Ważny apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO i informacja PORTALU SDP.PL w sprawie rosyjskich propagandystów

To, że dziennikarze popierają aktualnie panującą władzę – nie nowina. Sęk w tym jak to robią. Jedni przekonują, że myślą tak samo jak decydenci i to jest usprawiedliwieniem, które można przyjąć za wiarygodne. Tak przecież może być. To jest do przyjęcia. Tak głosowali i tak teraz piszą. Inni – „bo muszą”: mają do spłacenia raty, człowiek jest wielodzieciaty, pole manewru małe, albo już w kościach skrzypi i zawodu nie da się zmienić. No, można zrozumieć.  Ale są też osobniki bezwstydnie. Klepią co im napisano, piszą wszystko co kazano. Dyskontują to przy kasie.
Póki co, kłamstwa u nas to tylko pyskówka, żenada i manipulowanie otumanioną gawiedzią. Zresztą coraz więcej ludzi w ogóle mediów nie słucha, nie czyta, nie ogląda.
Oto dzienniki regionalne. W aglomeracjach liczących po kilka milionów mieszkańców (np. na Śląsku razem z rejonem częstochowskim i bielsko-bialskim). Nakłady dzienne to zaledwie kilkanaście tysięcy. Pod własnością niemiecką miały ograniczenia publicystyczne przede wszystkim w kwestiach odpowiedzialności za II wojnę światową i w ogóle w krytykowanie naszego pseudo wspólnika w UE. Teraz oczywiście to się zmieniło. Obajtek zarządził odkupienie. I dobrze. Ale to co jest krytyczne, waleczne, dążące do informowania bez manipulacji i ograniczenia krytyki tylko do politycznych przeciwników – pozostawia wiele do życzenia.
W kapitaliźmie ludzie wędrują „za pracą”. U nas przywiązani jesteśmy do „naszej” płaczącej wierzby, a nawet śmierdzącego strumyka.
To samo mają ruskie. Żurnaliści mocarstwa na glinianych nogach tak strasznie kochają swój kraj, że popierają a nawet namawiają do zabijania i męczenia tych, którzy zerwali się z łańcucha. Zabieramy Rosjanom wizy. Zerwijmy również i kontakty dziennikarskie. Jeśli ktoś nawołuje do „nasilenia ataków” na ludność cywilną, do niszczenia miast i infrastruktury, agituje by postępować jeszcze ostrzej, grozi atomowym atakiem – toż to przecież taki sam bandyta jak wykonawcy zbrodni. Tyle, że bezpośredni wykonawca to ogłupiała i chciwa anonimowa masa, a dziennikarze to elita – byli edukowani, długo i drogo. Skreślmy ich! Dawno już powinno to być zrobione. Po co takie międzynarodowe organizacje dziennikarskie.
Lakoniczne oświadczenia i werbalne potępienia już nie wystarczą. Szala zbrodni sięgnęła dna. To już nie kłamstewka, kłamstwa. To działalność, głoszenie poglądów, nawoływanie zbrodnicze. Trzeba wyrzucić rosyjskich dziennikarzy z międzynarodowej federacji europejskiej i światowej. Na nic dziś EFJ i IFJ*. To trupy. A szkoda, bo one zrzeszają ponad 600 tysięcy dziennikarzy .
Ma być zimno. W domach i biurach. Ale już jest obojętnie i zimno wobec męczeństwa torturowanych i zabijanych. Przecież nie tak daleko od nas kremlowscy bandyci w rosyjskich mundurach, Rosjanie, zabili ponad 300 dzieci, ranili 700. Wiąże się ludziom ręce drutem i wpycha do dołu. Nic o tym na ruskim ekranie. W ruskich gazetach. Rzeczniczka władzy, utytułowany profesor, wreszcie „reporterzy” i „publicyści” prześcigają się w dogadzaniu putinowskiej władzy.
Jak długo jeszcze będziemy ich nazywać dziennikarzami, czyli naszymi kolegami, jak długo słuchać będziemy ludzi bez sumienia nazywając ich rzecznikami, naukowcami?
Stefan Truszczyński
22 września 2022 r.
                                                                             ***
* Drogi Stefanie,
rozumiem Twoje wzburzenie powszechnym w świecie przyzwoleniem na rosyjską propagandę sławiącą morderstwa, gwałty, rabunki i inne łajdactwa Putina na Ukrainie i nazywaniem tego ścieku dziennikarstwem. Na świecie być może jest to niestety możliwe, ale na pewno nie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. U nas nie ma na to zgody!
Jesteś publicystą ważnym dla naszego środowiska i nie tylko, zatem, wybacz, ale pozwolę sobie na jedną uwagę.  W Twoim felietonie zabrakło mi tylko informacji, że to właśnie dzień po agresji Moskwy na Ukrainę, jako pierwsza organizacja dziennikarska na świecie, SDP zaapelowało do międzynarodowych stowarzyszeń, m.in IFJ oraz EFJ (International Federation of Journalists, European Federation of Journalists) o wyrzucenie ze struktur rosyjskich stowarzyszeń i związków dziennikarskich. Uznaliśmy bowiem, że nie ma w tej sytuacji „dobrych” Rosjan w kremlowskich mediach.
Nie posłuchano nas. Co prawda w EFJ nie ma już jednej ewidentnie proputinowskiej organizacji rosyjskich dziennikarzy, ale jest druga, której pozostawienie w demokratycznej strukturze budzi moje wątpliwości. Skadaliczne jest natomiast, to że w IFJ pozostawiono to pierwsze prokremlowskie stowarzyszenie…
Masz rację Stefanie, IFJ i tylko w niewiele mniejszym stopniu EFJ to nie są federacje żyjące prawdziwymi problemami dziennikarskiego świata. Dałem temu wyraz w serii publikacji z czerwcowego zjazdu EFJ na sdp.pl. Pisałem, że gdyby nie obecność delegatów z Ukrainy, Polski
i Litwy skończyłoby się na płomiennym oświadczeniu poparcia dla walczącego i spływającego krwią kraju i niebiesko-żółtych wstążeczkach na garderobie dziennikarek, szczególnie tych z Niemiec i Francji.
Na szczęście udało się wypracować ważną uchwałę potępiających rosyjskich propagandystów, nadal niestety powszechnie nazywanych na Zachodzie „dziennikarzami”. Pisałem też, że sporą część obrad zajęło relacjonowanie sytuacji środowisk LGBT w Europie oraz ostatecznej definicji określenia „gender”. Gdyby nie było wojny, nawet takie polityczne poprawne elukubracje (część z nich przedstawiał wraz z krytyką polskiego rządu przedstawiciel Towarzystwa Dziennikarskiego) może znieśliby wszyscy delegaci. Ja jednak, podobnie jak dwoje Ukraińców i Litwin, tego nie zniosłem…
Zatem należy reformować EFJ i IFJ, przypominać zapatrzonej w siebie dziennikarskiej Europie, że nie możemy uznawać ruskiej machiny propagandowej za „środowisko dziennikarskie”. I tu się zgadzam z Tobą Stefanie. Tyle tylko, że my, jako SDP zrobiliśmy to już kilkanaście godzin po zaatakowaniu przez Putina Ukrainy a i wcześniej potępialiśmy ich wielokrotnie. Więcej obwieszczamy to niemal co tydzień. Pod koniec lata nie tylko w ukraińskich mediach głośno było o naszym oświadczeniu z propozycją uznania rosyjskich propagandystów udających dziennikarzy za zbrodniarzy wojennych. I tej aktywności SDP należy często przypominać, co niniejszym czynię prosząc Cię również o to.
Pozdrawiam
Hubert Bekrycht
sekretarz generalny SDP,
red. nacz. portalu sdp.pl
23 września 2022 r.

O niezwykłej postaci pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Mąż zaufania Piłsudskiego – Walery Sławek

25 września 1908 r. był jednym z liderów PPS-Frakcja Rewolucyjna, grupy kierowanej przez Józefa Piłsudskiego grupy , która w napadzie na pociąg pocztowy na małej podwileńskiej stacji Bezdany konfiskuje 200 tys. rubli należących do rosyjskiej kasy rządowej. Późniejszy premier Walery Sławek stoi na czele bojowców, którzy przebrani za pasażerów rozbrajają wojskową eskortę.

9 czerwca 1906 r. bierze udział w akcji na pociąg pocztowy pod Milanówkiem. Gdy montuje bomby na torach, jedna z nich wybucha mu rękach. „miałem wrażenie jakiegoś straszliwego łomotu. Jakby parowóz wjeżdżał mi na głowę. (..) Gdy lewą ręką otarłem powieki, poczułem, że z palców sterczą kostki. Przyszła mi myśl jasna i wyrazista, że jestem ślepy i bez rąk. I jadowity sarkazm, że trzeba będzie iść chyba pod kościół na żebry. Zwróciłem się do kolegów, żeby mnie dobili”. Sławek przeżył wypadek, ale stracił lewe oko i ogłuchł na jedno ucho, miał okaleczone ręce, poszarpaną twarz i piersi.

