Amor w olsztyńskim parku Zamkowym to ja. Rozmowa z wnukiem olsztyńskiej rzeźbiarki Balbiny Świtycz-Widackiej

Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę – mówi dr Kamil Solarski, wnuk Balbiny Świtycz-Widackiej (1901-1972), artystki rzeźbiarki pochodzącej z Kresów, która przez ostatnie 20 lat swego życia mieszkała i tworzyła w Olsztynie, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Podczas wakacji turyści odwiedzają często Warmię i Mazury, w tym stolicę regionu Olsztyn, gdzie w parku Zamkowym zachwycają się licznymi pomnikami Balbiny Świtycz-Widackiej, jak „Wiosna”, „Amor”, czy fontanna „Ryba z dzieckiem”. W tym roku, dokładnie 28 lipca 2022 r., mija 50 lat od śmierci ich autorki. Czy Olsztyn przypomni w jakiś sposób artystkę, która przez zawieruchę wojenną musiała opuścić rodzinne Polesie, ale pokochała miasto nad Łyną?

Kamil Solarski. Fot. Teresa Kaczorowska

Kami Solarski: Niestety, dbająca o jej pamięć i twórczość córka, czyli moja mama Jowita Solarska z domu Widacka, którą się opiekuję, liczy już 88 lal i jest bardzo chora. Ciekawą inicjatywę przypomnienia artystki podjęła niedawno „Gazeta Olsztyńska”, z czego bardzo się cieszę.

Jak wspomina Pan swoją babcię Balbinę Świtycz-Widacką?

Pamiętam, że byłem jej ukochanym wnuczkiem, wręcz oczkiem w głowie. Może zacznijmy od jedzenia – zawsze przygotowywała mi to co lubię, szczególnie kotlety schabowe, nauczyła mnie też jadać dorsze. Gotowała mi, mimo iż nie lubiła tego zajęcia, wolała jadać w restauracjach, w kawiarniach, szczególnie w Staromiejskiej. Byłem przez nią rozpieszczany, spełniała moje wszystkie zachcianki, w tym zamiłowanie do podróży pociągiem. Urządzaliśmy wyprawy koleją śladami jej pomników, np. do Rucianego Nidy, gdzie jest pomnik Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, do Ełku gdzie stoi pomnik Michała Kajki, do Bisztynka, aby obejrzeć pomnik Henryka Sienkiewicza, czy do Warszawy, aby zobaczyć  jej słynną rzeźbę „Poleszuczka z dzieckiem”, którą podarowała marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu na dzień jego ostatnich imienin. Najdłuższą podróż z babcią Bają odbyłem do Krakowa, gdzie odwiedziliśmy kuzyna Jana Widackiego, znanego adwokata. Jeździłem z babcią także do innych krewnych, w tym do Sochaczewa, do jej młodszej córki Kariny, siostry mojej mamy. W rodzinie nazywaliśmy ją Bają, inni mówili do niej Bajka, gdyż nie lubiła swego imienia Balbina. Mówiła, że nie jest telewizyjną gęsią…

Ale podobno miał Pan w domu dwie babcie…

Balbina Świtycz-Widacka. Fot. ze zbiorów rodziny Solarskich

Moi rodzice byli zajęci pracą naukową na uczelni w Kortowie, więc całe szczęście, że w domu były babcie – poza Bają także Janina Solarska, matka mego ojca prof. Henryka Solarskiego. Obie się bardzo lubiły, ale wychowywała mnie głównie Baja. Była na luzie, niezwykle tolerancyjna i wyrozumiała, nawet kiedy nie chciałem się uczyć. Pilnowała mnie jednak, abym uczęszczał na religię. To dzięki niej przyjąłem pierwszą komunię i sakrament bierzmowania.

Jak ocenia Pan rzeźby babci?

Są dla mnie niezwykle cenne. Babcia, absolwentka krakowskiej ASP, wychowanka prof. Laszczki, nie ceniła zdeformowanej, hołdowniczej sztuki socrealistycznej. Wolała klasykę, więc z zamówieniami w czasach PRL-u miała trudności. W wolnych chwilach rzeźbiła drobne artystyczne miniaturki, nawiązujące do folkloru warmińsko-mazurskiego i poleskiego. Mamy ich blisko 300. Ale kiedy otrzymywała zamówienie na jakieś dzieło, to w rodzinie panowała pełna mobilizacja. Wszyscy przeżywaliśmy swoistą akcję. Babcia miała pracownię w Kortowie pod rektoratem i tam jej pomagaliśmy: przywoziliśmy odpowiednią glinę z cegielni, wyrabialiśmy ją ręcznie, mieszaliśmy, ugniataliśmy, oblepialiśmy nią konstrukcję. Baja dopracowywała potem artystyczne szczegóły, następnie powstawał odlew gipsowy, do którego wlewało się cement, biały gips, czy brąz. Pamiętam, że przy odlewach pomagał jej też Wilhelm Bobrzyk, nauczyciel plastyki. W ten sposób stworzyła ok. 50 głów i popiersi znanych postaci w cyklach, m.in. „Zasłużeni dla Warmii i Mazur”, czy „Artyści, naukowcy, politycy”.  Poza tym wykonała 14 rzeźb pomnikowych, w tym  9 z nich jest w Olsztynie, m.in. trzy fontanny: „Ryba z dzieckiem”, „Rybactwo i Rybołóstwo” oraz „Kormoran”. Razem Baja jest autorką blisko 1000 dzieł.

Pozował Pan do niektórych?

Tak, byłem modelem do kilku rzeźb, na przykład „Amor” w olsztyńskim parku Zamkowym nad Łyną to ja, podobnie jak dziecko na fontannie „Ryba z dzieckiem”. Kiedy pozowałem robiło się nerwowo, bo musiałem tkwić nieruchomo. Całe szczęście, że babcia pracowała fragmentami i robiła mi jako dziecku przerwy, podczas których mogłem trochę pobiegać.

Gdzie można zobaczyć rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej?

W różnych miejscach w Polsce i poza granicami – w przestrzeni publicznej, w muzeach, w kolekcjach prywatnych. Ponad 40 rzeźb można oglądać w Kortowie, w autorskiej galerii mieszczącej się na kilku poziomach Auli prof.  Mieczysława Kotera, czyli w budynku dawnego Kina. W Kortowie, gdzie mieszkaliśmy, stoi też jej kilka rzeźb, m.in. „Kormoran”, „Rolnictwo i Rybołóstwo”. Na frontonie rektoratu UWM, czyli w gmachu gdzie znajdowała się jej pracownia, umieszczono w 1992 r. tablicę pamiątkową z wizerunkiem artystki i napisem „Balbina Świtycz-Widacka (1901–1972). Rzeźbą swoją ukochała Warmię i Mazury”. Jest ona też patronką jednej z ulic na olsztyńskim osiedlu Pieczewo. Olsztyn sporo babci zawdzięcza – była współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Olsztyna, angażowała się w działalność Związku Artystów Plastyków, Stowarzyszenia „Pojezierze”, prowadziła społecznie zajęcia rysunku i malarstwa.

Balbina Świtycz-Widacka to także poetka. Mimo iż napisała ponad 1000 wierszy, aforyzmów, fraszek i erotyków, tylko niewielką część wydrukowano w prasie i antologiach. Jej twórczość nie doczekała się też nawet jednego zbiorku… Czy jej utwory literackie się zachowały?

Tak, są w moim posiadaniu, podobnie jak własnością rodziny jest większość jej rzeźb. Baja pisała poezję głównie nocą, kiedy przychodziła do niej natchnienie.

Zmarła stosunkowo  młodo, w wieku 71 lat, 28 lipca 1974 roku. W jakim był Pan wtedy wieku?

Miałem szesnaście lat. Jej śmierć była dla nas zaskoczeniem, nie mówiąc o wielkim bólu. Pamiętam, że panowały wtedy straszne upały i babcia skarżyła się, że „serce jej kamieniem leży”. Lekarz stwierdził jednak, że to nic groźnego, ale skierował ją do szpitala, aby zrobić badania. I już na drugi dzień, o dziesiątej wieczorem, zmarła w olsztyńskim szpitalu. Cierpiała na rozedmę płuc, bo całe życie dużo paliła, ale miała też kłopoty z układem krążenia. Pogrzeb był sporym wydarzeniem, przybyło dużo ludzi, po nabożeństwie w olsztyńskiej katedrze spoczęła w Brodnicy, obok swego męża Iwona Widackiego, krewnego Rodziewiczówny, właściciela majątku koło Kobrynia na Polesiu. Oboje, z córkami Jowitą i Kariną, przetrwali tam okupację, najpierw sowiecką, potem niemiecką, i znowu sowiecką. Po zakończeniu wojny tułali się po Polsce i mój dziadek, mąż Bai, zmarł  9 sierpnia 1949 r. w Brodnicy. W 1972 r. znowu więc się połączyli… Na pewno odwiedzę ich grób 28 lipca, w 50. rocznicę śmierci Bai.

