O jednym z bohaterów Powstania Wileńskiego pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Z „Jastrzębiem” o wolną Polskę

7 lipca 1944 r. oddziały Armii Krajowej rozpoczęły Powstanie Wileńskie, znane pod kryptonimem Ostra Brama. Celem było wyzwolenie tego polskiego miasta z rąk okupanta niemieckiego i wystąpienie wobec Sowietów w roli gospodarzy. W Powstaniu brał udział kapitan Józef Bandzo „Jastrząb”.

Był niezwykle skromnym człowiekiem. Nie eksponował swoich zasług, swojej działalności bojowej, nie mówił o represjach, które przechodził, tylko skupiał się na ideach, wartościach. Niepodległa Polska była dla niego wartością nadrzędną.

Gdy była taka potrzeba, walczył o Polskę i były to te najbardziej dziś znane jednostki – 3 Brygada Wileńska kapitana Gracjana Fróga „Szczerbca” oraz 5 Brygada Wileńska majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Kiedy dziś przegląda się zdjęcia z tamtych czasów, to z grupy uśmiechniętych fotografowanych wtedy chłopaków przeżył tylko on, ale władza tzw. ludowa jemu też nie odpuściła i za miłość Ojczyzny zapłacił ciężkim komunistycznym więzieniem.

Miał szczęście doczekać Polski po 1989 r. Wielokrotnie podkreślał, że to ten moment, kiedy możemy oddychać pełną piersią i wreszcie mówić głośno o naszych tradycjach, o ideach Bóg, Honor, Ojczyzna. Ale miał w stosunku do tej Rzeczpospolitej – nazwijmy ją umownie IV RP – szereg uwag. Jego zdaniem to nie była do końca ta Ojczyzna, o którą walczyli, obarczona w dużej mierze spuścizną PRL.

Częstokroć można było oglądać Józefa Bandzo rozpromienionego. Szczególnie wzruszające były momenty, kiedy śpiewał hymn 5 Brygady Wileńskiej: „Gdy ziemia ojczysta skąpana we łzach, o pomstę krew woła męczeńska, kto walczy o wolność i mści się za krew, to Piąta Brygada Wileńska”.

Miałem honor znać Józefa Bandzo. Uczestniczyliśmy w rajdach szlakiem „Łupaszki” organizowanych na Pomorzu, czy w odsłonięciu pomnika “Inki” w Warszawie. Widzieliśmy się w Konstancinie, gdzie potrafił przez pół godziny mówić piękną polszczyzną, opowiadać znowu mniej o sobie, bardziej o dowódcach, kolegach.

Pamiętam jego życzenie związane z ekshumacjami Żołnierzy Wyklętych, które się dokonują. Bardzo uważnie je śledził, cieszył się każdą informacją o wydobyciu kolejnych bohaterów, w tym jego kolegów. Szczególnie przeżył odnalezienie Zygmunta Szendzielarza, ale czekał też na szczątki Gracjana Fróga “Szczerbca”, które niestety do dziś – jeśli wydobyte – pozostają nierozpoznane. Był wielkim entuzjastą wznowienia torpedowanych i blokowanych prac na “Łączce”. Ostatecznie wyraził nadzieję, żeby zostać pochowanym razem ze swoimi dowódcami na Powązkach Wojskowych w części poświęconej Żołnierzom Polski Walczącej. Tak też się stało.

I to właśnie kapitan Józef Bandzo „Jastrząb”, uczestnik Powstania Wileńskiego, powinien być wzorem dla dzisiejszej młodzieży.

 

O szansach na pieniądze z Brukseli pisze CEZARY KRYSZTOPA: Odliczanie

Być może na zawsze pozostanie tajemnicą co kierowało Mateuszem Morawieckim, kiedy na szczycie w Brukseli dwa lata temu godził się na tak zwany „mechanizm warunkowości” zwany inaczej mechanizmem „fundusze za praworządność”, czy nieco później kiedy rezygnował z polskiego weta wobec Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2021 – 2027. Dość, że można się domyślać, że autentycznie wierzył, że odniósł „sukces”, skoro w Polskę wyjechały bilbordy z hasłami o „770 miliardów złotych dla Polski”.

Analizy różnic interpretacyjnych stanowisk Polski i Unii Europejskiej wobec przyjętych „kompromisów” zostały już przeprowadzone, ja również się o nie pokusiłem i dziś w zasadzie są już praktycznie bezużyteczne, bo stan faktyczny jest taki, że w praktyce obowiązują niekorzystne dla nas interpretacje brukselskich eurokratów. Bo tak. I cóż komuś po tym, że może powiedzieć „a nie mówiłem”?

A sytuacja jest następująca. Jedyne co jest pewne w zakresie funduszy z tak zwanego Krajowego Planu Odbudowy, to to, że będziemy płacić. Podjęliśmy to zbiorowe zobowiązanie wspólnie z innymi. A czy jakieś pieniądze z KPO dostaniemy (pomijam już fakt struktury tych wypłat, które nie są paletą pieniędzy do dowolnego wykorzystania jak w spocie Tuska, tylko częściowym zwrotem kosztów tego co nam każe kupić UE)? Otóż pomimo zgiętego karku, likwidacji Izby Dyscyplinarnej (czy TSUE już orzekło o konieczności zwrotu skrzywdzonym sędziom kiełbasy i wkrętarki?) i komiczno-tragicznej historii z „kamieniami milowymi”, jedyne co w tej sprawie wiemy, to to, że komisarz Jourovej i przewodniczącej von der Leyen ten pomysł nie bardzo się podoba i dają do zrozumienia, że raczej nie.

A co, jeśli nie?

Tymczasem Mateusz Morawiecki mówił w TVP Info, że kwestia funduszy z KPO „to już jest temat sprzed miesiąca” a teraz ważna jest podpisana niedawno tzw. „Umowa Partnerstwa”, która ma dać Polsce dostęp do funduszy europejskich z perspektywy finansowej 2021-2027, pięciokrotnie wyższych niż te z KPO. Mateusz Morawiecki twierdzi, że pierwsze fundusze, z któregoś z tych programów powinny popłynąć do Polski na przełomie tego i kolejnego roku.

Być może, być może. Ale co, jeśli nie? Mechanizm warunkowości obowiązuje również w przypadku „Umowy Partnerstwa”. Nasze dotychczasowe doświadczenia z Unią Europejską uczą, że nasze wyobrażenia na temat tego co powinniśmy dostać i co nam się w zgodzie z prawem, ustaleniami i traktatami należy, nijak się mają do brukselskiego widzimisię. A co nam po tym, że po raz kolejny zostaniemy bez pieniędzy, za to z poczuciem słuszności, jak Himilsbach z angielskim?

Dlatego mam poczucie pewnego odliczania. Mateusz Morawiecki silnie się wizerunkowo z tym „sukcesem” związał. Wyznaczył sobie również termin jego realizacji. Sytuacja międzynarodowa wobec wojny na Ukrainie jest chwiejna. Nieoczekiwane triumfy Ukraińców służyły również rządzącym w Polsce, którzy na Ukrainę mocno postawili absolutnie trafiając w emocje społeczne. Teraz jednak sytuacja na froncie nie przedstawia się tak „różowo”. Jakie emocje będą dominujące w przypadku jej dalszego pogarszania? Inflacja i drożyzna, nie miejsce tu na egzegezę ich przyczyn, również nie działają na rzecz rządzących.

A co, jeśli do tego dojdzie społeczne poczucie, że w sprawach z Brukselą „cnotę straciliśmy a euraska nie zarobiliśmy”?

