Nie pokazujcie tego dzieciom, bo SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI pisze, że: Lesbijki stają się passé

Międzynarodowa chryja w rodzinie LGBTQitd. Ale jaka! Kłócą się między sobą. Ale jak! O sprawie poinformowała BBC na swojej stronie internetowej w artykule pod tytułem „No place for hate”, „Nie ma miejsca na nienawiść”.

Z grubsza: W Cardiff, Walia, był marsz społeczności LGBTQitd podczas, którego miał miejsce brzemienny incydent. Grupa lesbijek „Get The L Out” zaprotestowała przeciwko temu marszowi. No luuudzie. Gdzie był rząd? Kto do tego dopuścił? Jak można? Protestować przeciw LGBTQitd?

Co z tego, że lesbijki. Jak można? One, te lesbijki miały transparenty i wykrzykliwe gardła. Niosły napisy „Transaktywizm wymazuje lesbijki”, co wymaga objaśnienia, ale o tym za chwilę. Angela Wild z tej grupy lesbijek powiedziała BBC: „Wygląda na to, że pociąg do osób tej samej płci staje się teraz przestępstwem z nienawiści”. No bo tych lesbijek nie wpuszczono na ten marsz LGBTQitd. Policja ich nie wpuściła, bo się bała, że będzie dym. Czy Państwo to w ogóle rozumieją?

Bo tu się można pogubić. Jeszcze raz. Jest marsz LGBTQitd, w którym to skrócie „L” oznacza lesbijki i lesbijki protestują przeciwko temu marszowi i one nie mogą w nim wziąć udziału. Dziwne. Czemu one protestują? No właśnie, to wymaga objaśnień. Otóż według lesbijek rewolucja poszła w złym kierunku. Otóż są podobno na świecie nierzadko, podobno transeksualni mężczyźni, fizycznie wyposażeni jak mężczyźni (tu nie będę doszczegóławiał), ale rzeczy wcale nie są takie, jakie się wydają. I chociaż ci transmężczyźni mają… to nie należy z tego wyciągać bynajmniej wniosków, że to mężczyźni, bo oni sami mówią, że są kobietami i trzeba ich traktować jako kobiety, które mają pociąg do kobiet, więc są kobietami lesbijkami, chociaż są mężczyznami, ale trans, co według nich wszystko zmienia, a według nietolerancyjnych lesbijek nic.

Te nowe jakby męskie lesbijki domagają się od lesbijek tradycyjnych i konserwatywnych dopuszczenia ich do lesbijek. To znaczyłoby między innymi, że te stare lesbijki powinny odczuwać pociąg do tych wyglądających na facetów trans. A lesbijki uparte jakieś nie chcą do nich odczuwać tego pociągu. One chcą odczuwać pociąg do kobiet i chyba uważają tych trans za może jakiś oszukańców, może jakichś przebierańców, w każdym razie nie chcą się do nich pociągać. Z tego powodu nasze stare dobre lesbijki zostały nazwane „nietolerancyjnymi”.

No proszę Państwa, gorzej być nie może. „Nietolerancyjnymi”? To środowisko nie zna gorszej obelgi. Lesbijki oczywiście twierdzą, że one chcą po prostu utrzymać swoją tożsamość lesbijską, ale transmężczyźni, którzy uważają się za lesbijki uważają, że to okrutne tak ich traktować jak nielesbijki i prawdopodobnie płaczą. W tej sytuacji nie wiadomo, co to będzie, ale wygląda na to, że ruch LGBTQitd będzie musiał się pozbyć pierwszej literki „L”, bo lesbijki są nietolerancyjne. W każdym razie będę dla Państwa śledzić tę trudną dla postępu sytuację i relacjonować z całą starannością. Dziękuję za uwagę.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja walczy z prawdą bolszewickimi metodami

Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę 224 Rosjan usłyszało zarzuty karne za ich antywojenne stanowisko, a wobec 3807 osób wszczęto sprawy administracyjne dotyczące „zdyskredytowania armii rosyjskiej”.

Od pierwszych dni po przejęciu władzy w Rosji bolszewicy starali się ukryć prawdę zarówno o swoich aktach terroru, jak i o innych zbrodniach przeciwko społeczeństwu. W tym celu już w 1922 r. do kodeksu karnego zostały wprowadzone następujące przepisy: art. 69 — agitacja i propaganda antysowiecka, art. 70 — propaganda i agitacja na rzecz międzynarodowej burżuazji, art. 72 — produkcja, przechowywanie i dystrybucja literatury kontrrewolucyjnej, art. 73 — fabrykacje i rozpowszechnianie kontrrewolucyjnych treści. Ich celem było karanie osób propagujących treści mogące wywołać nieufność wobec władzy i ją zdyskredytować

Później system prawny ZSRR uległ zmianom, ale za „agitację antysowiecką” ukarano wielu dysydentów, z reguły długoletnim więzieniem lub zsyłką na Syberię.

Na początku agresji Rosji na Ukrainę, gdy tysiące osób protestowały przeciwko wojnie  i mówiły o zabijaniu cywilów, torturach, rabunkach, przemocy i grabieży dokonanych przez armię rosyjską, Kreml stanął przed problemem: jak walczyć z prawdą? Władza w Moskwie długo się nie zastanawiała – sięgnęła do literatury Orwella, w duchu której, nazwali sadystyczną wojnę „specjalną operacją wojskową” oraz do sprawdzonych metod bolszewików. Rosja szybko zrewidowała kodeks karny i wprowadziła do niego artykuły, w których szerzenie prawdy o wojnie i działaniach rosyjskich żołnierzach, nazwano „zdyskredytowaniem rosyjskiej armii”.

Potem zaczęła działać machina prawna i sądowa. Ludzie, którzy wychodzą, by protestować i głosić: „Jesteśmy przeciwko wojnie!” są aresztowani i więzieni za „zdyskredytowanie” armii, która dopuszcza się agresji. Na przykład w Rosji była dziekan jednego z wydziałów Instytutu Teatralnego Natalia Pyvovarova, która wielokrotnie wypowiadała się w mediach społecznościowych przeciwko wojnie na Ukrainie, została odwołana ze stanowiska szefa Domu-Muzeum Szczepkina. W czerwcu historyk Tetiana Tairova-Jakowlewa została zwolniona z Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego po doniesieniu o jej antywojennym apelu. Sprzeciwiła się wojnie.

Sowiecki sąd okręgowy miasta Ufa ukarał zaś grzywną słynnego muzyka Jurija Szewczuka. Sędziowie tłumaczyli to tym, że „zadawał pytania słuchaczom przed wystąpieniem w Ufie i starał się wzbudzić wątpliwości co do celu >specjalnej operacji wojskowej< na Ukrainie”. Stwierdzili, że Szewczuk „apeluje do publiczności o ocenę wydarzeń rozgrywających się na Ukrainie, budzi wątpliwości co do celów obecności tam armii rosyjskiej. Tak więc 16 sierpnia sędzia Julia Jehorowa ukarała lidera grupy DDT Jurija Szewczuka grzywną w wysokości 50 tys. rubli na podstawie artykułu o „zdyskredytowaniu rosyjskiej armii”.

