O teatrze lat 60. i 70. XX w. pisze WALTER ALTERMANN: Jerzy Trela 14.03. 1942 r.  – 15.05. 2022 r.

 

Tego samego dnia, 15 maja 2022 roku, odeszło dwóch wybitnych polskich aktorów – Ignacy Gogolewski i Jerzy Trela. W chwili śmierci Ignacy Gogolewski miał 90 lat, Jerzy Trela 80.

Obu tych wielkich aktorów dzieliło ledwie dziesięć lat, ale w sztuce teatralnej dzieliło ich wiele. W poprzednim artykule przypomniałem wspaniały dorobek Gogolewskiego, który był wybitnym aktorem swoich czasów, był tych czasów najdoskonalszym aktorem. Z kolei Trela żył i grał w innym już czasie, i był w „swoim teatrze” równie znaczącą postacią. Niby dzieliło ich jedynie 10 lat życia, ale naprawdę tworzyli w dwóch, jakże różnych epokach.

Pozwalam sobie tutaj opowiedzieć o tych różnych stylach i kształtach teatru. Trela, podobnie jak Gogolewski w swoich czasach, miał szczęście do pedagogów. Gogolewski w warszawskiej, a Trela w krakowskiej PWST. Potem jednak zaczynają się istotne różnice.

Teatr STU

Teatr STU został założony w 1966 roku, inspiratorem i szefem Krzysztof Jasińskiego. Była to inicjatywa grupy krakowskich studentów PWST, którzy zdecydowali się wyjść poza mury uczelni.

Jerzy Trela, jeszcze w czasie studiów, został jednym z założycieli i aktorem tego teatru, który był właściwie przedsięwzięciem właściwie prywatnym. Z czasem teatr zyskał instytucjonalnych opiekunów, ale początki, były takie, że STU został założony przez grupę młodych aktorów: studentów i absolwentów krakowskiej PWST. Ten teatr zakładali i grali w nim, poza Krzysztofem Jasińskim, Olgierd Łukaszewicz, Wojciech Pszoniak, Jerzy Stuhr, Jerzy Trela. Prawda, że nie byli to ludzie przypadkowi?

Bardzo istotną rolę odegrało też dwóch ludzi, którzy z PWST nie mieli nic wspólnego, ale w teatrze widzieli możliwość tworzenia. Pierwszy z nich to Edward Chudziński, drugim był Krzysztof Miklaszewski.

Edward Chudziński, naukowiec, związany był ze STU od jego powstania. W latach 1970–1993 był niezwykle ważną dla zespołu osobą – był kierownikiem literackim. Był też jako współautor (scenarzysta, dramatopisarz) wielu przedstawień, m.in. Spadania, Sennika polskiego, Donkichoterii, Tajnej misji, Na bosaka, Bram raju oraz widowisk plenerowych, m.in. Pieśni Wawelu. Jest także redaktor i współautorem publikacji książkowych o tym teatrze

Krzysztof Miklaszewski, to człowiek o niespożytej żywotności i pracowitości, aktywny w rozmaitych dziedzinach kultury. Erudyta, w mistrzowski sposób posługujący się zarówno słowem pisanym, jak i mówionym. W STU był współautorem – współdramaturgiem z Chudzińskim – najważniejszych spektakli. Miklaszewski w latach 1967–1971był również kierownikiem literackim STU. Miklaszewski uprawia krytykę teatralną, filmową i literacką. Jest dziennikarzem, pisarzem, autor adaptacji scenicznych, scenarzystą, reżyserem filmów oświatowych i dokumentalnych. Był współpracownikiem Tadeusza Kantora jako aktor występował w jego Teatrze Cricot 2.

Rewolucja kontrkultury

Dlaczego i kiedy młodzi artyści powołują do życia swoje sceny? Wtedy, gdy zastana klasyczna rzeczywistość im nie wystarcza. Gdy są przekonani, że tego co mają do powiedzenia, nie będą mogli dobrze wypowiedzieć w klasycznym, państwowym i instytucjonalnym teatrze. Krakowscy młodzi założyciele STU byli buntownikami, tak co do społecznej misji i powołania teatru, jak również co do formy,

W latach 70. XX w. Teatr STU zaznaczył swą obecność w światowym ruchu kontrkultury i sprzeciwu. Takie spektakle jak: Spadanie, Sennik polskiExodus, były prezentowane na międzynarodowych i krajowych festiwalach teatralnych. Teatr STU w Polsce „zaliczony został” do ruchu teatrów studenckich. Co prawda był to teatr zawodowców, i choć budziło to sprzeciw niektórych amatorów z tego ruchu, to inne, nowatorskie myślenie o teatrze, zupełnie inny, niż klasyczny sposób konstruowania spektakli sowicie wynagradzały widzom te nierówności. Faktem też jest, że Teatr STU mógł działać jedynie jako element ówczesnych teatrów studenckich.

Błogosławiona bieda

Jaki był ówczesny teatr studencki, lub alternatywny – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli? Przede wszystkim był szalenie agresywny, niemal plakatowy w swych społecznych wypowiedziach.

Teatry studenckie – w tym także STU – nie budowały drogich dekoracji. Nie szyto też dla aktorów drogich kostiumów. Światło teatralne również było skromne. Dlaczego? Bo żadnego z ówczesnych teatrów studenckich nie było na takie wymysły stać, bo te teatry były biedne Ale, o dziwo, była to błogosławiona bieda. Zamiast bowiem taplać się w sztukaterii teatralnej, oni zmierzali od razu do celu.

Repertuar tamtych czasów, w tamtych teatrach był wyrazem niezgody na nijakość życia społecznego, na życie wojenną przeszłością – mowa o II wojnie światowej. A jest przecież faktem, że elity krajów Wschodu i Zachodu zachowywały się identycznie. Dla nich prawem do sprawowania władzy były zasługi czasów wojny i okupacji. Przy czym te zasługi nie były – na szczęście dla jednostek – weryfikowane. W USA teatry kontrkultury wyrażały jawny i ostry sprzeciw przeciw wojnie z Wietnamem, młodzi ludzie nie widzieli bowiem żadnego sensu w umieraniu na drugim końcu świata, a tłumaczenia władzy o walce w imię zasad demokracji działały słabo.

Doszedł do tego jeszcze jeden czynnik – następstwo pokoleń. W roku 1970, ci którzy mieli po dwadzieścia kilka lat i kończyli edukację, dostrzegali, że wszystkie miejsca w dorosłym świecie są już zajęte przez kombatantów, którzy dobiegali sześćdziesiątki.

W Polsce teatry studenckie tamtego pokolenia – a przede wszystkim Teatr STU – nieodmiennie wyrażały sprzeciw wobec gnuśności i stagnacji. Szczególnie ulubionym celem ataków był język gazet, radia i telewizji. Cytowano ten język, obśmiewano i używano jako dowodu na bezmyślność władzy. Bo wszystkie media – poza dosłownie kilkoma gazetami – były państwowe, czyli rządowe.

W Polsce po roku 1968 nasilił się w teatrach studenckich sprzeciw wobec władzy. Dziś marzec 1968 roku kojarzony jest jedynie ze sprawą antysemickich wystąpień Gomułki, ale w dwa-trzy lata po 1968 młodzi ludzie pamiętali głównie o brutalnej pacyfikacji studenckich demonstracji.

Zapyta ktoś: a urząd cenzury? Nie obejmował zakresem swej działalności teatrów amatorskich, w tym studenckich. Oczywiście władza miała inne sposoby, żeby ingerować w treści płynące ze sceny. Były przecież wydziały kultury w gminach i miastach, ale większych ingerencji nie było z dwóch powodów. Po pierwsze władza traktowała artystyczny ruch studencki jak swoiste wentyl i amatorom pozwalała na o wiele więcej niż zawodowcom. Po drugie zakładano, że „treści wrogie lub nieprzychylne” docierają poprzez teatry do bardzo wąskiego grona osób. I tu się oczywiście myliła, bo tylko dwa spektakle Spadania w czasie Łódzkich Spotkań Teatralnych obejrzało niemal tysiąc osób. A potem te osoby szeroko opowiadały co widziały. A był to teatr zaskakujący formalnie i myślowo. Takie było społeczne tło teatru alternatywnego lat 60. i 70.

Jak grali

Aktorzy w tamtych offowych teatrach nie walczyli o piękno słowa. Ale też nie były to spektakle, w których bohater miał czas coś przemyśleć, zastanowić się, a potem klasycznie „wyartykułować”. Bo były to spektakle grane jakby w gorączce, w ogromnym napięciu, w niesamowitych nerwach – jakby za chwilę świat miał się zawalić i trzeba było jeszcze zdążyć wykrzyczeć swój ból, swoją sprawę do świata.

Ówczesnych widzów fascynowało niesamowicie szybkie tempo rozgrywania scen i ogromna zmienność sytuacji. A przy tym był to teatr „czysty”. Przez czystość rozumiem tu granie bez ozdobników, bez zalecania się i uwodzenia publiczności. Czystość oznaczała też jasne deklaracje co do tematów scen i całych spektakli. Teatr STU i cały teatr studencki, każdy teatr offowy dążył do jasnego wykładu swoich społecznych racji. Nie pamiętam żadnego ze spektakli offowych, który naśladowałby teatr zawodowy, w którym czas płynął wolniej, dostojniej.

Aktorzy doskonale rozumieli po co wychodzą na scenę, tworzyli jakby jedno ciało, naprawdę byli zespołem, dobrze dostrojonym, słuchającym siebie wzajemnie. Dla teatromanów tamtych lat Teatr STU i jemu podobni, byli objawieniem innych możliwości sztuki teatru.