JAN TESPISKI: Jak to dawniej z teatrem bywało, czyli anegdoty teatralne i ludzkie (1)

Lubię anegdoty. Uważam je za skondensowaną literaturę, w której zawarte są ludzkie doświadczenia. Anegdota rodzi się z ludzkich słabości i potknięć. Zupełnie jak u Chaplina, kiedy biedak poślizgnie się na skórce od banana nie jest śmiesznie, ale kiedy to samo spotyka bogatego burżuja – jest dowcip. W teatrze też nikt nie śmieje się z wpadek ostatniego na liście płac, jeżeli jednak wpadkę zaliczy „mistrz”, jest wesoło.

Starałem się moje anegdoty teatralne tak opowiedzieć, żeby nikomu z ludzi teatru nie stała się krzywda. Pracują przecież w ogromnym napięciu i „na sobie”, bo sami są materią i twórcami zarazem. Dlatego, gdyby któraś z anegdot – mimo mych starań – mogła kogoś urazić, nie podaję nazwisk, a niekiedy nazw teatrów. Wydaje mi się bowiem, że anegdota ma uczyć i bawić. Nigdy obrażać.

Nie obędzie się też bez kilku słów wprowadzeń. Anegdota często rodzi się w swoich czasach, choć bywa ponadczasowa.

Socrealizm w teatrze

Od roku 1946 roku delikatnie, po trochu, a ostro i w całości po Zjeździe Literatów w Szczecinie, który odbył się w styczniu 1949 roku, socrealizm zapanował w teatrach naszych. Była to doktryna zakładająca skrajną indoktrynację komunistyczną. Sztuka – w tym teatr – miała ukazywać słuszne kierunki, potępiać wrogów i gloryfikować „postępowców”. Żadnych wahań, żadnych odcieni szarości. Miała panować jedynie czerń i biel – to w dramacie. Natomiast na scenie królował realizm, zwany realizmem socjalistycznym. Wszystko miało być jak w życiu: buty, meble i rekwizyty. Zjawiały się na scenie nawet prawdziwe tokarki, brony, siewniki… Kłopot był z aktorami, bo ci mieli swoje twarze, nie zawsze pasujące do sztuk rozgrywających się w środowiskach wiejskich i robotniczych. Amantów obsadzano więc w roli „klasowych wrogów”. Ale iluż może być wrogów naraz na scenie, gdy sztuka jest robotniczo-chłopska, a zdrowa część społeczeństwa stanowi przemożną siłę?

Komisje społeczne

Nad prawomyślnością sztuk czuwała oczywiście partia i jej zbrojne ramię w walce z reliktami przeszłości, czyli cenzura. To stwarzało jednak wrażenie niecałkowitej wolności sztuki teatralne. Władze wymyśliły zatem, że formalnie każdą sztukę i cały repertuar będzie oceniał tzw. czynnik społeczny. Powołano komisje teatralne, przy każdym teatrze, z dużą przewagą robotników – i to koniecznie prostych. Byli jeszcze przedstawiciele administracji, ale niższego szczebla. Oczywiście komisjami kierowała partia, wcale nie z ukrycia i nie po cichu.

Te komisje oceniały – przed przystąpieniem do prób – czy tekst jest słuszny. Jeżeli nie, to autor musiał poprawiać. Po premierze komisje zbierały się raz jeszcze i w ogniu dyskusji decydował, czy efekt jest zadowalający. Jeżeli uznano, że sztuka jest słuszna, to komisje wyznaczały minimalny limit dla danej pozycji, czyli decydowały, ile razy dany spektakl ma być zagrany. Żeby jak najwięcej ludzi mogło przekonać się do drogich nam treści.

Dyrekcje teatrów jak ognie bały się „sukcesu” w oczach komisji. Sztuki były, jak jedna, nudne i trudno było zorganizować widownię. Widzowie „z kasy” pojawiali się na sztukach słusznych rzadko. Posiłkowano się więc wojskiem, zorganizowanymi grupami ZMP i aktywem partyjnym. Jeżeli jednak sztuka miała być grana, powiedzmy 70 razy, a w okolicy wojska było mało? Ktoś z aparatu partyjnego wpadł na straszny pomysł, wymyślił, że na sztuki będą obowiązkowo chodzili pracownicy administracyjni teatru i obsługa techniczna. Na tę okoliczność zmieniono godziny pracy administracji teatralnej – która miała pracować od 8.00 do 12.00 i od 18.00 do 22.00. Teraz wyobraźmy sobie księgową, która dzień w dzień musi odsiedzieć na widowni całą sztukę, która zna prawie całą na pamięć… A do tego sztuka może uśpić już w pierwszym akcie.

Widz z kasy

Zdarzało się jednak, rzadko bo rzadko, że ktoś nieświadom sprawy szedł do teatru dobrowolnie i kupował bilet. Tak zdarzyło się kiedyś w warszawskim Ateneum. Na widowni siedzieli sami pracownicy teatru, nie liczą pary, która kupiła bilety. Po pierwszym akcie do dyrektora Janusza Warmińskiego podszedł nieśmiało jego zastępca, bardzo smutny.

– No i co tam? – zapytał Warmiński.

– Tych dwoje, co kupiło bilety już sobie poszło. To nie wiem, czy mamy dalej grać dla samych swoich?

– Gramy, ale powiem aktorom, żeby grali szybciej – podjął decyzję dyrektor Warmiński.

Ożywienie

Kiedyś, także w Ateneum, na widowni byli sami żołnierze. Komedia socrealistyczna jakoś ich nie rozweselała. Siedzieli, jak martwi. Być może dlatego, że byli po raz pierwszy w życiu w teatrze. Nagle, w połowie drugiego aktu, żołnierze wybuchnęli gromkim śmiechem, odezwały się nawet rzęsiste oklaski. Stojący, jak zawsze, w kulisach dyrektor Warmiński ożywił się.

– Chwyciło, nareszcie chwyciło – dyrektor wbił się palcami w ramię inspicjenta. – Pan pójdzie i sprawdzi co się stało…

Inspicjent wrócił po chwili, siadł przy pulpicie, milcząc.

– No i co, i co? – dyrektor był bardzo poruszony i szczęśliwy.

– E, nic… Jeden żołnierz z balkonu zwymiotował na parter.

Akademia bez pamięci

Socrealizm zapanował również w szkołach teatralnych. W 1952 roku przyjęto do jednej z nich młodego człowieka, który dobrze rozumiał, że talent talentem, ale poglądy też trzeba mieć słuszne. Zaraz po rozpoczęciu studiów, będąc dopiero miesiąc w szkole, dowiedział się, że studenci III-go roku przygotowują akademię ku czci rewolucji 1917 roku. I nasz bohater zgłosił się. Wyraził chęć wystąpienia na uroczystości. Starsi koledzy zdziwili się, ale nie odmówili.

Kiedy nadszedł ów dzień, adept aktorstwa wyszedł na scenę i dziarsko zaczął mówić wiersz Majakowskiego. Niestety utknął pod koniec pierwszej zwrotki. Zaczął jeszcze raz, i jeszcze… W końcu zszedł ze sceny a akademia potoczyła się dalej.

Nieszczęśnik zaś siedział na schodach, za sceną i bił głową w balustradę. Przy czym bez przerwy powtarzał:

– Boże, Boże, po co ja się urodziłem?…

Później pedagodzy nie mieli do niego pretensji o słabą pamięć, ale o Boga, to i owszem.

Socjalistyczna piękność

W szkoła aktorskich była też moda, wynikająca z czujności klasowej, żeby na studia aktorskie przyjmować „ludzi prostych z urody”. Tak też przyjęto K., który był, biorąc pod uwagę urodę, idealnym przedstawicielem ciemiężonego przez wieki polskiego chłopstwa. Studiował dobrze, miał talent, przykładał się do pracy. Jednakże na jednym z posiedzeń Rady Pedagogicznej, któryś z aktorów – przedwojennego oczywiście chowu – wyraził pewną wątpliwość co do wspomnianego studenta K.

