Biorą wszystko – WOŁODYMYR SYDORENKO o rosyjskich grabieżach w Ukrainie

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Dla prawdziwych wojowników obrażanie słabszego człowieka, a tym bardziej kradzież jego własności lub chleba, było niezrównaną hańbą na przestrzeni wieków. Kiedy Rosja zajęła Krym w 2014 roku, stopniowo zawłaszczyła wszystkie banki,  sanatoria, pensjonaty, winnice i całą inną własność, która przestawiała jakąś wartość.

Kiedy Rosjanie zdobyli i zaczęli przejmować kontrolę nad kilkoma obszarami Donbasu, zdemontowali i wywieźli do Rostowa sprzęt z 18 różnych fabryk. Zainstalowali na swoich terenach obrabiarki i nawet rządowa „Rossijskaja Gazieta” nie wstydziła się napisać, że skradzione na Ukrainie maszyny zaczęły wytwarzać produkty w Rostowie.

Pewnego dnia tureckie organy celne zatrzymały rosyjski statek towarowy ze zbożem, który według władz ukraińskich został wywieziony z zajętego przez Rosjan portu Berdiańsk. Ambasador Ukrainy w Turcji Wasyl Bodnar, powiedział, że los statku i skradzionego z Ukrainy ładunku zostanie rozstrzygnięty na posiedzeniu organów śledczych. Jak informuje Marine Traffic, 1 lipca do tureckiego portu Karasu dotarł rosyjski statek do przewozu ładunków suchych „Zhibek Zholy”, oskarżany przez Kijów o transport ukraińskiego zboża. A wcześniej, 30 czerwca, szef mianowanej przez Moskwę okupacyjnej administracji w obwodzie zaporoskim Jewhen Bałycki poinformował, że z okupowanego przez Rosjan ukraińskiego miasta Berdiańsk wypłynął statek handlowy z siedmioma tysiącami ton zboża. Fakt ten dał Ukrainie i państwom zachodnim powód do oskarżenia Rosji o kradzież ukraińskiego zboża i blokowanie ukraińskich portów, co zagraża światowym dostawom żywności.

Jeszcze wcześniej, po zajęciu terenu zakładu Azowstal, okupanci wywieźli do Rosji duże zapasy produkowanego tam ukraińskiego metalu, który miał być dostarczany dla ukraińskich przedsiębiorstw. Wyposażenie fabryki pocięli na złom, który wywieźli ją do Rosji.

Gdy na początku lata w okupowanych regionach urodzajnego ukraińskiego regionu Chersoń dojrzewały owoce i warzywa, najeźdźcy zabierali je rolnikom i sprzedawali na rynkach krymskich za podwójną cenę, reklamując je jako wysokiej jakości towary z Ukrainy .

Rosyjskie kradzieże i grabieże nie są nowością. Podczas czasowej okupacji obwodu kijowskiego w marcu tego roku rosyjscy żołnierze okradali supermarkety, wyłamywali drzwi w mieszkaniach i zabierali kosztowności, sprzęt AGD, ubrania i wszystko, co mieli pod ręką. Skradzione rzeczy odsyłali do domów z Białorusi, po tym jak zostali zmuszeni do opuszczenia okolic Kijowa. Przez białoruski urząd pocztowy przewinęło się kilka tysięcy takich przesyłek.

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Jak dowiedzieli się dziennikarze projektu RFE/RL „Schematy”, Rosjanie od kilku tygodni wyłączają radary na statkach przewożących ukraińskie zboże z Krymu do portów tureckich. Proces ten jest regularnie rejestrowany na zdjęciach satelitarnych dostępnych dla dziennikarzy. Ziarno jest ładowane na statek w Sewastopolu, gdzie jest sprowadzane z czasowo okupowanych terytoriów obwodów Chersonia i Zaporoża.

Na przykładzie dwóch statków – rosyjskiego i syryjskiego – dziennikarze pokazali, jak masowce regularnie zawijają do portu w Sewastopolu, gdzie ładowane jest zboże, a następnie przybywają do Turcji i tam zostają rozładowane. Gdy statki wpływają do portu na Krymie, ich radary są wyłączane, więc nie można ich śledzić za pomocą systemów monitorowania statków, takich jak Marine Traffic lub Equasis. Ale nie są w stanie „ukryć się” przed satelitą, który z kosmosu rejestruje obecność i załadunek statków w krymskim porcie.

Jednym z tych statków jest „Mychajło Nienaszew” pod rosyjską banderą. Dziennikarze przedstawiają dowody jego trzech rejsów z portu na Krymie do portów w Turcji. Inny przykład. 6 maja statek „Finikia” opuścił Nemrut nad Morzem Czarnym pusty. 10 maja statek wyłączył radar, ale 13 maja został wykryty przez satelitę w Sewastopolu. Masowiec załadowano zbożem i 24 maja przypłynął do Iskenderun. Oprócz zdjęć z kosmosu dziennikarze mają do dyspozycji dokumenty, z których wynika, że ​​„Nienaszew” i „Finikia” zostały załadowani zbożem w drodze do Turcji właśnie w krymskim Sewastopolu.

Dziś uważa się, że 22 mln ton ukraińskiego zboża nie może zostać wyeksportowane z powodu zablokowania przez Rosję portów Morza Czarnego. 13 czerwca Ukraina dostarczyła pierwszą partię zboża do UE nową drogą morską przez Bałtyk. Społeczność międzynarodowa wzywa Rosję do odblokowania portów i umożliwienia eksportu ukraińskiego zboża. W szczególności ONZ wezwała Rosję do zezwolenia na eksport zboża z ukraińskich portów. Ale Moskwa oświadczyła, że ​​jest gotowa zwiększyć podaż żywności w przypadku zniesienia sankcji nałożonych w związku z wojną z Ukrainą.

„Rosja jest uzależniona od transportu morskiego zagranicznymi statkami, więc jej dostęp do nich musi być ograniczony” – powiedział 5 lipca minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba. Zaznaczył, że rosyjska gospodarka jest zorientowana na eksport, więc w dużej mierze opiera się na transporcie morskim zapewnianym przez zagraniczne statki. „Wzywam partnerów: ograniczcie dostęp Rosji do międzynarodowych statków towarowych, to ograniczy machinę wojskową Putina. Bo tak naprawdę Rosja eksportuje śmierć, kryzysy i kłamstwa” – zaapelował szef ukraińskiego MSZ.

 

O sprawiedliwość pyta SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Pamięta Pan sprawę Tuska, Panie mecenasie?

4 lipca tego roku adwokat i były (?) polityk Roman Giertych umieścił na Twitterze wpis: „Julii P. grozi 10 lat więzienia za realizację orzeczeń na zamówienie”. Interesujące. Coś mi ten wpis przypomniał. Otóż ten sam adwokat 16 października 2014 roku twierdził przed warszawskim sądem z całą stanowczością, że nie wolno mówić i pisać o nikim, nawet o osobie publicznej, że grozi jej kara więzienia, skoro nie ma postawionego zarzutu ani nie ma aktu oskarżenia w jej sprawie. Tyle, że reprezentował wtedy interesy Tuska, młodego Tuska, Michała, zresztą ku mojemu zdziwieniu z powodzeniem.

Gdyby w Polsce istniały precedensy, mecenas Roman Giertych przegrałby teraz z „Julią P.”, czyli z prezes Trybunału Konstytucyjnego Julią Przyłębską, proces o ochronę dóbr osobistych. Gdyby. To ciekawa sprawa, więc pozwolę sobie ją przypomnieć.

Jak działały sądy i sędziowie za czasów premiera Tuska przed ogłoszeniem „doktryny Neumanna”? Amber Gold zostało założone w styczniu 2009 roku. Było głównym udziałowcem linii lotniczych OLT Express. Prezesem i właścicielem piramidy finansowej był pomysłodawca linii lotniczych OLT Express i wielokrotnie karany oszust Marcin Plichta. Dla OLT pracował między innymi syn Donalda Tuska, Michał, który podpisał z nią umowę na usługi doradcze i menedżerskie. Maile do OLT wysyłał ze skrzynki Józefa Bąka.

