SDP: Rosyjscy propagandyści udający dziennikarzy powinni być osądzeni jak zbrodniarze wojenni!

24 sierpnia reprezentanci Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wydali oświadczenie potępiające rosyjskich propagandystów, którzy w rosyjskich mediach nakręcają spiralę nienawiści wobec napadniętej przez Moskwę Ukrainy.

W środę wieczorem oświadczenie zaczęły cytować m.in. ukraińskie media (na końcu publikacji).

 

Oto treść oświadczenia:

 

W związku z trwającą od pół roku barbarzyńską rosyjską  inwazją na niepodległą Ukrainę, jako reprezentanci Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, po raz kolejny domagamy się wyciągnięcia odpowiedzialności za zbrodnie popełniane tam na ludności cywilnej nie tylko wobec bandytów w rosyjskich mundurach, ale i „dziennikarzy” – propagandystów sprzyjających kremlowskiemu reżimowi. Propagandystów nie tylko dezinformujących światową opinię publiczną w sprawie krwawej agresji Moskwy na Ukrainę, ale też zachęcających do walki z Ukraińcami w imię imperialistycznych interesów Putina i jego popleczników. 
 
Rosyjscy funkcjonariusze propagandowi, którzy udają dziennikarzy, tacy jak m.in.: Margarita Simonian, Władimir Sołowiow, Dmitrij Kisieliow, Olga Skabiejewa oraz wielu innych, powinni – po upadku Putina – być osądzeni jak zbrodniarze wojenni!
 
To tylko przykłady kłamców i prowodyrów wojennych, którzy udają dziennikarzy. To najbardziej znane twarzy rosyjskiej propagandy. Niestety, jest ich dużo więcej i biorąc pod uwagę fakt, że w Rosji teraz w ogóle nie ma wolnych mediów.
 
Oszustwo, dezinformacja a nade wszystko podżeganie do nienawiści, do zabijania niewinnych ludzi w niepodległym kraju, nigdy nie będą uważane za dziennikarstwo a ośrodki rosyjskiej propagandy nigdy nie staną się mediami. Dlatego światowe organizacje dziennikarskie oraz krajowe stowarzyszenia medialne powinny nieustannie wywierać wpływ na demokratyczne rządy i instytucje międzynarodowe, aby wobec oczywistej konieczności przygotowania trybunałów dla siejących terror na Ukrainie bandytów z rosyjskiej armii, uznać za zbrodniarzy wojennych także propagandystów rosyjskich zachęcających w kremlowskich mediach do agresji na Ukrainę i próbujących usprawiedliwiać masowe mordy, gwałty i rabunki.
 
Krzysztof Skowroński – prezes SDP
Jolanta Hajdasz – wiceprezes SDP
Mariusz Pilis – wiceprezes SDP
Hubert Bekrycht – sekretarz generalny SDP
Aleksandra Tabaczyńska – skarbnik SDP

 

Oświadczenie SDP w UKINFORM: TUTAJ.

 

Oświadczenie SDP w UA News: TUTAJ.

 

 

O hodowli ludzi, tym razem, pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Tam, gdzie usuwa się książki

Problem ze znakomitym podręcznikiem „Historia i Teraźniejszość” profesora Wojciecha Roszkowskiego polega na tym, że przełamuje on lewicowo-postępowy chaos w myśleniu o człowieku i o społeczeństwie sączony intencjonalnie w umysły młodych ludzi od lat w Europie Zachodniej, czy coraz częściej w USA. Właśnie dlatego jest znakomity, że orientuje bieguny proponując kontynuację sprawdzonego porządku. Właśnie dlatego jest znakomity, że w syntezie przedstawia fakty z punktu widzenia tradycji i konserwatyzmu, potępiając nazizm, komunizm, przestrzegając przez konsekwencjami nowej odsłony marksizmu, który wykrzykując „wolność”, w istocie zawsze chce tylko jednego – całkowitej władzy nad jednostką i całkowitego jej zniewolenia.

Podręcznik wzbudza więc histeryczną nienawiść, bo pokazuje młodym ludziom, że mogą doskonalić się szanując tradycję i pisząc nowe karty historii na rozumnym gruncie. Że mogą i mają obowiązek pisać dumną historię świadomą samodyscypliną, przeciw anarchii. Duma to jednak rzecz niebezpieczna, dumnymi ludźmi niełatwo manipulować…

Jest rzeczą naturalną, że w tej wojnie światów, wojnie ideologii podręcznik będzie przechodzić, i przechodzi, próby wyśmiania i zohydzenia. Zajmę się jednym aspektem, jedną próbą zohydzenia „HiT”, tak zwaną sprawą „in vitro”. Roszkowski w swoim podręczniku, w rozdziale „Kultura i rodzina w oczach Zachodu” napisał między innymi o niewypuklanych faktach dotyczących zachodnich pisarzy i intelektualistów, takich jak Jean-Paul Sartre. O ile młodzi ludzie zazwyczaj wiedzą, że wspaniałym, kawiarnianym egzystencjalistą był, o tyle nowością może być dla nich, że był także pieskiem Stalina tuszującym jego zbrodnie i wielbiącym ZSRR. O ile młodzi ludzie podziwiać mogą skondensowaną metaforę zawartą w „Starym człowieku i morzu” Ernesta Hemingwaya, o tyle pewnym zaskoczeniem może dla nich być, że ten silny mężczyzna był po prostu ruskim agentem. Ale nie tego się postęp w tym rozdziale czepia.

Polityk, prezydent Poznania, członek Platformy Obywatelskiej, Jacek Jaśkowiak zaapelował publicznie do nauczycieli: „Drogie nauczycielki, drodzy nauczyciele! Zwracam się do Was z gorącym apelem: Nie korzystajcie z podręcznika do „HiT” autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego. Zawiera on wiele dyskryminujących, nieprawdziwych czy wręcz haniebnych treści dotyczących m.in. in vitro” I dalej: „Skorzystajcie z tego prawa, by chronić naszą młodzież przed fałszywym przekazem i indoktrynacją, na którą nie ma miejsca w poznańskich szkołach. Poznań jest miastem tolerancyjnym, otwartym dla każdego. Nie wyobrażam sobie, żeby ten szkodliwy i kłamliwy twór kształtował światopogląd młodego pokolenia poznanianek i poznaniaków”.

Takich słów, utrzymanych w tonie najwyższego oburzenia, z taką właśnie argumentacją było mnóstwo, a pozwoliłem sobie zacytować słowa akurat Jacka Jaśkowiaka, ponieważ są pigułką. Na co Jacek Jaśkowiak i jemu podobni tak emocjonalnie się oburzyli? Co takiego w tym samym rozdziale o in vitro napisał Roszkowski? Nic. Bardzo mi przykro, ale o in vitro Roszkowski nie napisał nic, wiem, ponieważ czytałem i to ze zrozumieniem. Jeszcze raz, bo może komuś umknęło. Profesor Wojciech Roszkowski odsądzany jest od czci i wiary z powodu jego podejścia w podręczniku, do in vitro niczego nie napisał o in vitro i to sformułowanie w ogóle nie pada. Niemożliwe? Możliwe, wiem, bo czytałem. Co więc naprawdę napisał profesor Roszkowski, co stało się obiektem ataków?

