Kolejne ostrzeżenia STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Pożoga i trep trepem

Rosja chce innego podziału Ziemi. Aby to osiągnąć zabija zwykłych, prostych ludzi. Tysiące ton trotylu. Na dzieci, na szkoły, na szpitale. I miliardy ludzi na to się gapią. Owszem, protestują. Werbalnie.

Chińczycy robią nadzieję Amerykanom, ale chwilę potem składają gratulacje Putinowi. Szary człowiek głupieje, politolodzy bełkoczą. Niech na całym świecie wojna, byle nasza… spokojna. Tak się nie da. Trzeba mieć plan, co robić. Staramy się, tzn. Polska się stara.

A tu Unia nie chce płacić i nie zanosi się by zapłaciła. „Zaprzańcy” podnoszą głowę. Patrzą na nich zwykłe żule. Już walą w drzwi Nowogrodzkiej. Ochroniarz interweniuje. Telewizja to pokazuje. Po co? Żeby przekonywać, że to „oni” atakują, a my nadal apelujemy o powstrzymanie hejtu. „Bandyto bądź grzeczny”.

Wściekłego z nienawiści nie powstrzyma się dobrym słowem. Obrona musi być taka jak atak. Tyle, że skuteczniejsza. Zło dobrem zwyciężaj – zostawmy na niedzielę. Legalna władza musi się obronić. To nie jest rozgrywka wyborcza. To winna być gwarancja wyborcza. Jeszcze można zapanować nad chaosem. Jak? Powtórzę: skutecznie.

To nie jest sierpień 80 ani grudzień 81. Pyszczyć i dyskutować można teraz do woli. Więźniów politycznych nie ma. Listę zarobków drukuje „Wyborcza” sprzed kilku dni – idą nawet w dziesiątki tysięcy miesięcznie, a najobfitsze sięgają tysięcy kilkuset. Pokazujmy to wszystko głośno i przejrzyście. Otwórzmy największe studia telewizyjne. Niech ludzie mówią swobodnie z otwartą twarzą. Pokażmy też krezusów. Jeśli zarobili legalnie to niech mają. Najwyżej myślimy i szybko decydujmy o sprawiedliwym systemie podatkowym. Na kampanie wyborcze niech łożą partie, a nie sponsorzy. Śmiecia propagandowego będzie mniej. Społeczne ciała kontrolne zanim zaczną pracę, same muszą być zweryfikowane. Są w społeczeństwie autorytety, które powinny to zrobić.

Władza w Polsce jest legalna – sejm, senat, prezydent. Jest wybrana przez suwerena i musi dopilnować prawa i sprawiedliwości. I nie chodzi tu o partię. Harcownicy, którzy nie cofną się przed bluzgiem dla własnej reklamy. Po to by wejść na te pierwsze strony gazet Otóż harcownicy muszą spotykać się z natychmiastową rzeczową repliką ludzi mających zaufanie społeczne. Ważne jednak, aby tym wrogom kraju i porządku nie robić reklamy, by hejt i kłamstwo nie było źródłem informacji.

Demagodzy i kłamcy byli, są i będą. Ale na skrzek, bluzgi i demagogię musi natychmiast odpowiadać druga strona. Rów w kraju jest wykonany, trzeba go przeskoczyć i rozmawiać. Publiczne media mają rzeczywiście władzę. To nieprawda, że musi ona tę przewagę wykorzystywać, bo to błąd. Władza zyska i będzie słuchana i szanowana właśnie wtedy, gdy nie będzie ripostować na kłamstwo kłamstwem, lub – powiedzmy – niepełną prawdą. Opatrzone już okropnie buzie niech odpoczną. Nie każda twarz, choćby delikwent miał jak najlepsze intencje, nadaje się na „przekaźnik treści”. Nad tym trzeba pracować, ale kto to ma robić. Trep przełożony z nogi na nogę trepem pozostanie.

Nie zmienia się koni podczas jazdy. Tylko, żeby się nie zasapały, bo jak się zatrzymają, to je ktoś wyprzedzi. Bezpowrotnie.

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna (2 – ost.)

 

 

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

Dokończenie.

 

Wierszem a jakby prozą

Niestety, najpoważniejszą słabością, a właściwie już ciężką chorobą, jest w BALLADYNIE  Wojciecha Adamczyka nieumiejętność grania wierszem. Generalnie mówiąc – dzisiaj aktorzy nie potrafią już grać, mówić wiersza. Tak też stało się w omawianym dziele, poza nielicznymi wyjątkami. Jest to skutek dążenia reżyserów i aktorów do bycia naturalnymi.

Naturalność, owszem, zalecana jest w czynnościach fizjologicznych, ale teatr to sztuka, czyli zakładana i błogosławiona sztuczność. Jest jednak w obsadzie aktor, który wiersz mówi doskonale. Jest nim i tu chylę czoła, Krzysztof Gosztyła. Może jego sceniczni koledzy powinni pobierać u niego lekcje? A pan Gosztyła powinien brać za godzinę lekcyjną bardzo dużo. Bo dobra wiedza, fachowość muszą kosztować.

Jeszcze wyższym piętrem trudności jest granie w sztukach pisanych wierszem. Bo już sam wiersz jest sztuczny. I tylko Pan Jourdain Moliera cieszy się, gdy okazuje się, iż mówi prozą. Zdaje mi się, że dla większości polskich aktorów wiersz jest męczarnią, bo nakłada obowiązek znalezienia frazy i rytmu, odczytania wyrazów akcentowych… Jest jeszcze trudniej, bo wiedza, że cezura nie jest jedynie miejscem na złapanie oddechu, że przed cezurą mamy słabą pozycję sylaby, a po cezurze mocną… ta wiedza jest przeważającej grupie aktorów nieznana.

I to jest wielki problem. To jest już nawet kłopot narodowy, bo Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Fredro i Wyspiański jednak pisali wierszem. Jeżeli zatem mówimy o ochronie dziedzictwa narodowego, to są to słowa co najmniej bez pokrycia. Przynajmniej w teatrach naszych.

Są w archiwach Polskiego Radia nagrania kilku pisarzy, którzy czytają swoje wiersze. Na przykład nagrania Władysława Broniewskiego. Może warto by wznowić te nagrania? Wtedy wielu ludzi mocno by się zdziwiło, bo Broniewski swoje wiersze wręcz śpiewał. Bo tak rozumiał i czuł wiersz.

Ogromną winę ponoszą szkoły, które z maniakalnym uporem uczą tego, co poeta miał na myśli. A powinny też lub głównie, uczyć tego, jak autor zakodował swój poemat, balladę, sonet. Poezja i teatr to nie tylko treść, to także, a może przede wszystkim – forma.

Dlatego my, współcześni jesteśmy głusi na poezję i nie rozumiemy jej. Bo nie można rozumieć poezji przez treść, gdy jednocześnie nie rozumie się tego, co jest zaklęte w doskonałą formę, jak u naszych wielkich klasyków oraz Broniewskiego, Tuwim, Lechonia i Grochowiaka.

