TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Katyń pod Warszawą?

Polskie miejsca pamięci w Rosji i na Białorusi są zagrożone. Jak je ratować? Część środowisk katyńskich ma receptę. – Katyń to namacalny ślad sowieckiego totalitaryzmu i nie można pozwolić, aby został wymazany z pamięci. Po gułagach nie zostało nic. Cmentarz w Polsce położy kres zamiarowi Stalina, aby zatrzeć historię zamordowanych ludzi. Tylko w kraju mogą liczyć na godny pochówek. Na Wschodzie powinny zostać jedynie symboliczne miejsca pamięci – uważa Witomiła Wołk-Jezierska, córka oficera WP zamordowanego w lesie katyńskim.

 

Wieś Mikuliszki w obwodzie grodzieńskim, tuż przy granicy z Litwą. Na początku lipca br. Łukaszenkowcy zrównali z ziemią groby polskich żołnierzy, w tym 3 Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez kpt. Gracjana Fróga „Sczerbca” – polegli tu 8 stycznia 1944 r. w wygranym boju z Niemcami i kolaborującymi z nimi Litwinami.

Kolejne wydarzenie. Połowa kwietnia br. Pod Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu podjechała kolumna ciężarówek – wywrotek i dwa ciągniki – spychacze z flagami Rosji i zbrodniczymi oznaczeniami używanymi podczas agresji na Ukrainę „Z” i „V”. Kto za tę katyńską prowokację odpowiada? Oficjalnie „działacze ze Smoleńska”. W praktyce oczywiście Kreml. Putinowcy.

Koniec czerwca br. To samo miejsce, czyli Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu. Ktoś z memoriału usunął biało-czerwoną flagę. Kto? Sprawcy nawet nie ukrywali, że są nieznani. Do prowokacji przyznało się Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej. Czyli Putinowcy. Prowokację potwierdziła dyrektor Muzeum Współczesnej Rosji Irina Wielikanowa: „Flagi rosyjska i polska były symbolem przyjaźni między naszymi narodami. Polska zajęła otwarcie wrogą pozycję wobec Federacji Rosyjskiej. W takich warunkach obecność symboli państwowych Polski na terenie memoriałów jest niestosowna”.

Maj 2020 r. Twer. Z budynku dawnej siedziby NKWD (obecnie Uniwersytet Medyczny) znikają dwie pamiątkowe tablice ofiar zbrodni katyńskiej. To historyczne bestialstwo, polityczny wandalizm. Z oficjalnych czynników rosyjskich nie płyną słowa potępienia. Ale kto jest winien? Oficjalnie Maksim Kormuszkin, „twerski działacz społeczny”. Czyli Putinowcy.

W książce „Śpij, Mężny” Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: „z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny – wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: „Wiem, że żyjesz, i że wrócisz … I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia … napisz, żeby przyjechał”.

Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany przez sowieckie NKWD na rozkaz najwyższych władz sowieckiego państwa.

W listach z Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska pojawia się życzenie – powrót do wolnej Polski. Czy teraz, po latach, będzie można zrealizować testament ofiar…

– Nasi mężowie i ojcowie na pewno nie chcieliby pozostawać przez następne lata na nieludzkiej ziemi – argumentuje Witomiła Wołk-Jezierska.

Jej ojciec, Wincenty Wołk, rocznik 1909, był porucznikiem artylerii ciężkiej, wykładowcą Mazowieckiej Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii im. Józefa Bema w Zambrowie. Pojmany przez Armię Czerwoną 17 września 1939 r. we Włodzimierzu Wołyńskim jako jeniec wojenny trafił do obozu w Kozielsku.

– Urodziłam się już w Rumunii, w 1940 r. 6 marca ojciec napisał z Kozielska, żeby poczekać na niego z chrztem – wspomina Jezierska. – To był jego ostatni list

Starania części środowisk katyńskich o sprowadzenie zwłok pomordowanych do kraju trwają dekady. Wkrótce po 1989 r. powstał pomysł utworzenia pod Warszawą Sanktuarium Męczenników Polskich, z katakumbami katyńskimi i pełnymi informacjami o ofiarach. Potem nazwę zmieniono na Nekropolię Katyńską. Projekt zabudowy podzielił teren na cztery sektory: kozielski, ostaszkowski, starobielski i więzienno-obozowy (dla 7305 poległych w miejscach dotąd nieznanych). Nad grobami miała górować bazylika Matki Boskiej Katyńskiej. Muzeum Pamięci zgromadziłoby dokumentację mordów, przedmioty uzyskane podczas ekshumacji i ofiarowane przez rodziny.

Inny, prócz groźby likwidacji cmentarzy, argument za przeniesieniem szczątków do Polski brzmi: Rodziny zamordowanych, ludzie starzy i schorowani nie mają ani sił, ani pieniędzy, aby odwiedzać miejsca kaźni na Wschodzie.

Przez lata część rodzin pisała wnioski do najwyższych władz Rzeczpospolitej o sprowadzenie do Polski zwłok ich bliskich. Odpowiedzi były wymijające albo w ogóle ich nie było.

W nawiązaniu do wniosków, ówczesny sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik pisał, że nie ma możliwości całkowitej identyfikacji poszczególnych szczątków i ich indywidualnych ekshumacji z masowych mogił, a wola kilkunastu osób „nie może przeważyć woli kilkunastu tysięcy członków Rodzin Katyńskich”. Andrzej Przewoźnik powoływał się tym samym na uchwały Zjazdu Federacji Rodzin Katyńskich ze stycznia 1996 r. (brak zgody na przeniesienie zwłok do kraju i poparcie budowy cmentarzy wojskowych w miejscu pogrzebania ofiar).

– Przewiezienie szczątków naszych ojców do kraju nie jest ani wielkim problemem finansowym, ani technicznym. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli – komentowała Wanda Rodowicz, wnuczka zamordowanego w Katyniu mjr WP Stanisława Rodowicza (rodzina por. Jana Rodowicza „Anody”, ale też Maryli Rodowicz). – Inne państwa poszukują, ekshumują i zabierają zwłoki swoich żołnierzy do ojczyzny. Tak zrobili Niemcy z poległymi w Rosji.

Jacek Trznadel, członek Polskiej Fundacji Katyńskiej, autor słynnej „Hańby domowej” był przeciwny idei: powrót zwłok do Polski byłby na rękę Rosjanom, gdyż ślady zbrodni uległyby zatarciu. A legendarny kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański dodawał, że cmentarze w Katyniu, Charkowie i Miednoje będą przypominać o mordzie i jego sprawcach przyszłym pokoleniom Rosjan.

– Dla nas najważniejsza jest świadomość młodych Polaków. Jeśli zwłoki polskich oficerów pozostaną na Wschodzie, nie wytworzy się u nas kult ofiar – odpowiadała Wanda Rodowicz.

W 1994 r. Polska podpisała z Rosją i Ukrainą umowę o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji. Umowa zakłada m. in., że po ekshumacji, na życzenie rodzin lub władz kraju, może nastąpić „przekazanie szczątków zwłok żołnierzy i osób cywilnych do pochowania w ojczyźnie”. W artykule piątym czytamy: „Jeśli teren będący miejscem pamięci i spoczynku lub jego część, ze względu na wyższą konieczność państwową jest niezbędny dla innych celów, wówczas Strona, na której terytorium państwowym ten teren się znajduje, zmieni jego granice lub wydzieli inny odpowiedni teren i poniesie wszystkie koszty powtórnego pochówku i urządzenia cmentarza”.

– Umowa dopuszcza likwidację polskich cmentarzy, na przykład, gdy ktoś będzie chciał wybudować na ich miejscu autostradę – podkreśla Witomiła Wołk-Jezierska. – Zresztą jakie to cmentarze? Cmentarze wojenne powstają po bitwach, a żołnierze są grzebani oddzielnie, według narodowości. W Katyniu żaden z oficerów nie zginął z bronią w ręku i nie został pochowany. Tam nie ma grobów, są doły śmierci. Były one wielokrotnie profanowane, m. in. podczas ekshumacji, na zwłoki wyrzucano śmieci, a w Miednoje spuszczono szambo.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Zebranie wspólnoty pacjentów

– Otwieram spotkanie wspólnoty pacjentów Sali Nr 4 Szpitala Psychiatrycznego imienia Pawki Morozowa z kolegą pielęgniarzem. Koledzy! To nie tak miało być! Na początku pobytu mówiono nam, że będziemy się tu czuli bezpiecznie i będziemy mogli się realizować w ramach naszych zainteresowań i talentów. A teraz co? Szpital się rozrósł, pielęgniarze nie mają dla nas czasu…

– Ja protestuję!

– … Poczekaj Piotrek, wytrzymaj chwilę, niedługo się wypowiesz. Wracając do meritum. Pielęgniarze nie mają już dla nas czasu i nie mają już do nas cierpliwości. Instytucja, która miała nas chronić, jest przeciwko nam, a to jest bardzo niebezpieczne dla całości przedsięwzięcia.