Co Pan odziedziczył po babci Balbinie Świtycz-Widackiej?

Luz, swobodny tryb życia, dużo też palę.

„Wiosna” Fot. Teresa Kaczorowska
„Rybactwo i Rybołóstwo”. Fot. Teresa Kaczorowska
„Ryba z dzieckiem”. Fot. Teresa Kaczorowska
Olsztyn-Kortowo, część dzieł w Galerii Rzeźby Balbiny Świtycz-Widackiej. Fot. Teresa Kaczorowska

PIOTR BOBOŁOWICZ: II Forum Wolnych Narodów Rosji – Zdekolonizować imperium

Rekonstrukcja i transformacja strukturalna Federacji Rosyjskiej to główne tematy Forum Wolnych Narodów Rosji, które odbyło się w Pradze 22-23 lipca 2022 roku. Przedstawiciele skolonizowanych ludów Azji Centralnej, Kaukazu i regionów Federacji Rosyjskiej spotkali się, by dyskutować o deputinizacji, dekolonizacji i demilitaryzacji.

 

Нравиться, не нравиться, империя развалится – podoba się, nie podoba się, imperium się rozpadnie. To hasło padło w Pradze nie raz. Uczestnicy nie mieli wątpliwości, że Rosja zmierza ku upadkowi. Wybrzmiało to jasno zarówno w przemówieniach, jak i w deklaracji, którą podpisali niektórzy ze zgromadzonych przedstawicieli rdzennych ludów zamieszkujących ziemie Federacji Rosyjskiej.

Federacja Rosyjska jest dziś państwem terrorystycznym rządzonym przez zbrodniarzy wojennych. Szereg bezsensownych wojen wznieconych przez imperialne przywództwo Federacji Rosyjskiej przez ostatnie 30 lat pozbawia nasze rdzenne ludy i skolonizowane regiony jednej z najważniejszych rzeczy: prawa do życia. Przedstawiciele rdzennych ludów i skolonizowanych regionów, którzy wykorzystywani są jako mięso armatnie, podlegają mobilizacji w pierwszej kolejności.

Wraz z początkiem wojny napastniczej przeciwko Ukrainie, nasze ludy i regiony zostały wciągnięte wbrew ich woli w zbrodnie wojenne, w tym w ludobójstwo narodu ukraińskiego prowadzone przez Kreml. Z powodu polityki imperialnego centrum, ludzie i regiony Federacji Rosyjskiej mierzą się z sankcjami, zagrożeniem cywilizacyjnej izolacji, a nawet kompletnym zniknięciem. Wszystko to sprawiło, że Federacja Rosyjska jest już na granicy chaosu i wojny domowej. Tylko całkowita i kontrolowana dekolonizacja Rosji może temu zapobiec.

Uczestnicy forum podkreślali, że ważnym aspektem rozpadu Federacji Rosyjskiej jest niedopuszczenie do realizacji tych obaw, które towarzyszyły także rozpadowi Związku Sowieckiego – do powstania próżni bezpieczeństwa. W tym celu zamierzają przeprowadzić nie tylko dekonstrukcję, ale także rekonstrukcję Rosji, tworząc na jej miejscu dobrowolne zrzeszenie niepodległych państw. Przy tym wszystkim powołują się przede wszystkim na Powszechną Deklarację Praw Człowieka, wywodząc z niej prawo do samostanowienia narodów, które reprezentują.

Tatarstan, Iczkeria, Baszkiria, Buriacja, Komi, Syberia, Ingria, Republika Bałtycka, Karelia, Daleki Wschód, Don, Ural, Dagestan czy Kubań to tylko niektóre z państw, które według zebranych mają wyłonić się z obecnej Rosji. Przestrzeń postrosyjska (analogicznie do postsowieckiej) opierać się ma na demokracji i pokojowym współistnieniu.

Wydarzenie zostało zorganizowane przez Instytut Regionów Rosji, na czele którego stoją prezes Andrius Almanis i wiceprezes Vadim Shtepa. Instytut zajmuje się badaniem ekonomicznej, politycznej i kulturalnej specyfiki regionów Rosji w perspektywie uzyskania przez nie suwerenności w wyniku rozpadu Rosji, który, jak podkreślono na stronie Instytutu, jest nieunikniony. Dodatkowo Instytut stara się pokazać perspektywę inną niż moskiewska, podkreślając wyjątkowość, unikalność i zapełniając niszę badań nad ponad osiemdziesięcioma regionami Rosji, ciągnącymi się od jej zachodnich granic do Oceanu Spokojnego.

Na przyczyny rosyjskiego imperializmu, a zarazem na sposób wyeliminowania tego zjawiska w przestrzeni postrosyjskiej wskazał jeden z uczestników Forum, niemiecki politolog rosyjskiego pochodzenia, były dyrektor regionalny Fundacji Heinricha Bölla w Kijowie Sergei Sumlenny:

„Rosja czuła, że jest swego rodzaju okaleczonym Związkiem Sowieckim i chciała przywrócić jego siłę. W tym przypadku, jeśli Rosja upadnie teraz i żaden kraj, z tych, które wyłonią się z jej ruin, z ruin dawnej federacji rosyjskiej, jeśli żadne z tych państw nie będzie postrzegać się jako okaleczona Rosja albo okaleczony Związek Sowiecki, wtedy żaden naród nie będzie marzył o przywróceniu tych bytów, bo nie można marzyć o przywróceniu czegoś, z czym się nie identyfikujemy”.

Oprócz uczestników forum reprezentujących narody skolonizowane przez Rosję, wśród których wymienić można chociażby takie osoby jak Achmed Zakajew, premier rządu Czeczeńskiej Republiki Iczkerii, Rafis Kashapov, wicepremier rządu Tatarstanu na uchodźctwie, współzałożyciel ruchu Wolny Idel-Ural, Denny Teps, przewodniczący światowego kongresu Czeczenów czy Zurtan Chałtarow, buriacki działacz niepodległościowy, pojawiły się także osoby z państw z Rosją sąsiadujących, które w przeszłości uniezależniły się od Moskwy. Wystąpiła między innymi była minister spraw zagranicznych Polski, europoseł Anna Fotyga, były minister spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkin, deputowany Rady Najwyższej z prezydenckiej frakcji Sługa Narodu Oleh Dunda czy też reprezentant Tatarów Krymskich, narodu prześladowanego przez Rosję od czasów carskich, dzisiaj ponownie znajdującego się pod moskiewską okupacją Erfan Kudusow.

Pawło Klimkin wskazał na potrzebę stabilizacji w regionie:

„Jesteśmy głęboko zainteresowani, by mieć sąsiadów, którzy nie będą zagrożeniem dla Ukrainy w przyszłości, dla ukraińskiego narodu, dla ukraińskiego państwa, bo Putin wierzy, że wszystko, co ukraińskie jest sztuczne. Nasza państwowość, nasza historia, nasz naród. A my udowodniliśmy, że się myli. Teraz to rola tych narodów udowodnić Putinowi, że jego koncept imperium i nowego Związku Sowieckiego jest pomyłką”.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich reprezentował na Forum członek zarządu SDP, redaktor naczelny Kuriera Lubelskiego Wojciech Pokora, który podkreślał znaczenie wolności narodów – wolności słowa, wolności zgromadzeń, wolności samookreślenia, ale przede wszystkim prawdy. Odczytał on oświadczenie Zarządu Głównego SDP.

Tekst oświadczenia SDP

W deklaracji podpisanej podczas Forum sygnatariusze ogłosili zwołanie na koniec roku 2022 Międzynarodowej Konferencji nt Pokojowej Dekolonizacji i Organizacji Terytorialnej Przestrzeni Postrosyjskiej, która odbyć się ma przy udziale państw członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, sąsiadów Rosji i organizacji międzynarodowych.

O tym, co dręczy dziennikarza na wakacjach pisze HUBERT BEKRYCHT: Demokracja szkodzi mediom

Najpopularniejszy, najlepszy, ale też i najbardziej zdegenerowany system rządzenia światem, czyli demokracja ma najgorszy wpływ na media. Wszędzie. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, Polsce, Niemczech, Wielkiej Brytanii jak w i Japonii, Australii i w Mongolii. Z tym, że z tą mongolską demokracją to jest problem. No, ale w końcu z każdą demokracją bywają problemy. Z mediami w demokracji, niestety, stało się to, co musiało się stać – zanikają tradycyjne a pojawiają się media, które społeczne są tylko z nazwy.

Demokracja daje, teoretycznie, ogromne prawa mediom. Dziennikarz jest osobą uprzywilejowaną, niemal na granicy władzy. Reporterzy, bywa, obalają rządy, prezydentów, ale najczęściej zmieniają swoich szefów. Bo kto będzie lubił prezesa gazety, która podała, że jakiś minister ma kochankę albo wydał kilka tysięcy w miejscowej walucie na odzież damską płacąc służbową kartą?

