O Święcie Niepodległości AD 2022 pisze WALTER ALTERMANN: Kilka niestosownych uwag

Wiem co to jest niestosowność i wiem, kiedy co wypada, a kiedy lepiej zmilczeć. Wiem, że na weselu nie trzeba wspominać dawnych dziewczyn pana młodego i chłopaków panny młodej. Jeżeli zatem na dzień narodowego święta postanowiłem napisać kilka trudnych uwag, to przecież nie po to, żeby psuć nastrój.

Dla mnie Święto Niepodległości jest dniem mojej zadumy nad minionymi czasami i pochyleniem głowy przed cieniami dawnych bohaterów.

Jednakże ciesząc się z odzyskania niepodległości ojczyzny nie umiem zapomnieć, dlaczego doszło do rozbiorów, klęsk powstań i setek tysięcy ofiar. Powiem od razu, że żadnego 11 listopada nie ciągnie mnie do udziału w pochodach i wznoszenia okrzyków w tłumie. Nie mówię, że te manifestacje polskości nie mają wielkiego sensu, ale jak dla mnie za mało w nich czasu i miejsca na przemyślenie spraw minionych, a także na zastanowienie się nad naszą „współczesną dzisiejszością”. A współczesność Polski bardzo mnie martwi.

Potępieńcze swary

Pozwolę sobie kilka razy odwołać się do naszych romantyków. Po pierwsze – Mickiewicz, Słowacki i Norwid największe swe dzieła napisali na uchodźctwie. I nie znaleźli się we Francji dlatego, że opuścili ojczyznę dla lepszego materialnie życia. Jak tysiące im podobnych tułaczy byli ofiarami rozbiorów, wojen napoleońskich i klęski powstania listopadowego. Po drugie – Polska i jej losy były tematami ich życia. I należy im wierzyć w diagnozach, bo byli mądrzy oraz sami na sobie doświadczyli tego, co bolało pokolenia XIX–wiecznych Polaków. Przeważająca część twórczości Słowackiego jest próbą zrozumienia faktu, jak to się stało, że jedno z największych państw Europy upadło w niecałe 100 lat. Bo przecież od Wiktorii Wiedeńskiej do pierwszego rozbioru minęło ledwie 89 lat. Jedną z przyczyn, zdiagnozowaną przez Słowackiego, ale też Norwida i Mickiewicza była nieumiejętność wypracowywania kompromisu przez Polaków. Tak Mickiewicz pisał o tym w „Panu Tadeuszu”.

O tem że dumać na paryskim bruku,

Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,

Za poznych żalów, potępieńczych swarów! (…)

A gdy na żale ten świat nie ma ucha,

Gdy ich co chwila nowina przeraża

Bijąca z Polski jako dzwon smętarza,

Gdy im prędkiego zgonu życzą straże,

Wrogi ich wabią z dala jak grabarze,

Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą –

Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,

Że utraciwszy rozum w mękach długich,

Plwają na siebie i żrą jedni drugich!

 

Minęło prawie 200 lat od powstania „Pana Tadeusza”, a nadal wiedziemy potępieńcze swary. A może to jakaś genetyczna cecha narodowa lub może niedojrzałość polityczna całego narodu? Może to właśnie skutek rozbiorów? W każdym razie, z roku na rok wzrasta wzajemna podejrzliwość w obrębie własnego narodu. Czy my, Polacy, naprawdę nie potrafimy z sobą normalnie rozmawiać, szanując jednocześnie prawo adwersarzy do ich własnego zdania? Dlaczego każdy spór natychmiast przybiera obraz sądu ostatecznego, gdzie padają najcięższe argumenty. A w ich braku – bo ileż w końcu można powtarzać w kółko to samo – sięgamy po argumenty przodków – do jakiej partii czyj dziadek należał i jak dużą miała domieszkę krwi obcej babcia przeciwnika…

Co mówią cmentarze

Pojawiające się w grupach nacjonalistycznych, hasła rasowe są mi wstrętne. Ale nie tylko wśród ONR i jemu podobnych. Przecież ukazywały się w ostatnich latach książki pisane przez całkiem znane osoby, których to książek tematem było śledzenie pochodzenia narodowego przeciwników polityczny. Domniemanych przeciwników tychże autorów.

Tak się złożyło, że ostatnio często bywam na łódzkich cmentarzach i idąc niespiesznie alejkami, czytam napisy na nagrobkach. I naraz uderzyło mnie, że wśród ofiar rewolucji 1905 roku w Łodzi, wojno polsko-rosyjskiej, II wojny światowej i powstania warszawskiego jest ogromna masa niepolskich nazwisk. Głównie są to nazwiska niemieckie i żydowskie. Bo o niepodległość Polski walczyli także Polacy żydowskiego i niemieckiego pochodzenia. I im także należy się cześć i dobra pamięć. A może większa niż rdzennym Polakom?

A tu właśnie, w środę 9 listopada, sąd złagodził kary dla ONR-owców, którzy w Białymstoku wykrzykiwali hasło „A na drzewach oprócz liści, będą wisieć syjoniści”. Dziwne, że mimo wyroków w zawieszeniu, prokuratura domaga się uniewinnienia skazanych.

Może prokurator działa w myśl zachodnioniemieckiej myśli prawnej, która zakładała, że zamykanie w więzieniach neohitlerowców doprowadzi jedynie do powstania groźniejszych podziemnych grup?

Władza, czyli głęboka niedojrzałość

Jednym z przejawów naszej niedojrzałości politycznej jest przekonanie, że jakaś partia będzie rządzić aż do emerytury. To znaczy do emerytury posłów wybranych wcześniej z listy danej partii.

Jest faktem, że do władzy przyzwyczaić się jest niebywale łatwo. Szczególnie słabszym mentalnie i duchowo osobom. I jest faktem, że często władza degeneruje. Władza ma bowiem uroki, że  posła tytułuje się wysoko. Że mu się kłaniają, uśmiechają, wystąpi czasem w telewizji… A jeżeli jeszcze ów poseł jest ministrem… Mój Boże, toż nawet jego żona boi się do niego zbliżyć. Zresztą i poseł nie ma czasu na zbliżenia, bo ma tyle spraw na głowie, że tylko współczuć.

Zatem już sama wizja utraty miejsca w parlamencie, utrata stanowisk, przywilejów i czapkowania budzi w wielu ludziach władzy przerażenie. A człowiek przerażony gotów jest popełniać grubsze głupstwa niż człek spokojny. I nie piszę tu o obecnej władzy, bo każda poprzednia władza też miała syndrom „niespodziewanej utraty władzy”. A przecież wzięcie władzy równa się, po czasie, jej oddaniu. Dziwna choroba, gdy człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że kiedyś się zestarzeje, odda władzę, a w końcu umrze. Jeżeli nie jest to niedojrzałość, to co to jest?

Czy Piłsudski był ojcem narodu?

11 listopada przedstawiciele parlamentu, rządu i różnych partii złożą wieńce pod pomnikami Józefa Piłsudskiego. I słusznie, bo jest on symbolem odzyskania niepodległości. A my Polacy kochamy symbole. Ostatnio przed jednym z pomników Piłsudskiego składali kwiaty nawet ONR-owcy, których protoplastów więziono w Berezie Kartuskiej.

Losy Piłsudskiego doskonale oddają problem rozumienia władzy przez Polaków. Piłsudski miał przekonanie, że tylko on walczył o niepodległość, choć nie było to prawdą. Następnie miał jeszcze silniejsze przekonanie, że tylko on potrafi scalić i zbudować silną Polskę. Tu nie mamy dowodów, że inni też potrafiliby, bo Józef Piłsudski przeprowadził zamach majowy i władzy raz zdobytej już nie oddał. I tak bardzo wierzył w siebie, że nawet posunął się do założenia obozu, w Berezie Karuskiej. Tamże uwięziono nawet Wincentego Witosa, premiera rządu z czasów wojny polsko-bolszewickiej. Jeżeli to nie jest rozprawą z przeciwnikami politycznymi, to co nią jest?

Tu przypomnę, że równie tragiczny los spotkał generała Tadeusza Rozwadowskiego, Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego z czasów tej samej wojny. Piłsudski był potwornie zazdrosny, że część Polaków uważała generała za prawdziwego ojca sukcesu wojennego. Rozwadowskiego uwięziono i dręczono, zmarł przedwcześnie na skutek przeżyć więziennych.

Czy jest dla nas nadzieja?

Czy jest nadzieja, że kiedyś nasza klasa polityczna dojrzeje, dorośnie i politycy przeciwnych obozów zaczną ze sobą rozmawiać? Teoretycznie tak.

Ale wymagałoby to co najmniej trzech rewelacyjnych zdarzeń:

  1. Politycy musieliby się przyzwyczaić do myśli, że władza nie jest dożywotnim darem losu.
  2. Politycy musieliby założyć, że mogą się mylić.
  3. Trzeba by wybierać takich parlamentarzystów, którzy nie mają dużych i rozgałęzionych rodzin, żeby mogli angażować na państwowe etaty także ludzi nieskoligaconych.

