HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarskie palmy pierwszeństwa poprawności politycznej. Przykłady i przypadki

 

Wracając z Izmiru ze zjazdu Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (European Federation of Journalists – EFJ), zapadłem w samolocie w głęboki sen. Kiedy się obudziłem zdałem sobie sprawę, że następny kongres EFJ może się już nie odbyć, bo europejskiemu dziennikarstwu grozi bagno poprawności politycznej. Obym się mylił, ale po pandemii, wobec inwazji rosyjskiej na Ukrainę i pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego spowodowanego przez Moskwę, największym zagrożeniem społecznym jest paraliż rzetelnego dziennikarstwa przez propagandę Kremla i zachodnich przyjaciół Putina. A to realne zagrożenie.

EFJ skupia 73 organizacje i związki zawodowe dziennikarzy z 45 krajów. To, jak podaje Federacja, ponad 320 tys. dziennikarzy ze Starego Kontynentu oraz Turcji, która była gospodarzem tegorocznego zjazdu. Do Izmiru dotarło ponad 50 delegatów i mniej więcej także 50 obserwatorów. Byli też reprezentanci biura EFJ z Brukseli i Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej (International Federation of Journalists – IFJ) oraz liczne grono tureckich dziennikarzy a także organizatorzy zjazdu z Izmiru.

Tyle statystyki, czas teraz wytłumaczyć, dlaczego dziennikarzom podczas takich kongresów i nie tylko, w takich federacjach jak EFJ – wybaczcie pospolite określenie – odbija palma. Palma politycznej poprawności.

EFJ, SDP i prawa wyborcze

Z Polski było na kongresie dwóch delegatów: piszący te słowa z największej polskiej organizacji branżowej, czyli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich liczącej wg. danych EFJ 2,8 tys. osób oraz będący jeszcze kilka lat temu prominentnym działaczem SDP Krzysztof Bobiński reprezentujący Towarzystwo Dziennikarskie powstałe na fali krytyki zmian w mediach publicznych po 2015 roku i liczące wg. danych EFJ 100 osób. W trakcie zjazdu dotarło upoważnienie dla Krzysztofa Bobińskiego do głosowania w imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej będącego spadkobiercą utworzonego w stanie wojennym Stowarzyszenia Dziennikarzy PRL. SDRP wg. dokumentów EFJ liczy 350 osób.

Polskie organizacje dziennikarskie dostały w sumie 5 mandatów uprawniających do głosowania, m.in. w wyborach nowych władz. Skomplikowany system elekcji wymusza jednak podział przyznanych głosów pomiędzy trzy reprezentowane na zjeździe polskie grupy.

Za mało, za dużo

W statucie napisane jest, że 2 mandaty dostaje organizacja członkowska EFJ, która liczy ponad 600 osób. Dolnej granicy przyznania jednego głosu zatem nie określono i to była szansa dla małych stowarzyszeń dziennikarskich. Skorzystały z niej dwie polskie organizacje, bo, mimo że razem mają ok. 450 członków, to – ich zdaniem – powinny dostać po jednym mandacie. Tyle tylko, że SDP mając 2,8 tys. członków powinno dostać 4 mandaty, bo tyle przysługuje organizacjom zrzeszonym w EFJ mającym w swoich szeregach ponad 2,4 tys. osób.

Dla porównania: Albanii, której jedyny reprezentant na zjeździe – stowarzyszenie dziennikarskie APJA liczy 220 członków, przyznano 2 głosy a, także jedynemu krajowemu przedstawicielowi, belgijskiej unii dziennikarskiej AGJPB mającej ponad 3,1 tys. członków przysługiwało 5 mandatów. Dysproporcja? Moim zdaniem, to wykrzywienie zasad demokratycznych procedur nacechowane wspieraniem tzw. słabszych, którzy czasem po prostu nie muszą się starać. Ale sprawiedliwość niewiele ma wspólnego z polityką, a przecież nawet dziennikarze z przedpotopowej definicji „apolityczni”, co we współczesnym świecie jest bzdurą, jakąś „politykę” muszą prowadzić w swoich organizacjach, na przykład choćby nawet chłodne, ale kontakty z władzami.

Wspólnie albo wcale?

Prawda zaś jest taka, że Polsce i wielu innym delegacjom krajowym przyznano za mało mandatów, a niektórym dano ich za dużo. To już wina luk prawnych w regulaminie i ustępujących władz. W sumie wielu delegatów szło na kompromis, bo połową karty mandatu głosować nie można. Organizacjom z Polski usiłowały pomóc ustępujące władze EFJ próbując orzekać, ile mandatów może dostać każdy z trzech krajowych członków – padła propozycja, że 4 dla SDP i 1 dla TD, inny przedstawiciel EPJ był za 6 mandatami dla naszego kraju powołując się na arytmetyczną logikę… Na uwagę, że Polsce przysługuje tylko 5 głosów, nic już nie powiedział.

Obrady się przeciągały a turecki upał na zewnątrz przekroczył 35 stopni Celsjusza. Plus wilgotność. Aby nie wracać z udarem słonecznym ustaliliśmy wspólnie z roboczym                 i nieformalnym międzynarodowym gremium „rozjemczo-negocjacyjnym”, że polskie głosy podzielimy następująco: SDP – 3, TD -1, SDRP -1. Na podobne kompromisy poszły inne krajowe organizacje. Ale nie jest to zadowalające rozwiązanie. W przyszłym statucie EFJ trzeba precyzyjnie zapisać zasady głosowania, aby to takich nonsensów nie dopuścić, bo kompromis jest może szlachetny, ale to jednak tylko kompromis.

Izmirska gorączka politycznej poprawności narastała, bo ustępujące władze EFJ, aby nie łamać politycznej poprawności, postanowiły, że głosować się będzie krajami, czyli karty do głosowania, jeśli w danym państwie jest więcej niż jedna organizacja, dostawały na przykład dwa czy trzy stowarzyszenia i przy stoliku komisji wyborczej je dzieliły a dopiero potem reprezentanci szli głosować i wrzucać karty do urny. Jeden bez drugiego nie mógł się ruszyć, chociaż ich mandaty przypisane były do różnych grup dziennikarzy. Obłęd? Nie, polityka europejskiej „równości” i poprawności wzorowana głównie na unijnych zasadach wypracowanych przez lata w Brukseli.

Chorwacka siła i zachodni opór

Delegaci zdecydowali, że następcą przewodniczącego EFJ, którym przez 9 lat był Duńczyk Mogens Blicher Bjerregård, przez najbliższe trzy lata będzie dziennikarka z chorwackiej telewizji publicznej HRT Maja Sever reprezentująca swoją krajową unię medialną (TUCJ).  W Izmirze wybrano także zastępcę szefowej federacji. Został nim turecki dziennikarz Mustafa Kuleli (TGS).

Wydawałoby się, że EFJ stawia na nowe części Europy i Turcję, ale skład siedmioosobowego Komitetu Sterującego (Wykonawczego) Europejskiej Federacji Dziennikarskiej zdaje się temu przeczyć. Chorwatce i Turkowi we władzach największej organizacji dziennikarskiej na Starym Kontynencie towarzyszyć będą głównie przedstawiciele zachodnich stowarzyszeń medialnych: Andrea Roth (DJV) z Niemiec, Anna Del Freo (FNSI) z Włoch, Marta Barcenilla (CCOO) z Hiszpanii, Pablo Aiquel (SNJ-CGT) z Francji, Allan Boye Thulstrup (DJ) z Danii, Martine Simonis (AJP) z Belgii oraz reprezentujący Wielką Brytanię Tim Dawson (NUJ). I to ta siódemka stanowi większość.

Wybór tak ogromnej reprezentacji Zachodu do władz EFJ i faktyczna dominacja we władzach federacji mogą po prostu oznaczać – znowu to napiszę: oby nie – utrzymanie starego kursu, czyli de facto lawirowanie pomiędzy Unią Europejską a stowarzyszeniami z państw Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej, które dopiero od kilkunastu lat są w stanie wybierać swoje delegacje na zjazdy i kongresy.

Z kronikarskiego obowiązku – nie wybrano m.in. kandydatów z Polski i Ukrainy, choć przedstawicielowi naszych wschodnich sąsiadów Sergiejowi Tomilenko (NUJU) zabrakło tylko kilku głosów, aby być we władzach. Teraz jest pierwszym „rezerwowym”, który w przypadku rezygnacji kogoś z siódemki może wejść w skład Komitetu Sterującego.

Niestety, można spodziewać się, że w obecnych władzach EFJ będzie dominowała narracja podobna do tej w większości instytucji UE, gdzie uważa się, iż od ostatnich wydarzeń na wschodzie kontynentu, od barbarzyńskiej napaści rosyjskich morderców i złodziei na Ukrainę ważniejsze są takie „problemy” jak: kodyfikowanie praw osób LGBT, manipulacyjnie przekazywane „łamanie praworządności” na Węgrzech, w Polsce i innych krajach wschodniej Europy, czy lokalne kłopoty medialne niektórych państw. Marginalizuje się natomiast –  wskazywane na izmirskim kongresie EFJ – przypadki autentycznej cenzury i łamania wolności słowa m.in. we Francji Niemczech, Holandii, w krajach skandynawskich, Wielkiej Brytanii oraz na Bałkanach a nawet w Szwajcarii.

Czy za trzy lata, po kadencji tych władz, Europejska Federacja Dziennikarska będzie tak bliska mediom Starego Kontynentu jak Turcja, ogromna jak Chorwacja, empatyczna dla wszystkich narodów jak Niemcy i Francja, wyrozumiała jak Włochy i Hiszpania i skromna jak Wielka Brytania, Belgia i Dania razem wzięte? Tego nie wiem, zatem ośmieliłem się nieco ironicznie o to zapytać.

A może w 2025 roku, na kolejnym zjeździe wyborczym – tu już bez ironii – EFJ będzie tak dalekowzroczna jak teraz m.in. dwie delegacje ukraińskie (IMTUU, NUJU) oraz reprezentanci Litwy (LJU) i Polski (SDP)? Tego też nie wiem, ale warto próbować.

Co do tytułowych porównań. Palmy dobrze rosną w Turcji, gorzej przyjmują się w chłodniejszym klimacie. Może więc na kolejnym kongresie EFJ zamiast palm pierwszeństwa poprawności politycznej wyrosną drzewa mające siłę i dumę palm, ale także wytrzymałość dębów i sosen? W innym przypadku federacja skończy jak widoczne do dziś szczątki antycznej Agory w Smyrnie – Izmirze. Piękne, ale niezbyt funkcjonalne.

 

WALTER ALTERMANN: Organizacje ekologiczne, czyli byty teoretycznie obywatelskie

Czytam, że jakieś światowe organizacje obrońców czystości ziemi, wody i powietrza uważnie przypatrują się gazociągowi Baltic Pipe, przez który ma być tłoczony norweski gaz do Polski. I już szykują się do protestów. Zresztą, na świecie organizacje proekologiczne są znane i działają od lat siedemdziesiątych XX wieku, w Polsce zadomowiły się na dobre po zmianie ustroju w latach dziewięćdziesiątych.