Michał Tusk pracując dla OLT zatrudnił się w gdańskim Porcie Lotniczym im. Lecha Wałęsy. Według Marcina Plichty młody Tusk „przyniósł OLT konkretną informację o tym, ile Port Lotniczy w Gdańsku bierze od konkurencji, a konkretnie od Wizz Air, za obsłużenie jednego pasażera”. W 2012 roku, kiedy sprawa podwójnej pracy w konkurujących ze sobą firmach wyszła na jaw „Gazeta Polska Codziennie” przeprowadziła wywiad z prezesem stowarzyszenia „Stop korupcji” Tomaszem Kwiatkiem, który stwierdził, że „jest podejrzenie, że Michał Tusk dopuścił się dwóch poważnych przestępstw”. Chodziło mu o sprzedaż konkurencji danych o wysokości opłat lotniczych gdańskiego portu lotniczego i o działanie na szkodę majątkową Portu Lotniczego Gdańsk.

Stowarzyszenie złożyło do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przez Michała Tuska przestępstwa. Gazeta, którą w 2012 roku kierowałem omawiając sprawę napisała o wywiadzie z Tomaszem Kwiatkiem dając tytuł „Michałowi Tuskowi grozi 10 lat więzienia”. Tusk junior wytoczył mi proces o naruszenie dóbr osobistych, zażądał 30 tysięcy złotych i przeprosin. Reprezentował go adwokat Roman Giertych, który argumentował wówczas w pozwie i na Sali sądowej, że nie można pod żadnym pozorem pisać, iż komuś grozi więzienie, jeśli nie ma postawionych zarzutów, bądź nie ma aktu oskarżenia, czy wyroku. Reprezentujący mnie mecenas Artur Wdowczyk argumentował, że – według niego – w takich przypadkach media mają prawo pisać o grożącej karze, jeśli prokuratura będzie prowadzić bądź prowadzi śledztwo. W październiku 2014 roku, kiedy w łódzkiej prokuraturze toczy się śledztwo w sprawie zawiadomienia stowarzyszenia „Stop Korupcji”, sędzia Bogdan Wolski z Sądu Okręgowego w Warszawie wydaje wyrok w cywilnej sprawie. Mecenas Giertych triumfuje, sędzia Wolski grzmi: „Artykuł jednoznacznie sugerował, że Michałowi Tuskowi grozi 10 lat pozbawienia wolności. Sformułowanie zarzutu popełnienia przestępstwa zawsze narusza dobra osobiste. „SE” mógłby uwolnić się od odpowiedzialności, gdyby dał dowód prawdy. Na przykład podałby, że jest wyrok skazujący czy, że do sądu wpłynął akt oskarżenia. Ale nie dał”.

Według wyroku miałem przeprosić Michała Tuska i zapłacić mu 30 tysięcy złotych. Apelacja zmniejszyła zadośćuczynienie do 5 tysięcy, ale przeprosiny zostają, a efekt mrożący zostaje osiągnięty: NIE WOLNO PISAĆ, ŻE KOMUŚ GROZI WIĘZIENIE, JEŚLI NIE MA ZARZUTÓW, AKTU OSKARZENIA, BĄDŹ WYROKU.

To oczywiście bzdura, nie wolno tak pisać i mówić w przypadku Michała Tuska, ta zasada codziennie bez konsekwencji łamana jest w przypadku innych osób. Cztery lata po wyroku cywilnym łódzka prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie domniemanej korupcji. Prokurator Krzysztof Kopania informował, że przekazywane przez Michała Tuska dane nie miały charakteru poufnego i nie były tajemnicą przedsiębiorstwa. Michał Tusk wystawiał za nie faktury na 7 tysięcy złotych. Ostatnią wypłatę z OLT przelano mu już po rozwiązaniu spółki OLT, co było niezgodne z prawem.

Kończąc, Roman Giertych w 2014 w sprawie Michała Tuska: „Nie można pisać, że komuś grozi kara pozbawienia wolności, jeśli nie ma postawionych zarzutów, bądź wyroku”. Roman Giertych 2022: „Julii P. grozi 10 lat więzienia za realizację orzeczeń na zamówienie”.

Dziękuję za uwagę.

O polityce w nowych dekoracjach pisze WALTER ALTERMAN: Słoń a sprawa polska*

*Tytuł pochodzi z felietonu Karola Irzykowskiego. Ten poeta, powieściopisarz, krytyk literacki  i jeden z pierwszych naszych krytyków filmowych zauważył, że Polacy żyją w, zamkniętym na sprawy innych narodów, wyłącznym świecie polskości.

Po tylu latach od chwili, gdy Irzykowski napisał to mądre zdanie, trzeba stwierdzić, że nasz polonocentryzm umacnia się. Mimo tego, że mamy już paszporty na cały świat, a po Unii Europejskiej podróżujemy bez paszportów. Czy czegoś w szerokim świecie uczymy się, poza kuchniami inny nacji? „Przypuszczam, że wątpię” – jak mawiał pan Piecyk, bohater felietonów Wiecha. A co najbardziej rozczarowuje w Polsce i Polakach? Nie interesuje nas światowa polityka. I jak za czasów Irzykowskiego, uważamy, że Polska jest centrum świata, dlatego jesteśmy tak ważni dla planety, dlatego inni muszą się z nami liczyć i szanować. Jeżeli już czymkolwiek światowym interesujemy się, to tylko z naszego, polskiego punktu widzenia.

Gazety i portale piszą czasami o odległych krajach Ameryki Południowej, Azji i Afryki, ale tylko po to, żeby opisać, jak żyje się tamtejszej Polonii. I jakie sukcesy ewentualnie osiąga. Z takich artykułów nie dowiemy się niczego o „tubylczej” ludności, gospodarce kraju, strukturach partyjnych, relacjach z sąsiadami, trendach rozwojowych. Metoda pisania takich artykułów jest taka, że piszący zakłada rezolutnie, iż kraj jest wszystkim bardzo znany, zatem skupia się na Polonii. Zresztą, od kiedy pamiętam, agencje, gazety, portale bardzo skąpią nam informacji o świecie.

                                                            Lapid a sprawa Polska

Ostatnim przykładem niedoinformowania Polaków jest zmiana premiera w Izraelu. Nikt nie pisze dlaczego pan Jair Lapid został premierem. Skąd taka zmiana, skoro Izraelczycy mieli już stałego premiera, którym wielokrotnie bywał Benjamin Netanjahu? Owszem pojawiają się komentarze, z których wynika, że Lapid jest Polakom nieprzychylny i roszczeniowy wobec Polski. Z czego wynika, że większość parlamentarna w Knesecie jest taka jak ten Lapid. Irzykowski w niebie śmieje się zapewne, bo Lapid występuje teraz jako ten słoń.

Serio zaś mówiąc, nie można nigdzie znaleźć informacji, dlaczego pan Lapid uzyskał większość głosów. Na co liczą partie, których parlamentarzyści na niego głosowali? Tu i ówdzie pojawiają się drobne wzmianki, że Lapid jest politycznym awanturnikiem, nie miał nawet licencjatu, gdy zaczął pisać doktorat; że kłamał i kłamie co do losów swych przodków. Wszystkie takie ciekawostki są na poziomie portalu Pudelek z Pomponikiem. Nigdzie nie ma natomiast rzetelnej analizy, poważnego obrazu współczesnej sceny politycznej małego, ale znaczącego państwa Izrael. Dlaczego? Bo czytelnika to nie interesuje i coraz mniej jest dziennikarzy znających światowe tematy.

Czy jesteśmy zatem w stanie prowadzić politykę międzynarodową, skoro nasze społeczeństwo nie ma bladego pojęcia co się na tym świecie dzieje? A może jednak mamy wąską, ale za to sprawną grupę polityków będących mistrzami polityki międzynarodowej z rozmysłem nie mówią „co tam panie w polityce”, żeby nas nie denerwować?

Oczywiście czepiam się Polaków, bom tu urodzony i wiem, że na całym świecie elity polityczne akceptują stan ciemnej masy wyborczej. Bo tak jest łatwiej jest rządzić. W dzisiejszym świecie polityka ogranicza się do haseł. Takie hasła wyborca ma zaakceptować lub odrzucić, bez zadawania męczących pytań.

                                                      Ukraina to nie tylko wojna

Wyjątkiem spraw słoniowatej polityki zagranicznej w Polsce jest dzisiaj wojna na Ukrainie, bo to rzeczywiście jest sprawa ważna dla Polaków. I dzieli nas jedynie granica. Ale też nie można się dowiedzieć z czego Ukraina żyła przed wojną, jaki jest tam przemysł, jakie surowce, jaka technika. Wszyscy dziennikarze skupiają się na wojnie i batalistyce. Owszem jest to istotna sprawa, ale przecież warto by wiedzieć w jakim kraju sprawy się toczą.