Być może dlatego na różnych festiwalach teatrów studenckich pojawiali zawodowi, doskonali już reżyserzy. Niektórzy nawet zasiadali w jury, jak Jerzy Jarocki czy Józef Szajna.

W takim teatrze wychował się, taki teatr współkształtował Jerzy Trela, który jeszcze w czasie studiów zagrał w Teatrze STU rolę samozwańczego radcy Popryszczyna w Pamiętniku wariata według Mikołaja Gogola. Przedstawienie to zdobyło pierwszą nagrodę na międzynarodowym festiwalu teatralnym w Erlangen w RFN w 1966 roku.

Jerzy Trela przechodzi na zawodowstwo

Po studiach, w 1969 roku, zaangażował się do Teatru Rozmaitości (dzisiejszej Bagateli) w Krakowie, gdzie zagrał m.in. Płatona Kowalewa w adaptacji opowiadania Mikołaja Gogola Nos (1969, reż. Jan Łukowski) i Gołubkowa w Ucieczce Michaiła Bułhakowa (1969, reż. Halina Gryglaszewska.

Od 1970 roku do stycznia 2014 związał się ze Starym Teatrem w Krakowie. Tu, dzięki współpracy z twórcami prezentującymi różne estetyki, talent Jerzego Treli rozwijał się i dojrzewał. W przedstawieniach Jerzego Jarockiego, Konrada Swinarskiego, Andrzeja Wajdy i Kazimierza Kutza zagrał role różnorodne: od epizodów po bohaterów pierwszego planu, role, które należą do największych osiągnięć polskiego aktorstwa.

Najpierw Jerzy Jarocki zobaczył w nim aktora charakterystycznego, o zdolnościach do deformacji. Zagrał więc Czeladnika w Szewcach (1971) i przewrotnego Agenta Murdel-Bęskiego w Matce (1972) – słynnych inscenizacjach sztuk Witkacego.

Potem grał już wielkie role w przedstawieniach Konrada Swinarskiego. W Dziadach (1973) i Wyzwoleniu (1974), które zasługują niewątpliwie na miano wybitnych kreacji. Osobowość Jerzego Treli idealnie pasowała do reżyserskiej interpretacji Dziadów jako dramatu uniwersalnego, wyrażającego bunt przeciwko niewoli w każdej postaci.

Konrad Jerzego Treli zdaje się mówić: buntuję się, więc jestem. To nie jest bunt historyczny w tym znaczeniu, jaki temu pojęciu nadawali egzystencjaliści, bunt o odzyskanie wolności w społeczeństwie, ale raczej bunt metafizyczny. Wyzwanie skierowane przeciwko Bogu, który dopuścił w świecie zło, skazał człowieka na cierpienie i śmierć” pisał Bronisław Mamoń, Dziady, Tygodnik Powszechny, 4 marca 1973, nr 9.

Sam aktor mówił: „Ta rola była potężnym wyzwaniem, bo wiedziałem, że nie jestem w stanie zrobić tego, co Gustaw Holoubek u Kazimierza Dejmka w pamiętnych Dziadach z 1968 roku. Ale Swinarski chciał innego bohatera. Człowieka zwykłego. Jego Konrad zszedł z piedestału, wszedł na scenę z ulicy. To nie miała być tylko walka z zewnętrznym zniewoleniem, ale też z tym wewnętrznym, z samym sobą”. Artystą zostaje się później, wywiad Beaty Matkowskiej-Święs, „Gazeta Wyborcza” 9 lutego 2001, nr 34.

Kolejna wielka rola Treli u Swinarskiego to Konrad w Wyzwoleniu Wyspiańskiego. Znowu fascynował i skupiał uwagę widza na sobie.

„Rola Jerzego Treli jest namiętnym zaprzeczeniem teatru jako zwierciadła literatury. Jej myślowy i fizyczny wysiłek, zmaganie się aktora z materialnym oporem myśli i słów dramatu… Jak by trzeba żyć na co dzień, w jakiej temperaturze, aby to wszystko udźwignąć? Elżbieta Morawiec, „Konrad i Muza”, Teatr, 16-30 września 1974, nr 18.

Te dwa ostatnie spektaklu ugruntowały pozycję Treli. Zwróćmy uwagę, że we wszystkich recenzjach Jego ról pojawia się nieodmiennie, że Trela na scenie zmaga się, walczy.

Powiedzieć, że wyniósł to z teatru STU, byłoby nieprawdą. Myślę, że było odwrotnie. To on obdarował ten teatr swą pasją, żarem i tragicznym rozumieniem świata. Nie był aktorem letnim, grał całym sobą. Był jak kulisty piorun, który wpadał na scenę…

Jasiek w Weselu

Pamiętam doskonałe przedstawienie Wesela Wyspiańskiego, w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego, w Teatrze Starym w Krakowie. Jerzy Trela grał Jaśka. Byłem 12 czerwca 1977 roku na premierze, i sam to co poniżej widziałem. A było tak, że Grzegorzewski zamierzył swoje Wesele jako zimną, okrutną wiwisekcję polskiej duszy, polskich złudzeń i naszych odwiecznych zaniechań. Przez scenę, jak w upiornym tańcu, przewijały się kolejne postacie i osoby dramatu. Na scenie dominował wybebeszony fortepian. I taki też miał być ten spektakl. Przyznam się, że spektakl nie porywał. Ale jak miał porywać, gdy reżyser chciał zimnej wiwisekcji? Zrobiło się trochę nudno, choć nadal było kulturalnie. Finał poprzedziło otwarcie okien widowni na Plac Szczepański. I tak szłoby pewnie dalej, gdyby nie Jerzy Trela, jako Jasiek. W finale, gdy wszyscy są już zaczarowani i tańczą, Trela wpadał na scenę.

JASIEK

jakby tknięty, przytomniejąc

Jezu! Jezu! zapioł kur!

Hej, hej, bracia, chyćcie koni!

chyćcie broni, chyćcie broni!!

Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!!!

CHOCHOŁ

w takt się chyla a przygrywa

Ostał ci sie ino sznur.

Miałeś, chamie, złoty róg.

JASIEK

aże ochrypły od krzyku

Chyćcie broni, chyćcie koni!!!!

A za dziwnym dźwiękiem weselnej muzyki wodzą się liczne, przeliczne pary, w tan powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy — że ledwo szumią spódnice sztywno krochmalne, szeleszczą długie wstęgi i stroiki ze świecidełek podzwaniają — głucho tupocą buty ciężkie — taniec ich tłumny, że zwartym kołem stół okrążają, ocierając o się w ścisku, natłoczeni.

JASIEK

Nic nie słysom, nic nie słysom,

ino granie, ino granie,

jakieś ich chyciło spanie…?!

Dech mu zapiera Rozpacz, a przestrach i groza obejmują go martwotą; słania się, chylą ku ziemi, potrącany przez zbity krąg taneczników, który daremno chciał rozerwać; — a za głuchym dźwiękiem wodzą się sztywno pary taneczne we wieniec uroczysty, powolny, pogodny — zwartym kołem, weselnym —

Kogut pieje.

JASIEK

nieprzytomny

Pieje kur; ha, pieje kur…

CHOCHOŁ

nieustawną muzyką przemożny

Miałeś, chamie, złoty róg….

 

I wtedy połowa widowni głośno, połowa cichu – wszyscy zapłakali. Tyle było rozpaczy w Jego graniu, że nie sposób był pozostać bez współczucia. I nagle to zimne Wesele Grzegorzewskiego, w jednej, w ostatniej sekundzie zmieniło swój wymiar. Znowu stało się arcydramatem o nas, Polakach, uwikłanych w nasze niemożności. O nas nierozsądnych, ale przecież o nas. Nie wiem czy Jerzy Grzegorzewski był zadowolony, czy tak zamierzył, żeby na koniec zmusić nas widzów do wzruszeń? A może to sam Trela tak postanowił? W sumie było genialnie.

 

Nie piszę tu o całym bogatym życiu Jerzego Treli. Takie informacje można znaleźć na wielu internetowych stronach. Napisałem o Jerzym Treli jako naoczny świadek wielkich zmian w teatrze Polskim w latach 60. i 70. I jako człowiek zafascynowany jego aktorstwem.

Walter Altermann

Czy grozi nam IV Rzesza? Analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Niemieckie sny o potędze

Niemcy czują się lepsi od innych. To niemieckie przekonanie doprowadziło już do strasznych rzeczy w historii. II wojna światowa, którą wywołali napadając na Polskę, zapisała się w historii ludzkości jako symbol bezprzykładnego barbarzyństwa.

Niemcy twierdzą, ze „wyciągnęli wnioski”. Dostali ciężkie baty, więc co mają mówić, ale czy budowa systemu administracyjnego, prawnego, dziennikarskiego i biznesowego z udziałem unikających kary dygnitarzy i wysokich urzędników III Rzeszy jest „wyciąganiem wniosków”? Niektóre niemieckie koncerny wspierające zbrodniczą machinę Hitlera, do dziś nawet nie zmieniły nazw.

„Mocarstwo moralne”

Na arenie międzynarodowej Niemcom wybaczono wyrost. Byli potrzebni Stanom Zjednoczonym jako państwo frontowe w dobie zimnej wojny. Uzasadnione pretensje Izraela zasypali pieniędzmi. I, co byłoby śmieszne gdyby nie było ponuro groteskowe, ogłosili się „mocarstwem moralnym”. Bez bycia jakimś „mocarstwem” by nie usiedzieli.

Szkoda czasu i miejsca żeby opisywać wszystkie „przykazania”, które od tamtego czasu usiłowali implementować z wysokości „góry” swojego poczucia „moralnej” wyższości innym narodom. Te wszystkie tęczowe bzdury i zielone dyrdymały. Dość, że prędzej czy później okazuje się, że ich implementacja za granicą ma niekoniecznie „moralne”, a jak najbardziej merkantylne lub w inny sposób interesowne, motywacje.

