O pamięci, historii i solidarności pisze CEZARY KRYSZTOPA: Stracona okazja

11 lipca tego roku, oprócz tego, że był dniem, kiedy obchodziliśmy rocznicę tragicznej Krwawej Niedzieli Rzezi Wołyńskiej, wyeksponował dwie skrajne postawy wobec stosunków polsko-ukraińskich. Emocje związane z rocznicą wydarzeń, które pozostawiły wieczną bliznę na zbiorowej pamięci Polaków jednych skłoniły do „refleksji” – „Ukrainie nie warto pomagać”, a innych – „nie zawracajcie mi głowy Wołyniem, kogo to dzisiaj obchodzi”. Obydwu, przykro to mówić – niemądrych.

Mamy tuż za ścianą agresywnego sąsiada, który innych sąsiadów dzieli na tych których sobie podporządkował i na tych, których zamierza pobić, lub właśnie bije. Nie są znane przypadki traktowania przez niego kogokolwiek jako „partnera”, no chyba, że przypadkiem ma większą piąchę, lub daje mu na flaszkę.

Ten sąsiad wyraźnie i wielokrotnie komunikował nam, choćby za pomocą manewrów „Zapad” opartych na scenariuszu ataku nuklearnego na polskie miasta, że jest do nas nastawiony agresywnie i wojowniczo. Nie wspomnę nawet o jakości rusko – tuskiego śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Nie widzę powodu, żeby tych wyraźnych komunikatów nie brać poważnie i nie wyciągać z tego wniosków.

A wniosek jest z tego taki, że im słabsza Rosja tym lepiej dla Polski. Dlatego, jeśli Ukraina wykrwawia Rosję, to choćbyśmy Ukrainy zupełnie nie kochali – w interesie Polsk jest, żeby wykrwawiała jak najdłużej i osłabiła jak najbardziej. I jeśli możemy, nie uszczuplając w sposób krytyczny własnych zasobów jej w tym pomóc, chyba lepiej, że to odbywa się na wschodzie Ukrainy a nie musi się odbywać na linii Bugu?

Nie mamy prawa „zapominać”

Z drugiej strony, ci którzy sami się nie szanują, w oczywisty sposób nie są szanowani przez innych. Dlatego jako dość żałosne odbieram te próby „reform językowych”, do których nawet pytani przez mnie Ukraińcy odnosili się z pewnym zażenowaniem – te wszystkie „w Ukrainie” czy zmiana „ruskich pierogów” na „ukraińskie” bez żadnego pojęcia o tym, że w języku polskim nazwa pochodzi od województwa ruskiego, zamieszkanego przez Rusinów, czyli dzisiejszych Ukraińców. A najjaskrawszym przykładem tej dziwacznej egzaltacji jest „zapominanie o Wołyniu”.

Jakie my mamy w ogóle prawo „zapominać” o straszliwej zbrodni dokonanej rękoma Ukraińców z OUN i UPA na Polakach? Jakie mamy prawo „wybaczać” w imieniu rozerwanych dzieci? A jeśli wyprzemy się własne historii, to kto nas będzie szanował?

Fałszywy dylemat

Nie, alternatywa – albo pomoc Ukrainie, albo pamięć o Wołyniu, to fałszywy dylemat – na życie mamy wpływ. O tych którzy nie żyją, możemy już tylko pamiętać i jeśli jest taka potrzeba, domagać się prawdy historycznej na temat ich losu. Nie tylko w imię metafizycznej wspólnoty – ale również – a być może głównie dlatego, że bez pamięci o korzeniach narodu nie istniejemy jako naród. A z obecnej brutalnej wojny płynie co najmniej taka nauka, że jeśli Rosjanie mieli okazję zdziwić się oporem Ukraińców, to dlatego, że Ukraińcy czują się narodem, wspólnotą i w imię dobra tego narodu walczą.

Błąd

Wojna zbliżyła Polaków i Ukraińców. I to dobrze, bo mamy wspólnego wroga. Z jednej strony spontaniczna gościnność Polaków, z drugiej spontaniczne odruchy sprzątania polskich cmentarzy na Ukrainie, oby zaowocowały w przyszłości poprawą stosunków również na poziomie obywatelskim.

Ale najlepsza okazją do wykonania gestu, który mógłby poważnie zacząć oczyszczać atmosferę, była rocznica Krwawej Niedzieli 11 lipca. Pierwszego 11 lipca po wybuchu wojny i po tym co się przy tej okazji zdarzyło. Tak tak, wiem, wieńce, ustawy itd. Ale nie tylko ja jak głupi czekałem aż prezydent Zełenski coś powie. Potępi. Uczyni widoczny gest. No i się nie doczekałem. To oczywiście nie znaczy, że „wszystko stracone”. Warto nad tym pracować nadal. Ale niewykorzystanie takiej okazji to poważny błąd.

Za drugim razem pierwszego wrażenia zrobić się nie da.

O niektórych artystach i ich krytykach pisze WALTER ALTERMAN: Anonimowi tropiciele z Wikipedii

Z roku na rok, ba, teraz już nawet z miesiąca na miesiąc rosną w Polsce zwarte szeregi nieomylnych. To skutek, a zarazem przyczyna zaciekłej walki politycznej. Każda z pięciu dużych partii parlamentarnych chce mieć patent na nieomylność. Jedni drugim, czwarci trzecim wyciągają dawne deklaracje, diagnozy i hasła polityczne.

Właściwie nie ma obecnie w naszym kraju debaty politycznej, opartej na głębszych analizach programów, sytuacji obecnej i projektowanej. Obserwuję bacznie co dzieje się w tej mierze w różnych stacjach telewizyjnych, portalach i mediach społecznych. I widzę, że wszystkie one unikają jak ognia poważnego podejścia do tematów gospodarki, edukacji, służby zdrowia, poziomu zarobków, emerytur czy wolności obywatelskich.

Przepis na oglądalność

We wszystkich „środka masowego rażenia” panuje wspólne przekonanie co do jednego – nasz słuchacz, widz, czytelnik nie ma zdrowia do śledzenia i wyciągania samemu wniosków w sprawach trudnych. Chcąc go jednak zatrzymać przy ekranie komputera, czy telewizorze – bo to przekłada się na oglądalność, a ona na reklamy, a reklamy na żywą gotówkę – musimy działać hasłowo, ogólnie, a najlepiej personalnie. Bierzemy zatem do tzw. debaty dwóch polityków, z dwóch przeciwnych sobie obozów i niech sobie ubliżają, niech się obrażają, niech jeden drugiemu zarzuca głupotę, zdradę narodowych interesów, obcą agenturę… Ludzie takie naparzanki lubią!

Moim zdaniem przyczyną nie są nadchodzące powoli, ale nieuchronnie, wybory. Myślę, że my Polacy, po prostu, lubimy wojny. Póki co walczymy w specyficznej wojnie domowej. Jeżeli tak mają się objawiać resztki waleczności naszych przodków, to ja dziękuję, nie biorę w tej wojnie udziału.

Artystów grzechy intymne

Jest jeszcze gorzej, bo obsesje maniakalnych śledztw dotyczących zaprzeszłych grzechów, pomyłek i inności przeszły na teren sztuki, a właściwie na artystów. Ostatnimi miesiącami pojawiło się w internecie kilka publikacji dotyczących dwóch wielkich polskich artystów – Chopina i Słowackiego. Co spowodowało tak nagłe i niespodziewane zainteresowanie postaciami największego polskiego kompozytora i największego polskiego poety?

Tu robię marginalną uwagę, że dla wielu największym poetą jest Mickiewicz. Mogę się zatem zgodzić, że Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki są najwięksi, obok siebie i po równo.

