SERHIJ KULIDA: Amerykański ekonomista, twórca MFW i BŚ Harry Dexter White był sowieckim szpiegiem

Na początku XXI wieku w Stanach Zjednoczonych ukazała się sensacyjna książka historyka Bena Steila. Autor „The Battle of Bretton Woods: John Maynard Keynes, Harry Dexter White and the Formation of a New World Order” opowiada, jak amerykański ekonomista White stworzył system, który stał się podstawą ekonomicznego ładu świata. Należy zaważyć, że ten „porządek ” nadal istnieje.

Jak napisał Neil Irwin w The Washington Post, w odpowiedzi na publikację, „sednem sprawy było raczej to, że Stany Zjednoczone przejęły od Wielkiej Brytanii globalną dominację finansową i uczyniły dolara światową walutą rezerwową”. Według dziennikarza amerykańskiej gazety, zadania tego podjął się Harry Dexter White, „wysoki rangą pracownik Departamentu Skarbu USA, który szpiegował ZSRR”, podjął się tego zadania.

Śmierć na farmie

Latem 1948 byli sowieccy agenci Elizabeth Bentley i Whittaker Chambers publicznie oskarżyli Harry’ego Dextera White’a o szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego. Rankiem 13 sierpnia White wszedł do sali pełnej gapiów i reporterów, gdzie odbywały się spotkania Komisji Śledczej ds. Działań Antyamerykańskich. Przy błysku fleszy terkotem kamer filmowych White spokojnie, patrząc na członków komisji zza palisady mikrofonów podniósł prawą rękę i złożył przysięgę, zapewniając obecnych, że będzie mówił „prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”.

„Moje przekonania są przekonaniami amerykańskimi” – powiedział oskarżony w swoich uwagach wstępnych. – Przywiązuję wielką wagę do wolności wyznania, wolności słowa, wolności myśli, wolności prasy, wolności krytyki i swobody przemieszczania się… Uważam te zasady za święte, uważam je za podstawę naszego amerykańskiego sposobu życie, a dla mnie są to realia życia, a nie tylko słowa, wpisane na papierze. Jestem gotów odpowiedzieć na wszelkie pytania” – powiedział White.

Na sali rozległy się brawa. Po raz drugi White otrzymał owację na stojąco po tym, jak pokazano mu listę podejrzanych o szpiegostwo na rzecz ZSRR. Po zapoznaniu się z dokumentem wysoko postawiony ekonomista, uśmiechając się sarkastycznie, zauważył: „Przy nazwiskach są niebieskie haczyki. Moim zdaniem, bardziej odpowiednie byłyby czerwone”.

Jednak ta ostentacyjna brawura sporo kosztowała White’a. Zaraz po złożeniu zeznań miał atak serca. Następnego dnia, po zażyciu tabletek, Harry Dexter udał się na spoczynek na swojej farmie Fitzwilliam w New Hampshire. Poczuł silny ból w klatce piersiowej. Następnego dnia miejscowi lekarze stwierdzili ciężki zawał serca. Wieczorem 16 sierpnia White zmarł, zgodnie z oficjalną wersją, z powodu przedawkowania leku na serce – naparstnicy. I gdyby nie ta tragiczna okoliczność, to z pewnością jesienią White musiałby trafić do więzienia, jako czerwony szpieg.

Schronienie lewicy

W 1885 r. liczna rodzina Józefa Weissnovitza i Sary Magilewskiej w poszukiwaniu „żydowskiego szczęścia” przeniosła się z terenów dzisiejszej Litwy, którymi wówczas władało Imperium Rosyjskie, do Bostonu. W Nowym Świecie urodził się późniejszy pomysłodawca Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który otrzymał imiona Harry Dexter. Na początku pobytu w USA rodzina przyszłego twórcy Banku Światowego nadal borykała się z biedą, przed którą uciekała z Europy do Ameryki Północnej.

Ich najmłodszy syn, dwudziestopięcioletni Harry Dexter White po wstąpieniu do armii amerykańskiej w 1917 roku, jako porucznik wyjechał do Francji na front zachodni.

Po demobilizacji został studentem Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Columbia, następnie kontynuował naukę w Stanford, a w 1930 roku obronił doktorat na równie prestiżowym Harvardzie. Cztery lata później prof. Jacob Weiner, który pracował w Departamencie Skarbu Stanów Zjednoczonych, zasugerował, aby White zajął skromne stanowisko w tym ministerstwie. Należy zauważyć, że w tamtych latach Departament Skarbu USA był schronieniem dla osób o poglądach lewicowych. Ci urzędnicy byli pod wrażeniem industrializacji dokonanej w ZSRR, co wyraźnie pokazywało, ich zdaniem „wyższość socjalistycznego modelu gospodarki nad kapitalistycznym”. Ponadto „ofensywa komunistyczna” nastąpiła podczas kryzysu gospodarczego w Ameryce. New Deal prezydenta USA Franklina Roosevelta, który przewidywał aktywną interwencję państwa w gospodarkę, był wówczas uważany za „prawie socjalizm”. A Harry White w pełni i bardzo aktywnie przyczynił się do promocji tego kierunku.

Już w okresie powojennym Komisja Śledcza ds. Działań Antyamerykańskich stwierdziła: „Koncentracja zwolenników komunizmu w Departamencie Skarbu, a zwłaszcza w Wydziale Studiów Monetarnych, jest teraz w pełni znana. White był pierwszym dyrektorem departamentu; jego następcami byli Frank Coe i Harold Glasser. W Wydziale Studiów monetarnych byli William Ludwig Ullman, Irving Kaplan i Victor Perlo. Stwierdzono, że White, Coe, Glasser, Kaplan i Perlo są „członkami komunistycznego spisku”.

2 września 1939 r., dzień po niemieckiej inwazji na Polskę, podsekretarz stanu Roosevelta ds. bezpieczeństwa wewnętrznego, Adolph Burley, za pośrednictwem dziennikarza Isaaca Don Levine’a spotkał się z sowieckim agentem Whittakerem Chambersem. Następnie, robiąc notatki w swoim Levine napisał: „Pan White”. Z kolei Burley wysłał memorandum do prezydenta, które Roosevelt z oburzeniem odrzucił, nie wierząc, ze w jego otoczeniu mogą być szpiedzy. Prezydent USA określiła to, jako „absurd”.

Tymczasem w grudniu 1941 roku White został mianowany asystentem sekretarza skarbu Henry’ego Morgenthau Jr., uważanego za jedną z kluczowych postaci w ekipie Roosevelta. Pełniąc odpowiedzialną rolę pośrednika między Departamentem Stanu a Departamentem Spraw Zagranicznych, White nadzorował w czasie II wojny światowej nie tylko sprawy międzynarodowe, lent-lease, ale także finansowanie „delikatnych” operacji politycznych, wywiadowczych, sabotażowych mających charakter militarny. Oznaczało to, że miał najszerszy dostęp do ściśle tajnych informacji.

Plan White’a

We wrześniu 1944 roku w kanadyjskim Quebecu się konferencja pod kryptonimem OCTAGON. Przywódcom mocarstw alianckich, Rooseveltowi i Churchillowi, sekretarz skarbu USA Henry Morgenthau przedstawił „Program zapobiegania rozpętaniu przez Niemcy trzeciej wojny światowej”. W rzeczywistości dokument ten, nazwany później Planem Morgenthau, został opracowany przez Harry’ego White’a. Według tej strategii, pokonane Niemcy powinny zostać podzielone na kilka części. Ważne obszary przemysłowe, Zagłębie Ruhry i Saary, powinny zostać objęte kontrolą specjalnego organu międzynarodowego, przemysł ciężki i zbrojeniowy miały być zlikwidowane a Niemcy przekształcone w kraj rolniczy. Opisując plan Morgenthau, White zaproponował wycięcie wszystkich lasów i „zmniejszenie populacji Niemiec do 25 milionów ludzi”.

Stalin, który dowiedział się o najdrobniejszych szczegółach konferencji w Quebecu, nie zgodził się z takimi zamierzeniami USA i Wlk. Brytanii. Informacja ta wyciekła do prasy światowej. W Berlinie, minister propagandy Rzeszy Joseph Goebbels krzyczał obłędnie: „Żyd Morgenthau chce zniszczyć Niemcy zmieniając je w pole ziemniaczane!” Podobno po tych wiadomościach na moment wzrosło morale żołnierzy niemieckich. Roosevelt musiał publicznie porzucić swój plan.

W tym samym 1944 roku Harry White opracował system z Bretton Woods, przyjęty na konferencji o tej samej nazwie. Ben Steil pisze w swojej książce, że White wymyślił to międzynarodowe forum już w 1936 roku, aby uczynić z dolara uniwersalną walutę i zastąpić konkurenta – brytyjskiego funta szterlinga.

„To była świadoma próba sprowokowania po wojnie przymusowej likwidacji Imperium Brytyjskiego” – zapewnia historyk. Głównymi postulatami systemu z Bretton Woods były: możliwość pokojowego demontażu Imperium Brytyjskiego; deindustrializacja Niemiec po wojnie; zaangażowanie ZSRR w globalny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Sam Harry White w swoich notatkach napisał, że potępia hipokryzję Stanów Zjednoczonych w stosunkach z ZSRR i chwali zalety sowieckiego socjalizmu.