„Mocarstwo niemoralne”

Na przykład okazało się, że skoro Niemcy są już tym „mocarstwem moralnym”, a przypadkowo, przy okazji, również mają zupełnie niespodziewanie, ogromny wpływ na instytucje Unii Europejskiej, to oprócz mocarstwa „moralnego” całkiem poważnie planują budową mocarstwa „niemoralnego” z Władimirem Putinem. Od Lizbony do Władywostoku. Mają gdzieś tam wprawdzie rysę na samym środku, na wysokości Polski czy Ukrainy, ale to się załata takim gazowym obejściem w postaci Nord Stream 1 i Nord Stream 2 i wszystko będzie pięknie. Rosjanie będą pompować gaz, a Niemcy rozdzielać po uważaniu.

I nie było słuchania, że to wbrew solidarności europejskiej. Co tam te konusy z Europy środkowej mogą wiedzieć o wartościach europejskich, kiedy Niemcy są ich uosobieniem? – Milczeć tam, my tu z Władimirem, prawda, żeśmy ustalili, to projekt biznesowy, jest i służy celom, których zbieracze szparagów nie są w stanie pojąć! – No i sobie zbudowali.

Niemcy zaskoczeni

W ten sposób kolejny niemiecki sen o potędze doprowadził do kolejnej wojny. Ale trzeba oddać Niemcom, że poczuli się zaskoczeni. Nie tak miało być. Miał być handel i niemiecki dobrobyt, a tutaj Władimir wykorzystał okazję i przewrócił stolik mniej więcej według scenariusza przed którym ostrzegała Europa Środkowa. Mało tego, najwyraźniej zaczął Niemcy z pozycji monopolisty, szantażować – Hej Władimir, no co ty, bracie, przecież takie rzeczy można robić tylko konusom z Europy środkowej i wschodniej, a my tu jak cywilizowani ludzie, mieliśmy imperium razem budować, pamiętasz? – Cóż za „niespodziewany” zwrot akcji.

W ten sposób, jak to się mówi, „moralne mocarstwo” cnotę straciło, a (nomen omen) rubelka nie zarobiło. Zgniotło wszystkich krytyków swoich imperialnych planów, nawiasem mówiąc, przynajmniej teoretycznie – sojuszników, a jego „wielki partner biznesowy”, zostawił je jak byle „sexworkerkę” w środku ciemnego lasu i bez pieniędzy na bilet.

Polska musi

Niemcom strach zajrzał w oczy. Zima za pasem, gazu nie ma. No ale w końcu są Niemcami. Kto tu w zasięgu ręki ma gaz? O, Czesi. Czesi oddadzą bez problemu, ale to za mało. Kto jeszcze? Polska! Ta niewdzięczna Polska, która nie chciała uczestniczyć w niemieckich projektach, a jeszcze jakieś fochy stroiła, gaz sobie chomikowała. Ma pełne magazyny. Teraz musi być „solidarna”! Polska ma oddać Niemcom gaz! Bo Niemcy potrzebują i to natychmiast. Niemieccy politycy mówią już otwarcie o tym, że nie to, że „grzecznie Polskę prosimy”, tylko, że UE powinna Polsce nakazać „solidarność”, czyli zmusić.

I nikogo to nie powinno dziwić, ostatecznie Niemcy są lepsi od innych.

O tym, że w porównaniach ważna jest skala pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Stauffenberg zamiast Pileckiego

21 lipca 1944 roku w Berlinie został rozstrzelany płk Claus von Stauffenberg, oficer Wehrmachtu, który dzień wcześniej dokonał nieudanego zamachu na Adolfa Hitlera w jego kwaterze polowej w Wilczym Szańcu w Prusach Wschodnich.

 

„Wzywamy Pana do rezygnacji z planów uczestnictwa w uroczystościach poświęconych pamięci Clausa von Stauffenberga, które mają odbyć się w Niemczech w dniu 8 lipca br. Mimo że ukończył Pan Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego, chcielibyśmy przypomnieć Panu antypolskie wypowiedzi i działania tego człowieka, którego jedynym pozytywnym czynem była nieudana próba zamachu na Adolfa Hitlera już po faktycznej klęsce militarnej Rzeszy Niemieckiej u końca II wojny światowej” – list takiej treści do prezydenta Bronisława Komorowskiego napisali przedstawiciele Reduty Dobrego Imienia w lipcu 2015 roku.

Dalej czytamy, że Stauffenberg, jako oficer Wehrmachtu, wziął czynny udział w ataku na Polskę w 1939 r. To już wystarczający powód, aby prezydent RP (ktokolwiek by nim był) nie czcił takiego człowieka. Ale pójdźmy dalej. Już 4 września 1939 r. w liście do żony Niny ten niemiecki bohater pisał o Polakach: „miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Wokół czuje się nadzwyczajną nędzę. Jest to naród, który, aby dobrze się czuć, najwyraźniej potrzebuje batoga. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa. Niemcy mogą wyciągnąć z tego korzyści, bo oni (Polacy i Żydzi] – red.) są pilni, pracowici i niewymagający”.

Czyli polski prezydent oddaje hołd rasiście, który siebie i naród niemiecki uważa za „wyższą rasę”, a Polaków i Żydów za podludzi. Chce z nich zrobić niewolników i zapewne zamknąć w „polskich obozach koncentracyjnych”.

I tu dochodzimy do „bohaterskiego” punktu w historii przedstawiciela Herrenvolku – narodu panów, czyli zamachu na Hitlera w lecie 1944 r. Tylko jakie były jego motywy? Czy chęć wyrównania krzywd dokonanych przez tzw. nazistów, czyli Niemców? Czy to, co nas, Polaków, powinno najbardziej przejmować, czyli zadośćuczynienie dokonanemu na nas ludobójstwu, planowanej likwidacji przede wszystkim polskiej inteligencji? Nic z tych rzeczy. Stauffenberg pragnął utrzymać niemieckie zdobycze wojenne i mocarstwową pozycję Niemiec. Z taką korektą, że już bez Hitlera.

Z ówczesnych uroczystości ku czci Stauffenberga, które odbyły się w Berlinie, Niemcy i świat po raz kolejny dowiedzieli się, że głównie (jeśli nie tylko) w Niemczech w czasie II wojny światowej istniał znaczący antyhitlerowski ruch oporu. To oczywiste kłamstwo, które Bronisław Komorowski postanowił firmować. Chyba lepiej byłoby oddawać hołd nie niemieckim, ale polskim bohaterom, ale na pewno nie tak, jak zrobił Komorowski – porównując Stauffenberga do powstańców warszawskich.

Szczęśliwie podejście do historii w Polsce się zmieniło. Ale w walce z nazistami – broń Boże nie mylić z Niemcami – Claus von Stauffenberg wciąż jest mocny. To on jest teraz bohaterem wysoko nakładowych filmów i to jego podnosi się do rangi europejskiego bohatera. I ma ten uniwersalny „walor”, że nie walczył z komunistami. Inaczej niż prawdziwy, wielki bohater walki z Niemcami i komunistami – rotmistrz Witold Pilecki.

Tadeusz Płużański

PAWEŁ BOBOŁOWICZ: Terrorysta Putin

Rosjanie mając wyraźny problem z uzyskaniem przewagi nad ukraińskim wojskiem wciąż ostrzeliwują cywilne cele i nie tylko w strefie przyfrontowej. Ubiegłotygodniowy barbarzyński atak na Winnicę położonej z dala od bezpośrednich walk, zabicie 24 osób i ranienie 68 (4 osoby znajdują się w stanie krytycznym) to działanie typowo terrorystyczne.

Rosja wykorzystała do tego ataku rakiety Kalibr wystrzelone z okrętów podwodnych na Morzu Czarnym. Gdyby nie ukraińska obrona przeciwlotnicza kolejne dwie rakiety uderzyłyby w Winnicę, miasto liczące ponad 370 000 mieszkańców. Rosjanie kilka razy zmieniali wersję dlaczego dokonali tego ataku. Rosyjska propaganda twierdziła, że dzięki uderzeniu „zniszczono grupę nacjonalistów”, później twierdzono, że zniszczono skład amunicji, a ostatnie komunikaty rosyjskiego ministerstwa obrony ogłosiły zniszczenie kierownictwa sił powietrznych Ukrainy. Prawda jest taka, że ofiarami byli cywile, w tym kobiety i dzieci. Być może Rosjanom udaje się czasem też zniszczyć cele wojskowe, ale by to uzyskać nie mają oporów by zabijać cywilów. W jednym z ukraińskich miast oglądałem zbombardowaną fabrykę, która być może miała też znaczenie wojskowe, ale jednocześnie wokół niej widziałem zniszczone rosyjskimi rakietami nowe bloki, w których zginęli cywile. Może te pociski przypadkowo uderzyły w mieszkalne budynki. Może, ale i tak nie można uznać, że taka po prostu jest cena wojny. To są skutki pobłażania terroryście Putinowi.

Swoją drogą pamiętacie Państwo taką austriacką minister spraw zagranicznych Karin Kneissl, która na swoim weselu tańczyła z Putinem? Działo się to w 2018 roku, gdy świat nie powinien mieć już złudzeń co do zbrodniczego charakteru rządów Kremla. A jednak jak widać nie przeszkadzało to przedstawicielom unijnych elit imprezować z krwawym dyktatorem. Kneissl ostatnimi dniami uciekła z rodzinnej Austrii ale pewnie na jej koncie jest wystarczająco dużo środków by cieszyć się życiem i korzystać z profitów bycia lobbystą Putina. W tym kontekście już nawet nie chce się pisać o Schroederze, otoczeniu Mogherini i wielu innych.