Wracając do pytania, co się stało, że nagle wzrosło zainteresowanie autorem „Kordiana” oraz kompozytorem licznych polonezów? Czyżby odkryto jakieś nieznane ich utwory? Nie, autorzy publikacji dotyczących życia mistrza słowa i mistrza fortepianu niczego nie odkryli. Zainteresował ich natomiast domniemany homoseksualizm obu znamienitych rodaków.

Jest faktem, że życie intymne obu mistrzów o dawna budziło takie podejrzenia, lub lepiej powiedzieć – konstatacje. Ale nikt, z poważnych badaczy ich życia i twórczości, nie zajmował się tym aspektem ich charakterów. Starzy panowie badacze zachowywali się z klasą. Bo też orientacje seksualne Chopina i Słowackiego niczego w ich twórczości nie determinowały.

Natomiast teraz – w dobie nieszczęsnej wolności słowa – znaleźli się jacyś ludzie, którzy czynią ze swych „odkryć” sensacje. Napisałem zdanie wyżej o „nieszczęsnej wolności słowa”, bo żeby z tej wolności korzystać trzeba mieć klasę, maniery i gust. A tu, niestety, prostactwo dostało tubę i biega z nią po ulicach, wykrzykując co tam komu ślina na język przyniesie. Nie jestem oczywiście za jakąkolwiek cenzurą, ale „trochę samokontroli, autocenzury mieć trzeba. Tak co do myśli, języka i uczynków. Albowiem piszący grzeszą myślą, mową i uczynkiem – jak poucza nas Kościół. Niestety bezkarność Internetu jest wielka, a obrzydliwość jeszcze większa.

Podać faję staruszkowi

Powyższy śródtytuł pochodzi z tekstu Sławomira Mrożka, z opowiadania „Ucieczka na południe’. W tym arcyzabawnym opowiadaniu dwóch urwisów poznaje Małpiszona, który mówi jak człowiek, choć jest małpą, a dodatkowo obdarzoną ogromną siłą. Dwóch chłopaków, chcąc zarobić pieniądze na ucieczkę, wystawia małpiszona do turnieju bokserskiego. Małpiszon nokautuje z rzędu kilkunastu przeciwników. Wtedy pojawia się Trener, który radzi całej trójce jak trzeba robić karierę, czyli pieniądze. Otóż, według Trenera, trzeba jakiemuś staruszkowi podać faję, czyli pobić go. Wtedy wszystkie gazety potępią Małpiszona, ale reklamę i pieniądze będzie miał, a wyrok w zawieszeniu.

Coś mi się zdaje, że bardzo wielu osobników publikujących w mediach elektronicznych swe „przemyślenia” zna ten sposób. I dlatego stara się skopać jakiegoś Wielkiego Polaka, czyli podać takiemu – najlepiej już nieżyjącemu – mrożkowską faję. Pomysł to ohydny, ale skuteczny.

Mrożek – wielki skopany

Wyciąganie grzechów młodości lub nawet młodzieńcze opowiedzenie się po złej stronie politycznej jest ulubionym zajęciem ogromnego zastępu tropicieli prawdy jedynej. Taki los spotyka wielu znanych artystów w Wikipedii. Nie znajdziemy tam w życiorysie Sławomira Mrożka ani słowa o jego kunszcie artystycznym, o tym jak jego twórczość oddziaływała na miliony Polaków – tak w sensie czysto artystycznym, jak moralnym. Tropicieli interesują „grzechy i grzeszki” wybitnych pisarzy.

Zacznijmy od tego, co Wikipedia ma do powiedzenia o wybitnym noweliście i dramaturgu.

„Sławomir Mrożek (ur. 1930 – zm. 2013) – polski pisarz oraz rysownik. Autor satyrycznych opowiadań i utworów dramatycznych o tematyce filozoficznej, politycznej, obyczajowej i psychologicznej. Jako dramaturg zaliczany do nurtu teatru absurdu. Zadebiutował w 1950 jako rysownik, od 1953 publikował cykle rysunków w Przekroju. Wydane w tym samym roku zbiory opowiadań: Opowiadania z Trzmielowej Góry oraz Półpancerze praktyczne stanowiły jego literacki debiut. W 1953 podpisał tzw. Apel Krakowski, wyrażający poparcie dla stalinowskich władz PRL po aresztowaniu pod sfabrykowanymi zarzutami duchownych katolickich, skazanych w sfingowanym procesie księży kurii krakowskiej i skazaniu na karę śmierci Edwarda Chachlicę, Michała Kowalika i księdza Józefa Lelitę…”

Pomijam, że zaklasyfikowanie twórczości teatralnej Mrożka do gatunku teatru absurdu jest bez sensu, bo „Tango” i „Emigranci” nie mają nic wspólnego z absurdem. Absurdem natomiast jest nazywanie Mrożka rysownikiem, bo wykonał w życiu kilkadziesiąt satyrycznych rysunków. Poziom wiedzy autora strony w Wikipedii o literaturze jest przykry. I nie sięga nawet poziomu przeciętnego maturzysty. A przecież autor pisze o literacie!

Muszę jednak serio, bez żartów, potraktować umieszczenie w życiorysie pisarza informacji o podpisaniu przez niego tzw. Apelu Krakowskiego, popierającego ówczesnego władze w procesie księży kurii krakowskiej. Jest to o tyle zdumiewające – ze strony Anonima z Wikipedii – że później ani słowem nie zająknął się o dalszym życiu Mrożka, łącznie z emigracją i powrotem do Polski.

Sprawa procesu księży kurii krakowskiej jest straszna. To jedna z wielu podobnych prób marginalizowania roli kościoła w powojennej Polsce. To zbrodnia. Takie są fakty. Ale muszę zauważyć, że Sławomir Mrożek miał wówczas 23 lata, a całą swą twórczością zasłużył chyba na rozgrzeszenie*. Ale autorowi wpisu w Wikipedii chodziło – co widać wyraźnie w identycznej prawie notce choćby o Wisławie Szymborskiej – o „dowalenie, skopanie Wielkiego”.

Dla mnie i mojego starego już pokolenia Mrożek był i pozostanie nauczycielem logiki i moralności. I nic tu żaden turkuć podjadek, tropiciel i odkrywca z Wikipedii nie zdziała. Mrożek był i pozostanie wielki, a autor – zresztą anonimowy – pozostanie anonimowym nikim.

 

*Wszystkim trzem oskarżonym w procesie Kurii Krakowskiej zmieniono karę śmierci na dożywocie, a po 1956 roku uniewinniono ich i wyszli na wolność.

 

O tym, że nie wolno zapomnieć o rosyjskiej inwazji na Ukrainę pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Po trupach

Co nam z tego, że Merkel przejdzie do historii jako durna baba.  Co z tego, że po niewczasie Tusk zostanie w Polsce uznany za zdrajcę? Jakim trzeba być naiwniakiem i głupkiem by uzależnić się z chytrości od satrapy zabijającego bez pardonu sprzeciwiających się mu własnych obywateli. By uzależnić się od mordercy bezbronnych, wywożącego jak przed laty porwanych ludzi w bezkres Sybiru. By uzależnić się od próbującego wynaradawiać dzieci. Putin grozi wojną jądrową wolnym państwom w imię mrzonki totalnego panowania nad światem, a ogłupiali klaszczą mu tak jak Niemcy Hitlerowi w 1939 roku.