Dlaczego geografia polityczna, gospodarka są bardzo ważne? Bo żeby działać trzeba rozumieć. Żeby w rozumieć, trzeba wiedzieć. A w polskich relacjach dziarskie i solidarnościowe okrzyki zagłuszają społeczną prawdę.

                                                         Spisek, zdrada, agentura

Polskie media są głęboko zaskoczone i przykro zdziwione, że nie wszyscy na świecie popierają Ukrainę i NATO. Oto Rosja znalazła popleczników w wielu państwa Azji, Ameryki Południowej i Afryce. Dla wielu naszych dziennikarzy był to szok. Bo jakże to tak można? A kto to widział? I tak nasze media trwają w osłupieniu. Gdzieniegdzie można przeczytać, że to skutek sprytnej polityki międzynarodowej Putina. I spisek.

Spisek jest ulubionym słowem-wytrychem, które w polskich mediach zastępuje przemyślenie sprawy, zastanowienie i wyciągnięcie wniosków. A byłoby nad czym myśleć. Poza spiskiem mamy też takie proste pojęcia jak: zdrada i agentura. Nie sądzę jednak, żeby trzy proste słówka – poza emocjami – mogły wnieść cokolwiek do naszej wiedzy o świecie.

Kłopot z naszym polonocentryzmem jest też i taki, że geografia polityczna w umysłach nawet licencjatów i magistrów właściwie nie istnieje. I teraz wszyscy są zdziwieni, że niektóre z tych dalekich państw nie popierają NATO. Jest też spora grupa i takich państw, które popierają Rosję.

Pomijam tutaj obecną politykę Węgier – koniec końców członka NATO i UE – bo jest ona oparta na resentymentach i marzeniach o wielkim państwie, a zrozumienie takich ciągot przekracza granice rozumu skromnego felietonisty. Właściwie jedynym wyjaśnieniem postawy rządu Orbana jest przyjęcie założenia, że działa on „na rynek wewnętrzny”. Węgrzy, jak wiele innych narodów, kochają swój kraj i odbierają swego premiera jako osobę również kochającą, tyle że mocniej, bo ma sporą władzę.

                                                          Nieuregulowane długi

Najsilniejsze militarnie państwa NATO nie wszędzie spotykają się z wyrazami miłości. Gdybyśmy choć trochę chcieli wykorzystać znajomość historii ostatnich dwustu lat, to okazałoby się, że wiele państw Azji, Ameryki Południowej i Afryki nie ma najmniejszych powodów, żeby darzyć Wielką Brytanię, Francję, Holandię, Portugalię, Holandię i USA jakąkolwiek sympatią. Bo mamy tu do czynienia z koloniami i kolonizatorami.

Gdy po II wojnie światowej – pod naciskiem USA – nastąpiła dekolonizacja Afryki i Azji, wiele europejskich krajów uznało, że sprawa jest ślicznie zakończona. W tym i my, bo u nas w latach 60-tych tę wielką zmianę przedstawiano jako ogromny sukces państw bloku komunistycznego. Jednak historia nie jest prosta i jednowymiarowa. Na miejsce dawnych właścicieli kolonii wkroczyły Stany Zjednoczone, oczywiście nie mając zamiaru wprowadzać do dawnych afrykańskich kolonii swych wojsk. USA przejęły nad nimi kontrolę ekonomiczną, co dało większe zyski niż Brytyjczykom, Francuzom i wszystkim innym kolonizatorom. I to bez konieczności utrzymywania armii na tych terytoriach.

Wszystkie kolonie były bezlitośnie wykorzystywane ekonomicznie, degradowane politycznie i moralnie. Jeżeli do tego dodamy panowanie nad Chinami, które przez ponad sto lat płaciły ogromny trybuty Rosji, USA, Austrii, Niemcom, Francuzom i oczywiście Brytyjczykom, to obraz świata nie będzie jasny i wesoły. Jeżeli ktokolwiek myślał, że podbijane państwa zapomniały, to jest w błędzie. Skoro Polacy pamiętają o bitwie pod Cedynią, pamiętają też Grunwald, Kircholm, Wiedeń i wszystkie powstania, to dlaczego sądzimy, że Chińczycy, Wietnamczycy, Koreańczycy i wiele innych narodów Afryki mają nie pamiętać?

Osobnym kłopotem jest Ameryka Środkowa i część Ameryki Południowej. Przecież nad tymi krajami USA, przez ponad 150 lat, dzierżyły niepodzielną kontrolę. To one obsadzały i utrzymywały w tych krajach rządzących na miarę Batisty z Kuby czy Duvaliera z Haiti. Kolonializm pod sprytną postacią kwitł tam na potęgę. A w razie buntów USA wysyłały osławione kanonierki. I wszystko to w imię rozkwitu amerykańskich koncernów, które stały się właścicielami tych małych państw. Gabriel Garcia Marquez napisał, że USA nie pozwoliły Ameryce Południowej na przeżycie rewolucji kapitalistycznej i utrzymują tam feudalizm.

Do dzisiaj w brytyjskich konserwatywnych szkołach naucza się, że Wielka Brytania uczyła podbite ludy cywilizacji, co niosło dla podbitych pewne przykrości, ale przecież w sumie powinni być wdzięczni. Zatem nie dziwmy się tym, którzy nie kochają NATO. Zrozummy ich. I zdajmy sobie wreszcie sprawę, że polityka klasy „nasza chata z kraja” jest dla Polski groźna.

Mam nadzieję, że nikt nie pomyśli, że skoro mam takie poglądy, to jestem zwolennikiem Putina. Będąc przeciwnikiem jakiejkolwiek formy kolonializmu, jestem też przeciw Putinowi jako „syn podbitego narodu” – jak pisał Mickiewicz.

 

 

 

 

 

Prostym czynnościom przypatruje się WALTER ALTERMANN: Praca nasza powszednia

 Nie wiem dlaczego nie potrafię być szczęśliwy w pracy – mówi bohater filmu „Życie biurowe”, scenariusz i reżyseria Mike Judge. Ten film z 1999 roku podejmuje ważny temat i jest bardzo mądry. Temat jest spychany na margines naszych zainteresowań a o tym co jest zapisane na marginesach przecież nie mówi. Jest to historia pracowników, którzy stracili wiarę w sens swojej roboty. Ich biuro jawi się jako rzeczywistość niemal abstrakcyjna.

Nie wiadomo co ci ludzi właściwie robią. Biuro istnieje właściwie tylko dla biura. Mają szefa, który jest tyranem, bo też nie wierzy w sens swojej pracy. W końcu wybucha bunt, czyli mała rewolucja. Nie będę streszczał filmu, ale warto go zobaczyć.

Biblijne przekleństwo

Już Księdze Rodzaju, w rozdziale trzecim, znajdujemy słowa o pracy. To ważne, że właśnie już na początku Starego Testamentu mowa o losie człowieka pracującego. Znamy, ale na wszelki wypadek przeczytajmy raz jeszcze.

„Do niewiasty powiedział: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”. Do mężczyzny zaś [Bóg] rzekł: „Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz! (…) Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich. Po czym Pan Bóg rzekł: „Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki”. Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty. Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia”.

Dla wierzących zatem sprawa jest jasna. Człowiek został skazany na pracę za grzech pierworodny. Tymczasem w dziejach ludzkości wylano hektolitry atramentu, żeby udowodnić istotę wielkości pracy dla człowieka i społeczeństw. Oto niektóre zaklęcia: praca uszlachetnia, praca wyzwala, sprawdzamy się w pracy, praca buduje więzi społeczne, bez pracy nie ma kołaczy, praca dowodem ludzkiej wielkości…

Praca jako radość tworzenia

Zacząłem od filmu, ale sprawa nie jest z gruntu sztuki, jest rzeczywista. U nas temat pracy został doszczętnie skompromitowany za socjalizmu. Powieści, sztuki teatralne, filmy, które z nakazu władzy podejmowały ten temat, były z założenia nieprawdziwe. Robotnicy byli w nich uśmiechnięci, radośni, bo szczęśliwi. Praca paliła się im w rękach a każdy kolejny nowy wał Kardana, odkuty i dotoczony w fabryce powodował euforię i entuzjazm. Można to jeszcze zobaczyć w polskich filmach z lat 1946-1956.

Owszem, bywały też ukazywane kłopoty w zakładach pracy. W „dziełach” z tamtych lat występowały tzw. czarne charaktery. Ich katalog wyglądał, mniej więcej tak: bumelant, pijak, zły majster i sabotażysta. Ten ostatni okazywał się najczęściej byłym, przedwojennym majstrem na usługach podłego byłego właściciela fabryki.