BALLADYNA Górkiewicza i Kantora

Czy zatem dramaty klasyczne, jak właśnie BALLADYNA są skazane na zapomnienie lub sceniczną klęskę? Na pewno nie. Pod warunkiem, że reżyserzy będą mieli pomysły, wywiedzione z utworu, a nie z otaczającej go własnej współczesności.

Taką doskonałą realizacją BALLADYNY była inscenizacja w krakowskim Teatrze Bagatela, której reżyserem był Mieczysław Górkiewicz, a scenografię stworzył Tadeusz Kantor. Tu trzeba zaznaczyć, że scenografia Kantora była już właściwie całą inscenizacją, stwarzała cały świat spektaklu.

Zaczynało się w półmroku, w którym dwóch grabarzy, a może średniowiecznych oprawców wciągało na scenę, przy pomocy potężnych metalowych haków, niską platformę. Na tej platformie była duża dzieża, w której stała Balladyna i gołymi nogami, w zakasanej spódnicy deptała glinę, może na załatanie ścian rozpadającej się chałupy? Ta dzieża, ta Balladyna w brudnej i znojnej pracy, wszechobecne nędza i brud były pierwszym sygnałem kim jest, z jakiego stanu wywodzi się główna bohaterką. Potem Kirkor, zaczarowany na rozkaz Goplany, dostrzeże w tej chałupie, w tych dziewczynach piękno… No tak, bo był zaczarowany.

Kantor stworzył kostiumy ponadczasowe, wyciągnięte jakby z przeszłości, ale przecież nie będące kopią czegokolwiek. No, tak, ale Kantor był geniuszem teatru.

Spektakl był porażający artystycznie. Przeżywało się go też mocno, bo wszystko było w nim teatrem, w którym grano teatr jako przypowieść. Gdyby zapytano mnie, gdzie działa się BALLADYNA Górkiewicza i Kantora musiałbym powiedzieć: w osobnym świecie, osobnego teatru. Zupełnie tak, jak opisywał to w liście do Krasickiego Słowacki. Zacytujmy fragment: …niechaj tysiące anachronizmów przerazi śpiących w grobie historyków i kronikarzy: a jeżeli to wszystko ma wewnętrzną siłę żywotajeżeli instynkt poetyczny był lepszym od rozsądku, który nieraz tę lub ową rzecz potępił: to Balladyna wbrew rozwadze i historii zostanie królową polską — a piorun, który spadł na jej chwilowe panowanie, błyśnie i roztworzy mgłę dziejów przeszłości…. ja z Polski dawnej tworzę fantastyczną legendę, z ciszy wiekowej wydobywam chóry prorockie.

Premiera spektaklu w Bagateli miła miejsce 26 października 1974 roku.

Goplana na skuterze

W tym samym roku, 8 lutego 1974 roku. miała też premierę słynna BALLADYNA Adama Hanuszkiewicza, Spektakl Hanuszkiewicza był dziwaczny, nawiązywał do popkultury, epatował skuterami, na których jeździli Goplana oraz Skierka i Chochlik. Co to miało wspólnego ze Słowackim? Nic. Ale płocha Warszawa oszalała na punkcie spektaklu. Widzom i recenzentom nie przeszkadzało, że Hanuszkiewicz bawił się setnie, nieodpowiedzialnie i frywolnie. Owszem, były dwie recenzje bardzo krytyczne, ale władza nie pozwoliła na ich druk, bo wtedy jeszcze Hanuszkiewicz był pod ochroną i pisać o nim można było tylko dobrze, albo wcale.

Muszę powiedzieć, że inscenizacja Górkiewicza i Kantora padła ofiarą spektaklu Hanuszkiewicza. Krakowski spektakl nie miał należnego temu dziełu rozgłosu. Ale pozostał w pamięci, tych, którzy go widzieli. Ja widziałem i wspominam jako dzieło wybitne.

Przepraszam za głos krytyczny, że nie wszystko mi się w teatrach podoba, ale tak świat pojmuję, jak pisał ojciec polskiej krytyki teatralnej Stanisław Koźmian. W jego artykule „Teatr Krakowski w jesieni 1869 roku”, czytamy:

„Dla Krakowa teatr pod względem życia umysłowego i społecznego, jak nawet i ekonomicznego, ma niemałe znaczenie: jednym słowem jest jedyną nieco szlachetniejszą i umysłową rozrywką w naszym mieście. Nareszcie niepodobna zaprzeczyć, że teatr krakowski wielkie w ostatnich latach zrobił postępy; a jeżeli nie doszedł do doskonałości, to przynajmniej odznaczał się tą szlachetną dążnością osiągnięcia jej kiedyś. Doprawdy szkoda by było, gdyby to wszystko miało zmarnieć. A jednak pomimo najlepszych chęci dyrekcji, o których nie wątpimy, pomimo pracy zasłużonych i utalentowanych artystów , musiałby on stopniowo upadać, a w końcu upaść, gdyby publiczność i krytyka przestały otaczać go tą życzliwą opieką i rozciągać nad nim tę sympatyczną kontrolę…”

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna

Spróbuję napisać recenzję, ale – jak to u mnie notorycznie bywa – z pewnością recenzja rozwinie się w coś grubszego. Dlatego na początku przedstawię typową recenzję, a potem – już dla bardziej wytrwałych czytelników – kilka nasuwających mi się depresyjnych myśli.

RECENZJA WŁAŚCIWA

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

BALLADYNĘ zrealizowaną w Teatrze Telewizji Polskiej, w reżyserii Wojciecha Adamczyka, zobaczyłem z niemal rocznym opóźnieniem, ale że mamy do czynienia z wielką klasyką naszej literatury dramatycznej, pozwolę sobie teraz odnieść się do dzieła.

Dramat Słowackiego – wbrew pozorom – nie jest do wystawienia łatwy, tym bardziej w realizacji telewizyjnej. W teatrze zespół ma jakieś 3-4 miesiące na doprowadzenie do premiery. W telewizji jest tego czasu niebezpiecznie mniej. Napisałem to, będąc świadomym kłopotów jakie czekały na pana Wojciecha Adamczyka, co musi powodować, że recenzent, w ocenie realizacji telewizyjnej, musi być trochę bardziej pobłażliwy dla efektu.

Niemniej, nie to spowodowało, że BALLADYNA w reżyserii Adamczyka. jest realizacją nieudaną. Przede wszystkim – tak sądzę – reżysera uwiodła teoretyczna łatwość wystawienia tej sztuki, będącej po trosze okrutną bajką, po trosze kopią krwawych dramatów Szekspira. Ale to złudzenie, bo Słowacki zastawił na reżysera kilka pułapek.

Żeby to jakoś przybliżyć niezbyt zaznajomionemu z tajemnicami teatru czytelnikowi, opowiem anegdotkę. Pewien mój znajomy reżyser, zaraz po studiach, otrzymawszy etat w dużym teatrze, otrzymał też od dyrektora propozycję zrealizowania ANTYGONY. Wtedy, w gabinecie dyrektor rozegrał się taki dialog:

– Bardzo dziękuję panu dyrektorowi – powiedział młody reżyser – ale czy oczekuje pan ode mnie dzieła artystycznego, czy lektury szkolnej?