Wystraszona Europa boi się, że dostęp do taniego paliwa zostanie zamknięty, że ruska zima zamrozi tyłki bogatym narodom zachodu Europy. Ruscy szantażują bronią, myślą Niemcy, Francuzi, Włosi i Holendrzy, że jeśli ulegną złodziejowi, bandycie, to na pewno ich oszczędzi! Przypomina się rok 1939. „Przywiozłem wam pokój” – chwalił się angielski dżentelmen po wyjściu z samolotu. Potem ginęli milionami. Świat zatykał nozdrza, by nie czuć dymu z krematoriów. Teraz „świat” zaczyna się już nudzić obrazami krwawych zbrodni. Przestaje słuchać huku armat i wybuchów rakiet. Rozżarzone lufy dział spowszedniały. Jeszcze tylko przekazywane są suche informacje o liczbach zabitych i rannych. O czekających na ratunek pod gruzami.

Tak zwany zachód boi się, że będzie musiał kupować droższy gaz i ropę. Nic podobnego. Putin  wyremontuje rurę i zaproponuje tańsze paliwo. Na przykład za pół ceny. Oczywiście taniej będzie tylko do następnej agresji. Do napaści na kraje bałtyckie, na Polskę, Czechy i Słowację. Do czasu aneksji Mołdawii, Bułgarii.

Oksfordczycy, sorboniarze, humboldczycy, jesteście wspaniale wykształceni, tyle że działacie jak dzieci we mgle. Jesteście uzależnieni. Od dobrobytu, od Putina. Popatrzcie w lustro. Najlepiej weneckie. Po drugiej stronie obserwują was małe oczki mściwego i zachłannego kagiebisty. Ma dużo pieniędzy Śmieje się z was. On się nie cofnie. To za wasze pieniądze kupuje sobie broń.

Europo idziesz po ukraińskich trupach, krótkowzroczna Unio, fasadowe NATO, pogardzacie krajami wschodnich rubieży. Taka jest prawda. Robicie sobie wycieczki i udajecie empatię i oburzenie zbrodniami.  Broń dawkujecie jak lekarstwo. Byle się nie narazić zbytnio. Mieliśmy przykład w bośniackiej Srebrenicy jak „zachodni” pułkownik bronił muzułmańskich kobiet i dzieci.

Możecie obudzić się z ręką w nocniku pod atomowym grzybem. I dalej będziecie się cieszyć, że był tylko lokalny. Najlepiej nad moim krajem. Zrobicie odkrycie tak jak pułkownik Kukliński gdy zrozumiał, że pierwszy będzie zmieciony z powierzchni ziemi.  Zarozumiali mądrale, módlcie się o kolejny cud nad Wisłą i o Tuska by nadal robił co wy chcecie. Ciągle pytacie, po co ta krnąbrna Polska, po co Polacy? Najważniejsza jest praworządność, ale po waszemu. Po co Polsce węgiel, huty, flota i stocznie? Drogi dla waszych drogich samochodów. Chlewy dla waszych świń a obory dla holenderskich krów, które lepiej wysłać do Polski niż ubić na miejscu.  Bruksela zamiast brukselki. A Strasburg zamiast polskich sądów. Polacy na zlewozmywaki i na szparagi, płatki śniadaniowe na śniadanie, obiad i kolację.

Czy taka ma być przyszłość przed nami? Teraz papież już nie pomoże. Wybiorą czarnoskórego bo Ameryka Południowa, Azja nie lubi już Europy. Nie tak jak Amerykanów. Łatwo rozniecić nienawiść przypominając USA Wietnam, Belgom Kongo, Anglikom kolonializm. 40-milionowy naród z wielką diasporą zagranicą podzielony jest na pół tępą siekierą. I kłóci się dalej. Rozwalić go trzeba jak Jugosławię, Czechosłowację a wkrótce i Wielką Brytanię. Zostanie kraj przywiślański i niemiecki Śląsk.

 

O tym, jak dorabiają aktorzy pisze JAN TESPISKI: Jubileusze, koncerty, poranki dla dzieci (3)

Aktorzy nigdy nie zarabiali przyzwoicie. Owszem, gwiazdy kina zarabiały dobrze lub nawet bardzo dobrze. Ale przeciętna była i jest niska. W słowach każda władza była mocna, odwrotnie proporcjonalnie do finansowania teatrów. I tak to jest – czym więcej politycznych deklaracji o miłości i szacunku dla sztuki teatru, tym mniej dla teatru pieniędzy.

A żyć trzeba… Dlatego aktorzy imają się zajęć dodatkowych. Wymieńmy tu najbardziej znane: jubileusze, koncerty, poranki dla przedszkolaków.

JUBILEUSZE

Jeszcze przed II wojną światową, potem za komuny i teraz też – władze organizują tzw. koncert galowe. W określonych dniach roku obchodzimy rocznice ważnych dla państwa wydarzeń. Oczywiście w każdym ustroju daty są inne, ale są. Galówka polega na tym, że na widownię zaprasza się oficjeli a na scenę znane gwiazdy piosenki oraz aktorów. Aktor na taką okoliczność ma być ubrany we frak lub smoking, aktorki w suknie balowe. Aktorzy wykonują wtedy bardzo podniosłe wiersze znanych autorów. O jednym z takich przypadków opowiem.

Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie

Rzecz zaczęła się w latach 60-tych w Łodzi w Teatrze im. Stefana Jaracza. Aktor Antoni Lewek skończył właśnie spektakl i poszedł do bufetu na herbatę, bo były to czasy, kiedy aktorzy po spektaklu nie uciekali z teatru jak poparzeni.

Nagle do bufetu wpadł mocno zdenerwowany mężczyzna, znany wszystkim organizator imprez w Łodzi i województwie.

– Panowie, ratujcie. Mam w Teatrze Wielkim galę, aktor, który miał wystąpić gdzieś przepadł… Nie przyszedł sukin… jeden, podobno pojechał do kochanki do Zabrza.

Tu organizator przestał gadać, a wzrok skupił na Antonim Lewku.

– Pan jest nawet w smokingu! I prezencja jaka!

– Jeszcze nie zdjąłem kostiumu – odpowiedział Lewek.

– Zna pan jakiś wiersz o przyjaźni? Zna pan?

– Znam „Przyjaciół” Mickiewicza.

– Niech mnie pan mnie ratuje. Samochód mam pod teatrem. Pan to powie na gali! Ja proszę!

Antoni Lewek nie chciał wystąpić, ale mężczyzna ukląkł, błagał i podbijał stawkę za ten jeden wiersz. W końcu zaproponował tyle, ile wynosiła miesięczna pensja aktora. Koledzy z zespołu namówili Lewka. I pojechał dwie przecznice dalej. Resztę wiemy z opowieści aktora.

Wchodzę na scenę w ostatnim momencie, ledwo zdążyliśmy. Kłaniam się, brawa, mówię. Po kilku wersach zauważyłem dziwną drętwotę na widowni. Gdzieś tak w połowie tekstu, zdezorientowany, robię małe pas, lekkie pół-kółko, żeby zobaczyć co jest za mną… A tam wielkimi literami, ale to takim na metr wysokości, jest napisane: „Dwadzieścia pięć lat przyjaźni polsko-radzieckiej”. Puentę, czyli: „Powiedział mi – rzekł Mieszek – przysłowie niedźwiedzie: // Że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie” – powiedziałem trochę niewyraźnie. Brawa były, ale chyba nieszczere.

KONCERTY

Koncerty edukacyjne dla młodzieży organizowano przedpołudniami. Sprytny menadżer zapraszał konferansjera, mały zespół muzyczny, dwoje śpiewaków i kilkoro aktorów.  Koncert mógł być zatytułowany, na przykład tak: Romantyzm w muzyce i literaturze; Sztuka baroku w literaturze i muzyce… Na takie tytuły garnęły się szkoły, czyli były pieniądze. Prawdę mówiąc dzieci płaciły po 5 zł, a resztę dokładały Wydziały Kultury. Po tych wyjaśnieniach przejdźmy do anegdot.