Ciekaw jestem, kiedy wyjdzie na jaw ile pieniędzy na konta rożnych europejskich polityków wpłynęło za promowanie polityki klimatycznej, zamykanie elektrowni i uzależnianie się od rosyjskiego gazu (jakże bardzo ekologicznie pozyskiwanego). Kraj, który tak zmuszał inne państwa do rezygnacji z tradycyjnych surowców właśnie pierwszy ogłasza, że powraca do energetyki węglowej! Chodzi oczywiście o czyste ekologicznie Niemcy, które najpierw przez swoje gazowe interesy z Rosją de facto pozwoliły na rosyjski atak na Ukrainę, doprowadziły do sytuacji, w której Rosja na gazie mogła zarobić pieniądze na prowadzenie wojny, a teraz ogłasza, że 16 elektrowni wykorzystujących paliwa kopalniane przywróci do działania, a kolejnych 11 będzie miało przedłużony czas eksploatacji. Cóż, zapewne Berlin nie musi się obawiać kar Unii Europejskiej, bo przecież niemiecki dwutlenek węgla nie powoduje efektu cieplarnianego. Oczywiście dla środowiska neutralne są też rosyjskie rakiety, bomby, czołgi, samoloty i miny.

Niemców bardziej przeraża wizja nieogrzewanych zimą domów niż tysiące niewinnych ofiar na Ukrainie.

Chwilę przed atakiem na Winnicę pani Iryna nagrała na telefon swoją córeczkę czteroletnią Lizę: „Zajączku, dokąd my teraz idziemy?” – pyta mama idąca z dziewczynką na zajęcia do logopedy. Nigdy tam nie dotarły, a kolejne zdjęcie martwej dziewczynki leżącej przy przewróconym wózku poznał cały świat. Putina stać, na to, by z podwodnego okrętu na Morzu Czarnym wystrzelić śmiercionośne rakiety, których ofiarami stają się małe dzieci i kobiety. Niestety Putin wciąż nie musi martwić się o pieniądze, czy swój wizerunek. On dobrze wie, że świat nie uzna go za terrorystę nawet gdy bestialsko morduje cywili. Chyba, że Niemcy się zdenerwują, że mają zimno w swoich domach.

 

ARTUR ŻAK: Rosyjski desant „zagranicznych dziennikarzy”

Na pierwszy rzut oka rosyjska propaganda sprawia wrażenie wybitnie siermiężnej i zmajstrowanej na kolanie papki informacyjnej, niemniej jednak, kremlowski aparat wojny informacyjnej jest bardzo rozbudowany, korzysta z wielopłaszczyznowej struktury i metodologii oddziaływania zarówno na terenie Federacji Rosyjskiej, jak i na zewnątrz.

Każdy typ przekazu, który Kreml generuje, jest dostosowany do odbiorcy tak, aby wywierać najbardziej skuteczny wpływ, na ten akurat segment społeczeństwa, na którym w danej chwili, Moskwie najbardziej zależy. Są informacje wykorzystywane tylko na potrzeby wewnętrznego odbiorcy, a niektóre z nich są tak stare i tak często powtarzane, że zasługują już na miano weteranów wśród chwytów propagandowych. Jeżeli są do tej pory wykorzystywane, to dlatego, że są nadal skuteczne. Są też wiadomości specjalnie spreparowane dla obywateli innych państw, których treść, forma i narzędzia dotarcia, również zostają odpowiednio dopasowane do tego, gdzie i do kogo mają dotrzeć.

Niereżimowe media w Rosji od dziesięcioleci są poddawane licznym represjom, a na daną chwilę ten segment został praktycznie całkowicie wyeliminowany, jeżeli nie liczyć nielicznych zaangażowanych blogerów i te media, które zostały zmuszone do działania na uchodźctwie. Dlatego rosyjskie wewnętrzne pole informacyjne, jest w 100% zagospodarowane przez media prorządowe, a asortyment jest naprawdę imponujący. Lata inwestowania przez Kreml horrendalnych kwot w rozbudowę ośrodków przekazu daje wymierne korzyści. Rosyjscy topowi propagandyści są naprawdę sowicie opłacani, a ich majątkom nierzadko mogą pozazdrościć nawet deputowani Dumy, którzy w rosyjskim społeczeństwie uchodzą za tych co chwycili Pana Boga za nogi.

Nie mniejsze kwoty szły i idą na budowę rosyjskiej narracji poza granicami Rosji. Można podzielić je na dwa typy: te które działają w państwach na terenie dawnego ZSSR i pomimo ewidentnie prorosyjskiego nastawienia funkcjonują jako media danego państwa, jak i te, które mają za zadanie oddziaływać na społeczeństwa państw spoza przestrzeni postsowieckiej. Jako przykład pierwszego typu, należy wymienić całe grupy medialne, które przez wiele lat działały w Ukrainie, a idealnymi przykładami drugiego typu, będą telewizja RT(kiedyś Russia Today) i agencja informacyjna Sputnik. RT i Sputnik demonstrują kremlowski punkt widzenia, ale w formie dostosowanej do odbiorców przeważnie z państw Zachodu.

Dla rosyjskiej propagandy, nie ma rzeczy niemożliwych. Są w stanie stworzyć temat z niczego, przekręcając fakty, a także nierzadko posługując się całkowicie sfabrykowanymi dowodami, na podstawie których, usłużni „dziennikarze” i „eksperci”, są wstanie sfabrykować temat dnia, miesiąca, a często nawet lat. Jednym ze sposobów, który często jest wykorzystywany w celu uwiarygodnienia narracji, jest zaangażowanie obywateli państw Zachodu, którzy w tym przedstawieniu pełnią rolę „zagranicznych dziennikarzy”. Jednym z najbardziej znanych „dziennikarzy” tego typu, jest obywatel Wielkiej Brytanii Graham William Phillips, który w grudniu 2013 r. rozpoczął współpracę z RT i relacjonował wydarzenia Rewolucji Godności w Kijowie. Następnie w marcu 2014 r. przebywał na  Krymie, gdzie stwarzał odpowiedni obrazek z „referendum” i aneksji półwyspu, ale tak naprawdę jego gwiazda zabłysła dopiero po tym, jak rozpoczęły się działania zbrojne na Donbasie. Graham Phillips był wszędzie tam gdzie coś się wydarzyło, a nawet często tam, gdzie coś się miało dopiero wydarzyć. Relacjonował „liczne zbrodnie” ukraińskiego wojska, zachwycając się męstwem „zwykłych górników – obrońców” Donbasu. Zażyłość z dowódcami prorosyjskich oddziałów jest widoczna na licznych filmikach Grahama. Na jednym z nich rosyjscy kolaboranci pozwalają mu strzelać z karabinu maszynowego w kierunku ukraińskich pozycji. Po 24 lutego br. Phillips „wykazał się” wywiadem z Aidenem Aslinem, żołnierzem Sił Zbrojnych Ukrainy wziętym do niewoli w Mariupolu. Chociaż ten „wywiad” wyglądał raczej na przesłuchanie. Aiden Aslin był przez Phillipsa nazywany najemnikiem w stosunku, do którego nie mają zastosowanie konwencje, ale ze względu na to, że są uprzejmymi, dobrymi ludźmi(„uprzejmi ludzie / вежливые люди” jedno z określeń rosyjskich żołnierzy nieposiadających dystynkcji wojskowych, którzy prowadzili zbrojne działania na Krymie oraz na wschodzie Ukrainy – red.), może liczyć na zastosowanie nie tylko Konwencji Genewskiej.

Takich jak Graham Phillips niestety jest więcej, a można było się o tym przekonać, obserwując organizowane przez Kreml, „wycieczki dziennikarskie” na okupowane przez Rosjan terytoria, takie jak Mariupol, Melitopol, Chersoń, itp. Jednak temu zagadnieniu poświęcimy kolejny artykuł.

 

O kształcie opozycycjnych poglądów pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: „Skrzyw gębowy” zdradza

Czytam u psychologa mądrali: kluczem do rozpoznania kłamcy jest śledzenie grymasów na jego twarzy. Mam trzech faworytów od „skrzywu gębowego”. Właściwie od wykoślawiania warg, gdy mówią oni. To Szymon Hołownia, Tomasz Siemoniak i Radosław Sikorski. Przypatrzcie się ich ustom, gdy przemawiają lub gdy udzielają wywiadów w telewizjach.

Hołownia ze ściśniętymi ustami trudną w odbiorze dykcją wypuszcza merytoryczny bełkot aspirujący do radykalizmu. Pominę treść wypowiedzi, bo to okrągłe gadanie o niczym. Totalny sprzeciw bez krzty pomysłu. Jedzie na tym, że tak zwani młodzi, często zgorzkniali i nastroszeni wrogo do wszelkiej władzy chcą mieć koniecznie swojego przedstawiciela. Chłopczyk w ładnie wyprasowanym garniturku im się podoba. Obywatel H. ma ciągle kilka procent poparcia. I na zdrowie! Wróćmy jednak do tych wąskich usteczek. Laleczka niby centrowo-prawicowa, a nawet może narodowa jest delikatna. Jak Bosak i Winnicki. Oni są jednak znacznie inteligentniejsi i bardziej strawni wizerunkowo. Hołownia to kaprys, efemeryda. Dziwne, że dawno już nie poszedł precz w sondażach. Ale wiadomo „de gustibus non est disputandum”. Albo „każda potwora znajdzie amatora”. To prawda, że wśród polityków dominują stare zgredy. Bez gustu i ze złą dykcją. A tu pojawił się miły chłopczyk. Fajny, dopóki się nie odezwie.