W Rosji promotorzy już w umowach z artystami umieszczają zakaz mówienia o polityce. Sam Jurij Szewczuk zauważył, że „zawsze był przeciwny wojnom, w każdym kraju i o każdej porze”. Jego historia miała kontynuację: 20 lipca mieszkaniec Władywostoku Giya Kakabadze otrzymał grzywnę w wysokości 40 tys. rubli za plakat z cytatem lidera grupy DDT: „Ojczyzna to nie dupa prezydenta, którą należy cały czas całować.”

Takie przykłady można mnożyć. Kilkadziesiąt osób zatrzymano w poniedziałek 22 sierpnia w moskiewskim metrze. Prawie wszyscy zatrzymani uczestniczyli wcześniej w różnych protestach, w tym antywojennych. Wielu z nich zostało ukaranych grzywnami i aresztowanych.

Niektóre przypadki są anegdotyczne. Sąd w Petersburgu za zorganizowanie wiecu ukarał Petra Trofimowa grzywną w wysokości 20 tys. rubli. Mężczyzna od dwóch lat nie mieszka w Rosji i nie przyjechał na manifestację. Powodem procesu był tylko jego post na portalu społecznościowym VKontakte, w którym napisał: „27.02 powiedz nie wojnie o 16:00 na głównym placu waszego miasta”.

Jak donosi projekt praw człowieka „OVD-Info”, od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę 224 Rosjan usłyszało zarzuty karne za ich antywojenne stanowisko, a wobec 3807 osób wszczęto sprawy administracyjne dotyczące „zdyskredytowania armii rosyjskiej”. Najwięcej spraw karnych – 90 – zostało wniesionych z artykułu dotyczącego „fejków o armii rosyjskiej”.

Od 24 lutego rosyjskie siły bezpieczeństwa aresztowały 16 437 osób manifestujących swoje antywojenne stanowisko, przy czym prawie 93 proc.  miało miejsce w pierwszym miesiącu rosyjskiej inwazji na pełną skalę.

Aż 11 mieszkańcom Krymu i Sewastopola grozi więzienie w „sprawach antywojennych”. W ten sposób anektowany przez Rosję Krym znalazł się w pierwszej piątce „rosyjskich” regionów pod względem liczby spraw o „zdyskredytowanie rosyjskiej armii”. Takich przypadków, więcej niż na Krymie, jest tylko tylko w Moskwie, Petersburgu i obwodzie krasnodarskim.

 

 

Fenomen w historii Polski, a jednak biała plama – relacja MARII GIEDZ z debaty w Radiu Gdańsk o Solidarności Walczącej  

„Dążenie do poznania prawdy” – takimi słowami zakończyła się debata na temat Solidarności Walczącej oddziału Trójmiasto prowadzona przez Andrzeja Urbańskiego w Radio Gdańsk, w której uczestniczyło trzech doktorów (Paweł Warot, dyr. Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku, Mateusz Smolana, dyr. Instytutu Dziedzictwa Solidarności i Adam Chmielecki, prezes Radia Gdańsk oraz członek SDP), niemal równolatków Solidarności Walczącej, osób patrzących na lata 80. XX w. z perspektywy historycznej, a nie osobistego uczestnictwa. „Dążenie do poznania prawdy” – czyżbyśmy o SW nie znali prawdy? Okazuje się, że o tej organizacji, i to często za sprawą mass mediów odpowiednio sterowanych, mamy wypaczone pojęcie.

O związku zawodowym „Solidarność” tyle się pisze, tyle się mówi, więc niemal wszyscy Polacy znają tę historię. Fakt, że ta „walcząca” nie kojarzy się najlepiej. Jej członków nazywa się „odszczepieńcami”, „utopistami” i prawie nikt się tym nie zajmuje. Do 1999 r., a więc do momentu powstania IPN-u była to przemilczana historia, luka historyczna. Dopiero od około 20 lat istnieje możliwość prowadzenia badań naukowych i ich publikowania. Składała się z niewielkiej grupy osób i działała w pełnej konspiracji, więc w porównaniu z dziesięciomilionowym, masowym Związkiem była organizacją marginalną. Mimo to jej „walka” ma kluczowe znaczenie w tworzeniu się współczesnej, po peerelowskiej Polski. Dlaczego?

Dr Adam Chmielecki, prezes Radia Gdańsk, fot. M. Giedz

Czterdzieści lat temu, a dokładnie w czerwcu 1982 r. powstała we Wrocławiu, z inicjatywy nieżyjącego już Kornela Morawieckiego, podziemna organizacja antykomunistyczna Solidarność Walcząca, działająca do 1992 r. Nie wiele o niej wiemy, a to co się o niej mówi jest w znacznym stopniu wypaczone. Radio Gdańsk, mające swoją siedzibę w miejscu kolebki „S” i gdzie „SW” posiadała bardzo silne struktury konspiracyjne, zdecydowało się, w ramach projektu edukacyjnego, kulturalnego i tożsamościowego, oddać prawdę historyczną, a przede wszystkim, w myśl jednej z podstawowej funkcji mediów, edukować młode pokolenie.

Niewinna manipulacja

– To, że o Solidarności Walczącej mówi się jako o ludziach niebezpiecznych jest sprawą propagandy służby bezpieczeństwa, milicji, resortów siłowych i aparatu prasowego, medialnego okresu komunizmu – wyjaśnia dr Mateusz Smolana. – Solą w oku była „Solidarność” jako taka, a zwłaszcza tak wyrazista Solidarność Walcząca, która postulowała drogę do niepodległości, do obalenia komunizmu. Kornel Morawiecki wielokrotnie mówił, żeby walczyć różnymi dostępnymi sposobami. Oczywiście nie miał na myśli aktów terroru. Tak na dobrą sprawę Solidarność i całe podziemie walczyli przede wszystkim słowem, poprzez druk, poprzez poligrafię, łamiąc monopol informacji. Tam ich poglądy, tępione przez komunistów, były prezentowane w sposób jednoznaczny.

Dr Mateusz Smolana, dyr. Instytutu Dziedzictwa Solidarności, fot. M. Giedz

Członkowie SW mieli poglądy radykalne, konserwatywne, co dla wielu kojarzy się z działaniem negatywnym, skrajnym, wiodącym wręcz do terroryzmu. Ale radykalizm to nie tylko terroryzm, to działanie konsekwentne, bez wchodzenia w układy. Członkowie SW byli radykalni w dobrej sprawie. Walczyli z komunistami jak z siłami ciemności. Ta organizacja nie godziła się na kompromis, chciała całkowitego odsunięcia od władzy PZPR (sprzeciwiała się rozmowom i ustaleniom przy „okrągłym stole”), chciała, aby Polska była demokracją parlamentarną na wzór państw Europy Zachodniej, ale o ustroju opartym na solidaryzmie (podstawową cechą społeczeństwa jest naturalna wspólnota interesów łącząca ludzi z wszystkich klas i warstw). Była więc negowana i ośmieszana. Niewiele o niej wiedziano, bo nie była organizacją masową, bo nie skupiała robotników, stoczniowców… Jej członkami byli ludzie techniki, inżynierowie, matematycy, fizycy, ekonomiści, ludzie z wyższym wykształceniem, członkowie Klubu Wysokogórskiego, czyli „szli do góry” z uporem, wbrew przeciwnościom, ale roztropnie bez niepotrzebnego narażania się. Ich elementem walki nie były demonstracje, a technologia. Wykorzystywali technikę.

