TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Upamiętnijmy godnie bohaterów z „Łączki”

Na marginesie skandalu z pochówkiem zbrodniarza Urbana na Powązkach Wojskowych w Warszawie, należy wrócić do idei dekomunizacji tego wyjątkowego polskiego cmentarza, ale także (i o tym jest ten tekst) budowy na „Łączce” Panteonu Bohaterów Narodowych.

Obie priorytetowe sprawy są ze sobą bezpośrednio związane – wymagają przejęcia nekropolii przez państwo polskie z rąk stołecznego magistratu, bo w obu tych kwestiach miasto stołeczne Warszawa pod wodzą wcześniej Hanny Gronkiewicz-Waltz, a dziś Rafała Trzaskowskiego nie robi nic, bo… nie chce. Jedyna zatem nadzieja we władzach Rzeczpospolitej, a wiem, że nacjonalizacja Powązek Wojskowych jest przez odpowiednie ministerstwa i instytucje brana pod uwagę. Moją rolą jest przypominanie…

A teraz garść faktów, związanych z naszą walką o repolonizację Powązek Wojskowych i oddania należnego hołdu zasłużonym.

„Panteon Bohaterów Narodowych powinien obejmować obszar całego dawnego pola więziennego, tam, gdzie po wojnie byli grzebani pomordowani. Teren „Łączki” należy do pomordowanych żołnierzy i działaczy Polskiego Państwa Podziemnego” – pisaliśmy w 2014 r. jako Fundacja „Łączka” do ówczesnego sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeja Krzysztofa Kunerta. Ale pan minister zamiast Panteonu postawił na stołecznych Powązkach Wojskowych panteonik. Ten stan w ramach polityki faktów dokonanych trwa do dziś.

Od grudnia 2013 r., kiedy powstała Fundacja „Łączka”, domagaliśmy się przeprowadzenia na Powązkach ekshumacji, identyfikacji i upamiętnienia wyklętych przez komunę Żołnierzy Niezłomnych. Dziś ekshumacje zostały zakończone, identyfikacja szczątków trwa, pozostało godne upamiętnienie.

Upamiętnienie ministra Kunerta do tej godnej kategorii nie należy. Panteonik – bo nie Panteon – stanął tylko na części „Łączki”, dokładnie na terenie 18 x 18 m. Tym samym p. sekretarz pozostał całkowicie głuchy na oczekiwania „łączkowych” rodzin.

W liście do Andrzeja Kunerta właśnie o rodziny pomordowanych pytaliśmy: „Oni nie mogą być zlekceważeni. Jesteśmy przekonani, że nie dopuści Pan do takiej sytuacji i że rodziny ofiar „Łączki” uzyskają możliwość wzięcia udziału w tworzeniu Panteonu Bohaterów Narodowych, a ich opinia będzie przez Państwa traktowana z należytym szacunkiem”.

Również na to p. Kunert pozostał obojętny. Potem próbował wmawiać Polakom, że dla budowy panteoniku ma poparcie rodzin, a wręcz… został przez nie zmuszony.

Jak wyglądały konsultacje Kunerta? Po wielu miesiącach wysłał list do części rodzin. Z tej części zgodę uzyskał od jeszcze mniejszej części. Minister nie poinformował rodzin, że upamiętnienie będzie ograniczone do powierzchni 18 x 18 m, ani że zamiast grobów powstaną szuflady. P. Kunert zignorował również list podpisany przez blisko 200 osób i organizacji, w tym rodziny „łączkowe” (wśród nich bliscy Hieronima Dekutowskiego, Adama Lazarowicza, Stanisława Łukasika, Stanisława Mieszkowskiego). Ponieważ wszyscy oni byli przeciwni budowie panteoniku, uznał, że są niereprezentatywni! Nie akceptował zdania tysięcy Polaków protestujących w Internecie.

Panteonik ministra Kunerta został odsłonięty na Powązkach 27 września 2015 r. Obok w ziemi pozostawały jeszcze szczątki ok. 100 zamordowanych. Czym był ten zabieg, jeśli nie dzieleniem Żołnierzy Niezłomnych na tych, którzy mieli szczęście i zostali wydobyci, oraz tych, którzy tego szczęścia nie mieli?

Dziś wracamy do postulatu budowy – zamiast panteoniku – wielkiego Narodowego Panteonu Chwały, i to nie na skrawku „Łączki”, ale na całym dawnym więziennym polu śmierci (kwatery Ł i ŁII). To prawdziwe upamiętnienie – a nie jego Kunertowa podróbka – powinno przypominać ideą i rozmachem Cmentarz Orląt Lwowskich.

 

JAN TESPISKI: Czego Jakub Rotbaum nie czytał oraz o przegranej walce z biologią (15)

Bohaterów tej anegdoty jest dwóch. Pierwszym jest Jakub Rotbaum (1901 – 1994), żydowski reżyser teatralny i malarz. Rotbaum – przed wojną był znanym i cenionym reżyserem teatrów żydowskich, także reżyserem filmów w języku jidisz. Był dla kultury żydowskiej w Polsce osoba cenną. Jednak polski teatr znał słabo, żeby nie powiedzieć, że wcale go nie znał. Drugi z bohaterów to Józef Gruda (właśc. Witold Kościałkowski 1916 – 1981). Jego rodzicami byli podpułkownik Marian Zyndram-Kościałkowski, jeden z czołowych polityków dwudziestolecia międzywojennego, premier Rzeczypospolitej w latach 1935-1936, i Anna z Krysińskich. Siostra, Maria Kościałkowska, to aktorka krakowskich teatrów. Gruda swój teatralny życiorys zaczął pisać jako kierownik literacki teatrów, kończył jako reżyser.

Gruda był po wojnie, latach 1953-54 był kierownikiem lierackim Teatru Polskiego w Bielsku Białej, w latach 1954-56 Teatrów Dramatycznych we Wrocławiu. A dyrektorem i reżyserem tych teatrów był właśnie Rotbaum.

Wrocław był zniszczony, teatry dosłownie powstawały na gruzach. Gruda sypiał w sekretariacie Teatru Polskiego. Pewnego dnia między Rotbaumem a Grudą odbyła się taka rozmowa.

– Pan wie, że powinniśmy wystawić coś dużego – zaczął Rotbaum. – Pan wie co to by mogło być?

– Może „Wesele”? – powiedział Gruda.

– Jakie wesele? Kogo wesele?

– Stanisława Wyspiańskiego – dopełnił informację Gruda.

– „Wesele” Wyspiańskiego…? Nie znam.

– Ja panu dyrektorowi dam tekst…

I tak się stało. Wieczorem Józef Gruda usnął na leżance w sekretariacie, ale około drugiej w nocy obudził go telefon.

– Pan Gruda? Tu Rotbaum. Ja przeczytałem to „Wesele”. Aj, aj – co to jest za genialna sztuka! Panie Gruda, my musimy to robić. Ja bardzo panu dziękuję.

Pierwszym zaskoczeniem realizacji „Wesela” przez Jakuba Rotbauma było to, że wyprowadził sztukę z „chłopskiej chaty”. I rzecz rozgrywała się w polskim pejzażu. Dugim zaskoczeniem było to, że bohaterowie jedli i pili. Pewnego dnia, na jednej z pierweszych prób Totbauma bowiem zauważył:

– A co to za wesele jak oni nie ją, nie piją…? Na weselu się je i pije.

Rotbaum w ogóle nie odniósł się do obrosłej inscenizacjami wielkiej legendy polskiego arcydramatu. Ubrał sztukę w realizm zachowań, nie tracąc jednocześnie – a może nawet wzmacniając – jej znaczenia symboliczne. Jeżeli pół wieku później Andrzej Wajda kazał aktorom swego filmowego „Wesela” jeść i pić, co wywołało głosy sprzeciwu, to musimy pamiętać, że Rotbaum był pierwszy.

Być może to wielkie wydarzenie, jakim była inscenizacja „Wesela” przez Rotbauma, jego nowe odczytanie dramatu wzięło się stąd, że – żeby tak to ująć – reżyser nie miał żadnych zobowiązań wobec swych poprzedników. Może zatem czasem warto dać w ręce ludzi spoza polskiego kręgu kulturowego nasze „rodowe srebra”. Jest szansa, że oni spojrzą na nasze dziedzictwo w sposób odkrywczy.