W 1914 r. Piłsudski bierze Sławka do sztabu I Brygady Legionów. Pełniąc nadal oficjalne funkcje w kierownictwie PPS zostaje, wedle słów Bogusława Miedzińskiego, „osobistym ambasadorem” Komendanta.

Stały dostęp do Marszałka

Piłsudski, zaufawszy Sławkowi, powierza mu organizację Związku Walki Czynnej i kontrolę nad partyjnymi finansami. „Sławek staje się niejako urzędowo mężem zaufania Piłsudskiego i wiernym wykonawcą jego zamiarów i planów” – czytamy w książce przedwojennego dziennikarza Konrada Wrzosa „Piłsudski i piłsudczycy”. Kilka lat później, na gwiazdkę 1924 r., Piłsudski ofiarowuje Sławkowi swoją książkę „Rok 1920” z dedykacją: „Kochany Gustawie. (..) Jesteśmy jak dwa stare, niezmęczalne konie, co chodzą często jakimiś wertepami osobno, spotykając się na prostym gościńcu swego życia raz po raz, by się przywitać wesoło i stanąć razem do ciągnięcia tej samej bryki”.

W kontaktach prywatnych zostają przyjaciółmi. Sławek jako jeden z niewielu ma stały osobisty dostęp do Marszałka. Przyjmowany jest zawsze i natychmiast. W późniejszym okresie często gości w Sulejówku, z rodziną Marszałka spędza nawet wigilie. We wspomnieniach Aleksandry Piłsudskiej czytamy: „Gdy zapowiedziane było przyjście Sławka, zawsze musiały być śledzie zapiekane z grzybami, bo była to jego ulubiona potrawa”. Sławek „bywał w Belwederze często, zazwyczaj nocą. I Piłsudski zachodził do Sławka na ulicę Chopina 1, na długie rozmowy z nim i z innymi” – pisze w „Kronice życia Józefa Piłsudskiego” Wacław Jędrzejewicz, jeden z bliskich współpracowników Sławka.

„BeBe”

Był tytanem pracy. Wszystko, co robił nie służyło jego własnej karierze. „Wśród polskiego snobizmu był to człowiek nadzwyczajnie prosty, skromny (..), w którym dygnitarstwo nie zmieniło nic z duszy, z serca, z obyczajów, pozostał biednym, trochę marzycielskim inteligentem” – pisał Stanisław Cat-Mackewicz w swojej Historii Polski – „Sławek był to typ najbardziej sienkiewiczowski ze wszystkich „pułkowników”, widzimy go doskonale w roli Skrzetuskiego i na „dzikich polach” i w dysputach z Chmielnickim”.

„Oto spiskowiec, emisariusz, żołnierz, bohater. Oto przyjaciel zmarłego Marszałka. Łączyło ich braterstwo poglądów, upodobań, nastrojów. Razem tworzyli legendę zmartwychwstania Polski” – czytamy w wileńskim „Słowie” z maja 1938 r.

Po przewrocie majowym Sławek dużo czasu spędza w Belwederze. Marszałek powierza mu zadanie tworzenia organizacji politycznej sanacji, która z poparciem różnych odłamów społeczeństwa – od lewicy, do prawicy, wygrałaby wybory parlamentarne i była silnym oparciem dla rządu. „Na nas dzisiaj spada obowiązek specjalny; nauczyć troski o Państwo, które nie na darmo zostało zdobyte, zaszczepić w społeczeństwie zaufanie do własnych sił i pobudzić je do zmagań o rozbudowę swojej przyszłości. (..) Służba na rzecz Państwa i jego potęgi niech będzie naszą ambicją i radością” – mówił w wywiadzie dla „Głosu Prawdy” z 8 grudnia 1928 r.

W styczniu 1928 r. ogłoszona zostaje deklaracja Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Sukces wyborczy bloku w marcu tego roku (zdobycie ponad 25 proc. głosów) sanacja zawdzięcza ciężkiej, wielomiesięcznej pracy Sławka. Dodać należy, że były to pierwsze wybory w niepodległej Polsce, które zostały częściowo sfałszowane. Sławek zostaje prezesem BBWR i szefem jego klubu sejmowego, nazwanego pogardliwie przez przeciwników Bezpartyjnym Blokiem Wyjących z Rozpaczy, lub w skrócie „BeBe”.

BBWR to próba stworzenia pozytywnego programu rządzenia, w miejsce dotychczasowej polityki negacji rządów przedmajowych. Prócz Sławka blok nie posiada jednak silnych indywidualności. Napływa do niego „mnóstwo aferzystów i karierowiczów, czuł do nich wstręt, jak Piłsudski, gdy mówił, że go wszy oblazły” – pisze Mackiewicz.

Utworzenie bloku jest, po akcji bezdańskiej, kolejnym przewrotem w życiu Sławka. Porzucając ostatecznie mundur bojowca staje się jednym z głównych aktorów sceny politycznej. We wrześniu 1930 r. czołowi opozycjoniści zostają osadzeni w twierdzy w Brześciu nad Bugiem. Sławek usprawiedliwia akcję: „Partie te w formie wykrętno-spryciarskiej co prawda, ale niemniej jasnej (..) dążyły do wywołania interwencji obcych czynników w nasze stosunki wewnętrzne”.

Dyżurny ideolog kraju

„Wierzę, że możemy przejść do historii z nie mniejszą sławą niż Sejm czteroletni” – mówił na jednym z posiedzeń BBWR. Uważa, że po przewrocie majowym nowa konstytucja jest priorytetem dla państwa.

Sławek staje się pierwszym ideologiem obozu. W roli politycznego teoretyka czuje się dużo lepiej niż w praktycznym kierowaniu państwem. Mimo, iż nie jest on jedynym autorem konstytucji, nosi ona wyraźne piętno jego poglądów. Ich trzon stanowią zapisy o zespoleniu wszystkich obywateli w pracy dla państwa, które jest wartością nadrzędną, wzmocnieniu władzy prezydenta, przy ograniczeniu znaczenia Sejmu.

Przeciwko projektowi występuje cała opozycja, zarzucając Sławkowi chęć wprowadzenia w Polsce ustroju autorytarnego. Sławek jednak, wzorem Piłsudskiego „uważał, że nie należy zwracać uwagi na to, co mówi opozycja, nie należy z nią dyskutować i jej odpowiadać, tylko robić swoje, realizować swoją politykę” – pisze Andrzej Micewski.

Sławek dał państwu konstytucję. Aby zapewnić jej wprowadzenie Piłsudski uczynił go po raz trzeci premierem. „Piłsudski czuł się bardzo chory, zażądał więc, aby premierostwo oddane było człowiekowi, któremu ufał bezgranicznie” – pisze Mackiewicz. W lipcu 1935 roku za opracowanie konstytucji Sławek uhonorowany został przez prezydenta Mościckiego Orderem Orła Białego.

Państwo samorządowe

Piłsudski nie zostawił politycznego testamentu. „Wydawało się, iż uznano raczej milcząco, że obowiązuje ta część ustnego testamentu Marszałka, która mówiła o Sławku jako o jedynym następcy Mościckiego” – pisał Władysław Pobóg-Malinowski w swojej Historii Polski. Historycy cytują zdanie, jakie wypowiedzieć miał Piłsudski do Mościckiego w 1933 r.: „Sądzę, że gdy będziesz zmęczony, to na twoje miejsce miejsce powinien przyjść Sławek”. Janusz Jędrzejewicz uważa, że w 1935 r. „pozycja Sławka w świecie starych towarzyszy broni nie budziła żadnych wątpliwości”. Sam Sławek, wedle słów Mackiewicza, „czekał aż Mościcki zgodnie z dyrektywą Piłsudskiego prezydenturę mu ustąpi”.

Szybko okazało się, że nikt nie zamierza przywiązywać do słów Marszałka jakiegokolwiek znaczenia. Konflikty w sanacji, łagodzone przez Piłsudskiego, po jego śmierci pogłębiły się. Rozpoczęła się bezpardonowa walka o stołki. Głównymi jej aktorami była grupa pułkowników skupiona wokół Edwarda Śmigłego-Rydza, Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych i bardziej liberalna grupa zamkowa prezydenta Mościckiego. Obie grupy uważały, że Sławek na urzędzie prezydenta nie da sobie rady, a Piłsudski przeznaczył go do tej roli, nie przewidując swojej śmierci. „Przypominało to spory średniowieczne o właściwe rozumienie Pisma Świętego. W rzeczywistości szło o to, kto znajdzie się przy władzy” – pisze Adam Pragier.

Duch Komendanta

Odsunięty od polityki, która była jedynym sensem jego życia, osamotniony, 2 kwietnia 1939 r. popełnił samobójstwo w swoim mieszkaniu przy Alei Szucha 16 w Warszawie. Tylko w ten sposób mógł zaprotestować przeciw niweczeniu dzieła Komendanta. Jędrzejewicz porównuje Sławka do bohatera narodowego Japonii, generała Nogi, który odszedł, nie mogąc się pogodzić ze śmiercią swego cesarza.