W związku z tym prasa, radio, telewizja, a nade wszystko internetowe potwory nazywające siebie portalami, zaczynają przekraczać granice demokracji zadeptując jej ślady prawne. Na całym świecie znane jest zjawisko tzw. dziennikarskiego przesunięcia, które polega na stawianiu się pracownika redakcji ponad obowiązującymi przepisami wszystkich kodeksów. Władze, nie chcąc mieć kłopotów, początkowo to ignorują a potem… A potem jest już za późno. Kolejne szczeble administracji są pożerane przez żarłoczne media.

Teraz naprawdę gra się „dziennikarskimi śledztwami”. Choć bardzo podziwiam Koleżanki i Kolegów zajmujących się tzw. dziennikarstwem śledczym i doceniam, że często ich praca przynosi efekty, to zawsze będę powtarzał: nie ma dziennikarstwa śledczego, są tylko źle zabezpieczone dokumenty!

Czy nie możemy powrócić do zwykłego dziennikarstwa, tak aby żaden polityk nie podrzucał redakcjom kompromitujących materiałów na innych polityków? A może sama demokracja musi się zreformować, bo za kilka lat nie będzie istniała? Będą tylko redakcje i ich wojny. Politycy będą pisali artykuły a dziennikarze staną się politykami. Zresztą takie przykłady już obserwujemy. I to nie tylko w Mongolii.

O polszczyźnie, wzdychając ciężko, pisze WALTER ALTERMAN: Języku nasz, dręczony tupetem i niewiedzą

Przeczytałem ostatnio hymn pochwalny na część wykonawców tunelu drogowego TS-26 (Sady Górne – Nowe Bogaczowice). Autor rozpływa się nad cudami techniki, choć z tekstu wynika, że wydrążenie tunelu pod górą nie było ani nowatorskie, ani niezwykłe.

Nie w tym rzecz. Zaniepokoił mnie tytuł mikro-reportażu. Brzmi on tak: Tunel na S3. Rozkopali poniemiecką górę. Znaleźli więcej niż oczekiwali.

Niemiecka góra

Przeczytałem tekst trzy razy i jedyne ślady niemieckości góry autor opisał następująco: Drążenie TS-26 wiązało się też z kilkoma niespodziankami. Jedną z nich było odkrycie – nie ujętej na żadnych mapach – poniemieckiej sztolni. Wyrobisko pochodzące najprawdopodobniej z końca XIX wieku przebiegało przez obie nawy – prostopadle do tunelu. (…) Nie jest to jednak pozostałość po hitlerowskiej armii, lecz dawnych mieszkańcach. Jedna z miejscowych legend głosi, że dwóch mieszkańców Nowych Bogaczowic wydrążyło ją w poszukiwaniu węgla. Do dziś miejsce to nazywane jest bowiem „węglową górką”.

Owszem, górka, pod którą przebiega tunel położona jest na naszych Ziemiach Odzyskanych i z pewnością jest na tych ziemiach wiele śladów wielowiekowej niemieckości, bo przez wieki żyli tam Niemcy. Żeby jednak jakąś górę nazywać niemiecką trzeba nie mieć najmniejszego pojęcia o kulturze. Bo w kulturze przyjęte jest, że Wisła, Odra, Bug są rzekami. Tatry i Góry Świętokrzyskie też są przedwieczne i nie podlegają żadnej nacjonalizacji. Owszem, leżą na terenie Polski, ale nie można mówić, że są polskie. Czasami poeci, w uniesieniu piszą o polskiej Wiśle, polskim Bałtyku czy polskiej Puszczy Jodłowej. Czasem mówimy też o polskich Tatrach, ale mając na uwadze, że część Tatr leży po stronie Słowacji. Poetom wolno, ale dziennikarz powinien być mniej egzaltowany i powinien mniej pisać sercem, a więcej rozumem.

Na początku myślałem, że autor artykułu o tunelu, reprezentuje „ukrytą opcją niemiecką”, ale odrzuciłem tę supozycję. On po prostu niewiele wie, a jeszcze mniej rozumie.

Publika

Nagminnie dziennikarze sportowi określają widzów zawodów sportowych mianem: publika. To przykre. Określenie publiczność jest oczywiste i dobre, choć wolałbym: widownia, widzowie. Publika natomiast jest określeniem pogardliwym, deminutywnym. Publice bliżej do motłochu i gawiedzi niż do prawdziwej widowni.

Lopez

Lopez, który akurat wracał się do tyłu – powiedział sprawozdawca meczu piłki nożnej. I proszę, jedno krótkie zdanie a dwa duże problemy. Pierwszy z nich to fakt, że mamy w tym zdaniu rusycyzm. W języku rosyjskim jest taka forma, że mówi się: on wiernułsja. Po polsku jednak trzeba powiedzieć tylko, że wrócił. Bo już wiadomo, że on sam wrócił. To po co jeszcze się wrócił? Gdyby jeszcze ten Lopez skopał się sam po kostkach, to tak, to owo się byłoby wtedy usprawiedliwione. Drugi problem – wracamy zawsze do tyłu, czyli tam skąd przyszliśmy. To powszechny błąd w ludowej polszczyźnie.

Na szybko

Gwarowe, ludowe zwroty robią karierę. Ano, to żeby lud wszedł do śródmieścia było marzeniem stalinowskich komunistów, czemu dawali wyraz na piśmie, czyli w literaturze. Jednak ówcześni bojowcy nie przewidzieli, że lud wejdzie do śródmieścia wraz ze swoim językiem. A ten jest okropny. Na szybko to państwu przedstawię – tak rozpoczyna jakiś temat młoda dziennikarka. Nie wie, że można coś przedstawić szybko? Bez tego na? Niestety, ostatnimi laty język gwar miejskich i wiejskich opanował nasze media. Zachwaściły go gwary, odebrały piękno fraz języka literackiego i kunszt budowania zdań. Ot, tak sobie gadamy, bo tacy fajni jesteśmy, prości i swojscy…

Boli mnie to, bo sam nie pochodząc z elit, uwierzyłem, że chcąc zostać inteligentem trzeba nauczyć się dobrze myśleć, poprawnie mówić i pisać. Żeby awansować społecznie, i żeby mieć tytuł do bycia świadomym obywatelem, który bierze współodpowiedzialność za sprawy społeczne. Taka była norma kulturalna za moich młodych latach. I podobała mi się, ta norma. Ale co się z nią teraz stało? Może zastąpiono ją jakąś nową normą, nieznaną, tajemną?

A o ludzie w śródmieściu pisał Adam Ważyk, w latach pięćdziesiątych piewca rewolucji, a późniejszy jej niezłomny pogromca. Cytat jest taki:

Adam Ważyk,

Lud wejdzie do Śródmieścia

 

…Z staromiejskiej gardzieli

wolna przestrzeń wystrzeli

i rozstąpią się przejścia

z peryferyj do placów,

od fabryk do pałaców,

lud wejdzie do śródmieścia

i ustali wzdłuż Trasy,

wzdłuż Nowej Marszałkowskiej

jedność piękna i pracy, planowania i troski.

Patrz, jak stoi uparta

na rusztowaniach partia,

rozpala się klasowa

bitwa – nasza budowa.

 

Atomówki nie budowałem

W filmie dokumentalnym lektor czyta, że …zbudowano broń atomową, najstraszniejszą ze znanych. Po czym następuje przypomnienie historii tego faktu. Zwróćmy uwagę, że z tekstu lektora nie wynika kto pierwszy zbudował atomówkę. Tekst głosi, że ją zbudowano.

Ta bezosobowość faktu niebezpiecznie zmienia postać rzeczy. Wychodzi bowiem na to, że broń atomową zbudowała ludzkość, tak ogólnie. Owszem amerykańscy naukowcy byli częścią ludzkości, ale przecież niecała ludzkość odpowiada za działania rządu USA. Na przykład mój ojciec nie przykładał do tego dzieła ręki. A używanie magicznego zwrotu zbudowano, obciąża nas wszystkich, po równo. Prosiłbym serdecznie dziennikarzy, żeby pisali, mówili konkretnie, kto zamordował, kto ukradł, kto zdefraudował. Bo zamordowano, ukradziono, zdefraudowano rozkłada odpowiedzialność prawie na wszystkich. A ja wolałbym wiedzieć, czy przypadkiem nie byłem zamieszany w defraudację. Bo obciążenie już jest, a gotówki nie widać.

Autobus, który napatoczył się rakiecie

Są sprawy, o których należy mówić poważnie i dobrym, precyzyjnym językiem. Jedną z nich jest wojna na Ukrainie, a już szczególnie rosyjskie bestialstwo wobec cywilów. Lecz oto w jednej ze stacji telewizyjnych widzimy film, ukazujący zniszczony przez rosyjską rakietę przystanek autobusowy. Potem jest ujęcie na dziennikarkę, która pokazywana jest na tle tego zdruzgotanego przystanku. Dziennikarka mówi: Ten przystanek autobusowy znalazł się w miejscu, w które ta rakieta uderzyła.