W dzisiejszym kinie praca jako temat główny nie występuje. Bo kto zechce oglądać tokarza, frezera, tkacza, czy nawet laboranta, którzy cały czas wykonują te same standardowe czynności, te same ruchy? Również praca intelektualna jest nie do ukazania w literaturze, teatrze i filmie. Bo jak mają – kamera czy narrator – wejść w mózgi „umysłowych”?

A temat jest ważny, bo większość ludzi jednak pracuje. Praca jest nie tylko źródłem utrzymania. Jest także ich – żeby jakoś modnie to nazwać – naturalnym środowiskiem przez prawie pół doby – licząc z dojazdem i powrotem z pracy.

Praca nielubiana

Takie zajęcie może stać się nieopisana udręką, cierpieniem i karą. Dzisiaj ogromna większość depresji – a jest to choroba powszechna – związana jest z pracą, nie z domem i rodziną.

Istotnym problemem jest praca poniżej wykształcenia i umiejętności, lub powyżej kwalifikacji i zdolności. Postawieni na stanowiskach pracy, które ich przerastają lub też deprecjonują ich wykształcenie – odbierają to „karę za grzechy”. Takie sytuacje powodują nieustający stres i w konsekwencji choroby.

Tu trzeba zaznaczyć, że ludzie, których stanowiska przerosły lepiej sobie radzą niż ci, którzy wykonują pracę poniżej kwalifikacji. Ci, których stanowiska przerosły są najczęściej nominatami partyjnymi – zarówno w administracji samorządowej, jak w państwowej, w różnych spółkach, agencjach, agendach i temu podobnych tworach. Jest to zjawisko w Polsce stałe, niejako zwyczajowe, a nawet obyczajowe. Ci nominaci pojawili się w Polsce wraz z odzyskaniem niepodległości w 1918 roku, byli w PRL i są teraz. Wszystkie konkursy na takie stanowiska, to przecież fikcja.

Za socjalizmu było takie partyjne powiedzenie, że ludzie rosną wraz z coraz wyższymi stanowiskami. Naród odbierał to jako dobry, choć niezamierzony dowcip.

Z moich obserwacji wynika, że ci nominaci radzą sobie psychicznie w ten sposób, że z tytułów robią sobie tarcze. Są bardzo poważni, ogromnie skupieni na sobie i swej randze. Są nadęci stanowiskiem jak chińscy cesarze. I ta powaga, poczucie misji, jaką mają do spełnienia, jakoś ich ratuje przed szaleństwem. Poza tym mają zastępców, którzy są fachowcami.

Odwrócona piramida zawodów

W każdym dobrze rządzonym państwie istnieje klasyczna piramida stanowisk. Jej potężną podstawę muszą stanowić pracownicy wykonujący prace proste, ale niezbędne. Są nimi wszelkiego rodzaju technicy – tak z wykształceniem podstawowym, zawodowym, jak średnim. Bez nich podstawowa machina cywilizacji – budownictwo, drogi, szlaki pociągów, transport lotniczy i kołowy, energetyka, komunikacja elektroniczna, wodociągi, kanalizacje, gospodarka odpadami – to wszystko i jeszcze trochę, ległoby w gruzach.

Niestety w Polsce dzisiejszej brakuje najbardziej właśnie pracowników technicznych. Stało się tak na skutek zindoktrynowanych do szpiku kości rządów neoliberałów. Najpierw chcieli wprowadzić obowiązek nauki jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Gdy to nie przeszło, zaczęli likwidować szkolnictwo zawodowe. Idea była taka, że każdy robi maturę, a zainteresowani techniką w ciągu dwóch lat skończą techniczne szkoły pomaturalne. Jedno co się neoliberałom udało, to rozwalić dobrze funkcjonującą strukturę nauczania. Skąd mieli takie pomysły? Zakładali doktrynalnie, że wolny człowiek musi radzić sobie sam, dostanie talon szkolny i cześć.

Dzisiaj próbuje się restytuować szkolnictwo zawodowe, ale idzie to ciężko, tym bardziej, że dorosło już pokolenie ludzi bez zawodu. Teraz są już rodzicami i nie bardzo wiedzą, jak pokierować swymi dziećmi.

Podstawowym problem polskiej piramidy jest to, że stoi na czubku. Najwięcej mamy specjalistów od zarządzania, marketingu, reklamy, politologii, znawców mediów i kulturoznawców. A szewców, ślusarzy, hydraulików ani widu, ani słychu.

Migranci i emigranci

Ważnym problemem polskiej pracy jest emigracja Polaków, w poszukiwaniu lepszych zarobków, lepszego materialnie życia. Wszystkie rządy ostatnich 20 lat obiecywały, że emigranci wrócą – dzięki ich rządom właśnie. Żeby jednak taki cud nastąpił, to bardzo wiele w sferze materialnej powinno się w Polsce zmienić na lepsze, powinna przynajmniej przypominać bogate kraje Zachodu, tak w płacach, jak i emeryturach. Być może to nastąpi – czego bym sobie i Państwu życzył, ale nie szybciej niż za 30 – 40 lat. A i to pod warunkiem, że jakieś kolejne rządy niczego nie… zepsują.

Nadzieja na naszym rynku pracy zaświtała wraz z napływem migrantów ekonomicznych z Ukrainy. Z wybuchem wojny większość z ukraińskich mężczyzn dostała powołanie do wojska, by bronić ojczyzny. I natychmiast odczuło to polskie budownictwo, obsługa transportu i sam transport. Być może Ukraińcy przyjadą, choć może nie do Polski, bo Niemcy kuszą ich zarobkami w granicach 18 euro za godzinę.

Pańska choroba Polaków

Jedną z przyczyn awersji Polaków do zajęć fizycznych jest fakt, że lud od zawsze uważał panów za nierobów, żyjących ich kosztem, stąd wzięło się ludowe powiedzenie, że ktoś cierpi na „Pańską chorobę”.  Jej objawy są takie: „Jadłbym, piłbym, nic nie robił”.

Panowie z kolei uważali podległy im lud za leni i obiboków. Przykładem jest przecież jeden z najstarszych polskich tekstów, czyli „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem a Plebanem, którzy i swe i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki i pożytki dzisiejszego świata”. Ten dialog napisany przez Mikołaja Reja, został wydany w Krakowie w roku 1543 pod pseudonimem Ambroży Korczbok Rożek. Tamże możemy przeczytać:

Wójt:

Ksiądz pana wini, pan księdza,

A nam prostym zewsząd nędza…

 

Kłopot w tym, że nie lubiąc panów, lud chce żyć jak oni. Siedzieć w biurach, przekładać papiery, coś ostemplować, gdzieś zadzwonić, w komputer popatrzeć. Panowie przecież byli wzorem lepszego życia, a głównie lżejszej pracy. Dlatego ciężka, ale dobrze płatna praca fizyczna nie jest u nas w poważaniu.

Praca twórcza

Dobra praca musi angażować nie tylko ręce i nogi, ale także mózg pracownika. O dziwo kłopoty w wykonywaniu pracy są głęboko twórcze i odstresowujące. Ale ile dzisiaj jest takich twórczych stanowisk pracy? Świat zmierza do pełnej automatyzacji produkcji i usług. Następuje więc dynamiczne uprzedmiotowienie pracownika, staje się on jedynie częścią automatu, czyli automatonem.

W klasycznym filmie Chaplina „Dzisiejsze czasy”, z roku 1936, widzimy człowieka opanowanego przez taśmę produkcyjną. Jeśli za taśmą nie nadąża, to ona go fizycznie niszczy. Taśmę produkcyjną wymyślił Henry Ford dla swojej fabryki Ford Motor Company, producenta samochodów osobowych, sportowych, dostawczych i ciężarowych. Za Fordem poszli inni, zwiększając produkcję i zyski. Taśma stała się ideałem organizacji produkcji. I nikt nie zwracał uwagi, że taśma degraduje człowieka.

Dopiero jakieś 30 lat temu szwedzkie Volvo zrezygnowało z taśmowej produkcji swoich aut. Taśmę zastąpiono produkcją gniazdową. W tej nowej organizacji pracy kilku robotników składało od początku do końca każdy samochód. O dziwo produkcja nie spadła, jakość wzrosła, a monterzy czuli się twórcami samochodu, bo bardzo wiele od nich zależało. Ta nowa praca wymagała od nich nie tylko fizycznej sprawności, ale także wysiłku umysłowego. I najważniejsze – ci ludzie przestali się czuć trybikami w machinie, stali się twórcami – w najmądrzejszym znaczeniu tego pojęcia.