„O godz. 6 pp., Sławek zaczął palić wszystkie swoje listy, papiery, dokumenty; poczucie odpowiedzialności i konspiracji nie opuszczało go nigdy, potem swoim dziecinnym trochę pismem napisał na kawałku papieru: „Odbieram sobie życie. Nikogo proszę nie winić”. Poniżej dodał: „Spaliłem papiery o charakterze prywatnym, a także wręczone mi w zaufaniu. Jeżeli nie wszystkie, proszę pokrzywdzonych o wybaczenie. Bóg wszystko widzący może mi wybaczy moje grzechy i ten ostatni” – relacjonuje Cat-Mackiewicz – Strzelił do siebie z browninga, którego używał w czasach PPS. „Była godz. 8.45 wieczorem. Niedziela. Piłsudski umarł także w niedzielę o godz. 8.45. wieczorem. Duch Sławka podążył do przyjaciela. (…) Czuł się jak wierny pies, który nie potrafi spełnić swego obowiązku”. Zmarł nazajutrz w klinice wojskowej.

Klęska Sławka była klęską działającego w konspiracji ideowca, który nie potrafił w niepodległym państwie przejść na tory skutecznego działania legalnego. Będąc u szczytu władzy zachowywał się jak wieczny opozycjonista, któremu marzy się lepsza przyszłość swojej Ojczyzny. Był wielkim człowiekiem, ale miernym politykiem.

Sławek miał nadzieję, że jego odejście wpłynie na złagodzenie sporów w sanacji. Nieoczekiwana i manifestacyjna śmierć wywołała co prawda wstrząs w ekipie rządzącej, ale nie spowodowała zmiany jej polityki, co tragicznie odbiło się pięć miesięcy później, we wrześniu 1939 r.

    ***

„I czekał w grobie śród klęski swej ciemnej, I z poległymi przeliczał ruiny, Strzelec tragiczny, wróżbita daremny, Smutniejszy od nich, bo sam pełen winy” – napisał Kazimierz Wierzyński w kwietniu 1940 roku, w rocznicę śmierci Sławka – „Rok temu echo samotnego strzału każdy odpędzał niedbale od ucha, Strzał się oddalał, rozwiewał pomału: Dziś go jak gromu z otchłani się słucha”.

 

 

JAN TESPISKI: Spatify i inne szlachetne miejsca (11)

Za komuny, w większych miastach istniały oazy przyjemnego wieczornego pobytu. Były nimi lokale restauracyjne Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu. Istniały też podobne w założeniach kluby-restauracje plastyków i dziennikarzy, ale to już nie było to samo. Dziennikarze byli zbyt poważni i pisali jednak w państwowych „organach”, a plastycy mówili językiem zrozumiałym jedynie przez plastyków.

Zatem Spatify były jedyne w swoim rodzaju. Tu trzeba wyjaśnić, że w minionych czasach po 22-ej nie było się, gdzie spotkać, napić i zabawić w kulturalnych warunkach. W takiej Łodzi po 22-ej – poza Spatifem – można się było spotkać raptem w trzech restauracjach. Ale było tam drogo i niebezpiecznie. No i tańczono tam dosłownie do upadłego, więc o jakiejkolwiek rozmowie nie było mowy.

Zawsze wzrusza mnie wspomnienie łódzkiego lokalu Casanova. Drzwi do tej restauracji były obite grubą blachą, a na wysokości głowy było otwierane małe okienko, zupełnie jak więzienny judasz. Nocami pod tymi drzwiami kłębił się zawsze tłumek niedopitych, a najbardziej zdeterminowani z niedopitków kopali w drzwi, wrzeszcząc przy tym obelżywości pod adresem obsługi. Gdy atmosfera robiła się groźna, nagle otwierały się drzwiczki judasza i ochroniarz rzucał w tłum krótkie: „Czego, k..wa?” Wtedy któryś z atakujących doskakiwał do judasza z najgorszymi ze znanych przekleństw. Reakcją była piącha, która wylatywała z okienka, które się natychmiast zatrzaskiwało. Huknięty piąchą jakoś zawsze się zbierał i smutny szedł do domu.

A w Spatifach było kulturalnie, elegancko i miło. Towarzystwo artystów trzymało styl, choć i tam oczywiście dochodziło do awantur, ale były to awantury rzadkie i na poziomie.

Po tym wstępie przejdźmy do wspomnień.

Nie biorą

Zacznijmy od klasycznej anegdoty, której udziałowcami byli Adolf Dymsza oraz Mieczysław Moczar. Jedni utrzymują, że zdarzenie miało miejsce w warszawskim Spatifie, drudzy, że u plastyków…, ale naprawdę miało miejsce.

Pod koniec lat sześćdziesiątych Mieczysław Moczar, człowiek ponurej ubeckiej proweniencji, postanowił zrobić prawdziwą, wielką karierę polityczną. Marzyło mu się, ponoć, zostać Pierwszym Sekretarzem KC PZPR. Wykalkulował, że dobrze byłoby „ocieplić swój wizerunek”, zaczął więc pokazywać się w miejscach modnych. Między innymi w Spatifie, w którym bywali ludzie sztuki, także Dymsza.

Pewnego razu do drzwi aktora zadzwonił posłaniec i wręczył mu paczkę. Była w niej najdroższa, nieosiągalna wtedy w Polsce wędka. Skąd Moczar wziął takie cudo – bo to on był nadawcą paczki? Lepiej w to nie wchodźmy.

Kilka dni później w Spatifie, niedaleko stolika Dymszy, siedział Moczar. W pewnym momencie wychylił się do aktora i zapytał:

– I jak tam, panie Dodku, biorą rybki, biorą?

– Nie biorą, prawda, boją się! – odparował Dymsza.

Podobno po tym zdarzeniu Moczar zaprzestał pokazywać się w dobrych lokalach.

Pan go puści

Do krakowskiego Spatifu, przy Placu Szczepańskim, mogli wchodzić jedynie posiadacze klubowych kart. Ale to była czysta fikcja, bo ochroniarze wpuszczali właściwie wszystkich artystów, a jeżeli były kłopoty, to ktoś z sali potwierdzał, że gość jest odpowiednim gościem. Od czasu do czasu jednak, zarząd Stowarzyszenia postanawiał zaprowadzić porządek i nakazywał ściśle przestrzegać obowiązku posiadania kart.

Na domiar złego w pewnym momencie zatrudniono jako ochroniarzy byłych bokserów. Ci rozbudowani mięśniowo osobnicy zupełnie nie znali artystów, więc nie chcieli wpuszczać nawet znamienitości krakowskiej sceny. I skończyło się jak to u nas – po niedługim czasie rygory kartkowe poluzowano.

Częstym bywalcem lokalu był Marian Cebulski, prezes krakowskiego Spatifu, który z racji urzędu miewał w sprawie wpuszczania zdanie ostateczne.

Pewnego wieczoru w wejściu stanął ogromny bokser wagi ciężkiej, w wyciągniętej nad swoją głowę ręce trzymał za klapy marynarki znanego krakowskiego poetę W., zresztą bywalca klubu.

– Panie prezesie, ten tu mówi, że pana zna… – rzucił gromkim głosem przez całą salę, w kierunku Cebulskiego.

– Pan go puści – odkrzyknął prezes.

Bokser otworzył dłoń i poeta runął jak długi pod jego nogi. Czy był pijany? Różnie mówiono.

Koledzy, proszę o uwagę

Z początkiem lat sześćdziesiątych w warszawskim Spatifie ekipa filmowa jadła późną kolację. Rozmawiali cicho, zmęczeni dniem zdjęciowym. Wśród ekipy był Stanisław Łapiński, który milczał, ale od czasu do czasu bacznie lustrował salę. Naraz wstał.

– Koledzy, ja bardzo proszę o uwagę – mocnym głosem powiedział Łapiński i zadzwonił łyżeczką w szklankę. – Ja koledzy, muszę powiedzieć, że gdyby dzisiaj pensje aktorów były takie jak przed wojną, i stać by było każdego na wynajęcie mieszkania, to – koledzy – połowy kolegów by w Warszawie nie było. Dziękuję.

Usiadł i już milczał do końca kolacji.

Co on mówi?

W latach siedemdziesiątych nieodłączną parę w łódzkim Spatifie stanowili: reżyser filmowy Grzegorz Królikiewicz i aktor Franciszek Trzeciak. Żeby było powiedziane do końca – Trzeciak był jakby przybocznym reżysera. Właśnie – w 1973 roku – wszedł na ekrany film Królikiwicza „Na wylot”. Bardzo dobrze przyjęty przez krytykę, mniej entuzjastycznie przez widzów. Gwoli prawdy – film był świetny, nowoczesny i mądry.

Przy dwóch sąsiadujących stolikach siedzieli: Kólikiewicz, Trzeciak i jakaś pani, przy drugim Bogdan Wiśniewski – aktor, kolega z roku Trzeciaka, z dwiema osobami.

Naraz Trzeciak zagadnął Wiśniewskiego:

– Boguś, ty widziałeś nasz film?

– Poszedłem nawet do Wisły, ale że było tylko pięciu widzów, to odwołali.

– Na dobre filmy publika nie chodzi… – Trzeciak był nadal zadowolony.

– A byłeś na „Tylko dla orłów”? Pełna sala.

Trzeciak spanikował, nie wiedział co powiedzieć, w końcu zwrócił się do Królikiewicza:

– Grzesiu, Grzesiu, co on mówi, no co on mówi?