Najpierw dyrektor się żachnął, ale po chwili powiedział:

– Lektury.

Obaj panowie dali tym samym świadectwo swej dojrzałości. Nie da się bowiem zarazem być odkrywcą tajemnic BALLADYNY oraz rzetelnie przedstawić, w klasyczny sposób, fabułę i dać aktorom szanse na stworzenie interesujących ról.

Myślę, że Wojciech Adamczyk nie zadał sobie pytania podstawowego: interpretuję czy rzetelnie opowiadam historię napisaną przez Słowackiego. Dlatego znajdujemy w realizacji telewizyjnej Adamczyka momenty znane już z innych realizacji oraz momenty, z których wynika, że reżyser postanowił „zaszaleć”.

Skutkiem braku decyzji reżysera co do konwencji, jednorodnego stylu dramatu mamy dosłowny galimatias stylistyczny. I z pewnością nie jest to skutkiem myślenia „neomodernistycznego”, ale zwykłego niedomyślenia sprawy.

I choć jestem fanem RANCZA, który to serial Wojciech Adamczyk tak dowcipnie i sprawnie wyreżyserował, to w przypadku BALLADYNY muszę stwierdzić, że spektakl jest niedobry, manieryczny i w żadnym względzie „nie zachwyca”. Jest jeszcze gorzej, bo oprócz wspomnianej realizacji manierycznej, zaprezentowano, obok znanych standardów tego dramatu, „pomysły własne reżysera”.

Wygląda na to, że reżyser miotał się pomiędzy szekspirowskim dramatem władzy a draką w Bronxie, czy Pruszkowie. Nie ma także jednego stylu, jednej stylistyki w grze aktorów, niewielu z obsadzonych w BALLADYNIE potrafiło skupić na sobie uwagę.            A jeszcze mniej potrafiło mówić wiersz. Chwilami odnosiło się wrażenie, że sztuka grania utworów pisanych wierszem jest aktorom nieznana. Na tle tak grającego zespołu, chlubnym wyjątkiem jawił się Krzysztof Gosztyła jako Kanclerz.

I tyle byłoby z klasycznej recenzji. Wytrwałych zapraszam do poniżej objawianych myśli recenzenta, które „naszły go” go w związku z oglądanym w telewizji dziełem.

DODATEK DO RECENZJI

O wolność dla pioruna

Gdzieś pod koniec lat pięćdziesiątych Włodzimierz Sokorski napisał artykuł „O wolność dla pioruna”. Był to ważny tekst ówczesnego ministra kultury i sztuki, bo kończył niejako z doktrynalnym realizmem socjalistycznym. W swoim tekście Sokorski łagodnie wyśmiewa współczesne mu realizacje klasyki, w których reżyserzy jak ognia wystrzegali się udziału mocy nadprzyrodzonych. Rozumowali bowiem tak: skoro Boga nie ma, to nie może przecież w teatrze socjalistycznym istnieć boska interwencja. Dlatego reżyserzy Balladyny uśmiercali tytułową bohaterkę nie przy pomocy pioruna, ale gotowali jej śmierć „realistyczną krytycznie”, dla przykładu, na zawał serca.

I oto, po blisko 70-ciu latach od tekstu o uwolnienia pioruna, Wojciech Adamczyk każe umierać Balladynie wskutek poślizgnięcia się na malinach, które rozrzuca na scenie Alina. Efekt jest komediowy. Miało być metafizycznie, a wyszło śmiesznie. Dlaczego Adamczykowi przeszkadzał piorun, a nie przeszkadzało widmo zamordowanej Aliny? I nie dziwiło go, że to zabita szeroko rozsypuje „owoc leśny”? Słowacki napisał, że Balladyna ginie od uderzenia piorunem, bo Bóg musiał ukarać morderczynię i dręczycielkę. I tak powinno zostać. Majstrowanie przy klasykach zawsze kończy się niedobrze. A przecież Słowacki napisał w didaskaliach: Piorun spada i zabija królowę — wszyscy przerażeni.

Królowa czy pankówa

Poważnym kłopotem tej inscenizacji jest potraktowanie przez reżysera tytułowej postaci, czyli Balladyny. Słowacki „skroił” ją na miarę wielkich heroin. Balladyna ma, według Słowackiego, wielki charakter, ale nie ma sumienia. Jest wielka w swych dążeniach, ale jest pozbawiona uczuć.

Co otrzymujemy u Adamczyka? Jego Balladyna jawi się jako przywódczyni współczesnego młodzieżowego gangu. Jest znerwicowana, pozbawiona demonicznej siły. Podejrzewam, że cały dramat oraz pani Katarzyna Ucherska, jako Balladyna, padli ofiarami reżyserskiej chęci uwspółcześnienia utworu. I jest to, niestety, maniera zbyt wielu dzisiejszych reżyserów. Na siłę, bez istotnego rozumienia sensu utworów robią wiele, by na siłę, łopatologicznie „przybliżyć klasykę współczesnemu widzowi”. Jest w tym jakieś szaleństwo. I przerażająca niewiara w widza. Przecież średnio rozgarnięty widz dostrzeże, pojmie i przyswoi sobie, że takich Balladyn, Henryków czy Konradów mamy także w dzisiejszych czasach. Czyż nie lepiej byłoby skupić się na dramatyzmie akcji, na niuansach postaci, niż poświęcać czas i energię na uwspółcześnianie, dajmy na to, Hamleta?

Jest w takiej postawie pewien arywizm, głębokie przekonanie, że świat dzisiejszy jest lepszy niż czas zaprzeszły. Niekiedy, gdy widzę takie przeróbki klasyki mam ochotę zapytać reżysera: A kto zmuszał pana do wybrania klasyki? Przecież wśród współczesnych utworów na pewno by pan coś znalazł.

Niestety do klasyki trzeba dorosnąć. Bo z pewnością nie da się jej zagrać metodą na współczesną prawdulę.

Człowiek, który dzisiaj spaliłby, lub zburzył, zabytek architektury, wpisany na listę zabytków, odpowiadałby przed sądem. Ale już zniszczenie DZIADÓW czy WESELA uchodzi płazem. Gorzej, bo uchodzi za nowatorstwo. I daje kilku nowoczesnym recenzentom okazję do zarobku, a platformom plotkarskim do pisania o twórcy w kategoriach celebryckich.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Czy w Polsce skończył się komunizm?

28 października 1989 r., Joanna Szczepkowska w „Dzienniku Telewizyjnym” TVP stwierdziła: „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm!”. Tylko, czy na pewno?

Czy w tym przypadku racji nie ma jeden z towarzyszy? Konkretnie tow. Włodzimierz Czarzasty: „Wyście się z nami, k…wa, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 roku do-ga-da-li!”. Ten sam Czarzasty, który w 2019 r. na konwencji komunistów w Katowicach wychwalał PRL i dziękował okupacyjnej armii bolszewickiej za „wyzwolenie”. Wyzwolili was – komunistów, Polaków zniewolili.

