WOŁODYMYR SYDORENKO: Kłamliwa propaganda Rosji po tragedii w Przewodowie uderza w Polskę

Eksplozja rakiety na terytorium Polski dała rosyjskiej propagandzie nowy impuls do kolejnych kłamliwych operacji informacyjnych.

Rosyjskie serwisy z siedzibą na Krymie, w szczególności serwis informacyjny ForPost w Sewastopolu, piszą, że Polska rzekomo uznała już tragedię w Przewodowie za oficjalny powód wprowadzenia wojsk na zachód Ukrainy, o czym Polacy mają niby od dawna marzyć. Kraj-agresor zawsze wierzy, że wszystkie otaczające go kraje mają takie same agresywne plany jak on. Portal pisze, że „od dawna było dla wszystkich jasne, że obecna sielanka Ukrainy z Polakami i Amerykanami zakończy się utratą dla niej terytoriów. Prawie nikt w to nie wątpi”. Oczywiście strona nie precyzuje od kiedy było to „dawno” i kto jest tym „każdym”, kto to rozumie.

Rosyjscy dziennikarze w swojej propagandzie używają coraz większych bzdur. Serwis pisze, że gdyby sytuacja na Ukrainie mogła się skomplikować, to „kuratorzy anglosascy prawdopodobnie zdecydują się na wprowadzenie do gry >zawodnika rezerwowego<, czyli zainicjują udział w wojnie polskich oddziałów, które jednocześnie mogą przejąć dla siebie dużą część Ukrainy”. Później rosyjscy propagandyści bredzą jeszcze bardziej: w przypadku widma przegranej Ukrainy, której ich zdaniem nikt na świecie nie może wykluczyć, „perspektywa włączenia polskiej armii do gry stają się coraz bardziej prawdopodobna. Pytanie jest tylko, w jakim formacie można jej użyć”. Rosyjscy kłamcy rozważają różne warianty – w postaci „misji pokojowej” lub kontyngentu wojskowego „w celu ochrony etnicznych Polaków mieszkających na terytorium zachodniej Ukrainy” czy też w postaci „korpusu ochotniczego” do „ratowania ludność Galicji i Wołynia”. Dzięki tej liście rosyjscy propagandyści ujawnili wszystkie opcje, które z reguły sami rozważają przy każdej interwencji lub agresji.

Rosyjscy propagandyści starają się udowodnić wyimaginowaną „agresywność Polski” na przykładzie tego co rzekom ma się dziać na Białorusi. Piszą, że to na granicy z Białorusią „zachodnie służby specjalne prowadzą prace nad symulacją konfliktu w celu zaangażowania sił zbrojnych Polski”. Mówią o „szerokim wachlarzu prowokacji w stosunku do Białorusi”, choć nie mogą podać na to ani jednego dobrego przykładu. Niemniej jednak konkludują, że „Polska aktywnie szuka pretekstu do rozpoczęcia od dawna planowanego ataku” albo na Białoruś, albo na Ukrainę. Swój kłamliwy wniosek popierają faktem, że Ukraina przyjęła ustawę o ustanowieniu prawnych i socjalnych gwarancji dla obywateli Rzeczypospolitej Polskiej znajdujących się na terytorium Ukrainy, co jest rzekomo „prawnym uzasadnieniem wprowadzenia wojsk polskich na Ukrainę”. A jednocześnie rosyjscy kłamcy twierdzi, że Polska rzekomo chce przejąć „nie tylko zachodnią Ukrainę, ale także zachodnią Białoruś”.

Ten nonsens jest „wzmacniany” przez Sztab Generalny Białorusi. Zastępca jego szefa, generał dywizji Valery Hnilozub, powiedział niedawno moskiewskim gazetom i agencjom informacyjnym, że „militaryzacja Polski mówi o przygotowaniu Warszawy do ofensywnej wojny”.

„Militaryzacja państw ościennych, przede wszystkim Rzeczypospolitej Polskiej, postępuje w alarmującym tempie. To kurs polityczny, który wyraźnie wskazuje na przygotowania Warszawy do wojny, a nie defensywy, jak stara się to przedstawiać polskie kierownictwo wojskowo-polityczne” – cytuje słowa generała agencja BelTA.

Według Hnilozuba, Polska rozpoczęła przygotowania do sformowania dwóch dodatkowych dywizji zmechanizowanych wojsk lądowych i nie dopuszcza on myśli, że jest to odpowiedź Polski na coraz większe zagrożenie ze strony Rosji dla wszystkich krajów europejskich.