Obraz i sens są straszne, ale tekst dziennikarki, mimowolnie śmieszny. Wyszło bowiem na to, że przystanek przemieszczał się, i to tak nieszczęśliwie, że znalazł się na kursie rakiety. Tymczasem przystanek stał sobie spokojnie, w swoim miejscu, a rakietą go odnalazła. Przystanek nie był mobilny, ale rakieta tak. Przykre, że dziennikarka nie powiedziała tego normalnie, po ludzku. Dlaczego szukała jakichś wymyślnych form dla prostego opisu sytuacji?

Zawezwanie

Relacja z miejsca wypadku. Dziennikarka jest na miejscu zdarzenia i opisuje wypadek, w którym samochód osobowy potracił młodego rowerzystę. Niby nic trudnego, a jednak… W pewnym momencie dziennikarka mówi: Wtedy rodzina zawezwała policję o pomoc.

Poprawnie ten dziwoląg powinien być zbudowany tak: Wtedy rodzina wezwała na pomoc policję. Skąd się borą takie karkołomne i złe zdania? Dziennikarka popełnia w tym komunikacie dwa błędy. Pierwszy dotyczy tego, że można wzywać policję na pomoc, o pomoc można prosić, o pomoc można się zwracać, ale nie wzywać. Drugi kłopot mamy z nieszczęsnym zawezwała.

Dlaczego dziennikarka nie mówi, że rodzina wezwała, lecz zawezwała? Bo tak brzmi lepiej. Nic innego nie znaczy, ale brzmi dobrze. W ogóle mamy problem z tym przedrostkiem „za”. Rozpanoszył się i wciska wszędzie, a to dlatego, że wzmacnia siłę przekazu. Zwróćmy uwagę, że „za” dodane jako przedrostek bardzo często „kończy sprawę” i ma charakter działań definitywnych, ostatecznych. Można coś kupić, ale silniejsze jest zakupić. Można kogoś okuć w kajdany, ale silniejsze będzie zakuć. Można wreszcie kogoś bić, ale zabić jest ostateczne.

Poza tym – są teraz, oczywiście, sprawy ważniejsze niż poprawność języka. Niemniej, największy kłopot, lęk i obawy trzeba artykułować poprawnie. Może dlatego, że język jest naszą ostoją.

 

O teatrze lat 60. i 70. XX w. pisze WALTER ALTERMANN: Jerzy Trela 14.03. 1942 r.  – 15.05. 2022 r.

 

Tego samego dnia, 15 maja 2022 roku, odeszło dwóch wybitnych polskich aktorów – Ignacy Gogolewski i Jerzy Trela. W chwili śmierci Ignacy Gogolewski miał 90 lat, Jerzy Trela 80.

Obu tych wielkich aktorów dzieliło ledwie dziesięć lat, ale w sztuce teatralnej dzieliło ich wiele. W poprzednim artykule przypomniałem wspaniały dorobek Gogolewskiego, który był wybitnym aktorem swoich czasów, był tych czasów najdoskonalszym aktorem. Z kolei Trela żył i grał w innym już czasie, i był w „swoim teatrze” równie znaczącą postacią. Niby dzieliło ich jedynie 10 lat życia, ale naprawdę tworzyli w dwóch, jakże różnych epokach.

Pozwalam sobie tutaj opowiedzieć o tych różnych stylach i kształtach teatru. Trela, podobnie jak Gogolewski w swoich czasach, miał szczęście do pedagogów. Gogolewski w warszawskiej, a Trela w krakowskiej PWST. Potem jednak zaczynają się istotne różnice.

Teatr STU

Teatr STU został założony w 1966 roku, inspiratorem i szefem Krzysztof Jasińskiego. Była to inicjatywa grupy krakowskich studentów PWST, którzy zdecydowali się wyjść poza mury uczelni.

Jerzy Trela, jeszcze w czasie studiów, został jednym z założycieli i aktorem tego teatru, który był właściwie przedsięwzięciem właściwie prywatnym. Z czasem teatr zyskał instytucjonalnych opiekunów, ale początki, były takie, że STU został założony przez grupę młodych aktorów: studentów i absolwentów krakowskiej PWST. Ten teatr zakładali i grali w nim, poza Krzysztofem Jasińskim, Olgierd Łukaszewicz, Wojciech Pszoniak, Jerzy Stuhr, Jerzy Trela. Prawda, że nie byli to ludzie przypadkowi?

Bardzo istotną rolę odegrało też dwóch ludzi, którzy z PWST nie mieli nic wspólnego, ale w teatrze widzieli możliwość tworzenia. Pierwszy z nich to Edward Chudziński, drugim był Krzysztof Miklaszewski.

Edward Chudziński, naukowiec, związany był ze STU od jego powstania. W latach 1970–1993 był niezwykle ważną dla zespołu osobą – był kierownikiem literackim. Był też jako współautor (scenarzysta, dramatopisarz) wielu przedstawień, m.in. Spadania, Sennika polskiego, Donkichoterii, Tajnej misji, Na bosaka, Bram raju oraz widowisk plenerowych, m.in. Pieśni Wawelu. Jest także redaktor i współautorem publikacji książkowych o tym teatrze

Krzysztof Miklaszewski, to człowiek o niespożytej żywotności i pracowitości, aktywny w rozmaitych dziedzinach kultury. Erudyta, w mistrzowski sposób posługujący się zarówno słowem pisanym, jak i mówionym. W STU był współautorem – współdramaturgiem z Chudzińskim – najważniejszych spektakli. Miklaszewski w latach 1967–1971był również kierownikiem literackim STU. Miklaszewski uprawia krytykę teatralną, filmową i literacką. Jest dziennikarzem, pisarzem, autor adaptacji scenicznych, scenarzystą, reżyserem filmów oświatowych i dokumentalnych. Był współpracownikiem Tadeusza Kantora jako aktor występował w jego Teatrze Cricot 2.

Rewolucja kontrkultury

Dlaczego i kiedy młodzi artyści powołują do życia swoje sceny? Wtedy, gdy zastana klasyczna rzeczywistość im nie wystarcza. Gdy są przekonani, że tego co mają do powiedzenia, nie będą mogli dobrze wypowiedzieć w klasycznym, państwowym i instytucjonalnym teatrze. Krakowscy młodzi założyciele STU byli buntownikami, tak co do społecznej misji i powołania teatru, jak również co do formy,

W latach 70. XX w. Teatr STU zaznaczył swą obecność w światowym ruchu kontrkultury i sprzeciwu. Takie spektakle jak: Spadanie, Sennik polskiExodus, były prezentowane na międzynarodowych i krajowych festiwalach teatralnych. Teatr STU w Polsce „zaliczony został” do ruchu teatrów studenckich. Co prawda był to teatr zawodowców, i choć budziło to sprzeciw niektórych amatorów z tego ruchu, to inne, nowatorskie myślenie o teatrze, zupełnie inny, niż klasyczny sposób konstruowania spektakli sowicie wynagradzały widzom te nierówności. Faktem też jest, że Teatr STU mógł działać jedynie jako element ówczesnych teatrów studenckich.

Błogosławiona bieda

Jaki był ówczesny teatr studencki, lub alternatywny – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli? Przede wszystkim był szalenie agresywny, niemal plakatowy w swych społecznych wypowiedziach.

Teatry studenckie – w tym także STU – nie budowały drogich dekoracji. Nie szyto też dla aktorów drogich kostiumów. Światło teatralne również było skromne. Dlaczego? Bo żadnego z ówczesnych teatrów studenckich nie było na takie wymysły stać, bo te teatry były biedne Ale, o dziwo, była to błogosławiona bieda. Zamiast bowiem taplać się w sztukaterii teatralnej, oni zmierzali od razu do celu.

Repertuar tamtych czasów, w tamtych teatrach był wyrazem niezgody na nijakość życia społecznego, na życie wojenną przeszłością – mowa o II wojnie światowej. A jest przecież faktem, że elity krajów Wschodu i Zachodu zachowywały się identycznie. Dla nich prawem do sprawowania władzy były zasługi czasów wojny i okupacji. Przy czym te zasługi nie były – na szczęście dla jednostek – weryfikowane. W USA teatry kontrkultury wyrażały jawny i ostry sprzeciw przeciw wojnie z Wietnamem, młodzi ludzie nie widzieli bowiem żadnego sensu w umieraniu na drugim końcu świata, a tłumaczenia władzy o walce w imię zasad demokracji działały słabo.

Doszedł do tego jeszcze jeden czynnik – następstwo pokoleń. W roku 1970, ci którzy mieli po dwadzieścia kilka lat i kończyli edukację, dostrzegali, że wszystkie miejsca w dorosłym świecie są już zajęte przez kombatantów, którzy dobiegali sześćdziesiątki.

W Polsce teatry studenckie tamtego pokolenia – a przede wszystkim Teatr STU – nieodmiennie wyrażały sprzeciw wobec gnuśności i stagnacji. Szczególnie ulubionym celem ataków był język gazet, radia i telewizji. Cytowano ten język, obśmiewano i używano jako dowodu na bezmyślność władzy. Bo wszystkie media – poza dosłownie kilkoma gazetami – były państwowe, czyli rządowe.