Czym jest zatem 1989 rok? To pseudo-święto wynikające z kontraktu pseudo-elit, dogadania się ówczesnych komunistów z byłymi komunistami przy Okrągłym Stole. Dlatego trudno się dziwić, że ci uzurpatorzy całkowite odrzucili dorobek II Rzeczypospolitej, wyrzucili do kosza rząd londyński i konstytucję kwietniową.

Okrągłostołowe „elity”, zamiast odwołania się do legalnej, obowiązującej niezmiennie konstytucji kwietniowej, wybrały kontynuowanie konstytucji, na której osobiście poprawki nanosił Józef Stalin. Bo dzisiejsza konstytucja tzw. III RP – tak zażarcie broniona przez ludzi chorujących wciąż na homo sovieticus – jest kontynuacją stalinowskiej ustawy z 1952 r.

Cieniem na porządku prawnym Polski po 1989 r. położyło się również to, że urzędujący na podstawie tej samej konstytucji z 1935 r., legalny prezydent II Rzeczpospolitej na Uchodźstwie Ryszard Kaczorowski nie został pierwszym prezydentem III Rzeczpospolitej.
22 grudnia 1990 r. prezydent Kaczorowski dokonał tylko symbolicznego gestu: przekazał insygnia prawowitej, konstytucyjnej władzy nowo wybranemu prezydentowi Lechowi Wałęsie. Były to: chorągiew RP, pieczęć Kancelarii Prezydenta, oryginał Konstytucji z 1935 r. oraz Order Orła Białego. Wielka uroczystość na Zamku Królewskim w Warszawie. Wielka, ale z biegiem lat coraz bardziej ukrywana. Bo Wałęsie ani reszcie okrągłostołowców nie zależało, aby wracać do jakiejś przedwojennej Polski, jej prawodawstwa i tradycji. Chcieli budować PRL – bis.

A powinno być zupełnie inaczej. Należało najpierw przywrócić obowiązującą niezmiennie od dziesięcioleci konstytucję kwietniową z 1935 r. W miejsce konstytucji stalinowskiej, napisanej w Moskwie i ogłoszonej przez komunistów nigdy nie wybranych przez Polaków w żadnych wyborach. Bo czy nielegalna, uzurpatorska władza może stanowić legalne prawo?

I druga fundamentalna sprawa. Po przywróceniu polskiego – zamiast komunistycznego – prawa automatycznie władzami Polski stawał się Rząd RP na Uchodźstwie i prezydent. Ta władza, która funkcjonowała po 17 września 1939 r. najpierw w Rumunii, potem we Francji, a wreszcie przetrwała dekady w Wielkiej Brytanii, zachowała ciągłość II RP – prawdziwie niepodległego państwa polskiego. W przeciwieństwie do tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która była sowiecką kolonią, całkowicie zależną od Moskwy.

A przynajmniej należało Polaków z Londynu: prezydenta, ministrów, przedstawicieli partii politycznych – prawowitych reprezentantów Rzeczpospolitej (w przeciwieństwie do komunistów) – zaprosić do współrządzenia. Niestety, z Polską Piłsudskiego, Dmowskiego, Paderewskiego, Daszyńskiego, a potem Kaczorowskiego, Sabbata, Andersa – wolną Polską wolnych Polaków, przy Okrągłym Stole wygrała Polska „ludowa” funkcjonariuszy, agentów i poddanych Kremla: Bieruta, Gomułki, Jaruzelskiego, Kiszczaka i Urbana. Ten stan w wielu aspektach – przez brak powszechnej dekomunizacji – trwa do dziś.

 

HUBERT BEKRYCHT: Rasista Radek w Polsce nie mieszka…

Nie będę przypominał już nazwiska owego rasisty, bo jeszcze – i słusznie – obrażą się potomkowie legendarnego polskiego premiera. Taki, statystyczny, rasistowski Radek, pomimo zameldowania, dawno już w Polsce nie mieszka. Rasista Radek jest bowiem zewsząd.  I jest symbolem obciachu nie tylko wśród młodzieży.

Kolonialna zachęta do zesłania do Afryki jednego z dziennikarzy jest oczywiście kolejnym rozdziałem do tomu o mowie nienawiści i ma na celu zastraszenie innych przedstawicieli mediów, ale przy okazji ten wpis jest głupi, co rzuca więcej światła na głupotę rasisty Radka.

Dziennikarza Samuela Pereiry nie da się zastraszyć, ale rasista Radek może o tym zapomniał. Albo… nie pamiętał… Na idiotyczny wpis jakiegoś innego rasisty, o tym, żeby Pereirę zesłać „na Madagaskar”, statystyczny rasista Radek zareagował: „Do Mozambiku” – podpowiadał. „Była portugalska kolonia” – zauważył błyskotliwie były szef MSZ.

Boki zrywać. Nie dość, że rasista Radek wpisał się w antysemicki ton postu, to jeszcze próbował „ośmieszyć”, „zastraszyć” (?) Pereirę, który rzeczywiście ma portugalskie korzenie. Z tym, że Mozambik, co w tym przypadku nie ma znaczenia, przestał być zależny od Lizbony trzynaście lat przed przyjściem na świat dziennikarza TVP Info. Czyli, rasista Radek ma jeszcze luki w wiedzy geopolitycznej.

I tak oto z „obywatela świata” został rasista Radosław tylko panem w garniturze, który nerwowo zaciąga się papierosem w towarzystwie szefa sowieckiej dyplomacji Ławrowa.

Ten obraz proszę zapamiętać. Nic innego nie warto, bo rasista Radek odchodzi z życia publicznego. Przynajmniej z mojego. A powinien bezpowrotnie zniknąć też z życia innych dziennikarzy.

Dramatyczne pytanie CEZAREGO KRYSZTOPY dotyczące opozycji i kasty: Ktoś im dosypuje czegoś do herbaty?

Coś się dzieje. Po wyborach w 2019 roku bodaj Rafał Ziemkiewicz postulował prowadzenie terapii grupowej dla przedstawicieli tzw. „elit” na różnych poziomach, które nie są w stanie pogodzić się ani z tym, że nie są „bezalternatywne”, ani z tym, że nie mają już „rządu dusz”, bo inaczej w swoim urojeniu wyższościowym mogą ześwirować. Nikt wtedy tego postulatu nie potraktował poważnie i zapewne dlatego one, proszę Państwa, ześwirowały.

W mniejszej skali widać to na Twitterze. To znaczy akurat tam szurów nigdy nie brakowało. Groźby pobicia, sugestie, że „ktoś wie o nas coś czego sami nie wiemy”, o wulgaryzmach nie wspomnę. Osobiście wręcz przywykłem i banuję głównie tych, którzy w ten czy w inny sposób dotykają mi rodziny, lub prawdopodobnie są tam zawodowo. Przy czym, uczciwie rzecz biorąc żadna ze stron sporu nie jest od takich przypadków wolna, ale ośmielę się postawić tezę, że w takich „metodach dyskusji” absolutnie celują konta szermujące „tolerancją”, oznaczone dużą ilością flag np. LGBT czy UE i hasztagiem „SilniRazem, którzy zagryźć potrafią choćby i swojego, jeśli tylko nie wykazał się wystarczającym rewolucyjnym entuzjazmem. Naprawdę, był czas przywyknąć, ale jednocześnie w ostatnich tygodniach wyraźnie widać wzrost agresji w różnych formach.