Wspólne korzenie

– Jeśli patrzymy na historię Solidarności Walczącej, to można powiedzieć, że jest organizacją, która „wypączkowała” z „Solidarności”, z tego wielkiego masowego ruchu społecznego i Związku Zawodowego – stwierdza dr Adam Chmielecki. – Były to organizacje, które trochę się różniły. Nawet nie trochę: różniły się strukturą organizacyjną, a z tego wynikały też inne sposoby działania, inne stosowane narzędzia, ale tak naprawdę to były te same wartości: solidaryzm społeczny, solidaryzm narodowy, niezgoda na „komunę” rozumianą zarówno jako ideologia komunistyczna, jak i jako reżim, który rządził Polską i który tą ideologią i sowieckimi bagnetami się podpierał.

Czas, w którym powstała SW nie był łatwy. Związek „Solidarność” teoretycznie nie funkcjonował. Wielu jego członków przebywało w „internatach”, aresztach, więzieniach, niektórym udało się legalnie lub nielegalnie wyjechać za granicę, lub otrzymali, na skutek interwencji międzynarodowych organizacji, bilet w jedną stronę. I właśnie w takim okresie niepewnym, trudnym powstaje nowa organizacja skupiająca garstkę ludzi, szacowana na kilkaset, a może ok. 2 tys. członków.

Dr Paweł Warot, dyr. Oddziału IPN w Gdańsku, fot. M. Giedz

– Członkowie Solidarności Walczącej w połowie 1982 roku, widząc całą zgrozę stanu wojennego, to, w jaki sposób władza rozprawiła się ze Związkiem, doszli do wniosku, że trzeba zmienić metody walki – tłumaczy dr Paweł Warot. – Nie był to związek zawodowy tylko organizacja, która wybierała inne metody walki, inne metody dojścia do pełnej niepodległości. Widząc, w jaki sposób władze komunistyczne traktują robotników, Polaków, przywódcy Solidarności Walczącej uznali, że trzeba użyć bardziej ostrych metod, bo inaczej będziemy tracili kolejny cenny czas. W 1981 roku Polacy czuli, że coś się zmienia, że mają wpływ na własne państwo i nagle ten wpływ został utracony. Członkowie Solidarności Walczącej poczuli ten smak wolności, że ona może być blisko tylko wymaga pełnego zaangażowania, pełnego zdecydowania, walki.

Podobne a inne

– Kiedy mówimy o Solidarności Walczącej, odniesienia członków tej organizacji sięgały głębiej, w głąb historii Polski – podkreśla Chmielecki. – Sama nazwa Solidarność Walcząca czy graficzny symbol tej organizacji, słynna kotwica, to wprost odniesienia do Polski Walczącej, Polskiego Państwa Podziemnego w czasie II wojny światowej. To właśnie pokazuje ciągłość polskiej historii, w której uniwersalne wartości i walka o nie przewijają się cały czas.

Warto wspomnieć, że w SW podobnie jak w PW, wstępując do organizacji składało się przysięgę: „Wobec Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną. Poświęcać swe siły, czas, a jeśli zajdzie potrzeba swe życie dla zbudowania takiej Polski. Przysięgam walczyć o solidarność między ludźmi i narodami. Przysięgam rozwijać idee naszego ruchu, nie zdradzić go i sumiennie spełniać powierzone mi w nim zadania”

– Podobieństwa pomiędzy Solidarnością Walczącą a Polskim Państwem Podziemnym nasuwają się same – dodaje Warot. – Działalność w podziemiu, działalność skierowana na wydawanie pism podziemnych to jest ten element naszej historii, że mieliśmy do czego się odwoływać w roku 1982. To są te podobieństwa, ale nie możemy zapominać, że były to tak naprawdę dwa różne byty, dwie różne organizacje działające w różnym okresie i zrzeszające różną liczbę osób działających. Solidarność Walcząca to coś innego, coś co funkcjonowało w innym momencie historycznym, w innych warunkach. Ale też coś, co miało tę możliwość odwołania się do pięknego etosu Polskiego Państwa Podziemnego.

– Polskie Państwo Podziemne to fenomen w historii świata, a w przypadku Solidarności Walczącej odniesienia bardziej symboliczne, pokazanie pewnego kierunku, w którym zmierzamy, czyli wskazanie najważniejszego celu: niepodległości Polski – kontynuuje Chmielecki. – Organizacja Solidarności Walczącej była organizacją kadrową, konspiracyjną, nie była ruchem masowym, co stanowiło zarówno jej siłę, jak i słabość. Oczywiście były też związki z „Solidarnością”, bo ludzie Solidarności Walczącej byli też ludźmi „Solidarności”. Pierwszy pomorski przykład to Andrzej Kołodziej, dla mnie fenomen, postać ciągle nieodkryta w historii Polski. Najpierw bohater Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, później Sierpnia ‘80, lider strajków w Stoczni imienia Komuny Paryskiej, potem w MKS-ie w Stoczni Gdańskiej. A później bohater Solidarności Walczącej.

Przykładów osób oddanych idei SW jest znacznie więcej. Tylko z Trójmiasta pochodzi Ewa Kubasiewicz, która, za znalezioną przy niej ulotkę „S” w stanie wojennym (oczywiście nie chodziło tylko o tę ulotkę, ale innych dowodów nie było) otrzymała najwyższy wyrok w kraju – 10 lat więzienia i 5 lat pozbawienia praw publicznych. Marek Czachor i jego żona Magdalena Kowalska-Czachor, Karol Krementowski, Roman Zwiercan, to tylko niektórzy z „listy” członków Solidarności Walczącej przez lata podtrzymujących w polskim społeczeństwie nadzieję na odzyskanie niepodległości.

 

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Robota i ludzie (4)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Rozkopane ulice

Zwyczajem naszych dużych miast jest otwieranie maksymalnie dużego „frontu robót”. Jest to iście Gogolowska filozofia. Obecnie w takiej Łodzi rozkopane są prawie wszystkie ciągu komunikacyjne miasta. Nie sposób nigdzie dojechać. Roboty trwają, choć robotników budowlanych nie widać. Łodzianie klną, stoją w korkach, nadkładają drogi.

Przykrą praktyką jest to, że na wytypowanej do remontu ulicy pojawiają się robotnicy drogowi, zrywają asfalt… i znikają na trzy miesiące. Przez trzy miesiące na remontowanej ulicy nic się nie dziej. Robotnicy gdzieś się ulotnili, a ulica jest nieprzejezdna.

Zadałem sobie trud i doszedłem do wiedzy w tej sprawie. Otóż zgodnie z prawem budowlanym, firma podejmująca się remontu ulicy musi w sposób znaczący zacząć budowę, wtedy ma prawo do 30 procentowej zaliczki. Dopiero uzyskawszy te pieniądze firma szuka materiałów. Ale jej pracownicy nie próżnują, bo w tym czasie remontują inną ulicę.

Brakuje ludzi

Da się też zauważyć znacząco mało robotników przy remontach ulic.