Białoruski Sztab Generalny zakłada, że ​​w przyszłości budowanie potencjału bojowego faktycznie pozwoli Polsce na prowadzenie operacji wojskowych o ograniczonych celach bez wsparcia sojuszu NATO.

A Dmytro Polyanskyi, pierwszy zastępca stałego przedstawiciela Rosji przy ONZ, również zauważył, że „podejmowana jest próba wywołania bezpośredniej konfrontacji militarnej między NATO a Rosją, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla całego świata”. Nie ma w tym jednak nic dziwnego – agresor zawsze obwinia o agresywne zamiary wszystkich wokół siebie, aby w końcu zrzucić winę na ofiarę. Jak mówi ukraińskie powiedzenie: wilk zawsze myśli, że winne jego głodu są owce, które spokojnie pasą się wokół niego.

 

WALTER ALTERMANN: „Zagrał Wawrzeka…” i inne deprymujące przygody języka

Na portalu Radia Zet, 13.11. 2022 r., w artykule: „Marek Kondrat zarabia fortunę. Zbił majątek na reklamach” pani Łucja Siennicka w jednym z pierwszych zdań napisała: „Zaczęło się od roli Wawrzeka w ‘Historii żółtej ciżemki…’”

Cały artykuł nie wstrząśnie światem fanów aktora, nic nie wnosi do metod tworzenia podobnych mu artykułów, ale w jednym jest pouczający. Otóż rola, którą zagrał p. Marek Kondrat w „Historii żółtej ciżemki” nazywa się zupełnie inaczej. Zagrał on bowiem Wawrzka. A w nominativum jest to Wawrzek. Ciarki chodzą po grzebiecie, gdy okazuje się, że z tym staropolskim imieniem autorka zetknęła się po raz pierwszy. Nie spodziewałem się, że jakiś dziennikarz nie potrafi odmienić tego. pospolitego jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, imienia.

A jego historia jest ciekawa. Bierze się ono od traktowanego metafizycznie ziela, jakim jest popularny laur. W antyku na głowy zwycięzców wkładano wieniec, właśnie laurowy, który był oznaką siły, męstwa i szczęśliwej fortuny. Stąd wzięło się pojęcie laureat oraz imię Laurenty, powszechne w Europie jeszcze do pierwszej połowy XX wieku. W Polsce nazwę laur zamieniono na wawrzyn. I dlatego mamy też imię Wawrzyniec. A Wawrzek jest zdrobnieniem od Wawrzyńca.

Tu powiem, że zarówno dorosłego Wawrzyńca, jak i Wawrzka, odmienia się w języku polskim całkiem zwyczajnie, jednakże z bacznym uwzględnieniem, w niektórych przypadkach, „e”. Bo mamy tu do czynienia z tzw. obocznością, na skutek czego samogłoski w jednych pozycjach są, a w innych znikają. Zatem, w przypadku odmiany imienia Wawrzek, owo nieszczęsne dla p. Siennickiej „e” występuje jedynie w mianowniku.

Czyli mamy tak: mianownik – kto?, co? – Wawrzek; dopełniacz – kogo?, co? – Wawrzka;, celownik – komu? czemu? –  Wawrzkowi; biernik – kogo? co? Wawrzka; narzędnik – z kim”, z czym? – Wawrzkiem; miejscownik – o kim? o czym? – o Wawrzku i wołacz –o! –Wawrzku!

No i jeszcze jedno: do rosołu, żurku, bigosu dodajemy obowiązkowo liść laurowy, ale nie liść wawrzynu, a już Broń Boże mniemanego Wawrzeka.

Pomysł na poprawność

Pomyłki językowe w naszych stacjach telewizyjnych są denerwujące. Dlatego pozwalam sobie opublikować tu mój własny, oryginalny pomysł, który pomógłby widzom, a mówiących z ekranu zdyscyplinowałby. Otóż! Na pasku, zamiast podawania informacji, w których to informacjach fakty są zawsze poplątane z opiniami, powinna być żywa errata.

Czym byłaby ta żywa errata? Na bieżąco, natychmiast powinny płynąć poprawki językowe. I tak: gdy poseł mówi „tamtą razą”, to dyżurujący w studio etatowy językoznawca pisze poprawną wersję: „tamtym razem”. I to idzie na pasku. Bez względu na autorytet osoby! Jeżeli prezydent, szef partii, posłowie, profesorowie mylą się – też płynie na pasku poprawka.