W Polsce po roku 1968 nasilił się w teatrach studenckich sprzeciw wobec władzy. Dziś marzec 1968 roku kojarzony jest jedynie ze sprawą antysemickich wystąpień Gomułki, ale w dwa-trzy lata po 1968 młodzi ludzie pamiętali głównie o brutalnej pacyfikacji studenckich demonstracji.

Zapyta ktoś: a urząd cenzury? Nie obejmował zakresem swej działalności teatrów amatorskich, w tym studenckich. Oczywiście władza miała inne sposoby, żeby ingerować w treści płynące ze sceny. Były przecież wydziały kultury w gminach i miastach, ale większych ingerencji nie było z dwóch powodów. Po pierwsze władza traktowała artystyczny ruch studencki jak swoiste wentyl i amatorom pozwalała na o wiele więcej niż zawodowcom. Po drugie zakładano, że „treści wrogie lub nieprzychylne” docierają poprzez teatry do bardzo wąskiego grona osób. I tu się oczywiście myliła, bo tylko dwa spektakle Spadania w czasie Łódzkich Spotkań Teatralnych obejrzało niemal tysiąc osób. A potem te osoby szeroko opowiadały co widziały. A był to teatr zaskakujący formalnie i myślowo. Takie było społeczne tło teatru alternatywnego lat 60. i 70.

Jak grali

Aktorzy w tamtych offowych teatrach nie walczyli o piękno słowa. Ale też nie były to spektakle, w których bohater miał czas coś przemyśleć, zastanowić się, a potem klasycznie „wyartykułować”. Bo były to spektakle grane jakby w gorączce, w ogromnym napięciu, w niesamowitych nerwach – jakby za chwilę świat miał się zawalić i trzeba było jeszcze zdążyć wykrzyczeć swój ból, swoją sprawę do świata.

Ówczesnych widzów fascynowało niesamowicie szybkie tempo rozgrywania scen i ogromna zmienność sytuacji. A przy tym był to teatr „czysty”. Przez czystość rozumiem tu granie bez ozdobników, bez zalecania się i uwodzenia publiczności. Czystość oznaczała też jasne deklaracje co do tematów scen i całych spektakli. Teatr STU i cały teatr studencki, każdy teatr offowy dążył do jasnego wykładu swoich społecznych racji. Nie pamiętam żadnego ze spektakli offowych, który naśladowałby teatr zawodowy, w którym czas płynął wolniej, dostojniej.

Aktorzy doskonale rozumieli po co wychodzą na scenę, tworzyli jakby jedno ciało, naprawdę byli zespołem, dobrze dostrojonym, słuchającym siebie wzajemnie. Dla teatromanów tamtych lat Teatr STU i jemu podobni, byli objawieniem innych możliwości sztuki teatru.

Być może dlatego na różnych festiwalach teatrów studenckich pojawiali zawodowi, doskonali już reżyserzy. Niektórzy nawet zasiadali w jury, jak Jerzy Jarocki czy Józef Szajna.

W takim teatrze wychował się, taki teatr współkształtował Jerzy Trela, który jeszcze w czasie studiów zagrał w Teatrze STU rolę samozwańczego radcy Popryszczyna w Pamiętniku wariata według Mikołaja Gogola. Przedstawienie to zdobyło pierwszą nagrodę na międzynarodowym festiwalu teatralnym w Erlangen w RFN w 1966 roku.

Jerzy Trela przechodzi na zawodowstwo

Po studiach, w 1969 roku, zaangażował się do Teatru Rozmaitości (dzisiejszej Bagateli) w Krakowie, gdzie zagrał m.in. Płatona Kowalewa w adaptacji opowiadania Mikołaja Gogola Nos (1969, reż. Jan Łukowski) i Gołubkowa w Ucieczce Michaiła Bułhakowa (1969, reż. Halina Gryglaszewska.

Od 1970 roku do stycznia 2014 związał się ze Starym Teatrem w Krakowie. Tu, dzięki współpracy z twórcami prezentującymi różne estetyki, talent Jerzego Treli rozwijał się i dojrzewał. W przedstawieniach Jerzego Jarockiego, Konrada Swinarskiego, Andrzeja Wajdy i Kazimierza Kutza zagrał role różnorodne: od epizodów po bohaterów pierwszego planu, role, które należą do największych osiągnięć polskiego aktorstwa.

Najpierw Jerzy Jarocki zobaczył w nim aktora charakterystycznego, o zdolnościach do deformacji. Zagrał więc Czeladnika w Szewcach (1971) i przewrotnego Agenta Murdel-Bęskiego w Matce (1972) – słynnych inscenizacjach sztuk Witkacego.

Potem grał już wielkie role w przedstawieniach Konrada Swinarskiego. W Dziadach (1973) i Wyzwoleniu (1974), które zasługują niewątpliwie na miano wybitnych kreacji. Osobowość Jerzego Treli idealnie pasowała do reżyserskiej interpretacji Dziadów jako dramatu uniwersalnego, wyrażającego bunt przeciwko niewoli w każdej postaci.

Konrad Jerzego Treli zdaje się mówić: buntuję się, więc jestem. To nie jest bunt historyczny w tym znaczeniu, jaki temu pojęciu nadawali egzystencjaliści, bunt o odzyskanie wolności w społeczeństwie, ale raczej bunt metafizyczny. Wyzwanie skierowane przeciwko Bogu, który dopuścił w świecie zło, skazał człowieka na cierpienie i śmierć” pisał Bronisław Mamoń, Dziady, Tygodnik Powszechny, 4 marca 1973, nr 9.

Sam aktor mówił: „Ta rola była potężnym wyzwaniem, bo wiedziałem, że nie jestem w stanie zrobić tego, co Gustaw Holoubek u Kazimierza Dejmka w pamiętnych Dziadach z 1968 roku. Ale Swinarski chciał innego bohatera. Człowieka zwykłego. Jego Konrad zszedł z piedestału, wszedł na scenę z ulicy. To nie miała być tylko walka z zewnętrznym zniewoleniem, ale też z tym wewnętrznym, z samym sobą”. Artystą zostaje się później, wywiad Beaty Matkowskiej-Święs, „Gazeta Wyborcza” 9 lutego 2001, nr 34.

Kolejna wielka rola Treli u Swinarskiego to Konrad w Wyzwoleniu Wyspiańskiego. Znowu fascynował i skupiał uwagę widza na sobie.

„Rola Jerzego Treli jest namiętnym zaprzeczeniem teatru jako zwierciadła literatury. Jej myślowy i fizyczny wysiłek, zmaganie się aktora z materialnym oporem myśli i słów dramatu… Jak by trzeba żyć na co dzień, w jakiej temperaturze, aby to wszystko udźwignąć? Elżbieta Morawiec, „Konrad i Muza”, Teatr, 16-30 września 1974, nr 18.

Te dwa ostatnie spektaklu ugruntowały pozycję Treli. Zwróćmy uwagę, że we wszystkich recenzjach Jego ról pojawia się nieodmiennie, że Trela na scenie zmaga się, walczy.

Powiedzieć, że wyniósł to z teatru STU, byłoby nieprawdą. Myślę, że było odwrotnie. To on obdarował ten teatr swą pasją, żarem i tragicznym rozumieniem świata. Nie był aktorem letnim, grał całym sobą. Był jak kulisty piorun, który wpadał na scenę…

Jasiek w Weselu

Pamiętam doskonałe przedstawienie Wesela Wyspiańskiego, w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego, w Teatrze Starym w Krakowie. Jerzy Trela grał Jaśka. Byłem 12 czerwca 1977 roku na premierze, i sam to co poniżej widziałem. A było tak, że Grzegorzewski zamierzył swoje Wesele jako zimną, okrutną wiwisekcję polskiej duszy, polskich złudzeń i naszych odwiecznych zaniechań. Przez scenę, jak w upiornym tańcu, przewijały się kolejne postacie i osoby dramatu. Na scenie dominował wybebeszony fortepian. I taki też miał być ten spektakl. Przyznam się, że spektakl nie porywał. Ale jak miał porywać, gdy reżyser chciał zimnej wiwisekcji? Zrobiło się trochę nudno, choć nadal było kulturalnie. Finał poprzedziło otwarcie okien widowni na Plac Szczepański. I tak szłoby pewnie dalej, gdyby nie Jerzy Trela, jako Jasiek. W finale, gdy wszyscy są już zaczarowani i tańczą, Trela wpadał na scenę.

JASIEK

jakby tknięty, przytomniejąc

Jezu! Jezu! zapioł kur!

Hej, hej, bracia, chyćcie koni!

chyćcie broni, chyćcie broni!!

Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!!!

CHOCHOŁ

w takt się chyla a przygrywa

Ostał ci sie ino sznur.

Miałeś, chamie, złoty róg.