– Brakuje nam rąk do pracy, bo Ukraińcy wyjechali – tłumaczą się władze.

Jest to tylko „prawda częściowa”. Od lat bowiem pracownicy budowlani są za nisko opłacani. Ostatnio usłyszałem od znaczącego w mieście Łodzi urzędnika, że budowlańcy żądają nawet 5 tys. złotych pensji. Temu urzędnikowi wydało się to wielkimi pieniędzmi. Ciekawe czy on wyszedł by na ulice, by w upale, deszczu i na mrozie wykonywać ciężką pracę?

Niestety pokutuje u nas „jaśniepańskie” przekonanie, że robotnik musi zarabiać mniej, niż urzędnik.  Współcześni, wykształceni urzędnicy kontynuują złą tradycję, żyją przekonaniem, że jest jakaś mityczna drabinka zarobków. I nie wiedzą, że robotnicy budowlani na Zachodzie zarabiają dwa trzy  razy więcej niż robotnik przy taśmie i urzędnicy. I nie dlatego, Że Zachód kocha robotników budowlanych, nie oni tam wiedzą, że za tak wyniszczającą pracę trzeba dużo płacić. I dlatego mają pracowników budowlanych.

Sześciu a jakoby dwunastu ich było

Tragikomiczną sytuację obserwowałem, jakieś trzy lata temu, w mojej rodzinnej Łodzi. Miasto zajęło się odnowieniem dwóch śródmiejskich parków: im. Sienkiewicza oraz im. Moniuszki. Prace miały trwać rok, ale trwały dwa lata.

Przyjrzałem się sprawie i okazało się, że przedsiębiorca, który podjął się odnawiania obu parków  opracował sprytną metodę. U jej źródeł był brak pracowników. Wynalazek z dziedziny zarządzania kadrami był taki, że sześciu robotników pracowało przez tydzień „na Sienkiewiczu”, a w następnym tygodniu byli obecni „na Moniuszki”.

Roboty wlokły się niemiłosiernie, parki były zamknięte… W końcu są odnowione, całkiem dobrze.

 Dawniej było szybciej

I tak to jest z naszym budownictwem. Brakuje pieniędzy, brak ludzi do pracy. Budowy ciągną się, jak budowy gotyckich katedr, choć nie ma w nich nic trudnego.

Z rozrzewnieniem wspominam tempo budów i remontów w latach pięćdziesiątych. No tak, ale wtedy chłopak ze wsi podejmował się pracy w budownictwie, bo po kilku latach pracy dostawał mieszkanie w mieście. Wieś była przeludniona, i kto mógł uciekał z niej. Dzisiaj sytuacja jest inna. Dzieci i wnukowie tych co odbudowywali po wojnie kraj nie marzą o pracy dziadków i ojców.

I jeszcze jedno: póki nie przyjmiemy do wiadomości, że zarobki na budowach muszą być wysokie, póty będziemy babrać się z budowaniem, będziemy się wściekać na zamknięte ulice… Ale jak to  będzie nie wiem. Ja ostrzegałem. Zobaczymy jakaż to będzie Jaśnie Państwa Rządzących wola.

 

 

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Historia i mity (3)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Kapitał państwowy

 Będąc mieszkańcem Łodzi, przesiąkłem trochę jej historią. A jest kilka najciekawszych faktów z przeszłości tego miasta, które pozwalają zrozumieć jak w ciągu 40 lat z małej wsi, posiadającej co prawda prawa miejskie, stała się ta Łódź ogromnym miastem i potęgą gospodarczą.

Rozwój przemysłu włókienniczego w Łodzi i kilku miastach okolicznych nastąpił za sprawą rządu Królestwa Polskiego. Po upadku Napoleońskiej Odysei, rząd nasz zorientował się, że wszystkie ośrodki produkujące tekstylia znalazły się poza jego granicami. A że Polaków trzeba było jednak ubrać, tedy ówczesny minister skarbu, Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki podjął decyzję o rządowych inwestycjach w przemysł wełniany i bawełniany. I nie były to hasła, z których nigdy niczego nie zbudowano.

Drucki -Lubecki powiedział, że budową przemysłu powinien zajmować się prywatny kapitał, skoro jednak w Polsce takiego kapitału nie ma, to pieniądze musi znaleźć rząd. I ówczesne władze pieniądze znalazły, i to ogromne. Teoretycznie były to pożyczki oraz rządowe darowizny w działki budowlane, zwolnienia z podatków etc. Tak zachęceni tkacze, głównie ze Śląska, zaczęli napływać ze swymi warsztatami do Łodzi, Zgierza, Zelowa i Ozorkowa. W krótkim czasie Łódź stała się wielkim miastem.

A co stało się ze zwrotem rządowych pożyczek, które otrzymali pierwsi tkacze. Przepadły, ale z tym także rząd się liczył. Żaden z pierwszych łódzkich fabrykantów nie zwrócił państwu ani złotówki, ale zostawili po sobie przecież pionierzy łódzkiego przemysłu realne inwestycje.

Miejskie legendy głoszą, że Łódź zbudował kapitał niemiecki i żydowski, ale jest to nieprawda. Łódź powstała za pieniądze Królestwa Polskiego. A wspomniane pieniądze Niemców i Żydów pojawiły się jakieś 30- 40 lat później, i był to kapitał zarobiony na handlu łódzkimi tekstyliami.

Piszę o tym, przekonany głęboko, że bez inwestycji rządowych w budownictwo mieszkaniowe nie rozwiążemy problemu dostępności mieszkań. Owszem, Królestwo Polskie, nie było państwem niepodległym, ale działało mądrze. Warto brać przykład z takich przodków.

Śmierć TBS-ów

Hitem przed dwudziestu kilku laty miały być Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Powstawały we wszystkich większych miastach, głosząc że są one sposobem na tanie mieszkania „dla ludności”. Na takie hasło miasta oddawały, lub sprzedawało po niskich cenach tereny budowlane, najczęściej w dobrych lokalizacjach.

Niestety obecnie większość TBS-ów jest dzisiaj normalnymi, prywatnymi przedsiębiorstwami. TBS-y przekształciły się w przedsiębiorstwa działające dla zysku, oczywiście maksymalnego.  Dzisiaj spełniają one dwie funkcje. Po pierwsze administrują wybudowanymi przez siebie obiektami mieszkalnymi. Po drugie, dalej budują na zasadach czystego kapitalizmu.

Stało się tak, bo inicjatorzy tych tworów – gminy i działacze TBS-ów – nie doszacowali kosztów budowy, utrzymania, czyli eksploatacji. I gdy mieszkalne budynki już stały, to władze gmin miały dwa wyjścia – albo nadal dopłacać do kosztów wynajmu lub sprzedaży, albo też zgodzić się na prywatyzację czegoś, co miało być współczesną spółdzielnią. Władze poddały się, bo nie mogły stale dopłacać do mieszkań. I tak to skończyła się epoka „społecznego budownictwa”, dobie neoliberalizmu.

Samorządy – nikt nie liczy się z mieszkańcami

O ile mówimy już o budowaniu, to musimy też wspomnieć o remontach przestrzeni gminnych, rewitalizacji historycznych budynków oraz remontach ulic.