Właściwie powinienem przyklasnąć ideologii obrońców Ziemi bez mrugnięcia okiem, bo tak jak oni chcę oddychać czystym powietrzem, tak jak ich, martwi mnie zatruwanie wód lądowych i oceanów, wpadam też w depresję na widok kolejnego kawałka Ziemi, którą ktoś dla zysku zabetonował. Czyli mógłbym poprzeć ich bez chwili zastanowienia. Ale… nie mogę być bezkrytyczny. Zresztą „krytykanctwo” jest moją naturą. A szukanie dziury w całym pasjonującym zajęciem.

                                                              Doktrynerzy

Podejrzewam, że „ekologom” tak bardzo zależy na środowisku naturalnym człowieka, że będą o środowisko walczyć do ostatniego człowieka. I zrobią to bez chwili wahania, bo w istocie te ruchy stały się twórcami i propagatorami niezwykle agresywnej doktryny. A członkowie tych grup stali się bardzo podobni do wyznawców Państwa Islamskiego, lub nawet zwolenników Pol Pota. Różnice w doktrynach są jedynie literackie, ale duch, zaciekłość i bezwzględność równe sobie.

Nie rozumiem, jak w czasie wojny, najazdu Rosji, wobec rosyjskich gróźb ataku na inne państwa, kiedy świat wprowadza embargo na rosyjską ropę i putinowski gaz, jak w tym momencie może przyjść komuś do głowy, żeby protestować przeciwko gazociągowi Balitc Pipe.

Czy ci aktywiści nie rozumieją, że bez tych instalacji ogromna część Polski może zamarznąć? Naprawdę nie rozumieją, że Polska chce kupować norweski gaz dla ochrony życia swych obywateli? I dlaczego nie protestowali przeciw gazociągom Nord Stream I i II?

Albo dlaczego nie protestują przeciwko rosyjskiej agresji? Przecież Ziemia na Ukrainie jest rozjeżdżana czołgami i innymi wojskowymi pojazdami. Przecież codziennie tony pocisków wybuchają na ziemi i w powietrzu. A tony ropy naftowej i benzyny, które armia agresora spala? Przecież wybuch każdego pocisku spala ogromne ilości tlenu i zatruwa atmosferę, ziemię i wodę tonami toksycznych substancji. Dlaczego ekolodzy nie protestują przeciwko tym skutkom wojny?

                                                  Protesty w czyim interesie

Gdybym był naiwny, uwierzyłbym, że to tylko szalona nadgorliwość obrońców Ziemi pcha ich do takich bezrozumnych działań. Ale nie jestem tak zupełnie ograniczony. Podejrzewam bowiem, że te ruchy są inspirowane nie tylko szaleństwem, ale być może również – choć nie mam twardych dowodów – przez Rosję. Przy czym, to teoretycznie można by sprawdzić, jeśli tylko państwa Europy by chciały.

Oczywiście nie odbywa się to tak, że ambasador Federacji Rosyjskiej, w paryskiej czy hiszpańskiej kawiarni wręcza jakiemuś ekologowi, pod stolikiem, grubą kopertę. Sposoby są znacznie bardziej wyrafinowane. Rosja – inne państwa także – chcąc mieć wpływ na opinię publiczną w jakimś kraju, wspierają określone, zaprzyjaźnione lub agenturalne stowarzyszenia, fundacje lub ruchy obywatelskie. Te z kolei wspierają inne grupy, tamte jeszcze inne, aż wreszcie pieniądze trafiają do właściwych rąk. To jest taki łańcuszek złej woli i intryg.

Czy to da się sprawdzić? W dużej mierze tak, ale potrzebna byłaby dobra wola organów ścigania kilku, lub nawet kilkunastu państw. Ale nikt nie zamierza robić w tej sprawie śledztwa na wielką skalę, gdy u bram Unii Europejskiej jest wojna, gdy poważnym zagrożeniem są terroryści islamscy, gdy nadal trwa napór uchodźców ekonomicznych z Azji i Afryki.

Z cała pewnością to Rosji zależy na robieniu szumu i złej atmosfery wokół Baltic Pipe. Tylko nikt tego nie będzie sprawdzał. Jak to się skończy? Zapewne jak zawsze. Ekolodzy zostaną kupieni i trochę się uspokoją, inaczej mówiąc zamkną się. Zupełnie tak, jak bywało w wielu miastach Polski jeszcze kilkanaście lat temu i jak dzieje się nadal. O tym poniżej.

                                          Dwa stowarzyszenia a jeden duch

Gdy pod koniec XX wieku zaczęły masowo powstawać w Polsce zagraniczne inwestycje w handlu, transporcie i przemyśle, urosły też w siłę grupy rodzimych ekologów.

I gdy, na przykład  jakaś sieć handlowa chciała – powiedzmy dla przykładu w mojej  Łodzi –  postawić duży supermarket, natychmiast na miejscu dopiero co rozpoczętej budowy pojawiała się grupa ekologów, nazwijmy ją grupą „A”. Przewodził jej prezes stowarzyszenia, pan „B”. Facet był niepozorny, nie rzucał się w oczy, w szarym paletku, w kapeluszu i zawsze ze skórzaną teczką, jaką dawniej nosili urzędnicy niższej kategorii. Protestujący mieli transparenty, kartony z odpowiednimi hasłami, mieli też przenośne megafony – i robili duży hałas. Pan prezes „B” okrzyków nie wznosił, stał nieco z boku i obserwował.

Gdy w tym samym czasie, w innej części Łodzi, jakiś zachodni koncern przystępował do budowy zakładu wytwarzającego jakieś urządzenia, to i tam pojawiała się grupa ekologów, protestująca przeciw niszczeniu środowiska, dewastacji i skażeniu. Tej grupie, nazwijmy ją „B”, przewodził dyskretnie pan prezes „A”.

W finale zadymy ekologicznej, zmęczone firmy inwestorskie, chcąc uniknąć długotrwałych procesów, odwołań, apelacji i kasacji, płaciły spore sumy i sprawa się kończyła. Ale sedno sprawy, którą opowiadam, jest inne. Otóż firmy zachodnie płaciły krzyżowo, czyli tak: Firma budująca hipermarket, oprotestowany przez ekologiczną grupę „A”, wpłacał sporą sumę ma konto grupy „B”. Natomiast firma budująca halę fabryczną, oprotestowywana przez grupę „B”, płaciła grupie „A”.

Kluczem do sukcesu obu grup ekologów był fakt, że w grupie „A” prezesem był pan „B”, a pan „A” wiceprezesem. Natomiast w grupie „B” prezesem był pan „A”, a pan „B” wiceprezesem. W sumie przekręt był czysty, z punktu widzenia prawa. Moralne to nie było, ale moralność jest abstrakcją, a pieniądze są realne.

A jak pieniądze z firm, które chciały mieć spokój, trafiały do obu prezesów/wiceprezesów? W bardzo prosty i też zgodny z prawem. Otóż fundacje i stowarzyszenia mogą zatrudniać pracowników, zlecać osobom trzecim opracowywanie dokumentów, opłacać lokale, itp.

W następnym felietonie pozwolę sobie opisać wielce oryginalną działalność kilku polskich fundacji. Naprawdę potrafimy.

Dziennikarz z konieczności – MYKOŁA SEMENA o tym jak na Krymie narodziło się dziennikarstwo obywatelskie

Dziennikarstwo obywatelskie na Krymie jest zjawiskiem podziwianym przez dziennikarzy i obrońców praw człowieka z całego świata, ale narażonym na surowe represje ze strony Rosji.

W lutym 2014 r. na Krymie pojawili się uzbrojeni mężczyźni w mundurach, zajmując budynki Rady Najwyższej i rządu Krymu, lotnisko Symferopol, prom Kercz i inne obiekty strategiczne, blokując działania wojsk ukraińskich. Władze rosyjskie początkowo odmówiły uznania, że ​​ci uzbrojeni ludzie byli członkami armii rosyjskiej. Prezydent Rosji Władimir Putin przyznał później, że to rosyjska armia.

16 marca 2014 r. na Krymie i Sewastopolu odbyło się nieuznane „referendum” w sprawie statusu półwyspu, w wyniku którego Rosja włączyła Krym do swojego terytorium. Ani Ukraina, ani ONZ, ani Unia Europejska, ani Stany Zjednoczone nie uznały „referendum” za legalne. 18 marca prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił „przystąpienie” Krymu do Rosji. I od tego czasu rozpoczęły się prześladowania działaczy i dziennikarzy.

Z Krymu wydaleni zostali redaktorzy i dziennikarze niezależnych i międzynarodowych mediów. Władze na nowo przeprowadziły akredytację dziennikarzy odmawiając wszystkim reprezentującym niezależne media międzynarodowe lub ukraińskie. Od lata 2014 roku wobec wielu niezależnych dziennikarzy, działaczy obywatelskich i działaczy ruchu narodowego Tatarów Krymskich wszczęto postępowania karne i administracyjne. Aresztowano m.in. blogera, dziennikarza obywatelskiego Narimana Memedeminova, koordynatora Solidarności Krymskiej Servera Mustafayeva, dziennikarzy obywatelskich Remzi Bekirova, Osmana Arifmetetova i Rustema Sheikhalieva. Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy uznał aresztowania dziennikarzy za próbę zablokowania przez władze rosyjskie niezależnego kanału komunikacji między Krymem a Ukrainą, między Krymem a światem.

Czym jest dziennikarstwo obywatelskie?

Kiedy wszyscy zawodowi dziennikarze zostali wydaleni z Krymu lub skazani informacje o życiu na półwyspie były dostępne dla redakcji w Kijowie i krajach europejskich dzięki „wycieczkom” dziennikarzy na Krym. Oficjalnie były to bowiem „wyjazdy do krewnych” lub „wyjazdy do kurortu w celach rekreacyjnych” itp. W rzeczywistości dziennikarze mogli w ten sposób zbierać informacje o życiu na Krymie. Jednak władze rosyjskie szybko zdemaskowały ten manewr i dziennikarzom po prostu zabroniono wjazdu na Krym. Na przykład dziennikarz Taras Ibragimov, który często publikował informacje o sądach krymskich, wywiady z aktywistami i materiały analityczne, otrzymał zakaz wjazdu na wiele lat.

Ale życie na Krymie toczyło się dalej, a rosyjska administracja kontynuowała nielegalne przeszukania, aresztowania, niesprawiedliwe procesy i fałszywe oskarżenia przeciwko działaczom. Jak w takiej sytuacji informować społeczeństwo?

Znaleziono wyjście. Zwykli ludzie, koledzy i przyjaciele ofiar chwytali za smartfony i nagrywali filmy z przeszukań i aresztowań, rozpraw sądowych oraz masowych protestów organizowanych przez mieszkańców Krymu. Filmy te były często emitowane w mediach społecznościowych, były pokazywane w kanałach telewizyjnych i portalach internetowych. Zjawisko to stało się powszechne. Osoby, które nagrywały te filmy, nazywano dziennikarzami obywatelskimi, a z ich usług korzystały powszechnie prawie wszystkie redakcje, gdyż nie można było w inny sposób uzyskać informacji z Krymu.