– Ja wiem – powiedział pedagog aktorstwa – że chłopak ma talent, że chce. Ale ta twarz…

– O, przepraszam – zerwał się z krzesła pierwszy sekretarz POP szkoły aktorskiej – ten K. to jest nasza socjalistyczna piękność.

O zna(cz)ku czasu pisze HUBERT BEKRYCHT: Niemcy to Rosja, tylko trochę inna

Na jednym z największych lotnisk Europy – we Frankfurcie nad Menem, w czwartym miesiącu rosyjskiej, terrorystycznej napaści na Ukrainę, natknąłem się w tamtejszym sklepiku na „pamiątkę z Niemiec” – znaczek ze złączonymi ze sobą przyjaźnie flagami tychże właśnie Niemiec i Rosji… 16 czerwca zamieściłem zdjęcia z uroczego lotniskowego sklepiku na swoim profilu na FB myśląc, że może kogoś nad Renem zawstydzę, ale – jak przekazują podróżnnicy – tego typu znaczki nadal można kupić w wielu niemieckich miastach. Czekam na zdjęcia innych „pamiątek”, także tych nawiązujących do histrorii sprzed kilkudziesięciu lat. Oczywiście tylko tych dostępnych w legalnej sprzedaży. Mam oczywiście nadzieję, że takich nie ma.  Te znaczki z Frankfurtu to jednak fakt. Nie tylko handlowy.

Gdyby to było dawno temu, napisałbym, że ktoś w Niemczech zwariował. Gdyby nie brutalna, moskiewska agresja na Ukrainę, uznałbym, że we Frankfurcie nad Menem zapomniano już, jakie to po kapitulacji Berlina w 1945 roku, były odruchy szczególnej rosyjsko-niemieckiej przyjaźni.  Oczywiście wtedy byli Sowieci, a dziś są Rosjanie, ale to przecież Rosjanie uważają się za spadkobierców Armii Czerwonej. A tę akurat formację, od niemieckich, pustoszących Europę hord ze swastyką i trupią czaszką, odróżniała jedynie czerwona gwiazda na mundurach.

Jeszcze trzy dekady temu naiwnie myślałem, że Niemcy sławiący swoją przeszłość z II wojny światowej i Rosjanie wychwalający sowiecką historię krwawych komunistycznych podbojów to już przeszłość zamknięta w krypcie przez demokrację.

Demokracja, przynajmniej w rozumieniu doktryny politycznej, jest w m.in. Berlinie, Monachium, Hamburgu, Lipsku i Frankfurcie nad Menem. W Moskwie nigdy nikt się demokracją nie przejmował, chociaż wielu przywódców zachodnich państw potwierdzało jeszcze nie tak dawno, że Rosja jest państwem „demokratycznym”. Może teraz, kiedy żołdacy Putina mordują bezbronną ukraińską ludność cywilną, to się zmienia, ale chyba zbyt wolno. A chyba bardzo wolno to idzie w Niemczech, gdzie wciąż – w ramach wolnego rynku – można kupić „pamiątki” miejscowej przyjaźni ze zbrodniczą Rosją pustoszącą Ukrainę.

Moje pytanie, czy, oprócz splecionej z rosyjską, czarno-czerwono- żółtej flagi, we frankfurckim sklepiku lotniskowym z „pamiątkami z Niemiec” mogę kupić „pamiątki” czasów III Rzeszy, pozostało bez odpowiedzi. Właściciel pamiątkarskiego biznesu wówczas zaniemówił, ale kuriozalne znaczki ponoć nadal w Niemczech można kupić. Czyli, handel kwitnie.

Czy tylko w sklepiku na lotnisku we Frankfurcie nad Menem, gdzie, pomimo sankcji wobec Moskwy, relacje niemiecko-rosyjskie są nadal takie przyjazne?

 

 

Biorą wszystko – WOŁODYMYR SYDORENKO o rosyjskich grabieżach w Ukrainie

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Dla prawdziwych wojowników obrażanie słabszego człowieka, a tym bardziej kradzież jego własności lub chleba, było niezrównaną hańbą na przestrzeni wieków. Kiedy Rosja zajęła Krym w 2014 roku, stopniowo zawłaszczyła wszystkie banki,  sanatoria, pensjonaty, winnice i całą inną własność, która przestawiała jakąś wartość.

Kiedy Rosjanie zdobyli i zaczęli przejmować kontrolę nad kilkoma obszarami Donbasu, zdemontowali i wywieźli do Rostowa sprzęt z 18 różnych fabryk. Zainstalowali na swoich terenach obrabiarki i nawet rządowa „Rossijskaja Gazieta” nie wstydziła się napisać, że skradzione na Ukrainie maszyny zaczęły wytwarzać produkty w Rostowie.

Pewnego dnia tureckie organy celne zatrzymały rosyjski statek towarowy ze zbożem, który według władz ukraińskich został wywieziony z zajętego przez Rosjan portu Berdiańsk. Ambasador Ukrainy w Turcji Wasyl Bodnar, powiedział, że los statku i skradzionego z Ukrainy ładunku zostanie rozstrzygnięty na posiedzeniu organów śledczych. Jak informuje Marine Traffic, 1 lipca do tureckiego portu Karasu dotarł rosyjski statek do przewozu ładunków suchych „Zhibek Zholy”, oskarżany przez Kijów o transport ukraińskiego zboża. A wcześniej, 30 czerwca, szef mianowanej przez Moskwę okupacyjnej administracji w obwodzie zaporoskim Jewhen Bałycki poinformował, że z okupowanego przez Rosjan ukraińskiego miasta Berdiańsk wypłynął statek handlowy z siedmioma tysiącami ton zboża. Fakt ten dał Ukrainie i państwom zachodnim powód do oskarżenia Rosji o kradzież ukraińskiego zboża i blokowanie ukraińskich portów, co zagraża światowym dostawom żywności.

Jeszcze wcześniej, po zajęciu terenu zakładu Azowstal, okupanci wywieźli do Rosji duże zapasy produkowanego tam ukraińskiego metalu, który miał być dostarczany dla ukraińskich przedsiębiorstw. Wyposażenie fabryki pocięli na złom, który wywieźli ją do Rosji.

Gdy na początku lata w okupowanych regionach urodzajnego ukraińskiego regionu Chersoń dojrzewały owoce i warzywa, najeźdźcy zabierali je rolnikom i sprzedawali na rynkach krymskich za podwójną cenę, reklamując je jako wysokiej jakości towary z Ukrainy .

Rosyjskie kradzieże i grabieże nie są nowością. Podczas czasowej okupacji obwodu kijowskiego w marcu tego roku rosyjscy żołnierze okradali supermarkety, wyłamywali drzwi w mieszkaniach i zabierali kosztowności, sprzęt AGD, ubrania i wszystko, co mieli pod ręką. Skradzione rzeczy odsyłali do domów z Białorusi, po tym jak zostali zmuszeni do opuszczenia okolic Kijowa. Przez białoruski urząd pocztowy przewinęło się kilka tysięcy takich przesyłek.

Generalnie okazuje się, że armia rosyjska zdobyła część Ukrainy, tylko po to, by rabować i wywozić ze zajętych miast i wsi wszystko, co jest tam cenne.

Jak dowiedzieli się dziennikarze projektu RFE/RL „Schematy”, Rosjanie od kilku tygodni wyłączają radary na statkach przewożących ukraińskie zboże z Krymu do portów tureckich. Proces ten jest regularnie rejestrowany na zdjęciach satelitarnych dostępnych dla dziennikarzy. Ziarno jest ładowane na statek w Sewastopolu, gdzie jest sprowadzane z czasowo okupowanych terytoriów obwodów Chersonia i Zaporoża.

Na przykładzie dwóch statków – rosyjskiego i syryjskiego – dziennikarze pokazali, jak masowce regularnie zawijają do portu w Sewastopolu, gdzie ładowane jest zboże, a następnie przybywają do Turcji i tam zostają rozładowane. Gdy statki wpływają do portu na Krymie, ich radary są wyłączane, więc nie można ich śledzić za pomocą systemów monitorowania statków, takich jak Marine Traffic lub Equasis. Ale nie są w stanie „ukryć się” przed satelitą, który z kosmosu rejestruje obecność i załadunek statków w krymskim porcie.

Jednym z tych statków jest „Mychajło Nienaszew” pod rosyjską banderą. Dziennikarze przedstawiają dowody jego trzech rejsów z portu na Krymie do portów w Turcji. Inny przykład. 6 maja statek „Finikia” opuścił Nemrut nad Morzem Czarnym pusty. 10 maja statek wyłączył radar, ale 13 maja został wykryty przez satelitę w Sewastopolu. Masowiec załadowano zbożem i 24 maja przypłynął do Iskenderun. Oprócz zdjęć z kosmosu dziennikarze mają do dyspozycji dokumenty, z których wynika, że ​​„Nienaszew” i „Finikia” zostały załadowani zbożem w drodze do Turcji właśnie w krymskim Sewastopolu.

Dziś uważa się, że 22 mln ton ukraińskiego zboża nie może zostać wyeksportowane z powodu zablokowania przez Rosję portów Morza Czarnego. 13 czerwca Ukraina dostarczyła pierwszą partię zboża do UE nową drogą morską przez Bałtyk. Społeczność międzynarodowa wzywa Rosję do odblokowania portów i umożliwienia eksportu ukraińskiego zboża. W szczególności ONZ wezwała Rosję do zezwolenia na eksport zboża z ukraińskich portów. Ale Moskwa oświadczyła, że ​​jest gotowa zwiększyć podaż żywności w przypadku zniesienia sankcji nałożonych w związku z wojną z Ukrainą.

„Rosja jest uzależniona od transportu morskiego zagranicznymi statkami, więc jej dostęp do nich musi być ograniczony” – powiedział 5 lipca minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba. Zaznaczył, że rosyjska gospodarka jest zorientowana na eksport, więc w dużej mierze opiera się na transporcie morskim zapewnianym przez zagraniczne statki. „Wzywam partnerów: ograniczcie dostęp Rosji do międzynarodowych statków towarowych, to ograniczy machinę wojskową Putina. Bo tak naprawdę Rosja eksportuje śmierć, kryzysy i kłamstwa” – zaapelował szef ukraińskiego MSZ.

 

O sprawiedliwość pyta SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Pamięta Pan sprawę Tuska, Panie mecenasie?

4 lipca tego roku adwokat i były (?) polityk Roman Giertych umieścił na Twitterze wpis: „Julii P. grozi 10 lat więzienia za realizację orzeczeń na zamówienie”. Interesujące. Coś mi ten wpis przypomniał. Otóż ten sam adwokat 16 października 2014 roku twierdził przed warszawskim sądem z całą stanowczością, że nie wolno mówić i pisać o nikim, nawet o osobie publicznej, że grozi jej kara więzienia, skoro nie ma postawionego zarzutu ani nie ma aktu oskarżenia w jej sprawie. Tyle, że reprezentował wtedy interesy Tuska, młodego Tuska, Michała, zresztą ku mojemu zdziwieniu z powodzeniem.

Gdyby w Polsce istniały precedensy, mecenas Roman Giertych przegrałby teraz z „Julią P.”, czyli z prezes Trybunału Konstytucyjnego Julią Przyłębską, proces o ochronę dóbr osobistych. Gdyby. To ciekawa sprawa, więc pozwolę sobie ją przypomnieć.

Jak działały sądy i sędziowie za czasów premiera Tuska przed ogłoszeniem „doktryny Neumanna”? Amber Gold zostało założone w styczniu 2009 roku. Było głównym udziałowcem linii lotniczych OLT Express. Prezesem i właścicielem piramidy finansowej był pomysłodawca linii lotniczych OLT Express i wielokrotnie karany oszust Marcin Plichta. Dla OLT pracował między innymi syn Donalda Tuska, Michał, który podpisał z nią umowę na usługi doradcze i menedżerskie. Maile do OLT wysyłał ze skrzynki Józefa Bąka.

Michał Tusk pracując dla OLT zatrudnił się w gdańskim Porcie Lotniczym im. Lecha Wałęsy. Według Marcina Plichty młody Tusk „przyniósł OLT konkretną informację o tym, ile Port Lotniczy w Gdańsku bierze od konkurencji, a konkretnie od Wizz Air, za obsłużenie jednego pasażera”. W 2012 roku, kiedy sprawa podwójnej pracy w konkurujących ze sobą firmach wyszła na jaw „Gazeta Polska Codziennie” przeprowadziła wywiad z prezesem stowarzyszenia „Stop korupcji” Tomaszem Kwiatkiem, który stwierdził, że „jest podejrzenie, że Michał Tusk dopuścił się dwóch poważnych przestępstw”. Chodziło mu o sprzedaż konkurencji danych o wysokości opłat lotniczych gdańskiego portu lotniczego i o działanie na szkodę majątkową Portu Lotniczego Gdańsk.

Stowarzyszenie złożyło do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przez Michała Tuska przestępstwa. Gazeta, którą w 2012 roku kierowałem omawiając sprawę napisała o wywiadzie z Tomaszem Kwiatkiem dając tytuł „Michałowi Tuskowi grozi 10 lat więzienia”. Tusk junior wytoczył mi proces o naruszenie dóbr osobistych, zażądał 30 tysięcy złotych i przeprosin. Reprezentował go adwokat Roman Giertych, który argumentował wówczas w pozwie i na Sali sądowej, że nie można pod żadnym pozorem pisać, iż komuś grozi więzienie, jeśli nie ma postawionych zarzutów, bądź nie ma aktu oskarżenia, czy wyroku. Reprezentujący mnie mecenas Artur Wdowczyk argumentował, że – według niego – w takich przypadkach media mają prawo pisać o grożącej karze, jeśli prokuratura będzie prowadzić bądź prowadzi śledztwo. W październiku 2014 roku, kiedy w łódzkiej prokuraturze toczy się śledztwo w sprawie zawiadomienia stowarzyszenia „Stop Korupcji”, sędzia Bogdan Wolski z Sądu Okręgowego w Warszawie wydaje wyrok w cywilnej sprawie. Mecenas Giertych triumfuje, sędzia Wolski grzmi: „Artykuł jednoznacznie sugerował, że Michałowi Tuskowi grozi 10 lat pozbawienia wolności. Sformułowanie zarzutu popełnienia przestępstwa zawsze narusza dobra osobiste. „SE” mógłby uwolnić się od odpowiedzialności, gdyby dał dowód prawdy. Na przykład podałby, że jest wyrok skazujący czy, że do sądu wpłynął akt oskarżenia. Ale nie dał”.

Według wyroku miałem przeprosić Michała Tuska i zapłacić mu 30 tysięcy złotych. Apelacja zmniejszyła zadośćuczynienie do 5 tysięcy, ale przeprosiny zostają, a efekt mrożący zostaje osiągnięty: NIE WOLNO PISAĆ, ŻE KOMUŚ GROZI WIĘZIENIE, JEŚLI NIE MA ZARZUTÓW, AKTU OSKARZENIA, BĄDŹ WYROKU.

To oczywiście bzdura, nie wolno tak pisać i mówić w przypadku Michała Tuska, ta zasada codziennie bez konsekwencji łamana jest w przypadku innych osób. Cztery lata po wyroku cywilnym łódzka prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie domniemanej korupcji. Prokurator Krzysztof Kopania informował, że przekazywane przez Michała Tuska dane nie miały charakteru poufnego i nie były tajemnicą przedsiębiorstwa. Michał Tusk wystawiał za nie faktury na 7 tysięcy złotych. Ostatnią wypłatę z OLT przelano mu już po rozwiązaniu spółki OLT, co było niezgodne z prawem.

Kończąc, Roman Giertych w 2014 w sprawie Michała Tuska: „Nie można pisać, że komuś grozi kara pozbawienia wolności, jeśli nie ma postawionych zarzutów, bądź wyroku”. Roman Giertych 2022: „Julii P. grozi 10 lat więzienia za realizację orzeczeń na zamówienie”.

Dziękuję za uwagę.

O polityce w nowych dekoracjach pisze WALTER ALTERMAN: Słoń a sprawa polska*

*Tytuł pochodzi z felietonu Karola Irzykowskiego. Ten poeta, powieściopisarz, krytyk literacki  i jeden z pierwszych naszych krytyków filmowych zauważył, że Polacy żyją w, zamkniętym na sprawy innych narodów, wyłącznym świecie polskości.

Po tylu latach od chwili, gdy Irzykowski napisał to mądre zdanie, trzeba stwierdzić, że nasz polonocentryzm umacnia się. Mimo tego, że mamy już paszporty na cały świat, a po Unii Europejskiej podróżujemy bez paszportów. Czy czegoś w szerokim świecie uczymy się, poza kuchniami inny nacji? „Przypuszczam, że wątpię” – jak mawiał pan Piecyk, bohater felietonów Wiecha. A co najbardziej rozczarowuje w Polsce i Polakach? Nie interesuje nas światowa polityka. I jak za czasów Irzykowskiego, uważamy, że Polska jest centrum świata, dlatego jesteśmy tak ważni dla planety, dlatego inni muszą się z nami liczyć i szanować. Jeżeli już czymkolwiek światowym interesujemy się, to tylko z naszego, polskiego punktu widzenia.

Gazety i portale piszą czasami o odległych krajach Ameryki Południowej, Azji i Afryki, ale tylko po to, żeby opisać, jak żyje się tamtejszej Polonii. I jakie sukcesy ewentualnie osiąga. Z takich artykułów nie dowiemy się niczego o „tubylczej” ludności, gospodarce kraju, strukturach partyjnych, relacjach z sąsiadami, trendach rozwojowych. Metoda pisania takich artykułów jest taka, że piszący zakłada rezolutnie, iż kraj jest wszystkim bardzo znany, zatem skupia się na Polonii. Zresztą, od kiedy pamiętam, agencje, gazety, portale bardzo skąpią nam informacji o świecie.

                                                            Lapid a sprawa Polska

Ostatnim przykładem niedoinformowania Polaków jest zmiana premiera w Izraelu. Nikt nie pisze dlaczego pan Jair Lapid został premierem. Skąd taka zmiana, skoro Izraelczycy mieli już stałego premiera, którym wielokrotnie bywał Benjamin Netanjahu? Owszem pojawiają się komentarze, z których wynika, że Lapid jest Polakom nieprzychylny i roszczeniowy wobec Polski. Z czego wynika, że większość parlamentarna w Knesecie jest taka jak ten Lapid. Irzykowski w niebie śmieje się zapewne, bo Lapid występuje teraz jako ten słoń.

Serio zaś mówiąc, nie można nigdzie znaleźć informacji, dlaczego pan Lapid uzyskał większość głosów. Na co liczą partie, których parlamentarzyści na niego głosowali? Tu i ówdzie pojawiają się drobne wzmianki, że Lapid jest politycznym awanturnikiem, nie miał nawet licencjatu, gdy zaczął pisać doktorat; że kłamał i kłamie co do losów swych przodków. Wszystkie takie ciekawostki są na poziomie portalu Pudelek z Pomponikiem. Nigdzie nie ma natomiast rzetelnej analizy, poważnego obrazu współczesnej sceny politycznej małego, ale znaczącego państwa Izrael. Dlaczego? Bo czytelnika to nie interesuje i coraz mniej jest dziennikarzy znających światowe tematy.

Czy jesteśmy zatem w stanie prowadzić politykę międzynarodową, skoro nasze społeczeństwo nie ma bladego pojęcia co się na tym świecie dzieje? A może jednak mamy wąską, ale za to sprawną grupę polityków będących mistrzami polityki międzynarodowej z rozmysłem nie mówią „co tam panie w polityce”, żeby nas nie denerwować?

Oczywiście czepiam się Polaków, bom tu urodzony i wiem, że na całym świecie elity polityczne akceptują stan ciemnej masy wyborczej. Bo tak jest łatwiej jest rządzić. W dzisiejszym świecie polityka ogranicza się do haseł. Takie hasła wyborca ma zaakceptować lub odrzucić, bez zadawania męczących pytań.

                                                      Ukraina to nie tylko wojna

Wyjątkiem spraw słoniowatej polityki zagranicznej w Polsce jest dzisiaj wojna na Ukrainie, bo to rzeczywiście jest sprawa ważna dla Polaków. I dzieli nas jedynie granica. Ale też nie można się dowiedzieć z czego Ukraina żyła przed wojną, jaki jest tam przemysł, jakie surowce, jaka technika. Wszyscy dziennikarze skupiają się na wojnie i batalistyce. Owszem jest to istotna sprawa, ale przecież warto by wiedzieć w jakim kraju sprawy się toczą.

Dlaczego geografia polityczna, gospodarka są bardzo ważne? Bo żeby działać trzeba rozumieć. Żeby w rozumieć, trzeba wiedzieć. A w polskich relacjach dziarskie i solidarnościowe okrzyki zagłuszają społeczną prawdę.

                                                         Spisek, zdrada, agentura

Polskie media są głęboko zaskoczone i przykro zdziwione, że nie wszyscy na świecie popierają Ukrainę i NATO. Oto Rosja znalazła popleczników w wielu państwa Azji, Ameryki Południowej i Afryce. Dla wielu naszych dziennikarzy był to szok. Bo jakże to tak można? A kto to widział? I tak nasze media trwają w osłupieniu. Gdzieniegdzie można przeczytać, że to skutek sprytnej polityki międzynarodowej Putina. I spisek.

Spisek jest ulubionym słowem-wytrychem, które w polskich mediach zastępuje przemyślenie sprawy, zastanowienie i wyciągnięcie wniosków. A byłoby nad czym myśleć. Poza spiskiem mamy też takie proste pojęcia jak: zdrada i agentura. Nie sądzę jednak, żeby trzy proste słówka – poza emocjami – mogły wnieść cokolwiek do naszej wiedzy o świecie.

Kłopot z naszym polonocentryzmem jest też i taki, że geografia polityczna w umysłach nawet licencjatów i magistrów właściwie nie istnieje. I teraz wszyscy są zdziwieni, że niektóre z tych dalekich państw nie popierają NATO. Jest też spora grupa i takich państw, które popierają Rosję.

Pomijam tutaj obecną politykę Węgier – koniec końców członka NATO i UE – bo jest ona oparta na resentymentach i marzeniach o wielkim państwie, a zrozumienie takich ciągot przekracza granice rozumu skromnego felietonisty. Właściwie jedynym wyjaśnieniem postawy rządu Orbana jest przyjęcie założenia, że działa on „na rynek wewnętrzny”. Węgrzy, jak wiele innych narodów, kochają swój kraj i odbierają swego premiera jako osobę również kochającą, tyle że mocniej, bo ma sporą władzę.

                                                          Nieuregulowane długi

Najsilniejsze militarnie państwa NATO nie wszędzie spotykają się z wyrazami miłości. Gdybyśmy choć trochę chcieli wykorzystać znajomość historii ostatnich dwustu lat, to okazałoby się, że wiele państw Azji, Ameryki Południowej i Afryki nie ma najmniejszych powodów, żeby darzyć Wielką Brytanię, Francję, Holandię, Portugalię, Holandię i USA jakąkolwiek sympatią. Bo mamy tu do czynienia z koloniami i kolonizatorami.

Gdy po II wojnie światowej – pod naciskiem USA – nastąpiła dekolonizacja Afryki i Azji, wiele europejskich krajów uznało, że sprawa jest ślicznie zakończona. W tym i my, bo u nas w latach 60-tych tę wielką zmianę przedstawiano jako ogromny sukces państw bloku komunistycznego. Jednak historia nie jest prosta i jednowymiarowa. Na miejsce dawnych właścicieli kolonii wkroczyły Stany Zjednoczone, oczywiście nie mając zamiaru wprowadzać do dawnych afrykańskich kolonii swych wojsk. USA przejęły nad nimi kontrolę ekonomiczną, co dało większe zyski niż Brytyjczykom, Francuzom i wszystkim innym kolonizatorom. I to bez konieczności utrzymywania armii na tych terytoriach.

Wszystkie kolonie były bezlitośnie wykorzystywane ekonomicznie, degradowane politycznie i moralnie. Jeżeli do tego dodamy panowanie nad Chinami, które przez ponad sto lat płaciły ogromny trybuty Rosji, USA, Austrii, Niemcom, Francuzom i oczywiście Brytyjczykom, to obraz świata nie będzie jasny i wesoły. Jeżeli ktokolwiek myślał, że podbijane państwa zapomniały, to jest w błędzie. Skoro Polacy pamiętają o bitwie pod Cedynią, pamiętają też Grunwald, Kircholm, Wiedeń i wszystkie powstania, to dlaczego sądzimy, że Chińczycy, Wietnamczycy, Koreańczycy i wiele innych narodów Afryki mają nie pamiętać?

Osobnym kłopotem jest Ameryka Środkowa i część Ameryki Południowej. Przecież nad tymi krajami USA, przez ponad 150 lat, dzierżyły niepodzielną kontrolę. To one obsadzały i utrzymywały w tych krajach rządzących na miarę Batisty z Kuby czy Duvaliera z Haiti. Kolonializm pod sprytną postacią kwitł tam na potęgę. A w razie buntów USA wysyłały osławione kanonierki. I wszystko to w imię rozkwitu amerykańskich koncernów, które stały się właścicielami tych małych państw. Gabriel Garcia Marquez napisał, że USA nie pozwoliły Ameryce Południowej na przeżycie rewolucji kapitalistycznej i utrzymują tam feudalizm.

Do dzisiaj w brytyjskich konserwatywnych szkołach naucza się, że Wielka Brytania uczyła podbite ludy cywilizacji, co niosło dla podbitych pewne przykrości, ale przecież w sumie powinni być wdzięczni. Zatem nie dziwmy się tym, którzy nie kochają NATO. Zrozummy ich. I zdajmy sobie wreszcie sprawę, że polityka klasy „nasza chata z kraja” jest dla Polski groźna.

Mam nadzieję, że nikt nie pomyśli, że skoro mam takie poglądy, to jestem zwolennikiem Putina. Będąc przeciwnikiem jakiejkolwiek formy kolonializmu, jestem też przeciw Putinowi jako „syn podbitego narodu” – jak pisał Mickiewicz.

 

 

 

 

 

Prostym czynnościom przypatruje się WALTER ALTERMANN: Praca nasza powszednia

 Nie wiem dlaczego nie potrafię być szczęśliwy w pracy – mówi bohater filmu „Życie biurowe”, scenariusz i reżyseria Mike Judge. Ten film z 1999 roku podejmuje ważny temat i jest bardzo mądry. Temat jest spychany na margines naszych zainteresowań a o tym co jest zapisane na marginesach przecież nie mówi. Jest to historia pracowników, którzy stracili wiarę w sens swojej roboty. Ich biuro jawi się jako rzeczywistość niemal abstrakcyjna.

Nie wiadomo co ci ludzi właściwie robią. Biuro istnieje właściwie tylko dla biura. Mają szefa, który jest tyranem, bo też nie wierzy w sens swojej pracy. W końcu wybucha bunt, czyli mała rewolucja. Nie będę streszczał filmu, ale warto go zobaczyć.

Biblijne przekleństwo

Już Księdze Rodzaju, w rozdziale trzecim, znajdujemy słowa o pracy. To ważne, że właśnie już na początku Starego Testamentu mowa o losie człowieka pracującego. Znamy, ale na wszelki wypadek przeczytajmy raz jeszcze.

„Do niewiasty powiedział: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”. Do mężczyzny zaś [Bóg] rzekł: „Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz! (…) Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich. Po czym Pan Bóg rzekł: „Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki”. Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty. Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia”.

Dla wierzących zatem sprawa jest jasna. Człowiek został skazany na pracę za grzech pierworodny. Tymczasem w dziejach ludzkości wylano hektolitry atramentu, żeby udowodnić istotę wielkości pracy dla człowieka i społeczeństw. Oto niektóre zaklęcia: praca uszlachetnia, praca wyzwala, sprawdzamy się w pracy, praca buduje więzi społeczne, bez pracy nie ma kołaczy, praca dowodem ludzkiej wielkości…

Praca jako radość tworzenia

Zacząłem od filmu, ale sprawa nie jest z gruntu sztuki, jest rzeczywista. U nas temat pracy został doszczętnie skompromitowany za socjalizmu. Powieści, sztuki teatralne, filmy, które z nakazu władzy podejmowały ten temat, były z założenia nieprawdziwe. Robotnicy byli w nich uśmiechnięci, radośni, bo szczęśliwi. Praca paliła się im w rękach a każdy kolejny nowy wał Kardana, odkuty i dotoczony w fabryce powodował euforię i entuzjazm. Można to jeszcze zobaczyć w polskich filmach z lat 1946-1956.

Owszem, bywały też ukazywane kłopoty w zakładach pracy. W „dziełach” z tamtych lat występowały tzw. czarne charaktery. Ich katalog wyglądał, mniej więcej tak: bumelant, pijak, zły majster i sabotażysta. Ten ostatni okazywał się najczęściej byłym, przedwojennym majstrem na usługach podłego byłego właściciela fabryki.

W dzisiejszym kinie praca jako temat główny nie występuje. Bo kto zechce oglądać tokarza, frezera, tkacza, czy nawet laboranta, którzy cały czas wykonują te same standardowe czynności, te same ruchy? Również praca intelektualna jest nie do ukazania w literaturze, teatrze i filmie. Bo jak mają – kamera czy narrator – wejść w mózgi „umysłowych”?

A temat jest ważny, bo większość ludzi jednak pracuje. Praca jest nie tylko źródłem utrzymania. Jest także ich – żeby jakoś modnie to nazwać – naturalnym środowiskiem przez prawie pół doby – licząc z dojazdem i powrotem z pracy.

Praca nielubiana

Takie zajęcie może stać się nieopisana udręką, cierpieniem i karą. Dzisiaj ogromna większość depresji – a jest to choroba powszechna – związana jest z pracą, nie z domem i rodziną.

Istotnym problemem jest praca poniżej wykształcenia i umiejętności, lub powyżej kwalifikacji i zdolności. Postawieni na stanowiskach pracy, które ich przerastają lub też deprecjonują ich wykształcenie – odbierają to „karę za grzechy”. Takie sytuacje powodują nieustający stres i w konsekwencji choroby.

Tu trzeba zaznaczyć, że ludzie, których stanowiska przerosły lepiej sobie radzą niż ci, którzy wykonują pracę poniżej kwalifikacji. Ci, których stanowiska przerosły są najczęściej nominatami partyjnymi – zarówno w administracji samorządowej, jak w państwowej, w różnych spółkach, agencjach, agendach i temu podobnych tworach. Jest to zjawisko w Polsce stałe, niejako zwyczajowe, a nawet obyczajowe. Ci nominaci pojawili się w Polsce wraz z odzyskaniem niepodległości w 1918 roku, byli w PRL i są teraz. Wszystkie konkursy na takie stanowiska, to przecież fikcja.

Za socjalizmu było takie partyjne powiedzenie, że ludzie rosną wraz z coraz wyższymi stanowiskami. Naród odbierał to jako dobry, choć niezamierzony dowcip.

Z moich obserwacji wynika, że ci nominaci radzą sobie psychicznie w ten sposób, że z tytułów robią sobie tarcze. Są bardzo poważni, ogromnie skupieni na sobie i swej randze. Są nadęci stanowiskiem jak chińscy cesarze. I ta powaga, poczucie misji, jaką mają do spełnienia, jakoś ich ratuje przed szaleństwem. Poza tym mają zastępców, którzy są fachowcami.

Odwrócona piramida zawodów

W każdym dobrze rządzonym państwie istnieje klasyczna piramida stanowisk. Jej potężną podstawę muszą stanowić pracownicy wykonujący prace proste, ale niezbędne. Są nimi wszelkiego rodzaju technicy – tak z wykształceniem podstawowym, zawodowym, jak średnim. Bez nich podstawowa machina cywilizacji – budownictwo, drogi, szlaki pociągów, transport lotniczy i kołowy, energetyka, komunikacja elektroniczna, wodociągi, kanalizacje, gospodarka odpadami – to wszystko i jeszcze trochę, ległoby w gruzach.

Niestety w Polsce dzisiejszej brakuje najbardziej właśnie pracowników technicznych. Stało się tak na skutek zindoktrynowanych do szpiku kości rządów neoliberałów. Najpierw chcieli wprowadzić obowiązek nauki jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Gdy to nie przeszło, zaczęli likwidować szkolnictwo zawodowe. Idea była taka, że każdy robi maturę, a zainteresowani techniką w ciągu dwóch lat skończą techniczne szkoły pomaturalne. Jedno co się neoliberałom udało, to rozwalić dobrze funkcjonującą strukturę nauczania. Skąd mieli takie pomysły? Zakładali doktrynalnie, że wolny człowiek musi radzić sobie sam, dostanie talon szkolny i cześć.

Dzisiaj próbuje się restytuować szkolnictwo zawodowe, ale idzie to ciężko, tym bardziej, że dorosło już pokolenie ludzi bez zawodu. Teraz są już rodzicami i nie bardzo wiedzą, jak pokierować swymi dziećmi.

Podstawowym problem polskiej piramidy jest to, że stoi na czubku. Najwięcej mamy specjalistów od zarządzania, marketingu, reklamy, politologii, znawców mediów i kulturoznawców. A szewców, ślusarzy, hydraulików ani widu, ani słychu.

Migranci i emigranci

Ważnym problemem polskiej pracy jest emigracja Polaków, w poszukiwaniu lepszych zarobków, lepszego materialnie życia. Wszystkie rządy ostatnich 20 lat obiecywały, że emigranci wrócą – dzięki ich rządom właśnie. Żeby jednak taki cud nastąpił, to bardzo wiele w sferze materialnej powinno się w Polsce zmienić na lepsze, powinna przynajmniej przypominać bogate kraje Zachodu, tak w płacach, jak i emeryturach. Być może to nastąpi – czego bym sobie i Państwu życzył, ale nie szybciej niż za 30 – 40 lat. A i to pod warunkiem, że jakieś kolejne rządy niczego nie… zepsują.

Nadzieja na naszym rynku pracy zaświtała wraz z napływem migrantów ekonomicznych z Ukrainy. Z wybuchem wojny większość z ukraińskich mężczyzn dostała powołanie do wojska, by bronić ojczyzny. I natychmiast odczuło to polskie budownictwo, obsługa transportu i sam transport. Być może Ukraińcy przyjadą, choć może nie do Polski, bo Niemcy kuszą ich zarobkami w granicach 18 euro za godzinę.

Pańska choroba Polaków

Jedną z przyczyn awersji Polaków do zajęć fizycznych jest fakt, że lud od zawsze uważał panów za nierobów, żyjących ich kosztem, stąd wzięło się ludowe powiedzenie, że ktoś cierpi na „Pańską chorobę”.  Jej objawy są takie: „Jadłbym, piłbym, nic nie robił”.

Panowie z kolei uważali podległy im lud za leni i obiboków. Przykładem jest przecież jeden z najstarszych polskich tekstów, czyli „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem a Plebanem, którzy i swe i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki i pożytki dzisiejszego świata”. Ten dialog napisany przez Mikołaja Reja, został wydany w Krakowie w roku 1543 pod pseudonimem Ambroży Korczbok Rożek. Tamże możemy przeczytać:

Wójt:

Ksiądz pana wini, pan księdza,

A nam prostym zewsząd nędza…

 

Kłopot w tym, że nie lubiąc panów, lud chce żyć jak oni. Siedzieć w biurach, przekładać papiery, coś ostemplować, gdzieś zadzwonić, w komputer popatrzeć. Panowie przecież byli wzorem lepszego życia, a głównie lżejszej pracy. Dlatego ciężka, ale dobrze płatna praca fizyczna nie jest u nas w poważaniu.

Praca twórcza

Dobra praca musi angażować nie tylko ręce i nogi, ale także mózg pracownika. O dziwo kłopoty w wykonywaniu pracy są głęboko twórcze i odstresowujące. Ale ile dzisiaj jest takich twórczych stanowisk pracy? Świat zmierza do pełnej automatyzacji produkcji i usług. Następuje więc dynamiczne uprzedmiotowienie pracownika, staje się on jedynie częścią automatu, czyli automatonem.

W klasycznym filmie Chaplina „Dzisiejsze czasy”, z roku 1936, widzimy człowieka opanowanego przez taśmę produkcyjną. Jeśli za taśmą nie nadąża, to ona go fizycznie niszczy. Taśmę produkcyjną wymyślił Henry Ford dla swojej fabryki Ford Motor Company, producenta samochodów osobowych, sportowych, dostawczych i ciężarowych. Za Fordem poszli inni, zwiększając produkcję i zyski. Taśma stała się ideałem organizacji produkcji. I nikt nie zwracał uwagi, że taśma degraduje człowieka.

Dopiero jakieś 30 lat temu szwedzkie Volvo zrezygnowało z taśmowej produkcji swoich aut. Taśmę zastąpiono produkcją gniazdową. W tej nowej organizacji pracy kilku robotników składało od początku do końca każdy samochód. O dziwo produkcja nie spadła, jakość wzrosła, a monterzy czuli się twórcami samochodu, bo bardzo wiele od nich zależało. Ta nowa praca wymagała od nich nie tylko fizycznej sprawności, ale także wysiłku umysłowego. I najważniejsze – ci ludzie przestali się czuć trybikami w machinie, stali się twórcami – w najmądrzejszym znaczeniu tego pojęcia.

Czego Państwu i sobie życzę, bo źle zorganizowana praca dziennikarza może również stać się produkcją taśmową, a przez to męczącą i powodować wiele chorób.

 

 

Nie tylko filozoficzne poszukiwania CEZAREGO KRYSZTOPY: Przestaliście już żreć?

Niejaki Filipiak Milioner oznajmił miastu i światu, że biedota powinna mniej żreć. Mięsa głównie. Bo kiedy biedota będzie żarła mniej mięsa, wtedy zapewne będzie puszczała razem z byłem i trzodą mniej bąków i w ten sposób uratujemy klimat. A jeszcze na wakacje nie powinna latać, po co ma świat zasmradzać. Filipiak Milioner uważa, że sam nie ma z czego rezygnować, a nawet jeśli ma prywatny samolot, to przecież taki malutki i potrzebuje go do pracy.

Wkurza Was wypowiedź Filipiaka Milionera? Mnie również, ale warto dostrzec, że jednocześnie jest to wypowiedź poznawczo bezcenna. Żaden aktywista, żadna Greta Thunberg nie powie Wam tego, co tak klarownie wyłożył Filipiak Milioner, który idealnie opisał miejsce styku interesów i wyobrażeń na temat przyszłości świata jakie mają „obrzydliwie bogaci” z aktywistami spod rożnych znaczków.

Sądzicie, że kiedy mówią o zastąpieniu samochodów spalinowych samochodami elektrycznymi, to mówią o zastąpieniu ich w stosunku 1:1? Na świecie nie ma tyle litu żeby wyprodukować dla nich baterie. Raczej nie będzie to „przyjemność” dostępna powszechnie.

                                                                         Klasy

Prawda jakie to kompatybilne z tym co mówi Filipiak Milioner? W tej wspólnej aktywistyczno-milionerskiej wizji istnieje klasa niższa, tłuszcza, która ma jeździć środkami transportu zbiorowego (który nie jest niczym złym, pod warunkiem, że to kwestia wyboru, a nie przymusu), żreć jakąś tanią genetycznie modyfikowaną paszę, najlepiej pochłaniającą CO2 i siedzieć na d. żeby nie robić bałaganu na świecie. I po co w ogóle tyle tej tłuszczy? Większość jej pracy są w stanie wykonać automaty.

Eutanazja, aborcja, promocja „niestandardowych zachowań seksualnych”, coś z tym motłochem trzeba zrobić. No, ale ma istnieć też klasa wyższa, której wyrafinowanymi usty lud będzie jak za PRL pił szampana i zajadał się sarniną w restauracji żony Filipiaka Milionera. Ta będzie mogła rozbijać się luksusowymi samochodami spalinowymi, które Parlament Europejski planuje wyłączyć z zakazu produkcji po 2035 roku. No i latać „w ważnych sprawach” swoimi małymi samolocikami, które „nie będą szkodziły klimatowi”.

A żeby tłuszczy nie przepaliły się styki i żyła spokojnie w matrixie przekonania o życiu w czasach „postępu, miłości i wolności” trzeba jej jeszcze sprzedać gotowe pakiety ideologiczne przypadkiem kompatybilne z interesami Milionerów. Sprzedaje się je w nowoczesnych automatach z ideologiami, ładnie opakowane i perfumowane sztucznym feromonem rzekomego „buntu”.

                                                                 Problem

Pojawił się tylko jeden problem. Dość zasadniczy. Wojna. Z całym jej dramatyzmem, ma pewien chyba nieprzewidziany przez aktywistów i Milionerów efekt. Brutalnie urealnia postawy społeczne.

Odziera je z bezużytecznych ideologii i sztucznych feromonów. Ludzie zmuszeni są znów walczyć za ojczyznę. Szukając oparcia w chaosie żenią się i wychodzą za mąż. Postawieni przed sytuacjami ostatecznymi w naturalny sposób poszukują odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi daje wyłącznie wiara. Być może nadciąga awaria systemu.

Być może „umowa społeczna” – wybaczcie obcesowość, ale to słowo chyba najlepiej oddaje to co chcę opisać – „Zajmij się ru…..em i się nie interesuj. Poważnymi sprawami zajmą się lepsi od ciebie” – nieco traci na aktualności.

Może koncerny nie widzą tego, co SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zmęczony sześcioma ramionami

Ciekawe, ciekawe. Czy wielkie firmy, czy koncerny, czy mniejsze firmy zarabiają na promowaniu różnych ideologicznych przewrotów i fikołków czy też na nich tracą? Czy wielkie firmy, czy koncerny, czy mniejsze firmy zarabiają na promowaniu konserwatywnych wartości czy też na nich tracą? A może to jest całkowicie obojętne dla klientów, bo liczy się tylko jakość produktu czy usługi, a nie co oni tak dookoła wygadują? Ciekawe, ciekawe.

Ciekawe czy ktoś tym wszystkim rządzi każąc na przykład gigantom stroić się w sześcioramienną tęczę, albo popierać aborcję do momentu porodu, bo to się ma jakoś opłacać, czy też są to ruchy niewyrachowane? Podejrzewać biznes o niewyrachowanie, to może mu nawet ubliżać, bo biznes jest od zarabiania pieniędzy, a reszta, jak owa słynna „społeczna odpowiedzialność biznesu” może być traktowana jako jeden z przyczółków do zbudowania ślicznego wizerunku, a tym samym zarabiania większych pieniędzy.

A mnie tak naszło, bo tak sobie to wszystko obserwuję i tak sobie tego różnego słucham i bywam zmęczony, tym wciskaniem mi ideologii L i tak dalej wszędzie, gdzie się obrócę, obejrzę, zerknę. Oczywiście napisanie, że jestem zmęczony tym wciskaniem mi przed oczy i uszy dla fanatyków L i tak dalej oznacza, że jestem chorym nienawistnikiem i w zasadzie trzeba mnie co najmniej zamknąć. Generalnie jednak nie jestem żadnym nienawistnikiem, tylko jak na przykład oglądam serial na Netflixie o superbohaterach i oni nagle zaczynają ze sobą chłop z chłopem, bohaterowie w kombinezowach bohaterskich, to czy ja mogę przerwać oglądanie? No bo ja przerywam. Bo mnie nie zachwyca.

Ja tu tak sobie ględzę, bo mnie zainspirowała rozmowa Igora Janke z profesorem amerykańskim, ale polskim Jakubem Grygielem, który mieszka w USA i śledzi kwestie związane choćby z orzeczeniem Sądu Najwyższego w sprawie aborcji i właśnie owo ideologiczne zaangażowanie firm. Mówi w czasie wywiadu profesor, że lat temu dziesięć w zasadzie nie było takiego problemu, a teraz owa wciskana klientom nowoczesność wcale nie musi wychodzić biznesowi na pieniądze.

Profesor podaje przykład pewnego amerykańskiego fast foodu, którego właściciel twierdził oficjalnie, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety i w dodatku nie pracował w niedzielę. Ponoć wywołało to skandal i kolejki do jego placówek i świetne przychody. Natomiast epatowanie sześcioramienną tęczą w biznesie może klientów nieco dystansować wraz z portfelami, bo przecież biznes nie jest od wciskania światopoglądu.

Ze słów profesora wyciągam wnioski, że krzykliwa, eksponowana, agresywna, narzucająca się mniejszość niekoniecznie musi odnieść sukces, gdyż zwykli ludzie ustawiają się z portfelami w innych kolejkach wcale nie krzycząc, nie wymachując, tylko tak sobie po cichu głosując mimochodem. Gdyby pojawił się zarzut, że ten tekst jest homofobiczny, to nie wiem. Jestem zbyt zmęczony tymi głupawymi zarzutami, żeby odpowiadać.