Po powstaniu Polski Odrodzonej, w 1918 roku, władze takiej Łodzi zorientowały się, że właściwie żaden plac miejski, żaden park nie jest własnością miasta. Owszem były działki nadające się budowę, ale też były w prywatnych rękach. Trzeba było odkupywać tereny miejskie, żeby móc budować szpitale, szkoły i inne siedziby miejskich urzędów, instytucji. Z czasem miejskich budynków przybywało i zaczął się pojawiać problem z ich remontami.

Istnym pandemonium dla miast była prywatyzacja domów, kamienic po 1945 roku. Nagle miasta stały się bogate, czyli biedne, bo czynsze były niskie a oczekiwania lokatorów wysokie. Po 1990 roku gminy rozpoczęły masową sprzedaż własnych nieruchomości, głównie mieszkań i budynków mieszkalnych. Idea była słuszna, ale praktyka niekoniecznie. Ludzie wykupywali mieszkania, nie zastanawiając się nad tym, że niebawem budynki będą wymagały drogich remontów, a na to szczęściarzy już stać nie było. Niemniej pozostało sporo budynków, pod zarządem lub będące własnością miast, te trzeba remontować za pieniądze gmin. Zaczęło być skąpo z kasą. W lepszej sytuacji były miasta z Ziem Zachodnich, bo tam można było sprzedać – a właściwie pozbyć się każdego budynku. Na pozostałym terenie Polski miasta do dzisiaj obciążone są kosztami remontów i utrzymania budynków mieszkalnych.

W Łodzi miasto podjęło niemały wysiłek „rewitalizacji budynków historycznych”. Napisałem o rewitalizacji w w cudzysłowie, bo nie wszystko co stare jest zabytkiem, a opinia społeczna oczekuje, że całe centrum miasta będzie błyszczało nowością. Tymczasem koszt rewitalizacji jest wysoki, częściej opłacałoby się budynek zburzyć i na jego miejscu  postawić nowy.

Jest też i taki kłopot, że to co miasto nazywa rewitalizacją jest zwyczajnym remontem odtworzeniowym, bo pozostają ciasne podwórka, z mrocznymi oficynami, bez wind. Niestety są wśród nas miłośnicy tej dawnej biednej Łodzi, którzy czynią wiele hałasu o marnej jakości budynki. Ci ludzie zapominają, że każda epoka niejako nakłada swój styl na miasto.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nie rozdzielajmy 1 od 17 września

Dzisiejsze Niemcy, jak i Rosja, są kontynuatorami tych, które istniały we wrześniu 1939 r. Niemcy kanclerza Scholza są prawnym i moralnym następcą III Rzeszy Hitlera, a Rosja Putina jest następcą Rosji Stalina. Domaganie się odszkodowań od jednych i od drugich to po prostu akt sprawiedliwości dziejowej.

Co więcej, rachunek wobec Rosji byłby dużo wyższy. Ze względu na długość okupacji oraz intensywność zła, które nam wyrządziła. A tak w ogóle nie byłoby II wojny światowej, gdyby nie Stalin. Hitler potrzebował gwarancji od Rosji i tę gwarancję uzyskał – stąd pakt Ribbentrop – Mołotow, który w tajnym protokole zakładał IV rozbiór Polski. Nie byłoby 1 września, gdyby nie zobowiązanie, że nastąpi 17 września. 17 września miał zresztą nastąpić dużo wcześniej. Choć początkowo była mowa o 12, 13 września, Stalin zwlekał, bojąc się, że do wojny – zgodnie z umowami – włączy się Anglia i Francja.

Dlatego nie rozdzielajmy 1 września od 17, bo wtedy przyznawalibyśmy, że napadli na nas tylko Niemcy, a Rosja już nie. Tego chciałaby rzecz jasna Rosja Putina, w której intensywnie rozwijana jest propaganda, że wojna wybuchła w czerwcu 1941 r., kiedy niczemu niewinne Sowiety zostały zaatakowane przez agresywne hitlerowskie Niemcy. I ta propaganda działa. Bo coraz częściej na świecie Rosję Stalina przedstawia się nie jako agresora, okupanta, ale zwycięzcę i wyzwoliciela.

Istnieje również pewien problem prawny – z Niemcami byliśmy w stanie wojny, a z Sowietami nie. Ale przecież każde dziecko w szkole powinno wiedzieć, że pod pretekstem wyzwolenia ludności ukraińskiej i białoruskiej spod buta polskiego pana i rzekomego nieistnienia państwa polskiego Sowieci po prostu dokonali na nas zbrojnej agresji.

„Naszym podstawowym obowiązkiem jest zniszczenie Polski. Celem jest nie tylko zajęcie kraju, ale unicestwienie każdej żywej istoty… Bądźcie bezlitośni! Bądźcie brutalni… Postępujcie z najwyższą surowością… Ta wojna ma być wojną zagłady” – mówił przed najazdem na Polskę Hitler, a Niemcy (nie naziści) słuchali go. Sowieci, choć ukrywali swoje prawdziwe cele, dążyli do tego samego: unicestwienia Polaków, stąd niszczenie narodu, szczególnie inteligencji, Katyń, wywózki na Sybir itd.

Pamiętajmy o tym przed kolejną rocznicą tragicznego września 1939 r.: napaści hitlerowskich Niemiec, a potem sowieckiej Rosji na Polskę. I domagajmy się od Niemiec i Rosji nie tylko reparacji wojennych, lecz także odszkodowań m.in. za zbrodnie na ludziach, wykorzystywanie niewolniczej siły roboczej, niszczenie majątku narodowego, kradzieże itd.

 

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Pieniądze (2)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Niech buduje kapitał

Wszystkie władze, po roku 1990, mają cudowną wymówkę: „Rząd nie jest od budowania. Nie możemy wchodzić w drogę prywatnym inwestorom”. Tą samą wymówką posługują się samorządy. Niestety rząd i samorządy „nie zauważają” zapisu w prawie, który pozwala interweniować państwu i gminom, w przypadkach poważnych problemów społecznych. Jeżeli zaś brak mieszkań, niewydolność systemu energetycznego nie są takimi problemami, to co nimi jest? Huczne urządzanie przez gminy FFF, czyli festynów, festiwali i fajerwerków?

U źródeł takiego niefrasobliwego myślenia władz gmin, a i rządów, leży liberalna doktryna, której pierwszym przykazaniem jest idea „wolności gospodarczej” oraz przykazanie drugie, które głosi, że wszystkie podmioty gospodarcze są sobie równe i mają te same prawa. Piękna to myśl, wykuta nawet na ogromnym głazie ustawionym przed Rockefeller Center w Nowym Jorku.

Myśl ta jednak niefrasobliwie przenosi prawa wolności jednostki na prawa gospodarcze. Że też pomysłodawcom kucia takich myśli w kamieniu nie przyszło do głowy, że fortuna Rockefellerów powstała w nader podejrzanych okolicznościach, i teraz zmierzenie się z siłą polityczną tej fortuny – przez przeciętnego Amerykanina – jest niemożliwe.