Napisał: „Coraz bardziej wyrafinowane metody odrywania seksu od miłości i płodności prowadzą do traktowania sfery seksu jako rozrywki, a sfery płodności jako produkcji ludzi, można powiedzieć hodowli. Skłania to do postawienia zasadniczego pytania: kto będzie kochał wyprodukowane w ten sposób dzieci? Państwo, które bierze pod swoje skrzydła tego rodzaju +produkcję+? Miłość rodzicielska była i pozostanie podstawą tożsamości każdego człowieka, a jej brak jest przyczyną wszystkich prawie wynaturzeń natury ludzkiej. Ileż to razy słyszymy od ludzi wykolejonych: nie byłem kochany w dzieciństwie, nikt mi nic nie dał, więc sam sobie muszę brać.” Koniec cytatu.

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby te słowa interpretować w kontekście in vitro. Dlaczego? Bo te dzieci są właśnie chciane, bo te dzieci są właśnie wyczekiwane, bo te dzieci są upragnione, bo te dzieci są otoczone miłością od samego początku, bo te dzieci są noszone przez matki przez 9 miesięcy i już wtedy naturalnie kochane. Zacytowane słowa prof. Roszkowskiego odczytałem jako sprzeciw przeciw takim praktykom jak klonowanie, sprzeciw wobec „sztucznych macic”, jako sprzeciw wobec rzeczywistej masowej hodowli ludzi, do czego technologia w najbliższym czasie będzie zdolna, albo już jest w niejawnych laboratoriach.

Hodowla ludzi, masowa i pozbawiona miłości jest problemem, z którym świat będzie się musiał zmierzyć podobnie jak z genetycznym modyfikowaniem ludzi. Zmierzyć także na płaszczyźnie prawnej i etycznej. Na przykład, czy można hodować ludzi na organy? O co więc cała ta histeria w sprawie in vitro w „HiT”. O nic. Taki problem nie jest w książce poruszany. Ale histeria już zadziałała, bo bywa silniejsza od rozumu. Już słyszę głosy, że książkę trzeba wycofać, że ten fragment musi być usunięty. Bzdury. Niebezpieczne bzdury. Tam, gdzie usuwa się książki, niebawem będzie usuwać się ludzi.

Pasanie owiec – CEZARY KRYSZTOPA o odciąganiu uwagi od niewygodnych wydarzeń

Można by na przykład zacząć od felietonów Jana Rema, czyli Jerzego Urbana w „Tu i teraz”, jak „Seanse nienawiści”, w którym oskarżał bł. Ks. Jerzego Popiełuszkę o bycie „Savonarolą antykomunizmu”. Niedługo później ks. Jerzy został zamordowany przez przedstawicieli czerwonego reżimu, któremu Urban aportował. Albo później od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to co napisała „Gazeta Wyborcza” wielu wydawało się bardziej realne od tego co rzeczywiście miało miejsce, albo kiedy „Gazetę Wyborczą” zdetronizował  w tej roli TVN.

Gdyby to była jakaś szczególnie pogłębiona analiza, mogłaby się również zaczynać choćby od 2015 roku, kiedy to „PiS zaatakował demokrację” zanim zdążył cokolwiek zrobić, od „śmierci Diduszki”, „gazu na ulicach”, „nazistów na Marszu Niepodległości”, „wyłączania internetu”, „złamania konstytucji”, czy „dzieci z Michałowa”. Wszystkiego nie pamiętam, ale jak sami wiecie, ten serial nie ma końca, choć wraz z upływem czasu zamiast budzić grozę jak wcześniej, budzi coraz więcej śmiechu i politowania. Ale że jest to tylko krótki felieton, to wypada tylko wyjaśnić, że zjawisk tych nie łączy skala, czy waga, ta wydaje się szybko dewaluować, zjawiska te łączy mechanizm utrzymywania podatnych na wpływ owiec w stanie permanentnego stresu wywoływanego przez mniej czy bardziej utalentowane owczarki, w celu pasania w pożądany przez pasterzy sposób.

Szybka dewaluacja skuteczności jakiej metoda ostatnio podlegała, skłania do uzasadnionego wniosku, że nie warto się nią już zajmować, skoro najpoważniejszym z efektów jest tu pogłębiająca się frustracja owczarków i pasterzy, którzy kiedyś trzęśli spanikowanym stadem, a teraz „tak się starają i nic”. Byłby to wniosek uzasadniony, ale czy nie zbyt łatwy?

Znowu zadziałało

Oto bowiem ostatnio mieliśmy do czynienia z dynamicznym wzrostem intensywności jej stosowania – „nie ma cukru”, „pedofilia w podręczniku do historii”, „rtęć w Odrze” (pomniejszych histerii w międzyczasie nie liczę). W dodatku dzieje się to w kontekście wojny za naszą wschodnią granicą i sporych zdolności wpływu na zachodnią opinię publiczną ze strony podrażnionego brakiem „wielkiego zwycięstwa” kremlowskiego Mordoru. I wiecie co? Chyba znowu całkiem poważnie zadziałało.

Kto w tym kontekście jest tylko owczarkiem, a kto prawdziwym pasterzem, to pytanie nie do mnie. Ja nie wiem czy i kto tu jest zdrajcą, a kto pożytecznym idiotą. Za to myślę, że jeżeli ktoś chciał sprawdzić jak w obecnej sytuacji Polacy zareagują na serię „oburzających” wrzutek odciągających uwagę od niewygodnych wydarzeń, to otrzymał odpowiedź, która powinna nas, ze szczególnym uwzględnieniem służb wszelakich, bardzo niepokoić.

Owiec podatnych na sugestie owczarków jakby znów jest więcej. A co gorsza, jakby rósł pośród nich odsetek agresywnych baranów.

Lwowskie, polskie Termopile – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o bitwie pod Zadwórzem

17 sierpnia 1920 r. w Zadwórzu – wsi położonej 33 km od Lwowa – 330 młodych Polaków stoczyło zwycięski bój z przeważającymi siłami bolszewików, nie dopuszczając do zdobycia przez nich miasta. Złożony głównie z lwowskiej młodzieży batalion Małopolskich Oddziałów Armii Ochotniczej pod dowództwem kapitana Bolesława Zajączkowskiego przez 11 godzin stawiał heroiczny opór napastnikom.

Obrońcy odparli sześć szarż konnych armii Budionnego. Batalion uległ dopiero po przybyciu nowych sił kawalerii bolszewickiej i po wyczerpaniu amunicji. W nierównej walce poległo 318 polskich żołnierzy. Walczyli do końca na kolby i bagnety. Większość poddających się została rozsiekana przez Kozaków. Sowieci rąbali ich szablami, rannych dobijali kolbami. Zabitym odcinali głowy, ręce i nogi, zabierali ubrania. Pozostali przy życiu ranni oficerowie ostatnimi nabojami odbierali sobie życie. Opór ochotników pod Zadwórzem umożliwił innym oddziałom polskim wycofanie się i zajęcie pozycji obronnych pod Lwowem.

Ciała pięciu poległych oficerów, które udało się zidentyfikować, zostały pochowane na cmentarzu Orląt we Lwowie. Pozostali bohaterowie spoczęli na żołnierskim cmentarzu, w pobliżu usypanego na ich cześć kurhanu, gdzie umieszczono tablicę pamiątkową z napisem: „Orlętom poległym w dniu 17 sierpnia 1920 roku w walkach o całość ziem kresowych”. Do 1939 r. pomnik chwały był celem wypraw kombatantów, harcerzy i młodzieży, gdzie składano ślubowania i przyrzeczenia.