Wtedy administracja okupacyjna zaczęła prześladować dziennikarzy obywatelskich. Zatrzymywano, konfiskowano materiały filmowe, stawiano fałszywe oskarżenie o zakłócanie porządku, aresztowano i osądzano. Wyroki były bezlitosne – dziennikarzy obywatelskich oskarżano o terroryzm, ekstremizm, przygotowania do przejęcia władzy w Rosji i skazywano na więzienie, nawet na  5 – 15 lat. Obecnie w rosyjskich więzieniach przebywa 11 obywateli Krymu, którzy zostali zatrzymani za nagrywanie na wideo nielegalnych działań administracji okupacyjnej.

Zjawisko masowe

Kilka tygodni temu na Krymie pojawiła się sprawa przeciwko dziennikarzowi obywatelskiemu Sererowi Bekirowowi. Jest technikiem dentystycznym, absolwentem Krymskiego Państwowego Uniwersytetu Medycznego, od kilku lat świadczy usługi stomatologiczne. Jako bloger publikował najświeższe informacje w mediach społecznościowych. Przyszły do ​​niego rosyjskie siły bezpieczeństwa, przeszukały go i oskarżyły o „publiczne nawoływania do działań terrorystycznych, publiczne usprawiedliwianie terroryzmu i propagandę terroryzmu za pomocą Internetu”. Wcześniej na Krymie aresztowano i skazano na podstawie podobnych zarzutów aktywistę krymskotatarskiego, dziennikarza obywatela Krymu Narimana Memedeminova.

26-letni Aziz Azizov został zatrzymany 18 lutego, kiedy prowadził transmisję z sądu w Bakczysaraju, z procesu delegata Kurułtaju Tatarów Krymskich Edema Dudakowa. Łącznie rosyjskie siły bezpieczeństwa zatrzymały 15 osób oskarżonych o naruszanie porządku publicznego i nieprzestrzeganie ograniczeń kwarantanny.

„Próby transmisji przebiegu procesów, w tym zatrzymania rosyjskich funkcjonariuszy organów ścigania, służą interesowi publicznemu i sprawie walki o prawa człowieka” – powiedział Serhij Tomilenko, przewodniczący Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy. Ogólnie rzecz biorąc, dziennikarstwo obywatelskie na Krymie jest zjawiskiem podziwianym przez dziennikarzy i obrońców praw człowieka z całego świata, ale narażonym na surowe represje w Rosji. NSJU wzywa do zwiększenia presji międzynarodowej na Rosję, aby uwolniła dziesięciu dziennikarzy skazanych na wieloletnie więzienie.

To jest wojna przeciwko dziennikarzom, przeciwko prawdzie

We wszystkich przypadkach funkcjonariusze władz okupacyjnych zachowują się brutalnie podczas rewizji i aresztowań, grożą bronią, używają siły, obrażają wszystkich w domu, ignorują małe dzieci, zabierają dokumenty, pieniądze i rzeczy osobiste, nie zostawiają kopii protokołów ani innych dokumentów. Przedstawiciel prezydenta Ukrainy na Krymie Tamila Tasheva na briefingu w Media Center of Ukraine powiedziała, że „13 dziennikarzy krymskich zostało uwięzionych przez Rosję po zdobyciu i aneksji Krymu w 2014 roku. Później, 16 innych cywilów zajmujących się dziennikarstwem obywatelskim, głównym źródłem informacji o wydarzeniach na Krymie po delegalizacji niezależnych mediów, zostało uwięzionych przez rosyjskich okupantów w celu >oczyszczenia pola informacyjnego<”.

Dziennikarze obywatelscy, jak mówi Tamila Tasheva, to ludzie, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego z dziennikarstwem ani działalnością zawodową. To bardzo często byli prawnicy, pracownicy usług, którzy po prostu brali w dłonie telefony i filmowali to, co dzieje się na Krymie.

Tamila Tasheva powiedziała, że ​​wśród uwięzionych dziennikarzy cywilnych była pielęgniarka z Teodozji Irina Danilovich, jedyna kobieta prześladowana za działalność dziennikarską na Krymie.

Taszewa ostrzegła, że ​​rosyjskie metody prześladowania dziennikarzy w celu kontrolowania informacji, które Rosja wykorzystuje na Krymie od 2014 roku, rosyjscy okupanci teraz stosują w miastach i wsiach Ukrainy po inwazji na ten kraj.

Pod koniec ubiegłego roku w Symferopolu Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy zorganizował wystawę fotograficzną o życiu i pracy dziennikarzy obywatelskich na Krymie. Wystawa była zbiorem ponad 40 fotografii dziesięciu uwięzionych dziennikarzy Tatarów Krymskich, członków ich rodzin oraz uwięzionego dziennikarza krymskiego, wolnego strzelca Radia Liberty Vladislav Yesipenko. „Ci, których widzisz na tych zdjęciach, wciąż są w więzieniu, ale wiedzą, że ich rodziny są z nimi, a my robimy wszystko, aby przybliżyć dzień ich uwolnienia i aby mogli stale czuć nasze wsparcie” – powiedział na otwarcie wystawy Serhij Tomilenko.

Według analityków ruch dziennikarstwa obywatelskiego, podobny do tego, który powstał na Krymie, pojawia się w warunkach zniszczenia wolności słowa i zgromadzeń, gdy zawodowi dziennikarze zmuszeni są do milczenia. Społeczeństwo przekazuje następnie te uprawnienia dziennikarzom obywatelskim. Jednocześnie, jak zauważył dziennikarz, zjawisko dziennikarzy obywatelskich Krymu różni się od innych podobnych procesów na świecie. Dziennikarstwo obywatelskie na Krymie mogło zaistnieć dzięki temu, że podczas na Krymie, gdy znajdował się on pod jurysdykcją Ukrainy w latach 1991-2014, dziennikarze pracowali w warunkach wolności słowa, a społeczeństwo domagało się informacji o wszystkim, co się wokół niego dzieje. Ponadto dziennikarstwo obywatelskie na Krymie charakteryzuje się tradycjami Tatarów Krymskich, które zrodziły się w latach deportacji. To znaczy wspierania się nawzajem, masowe gromadzenie się w celu monitorowania sądów lub innych spraw publicznych.

Według Mumine Saliyeva, jednej z kuratorek wystawy, żony uwięzionego dziennikarza obywatelskiego Seyrana Saliyeva, rok 2014 był początkiem rozwoju dziennikarstwa obywatelskiego na Krymie. Krymscy dziennikarze obywatelscy opisują aresztowania przez rosyjskich sił bezpieczeństwa, przesłuchania „sądowe” i nadal przesyłają prawdziwe informacje nawet z więzienia.

Jak zauważył wówczas przedstawiciel prezydenta Ukrainy Anton Korynewycz, władze rosyjskie zrobiły wszystko, aby wolność słowa na półwyspie była niemożliwa. W tej sytuacji trudno przecenić znaczenie dziennikarstwa obywatelskiego.

Khalide Bekirova, żona dziennikarza obywatelskiego i więźnia politycznego Krymu Ramzi Bekirova, powiedziała, że ​​jej mąż, z zawodu historyk, musiał zmienić zawód po 2014 roku i zostać dziennikarzem. Nagrywał rewizje, rozprawy „sądowe”, prowadził transmisje. Początkowo był aresztowany, a ostatecznie wraz z 24 innymi dziennikarzami obywatelskimi został oskarżony o popełnienie przestępstwa. Chcieli więc zaprzestać relacjonowania. Ale zatrzymanych zostało więcej dziennikarzy obywatelskich. „My, rodziny zatrzymanych dziennikarzy obywatelskich, żyjemy jak w więzieniu pod gołym niebem… Nasze dzieci to nowe pokolenie dorastające w dążeniu do sprawiedliwości. Od pięciu lat myślą o swojej przyszłości w realiach Krymu. Moje dzieci chcą zostać dziennikarzami, tak jak ich ojciec” – stwierdza Bekirova.

Działaczka na rzecz praw człowieka Maria Tomak podkreśliła, że ​​prześladowania dziennikarzy obywatelskich na Krymie wpisują się w ogólny obraz ucisku wolności słowa, jaki panuje w Federacji Rosyjskiej. Dziennikarstwo obywatelskie jest z jednej strony unikalnym zjawiskiem krymskim, z drugiej zaś częścią globalnego trendu, w miejscach gdzie prześladowani są dziennikarze.

Maye Mustafayeva, żona dziennikarza obywatelskiego i więźnia politycznego Servera Mustafayeva, opisała tortury swojego męża w rosyjskich izbach tortur. Zacytowała również, jak powiedział, że nie obawia się, że jego głos cokolwiek zmieni, ale że wielu bało się sprzeciwić systemowi.

Lilya Lyumanova, żona Ameta Sulejmanowa, dziennikarza obywatelskiego przebywającego w areszcie domowym na Krymie, podkreśliła, że ​​więźniami politycznymi są nie tylko sami represjonowani, ale także ich żony, dzieci, rodzice, krewni i przyjaciele – z których każdy doświadczył własnego bólu .

Wołodymyr Prytula, szef projektu Radio Liberty z Krymu Swoboda, powiedział, że około 60 dziennikarzy współpracujących z projektem musiało albo zaprzestać współpracy, albo wyjechać na Ukrainę kontynentalną. Zastąpili ich dziennikarze obywatelscy. „Musimy podkreślić, że dziennikarstwo nie jest przestępstwem, że dziennikarze nie są przestępcami. Są prześladowani na Krymie za wypełnianie swoich obowiązków zawodowych” – powiedział Wołodymyr Prytula.

Według I sekretarz Związku Dziennikarzy Ukrainy Liny Kushch historia dziennikarstwa obywatelskiego na Krymie to „opowieść o wyborze, o tym, że ludzie, którzy nigdy nie pracowali jako dziennikarze, idą sfilmować prawdę. To opowieść o tym, jak dziennikarze obywatelscy dorastali na swoim poziomie zawodowym, o wspieraniu rodzin, o dziennikarskiej solidarności.”

W komentarzu dla dziennikarzy po wystawie dyplomata USA Walter Braunoller podkreślił: „Bardzo ważne jest, aby stale przypominać całemu światu, że Krym to Ukraina. Jest to szczególnie ważne dla rodzin więźniów politycznych. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby uwolnić tych ludzi i sprowadzić ich do domu…”

CEZARY KRYSZTOPA: Czy ukraińscy żołnierze mają pretensje do swoich sierżantów o niewłaściwe zaimki?

Czy ktoś słyszał może o sukcesach frontowych jakiegoś ukraińskiego „homokomando”? A może o pretensjach trans-żołnierzy, że w okopach nie mają do dyspozycji „trzeciej toalety”, albo, że sierżant używa wobec nich „niewłaściwych” zaimków? Nie? Ciekawe dlaczego? Bo to, że pośród walczących, zapewne w jakimś niewielkim stopniu, odpowiadającym ich odsetkowi w społeczeństwie, znajdują się również osoby homoseksualne, to przecież dość prawdopodobne.