Jednocześnie White zaproponował utworzenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego – banku, w którym można wziąć krótkoterminową pożyczkę „i w zamian odmówić konkurencyjnej dewaluacji – nie dewaluować swojej waluty w stosunku do dolara amerykańskiego bez naszej zgody.”

„Słaby agent”?

Od końca listopada 1945 r. White zaczął publicznie popierać poprawę stosunków ze Związkiem Radzieckim, wierząc, że głównym zadaniem powojennej dyplomacji Stanów Zjednoczonych jest to „jak wymyślić środki zdolne do zapewnienia trwałego pokoju i przyjaznych stosunków” między Ameryką a Rosją. Każdy inny problem w dziedzinie dyplomacji międzynarodowej blednie w porównaniu z tym zadaniem.

Tymczasem nad finansistą zbierały się chmury. Oficer bezpieczeństwa Departamentu Stanu przesłuchał Chambersa, który nazwał White’a ogólnie „dość słabym agentem”, który jednak przyczynił się do „znalezienia pracy w Ministerstwie Finansów dla wielu członków komunistycznego podziemia”.

7 listopada 1945 roku była sowiecka agentka Elizabeth Bentley powiedziała śledczym FBI: „Pod koniec 1942 lub na początku 1943 dowiedziałem się od sowieckich agentów Nathana Silvermastera i Ludwiga Ullmana, że ​​jedno ze źródeł dokumentów państwowych, które sfotografowali i przekazali kuratorowi NKWD to Harry Dexter White. Następnego dnia dyrektor FBI John Edgar Hoover wysłał list do doradcy wojskowego prezydenta Harry’ego Trumana, generała Harry’ego Waughana, donosząc, że „niektórzy pracownicy rządu USA przekazują informacje i dane osobom nieupoważnionym, które z kolei przekazują te informacje sowieckiemu wywiadowi”. I nazwał White’a „cennym nabytkiem podziemnej, sowieckiej siatki szpiegowskiej”.

Niczego niepodejrzewający Harry Dexter nadal pracował, jako dyrektor MFW. Ale niespodziewanie dla niego prokurator generalny Tom Clark nakazał federalnej ławie przysięgłych zbadać zarzuty Elizabeth Bentley. 19 czerwca 1947 White zrezygnował ze stanowiska. Po tym nastąpiła niekończąca się seria przesłuchań, przerwanych, które przerwała nagła śmierć White’a.

Sprawa została zamknięta…

Kryptografowie pracujący nad Projektem Venona ustalili, że Harry Dexter White został zidentyfikowany, jako źródło sowieckich informacji wywiadowczych pod kryptonimami „Prawnik”, „Richard” i „Jurist”. Raport FBI stwierdzał: „Według informacji … w odniesieniu do Prawnika, w kwietniu 1944 r. relacjonował on rozmowy między ówczesnym sekretarzem stanu Cordellem Hullem a wiceprezydentem Henrym Wallace’em. 5 sierpnia 1944 r. zameldował sowieckim szpiegom, że jest pewien zwycięstwa.” Z dokumentów wynika, że „White gotowy był na wszelkie poświęcenie dla dobra Sowietów”.

Dane Amerykanów dotyczące tożsamości White’a potwierdzają także dokumenty KGB odtajnione w 1999 roku, ale nigdy nieupublicznione. Według nich, NKWD zwerbowało w latach 1935-1936 pracownika Departamentu Skarbu USA, czyli White’a…

Teczki archiwalne sowieckiego wywiadu zawierają tajną amerykańską korespondencję „Według otrzymanych przez nas informacji „Prawnik” był kiedyś stażystą sąsiadów, (czyli agentem Agencji Wywiadu Sztabu Generalnego Armii Czerwonej – S.K.) „ – to tekst szyfrogramu z Moskwy zaadresowany do rezydenta Wasilija Zarubina z dnia 26 listopada 1941 r. „W końcu trzeba naprawdę zaangażować go w pracę i nawiązać z nim bezpośredni kontakt…” A następnego dnia nadano na Kreml informację: „Jego możliwości, dzięki bliskości Morgenthau, są bardzo duże”.

Wśród historyków panuje opinia, że ​​Harry White był aktywnym agentem wpływu. A jego pierwszym wielkim sukcesem była „prowokacja Pearl Harbor” i tekst amerykańskiego ultimatum z 26 listopada 1941 r., w którym Japonię „skuszono do oddania pierwszego strzału”.

W 1943 r. White zakłócił także negocjacje z chińskimi nacjonalistami w sprawie pożyczki w wysokości 200 milionów dolarów, co było na rękę Moskwie i chińskim komunistom. Dzięki szefowi MFW w okupowanych Niemczech, w pierwszych latach powojennych Sowieci wydrukowali znaczki pocztowe warte od 200 do 400 mln ówczesnych dolarów.

Krewni White’a i jego zachodni biografowie jednak nadal uważają ekonomistę za niewinnego. Dlatego Stephen Schlesinger pisze: „Nie ma jednoznacznej opinii o założycielu BŚ, ale wiele osób wierzy, że White próbował pomóc Związkowi Radzieckiemu, choć nie uważał tego za szpiegostwo. Robert Skidelsky, po zapoznaniu się z „bazą dowodów” doszedł do wniosku, że „połączenie naiwności i niesamowitej pewności siebie… wyjaśnia działania White’a. Niewątpliwie zdradził swój kraj, ponieważ przekazał wrogowi tajemnice narodowe.

Nie ma wątpliwości, że przekazując tajne informacje Sowietom White zdawał sobie sprawę, że sprzeniewierzył się administracji prezydenta Roosvelta, nawet, jeśli – jak chcą jego obrońcy – „nie zdawał sobie sprawy”, że zdradził swój kraj.

O artystycznych bitwach pisze JAN TESPISKI: Reżyserzy kontra aktorzy albo odwrotnie (6)

Aktorstwo to trudny zawód, bo o jego życiu decydują głównie: talent i charakter. Przemożny wpływ na całą drogę życiową aktorów i finalny sukces ma też miejsce, czyli teatr, w którym aktor dostanie pierwszy angaż, dyrektorzy teatrów i reżyserzy. A to nie zawsze zależy od samego aktora. Często na dobre i złe decyzje ma wpływ przypadek. Zły lub dobry splot wydarzeń. To wszystko powoduje, że aktorzy pracują w wielkim napięciu, czego skutkiem są „odciski” na ich charakterach. 

Powiedział kiedyś Gustaw Holoubek, że w teatrze tylko w dwóch przypadkach dochodzi do konfliktu zespołu aktorskiego z reżyserami. Pierwszy przypadek – według Holoubka – ma miejsce wtedy, gdy reżyser swym talentem i doświadczeniem znacznie góruje na zespołem. W drugim przypadku jest odwrotnie.

Przejdźmy zatem do tragikomicznych przypadków w pracy zespołów.

 Nikt nie będzie mnie tak traktował w teatrze

Do jednego z prowincjonalnych teatrów przyjechał – w początku lat 60-tych – młody reżyser, nowator i rokujący nadziewę. Miał realizować – „Matkę Courage i jej dzieci” Bertolta Brechta. Z początkiem lat 60-tych taka pozycja była na naszych scenach nowością i budziła obawy u aktorów. Bo chodziły słuchy, że trudny to dramaturg i gra się go zupełnie inaczej.

Reżyser chciał – zgodnie z tekstem – żeby sztukę otwierał song Mickiego Majchra i jego dwóch przyjaciół.

– A zatem, panowie zaczynamy tak – mówi reżyser – najpierw środkiem wchodzi Micki, staje na środku sceny. Wchodzi pan na muzyce, cztery takty. Micki pstryka palcami w prawo, i z prawej kulisy wchodzi pan – tu reżyser wskazuje na młodego aktora – i staje pan obok Mickiego. Potem cztery takty. Micki pstryka palcami w lewo i z lewej kulisy wchodzi pan – tu reżyser wskazuje na najstarszego z trójki aktorów. Rozumiemy się? To zaczynamy. Proszę o muzykę.

I zgodnie z pomysłem reżysera, wchodzi Micki, pstryka palcami w prawo, z prawej kulisy wchodzi jego pierwszy kompan. Micki pstryka palcami w lewo… i nikt nie wchodzi.

– Stop! – mówi reżyser. – Panowie, ma być tak… – reżyser powtarza swoje dyspozycje.

Powtarzają scenę, ale znowu drugi kompan Mickiego, który miał wejść na pstryknięcie palcami, z lewej kulisy, nie wchodzi. Powtarzają początek sceny jeszcze dwa razy, ale ten z lewej w ogóle nie wchodzi na scenę. W końcu reżyser pyta:

– Nie rozumiem, o co chodzi?

Po dłuższej chwili znaczącego milczenia, najstarszy z trójki, ten który nie wchodził na scenę, mówi:

– Ja, proszę pana, jestem w tym teatrze już dziesięć lat. Ja tu grałem duże role. Ale dotychczas nikt na mnie palcami nie pstrykał. Ja sobie, na pstrykanie na mnie, nie mogę pozwolić. Ja mam tutaj pozycję! Nikt nie będzie mnie tak traktował w teatrze.