Sukces życia

W krakowskim Spatifie panowała atmosfera dobrej zabawy. Może stare mury, co niejedno widziały pobudzały do żartów. Opowiadał mi pewien reżyser, że największy, życiowy sukces osiągnął w krakowskim Spatifie właśnie.

– Byłem na studiach reżyserskich w krakowskiej PWST, od czasy do czasu wybieraliśmy się do Spatifu, było miło i niedrogo. Pewnego dnia, gdzieś tak około pierwszej w nocy wpadła mi do głowy taka zabawa. Zaproponowałem, że nakręcimy film. Wszyscy na sali się zgodzili, kelnerzy także. Jeden z kolegów udawał kamerę i ładnie terkotał. Drugi krzyczał „klaps”. Postanowiłem wyreżyserować „Wyjście kelnerów z kuchni”. A propos „Wyjścia robotników z fabryki” braci Lumiere… O dziwo wszyscy zgodzili się. Wyznaczyłem drogi, wypróbowaliśmy tempa i rytmy. Nic wielkiego, ale wszyscy się dobrze bawili. Minęło jakieś pięć lat, byłem w Krakowie i zajrzałem do Spatifu, była – to ważne – trzecia po południu. Jadłem spokojnie obiad, ale zauważyłem, że z zaplecze pojawia się coraz więcej kelnerów i kucharzy i oglądają mnie. Naraz jeden z kelnerów podchodzi do mnie i mówi:

– Koledzy proszą, że jeżeliby miałyby być dzisiaj jakieś zabawy… to, żeby najdłużej do drugiej w nocy.

I tak właśnie – kontynuował reżyser – zrobiłem kilka niezłych spektakli, miałem nawet jakieś sukcesy, ale to, że po pięciu latach nadal mnie pamiętano w krakowskim Spatifie jest moim największym osiągnięciem.

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Putin zmobilizował Rosjan?

„Rosja nigdy nie jest tak silna ani tak słaba jak się wydaje” – nie wiadomo komu tę maksymę przypisać, jedni twierdzą, że jest autorstwa Bismarcka, inni, że de Talleyranda, a jeszcze inni, że Józefa Piłsudskiego. Tak czy siak, staram się by to powiedzenie, w miarę możliwości chroniło mnie przed myśleniem życzeniowym na temat Rosji.

Mimo to gotów jestem zaryzykować stwierdzenie, że decyzja Władimira Putina (na pewno rządzi tam jeszcze Putin, czy tylko mają kilka kukieł na różne okazje?) o częściowej mobilizacji nie jest objawem potęgi Kremla, ale jego słabości. Myślę, że kto by tam w istocie nie rządził, doskonale zdają tam sobie sprawę z ryzyka, które podjął i jeśli mimo to postanowił spalić za sobą mosty, to raczej nie dlatego, że czuje, że wygrywa.

 

Katastrofa „operacji specjalnej”

Przede wszystkim jego decyzja jest namacalnym dowodem na katastrofę „operacji specjalnej”, która przecież według oficjalnej propagandy jeszcze niedawno „szła zgodnie z planem”. I nawet jeśli większość Rosjan od ponad wieku tresowana w uległości wobec „oficjalnego przekazu”, a od wieków w zginaniu karku przed carem, wierzyła w ten przekaz, to przynajmniej ta część, która jeszcze potrafi złożyć dwa do dwóch, doznaje właśnie potężnego dysonansu poznawczego. Bo skoro „wszystko idzie zgodnie z planem”, to po co mobilizacja?

Nie potrafię oczywiście określić skali sprzeciwu, zbyt mało na ten temat wiadomo, ale docierające do nas z Rosji obrazy protestujących po ogłoszeniu mobilizacji i liczba 1300 zatrzymanych, robią wrażenie, szczególnie, że pochodzą z kraju, którego obywatele są w większości znani raczej ze spolegliwości wobec władzy. Widać jednak, że konfrontacja z zagrożeniem śmiercią własną, bądź członków rodziny (a tak to wbrew propagandzie wygląda na ukraińskim froncie), wpływają mocno pobudzająco, nawet na rosyjskie ośrodki instynktu samozachowawczego.

 

„Jak uciec z Rosji?”

A czy ta mobilizacja stanie się rzeczywistą podporą rosyjskiej agresji? Ciekawa jest np. opinia byłego głównodowodzącego sił USA w Europie gen. Marka Hertlinga, który pisze, że decyzja Putina owszem go oszałamia, ale ze względu na to, że wie jak szkoleni są rosyjscy żołnierze, zna słabości ich systemu dowodzenia i uważa, że nie ma takiej możliwości, żeby w krótkim czasie Rosjanie byli w stanie wyszkolić 300 tysięcy nowych. A umieszczenie na linii frontu 300 tysięcy nowicjuszy jest pomysłem, po którym opada mu szczęka.

Ja tam nie wiem. Niech to liczą analitycy wojskowości. Myślę, że animacje aplikacji Flightradar24 z uciekającymi z Moskwy samolotami, czy popularność w rosyjskim Internecie haseł typu „jak uciec z Rosji” nie powinny napawać Kremla optymizmem w zakresie poziomu morale.

Mimo to na wszelki wypadek sobie powtarzam: „Rosja nigdy nie jest ani tak silna ani tak słaba jak się wydaje” … „Rosja nigdy…”

 

Oceniając opozycję STEFAN TRUSZCZYŃSKI pisze: PiS to ma łatwo

Oczywiście PiS można by pokonać, gdyby „opozycjoniści” nie wysyłali do walki ludzi, których emocjonalne określenia czasem mogłyby być uznane za obelżywe. Przypomnijmy sobie jak KOD wysłał do walki „bojownika”, który nie chciał płacić alimentów. I jeszcze niedoszła kandydatka na prezydenta – „naturystka”, która wie, czego chce przyroda.

Prezentem dla rządzących jest Siemoniak – wódz, który niszczył własną armię. Dary Boże dla prawicy to także Donald Tusk, obywatel Budka i polityk Bartłomiej, któremu zarzucano podpalenie budki. Pod ruską ambasadą.

PiS ma łatwo, bo i w swoich szeregach ma dziwaczne egzemplarze. O nich innym razem.

A w świecie mediów po odwołaniu Jacka Kurskiego wielka niewiadoma. Nowy prezes TVP Mateusz Matyszkowicz zapuścił sobie długie włosy. Nie wiem czy ta „trwała” będzie dla niego wystarczająco trwała, by zdołał wykonać co sobie zamarzył. Szczęść Boże!

Jak to zrobić, aby po rozwrzeszczanej telewizji nie zrobić telewizji nudnej? Wiem – ale nie powiem, póki mi… nie zapłacą.

No cóż sprawiedliwości nigdy nie było na świecie. A prawo? To ślepa baba, która nawet nie chce zerwać sobie z oczu opaski symbolu asekuracji robotników prawa.

Warto jednak dobrze żyć z PiS, bo owa partia ma pieniądze. Tym łatwiej, że te rządy więcej czynią dobra niż zła. Oczywiście wiele błędów również popełniają. Największe to po prostu pomysły w rodzaju „piątka dla zwierząt” i wyrzucenie bardzo dobrego ministra, nieskuteczny zamach na TVN, czy majstrowanie z prawem aborcyjnym.

Tak jakby nie wystarczyły kłopoty ze zbrodniczą Rosją. Owszem PiS ustami wybitnego przywódcy ostrzegał. Ale nieskutecznie. Ci za Odrą wcale nie są wcale tacy mądrzy, choć wielu u nas nadal do nich wzdycha. No to jedźcie tam – na szparagi, opiekować się seniorami, sprzątać. Przy okazji spisujcie przedmioty, które oni bezczelnie eksponują w swoich mieszkaniach, choć wiedzą, że to kradzione!

Długo Pan Mularczyk dłubał przy raporcie w sprawie niemieckich reparacji za zniszczenie nam kraju w czasie wojny. No, ale w końcu raport ogłoszono. Teraz potrzebna jest konsekwencja w mądrym dochodzeniu racji. Mamy dobrych tłumaczy specjalizujących się w języku niemieckim. Nie żałujcie dla nich pieniędzy. Niech dziergają – słowo po słowie. A potem trzeba to rozpowszechnić, nie delikatnie jak to czynią mądrzy, ale zbyt subtelni profesorowie Krasnodębski i Legutko. Do głuchej Europy i Niemców z zatkanymi uszami trzeba krzyczeć.

Panie Boże, daj jeszcze więcej nienachalnie mądrych w środku i po lewej w wielkiej okrągłej sali. A z innej sali niech się odezwą w końcu do ludzi senatorowie, bo są przecież dobrze opłacani.