Jeszcze większy skrzyw gębowo-wargowy demonstruje Siemoniak. Trudno dociec skąd on się w ogóle wziął. Wywindował go przyjaciel z lat studenckich – bardzo inteligentny, dobrze wychowany i grzeczny Paweł Piskorski (były prezydent Warszawy). Czytałem kiedyś jak opowiadał, że Siemoniak – serdeczny przyjaciel – zerwał wszelkie kontakty, gdy pan Paweł dostał się pod ostrzał krytyki zarzucającej mu przekręty. Pamiętam też – i chyba wszyscy – decyzję „wojaka” Siemoniaka, byłego ministra obrony, likwidującą jednostkę w Wesołej. Uznał, że ten garnizon jest niepotrzebny. W ogóle mieliśmy wyjątkowe postacie na ministerialnym stołku obrony narodowej. Dzięki Bogu wówczas Putin dopiero się szykował do ataku i zbroił. Ci nasi wyjątkowi eksperci, Siemoniaki, Klichy na szczęście długo Polski nie „bronili”. Zostawili za to bolesne ślady. Zniszczenie Marynarki Wojennej, wojskowe opuszczenie Helu, puste koszary w Bydgoszczy i wielu innych miejscach. Wyprzedane, zardzewiałe. Jeszcze trochę tam tego panowania a zostalibyśmy z mikro armią pod dowództwem klepiących głupoty pacyfistów.

Wreszcie trzeci koleś. Nosi wspaniałe historyczno-wojskowe nazwisko. Bojowy dziś redaktor Łukasz Warzecha zrobił z nim wywiad-rzekę. Grube tomisko, ładnie wydane. Był to rzeczywiście bestseller, bo Radosław Sikorski rozbudził pewne nadzieje. Ale balon szybko pękł. Prysnął jak bańka mydlana, bo polityk zaczął popisywać się głupimi i aroganckimi wypowiedziami na czele z tą o rozpędzaniu opozycji, którą nazwał watahą. To bezczelne porównanie kolegów polityków do skupiska zwierząt przechyliło szalę. Były też demonstracje przyjaźni ze wschodnim ludem jak i syczenie nienawiścią wobec prawicy – „pijani, niespełna rozumu” etc. Sikorski powtykał sobie w swojej posiadłości tabliczki, że ma antykomunistyczne zasady. Brawo. Co za odwaga. Publikował zdjęcie z kałachem na ścianie, które miało dowodzić jego bohaterskich działań w Afganistanie. Może to i prawda była. Wyznaczono go do wywiadu telewizyjnego z Panią Margaret Tatcher. Zapytał wówczas odważnie jak to było z obiecywaną Polsce na wypadek wojny pomocą ze strony Anglii. Ale żelazna dama wręcz go fuknęła, że przecież Anglicy wypowiedzieli wojnę Niemcom. I to już dzielnemu redaktorowi wystarczyło. Podkulił ogon. Oczywiście był za słaby na tą starszą panią.

Tacy są nasi chłopcy od polityki. Inni mają tytuły naczelnych redaktorów, a tak naprawdę to chłopcy na posyłki. Jeśli nawet mają coś do powiedzenia, asekuracyjnie milczą, bo przecież stołki łatwo mogą stracić. Zdobywają się na odwagę np. by zakpić, z tych którzy mówią prawdę o zbrodni smoleńskiej (Baczyński, Chrabota).

Ale wróćmy do skrzywionych. Może by pomogli sobie botoksem. Usta zrobią się wydatne. Tyle, że na krótko. I deformacja po jakimś czasie będzie jeszcze większa. Skrzyw polityczny to znak rozpoznawczy. Kiedyś wymyślono: piękne dziewczęta na ekrany. Teraz pasowałoby – krzywe gęby, kłamcie do lustra, póki nie pęknie.

Jak rozliczyć rosyjskie zbrodnie wojenne w Ukrainie? Analiza WOŁODYMYRA SYDORENKY

Ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka zaangażowanych jest w inicjatywę „Trybunał Putina”, której celem jest dokumentowanie zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie.

Po bezsensownym zbombardowaniu Winnicy i zabiciu na ulicy 25 osób, w tym trojga dzieci, a także zniszczeniu centrum medycznego Neuromed, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że należy powołać specjalny trybunał do zbadania zbrodni rosyjskich na Ukrainie tak szybko, jak to możliwe. „Ten dzień po raz kolejny udowodnił, że Rosja powinna zostać oficjalnie uznana za państwo terrorystyczne. Żadne państwo na świecie nie stanowi takiego zagrożenia terrorystycznego jak Rosja” – powiedział Zełenskij.

„Gdyby ktoś przeprowadził atak rakietowy na ośrodek medyczny w Dallas lub Dreźnie, jak by to nazwano? Czy to nie terroryzm? Rosja zabiła dziewczynki, gdy w Hadze w Holandii odbywała się konferencja na temat rosyjskich zbrodni wojennych. Konferencja, na której zdecydowano, co należy zrobić, aby każdy rosyjski żołnierz został ukarany. Po tym nikt nie może mieć wątpliwości, że jak najszybciej potrzebny jest specjalny trybunał w sprawie rosyjskiej agresji na Ukrainę” – dodał.

Zełenski zwrócił się także do załogi łodzi podwodnej, z której na Winnicę wystrzelono pociski; „Chcę, aby załoga tego statku, z którego pociski poleciały dzisiaj do Winnicy, wiedziała na pewno, że więzienie to najlepsza rzecz, jaka ich czeka”. Przypomnijmy, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, przemawiając na konferencji w Hadze, wezwał do utworzenia specjalnego trybunału, który zapewniłby ukaranie wszystkich odpowiedzialnych za rozpoczęcie rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2014 roku. Rząd Wielkiej Brytanii przyznał Ukrainie pakiet wsparcia w wysokości 2,5 miliona funtów, aby pomóc Prokuratorowi Generalnemu Ukrainy w zbadaniu rosyjskich zbrodni wojennych.

Jak idzie przygotowanie procesów rosyjskich faszystów?

W Hadze odbyła się Ukraina Accountability Conference, w której udział wzięli przedstawiciele 45 krajów. Konferencję zorganizował rząd Niderlandów, Prokuratura Międzynarodowego Trybunału Karnego oraz Komisja Europejska. Uzgodnili polityczną deklarację w sprawie współpracy i utworzyli grupę dialogową, aby zgromadzić krajowe, europejskie i międzynarodowe inicjatywy w zakresie dokumentacji i wymiaru sprawiedliwości dotyczących zbrodni wojennych. Pracami grupy będzie kierować Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy.

„Sprawiedliwość i odpowiedzialność mają fundamentalne znaczenie dla osiągnięcia pokoju i bezpieczeństwa. Tak więc najlepszym sposobem przeciwstawienia się działaniom Rosji są dwie rzeczy. Po pierwsze, społeczność międzynarodowa musi zapewnić Ukrainie zwycięstwo. Po drugie, ci, którzy popełniają zbrodnie powinni zostać postawieni przed wymiarem sprawiedliwości – powiedziała na konferencji Iryna Venediktova, Prokurator Generalna Ukrainy. Zwróciła uwagę na fakt, że „zakończenie bezkarności za poważne zbrodnie jest naszą wspólną odpowiedzialnością”. Według niej Ukraina udowodniła, że ​​jest w stanie poradzić sobie z ciężarem śledztw. Jednak biorąc pod uwagę skalę i wagę tych zbrodni, sprawiedliwość dla ofiar można osiągnąć jedynie w symbiozie ze społecznością międzynarodową.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości ONZ nie pozostaje na uboczu. Ponad 40 krajów podpisało oficjalne oświadczenie, że popierają pozew Ukrainy przeciwko Federacji Rosyjskiej przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości ONZ na podstawie Konwencji o zapobieganiu zbrodni ludobójstwa z 1948 roku. „Po raz kolejny deklarujemy nasze poparcie dla skargi, którą Ukraina wniosła do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości zgodnie z Konwencją ONZ o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa z 1948 r., w której Ukraina dąży do ustalenia, że ​​Rosja nie posiada prawa do prowadzenia operacji wojskowych na Ukrainie na podstawie nieuzasadnionych zarzutów o ludobójstwo” – czytamy w oświadczeniu. Państwa sygnatariusze podkreślają wagę takiego właśnie procesu i po raz kolejny wzywają Rosję do „natychmiastowego zawieszenia operacji wojskowych na Ukrainie, zgodnie z postanowieniem sądu w orzeczeniu o środkach tymczasowych z dnia 16 marca 2022 r.”.

Oczywiste jest, że sukces zarówno międzynarodowego trybunału ONZ, jak i jakiegokolwiek trybunału, który miałby osądzić rosyjskie zbrodnie, będzie zależeć od tego, jak przekonywujące będą dowody zebrane na Ukrainie. „Trybunał Putina” – inicjatywa o tej nazwie skupiła najważniejsze organizacje praw człowieka Ukrainy, które dokumentują ślady zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie i przesłuchują świadków. Robią to we współpracy z obrońcami praw człowieka, a wszystkie opracowane materiały są następnie przekazywane organom śledczym. Dokumentaliści tej inicjatywy przesłuchują świadków i zbierają dowody do dalszego wykorzystania przez śledczych. To oni już udokumentowali zeznania naocznych świadków zbrodni rosyjskich w obwodzie kijowskim – w Buczy, Hostomelu, Borodziance i Irpieniu.

Uczestniczka inicjatywy Nataliya Yashchuk mówi: „Mamy własną metodologię zbierania informacji: jest to zbiór dokumentacji wideo. Z zapisem czasu i daty, co dokładnie się wydarzyło, kto ucierpiał, jakie są konsekwencje zbrodni wojennej.” Sądy i organy ścigania akceptują takie zeznania.