Chaczaturian w Warszawie

Było to jeszcze w latach sześćdziesiątych. W jednym z warszawskich teatrów młody człowiek, dopiero co przyjęty do zespołu, wpadł z hałasem do bufetu i bardzo głośno oznajmił.

– Panowie, mam trzy koncerty, mam koncerty!

– Zdaje mi się, że ostatnio w Warszawie koncerty to miał Aram Chaczaturian, a pan zapewne masz jakąś ordynarną chałturę – powiedział starszy aktor.

Szczyt

W innym warszawskim koncercie brał udział Mieczysław Voit. Aktor poważny, z piękną dykcją i rozumnym mówieniu tekstu. Organizator umówił się z aktorem na fragment monologu Kordiana na Mont-Blanc.

W dniu koncertu Voit, odpowiednio ubrany, był w teatrze. Widział się, i nawet w kulisach rozmawiał z organizatorem.

– Panie Mieczysławie, ale wszystko w porządku? – pytał ze trzy razy organizator.

– Uhm… – potwierdzał trzy razy mruczeniem Voit.

W końcu, gdy nadeszła jego pora, Voit był w kulisie. Konferansjer kwieciście zapowiedział aktora. I podkreślił, że „młodzież będzie obcować z wybitnym tekstem, w wykonaniu wybitnego aktora”.

Voit dostojnym krokiem wszedł na scenę. Lekko skinął widowni głową i zaczął:

„Tu szczyt… lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną.

Spojrzę… Ach! pod stopami niebo i nad głową Niebo…

Zamknięty jestem…”

 

Tragedia polegała na tym, że Voit nie był sobie w stanie przypomnieć co dalej. Zaczynał ten monolog trzy razy i za każdym razem kończył na tym nieszczęsnym: „… Zamknięty jestem.”

W końcu zszedł ze sceny. W kulisach panowała panika, bo czym zastąpić ten „numer”? Jedyną osobą, która zachowała spokój był sam sprawca nieszczęścia. Voit spokojnie przechadzał się za sceną i coś sobie pod nosem mruczał. Gdy po kilkunastu minutach organizator akurat przebiegał koło niego, Voit złapał go za ramię i zapytał:

– Bardzo przepraszam, a kiedy płacą za tę chałturę?

PORANK DLA PRZEDSZKOLAKÓW

Osobną formą dorabiania były występy dla przedszkolaków. Widownia to trudna, kapryśna i mało przewidywalna. Dlatego takich występów podejmowali się tylko najbardziej zdesperowani aktorzy. Ale byli też specjaliści od przedszkoli. Przy czym nikt z nich nie bardzo się tym chwalił. Zasada była jedna, w występie nie mogło brać udział więcej niż trzech aktorów. Powyżej trzech występujących impreza przestawała się opłacać. Byli jednak i tacy aktorzy, który grali dla przedszkolaków w dwie osoby. W przedszkolach też zdarzały się sytuacje anegdotyczne.

Kim jestem…?

W jednym z miast wojewódzkich „specjalistką od przedszkoli” była starsza już aktorka. Potrzebowała jednak wspólnika, bo wszystkie występy grała w dwie osoby: ona i jakiś aktor. Właściwie to aktorka była w nieustannym poszukiwania „wspólnika do występów”, bo niewielu wytrzymywało dłuższe z nią granie.

Jeden z takich złowionych opowiadał, że aktorka uprawiała w sumie teatr nowoczesny, bo każde z nich grało po kilkanaście postaci. Do zmiany postaci służyły nakrycia głowy, a odbywało się to na oczach młodych widzów.

Skończyli właśnie grać bajkę o Wawelskim Smoku, a aktorka założyła na głowę czerwony kapturek i zwróciła się do widowni:

– A teraz, kochane dzieci, kim jestem?

– Baba Jaga! – odpowiedziały chórem przedszkolaki.

 

WALTER ALTERMAN: Przykre słabości UE, czyli ciężka choroba unijna

Moskwa obnażyła słabości UE i NATO próbując skompromitować obie te organizacje. Owe słabości mogą jednak stać się ich siłą. Pod warunkiem, że wszystkie kraje członkowskie razem i każde z państw osobno uświadomią sobie w pełni sytuację i postanowią ją diametralnie zmienić.

Inwazja Rosji na Ukrainę była dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej i NATO ogromnym zaskoczeniem. Od upadku ZSRR, czyli przez prawie 30 lat Europa i cały wolny świat żyły w błogim przekonaniu, że nastąpiła wreszcie paruzja, czyli biblijny Dzień Pański – drugie przyjście Chrystusa. Według Nowego Testamentu oznacza to powrót Zbawiciela w chwale pod koniec dziejów. Wtedy to nastąpić ma zwycięstwo nad złem, wskrzeszenie umarłych, a przede wszystkim Sąd Ostateczny.

Lechu szedł po drugiego Nobla

Głosicielem tej ewangelicznej tezy był, między innymi, Lech Wałęsa, który wielokrotnie zapewniał, że żadnej wojny już nie będzie, bo wszystkie państwa są ze sobą tak mocno powiązane interesami, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć. Na potwierdzenie tych słów Wałęsa przed kamerami mocno splatał palce dwóch dłoni. I uśmiechał się błogo, co miało znaczyć, że on sam to załatwił, bo samodzielnie obalił przecież komunę. Zdaje mi się, że Wałęsa marzył wtedy o drugim Noblu. Z ekonomii.

Samozadowolenie Zachodu

 

Prawdę mówiąc, Zachód był niezmiernie przez te ostatnie 30 lat zadowolony z siebie, bo upadek komuny stworzył dlań nowe rynki zbytu. Na terenach byłego imperium sowieckiego oraz byłych państw bloku Zachód uzyskał też względnie tanią siłę roboczą oraz dostęp do niedrogiej energii. Jeżeli dodać do tego, że handel z Chinami był dla Europy nader intratny, wziąwszy pod uwagę tanie produkty oferowane przez Państwo Środka oraz chłonność największego azjatyckiego rynku na produkty europejskie.

Dlaczego Zachód uważał, że tak będzie zawsze? Że gaz będzie zawsze tani a Chińczycy zawsze będą pracować za miskę ryżu? Dlaczego w Berlinie, Paryżu i Rzymie lekceważono, potencjalne zagrożenia, dlaczego dano się złapać w pułapkę nastawioną przez Rosję i Chiny? Czy nie było żadnych politologów, filozofów, którzy byliby w stanie artykułować mądre prognozy? Byli, ale nikt ich nie słuchał.

W demokracjach europejskich chodzi bowiem tylko o jedno – zdobyć władzę w kolejnych wyborach. I żadna partia nie myśli dalej niż od 5 do 6 lat do przodu. U nas także. Uważam zresztą, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco silnym państwem, abyśmy mogli podawać ton całej Unii.

Bezmyślność biurokracji

Ogromny, jeśli nie główny, udział w tej bezmyślności ma też biurokracja Unii Europejskiej. Ta organizacja powstała jako narzędzie wzajemnego handlu między państwami założycielami Wspólnoty Węgla i Stali. Po 1945 roku narody Zachodu uświadomiły sobie, że obie wojny światowe miały swe źródło w bezkompromisowej konkurencji gospodarczej i próbach dominacji. I tak 18 kwietnia 1951 r. na mocy traktatu paryskiego podpisanego przez Belgię, Francję, Holandię Luksemburg, RFN oraz Włochy powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Traktat wszedł w życie 23 lipca 1952 r., a czas jego ważności określono w umowie na 50 lat.

Niestety były to miłe złego początki, bo z każdym rokiem administracja Wspólnoty, potem Unii Europejskiej usamodzielniały się, przejmowały coraz więcej kompetencji i decyzji. W końcu doszło do sytuacji, jaką mamy teraz. UE stała się bytem samodzielnym, niezależnym od państw i rządów państw, które ją powołały do życia.