Myśl liberalna teoretycznie może i jest dobra, tyle, że nie sprawdziła się w żadnym państwie. Bo nie ma na całym świecie ani jednego państwa, które stosowałoby literalnie doktrynę liberalną. No, może poza Polską, której liberałowie zgotowali trudne przejście z socjalizmu na kapitalizm. A w ojczyźnie liberalizmu, czyli w USA? Gospodarka tego mocarstwa w dużej mierze oparta jest na zamówieniach rządowych, głównie zbrojeniowych, więc w ojczyźnie liberałów liberalizmu też nie ma.

Ciekawe zresztą, że w Polsce burmistrzowie, prezydenci miast pod żadną groźbą nie chcą się przyznać, że są twardymi liberałami. Oni startują z grup towarzyskich, typu: „Przyjaciele Zdzisia”, „Znajomi Ewuni”. Partie ogólnopolskie – poza lewicą – również unikają nazywania się po imieniu. Widać mają coś do ukrycia. Co prawda istniał kiedyś Kongres Liberalno-Demokratyczny, ale zorientowawszy się, że nazwa jest przykra, szybko się zmienił, połączył i teraz jego założyciele występują pod sztandarem Platformy Obywatelskiej, bo nazwa ta nic nie znaczy.

Za czyje pieniądze budujemy?

Przykra prawda jest taka, że każdy inwestor musi mieć na swoją budowę pieniądze, zwane dla niepoznaki środkami. Liberałowie polscy zakładali, że wszyscy inwestorzy świata rzucą się na Polskę, pragnąc ją maksymalnie gęsto zabudować. Oczywiście w marzeniach liberałów miały to być budowle nowoczesne, według najwyższych światowych standardów. I tak stało się w jednym, jedynym miejscu w kraju, w Warszawie.

Jednak poza Warszawą nasza ludność zamieszkuje inne miasta, a nawet wsie. Tutaj już tak wesoło nie jest. Każdy inwestor bowiem, patrzy zysków – jak mawiano przed laty. A w przypadku większych i małych miast o dobrych zyskach można jedynie pomarzyć.

W  Polsce buduje obcy kapitał, kierując się nie sentymentem do krajobrazu czy ludzi, a właśnie zyskiem. Przy czym kapitaliści umieją liczyć. I nie wzrusza ich potężny głód mieszkań w Polsce, nie płaczą nad faktem, że młode małżeństwa gnieżdżą się w w dwóch małych pokojach, albo w kawalerce. Powtarzam – liczy się jedynie zysk.

Oczywiście wyjściem byłyby środki państwowe i gminne. Ale ani rząd – tak naprawdę, ano gminy nie palą się do zaciągania kredytów na budownictwo mieszkaniowe. Czasem przepłynie przez kraj szeroka fala dyskusji, której wynikiem są stwierdzenia, że jednak trzeba by zacząć budować pod wynajem. I w sumie na tym się kończy. W dyskusjach, w wysnuwaniu wniosków jesteśmy mocni – odwrotnie proporcjonalnie do realnych działań.

Kolejne partie – najczęściej przed wyborami – ogłaszają potężna programy budowy mieszkań pod wynajem, ale po wyborach mają jakieś pilniejsze sprawy, skoro programy  nie ruszają. A kłopot jest, bo mieszkań mamy w Polsce za mało.

Inwestycje w mieszkania, czyli patologia

 Choć nie jest prawdą, że mieszkań w kraju się nie buduje w ogóle. Powstają budynki, w których mieszkania na pniu wykupywane są przez wyspecjalizowane firmy, zajmujące się wynajmem mieszkań. Firmy te traktują własne inwestycje w mieszkania jak każdy inny interes. Skoro bowiem z wynajmu mogą uzyskać kilka razy przychodu, niż z bankowych lokat, to kupują mieszkania, żeby je wynająć i zarobić. Są też firmy kupujące mieszkania, grając na zwyżkę cen i sprzedają je dalej, w momencie gdy wartość lokali przyzwoicie / nieprzyzwoicie wzrośnie. W ten sposób rynek mieszkań – głównie w stolicy – ma się całkiem dobrze. Zarabiają inwestorzy, zarabiają budujący, zarabia rynek materiałów budowlanych i ci, którzy kupują mieszkania spekulacyjnie.

I jedynie wynajmujący mieszkania mają powody do płaczu, bo dzisiaj wynajęcie kawalerki w Warszawie to koszt od 2 do 3 tys. miesięcznie. Zakładając, że młodzi ludzie, a to oni są klientami właścicieli mieszkań zarabiają w Warszawie około 4,5 tys. złotych miesięcznie, to perspektywy tych osób nie są różowe,  bo pracują, na mieszkanie i jedzenie. A gdzie tak upragnione przez rodziców i rząd dzieci? Na rynku mieszkaniowym pojawiają się też nowo-budowane mieszkania, które mieszkaniami de facto nie są, bo maja po 10 metrów kwadratowych powierzchni.

Był taki polityk, który znalazł radę dla tych, co chcieliby kupić sobie mieszkanie. Tym politykiem był Bronisław Komorowski, ówczesny prezydent. Indagującemu go człowiekowi, który skarżył się, że siostra nie wie jak zdobyć mieszkanie, Pan Prezydent tubalnym głosem oświadczył:

– Niech siostra zmieni pracę na lepiej płatną i niech weźmie w banku kredyt i sobie to mieszkanie kupi!

Ciekawe co teraz powiedziałby Prezydent Komorowski, w sytuacji ogromnego skoku wysokości opłat kredytowych. Niestety, Bronisław Komorowski milczy, czego osobiście żałuję, bo ma on niewykorzystywany talent komiczny. Choć sam o tym nie wie.

„Wizjoner” – felieton CEZAREGO KRYSZTOPY

„Jestem przekonany, że za pięćdziesiąt lat ludzie nie będą już myśleli w kategoriach ojczyzn. Będą myśleli w kategoriach kontynentów i umysły Europejczyków będą zajmowały całkiem inne, możliwe że znacznie większe zagadnienia” – czy ktoś wie kto to powiedział? Czyżby to był jakiś wielki europejski myśliciel? Ideolog wspólnego wielkiego europejskiego państwa?

Z pewnością był to ideolog wspólnego europejskiego państwa, nawiasem mówiąc całkiem bliski urzeczywistnienia swojej wielkiej idei. Wraz z towarzyszami bardzo skutecznie łamali opór kierujących się partykularnymi interesami zacofanych twardogłowych reakcjonistów. Ostatecznie nie może być tak, by realizację idei wielkich umysłów wetowały umysły mniejsze o ograniczonych horyzontach.

Ich rewolucyjny zapał, kierujący się zasadą „cel uświęca środki”, powodował wprawdzie sporo „nieprzyjemnych” konsekwencji, ale któż by się przejmował konsekwencjami wobec szansy na przejście do historii. Takie czy inne, ale jednak przejście.

Polska na drodze

Nie po raz pierwszy na przestrzeni dziejów na drodze stanęła im kołtuńska Polska, której krótkowzroczne elity polityczne nasz myśliciel określał w sposób charakterystyczny dla odważnych, postępowych intelektualistów – „Bardziej zwierzęta niż ludzie, całkiem tępi, bez wyrazu. (…) Brud Polaków jest wprost niewyobrażalny. Również ich zdolność dokonywania ocen jest równa zeru – Ach dlaczegóż na drodze wielkim umysłom zawsze musi stanąć ktoś taki jak Polacy?!”

