WOŁODYMYR SYDORENKO: Represje wobec organizacji religijnych na Krymie stają się coraz brutalniejsze

Rosja nasila na Krymie represje wobec organizacji religijnych, które nie podzielają stanowiska Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego (RKP) i wyznają ideologię pacyfizmu lub pokojowego oporu wobec okupacji Ukrainy.

Kilka dni temu, jak donosi rosyjski Komitet Śledczy na Krymie, rosyjski sąd aresztował członkinię organizacji religijnej Świadków Jehowy. A organizacja pozarządowa „Solidarność Krymska” poinformowała, że ​​kontrolowany przez Rosjan Sąd Rejonowy w Symferopolu przedłużył aresztowanie działaczy krymskotatarskich: Wilena Temeryanowa, Envera Krosha, Seityia Abbozova, Murata Mustafayeva, Edema Bekirova i Rinata Alijewa o kolejne trzy miesiące, do 10 stycznia 2023 r. Są oni zaangażowani w sprawę organizacji religijnej Hizb ut-Tahrir.

Faktem jest, że obie te organizacje nie popierają rosyjskiej wojny z Ukrainą.

Według komisji śledczej „od kwietnia 2017 r. do września 2022 r. szef zakazanej w Rosji organizacji religijnej >Świadkowie Jehowy< brał bezpośredni udział w wydarzeniach na terenie okręgu Czerwonej Gwardii, będąc aktywnym zwolennikiem nurtu pacyfistycznego. Aresztowany działacz został oskarżony o przynależność do rzekomo ekstremistycznej organizacji, choć Świadkowie Jehowy są grupą wyznaniową całkowicie pacyfistyczną i nie podzielają ani ideologii, ani praktyki ekstremizmu. Jednak w Rosji członkostwo w Świadkach Jehowy jest przestępstwem ściganym z artykułu 282.2 Kodeksu Karnego.

„Obecnie śledczy przeprowadzili ponad 10 rewizji w miejscu zamieszkania oskarżonych i zwolenników tej organizacji, a także skonfiskowali dokumenty potwierdzające ich działalność oraz literaturę ekstremistyczną. Oskarżony został tymczasowo aresztowany” – poinformował rosyjski Komitet Śledczy.

To aresztowanie to dopiero nowy etap represji wobec Krymu. Wcześniej „Europejskie Stowarzyszenie Świadków Jehowy” poinformowało, że 28 września rosyjskie siły bezpieczeństwa przeprowadziły osiem rewizji członków organizacji religijnej „Świadkowie Jehowy” we wsiach Niżnyohirskie i Czerwonogwardijske, jeden z nich, Serhij Parfenowicz, został zatrzymany.

Według najnowszych informacji Świadków Jehowy rosyjscy stróże prawa na Krymie wszczęli 9 spraw karnych przeciwko 16 lokalnym działaczom Świadków Jehowy. Wyroki przeciwko pięciu z nich weszły już w życie. Zostali skazani na kary pozbawienia wolności od 4 do 6 lat.

W sierpniu 2022 r. „Europejskie Stowarzyszenie Świadków Jehowy” poinformowało, że w Sewastopolu rosyjskie siły bezpieczeństwa przeszukały domy aktywistów. Viktor Kudinov i Serhiy Zhigalov zostali zatrzymani, a przeciwko nim wszczęto postępowanie karne. We wrześniu 2022 r. prokurator rosyjski wystąpił z wnioskiem o siedem i pół roku więzienia dla Wołodymyra Maładyki, Jewhena Żukowa i Wołodymyra Sakady, zwolenników związku wyznaniowego Świadków Jehowy.

Uznawanie całkowicie pokojowego stowarzyszenia religijnego „Świadkowie Jehowy” za organizację ekstremistyczną w Rosji przeczy zdrowemu rozsądkowi. W rzeczywistości Rosja prześladuje ten trend religijny, ponieważ ich ideologia zakłada pacyfizm i zabrania swoim działaczom i zwolennikom chwytania za broń. W ten sposób Świadkowie Jehowy z natury sprzeciwiają się wojnie Rosji na Ukrainie, a członkowie tej organizacji odmawiają wstąpienia do wojska i zabijania ludzi. Dlatego w 2017 roku rosyjski Sąd Najwyższy uznał organizację religijną „Świadkowie Jehowy” za ekstremistyczną i zakazał jej działalności w Rosji. Również działalność tej organizacji jest zakazana na anektowanym Krymie.

Pracownicy FSB Rosji wielokrotnie przeszukiwali i zatrzymywali podejrzanych z organizacji religijnej „Świadkowie Jehowy” na terenie półwyspu. Według Centrum Praw Człowieka „Memoriał”, w Rosji ścigano już kilkudziesięciu zwolenników tej grupy religijnej. W sierpniu 2018 r. „Memoriał” uznał za więźniów politycznych 29 zwolenników organizacji religijnej „Świadkowie Jehowy”, oskarżonych w Rosji o ekstremizm.

Natomiast, muzułmańska organizacja religijna „Hizb ut-Tahrir” w Rosji jest uznawana za ekstremistyczną ze względu na to, że wyznaje ideologię odrzucania terrorystycznych metod walki i wzywa do pokojowego utworzenia pacyfistycznego „globalnego kalifatu”. Rosyjscy szpiedzy na Krymie potajemnie nagrywają ich rozmowy w domu lub w meczetach, a następnie za pomocą sfałszowanych dowodów i tzw. „tajnych świadków” aresztują i sądzą uczestników tych rozmów, zarzucając im najpoważniejsze przestępstwa, w tym np. próby obalenie rządu w Moskwie. Kilkaset osób zostało już skazanych w Rosji za udział w Hizb ut-Tahrir. Jak wiadomo z poprzednich spraw, z reguły orzeka się im zbyt długie kary pozbawienia wolności – od 10 do 20 lat.

Pewnego dnia na Krymie przedłużono aresztowanie kilku nowych uczestników „sprawy muzułmanów krymskich” z Dzhanki i rejonu Dzhankoy. Jak poinformował prawnik Emil Kurbedinow, „sąd” był zadowolony z formalnych podstaw, które przedstawiły mu przedstawiła FSB i Prokuratury Krymu.

Przypomnijmy, rankiem 11 sierpnia krymskotatarscy aktywiści byli przeszukiwani w krymskiej dzielnicy Dzankoja i Dzhankoya, ich prawnicy nie zostali dopuszczeni do śledztwa, a ich telefony komórkowe zostały na ten czas specjalnie wyłączone. Rosyjskie siły bezpieczeństwa zatrzymały sześciu mężczyzn – Vilen Temeryanowa, Envera Krosha, Seitayę Abbozova, Murata Mustafayeva, Edema Bekirova i Rinata Aliyeva pod zarzutem udziału w zakazanym w Rosji udziale w Hizb ut-Tahrir.

Przedstawiciele międzynarodowej islamskiej organizacji „Hizb ut-Tahrir” przyznają, że celem ich misji jest zjednoczenie wszystkich krajów muzułmańskich w islamskim kalifacie, ale odrzucają metody terrorystyczne, by to osiągnąć. Twierdzą, że są niesłusznie prześladowani w Rosji i na okupowanym przez nią od 2014 roku Krymie. Rosyjski Sąd Najwyższy zakazał działalności Hizb ut-Tahrir w 2003 roku, wymieniając ją jako grupę „terrorystyczną”.

Obrońcy Krymu aresztowani i skazani w „sprawie Hizb ut-Tahrir” uważają, że ich prześladowania są motywowane względami religijnymi. Prawnicy zwracają uwagę, że rosyjskie organy ścigania prześladują głównie Tatarów krymskich, a także praktykujących islam Ukraińców, Rosjan, Tadżyków, Azerbejdżanów i Krymów innego pochodzenia etnicznego. Prawo międzynarodowe zabrania wprowadzania ustawodawstwa państwa okupującego na terytorium okupowanym.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Nie odbierzesz mi pogardy

Był stan wojenny, byłem dzieckiem, ale pewne rzeczy już rozumiałem. Pamiętam doskonale, atmosferę stężonej pogardy. Tak, pogardy. Zawsze, kiedy w telewizorze w czasie stanu wojennego pojawiała się nalana twarz Urbana skądś wypełzała wszechogarniająca pogarda, która otaczała kanalię kokonem. Zwykli ludzie, ludzie, którzy umieli odróżniać dobro od zła oczywiście brzydzili się Urbanem. To było naturalne, jak oddychanie.

W czasach przedinternetowych, w czasach dwóch kanałów telewizyjnych cotygodniowe konferencje prasowe rzecznika komunistycznego rządu były także jakąś perwersyjną rozrywką. Obserwowałem go i nigdy, przysięgam nigdy, nie dostrzegłem w nim żadnego błysku, żadnej inteligencji, żadnego polotu. Co najwyżej był dość sprawny. Co najwyżej.

Nielot

Szpetny pingwin machający skrzydełkami nadaremno próbujący zerwać się do lotu. Stworzony do kąpieli w kloace, nie do szybowania. Zresztą kloaka to był jego wybór i wkrótce naturalne środowisko. Odczytywał z kartki, przed reporterami ze świata, często dukając, jak uczniak, tak nieprawdopodobne brednie, tak oderwane od rzeczywistości, że w pewien sposób było to zjawiskowe. Tak. Kreatura w czystej postaci na usługach zbrodniczego reżimu. Oczywiście kreatura moralna, ale także fizyczna, co miało pewne znaczenie nawet dla Jaruzelskiego, który przez długi czas nie mógł zaakceptować tego monstrum. Niski, bardzo brzydki grubas z groteskowo odstającymi wielkimi uszami był przedstawiany przez Polaków na rysunkach i małych rzeźbach jako tyłek z uszami. „Widziałeś pupę z wachlarzami?”I wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Odtrutka na komunę

Tak społeczeństwo próbowało odreagować trutkę sączoną przez komunistów. Bo tylko tak mogło. Urban, czyli nikt do wynajęcia. Nie mam wątpliwości, że gdyby ta kanalia była dziś na usługach Putina, to właśnie oświadczałaby światu, że w Buczy Ukraińców mordowali Ukraińcy. Nie mrugnąłby nawet okiem. Odnosiłem wrażenie, że w tych regularnych kłamstwach przed kamerami ze świata, ten wszechstronnie brzydki dziennikarz z socjalistycznej rodziny postanowił mścić się nad światem może za swój los, który w najważniejszej części wybrał sobie sam.

Pan świnia – nie śmieszny dziadzio

Nie chcę uprawiać taniej psychologii, ale mottem życiowym Urbana było „Nie tylko ja jestem świnią”. Tak, nie tylko ty, ale tylko ty chciałeś nią być i nią zostać. Czemu o tym piszę? Czemu w ogóle poświęcam tej kreaturze czas? Żeby nie wygrał po śmierci, żeby postawić go we właściwym miejscu, żeby radosna narracja młodych, głupich lewaków, że to był taki śmieszny dziadek, który dokładał innymi nie przesłoniła tego co najistotniejsze. Urban nie był żadnym śmiesznym dziadkiem. Był prawą ręką komunistycznych zbrodniarzy i morderców. Był ich świadomym narzędziem.

Pramowa nienawiści

To on osobiście przygotował grunt pod zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki, to on na niego szczuł posługując się w swoich publikacjach fałszywymi nazwiskami. Na miesiąc przed uprowadzeniem i zamordowaniem księdza Jerzego, Urban na łamach warszawskiego tygodnika „Tu i Teraz” pod pseudonimem Jan Rem pisał o mszach świętych odprawianych przez Popiełuszkę jako „seansach nienawiści”. Wszyscy wiedzieli, że Rem to prawa ręka Jaruzelskiego, Urban. Ksiądz Popiełuszko odpowiedział na ten paszkwil w swoim kazaniu: „Pan Jan Rem, chociaż wszyscy wiemy, kto tchórzliwie kryje się pod tym pseudonimem, pozwolił sobie na bezkarne plucie w sposób wyjątkowo prymitywny na tysiące ludzi gromadzących się w powadze, aby modlić się za Ojczyznę. Nie zabierałbym głosu, gdyby to był paszkwil na mnie osobiście. Kieruję się bowiem w życiu zasadą, że nikt nie jest w stanie mnie obrazić, ale czuję się w obowiązku zabrać głos, gdy ktoś ubliża społeczności kościelnej i wchodzi z brudnymi butami w sfery misterium Kościoła, ofiary Mszy Świętej. Już samo nazywanie liturgii Mszy Świętej, cytuję: „seansem nienawiści”, „sesją politycznej wścieklizny”, „czarną mszą i zbiorową histerią”, świadczy wystarczająco o tym, że autor paszkwilu jest gorliwym sługą szatana, ojca nienawiści.” Po podrzuceniu przez esbeków księdzu Popiełuszce ulotek i matryc do mieszkania, Urban w 1983 roku napisał paszkwil w „Expressie Wieczornym” pod tytułem „Garsoniera obywatela Popiełuszki”. Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z kłamstw, które współwymyślił i rozpowszechniał. Tekst podpisał nazwiskiem dziennikarza Michała Ostrowskiego, potem Urban udawał, że tego nie pamiętał. Tyle, że żaden Michał Ostrowski nie pracował w „Expresie Wieczornym” …

Pogarda

Po tak zwanym zakończeniu komunizmu, do którego w Polsce po 1989 nigdy nie doszło, Urban świetnie znalazł się w biznesowej rzeczywistości wykorzystując na łamach swojego tygodnika wszystkie możliwe esbeckie znajomości i kwity. Swoją dewizę życiową „Nie tylko ja jestem świnią” realizował tam z wielkim powodzeniem. Nie ma we mnie grama zachwytu nad jego rzekomymi umiejętnościami przedsiębiorcy. Jest złość, że nie rozliczyliśmy tego bezczelnego Goebbelsa stanu wojennego, że opuściliśmy sprawiedliwość i pamięć po ofiarach komunistów myśląc, że jesteśmy miłosierni. Nie, nie byliśmy miłosierni, byliśmy słabi, byliśmy frajerami, daliśmy się jak dzieci ograć zbrodniarzom, którzy grali nam widowiskowo na nosie. Wiem, gdzie jest miejsce Urbana, wiem, gdzie jest miejsce bałwanów relatywizujących tę kanalię. Mam dla was prezent, wieczną pogardę.

MARIA GIEDZ: Gedania, to więcej niż klub sportowy

Aż nie chce się wierzyć, ale od 1922 r., praktycznie bez przerwy do dzisiaj, istnieje w Gdańsku klub sportowy o nazwie Gedania (od 2006 roku: GKS Gedania 1922). Ktoś mógłby powiedzieć, że to żaden ewenement. Tylko że Gedania była polskim klubem sportowym w mieście, które mocą Traktatu Wersalskiego podpisanego 28 czerwca 1922 r., stało się dziwnym tworem o nazwie Wolne Miasto Gdańsk, gdzie Polaków traktowano marginalnie.

Dr hab. Janusz Trupinda, dyr. Muzeum Zamkowego w Malborku, fot. M. Giedz

Klub powstał 15 sierpnia 1922 r. Minęło właśnie 100 lat jego istnienia i z tej okazji Radio Gdańsk zorganizowało niezwykle interesującą debatę, która bynajmniej nie dotyczyła tematyki czysto sportowej. Wręcz przeciwnie rozmawiano o Polakach, a przede wszystkim o duchu polskości, który dzięki Gedanii był „pielęgnowany” nawet w najtrudniejszych czasach, a tylko w tle pojawiał się wątek sportowy. To była znakomita lekcja polskiej historii, a poprowadzili ją znawcy dziejów Pomorza i Gdańska, które w rzeczywistości nigdy nie było miastem niemieckim, chociaż Niemcy od stuleci roszczą sobie do niego prawa. Uczestnikami panelu byli: dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, dr hab. Janusz Trupinda, dyr. Muzeum Zamkowego w Malborku i dr hab. Grzegorz Berendt, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Gdańsk zawsze był miastem wielokulturowym, ale nie był niemiecki, chociaż większość jego mieszkańców znała ten język i posługiwała się w najróżniejszych instytucjach.

Dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, fot. M. Giedz

Gdańsk okresu międzywojennego

– W Gdańsku nieprzerwanie funkcjonowała dynamiczna mniejszość polska, która przetrwała okres zaborów i była aktywna w okresie szturmu Hakaty (Niemiecki Związek Marchii Wschodniej – niemiecka nacjonalistyczna organizacja działająca w latach 1894-1934) na przełomie XIX i XX wieku – tłumaczył Grzegorz Berendt. Na obszarze, który od 1920 tworzył Wolne Miasto Gdańsk, aktywni i świadomi Polacy nie byli zbiorowością zbyt liczną. Stanowili zbiorowość kilkunastu tysięcy osób, ale byli zorganizowani i wydawali własną prasę. Wyróżniali się i nie obawiali się mówić o swojej tożsamości, występować wobec władz, nawet w okresie, kiedy była dominacja państwowości niemieckiej, po zawieszeniu broni w listopadzie w 1918 roku, a przed wejściem w życie postanowień traktatu wersalskiego na początku 1920 roku. W tym trudnym okresie, wypełnionym walkami politycznymi i przelewem krwi, kilkanaście tysięcy Polaków mówiło o swoich aspiracjach i marzyło o tym, żeby Gdańsk znalazł się w wolnej Polsce.

Dr hab. Grzegorz Berendt, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, fot. M. Giedz

Wśród polskich mieszkańców Gdańska, jak wyjaśniał Janusz Trupinda – byli bankowcy i przemysłowcy, była inteligencja, ale większością była ludność pracująca fizycznie, pracownicy portowi, ludność niezamożna. Dla nich Gdańsk jest polskim miastem – nigdy nie zaakceptowali tego rozwiązania, które my nazywamy Drugim Wolnym Miastem Gdańsk (pierwsze, to autonomiczne terytorium w latach 1807-1814). Polacy nie lubili, kiedy nazywano ich mniejszością narodową. To wyszło później przy pierwszych igrzyskach Polaków z zagranicy w Warszawie.

Sytuacja Polaków mieszkających w Wolnym Mieście Gdańsku była trudna nawet przed dojściem do władzy Adolfa Hitlera – podkreślał Michał Pacześniak, moderator dyskusji. – Już w latach dwudziestych Niemcy starali się dominować w mieście i ograniczali prawa Polaków.

– Wolne Miasto Gdańsk pod względem struktury politycznej było Rzeszą w miniaturze – mówił Berendt. – Była to kopia struktury politycznej: od radykalnej lewicy, przez socjaldemokrację, partię katolicką centrum, partie mieszczańskie, po nacjonalistów. Niezależnie od tego, czy mówimy o internacjonalistycznej lewicy niemieckiej, czy o konserwatywnych nacjonalistach, wszyscy potępiali i krytykowali oderwanie terenu Gdańska od Rzeszy. Postulowali zjednoczenie z niemiecką ojczyzną. Dążyli wszelkimi sposobami, by jak najbardziej ograniczać polskie życie i aktywność na tym terenie, w granicach prawa. W latach 1922-1933 było bardzo trudno. Po maju 1933 przez pewien czas, paradoksalnie, było trochę łatwiej. Wszystkie ugrupowania w Gdańsku z determinacją starały się nie dopuścić do tego, by pojawiła się większa liczba Polaków, posiadających prawa polityczne. Te dwadzieścia tysięcy ludzi z Polski wniosło nowy element dynamiki, ale ci ludzie nie mieli praw publicznych, by na terenie Wolnego Miasta Gdańska zmienić cokolwiek w sposób demokratyczny. Żywiołem dominującym, również w okresie demokratycznym, były niemieckie ugrupowania, które kierowały się takimi, a nie innymi priorytetami.

Deklaracja polskości

– Jeszcze przed powstaniem Wolnego Miasta Gdańska, zaczęło działać Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, był to rok 1894 – kontynuował Trupinda.

Założeniem owego towarzystwa było wzmacnianie polskiej tożsamości narodowej poprzez sport, który, jak mówił Trupinda, nie zawierał w sobie pierwiastka rywalizacji. Założycielom „bardziej chodziło o współdziałanie, wspólne uprawianie sportu, budowanie umiejętności, które później mogłyby się przydać w budowaniu polskiego państwa”. Jednak dla młodych ludzi, zwłaszcza tych z sekcji piłkarskiej, rywalizacja była ważna. Doszło więc do odłączenia się owej sekcji z Towarzystwa. Jednak funkcjonowanie samodzielne nie było łatwe. Młodzi ludzie nie mieli miejsca do treningu, nie mieli pieniędzy i nie miał ich kto trenować. Zdeterminowali postanowili założyć klub sportowy, a był to rok 1922. Nazwali go Gedania od nazwy sekcji piłkarskiej.

Karol Nawrocki podkreślał, że Gedania powstała na wartościach polskich „Sokołów”, niestety w atmosferze niechęci do Polaków. W wielu środowiskach, głównie niemieckich mówiło się, że: „Polacy nie zasługują na swoje państwo, niezależnie od zmieniającej się struktury państwowej”.

– Gdy spojrzymy na książki myślicieli z drugiej połowy XIX w. czy na słownik zwrotów polsko-pruskich, to zobaczymy, że tam Polak jest człowiekiem drugiej kategorii, przeznaczonym do tego, aby służyć niemieckiemu panu, a to jest druga połowa XIX w. – mówił Nawrocki. – Hitler w sposób synkretyczny właściwie, taki mało twórczy, ale bardzo polityczny to pozbierał i realizował, ale nastawienie Wolnego Miasta Gdańska, jego władz i samych Niemców wobec Polski, było w moim uznaniu konsekwentnie antypolskie. Gedania, która znaczyła Polska, miała problemy z rozwijaniem się, to było też pewną wypadkową polityki geopolitycznej i relacji dyplomatycznych pomiędzy II Rzeczpospolitą i III Rzeszą, a wcześniej Republiką Weimarską. Pewnie, gdybyśmy weszli w te szczegóły, to zobaczylibyśmy różne temperatury tych emocji, ale z jedną stałą i niezmienną, to znaczy Polska i Polacy stanowią partnera drugiej kategorii, niezależnie od zmieniających się organizmów państwowych i nazw. Gedania zbudowana na fundamencie „Sokoła” była klubem, który jednoczył ludzi, nie tylko ze skłonnością do sportu, do wielu dyscyplin, ale przynależność do niego była deklaracją polskości.

Dodał też, że – sport w latach 20. i 30. był jednym z przejawów aktywności. Na zdjęciach przechowywanych w bibliotece PAN w Gdańsku widzimy pięknie przyozdobione domy w środku miasta, widzimy Polaków manifestujących 11 listopada i 3 maja, którzy byli pod biało-czerwonymi flagami i swoimi transparentami. Harcerze byli w mundurach, harcerki i młodzież akademicka w swoich strojach. Oni szli w sposób zorganizowany i nie bali się okazywać swojej polskości wobec niemieckiej, 90 proc. większości. Oni ją manifestowali. To była mniejszość, ale niezwykle dynamiczna, silna i zdeterminowana.

Warto jeszcze dodać, że mimo wielu przeciwności i ogromnej niechęci Niemców wobec Polaków Gedania i jej stadion była miejscem otwartym dla wszystkich, z którego mogli korzystać m.in. członkowie żydowskiego klubu Bar Kochba, wyrzuceni ze stadionów i sal gimnastycznych zarządzanych przez kluby niemieckie.

Mała Polska w Gdańsku

Gedania miała swój stadion wybudowany w latach 20. XX w., a mieszczący się u zbiegu dzisiejszych ulicy Tadeusza Kościuszki i Alei Legionów. Karol Nawrocki nazwał ten stadion „sanktuarium polskości i Polaków, którzy bili się o wolną Polskę i jej służyli”. Dawniej o tym stadionie mówiło się, że to „Mała Polska w Gdańsku”. Bowiem jest jednym z najważniejszych symboli polskości obok Westerplatte i Poczty Polskiej.

– Ten stadion był miejscem wielu polskich manifestacji – wyjaśnia Janusz Trupinda. –Są zachowane dokumenty, jest zachowany film, na którym można zobaczyć dumnych Polaków, którzy u siebie, na tym kawałku Polski demonstrują swoją polskość i prezentują się z jak najlepszej strony. Gedania była klubem rodzinnym. Utrzymała swój wielosekcyjny charakter, który nie mógł rywalizować z Lechią, Stoczniowcem, lecz miał swój klimat.

Dzisiaj stadionu właściwie nie ma. Jest w opłakanym stanie. Teren znalazł się w rękach chyba największego dewelopera budującego w Gdańsku – spółki Robyg 18, w której ponoć – jak można wyczytać na portalu Gdańsk Strefa Prestiżu – były prezydent Gdańska Paweł Adamowicz miał w 2017 r. 37 tys. akcji.

– Zagospodarowanie tego miejsca z odpowiednim szacunkiem i rozmachem architektonicznym, a także uszanowaniem przeszłości tego miejsca jest wielką szansą dla Gdańska – stwierdził Janusz Trupinda. – To nie powinien być teren, który zabudujemy w sposób standardowy. Powinniśmy potraktować go szczególnie i dać świadectwo naszej czci tym ludziom, którzy zginęli, ale i tym wszystkim, którzy z Gedanią byli przed wojną związani.

A tak na marginesie, zawodnicy Gedanii uczestniczyli w dziesięciu Olimpiadach, zdobywali Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy…

 

Chyba traci cierpliwość WALTER ALTERMANN, bo pisze: Dosyć tego dobrego

Pozwoliłem sobie zapożyczyć do tytułu znane zawołanie lidera PiS, ale jest też faktem, że moja językowa tolerancja już się wyczerpała. Oto przykłady bolesnych zderzeń z językiem polskim najważniejszych naszych obywateli, zderzeń z ostatnich dni.

Tak się złożyło w ciągu ostatniego tygodnia, że wysłuchałem rozmów trzech naszych prezydentów: obecneego – Andrzeja Dudy i byłych: Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego. Rozmawiali z dziennikarzami Wszyscy trzej z dużą swadą mówili – dla przykładu – „tą rzekę”. Naprawdę zrobiło mi się głupio, bo na każdego z nich głosowało – w swoim czasie – ponad 50 procent uprawnionych do głosowania obywateli, żeby każdy z prezydentów mógł pełnić „tę swoją kadencję”, a broń Boże „tą swoją kadencję”.

Sprawa jest poważna, bo każdy z nich został prezydentem z poparciem innych partii. Czyli – gdyby podsumować – to w sumie głosowało na nich trzech jakieś 80 procent dorosłych obywateli Polski. Inne życiorysy, inny światopogląd, ale podobne błędy językowe.

Mamy w języku polskim trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Ergo mamy: ten kraj, ta Polska, to zjawisko. A w odmianie: kocham ten kraj, kocham tę Polskę, kocham to zjawisko.

Prezydenci promują narodowe lektury. Czyli – teoretycznie – znają je. A w tych lekturach jak byk stoi: „kocham tę panią”, a nie „kocham tą panią”. Przy okazji czytania warto zapamiętać.

Półtora tony

Żeby panu premierowi Mateuszowi Morawieckiemu nie było przykro, że tak się rozpisałem o prezydentach, to teraz będzie o nim. W wirze walki o węgiel premier ostatnio powiedział: „Wystarczy półtora tony węgla”. Może i wystarczy, ale nie „półtora”, a „półtorej tony”. Bo tona jest rodzaju żeńskiego. Nie jest to, niestety, pierwszy taki lapsus Pana Premiera. Coś on z tymi rodzajnikami ma kłopot. Ale idzie się nauczyć, trzeba tylko chcieć.

Poważny zasób

W dyskusji, jaka rozpętała się po zadziwiającym wpisie Radosława Sikorskiego, w którym dziękuje USA za wysadzenie rurociągów Nord Stream, dochodzi też do zadziwiających erupcji językowych.

Oto w niedzielnym programie TVN „Kawa na ławę” znany dyskutant tej stacji Cezary Michalski stwierdza: „Sikorski jest poważnym zasobem politycznym Platformy Obywatelskiej”.

Owszem, słyszałem o zasobach paliw kopalnych, o zasobach finansowych – czyli o czymś, co jest i co może być użyte. Zasób, to coś co się ma i na co można liczyć. A na co może liczyć PO ze strony Sikorskiego? Na dalsze wybuchy jego nieokiełznanej miłości własnej? Na jakie odkrycia intelektualne i polityczne?

Ten człowiek już od trzech dziesięcioleci bryluje na salonach. Mówi wolno, z rozmysłem, jakby w każdym swym wystąpieniu ogłaszał korekty do teorii Einsteina. Naprawdę, nie ma ani w partiach rządzących, ani w całej opozycji nikogo, kto by mu dorównywał tupetem, arogancją i brakiem wiedzy politycznej.

A co do pana Michalskiego… obserwuję jak z roku na rok pogłębia swą wiedzę politologiczną. I jak jednocześnie przeżera go na wylot nowomowa politologów. Przykra rzecz obserwować co z może zrobić z normalnego człowieka politologia.

Westerplatte młodych

Ze zdziwieniem odkryłem, że tytuł jednego z programów Telewizji TRWAM to „Westerplatte młodych”. Program jak program, ale tytuł zastanawia. Bo co chce ta stacja powiedzieć młodym Polakom? Że mają bronić wiary jak żołnierze z Westerplatte we wrześniu 1939? Asocjacja jest niezbyt szczęśliwa, bo wojna o wiarę nie jest wojną militarną. To po co odwoływać się do wojny, w której ofiary były nie metaforyczne, ale prawdziwe? Nie lubię odniesień do wojen, potyczek i masakr.

Ale tytuł jest dobrany nieszczęśliwie z jeszcze innego powodu. Westerplatte to nie Termopile. Nasi nad Bałtykiem walczyli dzielnie, dopóki starczyło amunicji. I chwała im za to, bo walczyć do końca po to, żeby chwalebnie zginąć, nie jest szczytem rozsądku. Po wojnie nadchodzi czas pokoju. I żołnierz musi – jak pisał Jan Kochanowski – przekuć miecz na lemiesz pługu.

Co można zrobić z listą

Młody dziennikarz, w programie informacyjnym: „Ten pan zapisał się do listy na węgiel…” Przykro wyszło, bo na listę można się zapisać, dopisać, wymazać… Ale zawsze i niezmiennie: „na listę”, nie „do listy”.

Czyżbyśmy coraz mniej czuli „ojców naszych język?” Bo język trzeba rozumieć, znać jego prawidła, ale też trzeba go czuć. To zadziwiające, że im powszechniej uczymy języków obcych, tym coraz mniej naszych obywateli mówi dobrze po polsku. Ale może jest i tak, że teraz każdy może mówić, jak uważa, jak mu się tam język w jamie ustnej zwinie… Nikt takiego „poplątanego językowo” nie poprawi, nie zwróci uwagi. Żaden kierownik redakcji, żaden wydawca – jeśli w ogóle jest – nie poczuwa się dziś do dbania o poprawność językową „na podległej mu antenie”. A może także ci kierownicy i wydawcy nie wiedzą, jak jest poprawnie, a jak z błędem.

Czego może być mimika

Mecz tenisa, pani komentator mówi: „Widzimy mimikę twarzy tenisistki”. Sięgam do słownika i czytam: „Mimika – ruchy mięśni twarzy wyrażające przeżywane uczucia; też: sztuka wyrażania uczuć i myśli za pomocą wyrazu twarzy, stosowana jako środek gry aktorskiej”. Słowo mimika pochodzi z greki. I znane jest od stuleci. To trzeba wiedzieć, zanim zasiądzie się przed mikrofonem.

Widocznie jednak pani komentator to pojęcie jest nie do końca znane, skoro wzmacnia „mimikę” dodatkiem „twarzy”. To tak jakby powiedzieć, że biegacze biegną nogami. Zapamiętajmy – mimika jest zawsze i tylko mimiką twarzy. Bo jakiej by innej części ludzkiego ciała być jeszcze mogła? Kończę na ten temat, żeby było kulturalnie.

Doping

Inna sprawozdawczyni mówi w czasie transmisji meczu siatkarskiego: „Kibice dopingują naszym paniom”. Chciała może powiedzieć, że kibicują? Ale wyszłoby, że „kibice kibicują”. Więc szybko znalazła „doping”. Aliści sensu to nie ma żadnego, bo doping – w tym przypadku – to zachęcanie do walki, do wysiłku, dodawanie otuchy. Natomiast dopingować do czegoś jest nowym zwrotem, i dlatego uprzedzam, że tak, to jest źle. Z góry uprzedzam, bo wiem, że wszystko, co anormalne znajdzie swoich wielbicieli. Ja to mówi Papkin w „Zemście”:

„Co za koncept, u kaduka!
Pannom w głowie krokodyle,
Bo dziś każda zgrozy szuka.
To dziś modne, wdzięczne, ładne,
Co zabójcze, co szkaradne!

Korpus delicti

Rzeczpospolita z dnia 3 października 2022 roku, donosi, że Piotr Naimski zostanie obdarzony nową misją. Ma odpowiadać za budowę elektrowni atomowych. I tu cytat: „Szczegóły nowej misji Naimskiego oficjalnie są owiane tajemnicą, ale nieoficjalnie jego współpracownicy zapowiadają przedstawicielom z branży energetycznej, że „zespół jest już skorpusowany do misji atomowej”.

Skorpusowany?! Czy wszyscy oszaleli? Przez całą komunę słyszałem jedynie o Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego jako służbie budzącej grozę, którą rozwiązano w 1965 roku. I nagle słówko „korpus” odżyło. Brzmi groźnie. A już zupełnie abstrakcyjnie brzmi, że coś tam zostało „skorpusowane”.

Nawet nie chcę tego analizować, bo to jest neologizm translacyjny i po polsku nic nie znaczy. Można było powiedzieć, że „zespół ludzi do realizacji tego programu mamy już zorganizowany”, ale po co?  Lepiej palnąć „Jesteśmy skorpusowani”.

Pustynia Negew

Geograficzne nazwy własne z terenów obcych państw są w naszym języku „oswajane” i z czasem zyskują polskie brzmienie. Tak jest z Łymanem – na Ukrainie – o którym już Mickiewicz pisał, że to „Liman”. Prościej jeszcze jest z pustynią Negew w Izraelu. Bo po polsku to też Negew. Ale kilka dni temu usłyszałem, że pustynia nazywa się Negaw. Tak mówiono w jednym z programów dokumentalnych na Canal+. I jestem pewien, że to jest efekt jakiegoś nieudolnego tłumaczenia z języka angielskiego.

Wychodzi na to, że tłumacz po raz pierwszy usłyszał o takiej pustyni. I przetłumaczył z angielskiego na angielski. To istny dopust boży, że coraz więcej zagranicznych programów tłumaczy na nasz język grupa nieuków. Ja wiem, że tacy są tańsi, ale pieniądze to nie wszystko. Po stronie kosztów jest jeszcze zażenowanie odbiorcy.

 

Po raz kolejny STEFAN TRUSZCZYŃSKI ostrzega: Lizusostwo szkodzi!

– Są na sali wójtowie, niech wstaną i poświadczą – zaordynował prowadzący spotkanie z prezesem Jarosławem Kaczyńskim w Kołobrzegu. Chodziło o to, że samorządy dostają jednak pieniądze od rządu. I dwie sieroty, po chwili wahania wstały. Kamera pokazywała ich od tyłu, więc nie widzieliśmy zażenowania, które na pewno było. Prezes szybko zmienił temat, chyba też mu było głupio. Meetingi powiedzmy przed wyborcze to zawsze sztampa organizacyjna. Ale okazuje się, można je zmieniać. Oczywiście zależy to przede wszystkim od głównego bohatera tych spotkań.

Na spotkaniu we Wrocławiu prezes PiS pokazał jakby nową twarz. Mówił o dwóch kaczorach (jeden to Donald), o sobie jako zawodniku NBA. Dystans i żart. Ktoś dobrze doradził Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nawet najtrudniejsze sprawy można omawiać bez zbędnego naburmuszenia. A tak zwykle politycy robią. Anegdota i luz lepiej trafiają. Cały występ polityka robi się ciekawszy i lepiej skupia uwagę.

Sytuacja powtórzyła się w sobotę 1 października. W Koszalinie i właśnie w Kołobrzegu. Było o wszystkim co najważniejsze – w kraju i za granicą. A dużo tego się dzieje. Rozmowy te transmitowane na cały kraj są ważne. Jeśli prowadzone są płynnie wcale nie potrzeba „pytacza”. Takowy na ogół zabiera czas i.… mizdrzy się do notabla.

Tym razem jednak wykonał taką robotę prowadzący spotkanie. Na inicjowane przez niego okrzyki sali: „Jarosław, Jarosław, prezes poprosił, aby już nie skandować: „Wiem jak mam na imię”. I lizusowskie działania ustały. Wymyślono także, że na koniec będą pytania z sali. I słusznie. A dlaczego te pytania nie są zadawane bezpośrednio przez uczestników spotkania. Zaprosiłbym taką osobę do stolika, podał rączkę i wysłuchał. A tu nie. Prowadzący ma pytania na karteczkach i odczytuje. Po cholerę taka forma cenzurowania. Inteligentny żadnej pracy i pytań się nie boi. Bo i czego ma się bać? Jeśli czegoś nie wie, to zwyczajnie mówi, że zapyta branżowego ministra i odpowie. I tak się zdarzyło.

Spotkania są potrzebne. Nie tylko dla tej grupki wybranych. Ale wiedza na bieżąco co władza myśli, co planuje i jak się tłumaczy z niedoróbek to ważne. To co jest, co się dzieje sami wiemy. Oczywiście trochę ważnych wskaźników i liczb istotnych w sprawach gospodarczych też się należy.

Występowanie w telewizji to bardziej zdobycie się na maksymalną szczerość i prostotę (nie mylić z prostactwem) w zachowaniu. Reżyserzy i różne usłużne przydupasy, choćby nie wiem, jak się starali, sprawy nie załatwią. Kaczyński też użył zwrotu: „Jaki jest koń, każdy widzi”. Oczywiście miał nam myśli swojego głównego adwersarza. Ale nie jeździł po nim jak po łysej kobyle. Powiedział co myśli, ale spokojnie.

I tak jest lepiej. Lepiej i skuteczniej. Krzykacz krzyczy, bo się boi. To strach podsuwa pomysły o brutalnym atakowaniu. To brak argumentów i zaprzaństwo powodują odwracanie kota ogonem i zaprzeczanie tego co się przed chwilą publicznie rzekło. To takie struganie głupa. Pinokio się przypomina. Nos wydłuża. Panie Boże chroń mnie przed głupimi przyjaciółmi. Z wrogami sobie poradzę. Usłużny partyjny wspólnik może i chce dobrze, ale psuje. Wiarygodność, nastrój. Może przesadzam, że ten obywatel prowadzący imprezę w Kołobrzegu aż tak bardzo zawinił. To dla przestrogi wobec innych: podlizywanie się w telewizji to bardzo zła metoda. Szkodzi!

TERESA KACZOROWSKA: Festiwal Mazurka Dąbrowskiego

Podczas Festiwalu Mazurka Dąbrowskiego (28-30 września 2022 r.), ponad 30 działaczy Polonii, przybyłych z kilku państw obydwu półkul świata, przybliżono Patronów 2022 Roku w Polsce i poruszono wiele istotnych spraw dotyczących emigracji polskiej. Festiwal zorganizowało Światowe Stowarzyszenie „Republika Polonia” z USA, a dofinansowała go Kancelaria Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego. Festiwal prowadziła prezes tej organizacji, mecenas Maria Szonert-Binienda ze Stanów Zjednoczonych.

Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie

Pierwszego dnia rodacy z zagranicy odwiedzili na Kaszubach dwa muzea związane z Józefem Wybickim: Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie (w jego gmachu urodził się, 29 września 1747 r., Józef Wybicki) oraz Muzeum Historyczne Generała Wybickiego w Sikorzynie (dawny dwór Wybickich, gdzie autor Hymnu Polski się wychowywał). Te dwa ciekawe muzea łączy szlak turystyczny, wśród pięknych kaszubskich jezior i lasów.

Drugiego dnia w centrum hotelowo-konferencyjnym w Turznie pod Toruniem odbyła się konferencja poświęcona Patronom Roku 2022 – Marii Konopnickiej (odczyt „Maria Konopnicka – postać, twórczość oraz jej znaczenie dla Polaków spoza kraju” wygłosiła autorka tego tekstu, dr Teresa Kaczorowska, szefowa Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP), Józefowi Mackiewiczowi (prelekcje mieli Romuald Mieczkowski i Maria Szonert-Binienda) oraz Józefowi Wybickiemu (o historii Hymnu Narodowego opowiedział Lech Makowiecki). W drugiej połowie dnia zaplanowano dwa interesujące panele: ekspercki pod hasłem „Co to znaczy być państwowcem?” z udziałem profesorów Wiesława Wysockiego i Grzegorza Górskiego oraz panel polonijny z reprezentantami polskiego rządu i działaczy polonijnych. Na zakończenie dnia prof. Ryszard Grucza przybliżył historię pałacu w Turznie (bywali w nim m.in. Fryderyk Chopin, Zawisza Czarny), a Lech Makowiecki zaprezentował swój program artystyczny.

Podkreślano, że Polonia – często  bardziej patriotyczna niż Polacy w kraju – jest dla kraju olbrzymim kapitałem i może być animatorem wizerunku Polski za granicą. Ocenia się, że jedna trzecia narodu polskiego żyje na obczyźnie, choć dokładna liczba nie jest obecnie znana. – Zamierzamy wkrótce zrobić dokładne badania o liczebności naszych rodaków w świecie, już powołaliśmy  zespół koordynacyjny – obiecał dyrektor Departamentu Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą Jan Badowski, który odpowiadał na liczne zapytania emigrantów.

Park Pamięci Narodowej „Zachowali się jak trzeba” w Toruniu

Ostatniego, trzeciego dnia, wybrano się do Torunia. Zwiedzono tam otwarty w 2020 r. Park Pamięci Narodowej „Zachowali się jak trzeba”, który oddaje hołd blisko 35 tysiącom Polakom ratującym Żydów. Jest to rozwinięcie powstałej w 2016 r. Kaplicy Pamięci Męczenników Polskich znajdującej się naprzeciwko, w Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji  i św. Jana Pawła II, gdzie później odbyła się msza św. pod przewodnictwem o. dr. Tadeusza Rydzyka w intencji Polonii, a szczególnie Światowego Stowarzyszenia „Republika Polonia”. Na zakończenie Festiwalu, w Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (niepublicznej szkoły wyższej założonej w Toruniu przez o. Tadeusza Rydzyka w 2001 r. należącej do Fundacji Lux Veritatis) zaplanowano wystąpienia przedstawicieli polskich władz oraz instytucji, szeroką dyskusję oraz panel polonijny z udziałem Waldemara Gołębiewskiego z USA.

Działacze polonijni z Nowego Jorku Halina i Zbigniew Koralewscy, z Teresą Kaczorowską

Emigranci podkreślali, że dopiero od 2015 r. Polonia na świecie traktowana jest przez kraj ojczysty poważnie jako część narodu i bardziej wspierane są jej inicjatywy w dziedzinie kultury, edukacji, czy gospodarki. Z kolei minister Jan Dziedziczak, pełnomocnik Rządu do Spraw Polonii i Polaków za Granicą, prosił  rodaków w świecie o pomoc w ich krajach w obronie dobrego imienia Polski, nawoływał do jedności, zachowania języka ojczystego i kultury. – Polska i Polonia powinny być partnerami dla spraw Rzeczypospolitej – mówił.

JAN TESPISKI: Kostiumy i inne poważne przypadki (13)

Teatr nie gromadzi ludzi normalnych – i bardzo dobrze. Nawet portier w teatrze jest innym portierem niż wszyscy pozostali jego koledzy po fachu. Co by złego nie mówić o artystach teatru – w tym również elektrykach, tapicerach, mszynistach sceny – to wszyscy oni muszą być nienormalni, skoro pracują za mizerne pensje i cieszą się, gdy kolejna premiera jest sukcesem.

Nie da się tego wszystkiego zanalizować i dojść do źródeł takich postaw, bo teatr jest jednak misterium, czyli tajemnicą. Tak jak każdy „proces twórczy”. Napisałem to co powyżej, zamierzam bowiem podzielić się z Czytelnikiem kolejnymi anegdotami teatralnymi, mając nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony.

Kradną?

Nina Andrycz była aktorką niezwykłą, stworzoną do ról królowych. Wyniosła, obdarzona pięknym, mocnym głosem, którego czasami nadużywała, bo w życiu też „grała” królową. A kolegów z teatru traktowała jak własny dwór. Jeżeli przypomnimy jeszcze, że była żoną „wiecznego premiera” Józefa Cyrankiewicza, to będziemy mieli pełny obraz królowej PRL-u.

Potrafiła też być przykra dla koleżanek i kolegów. Opowiadał reżyser Jan Maciejowski, że w swoim debiucie przyszło mu robić sztukę właśnie z Niną Andrycz. Recz działa się w latach 50., oczywiście w Warszawie, bo gdzieżby miała grać królowa.

Na pierwszą próbę sceniczną Nina Andrycz weszła w futrze, w kapeluszu, z torebką i parasolką. A rzeczy toczyła się w salonie, więc nie było powodu, żeby aktorka była tak ubrana, tak prosto z ulicy. Koledzy nie zareagowali. Natomiast Maciejowski, po kilku głębszych oddechach, dla dodania sobie odwagi, powiedział:

– Może mogłaby pani zostawić ubranie w garderobie?

– Słyszałam, że tu kradną… Ale jeżeli panu to przeszkadza, trudno, zaryzykuję.

Potem było już normalnie. A reżyser Jan Maciejowski, już na starcie kariery zawodowej uzyskał uznanie świata teatru.

Jak ubrać muzyków

Jeżeli jesteśmy już przy ubraniach… Rzecz nie działa się co prawda na scenie, ale w Filharmonii Łódzkiej lecz to niejako rodzina teatru.

Przed wojną filharmonii w Łodzi nie było, owszem grały tu dobre zespoły zawodowców i amatorów, przyjeżdżały dobre orkiestry z Warszawy, ale stałego zespołu nie założono. Dopiero w roku 1948 podjęto decyzję o utworzeniu państwowej filharmonii w Łodzi. Pierwszym dyrektorem został „sprawdzony towarzysz”, robotnik, przedwojenny działacz KPP. O muzyce nie miał w ogóle żadnego pojęcia, a o filharmonii jeszcze mniejsze. Zaangażowano jednak dobrych muzyków, świetnych kierowników muzycznych i jakoś szło.

Niemniej muzycy zauważyli, że dyrektor jakoś tak dziwnie się im przygląda, ogląda ich i jakby mierzy wzrokiem. W końcu na ogólnym zebraniu zespołu – a w tamtych latach zebrania zespołu były w świętej permanencji – dyrektor powiedział:

– Ja się tam na muzykowaniu nie znam. Ludzie mówią, że jest z nami dobrze, to i ja się cieszę. Ale jedna rzecz nie podoba mi się bardzo. To jest przecież filharmonia socjalistyczna, a wy tu wszyscy pokazujecie się frakach albo w smokingach. Tak dalej być nie może. Bo albo mamy socjalizm, albo robimy dalej jak za kapitalizmu…

Natychmiast po tym zebraniu w budynku pojawili się krawcy męscy oraz krawcowe. Ze wszystkich muzyków wzięto miary i zaczęło się wielkie szycie. Po dwóch miesiącach orkiestra wystąpiła w nowych galowych ubraniach.

Tyle tylko, że wszyscy wyglądali jak lokaje u przedwojennych królów bawełny – Schillerów czy Grohmanów. Wszyscy muzycy mieli kuse, jaskrowe marynarki z lamówkami i spodnie w takim samy żółto-beżowym kolorku.

Szczęście dyrektora nie trwało długo, bo jednak nie wszyscy towarzysze z ówczesnych władz byli pozbawieni taktu i gustu. Po roku orkiestra wróciła do fraków i smokingów, a dyrektora „rzucono na inny odpowiedzialny odcinek”.

Egzaminy eksternistyczne

Ta anegdota jest stara, ale zabawna, więc przytoczę. Akcja rozgrywa się w powojennej Polsce. Rzecz w tym, że wojna wielu młodym zdolnym ludziom przerwała edukację. Więc postanowiono w całym kraju przeprowadzać egzaminy eksternistyczne. Także dla aktorów i reżyserów.

Szefem komisji eksternistycznej dla reżyserów został wybitny intelektualista, reżyser, krytyk i historyk teatru, tłumacz, pisarz i pedagog, twórczy duch przedwojennego Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej – Bohdan Korzeniewski. Przy tych wspaniałych cechach charakteru i wielkim życiorysie, Korzeniewski był okropnie złośliwy. Pomiędzy nim a jednym z kandydatów na reżysera rozegrał się taki dialog:

Do sali wszedł egzaltowany, pewny siebie młodzian. Od razu nie zrobił na Korzeniewskim dobrego wrażenia.

– Ma pan trzy pytania – powiedział do kandydata Korzeniewski.

– Oczywiście, świetnie rozumiem, jak najbardziej, to jasne – terkotał kandydat.

– W takim razie proszę przedstawić nam szlak podbojów Cortesa – powiedział Korzeniewski, miło się uśmiechając.

– No, akurat o tym nie bardzo coś wiem – powiedział kandydat.

– To w takim razie proszę nam opowiedzieć o szlaku konkwisty Pizarra.

– Szczerze mówiąc – powiedział kandydat – na ten temat również nie byłem przygotowany.

Korzeniewski rozłożył ręce, w geście bezradności – że jest marnie.

– Bardzo przepraszam, ale mówił pan, że mam trzy pytania…

– Byłbym zapomniał – powiedział Korzeniewski. – To w takim razie proszę porównać szlak Pizarra ze szlakiem Cortesa.

Co może teatr z dramatem

Teoria dramatu zakłada, że sztuka teatralna w pełni realizuje się dopiero na scenie. Owszem, są także dramaty do czytania, ale to obecnie coraz większa rzadkość. No i te „lesebuchdrame” są śmiertelnie nudne.

Bardzo ciekawą historię ma realizacja „Konduktu” Bohdana Drozdowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu w 1969 roku. Reżyserował Jerzy Krasowski, świetną scenografię zaprojektowała Krystyna Zachwatowicz. Treścią utworu jest podróż przez Polskę, jaką odbywa kilku górników, wioząc ciało zmarłego kolegi do jego rodzinnej wsi.

Autor był bardzo zainteresowany próbami i poprosił Krasowskiego o zgodę na obejrzenie prób generalnych. Niby tak się nie robi, bo nie ma nic gorszego niż żyjący autor…, ale Krasowski zgodził się. I na drugiej generalnej w teatrze pojawił się Drozdowski.

Po próbie Drozdowski długo milczał, a końcu powiedział do Krasowskiego:

– Wie pan, ja pisałem tragedię. A to jest komedia…

– Ale czarna komedia – powiedział Krasowski.

– Nie, nie… to jest świetne wystawienie, jestem bardzo zadowolony. Dziękuję panu, serdecznie dziękuję.

Kto sobie dodaje „no…” przed tekstem

Jest, niestety, dość rozpowszechniona wśród aktorów maniera, polegająca na dodawaniu sobie przed tekstem właściwym „no”. Być może pomaga im to w skupieniu na sobie uwagi widza. Ale jest to po prostu okropne. Tym bardziej że właściwe emocje aktor umieszcza w tym nieszczęsnym „no”, a tekst utworu mówi już bez emocji, na wydechu, po prostu pozbywa się tekstu.

Kazimierz Dejmek znalazł świetny sposób, by tych dodających „no”, oduczyć złych nawyków. Kiedy grający u niego aktor dręczył tekst dodawaniem „no”, Dejmek mawiał:

– Zdaje mi się, że „no” przed tekstem dodają sobie tylko źli aktorzy.

Skutkowało.

 

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bezbronny gazociąg

Przyjęło się mówić i pisać Baltic Pipe a powinniśmy używać pełnego określenia Baltic Pipeline, czyli rurociąg. Mniejsza o nazewnictwo, bo może się wkrótce okazać, że cała nasza nadzieja związana z tą niezwykle ważną inwestycją i świetnie zrealizowaną przez rząd – podkreślmy rząd PiS – pryśnie w powietrze jak bańka mydlana.

Ostatnie wybuchy na Nord Stream 1 i 2 to pokaz siły i szantaż. Oczywiście, że to ruskie dzieło. Najprawdopodobniej całą akcję wymyślono w Rosyjskiej Akademii Nauk w dziale do spraw rurociągów. Kieruje tym wszystkim „mózg” rosyjskich zbrodniarzy prof. Kowalczuk. Jurij syn Walentyna. To na pewno wybitny specjalista w skali światowej, człowiek, na którego Putin stawia. Nic zresztą dziwnego, bo Putin oficjalnie ma doktorat właśnie z zakresu wiedzy o wykorzystaniu zasobów ropy i gazu i o rurociągach, napisany „pod kierunkiem” właśnie profesora Kowalczuka.

W okolicach Bornholmu, bardzo blisko miejsca wybuchów (specjalnie wybranego!) przebiega nasz Baltic Pipeline. Idzie z północy na południe i krzyżuje się z Nord Stream. Ruskie rury leżą na dnie, nasze co najmniej 40 metrów nad nimi. Takie są wymogi techniczne. Te kilkadziesiąt metrów to niewiele. W wypadku wybuchu pod norwesko-polską rurą zostanie ona rozniesiona, a fala uderzeniowa niczym tsunami pomknie z niesłychaną siłą ku polskiemu brzegowi. Wywróci nawet największe statki napotkane po drodze, zniszczy wybrzeże. Taki jest szantaż i ostrzeżenie.

Niebezpieczeństwo, zagrożenie dla naszego rurociągu jest wielkie. Gaz wprawdzie jeszcze nim nie płynie. Za to Nord Streamem 1 i 2 przepływa na pewno i to wielkie ilości. Nord Stream 1 to rocznie do 30 miliardów metrów sześciennych, NS 2 niesie wielkości podobne. Propaganda gospodarcza i wojskowa nigdzie nie ujawnia jak jest naprawdę. Ale tyle może być. Nawet 50 proc. Z tego to bomba o niezwykłej sile rażenia.

Spać spokojnie nie wolno. Tym bardziej, że nie wiadomo kto to wszystko zabezpiecza. Polska przecież praktycznie nie ma okrętów podwodnych, a te „kieszonkowe” mają po 50 lat. To obiekty bardziej muzealne niż bojowe.

Rurarze, gazownicy – módlcie się lepiej do Matki Bożej z Częstochowy! Zdaje się, że znowu potrzebny nam będzie cud jak w 1920 roku, tym razem, aby ocalić rurę i nadzieję na zbawczy norweski gaz.

JAN TESPISKI: Dni grozy w teatrach (12)

Są w teatrze dni niełatwe, trudne i smutne – na przykład po nieudanej premierze. Ale są też dni prawdziwie panedmonijne, dni grozy. I nie mam na myśli dni premier albo wizyty dyrektora na próbach innych reżyserów. Chodzi o dni, pod koniec prób, kiedy aktorzy wychodzą na scenę w kostiumach, żeby obejrzeli ich po raz pierwszy – znaczy aktorów w kostiumach – reżyser i scenograf. Nazywa się to najczęściej „próbą kostiumową” i ten dzień rozpoczyna ostatni tydzień prób przed premierą. 

W takim dniu dochodzi do erupcji emocji ze strony głównie aktorek, które chcą wyglądać dobrze. Co prawda aktorki bywały na przymiarkach, a reżyser przedstawiał – z początkiem prób – projekty dekoracji i kostiumów, ale… każda aktorka chce wyglądać młodo i zgrabnie. W klasycznych sztukach problem jest mniejszy, tym bardziej, że szerokie suknie kryją co niedobre, ale w dramatach współczesnych jest problem.

Taki Witkacy, Brecht, Mrożek, czy już całkiem współcześni młodzi dramaturdzy nie widzą świata pięknym, ich świat jest wykreowany, ma przede wszystkim znaczyć, podkreślać charaktery postaci, główną myśl utworu i scen. I tu zaczyna się konflikt. Z jednej strony mamy aktorki, a z drugiej scenografów i reżyserów.

Jak ma wyglądać aktorka

W jednym z teatrów, w garderobie, przed próbami generalnymi siedziały trzy aktorki. Dwie młode i jedna starsza. Młode starannie charakteryzowały się, zgodnie z projektem scenografa, do sztuki Witkacego. Malowały sobie na czołach i twarzach dziwne esy-floresy, ostre abstrakcyjne linie i podobne im zawijasy – wszystko rodem z malarstwa Witkacego. Starsza aktorka dłuższy czas spokojnie się temu przyglądała, w końcu westchnęła i powiedziała:

– To wy dziewczynki tak chcecie wyglądać?

– Taki jest projekt – odpowiedziała jedna z młodych.

– Ja rozumiem, że jest projekt…, ale aktorka zawsze powinna wyglądać już do następnej roli. Bo te role już macie… A jak przyjdzie jakiś reżyser na spektakl i tak was zobaczy? To co on może wam zaproponować w następnej sztuce? Kaczkę dziwaczkę?

 Sfora

Oczywiście kostium powinien służyć aktorowi, ma być wygodny, ma pozwalać na nieskrępowany ruch, na gesty. Niemniej na próbach kostiumowych dochodzi niekiedy do ogromnych napięć. Dzieje się tak wtedy, gdy aktor – głównie aktorki – czuje się w kostiumie niedobrze. Tu kogoś coś ciśnie, tam zwisa, ówdzie nie pozwala swobodnie oddychać. Na przymiarkach u krawców niby jest dobrze, ale gdy nadchodzi moment prezentacji kostiumu… wybuchają emocje. W jednym z teatrów Dolnego Śląska doszło do takiego zdarzenia:

Doświadczony reżyser wiedział, że najpierw należy przejrzeć kostiumy mężczyzn, dopiero potem pań. I po tym, jak ostatni z obsady aktor zszedł ze sceny, nagle, nieproszony – bo to nie jego rola – odezwał się młody i niedoświadczony scenograf:

– To teraz poprosimy na scenę panie…

I tu zaczęło się piekło. Jak z Dantego. Na scenę, naraz, gwałtownie i z ogromną energia wpadło 10 aktorek. Dobiegły do proscenium, stanąwszy rzędem na całą szerokość sceny i zaczęły – wszystkie naraz – krzyczeć, płakać, zanosić się szlochem. Kilka zaczęło się rozbierać, niemal do bielizny, inne ściągnąwszy żakiety czy płaszcze zaczęło je deptać… Każda – nie zwracając uwagi na koleżanki – miała bardzo wiele do powiedzenia na temat nędzy, okropieństwa i dysformy swego kostiumu. Trwało to jakieś trzy minuty. Bardzo długie i gęste minuty.

W końcu wstał z miejsca scenograf i krzyknął:

– Kto wpuścił aktorki na scenę?!

I nagle zapadła cisza. Pytanie było tak abstrakcyjne, że wszyscy oniemieli. Wtedy, w zupełnej ciszy, reżyser kulturalnie poprosił panie o wchodzenie na scenę pojedynczo. I tak też się stało.

Opowiadał mi to ów reżyser, który stwierdził, że później dwa razy próbował taką scenę wyreżyserować.

– Ale nic z tego nie wychodziło. Zero emocji i zupełna sztuczność. Ale tam na Dolnym Śląsku była to najwspanialsza i najprawdziwsza awantura. Oczywiście dlatego, że wtedy aktorki walczyły o życie.

Eksperyment

Krawcy męscy w teatrach, jak krawcy w ogóle, dzielą się na tych, którzy lepiej szyją marynarki niż spodnie. I odwrotnie – są specjaliści od spodni, którym marynarka nigdy nie wychodzi. Taki przypadek istniał też w Teatrze Polskim we Wrocławiu, za dyrekcji Jerzego Krasowskiego i Krystyny Skuszanki. Niestety krawiec od spodni był dłuższy czas chory i cały garnitur musiał uszyć specjalista od marynarek.

Na próbie kostiumowej jeden z aktorów, wszedłszy w garniturze, zgłosił sprawę spodni.

– Kieszenie w tych spodniach są na wysokości kolan…

– Co z tymi kieszeniami, pani Włodku? – zwrócił się do krawca Krasowski, który w owym czasie uprawiał teatr eksperymentalny.

– Nic. To jest też taki eksperyment. Jak u pana dyrektora.

Kostiumy prywatne

Zdarza się też, że aktorki mają po prostu za nic projekty. Wtedy spiskują z krawcowymi i na próbie kostiumowej wchodzą w czymś, co nijak nie przypomina założeń scenografa. Wiedząc o takim procederze w jednym z teatrów, nowy dyrektor, a zarazem reżyser spektaklu, pilnie baczył, żeby krawcowe szyły dokładnie to – i dokładnie tak – jak jest na projekcie. Odwiedzał pracownię damską i widział tam rzeczy dziwne. Ale postanowił nie reagować, postanowił zezwolić na „wypowiedzenie się” krawcowych i aktorek Wiedział, że na tydzień przed premierą nie będzie już czasu na szycie nowych kostiumów, i dlatego aktorki wraz z krawcowymi liczą, że będzie musiał zaakceptować wytwory ich gustu.

Na próbie kostiumowej spokojnie obejrzał panie w kostiumach. Potem poprosił o projekty i zaczął porównywać je z rzeczywistością.

– To w końcu kto projektował, to co teraz widzę na scenie? Bo z projektami scenografa nie ma to nic wspólnego. Nawet materiały są inne…

– Bo panie prosiły, żeby szyć inaczej, bo według projektów to one wyglądałyby niedobrze – odezwała się szefowa krawcowych.

– W takim razie trzeba będzie szyć kostiumy jeszcze raz.

– Ale jak? Na tydzień przed premierą? – chórem zakrzyknęły aktorki.

– A właśnie, zapomniałem Państwu powiedzieć, że premierę musimy przesunąć na po wakacjach. Tak więc zdążymy.

– A co z tymi kostiumami? – niepewnie zapytała krawcowa.

– Nic. Teatr wyceni robociznę pań krawcowych, dodamy koszt materiałów i obciążymy tym panie aktorki. Myślę, że skoro im się te kostiumy podobają, to mogą w nich chodzić prywatnie.

I tak się też stało, że aktorki prywatnie chodziły w kostiumach, w których było im „do twarzy”. Ale dyrektora już nie polubiły.

Gdzie praktykował scenograf?

W jednym z mniejszych teatrów w centrum kraju, gdzieś tak około 1980 roku, postanowiono wystawić „Hioba” Karola Wojtyły. Utwór jest w gruncie rzeczy poematem teatralnym pisanym na Teatr Rapsodyczny i dla dzisiejszego teatru niezwykle trudny.

Próby przebiegały w ogromnej ekscytacji, a nawet egzaltacji – aktorów i miasta. Niemniej musiało dojść do próby kostiumowej. Tu trzeba zaznaczyć, że projekty kostiumów powierzono bardzo dobremu malarzowi, który jednak dotychczas nigdy nie robił nic dla teatru. Ponieważ również reżyser nie miał zbyt dużego doświadczenia doszło do poniższego zdarzenia.

Na scenę ciężkim krokiem, powoli wszedł jeden z aktorów, człowiek już starszy. Był ubrany jakby w długą do kostek, antyczną tunikę, ale z grubego, haftowanego złotem materiału.

– Pięknie – wykrzyknął reżyser.

– Tak, jest bardzo dobrze – powiedział scenograf.

– Ale ja – odezwał się aktor – nie mogę w tym wcale chodzić. Po co pod tym płaszczem mam jeszcze trzy warstwy jakichś tunik, czy czegoś tam… Ja wszedłem przed chwilą na wagę i ten kostium waży 35 kilo.

– Tak jest dobrze, oni tak właśnie chodzili – powiedział reżyser.

– Ale nie grali w czymś takim.

–Tak zostanie – uparł się reżyser.

Wtedy aktor padł na kolana, wyciągnął błagalnie przed siebie ręce, jak Hiob błagający Boga o litość i powiedział:

– Boże, czyżby scenograf przedtem u kata praktykował?

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Kronika zapowiedzianej śmierci

Daleki jestem od hurraoptymizmu, jeśli chodzi o zwycięstwo Giorgii Meloni i Braci Włochów w wyborach parlamentarnych we Włoszech. Owszem, cieszy mnie bardzo to, że Włosi zagrali na nosie bezczelnej Brukseli, która ustami Ursuli von der Leyen usiłowała ich straszyć, że „jeśli nie wybiorą kogo trzeba, czeka ich los Polski i Węgier”. Cieszy mnie również to, że w kolejnym europejskim kraju nie będzie rządziła tęczowa świrownia. Natomiast jak to zwycięstwo ma się bezpośrednio do Polski, to się dopiero okaże, zapewne wobec pierwszych decyzji nowej premier Włoch.

A jej sytuacja wcale nie będzie łatwa. Antydemokratyczny zamordyzm Brukseli, jak zdążyliśmy już odczuć na własnej skórze, nie ogranicza się do bezczelnych słów von der Leyen. To dopiero przedsmak. Bruksela może zacząć głodzić Włochy, tak jak głodzi Polskę i Węgry. Finansowane niemieckimi i brukselskimi (czyli również naszymi i włoskimi) pieniędzmi fundacje i fundacyjki zawsze mogą też zadbać o odpowiednią temperaturę niepokojów społecznych. A „wiodące media” w całej Europie mogą zrobić Włochom taką kocią muzykę, jaka psuje Polsce reputację od siedmiu już lat. Zresztą, przedwyborcze wycia na temat powrotu „włoskiego faszyzmu” to doskonały demonstrator możliwości w tym zakresie. No i, co być może najważniejsze, na swoje nieszczęście Włosi są już w strefie euro, a to oznacza, że klucze do ich stabilności finansowej, nie leżą w Rzymie, co w połączeniu z wysokim zadłużeniem, może się okazać doskonałą dźwignią wpływu.

Być może więc polskie nadzieje, na to, że wygrana Meloni i Braci Włochów we Włoszech, zmienią układ sił w Unii Europejskiej, okażą się płonne. A być może nieprawdopodobna energia kobiety, która przestraszyła brukselskich zamordystów, jednak okaże się górą, czego nam wszystkim życzę.

To nie koniec

Niezależnie jednak co z tego w ostatecznym rozrachunku wyniknie, to zwycięstwo jest ważnym znakiem, mam nadzieję fundamentalnej zmiany w Europie. No bo popatrzcie, Polska i Węgry, wiadomo, można zwekslować na chwilową aberrację (choćby i trwającą kilka lat). Ale Szwecja i Włochy? No ja wiem, zapewne większość szwedzkiej prawicy jest na lewo od naszej lewicy, ale jednak dla Szwedów jej wygrana w wyborach to kopernikański przewrót podbudowany strachem przed konsekwencjami lewackich eksperymentów społecznych, którym Szwedzi są poddawani od kilkudziesięciu lat. O Włochach już pisałem, oby okazali się konsekwentni. Można tylko dodać, że tradycyjnie są dość „germanosceptyczni”, a lata drenażu Włoch w służącej jedynie Niemcom strefie euro i włoskie konsekwencje niemieckiej polityki „herzlich willkommen”, raczej tu nie pomogły. A to nie koniec! W Hiszpanii również, po wyborach parlamentarnych w 2023 roku, szykuje się zmiana warty. Wprawdzie najlepiej radząca sobie w sondażach hiszpańska Partia Ludowa, przypomina raczej naszą Platformę Obywatelską, ale szybko rośnie również prawicowy VOX, który może współtworzyć przyszłą koalicję rządzącą. Hiszpanie zaś z kolei mają żal do Francuzów o zablokowanie gazociągów, którymi hiszpański gaz mógłby płynąć do Europy w zastępstwie rosyjskiego.

Silnik zgrzyta

Jak to się wszystko ciekawie układa. Oto niemiecko-francuski „silnik”, któremu przewróciło się w tłokach, miał ambicję rządzenia całą Europą. A tymczasem na własne życzenie cywilizacyjnie osłabiony i moralnie skompromitowany litościwie ujmując – ambiwalentną – postawą wobec rosyjskiego barbarzyństwa, zgrzyta i charczy. Utraciwszy sojuszniczą wiarygodność, doprowadził do sytuacji, w której Stany Zjednoczone wolą postawić na Polskę, a reszta europejskich krajów, za wyjątkiem kompletnych dworaków i służalców z Beneluksu, ma go serdecznie dosyć. Jedni ze względu na bezmyślną putinofilię, inni ze względu na brutalne łamanie demokratycznych kręgosłupów narodom w celu budowy opartego na chorej ideologii patologicznego „państwa berlińsko-brukselskiego”.

Czym to się skończy? Nie wiem. Być może niczym. Ale na razie projekt budowy neomarksistowskiego totalitarnego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, zdaje się chwiać w posadach. Okazało się, że Europejczycy mają jeszcze więcej instynktu samozachowawczego niż się neobolszewikom wydawało. Tacy jak komisarz Timmermans, holenderski Sancho Pansa i autor planu dziesięcioletniego podniesienia cen wszystkiego, chyba jednak przegiął i udało mu się przyczynić do kryzysu, który wykroczy poza fasadę „konferencji w sprawie przyszłości Europy”. Czyżbyśmy oglądali na żywo polityczną „Kronikę zapowiedzianej śmierci”?

Niektórzy mówili, że tak będzie.