Reżyser milczący

Marek Okopiński był cenionym i uznanym reżyserem. Był też znany z tego, że do aktorów mówił niewiele. Owszem, aktorzy nie przepadają za reżyserami – gadułami. Ale zupełnie milczący reżyser też nie jest darem niebios.

Kiedy Okopiński został dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu (dyrektorował mu w sezonie  1973-74) przyszła za nim sława Wielkiego Milczka. Aktorzy nie byli więc zdziwieni, gdy w czasie prób scenicznych wypowiadał najczęściej cztery zdania: Pierwsze padało zawsze na początek próby: „Proszę, zaczynamy”. Drugie zdanie wypowiadał, około 12.00, gdy nadchodził czas przerwy: „Przerwa, 15 minut, proszę państwa”. Po przerwie powtarzał zdanie pierwsze: „Proszę, zaczynamy”. A na koniec próby Okopiński mówił: „Dziękuję, do jutra”. W takiej sytuacji aktorzy musieli sobie radzić sami, w milczącej obecności reżysera.

Jakież było zaskoczenie aktorów, gdy na jednej z prób, nagle Okopiński wstał z fotela na widowni i gromkim głosem powiedział:

– No, nie! Proszę państwa.

Przebił się między fotelami i ruszył ku scenie. Aktorzy w okamgnieniu nabrali życia, ruszyli ku proscenium, żeby wreszcie cokolwiek usłyszeć, choćby jedną malutką uwagę.

Okopiński doszedł do proscenium, popatrzył uważnie pod nogi. Prawą nogą poszurał po podłodze widowni… Potem poszurał lewą…

– Ta wykładzina się tutaj wybrzuszyła! Jak to wygląda? W takim teatrze?!

Po czym wrócił na swoje miejsce między rzędami widowni i powiedział:

– Ja sprawę tej wykładziny załatwię, a my kontynuujmy. Proszę bardzo.

To mi się zgadza

Próby generalne, czyli ostatnie próby przed premierą, to wielkie nerwy, wielki wysiłek i skupienie całego zespołu. Aktorzy oczekują od reżyserów akceptacji lub potępienia, ostatnich wskazówek, ostatnich zmian. I w tym momencie reżyser powinien być im bratem i przewodnikiem.

Innym wielkim milczkiem był reżyser Z. Nazwiska nie podaję z sympatii do osoby. Był to człowiek milczący, ale mądry, z ogromną wiedzą. W jednym z największych polskich teatrów doszedł z aktorami do prób generalnych. Rzecz dotyczyła wielkiej klasyki. Po pierwszej generalnej – zwyczajowo są co najmniej trzy – inspicjent poprosił aktorów do saloniku recepcyjnego.

Siedzieli milcząc, w dużych nerwach. Po chwili wszedł reżyser Z. z notatkami w dłoni. Przejrzał je szybko i zaczął omówienie próby:

– Pani… – tu zwrócił się do aktorki grającej główną rolę. – Dobrze, wszystko mi się zgadza. Pan – skierował się do aktora nestora – też mi się zgadza.

I tak reżyser Z. omówił wysiłek i myśl niemal całego dwudziestoosobowego zespołu. Jemu się wszystko zgadzało, ale oni nie wiedzieli, co ma się z czym zgadzać. Jak weszli mało wiedząc, tak nadal wiedzieli tyle samo.

Na koniec, reżyser Z. skierował swój palec w debiutanta, tuż po szkole.

– Z panem natomiast nie jest dobrze. Wie pan, to nie może być tak, o drugim akcie mówię…

Aktorzy skupili się na reżyserze, może i o nich coś powie… A reżyser Z. mówił dalej…

– Chociaż nie, nie mam racji. Dobrze, z panem też mi się zgadza.

 

Puk puk… tu Edyta – PIOTR GAGLIK o wrocławskich śladach świętej w rocznicę jej męczeńskiej śmierci

„Bóg jest Prawdą. Kto szuka prawdy, ten szuka Boga, choćby o tym nie wiedział.” To przesłanie św. Edyty Stein […] powinno uwznioślać dziennikarzy – poszukują prawdy, często o tym nie wiedząc, że szukając zmierzają ku Bogu.

Raczej wszyscy, znamy wrocławski adres – ul. Nowowiejska 38 – gdzie przez wiele lat mieszkała św. Edyta, jest też wiele innych. W obecnym budynku uniwersytetu medycznego przy ul. Nankiera 1, mieściła się jej pierwsza szkoła podstawowa, później uczęszczała do szkoły (w latach 1909-11), w dzisiejszym budynku I LO, przy ul. Poniatowskiego. Na uniwersytecie wrocławskim była jedną z nielicznych studiujących kobiet wśród 1087 studentów. To oczywiste , że często odwiedzała budynek główny uniwersytetu, również znany był jej adres przy ul. Kuźniczej 35 (obecne Collegium Anthropologicum) oraz dawna biblioteka uniwersytecka na Piasku.  W stolicy Dolnego Śląska miała licznych znajomych oraz rodzinę, wiele miejsc we Wrocławiu zaznaczyła w swojej „Autobiografii”. Tu wspomnę tylko o dwóch. Święta, wspominając o swoich czasach studenckich opisała małą wycieczkę za miasto, do podwrocławskiego wówczas Brochowa. Zachwyciła się zielenią mimo zwartego kolejarskiego osiedla. Odwiedziła koleżankę jeszcze ze szkoły podstawowej (lub średniej), nie podała jednak jej nazwiska. Chodzi tu najprawdopodobniej o córkę brochowskiego aptekarza, dra filozofii Salomona Wolffa. Apteka, przy obecnej ul. Chińskiej 2 a funkcjonuje do dziś.

Drugie zdarzenie…. „kolejarskie” nie pochodzi z autobiografii świętej,  lecz z Jej procesu beatyfikacyjnego. Otóż zachowała się relacja kolejarza wrocławskiego, gdzie kolejarz i św. Edyta rozpoznali się, gdy transport więźniów zatrzymał się na dworcu towarowym (nieco na południowy wschód od Dworca Głównego). Było to Jej pożegnanie z Wrocławiem, pomachała kolejarzowi ręką. Pociąg niebawem ruszył, zmierzał do Auschwitz. Dwa dni później, tj. 80 lat temu (9 sierpnia 1942 r.)  św. Edyta Stein , karmelitanka bosa – Teresa Benedykta od Krzyża  poniosła śmierć męczeńską….

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Okupowany Krym żyje z grabieży południowej Ukrainy

Rosyjscy politycy w grabieży ukraińskich pól, ogrodów, gospodarstw rolnych, fabryk, a także ludności, widzą sposób na rozwiązanie wszystkich swoich problemów ekonomicznych.

Wojska rosyjskie tylko częściowo zdobyły ukraińskie regiony Chersoń i Zaporoże, ale już przygotowują się do „panowania” na nimi. Ich wysiłki zmierzają w różnych kierunkach. Najpierw przygotowują pseudoreferenda o rzekomej chęci przyłączenia zajętych terytoriów do Rosji. Po drugie, plądrują zdobyte fabryki, lokalnych rolników, wywożą sprzęt z warsztatów, resztki surowców i wyrobów gotowych na Krym i do Rosji. W czasie gdy przewodniczący okupacyjnego parlamentu krymskiego Wołodymyr Konstantinow w swoich wywiadach mówi, że Krym jest gotowy podzielić się doświadczeniem obecności w Rosji z okupowanym południem Ukrainy, to urzędnicy wysłani z półwyspu zabierają ukraińskie zboże, warzywa i owoce i sprzedają je tanio, aby obniżyć wysokie ceny żywności na Krymie, który od 8 lat cierpi z powodu rosyjskiej okupacji.

Według doniesień mediów krymskich eksport warzyw i owoców z obwodów chersońskiego i zaporoskiego spowodował, że ceny tych towarów na rynkach okupowanego Krymu spadły prawie o połowę.

Według Iryny Mezavtsovej, „wiceminister polityki przemysłowej” Krymu, „produkty rolne… wypełniły krymski rynek po brzegi”.

„Ze względu na podaż warzyw i owoców z regionu Chersonia na rynek spożywczy Republiki Krymu obserwujemy spadek cen dla grupy towarów owocowo-warzywnych średnio o 40 proc.” – informuje Iryna Mezentseva. Uważa ona, że dzięki dostawom warzyw na Krymie jest o 30 proc. taniej niż w innych regionach całego Południowego Okręgu Federalnego. Tak nazywa się region na Krymie, który obejmuje Krym, Kuban, Terytorium Krasnodarskie i Republikę Adygei.

Jednocześnie spekulanci krymscy wykorzystali sprzyjającą sytuację w okupowanych regionach południowej Ukrainy. Podczas zbierania wczesnych owoców – malin i truskawek – obrabowali chersońskich rolników, wywieźli towary na Krym i sprzedali je trzykrotnie drożej niż jagody na Ukrainie.

