katyńskiej. To historyczne bestialstwo, polityczny wandalizm. Z oficjalnych czynników rosyjskich nie płyną słowa potępienia. Ale kto jest winien? Oficjalnie Maksim Kormuszkin, „twerski działacz społeczny”. Czyli Putinowcy.

W książce „Śpij, Mężny” Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: „z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny – wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: „Wiem, że żyjesz, i że wrócisz … I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia … napisz, żeby przyjechał”.

Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany przez sowieckie NKWD na rozkaz najwyższych władz sowieckiego państwa.

W listach z Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska pojawia się życzenie – powrót do wolnej Polski. Czy teraz, po latach, będzie można zrealizować testament ofiar…

– Nasi mężowie i ojcowie na pewno nie chcieliby pozostawać przez następne lata na nieludzkiej ziemi – argumentuje Witomiła Wołk-Jezierska.

Jej ojciec, Wincenty Wołk, rocznik 1909, był porucznikiem artylerii ciężkiej, wykładowcą Mazowieckiej Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii im. Józefa Bema w Zambrowie. Pojmany przez Armię Czerwoną 17 września 1939 r. we Włodzimierzu Wołyńskim jako jeniec wojenny trafił do obozu w Kozielsku.

– Urodziłam się już w Rumunii, w 1940 r. 6 marca ojciec napisał z Kozielska, żeby poczekać na niego z chrztem – wspomina Jezierska. – To był jego ostatni list

Starania części środowisk katyńskich o sprowadzenie zwłok pomordowanych do kraju trwają dekady. Wkrótce po 1989 r. powstał pomysł utworzenia pod Warszawą Sanktuarium Męczenników Polskich, z katakumbami katyńskimi i pełnymi informacjami o ofiarach. Potem nazwę zmieniono na Nekropolię Katyńską. Projekt zabudowy podzielił teren na cztery sektory: kozielski, ostaszkowski, starobielski i więzienno-obozowy (dla 7305 poległych w miejscach dotąd nieznanych). Nad grobami miała górować bazylika Matki Boskiej Katyńskiej. Muzeum Pamięci zgromadziłoby dokumentację mordów, przedmioty uzyskane podczas ekshumacji i ofiarowane przez rodziny.

Inny, prócz groźby likwidacji cmentarzy, argument za przeniesieniem szczątków do Polski brzmi: Rodziny zamordowanych, ludzie starzy i schorowani nie mają ani sił, ani pieniędzy, aby odwiedzać miejsca kaźni na Wschodzie.

Przez lata część rodzin pisała wnioski do najwyższych władz Rzeczpospolitej o sprowadzenie do Polski zwłok ich bliskich. Odpowiedzi były wymijające albo w ogóle ich nie było.

W nawiązaniu do wniosków, ówczesny sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik pisał, że nie ma możliwości całkowitej identyfikacji poszczególnych szczątków i ich indywidualnych ekshumacji z masowych mogił, a wola kilkunastu osób „nie może przeważyć woli kilkunastu tysięcy członków Rodzin Katyńskich”. Andrzej Przewoźnik powoływał się tym samym na uchwały Zjazdu Federacji Rodzin Katyńskich ze stycznia 1996 r. (brak zgody na przeniesienie zwłok do kraju i poparcie budowy cmentarzy wojskowych w miejscu pogrzebania ofiar).

– Przewiezienie szczątków naszych ojców do kraju nie jest ani wielkim problemem finansowym, ani technicznym. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli – komentowała Wanda Rodowicz, wnuczka zamordowanego w Katyniu mjr WP Stanisława Rodowicza (rodzina por. Jana Rodowicza „Anody”, ale też Maryli Rodowicz). – Inne państwa poszukują, ekshumują i zabierają zwłoki swoich żołnierzy do ojczyzny. Tak zrobili Niemcy z poległymi w Rosji.

Jacek Trznadel, członek Polskiej Fundacji Katyńskiej, autor słynnej „Hańby domowej” był przeciwny idei: powrót zwłok do Polski byłby na rękę Rosjanom, gdyż ślady zbrodni uległyby zatarciu. A legendarny kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański dodawał, że cmentarze w Katyniu, Charkowie i Miednoje będą przypominać o mordzie i jego sprawcach przyszłym pokoleniom Rosjan.

– Dla nas najważniejsza jest świadomość młodych Polaków. Jeśli zwłoki polskich oficerów pozostaną na Wschodzie, nie wytworzy się u nas kult ofiar – odpowiadała Wanda Rodowicz.

W 1994 r. Polska podpisała z Rosją i Ukrainą umowę o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji. Umowa zakłada m. in., że po ekshumacji, na życzenie rodzin lub władz kraju, może nastąpić „przekazanie szczątków zwłok żołnierzy i osób cywilnych do pochowania w ojczyźnie”. W artykule piątym czytamy: „Jeśli teren będący miejscem pamięci i spoczynku lub jego część, ze względu na wyższą konieczność państwową jest niezbędny dla innych celów, wówczas Strona, na której terytorium państwowym ten teren się znajduje, zmieni jego granice lub wydzieli inny odpowiedni teren i poniesie wszystkie koszty powtórnego pochówku i urządzenia cmentarza”.