Przesłanie na 11 listopada

Nie wszystko w naszej historii jest wielkie i wspaniałe. To myśmy sami – jako Polacy – zniszczyli własne państwo, co doprowadziło do rozbiorów. A skłócenie ówczesnych elit narodu było tak wielkie, że Sejm nie był w stanie ratować państwa. Potem, na szczęście, znalazło się wśród nas wielu, którzy własną krwią zapłacili za wskrzeszenie Polski. Pamiętajmy o tym, żebyśmy znowu nie byli mądrzy po szkodzie. Nie powtarzajmy grzechów ojców naszych. Niepodległość trzeba szanować.

Niestety, jesteśmy narodem płochym, niezbyt zdolnym do trwałych działań. Jako przykład, przypomnę uroczyste „pojednania” po śmierci papieża Jana Pawła II. Po dwóch tygodniach znowu zaczęli ganiać się z siekierami i maczetami po miastach.

A na zakończenie tych moich niewczesnych uwag, jeszcze jeden cytat z  romantyków. W „Kordianie” Juliusza Słowackiego Archanioł mówi do Boga:

 

Boże! Boże! Boże!

Skrzydeł pióry otarłem o ziemię,

Krwawa była — widziałem! widziałem!

Za grzechy ojców w groby kładące się plemię,

Lud konał… gwiazda gasła… za gwiazdą leciałem —

Lud skonał…

Czas, byś go podniósł, Boże lub gromem dokonał.

A jeśli Twoja dłoń ich nie ocali,

Spraw, by krwi więcej niźli łez wylali…

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: TAP – Przysięga wojskowa wobec Boga nadal obowiązuje

10 listopada 1939 r. w kościele garnizonowym przy ul Długiej w Warszawie (dzisiejsza Katedra polowa Wojska Polskiego Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski) ks. Jan Zieja przyjął uroczystą przysięgę twórców Tajnej Armii Polskiej, jednej z pierwszych wojskowych organizacji podziemnych. Komendantem został mjr. Jan Włodarkiewicz „Darwicz”, a szefem sztabu ppor. Witold Pilecki „Witold”.

TAP powstała z połączenia dwóch tajnych grup: Jana Dangla (studenci Szkoły Głównej Handlowej) i wspomnianego mjr. Jana Włodarkiewicza (wojskowi i chrześcijańscy działacze społeczni; Włodarkiewicz został potem szefem dywersyjnej jednostki „Wachlarz”, zmarł 19 marca 1942 r. we Lwowie).

Spotkanie założycielskie odbyło się dzień wcześniej – 9 listopada 1939 r. w mieszkaniu kuzynki Pileckiego – Eleonory Ostrowskiej, na warszawskim Żoliborzu przy alei Wojska Polskiego 40 m. 7.
Tajna Armia Polska miała wyraźny rys chrześcijańsko-narodowy (w dzisiejszym antypolskim bełkocie poprawno-politycznym zostałaby faszystowską). Zajmowała się głównie wywiadem, gromadziła informacje o niemieckich represjach wobec Polaków i współpracownikach okupanta, organizowała – po przygotowaniu lewych dokumentów – przerzut osób do polskiego wojska we Francji, w końcu prowadziła dywersję.

To właśnie w ramach TAP Witold Pilecki przedostanie się dobrowolnie do Auschwitz, aby zbadać możliwość uwolnienia przewiezionych tam wcześniej członków organizacji. 19 września 1940 r., w tym samym mieszkaniu przy alei Wojska Polskiego 40, pozwoli się aresztować Niemcom (dziś na budynku jest tablica, a nieopodal pomnik Pileckiego). Ostrowska zachowa dla potomności słowa, jakie rotmistrz wypowiedział podczas zatrzymania: „Zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem”. W obozie razem z odnalezionymi tam TAP-owcami Pilecki założy Związek Organizacji Wojskowej. Gdy w Warszawie powstanie Związek Walki Zbrojnej, przemianowany potem na Armię Krajową, ZOW – tak samo zresztą jak TAP – stanie się ich częścią.

Rota przysięgi żołnierzy Tajnej Armii Polskiej brzmiała:

„Przyjmując za dewizę mego życia hasło:

Bóg, Honor i Ojczyzna

ślubując Narodowi Polskiemu bezgranicznie wierną i ofiarną służbę oświadczam, że złożona w swoim czasie wobec Boga przysięga wojskowa obowiązuje mnie nadal w stosunku do obecnego i jedynie legalnego rządu Gen. Sikorskiego i do władz tajnej organizacji wojskowej N.A.P. [Narodowa Armia Polska – tak brzmiała wcześniejsza nazwa TAP] i zgodnie z tą przysięgą przyrzekam uroczyście słowem honoru:

  1. Zachować ścisłą karność i bezwzględne posłuszeństwo przełożonym organizacyjnym,
  2. Przestrzegać wiernie i ściśle powierzonych mi tajemnic organizacyjnych i nigdy na ten temat rozmów poza służbą z nikim nie prowadzić,
  3. Składając wszystkie swe siły dla dobra Ojczyzny, wypełniać włożone na mnie obowiązki z całą sumiennością i ofiarnością – aż do chwili, gdy z mego przyrzeczenia zwolniony już będę.

Tak mi dopomóż Bóg”.

Ksiądz Jan Zieja pełnił wcześniej posługę m.in. podczas wojny polsko-bolszewickiej, będzie potem aktywny w wielu strukturach konspiracyjnych: kapelan przy Komendzie Głównej AK, Szarych Szeregów oraz Batalionów Chłopskich. Rozwinie współpracę z Frontem Odrodzenia Polski oraz Radą Pomocy Żydom „Żegota”. W Powstaniu Warszawskim zostanie kapelanem walczącego na Mokotowie pułku „Baszta”. W okresie PRL ks. Zieja współzakładał KOR, współpracował z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Solidarnością.

Tadeusz Płużański

WOI – to obóz internowania, a nie wojsko. Relacja MARII GIEDZ

W tym roku 5 listopada minęła 40. rocznica utworzenia Wojskowych Obozów Internowania. Z tej okazji odbyły się w Bydgoszczy, Chełmnie i Budowie k. Złocieńca ogólnopolskie obchody upamiętniające to smutne wydarzenie.

Właśnie tego 5 listopada, ale 1982 r. 1711 osób – działaczy antykomunistycznej opozycji otrzymało wezwania do wojska. Niby nic takiego, przecież każdy mężczyzna powinien służyć w armii. Wezwania otrzymali zarówno rezerwiści, jak i poborowi, tylko że wśród nich były osoby z kategorią D, po świeżo przebytych zawałach serca, w opaskach gipsowych na złamanych kończynach, czy uszkodzonym kręgosłupie, a nawet człowiek bez ręki. Niektórzy dopiero co wrócili z kilkumiesięcznego pobytu w ośrodkach internowania. Ledwie udało im się przywitać z rodziną i wykąpać, a już musieli stawić się w jednostce i to nie swojej. Jednak rozkaz, to rozkaz. Powołano ich na ćwiczenia wojskowe: rezerwistów na trzy miesiące, poborowych do zasadniczej służby na dwa lata. Umieszczono w 13 obozach rozlokowanych w całej Polsce. Jak się okazało nie była służba, lecz niewola. Mundury wojskowe zamieniono im na więzienne drelichy, a karabiny na łopaty i kilofy. Większość z nich ani razu nie miała kontaktu z bronią, a ćwiczenia polegały na kopaniu dołów i ich zasypywaniu, rąbaniu drewna, którym nie wolno było palić w piecyku, aby się ogrzać, budowaniu i rozbieraniu mostu pontonowego, czy wysłuchiwaniu pogadanek o wyższości komunizmu nad marnością życia codziennego. Nazywano ich kryminalistami, gwałcicielami, „niebieskimi ptakami”. Wśród nich byli zarówno prości robotnicy, jak i ludzie wykształceni, drukarze, a nawet dziennikarze.

Jan Raczycki, prezes Stowarzyszenia Osób Represjonowanych w PRL Przymierze w Bydgoszczy. Fot. Maria Giedz

W Bydgoszczy, przy zbiegu ulic Dwernickiego i Sułkowskiego, na skwerze o komunistycznej nazwie: Pomorskiego Okręgu Wojskowego, nadanej w 2016 r., czyli w wolnej Polsce, od 2018 r. znajduje się granitowy obelisk. Jest poświęcony działaczom i sympatykom NSZZ „Solidarność”, których pozbawiono wolności, odizolowano i represjonowano w ciężkich warunkach pod pozorem trzymiesięcznych ćwiczeń oraz zasadniczej służby wojskowej w Wojskowych Obozach Internowania. Jak podaje napis na obelisku, owe „rzekome szkolenia miały na celu odizolowanie i represjonowanie w ciężkich warunkach działaczy „Solidarności”. I właśnie przy tym obelisku rozpoczęły się ogólnopolskie obchody upamiętniające 40. rocznicę utworzenia WOI. Były kwiaty, wojskowe werble i niezawodna trąbka, a potem krótkie przemówienia ważnych osób. Dwa utkwiły mi w pamięci: Tadeusza Antkowiaka, przewodniczącego Stowarzyszenia Osób Internowanych „Chełminiacy 1982”, który podkreślał, jak wiele zależy od nauczycieli i kształcenia młodzieży, mówiąc: „Jeśli stracimy młodzież, to wszystko stracimy”. Drugą osobą był Jan Raczycki, prezes Stowarzyszenia Osób Represjonowanych w PRL „Przymierze” w Bydgoszczy. To on domagał się od bydgoskiego samorządu zmiany nazwy skweru, na którym stoi obelisk. Ponoć bydgoszczanie od sześciu lat nie są zadowoleni z gloryfikowania komunistycznej instytucji i sami proponują, aby skwer nazwać imieniem podpułkownika Łukasza Cieplińskiego, żołnierza niezłomnego znanego na Warmii oraz na Powiślu.