Czego Państwu i sobie życzę, bo źle zorganizowana praca dziennikarza może również stać się produkcją taśmową, a przez to męczącą i powodować wiele chorób.

 

 

Nie tylko filozoficzne poszukiwania CEZAREGO KRYSZTOPY: Przestaliście już żreć?

Niejaki Filipiak Milioner oznajmił miastu i światu, że biedota powinna mniej żreć. Mięsa głównie. Bo kiedy biedota będzie żarła mniej mięsa, wtedy zapewne będzie puszczała razem z byłem i trzodą mniej bąków i w ten sposób uratujemy klimat. A jeszcze na wakacje nie powinna latać, po co ma świat zasmradzać. Filipiak Milioner uważa, że sam nie ma z czego rezygnować, a nawet jeśli ma prywatny samolot, to przecież taki malutki i potrzebuje go do pracy.

Wkurza Was wypowiedź Filipiaka Milionera? Mnie również, ale warto dostrzec, że jednocześnie jest to wypowiedź poznawczo bezcenna. Żaden aktywista, żadna Greta Thunberg nie powie Wam tego, co tak klarownie wyłożył Filipiak Milioner, który idealnie opisał miejsce styku interesów i wyobrażeń na temat przyszłości świata jakie mają „obrzydliwie bogaci” z aktywistami spod rożnych znaczków.

Sądzicie, że kiedy mówią o zastąpieniu samochodów spalinowych samochodami elektrycznymi, to mówią o zastąpieniu ich w stosunku 1:1? Na świecie nie ma tyle litu żeby wyprodukować dla nich baterie. Raczej nie będzie to „przyjemność” dostępna powszechnie.

                                                                         Klasy

Prawda jakie to kompatybilne z tym co mówi Filipiak Milioner? W tej wspólnej aktywistyczno-milionerskiej wizji istnieje klasa niższa, tłuszcza, która ma jeździć środkami transportu zbiorowego (który nie jest niczym złym, pod warunkiem, że to kwestia wyboru, a nie przymusu), żreć jakąś tanią genetycznie modyfikowaną paszę, najlepiej pochłaniającą CO2 i siedzieć na d. żeby nie robić bałaganu na świecie. I po co w ogóle tyle tej tłuszczy? Większość jej pracy są w stanie wykonać automaty.

Eutanazja, aborcja, promocja „niestandardowych zachowań seksualnych”, coś z tym motłochem trzeba zrobić. No, ale ma istnieć też klasa wyższa, której wyrafinowanymi usty lud będzie jak za PRL pił szampana i zajadał się sarniną w restauracji żony Filipiaka Milionera. Ta będzie mogła rozbijać się luksusowymi samochodami spalinowymi, które Parlament Europejski planuje wyłączyć z zakazu produkcji po 2035 roku. No i latać „w ważnych sprawach” swoimi małymi samolocikami, które „nie będą szkodziły klimatowi”.

A żeby tłuszczy nie przepaliły się styki i żyła spokojnie w matrixie przekonania o życiu w czasach „postępu, miłości i wolności” trzeba jej jeszcze sprzedać gotowe pakiety ideologiczne przypadkiem kompatybilne z interesami Milionerów. Sprzedaje się je w nowoczesnych automatach z ideologiami, ładnie opakowane i perfumowane sztucznym feromonem rzekomego „buntu”.

                                                                 Problem

Pojawił się tylko jeden problem. Dość zasadniczy. Wojna. Z całym jej dramatyzmem, ma pewien chyba nieprzewidziany przez aktywistów i Milionerów efekt. Brutalnie urealnia postawy społeczne.

Odziera je z bezużytecznych ideologii i sztucznych feromonów. Ludzie zmuszeni są znów walczyć za ojczyznę. Szukając oparcia w chaosie żenią się i wychodzą za mąż. Postawieni przed sytuacjami ostatecznymi w naturalny sposób poszukują odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi daje wyłącznie wiara. Być może nadciąga awaria systemu.

Być może „umowa społeczna” – wybaczcie obcesowość, ale to słowo chyba najlepiej oddaje to co chcę opisać – „Zajmij się ru…..em i się nie interesuj. Poważnymi sprawami zajmą się lepsi od ciebie” – nieco traci na aktualności.

Może koncerny nie widzą tego, co SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zmęczony sześcioma ramionami

Ciekawe, ciekawe. Czy wielkie firmy, czy koncerny, czy mniejsze firmy zarabiają na promowaniu różnych ideologicznych przewrotów i fikołków czy też na nich tracą? Czy wielkie firmy, czy koncerny, czy mniejsze firmy zarabiają na promowaniu konserwatywnych wartości czy też na nich tracą? A może to jest całkowicie obojętne dla klientów, bo liczy się tylko jakość produktu czy usługi, a nie co oni tak dookoła wygadują? Ciekawe, ciekawe.

Ciekawe czy ktoś tym wszystkim rządzi każąc na przykład gigantom stroić się w sześcioramienną tęczę, albo popierać aborcję do momentu porodu, bo to się ma jakoś opłacać, czy też są to ruchy niewyrachowane? Podejrzewać biznes o niewyrachowanie, to może mu nawet ubliżać, bo biznes jest od zarabiania pieniędzy, a reszta, jak owa słynna „społeczna odpowiedzialność biznesu” może być traktowana jako jeden z przyczółków do zbudowania ślicznego wizerunku, a tym samym zarabiania większych pieniędzy.

A mnie tak naszło, bo tak sobie to wszystko obserwuję i tak sobie tego różnego słucham i bywam zmęczony, tym wciskaniem mi ideologii L i tak dalej wszędzie, gdzie się obrócę, obejrzę, zerknę. Oczywiście napisanie, że jestem zmęczony tym wciskaniem mi przed oczy i uszy dla fanatyków L i tak dalej oznacza, że jestem chorym nienawistnikiem i w zasadzie trzeba mnie co najmniej zamknąć. Generalnie jednak nie jestem żadnym nienawistnikiem, tylko jak na przykład oglądam serial na Netflixie o superbohaterach i oni nagle zaczynają ze sobą chłop z chłopem, bohaterowie w kombinezowach bohaterskich, to czy ja mogę przerwać oglądanie? No bo ja przerywam. Bo mnie nie zachwyca.

Ja tu tak sobie ględzę, bo mnie zainspirowała rozmowa Igora Janke z profesorem amerykańskim, ale polskim Jakubem Grygielem, który mieszka w USA i śledzi kwestie związane choćby z orzeczeniem Sądu Najwyższego w sprawie aborcji i właśnie owo ideologiczne zaangażowanie firm. Mówi w czasie wywiadu profesor, że lat temu dziesięć w zasadzie nie było takiego problemu, a teraz owa wciskana klientom nowoczesność wcale nie musi wychodzić biznesowi na pieniądze.

Profesor podaje przykład pewnego amerykańskiego fast foodu, którego właściciel twierdził oficjalnie, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety i w dodatku nie pracował w niedzielę. Ponoć wywołało to skandal i kolejki do jego placówek i świetne przychody. Natomiast epatowanie sześcioramienną tęczą w biznesie może klientów nieco dystansować wraz z portfelami, bo przecież biznes nie jest od wciskania światopoglądu.

Ze słów profesora wyciągam wnioski, że krzykliwa, eksponowana, agresywna, narzucająca się mniejszość niekoniecznie musi odnieść sukces, gdyż zwykli ludzie ustawiają się z portfelami w innych kolejkach wcale nie krzycząc, nie wymachując, tylko tak sobie po cichu głosując mimochodem. Gdyby pojawił się zarzut, że ten tekst jest homofobiczny, to nie wiem. Jestem zbyt zmęczony tymi głupawymi zarzutami, żeby odpowiadać.

Nagrody domaga się STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Nobel dla Polaków

Nobel  dla nas, a właściwie dwa. Jeden za człowieczeństwo, a drugi za cierpliwość. Polacy przyjęli do swych domów sąsiadów – napadniętych, sponiewieranych i wystraszonych. Nie tysiące, ale miliony. Tłusta Europa bije nam brawo. Tyle, że złamanego centa nie dali. Owszem są obiecanki. Cacanki.  My kobietom i dzieciom tych, którzy walczą z bandytami nie obiecujemy. Dajemy wikt, opierunek i pracę. Nobel się należy. Niech stanie w postaci obelisku na godnym placu by dać pamięci pamiętać co w 2022 roku, a może i dłużej, zgotowali ludzie ludziom. Jedni śmierć i pożogę, inni pomoc serca z własnych zasobów. A ten trójkąt narodowy to jest to samo słowiańskie plemię.