Mówiący zaczęliby być ostrożni, mówiliby z rozmysłem, skutkiem czego – być może – mówiliby też rozsądniej. Czego Państwu i sobie gorąco życzę.

Sporty sylwetkowe

Dawnymi laty istniała kulturystyka. Było to zajęcie dla pragnących lepiej wyglądać, po zdjęciu ubrania. I to rozumiem, bo szczególnie za młodu ludzie często stają bez ubrania, wobec innych nieznanych wcześniej ludzi, również rozebranych.

Kulturystykę uprawiano w domu oraz w małych salkach mniejszych klubów sportowych. Dla klubu były to zajęcia poboczne, choć przynoszące klubom dopływ żywej gotówki, bo kulturyści trochę za salę i sprzęt płacili. Z czasem pojawiły się zawody kulturystyczne, w czasie których prężono i napinano różne mięśnie karku, grzbietu, brzucha, nóg i rąk. To wywoływało u jednych widzów zachwyt, u innych zaś zazdrość.

Oczywiście dochodziło też do przykrych widoków, gdy kulturystki przypominały kulturystów. Oglądając czasem migawki z takich pokazów, zaczynałem się bać intymnych spotkań z kulturystkami. Na szczęście jednak ominęły mnie bliższe kontakty z takimi wytrenowanymi paniami. Ale bałem się istotnie, bo przecież nigdy nie wiadomo jaki triceps czy biceps kryje się pod sukienką.

Z czasem, na skutek postępu cywilizacji, wymagającej od każdego z nas dbania o zdrowie i dobry wygląd, upowszechniły się na świecie różne gymy, siłownie i fitnesy. I miejsca te, wyposażone w okropne maszyny do „robienia mięśni” – stały się całkiem dochodowymi miejscami, dla ich właścicieli. A co do ćwiczących… Nie mam nic przeciw temu trendowi, przecież każdy może spędzać czas jak uważa. Może pływać, biegać lub ćwiczyć hantlami. Jednak trochę mnie śmieszy określenie, które się ostatnio pojawiło, a jest nim pojęcie „sporty sylwetkowe”.

Ja wiem, że stoi za tym całkiem spory biznes, rozumiem, że dla producentów maszyn do ćwiczeń, przypominających zresztą średniowieczne machiny do tortur, liczy się bardzo, żeby te zajęcia mięśniowe jakoś lepiej nazwać. No i mamy – sporty sylwetkowe.

Jest to obraza sportu. Przez sport od zawsze rozumiano szlachetne zmagania o wynik! Owszem, zawsze wiedziano, że nie każdy z nas może mistrzowsko rzucać młotem, pchać kulą czy miotać oszczepem. Jednak w każdej dyscyplinie sportowej startujący zawodnicy mieli podobne sobie warunki fizyczne. I nie walczyli na wygląd klaty, czy brzusznego kaloryfera.

Piszę o tym, pozornie błahym przypadku, bo jest to signum temporis. Dzisiaj wszystko chce się sprzedać pod lepszą nazwą. A sporty sylwetkowe mają przecież lepszą nazwę niż kulturystyka. W sumie takie przyklejanie się fitnessu do sportu jest przykre i tumaniące.

Apel do sprawozdawców sportowych

Jeżeli jesteśmy już przy sporcie… Fascynują mnie język sprawozdawców sportowych. Opowiadają, relacjonują, wyjaśniają co dzieje się – na przykład – na boisku piłkarskim. Wydawałoby się, zajęcie nie najtrudniejsze. I miłe, bo sporty to ruch, na świeżym powietrzu, i choć sprawozdawcy sami nie biegają, nie kopią, to jednak tzw. „okoliczności” są w sumie przyjemne. Zatem sportowi dziennikarze powinni być rozluźnieni i spokojni.

Ale nie. Z momentem, gdy tylko sędzia gwizdnie na rozpoczęcie widowiska, sprawozdawcy stają się co najmniej doktorami habilitowanymi. Czyli mówią językiem napuszonym, wyszukanym, pełnym określeń, których ani zawodnicy, ani widzowie nie używają.

Mam więc apel.

