JAN TESPISKI: Kostiumy i inne poważne przypadki (13)

Teatr nie gromadzi ludzi normalnych – i bardzo dobrze. Nawet portier w teatrze jest innym portierem niż wszyscy pozostali jego koledzy po fachu. Co by złego nie mówić o artystach teatru – w tym również elektrykach, tapicerach, mszynistach sceny – to wszyscy oni muszą być nienormalni, skoro pracują za mizerne pensje i cieszą się, gdy kolejna premiera jest sukcesem.

Nie da się tego wszystkiego zanalizować i dojść do źródeł takich postaw, bo teatr jest jednak misterium, czyli tajemnicą. Tak jak każdy „proces twórczy”. Napisałem to co powyżej, zamierzam bowiem podzielić się z Czytelnikiem kolejnymi anegdotami teatralnymi, mając nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony.

Kradną?

Nina Andrycz była aktorką niezwykłą, stworzoną do ról królowych. Wyniosła, obdarzona pięknym, mocnym głosem, którego czasami nadużywała, bo w życiu też „grała” królową. A kolegów z teatru traktowała jak własny dwór. Jeżeli przypomnimy jeszcze, że była żoną „wiecznego premiera” Józefa Cyrankiewicza, to będziemy mieli pełny obraz królowej PRL-u.

Potrafiła też być przykra dla koleżanek i kolegów. Opowiadał reżyser Jan Maciejowski, że w swoim debiucie przyszło mu robić sztukę właśnie z Niną Andrycz. Recz działa się w latach 50., oczywiście w Warszawie, bo gdzieżby miała grać królowa.

Na pierwszą próbę sceniczną Nina Andrycz weszła w futrze, w kapeluszu, z torebką i parasolką. A rzeczy toczyła się w salonie, więc nie było powodu, żeby aktorka była tak ubrana, tak prosto z ulicy. Koledzy nie zareagowali. Natomiast Maciejowski, po kilku głębszych oddechach, dla dodania sobie odwagi, powiedział:

– Może mogłaby pani zostawić ubranie w garderobie?

– Słyszałam, że tu kradną… Ale jeżeli panu to przeszkadza, trudno, zaryzykuję.

Potem było już normalnie. A reżyser Jan Maciejowski, już na starcie kariery zawodowej uzyskał uznanie świata teatru.

Jak ubrać muzyków

Jeżeli jesteśmy już przy ubraniach… Rzecz nie działa się co prawda na scenie, ale w Filharmonii Łódzkiej lecz to niejako rodzina teatru.

Przed wojną filharmonii w Łodzi nie było, owszem grały tu dobre zespoły zawodowców i amatorów, przyjeżdżały dobre orkiestry z Warszawy, ale stałego zespołu nie założono. Dopiero w roku 1948 podjęto decyzję o utworzeniu państwowej filharmonii w Łodzi. Pierwszym dyrektorem został „sprawdzony towarzysz”, robotnik, przedwojenny działacz KPP. O muzyce nie miał w ogóle żadnego pojęcia, a o filharmonii jeszcze mniejsze. Zaangażowano jednak dobrych muzyków, świetnych kierowników muzycznych i jakoś szło.

Niemniej muzycy zauważyli, że dyrektor jakoś tak dziwnie się im przygląda, ogląda ich i jakby mierzy wzrokiem. W końcu na ogólnym zebraniu zespołu – a w tamtych latach zebrania zespołu były w świętej permanencji – dyrektor powiedział:

– Ja się tam na muzykowaniu nie znam. Ludzie mówią, że jest z nami dobrze, to i ja się cieszę. Ale jedna rzecz nie podoba mi się bardzo. To jest przecież filharmonia socjalistyczna, a wy tu wszyscy pokazujecie się frakach albo w smokingach. Tak dalej być nie może. Bo albo mamy socjalizm, albo robimy dalej jak za kapitalizmu…

Natychmiast po tym zebraniu w budynku pojawili się krawcy męscy oraz krawcowe. Ze wszystkich muzyków wzięto miary i zaczęło się wielkie szycie. Po dwóch miesiącach orkiestra wystąpiła w nowych galowych ubraniach.

Tyle tylko, że wszyscy wyglądali jak lokaje u przedwojennych królów bawełny – Schillerów czy Grohmanów. Wszyscy muzycy mieli kuse, jaskrowe marynarki z lamówkami i spodnie w takim samy żółto-beżowym kolorku.

Szczęście dyrektora nie trwało długo, bo jednak nie wszyscy towarzysze z ówczesnych władz byli pozbawieni taktu i gustu. Po roku orkiestra wróciła do fraków i smokingów, a dyrektora „rzucono na inny odpowiedzialny odcinek”.

Egzaminy eksternistyczne

Ta anegdota jest stara, ale zabawna, więc przytoczę. Akcja rozgrywa się w powojennej Polsce. Rzecz w tym, że wojna wielu młodym zdolnym ludziom przerwała edukację. Więc postanowiono w całym kraju przeprowadzać egzaminy eksternistyczne. Także dla aktorów i reżyserów.

Szefem komisji eksternistycznej dla reżyserów został wybitny intelektualista, reżyser, krytyk i historyk teatru, tłumacz, pisarz i pedagog, twórczy duch przedwojennego Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej – Bohdan Korzeniewski. Przy tych wspaniałych cechach charakteru i wielkim życiorysie, Korzeniewski był okropnie złośliwy. Pomiędzy nim a jednym z kandydatów na reżysera rozegrał się taki dialog:

Do sali wszedł egzaltowany, pewny siebie młodzian. Od razu nie zrobił na Korzeniewskim dobrego wrażenia.

– Ma pan trzy pytania – powiedział do kandydata Korzeniewski.

– Oczywiście, świetnie rozumiem, jak najbardziej, to jasne – terkotał kandydat.

– W takim razie proszę przedstawić nam szlak podbojów Cortesa – powiedział Korzeniewski, miło się uśmiechając.

– No, akurat o tym nie bardzo coś wiem – powiedział kandydat.

– To w takim razie proszę nam opowiedzieć o szlaku konkwisty Pizarra.

– Szczerze mówiąc – powiedział kandydat – na ten temat również nie byłem przygotowany.

Korzeniewski rozłożył ręce, w geście bezradności – że jest marnie.

– Bardzo przepraszam, ale mówił pan, że mam trzy pytania…

– Byłbym zapomniał – powiedział Korzeniewski. – To w takim razie proszę porównać szlak Pizarra ze szlakiem Cortesa.

Co może teatr z dramatem

Teoria dramatu zakłada, że sztuka teatralna w pełni realizuje się dopiero na scenie. Owszem, są także dramaty do czytania, ale to obecnie coraz większa rzadkość. No i te „lesebuchdrame” są śmiertelnie nudne.

Bardzo ciekawą historię ma realizacja „Konduktu” Bohdana Drozdowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu w 1969 roku. Reżyserował Jerzy Krasowski, świetną scenografię zaprojektowała Krystyna Zachwatowicz. Treścią utworu jest podróż przez Polskę, jaką odbywa kilku górników, wioząc ciało zmarłego kolegi do jego rodzinnej wsi.

Autor był bardzo zainteresowany próbami i poprosił Krasowskiego o zgodę na obejrzenie prób generalnych. Niby tak się nie robi, bo nie ma nic gorszego niż żyjący autor…, ale Krasowski zgodził się. I na drugiej generalnej w teatrze pojawił się Drozdowski.

Po próbie Drozdowski długo milczał, a końcu powiedział do Krasowskiego:

– Wie pan, ja pisałem tragedię. A to jest komedia…

– Ale czarna komedia – powiedział Krasowski.

– Nie, nie… to jest świetne wystawienie, jestem bardzo zadowolony. Dziękuję panu, serdecznie dziękuję.

Kto sobie dodaje „no…” przed tekstem

Jest, niestety, dość rozpowszechniona wśród aktorów maniera, polegająca na dodawaniu sobie przed tekstem właściwym „no”. Być może pomaga im to w skupieniu na sobie uwagi widza. Ale jest to po prostu okropne. Tym bardziej że właściwe emocje aktor umieszcza w tym nieszczęsnym „no”, a tekst utworu mówi już bez emocji, na wydechu, po prostu pozbywa się tekstu.

Kazimierz Dejmek znalazł świetny sposób, by tych dodających „no”, oduczyć złych nawyków. Kiedy grający u niego aktor dręczył tekst dodawaniem „no”, Dejmek mawiał:

– Zdaje mi się, że „no” przed tekstem dodają sobie tylko źli aktorzy.

Skutkowało.

 

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bezbronny gazociąg

Przyjęło się mówić i pisać Baltic Pipe a powinniśmy używać pełnego określenia Baltic Pipeline, czyli rurociąg. Mniejsza o nazewnictwo, bo może się wkrótce okazać, że cała nasza nadzieja związana z tą niezwykle ważną inwestycją i świetnie zrealizowaną przez rząd – podkreślmy rząd PiS – pryśnie w powietrze jak bańka mydlana.

Ostatnie wybuchy na Nord Stream 1 i 2 to pokaz siły i szantaż. Oczywiście, że to ruskie dzieło. Najprawdopodobniej całą akcję wymyślono w Rosyjskiej Akademii Nauk w dziale do spraw rurociągów. Kieruje tym wszystkim „mózg” rosyjskich zbrodniarzy prof. Kowalczuk. Jurij syn Walentyna. To na pewno wybitny specjalista w skali światowej, człowiek, na którego Putin stawia. Nic zresztą dziwnego, bo Putin oficjalnie ma doktorat właśnie z zakresu wiedzy o wykorzystaniu zasobów ropy i gazu i o rurociągach, napisany „pod kierunkiem” właśnie profesora Kowalczuka.

W okolicach Bornholmu, bardzo blisko miejsca wybuchów (specjalnie wybranego!) przebiega nasz Baltic Pipeline. Idzie z północy na południe i krzyżuje się z Nord Stream. Ruskie rury leżą na dnie, nasze co najmniej 40 metrów nad nimi. Takie są wymogi techniczne. Te kilkadziesiąt metrów to niewiele. W wypadku wybuchu pod norwesko-polską rurą zostanie ona rozniesiona, a fala uderzeniowa niczym tsunami pomknie z niesłychaną siłą ku polskiemu brzegowi. Wywróci nawet największe statki napotkane po drodze, zniszczy wybrzeże. Taki jest szantaż i ostrzeżenie.

Niebezpieczeństwo, zagrożenie dla naszego rurociągu jest wielkie. Gaz wprawdzie jeszcze nim nie płynie. Za to Nord Streamem 1 i 2 przepływa na pewno i to wielkie ilości. Nord Stream 1 to rocznie do 30 miliardów metrów sześciennych, NS 2 niesie wielkości podobne. Propaganda gospodarcza i wojskowa nigdzie nie ujawnia jak jest naprawdę. Ale tyle może być. Nawet 50 proc. Z tego to bomba o niezwykłej sile rażenia.

Spać spokojnie nie wolno. Tym bardziej, że nie wiadomo kto to wszystko zabezpiecza. Polska przecież praktycznie nie ma okrętów podwodnych, a te „kieszonkowe” mają po 50 lat. To obiekty bardziej muzealne niż bojowe.

Rurarze, gazownicy – módlcie się lepiej do Matki Bożej z Częstochowy! Zdaje się, że znowu potrzebny nam będzie cud jak w 1920 roku, tym razem, aby ocalić rurę i nadzieję na zbawczy norweski gaz.

JAN TESPISKI: Dni grozy w teatrach (12)

Są w teatrze dni niełatwe, trudne i smutne – na przykład po nieudanej premierze. Ale są też dni prawdziwie panedmonijne, dni grozy. I nie mam na myśli dni premier albo wizyty dyrektora na próbach innych reżyserów. Chodzi o dni, pod koniec prób, kiedy aktorzy wychodzą na scenę w kostiumach, żeby obejrzeli ich po raz pierwszy – znaczy aktorów w kostiumach – reżyser i scenograf. Nazywa się to najczęściej „próbą kostiumową” i ten dzień rozpoczyna ostatni tydzień prób przed premierą. 

W takim dniu dochodzi do erupcji emocji ze strony głównie aktorek, które chcą wyglądać dobrze. Co prawda aktorki bywały na przymiarkach, a reżyser przedstawiał – z początkiem prób – projekty dekoracji i kostiumów, ale… każda aktorka chce wyglądać młodo i zgrabnie. W klasycznych sztukach problem jest mniejszy, tym bardziej, że szerokie suknie kryją co niedobre, ale w dramatach współczesnych jest problem.

Taki Witkacy, Brecht, Mrożek, czy już całkiem współcześni młodzi dramaturdzy nie widzą świata pięknym, ich świat jest wykreowany, ma przede wszystkim znaczyć, podkreślać charaktery postaci, główną myśl utworu i scen. I tu zaczyna się konflikt. Z jednej strony mamy aktorki, a z drugiej scenografów i reżyserów.

Jak ma wyglądać aktorka

W jednym z teatrów, w garderobie, przed próbami generalnymi siedziały trzy aktorki. Dwie młode i jedna starsza. Młode starannie charakteryzowały się, zgodnie z projektem scenografa, do sztuki Witkacego. Malowały sobie na czołach i twarzach dziwne esy-floresy, ostre abstrakcyjne linie i podobne im zawijasy – wszystko rodem z malarstwa Witkacego. Starsza aktorka dłuższy czas spokojnie się temu przyglądała, w końcu westchnęła i powiedziała:

– To wy dziewczynki tak chcecie wyglądać?

– Taki jest projekt – odpowiedziała jedna z młodych.

– Ja rozumiem, że jest projekt…, ale aktorka zawsze powinna wyglądać już do następnej roli. Bo te role już macie… A jak przyjdzie jakiś reżyser na spektakl i tak was zobaczy? To co on może wam zaproponować w następnej sztuce? Kaczkę dziwaczkę?

 Sfora

Oczywiście kostium powinien służyć aktorowi, ma być wygodny, ma pozwalać na nieskrępowany ruch, na gesty. Niemniej na próbach kostiumowych dochodzi niekiedy do ogromnych napięć. Dzieje się tak wtedy, gdy aktor – głównie aktorki – czuje się w kostiumie niedobrze. Tu kogoś coś ciśnie, tam zwisa, ówdzie nie pozwala swobodnie oddychać. Na przymiarkach u krawców niby jest dobrze, ale gdy nadchodzi moment prezentacji kostiumu… wybuchają emocje. W jednym z teatrów Dolnego Śląska doszło do takiego zdarzenia:

Doświadczony reżyser wiedział, że najpierw należy przejrzeć kostiumy mężczyzn, dopiero potem pań. I po tym, jak ostatni z obsady aktor zszedł ze sceny, nagle, nieproszony – bo to nie jego rola – odezwał się młody i niedoświadczony scenograf:

– To teraz poprosimy na scenę panie…

I tu zaczęło się piekło. Jak z Dantego. Na scenę, naraz, gwałtownie i z ogromną energia wpadło 10 aktorek. Dobiegły do proscenium, stanąwszy rzędem na całą szerokość sceny i zaczęły – wszystkie naraz – krzyczeć, płakać, zanosić się szlochem. Kilka zaczęło się rozbierać, niemal do bielizny, inne ściągnąwszy żakiety czy płaszcze zaczęło je deptać… Każda – nie zwracając uwagi na koleżanki – miała bardzo wiele do powiedzenia na temat nędzy, okropieństwa i dysformy swego kostiumu. Trwało to jakieś trzy minuty. Bardzo długie i gęste minuty.

W końcu wstał z miejsca scenograf i krzyknął:

– Kto wpuścił aktorki na scenę?!

I nagle zapadła cisza. Pytanie było tak abstrakcyjne, że wszyscy oniemieli. Wtedy, w zupełnej ciszy, reżyser kulturalnie poprosił panie o wchodzenie na scenę pojedynczo. I tak też się stało.

Opowiadał mi to ów reżyser, który stwierdził, że później dwa razy próbował taką scenę wyreżyserować.

– Ale nic z tego nie wychodziło. Zero emocji i zupełna sztuczność. Ale tam na Dolnym Śląsku była to najwspanialsza i najprawdziwsza awantura. Oczywiście dlatego, że wtedy aktorki walczyły o życie.

Eksperyment

Krawcy męscy w teatrach, jak krawcy w ogóle, dzielą się na tych, którzy lepiej szyją marynarki niż spodnie. I odwrotnie – są specjaliści od spodni, którym marynarka nigdy nie wychodzi. Taki przypadek istniał też w Teatrze Polskim we Wrocławiu, za dyrekcji Jerzego Krasowskiego i Krystyny Skuszanki. Niestety krawiec od spodni był dłuższy czas chory i cały garnitur musiał uszyć specjalista od marynarek.

Na próbie kostiumowej jeden z aktorów, wszedłszy w garniturze, zgłosił sprawę spodni.

– Kieszenie w tych spodniach są na wysokości kolan…

– Co z tymi kieszeniami, pani Włodku? – zwrócił się do krawca Krasowski, który w owym czasie uprawiał teatr eksperymentalny.

– Nic. To jest też taki eksperyment. Jak u pana dyrektora.

Kostiumy prywatne

Zdarza się też, że aktorki mają po prostu za nic projekty. Wtedy spiskują z krawcowymi i na próbie kostiumowej wchodzą w czymś, co nijak nie przypomina założeń scenografa. Wiedząc o takim procederze w jednym z teatrów, nowy dyrektor, a zarazem reżyser spektaklu, pilnie baczył, żeby krawcowe szyły dokładnie to – i dokładnie tak – jak jest na projekcie. Odwiedzał pracownię damską i widział tam rzeczy dziwne. Ale postanowił nie reagować, postanowił zezwolić na „wypowiedzenie się” krawcowych i aktorek Wiedział, że na tydzień przed premierą nie będzie już czasu na szycie nowych kostiumów, i dlatego aktorki wraz z krawcowymi liczą, że będzie musiał zaakceptować wytwory ich gustu.

Na próbie kostiumowej spokojnie obejrzał panie w kostiumach. Potem poprosił o projekty i zaczął porównywać je z rzeczywistością.

– To w końcu kto projektował, to co teraz widzę na scenie? Bo z projektami scenografa nie ma to nic wspólnego. Nawet materiały są inne…

– Bo panie prosiły, żeby szyć inaczej, bo według projektów to one wyglądałyby niedobrze – odezwała się szefowa krawcowych.

– W takim razie trzeba będzie szyć kostiumy jeszcze raz.

– Ale jak? Na tydzień przed premierą? – chórem zakrzyknęły aktorki.

– A właśnie, zapomniałem Państwu powiedzieć, że premierę musimy przesunąć na po wakacjach. Tak więc zdążymy.

– A co z tymi kostiumami? – niepewnie zapytała krawcowa.

– Nic. Teatr wyceni robociznę pań krawcowych, dodamy koszt materiałów i obciążymy tym panie aktorki. Myślę, że skoro im się te kostiumy podobają, to mogą w nich chodzić prywatnie.

I tak się też stało, że aktorki prywatnie chodziły w kostiumach, w których było im „do twarzy”. Ale dyrektora już nie polubiły.

Gdzie praktykował scenograf?

W jednym z mniejszych teatrów w centrum kraju, gdzieś tak około 1980 roku, postanowiono wystawić „Hioba” Karola Wojtyły. Utwór jest w gruncie rzeczy poematem teatralnym pisanym na Teatr Rapsodyczny i dla dzisiejszego teatru niezwykle trudny.

Próby przebiegały w ogromnej ekscytacji, a nawet egzaltacji – aktorów i miasta. Niemniej musiało dojść do próby kostiumowej. Tu trzeba zaznaczyć, że projekty kostiumów powierzono bardzo dobremu malarzowi, który jednak dotychczas nigdy nie robił nic dla teatru. Ponieważ również reżyser nie miał zbyt dużego doświadczenia doszło do poniższego zdarzenia.

Na scenę ciężkim krokiem, powoli wszedł jeden z aktorów, człowiek już starszy. Był ubrany jakby w długą do kostek, antyczną tunikę, ale z grubego, haftowanego złotem materiału.

– Pięknie – wykrzyknął reżyser.

– Tak, jest bardzo dobrze – powiedział scenograf.

– Ale ja – odezwał się aktor – nie mogę w tym wcale chodzić. Po co pod tym płaszczem mam jeszcze trzy warstwy jakichś tunik, czy czegoś tam… Ja wszedłem przed chwilą na wagę i ten kostium waży 35 kilo.

– Tak jest dobrze, oni tak właśnie chodzili – powiedział reżyser.

– Ale nie grali w czymś takim.

–Tak zostanie – uparł się reżyser.

Wtedy aktor padł na kolana, wyciągnął błagalnie przed siebie ręce, jak Hiob błagający Boga o litość i powiedział:

– Boże, czyżby scenograf przedtem u kata praktykował?

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Kronika zapowiedzianej śmierci

Daleki jestem od hurraoptymizmu, jeśli chodzi o zwycięstwo Giorgii Meloni i Braci Włochów w wyborach parlamentarnych we Włoszech. Owszem, cieszy mnie bardzo to, że Włosi zagrali na nosie bezczelnej Brukseli, która ustami Ursuli von der Leyen usiłowała ich straszyć, że „jeśli nie wybiorą kogo trzeba, czeka ich los Polski i Węgier”. Cieszy mnie również to, że w kolejnym europejskim kraju nie będzie rządziła tęczowa świrownia. Natomiast jak to zwycięstwo ma się bezpośrednio do Polski, to się dopiero okaże, zapewne wobec pierwszych decyzji nowej premier Włoch.

A jej sytuacja wcale nie będzie łatwa. Antydemokratyczny zamordyzm Brukseli, jak zdążyliśmy już odczuć na własnej skórze, nie ogranicza się do bezczelnych słów von der Leyen. To dopiero przedsmak. Bruksela może zacząć głodzić Włochy, tak jak głodzi Polskę i Węgry. Finansowane niemieckimi i brukselskimi (czyli również naszymi i włoskimi) pieniędzmi fundacje i fundacyjki zawsze mogą też zadbać o odpowiednią temperaturę niepokojów społecznych. A „wiodące media” w całej Europie mogą zrobić Włochom taką kocią muzykę, jaka psuje Polsce reputację od siedmiu już lat. Zresztą, przedwyborcze wycia na temat powrotu „włoskiego faszyzmu” to doskonały demonstrator możliwości w tym zakresie. No i, co być może najważniejsze, na swoje nieszczęście Włosi są już w strefie euro, a to oznacza, że klucze do ich stabilności finansowej, nie leżą w Rzymie, co w połączeniu z wysokim zadłużeniem, może się okazać doskonałą dźwignią wpływu.

Być może więc polskie nadzieje, na to, że wygrana Meloni i Braci Włochów we Włoszech, zmienią układ sił w Unii Europejskiej, okażą się płonne. A być może nieprawdopodobna energia kobiety, która przestraszyła brukselskich zamordystów, jednak okaże się górą, czego nam wszystkim życzę.

To nie koniec

Niezależnie jednak co z tego w ostatecznym rozrachunku wyniknie, to zwycięstwo jest ważnym znakiem, mam nadzieję fundamentalnej zmiany w Europie. No bo popatrzcie, Polska i Węgry, wiadomo, można zwekslować na chwilową aberrację (choćby i trwającą kilka lat). Ale Szwecja i Włochy? No ja wiem, zapewne większość szwedzkiej prawicy jest na lewo od naszej lewicy, ale jednak dla Szwedów jej wygrana w wyborach to kopernikański przewrót podbudowany strachem przed konsekwencjami lewackich eksperymentów społecznych, którym Szwedzi są poddawani od kilkudziesięciu lat. O Włochach już pisałem, oby okazali się konsekwentni. Można tylko dodać, że tradycyjnie są dość „germanosceptyczni”, a lata drenażu Włoch w służącej jedynie Niemcom strefie euro i włoskie konsekwencje niemieckiej polityki „herzlich willkommen”, raczej tu nie pomogły. A to nie koniec! W Hiszpanii również, po wyborach parlamentarnych w 2023 roku, szykuje się zmiana warty. Wprawdzie najlepiej radząca sobie w sondażach hiszpańska Partia Ludowa, przypomina raczej naszą Platformę Obywatelską, ale szybko rośnie również prawicowy VOX, który może współtworzyć przyszłą koalicję rządzącą. Hiszpanie zaś z kolei mają żal do Francuzów o zablokowanie gazociągów, którymi hiszpański gaz mógłby płynąć do Europy w zastępstwie rosyjskiego.

Silnik zgrzyta

Jak to się wszystko ciekawie układa. Oto niemiecko-francuski „silnik”, któremu przewróciło się w tłokach, miał ambicję rządzenia całą Europą. A tymczasem na własne życzenie cywilizacyjnie osłabiony i moralnie skompromitowany litościwie ujmując – ambiwalentną – postawą wobec rosyjskiego barbarzyństwa, zgrzyta i charczy. Utraciwszy sojuszniczą wiarygodność, doprowadził do sytuacji, w której Stany Zjednoczone wolą postawić na Polskę, a reszta europejskich krajów, za wyjątkiem kompletnych dworaków i służalców z Beneluksu, ma go serdecznie dosyć. Jedni ze względu na bezmyślną putinofilię, inni ze względu na brutalne łamanie demokratycznych kręgosłupów narodom w celu budowy opartego na chorej ideologii patologicznego „państwa berlińsko-brukselskiego”.

Czym to się skończy? Nie wiem. Być może niczym. Ale na razie projekt budowy neomarksistowskiego totalitarnego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, zdaje się chwiać w posadach. Okazało się, że Europejczycy mają jeszcze więcej instynktu samozachowawczego niż się neobolszewikom wydawało. Tacy jak komisarz Timmermans, holenderski Sancho Pansa i autor planu dziesięcioletniego podniesienia cen wszystkiego, chyba jednak przegiął i udało mu się przyczynić do kryzysu, który wykroczy poza fasadę „konferencji w sprawie przyszłości Europy”. Czyżbyśmy oglądali na żywo polityczną „Kronikę zapowiedzianej śmierci”?

Niektórzy mówili, że tak będzie.

O niebezpiecznych zjawiskach w energetyce pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ta rura

Kto dziurawi rurę? Oto jest pytanie. Oczywiście chodzi o makro szantażystkę wobec Zachodu: Nord Stream I i II. Zadufani w sobie mądrale cieszyli się, że kupują od Rosji tanio gaz. Do czasu. Już się nie cieszą. Teraz trzęsą się ze strachu, a wkrótce z zimna, bo Putin może zakręcić kurek. I szlus!

Putin (wiadomo kto to) – Kowalczuk (mózg, centrum badań systemowych) – Patruszew (Federalna Służba Bezpieczeństwa) – Bornikow (GRU) – Zołotow (policja, bezpieczeństwo) – Prigożin (łagry, więzienia). No i oczywiście wojsko: Szojgu, Gierasimow, Serdiukow (Krym to było jego dzieło). Oto władcy, decydenci i.… no, zobaczymy jak to się skończy.

Na razie „rura” jest w centrum uwagi. Walnęło koło Bornholmu. I „jedynka” (1222km) i „dwójka” (trochę więcej) mają małe dziurki i puszczają gaz, zresztą bardzo zasiarczony (kwaśny – jak mówią fachowcy), tak jest jak z ropą. Ruskie rzeczywiście dużo tego mają i ciągną gdzieś tam od granic Kazachstanu (pierwsze kontrakty niemiecki Rur-Gaz podpisał jeszcze za Breżniewa w latach 70. XX wieku).

Trzeba wiedzieć, że rury Nord Streamu mają średnicę od 1220mm i mniej, a grubość ścianki od 22,5mm nawet do tylko 15mm – w zależności od odległości, gdzie wchodzą przy ruskim brzegu do wody. Piszę to wszystko, bo dzięki tym liczbom można zrozumieć co się stało, jakie to „wybuchy”.

Te rury – produkcja i zyski – to niemiecki Krupp. Potentat i monopolista. Ten sam, który Hitlerowi…, ale o tym innym razem. Tak czy owak rury Kruppa to poza rurociągami na dnie Bałtyku potężne linie przemysłowe i urządzenia umożliwiające rozprowadzenie gazu na ziemi niemieckiej i na zachodnią Europę. To już firma Rur-Gaz. Wszystko to jest powiązane z Gazpromem, czyli Rosją.

Kto więc mógł zrobić „dziurki” w rurze? No, ciekawe. Te „dziurki” są malutkie, ale wypuszczają gaz do wody i zatruwają ją bardzo szybko. Chyba zakręcili kurki. Gaz bowiem wchodzi w reakcje z wodą. I to grozi nie tylko Bornholmowi a i Danii.

Jak te „dziurki” w rurze powstały? Otóż od wewnątrz. W rurach przepływają tzw. „prosiaki” kontrolne – urządzenia, które badają na bieżąco stan instalacji. Wystarczy do takiego pakunku płynącego z ustaloną prędkością, więc i łatwego do zlokalizowania, dołączyć „coś”! To może być „coś” wybuchowego lub żrącego. Rurę „przetrawi” błyskawicznie. Kontrola „prosiaka” doskonale wie, gdzie aktualnie on się znajduje. A więc rejon Bornholmu został celowo wybrany. Dodam, że rury przez Bałtyk przechodzą na głębokościach do 200m.

To byłaby lekcja o rurach. Nie takie one straszne. Inżynierowie podpowiedzą. Byleby nieroby polityczne, zadufane i martwiące się tylko o własne kariery chciały słuchać. A fachowców mamy. Jednego nawet – znakomitego (Pana Piotra oczywiście) zwolniono z pracy.

A tak przy okazji pytanie zasadnicze: kiedy doczekamy się bilansu energetycznego z prawdziwego zdarzenia. Obejmującego „całokształt”. Bo to ciągle czarna magia i oszukiwanie jednych przez drugich.

***

Dziennikarzom piszącym o gospodarce polecam artykuły red. Teresy Wójcik (z „Tygodnika Solidarność” i portalu „Biznes Alert”). Przeczytajcie (nr. 37 z 13 września 2022) prawdę o „wiatrakach”. „Tygodnik Solidarność” muszę i chcę pochwalić już drugi raz w krótkim czasie. To teraz periodyk obowiązkowy w sprawach energetyki – węgla, gazu.

 

 

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (3)

(Ciąg dalszy, odc. 3. – ostatni)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

(Przypominamy dane  z odc. 1 i 2 – analiza i komentarz w drugiej części tekstu)

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Musimy liczyć na obcych

Zauważmy, że na naszych budowych, w ostatnich klilku latach, pracowało bardzo wielu Ukraińców. Z wybuchem wojny wyjechali, bronić swej ojczyzny. Ten ubytek rąk do pracy odbił się istotnie na naszym budownictwie.

Zdaje mi się, że musimy liczyć na obcych. Głównie na Słowian, zza naszej granicy, nie tylko wschodniej. Młodzi Polacy wolą pracować w supermarketach niż na budowach, bo praca na budowie jest fizyczna i ciężka, kapie na głowę, praży slońce lub doskwiera mróz.

Ci, na których możemy liczyć, nie muszą emigrować do nas na zawsze. Mogą być tu czasowo, tak jak setki tysięcy Polaków dorabiało dorywczo u Niemców. Ale – być może – trzeba będzie się pogodzić z napływem ludzi z Azji? Brytyjczycy jakoś nie narzekają na swą wielokuturowość. A zresztą, przez wieki Polska była wielokulturowa i wielojęzyczna. I nie to przyczyniło się do rozbiorów.

Nie wiem czy świat zmienia się na lepsze. Wiem jednak, że gorsze już było – na przykład emigracja za chlebem, z czego mamy śliczną piosenkę „Góralu czy ci nie żal…” pióra Michała Bałuckiego, krakowskiego komediopisarza, ale jakiś nieuk – który nie wyjechał – napisał w Internecie, że jest to piosenka ludowa.

Emigracja ma u nas dwie tradycje. Pierwsza, romantyczna – to emigracja po Powstaniu Listopadowym. Druga to XIX-wieczna emigracja za chlebem. Pierwsza emigracja to opuszczenie kraju przez największych naszych poetów, przez elity intelektualne i techniczne. Ale też mamy drugą emigrację, ekonomczną. W XIX wieku wieś polska, a i miasta, były niesamowicie przeludnione. Spłachetki ziemi nie były w stanie wyżywić roznącej liczy ludności, a przemysł był słaby.

Równie tragiczną, co Wielka Emigracja 1831 roku, była emigracja po drugiej Wojnie Światowej, gdy wielu wspaniałych żołnierzy, inżynierów, intelektualistów pozostało w Anglii lub wyjechało do USA czy Australii. To są bolesne karty narodu. Nie wrócili z przyczyn politycznych, bo słusznie obawiali się o własne życie. A komuna robiła wszystko, by nie wracali, obawiając się ludzi, którzy z pewnością nie zaakceptowaliby nowego porządku. Może nawet nie wolno mówić o emigracji, raczej o wypędzeniu.

Z miasta do wsi

Ten kierunek już nie jest aktualny. Dzisiaj sytuacja zmieniła się. Bogatsi rodacy uciekają do podmiejskich gmin. I nie tylko, bo ten trend widać we wszystkich dużych miastach kraju. 40,2 procent Polaków mieszka na wsi. Czyżby rolnictwo potrzebowało znowu aż tylu rąk do pracy? Czyżby dopadła je jakaś zapaść techniczna i traktor oraz kombajny stanęły w miejscu? Nie, ale życie codzienne w większości miast jest uciążliwe: hałas, smog, życie na malych powierzchniach mieszkalny spowodowały, że kogo na to stać osiada w odległości 10-30 km od centrum miast. Dochodzi do tego jeszcze jeden bodziec – życie na wsi jest tańsze. Owszem, trzeba dojeżdżać do pracy, ale mieszkający na Ursynowie, a pracujący na Pradze też muszą dojeżdżać.

Tak więc coraz więcej nierolników mieszka na wsi. W sumie jest to przykre dla władz miast, bo to okoliczne gminy dostają subwencje z PIT.

Na przykład Łódź

Głównym powodem migracji z niektórych miast jest poszukiwanie pracy. Pracy zgodnej z wykształceniem i aspiracjami. Czy jednak w takiej Łodzi, która spadła w ciągu ostatnich dziesięciu lat z drugiego na czwarte miejsce rankingu dużych miast polskich, nie oferuje się miejsc pracy? Owszem, ale jest to najcżęściej płaca niskopłatna.

Lódź powstała jako ośrodek przemysłu włókienniczego, a rozwinęła się dzięki eksportowi wełny i bawełny do Rosji. I była właściwie miastem monoklultrury przemysłowej – tekstylnej. Załamanie teej gałęzi gospodarki przyszło w czasie I wojny światowej, potem była Rosja Radziecka, i nie kupowała naszych tkanin, a wkrótce wybuchła II wojna światowa.

Można powiedzieć, że od 1914 roku Łódź była w nieustającym kryzysie. Okres powojenny był dla miasta dobry, znowu Łódź eksportowała na Wschód. Jednakże z roku na rok na rynkach światowych notowano spadek rentowności przemysłu włókienniczego. Ale jakoś jeszcze Łódź przędła… Potem jednak, nastapił prawdziwy koniec koniunktury miasta, bo nastał Balcerowicz, który zlikwidował Łódź. Jak to zrobił? Zabraniając udzielania łódzkim fabrykom choćby najmniejszych kredytów obrotowych.

Dzisiaj Łódź jest miastem stagnacji i powoli przemienia się w znane z XIX wieku miasteczka administracji i nauki. Dzisiaj największym pracodawcą w mieście jest Politechnika Łódzka. Młodzi, poszukując atrakcyjnej pracy i szans na rozwój wyjeżdżają. W mieście widać głównie emerytów.

Łódź spotkał los podobny do popegeerowskich wsi. I tak jak im, kolejne rządy coś tam obiecują i niczego nie dają. Od trzydziestu lat nie ma w Łodzi żadnych poważnych inwestycji zagranicznych i krajowych, chociaż wszyscy rządzący powatarzali, że są… A to władze centralne decydują o strategii i lokalizacji rozwoju. Za Tuska Zachód inwestował w Gdańsku, teraz Dolny Śląsk jest w oczkiem głowie obecnego premiera. Nawet za łodzianina lewicowego premiera Marka Belki Łódź nic nie zyskała. A rządy mają przemożne siły w lokowaniu zagranicznych inwestycji, bo to rządy decydują o ulgach podatkowych dla inwestorów.

Ostatnimi dniami ogłoszono, że powstanie w Łodzi nowa montownia sprzętu AGD. Bardzo to ładnie, ale zapytam – a jakie są przy tym montażu płace robotników, techników i administracji przedsiębiorstwa?

To dobrze, że pod Łodzią powstają nowe drogi i autostrady. Są tacy, którzy cieszą się, że – na przykład – pod Łodzią właśnie, gdzie znajduje się skrzyżowanie najważniejszych autostrad,  powstają centra logistyczne, magazyny, sortowanie i ekspedycja towarów. Tyle tylko, że praca w tych centrach jest niskopłatna. Przed wubuchem wojny na Ukrainie praciowali tam głównie Ukraińcy.

Kolejne rządy uszczęśliwiają Łódź najniżej płatnymi inwestycjami. Bóg zapłać za taką pomoc. Bo człowiek nie znajduje już słów uznania.

***

Patrzmy na świat otwartymi oczyma i uczmy się mechanizmów świata. Zrozummy trendy, które w bogatym świecie panują. Inaczej zostaniemy w biednym, choć uroczym skansenie.

I wykorzystajmy wiedzę ze Spisu Powszechnego w 2021 roku.

 

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (2)

(Ciąg dalszy, odc. 2.)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

(Przypominamy dane  z odc. 1 – analiza i komentarz w drugiej części tekstu)

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Nasze lepsze wykształcenie

Jeżeli przypatrzymy się wykształceniu Polaków, to – niestety – zauważymy, że w światowym rankingu wyższych uczelni polskie szkoły wyższe zajmują bardzo dalekie miejsca. Dzisiaj, w większości z nich właściwie kształcimy nauczycieli i średni personel techniczny.

Na liście 500 najlepszych uczelni wyższych świata jedynie dwa polskie uniwersytety – Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński, które i znalazły się w przedziale pomiędzy 301. a 400. miejscem (w zestawieniu nie są podawane dokładne pozycje w takich zakresach). W tym przedziale miejsc utrzymują się od początku istnienia rankingu, tylko w 2003 r. UJ znalazł się niżej – w 5. setce. Na 100 możliwych do zdobycia punktów Uniwersytet Jagielloński dostał w tym roku 10,8, Warszawski – 16,3. Nasze uczelnie sąsiadują w szanghajskim zestawieniu z takimi szkołami jak Uniwersytet w Kansas, Politechnika w Montanie (USA) czy Uniwersytet w Bath (Wielka Brytania). Polskie uczelnie najsłabiej wypadają pod względem finansów, m.in. w wysokości budżetu na jednego studenta.

Na Zachodzie wielkie koncerny inwestują w rozwój, poprzez swoje fundacje lub zlecając badania najlepszym uczelniom technicznym. W Polsce nie ma takich organizmów gospodarczych jak amerykańskie, niemieckie, francuskie i angielskie, które inwestują w postęp. Dlatego nasze kolejne rządy muszą znaleźć prawdziwie duże pieniądze na stworzenie i ciągłe finansowanie ośrodków badawczych. Pomysł nie jest nowy, bo już książę Franciszek Ksawery Drucki Lubecki, minister skarbu Królestwa Polskiego w latach 1821–1830, stwierdził, że skoro królestwu potrzebny jest przemysł, i skoro nie ma prywatnych po temu kapitałów prywatnych, to musi zainwestować państwo. I państwo zainwestowało, między innymi, w produkcję materiałów bawełnianych i wełnianych w dzisiejszym okręgu łódzkim oraz w „przemysł żelazny” w Warszawie, okręgu śląsko-dąbrowskim i na kielecczyźnie.

Bez państwowych inwestycji w naukę i techniką będziemy stali w miejscu, co, w tym przypadku, oznacza cofanie. Trzeba też znaleźć środki na wdrażanie nowych technologii, bo te nowości, które nawet powstają u nas, nie są kierowane do produkcji, bo naszych przedsiębiorstw na to nie stać. Czym innym przecież jest produkcja jednostkowa, laboratoryjna, a czym innym masowa. Na tę drugą trzeba dużych środków. To przez brak wsparcia państwa upadła idea produkcji grafenu, który stworzyli naukowcy z Politechniki Łódzkiej.  A takich przypadków było znacznie więcej.

Wsparcie technologicznego przejścia od wynalazku do masowej produkcji jest najsłabszą stroną naszej gospodarki. O ten brak wsparcia potykają się nasi konstruktorzy i wynalazcy. Podobnie jest z rolnictwem, które bez wsparcia państwa nie podejmie się wprowadzenia nowych upraw, lepszych odmian owoców i warzyw. A te nowe są, ale jedynie w naszych ośrodkach badawczych. Natomiast rolnik nie ma pieniędzy, na wymianę drzew owocowych, bo przez kilka lat musiałby zmniejszyć masę towarową. I na nic nie zda się zachwycanie się – na przykład tym – że Polska jest gigantem w produkcji jabłek, bo nasze jabłka sprzedajemy tanio, głównie na sok, z czego sadownik ma minimalny zysk.

Jeżeli nie zainwestujemy w nowoczesność – jako państwo – nie spodziewajmy się niczego dobrego.

Dlaczego jest nas mniej?

Rząd walczy o zwiększenie dzietności przy pomocy 500+ na każde dziecko. Obawiam się jednak, że da to niewiele. Owszem dla wielu biedniejszych rodzin taka pomoc finansowa jest bardzo potrzebna, ale czy skłoni dobrze zarabiające rodziny do posiadania drugiego i trzeciego dziecka? Raczej nie.

Trzeba zauważyć, że jeszcze w XIX wieku na wsi potrzeba było rąk do pracy na roli a dzieci były w chłopskich rodzinach „inwestycją w gospodarstwo”. Tyle tylko, że gdy dzieci dorastały trzeba było gospodarkę dzielić. Już przed wojną zakazano dzielenia małych gospodarstw na jeszcze mniejsze. Głód ziemi występował w przedwojennej Polsce głównie w dawnym zaborze austriackim i rosyjskim. Prusy, potem Niemcy, zakazały dużo wcześniej rodzinnego dzielenia ziemi chłopskiej, wprowadzając ograniczenia co do minimalnego areału w gospodarstwach chłopskich.

Dzisiaj nawet na wsiach coraz więcej jest rodzin, w których jest dwoje dzieci. W miastach natomiast pracujące kobiety po prostu nie mają zdrowia na wychowywanie większej gromadki potomstwa. Nadto, wiele kobiet chce się realizować w pracy. I co? Zakażemy im pracować albo wprowadzimy nakaz posiadania trójki potomstwa?

W XIX wieku burzliwy rozwój przemysłu zmiótł z powierzchni tradycyjną rodzinę, w której kobiety nie pracowały. Może jedynie na Górnym Śląsku zachował się model wielodzietnej rodziny, w której matki nie pracowały.

Dzisiaj emancypacja, równouprawnienie kobiet i ich wyzwolenie z tradycyjnej roli Westalki Domowego Ogniska spowodowały, że nie ma już powrotu „pasty do tuby”. Kobiety nie wrócą do jedynej, tradycyjnej i staropolskiej roli – matek i żon. Zresztą – o czym pouczają nas źródła historyczne – także w staropolskiej rodzinie nie brakowało kobiet, które prowadziły gospodarstwa i różne poważne interesy.

Emigracje polskie

Wielkim problemem demograficznym i ekonomicznym Polski po 1989 roku jest emigracja. Według różnych szacunków w ciągu tych ponad 30 lat wyemigrowało z kraju około 5 milionów Polaków. Mówimy o szacunkach, bo nawet Spis Powszechny liczy, tych od lat przebywających poza krajem jako obywateli Polski. Tym samym, realnie biorąc, może nas być o wiele mniej niż podaje spis. Przyjęto bowiem zasadę, że nikogo nie można pozbawiać obywatelstwa, choćby – na przykład – od 20 lat przebywał zagranicą.

Ta najświeższa emigracja jest niezwykle bolesna, bo wyjechali ludzie młodzi, wykształceni, dynamiczni i życiowo zaradni. Dlaczego wyjechali i nadal wyjeżdżają? Tam ojczyzna, gdzie chleb – to okrutne powiedzenie towarzyszyło polskim emigrantom już w XIX wieku. Gorzka to prawda, ale prawda.

Jest też i tak, że bogate kraje „wysysają” z uboższych państw ludzi wykształconych. Zwróćmy uwagę, że przed dwoma laty Niemcy postanowiły „otworzyć się” na emigrantów ukraińskich. Stawiano jednak warunki: pożądane przez Niemcy zawody, dobre wykształcenie i znajomość języka niemieckiego.

Narzędziem do „porywania ludzi” są też zachodnie fundacje naukowe, które zapraszają zdolnych młodych doktorantów do siebie, do prowadzenia badań naukowych. I wtedy istnieje dla Zachodu  szansa, że już bez specjalnych namów i podchodów, spora część młodych naukowców zostanie u nich na zawsze.

Co Polska może zrobić w tej sytuacji? Kiedy nasz poziom rozwoju technologicznego i ekonomicznego da szanse młodym i ambitnym na pozostanie w kraju? Nie wiem. Nadzieje są, ale niewielkie, bo przecież Zachód  nie powstrzyma, choćby na jedno dziesięciolecie, swego rozwoju, by dać Polsce szanse. Może być jednak i tak, że inwestycje Zachodu w Polsce obejmą także najwyższe, najnowocześniejsze technologie, że stworzą – lub Polska sama stworzy – centra badawcze, które będą atrakcyjne dla młodych Polaków, a Polsce dadzą szansę na dalszy rozwój.

Nie bądźmy jednak za szybcy w osądzaniu tych, którzy wyjeżdżają. Pamiętajmy, że była już w Polsce emigracja ludzi wykształconych, którzy szukali nowych wyzwań w bogatych krajach. Zastanawiałem się kiedyś, kim byłaby Maria Skłodowska, gdyby nie wyjechała do Paryża? Może byłaby dobrą nauczycielką, ale też mogła zostać zgorzkniałą osobą, której nie udało się zrealizować wielkich wyzwań?

Emigrujący wykształceni naukowcy są poważnym problemem jakościowym, ale mamy przecież znacznie większą masę emigrantów, którzy jadą do prostych prac. Ich też Zachód przygarnia z otwartymi ramionami.

Przeważająca liczba naszych emigrujących to ludzie młodzi, wyjechali z rodzinami, lub też stworzą na Zachodzie rodziny. Mają lub będą mieli dzieci. To także jest spory problem, bo te dzieci nie będą już Polakami. I tak jak rodzice będą pracowali na pomyślność nowych ojczyzn.

Czasami jacyś dziennikarze wzruszają się polską emigracją. Pokazują, że ci, którzy wyjechali z Polski ciągle pielęgnują język, tradycję, religię. Dobrze. Ale – pomijając łatwe wzruszenia – to oni jednak już nie są z nami.

(Więcej w odc. 3. – ostatnim)

MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA: Putin słabnie!

Zgadzam się z główną tezą artykułu Cezarego Krysztopa „Putin zmobilizował Rosjan?”, o przedwczesnym biciu w dzwony z powodu ogłoszonej mobilizacji u naszego wschodniego sąsiada. Uważam jednocześnie, że ogłaszanie sukcesu jest mocno przesadzone.

Analitycy pukają się w czoło, po kiego grzyba Wielki Brat okazuje słabość na oczach całego świata. Ogłaszanie powszechnej  mobilizacji nie jest oznaką siły, a wyłącznie słabości. Młodzi Rosjanie nie chcą umierać za Putina. Cenniejsze jest im życie, może biedne, ale swojskie.

Surowce ponad moralność

Władimir Putin pręży muskuły z jednego powodu. Surowców. Monopolu praktycznie na eksport gazu i ropy naftowej w naszej części Europy. Stąd postawa strusia takich krajów jak Francja czy Niemcy. Nie rozumiem też władz Polski, dlaczego milczą w sprawie udzielenia gościny młodym dezerterom. Tak pięknie zachowaliśmy się jeśli chodzi o uciekających spod rosyjskich bomb Ukraińców. Według różnych szacunków, w Polsce drugi dom znalazło od 2,5 do 3 mln Ukraińców. Rosjanie różnią się od Ukraińców tylko przywódcą: gigantomaniak kontra bohater. Ministrem obrony narodowej Siergiejem Szojgu, który za nic ma ludzkie życie. Pojawia się w przestrzeni publicznej, po czym nagle na kilka tygodni znika. Nie bierze udziału w obowiązkowych, stałych protokołach wojskowych. Podobnie, raz po raz, zapada się pod ziemie szef sztabu generalnego rosyjskiej armii Walerij Gierasimow. Z kolei prawa ręka Putina szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow mówi prawdę wtedy, jak się pomyli.

Świat opanowała rusofobia

Ostatnio, na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych przybył półtorej godziny spóźniony – w swoim przemówieniu oskarżył cały świat o rusofobię, Ukraińców nazwał nazistami. Wytknął Zachodowi fakt „pompowania w Ukrainę broni, a oskarżenia o zbrodnie wojenne wysuwane wobec Rosji nazwał czystą propagandą”. Dodał też, że Zachód dostarczając Ukrainie broni i szkoląc jej żołnierzy stał się stroną konfliktu. Minister spraw zagranicznych Ukrainy,  Dmytro Kułeba skomentował krótko, nawiązując do wydarzeń na froncie w swoim kraju: „rosyjscy dyplomaci uciekają równie szybko jak rosyjscy żołnierze”. Następnie w swoim emocjonującym wystąpieniu zapewnił, że „Rosja nigdy nie będzie w stanie zabić wszystkich Ukraińców„. Pokazał przy tym niebiesko-żółtą opaskę podobną do tej, którą znaleziono na nadgarstku zwłok zabitego ukraińskiego żołnierza w jednym z odkrytych masowych grobów w Iziumie. Dodał też, że gdy po rosyjskiej agresji tysiące Ukraińców wróciło z zagranicy, by bronić kraju, teraz tysiące Rosjan ucieka przed ogłoszoną przez Putina mobilizacją.

Utrzymać międzynarodowy porządek

W Nowym Jorku, jak można się było spodziewać, padło wiele przykrych słów, których zapewne nie w smak było słuchać Siergiejowi Ławrowowi. Dlatego, po wygłoszeniu swojego spiczu, opuścił zgromadzenie. Jak baletnica, która odtańczyła swój taniec i zniknęła za kotarą. Sekretarz stanu USA Antony Blinken mówił, że doniesienia z Ukrainy świadczą o systematycznym popełnianiu zbrodni przez Rosjan. I dodał: „Cały porządek międzynarodowy, który jesteśmy zobowiązani podtrzymywać, jest rozdzierany na naszych oczach. Nie możemy i nie pozwolimy na to, by pogwałcenie suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy uszło prezydentowi Putinowi na sucho„.

Równie przejmujące przemówienie na 77. Sesji plenarnej Zgromadzenia ONZ wygłosiła głowa naszego kraju Andrzej Duda. Podniósł Ukraińców na duchu, zapewniając, że ostatecznie wojnę wywołaną rosyjskimi bombami – „Ukraina zwycięży”. Z pomocą przyjaciół. Zarzucił Rosji wywołanie wojny z powodu „sentymentów imperialnych” oraz „kolonialnej, nacjonalistycznej pychy”. Prezydent RP podkreślił, że właściwie Rosja już przegrała, bo „agresor (…) nie zdołał ujarzmić wolnego narodu (..) nie rozproszył ukraińskiej armii”.

Ważna wolność przekazu

Wojna na Ukrainie dowodzi, jak ważne są media. Zwłaszcza niezależne. Wolność słowa.

Choćby niedawno dowiedzieliśmy się z niezależnego portalu Ukraińska Prawda, który powołuje się na przewodniczącą fundacji opiekującej się pułkiem Azow, że uwolnieni z rosyjskiej niewoli ukraińscy wojskowi są w szokująco złym stanie. Niemal wszyscy z 215 uwolnionych jeńców cierpią z powodu niedożywienia. Świat obiegły zdjęcia młodych mężczyzn, żywych szkieletów.

Niezależny publicysta i politolog Andrij Piontkowski, na którego nagranie powołuje się agencja Unian podał, że Władimir Putin – doprowadzając do drastycznych sankcji gospodarczych bijących po kieszeni oligarchów, zaczął im „zawadzać”. Żeby wyjść z twarzą, Kreml planuje ogłosić chorobę prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina.

Rosyjskie kierownictwo dyskutuje o tymczasowym przekazaniu uprawnień prezydenta Federacji Rosyjskiej organowi kolektywnemu – Radzie Bezpieczeństwa. Inicjatorem tego pomysłu ma być Jurij Walentowicz Kowalczuk, jeden z najbliższych współpracowników Putina, człowiek, który miał doradzać prezydentowi Rosji rozpoczęcie „operacji specjalnej„.

Teraz, zdaniem Piontkowskiego, Jurij Walentowicz Kowalczuk miał zrozumieć, że Rosja przegra. Uznał, że najważniejsze jest w tej sytuacji zachowanie wpływów grupy rządzącej. Zajęcie Ukrainy schodzi na dalszy plan. Do tego niezbędne jest jednak odsunięcie od władzy Putina. Wtedy „poszerzy się pole manewru polityki zagranicznej, bo otrzymają większe szanse na miękką wersję kapitulacji”.

Przynajmniej dziengi na czas

Wierzę, że te słowa i obrazy docierają również do rosyjskich rodzin, matek i ojców młodych rekrutów, adresatów akcji mobilizacyjnej.

Mieszkający od 3 lat w Polsce Siergiej, z pochodzenia  Mołdawianin, zanim trafił nad Wisłę, „za chlebem” pojechał do Moskwy. Spędził tam siedem lat. Ma tam swoich znajomych i przyjaciół. Od ich rodzin dowiedział się, że kilku kolegów zginęło na tej nierównej wojnie wywołanej przez Władimira Putina. Przełącza kanał, kiedy na ekranie pojawiają się obrazy z wojny. Nie jest w stanie psychicznie tego znieść. Ale zdążył też w Polsce doznać krzywdy od pracodawców ukraińskiego pochodzenia. Ci ostatni zdążyli pozakładać własne firmy, zwykle jako podwykonawcy budowlani. Siergiej u nich pracował, i mówi, że słyszy każdego dnia, że dziengi za rabotu budziet utra, utra i utra. Z Polakami, Białorusinami i Rosjanami ma podobne doświadczenie. Jego żona, Ludmila, dziennikarka z zawodu, utrzymuje się z pracy w młynie. Praca ciężka, ale przynajmniej dziengi płacą na czas. W zawodzie próbowała sił. Przeszkodą okazała się bariera językowa. Wierzy, że za rok na tyle podszlifuje polski, że będzie się utrzymywać z pracy korespondenta z Polskich mediów w Mołdawii. A może nawet i mediów rosyjskich. Jeszcze zobaczy. Zna oba języki.

Oboje nie zamierzają wracać do ojczyzny. Tam bieda aż piszczy. Średnia pensja nie przekracza – w przeliczaniu – 400  PLN. Zszokowało ich ostatnio  nagranie na Twitterze. Widać bójkę między rezerwistami i służbami.  Konkretnie, poborowi ze wsi Bolszercze z obwodu omskiego nie chcieli jechać na front, więc funkcjonariusze siłą wepchnęli ich do podstawionego autobusu szkolnego. Między mężczyznami wywiązała się bójka. Ostatecznie brutalnie wepchnięto ich do auta, który wywiezie ich na Ukrainę. Wyjeżdżających żegnali zrozpaczeni bliscy. Bliscy Sergieja i Ludmily wkrótce mają do nich dołączyć. Swoją przyszłość wiążą z  Polską. Oby im się udało.

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (1)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Wnioski w związku z liczbą mieszkańców

Z powyższych danych wynikają cztery istotne informacje:

Po pierwsze – spadek liczby mieszkańców Polski jest nieznaczny.

Pod drugie – trwa migracja z biedniejszych regionów do regionów bogatszych.

Po trzecie – bogatsze regiony to te, które oferują lepszą pracę.

Po czwarte – bogatsze regiony są historycznie rozwinięte, mają nowocześniejszy przemysł i wysoko rozwinięte usługi, w tym dobre uczelnie wyższe. Są to także regiony, w które po 1989 roku kolejne rządy sporo inwestowały, starając się właśnie tam ulokować zagraniczne inwestycje.

Mity rodem ze średniowiecza

Jest starym, jeszcze średniowiecznym przekonaniem, że silnymi państwami są te, które mają większą liczbę ludzi, duże zasoby surowców naturalnych i rozwinięte rolnictwo. Jest to pogląd właściwie atawistyczny, bo współczesność zaprzecza takiemu myśleniu. Dzisiaj najpotężniejsze państwa to te, które inwestują w naukę w ośrodki badań technicznych, skutkiem czego ich potencjał gospodarczy i militarny jest przeważający. Takimi państwami są kraje Beneluksu oraz Izrael. Są to przecież państwa niewielkie – w skali świata – ale bardzo wysoko rozwinięte, gdy chodzi o technologie oraz wykształcenie mieszkańców. Dlatego dzisiejszy świat należy do tych, którzy tworzą i posługują się najnowszymi technologiami, mając po temu wykształconych dobrze obywateli.

Jak wygląda w rzeczywistości państwo oparte na surowcach naturalnych i masach ludzi – widzimy właśnie na przykładzie Rosji w Ukrainie. Tam bowiem Rosja doznaje porażki nie będąc w stanie przeciwstawić się skutecznie najnowszej broni z Zachodu.

Polskie drogi rozwoju

Polska musi zatem postawić na nowoczesność. Jesli zaś chodzi o wojnę, o potencjał militarny państw, to w dzisiejszych czasach chmara ludzi uzbrojonych w kałasznikowy niczego nie osiągnie na polu bitwy.

Nie będzie też miało sukcesów społecznych państwo, które jedynie otwiera szeroko drzwi, zapraszając zachodnie firmy do produkowania u siebie. Owszem są z takiego stanu rzeczy zyski na krótki czas, ale rozwoju nie ma. Prawdziwe, znaczące zyski z pracy Polaków u siebie, ale w obcych fabrykach, osiągaja zagraniczni właściciele tych fabryk. Mało tego, światowe koncerny nie budują u nas fabryk, bo jesteśmy ładni i mili. Robią to z rozmysłu ekonomicznego, bo ciągle jeszcze oferujemy tańszą siłę roboczą, niż w ich macierzystych krajach.

(Więcej już wkrótce w odc.2.)

Znamy wyniki „referendów” na Ukrainie – pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wybory po bolszewicku

Na „wyzwolonych” przez orków Putina ziemiach ukraińskich odbyły się „referenda”. Wyniki są znane od dawna. Większość mieszkańców opowie się za wcieleniem do Federacji Rosyjskiej. Do podobnych masowych fałszerstw doszło na okupowanych ziemiach polskich trzy razy: 22 października 1939 r., 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego).

22 października 1939 r. agresor sowiecki nazwał kłamstwa nad urną „wyborami do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Te pseudo-wybory zostały oczywiście poprzedzone propagandą, której pierwszym aktem była nota dyplomatyczna, jaką 17 września 1939 r. o świcie otrzymał polski ambasador w Moskwie Wacław Grzybowski: „Wojna polsko – niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. […] Warszawa jako stolica Polski, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie przejawia oznak życia. […] Tym samym utraciły ważność umowy, zawarte pomiędzy ZSRS a Polską […] Wobec powyższych okoliczności Rząd Sowiecki polecił Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej, aby nakazało wojskom przekroczyć granicę i wziąć pod opiekę życie i mienie ludności Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy.” Ani jedno zdanie nie było tu prawdziwe.

Państwo polskie nie zbankrutowało. Warszawa biła się jeszcze 11 dni: skapitulowała 28 września 1939 r. Legalny, bo działający na podstawie konstytucji kwietniowej rząd RP, po przeniesieniu do Francji, a potem Wielkiej Brytanii, będzie istniał do grudnia 1990 r. A Armia Czerwona nie przekroczyła granicy, tylko brutalnie, bez wypowiedzenia wojny, nas zaatakowała mordując wszędzie branych do niewoli jeńców wojennych (jak później w Katyniu), oraz nikogo i niczego nie wzięła pod opiekę, ale zaczęła totalnie zabijać, łupić i niszczyć.

Jednak to ludobójstwo i barbarzyństwo trzeba było – wzorem moskiewskim – zalegalizować. Temu służyły wspomniane „wybory do zgromadzeń ludowych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy”. Miały się odbyć jeszcze „wybory do Polskiego Zgromadzenia Ludowego”, ale w wyniku „traktatu o granicy i przyjaźni” z 28 września 1939 r.  – de facto II paktu Ribbentrop-Mołotow – tereny Lubelszczyzny i wschodniego Mazowsza przypadły III Rzeszy niemieckiej, w zamian za m.in. Wileńszczyznę dla ZSRS.

Decyzję o przeprowadzeniu tych „wyborów” podjęło 1 października 1939 r. Biuro Polityczne KC WKP(b) – to samo najwyższe gremium sowieckie, które decydowało wcześniej o ludobójstwie w ramach „operacji polskiej NKWD”, a później o ludobójstwie katyńskim. Od początku szalał terror i propaganda. 22 października, dodatkowo, po miastach poruszały się specjalne grupy agitacyjne: piesze lub samochodowe, namawiające do głosowania na kandydatów „demokratycznych”. W lokalach wyborczych mieszkańców zachęcano kupnem niedostępnych na ogół towarów, lub napiciem się alkoholu. Opornych doprowadzano siłą.

Jakie były wyniki? Na „zachodniej Ukrainie” frekwencja wyniosła 92,83 procent, z czego ponad 90 procent „głosowało” na „demokratów”. Na „zachodniej Białorusi” było to odpowiednio: 96,7 i także ponad 90 procent.

Ale to tylko pierwszy etap „wyborów”. Kolejnym było opowiedzenie się „wybranych” w ten sposób gremiów za przyłączeniem do ZSRS. Rada Najwyższa Związku Sowieckiego oczywiście przychyliła się do owych „próśb”, co skutkowało formalną aneksją ziem II Rzeczpospolitej do powiększonych w ten sposób: Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Obywatelom polskim nadano sowieckie obywatelstwo. Potem, by dopełnić zbrodni, był Katyń i cztery wielkie wywózki Polaków w głąb ZSRS.

Podobne operacje sowieci przeprowadzili po ponownym „wyzwoleniu” Polski w latach 1944/1945. Dwa akty wyborcze: 30 czerwca 1946 r. (tzw. referendum ludowe 3 x tak) i 19 stycznia 1947 r. (tzw. wybory do Sejmu Ustawodawczego) zostały sfałszowane. W obu przypadkach głównym manipulatorem był oddelegowany do tego przez Stalina Aron Pałkin. Okupacja skolonizowanej Polski, rozpoczęta 17 września 1939 r., trwała aż do 1989 r. – choć ja bym bardziej łączył tę drugą graniczną datę z 1993 r., kiedy we wrześniu opuściły naszą Ojczyznę ostatnie wojska sowiecko-rosyjskie.