Kto właściwie rządzi?

Dzisiaj ogromnym terytorium Europy nie kierują już narodowi politycy. Staliśmy się wszyscy niewolnikami urzędników. Wystarczy popatrzeć na cynizm i butę bijące z oblicz komisarzy, europarlamentarzystów, zastępców komisarzy, przewodniczących i współprzewodniczących, a nawet doradców… Krótko mówiąc, państwa członkowskie zrzekły się swej władzy i oddały ją w ręce abstrakcji. Czy abstrakcja może mieć ręce? W przypadku UE ma i to bardzo długie.

Urzędnicy UE zajęli się tym, co najłatwiejsze. I zamiast pilnować równowagi gospodarczej, owocnej współpracy w sferze przemysłu i handlu, skupili się na tzw. wartościach wyższych. Nie mówię, że zakres ich zainteresowań jest nieważny, ale przecież nie tylko.

Tolerancja, wolność dla transseksualistów, wolność słowa, klimat, czyste rzeki i jeziora, czyste powietrze, zwalczanie węgla i gazu ziemnego, ostre napiętnowanie elektrowni atomowych, samochody elektryczne zamiast benzynowych… to są główne pola walki urzędasów UE.

Wartości

Peter Handke, znakomity pisarz, laureat Nagrody Nobla, napisał ostatnio: Czułe, głębokie wartości ludzkości są wszędzie. Wartości są w formach wielkich dzieł. Wartości są w szlochu dziecka. Albo w dziecięcym podskoku. Wartości europejskie? Dupki. Kto chce, niech używa ich do zaprzeczania swojemu życiu, niech się nimi bawi, niech o nich śpiewa, niech je maluje, ale niech przestanie zamieniać wartości europejskie w topór przeciwko innym. Ludzie, którzy tak mówią, to nowy motłoch”.

Co jest grane?

A co w tym czasie robią rządy państw członkowskich? Odnoszę wrażenie, że nic lub niewiele. Cała Unia Europejska jest sama sobą znudzona. Wszystko było ładnie poukładane, był rozwój, eleganckie przyjęcia, grały orkiestry, były wystawne kolacje i obiady… Przyjeżdżali Chińczycy i Rosjanie, zapewniali o serdecznej przyjaźni, w duchu „braterskiej współpracy”. Żyć nie umierać.

Muszę tu dodać, że cały aparat UE, łącznie z europarlamentarzystami ma godziwe zarobki, przychylne dla zdrowia warunki pracy w nowych budynkach i perspektywy na bardzo wysokie emerytury. Robota nie jest nerwowa i nikt sobie rąk do kości nie zedrze. Europa wyhodowała agresywną ekipę darmozjadów, którzy zamiast z wdzięczności całować po rękach rządy państw członkowskich, stawiają się ponad nie.

Coś tu nie gra. A właściwie nic nie gra.

Co robić?

Nie piszę tego, chcąc opowiedzieć się przeciw unijnym działaniom w sprawie naszych sądów, węgla brunatnego czy ochrony lasów i naszego leśnego zwierza. Nie. To są tylko przykłady. Jak to mówił pewien lokalny działacz partyjny w czasach komuny „poszedłem po całości”. Bo tak zorganizowana Unia Europejska jest skandalem. I to skandalem bardzo wysoko opłacanym.

Kapitalizm uwolnił się od kontroli państw w latach 60. XX wieku. I teraz, ku zadowoleniu rządów i kapitalistów, panujący nam system ekonomiczny jest bez żadnej kontroli. I nie ma też żadnych społecznych obowiązków. Kiedyś taki Izaak Poznański, łódzki baron bawełny, budował, pod przymusem władz, szkoły, mieszkania i szpitale, a dzisiaj?

A teraz uwalniają się właśnie unijni urzędnicy. Uwalniają się od nadzoru i kierowania przez państwa. Zatem właściwe dwa pytania brzmią: 1. Po jaką cholerę państwa utrzymują rządy? 2. Czy rzeczywiście urzędnicy unijni dążą do stworzenia jednego ponadnarodowego państwa?

Teoretycznie nie byłoby w takim wielkim państwie nic złego, gdyby nie mały szczegół. Otóż, jeżeli już w tej chwili urzędnicy UE narzucają lub próbują narzucać, swą wolę państwom słabym, małym, to co będzie w przypadku tego „mega, giga” państwa?

Nie jestem za naszym wyjściem z UE, nie jestem też za samolikwidacją Unii. Uważam natomiast, że ten służebny twór nadto się rozrósł, zhardział i w sumie oszalał. Skutkiem czego jest szkodliwy. Pora więc wrócić do źródeł. Pora też sprawić, żeby rządy narodowe wzięły się do ciężkiej pracy. Darmo przecież nie pracują, choć wszystkie i od zawsze sprawiają wrażenie, że bardzo się dla zwykłego obywatela poświęcają.

 

JAN TESPISKI: Niebezpieczne napoje – stałe atrybuty artystów teatru (2)

Podejmujemy dziś temat tylko dla dorosłych. Zdaję sobie bowiem sprawę, że picie bez umiaru prowadzi do tragicznych skutków. I nie mam zamiaru propagować pijaństwa. Jednakże trudno mówić o sztuce pomijając ten trudny aspekt, a nawet atrybut artystów. Wódka, wino, piwo. Powiedzmy prawdę – ludzkość, a szczególnie ludzie sztuki od zarania dziejów wprowadzali się w stan upojenia procentami. Przecież już greckie bachanalia związane są na równi tak z artyzmem, jak piciem.

Używanie alkoholu przez aktorów, reżyserów i wszystkich innych wiąże się z sytuacjami serio i zabawnymi. Serio jest wtedy, gdy trzeba odwoływać spektakle. Zabawnie natomiast wtedy, gdy – na przykład – „trącony” artysta chce za wszelką cenę zagrać.

Stypendium

Zdarzyło się przed laty w krakowskiej PWST, że student aktorstwa z powodu nietrzeźwości nie przyszedł na ważną próbę. Następnego dnia stanął przed obliczem rektora Eugeniusza Fulde, który w latach 1968-72 stał na czele tej uczelni.

– To Jest skandal, to jest niedopuszczalne! – grzmiał rektor, a głos miał niski i silny. – Pan kompromituje naszą szkołę. Ja, za karę, odbieram panu na miesiąc stypendium! Zrozumiał pan?

– Ale ja, panie rektorze, nie mam stypendium – cicho i pokornie powiedział student Stanisław J.

– A, to nic nie szkodzi. Ja panu dam stypendium i natychmiast je panu odbiorę!

Mecenas Zając

Przywołany wyżej rektor, aktor Fulde sam nie wylewał za kołnierz. Młodość miał burzliwą, bo ozdobioną licznymi zabawami, bynajmniej nie bezalkoholowymi. Jeszcze przed wojną, będąc aktorem Teatru im. Słowackiego, równie często bywał na scenie, co w położonej tuż obok słynnej restauracji Pollera. Był to, i jest nadal, lokal znakomity i wprost stworzony do zabawy.

Eugeniusz Fulde z serdecznym swym przyjacielem, również aktorem – powiedzmy Aleksandrem – przebywali niemal codziennie u Pollera, po każdym spektaklu. Trzeba nam wiedzieć, że przed wojną lokale były otwarte „do ostatniego gościa”. Kiedy jednak nadchodziła tragiczna pora pójścia do domu – a najczęściej była to druga w nocy – panowie korzystali z telefonu, który był w szatni. I zawsze dzwonili pod ten sam numer. I zawsze sytuacja bawiła ich niezmiernie.