Nakaz mówienia prawdy

Uczestnicy panelu, od lewej prof. W. Polak, prok. M. Góra, dr G. Majchrzak, prof. M. Golon, prof. R. Bäcker. Fot. Maria Giedz

W wielu wypowiedziach, m.in. dr Pawła Warota, dyr. IPN w Gdańsku brzmiały stwierdzenia, że te wydarzenia sprzed 40 lat należy rozliczyć i „nakazać opowiadania o nich prawdy”. No cóż? O WOI niewiele wiemy, a bardzo się one różniły od miejsc internowania w stanie wojennym. Dla przykładu można podać, że do WOI na Kępie Panieńskiej położonej nieopodal Chełmna wysłano 304 rezerwistów, rozlokowując ich w starych, zniszczonych namiotach, które wolno było ogrzewać, nawet przy dużych mrozach, tylko nocą, o ile udało się znaleźć opał. Do końca trwania obozu, czyli do początku lutego 1983 r. w takich nieludzkich warunkach, przypominających pobyt w sowieckim łagrze, przetrwało 249 osób. Te trzy miesiące niewoli, oficjalnie „ćwiczeń na potrzeby obronności ojczyzny”, pozostawiły na „obozowiczach” nie tylko urazy fizyczne, ale i psychiczne. O tym wszystkim rozmawiano podczas ogólnopolskiej konferencji naukowej: „Wojskowe Obozy Internowania jako szczególna forma represji w stanie wojennym”, która odbyła się w Bydgoszczy w sali konferencyjnej  Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego. Organizatorzy zaprosili kilkunastu prelegentów. Wśród nich byli profesorowie, doktorzy, prokuratorzy, represjonowani działacze „S”, a nawet duchowni.

Tadeusz Antkowiak, przewodniczącyo Stowarzyszenia Osób Internowanych Chełminiacy 1982. Fot. Maria Giedz

Patronat na obchodami objął Prezydent RP Andrzej Duda, który w liście skierowanym do uczestników napisał: … „Dla upamiętnienia dokonań działaczy opozycji antykomunistycznej represjonowanych przez władze stanu wojennego, pozbawionych w Wojskowych Obozach Internowania wolności i praw obywatelskich; w przekonaniu, że pamięć o tych, którzy z poświęceniem walczyli o wolną i suwerenną Polskę przyczyni się do kształtowania postaw obywatelskich i patriotycznych;” …

Trzeba przyznać, że wystąpienia prelegentów podczas konferencji były nie tylko formą upamiętnienia owych działaczy, ale przekazywaniem rzetelnej wiedzy, czy w ogóle wiedzy, odkłamywania „poprawnej prawdy” utrzymywanej do około 2010 r. I jak to stwierdził Antkowiak: „wiedza o WOI jest duża, ale w przestrzeni internetowej istnieje wiele nieprawdy na ten temat”. Prof. dr hab. Wojciech Polak z Centrum Badania Historii „Solidarności” i Oporu Społecznego w PRL przy UMK w Toruniu dodał, że do 2010 r. prawie nie było na temat „zielonego internowania” żadnych materiałów. Dopiero po 2010 r. zaczęły one „spływać” do IPN-u. Według instrukcji wszystkie materiały dotyczące WOI miały zostać zniszczone w 1983 r. Na szczęście tak się nie stało, bo i w wojsku panuje bałagan.

Rozliczanie winnych

Chełmno. Pomnik Wdzięczności i Solidarności w Parku Pamięci i Tolerancji im. Ludwika Rydygiera. Fot. Maria Giedz

Trzeba przyznać, że 40 lat temu powołanie działaczy „S” do WOI odbywało się zgodnie z prawem stanu wojennego, w ramach operacji „jesień 82”. Na terenie całej Polski władze komunistyczne utworzyły w 13 jednostkach Wojska Polskiego: Brzeg, Budowo, Chełm, Chełmno Pomorskie, Czarne, Czerwony Bór, Głogów, Gorzów Wielkopolski, Jarosławiec, Rawicz, Trzebiatów, Unieście/Koszalin, Węgorzewo, Wojskowe Obozy Internowania. Dziesięć z nich przeznaczono dla rezerwistów, a trzy dla poborowych do służby zasadniczej. W tych ostatnich przebywało razem 300 osób. Za wdrożeniem takiej formy internowania, o czym opowiadał prokurator Mieczysław Góra z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, przy IPN w Gdańsku Delegatury w Bydgoszczy, stać mieli generałowie, m.in. Czesław Kiszczak, Wojciech Jaruzelski, Michał Janiszewski, Mirosław Milewski, Florian Siwicki, Władysław Ciastoń, Józef Sasin, a także sekretarz KC Stefan Olszowski, czy Mieczysław Rakowski, polityk, a nawet dziennikarz, red. nacz. tygodnika „Polityka” i prezes SDP w latach 1958-1961. Tylko dwóch generałów: Ciastoń i Sasin, w listopadzie 2019 r. zostało skazanych prawomocnym wyrokiem na karę dwóch lat pozbawienia wolności bez zawieszenia. Wyroku nie udało się wykonać, gdyż obaj generałowie zmarli.

W ramach stanu wojennego, a zwłaszcza internowania, przede wszystkim internowania w wojsku stosowano różne formy represji, które przedstawił prof. dr hab. Roman Bäcker, z Wydziału Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie UMK w Toruniu. „Represje te doprowadziły do znaczącego ograniczenia zakresu podmiotowości polskiego narodu politycznego, ale cel podstawowy, czyli zniszczenie „Solidarności” i pozostałych organizacji społecznych nie został osiągnięty”. Dlaczego? Bo żołnierze więźniowie, mimo że wiedzieli, iż za każdy sprzeciw i niewykonanie rozkazu w wojsku jest się wyjątkowo surowo karanym, nie dawali się złamać, zachowywali swoją godność. Pomagała im w tym wiara w Boga.

Opowieści i przedstawianie przykładów najróżniejszych zachowań było wiele. Niejednokrotnie słuchającym cisnęły się łzy do oczu. Aż nie chce się wierzyć, że mimo codziennych rewizji, rozmieszczania wśród internowanych TW (tajny współpracownik SB), wywracania wszystkiego co znajdowało się w pomieszczeniach, gdzie owi żołnierze spali, udawało się przemycać ulotki, wykonać krzyż, modlić się, śpiewać pieśni religijne. Wszystkie te wyjątkowo interesujące i nowatorskie, w kontekście najnowszej historii Polski, wypowiedzi panelistów mają ukazać się drukiem, być może jeszcze w tym roku.

Wdzięczność za wolność, odwagę, pomoc

Dziękczynną Mszą św. w kośc. garnizonowym p.w. M.Boskiej Częstochowskiej w Chełmnie rozpoczęto drugi dzień ogólnopolskie obchody upamiętniające 40. rocznicę utworzenia WOI. Fot. Maria Giedz

Tego samego dnia, kiedy w Bydgoszczy odbywała się konferencja naukowa, w Budowie k. Złocieńca odsłonięto tablicę upamiętniającą internowanych w tamtejszym WOI. Natomiast dzień później, czyli 4 listopada w Chełmnie nad Wisłą kontynuowano oficjalne obchody 40. rocznicy utworzenia WOI. Dzień rozpoczęto od bardzo uroczystej mszy św. w kościele garnizonowym p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej. Uczestniczyli w niej żołnierze z miejscowej jednostki, wojskowy poczet sztandarowy, a także wojskowa orkiestra. Była to msza dziękczynna za hart ducha, za wolność, za odwagę. Natomiast homilia przerodziła się w piękną lekcję historii o „marszu ku wolnej Polsce” od sierpnia’80. Przewijały się w niej takie słowa, jak: honor, szacunek, cześć – dzisiaj w wielu środowiskach już zapomniane. Zgromadzeni w świątyni usłyszeli też fragmenty twórczości Marii Konopnickiej czy Edmunda Amicisa, te mówiące o miłości do ojczyzny. Celebrans zwracając się do internowanych i represjonowanych mówił: „Wyszliście zwycięsko z tamtych lat, wzmocniliście się, zaufaliście Jezusowi, daliście świadectwo człowieczeństwa”.

Po mszy św. uczestnicy obchodów, w towarzystwie żołnierzy i wojskowej orkiestry udali się do Parku Pamięci i Tolerancji, gdzie znajduje się pomnik Wdzięczności i Solidarności, który został ufundowany w 2007 r. przez internowanych (ze Szczecina, Koszalina, Łodzi, Słupska, Gdańska, Elbląga, Olsztyna, Bydgoszczy, Torunia, Włocławka, Płocka, Konina) przebywających w obozie wojskowym na Kępie Panieńskiej. Jest on podziękowaniem dla mieszkańców Chełmna za udzielaną im pomoc. Tam, pod pomnikiem składano kwiaty i dziękowano tym mieszkańcom Chełmna, którzy nie ulegli komunistycznej propagandzie, mimo że wówczas w Chełmnie mieszkali wojskowi i ich rodziny. Przecież w latach 80. XX w. stacjonowały w Chełmnie dwie jednostki bojowe Układu Warszawskiego, a mimo to znaleźli się ludzie odważni.