Dejmek kontra biologia

Starzy reżyserzy powiadają, że połowa sukcesu to trafna obsada. Jeżeli bowiem w roli walecznego bohatera obsadzimy kogoś, kto świetnie wypada w rolach zagubionych egzystencjalnych straceńców – mogą być duże kłopoty. Owszem, w czasie prób można co nieco skorygować, ale z kury nie zrobi się jastrzębia. I odwrotnie. Jedną z takich sytuacji, w której reżyser walczył z biologią aktora przedstawiam poniżej.

Akcja rozgrywa się w Teatrze Nowym w Łodzi. W czasie prób Seweryn Butrym, aktor obdarzony niskim, władczym głosem, nie bardzo realizował założenia Kazimierza Dejmka. Po kilku kolejnych dniach, gdy szło niedobrze, doszło do takiej rozmowy.

– Przecież mówiłem już wiele razy, że w tej scenie pan prosi, wręcz błaga go o załatwienie pańskiej sprawy – mówi Dejmek.

– Rozumiem, panie dyrektorze.

– No, to powtarzamy – mówi Dejmek.

Butrym wchodzi jeszcze raz, ale znowu straszy partnera, traktując go wyniośle. Dejmek przerywa.

– Czy pan mnie rozumie? Przecież mówiłem tyle razy, że jest pan w sytuacji po prośbie, a pan na niego krzyczy.

– Rozumiem, panie dyrektorze, postaram się.

Zaczynają jeszcze raz, ale Butrym nieodmiennie traktuje partnera z góry, jakby mu rozkazywał.

– Stop! – mówi Dejmek. –  Niech mi pan powie, ile pan u mnie zarabia?

– Mam pułap 5.000 zł miesięcznie, zero norm i 500 zł od spektaklu.

– A zatem tak – mówi Dejmek. – Co miesiąc pięć tysięć, pięć tysięcy… jak psu w d..ę.

Po tej uwadze Seweryn Butrym grał prawie to, czego oczekiwał reżyser. Ale zupełnie tego, o co chodziło, nie był stanie zagrać, bo jego emploi to był zwycięski, górny bohater.

CEZARY KRYSZTOPA: Nie mówcie tego prof. Maciejowi Góreckiemu

Artykuł 4. p. 1 Konstytucji RP mówI: „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Nie do Komisji Europejskiej, nie do trybunału Lenaertsa zwanego potocznie TSUE, nie do Parlamentu Europejskiego, nie do „światłych elit”, tylko do Narodu. Naród jest najwyższym Suwerenem (słyszycie chrzęst zgrzytających zębów?). Tak, jest Suwerenem.

Kim jest Suweren? Suweren jest podmiotem sprawującym niezależną władzę zwierzchnią. W demokracji ten rodzaj władzy sprawowany jest przez Naród. Czasem bezpośrednio, jak w referendum, czasem pośrednio, za pośrednictwem wyłonionych w wyborach przedstawicieli. Prosta sprawa.

Demokracja liberalna

Inaczej jednak jest w demokracji liberalnej. Nie mówię tutaj o oficjalnych ugrzecznionych definicjach, tylko o praktycznych z nią doświadczeniach i kierunku w jakim zmierza demokracja głównie zachodnia. Otóż w tzw. demokracji liberalnej najważniejsze są mniejszości. „Dla dobra mniejszości” stawia się na głowie świat większości. „Dobro mniejszości” ma być najwyższym celem całego systemu.

Z natury rzeczy mniejszości nie są w stanie narzucić niczego większości. I tu na arenę wkraczają „światłe elity”. To „światłe elity” w imieniu mniejszości i „dla ich dobra” kształtują system, który ma w istocie coraz mniej wspólnego z demokracją. Chełpiąc się nadal „demokratyczną naturą” i występując z pozycji „moralnie wyższościowych”, „światłe elity” budują różnego rodzaju instytucje i inne mechanizmy kontrolne, które mają najpierw „korygować”, a potem wręcz jawnie fałszować wolę narodowego, ale z ich punktu widzenia nieokrzesanego i nieoświeconego Suwerena.

W istocie jednak „światłe elity” nie znają żadnego dobra oprócz własnego. „Mniejszości”, czy to definiowane ekonomicznie, rasowo, czy tym co komu kto w jaki otwór wtyka, są im potrzebne jedynie instrumentalnie. Jedynym celem działania „światłych elit” są w gruncie rzeczy one same. Głęboko przekonane o tym, że nie ma dla nich alternatywy, że są z natury rzeczy predystynowane do rządzenia, co tam rządzenia, pasania bezmyślnego motłochu.

Profesor UW

– Elektorat PiSu jest niezwykle toksyczny kulturowo. Po odsunięciu PiSu od władzy służby powinny infiltrować i wewnętrznie dezintegrować każdą kolejną partię, która będzie bazować na tym elektoracie. Tylko w ten sposób unikniemy pełnoskalowego faszyzmu – stwierdził Maciej Górecki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego , instytucji wielce dla budowy „demokracji liberalnej” zasłużonej. I nie chodzi tu w żadnym razie o PiS, tylko o głębokie przekonanie profesora, który  całą pewnością ma się za przedstawiciela „światłych elit”, o tym, że jakaś, niemała przecież część Narodu, ma być dzięki jego inspiracji pozbawiona swojego udziału w demokracji, co ma tę demokrację zbliżyć do ideału „demokracji liberalnej”.

W sumie to, że takie przekonania pośród „światłych elit” istnieją, nie jest chyba zaskoczeniem dla nikogo kto potrafi złożyć dwa do dwóch, albo chociaż pamięta historię z tzw. „szafą płk Lesiaka”. Jednak miarą intelektualnego upadku tej formacji jest to, że ktoś mający się za profesora takie opinie wypowiada głośno i publicznie.

Upadek „światłych elit”

Intelektualny upadek „światłych elit” jest prawdopodobnie efektem braku pluralizmu, czy to wąsko w mediach, czy to szerzej w życiu publicznym. Różnego rodzaju instytucje „demokracji liberalnej” i środowiska „światłych elit” doprowadziły na przestrzeni dziesięcioleci istnienia III RP do zagłuszenia jakiejkolwiek konkurencji. A w efekcie, po jakimś czasie, to umysłowego rozleniwienia i rozumowej atrofii. Drugą przyczyną jest prawdopodobnie głęboka frustracja. Frustracja wynikająca z buntu „ciemnego ludu” , który „światłe elity” w 2015 roku kopnął w zadek tak, że do tej pory nie mogą złapać równowagi. I znów, nie tyle chodzi tu o zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w wyborach, ale raczej o czerwoną kartkę jaką „światłym elitom” rzutem na taśmę zdołał dać Naród.

I tak się te „elity” miotają od tamtej pory, pomiędzy własnym ograniczeniem umysłowym, przekonaniem o swojej bezalternatywności i wyjątkowości, a frustracją. Głęboką frustracją i obrazą na niewdzięcznego Suwerena. Ten emocjonalny huragan doprowadził je do zerwania ostatnich moralnych oporów i otwartego oddania się na służbę „światłym elitom” wyższego rzędu w Brukseli czy raczej w Berlinie. A właściwie gdziekolwiek, gdzie dadzą im chociaż cień nadziei, że są w stanie pomóc uchwycić znów smycz Suwerena.

Nie mówicie Góreckiemu

Nie oznacza to, że nasze lokalne „elity” nie były wcześniej na służbie. Służbę mają we krwi. Wcześniej służyły Moskwie, potem przeszły płynnie na układ „my wam tu oddamy tę polską masę upadłościową na rynek zbytu i rezerwuar taniej siły roboczej, a wy uznacie w nas swoich miejscowych gubernatorów zarządzających okoliczną trzodą”. Tak było oczywiście od dawna. Wcześniej jednak zachowywano pewne pozory, a po 2015 roku zarzucono resztki savoir vivre i nasze elitki zaczęły się dumnie obnosić z brązowymi nosami, a ich panowie wymieniać się doświadczeniami na temat „malinek” jakie zostawiły im na pośladkach.