Pax, pax między rodakami. Oliwa wypłynie. Tak jak statki w przekopie mierzei. Jeszcze tylko tunel w Świnoujściu i hub-lotnisko. To zrozumiałe, że wielu ludziom trudno jest uwierzyć: jednak się udaje! Otwierajcie więc szeroko usta ze zdziwienia zamiast gadać głupoty i coraz bardziej plątać się w zeznaniach.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Kiosk sejmowy, czyli Budka

Obywatel Budka ani mnie ziębi, ani grzeje. Teraz u nas każdy może gadać co chce. I dobrze, że tak jest. Chwała solidarnościowemu skutecznemu buntowi, że mamy wolność nawet pyskowania i że pozbyliśmy się ruskich. Niestety, wiele innych spraw spaprano. 
Wracając jednak do tego pyszczenia. Od zniewolenia po II-giej wojnie różni zdrajcy, mordercy i kłamcy zalęgli się nad Wisłą i Odrą.  Scyzoryk się w kieszeni otwiera. Bo przecież są jakieś granice bezczelności i chamstwa. Bagatelizujemy to śmiechem – jak choćby oświadczenia PO, że protestowali przeciw Nord Streamowi, że sygnalizowali niebezpieczeństwo uzależnienia się od monopolu Gazpromu itp. Ich człowiek w Warszawie plącze się i ośmiesza. Własna partia w końcu wyrzuci go na pysk i płakać po nim nikt nie będzie. Może… tylko Pan Budka.
Facet ten nie zna granic.  Przypadkiem, w Gliwicach, widziałem go biegającego po lasku. Na zdrowie! Niech uprawia sport. Szkoda, że tak marnie wykorzystuje kondycję.
Panie Budko i towarzysze, z waszej pancernej brzozy ostatnie liście wkrótce opadną. Lot Tupolewa był i jest oczywiście zarejestrowany od startu po zniszczenie samolotu, gdy jego szczątki opadły na ruską ziemię. Ten kto ma zapis w końcu go ujawni. Nie pokazał go, bo to rzeczywiście mogłoby wywołać straszną wojnę. Milczenie nie oznacza zatajenia prawdy na zawsze.
Panie Budko, niech Pan nie oskarża Kaczyńskiego. Ciszej nad tą zbeszczeszczoną trumną.
Niestety, ma Pan usługową stację telewizyjną, która ochoczo emituje wszystko, co dyktuje zapiekła nienawiść wobec legalnie wybranej władzy. To już nie jest równoważenie propagandy rządzących.
To jest hejt, zły wybór.
W Polsce już rozkradziono, sprzedano wszystko co się dało. Teraz musimy kupować. Przede wszystkim broń. Bo bronić musimy się sami. Przyjaciółmi Polaków są przede wszystkim Polacy. I jest ich dużo. Tu i tam. Ci – tam – są zawsze potrzebni i liczymy też na nich. Ale Oni założyli swoje domy, rodziny w innych krajach. Posyłają dzieci do obcojęzycznych szkół. Jeśli nawet dla wielu Polaków za granicą jesteśmy ważni to Ojczyzna będzie się od nich w naturalny sposób coraz bardziej oddalać. Jeśli nawet pozostanie tak jak pierwsza miłość – to będzie coraz bardziej wspomnieniem, a nawet i tęsknotą.
Żyjemy tu i teraz. A wśród nas budki i kurniki. Rosną nowe domy, przekopy i tunel pod szeroką rzeką, co ułatwia kontakt ze światem. Odkryjemy zakopane i zdewastowane szyby górnicze, bo mamy jeszcze dużo węgla, odkupimy sprzedane za bezcen huty, podniesiemy polskie flagi na nowych statkach marynarki handlowej i wojennej, najpierw je kupimy ale potem produkować będziemy sami.
   Tak będzie Panie Budko, właź więc Pan tam skąd żeś Pan wylazł. A jeśli chcesz z tamtej perspektywy nadal szczekać – trudno, ale za nogawki szarpiesz Pan na własną odpowiedzialność.

WALTER ALTERMANN: Królestwo Najjaśniejszej 2022

Większość z nas uważa, że rządy nasze są odpowiedzialne za wszystko. Oczywiście, gdy rządzi prawica, to według liberałów ona odpowiada za to, że tygodniami jest zbyt gorąco, potem nader zimno, że deszcze są nazbyt obfite, a śniegu za dużo, lub za mało. Rządzący mają odpowiadać i za to, że kogoś strzyka w krzyżu, brzuch boli a zęby wypadają. Gdy rządy przejmują liberałowie nic się nie zmienia, poza tym, że odpowiedzialność za powyższe spada na nich – według zwolenników prawicy, pozostającej wtedy w opozycji.

Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie było prawdziwe. Kłopot w tym, że takie podejście dzieli cały naród na trzy obozy. Pierwszy to zwolennicy prawicy, drugi to miłośnicy liberałów, a trzeci obóz tworzą ci, którzy mają obie ścierające się strony w głębokim poważaniu.

Królestwo RP

Wyjście z pogłębiającego się podziału społeczeństwa lub – jak kto woli – narodu, jest jedno: Polsce potrzebna jest poważna zmiana ustroju, czyli przejście od rozszalałej demokracji do królestwa. Wtedy za wszystkie nasze osobiste i zbiorowe nieszczęścia odpowiadałby król. A społeczeństwo nasze bardzo szybko zjednoczyłoby się przeciw niemu. Mielibyśmy w konsekwencji miłujący się naród lub jak kto woli – społeczeństwo. Z jednym wyjątkiem, że wszyscy nienawidziliby króla i jego królewskiej rodziny. Ale to nawet korzystne, bo każda zbiorowość musi mieć jakiego wroga. A   obecni nasi wrogowie – tak wewnętrzni, jak zewnętrzni – nie są poważni, za mali na naszą wielką miarę.

Kto nie może zostać naszym królem

Jednakże, jak znam rodaków, to kandydatów na dzierżenie berła i noszenie korony byłoby zbyt wielu. Dlatego pierwszym krokiem na drodze do znalezienia króla, powinna być eliminacja tych, którzy królami zostać – pod żadnym pozorem – nie powinni. Wymieńmy ich.

  1. Arystokraci polscy i obcy. Nie mogą kandydować, bo w przypadku objęcia władzy z całą pewnością otoczyliby się „kuzynami”. Kuzyn to bardzo ogólne u arystokratów określenie wszelkich powinowatych i krewnych. Choćby łączyło ich z kimś z arystokracji świata 1 procent krwi, to ktoś taki zawsze jest kuzynem. A polski król musi być czysty, bez żadnych rodowych koneksji, powiązań – ergo – nie może być poddawany żadnym naciskom.
  2. Potomkowie szlachty polskiej. Tym nie należy dowierzać, bo szlachta nasza pokazała już jak bardzo szanuje państwo, doprowadzając je do upadku i rozbiorów. Poza tym – ktoś kto paraduje z sygnetami herbowymi na palcu lub wiesza w domu ryty i emaliowany herb, nie jest poważny. I najważniejsze. W Polsce już od 1918 roku zakazane jest używanie wszelkich tytułów szlacheckich i arystokratycznych. Wszyscy mają być równi. Tym bardziej to zasadne, że w dawnej Polsce – przedrozbiorowej – nie uznawano tytułów książęcych, hrabiowskich, margrabiowskich i innych. Ci, którzy je nosili pochodzili z Litwy lub Rusi. Albo jeszcze częściej – tytuły były im nadawane przez obce dwory lub Watykan.
  1. Byli i obecni politycy, posłowie, senatorowie, członkowie partii, działacze stowarzyszeń, związków zawodowych, klubów myśl wszelakiej oraz ci wszyscy, którzy udzielali się kiedykolwiek społecznie i politycznie. Restrykt ten obejmowałby również działaczy i polityków samorządowych, bo to też grupa nader rozpolitykowana. Nie mogliby też zostać królami małżonkowie, dzieci, bliższe i dalsze rodziny, kochanki, kochankowie i bliscy znajomi wymienionych powyżej osobników i osobniczek. Dlaczego tak? Chodzi o to, żeby wyeliminować z kręgu kandydatów wszelkich ludzi dzierżących jakąkolwiek władzę, choćby wiceprezesów stowarzyszeń miłośników rolady wołowej lub tiramisu. Przejście od demokracji do królestwa musi być radykalne. Nie stać nas na jakiekolwiek dawne układy, powiązania i sitwy.
  1. Wszelkiej jakości artyści. A to dlatego, że artyści są z natury rzeczy egotykami i pchają się na afisz. No i dlatego, że dla poklasku i rozgłosu mogą wchodzić w układy z każdym. Artyści, choćby prezentujący się jak ludzie skromni, są – w gruncie rzeczy – łasi na jawne lub ukryte komplementy. Zatem pochlebcom łatwo byłoby owinąć sobie przyszłego króla wokół palca.
  2. Dziennikarze. Tu uzasadnienie jest krótkie. Nie mogą być brani pod uwagę, bo pisząc, mówiąc, a nawet rysując objawili już swoje poglądy. A król poglądów mieć nie powinien.
  3. Naukowcy, łącznie z tytułem doktora wzwyż. Naukowcy noszą bardzo wysoko głowy, mają przekonanie o swej wiedzy nie tylko fachowej, ale także ogólnej.
  4. Wojskowi, policjanci, kolejarze, strażacy oraz wszelkie służby tajne i jawne państwa. Ci z kolei wychowywani są w idei posłuchu i rozkazu. A król ma słuchać jedynie siebie.
  5. Wszyscy inni, którzy w jakikolwiek sposób zaistnieli już tzw. przestrzeni publicznej jako znawcy czegokolwiek. Król ma być czysty pod względem wiedzy. Najlepiej byłoby, gdyby niczego nie wiedział.