JASIEK

aże ochrypły od krzyku

Chyćcie broni, chyćcie koni!!!!

A za dziwnym dźwiękiem weselnej muzyki wodzą się liczne, przeliczne pary, w tan powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy — że ledwo szumią spódnice sztywno krochmalne, szeleszczą długie wstęgi i stroiki ze świecidełek podzwaniają — głucho tupocą buty ciężkie — taniec ich tłumny, że zwartym kołem stół okrążają, ocierając o się w ścisku, natłoczeni.

JASIEK

Nic nie słysom, nic nie słysom,

ino granie, ino granie,

jakieś ich chyciło spanie…?!

Dech mu zapiera Rozpacz, a przestrach i groza obejmują go martwotą; słania się, chylą ku ziemi, potrącany przez zbity krąg taneczników, który daremno chciał rozerwać; — a za głuchym dźwiękiem wodzą się sztywno pary taneczne we wieniec uroczysty, powolny, pogodny — zwartym kołem, weselnym —

Kogut pieje.

JASIEK

nieprzytomny

Pieje kur; ha, pieje kur…

CHOCHOŁ

nieustawną muzyką przemożny

Miałeś, chamie, złoty róg….

 

I wtedy połowa widowni głośno, połowa cichu – wszyscy zapłakali. Tyle było rozpaczy w Jego graniu, że nie sposób był pozostać bez współczucia. I nagle to zimne Wesele Grzegorzewskiego, w jednej, w ostatniej sekundzie zmieniło swój wymiar. Znowu stało się arcydramatem o nas, Polakach, uwikłanych w nasze niemożności. O nas nierozsądnych, ale przecież o nas. Nie wiem czy Jerzy Grzegorzewski był zadowolony, czy tak zamierzył, żeby na koniec zmusić nas widzów do wzruszeń? A może to sam Trela tak postanowił? W sumie było genialnie.

 

Nie piszę tu o całym bogatym życiu Jerzego Treli. Takie informacje można znaleźć na wielu internetowych stronach. Napisałem o Jerzym Treli jako naoczny świadek wielkich zmian w teatrze Polskim w latach 60. i 70. I jako człowiek zafascynowany jego aktorstwem.

Walter Altermann

Czy grozi nam IV Rzesza? Analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Niemieckie sny o potędze

Niemcy czują się lepsi od innych. To niemieckie przekonanie doprowadziło już do strasznych rzeczy w historii. II wojna światowa, którą wywołali napadając na Polskę, zapisała się w historii ludzkości jako symbol bezprzykładnego barbarzyństwa.

Niemcy twierdzą, ze „wyciągnęli wnioski”. Dostali ciężkie baty, więc co mają mówić, ale czy budowa systemu administracyjnego, prawnego, dziennikarskiego i biznesowego z udziałem unikających kary dygnitarzy i wysokich urzędników III Rzeszy jest „wyciąganiem wniosków”? Niektóre niemieckie koncerny wspierające zbrodniczą machinę Hitlera, do dziś nawet nie zmieniły nazw.

„Mocarstwo moralne”

Na arenie międzynarodowej Niemcom wybaczono wyrost. Byli potrzebni Stanom Zjednoczonym jako państwo frontowe w dobie zimnej wojny. Uzasadnione pretensje Izraela zasypali pieniędzmi. I, co byłoby śmieszne gdyby nie było ponuro groteskowe, ogłosili się „mocarstwem moralnym”. Bez bycia jakimś „mocarstwem” by nie usiedzieli.

Szkoda czasu i miejsca żeby opisywać wszystkie „przykazania”, które od tamtego czasu usiłowali implementować z wysokości „góry” swojego poczucia „moralnej” wyższości innym narodom. Te wszystkie tęczowe bzdury i zielone dyrdymały. Dość, że prędzej czy później okazuje się, że ich implementacja za granicą ma niekoniecznie „moralne”, a jak najbardziej merkantylne lub w inny sposób interesowne, motywacje.

„Mocarstwo niemoralne”

Na przykład okazało się, że skoro Niemcy są już tym „mocarstwem moralnym”, a przypadkowo, przy okazji, również mają zupełnie niespodziewanie, ogromny wpływ na instytucje Unii Europejskiej, to oprócz mocarstwa „moralnego” całkiem poważnie planują budową mocarstwa „niemoralnego” z Władimirem Putinem. Od Lizbony do Władywostoku. Mają gdzieś tam wprawdzie rysę na samym środku, na wysokości Polski czy Ukrainy, ale to się załata takim gazowym obejściem w postaci Nord Stream 1 i Nord Stream 2 i wszystko będzie pięknie. Rosjanie będą pompować gaz, a Niemcy rozdzielać po uważaniu.

I nie było słuchania, że to wbrew solidarności europejskiej. Co tam te konusy z Europy środkowej mogą wiedzieć o wartościach europejskich, kiedy Niemcy są ich uosobieniem? – Milczeć tam, my tu z Władimirem, prawda, żeśmy ustalili, to projekt biznesowy, jest i służy celom, których zbieracze szparagów nie są w stanie pojąć! – No i sobie zbudowali.

Niemcy zaskoczeni

W ten sposób kolejny niemiecki sen o potędze doprowadził do kolejnej wojny. Ale trzeba oddać Niemcom, że poczuli się zaskoczeni. Nie tak miało być. Miał być handel i niemiecki dobrobyt, a tutaj Władimir wykorzystał okazję i przewrócił stolik mniej więcej według scenariusza przed którym ostrzegała Europa Środkowa. Mało tego, najwyraźniej zaczął Niemcy z pozycji monopolisty, szantażować – Hej Władimir, no co ty, bracie, przecież takie rzeczy można robić tylko konusom z Europy środkowej i wschodniej, a my tu jak cywilizowani ludzie, mieliśmy imperium razem budować, pamiętasz? – Cóż za „niespodziewany” zwrot akcji.

W ten sposób, jak to się mówi, „moralne mocarstwo” cnotę straciło, a (nomen omen) rubelka nie zarobiło. Zgniotło wszystkich krytyków swoich imperialnych planów, nawiasem mówiąc, przynajmniej teoretycznie – sojuszników, a jego „wielki partner biznesowy”, zostawił je jak byle „sexworkerkę” w środku ciemnego lasu i bez pieniędzy na bilet.

Polska musi

Niemcom strach zajrzał w oczy. Zima za pasem, gazu nie ma. No ale w końcu są Niemcami. Kto tu w zasięgu ręki ma gaz? O, Czesi. Czesi oddadzą bez problemu, ale to za mało. Kto jeszcze? Polska! Ta niewdzięczna Polska, która nie chciała uczestniczyć w niemieckich projektach, a jeszcze jakieś fochy stroiła, gaz sobie chomikowała. Ma pełne magazyny. Teraz musi być „solidarna”! Polska ma oddać Niemcom gaz! Bo Niemcy potrzebują i to natychmiast. Niemieccy politycy mówią już otwarcie o tym, że nie to, że „grzecznie Polskę prosimy”, tylko, że UE powinna Polsce nakazać „solidarność”, czyli zmusić.

I nikogo to nie powinno dziwić, ostatecznie Niemcy są lepsi od innych.

O tym, że w porównaniach ważna jest skala pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Stauffenberg zamiast Pileckiego

21 lipca 1944 roku w Berlinie został rozstrzelany płk Claus von Stauffenberg, oficer Wehrmachtu, który dzień wcześniej dokonał nieudanego zamachu na Adolfa Hitlera w jego kwaterze polowej w Wilczym Szańcu w Prusach Wschodnich.

 

„Wzywamy Pana do rezygnacji z planów uczestnictwa w uroczystościach poświęconych pamięci Clausa von Stauffenberga, które mają odbyć się w Niemczech w dniu 8 lipca br. Mimo że ukończył Pan Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego, chcielibyśmy przypomnieć Panu antypolskie wypowiedzi i działania tego człowieka, którego jedynym pozytywnym czynem była nieudana próba zamachu na Adolfa Hitlera już po faktycznej klęsce militarnej Rzeszy Niemieckiej u końca II wojny światowej” – list takiej treści do prezydenta Bronisława Komorowskiego napisali przedstawiciele Reduty Dobrego Imienia w lipcu 2015 roku.

Dalej czytamy, że Stauffenberg, jako oficer Wehrmachtu, wziął czynny udział w ataku na Polskę w 1939 r. To już wystarczający powód, aby prezydent RP (ktokolwiek by nim był) nie czcił takiego człowieka. Ale pójdźmy dalej. Już 4 września 1939 r. w liście do żony Niny ten niemiecki bohater pisał o Polakach: „miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Wokół czuje się nadzwyczajną nędzę. Jest to naród, który, aby dobrze się czuć, najwyraźniej potrzebuje batoga. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa. Niemcy mogą wyciągnąć z tego korzyści, bo oni (Polacy i Żydzi] – red.) są pilni, pracowici i niewymagający”.