Sympatyczni panowie chcieli zabić

W większej skali retoryka jaką zaczynają posługiwać się politycy opozycji, wydaje się, że również weszła w rejestry psychiatryczne. Dość wspomnieć „bon moty” Tuska i Siemoniaka o „silnych ludziach, którzy będą wyprowadzać”. Oczywiście rządzących. Warto podkreślić, miało to miejsce wcześniej. I jeżeli odrzucić tezę, że wszystkim tym biedakom ktoś dosypuje czegoś do herbaty, to trudno uniknąć wniosku, że może jednak słowa polityków mają swoje konsekwencje. Więcej dowodów na jego poparcie dostarczyli sympatyczni panowie, którzy zaatakowali już fizycznie biuro Prawa i Sprawiedliwości na Nowogrodzkiej i biuro poseł PiS Moniki Pawłowskiej we Włodawie. W obydwu przypadkach z groźbami śmierci.

Szczególny przypadek

Szczególnym natomiast przypadkiem tego zjawiska jest przypadek tzw. „nadzwyczajnej kasty”. Szczególnym być może nie ze względu na radykalizm środków, śmiercią, przynajmniej na razie nikomu nie grożą, ale szczególnym przez kontrast ze standardami, którymi TEORETYCZNIE powinni podlegać. Ja oczywiście nie mam nadmiernych złudzeń co do grupy, której niezdekomunizowane korzenie towarzyskie, naukowe i inne, sięgają bierutowskich duraczówek i morderców Żołnierzy Wyklętych, ale oni sami postrzegają się przecież jako „nadzwyczajna kasta”, szczyt stworzenia i moralne drogowskazy. A tymczasem ciężko patrzeć co się z nimi, przynajmniej z tą najbardziej widoczną częścią, dzieje.

Oto ludzie, którzy TEORETYCZNIE powinni obiektywnie kierować się prawem tworzonym przez ustawodawcę, żądają wpływu na to prawo, co stoi w sprzeczności z „monteksiuszowskim podziałem władzy”, który mają na sztandarach. Kwestionują status sędziów, którzy nie chcą chodzić z nimi w jednym kieracie, zarówno wbrew KON-STY-TUC-JI, w której powoływanie sędziów jest wyłączną prerogatywą Prezydenta, jak też w sprzeczności z wyrokami ubóstwianego trybunału Leanertsa zwanego potocznie TSUE. Co więcej, im też ostatnio wyraźnie się pogorszyło!

 Już za późno

Ci postsędziowie snują swoje wizje „usuwania” innych sędziów z zawodu w ramach dyskusji pod hasłem „Gruba kreska czy Norymberga?”. Wyobrażacie sobie? Dyskutują o usuwaniu z zawodu kolegów pod hasłem kojarzącym się z wyrokami śmierci na niemieckich nazistowskich morderców. „Moralny drogowskaz” sędzia Gąciarek daje się fotografować na tle otwarcie politycznych transparentów typu „Ziobro musi odejść”, a sędzia Kamińska, autorka określenia „nadzwyczajna kasta”, która, trzeba jej oddać, otwarcie mówiła, że „pragnie zemsty”, rozpacza w Senacie z powodu niewystarczających w jej opinii represji wobec sędziów w ewentualnej ustawie o czystkach. Jak to się ma do Art. 178 Konstytucji p. 3, według którego „Sędzia nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”?

Trzeba było słuchać Rafała Ziemkiewicza i przeprowadzić grupowe terapie. Teraz już za późno, ześwirują do reszty niezależnie od tego czy przegrają, czy wygrają wybory. Choć fakt, że w tym drugim wypadku mogą być bardziej niebezpieczni dla otoczenia.

Jednemu z liderów opozycji radzi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Grzesiu, zatańcz trepaka

Chruszczow, Beria leżeli na podłodze przy uchylonych drzwiami czekając na koniec agonii „słoneczka narodów”. Ale Stalin jeszcze dychał. Czekali aż zejdzie.Chruszczow, który potem ujawnił zbrodnię zemścił się za pogardę i pomiatanie. Również za to, że w czasie pijatyk wódz kazał grubasowi tańczyć żywiołowego ukraińskiego trepaka.

Tusk dla Schetyny nie był tak okrutny. Wystarczyło, że Pan Grzegorz potrząsając brzuchem, spocony biegał z innymi ministrami PO po boisku. Wszyscy udawali, że to kopanie piłki ich cieszy. Schetyna wytrzymał i inne upokorzenia. Może teraz się odegra.

Cierpienia partyjne członków to normalka. Wierny to znaczy również cierpliwy. Honor, godność – to balast. Szlachetny palnąłby sobie w łeb. Dziś czekający na swoją kolej wiele wytrzyma, oporów nie mają.

Liczy się szmal, szmal i jeszcze raz szmal. Nie likwiduje się podatkowych rajów, bo się przydadzą przy zmianie warty. Podnosi się łapy wbrew interesom ojczyzny. Bo to metoda, aby przejąć władzę. Napięcia i niebezpieczeństwa to najlepszy czas na mafijne interesy, łapówkarstwo i przekupstwo.

To towarzystwo to piąta kolumna – sprzedajna kasta sędziowska, pośrednicy okradający producentów. Najnowsza branża – składowacze węgla. Oni rzeczywiście działają szybko. Ciężka i poważna machina państwowa z nimi przegrywa. A przecież to bractwo, które szkodzi Polsce łatwo namierzyć. To nie są obywatele kraju pochodzenia. Oni są w… Europie, w której rządzą Niemcy i którą straszą Rosjanie.

Posypało się. Dla Ukraińców tragicznie. Dla nas jeszcze nie. Aby tak się jednak nie stało należy pokazać imiennie i rozprawić się z V kolumną. W więzieniach w Polsce mamy około 80 tysięcy przestępców. Siedzą w około stu miejscach odosobnienia. Mają tam dużo czasu, aby ocenić to, co zrobili. Przed dokonaniem przestępstwa też wierzyli, że im się uda. Czy rzeczywiście ci w białych kołnierzykach różnią się od zbójów i złodziei?

Czasem od nobliwego parlamentarzysty słyszę: „Ja już jestem IV-tą, V-tą kadencję!”. Pytam wówczas a co żeś przez ten czas chłopie zrobił? Poza zasiadaniem, dojeżdżaniem i pobieraniem.

„Tygryski”, Donaldziki, smakosze ośmiorniczek, lobbyści rosyjskiego gazu i węgla – całe to bractwo to szkodnicy Polski, dla których nieważna jest zdrada interesów kraju pochodzenia. Oni są w Europie, podziwiali Putina i Merkel.

Przecież są kwity. Wiadomo kto podpisywał przemysłu, handlu, transportu mokrego i suchego wyprzedaż za marne pieniądze. Zaczęto nawet dobierać się do lotnictwa i kolei. Zasypano, a właściwie zagwożdżono te kopalnie, które nie są metanowe a mają jeszcze ogromne złoża węgla.