Boh trojcu ljubit. Ponoć! Choć jego namiestnik rzymski odezwał się podle nikt tu zbrodniarzy nie miesza z wiarą. Koronowane głowy przychodzą i odchodzą. Źli wybrańcy oby panowali krótko.

A drugi Nobel? Drugi należy się też Polakom za cierpliwość. Cierpliwość można rzec… polityczną. Bo kogoż my tu mamy. Z jednej strony zaprzańców, targowiczan, podnoszących łapy tak jak im obcy zagrają. Przeciw ojczyźnie, przeciw zwykłym szarym ludziom. Bo w ten sposób chcą obalić politycznych konkurentów. Sami o tym mówią, chwalą się.

Oj, sprzedawczyki podłe. Przejdziecie do historii jako zdrajcy. Jeśli nawet PiS padnie to nie wy będziecie rządzić. Po pierwsze dlatego, że nie potraficie, nie macie żadnego planu, tylko kapelusz na jałmużnę, którą i tak trzeba będzie zwrócić z nadpłatą.

Kiedyś aktor Kamiński wymyślał Jaruzelskiemu. Podobnie będą śpiewać o was. Wasz wódz, słynny piłkarz, przyjaciel Merkel i Putina pójdzie precz. Amerykanie w końcu pokażą satelitarny zapis lotu Tupolewa do Smoleńska, z toruńskiej szkoły medialnej wyjdą dobrzy i uczciwi dziennikarze. Centrum Europy będzie w Warszawie. Tylko cierpliwości. Krok po kroku.

Pan Bóg wyjmie znowu ziobro, pardon żebro, stworzy niewiastę odważną i skuteczną (trochę ich już jest np. pani Anna Fotyga). Takowa i takowe zastąpią nieudaczników i tchórzy mamroczących coś niezrozumiale pod nosem. I zostanie zrobiony porządek. Może ósmego dnia. Dużo roboty ma ten Pan Bóg. Pomożecie?

Wielkie kłamstwo – JEWHEN MAHDA o rosyjskiej propagandzie po ataku na centrum handlowe w Krzemieńczuku

W nazistowskich Niemczech maszyna propagandy miała duże znaczenie. Jej działalność zyskała też należną uwagę podczas Trybunału Wojskowego w Norymberdze nad głównymi niemieckimi zbrodniarzami wojennymi. Julius Streicher, redaktor „Der Stürmer”, został powieszony wraz z innymi nazistowskimi zbrodniarzami.

Przypomniałem sobie o tym fakcie rankiem 28 czerwca, po obejrzeniu briefingu Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej, podczas którego jego oficjalny przedstawiciel Igor Konaszenkow, poinformował, że centrum handlowe Amstor, które spłonęło w Krzemieńczuku, „nie działało”. 25 zabitych, w tym ci, których ciała zostały rozerwane na strzępy, generała armii rosyjskiej nie interesowały. Pierwszy zastępca stałego przedstawiciela Rosji przy ONZ, Dmitrij Polanski, uważa, że ​​sytuacja w Krzemieńczuku ma wiele wspólnego z „prowokacją w Buczy”. Dziwne, że rosyjski dyplomata nie ogłosił zmartwychwstania tych, którzy zginęli w Krzemieńczuku. Zaznaczę, że 27 czerwca rosyjskie media i kanały telegramowe, skoncentrowały się na tym, że rakieta, która w niedzielę 26 czerwca uderzyła w centrum Kijowa, była pociskiem przeciwrakietowym ukraińskiego systemu obrony powietrznej.

Generał porucznik (generał lejtnant) Konaszenkow (kolejny stopień wojskowy otrzymał w czerwcu 2022 r.) jest tubą rosyjskiej propagandy wojskowej. To on wielokrotnie donosił o zniszczeniu ukraińskiego systemu obrony przeciwlotniczej, rozpowszechniając doniesienia o ogromnej liczbie zabitych żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy (których rosyjska propaganda coraz częściej nazywa „bojownikami”), „nacjonalistów” i „zachodnich najemników”. Jeżeli wierzyć jego briefingom, to rosyjskie wojska (dla nadania większej wagi armię Federacji Rosyjskiej, która dokonała inwazji, nazywają „siłami sojuszniczymi”) powinny już zająć zdecydowaną większość terytorium Ukrainy, a nie wyniszczać miejscowości w obwodzie donieckim i ługańskim.

Jednocześnie Konaszenkow twierdzi, że rosyjski pocisk rakietowy w Krzemieńczuku trafił w „hangar z bronią z Zachodu”, a pożar w centrum handlowym Amstor, został spowodowany detonacją amunicji. Jego słowa sprostowują nagrania z kamer monitoringu, ale główny rosyjski propagandysta kicha na to. Jednocześnie sieć kanałów w Telegramie, które są prowadzone przez rosyjski wywiad, kontynuuje rozmywanie informacji o zbrodni wojennej w Krzemieńczuku, podrzucając coraz to nowe i nowe wersje tego co się wydarzyło. Jest to tradycyjna taktyka rosyjskich propagandystów – zasypać wydarzenie szlamem informacyjnym, tak, aby pogrzebać prawdę.

Uderzenie rakietowe w centrum handlowe w Krzemeńczuku nie jest pierwszym, które spowodowało trend dezinformacyjny. Powodem jest to, że rosyjscy najeźdźcy w przededniu szczytów G-7 i NATO znacznie nasilili ostrzały rakietowe terytorium Ukrainy. Kreml próbował wykorzystać ten czynnik na zasadzie kasownika: rezultatami ostrzałów zmusić Zachód, aby wywarł nacisk na Ukrainę i przymusił ją do wznowienia rozmów pokojowych z Rosją. Rosnąca fala dezinformacji wskazuje na to, że cele wyznaczone przez rosyjskie kierownictwo nie zostały osiągnięte. Na Kremlu zdają sobie sprawę, że decyzja o dostarczaniu Ukrainie artylerii dalekiego zasięgu została podjęta na Zachodzie po ujawnieniu informacji o zbrodniach wojennych rosyjskich okupantów w Buczy i innych przedmieściach Kijowa. Na dany moment rosyjscy propagandyści będą próbowali złagodzić negatywne skutki uderzenia po Krzemieńczuku, na co nie możemy pozwolić.

 

O korupcji i ciągle aktywnych jej beneficjentach pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Rozzuchwaleni

W sejmie posłanka (!) wchodzi na parlamentarny balkon i na głowy kolegów wysypuje fałszywe banknoty. Mocno zbudowana obywatelka wrzeszczy z dachu samochodu – wulgarnie i głośno.Bezczelny drogim samochodem pędzi ponad 200 kilometrów na godzinę siejąc postrach wśród normalnych ludzi. Popularyzują go – niby  krytykując – media. A on śmieje się wszystkim w nos i jeździ dalej bezkarnie. Czy to największe przestępstwa? Bezkarne, ale nie największe.

Za przestępstwa komunistyczne, w wolnej już Polsce, niektórzy dochrapali się czołowych stanowisk – w rządzie, w poselskich ławach krajowych i zagranicznych. Za wyprzedanie łapówkarskie kraju zniszczono życie tysiącom ludzi na wsi. Zaorano stocznie (zgodnie z zapowiedzią Rakowskiego), zniszczono rzemiosło. I nadal bezczelność nie zna granic a ci którzy to uczynili pouczają jak rządzić.

W sobotę 25 czerwca TVP1 pokazała film dokumentalny Sylwestra Latkowskiego powracający do sprawy zabójstwa komendanta głównego policji generała Marka Papały. Jest to dokument porażający. Nie tylko ze względu na zuchwałe morderstwo, ale film uświadamia także panującą wokół tej sprawy bezkarność. Wszystko okazuje się poplątane i celowo rozmazane. Oglądam film oczami zwykłego obywatela kraju, gdzie ludzi strasznych, bezwzględnych i zakłamanych pokazuje film dokumentalny, ludzi którzy nadal spotykają się ze sobą, współpracują i nie widać by czuli się w najmniejszym stopniu winnymi.  Bezradność wobec nich jest zatrważająca. O czynach decydował krwawy szmal, który był zbierany gdzie się da.  Ten film przedstawia obraz kraju szantażu, korupcji i powiązań, od bandytów po  polityków.