Czyli polski prezydent oddaje hołd rasiście, który siebie i naród niemiecki uważa za „wyższą rasę”, a Polaków i Żydów za podludzi. Chce z nich zrobić niewolników i zapewne zamknąć w „polskich obozach koncentracyjnych”.

I tu dochodzimy do „bohaterskiego” punktu w historii przedstawiciela Herrenvolku – narodu panów, czyli zamachu na Hitlera w lecie 1944 r. Tylko jakie były jego motywy? Czy chęć wyrównania krzywd dokonanych przez tzw. nazistów, czyli Niemców? Czy to, co nas, Polaków, powinno najbardziej przejmować, czyli zadośćuczynienie dokonanemu na nas ludobójstwu, planowanej likwidacji przede wszystkim polskiej inteligencji? Nic z tych rzeczy. Stauffenberg pragnął utrzymać niemieckie zdobycze wojenne i mocarstwową pozycję Niemiec. Z taką korektą, że już bez Hitlera.

Z ówczesnych uroczystości ku czci Stauffenberga, które odbyły się w Berlinie, Niemcy i świat po raz kolejny dowiedzieli się, że głównie (jeśli nie tylko) w Niemczech w czasie II wojny światowej istniał znaczący antyhitlerowski ruch oporu. To oczywiste kłamstwo, które Bronisław Komorowski postanowił firmować. Chyba lepiej byłoby oddawać hołd nie niemieckim, ale polskim bohaterom, ale na pewno nie tak, jak zrobił Komorowski – porównując Stauffenberga do powstańców warszawskich.

Szczęśliwie podejście do historii w Polsce się zmieniło. Ale w walce z nazistami – broń Boże nie mylić z Niemcami – Claus von Stauffenberg wciąż jest mocny. To on jest teraz bohaterem wysoko nakładowych filmów i to jego podnosi się do rangi europejskiego bohatera. I ma ten uniwersalny „walor”, że nie walczył z komunistami. Inaczej niż prawdziwy, wielki bohater walki z Niemcami i komunistami – rotmistrz Witold Pilecki.

Tadeusz Płużański

PAWEŁ BOBOŁOWICZ: Terrorysta Putin

Rosjanie mając wyraźny problem z uzyskaniem przewagi nad ukraińskim wojskiem wciąż ostrzeliwują cywilne cele i nie tylko w strefie przyfrontowej. Ubiegłotygodniowy barbarzyński atak na Winnicę położonej z dala od bezpośrednich walk, zabicie 24 osób i ranienie 68 (4 osoby znajdują się w stanie krytycznym) to działanie typowo terrorystyczne.

Rosja wykorzystała do tego ataku rakiety Kalibr wystrzelone z okrętów podwodnych na Morzu Czarnym. Gdyby nie ukraińska obrona przeciwlotnicza kolejne dwie rakiety uderzyłyby w Winnicę, miasto liczące ponad 370 000 mieszkańców. Rosjanie kilka razy zmieniali wersję dlaczego dokonali tego ataku. Rosyjska propaganda twierdziła, że dzięki uderzeniu „zniszczono grupę nacjonalistów”, później twierdzono, że zniszczono skład amunicji, a ostatnie komunikaty rosyjskiego ministerstwa obrony ogłosiły zniszczenie kierownictwa sił powietrznych Ukrainy. Prawda jest taka, że ofiarami byli cywile, w tym kobiety i dzieci. Być może Rosjanom udaje się czasem też zniszczyć cele wojskowe, ale by to uzyskać nie mają oporów by zabijać cywilów. W jednym z ukraińskich miast oglądałem zbombardowaną fabrykę, która być może miała też znaczenie wojskowe, ale jednocześnie wokół niej widziałem zniszczone rosyjskimi rakietami nowe bloki, w których zginęli cywile. Może te pociski przypadkowo uderzyły w mieszkalne budynki. Może, ale i tak nie można uznać, że taka po prostu jest cena wojny. To są skutki pobłażania terroryście Putinowi.

Swoją drogą pamiętacie Państwo taką austriacką minister spraw zagranicznych Karin Kneissl, która na swoim weselu tańczyła z Putinem? Działo się to w 2018 roku, gdy świat nie powinien mieć już złudzeń co do zbrodniczego charakteru rządów Kremla. A jednak jak widać nie przeszkadzało to przedstawicielom unijnych elit imprezować z krwawym dyktatorem. Kneissl ostatnimi dniami uciekła z rodzinnej Austrii ale pewnie na jej koncie jest wystarczająco dużo środków by cieszyć się życiem i korzystać z profitów bycia lobbystą Putina. W tym kontekście już nawet nie chce się pisać o Schroederze, otoczeniu Mogherini i wielu innych.

Ciekaw jestem, kiedy wyjdzie na jaw ile pieniędzy na konta rożnych europejskich polityków wpłynęło za promowanie polityki klimatycznej, zamykanie elektrowni i uzależnianie się od rosyjskiego gazu (jakże bardzo ekologicznie pozyskiwanego). Kraj, który tak zmuszał inne państwa do rezygnacji z tradycyjnych surowców właśnie pierwszy ogłasza, że powraca do energetyki węglowej! Chodzi oczywiście o czyste ekologicznie Niemcy, które najpierw przez swoje gazowe interesy z Rosją de facto pozwoliły na rosyjski atak na Ukrainę, doprowadziły do sytuacji, w której Rosja na gazie mogła zarobić pieniądze na prowadzenie wojny, a teraz ogłasza, że 16 elektrowni wykorzystujących paliwa kopalniane przywróci do działania, a kolejnych 11 będzie miało przedłużony czas eksploatacji. Cóż, zapewne Berlin nie musi się obawiać kar Unii Europejskiej, bo przecież niemiecki dwutlenek węgla nie powoduje efektu cieplarnianego. Oczywiście dla środowiska neutralne są też rosyjskie rakiety, bomby, czołgi, samoloty i miny.

Niemców bardziej przeraża wizja nieogrzewanych zimą domów niż tysiące niewinnych ofiar na Ukrainie.

Chwilę przed atakiem na Winnicę pani Iryna nagrała na telefon swoją córeczkę czteroletnią Lizę: „Zajączku, dokąd my teraz idziemy?” – pyta mama idąca z dziewczynką na zajęcia do logopedy. Nigdy tam nie dotarły, a kolejne zdjęcie martwej dziewczynki leżącej przy przewróconym wózku poznał cały świat. Putina stać, na to, by z podwodnego okrętu na Morzu Czarnym wystrzelić śmiercionośne rakiety, których ofiarami stają się małe dzieci i kobiety. Niestety Putin wciąż nie musi martwić się o pieniądze, czy swój wizerunek. On dobrze wie, że świat nie uzna go za terrorystę nawet gdy bestialsko morduje cywili. Chyba, że Niemcy się zdenerwują, że mają zimno w swoich domach.

 

ARTUR ŻAK: Rosyjski desant „zagranicznych dziennikarzy”

Na pierwszy rzut oka rosyjska propaganda sprawia wrażenie wybitnie siermiężnej i zmajstrowanej na kolanie papki informacyjnej, niemniej jednak, kremlowski aparat wojny informacyjnej jest bardzo rozbudowany, korzysta z wielopłaszczyznowej struktury i metodologii oddziaływania zarówno na terenie Federacji Rosyjskiej, jak i na zewnątrz.

Każdy typ przekazu, który Kreml generuje, jest dostosowany do odbiorcy tak, aby wywierać najbardziej skuteczny wpływ, na ten akurat segment społeczeństwa, na którym w danej chwili, Moskwie najbardziej zależy. Są informacje wykorzystywane tylko na potrzeby wewnętrznego odbiorcy, a niektóre z nich są tak stare i tak często powtarzane, że zasługują już na miano weteranów wśród chwytów propagandowych. Jeżeli są do tej pory wykorzystywane, to dlatego, że są nadal skuteczne. Są też wiadomości specjalnie spreparowane dla obywateli innych państw, których treść, forma i narzędzia dotarcia, również zostają odpowiednio dopasowane do tego, gdzie i do kogo mają dotrzeć.

Niereżimowe media w Rosji od dziesięcioleci są poddawane licznym represjom, a na daną chwilę ten segment został praktycznie całkowicie wyeliminowany, jeżeli nie liczyć nielicznych zaangażowanych blogerów i te media, które zostały zmuszone do działania na uchodźctwie. Dlatego rosyjskie wewnętrzne pole informacyjne, jest w 100% zagospodarowane przez media prorządowe, a asortyment jest naprawdę imponujący. Lata inwestowania przez Kreml horrendalnych kwot w rozbudowę ośrodków przekazu daje wymierne korzyści. Rosyjscy topowi propagandyści są naprawdę sowicie opłacani, a ich majątkom nierzadko mogą pozazdrościć nawet deputowani Dumy, którzy w rosyjskim społeczeństwie uchodzą za tych co chwycili Pana Boga za nogi.