I kto wie, być może łaska europejskich „panów” w końcu by tę frustrację i odruchową potrzebę pasania „ciemnego” Narodu, zaspokoiła. Problem jednak w tym, że klamry i ograniczniki jakie nałożyła „demokracja liberalna” na demokrację, pękają już nie tylko w Polsce. I dużo wskazuje na to, że, do tej pory jakże potężne, europejskie „światłe elity” same mogą niedługo zaliczyć kopa w zadek, po którym być może równowagi nie odzyskają już nigdy.

Tylko nie mówcie tego profesorowi Uniwersytetu Warszawskiego Góreckiemu. To byłoby okrutne.

WALTERA ALTERMANNA kilka współczesnych uwag do Dekalogu

Czy niewierzący może być porządnym człowiekiem? Oczywiście. Jednak pod pewnymi warunkami, które znajdujemy u Świętego Mateusza (22: 36-40) – Nauczycielu, które przykazanie jest największe? A On mu powiedział: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy.

W istocie, bowiem, tak dla wierzących, jak i dla niewierzących, największym nakazem jest humanizm, który nakazuje szanować tego drugiego.

Pewien mój znajomy twierdzi, że bez kultury judeo-chrześcijańskiej świat by zmarniał, a ludzkość by się wymordowała, co do jednego. To ładne sformułowanie, które nie bierze jednak pod uwagę, że przed chrześcijaństwem, a potem obok chrześcijaństwa, istniały, i istnieją kultury głęboko humanistyczne, takie jak w Azji czy Afryce. Takie zdanie – o prasprawczości kulturowej judeo- chrześcijaństwa – jest zresztą dowodem na zadufanie Europejczyków, którzy do dzisiaj roszczą sobie prawa do panowania nad resztą świata.

Po tych wstępnych uwagach przejdźmy do mojej nieskromności, czyli do kilku uwag, co do dzisiejszej moralności. W oparciu o Dekalog.

  1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną.

To przykazanie jest naczelne, bo mieści w sobie również pozostałe przykazania. Nie może, bowiem uważać się za wierzącego ktoś, kto jedynie „w pewnym stopniu” kradnie, lub „w ograniczony sposób” cudzołoży. Tu nie ma procentowego udziału w grzechu. Albo – albo.

Zastanawia mnie, że dzisiejsi ludzie, uważający się za dobrych chrześcijan, mając innych bogów w ogóle o tym nie wiedzą. Przecież bogami, lepiej powiedzieć idolami, dla tak wielu współczesnych są: kariera, pieniądze, władza, poklask tłumu. Dla tych idoli gotowi są zrobić więcej niż dla prawdziwego Boga, którego teoretycznie wyznają.

  1. Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego na daremno.

Najbardziej zastanawiające jest dzisiaj mieszanie Boga do polityki. Miłość do Stwórcy narasta, u niektórych, szczególnie w okresach przedwyborczch. Wtedy to większość działaczy partyjnych zaczyna powoływać się na swą wiarę. Gorzej, bo znajdują oni wspólników w księżach czy zakonnikach, którzy potwierdzają, że dany polityk, startujący z listy… numer na liście… jest porządnym chrześcijaninem.

W Polsce każda z większych partii ma swego księdza, a nawet biskupa, żeby nie powiedzieć swój kościół. Jedni są z kościoła pomorskiego, inni z karpackiego, a jeszcze inni z mazowieckiego.

Jeżeli nie jest to złamaniem drugiego przykazania, to, co nim jest? To, że kiedy hukniemy się młotkiem w palec, krzykniemy „O Boże”?

  1. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.

Dzień święty ma być u ludzi religijnych poświęcony Bogu, skupieniu się na sprawach transcendentnych, na sensie żywota, na walce z własnymi słabościami, na szukaniu równowagi ducha. U Żydów sobota jest dniem, w którym nie wolno pracować, podróżować, a nawet gotować.

W Polsce da się natomiast zauważyć, że czym bliżej wyborów, tym częściej politycy nasi są w kościołach. Żeby jeszcze chodziło o modlitwy w celu skłonienia Boga do poparcia tej a nie innej listy wyborczej…, Ale nie. Ogromne rzesze kandydatów na posłów, senatorów i radnych chcą być widziani w kościołach, jako to porządni chrześcijanie. Tak naprawdę, to wierzą oni, że udział w mszach i uroczystościach kościelnych ma im zagwarantować wzrost poparcia przy urnach.

A Kościół w Polsce, w większości, na to przystaje. Nie jest to dobre dla kościoła.

  1. Czcij ojca swego i matkę swoją.

W tym przykazaniu jest a priori założone, że rodzice kochają swe dzieci. Ale dzisiaj niekoniecznie tak jest. Rodzicom często tylko się wydaje, że kochają, ale z objawianiem swej miłości do swych potomków maja ogromny kłopot. Nie maja czasu dla swych pociech, poświęcają im zbyt mało czasu i uwagi. Ciągle widuję matki zagapione w komórki, gdy ich dziecko chce zainteresowania. Ale one zainteresowane są najbardziej, co Zuzia napisała o Krysi do Jadzi.

A potem tak marnie wychowywane dzieci nie znajdą już sił i czasu na opiekę nad starymi rodzicami. Bo oddadzą rodzicom tylko tyle ile same dostały. Nie mówię już o rodzinach patologicznych, w których dziecko jest przeszkodą do zabawy rodziców.

„Wszystko jest w życiu pożyczane. Tak jak ty traktujesz rodziców, tak ciebie potraktują twoje dzieci” – mawiał mój mądry ojciec.

  1. Nie zabijaj.

Jeżeli z czasem świat nie uzna ludobójcy Putina za zbrodniarza, któremu nie podaje się ręki, nie rozmawia i nie robi z nim interesów, to znaczyć to będzie, że wszyscy ci politycy, ci światowej klasy biznesmeni zgrzeszyli przeciw piątemu przykazaniu. A jest to grzech ciężki. I będą z tego rozliczeni. Niestety mam mało nadziei na to, że Putina i jego kompanów spotka surowy osąd świata. Pieniądze z tańszej ropy i gazu mają dzisiaj silniejsze „przebicie” niż piąte przykazanie. O pieniądzach wspomnę jeszcze przy przykazaniu siódmym.

Nie zabijaj mówi przykazanie, ale część światowych przywódców proponuje takie rozwiązanie wojny na Ukrainie, żeby Putin mógł zachować twarz. I opowiadają się za tym, aby część już okupowanych ziem, Putin mógł zatrzymać. Moim zdaniem dawanie zbrodniarzowi prezentów i przechodzenie nad jego uczynkami do porządku dziennego, jest współudziałem w zbrodni, jest wspólnictwem.

A to jest również grzechem. I grzeszą nie tylko niektórzy prezydenci, kanclerze, premierzy, nie tylko Elon Musk, który prowadzi własne pertraktacje z Putinem. Grzeszy też niejaki Cyryl I, Jego Świątobliwość Patriarcha moskiewski i całej Rusi, współpracownik KGB, który błogosławi wojnę Putina.

Zdaje mi się, że w piekle znajdzie się całkiem doborowe towarzystwo.

  1. Nie cudzołóż.

Świętość małżeństwa właściwie nigdy nie istniała. To życzeniowość Kościoła, a nie opis stanu faktycznego. I Tak jest już od średniowiecza. Największym na to dowodem są małżeństwa władców. Pobierali się tylko dla interesów dynastycznych, a jeżeli trafiało się przypadkiem królewskie małżeństwo, które się kochało, to wspominają je kroniki, jako wypadek i kuriozum. Rozwody w królewskich rodach, były czymś oczywistym. Oczywiście każdy rozwód kosztował dużo pieniędzy, które skwapliwie przyjmowano w Watykanie. Jeden z królów Anglii, Henryk VIII, któremu papież zwlekał z unieważnieniem małżeństwa, wściekł się i założył własny kościół. Nasi królowie też nie byli święci, gdy chodzi o rozwody.

Inny problem to potępiane przez Kościół współżycie przedmałżeńskie, które było normą w wczesnym średniowieczu. Ludzie się dobierali charakterami, także w łóżku, pod względem seksualnym. Jeżeli uznawali, że jest im dobrze, byli razem na stałe.

O dziwo Kościół – od zawsze – przywiązywał największą wagę do szóstego przykazania. Pozostałe dziewięć traktując, moim zdaniem, lżej.