Ogólnie rzecz biorąc, ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka pracuje nad inicjatywą „Trybunał Putina” we współpracy z organami ścigania. Proces zbierania dowodów rozpoczęli natychmiast, od pierwszych dni wojny. Początkowo miejsca zbrodni były po prostu rejestrowane. Po wyzwoleniu terytoriów zaczęli odwiedzać te miejsca i rozmawiać z tymi, którzy przeżyli. Autorzy filmów dokumentalnych wykorzystują w swojej pracy Rzymski Statut Międzynarodowego Trybunału Karnego. Zgodnie z nim gromadzą i przetwarzają informacje, które są następnie przekazywane prawnikom w celu dalszego opracowania spraw oraz organom śledczym w celu przeprowadzenia dochodzenia. Na przykład tylko w obwodzie kijowskim istnieją dane ze 107 osiedli, czyli już ponad 1000 odcinków.

Uczestnicy inicjatywy są przekonani, że proces powinien brać pod uwagę nie tylko ludzkie ofiary, ale także ogromne szkody materialne i kulturowe wyrządzone przez Rosjan. Na przykład, do 15 lipca UNESCO udokumentowało zniszczenia 163 obiektów kultury na Ukrainie: 71 budynków sakralnych, 12 muzeów, 32 budynki historyczne, 24 budynki poświęcone działalności kulturalnej, 17 zabytków, 7 bibliotek. Tak stwierdził Lazar Assomo, dyrektor Centrum Światowego Dziedzictwa UNESCO, podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ „Zniszczenie dziedzictwa kulturowego w wyniku rosyjskiej agresji na Ukrainę”. Przeprowadzenie spotkania na ten temat poparło 38 państw członkowskich ONZ – podała ukraiński „Głos Ameryki”.

Lazar Assomo zauważył, że ponad połowa zarejestrowanych uszkodzeń lub zniszczeń obiektów (53%) miała miejsce w obwodach charkowskim i donieckim. W Kijowie znacznie ucierpiały także obiekty kultury, w szczególności potwierdzono uszkodzenie lub zniszczenie 26 obiektów. 40% z nich to budowle sakralne.

Ukraina ma jednak pełniejsze dane dotyczące niszczenia dóbr kultury. Do tej pory zarejestrowano 423 epizody uszkadzania lub niszczenia obiektów dziedzictwa kulturowego Ukrainy. Sprawy te są weryfikowane i publikowane na specjalnej platformie internetowej. 128 z nich to obiekty nieruchomego dziedzictwa kulturowego posiadające oficjalny status zabytków. Około stu obiektów zostało całkowicie lub prawie całkowicie zniszczonych.

„Podkreślam też, że wojna dotyka nie tylko dziedzictwa materialnego, ale całego sektora kulturalnego Ukrainy. Artyści, kustosze muzeów i wielu innych pracowników kultury zostało z powodu wojny pozbawionych środków do życia. Masowe wysiedlenia ludności zagrażają ochronie dziedzictwa niematerialnego, a także ciągłości życia kulturalnego” – zauważył Lazar Assomo.

W swoim przemówieniu stały przedstawiciel Ukrainy przy ONZ Serhij Kyslica nakreślił paralele między Rosją a nazistowskimi Niemcami i wspomniał o procesach norymberskich. Jest przekonany, że oprócz powołania Specjalnego Trybunału do spraw zbrodni rosyjskiej agresji na Ukrainę potrzebny jest instrument kompensacji wszelkich szkód spowodowanych agresją, w tym dziedzictwa kulturowego. 

 

O artyście starej szkoły aktorskiej pisze WALTER ALTERMANN: Ignacy Gogolewski 17.06.1931 r. – 15.05.2022 r.

Tego samego dnia, 15 maja 2022 roku, odeszło dwóch wybitnych polskich aktorów – Ignacy Gogolewski i Jerzy Trela. W chwili śmierci Ignacy Gogolewski miał 90 lat, Jerzy Trela 80. Obu tych wielkich aktorów dzieliło ledwie dziesięć lat, ale w sztuce teatralnej dzieliło ich wiele. W tym i następnym felietonie przypomnę dokonania i wspaniały dorobek obu artystów. Gogolewski był wybitnym aktorem swoich czasów, był tych czasów najdoskonalszym aktorem. Z kolei Trela żył i grał w innym już czasie, i był w „swoim teatrze” równie znaczącą postacią. Niby dzieliło ich jedynie 10 lat życia, ale naprawdę tworzyli w dwóch, jakże różnych epokach. Opowiem o tych dwóch różnych stylach i kształtach teatru.

Ignacy Gogolewski był wybitnym aktorem teatralnym i filmowym. Był także reżyserem, scenarzystą oraz wieloletnim dyrektorem kilku teatrów. W 1953 ukończył wydział aktorski warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Był jednym z ostatnich mistrzów starej szkoły aktorskiej.

Najważniejsze są początki

Dla studenta szkoły teatralnej jest szczęściem, gdy jego nauczycielami zawodu są wybitni aktorzy. Sztuka aktorska jest przecież również rzemiosłem, a praktykować trzeba u najlepszych majstrów. Wykładowcami Gogolewskiego byli: Jan Kreczmar, Maria Dulęba, Zofia Małynicz, Jan Świderski, Marian Wyrzykowski i Janina Romanówna. Od nich uczył się dbałości o czystość słowa, umiejętności operowania głosem, szacunku do rytmu prozy i wiersza.

Oglądanie Gogolewskiego na scenie było nie tylko przyjemnością, bo było także zadziwieniem. Potrafił, jak mało kto, wydobyć z postaci myśli i tony zaskakujące. I zawsze znajdował w swych postaciach cechy subtelne i delikatne. Jego bohaterowie byli – tak jak on – postaciami głęboko uduchowionymi, poruszającymi się w sferach uczuć i relacji między ludźmi na wysokim poziomie wrażliwości. Tak grał również w komediach.

Ignacy Gogolewski – był obdarzony bardzo dobrymi warunkami, był mężczyzną przystojnym, głos miał jasny, czysty i mocny. Miał zatem wszystkie predyspozycje, by grać w wielkim repertuarze klasycznym. Pracując nad sobą i rozwijając się, został jednym z ostatnich wielkich kontynuatorów starej szkoły aktorskiej.

Gustaw – pasowanie na artystę

Debiutował rolą Sekretarza w Lalce Bolesława Prusa, w reż. Bronisława Dąbrowskiego, w Teatrze Polskim w Warszawie, 1 stycznia 1954.

Prawdziwe uznanie krytyki i środowiska teatralnego przyniosła Gogolewskiemu rola Gustawa w Dziadach Mickiewicza w reżyserii Aleksandra Bardiniego w roku 1955. Było to pierwsze po wojnie wystawienie tego dramatu. Krytycy pisali, że „błysnął wybitnym talentem i opanowaniem warsztatu”, „oczarował publiczność swoją osobowością i pięknie podanym wierszem”. Młodego aktora uznano za kontynuatora tradycji teatru romantycznego.

Dziady Adama Mickiewicza uważane są za największy polski dramat, obok Wesela Wyspiańskiego. Uważa się też, że w rolach Gustawa i Konrada – choć niekiedy te role są łączone, i grane przez tego samego aktora – obsadza się aktorów młodych, ale rokujących największe nadzieje. Jeżeli aktor sprosta tej arcytrudnej roli, zdobywa niepisany tytuł szlachecki w polskim teatrze. Niektórzy z Gustawów – Konradów, zostają książętami teatru. Tak też stało się Gogolewskim.

Sam Gogolewski o początkach swojej kariery mówił: …zaangażowany po studiach do Teatru Polskiego zetknąłem się z całą plejadą ludzi wybitnych i takich, których nazwiska może niczego by dziś nie mówiły. Wszyscy oni razem stanowili akademię umiejętności zawodowych praw i reguł najczęściej niepisanych, lecz bez tych reguł dzisiejszy teatr nie ruszyłby z miejsca… („Teatr” 5/1974).

 

Teatr klasyczny

 

Jaki był polski teatr lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych? Przede wszystkim był w trudnej sytuacji, bo do roku 1955 panującą doktryną był socrealizm – tak w treści sztuk, jak i w zasadach ich realizacji na scenie.

Niemniej były sposoby, na obejście tego nieszczęścia. Głównym chwytem na doktrynerów była klasyka. Przekonano władze, że bez klasycznego repertuaru nie ma co grać. Tym bardziej, że „nowych sztuk” było mało, a publiczność nie chciała ich oglądać. To, dlatego grano Fredrę, Słowackiego, w końcu Mickiewicza. Grano też klasykę francuska i rosyjską.

Tu trzeba powiedzieć jeszcze i to, że teatr polski zawsze był teatrem tekstu, literatury. W Europie, od połowy XIX wieku teatr zaczął się zmieniać. Pojawiły się widowiska iluzjonistyczne, pojawiły się wielkie inscenizacje. Stało się tak za sprawą pojawienia się w teatrach światła elektrycznego, bo dawało ono możliwości budowania przestrzeni w głąb sceny – patrząc od widza.

W Polsce natomiast, pozostającej pod zaborami, nie było takich możliwości – poza Lwowem i Krakowem. Tak naprawdę trzy polskie rozbiorowe dzielnice były biedne a zaborcy niechętnie patrzyli na polskie inicjatywy budowania teatrów, a nawet na polską kulturę. Przed I wojna światową jedynym polskim artystą teatru, który podjął się reformowania teatru był Wyspiański. Ale, były to próby nie do końca akceptowane przez aktorów oraz widzów. Tym samym więc na polskich scenach królował repertuar, którego główną siłą i atrakcją był dialog. Próby realizacji w Polsce współczesnego teatru, rozumianego jako „czysta forma”, miały miejsce po 1918 roku, a ich prekursorem był Stanisław Ignacy Witkiewicz.