Pamiętam emitowane w TVP obrazki jak zażywny poseł o wodnistym nazwisku biegał za wysłanniczką Unii z wielkim bukietem kwiatów. Pani owa okazała się zupełnie nieczuła na adoracje ani naszego rządu racje. Stocznie zamknęła bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie, mimo że w tym samym czasie Unia pozwoliła Niemcom na dopłaty do tamtejszego przemysłu okrętowego. Tusk, Schetyna, Lewandowski przebierali nogami.

Za chlebem rozproszyli się polscy marynarze i oficerowie rybołówstwa. Dziś do głosu doszli nowi. „Falenty” działają już bez żenady. Polska wydarła się z łap niedźwiedzia, ale wpadła w ręce pazerne i bezwzględne. Nie potrafiła zbudować skutecznego aparatu kontroli, nie wycięła bezwstydnych kłamców, pasożytów, pośredników. Owszem toczy się walka, ale ślamazarnie i boleśnie dla gospodarki.

Można wierzyć w opatrzność lub nie, można nie lubić partii politycznych i ich przywódców. Ale nie wolno dla własnego – często gów…..go zresztą interesu – frymarczyć Polską, podważać jej oczywiste interesy i bezpieczeństwo.

Tuski, Kamysze i kompletnie zagubieni lewicowcy, opanujcie się. Szczególnie teraz gdy światu grozi zagłada. Gdy szaleniec trzyma palec na czerwonym guziku.

Trepaka! Nieroby i cwaniacy. Weźcie karteczkę wieczorem i spiszcie coście pozytywnego w ciągu dnia zrobili. Drogo kosztujecie. Państwo was karmi i ubiera. Wozi za darmo. Dziedzic miał ekonoma z nahajką, bogaty – nadzorców i służących. My – the people – mamy „wybrańców” – immunitetowanych. Latających z reklamówkami „Biedronki”. Aby pozorować pracę wymyślą przepisy i paragrafy. Kto to czyta? Kto respektuje?

Grzegorzu, trepaka. Politycy zostańcie państwowcami. Przecież doskonale wiadomo kto oszukuje, korumpuje, zawłaszcza, kradnie i uprawia nepotyzm. Ślepa jest tylko skłócona Temida. Ockniemy się z tego letargu, gdy już będzie PO sprawie. Jako żeśmy mądrzy po szkodzie. A może zarówno „przed” jak i „po” głupi.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy rosyjska agresja na Ukrainę to „wojna narodowa”?

Rosyjscy urzędnicy chwytają się różnych PR-owych sztuczek, aby spopularyzować wojnę w społeczeństwie.

Jak donosi Radio Svoboda, 22 października, przemawiając na forum liderów klas szkolnych, zastępca szefa administracji prezydenta Rosji Sergey Kiriyenko powiedział, że „Rosja zawsze wygrywała każdą wojnę, gdyby ta wojna stała się wojną narodową. Zawsze tak było. Na pewno wygramy również tę wojnę. Ale do tego konieczne jest, aby była to wojna narodowa, aby każdy człowiek czuł swoje zaangażowanie”.

Z tego stwierdzenia wypływa wiele wniosków, zauważają obserwatorzy. Po pierwsze, stwierdzenie, że Rosja zawsze wygrywała wojny jest dalekie od prawdy. Warto wspomnieć o wojnie krymskiej 1653-56, agresji Rosji na Finlandię, a także wojnie rosyjsko-japońskiej, które Rosja przegrała. Po drugie, agresja Rosji na Ukrainę nie może stać się „wojną narodową”, ponieważ wojny narodowe są wojnami wyzwoleńczymi i toczą się na własnym, a nie cudzym terytorium.

Po trzecie, kilkudziesięciu obywateli, którzy nazwali agresję na Ukrainę wojną, zostało już w Rosji skazanych i ukaranych grzywną bo władze domagały się, aby wszyscy nazywali to „operacją specjalną”. A Kiriyenko jest pierwszym (czyż nie z błogosławieństwem samego Putina?), który nazywa wojnę wojną i nic mu za to nie grozi, mimo że 8 razy powtórzył słowo „wojna”. Jest jasne, że nie ma „narodowych operacji specjalnych”, a reżim Putina próbuje teraz zepchnąć cały naród rosyjski do okopów, więc trzeba uznać, że ta agresja jest nadal wojną.

W komentarzach czytelnicy ukraińskiego serwisu Radia Liberty zauważają, że Kiriyenko wzywa wszystkich, aby czuli „zaangażowanie w wojnę”, podczas gdy „jego syn siedzi z tyłu w ciepłej posadzie w biznesie bliskim rządowi” i to „zaangażowanie” różni się od zaangażowania tych rodzin, których bliscy byli mobilizowani, wysyłani do walki, a niektórzy zginęli.

Co więcej, jeśli Kiriyenko tylko wzywa do uznania wojny za wojnę narodową, to znaczy, że teraz nie jest to wojna narodowa i nie ma poparcia społeczeństwa, a zatem mamy po prostu do czynienia z agresją imperialistyczną.

Jednocześnie Kiriyenko wyraźnie wyraził wątpliwości co do wyników wojny, powiedział: „na pewno ją wygramy, ale pod warunkiem, że stanie się narodowa”. Ale, jak widzimy, szanse na to są mizerne, ponieważ ponad 700 000 mężczyzn w wieku poborowym, po ogłoszeniu mobilizacji, opuściło już Rosję. Co więcej, w Rosji szerzy się ruch matek na rzecz ochrony dzieci wrzuconych do okopów tej wojny, a ruch antywojenny jest coraz silniejszy. Tak więc Kiriyenko faktycznie przewidział: „Rosja nie ma szans na wygranie tej wojny…”

Jak widać, urzędnicy tacy jak Kiriyenko zamierzają spopularyzować wojnę za pomocą sztuczek PR.

Kiriyenko próbował też przekonać nauczycieli, że „ten, który rozpoczął tę wojnę, dążył do wyeliminowania Rosji, jej suwerenności, historii i kultury”. Nawiązał oczywiście do Stanów Zjednoczonych. Ale przecież wszyscy wiedzą, że wojnę tę rozpoczął Putin. Tak więc jeśli dosłownie odczytamy słowa Kiriyenki, okaże się, że Putin rozpoczął tę wojnę, ponieważ miał na celu wyeliminowanie Rosji, „jej suwerenności, historii i kultury”. Być może to prawda. Komentatorzy twierdzą, że Kiriyenko powiedział prawdę, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Podczas gdy Kiriyenko wzywa swoich rodaków do wojny, siły zbrojne Ukrainy wykonują swoją pracę. Poinformowano, że ukraińska ofensywa trwa – obwód charkowski został wyzwolony, w obwodzie chersońskim wyzwolono już ponad 90 osiedli. Wojska rosyjskie rozpoczęły ewakuację z Chersonia na lewy brzeg Dniepru, plądrują chersońskie muzea, pakują zrabowane kosztowności, a nawet demontują pomniki rosyjskich generałów Uszakowa i Suworowa i mówią, że wykopią z grobu feldmarszałka Potiomkina i zabiorą jego ciało ze sobą. Tak więc widać, że jest to wojna narodowa, ale dla Ukrainy, a nie dla Rosji.