Jak podają krymskie media, dzięki dostawom zrabowanych towarów z południa Ukrainy na Krym, roczna inflacja w Sewastopolu spadła w czerwcu br. do 15,7 proc., choć w kwietniu osiągnęła rekordowe 19,3 proc. Według Banku Rosji spowolnienie inflacji nastąpiło zarówno w odniesieniu do towarów żywnościowych i nieżywnościowych, jak i cen usług. Bank zwraca uwagę, że ziemniaki, pomidory, kapusta, cebula, buraki, marchewki i inne towary na Krymie stały się tańsze dzięki dostawom towarów z nowo okupowanych terytoriów Ukrainy. Ogólnie rzecz biorąc, dzięki dostawom owoców i warzyw z regionów Chersoniu i Zaporoża ceny tych produktów na Krymie są w tym roku dość niskie.

Dodatkowo, ze względu na dostawy z okupowanych regionów Ukrainy, w ramach sankcji, spadły ceny wieprzowiny, wołowiny i drobiu.

Specjaliści finansowi uważają też, że okradanie Ukrainy oraz eksport produktów i towarów do Rosji jest jedną z form walki z inflacją Putina. Generalnie Bank Rosji przewiduje, że w 2022 r. inflacja w całym kraju wyniesie 14-17 proc., zamiast oczekiwanych 20 proc. W Moskwie przewiduje się, że jeśli grabież Ukrainy będzie kontynuowana w nadchodzących latach, to roczna inflacja w Rosji spadnie do 5 – 7 proc. w 2023 i powróci do 4 proc. w 2024. Dlatego Rosja tak bardzo chce przejąć Ukrainę. Rosyjscy politycy w grabieży ukraińskich pól, ogrodów, gospodarstw rolnych, fabryk, a także ludności widzą sposób na rozwiązanie wszystkich swoich problemów ekonomicznych.

 

WALTER ALTERMANN: Dobra książka, ale kto ją pisał?

Powiadają, że polskość pod zaborami przetrwała dzięki polskiej literaturze. W jakiejś części jest to prawda, choć tej wielkiej zasługi nie przypisywałbym jedynie naszym literatom. Prawdą jest jednak, że polskie słowo i myśl przez lata rozbiorów były cenione.

Na spotkaniu z kilkunastoma najbardziej znaczącymi ludźmi teatru, które zwołał w stanie wojennym wicepremier Mieczysław Rakowski, miała miejsce taka sytuacja. Rakowski apelował, trochę też groził, tłumacząc, że bojkot teatru telewizji przez środowisko teatralne jest szkodliwy. Po nim zabrał głos wybitny intelektualista i reżyser teatralny, profesor Bohdan Korzeniewski.

Rząd polskich dusz

– Panie premierze – zaczął profesor. – My Polacy mieliśmy różne rządy, ale jednocześnie przez cały ten czas mieliśmy i mamy najlepszy z możliwych rządów – rząd polskich dusz. Premierem w tym rządzie jest Mickiewicz, ministrem obrony narodowej – Wyspiański, ministrem polskiej pracy jest Norwid, ministrem kultury – Słowacki, ministrem sprawiedliwości – Żeromski, a Prus jest ministrem rozwoju. I zawsze w chwilach próby odwołujemy się do nich, bo oni najlepiej wyartykułowali polskie interesy i polski program. Dlatego też, nie zgadzamy się s tym co dzieje się w kraju obecnie. Bo oni mówią nam, że nie wolno zgadzać się na wszystko.

Powinności literatury

Zacząłem z wysokiego „C”, ale realna, codzienna rzeczywistość bardzo odstaje od przesłania Profesora Korzeniewskiego. Zaraz bowiem po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku władze zaczęły oczekiwać od literatów wsparcia. I spora część piszących tego wsparcia udzieliła. Szczególnie po zamachu majowym z 1926 roku.

Piłsudski i jego ekipa oczekiwali od pisarzy mianowania na zbawców ojczyzny, na daleko lepiej wiedzących i mających historyczną misję. Żeby przeciwnicy Marszałka „nie wycierali nim sobie gęby” prasa podlegać zaczęła ostrej cenzurze, ale z literaturą nie było tak prosto. Owszem, naleźli się pomniejsi pisarze, którzy zaczęli władzy kadzić, ale większość albo milczała, albo była przeciw rządom Marszałka.

Sumienie Kaden-Bandrowskiego

Bardziej jednak bolała władzę postawa Juliusza Kaden-Bandrowskiego, który mając 23 lata, w czasie studiów w Brukseli, zaangażował się (w roku 1908) w działalność PPS-Frakcji Rewolucyjnej, a więc w tajną organizację Piłsudskiego. Kaden-Bandrowski był piłsudczykiem z wyboru, ale jako pisarz nie kierował się filiacjami i sympatiami politycznymi.

W sierpniu 1914 roku, po wybuchu wojny, wstąpił do I Brygady Legionów Polskich i został adiutantem samego Marszałka. Od 1918 roku był również członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej. Brał udział w walkach o Przemyśl. W grudniu 1918 został pierwszym redaktorem naczelnym tygodnika „Żołnierz Polski”. W czasie wojny polsko-bolszewickiej kierował Biurem Prasowym Naczelnego Dowództwa, co spowodowało później głośne oskarżenia o nadużycia finansowe, lecz ostatecznie nieudowodnione. W latach 1923–1926 był przewodniczącym Związku Zawodowego Literatów Polskich. Ponownie w 1933.W 1928 otrzymał Państwową Nagrodę Literacką.

Teoretycznie biorąc Kaden-Bandrowski powinien zostać piewcą nowych czasów, skoro był ich jakże aktywnym współtwórcą. A jednak tak się nie stało. Dlaczego? Bo pisarz miał sumienie, które nie pozwalało mu opisywać innego świata, niż ten, który widział.

I dlatego opisywał Polskę, jako kraj demagogii politycznej, korupcji i ordynarnego złodziejstwa, w których to „zjawiskach” brała udział elita – czyli piłsudczycy. To Kaden-Bandrowski opisał stan umysłu i serc Polaków w momencie odrodzenia się Polski jako „radość z odzyskanego śmietnika”. Bo on dobrze wiedział, że odrodzenie powinno być początkiem „Nowej Polski”, a było powrotem do starej.

Pisał o swoich oczekiwaniach i rozczarowaniach. I tym wzbudzał nienawiść swoich konspiracyjnych i frontowych kolegów.

Dla kogo pan pisze?

I tu doszliśmy do trudnego pytania: pisać według zamówienia, czy według siebie? To naprawdę najbardziej istotne pytanie, na które muszą sobie sami odpowiedzieć artyści. Najgorsze co może spotkać prawdziwego artystę, to być w jakiejś grupie politycznej, widzieć błędy ludzi tej grupy i wstrzymywać się od ich – tych błędów – opisania i potępienia.

Artysta, a przede wszystkim literat, musi być niezależny – niby banał, ale jakże brzemienny w skutki. Bo jakże to – inaczej traktować ludzi bliskich sobie politycznie, a inaczej oponentów? Niestety zdarza się to często wśród dziennikarzy. Ale zostawmy ich. Dzisiaj piszemy o literatach.

Przedwojenna Polska jawi się dzisiaj niektórym jako utracony raj. Zamordowany przez Niemców i komunę. A przecież tak nie było. Wystarczy poczytać dzieła Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Władysława Broniewskiego, Tadeusza Dołęgi-Mostowicza i wielu innych. Międzywojenna Polska rajem nie była.

Piłsudczycy – może nie tyle sam Piłsudski – kazali społeczeństwu wierzyć, że gdyby nie oni Polska nigdy by się nie odrodziła i nie obroniła przed sowietami w 1919- 1920. I z tego wywodzili paradygmat, że tylko oni są uprawnieni do bycia premierami i ministrami. A mniej zasłużonym – według piłsudczyków – należy się być prezesami, dyrektorami, etc. To zawłaszczenie Polski byłoby śmieszne, gdyby nie było prawdziwe i gdyby nie było powodem wielu aberracyjnych pomysłów ówczesnej władzy.

Andrzej Strug pytania o podstawy

Bolało też ludzi ówczesnych władz, że Andrzej Strug, sam legionista, zwany sumieniem legionów, nie popadł w zachwyt i wytykał piłsudczykom wszystkie grzechy. O ile Kadena-Bandrowskiego łatwiej było atakować i zwalczać, to ze Strugiem było trudniej. Urodzony w 1971 roku, w 1914 już jako starszy pan, siadł na konia i wjechał do Kielc razem z Władysławem Belina-Prażmowskim. Przedtem był konspiratorem, zesłanym do Archangielska, działaczem PPS.

Powieści Struga, to jedno wielkie wołanie o sprawiedliwość społeczną, której nie dostrzegał w Polsce odrodzonej. Jako człowiek lewicy – Strug był znaczącym działaczem PPS – podejmował też krytykę nie tylko skutków, ale przyczyn złego stanu rzeczy. Był krytykiem kapitalizmu, wielkich majątków obszarniczych i wyzysku – pod każdą postacią. Opowiadał się za społeczną gospodarką.

Taki Andrzej Strug, nieznany przed 1918 rokiem, bardzo bolał piłsudczyków. Ale mieli w zanadrzu kartę nie do przebicia, w walce literatów – za i przeciw nim. Była nią Kazimiera Iłłakowiczówna.