Kto może być królem

Królem mógłby zostać człowiek prosty, jak Piast Kołodziej, bo w istocie restytucja królestwa miałaby nawiązywać do Polski Piastowskiej. W niej władza była absolutna i dziedziczna. Nasze kłopoty zaczęły się wraz z królami elekcyjnymi.

Prostota nie oznacza oczywiście prostactwa. Król powinien być wrażliwy. Może – na przykład – amatorsko grać na flecie, oboju, a w ostateczności gitarze czy fagocie. Mógłby być teatromanem czy lubić czytać.

Król powinien umieć pisać i czytać, zatem średnie wykształcenie powinno być preferowane. O ile chodzi o studia wyższe, należałoby dopuścić do kandydowania osobników / osobniczek po studiach z zakresu zarządzania, ale w uczelniach prywatnych. Te nie są groźne dla władcy.

Nowy Piast powinien mieć zdrowy rozsądek, ale w niczym nie przesadzać. Żadnych namiętnych pasji, jak zbieractwo czegokolwiek, żadnych masowych hodowców rybek akwariowych, gekonów, żółwi i węży, lub ptaszków w klatkach.

Kto ma wybierać króla

Powinna zostać powołana przez Sejm Rada Restytucyjna Królestwa – w skrócie RRK. Do jej obowiązków należałoby wyłonienie – wnikliwe i rzetelne – kandydatów. Potem ich spisanie alfabetyczne, z podaniem podstawowych danych. Następnym krokiem winno być publiczne przesłuchanie kandydatów i ich rodzin. Na koniec powinno odbyć się internetowe głosowanie. Ten z kandydatów, którzy otrzymałby najwięcej głosów zostałby królem.

Kompetencje króla

Król Polski rządziłby sam, albowiem Sejm i Senat uległyby rozwiązaniu. Mógłby powołać jakichś doradców, ale niekoniecznie.

Sądy by istniały, ale to król mianowałby sędziów i zatwierdzał wszystkie wyroki.

Cała ziemia i wszystkie nieruchomości należałaby do króla, a ich dotychczasowi właściciele musieliby uzyskać królewskie nadanie. Czasowe lub wieczyste. Lub nie. Decyzja byłaby królewska, jednoosobowa i niezaskarżalna. I król niczego nie musiałby uzasadniać.

Po ustabilizowaniu się nowego porządku król mógłby powołać Nowy Sejm. Posłowie pochodziliby z królewskiego powołania, ale każdy akt uchwalony przez Nowy Sejm musiałby uzyskać zgodę króla.

Za wszelkie nędzne knowania przeciw królowi groziłaby banicja i zajęcie całego majątku, lub ścięcie toporem na rynku w Gnieźnie, bo stolicą byłoby Gniezno właśnie.

Błogosławione skutki obwołania Polski królestwem

Najważniejsze jednak co działoby się potem, po jakichś 5-7 latach władzy króla. Z całą pewnością naród nasz – lub społeczeństwo – jest niezwykle zdolny do działań konspiracyjnych. Dlatego powstałyby tajne grupy zwalczające króla, dążące do jego obalenia. Ponieważ jednak żadna z tych grup samodzielnie nie byłaby w stanie króla obalić, musiałyby się porozumieć a nawet zjednoczyć. I wtedy króla by przegonili.

I to byłby prawdziwy sukces idei restytucji królestwa – to zjednoczenie się narodu. Potem z pewnością Polacy nauczyliby się rozmawiać ze sobą, słuchać argumentów innych. I nikt nie mówiłby o przeciwnikach politycznych językiem obelżywym. Tak, temu ma właśnie służyć idea odrodzenia w Polsce królestwa.

Żartem czy serio?

To co napisałem wydawać może się żartem. Ale jest jedynie projekcją marzeń większości polityków. Gdzieniegdzie już tak jest – na przykład w Korei Północnej i Rosji. A Węgrzy całkiem serio do czegoś podobnego się przymierzają.

W istocie bowiem władza, która nie jest absolutna nie cieszy. Denerwujące są te szyderstwa i śmieszki żurnalistów. I ten lęk o wynik przyszłych wyborów – to jest naprawdę upokarzające.

 

JAN TESPISKI: Starzy, przedwojenni aktorzy (10)

Kilka anegdot dotyczących aktorów przedwojennych. Wielu z nich zaznało przed wojną niełatwego chleba. Większość z nich żyła w ciągłej niepewności materialnej jutra. Doskonale oddaje ich żywot dramat „Mistrz” Zdzisława Skowrońskiego, z którego wspaniały teatr telewizji zrobił, jako reżyser, Jerzego Antczaka. Pamiętamy to widowisko z 1964 roku dzięki wielkiej roli Janusza Warneckiego.

Ci starsi aktorzy, już w teatrach powojennych, kultywowali dawna sztukę aktorstwa, większość była odporna na „nowinki”.  Znali klasyczny warsztat i nie wiedzieli powodu, żeby grać – jak mówili –   nowocześnie. Z całą pewnością teatr był ich powołaniem i miłością. Dbali więc o nienaganną dykcję, o charakteryzację i przywiązywali wielką wagę do psychologicznego tworzenia postaci.

Ty synek wiesz, co to kosztuje?

Jednym z takich aktorów starszego pokolenia był Stanisław Łapiński (1926-1979). Większość swych powojennych lat grał w łódzkich teatrach. Co prawda, gdy trafił do Teatru Nowego miał raptem 30 lat, ale z racji przywiązania do tradycji i porządków, uchodził za „starego”. Z powodu tego, że był tęgi i niezbyt wysoki specjalizował się w rolach komediowych i był w nich prawdziwym mistrzem. Gdyby Państwo nie wiedzieli o kogo chodzi, przypomnę, że w „Zakazanych piosenkach” zagrał brawurowo odważnego i pogodnego skrzypka, który nie boi zagrać polskiego hymnu. W scenach filmu występował ze znakomitym Janem Kurnakowiczem, który zagrał w „Zakazanych piosenkach” muzyka strachliwego.

Gdzieś w latach sześćdziesiątych Łapiński obchodził huczny jubileusz w Teatrze Nowym. Były oficjalne obchody w teatrze, były dyplomy i medale, ale córka Krystyna Łapińska – też aktorka – uznała, że dla ścisłego grona znajomych należy urządzić spotkanie w jego mieszkaniu. Jubilat oponował, ale w końcu poddał się. Przyjęcie nie było wystawne, kanapki, sałatki i dobre trunki.

Goście żywo rozmawiali i dobrze się bawili. Jedynie Łapiński kręcił się po mieszkaniu jak struty, był smutny, sapał i ciskał w przestrzeń wściekłe spojrzenia. W końcu podszedł do profesora Stanisława Kaszyńskiego – poety, dramaturga, tłumacza i teatrologa – i zbolałym głosem wycedził…

– Ja tak, synek, widzę, że ty pijesz, zakąszasz, a ty – synek – wiesz co to wszystko kosztuje?

Krawat mistrza

Również Mieczysław Fogg znany był z „oszczędnego” trybu życia. A zarabiał, jak na warunki lat siedemdziesiątych, ogromne pieniądze. Miał koncerty w całej Polsce, występował często w telewizji, tłoczono mnóstwo jego płyt… Ale nie miało to wpływu na „pieniężne” zasady jego życia.

Pewnego razu, wraz z zespołem muzyków, swoimi technikami dźwięku i konferansjerami miał koncert w Lublinie. Kiedy wszyscy z ekipy, zadowoleni wracali już do Warszawy, nagle mistrz rozkazał kierowcy autokaru zatrzymać się. I nerwowo zaczął przetrząsać swoje walizki. Naraz krzyknął:

– Nie ma, nie ma… Boże… nie ma…

– Co się stało? Kogo nie ma? – zapytał ktoś z zespołu.

Mistrz padł osłabiony na fotel…

– Mój krawat został w hotelu w Lublinie…

I autokar z całym zespołem, wrócił do Lublina. A do Warszawy mieli raptem jakieś dwadzieścia kilometrów.

O suchej bułce

Lęki o przysłowiową „kromkę chleba” dręczyły również Irenę Kwiatkowską. Opowiadano, że podczas występów w USA, gdzie zaprosił artystów warszawskich kabaretów pewien przedsiębiorczy Polak z USA, zdarzyła się taka zabawna historia.

Przedtem jednak musimy wyjaśnić, że polscy impresariowie sprowadzali znanych artystów z Polski dosłownie za bezcen, bo stawka dzienna wynosiła raptem 5 dolarów. Jednak chęć zobaczenia Ameryki była tak ogromna, że artyści godzili się i jechali. Na miejscu szybko orientowali się jednak, że siła nabywcza dolara w USA nijak nie równa się sile dolara w Polsce. Ale grać trzeba było. Wieczorne kolacje były więc chude. Kwiatkowska najczęściej raczyła się herbatą i suchą bułką.

Trochę irytowało to kolegów, bo przed każdą kolacją pytała:

– A dzisiaj ktoś funduje, czy płacimy sami?