 

WALTER ALTERMAN: Przykra rozmowa z Polko-Niemką

W jednym z mikro opowiadań Michaiła Zoszczenki jest postać określona jako „były Polak”. Osobnik ten jest niebywale śmieszny, bo żyjąc od dawna w Moskwie ciągle podkreśla, że nie jest już Polakiem. Ale im częściej to powtarza, tym bardziej dla rdzennych Rosjan Polakiem jest. To z kolei zmusza go do jeszcze bardziej aktywnego wchodzenia w skórę Rosjanina.

Nigdy nie sądziłem, że spotkam kogoś, kto w pewien sposób będzie podobny do tego bohatera Zoszczenki. A jednak… Miałem ostatnio nieprzyjemność rozmowy, lub mówiąc ściślej kłótni z kobietą, która – będąc Polką – w stu procentach reprezentuje niemiecki sposób myślenia, niemieckie postrzeganie historii Polski i niemieckie osądy Polaków. Ale po kolei.

Porwana za młodu

Kim jest osoba, której postawa zmusza mnie do pisania o „zajściu”? Dziś ma jakieś 45 lat. Mając jednak lat 20 poznała starszego od siebie o 25 lat Niemca, dla którego rzuciła studia techniczne i za którego wyszła, a potem zamieszkała z nim w Niemczech. Można powiedzieć, że dwadzieścia lat to sporo. Dla sportsmenki byłby to kwiat wieku, ale dla niewykształconej dziewczyny to ledwie dzieciństwo, taki stan nieopierzenia intelektualnego, światopoglądowego również.

Małżonek Pani nie jest byle kim. To intelektualista, człowiek znany i ceniony w niemieckich elitach, pracujący w mediach, kulturze i sztuce. To ważne dla dalszego zrozumienia sprawy. Bo mam podejrzenia, że poglądy, które Pani zaprezentowała mi w czasie burzliwej awantury, są poglądami jej męża, które ona przyswoiła sobie jak własne, jak przez osmozę.

Jakieś dwa lata temu Pani przeprowadziła się z powrotem do Polski. Nie jestem plotkarzem, ale chyba stadło się rozpadło, choć relacje między byłymi małżonkami są poprawne – jak to u kulturalnych ludzi Zachodu bywa.

Pani jest kobietą zdecydowaną w poglądach, a tubylców, wśród których znowu mieszka, traktuje z góry i jest wielce zaskoczona, gdy któryś z Polaków ma inne zdanie niż ona.

Komuna kontra hitleryzm

Do kłótni doszło przypadkiem, okoliczności wstępne są naprawdę nie istotne. Właściwa rozmowa zaczęła się od tego, że Pani zaczęła – prawie krzycząc – twierdzić, że wszystko co Polskę najgorszego w XX wieku spotkało to komunizm. I było to wyraźnie pod moim adresem, jako domniemanego przez nią wielbiciela komuny.

Trochę oniemiałem, ale szybko dotarło do mnie, że poza komuną świat w XX wieku miał do czynienia jeszcze z kilkoma innymi formacjami ideowymi. Więc mówię:

– Oczywiście ma Pani rację, że komuna była okropna, W Polsce szczególnie do końca lat pięćdziesiątych, ale też nie zapominajmy o różnej maści faszyzmach. No i najgorszym z nich – hitleryzmie.

– Ale hitleryzm wybuchł, bo Niemcy po I wojnie światowej naprawdę za dużo straciły – mówi Pani. – No i te okropnie wysokie reparacje wojenne…

– A wie Pani – mówię do niej – co to były Prusy Południowo-Wschodnie?

– Nie, nie wiem. Ale to chyba nieistotne.

– Ale warto wiedzieć – mówię. – Tak Prusacy po III rozbiorze Polski określali urzędowo tereny Warszawy, Łodzi i okolic. Nie sądzi Pani, że to przejaw odwiecznej niemieckiej buty? I jeszcze jedno. Wie Pani, że pod panowaniem Prus po rozbiorach znalazło się aż 60 procent Polaków?

– Ale w 1919 roku minęło już tyle lat od rozbiorów… – mówi z uśmiechem Pani.

– Czyli po 123 latach najpierw Prusacy, a potem wszyscy Niemcy, mieli już prawo przyzwyczaić się do tego, że Gniezno, Poznań, Gdańsk, Warszawa, Łódź, Toruń, Bydgoszcz, i całkiem spory kawałek Górnego Śląska są ich terenami? A potem – jak Polska odebrała co swoje, to Niemcom było smutno?

Pani posiniała, co u ładnej, dojrzałej kobiety zawsze jest przykre.

– Ale dlaczego rozmawiamy o Niemcach i hitleryzmie? Mnie chodziło o komunę – mówi Pani.

– Bo gdyby nie Niemcy, pod wodzą Hitlera, to prawdopodobnie komuny by w Polsce nie było.

Jak zauważyłem Pani gotowa była potępiać jedynie komunę. Rozmowa o Niemcach sprawiała jej przykrość. Nie jest ładnie dręczyć kobiety, ale postanowiłem nie odpuszczać.

– A słyszała Pani o zbrodniach jakich Niemcy dopuszczali się w czasie wojny na Polakach?

– Owszem – mówi Pani – ale to była wojna, a na każdej wojnie różnie bywa… Potem na pewno jakoś Polacy by się z Niemcami dogadali.

– Oczywiście – mówię – ale pod jednym warunkiem.

– Jakim? – pyta Pani zdziwiona.

– Że wskrzesiliby te miliony pomordowanych obywateli Polski, w tym naszych obywateli pochodzenia żydowskiego.

– Pan ciągle o tej wojnie i wojnie, ja myślę o tym, co mogło być po wojnie – mówi Pani. – Na pewno szłoby się dogadać. Niemcy to naprawdę kulturalny naród. I musi pan przyznać, że w Niemczech panuje prawo i porządek, nie to co w Polsce.

– Mówi pani prawo i porządek… Ale jakoś niemieckie prawo zezwoliło, żeby hitlerowski współtwórca ustaw rasowych, niejaki Hans Globke był po wojnie szefem Urzędu Kanclerza Federalnego. Żeby zbrodniarz wojenny Heinz Reinefarth, generał SS, odpowiedzialny za masakrę ludności cywilnej w czasie tłumienia powstania warszawskiego, po wojnie – juz od roku 1951do końca lat sześćdziesiątych był burmistrzem Westerlandu, a także posłem do Landtagu Szlezwika-Holsztynu.

– Ale to była wojna – Pani tłumaczy mi to jak komu dobremu, czyli jak idiocie.

– Nie, proszę Pani – to była już okupacja. Nie sądzi pani, że Niemcy nie rozliczyli się ze swoją historią, nie zrobili rachunku sumienia?

Pani wzdycha jak hrabini nad upartym chłopkiem, ktory domaga się sprawiedliwości, czyli dania mu złotówki za przejechaną gęś. i mówi:

– Widać, że uczyliśmy się z innych książek.