  1. Nie kradnij.

Pracodawca, który płaci pracownikom tylko tyle ile musi, – kim jest, jeśli nie złodziejem? Zarządzanie społeczeństwem polega na tym, żeby wywołać powszechny gniew na człowieka, który ukradł komuś samochód, lub ograbił wystawę jubilera. Natomiast prezesi banków, korporacji, którzy doprowadzają celowo swe firmy do upadłości – zagarniając po drodze wielkie pieniądze? Oni są poza potępieniem.

Bo łatwo nam wyobrazić sobie, że nagle tracimy dziesięcioletniego fiata, ale ukradzione miliony, miliardy są dla nas abstrakcją. Złodziejstwo wielkich nie mieści się w naszym doświadczeniu, więc skupiamy się na małych złodziejach. Ale tak to jest od zawsze, bo już Biernat z Lublina pisał: „Wielcy złodzieje, małe wieszą”.

Jest jeszcze gorzej, bo prości ludzie po cichu uważają, że władze zawsze kradły, kradną i kraść będą, więc w sumie nie ma sprawy.

  1. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.

Jednym z atrybutów walki politycznej są dzisiaj publiczne plotki, pomówienia i oszczerstwa. Są nawet dziennikarze zawodowo zajmujący się czarnym PR. I o dziwo, tacy osobnicy cieszą się uznaniem swojego środowiska.

Są jeszcze w mediach społecznościowych zawodowcy – często na usługach obcych państw, – którzy wytwarzają tzw. fake newsy. Mamy także Internet, w którym frustraci chcąc zwrócić na siebie uwagę, eskalują potwarze, wulgaryzują język. I plwają na politykę.

Ale nie oni martwią mnie najbardziej, bo ludzi czerpiących radość z ubliżania innym zawsze było wielu. Zastanawiam się nad mediami klasycznymi, których etatowcy, lub zaproszeni goście prześcigają się w opowiadaniu dyrdymałów okraszonych obelżywymi epitetami.

I powiedzmy od razu – obie strony, opozycja i rządzący mają w tym względzie sporo na sumieniu. A grzeszą przeciw ósmemu przykazaniu nie tylko ci, którzy są oszczercami. Grzeszą też ci, którzy tych zawodowych oszczerców zapraszają do studiów radiowych i telewizyjnych.

Jest nawet taka zasada – ten częściej zagości w programach, który lepiej przyłoży, bardziej pomówi i opluskwi. A to jest grzech. I to poważny, bo bardzo grzeszy ten, który wiedzie na manowce, gorszy maluczkiego, czyli widza. Dante tego nie przewidział, ale dla tych „specjalistów” będą specjalne atrakcje w piekle.

Owszem są procesy…, Ale żeby tak jeden z drugim, bez procesu sam się zorientował, że grzeszy, i skruszony przeprosił? Nie słyszałem o takim przypadku.

  1. Nie pożądaj żony bliźniego swego.

Dzisiejsze media pełne są opisów romansów celebrytów, ich rozwodów, powrotów, zdrad. Takie związki stają się też wzorcem dla „pospólstwa”. I redaktorzy tych pisemek, audycji nie mają sobie nic do zarzucenia. A czymże różnią się oni od sutenerów? Albo producentów pornografii?

Stwarzanie medialnej przychylności dla zdrad – także jest ciężkim grzechem.

  1. Ani żadnej rzeczy, która jego jest.

Zawiść rodzi się z niezrozumienia własnej pozycji, lub braku szczęścia. To stary, odwieczny odruch człowieka, że przyczyn własnych niepowodzeń upatruje w spiskach i układach innych ludzi. To bardzo trudny problem. Bo mało kto chce sobie powiedzieć: tak, jestem gorszy.

Niby mówimy, że człowiek jest kowalem własnego losu, ale zwykle odnosimy ten proces do innych. A dla zdrowia osobniczego i społecznego powinniśmy znać własne ograniczenia i płynące z nich konsekwencje. To tak jak ze złotem – jest go za mało w naturze, żeby starczyło dla wszystkich. Ludzie nie chcą i nie potrafią cieszyć się z tego, co mają. Może w dawnych epokach było łatwiej, bo władza – oraz pieniądze – pochodzić miały od Boga? A teraz w demokracji? Jak mamy sobie wytłumaczyć nierówności? Zatem, grzeszymy.

Podsumowanie

Oczywiście oczekiwałbym od wszystkich Kościołów świata potępienia nowych form i okoliczności starych grzechów. Ale… Kościoły są ludzkie, więc maja ludzkie słabości. I idą ścieżką wydeptaną od wieków grzechów upatrując jedynie w osobach, a grzechów społecznych nie ruszają. Szkoda.

 

 

 

 

JAN TESPISKI: Na co zmarł Wyspiański i inne sytuacje (14)

Profesor filologii polskiej Jan Durr-Durski (ur. 1902 – zm. 1969) prowadził wykłady z literatury staropolskiej na Uniwersytecie Łódzkim. Jednakże będąc także wybitnym znawcą twórczości Stanisława Wyspiańskiego, bardzo często robił wycieczki od Szymona Szymonowica ku Wyspiańskiemu i Młodej Polsce.

Niekiedy te wycieczki były znacznie obszerniejsze niż temat główny. Pewnego dnia, ni z tego, ni z owego, będąc akurat przy Danielu Naborowskim i jego artystycznym świntuszeniu, Profesor powiedział:

– A co do Wyspiańskiego… Odkryłem, że nie jest prawdą jakoby zmarł na syfilis, którym rzekomo zaraził się w czasie swego drugiego pobytu w Paryżu, od modelki Paula Gauguin’a. Prawda jest taka, że to w ogóle nie był syfilis, tylko coś znacznie gorszego. A zaraził się tym paskudztwem w Krakowie, od jednej praczki przy Floriańskiej 6, z bramy, w piwnicy. A co to było opowiem przy następnym wykładzie. Do zobaczenia za dwa tygodnie.

Za dwa tygodnie sala wykładowa filologii Uniwersytetu Łódzkiego była pełna. Szczególnie tłumnie – co zastanawiające – przybyły cnotliwe studentki pierwszych lat. Czekano dość długo, w końcu pojawił się asystent profesora i oznajmił, że profesor Durr-Durski zmarł właśnie wieczorem dnia poprzedniego w Warszawie.

Rozeszliśmy się głęboko zawiedzeni. Profesor wielką tajemnicę Czwartego Wieszcza zabrał ze sobą do grobu.

Przerwane Dziady

Powiada się w teatrach, że teatr musi grać za każdą cenę. Liczne są też przykłady aktorów, którzy mimo rodzinnych tragedii, karnie stawiali się na spektakle. Bo odwołanie spektaklu jest dla nich największą, niewyobrażalną tragedią. Nie mnie osądzać, czy nie ma w tym przesady, ale obowiązkowość aktorów jest naprawdę wielka. Jest tak wielka, że nawet ministerialnym urzędnikom w połowie nie przychodzi coś takiego do głów. Ale ta „wierna służba teatrowi” przybiera niekiedy wymiary tragikomiczne. Jak każda przesada.

Wiadomo, że każde wystawienie „Dziadów” jest dla teatru wielkim wysiłkiem i wielkim świętem zarazem. W roku 1984 w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza, wyreżyserował je Maciej Prus. Spektakl był wydarzeniem artystycznym.

Dla poniższej anegdoty ważne jest, by opowiedzieć początek tej inscenizacji. Zatem zaczynało się tak… Scena wznosiła się lekko ku horyzontowi i cała była zasypana ziemią. Były to trociny ufarbowane na brązowo. Gdy wznosiła się kurtyna, widzowie widzieli słabo oświetloną grupę Chóru z przodownikiem Guślarzem. Wśród tej kilkunastoosobowej gromadki był także muzyk z wielkim bębnem, w który miarowo uderzał. Wszystko to dawało to naprawdę nastrój niesamowity i poważny. I słynny tekst miał wspaniałą oprawę:

CHÓR

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,

Co to będzie, co to będzie?

GUŚLARZ

Zamknijcie drzwi od kaplicy

I stańcie dokoła truny;

Żadnej lampy, żadnej świécy,

W oknach zawieście całuny…

Tak pięknie było do czasu, gdy teatr został zaproszony na festiwal w Opolu. Gmach opolskiego teatru jest – w porównaniu z budynkiem Teatru Jaracza – ogromny, a sama scena kilkukrotnie większa.