Kazimiera Iłłakowiczówna i wielka miłość, chyba nieodwzajemniona

Ta wielka poetka była najgorętszą piewczynią osoby Marszałka. W latach 1926–1935 była jego osobistą sekretarką. Po śmierci Piłsudskiego wydała tom wspomnień „Ścieżka obok drogi”. Tytuł jest znaczący, co wyjaśnia sama pisarka – ścieżka to mały trakt jej życia. który biegł obok wielkiej drogi Marszałka.

Naprawdę mało jest równie dziwnych utworów. Autorka opisuje swoje spotkania, pracę z Piłsudskim, ale tak naprawdę buduje mu monument. Bez cienia wątpliwości, bez jakichkolwiek wahań wnosi pomnik wielkiej postaci. Mało jest w literaturze hagiograficznej podobnych tekstów. Piłsudski – według Iłłakowiczówny – jest wielki i święty.

Złośliwi twierdzili, że z Marszałkiem łączył ją wieloletni romans. Ale to nie ma nic do rzeczy. Bardzo wiele kochanek sławnych ludzi jest wobec nich krytyczna, choćby na ociupinkę, na jotę… A tu nic, czysta miłość ideowa do wielkiego człowieka.

Wszystkim dzisiejszym „śledzicielom jedynej prawdy”, którzy potępiają współczesnych pisarz za błędy młodości, czyli za kilka wierszy o Stalinie lub Bierucie, polecam przeczytać dzieło Iłlakowiczówny. Naprawdę jest zabawne.

Iłłakowiczówna miała prawo napisać co napisała i jak to napisała. Tak widziała swego idola. I jako pisarka miała do tego prawo. Ale też my mamy prawo osądzać jej dzieło. Nie ją samą. Bo jest naprawdę wielka różnica pomiędzy twórcą a dziełem. O czym dzisiaj ciągle się zapomina lub nie wie.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Saga komunistów Amonsów

7 sierpnia 1952 r. w ubeckiej katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie zamordowano strzałem w tył głowy sześciu oficerów, oskarżonych przez władze komunistyczne o „udział w spisku mającym na celu obalenie siłą władz państwa i szpiegostwo”; większość z nich w czasie II wojny światowej walczyła w lotnictwie PSZ na Zachodzie. Zabici to: płk Bernard Adamecki, płk August Menczak, płk Józef Jungraw, ppłk Władysław Minakowski, ppłk Szczepan Ścibior i ppłk Stanisław Michowski. Kary śmierci żądał wcześniej prokurator Iwan Amons.

Po Amonsie na wiele lat ślad zaginął. Wiadomo było jedynie, że w 1954 r. został oddelegowany do ZSRS. Aż nagle odnalazł się w… Bykowni, w 2012 r. podczas uroczystości otwarcia polskiego cmentarza wojennego.

W ambasadzie RP w Kijowie ówczesny prezydent RP Bronisław Komorowski wręczył odznaczenia za zasługi dla Polski przedstawicielom społeczności polskiej na Ukrainie, ale także obywatelom Ukrainy. Wśród udekorowanych Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi znalazł się… Amons. Po chwili usłyszałem: emerytowany prokurator wojskowy, a dodatkowo jeden z najwybitniejszych badaczy zbrodni stalinowskich popełnionych na Ukrainie. Stalinowski prokurator badający stalinowskie zbrodnie – cóż za chichot historii – pomyślałem – i jeszcze dostaje za to medal od polskiego prezydenta.

Gratulacje

Po uroczystości odszukałem prokuratora Amonsa. Fachowo opowiadał, że masowymi grobami w Bykowni zajmuje się od 20 lat. Teraz jest na emeryturze, ale wcześniej – jako pełnomocnik ukraińskiego rządu – odpowiadał za rehabilitacje ofiar represji politycznych w ZSRS.

Tu rozmowa urwała się, bo do Amonsa podeszła starsza pani z gratulacjami. Dziękowała za pomoc udzielaną im, Polakom w wyjaśnianiu sowieckich zbrodni. Za współpracę przy ekshumacjach w Bykowni, za książki.

Bo Amons ustalił m. in., że na tym największym ukraińskim cmentarzysku leżą nie „tylko” polscy oficerowie z ukraińskiej listy katyńskiej, zamordowali w 1940 r., ale także ofiary antypolskiej akcji NKWD z lat 1937 – 1938. Ogółem 7-8 tysięcy Polaków, dwa razy więcej niż się przyjmuje.

 

„Też się czasem zastanawiam”

 Wracamy do rozmowy. Amons wspomina, że jest emerytowanym pułkownikiem armii ukraińskiej, a przez 30 lat był prokuratorem generalnym Ukrainy.

Ma pan wizytówkę? – zapytałem z głupia frant. Okazało się, że mój rozmówca ma na imię nie Jan (Iwan), ale Andrij. W takim razie zapewne jest synem.

– Pan dobrze mówi po polsku. Jest pan Ukraińcem czy Polakiem?
– Mama, urodzona w Sokalu pod Lwowem, była Ukrainką. Ale ojciec Polakiem. – To jak to się stało, że został pan tak ważną figurą w ukraińskiej republice rad?
– Też się czasem nad tym zastanawiam.

                                                           „Służba” w Polsce

To był właśnie ten moment, aby spytać o Jana (Iwana) Amonsa. Pan był prokuratorem wojskowym, a pana ojciec, czym się zajmował?

– Też był prokuratorem wojskowym. W powojennej Polsce służył w LWP.
I już wszystko było jasne, ale zapytałem jeszcze, gdzie tata się urodził.
– W Winnicy – usłyszałem. A w Skarżycach k. Winnicy w 1918 r. urodził się Jan (Iwan) Amons.
– Ale mówił pan, że ojciec służył w Polsce, to jak pan znalazł się na Ukrainie? – W 1954 r. ojciec został zwolniony ze służby i trafił na Syberię. Tak odwdzięczyli mu się za pracę w Polsce.
– Do łagru? – zapytałem.
– Nie, na Syberii też był prokuratorem, ale dla niego to było zesłanie. Ale w latach 60. centrala przypomniała sobie o jego zasługach i skierowała na Ukrainę. Zmarł w latach 90., został pochowany pod Kijowem. Ale w Polsce mam większą rodzinę niż na Ukrainie.

 Oficer sowiecki

A zatem. Na czym polegała „służba” Jana (Iwana) Amonsa w Polsce? Oskarżał polskich patriotów, którzy zostali następnie skazani na wyroki wieloletniego więzienia. Wielu z nich komuniści – koledzy Amonsa – zamordowali. Choć był Polakiem, do wymiaru „sprawiedliwości” w powojennej Polsce trafił już jako oficer sowiecki, wcześniej przez lata służący w organach represji ZSRS i Armii Czerwonej.

Już w czerwcu 1944 r. został szefem Wojskowej Prokuratury Rejonowej w „wyzwolonym” Lublinie. Polaków – niepodległościowców prześladował także jako oficer śledczy Prokuratury 1 Armii WP, prokurator 2 DP i wiceprokurator Prokuratury KBW. W 1946 r. swoje krwawe żniwo kontynuował dalej w Lublinie, potem w Gdańsku, by w końcu, w 1950 r. zostać prokuratorem Prokuratury Wojsk Lotniczych. W 1948 r. podpułkownik.

Ofiary na „Łączce”

W procesach politycznych Jan (Iwan) Amons oskarżał mimo, iż nie posiadał pełnego wykształcenia prawniczego (w 1939 r. skończył jedynie jednoroczny kurs prawniczy dla prokuratorów i sędziów śledczych w Chabarowsku nad Amurem). Sprawy ze względu na swój kłamliwy charakter nazywamy dziś mordami sądowymi. Ludzi skazywano na podstawie spreparowanych dowodów.

I tak, w akcie oskarżenia przeciwko płk Bernardowi Adameckiemu, wobec którego wnosił o wieloletnie więzienie, napisał, iż w lipcu 1946 r. ten komendant Wojskowej Szkoły Technicznej, z polecenia płk Franciszka Hermana, rozpoczął tworzenie tajnej organizacji w Wojskach Lotniczych, której celem miało być obalenie siłą władzy państwowej oraz prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz mocarstw imperialistycznych. W uzasadnieniu czytamy m. in.: „Proces ten to jeszcze jedno zdemaskowanie nikczemnej garstki wykolejeńców narodu polskiego, którzy zdradzili swój kraj i wiernie służyli agentom świata imperialistycznego, dążąc do nowej pożogi wojennej”.

W tym samym procesie żądał kary śmierci dla płk Józefa Jungrawa, płk Augusta Menczaka, płk Stanisława Michowskiego, ppłk Władysława Minakowskiego, i płk Szczepana Ścibiora. Tych pięciu oficerów, a także płk Adameckiego, komunistyczny „sąd” skazał na karę śmierci. Morderca Bierut nie skorzystał z prawa łaski i cała szóstka została zabita strzałem w tył głowy 7 sierpnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Przez lata PRL-u mordowano pamięć o nich. Dziś ich szczątki są odkopywane na „Łączce” Powązek Wojskowych w Warszawie.