Pod Zadwórzem zginął m.in. 19-letni Konstanty Zarugiewicz, polski Ormianin, uczeń siódmej klasy, obrońca Lwowa z 1918 r., kawaler Krzyża Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. W 1925 r. jego matka Jadwiga Zarugiewiczowa została poproszona, aby spośród ciał znalezionych na pobojowisku wskazać jedno, które złożono następnie w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Wcześniejszego wyboru Lwowa jako miejsca pochodzenia szczątków bezimiennego żołnierza dokonał 4 kwietnia 1925 r. z 15 pobojowisk, na których w latach 1914-1920 rozegrały się najbardziej krwawe walki o niepodległość, Józef Buczkowski – ogniomistrz 14. Pułku Artylerii Polowej, kawaler Virtuti Militari.
Lekarz ocenił wiek zabitego na ok. 14 lat, stwierdził u niego postrzały w głowę i w nogę, co dowodziło śmierci w boju. Po pożegnalnym nabożeństwie we lwowskiej katedrze zwłoki przybyły pociągiem na stołeczny Dworzec Główny 2 listopada 1925 r., skąd kondukt przeszedł do katedry św. Jana na okolicznościową Mszę Świętą. Następnie trumnę na armatniej lawecie w uroczystym pochodzie przetransportowano na pl. Saski. Na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza w arkadach Pałacu Saskiego w Warszawie znalazł się napis: „Tu leży żołnierz polski poległy za Ojczyznę”.

Niemcy wysadzili Pałac już po Powstaniu Warszawskim: w ostatnich dniach grudnia 1944 r. Teraz – razem z jego odbudową – Grób odzyska historyczny kontekst.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja prowadzi ukierunkowaną wojnę informacyjną przeciwko Polsce

Analiza rosyjskich przekazów o życiu i wydarzeniach w Polsce pokazuje, że Rosja realizuje wobec Polski wieloaspektowy i celowy program walki informacyjnej.

Na łamach rosyjskich gazet i mediów elektronicznych praktycznie nie ma pozytywnych wiadomości o polityce, rządzie, społeczeństwie i życiu w Polsce. Zamiast tego rozprzestrzeniają się fakenewsy i manipulacje, które w założeniu rosyjskich propagandystów, powinny powodować konflikty zarówno wewnętrzne w Polsce, jak i międzynarodowe, aby w ten sposób uniemożliwić realizację polskich programów wzmacniających jej zdolności obronne, suwerenność i niezależność.

Z treści rosyjskich artykułów o Polsce jasno wynika, że ​​informacyjna agresja Moskwy odbywa się w kilku głównych kierunkach. Pierwsza z nich to próba wbicia klina między Polskę a Ukrainę, między Polaków i Ukraińców. Wykorzystują do tego tendencyjne i manipulacyjne doniesienia o wydarzeniach z polsko-ukraińskiej historii oraz przeinaczanie faktów dotyczących współczesnych stosunków ukraińsko-polskich.

Na przykład rosyjskie służby wywiadowcze systematycznie rozpowszechniają w mediach fałszywe doniesienia, że Polska nadal „panuje” na Ukrainie i próbuje realizować ekspansję na Ukrainę Zachodnią.

Pewnego dnia tak zwane „biuro prasowe rosyjskiego wywiadu zagranicznego” doniosło o „stopniowej realizacji przez Warszawę dalekosiężnych planów wobec Ukrainy. Coraz bardziej oczywiste staje się, że nie chodzi tylko o możliwość wprowadzenia >polskich sił pokojowych< w zachodnie regiony tego kraju, ale także o ustanowienie kontroli nad najbardziej perspektywicznymi sektorami gospodarki sąsiedniego kraju”.

Dyrektor rosyjskiego wywiadu Siergiej Naryszkin stwierdził wcześniej „gotowość Polski do aktywniejszej współpracy w kwestii ukraińskiej z Węgrami i Rumunią w celu ukrycia planów zajęcia zachodniej Ukrainy”.

A pod koniec lipca wiceprzewodniczący rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew opublikował na swoim kanale Telegram mapę, na której większość Ukrainy przenosi się do innych krajów, w tym do Polski. W ten sposób Rosja próbuje zamaskować swoje plany aneksji Ukrainy, kłamiąc o „nowym podziale Ukrainy” przez państwa europejskie.

Kilka dni temu rosyjska agencja „Ukraine.Ru” podała „straszne wieści” od tak zwanego politologa Rostislava Iszczenko, że rzekomo „prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zgodził się nadać obywatelom polskim specjalny status na Ukrainie w zamian za wysłanie z Warszawy wojsk na zachód kraju”. Zaznaczył, że „przyjęcie tej normy uczyni z byłej republiki sowieckiej protektorat swojego zachodniego sąsiada”.

Któregoś dnia Naryszkin poinformował, że „polskie kierownictwo rozpoczęło opracowywanie scenariuszy faktycznego rozczłonkowania Ukrainy. Według niego Warszawa jest przekonana, że ​​USA i Wielka Brytania będą zmuszone poprzeć plan podziału byłej republiki radzieckiej.

Rosjanie są również zaskoczeni życzliwością Polaków, którzy dobrze rozumieją ból Ukraińców i udzielają dużej pomocy uchodźcom. Dlatego rosyjska agencja informacyjna RIA Novosti wypacza treść artykułu z „Myśli Polskiej”, w którym jego autorka, Agnieszka Piwar, stwierdza, że ​​„Polacy zostali wprowadzeni w błąd, gdy byli przekonani o konieczności przyjęcia Ukraińców w swoich domach”. Piwar zauważa, że ​​wielu uchodźców przybyło z tych regionów Ukrainy, gdzie nie są prowadzone działania wojenne, a ich celem jest skorzystanie z różnych przywilejów jakie daje Polska”. Co więcej, Agnieszka Piwar stwierdza, że „polskie środki masowego przekazu milczą o tych problemach, bo cenzura działa tak, jak powinna. Autor depeszy dodaje zaś, że Polacy kiedyś „otworzą oczy” na Ukraińców i prędzej czy później ich cierpliwość się wyczerpie. Oczywiście Ukraińcy czasami nie są aniołami, ale wydaje się, że w tym przypadku mamy do czynienia z dwoma zmanipulowanymi materiałami, z których pierwszy podsumowuje pewne niesystematyczne fakty, co daje drugiemu autorowi podstawy do ogólnych oskarżeń i tworzenia zniekształconego obrazu rzeczywistości. Metoda nie jest nowa i została już dobrze opanowana przez rosyjską propagandę.

Rosja zdaje się też nie szczędzić sił i środków, aby zakłócić realizację przez Polskę programu zbrojeń i stworzenie silnej, zdolnej do obrony armii. Ta sama agencja RIA Novosti nagle stała się „bardzo zaniepokojona”, że rzekomo „decyzja Polski o zakupie południowokoreańskich czołgów spowoduje problemy dla NATO”. Pechowe NATO, kto uchroni je przed błędami, jeśli nie Rosja?