Próby przed konkursowym przedstawieniem na festiwalu poszły dobrze. Wieczorem kurtyna wzniosła się… i zaczęli grać. Jednakże jeden z Chóru, starszy już wiekiem Włodzimierz Kwaskowski, zagubił się przepastnych przestrzeniach opolskiego teatru i nie zdążył… Początek – bez niego?! Cóż jednak znaczy obowiązkowość starszego pokolenia. Kwaskowski padł na podłogę i zaczął się czołgać ku środkowi sceny. Żeby jednak nie być widocznym – jak pomyślał – zaczął obrzucać się trocinami, dla niepoznaki, dla ukrycia swego czołgania.

Widownia i koledzy na scenie zobaczyli jednak jakiegoś pełzającego w tumanie kurzu aktora… Opadła kurtyna i po piętnastu minutach – gdy aktorzy wyparskali już swoje rozbawienie i przestali się śmiać – zaczęto raz jeszcze.

Oczywiście pewną winę miał także inspicjent. Ale Włodzierz Kwaskowski nigdy nie uznał swojego wypadku za śmieszny. Może dlatego, że był aktorem komediowym?

A przyjemność?

A skoro już wspomnieliśmy postać wspaniałego reżysera Macieja Prusa… Miał on dość pouczającą przygodę na początku swej drogi reżyserskiej.

Jako młody reżyser wystawiał w jednym z warszawskich teatrów sztukę, z Janem Świderskim w roli głównej. Próby szły dobrze, ale – czym bliżej premiery – Świderski „rozwijał się”, To znaczy grał coraz bardziej grubo, grubo przesadzając. To znaczy kasłał, prychał, wzdychał, mlaskał i cmokał. W czasie przerwy po pierwszym akcie, w czasie pierwszej generalnej, ktoś z przyjaciół zwrócił Maciejowi Prusowi uwagę, że Świderski gra „za dużo”

Prus jako człowiek subtelny, trochę się obawiał mistrza. W końcu jednak wziął na odwagę, poszedł do garderoby Świderskiego i powiedział:

– Bardzo bym prosił, panie Janie, żeby grał pan trochę mniej…

Świderski nie powiedział nic. Jednak drugi i trzeci akt zagrał już normalnie, bez „dodatków charakterystycznych”. Gdy próba się skończyła Prus poszedł znowu do garderoby mistrza:

– Chciałem podziękować – powiedział do Świderskiego. – Właśnie o to mi chodziło.

– Panu o to chodziło, ja wiem… Ja mogę tak grać – powiedział Świderski. – Ale gdzie przyjemność?

Operetka w Słupsku

I jeszcze raz Maciej Prus.

Gdy za Gierka zwiększono liczbę województw do 49, okazało się, że władze nowych województw nie są pozbawione ambicji. W takim Słupsku postanowiono mieć dobry teatr, a konkretnie operetkę. Taki był gust decydentów. Jakoś tak się złożyło, że do władz Słupska dotarło, że jest dobry reżyser, który wprost marzy o operetce właśnie. Nawiązano kontakt i powołano Maciej Prusa na dyrektora nowego teatru.

Jakież jednak było zdziwienie władzy, gdy na premierze zobaczyła, że ich teatr – owszem – gra operetkę, ale „Operetkę” Gombrowicza.

I tak to przygoda z teatrem słupskim trwała dla Macieja Prusa ledwie rok, bo był dyrektorem tego teatru zaledwie w sezonie 1977 – 1978.

Ale swoje marzenie spełnił i „Operetkę” wystawił.

 

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Dziennikarze w Ukrainie – praca w trybie wojennym

Praca dziennikarzy w Ukrainie podczas wojny jest bezcenna. To nie tylko bieżące dostarczanie informacji o heroicznym oporze wobec agresorów, ale także historyczna dokumentacja zbrodni rosyjskich najeźdźców.

Na portalu Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy można jeszcze przeczytać apel tej organizacji, który pojawił się tam zaraz po rosyjskiej inwazji: „Ukraino, trzymaj się! NSJU wchodzi w wojenny tryb działania!” Nikt z nas nie miał doświadczenia wojskowego, ale wszyscy rozumieli, że nadszedł czas, kiedy istnienie kraju, narodu, jest zagrożone, że trzeba walczyć i wygrać, innej drogi nie było. Niedawno na Ukrainie ukazała się książka „Dziennikarze na wojnie”, zbiór opowiadań o tym, jak dziennikarze „walczą” na froncie informacyjnym. Od początku wojny wydarzyło się bardzo wiele, to prawie cała najnowsza historia społeczności dziennikarskiej Ukrainy.

Co najmniej 39 dziennikarzy padło ofiarą agresji rosyjskiej na Ukrainie w ciągu 200 dni wojny. Według zweryfikowanych danych NSJU wśród zabitych jest ośmiu dziennikarzy pełniących obowiązki zawodowe; 13 pracowników mediów to ofiary cywilne; 18 zabitych spośród przedstawicieli mediów stanowili zmobilizowani do obrony kraju w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy. Ostatnią ofiarą rosyjskich najeźdźców był operator kanału telewizyjnego „Pryamiy” i oficer Sił Zbrojnych Ukrainy Oleksiy Yurchenko, który zginął podczas walk o Bałaklia pod Charkowem 8 września.

Szef Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Serhij Tomilenko mówi, że dla dziennikarzy sprawą honoru jest uczczenie pamięci i wspieranie rodzin poległych kolegów – tych, którzy zginęli podczas wykonywania obowiązków zawodowych, tych, którzy na czas wojny odłożyli pióro, zeszyt i dyktafon i chwycili za broń, a także tych, którzy stali się niewinnymi ofiarami rosyjskich najeźdźców.

Na Ukrainie podczas wykonywania obowiązków dziennikarskich zginął np. ukraiński fotoreporter magazynu „LIVE” Jewgienij Sakun. Został zabity podczas ataku rakietowego na wieżę telewizyjną w Kijowie 1 marca 2022 r. Renauda Brenta Anthony’ego, Amerykanina dziennikarza, byłego korespondenta „The New York Times”, reportera „Time” i dokumentalistę rosyjscy żołnierze zastrzelili na punkcie kontrolnym w Irpieniu 13 marca 2022 r. Pierre Zakzhevsky, irlandzki fotoreporter „Fox News”, zmarł 14 marca, 2022 wraz z Oleksandrą Kuvshinovą, po ostrzale ich samochodu we wsi Gorenka w obwodzie kijowskim. Oksana Baulina, rosyjska dziennikarka „The Insider” zginęła 23 marca 2022 r. podczas rosyjskiego ostrzału Kijowa. Maksym Levin, ukraiński fotoreporter, został znaleziony martwy w obwodzie kijowskim 1 kwietnia 2022 r. Śledztwo przeprowadzone przez Reporterów bez Granic wykazało, że był torturowany i zamordowany. Mantas Kvedaravicius, litewski filmowiec i dokumentalista, zginął 2 kwietnia 2022 roku podczas próby opuszczenia miasta Mariupol, którego życie dokumentował przez wiele lat. Leclerc-Imhoff Frédéric, francuski dziennikarz kanału BFMTV, zmarł od rany zadanej odłamkiem 30 maja 2022 r. po rosyjskim ostrzale, relacjonował ewakuację ludności cywilnej z Siewierodoniecka.