Cóż tedy począć z ta krnąbrną Polską i jej nierozumiejącymi swojej roli w strukturze dziejów Polakami? Zastraszyć? Zagłodzić? Zepsuć reputację? A może… Ależ oczywiście! Nikt ich nie będzie żałował, my mamy rząd dusz, a zwycięzców nikt nie sądzi.

Mają wprawdzie Polacy pewną nieprzyjemną cechę. Ile razy by się ich nie zgniotło, zawsze prędzej czy później odrastają jak łeb hydrze, jak chwast pośród płodnego pola, jak jaszczurczy ogon. Ale i na to jest sposób – „nie można dopuścić, aby polska inteligencja miała szanse rozwoju!” – Ot i cała filozofia, pozbawieni autentycznych elit, co najwyżej zarządzani przez odpowiednio ukształtowaną kastę dozorców, niechby i wywodzącą się z lojalnej części lokalnej ludności, Polacy powinni wpasować się w determinowany umysłami wielkich tego świata, bieg dziejów.

Jakiż to był niesamowity „wizjoner” ten dr Joseph Goebbels!

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Nie tylko jaskinie (1)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Zasiedlić, zniszczyć i przenieść się dalej

Według archeologów my, Słowianie, mieliśmy dość sprytną praktykę na terenie Europy we wczesnych wiekach średnich. Podobno, gdy nasze plemiona zdobywały i zasiedlały jakiś kawałek terenu, zwracały baczną uwagę na łatwy dostęp do rzeki czy rzeczki. Potem kopano w ziemi dość głębokie doły, które wykładano wewnątrz niezbyt grubymi palami drewna i gałęziami. Następnie nad taką jamą w ziemi kładziono dach z okrąglaków i przykrywano go darnią. W ten sposób Prasłowianie mieli ciepło, bo ziemia przecież izoluje. I takie były nasze pierwsze domy.

Nie można jednak powiedzieć, żeby nasi przodkowie prowadzili gospodarkę ekologiczną. Na zasiedlonym terenie było brudno, walały się szczątki jedzenia, kości zwierząt – skutkiem czego cuchnęło. Również rzeczki, dostarczycielki wody, zostawały zniszczone. Gdy zapachy były już nie do wytrzymania, a woda nie nadawała się do picia, nasi przodkowie zwijali manatki i przenosili się nieco dalej. I tam znowu kopali dziury w ziemi…

Napisałem jak było, bez żadnych odniesień do współczesności. Chociaż i dzisiaj w gospodarce  odpadami, w traktowaniu rzek i zielonego terenu nie jesteśmy wzorem.

Władza a budownictwo

Od wieków wiadomo, że dobry władca zostawia po sobie budowlane pamiątki. Piramidy w Egipcie, Chiński Wielki Mur, greckie świątynie, rzymskie akwedukty i wielkie kolosea, średniowieczne europejskie katedry miały być i są do dzisiaj świadectwem dobrych rządów.

Ale nie wszystkie państwa były na tyle bogate, żeby ich władcy mogli stawiać sobie wiekopomne budowle. Starali się więc pozorować swoje sukcesy w budownictwie. Tu przypomnę nieocenionego Gogola, który sprawy widział przenikliwie i szyderczo. W „Rewizorze” Horodniczy wydaje takie rozkazy, na wieść o zapowiedzianej inspekcji ze stolicy:

Horodniczy

Słuchajże panie Szczepanie… Każesz natychmiast zburzyć stary parkan, ten blisko szewca, a na miejscu jego trzeba postawić słomianą wiechę, na znak że u nas się buduje. Bo to dobrze świadczy o gospodarzu miasta, jak się dużo  buduje. – Ach! mój Boże! na śmierć zapomniałem, że około tego parkanu nawalono ze czterdzieści wozów różnego śmiecia. Co to za brzydkie miasto, postaw tylko gdzie bądź jakikolwiek pomnik, albo prosty parkan, zaraz diabli wiedzą skąd, naniosą rozmaitego plugastwa!

 Dziś jest tak samo jak za Gogola. Każdą wielką, większą lub nawet średniej wielkości inwestycję budowlaną władz poprzedzają kampanie propagandowe, zwane dla niepoznaki kampaniami informacyjnymi. Wszystkie władze tego świata już dawno pojęły, że sukcesem – także w budownictwie – nie jest to, co jest sukcesem naprawdę, ale to co zostanie za sukces uznane. Dlatego każdemu dużemu przedsięwzięciu budowlanemu musi towarzyszyć zgrabna propaganda, czyli autoreklama władzy. Szczególnie w Polsce, bo jesteśmy narodem podejrzliwym i nieufnym.

Władze umieją już wykorzystywać media klasyczne a nawet Internet. I mają w  mediach  swoich ludzi, potrafiących obsługiwać te zaczarowane „przestrzenie informacyjne”. Swoją drogą – bardzo interesujący jest przepływ dziennikarzy z mediów do ośrodków propagandowych władz. Wystarczy, że dziennikarz zasłynie z tropienia afer i głupot władz gminy, a już niedługo otrzymuje propozycję przejścia na etat w urzędzie. Kupowanie takich niezadowolonych ma – z punktu widzenia władzy – dwie korzyści. Pierwsza, że władzy ubywa przykry krytykant. Druga, że były odważny wykorzystuje na nowym stanowisku swą wiedzę o gminie, żeby chronić lokalną władzę przed następnymi krytykantami. Bardzo to śmieszne, choć może nie całkiem.

Chwilami odnoszę wrażenie, że władzom centralnym i gminnym bardziej zależy na propagandzie budownictwa, niż na samym budownictwie. Ale też pod naciskiem kampanii propagandowej, zogniskowanej na budowie obiektu X, w umyśle mieszkańca danej gminy, czy kraju, utrwala się przekonanie, że władza jest dobra, bo jednak buduje. Jeżeli jednak budowa okazuje się niewypałem, jeżeli trawa latami, zamiast miesiącami, to takie fakty i oceny nie trafiają już do obywatela, bo nikt mu o nich nie mówi, nie sączy do ucha, nie programuje go na klęską władzy. I obywatel pozostaje w przekonaniu, że władza jest jednak dobra, bo przecież buduje.

Władzy sukcesy pozorowane

 W czasach „komuny” budowano dużo. Powstawały wielkie fabryki, 1000 szkół na tysiąclecie, budowano elektrownie, a przede wszystkim budowano mieszkania. Ale wtedy, gdy powstawały, lud nasz wcale nie pałał entuzjazmem i uznaniem dla władzy. Choć teraz, po latach, trzeba przyznać – bez historycznych uprzedzeń – że wysiłek budowlany był ogromny i całkiem sensowny. Na społeczną niechęć do budowli socjalistycznych wpływały dwa czynniki. Pierwszy to fakt, że większa część społeczeństwa uważała, iż władza przyniesiona „na rosyjskich bagnetach” jest nielegalna i cokolwiek by dobrego nie zrobiła, to i tak jest obca. Po drugie, społeczeństwo zdawało sobie sprawę, że rozmach budowlany władz odbywa się kosztem nędznych pensji.