Myślę, że dzieje się tak dlatego, że pośród licznych dramatycznych, wstrząsających i smutnych aspektów wojny, jest przynajmniej ten pozytywny, że brutalnie weryfikuje bezużyteczne ideologie i zachowania. Przypomina co jest w życiu ważne. Ludzie skonfrontowani z sytuacjami ostatecznymi, nie tracą czasu na to co wydumane i zbędne i skupiają się na tym co istotne. Na przykład na tym, że nie określa człowieka to co sobie i w co wtyka.

Wojna przypomina

Wojna na Ukrainie przypomina czemu służy wspólnota narodowa. Że nie jest to cepeliowy przeżytek, tylko zespół wspólnych cech, relacji, więzów, kodów historycznych, które wspomagają poczucie zbiorowego interesu, zbiorowych emocji i zbiorowej pamięci, dzięki którym zbiorowość może przetrwać w kształcie, którego sobie życzy, a nie w kształcie, którego życzą sobie inne zbiorowości.

Wojna na Ukrainie przypomina wartość małżeństwa. Ukraińscy żołnierze na przepustkach nie żenią się ze swoimi tosterami, czy sami ze sobą, tylko ze swoimi narzeczonymi. Pewnie naiwnością byłoby sądzić że wszyscy i że od razu się żenią, ale jestem w stanie wyobrazić sobie, że sytuacje z którymi spotykają się na froncie, skłaniają większą część z nich do poszukiwania związków dających pośród chaosu poczucie oparcia.

Wojna na Ukrainie, podobnie jak zapewne każda wojna, konfrontując ludzi ze śmiercią, skłania ich do poszukiwania odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi nie dają korporacyjne automaty z kolorowymi „ideologiami” za 2,50. Bliskość śmierci skłania do poszukiwania transcendencji nawet najbardziej zatwardziałych.

Jest wiele, zbyt wiele dramatycznych, koszmarnych aspektów wojny. Ale ten jest z punktu widzenia kondycji ludzkiej pozytywny.

Oprzytomnienie.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Major „Ponury” – zabity przez Niemców znienawidzony przez komunistów

Zginął, jako dowódca VII batalionu 77 lidzkiego pp AK, 16 czerwca 1944 r. w czasie zdobywania niemieckich umocnień pod Jewłaszami. Jan Piwnik „Ponury” – cichociemny, oficer dywersji AK, kawaler Virtuti Militari, był zwalczany przez komunistów jako przestępca i bandyta. Tymczasem bratanica Barbara Piwnik została ministrem sprawiedliwości w rządzie komunisty Leszka Millera.

Modest Bobowicz, „Wircz” wspominał: „Co chwilę wiejską drogą przelatywały galopem konie. To młodzi chłopcy z pobliskich wsi pędzili do naszych partyzanckich baz, do zaprzyjaźnionych zaścianków, aby donieść jak najszybciej wieść tragiczną.
– Zginął Komendant »Ponury«! Pojutrze pogrzeb w Wawiórce! [Wawiórka koło Lidy]
Bo choć Komendant był tu na szczuczyńskiej ziemi zaledwie dwa miesiące – od połowy kwietnia do 16 czerwca, zdobył sobie uznanie, szacunek i miłość wszystkich. (…) Do Wawiórki było siedem kilometrów. Szliśmy w tumanach pyłu, słońce prażyło. Ci, których kondukt mijał w trakcie prac polowych odkładali narzędzia, biegli ku drodze i klękali. Tak w skupieniu i zadumie mijaliśmy Piaskowce, Gierdziowce, pojedyncze przydrożne chałupy. Wszędzie szpalery ludzi i powszechny płacz. (…) I gdy nad Wawiórką zapadł czerwcowy zmrok, wielotysięczny tłum zaśpiewał »Jeszcze Polska nie zginęła«. Hymnem narodowym pożegnaliśmy Komendanta »Ponurego« i Jego żołnierzy, których ciała złożyliśmy w polską, nadniemeńską ziemię dnia 18 czerwca 1944 roku”. Mimo okupacji, Jana Piwnika – na całej drodze żałobnego konduktu – żegnało kilka tysięcy ludzi.

„Wachlarz”

Najpierw trochę historii Jana Piwnika. Urodził się 31 sierpnia 1912 r. w Janowicach na ziemi opatowskiej. Absolwent gimnazjum w Ostrowcu Świętokrzyskim i podchorążówki we Włodzimierzu Wołyńskim, żołnierz Września 1939 r. (dowódca zmotoryzowanej kompanii). Po przedostaniu na Zachód, w czasie walk o Francję dowódca baterii artylerii ciężkiej. W Anglii przeszkolony na komandosa.

Był jednym z pierwszych cichociemnych, zrzuconych do okupowanej Polski w pierwszych dniach listopada 1941 r. (potem, pracując w KG ZWZ-AK przygotowywał zrzuty dla następnych grup). Ponieważ praca organizacyjna mniej mu odpowiadała, wiosną 1942 r. mianowano go dowódcą II odcinka „Wachlarza” („Wachlarz” – Wydzielona Organizacja Dywersyjna Armii Krajowej, II odcinek obejmował tereny od Równego do Kijowa i od Sarn do Berdyczowa).

Akcja w Pińsku

18 stycznia 1943 r. 16 komandosów Armii Krajowej przeprowadziło spektakularną akcję uwolnienia, bez strat własnych, kolegów przetrzymywanych przez Niemców w więzieniu w Pińsku.

„Działamy po cichu, stosujemy podstęp z przemocą, bez użycia broni” – powiedział przed atakiem na pińską katownię Gestapo dowódca Jan Piwnik. I rzeczywiście, rozbicie więzienia w Pińsku powinno być uważane za jedną z najlepiej przygotowanych akcji polskiego podziemia, wzorcową. Żołnierze zrealizowali zadanie w 100 procentach, dodatkowo w miejscu naszpikowanym różnymi formacjami niemieckimi. Najpierw zdobyli więzienie, następnie odbili jeńców, równie skutecznie odskoczyli i w końcu przekroczyli granicę Generalnego Gubernatorstwa.

Komendant Główny AK gen. Stefan Rowecki „Grot” przyznał mjr „Ponuremu” i chor. Janowi Rogowskiemu „Czarce” Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari za „śmiały czyn bojowy lub osobiste męstwo”, a ppor. Michałowi Fijałce „Kawie” i por. Wacławowi Kopisto „Krze” Krzyże Walecznych.

Kedyw

Wiosną 1943 r. 20 oficerów i żołnierzy „Wachlarza”, na czele z Janem Piwnikiem, zostało oddelegowanych do Zgrupowań Partyzanckich AK w Górach Świętokrzyskich. „Ponury” został szefem Kierownictwa Dywersji (Kedywu) Okręgu Radomsko-Kieleckiego Armii Krajowej. Scalił kilka oddziałów partyzanckich, tworząc z nich trzy zgrupowania: „Nurta”, „Robota” i „Mariańskiego”, w łącznej sile ok. 400 żołnierzy.

Jego żołnierze dokonali szeregu akcji dywersyjnych, w tym na niemieckie pociągi (jeden z nich był odwetem za bestialski mord na mieszkańcach wsi Michniów 12-13 lipca), likwidowali konfidentów i szpicli, ubezpieczali zrzuty broni, ludzi i zaopatrzenia z Anglii. W czerwcu 1943 r., na polecenie „Ponurego”, w fabryce maszyn rolniczych w Suchedniowie zorganizowano produkcję pistoletów maszynowych, wzorowanych na angielskich stenach. W październiku 1943 r., w wyniku zdrady, zakład wpadł. We wrześniu 1943 r. zgrupowania „Ponurego”, w dowód uznania, dostały od mieszkańców Kielecczyzny bojowy sztandar. W styczniu 1944 r. Komenda Główna AK przeniosła Jana Piwnika na Nowogródczyznę…

Szkalowany przez komunę

W gruncie rzeczy „Ponury” miał „szczęście” – poległ na polu walki, od niemieckiej kuli, a nie w wyniku komunistycznych tortur. Trzy tygodnie później na Nowogródczyznę weszła Armia Czerwona.

Mimo, iż Jan Piwnik zginął w walce z Niemcami, w PRL-u był znienawidzony przez komunistów. Jeszcze w latach 60. „Ponurego” szkalowali PZPR-owcy i ich sługusi. W tej „ludowej” Polsce obowiązkową lekturą szkolną z języka polskiego była książka Janiny Broniewskiej „Z notatnika korespondenta wojennego”, z której dzieci dowiadywały się, że Piwnik był zdrajcą, współpracował z gestapo i mordował PPR-owców. Pod wpływem krytyki, z późniejszych wydań swojego „dzieła”, wycofała wyssane z palca zarzuty.

Sowiecka Białoruś za, „nasi” przeciw

Na powtórny pogrzeb Jana Piwnika w czerwcu 1988 r. przybyły – tak jak w czerwcu 1944 r. – tłumy Polaków. Jego legenda w Górach Świętokrzyskich przetrwała. „Ponury” został pochowany w kościele w Wąchocku. Na trasie przemarszu nie mogło zabraknąć rodzinnych Janowic: „Dom Piwników – parterowy, drewniany, rozłożysty, chłopski, taki, jakich było tu wiele. Dziś, większość to ceglane pudełka bez wyrazu – jak wszędzie, ale ten zachował swoją tożsamość. Nazwano ten dom Kwaterą »Ponurego«. Przed domem – kamień ze srebrną tablicą pamiątkową z wyrytym napisem, że tu się urodził i przez dwadzieścia lat mieszkał”.

Powtórny pogrzeb Jana Piwnika nie byłby możliwy bez trwających 20 lat starań rodziny o sprowadzenie jego prochów z Nowogródczyzny. W 1969 r. zgody na to nie wyraziło Prezydium Wojewódzkiego Zarządu ZBoWiD w Kielcach, a sowiecki Czerwony Krzyż stwierdził, że nie można wyodrębnić zwłok „Ponurego”, gdyż we wsi Wawiórka (obłast taka a taka), znajduje się zbiorowy kurhan poległych w czasie wojny partyzantów. Potem okazało się, że to nieprawda, gdyż polscy żołnierze zostali pochowani (każdy z osobna) na cmentarzu przy kościele, a jego towarzysze broni pamiętali dokładnie, który to grób.

Mimo to batalia o sprowadzenie szczątków Piwnika do Polski trwała jeszcze wiele lat. Co ciekawe – władze sowieckiej Białorusi zgodziły się na ekshumację, ale nadal przeciw byli urzędnicy z Kielc. Wiceprzewodniczący Prezydium kieleckiego WRN, obywatel Dziekan powiedział rodzeństwu „Ponurego”, że będą mogli dwa razy w roku pojechać na grób brata, na którym zostanie wybudowany pomnik z odpowiednim napisem, pod warunkiem, że zrezygnują z zamiaru sprowadzenia zwłok.

Z kolei PRL-owski Urząd ds. Kombatantów pod kierownictwem towarzysza gen. Mieczysława Grudnia odpowiedział, że „nie widzi możliwości przyjścia z pomocą w załatwieniu sprawy”. Piwnikowie odwołali się do ówczesnego I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, ale ten skierował ich do… Urzędu ds. Kombatantów. Sytuacja zmieniła się dopiero we wrześniu 1987 r. Polska Agencja Prasowa podała wówczas depeszę: „W wyniku starań rodziny i ZBoWiD [!!!] 18 bm. sprowadzone zostały do kraju prochy mjr. »Ponurego« – Jana Piwnika”.

Sędzia Piwnik

W 1944 r. (prawdopodobnie w maju) Jan Piwnik wydał odezwę do sowieckich partyzantów, przebywających w obwodzie Szczuczyn: „(…) W związku z tym, iż wasza działalność nie odpowiada interesom narodu polskiego i państwa polskiego, rozkazuję zaprzestać jej. Daję termin do 1 czerwca 1944 roku, do tego czasu rozkazuję:
– albo zlikwidować partyzanckie grupy agenturalne i przejść za Niemen na służbę band żydowsko-bolszewickich,
– albo przejść na stronę polskich oddziałów partyzanckich dla wspólnej walki przeciwko żydowsko-bolszewickim i niemieckim bandytom. Przechodzić mogą [wszystkie] osoby niezależnie od pochodzenia narodowościowego i wyznania.
W wypadku niewykonania mego rozkazu do wyznaczonego terminu, bandy zostaną zniszczone, a wzięci do niewoli postawieni przed sądem”.
Tymczasem bratanica mjr. Jana Piwnika – sędzia Barbara Piwnik w październiku 2001 r. została ministrem sprawiedliwości w rządzie tow. Leszka Millera…

 

Poetka była dla mojej mamy prawdziwą babcią Marysią. Rozmowa z prawnuczką Marii Konopnickiej

Przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie. Obydwie kochały literaturę, łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski, czy równouprawnienie kobiet. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. To są wierutne kłamstwa – mówi Joanna Modrzejewska, prawnuczka Marii Konopnickiej, w rozmowie z Teresą Kaczorowską.

Teresa Kaczorowska: Mimo iż Maria Konopnicka miała sześcioro dzieci, to jedynych wnuków doczekała tylko po najmłodszym synu Janie. Wnuki pochodziły jednak od dwóch żon Jana – czworo po Jadwidze Brzozowskiej: Anna (1894-1948), Janusz Stanisław (1895-1962), Zofia (1898-1971) i Maria (1902-1976) oraz dwie wnuczki po Jadwidze z Rajkowskich: Aniela (1912—1940) i Krystyna (1913-1988). Pani jest po pierwszej żonie Jana Konopnickiego, a dokładnie jedynaczką jego córki Zofii Konopnickiej. Czy  uważa Pani, że Konopnicka zasługuje dziś na pamięć? Rok 2022 Sejm ogłosił Rokiem Marii Konopnickiej, słusznie?

Joanna Modrzejewska: Z pewnością jako pisarka zasługuje, aby o niej pamiętać, wznawiać jej wydania, sięgać po jej utwory. I nie mówię tego jako prawnuczka, ale Polka. Twórczość Marii Konopnickiej jest wciąż aktualna, niesie treści patriotyczne, wolnościowe, ponadto niezwykłe wartości estetyczne i artystyczne. Jej liryka dla dzieci jest też wciąż nie do zastąpienia. Czekaliśmy na ogłoszenie jej Roku wiele  lat.

Czyli Konopnicka jest nadal potrzebna?

Z pewnością tak. Aby uczyć miłości do kraju i własnego narodu, co jest dziś konieczne. Moja prababcia była gorącą patriotką, pełniła służebną rolę wobec rodaków i poprzez swoją twórczość oraz działalność przyczyniła się w dużej mierze do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Często się dziś mówi i pisze o homoseksualizmie Marii Konopnickiej. Proszę się do tego odnieść…

To absolutna bzdura. W rodzinie nigdy i nikomu do głowy nie przyszło, że one są partnerkami homoseksualnymi. Owszem, przez ostatnie 20 lat życia Maria Dulębianka towarzyszyła mojej prababci w podróżach po Europie, ale była ona zaprzyjaźniona z naszą rodziną. Malarka, podobnie jak moja prababka, pragnęła poznawać europejską kulturę i sztukę, muzea, biblioteki i galerie. Obydwie kochały też literaturę i miały podobne poglądy w wielu innych sprawach. Łączyła je także pasja społecznikowska, były bojowniczkami o wyzwolenie Polski z niewoli, czy równouprawnienie kobiet. Ponadto Dulębianka była pomocna Marii w trudach podróży, opiekowała się poetką w ostatnich latach życia kiedy ona była chora. Nigdy nie słyszałam, że to były partnerki. To są wierutne kłamstwa, porządni badacze nie podają tego, bo nie ma na to żadnych dowodów.

Ale nikogo w rodzinie nie dziwiło, że razem podróżują, zamieszkują?

Nie. W tamtych czasach kobiecie nie wypadało samej podróżować po świecie, we dwie było im raźniej i bezpieczniej. Zwłaszcza, że doskonale się rozumiały. A podróżowały w trudnych warunkach, na twardych siedzeniach w pociągach, bo mojej prababci nie było stać na bilet koleją luksusowej pierwszej klasy, tylko trzeciej. Pisywała w listach do swoich dzieci, że wsiadła do wagonu bez przedziałów wprost z peronu, że jedzie razem z przekupkami handlującymi serami, jajami, czy żywym drobiem, że panuje potworny tłok i okropny zaduch. Te podróże były do tego stopnia dla niej męczące, że nie życzyła ich „nawet Moskalom!

Pomija się też często niektóre wątki z biografii Marii Konopnickiej, jak choćby ten związany z ziemią ciechanowską.  Może nie był ważny jej w życiu?

Sądzę, że jednak bardzo istotny. W Ciechanowie osiedlił się bowiem najmłodszy jej syn Jan Konopnicki, mój dziadek – z żoną i jedynymi wnukami poetki. Potem w podciechanowskim Przedwojewie nabył, przy pomocy matki, posiadłość z dworem. Cała rodzina tam przyjeżdżała, także moja prababcia poetka. W Przedwojewie powstało siedlisko, miejsce spotkań rodzinnych podczas świąt, czy uroczystości familijnych. Takie gniazdo rodzinne istniało u Jana najpierw w Arkadii, a potem w Przedwojewie. Jarosław Konopnicki, mąż poetki i mój pradziadek, też dożywał swoich lat u Jana. Zmarł w 1905 roku w Ciechanowie, jego ciało przewieziono w trumnie koleją do Warszawy, gdzie spoczął na Powązkach.

Jaka poetka była prywatnie? Czy Pani mama, córka Jana Konopnickiego i Jadwigi z Brzozowskich, opowiadała o swojej babci?

Babcię Marysię wspominała zawsze ciepło i serdecznie, jako prawdziwą babcię. Moja mama urodziła się w 1898 roku w Kapitule nad Bzurą, gdzie jej ojciec a mój dziadek, Jan Konopnicki dzierżawił młyn. Od piątego roku życia wychowywała się jednak i mieszkała w Ciechanowie, potem w podciechanowskim Przedwojewie. Miała tam okazję bliżej babcię poznać. Konopnicka odwiedzając Jana zabierała wnuki, w tym moją mamę na spacery – nad rzekę, do lasu. Jako kilkuletnia dziewczynka mama zapamiętała dłonie babci – drobne i delikatne. Ale jak prowadziła ją za rączkę, to mama czuła siłę tych dłoni i niczego się nie bała, babcia dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Mama zachwycona też była włosami babci Marysi, które się falowały i miały wyjątkowy rudozłoty kolor. Nawet zazdrościła, że sama ma włosy jak druty, a babcia piękne loki. Zapamiętała też, że recytowała jej wiersze. Jednego mama nauczyła i mnie – poetka ułożyła go podczas ich spaceru. Nie został on nigdzie opublikowany, zachował się tylko w naszej rodzinie i do dziś go pamiętam. Brzmi tak: „Mówi niania, że w dąbrowie/ chodzą za dnia aniołowie/ i gdzie stąpną nóżką bosą/ tam zakwita kwiat pod rosą./ Bo gdy tak się w słońcu bawi/ ślad anielski drży na trawie”.

Mama Pani, Zofia z Konopnickich, wpajała więc swojej jedynaczce miłość do utworów Konopnickiej…

Oczywiście. Kiedy byłam mała czytała mi wiersze prababci, później już sama sięgałam po jej twórczość. Jestem na niej wychowana, tak jak całe pokolenia Polaków. Niektóre utwory do dziś wręcz uwielbiam, jak na przykład „Stefek Burczymucha”, „Pimpuś sadełko”, „Na jagody”, czy o „O Janku wędrowniczku”. Jej poezja jest czysta, prosta, śpiewna, wiele utworów Konopnickiej można śpiewać. Poza utworami dla dzieci lubię utwór „Imagina”, która do dziś robi na mnie wielkie wrażenie, a także piękne liryki z Włoch.

A była Pani w Ciechanowie i Przedwojewie?

JM: – Nie byłam, znam je tylko z opowiadań swojej mamy. Chciałam kiedyś pojechać do Przedwojewa, ale odradzono mi, bo podobno dwór znajduje się w stanie opłakanym. Ale może teraz został wyremontowany?

Niestety, jest jeszcze w gorszym stanie. W Ciechanowie też coraz mniej materialnych śladów po Marii Konopnickiej. Nie ma już Domu Ludowego, na otwarcie którego poetka napisała w 1907 r. wiersz „Na otwarcie Domu Ludowego w Ciechanowie”. Nie istnieje młyn, który Jan Konopnicki dzierżawił w latach 1903-1914, ani dom przy młynie, gdzie mieszkał. Ostatnim obiektem dawnych zabudowań młyńskich, które Jan dzierżawił, jest niewielki budyneczek wciśnięty w Farską Górę byłego biura młyna, ale też przeznaczony jest do rozbiórki. A bywała Pani w ocalałym dworku poetki w Żarnowcu za życia córek Marii Konopnickiej?

Często, od dziecka. Znałam Zofię, ulubioną córkę poetki, po drugim mężu Mickiewiczową, którą poetka traktowała nie jak córkę, a przyjaciółkę. Zofia dożyła długich lat w Żarnowcu. Spędzaliśmy tam liczne wakacje całą gromadką dzieci, m.in. z prawnukiem poetki Jankiem Bieleckim, który związany był blisko z Ciechanowem. Nazywaliśmy Zofię „babcią Mickiewiczową”. Mimo iż dwa razy wychodziła za mąż, za Królikowskiego i Mickiewicza, nie doczekała swoich dzieci ani wnuków, więc chętnie przyjmowała wnuki swego brata Jana. Babcia Zofia Mickiewiczowa była jednak dość ostra dla naszej urwisowskiej piątki. Całe szczęście, że miała pomoc domową, nieocenioną panią Władzię, która przygotowywała nam posiłki, codziennie gotowała, mając na głowie cały dom i ogród, a nawet krowę.

W rodzinie mówiło się o mężczyznach Marii?

Wspominano głównie o jednym – o Maksymilianie Gumplowiczu, który oszalał z miłości do niej i jeździł za Marią po całej  Europie. Kiedy odrzuciła jego zaloty i ofertę matrymonialną strzelił do siebie z pistoletu, pod jej drzwiami w Wiedniu w 1897 r. i wkrótce zmarł w Grazu. To była tragedia, bo stała przed nim otworem kariera naukowa, a zakochał się w „starej babie”, jak mówiono. Rozmawiano też czasem o mężu Jarosławie Konopnickim, że Maria była z nim najpierw bardzo szczęśliwa. Potem jednak zaczął męczyć ją styl życia męża, ciągłe polowania, intensywne życie szlacheckie, ponadto ciągłe prawowanie się w sądach. Jarosław nie umiał zupełnie zadbać o swój majątek, o własną rodzinę, ani o wykształcenie swoich dzieci.

Zgadza się Pani z określeniem, że Maria Konopnicka to poetka anachroniczna, jak wielu dziś ją określa?

Jestem zdziwiona tym określeniem. Ubolewam również, że jej utwory wycofywane są z lektur szkolnych, nawet „Baśń o krasnoludkach i o sierotce Marysi”. Naturalnie poezja mojej prababci różni się od współczesnej, ale tej z kolei ja nie rozumiem.


Joanna Modrzejewska, rocznik 1935, prawnuczka Marii Konopnickiej, mieszkanka Łodzi.

 

 

PIOTR VORONIN: Rosja nie zrozumie przyjaźni ukraińsko-polskiej

Rosyjski poziom postrzegania świata utknął w XIX wieku. W czasach, gdy praktycznie nie było prawa międzynarodowego i nowoczesnych technologii, a więc prawo siły było kluczowe, a potencjał do życia determinowały wielkość terytoriów.

Obecnie wszystkie kanały telewizyjne i inne media w Rosji są wypełnione fałszywymi informacjami na temat stosunków między Polską a Ukrainą. Nie ma siły, która mogłaby powstrzymać Moskwę przed próbami zaszkodzenia polsko-ukraińskiej przyjaźni. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa powiedziała, że ​​prezydent Wołodymyr Zełenski chciał nadać specjalny status obywatelom polskim, legalizując tym samym zdobycie Ukrainy przez Polaków. „Nie separatyści, ale sam prezydent przenosi prawa na obywateli innego państwa na terytorium swojego państwa, nie wprowadzając ich do obywatelstwa Ukrainy” – oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MSZ fałszywie ubolewał, że Zełenski ogłosił specjalne status prawny obywateli polskich. Wcześniej Zełenski mówił też, że przekroczenie granicy z Polską będzie uproszczone – osiągnięto porozumienie z Warszawą. Prezydent podkreślił, że obecna sytuacja „mimowolnie zmusiła Ukrainę i Polskę do zapomnienia o sporach o wspólną przeszłość”.

Z drugiej strony prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka na spotkaniu z prezydentem Rosji Władimirem Putinem w Soczi powtórzył, że Polska „chce odebrać, jak przed 1939 r., zachodnią Ukrainę”. Słowa Łukaszenki przytoczyła jego oficjalna strona internetowa. „Na Ukrainie jest kilka interesujących rzeczy nieoczekiwanych. Wiesz o tym doskonale. My i wy powinniśmy być zaniepokojeni, że oni (politycy) już podejmują kroki w celu rozczłonkowania Ukrainy. Martwimy się, że są gotowi – Polacy, NATO – wyjść, >pomóc< w ten sposób, aby zabrać, jak przed 1939 r., zachodnią Ukrainę. Troszczymy się nie tylko o dzisiejsze bezpieczeństwo. Taka jest ich strategia również dla zachodniej Białorusi.” Zapewnił też Putina, że ​​„Ukraińcy będą musieli prosić nas, abyśmy nie dopuścili do oddzielenia się tej zachodniej części i innych części od Ukrainy”.

Znany rosyjski politolog i doradca Putina Władimir Miedinski publicznie oświadczył, że „Polska przy pierwszej nadarzającej się okazji zajmie zachodnie ziemie Ukrainy”.

Te same słowa powtórzył sekretarz rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Mykoła Patruszew, rosyjski urzędnik walczący o terytorium Ukrainy: „Partnerzy Kijowa chętnie wykorzystują sytuację, bo mają też >specjalne plany dla ziem ukraińskich<. Najwyraźniej Polska już się rusza, by zdobywać terytoria na zachodniej Ukrainie” – powiedział w Kazaniu.

Rosyjscy „socjologowie” postanowili nadążyć za swoimi „politykami” i przeprowadzili sondaż, który rzekomo wykazał, że „Polacy byli najbardziej rusofobicznym narodem”. „Badanie” z nieznaną metodologią i doborem próby wykazało, że wśród 52 krajów Azji, Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej i Europy, Polska ma najbardziej antyrosyjskich mieszkańców, negatywny stosunek do tego kraju ma rzekomo aż 87 proc. respondentów, podczas gdy nawet na Ukrainie odsetek ten wyniósł 80 proc.

Co to wszystko oznacza?

Nie trzeba przytaczać specjalnych dowodów na to, że rosyjski poziom postrzegania świata utknął w XIX wieku. W czasach, gdy praktycznie nie było prawa międzynarodowego i nowoczesnych technologii, a więc prawo siły było kluczowe, a potencjał do życia determinowany był wielkością terytoriów, często okupowanych i eksploatowanych, będących własnością państw. Od tego czasu świat przeszedł drastyczne zmiany w zakresie gospodarki, jakości życia, a co za tym idzie również polityki. Jednak, jak przyznała była kanclerz Niemiec Angela Merkel, Władimir Putin wciąż pozostaje w swoim świecie, oderwanym od rzeczywistości…

Dlatego Rosja ze zdumieniem odkryła współczesną prawdę, że kraje mogą nie tylko być wrogami i prowadzić zimne i gorące wojny, ale także owocnie współpracować. Dla Rosjan, którzy są wrogo nastawieni do całego świata, uważając się za odrębną cywilizację, będzie pewnie dziwne uświadomienie sobie, że dziś zdecydowana większość światowych trendów w stosunkach to nie wrogość czy wręcz rywalizacja, ale współpraca. Ponieważ wojny są destrukcyjne i tylko współpraca, połączenie wysiłków, mogą zwiększyć ludzkie osiągnięcia i potęgę społeczną.

Rosyjscy politycy byli zaskoczeni sukcesem Platformy Krymskiej, która zjednoczyła aż 50 krajów. Będą źli na Radę Europy, ONZ, OBWE, trybunały międzynarodowe, na wszystkich, którzy sprzeciwiają się ich wojnie na Ukrainie.

Oczywiście zacieśnienie polsko-ukraińskiej przyjaźni spotkało się z dziką złośliwością. Wydawałoby się – co jest z nimi nie tak? Ale czy naród, który swoje stosunki z Polską budował od XVII wieku niemal wyłącznie na wojnach, który brutalnie stłumił powstanie listopadowe 1831 roku , który wraz z hitlerowskimi Niemcami w 1939 roku rozpoczął II wojnę światową zdradzieckim atakiem na Polskę, twierdząc, jak teraz o Ukrainie, że państwa polskiego po prostu nie ma, który kiedyś rozstrzelał w Katyniu bez powodu tysiące polskich oficerów, którzy w 1945 r. po prostu zastąpił niemiecką okupację Polski okupacją sowiecką, może liczyć na poparcie Polaków?

Rządy Ukrainy i Polski przeprowadziły wspólne konsultacje. „To pierwszy raz, kiedy nasze rządy pracowały w tym formacie. Jest to historyczny moment i jestem pewien, że będzie produktywny. Doceniamy wszelkie bezprecedensowe wsparcie Polski dla Ukrainy i Ukraińców. Stosunki między naszymi krajami przeszły z ciepłych i sąsiedzkich na nowy etap – mocny i historyczny – powiedział prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. W dowód wdzięczności Zełenski przyznał wyróżnienia państwowe premierowi Mateuszowi Morawieckiemu i wicepremierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu za pomoc dla Ukrainy. Według premiera Ukrainy Denisa Szmygala Polska potwierdziła swoje poparcie dla przystąpienia Ukrainy do UE i NATO, strony zgodziły się także na zacieśnienie współpracy obronnej, rozwój unii polsko-ukraińsko-brytyjskiej, działania na rzecz zaostrzenia sankcji wobec Rosji, podkreślono też gotowość Polski do udziału w powojennej odbudowie Ukrainy. Zacieśnimy też współpracę transgraniczną – zapewnił Szmygal. Po konsultacjach w Kijowie rządy Ukrainy i Polski podpisały osiem porozumień o współpracy w różnych dziedzinach – energetyce, kompleksie wojskowo-obronnym, współpracy transgranicznej i celnej, polityce środowiskowej, odbudowie Ukrainy, a także współpracy w zakresie pamięci narodowej.

Ukraina i Polska podpisały memorandum w sprawie powołania wspólnej polsko-ukraińskiej komisji do nawiązania współpracy między przedsiębiorstwami naszych krajów. Według Denisa Szmygala komisja ta przygotuje rekomendacje dotyczące formatu ukraińsko-polskiego joint venture do produkcji broni i sprzętu wojskowego.

Strony przyjęły wspólne oświadczenie, dostrzegające znaczenie zbadania zbrodni popełnionych przez Rosję na państwie ukraińskim i ludności cywilnej, za które państwo-agresor powinno zostać pociągnięte do odpowiedzialności; zwrócono uwagę na znaczenie kontynuowania wspólnych wysiłków z partnerami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, państwami członkowskimi UE i NATO, aby przeciwdziałać bezpośrednim zagrożeniom dla bezpieczeństwa w regionie; wezwano społeczność międzynarodową do zaostrzenia sankcji wobec Federacji Rosyjskiej, w tym do nałożenia embarga na dostawy energii z Rosji oraz dalszych ograniczeń w transporcie drogowym i morskim. Podkreślono znaczenie zwiększenia pomocy wojskowej, finansowej i humanitarnej dla Ukrainy; Polska będzie pomagać w rozbudowie przepustowości portów, infrastruktury kolejowej i drogowej w celu dostarczenia Ukrainie niezbędnej pomocy, w tym paliw i smarów.

Mateusz Morawiecki wraz z ministrem rozwoju gmin i terytoriów Ukrainy Oleksijem Czernyszowem otworzyli pierwsze modułowe miasto dla osób uchodźców wewnętrznych we wsi Borodzianka w obwodzie kijowskim. Według Morawieckiego, obecnie przygotowywanych jest kilka porozumień między resortami polskim i ukraińskim. Są to umowy dotyczące eksportu ukraińskiego zboża. „Skupiamy się na jak najszybszym przywróceniu pokoju, bezpieczeństwa i normalnego życia gospodarczego w Europie” – powiedział Mateusz Morawiecki.

A to jest bardzo ważne nie tylko dla Ukrainy, ale dla całego świata. W końcu Rosja zachowuje się jak złodziej na okupowanych ziemiach ukraińskich. Według Ministerstwa Polityki Agrarnej i Żywności Ukrainy, są doniesienia o eksporcie zboża przez najeźdźców z czasowo okupowanych terytoriów chersońskiego, zaporoskiego, ługańskiego, donieckiego, charkowskiego. Skradzione zboże jest wywożone albo do Rosji, głównie z obwodu charkowskiego, donieckiego, ługańskiego, albo przez czasowo okupowany Krym – z Zaporoża i Chersonia. Rosja kradnie i eksportuje ukraińskie zboże z chersońskich elewatorów, warzywa i owoce z chersońskich pól i sadów, znane na całym świecie wiśnie z Melitopola na Krymie i sprzedaje je po cenach dumpingowych na okupowanym Krymie lub dostarcza na rynek międzynarodowy.

Rosyjska propaganda różni się od prawdziwych mediów tym, że masowo rozpowszechnia swoje kłamstwa. Tym samym, według źródeł ukraińskich, w maju przez Polskę, Bułgarię, Stany Zjednoczone i inne kraje „przeszły” fake newsy i manipulacje rosyjskiej propagandy. Wśród rozpowszechnianych przez Rosję „bomb informacyjnych” jest przesłanie, że polski premier rzekomo wzywał do zniszczenia „rosyjskiego świata”. W ten sposób rosyjscy kłamcy komentowali fakt, że Mateusz Morawiecki w felietonie w brytyjskiej gazecie „The Telegraph” słusznie wyraził opinię, że „rosyjski świat jest śmiertelnym zagrożeniem dla Europy” i nazwał go guzem nowotworowym. Morawiecki wyraził opinię, że nie wystarczy wspierać Ukrainę w walce z „rosyjskim światem”, napisał, że konieczne jest „całkowite wykorzenienie tej strasznej nowej ideologii”.

Ponadto Polska stanowczo zdementowała doniesienia o rzekomych planach przejęcia kontroli nad zachodnią Ukrainą. oddalił doniesienia o planach przejęcia przez Warszawa kontroli nad zachodnią Ukrainą. Według Stanisław Żaryn, rzecznika ministra koordynatora służb specjalnych, celem rozpowszechniania tych informacji jest osłabienie współpracy między Polską a Ukrainą.

Wakacje w cieniu bomb – WOŁODYMYR SYDORENKO o tym jak Rosja zniszczyła turystykę na Krymie

Już teraz można stwierdzić, że rosyjska agresja na Ukrainę praktycznie zniszczyła kurort na Krymie, a świat stracił jeden z najciekawszych regionów turystycznych.

Krymski kurort był jednym z najlepszych na świecie. Czyste i ciepłe Morze Azowskie zapewniło wczasowiczom przyjemny wypoczynek. Ponad tysiąc zabytków kultury, z których część, jak np. Liwadia, miejsce spotkania głów państw koalicji antyhitlerowskiej w Jałcie w 1945 roku, czy starożytne miasto Chersonese-Tavria w Sewastopolu, czy muzeum- galeria artysty morskiego Hovhannesa Aivazovsky’ego w Teodozji i innych – o światowym znaczeniu, przyciągały miłośników starożytności i turystów. W czasach ZSRR, kiedy krymskie uzdrowisko miało obsługę daleką od światowych standardów i wypoczywali tu głównie obywatele radzieccy, Krym odwiedzało rocznie nawet 8 mln turystów i wczasowiczów.

Po odzyskaniu niepodległości Ukraina przystąpiła do odbudowy przemysłu uzdrowiskowego na Krymie. Powstawały nowe hotele, znacznie podniósł się poziom obsługi sanatoriów i pensjonatów. Ukraińskim kurortem zainteresowali się mieszkańcy Europy, Azji, Afryki i Ameryki. Liczba turystów stopniowo rosła i osiągnęła 9 mln rocznie. Jedną czwartą z nich stanowili turyści zagraniczni. Krymskie kurorty i muzea chętnie odwiedzali Polacy, Niemcy, Finowie, Brytyjczycy, Hiszpanie, Francuzi, Włosi. Ukraińskie Ministerstwo Turystyki rozwinęło turystykę rejsową. Latem 2010-2013 do Jałty przypłynęło ponad 30 dużych statków wycieczkowych. Planowano wybudowanie co najmniej 5 portów dla jachtów wycieczkowych. Krym został włączony do światowych programów turystycznych.

Ten postępujący rozwój kurortu został przerwany przez aneksję Krymu przez Rosję. Już w 2014 roku odwiedziło go zaledwie milion turystów. Rosyjscy okupanci zaczęli rozwijać przede wszystkim Flotę Czarnomorską i lotnictwo wojskowe. Starali się też co prawda promować kurort, jednak mało kto lubił opalać się przy ryku wojskowych samolotów i kąpać się w morzu z widokiem na okręty bojowe.

Okupacyjne władze uciekły się do manipulacji danymi. Na przykład w okresie 2016-2020 oficjalne statystyki podawały roczną liczbę turystów na 5 – 6 mln, podczas gdy niezależni eksperci twierdzili, że w rzeczywistości Krym odwiedziło nie więcej niż 3-4 mln. Statki wycieczkowe przestały przypływać na Morze Czarne. Krym, jak i morza Czarne oraz Azowskie, stały się nie miejscami wypoczynku, ale arenami zbrojnej konfrontacji, groźnej dla ludzkiego życia.

Dziś, po rozpoczęciu zakrojonej na szeroką skalę wojny Rosji z Ukrainą, okupacyjne władze Krymu udają, że wojna nie wpłynie na stan uzdrowiska na półwyspie, uciekają się do fałszerstw i twierdzą, że spodziewają się co najmniej 9 mln turystów. Jednak lato jest w pełnym rozkwicie, a dziś nawet biura podróży z Moskwy, Sankt Petersburga, Nowogrodu, Kurska, Rostowa i innych rosyjskich miast, które w styczniu-lutym 2022 r. zarezerwowały wycieczki na Krymie na miesiące letnie, już w większości przypadków anulowały swoje zamówienia. Nawet Rosjanie nie chcą wypoczywać przy odgłosach wybuchających bomb i w ogniu karabinów maszynowych.

Podczas gdy władze okupacyjne na Krymie na próżno czekają na wczasowiczów, kolumny czołgów i pojazdów opancerzonych maszerują na Ukrainę przez most Kercz, samoloty i pociski bombardują ukraińskie miasta, szpitale i sanatoria na półwyspie, które niegdyś gościły turystów teraz przyjmują rannych żołnierzy, lekarze z uzdrowisk zostali zmobilizowani. Czy w takich warunkach możemy mówić o kurorcie i turystyce?

Światowe sankcje przeciwko Rosji zmusiły większość firm usługowych i sieci do zamknięcia swojej działalności, Krym nie ma nikogo, kto mógłby obsługiwać turystów. Miejscowe sklepy, targowiska, sieci handlowe są zaopatrywane bardzo oszczędnie, w dawnym kurorcie brakuje artykułów pierwszej potrzeby.

Już teraz można stwierdzić, że rosyjska agresja na Ukrainie praktycznie zniszczyła kurort na Krymie, a świat stracił jeden z najciekawszych regionów turystycznych. Według ekspertów, problemy Krymu w sezonie turystycznym 2022 r. wiążą się także z zamknięciem przez Rosję nieba nad półwyspem dla lotnictwa cywilnego. Aż jedna czwarta turystów korzystała z transportu lotniczego. Transport kolejowy jest niewygodny. Pociąg z Krymu do Moskwy jedzie półtora dnia. Kto będzie z niego korzystał w XXI wieku?

Miejscowe władze szacują, że w ubiegłym roku między 1 czerwca a 30 września kolej przewiozła ok. 660 tys. osób, w tym roku planowane jest zwiększenie tej liczby do 2,3 mln osób. Pozostaje pytanie: jak to zrobić, po pierwsze linie kolejowe i tak są już przeciążone, a po drugie faktycznie prowadzą przez linię frontu. 30-50 proc. pociągów na Krym jedzie pustych. Zdecydowana większość wczasowiczów udaje się do Rostowa i Krasnodaru. Niezależni eksperci uważają, że sezon 2022 będzie jeszcze gorszy niż 2014, kiedy napływ turystów spadł do niespotykanego wcześniej poziomu. Jeśli chodzi o turystów z innych krajów niż Rosja, to nikt na Krymie nawet na nich nie liczy.

Pesymistyczne nastroje na lato potwierdzają rosyjscy socjologowie. Tak więc, według Ogólnorosyjskiego Centrum Badania Opinii Publicznej, tylko 37 proc.  Rosjan zamierzało tego lata wyjechać na wakacje. 52 proc. badanych planuje spędzić urlop w domu, a 39 proc. na wsi lub w ogrodzie.

Jednocześnie poziom życia na Krymie, gwałtownie się pogarsza. Spowodowana wojną Putina inflacja sprawiła, że tylko w maju 2022 r. ceny wzrosły o 30 – 60 proc., a w skali roku 2,5- 3 razy.

Wszystko to po prostu przekreśliło Krym jako światowy kurort. Po wojnie i wyzwoleniu półwyspu zarówno Ukraina, jak i organizacje międzynarodowe będą musiały włożyć wiele wysiłku i środków, aby przywrócić krymskie uzdrowisko do europejskiego poziomu.

O naszych kompleksach pisze WALTER ALTERMANN: Obcych serdecznie zapraszamy

Młody muzyk, jeszcze uczeń szkoły średniej, opowiada w telewizji jaka była jego droga do muzyki. I w pewnej chwili mówi: „I właśnie w tym momencie zapasjonowałem”. Ciekawe urobienie czasownika od rzeczownika. Chłopak stworzył z dwóch słów jedno. Mamy zainteresowanie i pasję. Połączył i nawet logicznie mu wyszło. Tyle tylko, że zupełnie niezgodnie z duchem języka polskiego.

A może młody muzyk użył przedrostka – za, bo ma on w języku polskim siłę wzmacniającą przekaz i oznacza coś ostatecznego. Mówimy przecież zakończony, zastrzelony, zamulony, zapracowany. Kiedyś malował mi mieszkanie człowiek, który z westchnieniem zazdrości stwierdził: „A szwagier wrócił z Niemiec, bardzo mocno zarobiony”. Co miało znaczyć, że szwagier dużo zarobił.

Owszem mamy rzeczowniki odczasownikowe, jak np. dźwig od dźwigania; koparka od kopania, spychacz od spychania. Ale mamy też czasowniki odrzeczownikowe, czyli tzw. gerundia – od łac. gerundivum. Są one tworzone przez odcięcie od czasownika (wyrazu podstawowego) końcówki fleksyjnej i dołączenie do tematu formantu -anie, -enie lub-cie, np.: biegać – bieganie; odpoczywać – odpoczywanie; marzyć – marzenie; podzielić – podzielenie; wprowadzić – wprowadzenie, szyć – szycie, pić – picie. Ale nie mamy na szczęście – jeszcze – komputerowania, pralkowania, samochodowania.

Miejmy nadzieję, że „za-pasjonowanie” się nie przyjmie. Choć naród u nas twórczy lub po nowoczesnemu: „kreatywny”.

Transferobus

Pewien mój znajomy wybiera się właśnie, w dużej gorączce podróżnej – niem. Reisefieber – za granicę. Opowiadając mi o przygotowaniach, stwierdza, że jest dobrze, bo „z hotelu ma transfer busowy na lotnisko”. Tak miał napisane w ofercie biura podróży. Biuro być może pisze tak, żeby być zrozumiałym dla obcokrajowców. Ale znajomy jest Polakiem. Niestety „transfer” jest jednym z angielskich słów, które wypierają nasze, lub obce, ale przyswojone dawniej.

Według słownika PWN „transfer” oznacza dzisiaj: 1. transakcję gospodarczą polegającą na przekazaniu pieniędzy, usługi, technologii itp. przez jedną instytucję drugiej, bez ekwiwalentu; 2. wpływ, jaki wywiera wcześniej nabyta umiejętność na przyswojenie sobie innej umiejętności; 3. przejście zawodnika z jednego klubu do innego w zamian za wynegocjowaną kwotę. 4. przeniesienie lub przesłanie czegoś z miejsca na miejsce.

Z tego wynika, że mój znajomy jest tylko „czymś”, co można przesłać z miejsca na miejsce. Naprawdę przykre jest takie uprzedmiotowienie człowieka i Polaka.

 

Chodziło o to, że hotel zapewnia busy, którymi można na lotnisko dojechać. Ale tak jest więcej pisania i prestiż mniejszy dla hotelu. Inny problem, to zadomowienie się słowa „bus”. Owszem dawniej były znane autokary, autobusy – słowa też pochodzące z angielskiego. Teraz mówimy „bus” na mały autobus. Całkiem to logiczne, bo autobus był duży, a bus jest mniejszy. Ja bym pisał i mówił „mały autobus”. Ale tu chodzi o pośpiech w transferowaniu na lotnisko, więc krótszy dojedzie szybciej.

Agenda

Mówi w telewizji pewien urzędnik: „Nie mieliśmy tego tematu w dzisiejszej agendzie”. Zastanawiam się, dlaczego nie powiedział, że: „W planie narady, spotkania…”; albo „Dzisiaj nie planowaliśmy zajmować się tym tematem”? Bo „agenda” brzmi poważniej – zdaniem urzędnika. A plan… może być nawet lekcyjny.

Strasznie nam się srożą i poważnieją urzędnicze słowa, że bez kija nie podchodź. Trwa urzędnicza walka o powagę ich urzędów. Przypomina mi to zjawisko jedynie carską Rosję, w której urzędnik był figurą, niezależnie od rangi. Choćby jak ten gogolowski ostrzyciel ołówków, to jednak urzędnik! Niby w demokracji urząd jest dla człowieka, jak głoszą demokraci, ale mnie się coś zdaje, że ludźmi – dla których naprawdę istnieją urzędy – to sami urzędnicy.

Dla wyjaśnienia, w dzisiejszym języku polski „agenda” ma kilka znaczeń: 1. fila urzędu lub instytucji; 2. terminarz; 3. ustalony plan jakiegoś spotkania; 4. chrześcijańska księga liturgiczna.

Zalecałbym, apeluję – choć wiem, że adresaci nie odbiorą mego apelu serio – żeby zejść z koturnów i zacząć mówić językiem zrozumiałym dla prostych ludzi. Skoro mamy już oswojony, też obcojęzyczny „plan”, to zostawmy w spokoju tę cholerną „agendę”.

Przestrzeń czasu, mentalna i artystyczna

Przestrzeń to jakiś obszar ziemi, nieba, miast, ulic. Mamy tez przestrzeń w budynkach. Tak było do tej pory. Ale myśmy to zmienili.

Zupełnie tak samo, jak molierowski Sqanarel, który będąc „Lekarzem mimo woli” opowiada Gerontowi, że serce mieści się po prawej stronie. Na to Geront, grzecznie zauważa, że chyba po lewej… Owszem, tak było – odparowuje Sqanarel – ale myśmy to zmienili, i nie musi pan dorównywać nam w postępie wiedzy….

Przestrzeń była niedawno jeszcze normalnym polem lub obszarem. Ale w tej sprawie zmieniło się i to wiele. Słyszałem już o przestrzeni mentalnej, politycznej, o przestrzeni porozumienia, konfliktu, zgody, negocjacji.

Pewien artysta twierdził nawet, że przestrzeń motywuje go do kreacji, rzecz w tym, że musi uprzednio odczuć, zrozumieć i oswoić tę przestrzeń. Mówił o normalnej, pustej wtedy, teatralnej scenie, ale „scena” brzmiałaby nienowocześnie, a przestrzeń kreacji jest nowoczesna. Poza tym – puste sceny i inne przestrzenie niezwykle podniecają wszystkich plastyków. Ale po podnieceniu, najczęściej – gdzieś tak w 75 procentach – widz otrzymuje marne dekoracje lub przeciętne obrazy, bo podniecenie, odczuwanie przestrzeni, nie wystarczają do stworzenia czegokolwiek.

Kiedyś w tym znaczeniu, co teraz „przestrzeń”, używano słowa „sfera” i wystarczało w zupełności. Ale idą zmiany, zmiany, zmiany… Podejrzewam, że w gruncie rzeczy chodzi o bardzo sprytny zabieg psychologiczny. Chodzi o to, żeby odbiorcę zaskoczyć, mówiąc coś tak irracjonalnego, nad czym odbiorca naszego komunikatu będzie się musiał zastanowić. Choćby przez ułamek sekundy. Wtedy myśl mu ucieka i nie ma już siły skupić się nad tym o co „nowoczesnemu Polakowi” chodzi.

Jest to metoda rozpraszania uwagi. Zupełnie jak z psem, prowadzonym przez nas na smyczy, który zaczyna się interesować innym psem, bo chce mu skoczyć do gardła. Ale lekko trącony kolanem, nasz pies – będąc zdziwionym – traci skupienie na tym innym psie. I tak nas bez przerwy trącają kolanem – właściwie nowojęzykiem – politycy, artyści, dziennikarze i urzędnicy. I dajemy im spokój, bo jesteśmy zmęczeni, i nie jesteśmy w stanie rozgryźć o co im chodzi.

Myślę, że Polacy są pełni kompleksów wobec Zachodu. Co prawda wszyscy deklarujemy, że jesteśmy dumnym narodem, ale tak w głębi ducha mamy potworne kompleks „gorszości”. I dlatego tak wchłaniamy obce pojęcia i słowa, żeby jak najbardziej do tego Zachodu się zbliżyć.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Czy Skra coś roznieci?

Dostrzeżono zrujnowane, chyba najwspanialsze miejsce w Warszawie na sportowy stadion, który zresztą już tu był i został zmarnowany. Zmarnowały to władze, bo zajmowały się łupieniem miasta i przejmowaniem kamienic wyrzucając ludzi na bruk.

Teraz „odkryto” wreszcie „Skrę”. O marnotrawstwie krzyczano głośno zbiorowo i indywidualnie – np. nasza miotaczka młotem, wielka mistrzyni, która nawet opuściła załamana Warszawę. Ględzenie o „Skrze” trwało lata i nic się nie działo. Urzędnicy wszelkiego szczebla łączą się osmotycznie lepiej nawet niż „proletariusze wszystkich krajów…”.

Pasożyty mnożą się przez pączkowanie. Zgodnie z prawem Parkinsona, czym jest ich więcej tym szybciej przybywa roboty. Informatyzacja, komputery miały zmniejszyć tłumy darmozjadów. A stało się wręcz przeciwnie. Doszli reperatorzy tychże komputerów, szkoleniowcy. Tak czy siak w praktyce, bo takie są ponoć wymogi formalne, to, co komputerowo musi być również na papierze. Wprawdzie lasów mamy dużo, drzewa jednak płaczą, ludzie sobaczą, a stosy papierzysk piętrzą się jak piramidy w Egipcie.

W pandemii wymyślono pracę zdalną. Matki zostały w domach, co poprawiło los dzieci. Teraz jednak wróciły do szklanych biur.

Gdy do wymordowanej stolicy napłynęła wiejska społeczność nie troszczono się o drzewa i wszędzie, gdzie tylko można było rozpoczęło się wylewanie betonu. Woda deszczowa spływała z trudem, ale tępiciele zieleni cieszyli się. Było miejsko. Potem jeszcze – ostatnio – prywatni producenci dość lipnej kostki brukowej załatwili kostkowanie chodników. Aktor Łukaszewicz w desperackim geście przywiązał się do zabytkowego drzewa, ale i tak je wycięto. Urząd ma zawsze rację. Siła i bezrozumność często wygrywają.

Obecnie prezydent Warszawy chce wykorzystać liberalny tron. I stąd zapewne odkrycie zniszczonej „Skry”. Oczywiście my wszyscy na czele z Panią Anitą Włodarczyk ucieszymy się, choć boję się, że mistrzyni będzie już sędziwą babcią, kiedy obiecanki zostaną zrealizowane. Ci co dożyją – zobaczą. Osobiście przysposabiam się już do przejścia na drugą stronę w czym wydatnie pomagają mi „przyjaciele”.

A niech tam! Jest jak jest. Mędrcy mówią, że w życiu jest zawsze gorzej i gorzej. Kolorowo to już było i od tego są wspomnienia.

Człowiek jest coraz słabszy, ale dzięki doświadczeniu widzi lepiej. Parady kłamców są podobne. Co kilka lat odradzają się rzesze obiecywaczy, a lud po prostu zawsze ma nadzieję.

W tradycji ludów wschodu szanuje się przynajmniej mądrych starców. U nas biedny lud wykorzystuje się np. w telewizyjnych sondach ulicznych. Reporter z sitkiem nagabuje ludzi na spacerze. Wypowiedzi tych, którzy narzekają wyrzuca się do kosza. Sprytniejsi więc chwalą bezkrytycznie i wtedy na moment pojawiają się w „Wiadomościach”.

A może lepiej, aby w TVP w końcu pojawił się film dokumentalny o Annie Walentynowicz. Jerzy Zalewski przygotowywał go przez 10 lat. Dobrze, że Tomasz Sakiewicz emitował film w „Republice”. Źle, że nie zrobił tego Jacek Kurski dla milionowej widowni Telewizji Polskiej.

Przez 57 lat robiłem co mogłem, biegałem, podróżowałem, jeździłem, latałem, pisałem i robiłem filmy dokumentalne. Nawet podwodne i jako korespondent wojenny. Było ciekawie. Ale teraz sobie myślę, a nawet żałuję, że nie zostałem marynarzem. Mógłbym przepłynąć na statkach handlowych przewożąc pożyteczne miliony ton towarów na pięknych polskich statkach, których już nie ma, bo w ostatnim ćwierćwieczu zniszczono handlową flotę. Do tego szkolnictwo morskie to teraz wprawdzie „akademie”, ale z klasami turystycznymi i krawieckimi.

Czy to się jeszcze da odbudować? Może przynajmniej „Skrę”. Może! „Morze nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec”. Daj Boże, że ze Szwecją i Finlandią. Oczywiście jeżeli turecki jaśnie Pan się zgodzi.

Zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda. Choćby w rękawiczkach.