– Oczywiście, jak z tych pisanych po polsku – mówię.

Wnioski

Są trzy.

Po pierwsze, nasi wspólnie znajomi postanowili, że więcej jednocześnie nas zapraszać nas nie będą.

Po drugie, to co myśli Pani, która wybrała Niemca, można by pominąć, bo nierozgarniętych pań i panów jest u nas wystarczająco dużo. Bardziej szokuje mnie to, że swojego politycznego myślenia Pani nauczyła się – bez cienia wątpliwości – od męża. A jest to człowiek niemieckich elit. Strach bierze pomyśleć, że tak jak on myślą obecne niemieckie „znaczące” osoby.

Po trzecie, zastanawiam się czy od 1990 roku wszystkie siły polityczne w Polsce nie za bardzo odpuściły Niemcom, skupiając się jedynie na komunie i wszetecznej Rosji? Trzeba było aż obecnej postawy Niemiec w sprawie wojny na Ukrainie, żeby obudzić się? Oczywiście – jak zawsze my – z ręką w naczyniu nocnym.

 

 

KRZYSZTOF M. KAŹMIERCZAK: Sąd nad Ziętarą

Uniewinnienie byłych ochroniarzy Elektromisu oskarżonych o porwania Jarosława Ziętary było spodziewane, ale w dniu ogłoszenia wyroku na sali sądowej padły słowa, które nie powinny być tam wypowiedziane. Sąd zajął się nie tylko kwestią oceny odpowiedzialności oskarżonych, ale też dokonał osądu… ofiary.

Spodziewałem się uniewinnienia oskarżonych, bo w jakimś sensie sąd miał związane ręce wcześniejszym nieprawomocnym wyrokiem uniewinniającym Aleksandra G. oskarżonego o podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary (wyrokiem, do którego doszło w skandalicznych okolicznościach w dniu napaści Rosji na Ukrainę). Jeśli przed tym samym wydziałem sądu uznano uprzednio, że nie doszło do podżegania do porwania, to oczywistym jest, że nie można było teraz skazać kogoś za zrealizowanie tego porwania. Taka jest logika prawna i procesowa. Pominę tu budzącą duże wątpliwości argumentację sądu w odniesieniu do materiału dowodowego przeciwko zasiadającym w ławie oskarżonym. Na to przyjdzie czas, gdy powstanie pisemne uzasadnienie wyroku i zapewne zostanie złożona apelacja podważająca zasadność tego wyroku. Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad nieformalnym werdyktem sądu, który dotyczył ofiary zbrodni. W ustnym uzasadnieniu sąd stwierdził, że dziennikarski dorobek Jarosława Ziętary „był wręcz ubogi”, że publikował głównie artykuły niskiej rangi.

Tak, Jarosław Ziętara był młodym dziennikarzem, ale miał nadspodziewanie duże jak na jego wiek doświadczenie zawodowe, a w dorobku liczne poważne artykuły, w tym wiele dotyczących przestępstw i nieprawidłowości czasów transformacji ustrojowej. Pracował jako dziennikarz od początku studiów i jego kompetencje oceniano na tyle dobrze, że jeszcze jako student uzyskał etat w prestiżowym wtedy tygodniku „Wprost”, o pracy w którym marzyło wówczas wielu młodych dziennikarzy. Potem bez trudu zatrudniono go w silnym regionalnym dzienniku – „Gazecie Poznańskiej”, do pracy, w której było także wielu chętnych (sam ubiegałem się w niej o etat znacznie dłużej niż Jarek). Gdyby zebrać wszystkie artykuły Ziętary, które opublikował, by unaocznić sądowi jego dorobek, to trzeba byłoby dodać do akt procesu kolejny obszerny tom.

Sąd w uzasadnieniu uniewinnienia oskarżonych o porwanie nie ograniczył się do obniżania rangi tego co napisał Jarosław Ziętara, ale też wytknął mu, że w tygodniku „Wprost” opublikowano sprostowanie do jednego z jego artykułów. Gdyby sprostowania były miarą oceny kompetencji dziennikarskich, to trzeba byłoby zakwestionować kompetencje chyba większości dziennikarzy, w tym również wielu utytułowanych za swoje dokonania zawodowe. Argument wydrukowania sprostowania zdumiewa, tym bardziej że – w myśl prawa i orzecznictwa – jego opublikowanie samo w sobie nie rozstrzyga wcale, iż dany artykuł jest nierzetelny. A w tym konkretnym przypadku niewątpliwie Jarosław Ziętara nie dopuścił się żadnych dziennikarskich uchybień (chodzi o artykuł „Wspólnik in blanco” odsłaniający kulisy powiązań popeerelowskich i patologię działania organów ścigania; okoliczności te zostały wyjaśnione m.in. w książce „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa”).

Kwestionując kompetencje Jarosława Ziętary sąd stwierdził też, że napisał pochwalny artykuł o Art. B. To również jest nieprawdą. Jego tekst miał charakter informacyjny, przedstawiał szczegółowo specyficzny sposób podejścia do biznesu właścicieli tego przedsiębiorstwa, które niedługo później stało się celem zainteresowania organów ścigania.

Co jednak najważniejsze, nawet gdyby Jarosław Ziętara nie opublikował nigdy żadnego dużej rangi artykułu (a tymczasem było ich sporo), nawet gdyby pisał wyłącznie o muzyce czy sporcie, a nie o aferach i polityce, a nawet gdyby jeszcze nic w życiu nie opublikował, to nie widzę jakichkolwiek podstaw do tego, żeby dokonywać oceny dorobku dziennikarskiego ofiary zbrodni. Jarka zamordowano nie za to co opublikował, tylko za przygotowywaną przez niego publikację, za dążenie do ujawnienia wyników jego ustaleń dziennikarskich. Nie ma wątpliwości, są na to potwierdzenia, że od jesieni 1991 roku Jarosław Ziętara zajmował się sprawą przekrętów gospodarczych na ogromną skalę, w które zamieszane były firmy znanych i majętnych wielkopolskich biznesmenów.

To, że ustalenia Ziętary nie zostały opublikowane dowodzi tylko jednego – skuteczności zleceniodawców i realizatorów zbrodni. Była ona tak zaplanowana i przeprowadzona, aby wraz ze śmiercią poznańskiego dziennikarza uzyskać gwarancję tego, że brudy, które wytropił nie zostaną ujawnione. Dlatego przez kilka dni torturowano go wymuszając od niego informacje o jego ustaleniach i przejmując zgromadzoną przez niego dokumentację.

Na koniec – to co zrobił sąd tym bardziej zdumiewa, że nie musiał on wcale zajmować się Jarosławem Ziętarą jako dziennikarzem, nie musiał wypowiadać się na temat jego dorobku. Przedmiotem procesu był przecież nie on, lecz czyn przypisywane przez prokuraturę oskarżonym. Tymczasem w Poznaniu odbył się sąd nad Jarosławem Ziętarą. Byłych ochroniarzy Elektromisu uniewinniono. Dziennikarza oceniono, zdeprecjonowano. Nie zgadzam się na to. Składam niniejszym apelację od „wyroku” na Jarka Ziętarę…