– Umowa dopuszcza likwidację polskich cmentarzy, na przykład, gdy ktoś będzie chciał wybudować na ich miejscu autostradę – podkreśla Witomiła Wołk-Jezierska. – Zresztą jakie to cmentarze? Cmentarze wojenne powstają po bitwach, a żołnierze są grzebani oddzielnie, według narodowości. W Katyniu żaden z oficerów nie zginął z bronią w ręku i nie został pochowany. Tam nie ma grobów, są doły śmierci. Były one wielokrotnie profanowane, m. in. podczas ekshumacji, na zwłoki wyrzucano śmieci, a w Miednoje spuszczono szambo.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Zebranie wspólnoty pacjentów

– Otwieram spotkanie wspólnoty pacjentów Sali Nr 4 Szpitala Psychiatrycznego imienia Pawki Morozowa z kolegą pielęgniarzem. Koledzy! To nie tak miało być! Na początku pobytu mówiono nam, że będziemy się tu czuli bezpiecznie i będziemy mogli się realizować w ramach naszych zainteresowań i talentów. A teraz co? Szpital się rozrósł, pielęgniarze nie mają dla nas czasu…

– Ja protestuję!

– … Poczekaj Piotrek, wytrzymaj chwilę, niedługo się wypowiesz. Wracając do meritum. Pielęgniarze nie mają już dla nas czasu i nie mają już do nas cierpliwości. Instytucja, która miała nas chronić, jest przeciwko nam, a to jest bardzo niebezpieczne dla całości przedsięwzięcia.

– No właśnie! Nagle wpadli na pomysł, że to skandal straszny, że kolega zjadł regulamin. Pamiętacie to? Skandal! Horror! Jak to możliwe! No ludzie! Jesteśmy w szpitalu psychiatrycznym!

– Ja protestuję!

– … Jeszcze nie teraz Piotrek, poczekaj na swoją kolej.

– No właśnie! Mamy całą podgrupę zadaniową rzucającą kupą z okien w przechodniów. Tymczasem pielęgniarze odebrali nam zapas kupy pracowicie zebrany z ostatniego miesiąca! Kto nie posiada tego poczucia misji, tego DNA człowieka całkowicie oddanego sprawie, ten tego nie zrozumie. Tak nie może być!

– Ja protestuję!

– Zamknij się Piotrek. Potrafisz wytrzymać pięć minut? Zostaw to krzesło! No dobrze, mów, skoro musisz.

– Ja protestuję! Łamana jest nasza wolność pacjenta szpitala psychiatrycznego! To jest jakaś przestarzała koncepcja, która mówi „sala jest pacjentów, a dyżurka pielęgniarzy”. Jakie to prymitywne! My jesteśmy byznes drajwing baj kontent! My tu zgromadziliśmy wyrafinowane umiejętności! To nie są jakieś bzdety. To ja zjadłem regulamin! A tymczasem pielęgniarze kazali mi go przepisać! Sto razy! Znacie tę historię?! I to szurum burum…

– Usiądź Piotrek, proszę cię.

– Sam usiądź, oni chcą mi odebrać notatki, przeprowadzać eksperymenty! Zdajesz sobie sprawę z tego co może się stać, jeśli moje notatki wpadną w niepowołane ręce? Czy ty tego nie rozumiesz?! Im chodzi o władzę i pieniądze! A Jurek ma spadać!

– Jaki Jurek?

– Nie zawracaj mi głowy jakimś Jurkiem. Głosy kazały mi pisać notatki. Nie możemy pozwolić, nie możemy ich rozdać, puścić luzem, bo stracą do nas zaufanie! I każą nam spadać, a wy zostaniecie z tym czarno-białym telewizorem, w którym lecą tylko telezakupy. Ludzie! Zastanówcie się! Co to w ogóle jest!? Ta metoda jest zdradziecka!

– Dosyć Piotrek, usiądź, napij się wody.

– Ja protestuję!

– Dosyć, powiedziałem. Sam pan widzi kolego pielęgniarzu, sprawa jest bardzo poważna. Jeżeli chcecie na nowo współpracować z pacjentami, to musicie się zgodzić, że w dyżurce będzie siedział jeden z pacjentów. No nie ma wyjścia.

[oklaski]

– Bez tego będzie permanentny toksyczny układ i konflikty będą wybuchały co chwila. Bo nagle ktoś w dyżurce wpadnie na pomysł, że skandal straszny, bo kolega zjadł regulamin. Pamiętacie to, prawda? Tego typu idiotyzmów nie będzie, jeżeli w dyżurce będzie siedział ktoś, do kogo pacjenci mają zaufanie. To nie może być osoba przypadkowa.

Naprawdę nie stawiajcie nas pod ścianą. Nie stawiajcie nas, bo my się nie cofniemy. Czy jest pan kolego pielęgniarzu gotów wynegocjować z nami dyżurnego, który będzie odpowiedzialny za wszystko co jest związane z funkcjonowaniem Sali?

– Rozumiem, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że pielęgniarze nie wybierają się sami? Jest jakiś dyrektor, ordynator… To jest szpital!

– Tak, tak, kierownicza rola partii też była wpisana do konstytucji. Doskonale pan wie, że jeżeli taka będzie wola polityczna nasza i wasza, to jest to do przeprowadzenia!

– Ja protestuję!

– Idź, bo jak cię…

[Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe i niezamierzone]