Nie mniejsze kwoty szły i idą na budowę rosyjskiej narracji poza granicami Rosji. Można podzielić je na dwa typy: te które działają w państwach na terenie dawnego ZSSR i pomimo ewidentnie prorosyjskiego nastawienia funkcjonują jako media danego państwa, jak i te, które mają za zadanie oddziaływać na społeczeństwa państw spoza przestrzeni postsowieckiej. Jako przykład pierwszego typu, należy wymienić całe grupy medialne, które przez wiele lat działały w Ukrainie, a idealnymi przykładami drugiego typu, będą telewizja RT(kiedyś Russia Today) i agencja informacyjna Sputnik. RT i Sputnik demonstrują kremlowski punkt widzenia, ale w formie dostosowanej do odbiorców przeważnie z państw Zachodu.

Dla rosyjskiej propagandy, nie ma rzeczy niemożliwych. Są w stanie stworzyć temat z niczego, przekręcając fakty, a także nierzadko posługując się całkowicie sfabrykowanymi dowodami, na podstawie których, usłużni „dziennikarze” i „eksperci”, są wstanie sfabrykować temat dnia, miesiąca, a często nawet lat. Jednym ze sposobów, który często jest wykorzystywany w celu uwiarygodnienia narracji, jest zaangażowanie obywateli państw Zachodu, którzy w tym przedstawieniu pełnią rolę „zagranicznych dziennikarzy”. Jednym z najbardziej znanych „dziennikarzy” tego typu, jest obywatel Wielkiej Brytanii Graham William Phillips, który w grudniu 2013 r. rozpoczął współpracę z RT i relacjonował wydarzenia Rewolucji Godności w Kijowie. Następnie w marcu 2014 r. przebywał na  Krymie, gdzie stwarzał odpowiedni obrazek z „referendum” i aneksji półwyspu, ale tak naprawdę jego gwiazda zabłysła dopiero po tym, jak rozpoczęły się działania zbrojne na Donbasie. Graham Phillips był wszędzie tam gdzie coś się wydarzyło, a nawet często tam, gdzie coś się miało dopiero wydarzyć. Relacjonował „liczne zbrodnie” ukraińskiego wojska, zachwycając się męstwem „zwykłych górników – obrońców” Donbasu. Zażyłość z dowódcami prorosyjskich oddziałów jest widoczna na licznych filmikach Grahama. Na jednym z nich rosyjscy kolaboranci pozwalają mu strzelać z karabinu maszynowego w kierunku ukraińskich pozycji. Po 24 lutego br. Phillips „wykazał się” wywiadem z Aidenem Aslinem, żołnierzem Sił Zbrojnych Ukrainy wziętym do niewoli w Mariupolu. Chociaż ten „wywiad” wyglądał raczej na przesłuchanie. Aiden Aslin był przez Phillipsa nazywany najemnikiem w stosunku, do którego nie mają zastosowanie konwencje, ale ze względu na to, że są uprzejmymi, dobrymi ludźmi(„uprzejmi ludzie / вежливые люди” jedno z określeń rosyjskich żołnierzy nieposiadających dystynkcji wojskowych, którzy prowadzili zbrojne działania na Krymie oraz na wschodzie Ukrainy – red.), może liczyć na zastosowanie nie tylko Konwencji Genewskiej.

Takich jak Graham Phillips niestety jest więcej, a można było się o tym przekonać, obserwując organizowane przez Kreml, „wycieczki dziennikarskie” na okupowane przez Rosjan terytoria, takie jak Mariupol, Melitopol, Chersoń, itp. Jednak temu zagadnieniu poświęcimy kolejny artykuł.

 

O kształcie opozycycjnych poglądów pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: „Skrzyw gębowy” zdradza

Czytam u psychologa mądrali: kluczem do rozpoznania kłamcy jest śledzenie grymasów na jego twarzy. Mam trzech faworytów od „skrzywu gębowego”. Właściwie od wykoślawiania warg, gdy mówią oni. To Szymon Hołownia, Tomasz Siemoniak i Radosław Sikorski. Przypatrzcie się ich ustom, gdy przemawiają lub gdy udzielają wywiadów w telewizjach.

Hołownia ze ściśniętymi ustami trudną w odbiorze dykcją wypuszcza merytoryczny bełkot aspirujący do radykalizmu. Pominę treść wypowiedzi, bo to okrągłe gadanie o niczym. Totalny sprzeciw bez krzty pomysłu. Jedzie na tym, że tak zwani młodzi, często zgorzkniali i nastroszeni wrogo do wszelkiej władzy chcą mieć koniecznie swojego przedstawiciela. Chłopczyk w ładnie wyprasowanym garniturku im się podoba. Obywatel H. ma ciągle kilka procent poparcia. I na zdrowie! Wróćmy jednak do tych wąskich usteczek. Laleczka niby centrowo-prawicowa, a nawet może narodowa jest delikatna. Jak Bosak i Winnicki. Oni są jednak znacznie inteligentniejsi i bardziej strawni wizerunkowo. Hołownia to kaprys, efemeryda. Dziwne, że dawno już nie poszedł precz w sondażach. Ale wiadomo „de gustibus non est disputandum”. Albo „każda potwora znajdzie amatora”. To prawda, że wśród polityków dominują stare zgredy. Bez gustu i ze złą dykcją. A tu pojawił się miły chłopczyk. Fajny, dopóki się nie odezwie.

Jeszcze większy skrzyw gębowo-wargowy demonstruje Siemoniak. Trudno dociec skąd on się w ogóle wziął. Wywindował go przyjaciel z lat studenckich – bardzo inteligentny, dobrze wychowany i grzeczny Paweł Piskorski (były prezydent Warszawy). Czytałem kiedyś jak opowiadał, że Siemoniak – serdeczny przyjaciel – zerwał wszelkie kontakty, gdy pan Paweł dostał się pod ostrzał krytyki zarzucającej mu przekręty. Pamiętam też – i chyba wszyscy – decyzję „wojaka” Siemoniaka, byłego ministra obrony, likwidującą jednostkę w Wesołej. Uznał, że ten garnizon jest niepotrzebny. W ogóle mieliśmy wyjątkowe postacie na ministerialnym stołku obrony narodowej. Dzięki Bogu wówczas Putin dopiero się szykował do ataku i zbroił. Ci nasi wyjątkowi eksperci, Siemoniaki, Klichy na szczęście długo Polski nie „bronili”. Zostawili za to bolesne ślady. Zniszczenie Marynarki Wojennej, wojskowe opuszczenie Helu, puste koszary w Bydgoszczy i wielu innych miejscach. Wyprzedane, zardzewiałe. Jeszcze trochę tam tego panowania a zostalibyśmy z mikro armią pod dowództwem klepiących głupoty pacyfistów.

Wreszcie trzeci koleś. Nosi wspaniałe historyczno-wojskowe nazwisko. Bojowy dziś redaktor Łukasz Warzecha zrobił z nim wywiad-rzekę. Grube tomisko, ładnie wydane. Był to rzeczywiście bestseller, bo Radosław Sikorski rozbudził pewne nadzieje. Ale balon szybko pękł. Prysnął jak bańka mydlana, bo polityk zaczął popisywać się głupimi i aroganckimi wypowiedziami na czele z tą o rozpędzaniu opozycji, którą nazwał watahą. To bezczelne porównanie kolegów polityków do skupiska zwierząt przechyliło szalę. Były też demonstracje przyjaźni ze wschodnim ludem jak i syczenie nienawiścią wobec prawicy – „pijani, niespełna rozumu” etc. Sikorski powtykał sobie w swojej posiadłości tabliczki, że ma antykomunistyczne zasady. Brawo. Co za odwaga. Publikował zdjęcie z kałachem na ścianie, które miało dowodzić jego bohaterskich działań w Afganistanie. Może to i prawda była. Wyznaczono go do wywiadu telewizyjnego z Panią Margaret Tatcher. Zapytał wówczas odważnie jak to było z obiecywaną Polsce na wypadek wojny pomocą ze strony Anglii. Ale żelazna dama wręcz go fuknęła, że przecież Anglicy wypowiedzieli wojnę Niemcom. I to już dzielnemu redaktorowi wystarczyło. Podkulił ogon. Oczywiście był za słaby na tą starszą panią.

Tacy są nasi chłopcy od polityki. Inni mają tytuły naczelnych redaktorów, a tak naprawdę to chłopcy na posyłki. Jeśli nawet mają coś do powiedzenia, asekuracyjnie milczą, bo przecież stołki łatwo mogą stracić. Zdobywają się na odwagę np. by zakpić, z tych którzy mówią prawdę o zbrodni smoleńskiej (Baczyński, Chrabota).

Ale wróćmy do skrzywionych. Może by pomogli sobie botoksem. Usta zrobią się wydatne. Tyle, że na krótko. I deformacja po jakimś czasie będzie jeszcze większa. Skrzyw polityczny to znak rozpoznawczy. Kiedyś wymyślono: piękne dziewczęta na ekrany. Teraz pasowałoby – krzywe gęby, kłamcie do lustra, póki nie pęknie.