– Czy dodzwoniłem się do mieszkania mecenasa Zająca? – grzmiąco pytał Fulde.

– Tak – odpowiadał gosposia – ale jest już druga w nocy i pan mecenas śpi.

– Proszę go natychmiast obudzić, sprawa jest dramatyczna.

Po dłuższej chwili do telefonu podchodził mecenas.

– Słucham. – mówił zaspanym głosem.

– Mecenas Zając?

– Tak, słucham.

– Pif-paf, pif-paf!

To strzelanie do Zająca niezmiernie obu aktorów bawiło.

Ale przyszła wojna, potem okupacja. Po wojnie obaj przyjaciele znowu odnaleźli się w teatrze. I znowu poszli – oczywiście – do Pollera. I gdzieś tak około drugie w nocy, postanowili zadzwonić do mecenasa Zająca. Tym razem telefon odebrał sam mecenas.

– Czy to mieszkanie mecenasa Zająca? – zagrzmiał Fulde.

– Tak, ale panowie, panowie, nie odkładajcie słuchawki, ja bardzo proszę – powiedział mecenas, po czym krzyknął w głąb mieszkania – Zosiu, te sukinsyny przeżyły!

I cała trójka piła przez tydzień u Pollera, na koszt mecenasa.

Zdaje mi się – powiedział już przy stoliku mecenas – że najbardziej w okupację to mi brakowało tych waszych idiotycznych telefonów.

Charakteryzacja

Aktor B. wpadł do charakteryzatorki tuż przed spektaklem. Zwalił się ciężko na krzesło i dość bełkotliwie powiedział:

– Proszę, mnie zrobić na zupełnie, zupełnie trzeźwego.

Jak przed wojną

Dyrektor Teatru im. Jaracza w Łodzi, wspaniały aktor i dobry reżyser Feliks Żukowski był  człowiekiem o dobrym teatralnym, przedwojennym doświadczeniu. I chciał, żeby – mimo całego socjalistycznego bałaganu – jego teatr spełniał wszystkie przedwojenne normy. Dlatego poustawiał prace wszystkich pracowni, wszystkich służb sceny według starych, dobrych wzorów.

Pewnego roku przyjął do zespołu trzech absolwentów wydziału aktorskiego łódzkiej filmówki. Nowi okazali się bardzo dobrymi aktorami, dużo i dobrze grali. A z czasem stali się podporami zespołu. Zdarzyło się jednak, że w pierwszym roku pracy w teatrze, trzej muszkieterowie zapili. Jeden z nich zadzwonił do sekretariatu i szczerze wyznał co się stało, i że na próbę nie przyjdą.

Dyrektor Żukowski polecił sekretarce napisanie odpowiedniego pisma, głoszącego że cała trójka została ukarana potrąceniem premii. Po czym poszedł, z sekretarką, do teatralnego bufetu i asystował jej w przypinaniu pisma pinezkami na tablicy. I cały czas zacierał ręce, uśmiechał się z zadowoleniem i powtarzał w kółko:

– Zupełnie jak przed wojną, jak przed wojną!

Aktor, który nie pił

Do teatru dyrektora Żukowskiego chciał się też zaangażować pewien młody aktor. Żukowski rozmawiał z nim długo w gabinecie i aktor wyszedł z teatru. Natomiast w bufecie odbyła się taka rozmowa.

– I jak ten aktor? – zapytał ktoś z aktorów.

– Wysoki, przystojny, świetna dykcja, dobry mocny głos, niezłe maniery – mówi Żukowski. – Pytam co grał? Mówi. Okazuje się, że duże role, u niezłych reżyserów. Pokazuje recenzje. Dobre, bardzo dobre. Ale pytam go czy pije. Mówi, że nie.

– I przyjął go pan?

– A skąd. Nie, nie przyjąłem. Jeżeli nie pije, to ja się takiego boję. A bo ja wiem, co się tam jeszcze u niego kryje?

 

O jednym z bohaterów Powstania Wileńskiego pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Z „Jastrzębiem” o wolną Polskę

7 lipca 1944 r. oddziały Armii Krajowej rozpoczęły Powstanie Wileńskie, znane pod kryptonimem Ostra Brama. Celem było wyzwolenie tego polskiego miasta z rąk okupanta niemieckiego i wystąpienie wobec Sowietów w roli gospodarzy. W Powstaniu brał udział kapitan Józef Bandzo „Jastrząb”.

Był niezwykle skromnym człowiekiem. Nie eksponował swoich zasług, swojej działalności bojowej, nie mówił o represjach, które przechodził, tylko skupiał się na ideach, wartościach. Niepodległa Polska była dla niego wartością nadrzędną.

Gdy była taka potrzeba, walczył o Polskę i były to te najbardziej dziś znane jednostki – 3 Brygada Wileńska kapitana Gracjana Fróga „Szczerbca” oraz 5 Brygada Wileńska majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Kiedy dziś przegląda się zdjęcia z tamtych czasów, to z grupy uśmiechniętych fotografowanych wtedy chłopaków przeżył tylko on, ale władza tzw. ludowa jemu też nie odpuściła i za miłość Ojczyzny zapłacił ciężkim komunistycznym więzieniem.

Miał szczęście doczekać Polski po 1989 r. Wielokrotnie podkreślał, że to ten moment, kiedy możemy oddychać pełną piersią i wreszcie mówić głośno o naszych tradycjach, o ideach Bóg, Honor, Ojczyzna. Ale miał w stosunku do tej Rzeczpospolitej – nazwijmy ją umownie IV RP – szereg uwag. Jego zdaniem to nie była do końca ta Ojczyzna, o którą walczyli, obarczona w dużej mierze spuścizną PRL.

Częstokroć można było oglądać Józefa Bandzo rozpromienionego. Szczególnie wzruszające były momenty, kiedy śpiewał hymn 5 Brygady Wileńskiej: „Gdy ziemia ojczysta skąpana we łzach, o pomstę krew woła męczeńska, kto walczy o wolność i mści się za krew, to Piąta Brygada Wileńska”.

Miałem honor znać Józefa Bandzo. Uczestniczyliśmy w rajdach szlakiem „Łupaszki” organizowanych na Pomorzu, czy w odsłonięciu pomnika “Inki” w Warszawie. Widzieliśmy się w Konstancinie, gdzie potrafił przez pół godziny mówić piękną polszczyzną, opowiadać znowu mniej o sobie, bardziej o dowódcach, kolegach.

Pamiętam jego życzenie związane z ekshumacjami Żołnierzy Wyklętych, które się dokonują. Bardzo uważnie je śledził, cieszył się każdą informacją o wydobyciu kolejnych bohaterów, w tym jego kolegów. Szczególnie przeżył odnalezienie Zygmunta Szendzielarza, ale czekał też na szczątki Gracjana Fróga “Szczerbca”, które niestety do dziś – jeśli wydobyte – pozostają nierozpoznane. Był wielkim entuzjastą wznowienia torpedowanych i blokowanych prac na “Łączce”. Ostatecznie wyraził nadzieję, żeby zostać pochowanym razem ze swoimi dowódcami na Powązkach Wojskowych w części poświęconej Żołnierzom Polski Walczącej. Tak też się stało.

I to właśnie kapitan Józef Bandzo „Jastrząb”, uczestnik Powstania Wileńskiego, powinien być wzorem dla dzisiejszej młodzieży.

 

O szansach na pieniądze z Brukseli pisze CEZARY KRYSZTOPA: Odliczanie

Być może na zawsze pozostanie tajemnicą co kierowało Mateuszem Morawieckim, kiedy na szczycie w Brukseli dwa lata temu godził się na tak zwany „mechanizm warunkowości” zwany inaczej mechanizmem „fundusze za praworządność”, czy nieco później kiedy rezygnował z polskiego weta wobec Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2021 – 2027. Dość, że można się domyślać, że autentycznie wierzył, że odniósł „sukces”, skoro w Polskę wyjechały bilbordy z hasłami o „770 miliardów złotych dla Polski”.