Czasy, które trwają

O to, czy Andrij Amons badał też stalinowskie zbrodnie swojego ojca już nie pytałem. Odpowiedź zapewne byłaby taka: Pracował dla legalnego przecież systemu, trwała wojna domowa, tropił szpiegów i bandytów. Takie były czasy, takie było prawo.

Ale pewne jest jedno – medalu za tatusia Andrij Amons by nie dostał. A może przeciwnie? – w trwającej do dziś dobie relatywizowania komunistycznych zbrodni. I Jan (Iwan) Amons – stalinowski morderca sądowy – nadal mógłby uchodzić za bohatera.

 

Nawet na urlopie CEZARY KRYSZTOPA radzi: Ostrożnie z nawijaniem makaronu

Siedzę sobie właśnie na Podlasiu. Głębokim i ciągle dalekim od światowych nowinek. Zamieszkałym przez ludzi z szerokimi duszami, wielkimi sercami i praktycznym podejściem do rzeczywistości.

Ci ludzie się boją. Jak wszyscy. Boją się wojny. Boją się inflacji. Nawiasem mówiąc wcale się nie boją np. „braku cukru”, cukier może nie najtańszy, ale jest w sklepie w wiosce. Boją się również, że nie będą mieli czym się ogrzać zimą. Kto ma swoje drewno ten się cieszy, ale co, jeśli zakażą ogrzewania drewnem? Węgla nie ma, ale na Podlasiu, szczególnie na podlaskiej wsi, nie był znów tak często używany. Kto dał się przekonać i kupił za ciężkie pieniądze piec gazowy, ten sobie pluje w brodę.

Myślą więc o sprawach przyziemnych i praktycznych, ale ten kto założyłby, że nie są zainteresowani sprawami natury nieco bardziej ogólnej, mógłby się zdziwić. A jeśli byłby politykiem i przyjąłby takie założenie, mógłby popełnić spory błąd. Owszem, również tutaj dyskutowana jest np. sprawa brukselskich funduszy dla Polski, ze szczególnym uwzględnieniem środków z KPO, których to środków pozyskanie miało być/ ma być wielkim sukcesem premiera Mateusza Morawieckiego.

Wiarę w to, że Polska te środki zobaczy chyba już utracili. Obecnie waży się kwestia winy. I jeśli miałbym komuś coś doradzić, to odradzałbym „sprytną zmianę narracji” z „oczekiwania na fundusze z KPO” na „oczekiwanie na fundusze europejskie” w nadziei na to, że „może pieniądze z nowej perspektywy budżetowej jednak będą i ludzie zapomną o pieniądzach z KPO”. Otóż po pierwsze sygnały wysyłane przez Brukselę wskazują moim zdaniem na to, że ta postanowiła nas, jak zapowiadała niemiecka wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katarina Barley, zagłodzić, więc zrobi wszystko, żeby Polska nie dostała pieniędzy żadnych. A po drugie, jeśli się ludziom opowiadało o „wielkim sukcesie pozyskania pieniędzy z KPO”, to chyba taka zmiana raczej nie przejdzie.

Naprawdę, ludzie nie są tak głupi jak się niektórym wydaje. Mogą uznać za winną Unię Europejską, która złośliwie pozbawia Polskę należnych środków, ale mogą też, jeśli ktoś będzie im niezdarnie nawijał makaron na uszy, uznać za winnego nawijacza makaronu.

O wczasach i letnim odpoczynku pisze WALTER ALTERMANN: Wakacyjny amok

 

Co roku, gdzieś tak w marcu, w tak zwanym lepszym towarzystwie zaczynają się – zrazu lekko i mimochodem, potem coraz bardziej odpowiedzialnie – poważne rozmowy o wakacjach.

Jeżeli na nasze pytanie:

– Jedziecie gdzieś?

Usłyszymy:

– Jeszcze nie wiemy, ale gdzieś trzeba będzie w końcu polecieć…

To musimy mieć się na baczności, albowiem prawdopodobnie nasi przyjaciele szykują jakąś bombę, którą chcą nas zetrzeć z powierzchni ziemi.

Operacja „wakacje”

Wakacje, czyli wybór, gdzie polecimy, gdzie pojedziemy, gdzie będziemy się męczyć i wzdychać do powrotu do domu – to wszystko jest strategiczną operacją, a właściwie wojną. Teoretycznie wakacje powinny dać nam odetchnąć od pracy, od serdecznych rozmów z koleżankami i kolegami, od widoku szefa, a nawet od widoku własnego biurka, czy też od widoku hali montażowej, na której przez osiem godzin skręcamy te same śrubki, w identycznych urządzeniach, których przeznaczenie jest nikomu nieznane.

Porzucenie bezpiecznego domu na dwa – trzy tygodnie, i udanie się na zagraniczne męczarnie jest, żeby to powiedzieć wprost – masochizmem. To co turysta musi przeżyć na lotniskach, w samolotach jest narażaniem psychiki na potworny stres. Nie wspominając, że samolot lata w powietrzu, co w świecie ożywionym praktykują jednie ptaki i nietoperze.

Na miejscu najczęściej na „wakacjuszy” czekają niespodzianki z hotelami, które bardzo często swym poziomem przypominają socjalistyczne akademiki. Jedzenie – z reguły – też jest inne i nasze żołądki doznają szoku, a szok gastryczny zawsze kończy się długim siedzeniem na ustroniu, zamiast na plaży. Jeżeli nie pobytem w szpitalu.

Ludzie narzekają teraz na fale upałów w kraju, ale jeżdżą do Turcji, Grecji czy Egiptu, gdzie 40 stopni Celsjusza to norma. Jakaś logika? Żadnej. Poza ogromnym społecznym przymusem wyjazdu.

Wakacje turystyczne

Innym rodzajem nieszczęścia są wycieczki turystyczne. Nieszczęśnicy, którzy wybierają ten wariant wczasów zagranicznych, spędzają większość czasu, słono przez nich opłacanego, w autokarach. A  pejzaże, zabytki i ruiny najczęściej widzą przez okno pojazdu. Miejscowi organizatorzy wczasów turystycznych wiedzą, że turystę trzeba „zajechać”, żeby miał poczucie wielu wrażeń, a w oczach mętne i wirujące obrazy oglądanych zabytków. Wtedy polski wczasowicz wie, że nie zmarnował pieniędzy. Najczęściej nie wie co zwiedzał, nie zapamięta z jakiego okresu historii pochodzą zabytki, nie odróżnia Minosa od Minotaura, ale że było tego dużo – jest zadowolony.

Morze, nasze morze… drogie

Spora grupa rodaków wybiera też wczasy w Polsce. W tym przypadku prym wiodą wakacje nad Bałtykiem. Dlaczego mieszczanie, którzy cierpią w tramwajach, autobusach, a warszawiacy także w metrze, na kilka tygodni wybierają również tłok, hałas i brud? Przecież normalny człowiek powinien wakacje spędzić w ciszy, w otoczeniu uspokajającej, łagodnej przyrody. Nie mówię o zupełnym odludziu, ale czym mniej nieszczęśników, również odpoczywających tym lepiej.  Ale nie, jak się okazuje tłok, widok tysięcy umęczonych na bałtyckich plażach ludzi, brud panujący w powszechnie miejscowościach nadmorskich jest tym czego rodacy pragną najbardziej. I jeszcze wieczorno-nocny hałas z knajp… Naprawdę luksus. Nie wspominam o cenach, jakie w tym roku serwują nadmorskie sklepy, budki, restauracje… Te drogocenne ceny są wynikiem założenia, że właściciel straganu z badziewiem na nadmorskim deptaku musi się wzbogacić, w ciągu trzech lat najwyżej.

A zatem powstaje naturalne pytanie. Dlaczego wczasy stały się dla Polaka przeżyciem obowiązkowym?

Popis i szpan w stadzie

U źródeł tego amoku, jaki nazywamy wczasami, leży nasza staropolska chęć popisu, bycia lepszym od sąsiada i kolegi z pracy. Chcemy, żeby uznawano nas za ludzi majętnych, potrafiących korzystać ze swego wysokiego statusu społecznego. I jeszcze myślenie stadne. Polega to na tym, że jeżeli znajomi spędzają wakacje w Egipcie – i ciągle się tym chwalą – to my nie możemy być gorsi. Nawet jeżeli – idąc w stadzie – doświadczymy na własnym grzbiecie i organizmie, egipskich męczarni.

Pewien mój znajomy, człowiek dość zamożny, który mógł polecieć w najodleglejszy zakątek świata, spędził poprzednie wakacje w Norwegii. Twierdził potem, że krajobrazy i przyroda były wspaniałe, temperatury przyjemne, hotel i jedzenie na najwyższym poziomie. No i nie było tam żadnego rodaka. Ja mu zazdrościłem, ale byłem wyjątkiem, reszta znajomych uznała go za pomyleńca.

Krótka historia wakacji

Historia wakacji nie jest długa. Zaczęła się w połowie XIX wieku. Najpierw na czas kanikuły wyjeżdżali z miast bogaci przemysłowcy, bankierzy i handlowcy. Ściślej biorąc wysyłali na wczasy do swych podmiejskich rezydencji żony i dzieci, ze służbą. Potem zaczęło być modne bywanie „u wód” dla ratowania zdrowia. Zaczęły się też masowe – wśród elit – wakacyjne podróże do Włoch i Grecji. Powstał nawet wielki włoski przemysł pamiątkarski dla turystów.

Krzysztof Teodor Toeplitz wspomina, że jego dziadkowie polubili, pod koniec XIX wieku bywanie u wód w czeskich Toeplitzach, dzisiejszych polskich Cieplicach. I kiedy przyszło do wybierania nazwiska, dziadek dziennikarza zdecydował, że Toeplitz będzie akurat.

Chłopi latem, czyli w wakacje, pracowali. I jak twierdziła złośliwie szlachta – cały czas mają wczasy. Robotnicy i proletariat inteligencki byli tak biedni, że nawet nie myśleli o wakacjach.

Dopiero po I wojnie światowej w wielu państwach europejskich zaczęto organizować wakacje, głównie dla dzieci i młodzieży. Tu największe zasługi miały organizacje skautowskie, które organizowały latem obozy. W wielu państwach Europy również instytucje państwowe zaczęły wspierać finansowo letni wypoczynek dla młodzieży, zagrożonej licznymi chorobami nędzy, przede wszystkim gruźlicą. Ale była to pomoc znikoma.

Jako pierwsi temat wakacji dla wszystkich podnieśli do rangi narodowego problemu hitlerowcy. To oni, chcąc „kupić sobie” robotników i postawić tamę komunizmowi, zaczęli budować domy wczasowe dla robotników. Zwodowano też kilka ogromnych statków wycieczkowych „dla ludu”. Po hitlerowcach temat podjęli sowieci, naśladując rozwiązania niemieckie.

Jak było w Polsce Ludowej nie będę pisał, bo zakładowe wczasy bardzo wielu z nas jeszcze pamięta. Młodzi niech dowiedzą się z innych źródeł.

Dodam tylko, że przebywanie w jednym ośrodku wczasowych z kolegami z pracy było katorgą i powinno być zaliczone do komunistycznych prześladowań. Niemniej, bardzo wielu ludzi po raz pierwszy – dopiero po wojnie – zaznało bycia wczasowiczem.

Lista polskich uzdrowisk, uznanych przez państwo za miejscowości uzdrowiskowe

Poniżej zamieszczam alfabetyczną listę miejscowości, mających w Polsce status uzdrowisk. Gdyby ktoś z Państwa chciał spędzić wakacje w spokoju, no i z nadzieją na polepszeniu stanu swego zdrowia.

Busko Zdrój – upaństwowione w 1922 roku, Ciechocinek upaństwowione w 1922 roku, Cieplice Ślaskie -Zdrój, Duszniki, Horyniec-Zdrój od 1938 roku uznane przez państwo za uzdrowisko, Iwonicz-Zdrój – od 1928, Konstancin-Jeziorna, Krynica-Zdrój, Kudowa-Zdrój, Lądek-Zdrój, Muszyna, Nałęczów – od 1928 roku, Piwniczna-Zdrój, Polanica-Zdrój, Polańczyk, Połczyn-Zdrój, Przerzeczyn-Zdrój, Rabka-Zdrój – od 1924 roku, Rymanów-Zdrój – od 1928 roku, Solec-Zdrój – od 1928 roku, Szczawnica – od  1924 roku, Szczawno-Zdrój, Świeradów-Zdrój, Świnoujście, Uniejów – od 2012 roku –  granice „Uzdrowiska Uniejów” obejmują miasto Uniejów i sołectwa: (Człopy, Spycimierz, Spycimierz-Kolonia, Zieleń), Ustka, Ustroń, Wapienne, Wieniec-Zdrój, Żegiestów-Zdrój.

 

ARTUR ŻAK: Objazdówka na kościach

Kreml organizuje dla dziennikarzy wyjazdy studyjne na okupowane tereny, do Mariupola, Melitopola, Chersonia i części obwodu zaporoskiego. Propagandyści dorzucili kolejny element do swoistego choris super ossa, czyli makabrycznego tańca na kościach, który uskuteczniali licznymi uroczystościami na podbitych ziemiach Ukrainy. Wśród rosyjskich dziennikarzy można zauważyć osoby, które na potrzeby rosyjskiego odbiorcy mają odgrywać rolę „zagranicznych dziennikarzy”.

Postać Grahama Phillipsa, czyli asa wśród „zagranicznych dziennikarzy” opisałem w poprzednim artykule, a teraz przyszedł czas na innych, może mniej znanych, ale nie mniej usłużnie wykonujących rolę, która została im przeznaczona.

Jeden z takich wyjazdów zorganizowała i szeroko relacjonowała publiczna stacja telewizyjna Kanał pierwszy/ Первый канал, nazywając go „desantem zagranicznych dziennikarzy”. Oprócz starannie przygotowanej scenerii, aktorów i statystów, w relacjach rosyjskich państwowych mediów mieliśmy możliwość obserwowania też samych „dziennikarzy”, którym możliwość przekonania się o „zbrodniach ukraińskiego reżimu” dało państwo rosyjskie. W tym przedstawieniu „zagranicznym dziennikarzom” też przygotowano role, a mianowicie role „zagranicznych dziennikarzy, którzy mieli przekonać rosyjskich widzów, że na świecie nie wszyscy są jednomyślni. W taki sposób Kreml legitymizuje wojnę w oczach swoich obywateli, dając im iluzję, że na świecie są niezależni dziennikarze, którzy popierają działania Rosji. Jednak wyszło jak zawsze, czyli ci, których buńczucznie nazywano „zagranicznymi dziennikarzami”, okazali się być różnej maści rusofilami, a czasem nawet zwykłymi szajbusami, których Moskwa zebrała i przywiozła na zrujnowany, okupowany teren Ukrainy, żeby pokazać swoim rodakom, jak się „zachodnim mediom” otwierają oczy.

Jedną z takich „dziennikarek”, była Osuka Tokuyama, przedstawiana jako dziennikarka japońskich mediów, która co prawda podczas tej „wycieczki” nie reprezentowała żadnej japońskiej redakcji, lecz jako wolny strzelec miała napisać artykuł dla japońskich portali informacyjnych. Natomiast prawda jest taka, że Pani Osuka, przez wiele lat uczyła się w Rosji, a w tej chwili mieszka w Moskwie i pracuje dla wybitnie z japońska brzmiącej agencji informacyjnej Rosja Dziś (Rossija siegodnia / Россия сегодня – red.), którą kieruje jeden z tuzów rosyjskiej propagandy Dmitrij Kisielow. W ramach tej grupy działa wielojęzyczny portal „Sputnik”, w którym w „japońskiej redakcji” pracuje Osuka Tokuyama.

Została nam zaprezentowana też inna przedstawicielka „zagranicznych mediów”, a mowa tu o pochodzącej z Kanady Ewie Bartlett. Jest to blogerka, która zasłynęła tworzeniem i powielaniem fejków na temat wojny w Syrii. Dlatego nic dziwnego, że i tu opowiadała o taktyce „ukraińskich nazistów” wzorowanej na tym co ona widziała już w Syrii, czyli wykorzystywaniu cywili jako żywych tarcz, a także aktorach udających zamordowane ofiary. Zresztą nikogo nie powinno dziwić, że współpracuje z telewizją  RT (kiedyś Russia Today – red.).

Byli też europejscy „dziennikarze”, np. „niemieckie media” reprezentował mieszkający w Petersburgu Thomas Röper, twórca strony Anti-Spiegel, znany z rozsiewania spiskowych teorii, między innymi na temat pandemii Covid-19. Od 24 lutego br., Thomas Röper cały swój zapał skierował na walkę z „ukraińskimi fejkami”. Tu pozwolę sobie wymienić kilka tez wielokrotnie transmitowanych w postach Röpera, które tak się składa, idealnie wpisywały się  w rosyjską narrację: a) zbombardowany przez Rosjan szpital położniczy w Mariopolu był bazą Azova, a ratowane spod zawałów kobiety z nagrań to aktorki; b) Rosjanie w Buczy nie mordowali bo już ich tam nie było, a ciała pomordowanych to inscenizacja przy użyciu ucharakteryzowanych aktorów; c) USA zorganizowały sieć laboratoriów, które pracowały na Ukrainie nad bronią biologiczną; d) planowana przez Polskę aneksja zachodnich terenów Ukrainy. To tylko kilka głównych tez, „niemieckiego dziennikarza”, ale to są tezy na które regularnie powołuje się rosyjska propaganda, wymieniając je jako „efekt niezależnego dziennikarskiego śledztwa niemieckiego dziennikarza”.

Jako „greckiego reportera”, zaprezentowano Athanasiusa Avgerinosa, który od 1986 roku mieszka w Moskwie i tam właśnie skończył dziennikarstwo. Na jego związki z władzą Rosji nie wskazuje jedynie jego miejsce zamieszkania, ale należy tu też wymienić wizyty u jednego z głównych tub propagandy Władimira Sołowjowa, zdjęcia z ministrem MSZ Federacji Rosyjskiej Siergiejem Ławrowym i rzeczniczką Marią Zacharową, a także pobyt na rosyjskiej bazie wojskowej w Syrii. Niestety do w/w należy dodać „wycieczki” okupowanymi częściami Ukrainy.

W roli „dziennikarza z USA”, pokazano nam Johna Marka Dougana, Amerykanina mieszkającego w Rosji, w której ukrywa się przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. John oprócz licznych teorii spiskowych, publikuje informacje o tym, że wirus Covid-19, został stworzony przez Amerykanów w ukraińskich laboratoriach. John Mark Dougan jest czwartym w historii obywatelem USA, który otrzymał w Rosji azyl.

Muszę zaznaczyć, że swoistą niespodzianką dla mnie był fakt, że nie zauważyłem w tym materiale żadnego „polskiego dziennikarza”, a byłem pewny, że zobaczę przynajmniej Dawida Hudźca, bądź Bartosza Bekiera. Nieobecność przedstawiciela „polskiego dziennikarstwa”, może wynikać z tego, że Polska była już określana przez establishment Rosji, jako „pierwszy kraj do denazyfikacji po Ukrainie”, więc uwiarygodnienie przekazu Polakiem nie miałoby sensu.

Jak widać Rosjanie nie zawracali sobie głowy, aby bardziej skrupulatnie przygotować tę propagandówkę, np. tak dobierając aktorów na role „dziennikarzy”, aby nie dało się ich zweryfikować dwoma kliknięciami myszką. Wniosek jest tylko jeden, że było to przedstawienie wymierzone w rosyjskiego odbiorcę, bądź takiego, który jest pod wpływem „ruskiego miru”. Jednakże w dobie natłoku informacji, nawet nam, tym którzy poruszamy się w przestrzeni medialnej obwarowanej standardami etyki dziennikarskiej, warto weryfikować przekazywane informacje ze stanem rzeczywistym.

 

 

O szufladkowaniu pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Wiśniewski, Prokop, autoryzacja, wspomnienia

Temat jest lekki, czyli ciężki, niepoważny, czyli istotny, plotkarski, czyli wart refleksji przy myśleniu o dziennikarstwie. Jak to w życiu, zależy jak się na sprawę spojrzy i jakie chce się wyciągnąć wnioski.

Otóż Michał Wiśniewski wydał książkę, która ma być biografią grupy „Ich Troje”. W publikacji zarzucił Marcinowi Prokopowi, że kiedyś tam wykorzystał prywatne rozmowy do zrobienia z nim wywiadu, co miało być bezwzględnym robieniem kariery po trupach; że opublikował rozmowę, która nie została autoryzowana, choć na autoryzację się umawiano i poszły w niej informacje, które nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Zarzut w zasadzie poważny (za chwilę o tym czemu „w zasadzie”). Marcin Prokop odpowiedział, że wywiad został zrobiony zgodnie z regułami sztuki, wysłany do autoryzacji, a sam Wiśniewski sprawy albo nie pamięta, bo życie ma na tyle burzliwe, że nie stawia się w nim na pamięć, albo też zastosował wymyślony zarzut do promowania książki. I tu na scenę wkraczają sprawy teoretyczne, dziennikarsko-biznesowe.

Po pierwsze: Gdyby rzeczywiście celem Michała Wiśniewskiego była promocja książki, przyznać trzeba, że udałoby mu się to znakomicie, bo o sporze z Prokopem powstało tysiące publikacji, komentarzy, odpowiedzi, odpowiedzi do odpowiedzi, a w wielu z nich pojawia się tytuł książki. Jeśli byłby to zabieg wyłącznie marketingowy, byłby nieetyczny i diabelnie skuteczny o czym niech świadczy kilka tytułów w mediach: „Michał Wiśniewski: Prokop zrobił karierę po trupach”, „Idą na noże! Michał Wiśniewski MIAŻDŻY Marcina Prokopa”, „Marcin Prokop z ostrą ripostą do Michała Wiśniewskiego. Nie patyczkował się”. I teraz pytanie: czy dziennikarz, który podejrzewa, że spór jest wywołany wyłącznie po to, żeby promować książkę powinien brnąć w cudzy sukces finansowy czy nie? Czy powinien pisać artykuły, że „miażdży”, czy raczej do sprawy albo dochodzić z dystansem, albo omijać?

Kwestie, które każdorazowo kiedyś rozstrzygali redaktorzy i redakcje zbierając informacje, analizując je i podejmując decyzje, zdaje się odchodzą do lamusa, bo mamy mechanizm poważniejszy od redaktorów, redakcji i dyskusji, a mianowicie klikalność. Będzie się klikać? Dajemy, bo to w naszym interesie, także finansowym. Nie będzie? To możemy dać sobie spokój. Za bardzo nie chcę tu rozdzierać szat, bo mechanizm „czy będzie się czytać”, który kiedyś stosowano, jest w dużej mierze tożsamy z dzisiejszym „czy będzie się klikać”, niemniej obserwuję nieco mniejszą refleksję przy promowaniu takich artykułów, z czego nie robię zarzutu. Warto jednak mieć świadomość, że ktoś może grać na promocję i samodzielnie zdecydować, czy chcemy w tym pomagać czy też nie.

Po drugie: Sprawy związane z wywiadami i autoryzacją wydają się nie mieć dobrego rozwiązania. W interesie dziennikarzy jest, żeby w ogóle żadnej autoryzacji nie było, bo przecież nie ma jej w czasie wywiadów na żywo, więc dlaczego ma być w formie pisanej, tym bardziej, że przecież w wielu krajach prawo prasowe w ogóle nie przewiduje żadnej autoryzacji? Kiedy jednak stajemy po drugiej stronie jest inaczej. Kiedy przeczytałem kilka wywiadów, których udzieliłem byłem zdumiony swoim językiem, którego nie używam i sformułowaniami, których nigdy bym nie sformułował, bo to nie były moje słowa. Wniosek?

Przy dobrej woli autoryzacja tekstu pisanego wszystkim może wyjść na dobre. Ale… Dostawałem autoryzacje, które w żadnym stopniu nie przypominały rozmów, które przeprowadziłem. Dostawałem autoryzacje wywiadów, które były czystą bezczelnością, bo wycinano moje pytania i wstawiano inne. Sytuacja kompletnie nie do przyjęcia, która każdorazowo kończyła się awanturami. I kolejna ważna kwestia przy wywiadach w ogóle. Komu ma być lojalny dziennikarz? Czy osobie, z którą przyprowadza wywiad, czy prawdzie, czy czytelnikowi? Czy może opublikować słowa, które udzielający wywiadu powiedział, których później się przestraszył, a one mogą jednak być istotne dla prawdy, ważniejszych wartości, na przykład spraw państwowych (sprawa Wiśniewski i Prokop nie jest akurat wagi państwowej)? Czy dziennikarz może złamać umowę, bo wybiera większą wartość? Inna sprawa, że czasem może go po prostu potwornie kusić, żeby zacytować informacje podaną, a zastrzeżoną, bo chce mieć dobry materiał. Jak to wyglądało w przypadku Wiśniewski – Prokop, nie wiem.

Po trzecie: naszym rozmówcom, wywiadowanym zdarza się niestety kłamać i to świadomie. Mam w przypadku Michała Wiśniewskiego pewne osobiste doświadczenia. Dwadzieścia lat temu, pracując jeszcze w Łodzi, razem z red. Dariuszem Pawłowskim znaleźliśmy Michałowi Wiśniewskiemu mamę. Miał bardzo trudne dzieciństwo, rodzice niewydolni wychowawczo, nadużywający alkoholu, ojciec popełnia samobójstwo, matce odbierają prawa rodzicielskie, wychowuje go w Niemczech ciotka, na którą mówi mama. Prawdziwej mamy się wtedy wstydził. Nie dziwie się. Znaleźliśmy ją w łódzkiej melinie, w strasznym stanie, upojoną i nawet nazbyt rozmowną. Nie chcieliśmy wierzyć, że to jego mama. Przedstawiła dokumenty, zdjęcia, które po zweryfikowaniu nie pozostawiały żadnych wątpliwości.

Pojechaliśmy z Darkiem do Opola, gdzie trwał właśnie konkurs piosenki. Znaliśmy się z Michałem, poprosiliśmy o krótką rozmowę. Przyjął nas w pokoju hotelowym, jak prawdziwa gwiazda, którą bez wątpienia był. Był z jakąś kobietą. Kiedy powiedziałem, że znaleźliśmy mu mamę, podałem o kogo chodzi, gdzie mieszka, jak się nazywa i co powiedziała, Michał wyprosił kobietę z pokoju. Następnie zaczął się festiwal zaprzeczeń. Stwierdził, że to nie jego matka. Zaprzeczał wielokrotnie, z pełną świadomością. Czy należy się mu dziwi, że kłamał? Cóż, pani Grażyna nie była wówczas osobą, którą można byłoby się pochwalić.

Po czwarte: Osobiście przy sprawie Michała Wiśniewskiego sporo się nauczyłem. Za szybko go zaszufladkowałem i zaszufladkowałem nisko. A potem okazało się, że jednak zaopiekował się matką, wyciągnął ją z nałogu, z biedy, zamieszkał z nią, dał nowe życie. To było wielkie, to było imponujące, tego się nie spodziewałem. Dlatego o tej bardzo pokomplikowanej osobie, jaką jest Michał Wiśniewski nie potrafię myśleć źle. Ostrożnie z tymi szufladkami.