Dilyerbek Shakirov, ukraiński dziennikarz tygodnika informacyjnego „Navkolo Tebe”, został zabity z broni automatycznej 26 lutego w obwodzie chersońskim. Wśród zabitych podczas wojny są też Ihor Hudenko, ukraiński fotograf i Pavlo Li, gospodarz kanału telewizyjnego „Dom”. Viktor Dyedov, ukraiński operator kanału telewizyjnego „Sigma”, zmarł 11 marca 2022 r. w Mariupolu w wyniku ostrzału jego domu. Hyrych Vira, ukraiński dziennikarz, producent Radio Liberty, zginął w wyniku rosyjskiego ostrzału Kijowa 28 kwietnia 2022 roku. To tylko niektórzy z naszych kolegów i koleżanek, którzy zginęli w wyniku rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Trudno wyliczyć wszystkich, to takie bolesne…

Jednak w Ukrainie rozumieją, że praca dziennikarzy w czasie wojny jest bezcenna. To nie tylko reportaż o heroicznym oporze Ukraińców wobec rosyjskich agresorów, ale także historyczna dokumentacja zbrodni rosyjskich najeźdźców, która będzie leżała na stołach sądowych podczas przyszłych procesów zbrodniarzy wojennych, to po prostu dokumentacja historii ukraińskich miast i wsi. Na przykład znany fotoreporter „Graty” Stanislav Yurchenko mówi: „To, co kręcimy ja i moi koledzy, będzie służyło jeszcze lata po wojnie. Ponieważ postępowanie sądowe to nie kwestia roku czy dwóch lat. Te zdjęcia mogą być potrzebne przez dziesięciolecia”. Od początku wojny Stanislav Yurchenko podróżuje po Ukrainie i dokumentuje to, co wydarzyło się w ukraińskich miastach i wsiach w związku z inwazją rosyjskich najeźdźców. Wydawnictwo „Grata”, specjalizujące się w dziennikarstwie sądowym, zajmuje się obecnie dokumentowaniem zbrodni wojennych Rosji na Ukrainie. Stanislav Yurchenko opowiedział o tym, co można sfilmować, o co powinien zadbać dziennikarz idąc do strefy walki, dlaczego hełm jest nie mniej ważny niż kamizelka kuloodporna, podczas szkolenia NSJU „Bezpieczeństwo dziennikarzy relacjonujących wojnę na Ukrainie”, które odbyło się we współpracy z UNESCO i organizacją Reporterzy bez Granic.

W Ukrainie praktycznie nigdzie dziennikarze nie porzucili swoich obowiązków z własnej woli. Korzystają z najmniejszych możliwości kontynuowania wydawania gazety, aktualizowania kanałów internetowych, nadawania audycji radiowych i telewizyjnych. Na przykład gazeta „Majak” w obwodzie charkowskim ukazuje się pomimo wojny, problemów z pocztą i internetem. Zespół dziennikarzy drukuje gazetę na drukarce i rozdaje ją czytelnikom. Redaktor naczelna Tetiana Łuczyńska mówi, że dziennikarze wytrzymali uderzenie koronawirusa, a teraz muszą się zmierzyć z wojną. „Walczymy i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby gazeta przetrwała i wygrała razem ze swoimi czytelnikami” – dodaje. Nawet teraz gazeta ma ponad 3000 subskrybentów, a grupa na Facebooku liczy około 12 000 członków. Jest wiele takich przykładów, kiedy dziennikarze nadal pracują i publikują w najtrudniejszych warunkach.

Z dziewięciu pracowników gazety „Verkhovynski Visti” w obwodzie iwanofrankowskim, w redakcji obecnie pozostało sześciu. Budżet reklamowy został stracony z powodu wojny, pieniądze wystarcza tylko na opłacenie druku gazety, więc cała ekipa zdecydowała się na urlop bezpłatny, ale kontynuować wydawanie kolejnych numerów. Przed wojną  60% dochodów pochodziło z prenumerat, a pozostałe 40% z reklam. Teraz sytuacja się zmieniła. Wraz z wybuchem wojny na pełną skalę papier i usługi poligraficzne stały się bardzo drogie. Wydanie 3000 egzemplarzy pochłania wszystkie pieniądze zarobione w ciągu miesiąca. Liczbę stron trzeba było zmniejszyć z 12 do 8, ale gazeta żyje i przekazuje czytelnikom wiadomości z frontu. Chociaż ogólnie w obwodzie iwano-frankowskim 9 lokalnych gazet przestało się ukazywać, a niektóre całkowicie się zamknęły, niektóre ukazują się nieregularnie.

Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy stworzył sieć Centrów Solidarności w regionach, aby nieść pomoc dziennikarzom. Lina Kush, pierwsza sekretarz NSJU, mówi: „To sieć stworzona przez Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy w celu wspierania pracowników mediów w czasie wojny. Każdy ukraiński dziennikarz może skontaktować się z nami w celu uzyskania pomocy osobiście lub online. Świadczymy pomoc organizacyjną, techniczną, materialną, psychologiczną i prawną dziennikarzom, którzy w różnym stopniu zostali dotknięci wojną, a także pomagamy przedstawicielom krajowych i zagranicznych środków masowego przekazu w relacjonowaniu zbrojnej agresji Rosji w naszym kraju. Wraz z międzynarodowymi partnerami pomagamy małym lokalnym redacjom >utrzymać się na powierzchni<, zapewniając tymczasowe wsparcie finansowe na opłacenie pracowników lub zakup sprzętu”. Takie ośrodki powstały w Kijowie, Lwowie, Iwano-Frankowsku, Czerniowcach, Zaporożu i Dnieprze. Sieć została utworzona i działa przy wsparciu Europejskiej i Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy oraz innych partnerów międzynarodowych.

HUBERT BEKRYCHT: Sojowy schabowy, czyli dziennikarstwo w sieci. Manipulacji i kłamstw

Od lat czytam dzieła Koleżanek i Kolegów, na co dzień dziennikarzy tzw. szanowanych redakcji, którzy popisują się w sieci, szczególnie w portalach społecznościowych. Popisują się swoją „odwagą”, „niezależnością”, „bezkompromisowością”. Zwykle jest to pean wychwalający zjawiska związane z tzw. poprawnością polityczną i krytykujący „patopatriotyzm” oraz wyimaginowane pojęcia, takie jak „nacjonalizm” i „faszyzm”.

Z reguły to, że żurnaliści owi piszą w „społecznościach” jest na rękę niektórym redakcjom, chociaż wielu szefów dziennikarskiego przepada za tym internetowym schabowym z soi i nawet nie ukrywa, że popiera „niezależność” swojego pracownika poza redakcją. Pod warunkiem, że tak samo uważa mityczna redakcja, w rzeczywistości właściciele i sponsorzy.

Zwykle dziennikarz na Twitterze, Facebooku, Instagramie lub innym Tik Toku pisze niezbyt wiele artykułów w tygodniu a nawet w miesiącu, może jeszcze nagrywa kilka amatorskich filmików zwanych blogami wideo albo felietonami. Reszta to ich kompilacje w sieci i odpowiedzi na komentarze. Zwykle odpowiedzi znamionujące „wybitną wiedzę” i nie znoszące sprzeciwu, czyli krytyki. To nawet tysiące wpisów. Pewne i pewni siebie nowi medialni manipulatorzy sycą się swą pozycją w Internecie. Zwykle innej nie mają. Zanim za kilka lat napiszą książkę na przykład pod tytułem: „Wywiad rzeka z księdzem, który porzucił stan kapłański zanim stał się duchownym, bo uznał, że kler to zło” muszą troszkę popracować przy pisaniu swojego własnego życiorysu wybitnego dziennikarza. Pojawia się zatem pytanie, czy praca w mediach usprawiedliwia bycie bucem? Wiele osób tak uważa.

Powszechne są przypadki kierowników jeziora (przydomek nadany kiedyś nawet zdolnemu kiedyś publicyście nazywającemu siebie uparcie „prawicowym” lub „konserwatywnym”), dziennikarek wytatuowanych jak modelka prezentująca flamastry albo ludzi szerzej nie znanych a piszących tylko pochwały opozycji. No cóż, to nie grzech. Każdy tak może, jest demokracja.

Co jednak, jeśli tacy „dziennikarze” wzmacniając przekaz na przykład negatywną narrację wymierzoną w rząd piszą po prostu pierdoły? To też jeszcze nie grzech. Problem zaczyna się, kiedy – a to niestety coraz częstsze – tacy medialni celebryci manipulują lub nawet otwarcie kłamią Co wtedy? No właśnie, nic…

Tak jest niestety wszędzie na świecie, nie tylko u nas. Pandemia stała się poniekąd matką dziennikarskiego samogwałtu. Chodzi o fakty, które tylko dla podającego je medium mają wartość i ukryty przekaz, prawie zawsze negatywny dla krytykowanego zjawiska społeczno-politycznego oraz kojarzonych z nim ludzi. Potem dla takiej fabryki dezinformacji sprawa jest prosta, potrzebne są tylko jeszcze cytaty w podobnych mediach i wówczas wiadomość z sieci przedostaje się do poważnych ogólnokrajowych mediów. To znaczy nie wiadomość a fake news, czyli bzdura, fałsz, manipulacja, świństwo.