– No właśnie! Nagle wpadli na pomysł, że to skandal straszny, że kolega zjadł regulamin. Pamiętacie to? Skandal! Horror! Jak to możliwe! No ludzie! Jesteśmy w szpitalu psychiatrycznym!

– Ja protestuję!

– … Jeszcze nie teraz Piotrek, poczekaj na swoją kolej.

– No właśnie! Mamy całą podgrupę zadaniową rzucającą kupą z okien w przechodniów. Tymczasem pielęgniarze odebrali nam zapas kupy pracowicie zebrany z ostatniego miesiąca! Kto nie posiada tego poczucia misji, tego DNA człowieka całkowicie oddanego sprawie, ten tego nie zrozumie. Tak nie może być!

– Ja protestuję!

– Zamknij się Piotrek. Potrafisz wytrzymać pięć minut? Zostaw to krzesło! No dobrze, mów, skoro musisz.

– Ja protestuję! Łamana jest nasza wolność pacjenta szpitala psychiatrycznego! To jest jakaś przestarzała koncepcja, która mówi „sala jest pacjentów, a dyżurka pielęgniarzy”. Jakie to prymitywne! My jesteśmy byznes drajwing baj kontent! My tu zgromadziliśmy wyrafinowane umiejętności! To nie są jakieś bzdety. To ja zjadłem regulamin! A tymczasem pielęgniarze kazali mi go przepisać! Sto razy! Znacie tę historię?! I to szurum burum…

– Usiądź Piotrek, proszę cię.

– Sam usiądź, oni chcą mi odebrać notatki, przeprowadzać eksperymenty! Zdajesz sobie sprawę z tego co może się stać, jeśli moje notatki wpadną w niepowołane ręce? Czy ty tego nie rozumiesz?! Im chodzi o władzę i pieniądze! A Jurek ma spadać!

– Jaki Jurek?

– Nie zawracaj mi głowy jakimś Jurkiem. Głosy kazały mi pisać notatki. Nie możemy pozwolić, nie możemy ich rozdać, puścić luzem, bo stracą do nas zaufanie! I każą nam spadać, a wy zostaniecie z tym czarno-białym telewizorem, w którym lecą tylko telezakupy. Ludzie! Zastanówcie się! Co to w ogóle jest!? Ta metoda jest zdradziecka!

– Dosyć Piotrek, usiądź, napij się wody.

– Ja protestuję!

– Dosyć, powiedziałem. Sam pan widzi kolego pielęgniarzu, sprawa jest bardzo poważna. Jeżeli chcecie na nowo współpracować z pacjentami, to musicie się zgodzić, że w dyżurce będzie siedział jeden z pacjentów. No nie ma wyjścia.

[oklaski]

– Bez tego będzie permanentny toksyczny układ i konflikty będą wybuchały co chwila. Bo nagle ktoś w dyżurce wpadnie na pomysł, że skandal straszny, bo kolega zjadł regulamin. Pamiętacie to, prawda? Tego typu idiotyzmów nie będzie, jeżeli w dyżurce będzie siedział ktoś, do kogo pacjenci mają zaufanie. To nie może być osoba przypadkowa.

Naprawdę nie stawiajcie nas pod ścianą. Nie stawiajcie nas, bo my się nie cofniemy. Czy jest pan kolego pielęgniarzu gotów wynegocjować z nami dyżurnego, który będzie odpowiedzialny za wszystko co jest związane z funkcjonowaniem Sali?

– Rozumiem, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że pielęgniarze nie wybierają się sami? Jest jakiś dyrektor, ordynator… To jest szpital!

– Tak, tak, kierownicza rola partii też była wpisana do konstytucji. Doskonale pan wie, że jeżeli taka będzie wola polityczna nasza i wasza, to jest to do przeprowadzenia!

– Ja protestuję!

– Idź, bo jak cię…

[Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe i niezamierzone]

 

 

Taki teatr widywał JAN TESPISKI: Narodowy, czyli o miłostkach artystów (4)

Reżyser wie wszystko. Zresztą nie może być inaczej, bo reżyser, który wie mało, lub wie, ale nie ma odwagi tą wiedzą się podzielić z aktorami kończy marnie. I nie chodzi tu o wiedzę realną.

Reżyserowi jest potrzebna wiedza funkcjonalna, pomocna w osiągnięciu efektu. A że czasami wiedza prawdziwa nijak się ma do głoszonej przez reżyserów… A kogo to na premierze obchodzi.

Dejmek a kosmos

Opowiadała mi kiedyś jedna z najbardziej znanych i cenionych krytyków teatralnych, że przeżyła niesamowite dwa wieczory z Kazimierzem Dejmkiem. Pierwszy wieczór był po premierze któregoś ze spektakli Dejmka. Gdzieś w kątku, ale wygodnie, w fotelach Pani Krytyk i Dejmek wdali się w rozmowę o teatrze, która szybko jednak przeszła na tematy kosmiczne. Dejmek wyjaśniał Pani Krytyk budowę kosmosu, wzajemne oddziaływanie najmniejszych cząstek kosmicznych oraz to, co czeka ludzkość w związku ze zwijaniem się galaktyk. Słuchaczka był pełna podziwu dla wiedzy reżysera.

Drugi niesamowity wieczór również też zapewnił jej mistrz. I było to następnego dnia, gdy Pani Krytyk w swoim mieszkaniu sięgnęła po encyklopedię, pragnąc pogłębić wiedzę, którą obdarował ją poprzedniego dnia Dejmek. Jakież było jej zdziwienie, gdy okazało się, że wiedza reżysera nie miała nic wspólnego z tym, co mówiła nauka.

– Jedno w tym wszystkim było niesamowite – powiedziała Pani Krytyk – on był bardzo pewny siebie, był niebywale sugestywny.

Diabeł stary i młody

Dyrektor, aktor i reżyser Teatru im. S. Jaracza w Łodzi Feliks Żukowski, jak wszyscy reżyserzy wiedział wszystko. W czasie prób „Igraszek z diabłem” Drdy, które „stawiał” sam dyrektor, doszło do ujawnienia przez Żukowskiego bardzo głębokiej wiedzy metafizycznej. Żukowskiemu nie podobało się jak grał diabła Krzysztof Różycki – aktor niezwykle utalentowany, który kilka lat potem wyemigrował do Anglii.

– A pan kogo gra? – zapytał Różyckiego Żukowski.

– Diabła – odpowiedział trochę zaskoczony aktor.

– Ale młodego czy starego diabła?

– Młodego.

– To jak pan chodzi po scenie? Stary diabeł chodzi tak, o tak…

Tu Żukowski pochylił się, skurczył i zaczął pocierać ramiona dłońmi.

– Tak chodzi stary diabeł, panie kolego. A dlaczego? Bo mu zimno. A młody diabeł…

Teraz Żukowski wyprostował się, podał pierś do przodu i z szeroko rozstawionym rękoma. przeszedł się po scenie.

– A młodemu diabłu zawsze ciepło, to chodzi tak.

Nieskończona miłość własna

Zdarza się nader często, że artyści są bez przerwy zakochani. Ale najczęściej jest to stan szaleńczej miłości, uwielbienia samych siebie.

Wspomniany wyżej Krzysztof Różycki zagrał w Łodzi jakąś dobrą rolę. Spektakl widział Adam Hanuszkiewicz – ówczesny dyrektor Teatru Narodowego – i zaproponował Różyckiemu angaż. Aktor był szczęśliwy, bo Warszawa, to jednak Warszawa.

Z początkiem sezonu Hanuszkiewicz zaprosił Różyckiego do swego gabinetu.

– Słuchaj, będziemy robili…

Tu Hanuszkiewicz wymienił Wielki Tytuł.

– I ja uważam, że główną rolę powinieneś zagrać właśnie ty.

Różycki pobladł ze szczęścia.

– Ale jest kłopot… – kontynuował Hanuszkiewicz. – Bo ja kiedyś tę rolę sam sobie już obiecałem. Poza tym koledzy błagają, żebym to ja zagrał… Zosia też prosi. Ale nic się nie martw. Mam dla ciebie fantastyczne zadanie w tej sztuce, mówię ci, fantastyczne. Tę twoją rolę, gdybym nie grał już głównej, to sam chciałbym zagrać.

Dalszy ciąg zdarzeń znamy z opowieści Krzysztofa Różyckiego.

–  Na próbach niewiele bywałem. Na generalnych tak, ale na normalnych byłem raptem ze trzy razy. W dni spektakli byłem nawet zwolniony z przychodzenia 45 minut wcześniej przed podniesieniem kurtyny. Przychodziłem 10 minut przed rozpoczęciem, meldowałem się inspicjentowi i szedłem do teatralnej kawiarni. Nie szedłem nawet przebrać się, nie musiałem się też charakteryzować… Siedziałem sobie w kawiarni przez cały pierwszy akt, piłem kawę. W drugim akcie, natomiast, schodziłem do piwnic, pod scenę. Wchodziłem do toalety, ale drzwi od WC nie zamykałem. Podnosiłem klapę sedesu i w odpowiednim momencie rozdzierająco krzyczałem w ten sedes: „Nie, nie, nie…” Po roku wróciłem do Łodzi. Ale w Warszawie, w Narodowym, byłem.

Jak to z Narodowym było…

Istotną cezurą dla Narodowej Sceny był rok 1968. Wtedy władze usunęły ze stanowiska dyrektora Kazimierza Dejmka. Był to oczywisty odwet za jego wystawienie „Dziadów”. Powstał w związku z tym w środowisku sztuki problem. Kilku wybitnych reżyserów i dyrektorów odmówiło władzom objęcia tej sceny. Był to może jeszcze nie bunt, ale pokaz wyraźnej solidarności ludzi teatru. Jedynie Adam Hanuszkiewicz zgodził się zostać dyrektorem Narodowego. Nie zyskał tym ruchem aprobaty. Gorzej, bo przez część środowiska artystycznego został uznany za kolaboranta.

Krążyła wtedy po kraju taka anegdota, w formie monologu Hanuszkiewicza:

– Wracamy właśnie z Zosią z Włoch, moim nowym mirafiori, i dzwonię do teatru, żeby spytać co nowego. A oni mi mówią, że zostałem dyrektorem Narodowego.

 

 

„Niedobory” analizuje WALETR ALTERMANN: Kto nam wyżera cukier?

Lata temu Kazimierz Grześkowiak w proroczej piosence Odmieniec śpiewał:

                                               Bo nie ważne czyje co je,

                                               ważne to je, co je moje

 

Ten świetny bard jest teraz zapomniany, bo nie śpiewał przeciw władzy. On stawiał diagnozy nam wszystkim. Jak mało kto znał nas i drażnił, dopiekał, zwracał uwagę na nasze paranoje. Niech więc Grześkowiak patronuje temu co poniżej.

Jak to z prądem bywało

Dobrze pamiętam, że w latach pięćdziesiątych i do połowy sześćdziesiątych, w Łodzi nader często wyłączano światło. Instalacje w budynkach były marne, a dużą elektrownię dopiero budowano. Dlatego w każdym domu, czyli w każdym mieszkaniu, była przynajmniej jedna lampa naftowa. Naftę kupowało się w pobliskiej drogerii, z beczki, która miała pompkę. W każdym mieszkaniu był też spory zapas świec, które zresztą były tanie. Wyłączenia prądu – bez jakiegokolwiek ostrzeżenia – występowały najczęściej przed świętami – Wielkanocnymi i Bożym Narodzeniem. Ludzie wtedy prali, prasowali obrusy i w ogóle używali prądu dłużej niż zwykle.

Ale, o dziwo, nikt się nie awanturował. Może dlatego, że pamiętano jeszcze okupację? Może ludzie cenili to co mieli?

Cukier, kasze i mąka

Pamiętam też, że co jakiś czas ludność rzucała się do sklepów z wielkimi pustymi torbami, skąd wynoszono je pełne już kasz, cukru i mąki. Taki masowy ruch ludności występował w dwóch przypadkach. Po pierwsze, kiedy miało się – według ludności – na wojnę. Po drugie, kiedy miało się na podwyżki. Wierzono, że lepiej mieć w domu zapasy, w przypadku działań wojennych. Nie wierzono natomiast, że zapasy nie pomogą w przypadku wojny atomowej.

Kryzys berliński, kryzys kubański miały swe odbicie w pustoszeniu półek. Także w tych przypadkach bardziej wierzono Wolnej Europie i BBC, niż rządowym gazetom.

Pogłoski, niekiedy prawdziwe, o podwyżkach, powodowały masowe zakupy. W tych przypadkach bardziej chodziło jednak o zysk, czyli zarobek niż przetrwanie. Kalkulacja była prosta – na 20 kg cukru można zarobić 30 zł, gdyby podwyżki nastąpiły.

Podwyżki cen wódek

W przypadku podwyżek najbardziej można było zarobić na wódce, bo tu ceny mogły skoczyć nawet o 20 procent. Miałem kolegę na podwórku, którego stryj prowadził restaurację, jak najbardziej państwową. Odwiedzam, jak prawie codziennie, tego kolegę, ale nie mogę prawie wejść do ich mieszkania. Na podłodze, w szafach, na szafach piętrzą się stek półlitrowych butelek. To sprytny stryj wycofał gastronomiczną wódkę, jak najbardziej ostemplowaną i przechował u rodziny. Potem partiami wstawiał tę wódkę z powrotem do swojej restauracji, ale już po nowych cenach. Na takiej operacji mógł zarobić z dziesięć średnich pensji, albo i lepiej.

Spekulacja, bardziej lub mniej jawna, towarzyszyła rynkowi socjalistycznemu już od 1945 roku. Po cichu, na bazarach można było kupić cukier, mąkę i kaszę, którą kilka dni wcześniej wykupiono ze sklepów. Ale też władza goniła spekulantów. Nie było wtedy ochrony danych osobowych, więc prasa podawała z imienia i nazwiska przyłapanych na spekulacji. Podawano również ich adresy zamieszkania.

Dzisiaj lud znowu wykupuje cukier ze sklepów, ale sytuacja jest cokolwiek inna…

Czy cukier znowu będzie na kartki?

Co się stało, że społeczeństwo nasze, nagle rzuciło się na cukier? Jest to poważne pytanie społeczne i polityczne. Idźmy tropem lat dawnych.

Przyglądając się faktom, trudno zauważyć by zagrożenie wojną na terenie Polski zwiększyło się w ostatnich dwóch miesiącach. Zatem, czy wojna jest przyczyną, że niektórzy z nas, nagle, zaczęli gromadzić słodki towar? Może to chęć zaoszczędzenia paru złotych na cukrze? Też wątpliwe. Jeżeli nawet cukier podrożałby o 2 zł na kilogramie, to przy zgromadzeniu 100 kg można by zyskać jakieś 200 zł. A byłaby to równowartość około 12 paczek papierosów.

Musimy być najlepsi

Co zatem powoduje, że całkiem spora grupa Polaków, nagle, bez ekonomicznego powodu wykupuje cukier? Bo Polak chce być lepszy niż jest. Jako naród chce być lepszy od innych narodów. Jako sąsiad chce być lepszy od sąsiada. Prawdopodobnie wynika to z naszego głębokiego niedowartościowania oraz z niecierpliwości. Drobny polski biznesmen, który z prowadzonego interesu mógłby dobrze żyć, cierpi, że potomkowie Kulczyka mają więcej.

Pisał dawno temu Wańkowicz: W Polsce szewc zazdrości kanonikowi, że został prałatem. I miał Wańkowicz rację, bo ogromna część Polaków ma w genach zawiść, zazdrość i cierpienie, z powodu sukcesów innych.

Sporą winę ponoszą też partie wszystkich maści. To one wmawiają nam, że jesteśmy wspaniali, bohaterscy i niezłomni. A szczególnie ci z Polaków, którzy na daną partię głosują. Słuchający tych pochwał obywatel RP myśli wtedy tak: skoro jestem tak wspaniały, to jednak mam za mało. I popada w jeszcze większą frustrację, Z czego zakłada buty i pędzi po cukier, żeby choć trochę cieszyć się z tego, że ubiegł kolegę z pracy i szwagra. Wtedy siada w fotelu przed telewizorem i uśmiecha się ironicznie, gdy słyszy, że cukru brak. Uśmiecha się, bo on przecież ma!

Słodka polityka

Władze nie wzywają do opamiętania, że cukier będzie a tylko chwilowo go nie ma, bo ludzie niepotrzebnie robią zapasy; szukają winnych poza Polską i wcale nie dyskretnie sugerują, że większość cukrowni jest w obcych rękach. Z czego ma wynikać, że ci okropni Niemcy wyżerają nam cukier. Co prawda nie padło jeszcze oficjalnie, że Tusk wyżera cukier, ale niebawem…

Opozycja powinna również wzywać naród do opamiętania, ale nie robi tego, i sugeruje, że winą za braki w zaopatrzeniu ponosi władza. Opozycja do głodu, chłody i ciemności, jakie nas czekają od jesieni – według opozycji – dodaje niesłodzoną herbatę i gorzkie ciasta.

Czyli – obie zwalczające się strony, nie chcą powiedzieć narodowi gorzkiej prawdy – że jesteśmy okropni!

Żadna z partii nie powie tego, bo każda chce mieć dobry wynik w wyborach. Skutkiem czego naród wykupuje cukier. A z cukrem jest tak jak z bankami – nie ma żadnego banku, który wytrzymałby tydzień, gdyby wszyscy klienci wycofali swoje aktywa. I nie ma kraju, w którym cukier stałby na półkach, gdyby ludzie kupowali go po 50 kg na głowę. Byłem tego świadkiem.

W Internecie pojawiają się już anonse o sprzedaży cukru, przez zupełnie prywatnych obywateli. Czyli komuna wróciła. A gdyby tak władza karała spekulantów sporymi grzywnami, choćby za uprawianie handlu bez zezwoleń? I gdyby tak jeszcze podawano do publicznej wiadomości kto spekuluje i gdzie mieszka? Może to powstrzymałoby cwaniaków?

Interes społeczny czy wyborczy?

Piszę tak, ale zupełnie nie wierzę, że władza – przy wsparciu opozycji – podejmie próby siłowego opamiętania obywateli, doprowadzenia sporej części narodu do rozumu i porządku. Bo żadna z politycznych partii nie ma w tym interesu.

W takim małym kryzysie cukrowym ujawniły się najokropniejsze z naszych cech: sobiepaństwo, egoizm, brak społecznej odpowiedzialności i staropolska anarchia, o której tak mądrze pisał Paweł Jasienica

Nie jesteśmy społeczeństwem idealnym. Jak wszystkie inne zresztą. To co nas różni od Zachodu to brak odpowiedzialności za innych. Kiedy w Wielkiej Brytanii władze proszą o niepodlewanie ogrodów i trawników, to ludność stosuje się do tych próśb. U nas? Podlewają! Jedni przeciw opozycji, drudzy przeciw rządowi.

Na kogo zagłosuję?

Na tę partię, która powie społeczeństwu, że ma ono także cechy okropne. Teraz wszystkie partie, na wyprzódki, zalecają się od tzw. elektoratu. Pora tym schlebiankom, cacankom, temu mizdrzeniu i łaszeniu się do wyborcy położyć kres! Czas na powiedzenie prawdy – przy okazji cukru. Bo gdy nadejdzie czas prawdziwej próby naszej odpowiedzialności, może być za późno.

Ideały Solidarności są podwalinami obecnego systemu społecznego w Polsce. Ale tylko od święta. Na co dzień panuje bezhołowie i pogarda dla współplemieńca. Bo ja mam cukier a tamtego z piętra wyżej niech szlag trafi.

Oczywiście pójdę na wybory i poprę tych, którzy w tym szaleństwie zachowają najwięcej rozsądku. Mój prywatny konkurs o mój jeden głos wyborczy trwa. Miejcie na uwadze politycy, że bacznie Was obserwuję.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Strzeż się tego, co na koniu kradzionym jedzie!

Tak zwani platformersi dali dowód, że czynnie i bardzo konkretnie potrafią pod dyktando ustępować UE i działać przeciwko Polsce. Ośmielili się swoje brudne rączki podnosić przeciw Polakom. Dlaczego tego samego nie będą gotowi zrobić wraz z ruskim bandytą? Przecież dokładnie tak już bywało. Piąta kolumna zaprzańców i targowiczan jest faktem.

Kto stanie na jej czele jeszcze nie wiadomo. Bo wcale niekoniecznie będzie to Tusk. W końcu słabe to chłopię i kruche. Pobiegać, pobiega. Kobietą się posłuży, ale z tymi kamieniami na czele protestów to już chyba nie da rady. Niemiecka opieka się skończyła. Myślę, że najbliżsi kolesie wkrótce go wysadzą. Biedny nie jest. Da sobie radę. Z sopockiej ulicy Jana z Kolna popłynie śladami słynnego żeglarza. Może na Florydę? Tam, gdzie niegdyś był a może ciągle jest jego skarbnik – Drzewiecki. No i inni beneficjenci podatkowych rajów.

Zapomnimy szybko o Panu Tusku, o Kwaśniewskim, o Wałęsie. Teraz są już inne problemy. Czy rodzinna targowica nie zacznie się zwracać o pomoc na wschód. Już mówią, że nie wszyscy ruscy są źli. Może to i prawda, ale lepiej nie sprawdzać. Medialne pieski ochoczo zaczynają już szczekać. Na razie cicho, choć już uciążliwie. „Żeby Polska była Polską” – śpiewa uparcie Pan Jan. I będzie nadal śpiewał.

Facet o wspaniałym polskim nazwisku, niestety, okazuje się dyszący do Polski nienawiścią, chyba jednak nie czytał „Ogniem i mieczem”, choć właśnie on, z powodów rodzinnych, powinien. W naszej historii był potop szwedzki, który zniszczył nam najbardziej kraj. Teraz rosyjski przywódca mówi o potopie ruskim, który ma zrobić zresztą w całej Europie. Niestety Ona, dama albo i nie dama ciągle jeszcze nie wierzy w te zapowiedzi.

Choć wystarcza już dowodów, że jednak Rosja napaść na wolny kraj potrafi. I to napaść brutalnie, bo nie na żołnierzy a na zwykłych ludzi, na ich domy, szpitale i szkoły. Mordowanie cywilów już zaczyna zachodnich obserwatorów nudzić. Są przecież wakacje. Upał. Problemem dla Europejczyków są zapchane lotniska i autostrady. Jakieś tam daleko rakiety naładowane setkami kilogramów trotylu nie są słyszalne ani widzialne. Turek i ajatollah stanęli już razem z Putinem do wspólnego zdjęcia.

Wystarczyło, że  ruski przymknął gazowy kurek a już zapanowała panika. W upały zaczęto się trząść w obawie przed mrozem. Łaskawca z Kremla nie tylko nie zamknie dopływu życiodajnej substancji ze wschodu, bo przecież nie zrobiłby na tym na kosztowne rakiety. Myślę nawet, że on obniży cenę. On teraz decyduje. Śmieje się nawet na konferencji prasowej że przecież Europa świetnie radzi sobie z LGBT  i powinna była przewidzieć, że ograniczenie się do jednego dostawcy to nieostrożność. Putin wszystkich przebił. Dać mu trzeba jakieś odznaczenie. Rosjanie go podziwiają a nawet papież, który zamiast na wschód jedzie na zachód wyraża się z nadzieją ale niezbyt mądrze. „Szczekanie”? Nasz Papież nigdy by czegoś takiego nie powiedział.

Jan Paweł II mówił ważne rzeczy, nie dlatego, że był z Polski, ale dlatego, że był mądrym człowiekiem, widział szaleństwo Hitlera z bliska. Jego kochamy i nie zapomnimy. Natomiast bezmyślne słowa obecnego papieża bolą okropnie. Spuśćmy to na karb starości.

Polska bać się nie może. Dość się już bała i wycierpiała. Trzeba się szybko zbroić, szkolić i przygotować. Chyba nasz kolejny minister obrony choć delikatnie wygląda, tak robi. Trzeba kupić węgiel nawet wożąc go statkami masowcami, stutysięcznikami przez miesiąc z dalekich krajów za duże pieniądze. Przejdą z powodzeniem przez cieśniny duńskie.  Podobno jest dużo węgla do sprzedania w RPA. Niech tym się nasi zajmą zamiast gadać o planowaniu i wymyślaniu nowych struktur organizacyjnych. Proszę również mimo wszystko pomyśleć o odgruzowaniu zasypanych kopalń. Mamy węgiel. Mamy go bardzo dużo.  Na szczęście nie udało się ograniczyć wydobycia w lubelskiej Bogdance, w Stefanowie powinien powstać jak najszybciej nowy szyb. Szyb zbudowany przez Polaków. Nie australijski, bo oni dostali tylko zgodę na prace poszukiwawcze. Dostali też plany zasobów węglowych na tym wielkim placku czarnego złota, który rozciąga się od Łęcznej aż po Włodawę. Te plany wykradziono, a facet który to zrobił chodzi sobie nadal wolno.

Jak znaleźć tych, którzy zniszczyli naszą flotę, sprzedali huty i stocznie, zasypali kopalnie? To proste dochodzenie. Pod każdym dokumentem  jest dużo podpisów.

Powieje znowu wiatr historii. I portki trząść się będą pętakom. Są w ojczyźnie rachunki krzywd… Ale oprócz powtarzania wierszy trzeba coś robić. Niech ci co ukradli wyjadą już po te kupki złodziejskich srebrników uzbieranych w ciągu ostatnich 40-tu lat gdzieś tam w bankach Dominikany, Haiti i na innych wysepkach. Prawie pół wieku kradli. Kradzione nie tuczy. Podobno.  Bo u nas jest chyba odwrotnie. To niczego nie usprawiedliwia, że tak samo jest na Ukrainie i w innych krajach. Pecunia non olet.

Z klepania słusznych nawet pomysłów może być tylko przyklepywanie biedy. Od rotacji i wymiany ministrów, węgla, statków i stali nie przybędzie. Idźcie sobie precz. Weźcie nawet służbowe laptopy i samochody. Prawdziwe straty to ta inteligencja techniczna, inżynierowie i projektanci, którzy za chlebem opuścili kraj. Wreszcie pensje i zarobki powinny być transparentne. Politycy jak żona Cezara. Tylko kary finansowe są skuteczne. Łżesz, kradniesz, psujesz – płać. Będzie za co kupić broń. I to broń najlepszą. Nie łudźmy się, że słodkim głosem zapewnimy sobie bezpieczeństwo. Już wszystko zostało powiedziane. Oczywiście krytykujmy nadal ale sprawiedliwie.

Likwidujmy artykuł 212, niech nie straszy żurnalistów. Jeśli dziennikarz dołoży maksymalnie starań przy dokumentacji, to nawet jeśli się pomyli, nie powinien siedzieć w więzieniu wśród bandziorów. Trzeba opisać stan faktyczny powtórnie, przeprosić, ale nie mścić się na takim, który chciał dobrze ale się pomylił. Dziennikarz jest sojusznikiem prawdy. To są dziś potrzebni ludzie. Ale tylko wtedy, gdy swoja misję uczciwie wykonują.

Idzie nowe pokolenie. Na pewno będzie lepsze i uczciwsze. Może się ten i ów śmiać, ale uważam, że kadry przygotowywane w toruńskiej szkole nie tylko lepiej się prezentują, ale i napawają nadzieją. Wobec barbarzyńskiej wojny liczy się siła, zapewnijmy ją sobie. W mądrych sojuszach pod wodzą mądrych, pracowitych ludzi. Wówczas nikt nam noża w plecy nie wbije.

 

 

PIOTR VORONIN: Rosja na nowo wymyśla geografię

Rosja prowadząc wojnę w Ukrainie przeinacza geografię, traci sumienie i honor.

 W rozmowie z rosyjskimi mediami minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow powiedział, że zmieniły się geograficzne parametry wojny z Ukrainą. Według niego, w związku z dostawami broni z Zachodu do Kijowa, władze rosyjskie zdecydowały się na rozprzestrzenienie wojny nie tylko na terytorium obwodów donieckiego i ługańskiego. „Teraz geografia jest inna. To nie tylko DRL i ŁRL, to także obwód chersoński, obwód zaporoski i szereg innych terytoriów, a proces ten trwa i trwa konsekwentnie i wytrwale – powiedział Sergiej Ławrow. Według niego geografia „operacji specjalnej” rzekomo zmienia się w oparciu o „zagrożenia militarne z terytorium Ukrainy”. Stwierdzenie to jest całkowicie bezsensowne, rodzi bowiem pytania: co ze zbrodniczymi bombardowania Kijowa, Charkowa, Mikołajowa, Chersonia, Odessy, Lwowa, Sumy, Czernihowa i innych miast, co ze zbrodniami w Buczu, Gostomelu, Borodiance?

Tak jak Rosja bombardowała wcześniej całą Ukrainę, tak bombarduje ją i teraz. Słowa Siergieja Ławrowa na temat „geografii” nic więc nie znaczą, chciałoby pomyśleć, że szef rosyjskiego MSZ nie uczył się tego przedmiotu dobrze w szkole. Byłoby to może nawet śmieszne, gdyby nie fakt, że jego słowa są groźnie dla świata, ponieważ w swoim oświadczeniu Ławrow dodał, że jeśli Zachód dostarczy Ukrainie broń dalekiego zasięgu, to „granice posuną się jeszcze dalej”.

Tak więc w rzeczywistości szef kremlowskiej dyplomacji powiedział, że nie ma granic dla zbrodni wojennych Rosji, że bombardowania mogą rozpocząć się we wszystkich krajach Europy i na innych kontynentach. Oznacza to, że żaden kraj na świecie nie jest bezpieczny

„Rosja odrzuca dyplomację i skupia się na wojnie i terrorze. Rosjanie chcą krwi, a nie negocjacji. Wzywam wszystkich partnerów do wzmocnienia sankcji wobec Federacji Rosyjskiej i przyspieszenia dostaw broni na Ukrainę” – tak zareagował na słowa Ławrowa minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba.

Mychajło Podolak, doradca szefa kancelarii prezydenta Ukrainy, napisał zaś: „Oczywiście, w Moskiewskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych słabo nauczano nie tylko geografii, ale i prawa międzynarodowego. W przeciwnym razie szef rosyjskiego MSZ mógłby wiedzieć, czym jest wojna, a czym ludobójstwo…”

Wiele wskazuje na to, że Rosja nie zna nie tylko geografii, ale nie ma także honoru w wojnie z Ukrainą. Na przykład zajęcie Krymu rozpoczęły rosyjskie siły specjalne bez znaków identyfikacyjnych.

Któregoś dnia rosyjscy okupanci porwali zaś kilku kierowników elektrowni atomowej w Zaporożu, stwarzając w ten sposób sytuację zagrożenia nuklearnego i narażając na niebezpieczeństwo praktycznie całą Europę. Ukraiński „Energoatom” uznał porwanie pracowników za próbę destabilizacji przez najeźdźców pracy zaporoskiej elektrowni atomowej, największej w Europie. Tylko podczas wojny Rosji z Ukrainą na pełną skalę, przedsiębiorstwo poniosło już straty w wysokości 36 miliardów hrywien.

Oficjalny przedstawiciel Departamentu Stanu USA, Ned Price, powiedział, że niszczenie ukraińskich pól wraz ze zbiorami jest jedną z „obrzydliwych taktyk” Rosji. „To była jedna z obrzydliwych taktyk, które Rosja zastosowała nie tylko przeciwko narodowi ukraińskiemu, ale także społeczności międzynarodowej od pierwszych dni tego konfliktu. Widzieliśmy, jak rosnące ceny żywności wpłynęły nie tylko na kraje regionu, ale także na kraje znajdujące się daleko poza nim. Jest to odczuwalne w Afryce, Azji Południowej i Ameryce Łacińskiej w prawie wszystkich regionach świata. To jest praktyka spalania, niszczenia pszenicy i innych zbóż. To jest praktyka atakowania spichlerzy. To jest praktyka prześladowania ukraińskich rolników. To straszna praktyka blokowania ukraińskich portów Morza Czarnego” – powiedział Ned Price.

Jednocześnie Władimir Putin stwierdził na konferencji prasowej, że dostawy gazu do Europy gazociągiem Nord Stream mogą zostać ograniczone już w lipcu. Według Putina przepustowość Nord Stream spadnie do 30 mln metrów sześciennych dziennie. To 20 proc. jego zdolności projektowej.

Prowadząc wojnę hybrydową przeciwko wszystkim krajom europejskim, Rosja przyjmuje prawa, które zabraniają dziennikarzom, pisarzom, publicystom pisania o wojnie rosyjskiej, a śpiewakom nawet śpiewania i głoszenia haseł o polityce, pod groźbą kary więzienia. Tak więc w Rosji organizatorzy koncertów zaczęli wprowadzać zakaz oświadczeń politycznych w umowach z artystami.

Jak pisze RBC, jeden z rozmówców przekazał redakcji kopię takiego dokumentu. Zawarto w nim stwierdzenie, że ​​wykonawca „zobowiązuje się unikać wszelkich tematów politycznych podczas koncertu”. Nie ma prawa „rozpowszechniać wszelkimi środkami, w tym audiowizualnymi, informacji o przebiegu operacji specjalnej na Ukrainie”. Zabronione jest również wywieszanie flagi Ukrainy na scenie. Wysokość grzywny określona jest w umowie – pół miliona rubli. Według jednego z rozmówców, w niektórych przypadkach kara może wielokrotnie przekroczyć wpływy z koncertu.

Festiwal na cześć 60. urodzin Viktora Tsoi został odwołany. Powód?  Do organizatorów przyszli „smutni panowie” i pokazali listę piosenek, których nie można zaśpiewać. Wśród nich są „Czekamy na zmiany”, „Paczka papierosów” i „Grupa krwi”. Oznacza to, że każde prawdziwe słowo w dowolnym miejscu – w prasie, telewizji, z podium, na wiecu, na koncercie – jest dziś w Rosji zabronione. A to oznacza, że ​​rząd tego kraju próbuje zmienić nie tylko geografię, ale stracił także sumienie i honor…

 

Amor w olsztyńskim parku Zamkowym to ja. Rozmowa z wnukiem olsztyńskiej rzeźbiarki Balbiny Świtycz-Widackiej

Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę – mówi dr Kamil Solarski, wnuk Balbiny Świtycz-Widackiej (1901-1972), artystki rzeźbiarki pochodzącej z Kresów, która przez ostatnie 20 lat swego życia mieszkała i tworzyła w Olsztynie, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Podczas wakacji turyści odwiedzają często Warmię i Mazury, w tym stolicę regionu Olsztyn, gdzie w parku Zamkowym zachwycają się licznymi pomnikami Balbiny Świtycz-Widackiej, jak „Wiosna”, „Amor”, czy fontanna „Ryba z dzieckiem”. W tym roku, dokładnie 28 lipca 2022 r., mija 50 lat od śmierci ich autorki. Czy Olsztyn przypomni w jakiś sposób artystkę, która przez zawieruchę wojenną musiała opuścić rodzinne Polesie, ale pokochała miasto nad Łyną?

Kamil Solarski. Fot. Teresa Kaczorowska

Kami Solarski: Niestety, dbająca o jej pamięć i twórczość córka, czyli moja mama Jowita Solarska z domu Widacka, którą się opiekuję, liczy już 88 lal i jest bardzo chora. Ciekawą inicjatywę przypomnienia artystki podjęła niedawno „Gazeta Olsztyńska”, z czego bardzo się cieszę.

Jak wspomina Pan swoją babcię Balbinę Świtycz-Widacką?