RIA Novosti powołuje się na „amerykańskiego eksperta wojskowego” Daniela Gura, który w artykule dla 19fortfive stwierdził, że zamiar szefa MON Mariusza Błaszczaka zakupu od Korei Południowej czołgów K2, haubic K9 to „niezwykle dziwna decyzja… skoro nowy sprzęt będzie niekompatybilny ze sprzętem NATO, a Polacy będą musieli dostosować metody interakcji czołgów K2 z innymi systemami walki.” Nieszczęśni Polacy, jak poradzą sobie z tak piekielnym zadaniem?

Jednocześnie media rosyjskie odrzucają wszelkie konstruktywne myśli i propozycje Polski. Na przykład bez wystarczającej analizy zareagowali wrogo na propozycję posła PiS Arkadiusza Mularczyka, który niedawno w rozmowie z „Rzeczpospolitą” poruszył temat reparacji od Rosji. Mularczyk z przekonaniem stwierdził, że Polska powinna zdecydowanie „ocenić szkody”, a potem po prostu „poczekać na odpowiedni moment polityczny”. W Rosji nie zwrócono uwagi na to, że wcześniej ten sam poseł mówił o reparacjach, których Polska zamierza domagać się również od Niemiec.

Moskiewscy propagandyści po swojemu wykorzystali również rozmowę Lecha Wałęsy z francuskim „Le Figaro”. Były prezydent wyraził w niej opinię, że „zachodni alianci mylili się co do Moskwy nawet w czasach Gorbaczowa, uznając, że >on jest dobry< i da pokój Rosji”. Wałęsa nazwał obecną sytuację rezultatem tego błędu, mówiąc, że Kreml chce „kontynuować aneksowanie narodów do swojego imperium”. Były prezydent dodał, że nawet w przypadku zwycięstwa Kijowa w konflikcie z Moskwą sytuacja może się powtórzyć za 5-10 lat i aby uniknąć takiego scenariusza, Zachód musi „wymusić zmianę systemu politycznego” w Rosji. Wałęsa podzielał również opinię, że opcją zapewnienia bezpieczeństwa byłoby również podział Rosji, w tym celu konieczny jest bunt narodów żyjących w tym kraju. Te słowa byłego prezydenta niesłusznie nazwano w Rosji „żądnymi krwi”. A szef Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej Leonid Słucki określił słowa Wałęsy „urojeniami schizofrenicznymi”. W Rosji zapomnieli jednak, że podobne idee od dawna wyrażają nie tylko politycy na całym świecie, ale także sami rosyjscy demokraci, a Imperium Rosyjskie w XXI wieku nie ma innej perspektywy niż zniszczenie przez ruchy wyzwoleńcze narodów, które Moskwa nadal przetrzymuje w swoim „więzieniu”. Świadczą o tym decyzje dwóch Forów Wolnych Narodów Rosji, które już w tym roku odbyły się w Warszawie i Pradze. Rosja musi zniknąć jako „więzienie narodów”, a w jej miejsce powinny pojawić się wolne, suwerenne państwa narodów, które od dawna walczą o swoje wyzwolenie. Dziś przykład Polski inspiruje Ukrainę, która walczy o swoje wyzwolenie, żadne specjalne operacje informacyjne agresora mu nie pomogą.

JAN TESPISKI: Dyrektorzy i inne ciemne siły teatralne (8)

Teatr jest instytucją z gruntu feudalną. I bardzo dobrze. Raz jeden, za mego długiego życia, lud teatralny, czyli aktorzy i techniczni przejęli władzę. Było to w czasach powstawania Solidarności. Wtedy to w aktorów i innych pańszczyźnianych chłopów teatralnych, wstąpił duch buntu. Spora część zespołów miała wtedy nadzieję, że teraz ustrój feudalny zastąpiony zostanie pełną demokracją. Przy czym dyrektorzy mieli być, ale tacy wybierani przez samych aktorów.

Najpierw jednak trzeba było usunąć starych dyrektorów, z nominacji komuny. Do czego przystąpiono z ochotą. Tę rewolucję powstrzymał stan wojenny, ale potem myśl o „samostanowieniu” zespołów powróciła.

Ale wtedy, w 1980 roku, odżyły skrywane urazy, odnowiły się rany – tak fizyczne jak psychiczne – będące skutkiem cierpienia aktorskiegp ludu. Dziwny to był czas i doprowadził do znacznego obniżenia jakości wystawianych sztuk. W wielu teatrach organizacje NSZZ Solidarność zażądały wpływu na to, co będzie teatr grał, kto jakie role będzie grał i ile kto będzie zarabiał. Tym samym pozbawiono dyrektorów – w dużej mierze – możliwości istotnego kierowania teatrami. Bywało śmiesznie.

ZASP kontra Solidarność

W jednym z teatrów starsi członkowie Związku Artystów Scen Polskich zażądali, by ta zawodowa organizacja aktorów i reżyserów – wzorem uprawnień przedwojennego ZASP-u – miała prawo wydawania zgód na dopuszczenie aktorów do grania.

I na nic zdawało się tłumaczenie starszym kolegom, że teraz w Polsce są szkoły teatralne, że aktorzy mają, w większości, dyplomy magistrów i obecnie ZASP ma inne zadania. Starsi byli uparci – jak to starcy. W końcu na ogólnym zebraniu zespołu artystycznego, we wrześniu 1980 roku, jeden z nich łamiącym się z emocji głosem powiedział:

– Ja słyszę tu głosy o konieczności powstania w naszym teatrze Solidarności. A przecież my już mamy ZASP. To jest wspaniała cechowa organizacja. Tylko musimy jej przywrócić przedwojenne prawa. Po co zakładać jakiś nowy związek? Owszem mamy teraz aktorów magistrów, ale grać z nimi na scenie nie sposób. A gdyby były nasze cechowe egzaminy, to odsiałoby się tych magistrów – nieudaczników.

Na to odezwał się aktor w średnim wieku:

– A czy ty Tadziu nie jesteś w szkole aktorskiej prodziekanem?

– Owszem, jestem, ale mam spętane przez układy ręce i nogi. A gdybym był szefem ZASP-u w naszym mieście, żaden nieutalentowany nie przecisnąłby się przez nasze sita.

Stan wojenny

Stan wojenny. Teatry żyły nerwowo, ale bez sensacji wewnętrznych. Choć znam wyjątki. W Częstochowie, które władza uważała za miasto frontowe w walce o duszę narodu, z powodu klasztoru i pielgrzymek, doszło do zaskakujących wypadków.

Po pierwsze, dyrektorem wydziału kultury mianowano oficera z orkiestry wojskowej. Obywatel ten utykał. Twierdził, że to skutek ran odniesionych na misjach. Prawda – o czym szeroko plotkowano w mieście – była taka, że złamał biodro, wysiadając po pijaku z helikoptera, którym koledzy postanowili go przewieźć dla zabawy.

Dyrektor ten zawiadywał trzema placówkami: teatrem, filharmonią i biblioteką. Dyrekcje tych placówek miały mu się meldować po dwa razy w tygodniu. Grafik był taki: poniedziałki i piątki – biblioteka, wtorki i soboty – filharmonia, środy i piątki – teatr. Co miały nowego do powiedzenia dyrekcje tych placówek dwa razy w tygodniu? To pozostanie smutną tajemnicą. Poza tym ten oficer na stanowisku dyrektora wydziału kultury ujawniał w prasie codziennej talenty literackie, pisując do miejscowego organu KW PZPR pornograficzne kawałki, w bardzo złym stylu. Formalnie były to opowiadania o jednym męskim mężczyźnie i kilku kobietach. Nie będę ich tu streszczał, bo byłby wstyd dla literatury i pornografii zarazem.

W samym teatrze zaś mianowano naczelnym dyrektorem byłego dyrektora technikum rolniczego. Człowiek ten nie miał najbladszego pojęcia o teatrze, ale widać gwarantował „słuszną linię”. A częstochowski teatr przeżywał właśnie potężny remont, którym miał kierować nowy dyrektor -rolnik. Wsławił się on kilkoma przypadkami budowlanymi.

Po pierwsze: dyrektor postanowił, podobno dla oszczędności, że technicy teatralni sami zamontują większość urządzeń i wystrój sceny. Najpierw położono na scenie podłogę. Podłoga była elegancka, z dębowej jasnej klepki, wylakierowana. Przeczyło to kilkusetletnim doświadczeniom teatrów, że podłoga na scenie powinna być z dwucalowych desek, żeby można było na niej stawiać i przybijać elementy scenografii. Podłoga była też nachylona pod kątem 5 stopni, ale na proscenium było wyżej, a opadała ku tyłowi sceny. Odwrotnie niż we wszystkich teatrach świata. Skutkiem czego aktor stojący pośrodku sceny „nie miał stóp”.

Po drugie: zamontowano rampę sceniczną, ale obrócono ją – dyrektor nie umiał czytać rysunków technicznych – o całe 180 stopni. Kiedy włączono reflektory, biły one światłem na widownię.

Po trzecie: widownię sceny od podłóg po strop wyłożono płytami paździerzowymi, w kolorze ciemno niebiesko-zielonym. Płyty były grubo powlekane głębokim lakierem. Efekt był taki, że w czasie spektakli płyty odbijały światło i widownia miała wrażenie, że przebywa w prosektorium.

Na szczęście stan wojenny się skończył, ale pamięć o wyczynach władz w Częstochowie, niech   będzie nadal żywa. Ku przestrodze.

 Kto ważniejszy

Przez całe cztery dziesięciolecia PRL było tak, że kierował teatrem artysta, któremu dawano etat „Naczelny i Artystyczny”. Niemniej każdy z naczelnych potrzebował zastępcy, który zajmował się sprawami technicznymi i administracyjnymi.

Na stanowisko zastępcy najczęściej trafiał jakiś urzędnik z wydziału kultury. W ten sposób urzędnik spełniał swoje marzenie, żeby z kierującego w mieście teatrami stać się szarym zastępcą. Skąd takie marzenia? Stąd, że szef wydziału kultury zarabiał od 2 do 3 razy mniej niż zastępca dyrektora teatru.

Zdarzało się, że taki nowy zastępca nawet się sprawdzał się, ale zawsze szło mu to z trudem, bo nagle, jednego dnia, człowiek tracił władzę, choć zyskiwał gotówkę. Bywało też i tak, że „przeniesiony z wydziału” nigdy nie nauczył się teatru, bo jest to świat trudny, skomplikowany.

W latach sześćdziesiątych, w jednym z małych teatrów zastępcą ds. administracyjnych teatru został człowiek dziwny, który wyróżniał się w całym mieście tym, że zawsze chodził w długich, czarnych, skórzanych płaszczach i tyrolskich kapeluszach. Mówiono o jego przeszłości dziwne rzeczy, włącznie z tym, kierował już teatrem więziennym, ale to chyba czysta złośliwość. Na pewno było wiadomo, że przyszedł „z wydziału”.

Pewnego dnia do jego gabinetu wkroczył mocno wściekły aktor i zrobił dyrektorowi kosmiczną awanturę.

– My panie dyrektorze mamy już tego wszystkiego dosyć. My gramy również w objeździe, ale nikt z pańskiego pionu administracyjno-technicznego nie interesuje się w jakich warunkach gramy A nasz autokar lepi się od brudu. Syf, smród i ubóstwo. A to jest jednak kultura! Kultura powiadam! A jak pan zorganizował bankiet popremierowy? Herbata podana w wiaderku i w poobtłukiwanych kubkach. Czy pan nie rozumie, że to jest teatr! Teatr powiadam!

Aktor wykrzykiwał dość długo wszystkie żale, wicedyrektor milczał. W końcu jednak wstał zza biurka, otworzył drzwi do sekretariatu i zapytał sekretarkę:

– Pani Zosiu, proszę sprawdzić, jak to jest w papierach. Bo czy my jesteśmy tutaj ważniejsi, czy oni, znaczy aktorzy?

Nie do zniesienia

Tadeusz Kantor, wielki twórca, miewał też swoje dziwactwa, za którymi jednak kryła się jego żelazna logika. Pewnego dnia spotkał w Rynku znajomego, który po paru zdawkowych zdaniach zapytał:

– To prawda, panie Tadeuszu, że zwolnił pan swojego zastępcę Balickiego?

– Oczywiście, bo sytuacja była nie do zniesienia. Wiadomo, dla przykładu, że 15-go mamy lecieć do Nowego Jorku, a 12-ego nikt nie ma jeszcze paszportów, dekoracje nie spakowane. Niczego na czas nie przygotował, bałaganiarz jeden. To wziąłem i wywaliłem. Na zbity pysk. I wie pan, Związek Plastyków podsunął mi taką panienkę. Miła, dobrze zorganizowana, paszporty zawsze były gotowe miesiąc wcześniej, dekoracje dwa tygodnie wcześniej spakowane. Ona nawet, na miesiąc wcześniej, miała rozkład naszych pokoi w hotelach.

– To wspaniale! – powiedział znajomy.

– Wspaniale?! Zacząłem się dusić w tym jej porządku, to było nie do zniesienia. Wyrzuciłem panienkę na zbity pysk. I wziąłem z powrotem Balickiego.

 

 

 

O sprawach najważniejszych znowu pisze WALTER ALTERMAN: Czy istnieje powinność literatury?

Ojczyzna moja wolna, wolna…
Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada.
Ojczyzna w więzach już nie biada,
Dźwiga się, wznosi, wstaje wolna.

Na cóż mi zbędnych słów aparat,
Którymi szarpał rany twoje?!
By ciebie zbudzić, już nie stoję
Nad twoim trupem jako Marat.

Poezjo, tyżeś na kurhany
Kazała klękać, jątrząc ranę,
Wodząc przed oczy rozkochane
Delije, pasy i żupany.

I cóż mi zrobić teraz z mową,
Która, zbłąkana w tej manierze,
W pawęże bije i puklerze,
Ojczyznę wzywa: wstań na nowo!

Odrzucam oto płaszcz Konrada:
Niewola ludów nie roznieca
Płomienia zemsty! – Pusta heca!
Gdzie indziej żagiew moja pada!

Ten interesujący nas dzisiaj cytat pochodzi z wiersza „Czarna wiosna” Antoniego Słonimskiego. Wiersz powstał w roku 1919. Można powiedzieć, że tym utworem Słonimski, a także Julian Tuwim i Jan Lechoń – jako Skamandryci – witali niepodległość, żegnając jednocześnie 123 lata rozbiorowej niewoli. Skamandryci mocno weszli w polską literaturę, stali się objawieniem prawdziwej sztuki, u progu odzyskanej niepodległości.

Rozumiejąc obowiązki, jakie nieśli na barkach polscy pisarze w czasach rozbiorów, jednocześnie młodzi poeci w 1919 roku mówili: dosyć. Zapowiadali teraz literaturę o ludziach, o zwykłych człowiekowi, ale zawsze niezwykłych uczuciach, radościach, smutkach i cierpieniach. Tak rozumieli podstawową powinność literatury.

Polak – obywatel czy człowiek

O dziwo nie był to pierwszy bunt literatów wobec tzw. obowiązków obywatelskich. Przecież moderniści, twórcy Młodej Polski mieli niejako wypisane na sztandarach odejście od literatury społecznej, ich pierwszych interesował tylko człowiek. Ten człowiek był Polakiem, to oczywiste, ale przede wszystkim czującą, wrażliwą osobą ludzką.

O dziwo, można powiedzieć, że literaci Młodej Polski, a potem twórcy grupy Skamander nadali polskiej literaturze – od czasu rozbiorów – europejski charakter. Oni wprowadzili polską sztukę na powrót do Europy i świata.

Gwoli prawdy trzeba przypomnieć, że Lechoń, Tuwim i Słonimski wspaniale zdali egzamin z polskości w latach trzydziestych, po dojściu do władzy w Niemczech Hitlera, oraz w czasie wojny i okupacji. Zatem nie można powiedzieć, że ta wielka trójka polskiej międzywojennej poezji była wynarodowiona czy kosmopolityczna. Oni chcieli zagospodarować teren, sferę przynależną literaturze od zawsze. I świetnie to robili, tchnęli nowego ducha w polską poezję, dali jej nowy wymiar. Gdy jednak nad światem zawisły czarne chmury, ci sami poeci pisali wiersze, które mówiły o polskiej racji stanu.

Granice wolności literatury

Pytanie o granice „sztuki dla sztuki” zawsze było w Polsce żywe. Szczególnie wśród warstw rządzących. A ściślej biorąc wśród naszych polityków. Literatura przyciągała od zawsze i przyciąga teraz także, polityków, którzy chcieliby dla literatury programu minimum i maksimum.

Minimum polityczne dla sztuki, to żeby twórcy – głównie literaci, ale także ludzie filmu i teatru – w ogóle nie interesowali się bieżącą polityką, żeby pisali o kwiatach, motylkach, ptaszkach, o miłości – ale wyłącznie małżeńskiej. O dziwo tacy politycy oczekują realizacji programu grupy Skamander. Ale przecież skamandryci zabierali głos w sprawach społecznych, że wspomnę tylko wiersz „Do prostego człowieka” Juliana Tuwima. Z pojawieniem się internetu wielu polityków – różnej proweniencji – oczekiwałoby, że artyści nie będą się opowiadać politycznie. Ale tak dobrze nie ma. „Bujać to my, panowie szlachta…” – że zacytuję Tuwima.

Maksimum polityczne dla sztuki – jest cichym, ale namiętnym oczekiwaniem polityków, że twórcy poprą swą sztuką opcje partyjne. We współczesnych czasach, po roku 1990, takich prób artystycznej afirmacji partyjnych działań i programów było niewiele. A te które były zakończyły się kompletnym fiaskiem.

Nasza narodowa podejrzliwość

Tu trzeba wyjaśnić, że my Polacy jesteśmy narodem podejrzewającym, nieufnym i głęboko przekornym.

Ciekawą myśl w tej sprawie sformułował wybitny polski reżyser, Konrad Swinarski, który uważał się za ucznia Bertolta Brechta. I gdy jakiś dziennikarz stwierdził, że teatry Brechta i Swinarskiego są zupełnie do siebie niepodobne, Swinarski stwierdził: „Wie pan, bo Brecht tworzył dla Niemców, a ja dla Polaków. Niemcy są prości i trzeba im pewne myśli, sugestie wbijać łopatą do głowy, nam wystarczy sugestia”.

Przestrzegałbym władze, wszelkich parlamentarnych i pozaparlamentarnych partii, przed próbami – choćby próbami – ingerencji, pouczania, strofowania, wskazywania ludziom sztuki „kierunków” oraz oceny ich dzieł z punktu partyjnego widzenia. Oczywiście żaden polityk nie przyzna się do tego, że jego oceny i uwagi są partyjne. Każdy z nich będzie mówił o polskiej racji stanu, interesie narodowym, odwiecznych zasadach, itp.

Co polityka może zrobić z literatury

Poniżej przypominam wspaniały, co do formy, wiersz Gałczyńskiego. Mamy tu bowiem wyrazisty przykład na to, co dzieje się, gdy władza prosi wybitnego poetę o głos w sprawie społecznych powinności literatury. Autor się zgada – może nie mając wyjścia – i potulnie wylicza, czego to władza oczekuje od pisarzy. Wyszło tragikomicznie. Potem z wiersza powstała miła piosenka, ale nadal tchnąca groźbą, że inne książki – nie spełniające oczekiwań wymienionych w tekście Gałczyńskiego – nie są pożądane.

 

Konstanty Ildefons Gałczyński (1953)

PIOSENKA O KSIĄŻCE (Fragment)

Chcemy książki, co życiu pomaga,
bohaterów wesołych jak słońce,
takiej, żeby ją brać do plecaka
na wycieczkę nad morze szumiące.

Ćwiercią pióra się pisze na niby,
taka książka nam z serca ucieka,
niechaj pisze ją człowiek prawdziwy,
wierny brat prawdziwego człowieka –

Z książki płynie odwaga,
książka życiu pomaga,
chcemy książek
jak słońce
i piosenek
jak wiatr.

 

Ten felieton dedykuję krytykom twórczości Olgi Tokarczuk, krytykom o rozmaitych pogolądach politycznych. Nie każdemu pisarstwo noblistki musi się podobać, ale prawo do twórczości i poglądów Tokarczuk ma, tak jak każdy z nas.

 

Niezłomny biskup męczony przez komunistów – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o abp. Antonim Baraniaku w rocznicę jego śmierci

13 sierpnia 1977 r. zmarł abp Antoni Baraniak, przed II wojną światową sekretarz prymasa Polski kard. Augusta Hlonda, po wojnie – Stefana Wyszyńskiego. We wrześniu 1953 r. aresztowany przez władze komunistyczne i poddany brutalnemu śledztwu, co osłabiło zdrowie kapłana i doprowadziło do jego przedwczesnej śmierci. To była cena za uratowanie życia Prymasa Tysiąclecia.

Niewiele bowiem brakowało, by komuniści urządzili prymasowi Wyszyńskiemu proces o zdradę państwa i działalność kontrrewolucyjną. Gdyby tak się stało, za tak ciężkie – wymyślone przez czerwonych bandytów – przestępstwa mógł być skazany nawet na karę śmierci, która – nie można tego wykluczyć – zostałaby wykonana. Przecież bolszewiccy oprawcy nie mieli oporów przed mordowaniem księży i wielu z nich zlikwidowali, by wymienić tylko w czasach zaraz powojennych ks. Władysława Gurgacza, czy ks. Rudolfa Marszałka, a w latach 80. ks. Jerzego Popiełuszkę, czy ks. Sylwestra Zycha. To samo działo się zresztą w innych krajach okupowanych od 1945 r. przez Związek Sowiecki.

Rodzimi bolszewicy świetnie wiedzieli, że ks. Prymas Stefan Wyszyński sam nic im nie powie, nie przyzna się do absurdalnych zarzutów. Dlatego zamierzali wykorzystać do tego jego sekretarza. Po bp. Baraniaka do Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej czerwoni faszyści przyszli 25 września 1953 r. – tego samego dnia aresztowali prymasa Wyszyńskiego.

Podlegli Moskwie rodzimi komuniści nie spodziewali się jednak, że Antoni Baraniak okaże się „małomówny”. Po przewiezieniu do katowni przy ul. Rakowieckiej, wytrzymał tam 27 miesięcy ciężkiego śledztwa, przesłuchiwany przez bandytów z bezpieki przynajmniej 145 razy, nawet przez kilkanaście godzin pod rząd. Śledczy robili wszystko, aby wydobyć od biskupa informacje obciążające Wyszyńskiego, świadczące o tym, że Prymas Polski jest zdrajcą i szpiegiem. Ubecy (którzy dziś chcą przywrócenia przywilejów emerytalnych) zrywali mu paznokcie, przetrzymywali przez wiele dni nago w lodowatej, pełnej fekaliów celi (polecam szczególnie wszystkim lewackim obrońcom zwierząt). A biskup Baraniak nic – nie dał się złamać. Zmaltretowany odmawiał współpracy, nie obciążył kardynała Wyszyńskiego i komuniści musieli zrezygnować z procesu Prymasa Polski.

Efekt był wszak taki, że w tym komunistycznym areszcie bp Antoni Baraniak stracił zdrowie – na tyle podupadło, że od września 1954 r. do maja 1955 r. przebywał w więziennym szpitalu. Potem został zabrany z Warszawy do aresztu domowego w zakładzie salezjańskim w Marszałkach k. Ostrzeszowa, a następnie internowany w domu sióstr elżbietanek w Krynicy. Komuniści uwolnili go ostatecznie 30 października 1956 r. i wkrótce wrócił na stanowisko kierownika Sekretariatu Prymasa Polski.

Teraz pytanie za 100 pkt (szkoda, że nie jest zadawane w popularnych teleturniejach): co łączy bp. Antoniego Baraniaka z bp. Czesławem Kaczmarkiem, ks. Zygmuntem Kaczyńskim, ks. Rudolfem Marszałkiem i ks. Kazimierzem Łuszczyńskim? Odpowiedź: łączą ich wspomniane wcześniej wymyślne tortury z rąk ubeckich bestii w katowni przy ul. Rakowieckiej. Dlaczego? Bo wszyscy byli księżmi niezłomnymi.

Ordynariuszowi kieleckiemu bp. Czesławowi Kaczmarkowi czerwoni faszyści zarzucili… faszyzację życia społecznego, szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych oraz Watykanu, nielegalny handel walutami. A naprawdę ordynariuszowi kieleckiemu nie mogli darować raportu o pogromie kieleckim, za który obwinił UB i NKWD.

Ks. Zygmunt Kaczyński – przedwojenny redaktor pism społeczno-katolickich, poseł na Sejm II RP według oficjalnej komunistycznej wersji doznał ataku serca, a w rzeczywistości zmarł w skutek tortur.

Ks. Rudolf Marszałek, ps. Opoka – kapelan podziemia antyniemieckiego i antykomunistycznego, oficer Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych zgrupowania Henryka Flamego „Bartka” po rocznych torturach został skazany na śmierć i stracony 10 marca 1948 r.

Podobny los – strzał w tył głowy – spotkał 24 maja 1946 r. ks. Kazimierza Łuszczyńskiego, ps. „Mateusz”, „Rosa” – kapelana NSZ.

A bp Antoni Baraniak – tak jak bp Czesław Kaczmarek – choć wypuszczony na wolność, odszedł do Domu Ojca przedwcześnie – po bestialstwie miejscowych bolszewików.

Przypomnieć trzeba, że przed pracą sekretarza, a wcześniej kapelana Prymasa Stefana Wyszyńskiego, bp Antoni Baraniak pełnił analogiczne funkcje u boku wielkiego poprzednika – Prymasa Augusta Hlonda: od 1933 r. do tajemniczej wciąż śmierci kardynała w październiku 1948 r. (nie można wykluczyć, że został przez komunistów zamordowany). Biskup Baraniak już w czasie okupacji niemieckiej był niezłomny, dzieląc z Prymasem Hlondem trudy rozłąki z Ojczyzną. Dlatego po tym, jak Prymas Stefan Wyszyński został uznany za błogosławionego, czekamy na zakończenie podobnej procedury odnośnie biskupa Antoniego Baraniaka.

O tym, ile kosztuje propaganda Kremla pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: A dobrze chociaż wynegocjowaliście?

Stary dowcip, to opowiem. Dystyngowany, ale bezczelny zagaduje kobietę, którą przed chwilą poznał, czy tak hipotetycznie przespałaby się z kimś za okrąglutki milion dolarów? Po zmarszczeniu czoła i namyśle kobieta rzecze: No wie pan, za milion… W końcu to jednak milion, no to tak. Mężczyzna wyjmując z portfela 100 dolarów składa propozycję: Chodźmy więc do hotelu uprawiać seks. Oburzona z  jadem cedzi: Za kogo mnie pan masz, za k…? Chodna logika riposty nieco ją jednak zaskakuje: Ustaliliśmy już kim pani jest, teraz negocjujemy cenę… Amnesty Intenational, organizacja teoretycznie walcząca o prawa człowieka, napisała raport, w którym krytykuje wojska ukraińskie.

Napiszę jeszcze raz, bo to nie pomyłka, AI w swoim raporcie krytykuje wojska ukraińskie. Za co? Za działania, które ponoć narażają ludność cywilną. Te działania miałyby polegać na tym, że Ukraina swoje wojska rozlokowuje w miejscach gęsto zaludnionych, czym ponoć naraża tę ludność. Niezłe, prawda? Wydaje się, że Amnesty Interational dołączyła właśnie do zacnego grona pożytecznych idiotów. Nazwę wymyślić miał podobno Lenin specjalnie dla zachodnich lewicowych intelektualistów, którzy wielbili działania zbrodniczego Związku Radzieckiego przemilczając starannie zbrodnie komunistów.

Nie jest tajemnicą, że NKWD raportowało Stalinowi o kupionych organizacjach pacyfistycznych, które za ruble protestowały przeciwko na przykład wyścigowi zbrojeń. Istniała jednak jeszcze jedna kategoria ludzi, którzy na darmo wielbili komunistycznych zbrodniarzy i według Suworowa przedstawiciele tego gatunku byli określani krócej: gawnojed. Wybaczą Państwo, że nie przetłumaczę, dawno nie używałem rosyjskiego. Po haniebnym raporcie kilku członków zrezygnowało, a polskie Amnesty International uraczyło nas oświadczeniem w tej sprawie. Oto bełkotu próbka:

„Jako Amnesty International Polska pragniemy przeprosić za ból i gniew wywołany komunikatem prasowym na temat taktyki wojsk ukraińskich opublikowanym 4 sierpnia br. W trakcie prac nad tym komunikatem popełniono poważne błędy w obszarze konsultacji i komunikacji, a także niedostatecznie przedstawiono kontekst i niewystarczająco zaakcentowano rosyjską odpowiedzialność za wojnę w Ukrainie.”

Dalej jest głupiej. „Dlatego Amnesty International Polska zwróciła się do Międzynarodowego Zarządu i Sekretariatu Międzynarodowego o zainicjowanie dogłębnego przeglądu procedur przygotowywania i publikacji raportów oraz komunikatów, w celu wzmocnienia współpracy, aby w rezultacie wspólnym głosem lepiej i skuteczniej chronić prawa człowieka.”

Rozumiecie Państwo? Krytykują ofiary napaści broniące ojczyzny i chcą inicjować dogłębne procedury. Najważniejsze: nikt z imienia i nazwiska nie podpisał się pod tym oświadczeniem.

Też bym się wstydził.

Moskwa chce straszyć na morzach i oceanach – WOŁODYMYR SYDORENKO o nowej doktrynie rosyjskiej marynarki wojennej

Nowa doktryna rosyjskiej marynarki wojennej jest próbą potwierdzenia miana „wielkiej potęgi morskiej”. Ale to próba daremna. Opiera się bowiem na niegodnych środkach i nie uwzględnia interesów innych krajów.

W Dniu Rosyjskiej Marynarki Wojennej Władimir Putin podpisał dekret zatwierdzający doktrynę rosyjskiej marynarki wojennej. Jak donosi RIA „Novosti”, wyjaśnia w niej granice, strefy interesów narodowych oraz określa główne zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa. Nawet to stwierdzenie treści doktryny wskazuje na zagrożenie dla całego świata ze strony flot rosyjskich: dokumenty jednego kraju bez udziału innych nie mogą „wyjaśniać granic”, ustanawiać stref interesów narodowych, ponieważ jest to inwazja na granice i strefy interesów innych państw. W dokumencie podkreślono, że Rosja przywiązuje dużą wagę do „zachowania statusu wielkiego mocarstwa morskiego”. Co to oznacza i czy Rosja naprawdę jest „wielką potęgą morską”?

Charakterystyczne jest, że nowy dokument podpisany przez Putina określa interesy Rosji, nie uznając i nie biorąc pod uwagę interesów innych krajów świata. Zgodnie z tym dokumentem, głównym zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego Rosji jest więc amerykański kurs na rozszerzenie NATO. Jednocześnie Kreml nie bierze pod uwagę potrzeb bezpieczeństwa innych krajów, choć uważa się, że ekspansja wpływów Rosji na kraje sąsiednie, jej polityka imperialna, wojna na Ukrainie, stwarzanie zagrożenia dla wszystkich krajów europejskich, tworzenie bloków z krajami azjatyckimi stawiają nowe wyzwania dla państw europejskich i nie pozostają bez wpływu na ich bezpieczeństwu. Dlatego kraje demokratyczne z pewnością muszą uwzględnić te czynniki w swojej polityce i wzmocnić środki bezpieczeństwa swoich granic i swoich interesów.

Doktryna zakłada „niepodważalne prawo” Rosji do obecności jej sił morskich na Oceanie światowym i użycia siły militarnej do realizacji swoich interesów, gdy wyczerpią się możliwości dyplomatyczne. Oczywiście Ocean światowy jest własnością całej ludzkości i nikt nie sprzeciwia się obecności rosyjskich statków na wodach. Ale zasada „użycia siły militarnej dla realizacji własnych interesów” jest już sprzeczna z prawem międzynarodowym i stanowi próbę wprowadzenia prawa siły do ​​światowej polityki.

Doktryna morska Rosji potwierdza bezpodstawne prawo Rosji do zajmowania obszarów lądowych i morskich w celu tworzenia swoich baz wojskowych. Wskazuje na to paragraf, w którym stwierdza się, że „wśród zagrożeń dla interesów narodowych jest brak wystarczającej liczby baz poza Rosją”. To znaczy, jeśli Rosja przyzna, że ​​nie ma wystarczającej liczby baz, to zastrzega sobie prawo do zajmowania nowych terytoriów i zakładania tam swoich baz. Nawet teraz doktryna Putina przewiduje „intensyfikację działań na Svalbardzie, Ziemi Franciszka Józefa, Nowej Ziemi i Wyspie Wrangla”. Zakłada również nowe bazy na Morzu Czerwonym i Azowskim oraz w innych obszarach wodnych świata.

Doktryna odbiega od prawa międzynarodowego. Na przykład przewiduje nielegalną działalność Rosji na anektowanych terytoriach. Mówi, że Moskwa „wzmocni infrastrukturę wojskową na Krymie i Flotę Czarnomorską”.

Krym i Morze Czarne zostały już przez Rosję zamienione w niebezpieczne węzły dla całego świata, bo tam mają bazy rosyjskie rakiety, które mogą dotrzeć do wszystkich krajów Europy i Bliskiego Wschodu. Odtąd Rosja dąży do przekształcenia wszystkich swoich wybrzeży morskich na całej długości swoich granic w te same niebezpieczne węzły dla całego świata. Doktryna głosi, że takimi węzłami dla „zapewnienia bezpieczeństwa Rosji” staną się Cieśniny Bałtycka i Kurylska, Morze Czarne, Ochockie i Beringa, wschodnia część Morza Śródziemnego oraz arktyczny obszar wodny. Władimir Putin potwierdza, że ​​ich „ochrona będzie zapewniona wszelkimi sposobami”. Oznacza to, że może chodzić również o rozmieszczenie tam broni nuklearnej, chociaż wiele z powyższych miejsc nie należy do terytorium Rosji i nie odgrywa ważnej roli w ochronie jej bezpieczeństwa. Ale to nie obchodzi państwa-agresora.

Nowa doktryna morska przewiduje prawo Rosji do prowadzenia działalności gospodarczej w dowolnej części oceanów świata. W ten sposób Rosja deklaruje swoje „prawo” do „układania podwodnych kabli i rurociągów” oraz „zapewnienia im bezpieczeństwa”. Jednocześnie w doktrynie Kreml deklaruje „budowa lotniskowców jako kierunek priorytetowy” oraz „rozwój budowy nowoczesnych lotniskowców”. Oczywiste jest, że lotniskowce są potrzebne nie tyle do ochrony własnych granic morskich, gdyż zadanie to można z powodzeniem wykonać za pomocą naziemnych środków wojskowych, ale do agresywnych ataków i stwarzania zagrożeń z dala od własnych granic w strefie interesów innych krajów. Z drugiej strony nieudany przykład ostatnich kampanii morskich rosyjskiego lotniskowca „Admirał Kuzniecow” pokazuje, że Rosja wcale nie jest „wielką potęgą morską”, za jaką chce się uważać.

Oczywiście nowa doktryna jest właśnie próbą potwierdzenia miana „wielkiej potęgi morskiej”. Ale próba jest daremna. Opiera się bowiem na niegodnych środkach i nie uwzględnia interesów innych krajów, a bez tego nie da się żyć i pracować na świecie w XXI wieku. Na przykład doktryna wprowadza w pole swojego zainteresowania  Sewastopol i Krym, mimo że zostały anektowane, są to obce terytoria, którym Moskwa nie ma prawa rozporządzać. Prędzej czy później Sewastopol i Krym zostaną wyzwolone, rozszerzy się na nie jurysdykcja Ukrainy, co oznacza, że ​​postanowienia doktryny dotyczące tego obszaru nie zostaną spełnione. Istnieje również wątpliwość, czy inne punkty doktryny są możliwe do realizacji. Nowe morskie ambicje rosyjskie nie stwarzają niczego znaczącego, poza straszeniem całego świata.