Czyli, jest „news”, jest dobrze. Kasa się zgadza, ale to nie dziennikarstwo tylko histeryczne ujadanie hien (wybaczcie kochani przedstawiciele tego gatunku). To nie żadna informacja, a pulpa dziennikarska, tytułowy medialny sojowy schabowy.  A przecież, nawet wegetarianie i weganie nie publikują na swoich portalach przepisów na potrawy z mięsa.

 

O 17 stopniach, ale nie zasilania, pisze CEZARY KRYSZTOPA: Żryjcie dorsze

W 1989 roku, kiedy upadał PRL i żyliśmy w przekonaniu, że „nastała wolność” (niby był już Okrągły Stół, a ciągle mordowano księży, niby miała być „demokracja” a rządzić mieli uzgodnieni przy Okrągłym Stole, na wszelki wypadek asekurowani przez nadzwyczajną kastę), miałem 15 lat i byłem na etapie jarania się tym, że starszy kolega pożyczył mi gazetki Solidarności Walczącej. No, ale coś tam z tego PRL pamiętam.

Tzw. „bezmięsne poniedziałki” (później gdzieniegdzie wtorki a w gastronomii w środy) znam jedynie z opowiadań rodziców. Ot, wobec permanentnych problemów z zaopatrzeniem w mięso, władza usiłowała przekonać obywateli, że po rzekomo sutym niedzielnym obiedzie, nic się nie stanie, jeśli w poniedziałek nie będą jedli mięsa i w ten sposób popyt spadnie i wszystkim wystarczy. Nie wystarczyło.

Dlatego (kto to jeszcze pamięta?) pojawił się pomysł na to, żeby mięso zastąpić krylem, skorupiakiem podobnym do krewetki, który nawet zaczęto odławiać, ale PRL, ówczesna „dziesiąta potęga gospodarcza świata” nie poradził sobie z technologicznym oddzielaniem skorupek od reszty. W końcu popularność pośród Polaków zdobyło hasło naśladujące PRL-owską propagandę – „Żryjcie dorsze, g.wno gorsze”. Ryby akurat były wtedy rzeczywiście łatwiej dostępne, a dorsz był uważany za rybę pospolitą i nieszczególnie poważany.

Nie mam powodu, żeby nie wierzyć minister Annie Moskwie, że utrzymuje w domu temperaturę 17 stopni. Skoro tak mówi to tak widać jest, ale kiedy mówi, że „taka temperatura jest zdrowa dla organizmu”, to zaraz przypominają mi się te zabawne z perspektywy czasu powiedzonka z okresu PRL i odnoszę dziwne wrażenie, że wcale nie idzie tu o moje zdrowie. A przed sezonem grzewczym ma jeszcze ruszyć rządowa kampania mająca nakłaniać Polaków do oszczędzania na ogrzewaniu.

Rozumiem rozwiązania systemowe. Zamrożenie cen prądu do jakiegoś poziomu zużycia. Świetna myśl Rafała Ziemkiewicza, który zwrócił uwagę na to, że gdyby ludzie rozumieli zależność pomiędzy zużyciem prądu a kwotami, które za niego płacą, zapewne natychmiast wyciągnęliby nieużywane ładowarki z gniazdek i zgasili zbędne światło. W tej chwili tego nie robią, bo system opłat za prąd zbudowany na jakichś magicznych prognozach i wzorach matematycznych, których bez doktoranckich studiów z matematyki nie da się zrozumieć, powoduje, że nikt normalny tej zależności nie rozumie. Abstrahuję już od patologii „rozwiązań unijnych” opierających się na celowym podnoszeniu cen wszystkiego, bo to temat na oddzielny tekst.

Tak czy siak, chyba rzadko w historii zdarzyło się politykowi namówić obywateli do oszczędzania poprzez nawijanie mu makaronu na uszy, że „to dla jego zdrowia”. Zamiast zamierzonego efektu może sprowokować niewygodne dla siebie skojarzenia.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Na śmierć towarzysza Urbana

Zmarł towarzysz Jerzy Urban. Zbrodniarz komunistyczny, w stanie wojennym członek związku przestępczego o charakterze zbrojnym, współsprawca zbrodni na polskich niepodległościowcach i kapłanach, w tym zamordowania kapelana Solidarności ks. Jerzego Popiełuszki i Grzegorza Przemyka. W tzw. III RP przez (post) komunistów i „demokratów” uważany za autorytet, po śmierci nagrodzony spoczynkiem na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

W 2019 r. na cześć tego żałosnego starca zorganizowano imprezę na Polu Mokotowskim w Warszawie. Ogłupiona gawiedź skandowała: „Urban, Urban, Urban”. Na domiar złego impreza odbyła się w rocznicę zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. Zamordowania przez czerwonych kumpli czerwonego Urbana.

Ci kumple to nie jacyś trzepakowi bandyci, tylko przywódcy komunistycznego państwa: towarzysz Jaruzelski, towarzysz Kiszczak et consortes. Bo komunizm w Polsce istniał (doprecyzowując: został nam narzucony siłą) i mordował. Oczywiście mordował nie komunistyczny system, ale jego ludzie. Jedni mordowali, inni tym zbrodniom zaprzeczali, czyli kłamali. W panteonie czerwonych kłamców poczesne miejsce zajmuje właśnie Jerzy Urban.

Przypomnijmy zatem mądrzejszym (bo ogłupiona gawiedź i tak nie pojmie), co to za jegomość, a lepiej powiedzieć – bolszewicki drań. Bo Urban to propagandysta wojny polsko-jaruzelskiej, którego nieprzypadkowo senator Bender nazwał „Goebbelsem stanu wojennego”. To gęba totalitarnego, zbrodniczego systemu, którego „nieznani sprawcy” likwidowali Polaków, w tym księży. Nie tylko Jerzego Popiełuszkę, ale i Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca, Sylwestra Zycha. Ci trzej niezłomni kapłani zginęli w 1989 r.

Jana Pawła II zamordować nie zdołali, choć on był głównym celem. Po nieudanym zamachu pozostało ośmieszanie i opluwanie. A kto papieża nazywał „sędziwym bożkiem, Breżniewem Watykanu, Obwoźnym sado-maso”? Właśnie Urban.

Bo Urban był nie tylko rzecznikiem „polskich” bolszewików, ale też jednym z decydentów ich polityki w stanie wojennym. Jego twórców sąd w III RP nazwał związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Urbana też – choć na ławie oskarżonych nie zasiadł. No bo kto na miesiąc przed zabójstwem ks. Popiełuszki, we wrześniu 1984 r., nazwał kapelana Solidarności „Savonarolą antykomunizmu”? Kto rok wcześniej namawiał Kiszczaka do stworzenia w MSW specjalnego pionu propagandowego, który kreowałby czarną propagandę, a z drugiej strony ocieplał wizerunek SB, MO i ZOMO?

A dzisiejszym komunistom, dla których ów czerwony Goebbels jest guru, przypomnę, jak kłamał o homoseksualistach prześladowanych przez jego kolegów z MSW w ramach akcji „Hiacynt”.

W tzw. III RP miejsce Jerzego Urbana – „Goebbelsa stanu wojennego”, powinno być nie na imprezie w knajpie, ale w więzieniu. Powinien tam trafić jako główny propagandysta czerwonych bandytów na szczytach komunistycznej władzy. To się nie udało w jego przypadku i większości innych czerwonych drani.

Dlatego nie cieszę się, że Jerzy Urban zmarł, bo zmarł nieosądzony. A na koniec Powązki – gdzie położy się w rodzinnie grobie. Kiedyś nekropolia chwały polskiego oręża. Dziś cmentarz komunalny dla komuny. Zbrodniarze obok „Łączki” i kwater powstańczych.

JOLANTA HAJDASZ: Nie dla Urbana na Powązkach

Pogrzeb Jerzego Urbana odbędzie się na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie –  poinformował wicenaczelny założonego przez niego tygodnika. Co z tego, że w prywatnym grobie swoich rodziców, co z tego, że nie będzie – jak zakomunikowało Ministerstwo Obrony Narodowej – pochowany według wojskowego ceremoniału.