Pamiętam, że byłem jej ukochanym wnuczkiem, wręcz oczkiem w głowie. Może zacznijmy od jedzenia – zawsze przygotowywała mi to co lubię, szczególnie kotlety schabowe, nauczyła mnie też jadać dorsze. Gotowała mi, mimo iż nie lubiła tego zajęcia, wolała jadać w restauracjach, w kawiarniach, szczególnie w Staromiejskiej. Byłem przez nią rozpieszczany, spełniała moje wszystkie zachcianki, w tym zamiłowanie do podróży pociągiem. Urządzaliśmy wyprawy koleją śladami jej pomników, np. do Rucianego Nidy, gdzie jest pomnik Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, do Ełku gdzie stoi pomnik Michała Kajki, do Bisztynka, aby obejrzeć pomnik Henryka Sienkiewicza, czy do Warszawy, aby zobaczyć  jej słynną rzeźbę „Poleszuczka z dzieckiem”, którą podarowała marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu na dzień jego ostatnich imienin. Najdłuższą podróż z babcią Bają odbyłem do Krakowa, gdzie odwiedziliśmy kuzyna Jana Widackiego, znanego adwokata. Jeździłem z babcią także do innych krewnych, w tym do Sochaczewa, do jej młodszej córki Kariny, siostry mojej mamy. W rodzinie nazywaliśmy ją Bają, inni mówili do niej Bajka, gdyż nie lubiła swego imienia Balbina. Mówiła, że nie jest telewizyjną gęsią…

Ale podobno miał Pan w domu dwie babcie…

Balbina Świtycz-Widacka. Fot. ze zbiorów rodziny Solarskich

Moi rodzice byli zajęci pracą naukową na uczelni w Kortowie, więc całe szczęście, że w domu były babcie – poza Bają także Janina Solarska, matka mego ojca prof. Henryka Solarskiego. Obie się bardzo lubiły, ale wychowywała mnie głównie Baja. Była na luzie, niezwykle tolerancyjna i wyrozumiała, nawet kiedy nie chciałem się uczyć. Pilnowała mnie jednak, abym uczęszczał na religię. To dzięki niej przyjąłem pierwszą komunię i sakrament bierzmowania.

Jak ocenia Pan rzeźby babci?

Są dla mnie niezwykle cenne. Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę, więc z zamówieniami w czasach PRL-u miała trudności. W wolnych chwilach rzeźbiła drobne artystyczne miniaturki, nawiązujące do folkloru warmińsko-mazurskiego i poleskiego. Mamy ich blisko 300. Ale kiedy otrzymywała zamówienie na jakieś dzieło, to w rodzinie panowała pełna mobilizacja. Wszyscy przeżywaliśmy swoistą akcję. Babcia miała pracownię w Kortowie pod rektoratem i tam jej pomagaliśmy: przywoziliśmy odpowiednią glinę z cegielni, wyrabialiśmy ją ręcznie, mieszaliśmy, ugniataliśmy, oblepialiśmy nią konstrukcję. Baja dopracowywała potem artystyczne szczegóły, następnie powstawał odlew gipsowy, do którego wlewało się cement, biały gips, czy brąz. Pamiętam, że przy odlewach pomagał jej też Wilhelm Bobrzyk, nauczyciel plastyki. W ten sposób stworzyła ok. 50 głów i popiersi znanych postaci w cyklach, m.in. „Zasłużeni dla Warmii i Mazur”, czy „Artyści, naukowcy, politycy”.  Poza tym wykonała 14 rzeźb pomnikowych, w tym  9 z nich jest w Olsztynie, m.in. trzy fontanny: „Ryba z dzieckiem”, „Rybactwo i Rybołóstwo” oraz „Kormoran”. Razem Baja jest autorką blisko 1000 dzieł.

Pozował Pan do niektórych?

Tak, byłem modelem do kilku rzeźb, na przykład „Amor” w olsztyńskim parku Zamkowym nad Łyną to ja, podobnie jak dziecko na fontannie „Ryba z dzieckiem”. Kiedy pozowałem robiło się nerwowo, bo musiałem tkwić nieruchomo. Całe szczęście, że babcia pracowała fragmentami i robiła mi jako dziecku przerwy, podczas których mogłem trochę pobiegać.

Gdzie można zobaczyć rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej?

W różnych miejscach w Polsce i poza granicami – w przestrzeni publicznej, w muzeach, w kolekcjach prywatnych. Ponad 40 rzeźb można oglądać w Kortowie, w autorskiej galerii mieszczącej się na kilku poziomach Auli prof.  Mieczysława Kotera, czyli w budynku dawnego Kina. W Kortowie, gdzie mieszkaliśmy, stoi też jej kilka rzeźb, m.in. „Kormoran”, „Rolnictwo i Rybołóstwo”. Na frontonie rektoratu UWM, czyli w gmachu gdzie znajdowała się jej pracownia, umieszczono w 1992 r. tablicę pamiątkową z wizerunkiem artystki i napisem „Balbina Świtycz-Widacka (1901–1972). Rzeźbą swoją ukochała Warmię i Mazury”. Jest ona też patronką jednej z ulic na olsztyńskim osiedlu Pieczewo. Olsztyn sporo babci zawdzięcza – była współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Olsztyna, angażowała się w działalność Związku Artystów Plastyków, Stowarzyszenia „Pojezierze”, prowadziła społecznie zajęcia rysunku i malarstwa.

Balbina Świtycz-Widacka to także poetka. Mimo iż napisała ponad 1000 wierszy, aforyzmów, fraszek i erotyków, tylko niewielką część wydrukowano w prasie i antologiach. Jej twórczość nie doczekała się też nawet jednego zbiorku… Czy jej utwory literackie się zachowały?

Tak, są w moim posiadaniu, podobnie jak własnością rodziny jest większość jej rzeźb. Baja pisała poezję głównie nocą, kiedy przychodziła do niej natchnienie.

Zmarła stosunkowo  młodo, w wieku 71 lat, 28 lipca 1974 roku. W jakim był Pan wtedy wieku?

Miałem szesnaście lat. Jej śmierć była dla nas zaskoczeniem, nie mówiąc o wielkim bólu. Pamiętam, że panowały wtedy straszne upały i babcia skarżyła się, że „serce jej kamieniem leży”. Lekarz stwierdził jednak, że to nic groźnego, ale skierował ją do szpitala, aby zrobić badania. I już na drugi dzień, o dziesiątej wieczorem, zmarła w olsztyńskim szpitalu. Cierpiała na rozedmę płuc, bo całe życie dużo paliła, ale miała też kłopoty z układem krążenia. Pogrzeb był sporym wydarzeniem, przybyło dużo ludzi, po nabożeństwie w olsztyńskiej katedrze spoczęła w Brodnicy, obok swego męża Iwona Widackiego, krewnego Rodziewiczówny, właściciela majątku koło Kobrynia na Polesiu. Oboje, z córkami Jowitą i Kariną, przetrwali tam okupację, najpierw sowiecką, potem niemiecką, i znowu sowiecką. Po zakończeniu wojny tułali się po Polsce i mój dziadek, mąż Bai, zmarł  9 sierpnia 1949 r. w Brodnicy. W 1972 r. znowu więc się połączyli… Na pewno odwiedzę ich grób 28 lipca, w 50. rocznicę śmierci Bai.

Co Pan odziedziczył po babci Balbinie Świtycz-Widackiej?

Luz, swobodny tryb życia, dużo też palę.

„Wiosna” Fot. Teresa Kaczorowska
„Rybactwo i Rybołóstwo”. Fot. Teresa Kaczorowska
„Ryba z dzieckiem”. Fot. Teresa Kaczorowska
Olsztyn-Kortowo, część dzieł w Galerii Rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej. Fot. Teresa Kaczorowska

PIOTR BOBOŁOWICZ: II Forum Wolnych Narodów Rosji – Zdekolonizować imperium

Rekonstrukcja i transformacja strukturalna Federacji Rosyjskiej to główne tematy Forum Wolnych Narodów Rosji, które odbyło się w Pradze 22-23 lipca 2022 roku. Przedstawiciele skolonizowanych ludów Azji Centralnej, Kaukazu i regionów Federacji Rosyjskiej spotkali się, by dyskutować o deputinizacji, dekolonizacji i demilitaryzacji.

 

Нравиться, не нравиться, империя развалится – podoba się, nie podoba się, imperium się rozpadnie. To hasło padło w Pradze nie raz. Uczestnicy nie mieli wątpliwości, że Rosja zmierza ku upadkowi. Wybrzmiało to jasno zarówno w przemówieniach, jak i w deklaracji, którą podpisali niektórzy ze zgromadzonych przedstawicieli rdzennych ludów zamieszkujących ziemie Federacji Rosyjskiej.

Federacja Rosyjska jest dziś państwem terrorystycznym rządzonym przez zbrodniarzy wojennych. Szereg bezsensownych wojen wznieconych przez imperialne przywództwo Federacji Rosyjskiej przez ostatnie 30 lat pozbawia nasze rdzenne ludy i skolonizowane regiony jednej z najważniejszych rzeczy: prawa do życia. Przedstawiciele rdzennych ludów i skolonizowanych regionów, którzy wykorzystywani są jako mięso armatnie, podlegają mobilizacji w pierwszej kolejności.

Wraz z początkiem wojny napastniczej przeciwko Ukrainie, nasze ludy i regiony zostały wciągnięte wbrew ich woli w zbrodnie wojenne, w tym w ludobójstwo narodu ukraińskiego prowadzone przez Kreml. Z powodu polityki imperialnego centrum, ludzie i regiony Federacji Rosyjskiej mierzą się z sankcjami, zagrożeniem cywilizacyjnej izolacji, a nawet kompletnym zniknięciem. Wszystko to sprawiło, że Federacja Rosyjska jest już na granicy chaosu i wojny domowej. Tylko całkowita i kontrolowana dekolonizacja Rosji może temu zapobiec.

Uczestnicy forum podkreślali, że ważnym aspektem rozpadu Federacji Rosyjskiej jest niedopuszczenie do realizacji tych obaw, które towarzyszyły także rozpadowi Związku Sowieckiego – do powstania próżni bezpieczeństwa. W tym celu zamierzają przeprowadzić nie tylko dekonstrukcję, ale także rekonstrukcję Rosji, tworząc na jej miejscu dobrowolne zrzeszenie niepodległych państw. Przy tym wszystkim powołują się przede wszystkim na Powszechną Deklarację Praw Człowieka, wywodząc z niej prawo do samostanowienia narodów, które reprezentują.

Tatarstan, Iczkeria, Baszkiria, Buriacja, Komi, Syberia, Ingria, Republika Bałtycka, Karelia, Daleki Wschód, Don, Ural, Dagestan czy Kubań to tylko niektóre z państw, które według zebranych mają wyłonić się z obecnej Rosji. Przestrzeń postrosyjska (analogicznie do postsowieckiej) opierać się ma na demokracji i pokojowym współistnieniu.

Wydarzenie zostało zorganizowane przez Instytut Regionów Rosji, na czele którego stoją prezes Andrius Almanis i wiceprezes Vadim Shtepa. Instytut zajmuje się badaniem ekonomicznej, politycznej i kulturalnej specyfiki regionów Rosji w perspektywie uzyskania przez nie suwerenności w wyniku rozpadu Rosji, który, jak podkreślono na stronie Instytutu, jest nieunikniony. Dodatkowo Instytut stara się pokazać perspektywę inną niż moskiewska, podkreślając wyjątkowość, unikalność i zapełniając niszę badań nad ponad osiemdziesięcioma regionami Rosji, ciągnącymi się od jej zachodnich granic do Oceanu Spokojnego.

Na przyczyny rosyjskiego imperializmu, a zarazem na sposób wyeliminowania tego zjawiska w przestrzeni postrosyjskiej wskazał jeden z uczestników Forum, niemiecki politolog rosyjskiego pochodzenia, były dyrektor regionalny Fundacji Heinricha Bölla w Kijowie Sergei Sumlenny:

„Rosja czuła, że jest swego rodzaju okaleczonym Związkiem Sowieckim i chciała przywrócić jego siłę. W tym przypadku, jeśli Rosja upadnie teraz i żaden kraj, z tych, które wyłonią się z jej ruin, z ruin dawnej federacji rosyjskiej, jeśli żadne z tych państw nie będzie postrzegać się jako okaleczona Rosja albo okaleczony Związek Sowiecki, wtedy żaden naród nie będzie marzył o przywróceniu tych bytów, bo nie można marzyć o przywróceniu czegoś, z czym się nie identyfikujemy”.

Oprócz uczestników forum reprezentujących narody skolonizowane przez Rosję, wśród których wymienić można chociażby takie osoby jak Achmed Zakajew, premier rządu Czeczeńskiej Republiki Iczkerii, Rafis Kashapov, wicepremier rządu Tatarstanu na uchodźctwie, współzałożyciel ruchu Wolny Idel-Ural, Denny Teps, przewodniczący światowego kongresu Czeczenów czy Zurtan Chałtarow, buriacki działacz niepodległościowy, pojawiły się także osoby z państw z Rosją sąsiadujących, które w przeszłości uniezależniły się od Moskwy. Wystąpiła między innymi była minister spraw zagranicznych Polski, europoseł Anna Fotyga, były minister spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkin, deputowany Rady Najwyższej z prezydenckiej frakcji Sługa Narodu Oleh Dunda czy też reprezentant Tatarów Krymskich, narodu prześladowanego przez Rosję od czasów carskich, dzisiaj ponownie znajdującego się pod moskiewską okupacją Erfan Kudusow.

Pawło Klimkin wskazał na potrzebę stabilizacji w regionie:

„Jesteśmy głęboko zainteresowani, by mieć sąsiadów, którzy nie będą zagrożeniem dla Ukrainy w przyszłości, dla ukraińskiego narodu, dla ukraińskiego państwa, bo Putin wierzy, że wszystko, co ukraińskie jest sztuczne. Nasza państwowość, nasza historia, nasz naród. A my udowodniliśmy, że się myli. Teraz to rola tych narodów udowodnić Putinowi, że jego koncept imperium i nowego Związku Sowieckiego jest pomyłką”.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich reprezentował na Forum członek zarządu SDP, redaktor naczelny Kuriera Lubelskiego Wojciech Pokora, który podkreślał znaczenie wolności narodów – wolności słowa, wolności zgromadzeń, wolności samookreślenia, ale przede wszystkim prawdy. Odczytał on oświadczenie Zarządu Głównego SDP.

Tekst oświadczenia SDP

W deklaracji podpisanej podczas Forum sygnatariusze ogłosili zwołanie na koniec roku 2022 Międzynarodowej Konferencji nt Pokojowej Dekolonizacji i Organizacji Terytorialnej Przestrzeni Postrosyjskiej, która odbyć się ma przy udziale państw członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, sąsiadów Rosji i organizacji międzynarodowych.

O tym, co dręczy dziennikarza na wakacjach pisze HUBERT BEKRYCHT: Demokracja szkodzi mediom

Najpopularniejszy, najlepszy, ale też i najbardziej zdegenerowany system rządzenia światem, czyli demokracja ma najgorszy wpływ na media. Wszędzie. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, Polsce, Niemczech, Wielkiej Brytanii jak w i Japonii, Australii i w Mongolii. Z tym, że z tą mongolską demokracją to jest problem. No, ale w końcu z każdą demokracją bywają problemy. Z mediami w demokracji, niestety, stało się to, co musiało się stać – zanikają tradycyjne a pojawiają się media, które społeczne są tylko z nazwy.

Demokracja daje, teoretycznie, ogromne prawa mediom. Dziennikarz jest osobą uprzywilejowaną, niemal na granicy władzy. Reporterzy, bywa, obalają rządy, prezydentów, ale najczęściej zmieniają swoich szefów. Bo kto będzie lubił prezesa gazety, która podała, że jakiś minister ma kochankę albo wydał kilka tysięcy w miejscowej walucie na odzież damską płacąc służbową kartą?

W związku z tym prasa, radio, telewizja, a nade wszystko internetowe potwory nazywające siebie portalami, zaczynają przekraczać granice demokracji zadeptując jej ślady prawne. Na całym świecie znane jest zjawisko tzw. dziennikarskiego przesunięcia, które polega na stawianiu się pracownika redakcji ponad obowiązującymi przepisami wszystkich kodeksów. Władze, nie chcąc mieć kłopotów, początkowo to ignorują a potem… A potem jest już za późno. Kolejne szczeble administracji są pożerane przez żarłoczne media.

Teraz naprawdę gra się „dziennikarskimi śledztwami”. Choć bardzo podziwiam Koleżanki i Kolegów zajmujących się tzw. dziennikarstwem śledczym i doceniam, że często ich praca przynosi efekty, to zawsze będę powtarzał: nie ma dziennikarstwa śledczego, są tylko źle zabezpieczone dokumenty!

Czy nie możemy powrócić do zwykłego dziennikarstwa, tak aby żaden polityk nie podrzucał redakcjom kompromitujących materiałów na innych polityków? A może sama demokracja musi się zreformować, bo za kilka lat nie będzie istniała? Będą tylko redakcje i ich wojny. Politycy będą pisali artykuły a dziennikarze staną się politykami. Zresztą takie przykłady już obserwujemy. I to nie tylko w Mongolii.

O polszczyźnie, wzdychając ciężko, pisze WALTER ALTERMAN: Języku nasz, dręczony tupetem i niewiedzą

Przeczytałem ostatnio hymn pochwalny na część wykonawców tunelu drogowego TS-26 (Sady Górne – Nowe Bogaczowice). Autor rozpływa się nad cudami techniki, choć z tekstu wynika, że wydrążenie tunelu pod górą nie było ani nowatorskie, ani niezwykłe.

Nie w tym rzecz. Zaniepokoił mnie tytuł mikro-reportażu. Brzmi on tak: Tunel na S3. Rozkopali poniemiecką górę. Znaleźli więcej niż oczekiwali.

Niemiecka góra

Przeczytałem tekst trzy razy i jedyne ślady niemieckości góry autor opisał następująco: Drążenie TS-26 wiązało się też z kilkoma niespodziankami. Jedną z nich było odkrycie – nie ujętej na żadnych mapach – poniemieckiej sztolni. Wyrobisko pochodzące najprawdopodobniej z końca XIX wieku przebiegało przez obie nawy – prostopadle do tunelu. (…) Nie jest to jednak pozostałość po hitlerowskiej armii, lecz dawnych mieszkańcach. Jedna z miejscowych legend głosi, że dwóch mieszkańców Nowych Bogaczowic wydrążyło ją w poszukiwaniu węgla. Do dziś miejsce to nazywane jest bowiem „węglową górką”.

Owszem, górka, pod którą przebiega tunel położona jest na naszych Ziemiach Odzyskanych i z pewnością jest na tych ziemiach wiele śladów wielowiekowej niemieckości, bo przez wieki żyli tam Niemcy. Żeby jednak jakąś górę nazywać niemiecką trzeba nie mieć najmniejszego pojęcia o kulturze. Bo w kulturze przyjęte jest, że Wisła, Odra, Bug są rzekami. Tatry i Góry Świętokrzyskie też są przedwieczne i nie podlegają żadnej nacjonalizacji. Owszem, leżą na terenie Polski, ale nie można mówić, że są polskie. Czasami poeci, w uniesieniu piszą o polskiej Wiśle, polskim Bałtyku czy polskiej Puszczy Jodłowej. Czasem mówimy też o polskich Tatrach, ale mając na uwadze, że część Tatr leży po stronie Słowacji. Poetom wolno, ale dziennikarz powinien być mniej egzaltowany i powinien mniej pisać sercem, a więcej rozumem.

Na początku myślałem, że autor artykułu o tunelu, reprezentuje „ukrytą opcją niemiecką”, ale odrzuciłem tę supozycję. On po prostu niewiele wie, a jeszcze mniej rozumie.

Publika

Nagminnie dziennikarze sportowi określają widzów zawodów sportowych mianem: publika. To przykre. Określenie publiczność jest oczywiste i dobre, choć wolałbym: widownia, widzowie. Publika natomiast jest określeniem pogardliwym, deminutywnym. Publice bliżej do motłochu i gawiedzi niż do prawdziwej widowni.

Lopez

Lopez, który akurat wracał się do tyłu – powiedział sprawozdawca meczu piłki nożnej. I proszę, jedno krótkie zdanie a dwa duże problemy. Pierwszy z nich to fakt, że mamy w tym zdaniu rusycyzm. W języku rosyjskim jest taka forma, że mówi się: on wiernułsja. Po polsku jednak trzeba powiedzieć tylko, że wrócił. Bo już wiadomo, że on sam wrócił. To po co jeszcze się wrócił? Gdyby jeszcze ten Lopez skopał się sam po kostkach, to tak, to owo się byłoby wtedy usprawiedliwione. Drugi problem – wracamy zawsze do tyłu, czyli tam skąd przyszliśmy. To powszechny błąd w ludowej polszczyźnie.

Na szybko

Gwarowe, ludowe zwroty robią karierę. Ano, to żeby lud wszedł do śródmieścia było marzeniem stalinowskich komunistów, czemu dawali wyraz na piśmie, czyli w literaturze. Jednak ówcześni bojowcy nie przewidzieli, że lud wejdzie do śródmieścia wraz ze swoim językiem. A ten jest okropny. Na szybko to państwu przedstawię – tak rozpoczyna jakiś temat młoda dziennikarka. Nie wie, że można coś przedstawić szybko? Bez tego na? Niestety, ostatnimi laty język gwar miejskich i wiejskich opanował nasze media. Zachwaściły go gwary, odebrały piękno fraz języka literackiego i kunszt budowania zdań. Ot, tak sobie gadamy, bo tacy fajni jesteśmy, prości i swojscy…

Boli mnie to, bo sam nie pochodząc z elit, uwierzyłem, że chcąc zostać inteligentem trzeba nauczyć się dobrze myśleć, poprawnie mówić i pisać. Żeby awansować społecznie, i żeby mieć tytuł do bycia świadomym obywatelem, który bierze współodpowiedzialność za sprawy społeczne. Taka była norma kulturalna za moich młodych latach. I podobała mi się, ta norma. Ale co się z nią teraz stało? Może zastąpiono ją jakąś nową normą, nieznaną, tajemną?

A o ludzie w śródmieściu pisał Adam Ważyk, w latach pięćdziesiątych piewca rewolucji, a późniejszy jej niezłomny pogromca. Cytat jest taki:

Adam Ważyk,

Lud wejdzie do Śródmieścia

 

…Z staromiejskiej gardzieli

wolna przestrzeń wystrzeli

i rozstąpią się przejścia

z peryferyj do placów,

od fabryk do pałaców,

lud wejdzie do śródmieścia

i ustali wzdłuż Trasy,

wzdłuż Nowej Marszałkowskiej

jedność piękna i pracy, planowania i troski.

Patrz, jak stoi uparta

na rusztowaniach partia,

rozpala się klasowa

bitwa – nasza budowa.

 

Atomówki nie budowałem

W filmie dokumentalnym lektor czyta, że …zbudowano broń atomową, najstraszniejszą ze znanych. Po czym następuje przypomnienie historii tego faktu. Zwróćmy uwagę, że z tekstu lektora nie wynika kto pierwszy zbudował atomówkę. Tekst głosi, że ją zbudowano.

Ta bezosobowość faktu niebezpiecznie zmienia postać rzeczy. Wychodzi bowiem na to, że broń atomową zbudowała ludzkość, tak ogólnie. Owszem amerykańscy naukowcy byli częścią ludzkości, ale przecież niecała ludzkość odpowiada za działania rządu USA. Na przykład mój ojciec nie przykładał do tego dzieła ręki. A używanie magicznego zwrotu zbudowano, obciąża nas wszystkich, po równo. Prosiłbym serdecznie dziennikarzy, żeby pisali, mówili konkretnie, kto zamordował, kto ukradł, kto zdefraudował. Bo zamordowano, ukradziono, zdefraudowano rozkłada odpowiedzialność prawie na wszystkich. A ja wolałbym wiedzieć, czy przypadkiem nie byłem zamieszany w defraudację. Bo obciążenie już jest, a gotówki nie widać.

Autobus, który napatoczył się rakiecie

Są sprawy, o których należy mówić poważnie i dobrym, precyzyjnym językiem. Jedną z nich jest wojna na Ukrainie, a już szczególnie rosyjskie bestialstwo wobec cywilów. Lecz oto w jednej ze stacji telewizyjnych widzimy film, ukazujący zniszczony przez rosyjską rakietę przystanek autobusowy. Potem jest ujęcie na dziennikarkę, która pokazywana jest na tle tego zdruzgotanego przystanku. Dziennikarka mówi: Ten przystanek autobusowy znalazł się w miejscu, w które ta rakieta uderzyła.

Obraz i sens są straszne, ale tekst dziennikarki, mimowolnie śmieszny. Wyszło bowiem na to, że przystanek przemieszczał się, i to tak nieszczęśliwie, że znalazł się na kursie rakiety. Tymczasem przystanek stał sobie spokojnie, w swoim miejscu, a rakietą go odnalazła. Przystanek nie był mobilny, ale rakieta tak. Przykre, że dziennikarka nie powiedziała tego normalnie, po ludzku. Dlaczego szukała jakichś wymyślnych form dla prostego opisu sytuacji?

Zawezwanie

Relacja z miejsca wypadku. Dziennikarka jest na miejscu zdarzenia i opisuje wypadek, w którym samochód osobowy potracił młodego rowerzystę. Niby nic trudnego, a jednak… W pewnym momencie dziennikarka mówi: Wtedy rodzina zawezwała policję o pomoc.

Poprawnie ten dziwoląg powinien być zbudowany tak: Wtedy rodzina wezwała na pomoc policję. Skąd się borą takie karkołomne i złe zdania? Dziennikarka popełnia w tym komunikacie dwa błędy. Pierwszy dotyczy tego, że można wzywać policję na pomoc, o pomoc można prosić, o pomoc można się zwracać, ale nie wzywać. Drugi kłopot mamy z nieszczęsnym zawezwała.

Dlaczego dziennikarka nie mówi, że rodzina wezwała, lecz zawezwała? Bo tak brzmi lepiej. Nic innego nie znaczy, ale brzmi dobrze. W ogóle mamy problem z tym przedrostkiem „za”. Rozpanoszył się i wciska wszędzie, a to dlatego, że wzmacnia siłę przekazu. Zwróćmy uwagę, że „za” dodane jako przedrostek bardzo często „kończy sprawę” i ma charakter działań definitywnych, ostatecznych. Można coś kupić, ale silniejsze jest zakupić. Można kogoś okuć w kajdany, ale silniejsze będzie zakuć. Można wreszcie kogoś bić, ale zabić jest ostateczne.

Poza tym – są teraz, oczywiście, sprawy ważniejsze niż poprawność języka. Niemniej, największy kłopot, lęk i obawy trzeba artykułować poprawnie. Może dlatego, że język jest naszą ostoją.