Byli interniwani, działacze S zostali dznaczeni Krzyżem Komandorskim, Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, przez dr hab. Karola Polejowskiego z IPN. Fot. Maria Giedz

Po południu kontynuowano obchody w Kinoteatrze Rondo, gdzie wręczono ordery i odznaczenia państwowe: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyż Wolności i Solidarności. Zanim jednak do tego doszło jedna z uczennic miejscowej szkoły przepięknie zaśpiewała Hymn Polski, czyli „Mazurek Dąbrowskiego” i to wszystkie zwrotki. Siedząca za mną, a raczej stojąca w tym momencie spora grupa młodzieży cicho jej wtórowała. Stworzyło to niesamowitą atmosferę. Część tej młodzieży przyjedzie 22 listopada do Gdańska, aby m.in. wziąć udział w otwarciu wystawy: „Solidarność do wojska!” zorganizowanej przez Instytut Dziedzictwa Solidarności w historycznej Sali BHP.

Elementem końcowym owych uroczystości była projekcja dokumentalnego filmu „Labirynt” opowiadającego o obozie na Kępie Panieńskiej. Jest poruszający.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Krymskie uczelnie kształcą „piątą kolumnę”

Niedawno na krymskim Uniwersytecie im. W. Wiernadskiego odbyła się Międzynarodowa Konferencja „Krym w światowej przestrzeni naukowej i edukacyjnej”. Poprzez tego typu wydarzenia władze okupacyjne Krymu starają się skłonić zagranicznych studentów studiujących na półwyspie do propagowania ideologii „rosyjskiego pokoju” w krajach na całym świecie.

Lokalna gazeta napisała, że ​​„dzisiaj są studentami, a jutro będą sojusznikami i ambasadorami naszej kultury na całym świecie”. A oni, jak uważają rosyjscy propagandyści, stanowią wielką siłę Tylko w tym roku na Krymie studiuje 2750 studentów z 67 krajów. Na świecie jest już ponad milion absolwentów krymskich uczelni, którzy dzięki rekrutacji rosyjskich „kuratorów” ze służb specjalnych, zamienili się w liderów ideologii Kremla i swoich krajach stają się „piątą kolumnę”.

Nikt tego faktu specjalnie nie ukrywa. Na przykład prorektor ds. polityki informacyjnej Uniwersytetu im. W. Wiernadskiego na Krymie Serhij Jurczenko wprost mówi, że: „Ważne jest przede wszystkim zapewnienie polityki zagranicznej naszego państwa, w tym w sferze edukacyjnej…”

Ołeksandr Maszchenko, kierownik wydziału ds. działalności międzynarodowej uczelni, powiedział, że oprócz Kuby, Wietnamu, Jordanii studenci z Indii, Bangladeszu, Libanu, Jemenu i innych krajów Azji i Bliskiego Wschodu studiują na Krymie. Teraz, według niego, z powodu konfrontacji Rosji z Europą i Ameryką oraz z powodu sankcji światowych, następuje reorientacja rekrutacji studentów objętych sankcjami Zachodu na Wschód. Pokazał nagranie wykonane przez absolwentkę wydziału filologicznego z Kuby, w którym słyszymy dawne nuty KGB: „Żałuję, że na Ukrainie toczą się działania wojenne. Ale wiem na pewno, że to nie lud Rosji i Ukrainy jest winny tego, ale kraj z dala od nich, który przez wiele lat starał się uniemożliwić naszemu krajowi, Kubie, życie i rozwój”. W ten sposób dobrze wykształceni absolwenci krymskiego uniwersytetu przenoszą odpowiedzialność za krwawą wojnę z Rosji na Amerykę.

Największą popularnością wśród obcokrajowców cieszą się specjalizacje medyczne. Absolwent Akademii Medycznej Krymu, Islam Mazharul z Bangladeszu, przyznał, że KGB aktywnie pracuje ze studentami, którym za współpracę płaci pieniądze pod przykrywką „stypendiów”. Mazharul stwierdził przy tym, że „popiera politykę Rosji”, podczas gdy polityka ukraińska, jego zdaniem, jest „błędna i odzwierciedla interesy innych krajów”. Oczywiste jest, że takie stanowisko zostało mu wbite do głowy właśnie na krymskim uniwersytecie.

Jak zauważył Serhij Jurczenko, studenci zagraniczni, oprócz specjalności technicznych, rekrutowani są także na kierunki czysto polityczne, takie jak filologia, historia, politologia i język rosyjski. W ten sposób większość absolwentów krymskiego uniwersytetu idzie w świat całkowicie zrusyfikowana, wyznająca rosyjską ideologię i zwerbowana przez rosyjskie służby specjalne.

Jurczenko mówi, że „Podczas lat studiów na naszych uniwersytetach studenci zagraniczni zdołają nauczyć się nie tylko języka rosyjskiego, ale także wiele dowiedzieć się o historii naszego kraju, jego kulturze, tradycjach. Ponad milion absolwentów rosyjskich uniwersytetów pracuje za granicą. To duża grupa naszych sojuszników, ambasadorów naszej kultury. A my zamierzamy pomnożyć ich liczbę”.

Ponadto prorektor Ołeksandr Maszchenko wyraźnie przyznał, że Rosja wykorzystuje studentów jako propagandzistów „rosyjskiego świata” na całym świecie i zamierza rekrutować jeszcze więcej obcokrajowców na uczelnie w tej dziedzinie. „Zgodnie z skutkami wydarzeń, które obecnie mają miejsce na Ukrainie (czyli wojny Rosji na Ukrainie – autor) zainteresowanie edukacją humanitarną w Rosji, związaną z językiem, kulturą, politologią, a nawet geografią, jeszcze nawet wzrośnie” – stwierdza.

Co więcej, wicekanclerz uniwersytetu opublikował niedawno książkę „Amerykański Krym: złudzenie widzenia”, w której nazywa prawdę o rosyjskiej polityce iluzją. Mówi na przykład o współpracy uczelni z irańskimi szkołami wyższymi i uzasadniał stanowisko Iranu, który zaopatruje Rosję w drony i rakiety.

Serhij Dodonow, przewodniczący komisji edukacyjnej krymskiego „parlamentu”, powiedział, że absolwenci z Krymu są liderami rosyjskiej polityki na Bliskim Wschodzie, w krajach Ameryki Łacińskiej, Indiach i Pakistanie. Nazwał to dziełem „dyplomacji publicznej”, bo absolwenci ze swoich krajów mają stałe kanały komunikacji z Krymem, przez które „komunikują się online ze swoimi starymi znajomymi, otrzymują informacje. Całkowicie jej ufają…” Natychmiast staje się jasne, z jakimi „starymi przyjaciółmi” byli absolwenci komunikują się i jakie informacje otrzymują.

Co więcej, Serhij Dodonow powiedział, że „Wielu absolwentów sowieckich i rosyjskich uniwersytetów zajmuje określone stanowiska w swojej ojczyźnie i jest w stanie wpływać na sytuację i politykę przy podejmowaniu decyzji”.

Przyznał też, że spośród absolwentów jego uczelni Rosja właściwie we wszystkich krajach, w których pracują, tworzy piątą kolumnę, prowadzącą działalność wywrotową.

 

 TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Antykomunista” Tadeusz Mazowiecki

3 listopada 2013 r. na cmentarzu w podwarszawskich Laskach odbył się pogrzeb Tadeusza Mazowieckiego. To bezsprzeczny fakt. 24 lata wcześniej, 12 września 1989 r. Sejm powołał rząd pierwszego niekomunistycznego prezesa Rady Ministrów w Polsce od zakończenia II wojny światowej. To nieprawda. Spieszę wyjaśnić, dlaczego.

Media głównego nurtu do dziś ukrywają informacje o Mazowieckim z lat powojennych. A ten „pierwszy niekomunistyczny premier” był wówczas gorliwym apologetą sowieckiego zniewolenia Polski, który produkował haniebne artykuły potępiające Żołnierzy Wyklętych i torturowanego przez bezpiekę biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka.

„Antykomunista” Mazowiecki pisał: „Wychowanie nacechowane podejrzliwością i wrogością wobec postępu społecznego, atmosferą środowiska społecznego rozniecającą lub choćby tylko podtrzymującą bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych Polski Ludowej, wpływy polityczne przychodzące z zewnątrz i wyrosła na tym wszystkim błędna postawa polityczna ks. bp. Kaczmarka, która doprowadziła go do kolizji z prawem – oto sumarycznie ujęte przyczyny działalności przestępczej oskarżonych. (…) nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej i kierowały w tej działalności jego postawą”. Tym smutniejsze, że Mazowiecki znał osobiście bp. Kaczmarka.

Po 1989 r., kiedy takich obrzydliwych tekstów ani Tadeusz Mazowiecki, ani jego zwolennicy nie mogli już ukryć, „pierwszy niekomunistyczny premier” tłumaczył: „Byłem na tym procesie, miałem kartę prasową. Biskup obciążał siebie i wszystkich naokoło, i to mną wstrząsnęło. Nie spodziewałem się, że można siebie i innych tak dalece oskarżać. To było poniżające. Widziałem, że był nerwowy, ale nie przypuszczałem, że znajdował się na środkach farmaceutycznych. Niestety, uwierzyłem w prawdziwość stawianych mu zarzutów. Byłem przekonany, że Kościół w Polsce musi się odnaleźć. Dlatego po procesie napisałem artykuł, jaki napisałem”.

Żołnierzy Wyklętych oskarżał Mazowiecki – razem z Zygmuntem Przetakiewiczem – o pragnienie ugodzenia „bezpośrednio w życie gospodarcze i polityczne kraju drogą dywersji i sabotażu”. Porównywał ich z „hitlerowcami, oprawcami z Dachau, Oświęcimia i Mauthausen”. Po leninowsku usprawiedliwiał ich mordowanie: „byłoby jakąś ahistoryczną, sentymentalną ckliwością nie widzieć tego, że każda wielka przemiana dziejowa pociąga za sobą ofiary także w ludziach. Każda rewolucja społeczna przeciwstawia sobie tych, którzy bronią dotychczasowego porządku rzeczy i tych, którzy walczą o nowy”.

Późniejszy premier atakował także legalny polski rząd w Londynie, nazywając go „rewanżystowskim” i „agenturalnym”: „Ideologia lancy ułańskiej na usługach kapitalistycznej wolności zasłoniła im historyczną szansę wydobycia Polski z wielowiekowych zaniedbań cywilizacyjnych. (…) kierują się zazdrością nie mogąc znieść, że nowa rzeczywistość w Polsce tworzona jest nie przez „fraki, ale kombinezony robotnicze, nie proporczyki kawaleryjskie, ale kielnie murarskie”.

To zresztą nie jedyne prokomunistyczne teksty podobno niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego.

Tę niewątpliwą rysę na życiorysie mógł wszakże, jako premier tzw. III RP, zmazać rzeczywistym odcięciem się nowo tworzonego demokratycznego państwa od komuny. Niestety – Mazowiecki wybrał politykę grubej kreski, a więc braku jakichkolwiek rozliczeń z przeszłością. I tak w „pierwszym niekomunistycznym rządzie od września 1939 r.” zasiadali komunistyczni aparatczycy, a nawet zbrodniarze. Czesław Kiszczak zachował z czasów PRL tekę szefa MSW, Florian Siwicki szefa MON. Czyli jaki to przełom? Antykomunizm z komunistami w rolach głównych?

To wtedy z dymem szły akta bezpieki i uwłaszczała się nomenklatura. Dlatego pierwszym rządem niepodległej Polski był gabinet Jana Olszewskiego, wyłoniony w 1991 r. w wyniku pierwszych w pełni demokratycznych wyborów, a nie na mocy kontraktu okrągłego stołu.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Morda mordzie nierówna

Kim trzeba być żeby pod domem brata tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego zorganizować w tzw. „halloween” happening, którego uczestnicy przebrali się za…brzozy? Z wykształcenia jestem wprawdzie inżynierem, ale „w słowie” robię już trochę lat i muszę przyznać, że brakuje mi słów żeby opisać to zezwierzęcenie.

Zdawać by się mogło, że mimo ostrego politycznego sporu, istnieją pewne ludzkie granice, których nie przekraczamy. Na przykład granicy szyderstwa z czyjejś śmierci. Ja wiem, że po doświadczeniach „zimnego Lecha” i dziczy „strajku Kobiet” na ulicach ta nadzieja może się wydawać naiwna, ale choć i mnie to wściekało, to przecież chciałbym wierzyć, że choć czasem może nas dotknąć jakieś szaleństwo, to jednak w ostatecznym rozrachunku, wszyscy jesteśmy ludźmi.

Jeszcze gorzej

A tymczasem jest jeszcze gorzej. Otóż „happening” zyskał spory poklask nie tylko zwykłej ludożerki piszącej – „Dobrze mu tak!”, ale również „autorytetów”. „Przypomnienie brzozy w tym miejscu i tego dnia akurat bardzo tu pasuje. Hallowynowy błysk prawdy w oczy” – uznał z błędem Waldemar Kuczyński, były minister w rządzie Mazowieckiego i niestety były dziennikarz „Tygodnika Solidarność” z okresu „karnawału Solidarności”. Mało? „Kaczyński drwi ze śmierci własnego brata i stu innych osób, bredząc o zamachu i zabójstwie, drwiąc tym samym z faktów i z pracy specjalistów, dlatego każda okazja jest dobra, żeby mu przypomnieć, że nie wolno mu tak drwić, happening uliczny jest jak najbardziej na miejscu” – pisze znany jezuita o. Krzysztof Mądel.

Abstrahując od rzeczywistych przyczyn katastrofy, wyobraźcie sobie, że ktoś drwi ze śmierci bliskiej Wam osoby. Może zrobi sobie kwiatek z serc, które doznały zawału, przebierze się za okno, z którego ktoś wyskoczył, albo zacznie żonglować kolorowymi nożami pod domem zadźganego. Czy normalnego człowieka to bawi czy brzydzi?

„Odpada kawałek serca”

Zupełnie gdzie indziej znowuż istnieje empatia posunięta do granic histerii. Oto Jerzy Owsiak, który jakimś przedziwnym zrządzeniem losu przegrał przed obliczem polskiego wymiaru sprawiedliwości proces z twórcą „Plastusiów” Barbara Pielą, na której temat wygadywał jakieś nieprawdopodobne głupoty, uderzył w dramatyczne tony pisząc, że jego „serce powoli umiera. Kolejny kawałek odpada i już nic go nie podniesie”. Spotkało się to może z drwiną z teatralnej egzaltacji? No może trochę. Ale głównie ze zrozumieniem i współczuciem. No bo jak można wygrać proces z Jerzym Owsiakiem!

Trudno nie odnieść wrażenia, że żyjemy w coraz większym stopniu w społeczeństwie kastowym. Rośnie grupa ludzi, wobec której dopuszcza się dowolne obrzydlistwa. Nie tylko dopuszcza, ale wpiera się i racjonalizuje językami „autorytetów”. Grupa ludzi poddawanych od lat dehumanizacji. A z drugiej strony grupa ludzi, która nie tylko podlega odpowiednio ludzkiemu traktowaniu, ale wręcz jakiegoś rodzaju hiperbolizacji w ramach której każda, zasłużona czy nie, przykrość która może ich spotkać, natychmiast staje się przedmiotem społecznego współczucia, a dowolna przewina rozgrzeszenia.

Dać w mordę

Inaczej rzec ujmując, nie chodzi już o to, żeby nie dawać komuś w mordę. Nie chodzi nawet o to za co ktoś komuś może, lub nie może dać w mordę. Istotne jest tylko to kto komu dał w mordę. I w zależności od tego jest to albo „antysemityzmem”, „faszyzmem”, czy „homofobią”, albo jest zupełnie „zrozumiałe”.

I jeśli ktoś by mnie pytał, odpowiedziałbym, że to się nie ma prawa dobrze skończyć.

WALTER ALTERMANN: Granie pod publiczkę i kontrowanie Scholza

W teatrze i polityce jest niedopuszczalne właśnie tzw. granie pod publiczkę. W teatrze jest to popis złego gustu, gdy aktorzy zniżają się do wygłupów, żeby tylko rozśmieszyć widzów, żeby mieć kilka oklasków i śmiechów. W polityce krajowej natomiast skutkiem „gry pod publiczkę” jest rozbudzanie niezdrowych namiętności elektoratu, podsycanie oczekiwań ponad miarę sytuacji ekonomicznej kraju. Mężem stanu jest ten, kto stawia przed narodem sprawy jasno, wytycza mu nowe cele. I nie schlebia. Ci, którzy tylko wyborcom schlebiają to tylko politycy.

Prowadzenie polityki jest w ogóle subtelną grą, która powinna toczyć się w ciszy gabinetów. Chyba, że chodzi o Rosję Putina. Jego to nie dotyczy, bo ten osobnik w nic nie gra, ograniczając się jedynie do brutalnej wojny. Tak zresztą Rosja od wieków rozumiała i rozumie współżycie z innymi narodami. Teraz do wąskiego repertuaru rosyjskiej polityki doszło też przekupstwo szantaż – jak z gazem, na użytek Niemiec i całego zachodu Europy. Mordowanie obywateli Ukrainy i wystawianie na śmierć własnych obywateli, to wszystko, co Rosja umie. To już nie jest gra pod publikę. To jest granda i hucpa, czyli bezczelność mordercy.

Kontra kontrze

Ostatnimi laty nasila się u nas używanie języka filozofów – głównie niemieckich – w debacie publicznej. Jednym z objawów nierozumnego używania pojęć, właśnie rodem z filozofii, jest słówko „kontra”, dodawane, gdzie tylko się da. Słyszałem już, że coś jest kontr-skuteczne. Teraz jednak usłyszałem od dziennikarki, że ktoś tam jest kontr-celebrytą.

Oczywiście dziennikarka mogła powiedzieć, że pan, o którym mówiła, nie jest celebrytą, że nie zachowuje się jak przeciętny celebryta. Ale dziennikarka chciała błysnąć znajomością najnowszych trendów, najbardziej „gorącego” języka i palnęła jak palnęła. Gdyby jeszcze chodziło jej o to, że ktoś zwalcza celebrytów i celebrytyzm, że postawa szpanowania, stroszenia się w przerzedzone piórka i udawanie osoby ważnej społecznie, która ma coś istotnego do powiedzenia światu – jak to u celebrytów jest w normie – zrozumiałbym wywód. Ale co znaczy kontr-celebryta? Tego chyba sama dziennikarka nie wie.

Są też w obiegu takie słówka jak a-skuteczny, zamiast nieskuteczny. Natomiast powszechne już określenie, że coś jest kontr–skuteczne oznacza po prostu, że jakieś działanie przynosi skutki przeciwne do zamierzeń. Ja wiem, że na tłumaczenie wytrychów językowych z angielskiego, niemieckiego trzeba mówiąc po polsku dwóch trzech słów więcej. Ale wyboru nie ma, jeśli chce się być politykiem, lub dziennikarzem polskim. Nie to, że działającym i zarabiającym w Polsce, ale po prostu polskim. To jest właśnie kwestia narodowej dumy.

Niemcy w Radzie Bezpieczeństwa ONZ

Niemcy są gotowe do bycia stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ – oznajmił kanclerz Olaf Scholz. Kilka dni wcześniej powiedział też, że Niemcy są gotowe do bycia siłą przywódczą Unii Europejskiej. Zastanówmy się nad tymi dwoma oświadczeniami.

Pierwszym wnioskiem, płynącym z najprostszej interpretacji słów kanclerza Niemiec, jest to, że Niemcy uznały, iż czas rozliczeń II wojny światowej już minął, że nie ma już co wracać do sprawy rozpoczętej 83 lata temu, a zakończonej 5 lat później.

Pozwolę sobie mieć inne zdanie niż kanclerz Scholz. Uważam, że jego nerwowość, jego oczekiwanie, że świat już zapomniał i mówi Niemcom: „Ach, co było to było, nie ma sprawy, w sumie drobnostka…” To oczekiwanie kanclerza jest niestosowne i typowe dla niemieckiej polityki ostatnich lat. Spróbujmy jednak zrozumieć skąd takie postawy w Niemcach się biorą.

Przede wszystkim nie było jednej II wojny światowej dla wszystkich.

  1. Inna była ta wojna dla Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Rosjan.
  2. Jeszcze inna natomiast była II wojna światowa dla Francuzów, Holendrów i Duńczyków. Oni nie zaznali takiego okrucieństwa i bestialstwa jak ta „pierwsza grupa”. Niemcy zaliczyli obywateli tych państw do grupy nordyckiej i niejako na siłę uczynili z nich swoich ludzi, których da się oswoić.

III. Trzecią grupę tworzą ci, którzy przeżyli wojnę jak Słowacy i Czesi. Tam również nie było wielkich zbrodni niemieckich, rujnowania miast, przemysłu i infrastruktury.

  1. Inaczej też niż my, będą wspominać wojnę obywatele Węgier i Rumunii. których rządy kolaborowały z Hitlerem i wysłały swych obywateli na wojnę z Rosją.
  2. Mamy jeszcze w Europie Austrię i Włochy. Austriacy zostali wcieleni do Rzeszy, nie bez entuzjazmu większości obywateli Austrii. Włosi natomiast stworzyli faszyzm i byli, póki mieli siły, wspólnikami Hitlera.
  3. Mamy także w Unii Europejskiej Hiszpanów i Portugalczyków, którzy nie brali udziału w wojnie, ale gospodarczo i politycznie wspierali Niemców.

Są zatem tak różne obrazy jednej wojny i mamy sytuację, w której podświadomie obywatele tych państw będą myśleć, że wojna była taka sama jak u nich. I większość z nich powie, jak na przykład Francuz: „Tamta wojna była straszna, kraj podzielony na dwie strefy, te braki w zaopatrzeniu, ten widok Niemców w mundurach. Dobrze, że działały teatry, że kręcono francuskie filmy. Ale w sumie naprawdę było przykro.”

I zauważmy też, że przez prawie czterdzieści powojennych lat zachodni Niemcy mieli do czynienia jedynie z państwami, które hitlerowcy nie potraktowali tak brutalnie jak nas. Żyli ci powojenni Niemcy coraz bardziej wśród przyjaciół z Unii Europejskiej, która stawiała interesy nad wszystko.

Trzeba tu też wspomnieć, że to USA odstąpiły od denazyfikacji, od ścigania zbrodniarzy hitlerowskich i wsparły powojenną odbudowę Niemiec. I dość szybko się zaprzyjaźniły z Niemcami. Miały w tym interesy gospodarcze i polityczne. Pomoc gospodarcza dla Niemiec nie była bezinteresowna. Polityczna również. USA zobaczyły w Niemcach potencjał gospodarczy i militarny na przypadek wojny w ZSRR.

Czy możemy zatem tak oczywiście dziwić się, że kanclerz Olaf Scholz zgłasza teraz Niemcy na stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, że stwierdza również, iż Niemcy są gotowe przewodzić Unii Europejskiej?

No i mamy poważny problem. Czy UE ma być związkiem wolnych państw, czy też ktokolwiek ma jej przewodzić? Kanclerz widzi Unię jako kontynuację Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Nie bardzo mi się to widzi. Tym bardziej, że to właśnie Niemcy chcą być cesarzem.

A my? Co my na to? Trochę późno, ale dobrze, że przypominamy Niemcom czego dokonywali w Polsce. No i najważniejsze. Jakie to zasługi dla bezpieczeństwa Europy i świata mają współczesne Niemcy, żeby teraz przewodzić UE i być członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ? Czyżby miała to być polityka wobec Rosji? Niemiecka zgoda na uzależnienie się od rosyjskiego węgla i gazu? To naprawdę nie są przyzwoite rekomendacje.

Musimy też pamiętać, że ogromna część Polaków, urodzonych po 1945 roku, doznała jednak jej skutków. Odbudowa kraju kosztowała nas ogromne sumy, bo było zniszczonych 60 procent majątku narodowego. Po wojnie płaciliśmy za odbudowę nędznym poziomem życia i powszechnymi brakami.

Tu warto dodać i to, że bez Niemców nie byłoby w Polsce prawdopodobnie, rządów komunistów i dominacji sowieckiej. Być może Polacy do rządzenia wybraliby partie lewicowe, ale demokratyczne. A w systemie moskiewskim nie mieliśmy na to nawet szansy.

I nie chodzi mi o odszkodowania, o reparacje wojenne – naprawdę. Mnie chodzi o zwykłą przyzwoitość. Bo ciągle jeszcze mam w oczach przerażający widok ruin Warszawy, Wrocławia i Gdańska. Dla moich rodziców nie były to również widoki oczywiste, ale oni przeżyli wojnę, więc w dużym stopniu wiedzieli skąd się to wzięło, kto to zrobił, kto był tych makabrycznych widoków sprawcą. Jednak dla mnie, kilkulatka były to przeżycia wstrząsające i dlatego ciągle mam je w oczach.

Może zatem trzeba jeszcze poczekać, aż zamknę oczy ja, aż pomrą wszyscy ci, którzy urodzili się zaraz po wojnie, ale latami odczuwali jej skutki?

 

Kolejne ostrzeżenia STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Pożoga i trep trepem

Rosja chce innego podziału Ziemi. Aby to osiągnąć zabija zwykłych, prostych ludzi. Tysiące ton trotylu. Na dzieci, na szkoły, na szpitale. I miliardy ludzi na to się gapią. Owszem, protestują. Werbalnie.

Chińczycy robią nadzieję Amerykanom, ale chwilę potem składają gratulacje Putinowi. Szary człowiek głupieje, politolodzy bełkoczą. Niech na całym świecie wojna, byle nasza… spokojna. Tak się nie da. Trzeba mieć plan, co robić. Staramy się, tzn. Polska się stara.

A tu Unia nie chce płacić i nie zanosi się by zapłaciła. „Zaprzańcy” podnoszą głowę. Patrzą na nich zwykłe żule. Już walą w drzwi Nowogrodzkiej. Ochroniarz interweniuje. Telewizja to pokazuje. Po co? Żeby przekonywać, że to „oni” atakują, a my nadal apelujemy o powstrzymanie hejtu. „Bandyto bądź grzeczny”.

Wściekłego z nienawiści nie powstrzyma się dobrym słowem. Obrona musi być taka jak atak. Tyle, że skuteczniejsza. Zło dobrem zwyciężaj – zostawmy na niedzielę. Legalna władza musi się obronić. To nie jest rozgrywka wyborcza. To winna być gwarancja wyborcza. Jeszcze można zapanować nad chaosem. Jak? Powtórzę: skutecznie.

To nie jest sierpień 80 ani grudzień 81. Pyszczyć i dyskutować można teraz do woli. Więźniów politycznych nie ma. Listę zarobków drukuje „Wyborcza” sprzed kilku dni – idą nawet w dziesiątki tysięcy miesięcznie, a najobfitsze sięgają tysięcy kilkuset. Pokazujmy to wszystko głośno i przejrzyście. Otwórzmy największe studia telewizyjne. Niech ludzie mówią swobodnie z otwartą twarzą. Pokażmy też krezusów. Jeśli zarobili legalnie to niech mają. Najwyżej myślimy i szybko decydujmy o sprawiedliwym systemie podatkowym. Na kampanie wyborcze niech łożą partie, a nie sponsorzy. Śmiecia propagandowego będzie mniej. Społeczne ciała kontrolne zanim zaczną pracę, same muszą być zweryfikowane. Są w społeczeństwie autorytety, które powinny to zrobić.

Władza w Polsce jest legalna – sejm, senat, prezydent. Jest wybrana przez suwerena i musi dopilnować prawa i sprawiedliwości. I nie chodzi tu o partię. Harcownicy, którzy nie cofną się przed bluzgiem dla własnej reklamy. Po to by wejść na te pierwsze strony gazet Otóż harcownicy muszą spotykać się z natychmiastową rzeczową repliką ludzi mających zaufanie społeczne. Ważne jednak, aby tym wrogom kraju i porządku nie robić reklamy, by hejt i kłamstwo nie było źródłem informacji.

Demagodzy i kłamcy byli, są i będą. Ale na skrzek, bluzgi i demagogię musi natychmiast odpowiadać druga strona. Rów w kraju jest wykonany, trzeba go przeskoczyć i rozmawiać. Publiczne media mają rzeczywiście władzę. To nieprawda, że musi ona tę przewagę wykorzystywać, bo to błąd. Władza zyska i będzie słuchana i szanowana właśnie wtedy, gdy nie będzie ripostować na kłamstwo kłamstwem, lub – powiedzmy – niepełną prawdą. Opatrzone już okropnie buzie niech odpoczną. Nie każda twarz, choćby delikwent miał jak najlepsze intencje, nadaje się na „przekaźnik treści”. Nad tym trzeba pracować, ale kto to ma robić. Trep przełożony z nogi na nogę trepem pozostanie.

Nie zmienia się koni podczas jazdy. Tylko, żeby się nie zasapały, bo jak się zatrzymają, to je ktoś wyprzedzi. Bezpowrotnie.

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna (2 – ost.)

 

 

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

Dokończenie.

 

Wierszem a jakby prozą

Niestety, najpoważniejszą słabością, a właściwie już ciężką chorobą, jest w BALLADYNIE  Wojciecha Adamczyka nieumiejętność grania wierszem. Generalnie mówiąc – dzisiaj aktorzy nie potrafią już grać, mówić wiersza. Tak też stało się w omawianym dziele, poza nielicznymi wyjątkami. Jest to skutek dążenia reżyserów i aktorów do bycia naturalnymi.

Naturalność, owszem, zalecana jest w czynnościach fizjologicznych, ale teatr to sztuka, czyli zakładana i błogosławiona sztuczność. Jest jednak w obsadzie aktor, który wiersz mówi doskonale. Jest nim i tu chylę czoła, Krzysztof Gosztyła. Może jego sceniczni koledzy powinni pobierać u niego lekcje? A pan Gosztyła powinien brać za godzinę lekcyjną bardzo dużo. Bo dobra wiedza, fachowość muszą kosztować.

Jeszcze wyższym piętrem trudności jest granie w sztukach pisanych wierszem. Bo już sam wiersz jest sztuczny. I tylko Pan Jourdain Moliera cieszy się, gdy okazuje się, iż mówi prozą. Zdaje mi się, że dla większości polskich aktorów wiersz jest męczarnią, bo nakłada obowiązek znalezienia frazy i rytmu, odczytania wyrazów akcentowych… Jest jeszcze trudniej, bo wiedza, że cezura nie jest jedynie miejscem na złapanie oddechu, że przed cezurą mamy słabą pozycję sylaby, a po cezurze mocną… ta wiedza jest przeważającej grupie aktorów nieznana.

I to jest wielki problem. To jest już nawet kłopot narodowy, bo Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Fredro i Wyspiański jednak pisali wierszem. Jeżeli zatem mówimy o ochronie dziedzictwa narodowego, to są to słowa co najmniej bez pokrycia. Przynajmniej w teatrach naszych.

Są w archiwach Polskiego Radia nagrania kilku pisarzy, którzy czytają swoje wiersze. Na przykład nagrania Władysława Broniewskiego. Może warto by wznowić te nagrania? Wtedy wielu ludzi mocno by się zdziwiło, bo Broniewski swoje wiersze wręcz śpiewał. Bo tak rozumiał i czuł wiersz.

Ogromną winę ponoszą szkoły, które z maniakalnym uporem uczą tego, co poeta miał na myśli. A powinny też lub głównie, uczyć tego, jak autor zakodował swój poemat, balladę, sonet. Poezja i teatr to nie tylko treść, to także, a może przede wszystkim – forma.

Dlatego my, współcześni jesteśmy głusi na poezję i nie rozumiemy jej. Bo nie można rozumieć poezji przez treść, gdy jednocześnie nie rozumie się tego, co jest zaklęte w doskonałą formę, jak u naszych wielkich klasyków oraz Broniewskiego, Tuwim, Lechonia i Grochowiaka.

BALLADYNA Górkiewicza i Kantora

Czy zatem dramaty klasyczne, jak właśnie BALLADYNA są skazane na zapomnienie lub sceniczną klęskę? Na pewno nie. Pod warunkiem, że reżyserzy będą mieli pomysły, wywiedzione z utworu, a nie z otaczającej go własnej współczesności.

Taką doskonałą realizacją BALLADYNY była inscenizacja w krakowskim Teatrze Bagatela, której reżyserem był Mieczysław Górkiewicz, a scenografię stworzył Tadeusz Kantor. Tu trzeba zaznaczyć, że scenografia Kantora była już właściwie całą inscenizacją, stwarzała cały świat spektaklu.

Zaczynało się w półmroku, w którym dwóch grabarzy, a może średniowiecznych oprawców wciągało na scenę, przy pomocy potężnych metalowych haków, niską platformę. Na tej platformie była duża dzieża, w której stała Balladyna i gołymi nogami, w zakasanej spódnicy deptała glinę, może na załatanie ścian rozpadającej się chałupy? Ta dzieża, ta Balladyna w brudnej i znojnej pracy, wszechobecne nędza i brud były pierwszym sygnałem kim jest, z jakiego stanu wywodzi się główna bohaterką. Potem Kirkor, zaczarowany na rozkaz Goplany, dostrzeże w tej chałupie, w tych dziewczynach piękno… No tak, bo był zaczarowany.

Kantor stworzył kostiumy ponadczasowe, wyciągnięte jakby z przeszłości, ale przecież nie będące kopią czegokolwiek. No, tak, ale Kantor był geniuszem teatru.

Spektakl był porażający artystycznie. Przeżywało się go też mocno, bo wszystko było w nim teatrem, w którym grano teatr jako przypowieść. Gdyby zapytano mnie, gdzie działa się BALLADYNA Górkiewicza i Kantora musiałbym powiedzieć: w osobnym świecie, osobnego teatru. Zupełnie tak, jak opisywał to w liście do Krasickiego Słowacki. Zacytujmy fragment: …niechaj tysiące anachronizmów przerazi śpiących w grobie historyków i kronikarzy: a jeżeli to wszystko ma wewnętrzną siłę żywotajeżeli instynkt poetyczny był lepszym od rozsądku, który nieraz tę lub ową rzecz potępił: to Balladyna wbrew rozwadze i historii zostanie królową polską — a piorun, który spadł na jej chwilowe panowanie, błyśnie i roztworzy mgłę dziejów przeszłości…. ja z Polski dawnej tworzę fantastyczną legendę, z ciszy wiekowej wydobywam chóry prorockie.

Premiera spektaklu w Bagateli miła miejsce 26 października 1974 roku.

Goplana na skuterze

W tym samym roku, 8 lutego 1974 roku. miała też premierę słynna BALLADYNA Adama Hanuszkiewicza, Spektakl Hanuszkiewicza był dziwaczny, nawiązywał do popkultury, epatował skuterami, na których jeździli Goplana oraz Skierka i Chochlik. Co to miało wspólnego ze Słowackim? Nic. Ale płocha Warszawa oszalała na punkcie spektaklu. Widzom i recenzentom nie przeszkadzało, że Hanuszkiewicz bawił się setnie, nieodpowiedzialnie i frywolnie. Owszem, były dwie recenzje bardzo krytyczne, ale władza nie pozwoliła na ich druk, bo wtedy jeszcze Hanuszkiewicz był pod ochroną i pisać o nim można było tylko dobrze, albo wcale.

Muszę powiedzieć, że inscenizacja Górkiewicza i Kantora padła ofiarą spektaklu Hanuszkiewicza. Krakowski spektakl nie miał należnego temu dziełu rozgłosu. Ale pozostał w pamięci, tych, którzy go widzieli. Ja widziałem i wspominam jako dzieło wybitne.

Przepraszam za głos krytyczny, że nie wszystko mi się w teatrach podoba, ale tak świat pojmuję, jak pisał ojciec polskiej krytyki teatralnej Stanisław Koźmian. W jego artykule „Teatr Krakowski w jesieni 1869 roku”, czytamy:

„Dla Krakowa teatr pod względem życia umysłowego i społecznego, jak nawet i ekonomicznego, ma niemałe znaczenie: jednym słowem jest jedyną nieco szlachetniejszą i umysłową rozrywką w naszym mieście. Nareszcie niepodobna zaprzeczyć, że teatr krakowski wielkie w ostatnich latach zrobił postępy; a jeżeli nie doszedł do doskonałości, to przynajmniej odznaczał się tą szlachetną dążnością osiągnięcia jej kiedyś. Doprawdy szkoda by było, gdyby to wszystko miało zmarnieć. A jednak pomimo najlepszych chęci dyrekcji, o których nie wątpimy, pomimo pracy zasłużonych i utalentowanych artystów , musiałby on stopniowo upadać, a w końcu upaść, gdyby publiczność i krytyka przestały otaczać go tą życzliwą opieką i rozciągać nad nim tę sympatyczną kontrolę…”

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna

Spróbuję napisać recenzję, ale – jak to u mnie notorycznie bywa – z pewnością recenzja rozwinie się w coś grubszego. Dlatego na początku przedstawię typową recenzję, a potem – już dla bardziej wytrwałych czytelników – kilka nasuwających mi się depresyjnych myśli.

RECENZJA WŁAŚCIWA

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

BALLADYNĘ zrealizowaną w Teatrze Telewizji Polskiej, w reżyserii Wojciecha Adamczyka, zobaczyłem z niemal rocznym opóźnieniem, ale że mamy do czynienia z wielką klasyką naszej literatury dramatycznej, pozwolę sobie teraz odnieść się do dzieła.

Dramat Słowackiego – wbrew pozorom – nie jest do wystawienia łatwy, tym bardziej w realizacji telewizyjnej. W teatrze zespół ma jakieś 3-4 miesiące na doprowadzenie do premiery. W telewizji jest tego czasu niebezpiecznie mniej. Napisałem to, będąc świadomym kłopotów jakie czekały na pana Wojciecha Adamczyka, co musi powodować, że recenzent, w ocenie realizacji telewizyjnej, musi być trochę bardziej pobłażliwy dla efektu.

Niemniej, nie to spowodowało, że BALLADYNA w reżyserii Adamczyka. jest realizacją nieudaną. Przede wszystkim – tak sądzę – reżysera uwiodła teoretyczna łatwość wystawienia tej sztuki, będącej po trosze okrutną bajką, po trosze kopią krwawych dramatów Szekspira. Ale to złudzenie, bo Słowacki zastawił na reżysera kilka pułapek.

Żeby to jakoś przybliżyć niezbyt zaznajomionemu z tajemnicami teatru czytelnikowi, opowiem anegdotkę. Pewien mój znajomy reżyser, zaraz po studiach, otrzymawszy etat w dużym teatrze, otrzymał też od dyrektora propozycję zrealizowania ANTYGONY. Wtedy, w gabinecie dyrektor rozegrał się taki dialog:

– Bardzo dziękuję panu dyrektorowi – powiedział młody reżyser – ale czy oczekuje pan ode mnie dzieła artystycznego, czy lektury szkolnej?

Najpierw dyrektor się żachnął, ale po chwili powiedział:

– Lektury.

Obaj panowie dali tym samym świadectwo swej dojrzałości. Nie da się bowiem zarazem być odkrywcą tajemnic BALLADYNY oraz rzetelnie przedstawić, w klasyczny sposób, fabułę i dać aktorom szanse na stworzenie interesujących ról.

Myślę, że Wojciech Adamczyk nie zadał sobie pytania podstawowego: interpretuję czy rzetelnie opowiadam historię napisaną przez Słowackiego. Dlatego znajdujemy w realizacji telewizyjnej Adamczyka momenty znane już z innych realizacji oraz momenty, z których wynika, że reżyser postanowił „zaszaleć”.

Skutkiem braku decyzji reżysera co do konwencji, jednorodnego stylu dramatu mamy dosłowny galimatias stylistyczny. I z pewnością nie jest to skutkiem myślenia „neomodernistycznego”, ale zwykłego niedomyślenia sprawy.

I choć jestem fanem RANCZA, który to serial Wojciech Adamczyk tak dowcipnie i sprawnie wyreżyserował, to w przypadku BALLADYNY muszę stwierdzić, że spektakl jest niedobry, manieryczny i w żadnym względzie „nie zachwyca”. Jest jeszcze gorzej, bo oprócz wspomnianej realizacji manierycznej, zaprezentowano, obok znanych standardów tego dramatu, „pomysły własne reżysera”.

Wygląda na to, że reżyser miotał się pomiędzy szekspirowskim dramatem władzy a draką w Bronxie, czy Pruszkowie. Nie ma także jednego stylu, jednej stylistyki w grze aktorów, niewielu z obsadzonych w BALLADYNIE potrafiło skupić na sobie uwagę.            A jeszcze mniej potrafiło mówić wiersz. Chwilami odnosiło się wrażenie, że sztuka grania utworów pisanych wierszem jest aktorom nieznana. Na tle tak grającego zespołu, chlubnym wyjątkiem jawił się Krzysztof Gosztyła jako Kanclerz.

I tyle byłoby z klasycznej recenzji. Wytrwałych zapraszam do poniżej objawianych myśli recenzenta, które „naszły go” go w związku z oglądanym w telewizji dziełem.

DODATEK DO RECENZJI

O wolność dla pioruna

Gdzieś pod koniec lat pięćdziesiątych Włodzimierz Sokorski napisał artykuł „O wolność dla pioruna”. Był to ważny tekst ówczesnego ministra kultury i sztuki, bo kończył niejako z doktrynalnym realizmem socjalistycznym. W swoim tekście Sokorski łagodnie wyśmiewa współczesne mu realizacje klasyki, w których reżyserzy jak ognia wystrzegali się udziału mocy nadprzyrodzonych. Rozumowali bowiem tak: skoro Boga nie ma, to nie może przecież w teatrze socjalistycznym istnieć boska interwencja. Dlatego reżyserzy Balladyny uśmiercali tytułową bohaterkę nie przy pomocy pioruna, ale gotowali jej śmierć „realistyczną krytycznie”, dla przykładu, na zawał serca.

I oto, po blisko 70-ciu latach od tekstu o uwolnienia pioruna, Wojciech Adamczyk każe umierać Balladynie wskutek poślizgnięcia się na malinach, które rozrzuca na scenie Alina. Efekt jest komediowy. Miało być metafizycznie, a wyszło śmiesznie. Dlaczego Adamczykowi przeszkadzał piorun, a nie przeszkadzało widmo zamordowanej Aliny? I nie dziwiło go, że to zabita szeroko rozsypuje „owoc leśny”? Słowacki napisał, że Balladyna ginie od uderzenia piorunem, bo Bóg musiał ukarać morderczynię i dręczycielkę. I tak powinno zostać. Majstrowanie przy klasykach zawsze kończy się niedobrze. A przecież Słowacki napisał w didaskaliach: Piorun spada i zabija królowę — wszyscy przerażeni.

Królowa czy pankówa

Poważnym kłopotem tej inscenizacji jest potraktowanie przez reżysera tytułowej postaci, czyli Balladyny. Słowacki „skroił” ją na miarę wielkich heroin. Balladyna ma, według Słowackiego, wielki charakter, ale nie ma sumienia. Jest wielka w swych dążeniach, ale jest pozbawiona uczuć.

Co otrzymujemy u Adamczyka? Jego Balladyna jawi się jako przywódczyni współczesnego młodzieżowego gangu. Jest znerwicowana, pozbawiona demonicznej siły. Podejrzewam, że cały dramat oraz pani Katarzyna Ucherska, jako Balladyna, padli ofiarami reżyserskiej chęci uwspółcześnienia utworu. I jest to, niestety, maniera zbyt wielu dzisiejszych reżyserów. Na siłę, bez istotnego rozumienia sensu utworów robią wiele, by na siłę, łopatologicznie „przybliżyć klasykę współczesnemu widzowi”. Jest w tym jakieś szaleństwo. I przerażająca niewiara w widza. Przecież średnio rozgarnięty widz dostrzeże, pojmie i przyswoi sobie, że takich Balladyn, Henryków czy Konradów mamy także w dzisiejszych czasach. Czyż nie lepiej byłoby skupić się na dramatyzmie akcji, na niuansach postaci, niż poświęcać czas i energię na uwspółcześnianie, dajmy na to, Hamleta?

Jest w takiej postawie pewien arywizm, głębokie przekonanie, że świat dzisiejszy jest lepszy niż czas zaprzeszły. Niekiedy, gdy widzę takie przeróbki klasyki mam ochotę zapytać reżysera: A kto zmuszał pana do wybrania klasyki? Przecież wśród współczesnych utworów na pewno by pan coś znalazł.

Niestety do klasyki trzeba dorosnąć. Bo z pewnością nie da się jej zagrać metodą na współczesną prawdulę.

Człowiek, który dzisiaj spaliłby, lub zburzył, zabytek architektury, wpisany na listę zabytków, odpowiadałby przed sądem. Ale już zniszczenie DZIADÓW czy WESELA uchodzi płazem. Gorzej, bo uchodzi za nowatorstwo. I daje kilku nowoczesnym recenzentom okazję do zarobku, a platformom plotkarskim do pisania o twórcy w kategoriach celebryckich.