Prawdziwa jednak reforma teatru jako sztuki miła dopiero miejsce w latach sześćdziesiątych XX wieku. Ale o tym napiszę w następnym felietonie, poświęconym Jerzemu Treli

Polacy od pokoleń, przyzwyczaili się do teatru dialogu. Lub jak chcą nowatorzy – „gadanego”. Ten klasyczny teatr miał swoich wielkich aktorów i reżyserów. Nie miejsce tu ich wymieniać, ale należy powiedzieć, że w ramach przyjętych założeń ten teatr bywał doskonały. A jednym z najwybitniejszych przedstawicieli „klasyczności” był właśnie Ignacy Gogolewski.

Następne znaczące role Gogolewskiego

Kolejne role Gogolewskiego ugruntowały zasłużenie jego pozycję „gwiazdy”. Maurycy w Lecie w Nohant Jarosława Iwaszkiewicza (1956), Achilles w sztuce Artura Marii Swinarskiego Achilles i Panny (1956), Rizzio w Marii Stuart Juliusza Słowackiego (1958), tytułowa rola w Mazepie Juliusza Słowackiego (1959). W Teatrze Dramatycznym grał m.in. Pastora Hale w sztuce Arthura Millera Proces w Salem (1959) i Jęzorego w sztuce W małym dworku Witkacego (1959).

 

Gogolewski miał szczęście, że obsadzano go w rolach dających mu szansę na nieustanny rozwój.

Grał Nerona w Brytaniku Jeana Racine’a (1963), Gustawa w Ślubach panieńskich Fredry

Jego wielkim osiągnięciem była rola Zygmunta Augusta w Kronikach królewskich Wyspiańskiego, (1968), w reżyserii Ludwika René w Teatrze Dramatycznym.

 

Udział w tym przedstawieniu pozwolił Gogolewskiemu na coś więcej niż samą demonstrację dojrzałości swej sztuki, (…) pokazał swojego Zygmunta Augusta w pełnym wymiarze narastających uczuć, konsekwentnego w grze miłosnej i w grze o władzę, pełnego żaru w scenach wyznań i scenach żałobnych lamentacji. (Witold Filler, „Ignacy Gogolewski”, WAiF Warszawa 1979).

 

Role telewizyjne i filmowe

 

W rolach telewizyjnych Ignacego Gogolewskiego, są niezwykle różnorodne. Są tam romantyczne kreacje obok postaci realistycznych. Zagrał Rodriga w Cydzie Pierre’a Corneille’a (1969), tytułowego Mazepę w dramacie Juliusza Słowackiego (1969), Zenona Ziembiewicza w Granicy Zofii Nałkowskiej (1970), Jego w Drugim pokoju Zbigniewa Herberta (1970), Tadeusza w Śniadaniu u Desdemony Janusza Krasińskiego (1975).

Gogolewski występował w filmach najwybitniejszych polskich reżyserów: w Trudnej miłości (1953) i Samotności we dwoje (1968) Stanisława Różewicza, Wystrzale (1965) i Hrabinie Cosel (1968) Jerzego Antczaka.

 

Najbardziej znaną jednak rolę, czyli Antka Borynę, zagrał w serialu Chłopi Jana Rybkowskiego, scenariusz na podstawie powieści Władysława Reymonta (1972). W tej roli Gogolewski zaskakiwał i przykuwał uwagę widza dwiema, zdawałoby się skrajnymi postawami; prostotą oraz niebywałą witalnością, żądzą miłosnego zaczadzenia.

 

Antek Boryna – czerpie swą siłę z nieprzemijającej wiary w ziemię. (…) To wieśniak posiadający jakby prostotę majestatu, wrodzoną godność osobistą, obie te cechy zrodziły się z nieustannego obcowania z ziemią – żywicielką i władczynią jednocześnie… (Lidia Klimczak, „Aktor znaczy indywidualność”, „Panorama Polska” nr 5/1984).

 

I jeszcze jeden cytat z opinii o aktorze: W dorobku artystycznym Gogolewski najbardziej cenić trzeba obecność wewnętrznej dialektyki. Tworzenie czegoś, a następnie wyzwolenie się z tego, co zostało stworzone. (…) Gogolewski, pierwszy po wojnie Gustaw-Konrad, wypracował styl romantyczny. Cechą charakterystyczną tego stylu jest nierozłączne splecenie walorów lirycznych i dramatycznych. Lecz Gogolewski stworzywszy pewien styl w aktorstwie, zadbał, aby się zeń wyzwolić. Dlatego Gogolewski grywa w Witkacym… (Krzysztof Głogowski, „Słowo Powszechne” nr 14/1976).

Kłopoty, ale poza sceną

 

W stanie wojennym Ignacy Gogolewski, wówczas dyrektor teatru w Lublinie, zdecydował się złamać bojkot środowiska i podjął współpracę z telewizją, przenosząc do Teatru Telewizji lubelskie przedstawienia, m.in. wyreżyserowany przez siebie Pierwszy dzień wolności Leona Kruczkowskiego (1982). Później wielokrotnie bronił swej decyzji, uzasadniając ją wykorzystaniem szansy, jaka pojawiła się przed prowincjonalnym teatrem.

 

W latach 2005-2006 Ignacy Gogolewski był prezesem Związku Artystów Scen Polskich. Objął tę funkcję przy sprzeciwie części środowiska, które pamiętało zachowanie aktora w latach 80., kiedy Gogolewski poparł wówczas stan wojenny.

 

Aktor był przewodniczącym Kapituły Członków Zasłużonych ZASP.

 

I na koniec moje prywatne przeżycie. Ciągle mam przed oczami scenę z Chłopów, w której Antek wraca wiosną do domu z aresztu. Widzimy człowieka, który jakby wita się ze swoją okolicą, ziemią, całą przestrzenią, w której żyje. Widzimy, jak cieszy go i zachwycają go drzewa, pola… I niemal odczuwamy wraz Antkiem siłę, która spływa nań z łąk, lasów i pól, i z bezchmurnego nieba… Scena jest bez jednego słowa, ale Rybkowski z Gogolewskim najdoskonalej, jak tylko można, w tej jednej scenie oddali całą filozofię Reymonta, która legła u początków jego noblowskiego dzieła.

Ignacy Gogolewski był mistrzem.

Tęsknota za „Ameryką Rosyjską” – WOŁODYMYR SYDORENKO analizuje kolejny przykład imperialnej propagandy

Wystąpienie przewodniczącego Dumy Państwowej Wiaczesława Wołodyna, w którym sugerował, że Rosji należy zwrócić Alaskę, dało impuls hałaśliwej propagandzie.

Przewodniczący Dumy Państwowej Rosji Wiaczesław Wołodin podczas sesji plenarnej parlamentu powiedział pewnego dnia, że ​​oprócz Krymu i Donbasu Rosja ma też inne rejony, które należy jej zwrócić, np. Alaskę. „Jest taki region, Alaska. I niech Ameryka, próbując pozbyć się naszych zasobów, pomyśli, że mamy coś do oddania” – powiedział Wiaczesław Wołodin. Rosyjska propaganda natychmiast podchwyciła tę imperialistyczną ideę, zaczęła ją szerzyć jako realne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych Ameryki, które według polityków pokroju Wołodyna powinny od razu się bardzo przestraszyć.

Jak wiecie, Imperium Rosyjskie podpisało umowę sprzedaży Alaski Stanom Zjednoczonym 30 marca 1867 roku za 7,2 miliona dolarów w złocie. Za te pieniądze USA otrzymały cały półwysep, archipelag Aleksandra i Kodiaka, wyspy Pasma Aleuckiego, a także kilka wysp na Morzu Beringa. W tym czasie Rosja nie wiedziała o dużych złożach ropy naftowej i innych minerałów na Alasce.

Alaska została odkryta przez Europejczyków w 1732 roku podczas pierwszej wyprawy na Kamczatkę Rosjan Michaiła Gwozdewa i Iwana Fiodorowa. Jej rozwój przebiegał w bardzo wolnym tempie, a na początku XIX wieku utrzymanie i ochrona Alaski, która przynosiła zyski z handlu futrami, stała się zbyt kosztowna. Pierwsze pytanie o sprzedaż Alaski Stanom Zjednoczonym postawił przed rządem rosyjskim Generalny Gubernator Syberii Wschodniej, hrabia Mykoła Murawjow-Amurski w 1853 roku, wskazując, że jego zdaniem jest to nieuniknione, a jednocześnie z czasem umocni pozycję Rosji na azjatyckim wybrzeżu Pacyfiku.

W tym samym czasie USA, chcąc zapobiec okupacji Alaski przez Imperium Brytyjskie, wysłały do ​​Rosji ofertę sprzedaży wszystkich posiadanych przez nią udziałów Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej (RAK), państwowemu monopolowi zaangażowanemu w rozwój Alaski , za 7 milionów 600 tysięcy dolarów w 1854 roku.

Kolejna oferta USA na zakup Alaski została złożona z inicjatywy wielkiego księcia Konstantina Mikołajowycza (młodszego brata cesarza Aleksandra II) wiosną 1857 roku. Kwestia ta była aktywnie badana po obu stronach, ale z powodu wojny secesyjnej (1861-65) prawdziwe negocjacje rozpoczęły się dopiero w 1866 roku.

Traktat podpisano 30 marca 1867 r. w Waszyngtonie – za 7,2 mln dolarów cały półwysep Alaska, pas wybrzeża 10 mil na południe od Alaski wzdłuż zachodniego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, Wyspy Aleuckie, Archipelag Aleksandra, wyspy na Morzu Beringa zostały włączone do terytorium Stanów Zjednoczonych. Całkowita wielkość sprzedanej powierzchni gruntu wynosiła około 1 519 000 m2, czyli cena wyniosła 4,73 USD za kilometr kwadratowy. W momencie sprzedaży na Alasce mieszkało około 2,5 tys. Rosjan i Kreolów oraz 68 tys. Eskimosów i Hindusów. Wraz z gruntem na własność Stanów Zjednoczonych przeszły wszystkie nieruchomości, archiwa kolonialne, oficjalne i historyczne dokumenty związane z oddanymi terytoriami.

W 1959 roku Alaska stała się 49. stanem Stanów Zjednoczonych. W 2012 roku mieszkało tu 731,5 tys. osób, a pod względem dochodu per capita była na czwartym miejscu w kraju.

Jednocześnie rosyjski parlamentarzysta Anatolij Wasserman powiedział dziennikarzom, że „nie ma powodów prawnych, które pozwoliłyby Rosji domagać się zwrotu Alaski, ponieważ sprzedaliśmy ją w sposób całkowicie legalny i z całkowicie uzasadnionych powodów…” Faktem jest, że jeszcze przed pojawieniem się Trasy Transsyberyjskiej, droga z europejskiej części Rosji do Wybrzeże Pacyfiku  zajmowała kilka miesięcy, a komunikacja z Alaską była możliwa tylko drogą morską. W tym czasie na morzu dominowała flota angielska. A kiedy Rosja pogorszyła stosunki, utrzymywanie kontaktów z Alaską stało się prawie niemożliwe. „Kiedy wybuchła wojna krymska, ubezpieczaliśmy Alaskę w amerykańskich firmach ubezpieczeniowych. Brytyjczycy nie zaatakowali Alaski, bo to uczyniłoby Stany Zjednoczone ich wrogiem. Kiedy nasze stosunki z Wielką Brytanią znów się napięły, doszliśmy do wniosku, że łatwiej sprzedać Alaskę. Nikt jej nie potrzebował i nikt jej nie szukał. Wydobywane tam surowce praktycznie się wyczerpały – wyjaśnił Wasserman.

Według posła, aby Alaska mogła wrócić do Rosji, konieczna będzie dezintegracja Stanów Zjednoczonych. Ale sytuacja na świecie jest taka, że ​​Rosja rozpadnie się znacznie wcześniej niż Stany Zjednoczone. Dlatego Duma Państwowa nie powinna nawet myśleć o powrocie Alaski…

Inni analitycy zauważyli, że sam powód, który wymyślił Wiaczesław Wołodin, jest sztuczny. Powiedział, że „Stany Zjednoczone powinny myśleć o Alasce, gdy pozbywają się międzynarodowych zasobów Rosji”. Ale nie powiedział i nie mógł powiedzieć, jakie „międzynarodowe zasoby Rosji” są do dyspozycji Ameryki.

Nie ma jednak na świecie takiej sytuacji, z której rosyjscy propagandyści nie próbowaliby się wykorzystać. Tak więc wicemarszałek Dumy Państwowej Rosji Piotr Tołstoj zaproponował przeprowadzenie referendum na Alasce. Nie uzyskał jednak poparcia, bo Alaska to nie Krym i jest mało prawdopodobne, by którykolwiek z mieszkańców Alaski chciał ponownie znaleźć się „pod cesarską ręką”.

Co więcej, rosyjscy propagandyści nazwali prawdziwą umowę o sprzedaży Alaski „konwencją z 1867 r. o ochronie praw mieszkańców Ameryki Rosyjskiej”, która rzekomo nałożyła na Stany Zjednoczone obowiązek ochrony tych praw, a teraz oni, podobno nie zostały spełnione i dlatego Rosja powinna domagać się zwrotu „Ameryki Rosyjskiej”, czyli Alaski.

Zaczęli rozpowszechniać kłamstwo, że Stany Zjednoczone rzekomo prześladują członków Rady Koordynacyjnej Organizacji Rodaków Rosyjskich w Ameryce. A Stany Zjednoczone są również oskarżane o rzekome naruszenie prawa do wolności języka ojczystego, ponieważ dziś tylko 0,005% Alaskan mówi po rosyjsku, a wszystkie języki na Alasce są tłumaczone na łacinę. Kolejny zarzuty to, że USA rzekomo narusza prawo do zachowania historii i kultury, ponieważ na Alasce nie studiuje się historii Rosji oraz prawo do wolności wyznania, skoro w 1927 roku udało się ogłosić „autokefalię” Amerykańskiej Cerkwi Prawosławnej, podczas gdy wcześniej była tam Cerkiew Rosyjska. A także rzekomo Stany Zjednoczone naruszają prawo do wolności przedsiębiorczości i ochrony socjalnej, ponieważ „Waszyngton sztucznie hamuje rozwój Alaski”.

W ten sposób propagandziści dochodzą do sprytnego pseudowniosku, że nieistniejąca „Konwencja o cesji z Alaski” nie została spełniona. Potomkowie mieszkańców „Ameryki Rosyjskiej” są dyskryminowani. Terytorium odstąpione Stanom Zjednoczonym nie jest zagospodarowane. Oznacza to, że traktat między Stanami a Imperium Rosyjskim jest nieważny. „Ameryka Rosyjska” podlega zwrotowi.

Oczywiste jest, że agresywne wystąpienie Wiaczesława Wołodyna w Dumie Państwowej nie miało konsekwencji prawnych. Ale dało impuls hałaśliwej propagandzie. Tak więc w rosyjskim mieście Krasnojarsk pojawiła się „patriotyczna” reklama „Alaska jest nasza”. Została zamówiona i zamontowana przez… fabrykę przyczep, która z jakiegoś powodu nazywa się „fabryką Alaski”. Obywatele uznali to zjawisko za „subtelny ruch patriotyczny”, zapominając, że wszelkie roszczenia terytorialne zwykle kończą się wojną.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemiecka zbrodnia w Jedwabnem

29 czerwca 1941 roku szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhard Heidrich rozesłał do wszystkich szefów Einsatzgruppen (formacji policji bezpieczeństwa zajmujących się głównie „oczyszczaniem” zaplecza frontu niemiecko-sowieckiego) dalekopis, w którym zalecał „inscenizowanie samooczyszczenia” na terenach okupowanych, tak aby wyglądało to na pogromy dokonywane spontanicznie przez miejscową ludność, która popiera niemiecką politykę eksterminacji ludności żydowskiej.

 

Z pisma niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu, adresowanego do polskiej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich z 1967 roku wynika, że o zbrodnię w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach był podejrzany niejaki Wolfgang Birkner  –  dowódca Einsatzkommando Białystok (J.T. Gross całkowicie neguje jego odpowiedzialność).
Pamiętać należy, że po wejściu Niemców na polskie tereny okupowane wcześniej przez Sowietów takie wydarzenia jak w Jedwabnem były regułą. Kilkanaście dni wcześniej, zaraz po wejściu do Białegostoku, Niemcy zamordowali ok. dwóch tysięcy Żydów, wielu z nich paląc w miejscowej synagodze.

O niemieckiej inspiracji mówią również raporty Polskiego Państwa Podziemnego z terenu Białostocczyzny. Żeby było ciekawiej – Szmul Wasersztajn mówi wyraźnie, że rozkaz „zniszczenia wszystkich Żydów” w Jedwabnem wydali Niemcy. Mimo, iż jego relacja jest podstawą książki „Sąsiedzi”, J. T. Gross w swoich wnioskach całkowicie pomija ten fakt.
W tle dyskusji pozostaje również stosunek części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką. Wiele relacji wskazuje na kolaborację Żydów z Sowietami. Jeszcze przed wejściem Armii Czerwonej na tereny tzw. Zachodniej Białorusi Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią w wielu miejscach na Grodzieńszczyźnie – w powiecie wołkowyskim, słonimskim, na Polesiu, tam, gdzie stacjonowały jeszcze oddziały polskie. Przykładem jest Grodno.

Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie z niewielkim udziałem Białorusinów, na czele których stali wypuszczeni z więzień komuniści, próbowali opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę. Oddziały WP, policji i straży pożarnej po zaciekłych walkach rozbiły te bojówki, ale dywersja trwała przez następne trzy dni, aż do zdobycia Grodna przez wojska sowieckie. Rebelianci pomagali Sowietom w przeprawie przez Niemen a po opanowaniu miasta służyli informacjami na temat Polaków. Za udział w obronie Grodna zostało rozstrzelanych kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów.

Do podobnych sytuacji doszło w Wilnie we wrześniu i październiku 1939, w czasie tzw. pierwszej okupacji sowieckiej. Ze źródeł żydowskich dowiadujemy się, że Żydzi stanowili aż 80 proc. Gwardii Robotniczej – formacji powołanej do zwalczania przeciwników władzy sowieckiej. Razem z Sowietami wycofało się potem z miasta ok. 3 tys. Żydów z kręgów lewicowych. Najbardziej znaną rebelią, którą Sowieci nazwali powstaniem i przypisali mu dużą legendę, były dwudniowe walki o miasteczko Skidel. Drugiego dnia, po odparciu rebeliantów, Polacy stawiali czoła sowieckim czołgom i grupom uzbrojonych cywili z czerwonymi opaskami na rękach.
Przypadki rebelii i denuncjowania zdarzały się także na terenach województwa białostockiego. Powstawały tam różnego rodzaju bojówki, przybierające formę milicji, lub grup ochotniczych, które wspomagały władzę sowiecką i działały przeciwko Polakom.