Nawet jeśli pojawia się uczciwy szeryf, to – zupełnie inaczej niż w amerykańskich filmach – jest słaby i bezradny. Całe to towarzystwo nadal krąży wokół nas. Generalnie mają się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Zgodzili się odpowiadać na zarzuty. Łaskawcy. Oczywiście często przecząc sobie albo występując z zakrytymi twarzami. Ważne jednak, że społeczeństwo zobaczyło ten dokument i wysłuchało relacji ludzi, którzy po prostu wtedy rządzili legalnie lub nielegalnie. Wyszedł obraz kloaczny. Opakowanie – eleganckie garnitury, niewinne minki – to wszystko pęka jak bańka mydlana.

Nie wiem, czy Sylwester Latkowski to bohater, czy kamikaze, czy też jest jakiś inny powód powstania i emitowania tego filmu. Nieważne. Ważne że ten dokument powstał i gratulacje należą się Latkowskiemu.

Ważne jest pokazanie tego filmu w pierwszym programie TVP, chociażby przed północą aby obejrzały to tysiące ludzi. Ważne, że ten film prezes TVP Jacek Kurski wyemitował. Bo jest to jednak kawałek prawdziwego dokumentu.

Nowe idzie – powoli i ociężale jak tuwimowska lokomotywa. Po polskich już, nie szerzej rozstawnych, ruskich szynach. Czy po naszych torach mknąć będą polskie i ukraińskie towary jeszcze nie do końca wiadomo.

Wiadomo jednak, kto ruskich bandytów, którzy odkryli dziś swą twarz chwalił i kto im sprzyjał. Gdybym był decydentem telewizyjnym otwierałbym, nawet na kilka sekund, serwis informacyjny zdjęciem dwóch supermenów spacerujących po sopockim molo. Piękne to molo, ale niestety każdy może je deptać. Panowie T. i P. to przecież przyjaciele.

„Nasz” wpisał się na listę najłagodniej mówiąc, naiwniaków. Oczywiście nie jedyny. Znaleźli się tam również wybitni politycy, naukowcy, wizjonerzy. Nie zauważyli, że Europa uzależnia się od Kremla. Kupowali taniej i myśleli, że zawsze tak będzie. To bractwo kończyło kembridże, oxfordy, sorbony i  harvardy. Nie zauważyli, że lezą prosto w paszczę smoka. Ktoś wprawdzie ostrzegał, ale go nie słuchano. I nadal Polaków się nie słucha. Choć wszyscy już wiedzą, że groźny agresor broni i życia swoich ludzi nie żałuje.

Podajcie sobie ręce panowie ze wszystkich ugrupowań  krajowych i zagranicznych, którzy głośno mówią o, wprawdzie zdegenerowanym kapitalizmie, ale jednocześnie wychwalają super Europę z jej przedziwnymi pomysłami. Poraża retoryka, poraża gadulstwo bez efektów, miliardowe obiecanki i zwlekanie. Tylko ludzie mają najwięcej do stracenia. Zbombardowane domy i tragedie milionów zwykłych ludzi zaczynają być „nudną codziennością”. Z jednej strony szarota-biedota, mięso armatnie a z drugiej wybrańcy.

Rosja ze stratą ludzi się nie liczy, nigdy się nie liczyła. Ona ma miliony i wielkie połacie czasem pustej ziemi. Co jakiś czas wybijano tam nawet generałów i najwierniejszych enkawudzistów. My chronimy ludzi a nawet, niestety chronimy bandytów, czasem bardziej niż ofiary.

Przydałby się  spis beneficjentów Polski po 89 roku. Byłby ciekawszy niż lista Wildsteina. Wśród „ludzi sukcesu” aż roi się od bohaterów filmu Latkowskiego, w którym padają słowa: „To ściana przez którą nikt się nie przebije. Najwyżej się rozbije”. Mamy tego dowody – Amber Gold, zabójstwo Olewnika, Papały a wcześniej morderstwa ks. Popiełuszki i innych księży. Ostatnio doszła sprawa młodego odważnego dziennikarza Jarosława Zientary.

Za rok z okładem wybory. To wcale nie tak daleko. Ruszyły w Polskę wyborcze busy. Przejadą kraj wzdłuż i wszerz. Ich pasażerowie będą dla tubylców mili i wszystko obiecujący. Może czasem wyskoczy jakiś tam rolnik uprawiający paprykę i będzie wrzeszczał nawet słusznie. Gospodarze są gościnni, uśmiechnięci. Zresztą do swoich idoli przyjdą tylko ich zwolennicy.

Na mitingi przychodzi niewielu. W gruncie rzeczy to ci, którzy chcą się załapać na synekury. Można by te „gospodarskie wizyty” robić on-line. Tym bardziej że jest gorąco. Rozzuchwaleni zwykle tracą resztki rozsądku. Gdy przelatuje się listy personalne mamy do czynienia ciągle z tymi samymi ludźmi. Pora to zmienić. Można to zrobić. Kadencje powinny być krótsze. Może nawet dwuletnie. Wystarczy. Jachira szaleje, Tusk łysieje, a ludzie ciągle mają nadzieję. Jak to wszystko się skończy? Będziemy to wiedzieć. Za półtora roku.

Nad znęcającymi się nad językiem znęca się WALTER ALTERMANN: Drobiazgi językowo-mózgowe

Życie składa się głównie z wielkich, przykrych spraw. Przy czym wielkich jest mało. Większość – niestety – to sprawy drobne, małe, ale właśnie one składają się w sumie na wielkie przykre sprawy epickie w rozmiarze giga-mega-hiper. Z tymi epickimi też powstał problem. Więc wyjaśnijmy.

HBO reklamuje swój nowy serial takim oto zawołaniem: „Oglądanie tego serialu stało się epickie”. Od razu zauważę, że epickie pojawiło się jako novum, bo wszystkie giga, mega zostały już użyte, zużyte i wyplute przez speców od marketingu. Inaczej – spowszedniały i nie robią wrażenia. A bez wrażenia nie ma kasy.

 Czytajcie!

Pojęcie eposu pojawiło się w starożytnej Grecji. Tradycyjne eposy to dłuższe poematy narracyjne. Ich zadaniem była afirmacja etosu społeczności, w której zostały napisane. Postaci są idealizowane, wynoszone na piedestał jako „ojcowie założyciele” danego państwa-miasta. Autorzy eposów sięgali najczęściej po zdarzenia mityczne bądź legendarne, odnoszące się do „czasu ojców”, którzy prawie zawsze byli potomkami bogów i ziemianek, niekiedy bogiń i ziemian. Stąd każda społeczność antyczna miała boskie pochodzenie. Klasycznymi przykładami eposu, epiki są „Iliada”, „Odyseja” i nasz „Pan Tadeusz”.

W Polsce eposy pisze się trzynastozgłoskowcem, rymowanym parzyście. W ten sposób pisał między innymi Wacław Potocki swą „Wojnę chocimską”. Trzynastozgłoskowcem tłumaczono także starożytny heksametr. Dzisiaj epika oznacza każdą powieść, nowelę, opowiadanie. W odróżnieniu od liryki i dramatu. Tyle – w dużym skrócie – na temat epiki, epickości.

Co by nie mówić i jakby nie rozumieć pojęcia epiki, epickości, to zawsze dotyczy ono dzieła, które ktoś napisał. Natomiast reklama HBO mówi nam, że bierne oglądanie cudzego utworu – choćby w formie filmowej – jest epickie. Logicznie, mózgowo biorąc jest to bujda na resorach, która kłamie i oszukuje wmawiając oglądaczowi, że jest twórcą. Aby wyciągnąć od niego kasę. Dla mnie ta forma reklamy niczym nie różni się od reklam Amber Gold.

Pierwsza sprawa z UE – schabowy z retorty

Organizacje spod znaku New Age żądają – żeby to jeszcze grzecznie postulowały – natychmiastowej likwidacji produkcji mięsa, sposobem naturalnym. Mięso ma być produkowane laboratoryjnie, bez niszczących planetę gazów, wydalanych przez bydło, a to na skutek „trawienia trawy”. Są też żądania w sprawie chowu nierogacizny, która zatruwa ziemię odchodami, tak stałymi, jak płynnymi.

Wszystko to prawda i masowa produkcja mięsa stwarza problemy dla środowiska. Szczególnie groźne są wielkie farmy świń, od których polskie prawo nie żąda utylizacji odchodów. W momencie wpuszczania do polski amerykańskich farm, nikt w Polsce nie zdawał sobie sprawy z zagrożeń. Bo zagrożeniem nie były wcześniejsze, małe polskie tuczarnie, z których odchody wykorzystywano do nawożenia i użyźniania pól. Natomiast właściciele amerykańskich farm w Polsce, hodujący powyżej kilkunastu tysięcy sztuk świń, ani myślą robić cokolwiek użytecznego z odchodami, a to dlatego, że transport na wynajęte pola kosztowałby sporo. Poza tym, nie ma zapotrzebowania na ich nawóz, bo małe polskie hodowle wystarczą. Więc gigantyczne farmy gromadzą je w ogromnych lagunach, z których przeciekają do gleby, zatruwając wody podskórne. I jest to problem, ale do rozwiązania przy dobrej woli ustawodawcy.

Natomiast pomysły New Age na produkcję mięsa w retortach jest, idiotyczny. Tym bardziej, że pomysłodawcy nie zadali sobie trudu z policzeniem kosztów produkcji, ergo ceny takiego mięsa w sklepie.

Jest faktem, że przybywa nas w ogromnym tempie. Jeszcze w 1960 roku było nas 2 miliardy, dziś jest nas 7 miliardów. I każdy chce jeść. A jednocześnie na świecie marnuje się około 30 procent żywności. Naprawdę są możliwości wykarmienia nas wszystkich, ale nie zawierzałbym liberalnym doktrynom i ich przekonaniu o cudownej mocy wolnego rynku. W tej sprawie powinny działać światowe organizacje. Z wyłączeniem oczywiście New Age.

Bo w sumie pomysły New Age są totalitarne. Czytając liczne deklaracje zbawicieli świata ciągle odnoszę wrażenie, że oni nie lubią ludzi. I trochę racji w tym jest. Człowiek ma okropną postawę roszczeniową – chce jeść, oczekuje mieszkania i pracy.

Druga sprawa z UE – pestycydy

Ostatnio Frans Timmermans, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej odpowiedzialny za Europejski Zielony Ład przeforsował swój pomysł na drastyczne ograniczenie używania pestycydów w rolnictwie. Do 2050 roku używanie pestycydów w krajach UE ma być zredukowane o 50 procent.

To kuriozum, że Holender nawet nie skonsultował tej idei z Januszem Wojciechowskim, unijnym Komisarzem ds. Rolnictwa. Oczywiście pestycydy są groźne, szczególnie dla owadów zapylających. I dlatego ich używanie powinno być sukcesywnie ograniczane. Ale Timmermans się śpieszy i chce mieć natychmiastowy sukces, tym bardziej, że w innych sprawach szło mu kiepsko.

Czy da się zastąpić pestycydy innymi, mniej trującymi środkami? Oczywiście, ale to kosztowałoby dużo. I stać na to tylko bogate kraje.

Obawiam się, że w sprawach pestycydów, jak i sztucznej produkcji mięsa, zdrowy rozsądek jest na przegranej pozycji. Sęk w tym, że bogate kraje UE mają inne problemy niż Polska, Bułgaria, Słowacja czy Rumunia. Źródłem tych różnic programowych są różnice między majętnościami dawnych demoludów a zachodem Europy. Bogatych  po prostu stać na nowoczesność, od razu. Biedny Wschód ma inne priorytety. Tymczasem bez przerwy bogaci żądają od biednych współpracy na tych samych zasadach, spełniania oczekiwań ekstremalnie myślących obrońców Ziemi.

Zresztą oni jakoś tak dziwnie kochają Ziemię, bo z każdym rokiem mają coraz więcej pretensji do człowieka. Podejrzewam, że ich ideałem jest czysta i piękna Ziemia bez ludzi.

Broń przeciw powietrzna

Znany polityk mówi w TV: „Teraz mamy broń przeciw powietrzną”. To bardzo ciekawa obserwacja. Wiemy przecież, że w średniowieczu wierzono, iż złe powietrze przynosi zarazę. I dlatego jeszcze – choć to już wiek XIX – Cześnik w „Zemście” zwraca uwagę:

Od powietrza, ognia, wojny,
                        I do tego od człowieka,
                        Co się wszystkim nisko kłania,
                        Niech nas zawsze Bóg obrania.

 

Morowe powietrze zawsze budziło grozę, bo nagle, bez uprzedzenia unicestwiało ogromne rzesze. W wielu miejscach Polski znajdziemy jeszcze trzy krzyże, ustawiane po to, żeby odpędzały zarazę. Najbardziej znane znajdują się w Kazimierzu na Wisłą. Może zatem polityk miał na myśli takie krzyże? Nie wiem. Prawdopodobnie w ogniu dyskusji militarnej uprościł sobie pojęcie. Zapewne chodziło mu o broń przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Ale sobie uprościł, aż do zupełnej śmieszności.

No, powie ktoś – teraz wszyscy skracają, upraszczają, a pan się czepia… Szczerze mówiąc wolałbym w fotelach rządowych ludzi, którzy nie będą upraszczali, bo zbyt wiele w moim życiu zależy od ich skrótów myślowych, parafraz i kontaminacji. Niech mówią prosto, skoro myślą w sposób bardzo skomplikowany.

Miejscówka

Dziennikarz TV mówi o kimś, kto wyprowadził się z Warszawy do Konstancina: „Teraz ma fajną miejscówkę”. Ja wiem, że „miejscówka” wzięła się nie z PKP, ale ze slangu młodzieży. Miejscówkami są teraz lokale, sale zabaw, kluby fitness, a nawet mieszkania.

W slangu młodzieżowym to jeszcze uchodzi, bywa nawet dowcipne. Ale obawiam się, że niebawem dowiemy się, że Prezydent RP ma dobrą miejscówkę. Albo prymas. Papież też ma fajną miejscówkę w Rzymie.

Na pusto

W telewizji, relacjonującej pracę Inspekcji Transportu Drogowego wesoła dziennikarka mówi: „Ten samochód nie miał prawa przewozić koparki, bo była za ciężka i niewłaściwie zabezpieczona. Inspekcja kazał zdjąć koparkę z samochodu, który dalej pojechał na pusto”.

Gdyby ów samochód pojechał pusty, bez ładunku, tylko z kierowcą – byłoby dobrze powiedziane. Natomiast „na pusto” jest wzięte z okropnej gwary miejskiej. Nic nie znaczy, a brzmi makabrycznie. Od języka dziennikarzy oczekuję nie tylko informacji, ale też elegancji w ich podawaniu.

Co to jest elegancja? No, na przykład… nie zakładamy zimowych skórzanych rękawiczek do sukni ślubnej, nie plujemy na ziemię, a starszych ludzi nie klepiemy po ramieniu, mówiąc im: „Cześć stary”.

Powtarzanie

Dziennikarz w TV: „Pan kolejny raz powtarza o tym”. No i znowu mamy mielony zamiast schabowego. Zgodnie z normą języka polskiego dziennikarz powinien powiedzieć: „Pan kolejny raz to powtarza.” Żeby to wszystko jakoś ładnie ująć: „Furda nam normy / Gdy hufiec nasz zbrojny”. To o poczuciu siły i bezkarności sporej części dziennikarzy.

Blisko, coraz bliżej

Dziennikarka TV: „Te dzieci były bardzo blisko do tego zdarzenia.” Błąd, szanowna pani. Dzieci mogły być jedynie blisko tego zdarzenia. Rzecz jest w nieznajomości składni. A składni można się jedynie nauczyć czytając klasyków polski z XIX wieku. Klasykami są: Sienkiewicz, Prus, Reymont, Żeromski. Polecam.

Co uczcić?

„Trzeba uczcić pamięć o św. Janie” – mówi dziennikarz. I mamy kolejny przypadek z nielogicznym podmiotem. Logicznie powinno być: „Trzeba czcić, upamiętnić postać św. Jana”. A tak wyszło, że musimy czcić, że pamiętamy. Bo kogo czcimy? Jana czy pamięć o nim? Niby proste, a jednak pojawiają się kłopoty. Bo wyszło na to, że św. Jana mamy za nic, natomiast szanujemy naszą pamięć. Paranoja? Owszem.

Czasami zastanawiam się, czy dziennikarze TV piszą sobie teksty, które potem wypowiedzą? Zdaje mi się, że jednak stawiają na wdzięk i urodę. Zawodni to sojusznicy pracy dziennikarza. Radziłbym pisać i czytać, poprawiać, zanim coś powie się do kamery. W natchnieniu nie bierzmy tekstu z niczego, czyli z głowy – jak mawiał pewien aktor o mówieniu od siebie, bez tekstu autora.