Analizy różnic interpretacyjnych stanowisk Polski i Unii Europejskiej wobec przyjętych „kompromisów” zostały już przeprowadzone, ja również się o nie pokusiłem i dziś w zasadzie są już praktycznie bezużyteczne, bo stan faktyczny jest taki, że w praktyce obowiązują niekorzystne dla nas interpretacje brukselskich eurokratów. Bo tak. I cóż komuś po tym, że może powiedzieć „a nie mówiłem”?

A sytuacja jest następująca. Jedyne co jest pewne w zakresie funduszy z tak zwanego Krajowego Planu Odbudowy, to to, że będziemy płacić. Podjęliśmy to zbiorowe zobowiązanie wspólnie z innymi. A czy jakieś pieniądze z KPO dostaniemy (pomijam już fakt struktury tych wypłat, które nie są paletą pieniędzy do dowolnego wykorzystania jak w spocie Tuska, tylko częściowym zwrotem kosztów tego co nam każe kupić UE)? Otóż pomimo zgiętego karku, likwidacji Izby Dyscyplinarnej (czy TSUE już orzekło o konieczności zwrotu skrzywdzonym sędziom kiełbasy i wkrętarki?) i komiczno-tragicznej historii z „kamieniami milowymi”, jedyne co w tej sprawie wiemy, to to, że komisarz Jourovej i przewodniczącej von der Leyen ten pomysł nie bardzo się podoba i dają do zrozumienia, że raczej nie.

A co, jeśli nie?

Tymczasem Mateusz Morawiecki mówił w TVP Info, że kwestia funduszy z KPO „to już jest temat sprzed miesiąca” a teraz ważna jest podpisana niedawno tzw. „Umowa Partnerstwa”, która ma dać Polsce dostęp do funduszy europejskich z perspektywy finansowej 2021-2027, pięciokrotnie wyższych niż te z KPO. Mateusz Morawiecki twierdzi, że pierwsze fundusze, z któregoś z tych programów powinny popłynąć do Polski na przełomie tego i kolejnego roku.

Być może, być może. Ale co, jeśli nie? Mechanizm warunkowości obowiązuje również w przypadku „Umowy Partnerstwa”. Nasze dotychczasowe doświadczenia z Unią Europejską uczą, że nasze wyobrażenia na temat tego co powinniśmy dostać i co nam się w zgodzie z prawem, ustaleniami i traktatami należy, nijak się mają do brukselskiego widzimisię. A co nam po tym, że po raz kolejny zostaniemy bez pieniędzy, za to z poczuciem słuszności, jak Himilsbach z angielskim?

Dlatego mam poczucie pewnego odliczania. Mateusz Morawiecki silnie się wizerunkowo z tym „sukcesem” związał. Wyznaczył sobie również termin jego realizacji. Sytuacja międzynarodowa wobec wojny na Ukrainie jest chwiejna. Nieoczekiwane triumfy Ukraińców służyły również rządzącym w Polsce, którzy na Ukrainę mocno postawili absolutnie trafiając w emocje społeczne. Teraz jednak sytuacja na froncie nie przedstawia się tak „różowo”. Jakie emocje będą dominujące w przypadku jej dalszego pogarszania? Inflacja i drożyzna, nie miejsce tu na egzegezę ich przyczyn, również nie działają na rzecz rządzących.

A co, jeśli do tego dojdzie społeczne poczucie, że w sprawach z Brukselą „cnotę straciliśmy a euraska nie zarobiliśmy”?

JAN TESPISKI: Jak to dawniej z teatrem bywało, czyli anegdoty teatralne i ludzkie (1)

Lubię anegdoty. Uważam je za skondensowaną literaturę, w której zawarte są ludzkie doświadczenia. Anegdota rodzi się z ludzkich słabości i potknięć. Zupełnie jak u Chaplina, kiedy biedak poślizgnie się na skórce od banana nie jest śmiesznie, ale kiedy to samo spotyka bogatego burżuja – jest dowcip. W teatrze też nikt nie śmieje się z wpadek ostatniego na liście płac, jeżeli jednak wpadkę zaliczy „mistrz”, jest wesoło.

Starałem się moje anegdoty teatralne tak opowiedzieć, żeby nikomu z ludzi teatru nie stała się krzywda. Pracują przecież w ogromnym napięciu i „na sobie”, bo sami są materią i twórcami zarazem. Dlatego, gdyby któraś z anegdot – mimo mych starań – mogła kogoś urazić, nie podaję nazwisk, a niekiedy nazw teatrów. Wydaje mi się bowiem, że anegdota ma uczyć i bawić. Nigdy obrażać.

Nie obędzie się też bez kilku słów wprowadzeń. Anegdota często rodzi się w swoich czasach, choć bywa ponadczasowa.

Socrealizm w teatrze

Od roku 1946 roku delikatnie, po trochu, a ostro i w całości po Zjeździe Literatów w Szczecinie, który odbył się w styczniu 1949 roku, socrealizm zapanował w teatrach naszych. Była to doktryna zakładająca skrajną indoktrynację komunistyczną. Sztuka – w tym teatr – miała ukazywać słuszne kierunki, potępiać wrogów i gloryfikować „postępowców”. Żadnych wahań, żadnych odcieni szarości. Miała panować jedynie czerń i biel – to w dramacie. Natomiast na scenie królował realizm, zwany realizmem socjalistycznym. Wszystko miało być jak w życiu: buty, meble i rekwizyty. Zjawiały się na scenie nawet prawdziwe tokarki, brony, siewniki… Kłopot był z aktorami, bo ci mieli swoje twarze, nie zawsze pasujące do sztuk rozgrywających się w środowiskach wiejskich i robotniczych. Amantów obsadzano więc w roli „klasowych wrogów”. Ale iluż może być wrogów naraz na scenie, gdy sztuka jest robotniczo-chłopska, a zdrowa część społeczeństwa stanowi przemożną siłę?

Komisje społeczne

Nad prawomyślnością sztuk czuwała oczywiście partia i jej zbrojne ramię w walce z reliktami przeszłości, czyli cenzura. To stwarzało jednak wrażenie niecałkowitej wolności sztuki teatralne. Władze wymyśliły zatem, że formalnie każdą sztukę i cały repertuar będzie oceniał tzw. czynnik społeczny. Powołano komisje teatralne, przy każdym teatrze, z dużą przewagą robotników – i to koniecznie prostych. Byli jeszcze przedstawiciele administracji, ale niższego szczebla. Oczywiście komisjami kierowała partia, wcale nie z ukrycia i nie po cichu.

Te komisje oceniały – przed przystąpieniem do prób – czy tekst jest słuszny. Jeżeli nie, to autor musiał poprawiać. Po premierze komisje zbierały się raz jeszcze i w ogniu dyskusji decydował, czy efekt jest zadowalający. Jeżeli uznano, że sztuka jest słuszna, to komisje wyznaczały minimalny limit dla danej pozycji, czyli decydowały, ile razy dany spektakl ma być zagrany. Żeby jak najwięcej ludzi mogło przekonać się do drogich nam treści.