Zdarzało się bowiem, że ktoś z Polonii fundował kolację… Wtedy wszyscy, w tym Kwiatkowska jedli dużo i dobrze. Ale bez fundy – Kwiatkowska ograniczała się do suchej bułki i herbaty.

Koledzy mieli już trochę dosyć pani Ireny, więc pewnego wieczoru uknuli intrygę. I kiedy Kwiatkowska znowu zapytała o fundatora, powiedzieli, że dzisiaj każdy płaci za siebie.

Po czym zamawiali frykasy, a przerażona Kwiatkowska patrzyła na ich szaleństwa ze zgrozą. Oczywiście okazało się, że jednak fundator był.

Następnego wieczoru, gdy Kwiatkowska usłyszała, że kolacja nie ma żadnego dobrodzieja, nie dała wiary, jadła dużo, drogo i ze smakiem. Rachunek był dla niej ogromnym przeżyciem.

Nie pochwalam takich żartów, ale jestem w stanie zrozumieć, że skąpiec może najzacniejszego człowieka wyprowadzić z równowagi.

A co tam ojciec wie…

Zdarzyło się w Łodzi, w Teatrze Nowym, że jedną garderobę dzieli między siebie Józef i Wojciech Pilarscy.

Józef Pilarski był dobrym przedwojennym aktorem, był także reżyserem i dyrektorował łódzkim prywatnym teatrom. Po założeniu w 1949 roku Teatru Nowego został jego aktorem i zagrał świetną, tytułową rolę w słynnej „Brygadzie szlifierza Karhana”

Natomiast jego syn, Wojciech, był aktorem i jednym z młodych buntowników, którzy powołali do życia programowo socjalistyczny Nowy. Z początkiem lat 60-tych, po odejściu z Nowego Kazimierza Dejmka, dyrektorem został Józef Pilarski.

Wojciech Pilarski przychodził do teatru znacznie wcześniej, charakteryzował się, „rozgrzewał” i skupiał na roli. Natomiast Józef Pilarski, zajęty obowiązkami dyrektora, wpadał do garderoby w ostatniej chwili, szybko nakładał na siebie szminkę i w pośpiechu ubierał kostium. Między ojcem a synem toczyły się wtedy interesujące dialogi.

– Nie tak, mój synu – mówił Józef – traktowało się teatr przed wojną.

– A co tam ojciec wie… Dziwki ojciec po tyłkach klepał i tyle – wytykał Wojciech.

– Bywało, być może, i to – odpowiadał Józef Pilarski – ale nigdy nie charakteryzowałem się w biegu, na schodach… I to jeszcze dyrektor teatru… naprawdę nie uchodzi.

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN:  Cztery wojny mojego ojca

Przy małej ulicy Piwnej w Łodzi jest teren po dawnym szpitalu, wiedzie do niego ładny kawałek parku. Teren jest jednak ogrodzony, a brama zamknięta. Na bramie tabliczka, w czterech językach, informująca, że był tu szpital, który „zlikwidowano” w 1942 rok.

Zastanowiłem się nad tą informacją. Szpital mieści się na Bałutach. W roku 1942, w tej części Bałut  było Ghetto Litzmanstadt, odgrodzone od reszty miasta. Ale co znaczy „został zlikwidowany”? Konkretnie kto go zlikwidował? Chyba nie Chaim Rumkowski, prezes Starszeństwa Żydów w Łodzi. Rada i Rumkowski nie mieli w takiej sprawie nic do powiedzenia. Zatem kto?

Wychodzi na to, że szpital zlikwidowali Niemcy, a konkretnie niemieccy okupanci. Dlaczego jednak tabliczka nie nazywa rzeczy po imieniu? Dlaczego nie napisano na niej, że szpital zlikwidowali „Niemcy”, lub „niemieccy okupanci”?

Podejrzewam, że dzisiejsze władze Łodzi chcą być bardzo europejskie i nie chcą denerwować  Niemców, z którymi jesteśmy teraz w Unii Europejskiej. Mogę to zrozumieć, ale w tym – i wielu innych podobnych przypadkach – władze przesadzają. Gorzej – majstrują przy historii. A to jest niebezpieczne. Bo kończy się na wybielaniu winy Niemców.

To odchodzenie od nazywania rzeczy po imieniu, od oddawania prawdy historii, takiej jaka była jest wieloletnim procesem i trwa nadal. Popatrzmy na to oczami mojego ojca.

Pierwsza wojna mojego ojca

Ojciec mój, jako kapral wojsk łączności, walczył we wrześniu 1939 roku. I przez całą okupację, którą spędził w niewoli, uważał, że walczył z Niemcami. Po 1945 roku, gdzieś tak do roku 1949, czyli do czasu powstania Niemieckiej Republiki Demokratycznej, ojciec miał spokój ontologiczny, bo wiedział z kim walczył, a władze to potwierdzały.

Druga wojna mojego ojca

Jednak od końca roku 1949 nastąpiła poważna zmiana. W gazetach, w publicznych wystąpieniach przedstawicieli PZPR, coraz częściej zaczęła pojawiać się inna nazwa wojny 1939 roku. Nie od razu, nie na chama, ale kropla po kropli, coraz częściej i częściej, sączyła się inna nazwa wojny i okupacji. Zaczęto mówić i pisać, że Polska toczyła wojnę z hitleryzmem. Niby niewielka zmiana, bo wszyscy wiedzieli, że w latach 1939-1945 Niemcami rządzili Hitler i hitlerowcy.

Pojęcie „Niemcy” jak sprawców napaści, okupacji i wszystkiego strasznego co w Polsce zrobili zanikało, zastępowane przez „hitlerowców”. Ówczesnym władzom Polski chodziło o to zapewne, żeby NRD-owcom nie było przykro. W naszej prasie zaczęto nawet przebąkiwać, że nie wszyscy Niemcy byli hitlerowcami, a niektórzy nawet byli bardzo przeciw.

Powiem tak – mogło tak być, ale jako naród zdyscyplinowany wzorowo  podporządkowywali się poleceniom władzy. Władzy, która zresztą sami sobie wybrali. Demokratycznie.

Trzecia wojna mojego ojca

Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej pojawiło się, w sprawie tamtej wojny, trzecie określenie. Okazało się, że sprawcami wojny, mordów i grabieży byli „faszyści”. W mediach – już wolnych – zaczęto przypominać, że w agresji na Związek Radziecki brali też udział kolaboranci. Ale nie byli to kolaboranci niemieccy, lecz hitlerowscy. Zatem winą zaczęto prawie po równi obarczać nieliczne oddziały kolaborantów z Ukrainy, Rosji, Łotwy, Estonii, Litwy, Francji, Belgii, Holandii, Norwegii, Rumunii i Węgier.

Pojawiły się również oskarżenia o mordowanie Żydów przez Polaków, a obóz w Auschwitz stał się polskim obozem. Przy tej sprawie nie wspominano, że zaraz po wojnie wielu polskich sprawców mordów na Żydach zostało już osądzonych.

Wszystko to działo się w celu zmniejszenia winy Niemców. Skoro bowiem nie tylko Niemcy mordowali, palili i grabili, to ich wina nie jest już tak wielka. Taka jest – jak to się teraz mówi – nowoczesna narracja historyczna. I nigdy nie usłyszałem, że za działania oddziałów kolaboracyjnych ponoszą odpowiedzialność Niemcy, jako panowie terytorium i rządów na podporządkowanych sobie terenach.

I tak powoli wychodzi na to, że coś tam się zdarzyło, coś owszem było, ale że było to powszechne, to nie ma co się tym już tak bardzo zajmować.

Mojego ojca ta trzecia jego wojna bardzo martwiła, bo był to człowiek starych zasad i przywiązywał się do starych interpretacji.

Czwarta wojna mojego ojca

Ojciec mój odszedł, tuż przed momentem, gdy zapanowało czwarte określenie wojny 1939-1945. A teraz już ono króluje niepodzielnie. Okazało się, że sprawcami tamtych nieszczęść byli „naziści”. Przy czym nazistami określa się już teraz – w liberalnych mediach – wszystkich, którzy w Unii Europejskiej próbują stawiać na pierwszym miejscu swój naród. Nie ma już nawet nacjonalizmu, jest obco i groźnie brzmiący „nazim”. Znaczy prawie to samo, ale nacechowany jest pogardą.

I tak to, mój ojciec, który walczył we wrześniu 1939 roku, brał udział w czterech wojnach.

Wojna i okupacja

Przy okazji. Ciągle naszym publicystom mylą się dwa pojęcia, dwa okresy czasu. Wojna i okupacja. Niemiecka okupacja. Wojna na ziemiach polskich trwała od 1 września 1939 roku do 2 października tego roku. Potem była okupacja. Na części ziem niemiecka, na części radziecka. Lud może upraszczać i nazywać lata 1939-1935 wojną. Bo była ona i trwała, ale nie w Polsce. Owszem były na naszych ziemiach działania armii podziemnej, były walki partyzanckiej, ale od października 1939 roku mieliśmy tu okupację. To ważne, bo okupant ponosi pełną odpowiedzialność za wszystko to, co się na okupowanym przez niego terenie dzieje.