Tu trzeba zauważyć, że „komuna” przeznaczała na inwestycje nawet 27,5 procenta rocznego dochodu narodowego. I to bez żadnych „pieniędzy europejskich”. Od 1990 roku żadna z rządzących ekip nawet nie zbliżyła się do 18 procent.

Pojawia się nawet teza, że od upadku „komuny” zaczęło się przejadanie wypracowanych przez społeczeństwo pieniędzy, że za mało inwestujemy. Teza choć ostra, każe się jednak zastanawiać nad inwestycjami w infrastrukturę energetyczną, szczególnie w elektrownie i sieci przesyłowe energii elektrycznej. Jest też faktem, że współczesne państwowe i gminne inwestycje ciągną się latami, że czas założony na starcie, przeciąga się niesłychanie.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Duch Stalina zaczyna straszyć w Rosji

Uczeń donosi na nauczyciela, sąsiad na sąsiada, matka na syna. Agresja na Ukrainę obudziła w Rosji stalinowskie demony.  

Na początek dwa ciekawe przypadki. Sąd Rejonowy rosyjskiego miasta Penza skazał nauczycielkę języka angielskiego Irynę Gen na pięć lat w zawieszeniu za publiczne rozpowszechnianie fałszywych informacji o armii rosyjskiej. Uczniowie donieśli na nauczycielkę. Zarejestrowali na dyktafonie jej słowa o działaniach Rosji na Ukrainie i nagranie przekazali policji. Niektórzy rodzice nie docenili „patriotyzmu” uczniów, ogłosili powrót Pawlika Morozowa, chłopca z czasów stalinowskich, który doniósł na swojego ojca.

Teraz praca nauczyciela w Rosji stała się niebezpieczna. Uczniowie dostali w swoje ręce oręż, który umożliwia zemstę na nauczycielu za złe oceny lub po prostu daje możliwość pozbycia się wymagającego i pryncypialnego pedagoga. Wielu rosyjskich nauczycieli twierdzi, że młodzież zacznie korzystać z tej możliwości. Nie ma nikogo, kto mógłby chronić pracowników szkół.

Są jednak i nauczyciele, którzy wspierają takie „odkrywcze” działania uczniów. Mówią, że cieszą się, że uczniowie szkół średnich mają zdrowy rozsądek, aby zgłaszać incydenty funkcjonariuszom organów ścigania.

Rosyjscy prawnicy i politolodzy przestrzegają, że wszczynanie spraw karnych z powodu fejków na temat rosyjskiej armii zwiększy liczbę donosów i będzie wykorzystywane do osobistych porachunków.

Drugi przypadek jest jeszcze ciekawszy. Jak donosi RIA Novosti, bezrobotny mieszkaniec moskiewskich przedmieść zgłosił się na policję z donosem na.. siebie. Mężczyzna powiedział policji, że pijany namalował na ścianie domu przy autostradzie wołokołamskiej flagą Ukrainy i napisał antywojenne hasło. A kiedy wytrzeźwiał, podobno zdał sobie sprawę ze swojego błędu i zgłosił się na policję z oświadczeniem przeciwko sobie. Poprosił o pociągnięcie do odpowiedzialności za zdyskredytowanie armii rosyjskiej. Policja nie odmówiła mężczyźnie. „Uczciwego obywatela” czeka sąd i najprawdopodobniej grzywna.

To też typowy obraz: po 24 lutego wiele spraw zostało wniesionych z artykułu mówiącego o dyskredytacji wojska właśnie po skargach „czujnych” obywateli. Ludzie zgłaszają na policję swoich sąsiadów, krewnych i znajomych. Poza przypadkiem donosu uczniów na nauczyciela w Penzie znany był przykład, kiedy matka w Moskwie napisała donos na syna za uchylanie się od wojska. A na przedmieściach Moskwy grupa pracowników złożyła skargę na kolegę z policji.

Krym nie jest wyjątkiem. Urzędnicy i współpracownicy okupowanego półwyspu coraz częściej domagają się od Moskwy nasilenia represji wobec tych, którzy nie zgadzają się z rosyjską aneksją Półwyspu Krymskiego i rosyjską agresją militarną na Ukrainę na pełną skalę. Te nastroje i wezwania szczególnie nasiliły się po serii wybuchów w obiektach wojskowych rosyjskich sił zbrojnych na Krymie.

Marszałek rosyjskiego parlamentu Krymu Władimir Konstantinow wezwał do „zwrócenia uwagi na wszystkie >domowe< przejawy ukraińskiego nazizmu” na Krymie i „zatrzymania ich w najsurowszy sposób”. W związku z tym wezwał Moskwę do zbombardowania Kijowa i innych „centrów decyzyjnych”. – Ostatnio upijają się i wykrzykują banderowskie slogany, potem krytykują rząd… Nasza reakcja na takie zachowanie musi być jednoznaczna i bardzo okrutna… Skończyły się żarty – zagroził Konstantinow. Jego zdaniem na Krymie bardziej aktywni stali się ukraińscy agenci, choć tak naprawdę ostatnio widoczne są tam proukraińskie nastroje mieszkańców półwyspu wynikające z niezadowolenia z rosyjskich rządów na tym terenie.

Prorosyjski bloger Eyvaz Umerov uważa, że ​​„walka z „piątą kolumną” powinna być zintensyfikowana i dlatego sugeruje: „Potrzebujemy metod, których kiedyś używał towarzysz Stalin, inaczej nie ma mowy!”. Wyjaśnił: „Rozumiem, że wiele osób trafi do więzień, będą tysiące… Takich ludzi należy karać i karać w ramach uproszczonego systemu… Potrzebne są twarde decyzje i środki… Czas pomyśleć i zacząć sprzątać…”

Według znanego rosyjskiego prawnika Mykoły Połozowa taka reakcję władz i ich prorosyjskich współpracowników to skutek udanych ataków wojsk ukraińskich na obiekty wojskowe na Krymie. „Oczywistym jest, że nerwowość rosyjskich sił bezpieczeństwa i przedstawicieli władz na okupowanym Krymie może spowodować >polowanie na czarownice< i nasilone represje wobec tych, których władze uważają za nielojalnych wobec Rosji jako części ludności Krymu. Tradycyjnie główny cios może być zadany Tatarom krymskim. To nie przypadek, że dosłownie następnego dnia po wydarzeniach w pobliżu Sakami w dzielnicy Dzhankoy przeprowadzono nalot z przeszukaniem domów Tatarów krymskich, a czterech z nich aresztowano. Rosyjskie służby specjalne będą również szukać >terrorystów< i >sabotażystów< na Krymie wśród etnicznych Ukraińców” – powiedział dziennikarzom Mykoła Połozow.

Aktywista krymski Pawło Stiepanczenko uważa, że ​​rosyjska ideologia nazistowska zaczyna się od zakazu wolności słowa i wolności krytyki rządu, od prześladowania opozycji. Dlatego obecne procesy polityczne w Rosji to nic innego jak powrót kraju do stalinowskich praktyk i represji lat 30. XX wieku. Tyle, że Stalin faktycznie odrodził się w Rosji…