Dyrekcje teatrów jak ognie bały się „sukcesu” w oczach komisji. Sztuki były, jak jedna, nudne i trudno było zorganizować widownię. Widzowie „z kasy” pojawiali się na sztukach słusznych rzadko. Posiłkowano się więc wojskiem, zorganizowanymi grupami ZMP i aktywem partyjnym. Jeżeli jednak sztuka miała być grana, powiedzmy 70 razy, a w okolicy wojska było mało? Ktoś z aparatu partyjnego wpadł na straszny pomysł, wymyślił, że na sztuki będą obowiązkowo chodzili pracownicy administracyjni teatru i obsługa techniczna. Na tę okoliczność zmieniono godziny pracy administracji teatralnej – która miała pracować od 8.00 do 12.00 i od 18.00 do 22.00. Teraz wyobraźmy sobie księgową, która dzień w dzień musi odsiedzieć na widowni całą sztukę, która zna prawie całą na pamięć… A do tego sztuka może uśpić już w pierwszym akcie.

Widz z kasy

Zdarzało się jednak, rzadko bo rzadko, że ktoś nieświadom sprawy szedł do teatru dobrowolnie i kupował bilet. Tak zdarzyło się kiedyś w warszawskim Ateneum. Na widowni siedzieli sami pracownicy teatru, nie liczą pary, która kupiła bilety. Po pierwszym akcie do dyrektora Janusza Warmińskiego podszedł nieśmiało jego zastępca, bardzo smutny.

– No i co tam? – zapytał Warmiński.

– Tych dwoje, co kupiło bilety już sobie poszło. To nie wiem, czy mamy dalej grać dla samych swoich?

– Gramy, ale powiem aktorom, żeby grali szybciej – podjął decyzję dyrektor Warmiński.

Ożywienie

Kiedyś, także w Ateneum, na widowni byli sami żołnierze. Komedia socrealistyczna jakoś ich nie rozweselała. Siedzieli, jak martwi. Być może dlatego, że byli po raz pierwszy w życiu w teatrze. Nagle, w połowie drugiego aktu, żołnierze wybuchnęli gromkim śmiechem, odezwały się nawet rzęsiste oklaski. Stojący, jak zawsze, w kulisach dyrektor Warmiński ożywił się.

– Chwyciło, nareszcie chwyciło – dyrektor wbił się palcami w ramię inspicjenta. – Pan pójdzie i sprawdzi co się stało…

Inspicjent wrócił po chwili, siadł przy pulpicie, milcząc.

– No i co, i co? – dyrektor był bardzo poruszony i szczęśliwy.

– E, nic… Jeden żołnierz z balkonu zwymiotował na parter.

Akademia bez pamięci

Socrealizm zapanował również w szkołach teatralnych. W 1952 roku przyjęto do jednej z nich młodego człowieka, który dobrze rozumiał, że talent talentem, ale poglądy też trzeba mieć słuszne. Zaraz po rozpoczęciu studiów, będąc dopiero miesiąc w szkole, dowiedział się, że studenci III-go roku przygotowują akademię ku czci rewolucji 1917 roku. I nasz bohater zgłosił się. Wyraził chęć wystąpienia na uroczystości. Starsi koledzy zdziwili się, ale nie odmówili.

Kiedy nadszedł ów dzień, adept aktorstwa wyszedł na scenę i dziarsko zaczął mówić wiersz Majakowskiego. Niestety utknął pod koniec pierwszej zwrotki. Zaczął jeszcze raz, i jeszcze… W końcu zszedł ze sceny a akademia potoczyła się dalej.

Nieszczęśnik zaś siedział na schodach, za sceną i bił głową w balustradę. Przy czym bez przerwy powtarzał:

– Boże, Boże, po co ja się urodziłem?…

Później pedagodzy nie mieli do niego pretensji o słabą pamięć, ale o Boga, to i owszem.

Socjalistyczna piękność

W szkoła aktorskich była też moda, wynikająca z czujności klasowej, żeby na studia aktorskie przyjmować „ludzi prostych z urody”. Tak też przyjęto K., który był, biorąc pod uwagę urodę, idealnym przedstawicielem ciemiężonego przez wieki polskiego chłopstwa. Studiował dobrze, miał talent, przykładał się do pracy. Jednakże na jednym z posiedzeń Rady Pedagogicznej, któryś z aktorów – przedwojennego oczywiście chowu – wyraził pewną wątpliwość co do wspomnianego studenta K.

– Ja wiem – powiedział pedagog aktorstwa – że chłopak ma talent, że chce. Ale ta twarz…

– O, przepraszam – zerwał się z krzesła pierwszy sekretarz POP szkoły aktorskiej – ten K. to jest nasza socjalistyczna piękność.

O zna(cz)ku czasu pisze HUBERT BEKRYCHT: Niemcy to Rosja, tylko trochę inna

Na jednym z największych lotnisk Europy – we Frankfurcie nad Menem, w czwartym miesiącu rosyjskiej, terrorystycznej napaści na Ukrainę, natknąłem się w tamtejszym sklepiku na „pamiątkę z Niemiec” – znaczek ze złączonymi ze sobą przyjaźnie flagami tychże właśnie Niemiec i Rosji… 16 czerwca zamieściłem zdjęcia z uroczego lotniskowego sklepiku na swoim profilu na FB myśląc, że może kogoś nad Renem zawstydzę, ale – jak przekazują podróżnnicy – tego typu znaczki nadal można kupić w wielu niemieckich miastach. Czekam na zdjęcia innych „pamiątek”, także tych nawiązujących do histrorii sprzed kilkudziesięciu lat. Oczywiście tylko tych dostępnych w legalnej sprzedaży. Mam oczywiście nadzieję, że takich nie ma.  Te znaczki z Frankfurtu to jednak fakt. Nie tylko handlowy.

Gdyby to było dawno temu, napisałbym, że ktoś w Niemczech zwariował. Gdyby nie brutalna, moskiewska agresja na Ukrainę, uznałbym, że we Frankfurcie nad Menem zapomniano już, jakie to po kapitulacji Berlina w 1945 roku, były odruchy szczególnej rosyjsko-niemieckiej przyjaźni.  Oczywiście wtedy byli Sowieci, a dziś są Rosjanie, ale to przecież Rosjanie uważają się za spadkobierców Armii Czerwonej. A tę akurat formację, od niemieckich, pustoszących Europę hord ze swastyką i trupią czaszką, odróżniała jedynie czerwona gwiazda na mundurach.

Jeszcze trzy dekady temu naiwnie myślałem, że Niemcy sławiący swoją przeszłość z II wojny światowej i Rosjanie wychwalający sowiecką historię krwawych komunistycznych podbojów to już przeszłość zamknięta w krypcie przez demokrację.

Demokracja, przynajmniej w rozumieniu doktryny politycznej, jest w m.in. Berlinie, Monachium, Hamburgu, Lipsku i Frankfurcie nad Menem. W Moskwie nigdy nikt się demokracją nie przejmował, chociaż wielu przywódców zachodnich państw potwierdzało jeszcze nie tak dawno, że Rosja jest państwem „demokratycznym”. Może teraz, kiedy żołdacy Putina mordują bezbronną ukraińską ludność cywilną, to się zmienia, ale chyba zbyt wolno. A chyba bardzo wolno to idzie w Niemczech, gdzie wciąż – w ramach wolnego rynku – można kupić „pamiątki” miejscowej przyjaźni ze zbrodniczą Rosją pustoszącą Ukrainę.

Moje pytanie, czy, oprócz splecionej z rosyjską, czarno-czerwono- żółtej flagi, we frankfurckim sklepiku lotniskowym z „pamiątkami z Niemiec” mogę kupić „pamiątki” czasów III Rzeszy, pozostało bez odpowiedzi. Właściciel pamiątkarskiego biznesu wówczas zaniemówił, ale kuriozalne znaczki ponoć nadal w Niemczech można kupić. Czyli, handel kwitnie.

Czy tylko w sklepiku na lotnisku we Frankfurcie nad Menem, gdzie, pomimo sankcji wobec Moskwy, relacje niemiecko-rosyjskie są nadal takie przyjazne?