Gdy przeczytałam tę informację, poczułam się tak jak przed laty, w czerwcu 1989 roku, gdy po morderczej dla nas kampanii wyborczej okazało się, że prezydentem ma być Jaruzelski, a premierem Kiszczak…. . To po to siedziałam w stanie wojennym w więzieniu – pytała mnie w tamtym czasie  retorycznie Maria Blimel, przyjaciółka z radiowej grupy przygotowującej materiały wyborcze dla „Solidarności”, w której razem pracowałyśmy po nocach, żeby teraz oni zostali znowu na najważniejszych stanowiskach?

I mam teraz poczucie deja vu . Sytuacja zupełnie inna, okoliczności nie te, ale dominujące uczucie mieszaniny niesmaku, złości i bezsilności jest bardzo podobne. Powązki to symbol chwały polskiego oręża i szlachetnego życia,  tam powinni być pochowani tylko ci, którzy swoim życiem udowodnili, że zasługują na pamięć i szacunek potomnych.  Jerzy Urban z całą pewnością do nich nie należy.

I naprawdę ważne jest, byśmy o tej sprawie, a raczej o tym człowieku rozmawiali teraz, na kilka dni przed jego pogrzebem, nawet łamiąc zasadę „o zmarłych albo dobrze albo wcale”. Potem jak zwykle w mediach temat zostanie przysłonięty innymi bardziej aktualnymi newsami, a spora część opinii publicznej zdąży wyrobić sobie zdanie na podstawie tego co właśnie teraz będą mówić ci , którzy świadomie chcą skorzystać z okazji, by utrwalać w ludzkich głowach i zbiorowej pamięci zmanipulowany  obraz świata i kreować swoich fałszywych bohaterów. W przypadku człowieka, który zmarł w ostatni poniedziałek jest to bardzo realne, proszę więc wybaczyć, że pozwolę sobie na ocenę i przytoczenie podstawowych, niewygodnych dla utrwalaczy pamięci o tym zmarłym,  faktów. Ta ocena może być tylko negatywna, ale takiej oceny domaga się prawda i pamięć o ofiarach komunizmu, z których drwił, a także ofiarach różnych medialnych nagonek z jego udziałem z czasów tzw.  III RP.

Jerzy Urban to oczywiście  rzecznik prasowy komunistycznego rządu w latach 1981-1989, założyciel i redaktor naczelny wyjątkowo obrzydliwego pod względem języka i publikowanych treści tygodnika. Nie mogę go nazwać ani dziennikarzem, ani publicystą, choć te słowa zawierają dziś wszystkie jego nekrologi. Sprzeniewierzył się chyba wszystkim zasadom zawodowej etyki dziennikarza.  Jego znakiem rozpoznawczym stał się cynizm i prowokacje oraz chorobliwa, a z perspektywy czasu widać, że wręcz demoniczna niechęć do Kościoła katolickiego oraz osób konsekrowanych, księży  i sióstr zakonnych, a także katolików świeckich. Symbolem ofiar jego działalności jest błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko, do którego śmierci z całą pewnością przyczyniły się jego konferencje prasowe i wypowiedzi. Ale to nie wszystko. Niestety, zaraz po transformacji Jerzy Urban przeszedł gruntowną wizerunkową przemianę, która całkowicie odwracała jego rzeczywistą rolę w schyłkowych latach komunizmu i w całej III RP, dlatego dziś wielu przedstawicieli młodego i średniego pokolenia widzi w nim jedynie dostarczyciela dowcipnych treści internetowych, które im się podobają, bo są ilustrowane przekleństwami i ostrymi zdjęciami  erotycznymi. Imponuje im ktoś, kto ma pseudoodwagę szargać narodowe i katolickie świętości. Jest mnóstwo młodych ludzi, którzy z Urbanem po raz pierwszy zetknęli się na Facebooku, potem kupili promowany w tych wpisach tygodnik i zaczęli go czytać. Sam Urban oczywiście nie prowadził swoich kont w mediach społecznościowych osobiście, wtedy, gdy zaczynał, robiły wpisy w jego imieniu 4 osoby, ale ilu w ostatnich latach wychował sobie naśladowców i współpracowników tego nie wiemy. Ale to oni będę teraz lansować jego wybielony wizerunek. Pomogą im w tym lewicowo liberalne media.

Kilka cytatów z ostatnich dni. Czas wygasza emocje – pisze teraz tygodnik „Polityka”, w którym m.in. Urban pisał swoje paszkwile i pseudomądrości. Niebywale błyskotliwy, przenikliwy dziennikarz, który miał to nieszczęście, że w latach 80. zaplątał się w miejsce, do którego nie należał – to z kolei opinia publicysty „Gazety Wyborczej”.  Dla tego publicysty jest to osoba wybitnie intelektualna i zdecydowanie nieprzeciętna, może gdzieś na pograniczu małego geniuszu – to także cytat z wypowiedzi dziennikarza z GW na temat zmarłego. I kolejna ocena: robił ohydne rzeczy, ale nie jestem pewien, czy to powinno przesłonić całą jego biografię i ją zdominować. Był w pewnym sensie odważny, bo nie bał się kontrowersji. Na pewno był to świetny dziennikarz, tyle że miał okropny charakter – to kolejna o tym człowieku opinia.

Tymczasem w tym przypadku nie powinno być miejsca na psychologiczne dywagacje i relatywizm. W tym wypadku ocena musi być jednoznaczna – i jednoznacznie negatywna. Ten człowiek drwił z polskiej historii i tych, którzy przeciwstawiali się komunistycznym zbrodniarzom, cynicznie korzystał ze wszelkich przywilejów władzy w czasach PRL i szyderczo wyśmiewał tych, którzy walczyli z komunizmem. Stworzony przez niego tygodnik wprowadził do prasy pełną wulgaryzmów rynsztokową polszczyznę, a on sam otoczony był jak wielu aparatczyków swoistym parasolem ochronnym i mógł bez przeszkód po 1989 roku bogacić się na obrażaniu wszystkiego co wartościowe, święte i mądre. Już na początku lat dwutysięcznych jego majątek wyceniano na ponad 100 mln złotych.

Do dziś jest niewyjaśnioną tajemnicą, dlaczego praktycznie nigdy nie ponosił konsekwencji swoich czynów. W latach 90. jako pierwszy opublikował w gazecie zdjęcie pornograficzne. Sprawa w sądzie ciągnęła się latami i była kuriozalna – jako radiowa reporterka miałam wątpliwą przyjemność ją relacjonować.  Za tę publikację z urzędu powinna mu grozić  odpowiedzialność karna za rozpowszechnianie pornografii, ale sąd powoływał kolejnych biegłych, którzy zgodnie z Urbanem udowadniali, iż jest to zdjęcie artystyczne. Była to kpina z wymiaru sprawiedliwości, z prawa, ze zdrowego rozsądku, bo sprawę można było zakończyć szybkim oczywistym wyrokiem i poważnym jego uzasadnieniem, tymczasem pozwolono na tę swoistą zabawę. Potem było tylko gorzej.

W 2002 roku tuż przed pielgrzymką Jana Pawła II do Polski w wyjątkowo podły sposób opisał osobę Papieża  – dopiero na kilka dni przed jego śmiercią w 2005 roku został skazany za obrazę głowy państwa Watykan na grzywnę 20 tysięcy złotych, co przy jego dochodach i majątku było sumą śmieszną. Finansowana przez Georga Sorosa organizacja „Reporterzy bez Granic” protestowała wtedy przeciwko temu wyrokowi widząc w nim formę cenzury, co samo w sobie jest kuriozalne. Gdy w 1992 roku prof. Ryszard Bender nazwał Urbana „Goebbelsem stanu wojennego”, został za to oskarżony i sprawa ciągnęła się aż 13 lat, po to by dopiero Sąd Najwyższy orzekł, że profesor mógł tak powiedzieć.

Dzisiaj liberalne media coraz bardziej wybielają tę postać, jego publicznie manifestowane bezczelność i wulgarność nazywają ekscentrycznością i pomijają jego realne wpływy wśród komunistycznych i postkomunistycznych władz. Ale nam nie wolno o tym wszystkim zapomnieć. Także po jego śmierci i nawet w dniu jego pogrzebu.