Poeta i wina

W latach młodości, na suto zakrapianym spotkaniu, poznałem młodego poetę, który przekonywał mnie, że mord jest mordem. I dlatego żołnierze AK, wykonujący wyroki na okupantach, ponoszą taką sama winę, jak niemieccy okupanci.

Skończyło się totalnym obiciem poety. No, tak ale wtedy byłem jeszcze młody, krzepki i chętny do dania po pysku. Chciałbym jeszcze raz być młody, żeby jeszcze raz obić komuś pyski. Wiem, że to „nie uchodzi”, ale co innego robić z upartymi idiotami?

Wiceprezydent Gdańska

W sprawie tamtej wojny i okupacji dochodzi też do ordynaryjnych eksplozji głupoty. Jednym Z takich fajerwerków idiotyzmu był wystąpienie, 1 września 2019 roku, Piotra Grzelaka wiceprezydenta Gdańska, który zaserwował takie przemyślenia własne:

„Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciw drugiemu. I to złe słowo było Polka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa tym złym słowem została podzielona…”

Później ten młody człowiek przeprosił za to co powiedział. Ale nie przeprosił za to, że tak myślał. Na marginesie – materializm historyczny uważał, że wojny wybuchają, gdy politycznie nie można załatwiać swoich interesów.

Tym samym zwolennicy ciężkiej prawicy powinni – właściwie – wspierać wiceprezydenta Gdańska, bo z całą pewnością nie jest on wychowany w duchu materialistycznym. Powinni go też polubić ortodoksyjni wierzący, bo dokonał on reinterpretacji pierwszych akapitów Biblii.

Pobojowisko

Podobno zwycięzcą bitwy jest ten, kto zapanuje nad pobojowiskiem. Trzeba zatem powiedzieć, że po 83 latach od wybuchu wojny zwycięstwo odnieśli Niemcy. Ciężko opłacaną propagandą, rozmywaniem winy, obarczaniem innych własnymi przestępstwami. No i dzięki podatności młodych – takich jak p. Grzelak – na idiotyzmy, metafizykę historyczną i myślenie ahistoryczne.

I jeszcze – jak w przypadku władz Łodzi, które zamieściły napis na bramie dawnego szpitala w getcie – dzięki przemożnej chęci bycia nowoczesnymi Europejczykami. Nawet za cenę matactw historycznych.

Przykre, ale prawdziwe.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści „rozliczali” komunistów

16 września 1957 roku rozpoczął się proces wysokich funkcjonariuszy bezpieki: wiceszefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Romana Romkowskiego (Natana Grunszpan-Kikiela), szefa Departamentu Śledczego MBP Jacka Różańskiego (Józefa Goldberga) i dyrektora X Departamentu MBP Anatola Fejgina.

To Romkowski, a nie minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz, był zaufanym człowiekiem Bermana i Bieruta. Jako faktyczny szef MBP nadzorował kluczowe departamenty: śledczy, szkolenia i inwigilacji. Często osobiście przesłuchiwał więźniów. Na odprawie krajowej funkcjonariuszy UB w marcu 1950 roku mówił: „Tortury i bezmyślne środki stosuje się, by złamać aresztowanego […] bicie w śledztwie jest na porządku dziennym”. W 1947 roku nadzorował śledztwo przeciwko Witoldowi Pileckiemu i jego współpracownikom (na protokołach przesłuchań znajdują się odręczne notatki Romkowskiego). Miał też osobiście przesłuchiwać rotmistrza w X Pawilonie więzienia mokotowskiego.

Po ucieczce do USA Józefa Światły 10 października 1954 roku Romkowski złożył oświadczenie: „Od 1952 roku w różnych wynurzeniach Światły, zarówno przede mną jak i Fejginem występował coraz silniej nacjonalistyczno-żydowski sposób reagowania na niektóre posunięcia personalne w naszym państwie i w innych krajach demokracji ludowej”.

„Odwilżowa” Komisja Mazura interesowała się m.in. tajnym więzieniem bezpieki w Miedzeszynie. Jeden z pracujących tam ubeków Jerzy Kędziora zrzucał winę z siebie obciążając przełożonych: „Odpowiedzialnym za wprowadzenie terroru jest Romkowski. Zostałem zdjęty z pracy na skutek pobicia Dobrzyńskiego, który poprzednio był bity przez Romkowskiego i Różańskiego”. I dalej: „W 1949 roku były rozkazy karne na temat bicia, ale równocześnie Romkowski i Różański sami bili więźniów. W tym okresie, kiedy stosowaliśmy bicie, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest nieludzkie. Wydawało nam się, że stosowanie tego przymusu jest koniecznością. Słyszeliśmy w tym czasie opowiadania na temat metod stosowanych w »dwójce« i dlatego wydawało się nam, że nasze postępowanie było łagodne”.

28 listopada 1954 roku Roman Romkowski został odwołany ze stanowiska wiceministra bezpieki. W 1956 roku aresztowany i w marcu 1957 roku skazany na 15 lat więzienia za nadzorowanie i stosowanie niedozwolonych metod śledczych. Zwolniony w 1964 roku. Zmarł w 1968 roku, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Na fali propagandowej destalinizacji w listopadzie 1954 roku aresztowany został również Jacek Różański (Józef Goldberg), a w 1955 roku skazany na 5 lat więzienia (na mocy amnestii zmniejszono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy). W czasie drugiego procesu w 1957 roku skazany ostatecznie na 14 lat więzienia. Podczas obu procesów całkowicie pominięto jego odpowiedzialność za aresztowania i torturowanie członków polskiego podziemia niepodległościowego. Oskarżony i skazany został jedynie za stosowanie „niedozwolonych metod” wobec kilkudziesięciu członków PZPR (w latach 1948-1950 Różański kierował grupą rozpracowującą „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”). Udowodniono mu „zabronione przez prawo metody w toku śledztw przeciwko osobom podejrzanym o działalność antypaństwową, (…) bezpośredni udział w biciu przesłuchiwanych oraz stosowaniu innych niedozwolonych środków”. Stwierdzono ponadto, że jego postępowanie „spowodowało demoralizację podległych mu oficerów śledczych, którzy widzieli w nim wzór do naśladowania”.

Wyszedł na wolność w 1964 roku. Do przejścia na emeryturę w 1969 roku był urzędnikiem w Mennicy Państwowej w Warszawie. Zmarł w 1981 roku w Warszawie w wyniku choroby nowotworowej, po­cho­wa­ny na cmen­ta­rzu ży­dow­skim przy uli­cy Oko­po­wej w War­sza­wie.

Starszy o dwa lata brat Jacka Różańskiego Jerzy Borejsza (Beniamin Goldberg) stalinizował po wojnie polską kulturę, przede wszystkim prasę i wydawnictwa. Aleksander Wat w „Moim wieku” pisał: „Borejsza objął Ossolineum i trochę profesorów wysłał do mamra”.

Stalinowską wierchuszką zachwiała śmierć Stalina i ucieczka do Stanów Zjednoczonych Józefa Światły (Izaaka Fleischfarba). Odpowiedzialność Anatola Fejgina, dyrektora X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego była szczególna – razem ze Światłą był wówczas (w pierwszych dniach grudnia 1953 roku) w specjalnej misji w Berlinie Wschodnim i nie upilnował swojego zastępcy.

Część kompromitujących władzę informacji Światło ujawnił na antenie Radia Wolna Europa. W kraju rozpoczęło się poszukiwanie winnych, nasiliły wzajemne oskarżenia.

W rezultacie, 7 grudnia 1954 roku, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostało zlikwidowane. 10 lutego 1954 roku Anatola Fejgina zwolniono z MBP, przeniesiono do rezerwy, wyrzucono z partii, a w kwietniu 1955 roku aresztowano. 11 listopada 1957 roku Sąd Wojewódzki dla m. st. Warszawy skazał go na 12 lat więzienia za to, że od początku 1950 roku do końca 1953 roku w Miedzeszynie i Warszawie, jako kierownik grupy specjalnej, później dyrektor Biura Specjalnego, a następnie dyrektor Departamentu X MBP bezprawnie pozbawił wolności co najmniej 28 osoby i spowodował szczególne ich udręczenie. Przetrzymywał je bezpodstawnie w więzieniu od kilku miesięcy do trzech lat i polecił podległym funkcjonariuszom bezpieczeństwa stosować wobec niektórych z nich przymus fizyczny i psychiczny. Sąd Najwyższy nie uwzględnił rewizji oskarżonego i utrzymał wyrok w mocy. Rzecz w tym, że zbrodnie te znów dotyczyły przede wszystkim „odchylonych prawicowo” komunistów.

Ale „praworządna” Gomułkowszczyzna w ramach komunistycznych walk frakcyjnych musiała poświęcić kogoś ze swoich stalinowskich poprzedników – autorów „błędów i wypaczeń”. Większość odpowiedzialnych w ogóle nie została bowiem rozliczona, np. przed sądem nie stanął szef bezpieki Stanisław Radkiewicz, przeniesiony do resortu Państwowych Gospodarstw Rolnych.
Anatol Fejgin zmarł w 2003 roku w Warszawie, pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie.