Jak rozliczyć rosyjskie zbrodnie wojenne w Ukrainie? Analiza WOŁODYMYRA SYDORENKY

Ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka zaangażowanych jest w inicjatywę „Trybunał Putina”, której celem jest dokumentowanie zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie.

Po bezsensownym zbombardowaniu Winnicy i zabiciu na ulicy 25 osób, w tym trojga dzieci, a także zniszczeniu centrum medycznego Neuromed, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że należy powołać specjalny trybunał do zbadania zbrodni rosyjskich na Ukrainie tak szybko, jak to możliwe. „Ten dzień po raz kolejny udowodnił, że Rosja powinna zostać oficjalnie uznana za państwo terrorystyczne. Żadne państwo na świecie nie stanowi takiego zagrożenia terrorystycznego jak Rosja” – powiedział Zełenskij.

„Gdyby ktoś przeprowadził atak rakietowy na ośrodek medyczny w Dallas lub Dreźnie, jak by to nazwano? Czy to nie terroryzm? Rosja zabiła dziewczynki, gdy w Hadze w Holandii odbywała się konferencja na temat rosyjskich zbrodni wojennych. Konferencja, na której zdecydowano, co należy zrobić, aby każdy rosyjski żołnierz został ukarany. Po tym nikt nie może mieć wątpliwości, że jak najszybciej potrzebny jest specjalny trybunał w sprawie rosyjskiej agresji na Ukrainę” – dodał.

Zełenski zwrócił się także do załogi łodzi podwodnej, z której na Winnicę wystrzelono pociski; „Chcę, aby załoga tego statku, z którego pociski poleciały dzisiaj do Winnicy, wiedziała na pewno, że więzienie to najlepsza rzecz, jaka ich czeka”. Przypomnijmy, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, przemawiając na konferencji w Hadze, wezwał do utworzenia specjalnego trybunału, który zapewniłby ukaranie wszystkich odpowiedzialnych za rozpoczęcie rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2014 roku. Rząd Wielkiej Brytanii przyznał Ukrainie pakiet wsparcia w wysokości 2,5 miliona funtów, aby pomóc Prokuratorowi Generalnemu Ukrainy w zbadaniu rosyjskich zbrodni wojennych.

Jak idzie przygotowanie procesów rosyjskich faszystów?

W Hadze odbyła się Ukraina Accountability Conference, w której udział wzięli przedstawiciele 45 krajów. Konferencję zorganizował rząd Niderlandów, Prokuratura Międzynarodowego Trybunału Karnego oraz Komisja Europejska. Uzgodnili polityczną deklarację w sprawie współpracy i utworzyli grupę dialogową, aby zgromadzić krajowe, europejskie i międzynarodowe inicjatywy w zakresie dokumentacji i wymiaru sprawiedliwości dotyczących zbrodni wojennych. Pracami grupy będzie kierować Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy.

„Sprawiedliwość i odpowiedzialność mają fundamentalne znaczenie dla osiągnięcia pokoju i bezpieczeństwa. Tak więc najlepszym sposobem przeciwstawienia się działaniom Rosji są dwie rzeczy. Po pierwsze, społeczność międzynarodowa musi zapewnić Ukrainie zwycięstwo. Po drugie, ci, którzy popełniają zbrodnie powinni zostać postawieni przed wymiarem sprawiedliwości – powiedziała na konferencji Iryna Venediktova, Prokurator Generalna Ukrainy. Zwróciła uwagę na fakt, że „zakończenie bezkarności za poważne zbrodnie jest naszą wspólną odpowiedzialnością”. Według niej Ukraina udowodniła, że ​​jest w stanie poradzić sobie z ciężarem śledztw. Jednak biorąc pod uwagę skalę i wagę tych zbrodni, sprawiedliwość dla ofiar można osiągnąć jedynie w symbiozie ze społecznością międzynarodową.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości ONZ nie pozostaje na uboczu. Ponad 40 krajów podpisało oficjalne oświadczenie, że popierają pozew Ukrainy przeciwko Federacji Rosyjskiej przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości ONZ na podstawie Konwencji o zapobieganiu zbrodni ludobójstwa z 1948 roku. „Po raz kolejny deklarujemy nasze poparcie dla skargi, którą Ukraina wniosła do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości zgodnie z Konwencją ONZ o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa z 1948 r., w której Ukraina dąży do ustalenia, że ​​Rosja nie posiada prawa do prowadzenia operacji wojskowych na Ukrainie na podstawie nieuzasadnionych zarzutów o ludobójstwo” – czytamy w oświadczeniu. Państwa sygnatariusze podkreślają wagę takiego właśnie procesu i po raz kolejny wzywają Rosję do „natychmiastowego zawieszenia operacji wojskowych na Ukrainie, zgodnie z postanowieniem sądu w orzeczeniu o środkach tymczasowych z dnia 16 marca 2022 r.”.

Oczywiste jest, że sukces zarówno międzynarodowego trybunału ONZ, jak i jakiegokolwiek trybunału, który miałby osądzić rosyjskie zbrodnie, będzie zależeć od tego, jak przekonywujące będą dowody zebrane na Ukrainie. „Trybunał Putina” – inicjatywa o tej nazwie skupiła najważniejsze organizacje praw człowieka Ukrainy, które dokumentują ślady zbrodni wojennych popełnionych przez armię rosyjską w Ukrainie i przesłuchują świadków. Robią to we współpracy z obrońcami praw człowieka, a wszystkie opracowane materiały są następnie przekazywane organom śledczym. Dokumentaliści tej inicjatywy przesłuchują świadków i zbierają dowody do dalszego wykorzystania przez śledczych. To oni już udokumentowali zeznania naocznych świadków zbrodni rosyjskich w obwodzie kijowskim – w Buczy, Hostomelu, Borodziance i Irpieniu.

Uczestniczka inicjatywy Nataliya Yashchuk mówi: „Mamy własną metodologię zbierania informacji: jest to zbiór dokumentacji wideo. Z zapisem czasu i daty, co dokładnie się wydarzyło, kto ucierpiał, jakie są konsekwencje zbrodni wojennej.” Sądy i organy ścigania akceptują takie zeznania.

Ogólnie rzecz biorąc, ponad stu ukraińskich obrońców praw człowieka pracuje nad inicjatywą „Trybunał Putina” we współpracy z organami ścigania. Proces zbierania dowodów rozpoczęli natychmiast, od pierwszych dni wojny. Początkowo miejsca zbrodni były po prostu rejestrowane. Po wyzwoleniu terytoriów zaczęli odwiedzać te miejsca i rozmawiać z tymi, którzy przeżyli. Autorzy filmów dokumentalnych wykorzystują w swojej pracy Rzymski Statut Międzynarodowego Trybunału Karnego. Zgodnie z nim gromadzą i przetwarzają informacje, które są następnie przekazywane prawnikom w celu dalszego opracowania spraw oraz organom śledczym w celu przeprowadzenia dochodzenia. Na przykład tylko w obwodzie kijowskim istnieją dane ze 107 osiedli, czyli już ponad 1000 odcinków.

Uczestnicy inicjatywy są przekonani, że proces powinien brać pod uwagę nie tylko ludzkie ofiary, ale także ogromne szkody materialne i kulturowe wyrządzone przez Rosjan. Na przykład, do 15 lipca UNESCO udokumentowało zniszczenia 163 obiektów kultury na Ukrainie: 71 budynków sakralnych, 12 muzeów, 32 budynki historyczne, 24 budynki poświęcone działalności kulturalnej, 17 zabytków, 7 bibliotek. Tak stwierdził Lazar Assomo, dyrektor Centrum Światowego Dziedzictwa UNESCO, podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ „Zniszczenie dziedzictwa kulturowego w wyniku rosyjskiej agresji na Ukrainę”. Przeprowadzenie spotkania na ten temat poparło 38 państw członkowskich ONZ – podała ukraiński „Głos Ameryki”.

Lazar Assomo zauważył, że ponad połowa zarejestrowanych uszkodzeń lub zniszczeń obiektów (53%) miała miejsce w obwodach charkowskim i donieckim. W Kijowie znacznie ucierpiały także obiekty kultury, w szczególności potwierdzono uszkodzenie lub zniszczenie 26 obiektów. 40% z nich to budowle sakralne.

Ukraina ma jednak pełniejsze dane dotyczące niszczenia dóbr kultury. Do tej pory zarejestrowano 423 epizody uszkadzania lub niszczenia obiektów dziedzictwa kulturowego Ukrainy. Sprawy te są weryfikowane i publikowane na specjalnej platformie internetowej. 128 z nich to obiekty nieruchomego dziedzictwa kulturowego posiadające oficjalny status zabytków. Około stu obiektów zostało całkowicie lub prawie całkowicie zniszczonych.

„Podkreślam też, że wojna dotyka nie tylko dziedzictwa materialnego, ale całego sektora kulturalnego Ukrainy. Artyści, kustosze muzeów i wielu innych pracowników kultury zostało z powodu wojny pozbawionych środków do życia. Masowe wysiedlenia ludności zagrażają ochronie dziedzictwa niematerialnego, a także ciągłości życia kulturalnego” – zauważył Lazar Assomo.

W swoim przemówieniu stały przedstawiciel Ukrainy przy ONZ Serhij Kyslica nakreślił paralele między Rosją a nazistowskimi Niemcami i wspomniał o procesach norymberskich. Jest przekonany, że oprócz powołania Specjalnego Trybunału do spraw zbrodni rosyjskiej agresji na Ukrainę potrzebny jest instrument kompensacji wszelkich szkód spowodowanych agresją, w tym dziedzictwa kulturowego. 

 

O artyście starej szkoły aktorskiej pisze WALTER ALTERMANN: Ignacy Gogolewski 17.06.1931 r. – 15.05.2022 r.

Tego samego dnia, 15 maja 2022 roku, odeszło dwóch wybitnych polskich aktorów – Ignacy Gogolewski i Jerzy Trela. W chwili śmierci Ignacy Gogolewski miał 90 lat, Jerzy Trela 80. Obu tych wielkich aktorów dzieliło ledwie dziesięć lat, ale w sztuce teatralnej dzieliło ich wiele. W tym i następnym felietonie przypomnę dokonania i wspaniały dorobek obu artystów. Gogolewski był wybitnym aktorem swoich czasów, był tych czasów najdoskonalszym aktorem. Z kolei Trela żył i grał w innym już czasie, i był w „swoim teatrze” równie znaczącą postacią. Niby dzieliło ich jedynie 10 lat życia, ale naprawdę tworzyli w dwóch, jakże różnych epokach. Opowiem o tych dwóch różnych stylach i kształtach teatru.

Ignacy Gogolewski był wybitnym aktorem teatralnym i filmowym. Był także reżyserem, scenarzystą oraz wieloletnim dyrektorem kilku teatrów. W 1953 ukończył wydział aktorski warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Był jednym z ostatnich mistrzów starej szkoły aktorskiej.

Najważniejsze są początki

Dla studenta szkoły teatralnej jest szczęściem, gdy jego nauczycielami zawodu są wybitni aktorzy. Sztuka aktorska jest przecież również rzemiosłem, a praktykować trzeba u najlepszych majstrów. Wykładowcami Gogolewskiego byli: Jan Kreczmar, Maria Dulęba, Zofia Małynicz, Jan Świderski, Marian Wyrzykowski i Janina Romanówna. Od nich uczył się dbałości o czystość słowa, umiejętności operowania głosem, szacunku do rytmu prozy i wiersza.

Oglądanie Gogolewskiego na scenie było nie tylko przyjemnością, bo było także zadziwieniem. Potrafił, jak mało kto, wydobyć z postaci myśli i tony zaskakujące. I zawsze znajdował w swych postaciach cechy subtelne i delikatne. Jego bohaterowie byli – tak jak on – postaciami głęboko uduchowionymi, poruszającymi się w sferach uczuć i relacji między ludźmi na wysokim poziomie wrażliwości. Tak grał również w komediach.

Ignacy Gogolewski – był obdarzony bardzo dobrymi warunkami, był mężczyzną przystojnym, głos miał jasny, czysty i mocny. Miał zatem wszystkie predyspozycje, by grać w wielkim repertuarze klasycznym. Pracując nad sobą i rozwijając się, został jednym z ostatnich wielkich kontynuatorów starej szkoły aktorskiej.

Gustaw – pasowanie na artystę

Debiutował rolą Sekretarza w Lalce Bolesława Prusa, w reż. Bronisława Dąbrowskiego, w Teatrze Polskim w Warszawie, 1 stycznia 1954.

Prawdziwe uznanie krytyki i środowiska teatralnego przyniosła Gogolewskiemu rola Gustawa w Dziadach Mickiewicza w reżyserii Aleksandra Bardiniego w roku 1955. Było to pierwsze po wojnie wystawienie tego dramatu. Krytycy pisali, że „błysnął wybitnym talentem i opanowaniem warsztatu”, „oczarował publiczność swoją osobowością i pięknie podanym wierszem”. Młodego aktora uznano za kontynuatora tradycji teatru romantycznego.

Dziady Adama Mickiewicza uważane są za największy polski dramat, obok Wesela Wyspiańskiego. Uważa się też, że w rolach Gustawa i Konrada – choć niekiedy te role są łączone, i grane przez tego samego aktora – obsadza się aktorów młodych, ale rokujących największe nadzieje. Jeżeli aktor sprosta tej arcytrudnej roli, zdobywa niepisany tytuł szlachecki w polskim teatrze. Niektórzy z Gustawów – Konradów, zostają książętami teatru. Tak też stało się Gogolewskim.

Sam Gogolewski o początkach swojej kariery mówił: …zaangażowany po studiach do Teatru Polskiego zetknąłem się z całą plejadą ludzi wybitnych i takich, których nazwiska może niczego by dziś nie mówiły. Wszyscy oni razem stanowili akademię umiejętności zawodowych praw i reguł najczęściej niepisanych, lecz bez tych reguł dzisiejszy teatr nie ruszyłby z miejsca… („Teatr” 5/1974).

 

Teatr klasyczny

 

Jaki był polski teatr lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych? Przede wszystkim był w trudnej sytuacji, bo do roku 1955 panującą doktryną był socrealizm – tak w treści sztuk, jak i w zasadach ich realizacji na scenie.

Niemniej były sposoby, na obejście tego nieszczęścia. Głównym chwytem na doktrynerów była klasyka. Przekonano władze, że bez klasycznego repertuaru nie ma co grać. Tym bardziej, że „nowych sztuk” było mało, a publiczność nie chciała ich oglądać. To, dlatego grano Fredrę, Słowackiego, w końcu Mickiewicza. Grano też klasykę francuska i rosyjską.

Tu trzeba powiedzieć jeszcze i to, że teatr polski zawsze był teatrem tekstu, literatury. W Europie, od połowy XIX wieku teatr zaczął się zmieniać. Pojawiły się widowiska iluzjonistyczne, pojawiły się wielkie inscenizacje. Stało się tak za sprawą pojawienia się w teatrach światła elektrycznego, bo dawało ono możliwości budowania przestrzeni w głąb sceny – patrząc od widza.

W Polsce natomiast, pozostającej pod zaborami, nie było takich możliwości – poza Lwowem i Krakowem. Tak naprawdę trzy polskie rozbiorowe dzielnice były biedne a zaborcy niechętnie patrzyli na polskie inicjatywy budowania teatrów, a nawet na polską kulturę. Przed I wojna światową jedynym polskim artystą teatru, który podjął się reformowania teatru był Wyspiański. Ale, były to próby nie do końca akceptowane przez aktorów oraz widzów. Tym samym więc na polskich scenach królował repertuar, którego główną siłą i atrakcją był dialog. Próby realizacji w Polsce współczesnego teatru, rozumianego jako „czysta forma”, miały miejsce po 1918 roku, a ich prekursorem był Stanisław Ignacy Witkiewicz.

Prawdziwa jednak reforma teatru jako sztuki miła dopiero miejsce w latach sześćdziesiątych XX wieku. Ale o tym napiszę w następnym felietonie, poświęconym Jerzemu Treli

Polacy od pokoleń, przyzwyczaili się do teatru dialogu. Lub jak chcą nowatorzy – „gadanego”. Ten klasyczny teatr miał swoich wielkich aktorów i reżyserów. Nie miejsce tu ich wymieniać, ale należy powiedzieć, że w ramach przyjętych założeń ten teatr bywał doskonały. A jednym z najwybitniejszych przedstawicieli „klasyczności” był właśnie Ignacy Gogolewski.

Następne znaczące role Gogolewskiego

Kolejne role Gogolewskiego ugruntowały zasłużenie jego pozycję „gwiazdy”. Maurycy w Lecie w Nohant Jarosława Iwaszkiewicza (1956), Achilles w sztuce Artura Marii Swinarskiego Achilles i Panny (1956), Rizzio w Marii Stuart Juliusza Słowackiego (1958), tytułowa rola w Mazepie Juliusza Słowackiego (1959). W Teatrze Dramatycznym grał m.in. Pastora Hale w sztuce Arthura Millera Proces w Salem (1959) i Jęzorego w sztuce W małym dworku Witkacego (1959).

 

Gogolewski miał szczęście, że obsadzano go w rolach dających mu szansę na nieustanny rozwój.

Grał Nerona w Brytaniku Jeana Racine’a (1963), Gustawa w Ślubach panieńskich Fredry

Jego wielkim osiągnięciem była rola Zygmunta Augusta w Kronikach królewskich Wyspiańskiego, (1968), w reżyserii Ludwika René w Teatrze Dramatycznym.

 

Udział w tym przedstawieniu pozwolił Gogolewskiemu na coś więcej niż samą demonstrację dojrzałości swej sztuki, (…) pokazał swojego Zygmunta Augusta w pełnym wymiarze narastających uczuć, konsekwentnego w grze miłosnej i w grze o władzę, pełnego żaru w scenach wyznań i scenach żałobnych lamentacji. (Witold Filler, „Ignacy Gogolewski”, WAiF Warszawa 1979).

 

Role telewizyjne i filmowe

 

W rolach telewizyjnych Ignacego Gogolewskiego, są niezwykle różnorodne. Są tam romantyczne kreacje obok postaci realistycznych. Zagrał Rodriga w Cydzie Pierre’a Corneille’a (1969), tytułowego Mazepę w dramacie Juliusza Słowackiego (1969), Zenona Ziembiewicza w Granicy Zofii Nałkowskiej (1970), Jego w Drugim pokoju Zbigniewa Herberta (1970), Tadeusza w Śniadaniu u Desdemony Janusza Krasińskiego (1975).

Gogolewski występował w filmach najwybitniejszych polskich reżyserów: w Trudnej miłości (1953) i Samotności we dwoje (1968) Stanisława Różewicza, Wystrzale (1965) i Hrabinie Cosel (1968) Jerzego Antczaka.

 

Najbardziej znaną jednak rolę, czyli Antka Borynę, zagrał w serialu Chłopi Jana Rybkowskiego, scenariusz na podstawie powieści Władysława Reymonta (1972). W tej roli Gogolewski zaskakiwał i przykuwał uwagę widza dwiema, zdawałoby się skrajnymi postawami; prostotą oraz niebywałą witalnością, żądzą miłosnego zaczadzenia.

 

Antek Boryna – czerpie swą siłę z nieprzemijającej wiary w ziemię. (…) To wieśniak posiadający jakby prostotę majestatu, wrodzoną godność osobistą, obie te cechy zrodziły się z nieustannego obcowania z ziemią – żywicielką i władczynią jednocześnie… (Lidia Klimczak, „Aktor znaczy indywidualność”, „Panorama Polska” nr 5/1984).

 

I jeszcze jeden cytat z opinii o aktorze: W dorobku artystycznym Gogolewski najbardziej cenić trzeba obecność wewnętrznej dialektyki. Tworzenie czegoś, a następnie wyzwolenie się z tego, co zostało stworzone. (…) Gogolewski, pierwszy po wojnie Gustaw-Konrad, wypracował styl romantyczny. Cechą charakterystyczną tego stylu jest nierozłączne splecenie walorów lirycznych i dramatycznych. Lecz Gogolewski stworzywszy pewien styl w aktorstwie, zadbał, aby się zeń wyzwolić. Dlatego Gogolewski grywa w Witkacym… (Krzysztof Głogowski, „Słowo Powszechne” nr 14/1976).

Kłopoty, ale poza sceną

 

W stanie wojennym Ignacy Gogolewski, wówczas dyrektor teatru w Lublinie, zdecydował się złamać bojkot środowiska i podjął współpracę z telewizją, przenosząc do Teatru Telewizji lubelskie przedstawienia, m.in. wyreżyserowany przez siebie Pierwszy dzień wolności Leona Kruczkowskiego (1982). Później wielokrotnie bronił swej decyzji, uzasadniając ją wykorzystaniem szansy, jaka pojawiła się przed prowincjonalnym teatrem.

 

W latach 2005-2006 Ignacy Gogolewski był prezesem Związku Artystów Scen Polskich. Objął tę funkcję przy sprzeciwie części środowiska, które pamiętało zachowanie aktora w latach 80., kiedy Gogolewski poparł wówczas stan wojenny.

 

Aktor był przewodniczącym Kapituły Członków Zasłużonych ZASP.

 

I na koniec moje prywatne przeżycie. Ciągle mam przed oczami scenę z Chłopów, w której Antek wraca wiosną do domu z aresztu. Widzimy człowieka, który jakby wita się ze swoją okolicą, ziemią, całą przestrzenią, w której żyje. Widzimy, jak cieszy go i zachwycają go drzewa, pola… I niemal odczuwamy wraz Antkiem siłę, która spływa nań z łąk, lasów i pól, i z bezchmurnego nieba… Scena jest bez jednego słowa, ale Rybkowski z Gogolewskim najdoskonalej, jak tylko można, w tej jednej scenie oddali całą filozofię Reymonta, która legła u początków jego noblowskiego dzieła.

Ignacy Gogolewski był mistrzem.

Tęsknota za „Ameryką Rosyjską” – WOŁODYMYR SYDORENKO analizuje kolejny przykład imperialnej propagandy

Wystąpienie przewodniczącego Dumy Państwowej Wiaczesława Wołodyna, w którym sugerował, że Rosji należy zwrócić Alaskę, dało impuls hałaśliwej propagandzie.

Przewodniczący Dumy Państwowej Rosji Wiaczesław Wołodin podczas sesji plenarnej parlamentu powiedział pewnego dnia, że ​​oprócz Krymu i Donbasu Rosja ma też inne rejony, które należy jej zwrócić, np. Alaskę. „Jest taki region, Alaska. I niech Ameryka, próbując pozbyć się naszych zasobów, pomyśli, że mamy coś do oddania” – powiedział Wiaczesław Wołodin. Rosyjska propaganda natychmiast podchwyciła tę imperialistyczną ideę, zaczęła ją szerzyć jako realne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych Ameryki, które według polityków pokroju Wołodyna powinny od razu się bardzo przestraszyć.

Jak wiecie, Imperium Rosyjskie podpisało umowę sprzedaży Alaski Stanom Zjednoczonym 30 marca 1867 roku za 7,2 miliona dolarów w złocie. Za te pieniądze USA otrzymały cały półwysep, archipelag Aleksandra i Kodiaka, wyspy Pasma Aleuckiego, a także kilka wysp na Morzu Beringa. W tym czasie Rosja nie wiedziała o dużych złożach ropy naftowej i innych minerałów na Alasce.

Alaska została odkryta przez Europejczyków w 1732 roku podczas pierwszej wyprawy na Kamczatkę Rosjan Michaiła Gwozdewa i Iwana Fiodorowa. Jej rozwój przebiegał w bardzo wolnym tempie, a na początku XIX wieku utrzymanie i ochrona Alaski, która przynosiła zyski z handlu futrami, stała się zbyt kosztowna. Pierwsze pytanie o sprzedaż Alaski Stanom Zjednoczonym postawił przed rządem rosyjskim Generalny Gubernator Syberii Wschodniej, hrabia Mykoła Murawjow-Amurski w 1853 roku, wskazując, że jego zdaniem jest to nieuniknione, a jednocześnie z czasem umocni pozycję Rosji na azjatyckim wybrzeżu Pacyfiku.

W tym samym czasie USA, chcąc zapobiec okupacji Alaski przez Imperium Brytyjskie, wysłały do ​​Rosji ofertę sprzedaży wszystkich posiadanych przez nią udziałów Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej (RAK), państwowemu monopolowi zaangażowanemu w rozwój Alaski , za 7 milionów 600 tysięcy dolarów w 1854 roku.

Kolejna oferta USA na zakup Alaski została złożona z inicjatywy wielkiego księcia Konstantina Mikołajowycza (młodszego brata cesarza Aleksandra II) wiosną 1857 roku. Kwestia ta była aktywnie badana po obu stronach, ale z powodu wojny secesyjnej (1861-65) prawdziwe negocjacje rozpoczęły się dopiero w 1866 roku.

Traktat podpisano 30 marca 1867 r. w Waszyngtonie – za 7,2 mln dolarów cały półwysep Alaska, pas wybrzeża 10 mil na południe od Alaski wzdłuż zachodniego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, Wyspy Aleuckie, Archipelag Aleksandra, wyspy na Morzu Beringa zostały włączone do terytorium Stanów Zjednoczonych. Całkowita wielkość sprzedanej powierzchni gruntu wynosiła około 1 519 000 m2, czyli cena wyniosła 4,73 USD za kilometr kwadratowy. W momencie sprzedaży na Alasce mieszkało około 2,5 tys. Rosjan i Kreolów oraz 68 tys. Eskimosów i Hindusów. Wraz z gruntem na własność Stanów Zjednoczonych przeszły wszystkie nieruchomości, archiwa kolonialne, oficjalne i historyczne dokumenty związane z oddanymi terytoriami.

W 1959 roku Alaska stała się 49. stanem Stanów Zjednoczonych. W 2012 roku mieszkało tu 731,5 tys. osób, a pod względem dochodu per capita była na czwartym miejscu w kraju.

Jednocześnie rosyjski parlamentarzysta Anatolij Wasserman powiedział dziennikarzom, że „nie ma powodów prawnych, które pozwoliłyby Rosji domagać się zwrotu Alaski, ponieważ sprzedaliśmy ją w sposób całkowicie legalny i z całkowicie uzasadnionych powodów…” Faktem jest, że jeszcze przed pojawieniem się Trasy Transsyberyjskiej, droga z europejskiej części Rosji do Wybrzeże Pacyfiku  zajmowała kilka miesięcy, a komunikacja z Alaską była możliwa tylko drogą morską. W tym czasie na morzu dominowała flota angielska. A kiedy Rosja pogorszyła stosunki, utrzymywanie kontaktów z Alaską stało się prawie niemożliwe. „Kiedy wybuchła wojna krymska, ubezpieczaliśmy Alaskę w amerykańskich firmach ubezpieczeniowych. Brytyjczycy nie zaatakowali Alaski, bo to uczyniłoby Stany Zjednoczone ich wrogiem. Kiedy nasze stosunki z Wielką Brytanią znów się napięły, doszliśmy do wniosku, że łatwiej sprzedać Alaskę. Nikt jej nie potrzebował i nikt jej nie szukał. Wydobywane tam surowce praktycznie się wyczerpały – wyjaśnił Wasserman.

Według posła, aby Alaska mogła wrócić do Rosji, konieczna będzie dezintegracja Stanów Zjednoczonych. Ale sytuacja na świecie jest taka, że ​​Rosja rozpadnie się znacznie wcześniej niż Stany Zjednoczone. Dlatego Duma Państwowa nie powinna nawet myśleć o powrocie Alaski…

Inni analitycy zauważyli, że sam powód, który wymyślił Wiaczesław Wołodin, jest sztuczny. Powiedział, że „Stany Zjednoczone powinny myśleć o Alasce, gdy pozbywają się międzynarodowych zasobów Rosji”. Ale nie powiedział i nie mógł powiedzieć, jakie „międzynarodowe zasoby Rosji” są do dyspozycji Ameryki.

Nie ma jednak na świecie takiej sytuacji, z której rosyjscy propagandyści nie próbowaliby się wykorzystać. Tak więc wicemarszałek Dumy Państwowej Rosji Piotr Tołstoj zaproponował przeprowadzenie referendum na Alasce. Nie uzyskał jednak poparcia, bo Alaska to nie Krym i jest mało prawdopodobne, by którykolwiek z mieszkańców Alaski chciał ponownie znaleźć się „pod cesarską ręką”.

Co więcej, rosyjscy propagandyści nazwali prawdziwą umowę o sprzedaży Alaski „konwencją z 1867 r. o ochronie praw mieszkańców Ameryki Rosyjskiej”, która rzekomo nałożyła na Stany Zjednoczone obowiązek ochrony tych praw, a teraz oni, podobno nie zostały spełnione i dlatego Rosja powinna domagać się zwrotu „Ameryki Rosyjskiej”, czyli Alaski.

Zaczęli rozpowszechniać kłamstwo, że Stany Zjednoczone rzekomo prześladują członków Rady Koordynacyjnej Organizacji Rodaków Rosyjskich w Ameryce. A Stany Zjednoczone są również oskarżane o rzekome naruszenie prawa do wolności języka ojczystego, ponieważ dziś tylko 0,005% Alaskan mówi po rosyjsku, a wszystkie języki na Alasce są tłumaczone na łacinę. Kolejny zarzuty to, że USA rzekomo narusza prawo do zachowania historii i kultury, ponieważ na Alasce nie studiuje się historii Rosji oraz prawo do wolności wyznania, skoro w 1927 roku udało się ogłosić „autokefalię” Amerykańskiej Cerkwi Prawosławnej, podczas gdy wcześniej była tam Cerkiew Rosyjska. A także rzekomo Stany Zjednoczone naruszają prawo do wolności przedsiębiorczości i ochrony socjalnej, ponieważ „Waszyngton sztucznie hamuje rozwój Alaski”.

W ten sposób propagandziści dochodzą do sprytnego pseudowniosku, że nieistniejąca „Konwencja o cesji z Alaski” nie została spełniona. Potomkowie mieszkańców „Ameryki Rosyjskiej” są dyskryminowani. Terytorium odstąpione Stanom Zjednoczonym nie jest zagospodarowane. Oznacza to, że traktat między Stanami a Imperium Rosyjskim jest nieważny. „Ameryka Rosyjska” podlega zwrotowi.

Oczywiste jest, że agresywne wystąpienie Wiaczesława Wołodyna w Dumie Państwowej nie miało konsekwencji prawnych. Ale dało impuls hałaśliwej propagandzie. Tak więc w rosyjskim mieście Krasnojarsk pojawiła się „patriotyczna” reklama „Alaska jest nasza”. Została zamówiona i zamontowana przez… fabrykę przyczep, która z jakiegoś powodu nazywa się „fabryką Alaski”. Obywatele uznali to zjawisko za „subtelny ruch patriotyczny”, zapominając, że wszelkie roszczenia terytorialne zwykle kończą się wojną.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemiecka zbrodnia w Jedwabnem

29 czerwca 1941 roku szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhard Heidrich rozesłał do wszystkich szefów Einsatzgruppen (formacji policji bezpieczeństwa zajmujących się głównie „oczyszczaniem” zaplecza frontu niemiecko-sowieckiego) dalekopis, w którym zalecał „inscenizowanie samooczyszczenia” na terenach okupowanych, tak aby wyglądało to na pogromy dokonywane spontanicznie przez miejscową ludność, która popiera niemiecką politykę eksterminacji ludności żydowskiej.

 

Z pisma niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu, adresowanego do polskiej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich z 1967 roku wynika, że o zbrodnię w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach był podejrzany niejaki Wolfgang Birkner  –  dowódca Einsatzkommando Białystok (J.T. Gross całkowicie neguje jego odpowiedzialność).
Pamiętać należy, że po wejściu Niemców na polskie tereny okupowane wcześniej przez Sowietów takie wydarzenia jak w Jedwabnem były regułą. Kilkanaście dni wcześniej, zaraz po wejściu do Białegostoku, Niemcy zamordowali ok. dwóch tysięcy Żydów, wielu z nich paląc w miejscowej synagodze.

O niemieckiej inspiracji mówią również raporty Polskiego Państwa Podziemnego z terenu Białostocczyzny. Żeby było ciekawiej – Szmul Wasersztajn mówi wyraźnie, że rozkaz „zniszczenia wszystkich Żydów” w Jedwabnem wydali Niemcy. Mimo, iż jego relacja jest podstawą książki „Sąsiedzi”, J. T. Gross w swoich wnioskach całkowicie pomija ten fakt.
W tle dyskusji pozostaje również stosunek części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką. Wiele relacji wskazuje na kolaborację Żydów z Sowietami. Jeszcze przed wejściem Armii Czerwonej na tereny tzw. Zachodniej Białorusi Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią w wielu miejscach na Grodzieńszczyźnie – w powiecie wołkowyskim, słonimskim, na Polesiu, tam, gdzie stacjonowały jeszcze oddziały polskie. Przykładem jest Grodno.

Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie z niewielkim udziałem Białorusinów, na czele których stali wypuszczeni z więzień komuniści, próbowali opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę. Oddziały WP, policji i straży pożarnej po zaciekłych walkach rozbiły te bojówki, ale dywersja trwała przez następne trzy dni, aż do zdobycia Grodna przez wojska sowieckie. Rebelianci pomagali Sowietom w przeprawie przez Niemen a po opanowaniu miasta służyli informacjami na temat Polaków. Za udział w obronie Grodna zostało rozstrzelanych kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów.

Do podobnych sytuacji doszło w Wilnie we wrześniu i październiku 1939, w czasie tzw. pierwszej okupacji sowieckiej. Ze źródeł żydowskich dowiadujemy się, że Żydzi stanowili aż 80 proc. Gwardii Robotniczej – formacji powołanej do zwalczania przeciwników władzy sowieckiej. Razem z Sowietami wycofało się potem z miasta ok. 3 tys. Żydów z kręgów lewicowych. Najbardziej znaną rebelią, którą Sowieci nazwali powstaniem i przypisali mu dużą legendę, były dwudniowe walki o miasteczko Skidel. Drugiego dnia, po odparciu rebeliantów, Polacy stawiali czoła sowieckim czołgom i grupom uzbrojonych cywili z czerwonymi opaskami na rękach.
Przypadki rebelii i denuncjowania zdarzały się także na terenach województwa białostockiego. Powstawały tam różnego rodzaju bojówki, przybierające formę milicji, lub grup ochotniczych, które wspomagały władzę sowiecką i działały przeciwko Polakom.

O pamięci, historii i solidarności pisze CEZARY KRYSZTOPA: Stracona okazja

11 lipca tego roku, oprócz tego, że był dniem, kiedy obchodziliśmy rocznicę tragicznej Krwawej Niedzieli Rzezi Wołyńskiej, wyeksponował dwie skrajne postawy wobec stosunków polsko-ukraińskich. Emocje związane z rocznicą wydarzeń, które pozostawiły wieczną bliznę na zbiorowej pamięci Polaków jednych skłoniły do „refleksji” – „Ukrainie nie warto pomagać”, a innych – „nie zawracajcie mi głowy Wołyniem, kogo to dzisiaj obchodzi”. Obydwu, przykro to mówić – niemądrych.

Mamy tuż za ścianą agresywnego sąsiada, który innych sąsiadów dzieli na tych których sobie podporządkował i na tych, których zamierza pobić, lub właśnie bije. Nie są znane przypadki traktowania przez niego kogokolwiek jako „partnera”, no chyba, że przypadkiem ma większą piąchę, lub daje mu na flaszkę.

Ten sąsiad wyraźnie i wielokrotnie komunikował nam, choćby za pomocą manewrów „Zapad” opartych na scenariuszu ataku nuklearnego na polskie miasta, że jest do nas nastawiony agresywnie i wojowniczo. Nie wspomnę nawet o jakości rusko – tuskiego śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Nie widzę powodu, żeby tych wyraźnych komunikatów nie brać poważnie i nie wyciągać z tego wniosków.

A wniosek jest z tego taki, że im słabsza Rosja tym lepiej dla Polski. Dlatego, jeśli Ukraina wykrwawia Rosję, to choćbyśmy Ukrainy zupełnie nie kochali – w interesie Polsk jest, żeby wykrwawiała jak najdłużej i osłabiła jak najbardziej. I jeśli możemy, nie uszczuplając w sposób krytyczny własnych zasobów jej w tym pomóc, chyba lepiej, że to odbywa się na wschodzie Ukrainy a nie musi się odbywać na linii Bugu?

Nie mamy prawa „zapominać”

Z drugiej strony, ci którzy sami się nie szanują, w oczywisty sposób nie są szanowani przez innych. Dlatego jako dość żałosne odbieram te próby „reform językowych”, do których nawet pytani przez mnie Ukraińcy odnosili się z pewnym zażenowaniem – te wszystkie „w Ukrainie” czy zmiana „ruskich pierogów” na „ukraińskie” bez żadnego pojęcia o tym, że w języku polskim nazwa pochodzi od województwa ruskiego, zamieszkanego przez Rusinów, czyli dzisiejszych Ukraińców. A najjaskrawszym przykładem tej dziwacznej egzaltacji jest „zapominanie o Wołyniu”.

Jakie my mamy w ogóle prawo „zapominać” o straszliwej zbrodni dokonanej rękoma Ukraińców z OUN i UPA na Polakach? Jakie mamy prawo „wybaczać” w imieniu rozerwanych dzieci? A jeśli wyprzemy się własne historii, to kto nas będzie szanował?

Fałszywy dylemat

Nie, alternatywa – albo pomoc Ukrainie, albo pamięć o Wołyniu, to fałszywy dylemat – na życie mamy wpływ. O tych którzy nie żyją, możemy już tylko pamiętać i jeśli jest taka potrzeba, domagać się prawdy historycznej na temat ich losu. Nie tylko w imię metafizycznej wspólnoty – ale również – a być może głównie dlatego, że bez pamięci o korzeniach narodu nie istniejemy jako naród. A z obecnej brutalnej wojny płynie co najmniej taka nauka, że jeśli Rosjanie mieli okazję zdziwić się oporem Ukraińców, to dlatego, że Ukraińcy czują się narodem, wspólnotą i w imię dobra tego narodu walczą.

Błąd

Wojna zbliżyła Polaków i Ukraińców. I to dobrze, bo mamy wspólnego wroga. Z jednej strony spontaniczna gościnność Polaków, z drugiej spontaniczne odruchy sprzątania polskich cmentarzy na Ukrainie, oby zaowocowały w przyszłości poprawą stosunków również na poziomie obywatelskim.

Ale najlepsza okazją do wykonania gestu, który mógłby poważnie zacząć oczyszczać atmosferę, była rocznica Krwawej Niedzieli 11 lipca. Pierwszego 11 lipca po wybuchu wojny i po tym co się przy tej okazji zdarzyło. Tak tak, wiem, wieńce, ustawy itd. Ale nie tylko ja jak głupi czekałem aż prezydent Zełenski coś powie. Potępi. Uczyni widoczny gest. No i się nie doczekałem. To oczywiście nie znaczy, że „wszystko stracone”. Warto nad tym pracować nadal. Ale niewykorzystanie takiej okazji to poważny błąd.

Za drugim razem pierwszego wrażenia zrobić się nie da.

O niektórych artystach i ich krytykach pisze WALTER ALTERMAN: Anonimowi tropiciele z Wikipedii

Z roku na rok, ba, teraz już nawet z miesiąca na miesiąc rosną w Polsce zwarte szeregi nieomylnych. To skutek, a zarazem przyczyna zaciekłej walki politycznej. Każda z pięciu dużych partii parlamentarnych chce mieć patent na nieomylność. Jedni drugim, czwarci trzecim wyciągają dawne deklaracje, diagnozy i hasła polityczne.

Właściwie nie ma obecnie w naszym kraju debaty politycznej, opartej na głębszych analizach programów, sytuacji obecnej i projektowanej. Obserwuję bacznie co dzieje się w tej mierze w różnych stacjach telewizyjnych, portalach i mediach społecznych. I widzę, że wszystkie one unikają jak ognia poważnego podejścia do tematów gospodarki, edukacji, służby zdrowia, poziomu zarobków, emerytur czy wolności obywatelskich.

Przepis na oglądalność

We wszystkich „środka masowego rażenia” panuje wspólne przekonanie co do jednego – nasz słuchacz, widz, czytelnik nie ma zdrowia do śledzenia i wyciągania samemu wniosków w sprawach trudnych. Chcąc go jednak zatrzymać przy ekranie komputera, czy telewizorze – bo to przekłada się na oglądalność, a ona na reklamy, a reklamy na żywą gotówkę – musimy działać hasłowo, ogólnie, a najlepiej personalnie. Bierzemy zatem do tzw. debaty dwóch polityków, z dwóch przeciwnych sobie obozów i niech sobie ubliżają, niech się obrażają, niech jeden drugiemu zarzuca głupotę, zdradę narodowych interesów, obcą agenturę… Ludzie takie naparzanki lubią!

Moim zdaniem przyczyną nie są nadchodzące powoli, ale nieuchronnie, wybory. Myślę, że my Polacy, po prostu, lubimy wojny. Póki co walczymy w specyficznej wojnie domowej. Jeżeli tak mają się objawiać resztki waleczności naszych przodków, to ja dziękuję, nie biorę w tej wojnie udziału.

Artystów grzechy intymne

Jest jeszcze gorzej, bo obsesje maniakalnych śledztw dotyczących zaprzeszłych grzechów, pomyłek i inności przeszły na teren sztuki, a właściwie na artystów. Ostatnimi miesiącami pojawiło się w internecie kilka publikacji dotyczących dwóch wielkich polskich artystów – Chopina i Słowackiego. Co spowodowało tak nagłe i niespodziewane zainteresowanie postaciami największego polskiego kompozytora i największego polskiego poety?

Tu robię marginalną uwagę, że dla wielu największym poetą jest Mickiewicz. Mogę się zatem zgodzić, że Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki są najwięksi, obok siebie i po równo.

Wracając do pytania, co się stało, że nagle wzrosło zainteresowanie autorem „Kordiana” oraz kompozytorem licznych polonezów? Czyżby odkryto jakieś nieznane ich utwory? Nie, autorzy publikacji dotyczących życia mistrza słowa i mistrza fortepianu niczego nie odkryli. Zainteresował ich natomiast domniemany homoseksualizm obu znamienitych rodaków.

Jest faktem, że życie intymne obu mistrzów o dawna budziło takie podejrzenia, lub lepiej powiedzieć – konstatacje. Ale nikt, z poważnych badaczy ich życia i twórczości, nie zajmował się tym aspektem ich charakterów. Starzy panowie badacze zachowywali się z klasą. Bo też orientacje seksualne Chopina i Słowackiego niczego w ich twórczości nie determinowały.

Natomiast teraz – w dobie nieszczęsnej wolności słowa – znaleźli się jacyś ludzie, którzy czynią ze swych „odkryć” sensacje. Napisałem zdanie wyżej o „nieszczęsnej wolności słowa”, bo żeby z tej wolności korzystać trzeba mieć klasę, maniery i gust. A tu, niestety, prostactwo dostało tubę i biega z nią po ulicach, wykrzykując co tam komu ślina na język przyniesie. Nie jestem oczywiście za jakąkolwiek cenzurą, ale „trochę samokontroli, autocenzury mieć trzeba. Tak co do myśli, języka i uczynków. Albowiem piszący grzeszą myślą, mową i uczynkiem – jak poucza nas Kościół. Niestety bezkarność Internetu jest wielka, a obrzydliwość jeszcze większa.

Podać faję staruszkowi

Powyższy śródtytuł pochodzi z tekstu Sławomira Mrożka, z opowiadania „Ucieczka na południe’. W tym arcyzabawnym opowiadaniu dwóch urwisów poznaje Małpiszona, który mówi jak człowiek, choć jest małpą, a dodatkowo obdarzoną ogromną siłą. Dwóch chłopaków, chcąc zarobić pieniądze na ucieczkę, wystawia małpiszona do turnieju bokserskiego. Małpiszon nokautuje z rzędu kilkunastu przeciwników. Wtedy pojawia się Trener, który radzi całej trójce jak trzeba robić karierę, czyli pieniądze. Otóż, według Trenera, trzeba jakiemuś staruszkowi podać faję, czyli pobić go. Wtedy wszystkie gazety potępią Małpiszona, ale reklamę i pieniądze będzie miał, a wyrok w zawieszeniu.

Coś mi się zdaje, że bardzo wielu osobników publikujących w mediach elektronicznych swe „przemyślenia” zna ten sposób. I dlatego stara się skopać jakiegoś Wielkiego Polaka, czyli podać takiemu – najlepiej już nieżyjącemu – mrożkowską faję. Pomysł to ohydny, ale skuteczny.

Mrożek – wielki skopany

Wyciąganie grzechów młodości lub nawet młodzieńcze opowiedzenie się po złej stronie politycznej jest ulubionym zajęciem ogromnego zastępu tropicieli prawdy jedynej. Taki los spotyka wielu znanych artystów w Wikipedii. Nie znajdziemy tam w życiorysie Sławomira Mrożka ani słowa o jego kunszcie artystycznym, o tym jak jego twórczość oddziaływała na miliony Polaków – tak w sensie czysto artystycznym, jak moralnym. Tropicieli interesują „grzechy i grzeszki” wybitnych pisarzy.

Zacznijmy od tego, co Wikipedia ma do powiedzenia o wybitnym noweliście i dramaturgu.

„Sławomir Mrożek (ur. 1930 – zm. 2013) – polski pisarz oraz rysownik. Autor satyrycznych opowiadań i utworów dramatycznych o tematyce filozoficznej, politycznej, obyczajowej i psychologicznej. Jako dramaturg zaliczany do nurtu teatru absurdu. Zadebiutował w 1950 jako rysownik, od 1953 publikował cykle rysunków w Przekroju. Wydane w tym samym roku zbiory opowiadań: Opowiadania z Trzmielowej Góry oraz Półpancerze praktyczne stanowiły jego literacki debiut. W 1953 podpisał tzw. Apel Krakowski, wyrażający poparcie dla stalinowskich władz PRL po aresztowaniu pod sfabrykowanymi zarzutami duchownych katolickich, skazanych w sfingowanym procesie księży kurii krakowskiej i skazaniu na karę śmierci Edwarda Chachlicę, Michała Kowalika i księdza Józefa Lelitę…”

Pomijam, że zaklasyfikowanie twórczości teatralnej Mrożka do gatunku teatru absurdu jest bez sensu, bo „Tango” i „Emigranci” nie mają nic wspólnego z absurdem. Absurdem natomiast jest nazywanie Mrożka rysownikiem, bo wykonał w życiu kilkadziesiąt satyrycznych rysunków. Poziom wiedzy autora strony w Wikipedii o literaturze jest przykry. I nie sięga nawet poziomu przeciętnego maturzysty. A przecież autor pisze o literacie!

Muszę jednak serio, bez żartów, potraktować umieszczenie w życiorysie pisarza informacji o podpisaniu przez niego tzw. Apelu Krakowskiego, popierającego ówczesnego władze w procesie księży kurii krakowskiej. Jest to o tyle zdumiewające – ze strony Anonima z Wikipedii – że później ani słowem nie zająknął się o dalszym życiu Mrożka, łącznie z emigracją i powrotem do Polski.

Sprawa procesu księży kurii krakowskiej jest straszna. To jedna z wielu podobnych prób marginalizowania roli kościoła w powojennej Polsce. To zbrodnia. Takie są fakty. Ale muszę zauważyć, że Sławomir Mrożek miał wówczas 23 lata, a całą swą twórczością zasłużył chyba na rozgrzeszenie*. Ale autorowi wpisu w Wikipedii chodziło – co widać wyraźnie w identycznej prawie notce choćby o Wisławie Szymborskiej – o „dowalenie, skopanie Wielkiego”.

Dla mnie i mojego starego już pokolenia Mrożek był i pozostanie nauczycielem logiki i moralności. I nic tu żaden turkuć podjadek, tropiciel i odkrywca z Wikipedii nie zdziała. Mrożek był i pozostanie wielki, a autor – zresztą anonimowy – pozostanie anonimowym nikim.

 

*Wszystkim trzem oskarżonym w procesie Kurii Krakowskiej zmieniono karę śmierci na dożywocie, a po 1956 roku uniewinniono ich i wyszli na wolność.

 

O tym, że nie wolno zapomnieć o rosyjskiej inwazji na Ukrainę pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Po trupach

Co nam z tego, że Merkel przejdzie do historii jako durna baba.  Co z tego, że po niewczasie Tusk zostanie w Polsce uznany za zdrajcę? Jakim trzeba być naiwniakiem i głupkiem by uzależnić się z chytrości od satrapy zabijającego bez pardonu sprzeciwiających się mu własnych obywateli. By uzależnić się od mordercy bezbronnych, wywożącego jak przed laty porwanych ludzi w bezkres Sybiru. By uzależnić się od próbującego wynaradawiać dzieci. Putin grozi wojną jądrową wolnym państwom w imię mrzonki totalnego panowania nad światem, a ogłupiali klaszczą mu tak jak Niemcy Hitlerowi w 1939 roku.

Wystraszona Europa boi się, że dostęp do taniego paliwa zostanie zamknięty, że ruska zima zamrozi tyłki bogatym narodom zachodu Europy. Ruscy szantażują bronią, myślą Niemcy, Francuzi, Włosi i Holendrzy, że jeśli ulegną złodziejowi, bandycie, to na pewno ich oszczędzi! Przypomina się rok 1939. „Przywiozłem wam pokój” – chwalił się angielski dżentelmen po wyjściu z samolotu. Potem ginęli milionami. Świat zatykał nozdrza, by nie czuć dymu z krematoriów. Teraz „świat” zaczyna się już nudzić obrazami krwawych zbrodni. Przestaje słuchać huku armat i wybuchów rakiet. Rozżarzone lufy dział spowszedniały. Jeszcze tylko przekazywane są suche informacje o liczbach zabitych i rannych. O czekających na ratunek pod gruzami.

Tak zwany zachód boi się, że będzie musiał kupować droższy gaz i ropę. Nic podobnego. Putin  wyremontuje rurę i zaproponuje tańsze paliwo. Na przykład za pół ceny. Oczywiście taniej będzie tylko do następnej agresji. Do napaści na kraje bałtyckie, na Polskę, Czechy i Słowację. Do czasu aneksji Mołdawii, Bułgarii.

Oksfordczycy, sorboniarze, humboldczycy, jesteście wspaniale wykształceni, tyle że działacie jak dzieci we mgle. Jesteście uzależnieni. Od dobrobytu, od Putina. Popatrzcie w lustro. Najlepiej weneckie. Po drugiej stronie obserwują was małe oczki mściwego i zachłannego kagiebisty. Ma dużo pieniędzy Śmieje się z was. On się nie cofnie. To za wasze pieniądze kupuje sobie broń.

Europo idziesz po ukraińskich trupach, krótkowzroczna Unio, fasadowe NATO, pogardzacie krajami wschodnich rubieży. Taka jest prawda. Robicie sobie wycieczki i udajecie empatię i oburzenie zbrodniami.  Broń dawkujecie jak lekarstwo. Byle się nie narazić zbytnio. Mieliśmy przykład w bośniackiej Srebrenicy jak „zachodni” pułkownik bronił muzułmańskich kobiet i dzieci.

Możecie obudzić się z ręką w nocniku pod atomowym grzybem. I dalej będziecie się cieszyć, że był tylko lokalny. Najlepiej nad moim krajem. Zrobicie odkrycie tak jak pułkownik Kukliński gdy zrozumiał, że pierwszy będzie zmieciony z powierzchni ziemi.  Zarozumiali mądrale, módlcie się o kolejny cud nad Wisłą i o Tuska by nadal robił co wy chcecie. Ciągle pytacie, po co ta krnąbrna Polska, po co Polacy? Najważniejsza jest praworządność, ale po waszemu. Po co Polsce węgiel, huty, flota i stocznie? Drogi dla waszych drogich samochodów. Chlewy dla waszych świń a obory dla holenderskich krów, które lepiej wysłać do Polski niż ubić na miejscu.  Bruksela zamiast brukselki. A Strasburg zamiast polskich sądów. Polacy na zlewozmywaki i na szparagi, płatki śniadaniowe na śniadanie, obiad i kolację.

Czy taka ma być przyszłość przed nami? Teraz papież już nie pomoże. Wybiorą czarnoskórego bo Ameryka Południowa, Azja nie lubi już Europy. Nie tak jak Amerykanów. Łatwo rozniecić nienawiść przypominając USA Wietnam, Belgom Kongo, Anglikom kolonializm. 40-milionowy naród z wielką diasporą zagranicą podzielony jest na pół tępą siekierą. I kłóci się dalej. Rozwalić go trzeba jak Jugosławię, Czechosłowację a wkrótce i Wielką Brytanię. Zostanie kraj przywiślański i niemiecki Śląsk.

 

O tym, jak dorabiają aktorzy pisze JAN TESPISKI: Jubileusze, koncerty, poranki dla dzieci (3)

Aktorzy nigdy nie zarabiali przyzwoicie. Owszem, gwiazdy kina zarabiały dobrze lub nawet bardzo dobrze. Ale przeciętna była i jest niska. W słowach każda władza była mocna, odwrotnie proporcjonalnie do finansowania teatrów. I tak to jest – czym więcej politycznych deklaracji o miłości i szacunku dla sztuki teatru, tym mniej dla teatru pieniędzy.

A żyć trzeba… Dlatego aktorzy imają się zajęć dodatkowych. Wymieńmy tu najbardziej znane: jubileusze, koncerty, poranki dla przedszkolaków.

JUBILEUSZE

Jeszcze przed II wojną światową, potem za komuny i teraz też – władze organizują tzw. koncert galowe. W określonych dniach roku obchodzimy rocznice ważnych dla państwa wydarzeń. Oczywiście w każdym ustroju daty są inne, ale są. Galówka polega na tym, że na widownię zaprasza się oficjeli a na scenę znane gwiazdy piosenki oraz aktorów. Aktor na taką okoliczność ma być ubrany we frak lub smoking, aktorki w suknie balowe. Aktorzy wykonują wtedy bardzo podniosłe wiersze znanych autorów. O jednym z takich przypadków opowiem.

Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie

Rzecz zaczęła się w latach 60-tych w Łodzi w Teatrze im. Stefana Jaracza. Aktor Antoni Lewek skończył właśnie spektakl i poszedł do bufetu na herbatę, bo były to czasy, kiedy aktorzy po spektaklu nie uciekali z teatru jak poparzeni.

Nagle do bufetu wpadł mocno zdenerwowany mężczyzna, znany wszystkim organizator imprez w Łodzi i województwie.

– Panowie, ratujcie. Mam w Teatrze Wielkim galę, aktor, który miał wystąpić gdzieś przepadł… Nie przyszedł sukin… jeden, podobno pojechał do kochanki do Zabrza.

Tu organizator przestał gadać, a wzrok skupił na Antonim Lewku.

– Pan jest nawet w smokingu! I prezencja jaka!

– Jeszcze nie zdjąłem kostiumu – odpowiedział Lewek.

– Zna pan jakiś wiersz o przyjaźni? Zna pan?

– Znam „Przyjaciół” Mickiewicza.

– Niech mnie pan mnie ratuje. Samochód mam pod teatrem. Pan to powie na gali! Ja proszę!

Antoni Lewek nie chciał wystąpić, ale mężczyzna ukląkł, błagał i podbijał stawkę za ten jeden wiersz. W końcu zaproponował tyle, ile wynosiła miesięczna pensja aktora. Koledzy z zespołu namówili Lewka. I pojechał dwie przecznice dalej. Resztę wiemy z opowieści aktora.

Wchodzę na scenę w ostatnim momencie, ledwo zdążyliśmy. Kłaniam się, brawa, mówię. Po kilku wersach zauważyłem dziwną drętwotę na widowni. Gdzieś tak w połowie tekstu, zdezorientowany, robię małe pas, lekkie pół-kółko, żeby zobaczyć co jest za mną… A tam wielkimi literami, ale to takim na metr wysokości, jest napisane: „Dwadzieścia pięć lat przyjaźni polsko-radzieckiej”. Puentę, czyli: „Powiedział mi – rzekł Mieszek – przysłowie niedźwiedzie: // Że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie” – powiedziałem trochę niewyraźnie. Brawa były, ale chyba nieszczere.

KONCERTY

Koncerty edukacyjne dla młodzieży organizowano przedpołudniami. Sprytny menadżer zapraszał konferansjera, mały zespół muzyczny, dwoje śpiewaków i kilkoro aktorów.  Koncert mógł być zatytułowany, na przykład tak: Romantyzm w muzyce i literaturze; Sztuka baroku w literaturze i muzyce… Na takie tytuły garnęły się szkoły, czyli były pieniądze. Prawdę mówiąc dzieci płaciły po 5 zł, a resztę dokładały Wydziały Kultury. Po tych wyjaśnieniach przejdźmy do anegdot.

Chaczaturian w Warszawie

Było to jeszcze w latach sześćdziesiątych. W jednym z warszawskich teatrów młody człowiek, dopiero co przyjęty do zespołu, wpadł z hałasem do bufetu i bardzo głośno oznajmił.

– Panowie, mam trzy koncerty, mam koncerty!

– Zdaje mi się, że ostatnio w Warszawie koncerty to miał Aram Chaczaturian, a pan zapewne masz jakąś ordynarną chałturę – powiedział starszy aktor.

Szczyt

W innym warszawskim koncercie brał udział Mieczysław Voit. Aktor poważny, z piękną dykcją i rozumnym mówieniu tekstu. Organizator umówił się z aktorem na fragment monologu Kordiana na Mont-Blanc.

W dniu koncertu Voit, odpowiednio ubrany, był w teatrze. Widział się, i nawet w kulisach rozmawiał z organizatorem.

– Panie Mieczysławie, ale wszystko w porządku? – pytał ze trzy razy organizator.

– Uhm… – potwierdzał trzy razy mruczeniem Voit.

W końcu, gdy nadeszła jego pora, Voit był w kulisie. Konferansjer kwieciście zapowiedział aktora. I podkreślił, że „młodzież będzie obcować z wybitnym tekstem, w wykonaniu wybitnego aktora”.

Voit dostojnym krokiem wszedł na scenę. Lekko skinął widowni głową i zaczął:

„Tu szczyt… lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną.

Spojrzę… Ach! pod stopami niebo i nad głową Niebo…

Zamknięty jestem…”

 

Tragedia polegała na tym, że Voit nie był sobie w stanie przypomnieć co dalej. Zaczynał ten monolog trzy razy i za każdym razem kończył na tym nieszczęsnym: „… Zamknięty jestem.”

W końcu zszedł ze sceny. W kulisach panowała panika, bo czym zastąpić ten „numer”? Jedyną osobą, która zachowała spokój był sam sprawca nieszczęścia. Voit spokojnie przechadzał się za sceną i coś sobie pod nosem mruczał. Gdy po kilkunastu minutach organizator akurat przebiegał koło niego, Voit złapał go za ramię i zapytał:

– Bardzo przepraszam, a kiedy płacą za tę chałturę?

PORANK DLA PRZEDSZKOLAKÓW

Osobną formą dorabiania były występy dla przedszkolaków. Widownia to trudna, kapryśna i mało przewidywalna. Dlatego takich występów podejmowali się tylko najbardziej zdesperowani aktorzy. Ale byli też specjaliści od przedszkoli. Przy czym nikt z nich nie bardzo się tym chwalił. Zasada była jedna, w występie nie mogło brać udział więcej niż trzech aktorów. Powyżej trzech występujących impreza przestawała się opłacać. Byli jednak i tacy aktorzy, który grali dla przedszkolaków w dwie osoby. W przedszkolach też zdarzały się sytuacje anegdotyczne.

Kim jestem…?

W jednym z miast wojewódzkich „specjalistką od przedszkoli” była starsza już aktorka. Potrzebowała jednak wspólnika, bo wszystkie występy grała w dwie osoby: ona i jakiś aktor. Właściwie to aktorka była w nieustannym poszukiwania „wspólnika do występów”, bo niewielu wytrzymywało dłuższe z nią granie.

Jeden z takich złowionych opowiadał, że aktorka uprawiała w sumie teatr nowoczesny, bo każde z nich grało po kilkanaście postaci. Do zmiany postaci służyły nakrycia głowy, a odbywało się to na oczach młodych widzów.

Skończyli właśnie grać bajkę o Wawelskim Smoku, a aktorka założyła na głowę czerwony kapturek i zwróciła się do widowni:

– A teraz, kochane dzieci, kim jestem?

– Baba Jaga! – odpowiedziały chórem przedszkolaki.

 

WALTER ALTERMAN: Przykre słabości UE, czyli ciężka choroba unijna

Moskwa obnażyła słabości UE i NATO próbując skompromitować obie te organizacje. Owe słabości mogą jednak stać się ich siłą. Pod warunkiem, że wszystkie kraje członkowskie razem i każde z państw osobno uświadomią sobie w pełni sytuację i postanowią ją diametralnie zmienić.

Inwazja Rosji na Ukrainę była dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej i NATO ogromnym zaskoczeniem. Od upadku ZSRR, czyli przez prawie 30 lat Europa i cały wolny świat żyły w błogim przekonaniu, że nastąpiła wreszcie paruzja, czyli biblijny Dzień Pański – drugie przyjście Chrystusa. Według Nowego Testamentu oznacza to powrót Zbawiciela w chwale pod koniec dziejów. Wtedy to nastąpić ma zwycięstwo nad złem, wskrzeszenie umarłych, a przede wszystkim Sąd Ostateczny.

Lechu szedł po drugiego Nobla

Głosicielem tej ewangelicznej tezy był, między innymi, Lech Wałęsa, który wielokrotnie zapewniał, że żadnej wojny już nie będzie, bo wszystkie państwa są ze sobą tak mocno powiązane interesami, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć. Na potwierdzenie tych słów Wałęsa przed kamerami mocno splatał palce dwóch dłoni. I uśmiechał się błogo, co miało znaczyć, że on sam to załatwił, bo samodzielnie obalił przecież komunę. Zdaje mi się, że Wałęsa marzył wtedy o drugim Noblu. Z ekonomii.

Samozadowolenie Zachodu

 

Prawdę mówiąc, Zachód był niezmiernie przez te ostatnie 30 lat zadowolony z siebie, bo upadek komuny stworzył dlań nowe rynki zbytu. Na terenach byłego imperium sowieckiego oraz byłych państw bloku Zachód uzyskał też względnie tanią siłę roboczą oraz dostęp do niedrogiej energii. Jeżeli dodać do tego, że handel z Chinami był dla Europy nader intratny, wziąwszy pod uwagę tanie produkty oferowane przez Państwo Środka oraz chłonność największego azjatyckiego rynku na produkty europejskie.

Dlaczego Zachód uważał, że tak będzie zawsze? Że gaz będzie zawsze tani a Chińczycy zawsze będą pracować za miskę ryżu? Dlaczego w Berlinie, Paryżu i Rzymie lekceważono, potencjalne zagrożenia, dlaczego dano się złapać w pułapkę nastawioną przez Rosję i Chiny? Czy nie było żadnych politologów, filozofów, którzy byliby w stanie artykułować mądre prognozy? Byli, ale nikt ich nie słuchał.

W demokracjach europejskich chodzi bowiem tylko o jedno – zdobyć władzę w kolejnych wyborach. I żadna partia nie myśli dalej niż od 5 do 6 lat do przodu. U nas także. Uważam zresztą, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco silnym państwem, abyśmy mogli podawać ton całej Unii.

Bezmyślność biurokracji

Ogromny, jeśli nie główny, udział w tej bezmyślności ma też biurokracja Unii Europejskiej. Ta organizacja powstała jako narzędzie wzajemnego handlu między państwami założycielami Wspólnoty Węgla i Stali. Po 1945 roku narody Zachodu uświadomiły sobie, że obie wojny światowe miały swe źródło w bezkompromisowej konkurencji gospodarczej i próbach dominacji. I tak 18 kwietnia 1951 r. na mocy traktatu paryskiego podpisanego przez Belgię, Francję, Holandię Luksemburg, RFN oraz Włochy powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Traktat wszedł w życie 23 lipca 1952 r., a czas jego ważności określono w umowie na 50 lat.

Niestety były to miłe złego początki, bo z każdym rokiem administracja Wspólnoty, potem Unii Europejskiej usamodzielniały się, przejmowały coraz więcej kompetencji i decyzji. W końcu doszło do sytuacji, jaką mamy teraz. UE stała się bytem samodzielnym, niezależnym od państw i rządów państw, które ją powołały do życia.

Kto właściwie rządzi?

Dzisiaj ogromnym terytorium Europy nie kierują już narodowi politycy. Staliśmy się wszyscy niewolnikami urzędników. Wystarczy popatrzeć na cynizm i butę bijące z oblicz komisarzy, europarlamentarzystów, zastępców komisarzy, przewodniczących i współprzewodniczących, a nawet doradców… Krótko mówiąc, państwa członkowskie zrzekły się swej władzy i oddały ją w ręce abstrakcji. Czy abstrakcja może mieć ręce? W przypadku UE ma i to bardzo długie.

Urzędnicy UE zajęli się tym, co najłatwiejsze. I zamiast pilnować równowagi gospodarczej, owocnej współpracy w sferze przemysłu i handlu, skupili się na tzw. wartościach wyższych. Nie mówię, że zakres ich zainteresowań jest nieważny, ale przecież nie tylko.

Tolerancja, wolność dla transseksualistów, wolność słowa, klimat, czyste rzeki i jeziora, czyste powietrze, zwalczanie węgla i gazu ziemnego, ostre napiętnowanie elektrowni atomowych, samochody elektryczne zamiast benzynowych… to są główne pola walki urzędasów UE.

Wartości

Peter Handke, znakomity pisarz, laureat Nagrody Nobla, napisał ostatnio: Czułe, głębokie wartości ludzkości są wszędzie. Wartości są w formach wielkich dzieł. Wartości są w szlochu dziecka. Albo w dziecięcym podskoku. Wartości europejskie? Dupki. Kto chce, niech używa ich do zaprzeczania swojemu życiu, niech się nimi bawi, niech o nich śpiewa, niech je maluje, ale niech przestanie zamieniać wartości europejskie w topór przeciwko innym. Ludzie, którzy tak mówią, to nowy motłoch”.

Co jest grane?

A co w tym czasie robią rządy państw członkowskich? Odnoszę wrażenie, że nic lub niewiele. Cała Unia Europejska jest sama sobą znudzona. Wszystko było ładnie poukładane, był rozwój, eleganckie przyjęcia, grały orkiestry, były wystawne kolacje i obiady… Przyjeżdżali Chińczycy i Rosjanie, zapewniali o serdecznej przyjaźni, w duchu „braterskiej współpracy”. Żyć nie umierać.

Muszę tu dodać, że cały aparat UE, łącznie z europarlamentarzystami ma godziwe zarobki, przychylne dla zdrowia warunki pracy w nowych budynkach i perspektywy na bardzo wysokie emerytury. Robota nie jest nerwowa i nikt sobie rąk do kości nie zedrze. Europa wyhodowała agresywną ekipę darmozjadów, którzy zamiast z wdzięczności całować po rękach rządy państw członkowskich, stawiają się ponad nie.

Coś tu nie gra. A właściwie nic nie gra.

Co robić?

Nie piszę tego, chcąc opowiedzieć się przeciw unijnym działaniom w sprawie naszych sądów, węgla brunatnego czy ochrony lasów i naszego leśnego zwierza. Nie. To są tylko przykłady. Jak to mówił pewien lokalny działacz partyjny w czasach komuny „poszedłem po całości”. Bo tak zorganizowana Unia Europejska jest skandalem. I to skandalem bardzo wysoko opłacanym.

Kapitalizm uwolnił się od kontroli państw w latach 60. XX wieku. I teraz, ku zadowoleniu rządów i kapitalistów, panujący nam system ekonomiczny jest bez żadnej kontroli. I nie ma też żadnych społecznych obowiązków. Kiedyś taki Izaak Poznański, łódzki baron bawełny, budował, pod przymusem władz, szkoły, mieszkania i szpitale, a dzisiaj?

A teraz uwalniają się właśnie unijni urzędnicy. Uwalniają się od nadzoru i kierowania przez państwa. Zatem właściwe dwa pytania brzmią: 1. Po jaką cholerę państwa utrzymują rządy? 2. Czy rzeczywiście urzędnicy unijni dążą do stworzenia jednego ponadnarodowego państwa?

Teoretycznie nie byłoby w takim wielkim państwie nic złego, gdyby nie mały szczegół. Otóż, jeżeli już w tej chwili urzędnicy UE narzucają lub próbują narzucać, swą wolę państwom słabym, małym, to co będzie w przypadku tego „mega, giga” państwa?

Nie jestem za naszym wyjściem z UE, nie jestem też za samolikwidacją Unii. Uważam natomiast, że ten służebny twór nadto się rozrósł, zhardział i w sumie oszalał. Skutkiem czego jest szkodliwy. Pora więc wrócić do źródeł. Pora też sprawić, żeby rządy narodowe wzięły się do ciężkiej pracy. Darmo przecież nie pracują, choć wszystkie i od zawsze sprawiają wrażenie, że bardzo się dla zwykłego obywatela poświęcają.

 

JAN TESPISKI: Niebezpieczne napoje – stałe atrybuty artystów teatru (2)

Podejmujemy dziś temat tylko dla dorosłych. Zdaję sobie bowiem sprawę, że picie bez umiaru prowadzi do tragicznych skutków. I nie mam zamiaru propagować pijaństwa. Jednakże trudno mówić o sztuce pomijając ten trudny aspekt, a nawet atrybut artystów. Wódka, wino, piwo. Powiedzmy prawdę – ludzkość, a szczególnie ludzie sztuki od zarania dziejów wprowadzali się w stan upojenia procentami. Przecież już greckie bachanalia związane są na równi tak z artyzmem, jak piciem.

Używanie alkoholu przez aktorów, reżyserów i wszystkich innych wiąże się z sytuacjami serio i zabawnymi. Serio jest wtedy, gdy trzeba odwoływać spektakle. Zabawnie natomiast wtedy, gdy – na przykład – „trącony” artysta chce za wszelką cenę zagrać.

Stypendium

Zdarzyło się przed laty w krakowskiej PWST, że student aktorstwa z powodu nietrzeźwości nie przyszedł na ważną próbę. Następnego dnia stanął przed obliczem rektora Eugeniusza Fulde, który w latach 1968-72 stał na czele tej uczelni.

– To Jest skandal, to jest niedopuszczalne! – grzmiał rektor, a głos miał niski i silny. – Pan kompromituje naszą szkołę. Ja, za karę, odbieram panu na miesiąc stypendium! Zrozumiał pan?

– Ale ja, panie rektorze, nie mam stypendium – cicho i pokornie powiedział student Stanisław J.

– A, to nic nie szkodzi. Ja panu dam stypendium i natychmiast je panu odbiorę!

Mecenas Zając

Przywołany wyżej rektor, aktor Fulde sam nie wylewał za kołnierz. Młodość miał burzliwą, bo ozdobioną licznymi zabawami, bynajmniej nie bezalkoholowymi. Jeszcze przed wojną, będąc aktorem Teatru im. Słowackiego, równie często bywał na scenie, co w położonej tuż obok słynnej restauracji Pollera. Był to, i jest nadal, lokal znakomity i wprost stworzony do zabawy.

Eugeniusz Fulde z serdecznym swym przyjacielem, również aktorem – powiedzmy Aleksandrem – przebywali niemal codziennie u Pollera, po każdym spektaklu. Trzeba nam wiedzieć, że przed wojną lokale były otwarte „do ostatniego gościa”. Kiedy jednak nadchodziła tragiczna pora pójścia do domu – a najczęściej była to druga w nocy – panowie korzystali z telefonu, który był w szatni. I zawsze dzwonili pod ten sam numer. I zawsze sytuacja bawiła ich niezmiernie.

– Czy dodzwoniłem się do mieszkania mecenasa Zająca? – grzmiąco pytał Fulde.

– Tak – odpowiadał gosposia – ale jest już druga w nocy i pan mecenas śpi.

– Proszę go natychmiast obudzić, sprawa jest dramatyczna.

Po dłuższej chwili do telefonu podchodził mecenas.

– Słucham. – mówił zaspanym głosem.

– Mecenas Zając?

– Tak, słucham.

– Pif-paf, pif-paf!

To strzelanie do Zająca niezmiernie obu aktorów bawiło.

Ale przyszła wojna, potem okupacja. Po wojnie obaj przyjaciele znowu odnaleźli się w teatrze. I znowu poszli – oczywiście – do Pollera. I gdzieś tak około drugie w nocy, postanowili zadzwonić do mecenasa Zająca. Tym razem telefon odebrał sam mecenas.

– Czy to mieszkanie mecenasa Zająca? – zagrzmiał Fulde.

– Tak, ale panowie, panowie, nie odkładajcie słuchawki, ja bardzo proszę – powiedział mecenas, po czym krzyknął w głąb mieszkania – Zosiu, te sukinsyny przeżyły!

I cała trójka piła przez tydzień u Pollera, na koszt mecenasa.

Zdaje mi się – powiedział już przy stoliku mecenas – że najbardziej w okupację to mi brakowało tych waszych idiotycznych telefonów.

Charakteryzacja

Aktor B. wpadł do charakteryzatorki tuż przed spektaklem. Zwalił się ciężko na krzesło i dość bełkotliwie powiedział:

– Proszę, mnie zrobić na zupełnie, zupełnie trzeźwego.

Jak przed wojną

Dyrektor Teatru im. Jaracza w Łodzi, wspaniały aktor i dobry reżyser Feliks Żukowski był  człowiekiem o dobrym teatralnym, przedwojennym doświadczeniu. I chciał, żeby – mimo całego socjalistycznego bałaganu – jego teatr spełniał wszystkie przedwojenne normy. Dlatego poustawiał prace wszystkich pracowni, wszystkich służb sceny według starych, dobrych wzorów.

Pewnego roku przyjął do zespołu trzech absolwentów wydziału aktorskiego łódzkiej filmówki. Nowi okazali się bardzo dobrymi aktorami, dużo i dobrze grali. A z czasem stali się podporami zespołu. Zdarzyło się jednak, że w pierwszym roku pracy w teatrze, trzej muszkieterowie zapili. Jeden z nich zadzwonił do sekretariatu i szczerze wyznał co się stało, i że na próbę nie przyjdą.

Dyrektor Żukowski polecił sekretarce napisanie odpowiedniego pisma, głoszącego że cała trójka została ukarana potrąceniem premii. Po czym poszedł, z sekretarką, do teatralnego bufetu i asystował jej w przypinaniu pisma pinezkami na tablicy. I cały czas zacierał ręce, uśmiechał się z zadowoleniem i powtarzał w kółko:

– Zupełnie jak przed wojną, jak przed wojną!

Aktor, który nie pił

Do teatru dyrektora Żukowskiego chciał się też zaangażować pewien młody aktor. Żukowski rozmawiał z nim długo w gabinecie i aktor wyszedł z teatru. Natomiast w bufecie odbyła się taka rozmowa.

– I jak ten aktor? – zapytał ktoś z aktorów.

– Wysoki, przystojny, świetna dykcja, dobry mocny głos, niezłe maniery – mówi Żukowski. – Pytam co grał? Mówi. Okazuje się, że duże role, u niezłych reżyserów. Pokazuje recenzje. Dobre, bardzo dobre. Ale pytam go czy pije. Mówi, że nie.

– I przyjął go pan?

– A skąd. Nie, nie przyjąłem. Jeżeli nie pije, to ja się takiego boję. A bo ja wiem, co się tam jeszcze u niego kryje?