Panowie dziennikarze od sportu, odpuście sobie. Więcej luzu, sport to w końcu tylko zabawa. Nie róbcie narodowej tragedii, gdy Legia dołuje, a reprezentacja gra na swoim odwiecznym poziomie, czyli marnie. I przestańcie mówić, że zawodnik „doskonale antycypował zachowanie rywala. Mówcie, że przewidział, gdzie poleci piłka, gdzie poda przeciwnik. I wyrzućcie ze swego słownika raz na zawsze: presowanie i progres.

Przed laty śmieszył mnie pewien łódzki sprawozdawca, który w emocjach krzyknął do mikrofonu: „Sadek rypnył piłkie płaskiem lobem”. Dzisiaj wolałbym już stokroć tamtego pana.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zdrajcy z PKWN i bohaterowie z Londynu

W 1944 r. bolszewicy pisali do Stalina, że wkroczenie Armii Czerwonej Polacy uznają za „początek rosyjskiej okupacji”. Wiedzieli, że nie mają poparcia, dlatego władzę przejmowali bezprawnie. Kłamali, że to rząd w Londynie działa na podstawie „nielegalnej” konstytucji kwietniowej z 1935 r. Rządząc przez następne dekady niszczyli i dyskredytowali legalne polskie władze na uchodźstwie.

Bolszewicy kłamali także, że walczą z polskimi „faszystami”. W 1944 r. wkraczającej Armii Czerwonej towarzyszył Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Bolszewicy utworzyli go 22 lipca 1944 r. w Chełmie (faktycznie w Moskwie – tu odbyły się pierwsze trzy posiedzenia), w składzie, m.in.: Edward Osóbka-Morawski, Wanda Wasilewska, Andrzej Witos, Michał Rola-Żymierski, Wincenty Rzymowski. „Doradzał” sowiecki gen. Nikołaj Bułganin, który według Nikity Chruszczowa „miał uprawnienia specjalne, włączając w to władzę nad [polskim] wojskiem”.

Podobnie było w 1920 r. Wtedy, 23 lipca w Smoleńsku (faktycznie w Moskwie), bolszewicy stworzyli Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, zwany Polrewkomem, jako zalążek przyszłej komunistycznej władzy. Towarzysze – m.in. Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Feliks Kon, Józef Unszlicht – przemieszczali się pociągiem pancernym za frontem wkraczającej Armii Czerwonej. „Manifest do polskiego ludu roboczego miast i wsi”, autorstwa Dzierżyńskiego, mówił wprost o likwidacji II Rzeczypospolitej i powstaniu Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad. „Doradzał” sowiecki komisarz Iwan Skworcow-Stiepanow.

Na zdobytych terenach Podlasia i części Mazowsza bolszewicy bez powodzenia tworzyli Polską Armię Czerwoną, wydawali w języku polskim „Gońca Czerwonego”, a przede wszystkim, w ramach terroru rewolucyjnego, represjonowali, grabili i mordowali Polaków – np. w Białymstoku rozstrzelali przedstawicieli miejscowej elity, w tym prezydenta miasta. Wobec klęski Armii Czerwonej Polrewkom musiał uciekać z Polski i ostatecznie został rozwiązany.

Odpowiednikiem „Manifestu do polskiego ludu roboczego miast i wsi” był „Manifest PKWN”. Odpowiednikiem Polskiej Armii Czerwonej było ludowe Wojsko Polskie, a „Gońca Czerwonego” „Trybuna Ludu”.

Manifest stwierdzał, że jedynym legalnym źródłem władzy w Polsce jest komunistyczna, uzurpatorska Krajowa Rada Narodowa, a powołany przez nią PKWN „legalną tymczasową władzą wykonawczą”. Tymczasem jedyny legalny rząd emigracyjny w Londynie, działający na podstawie przedwojennej konstytucji kwietniowej, owi czerwoni przestępcy określili jako „władzę samozwańczą”. Następował kolejny krwawy etap rozprawy z polskimi niepodległościowcami.

Błędem byłoby twierdzenie, że PKWN to tylko przeszłość, że odszedł razem z klęską komuny. No bo przecież komuna wcale od nas nie odeszła, ona trwała w najlepsze rozkradając nasz kraj. Dzieci i wnukowie owych PKWN-owców, dzięki Okrągłemu Stołowi, do niedawna rządziły Polską.

O tym, że ludzie PKWN nie zniknęli, tylko zachowali, a nawet zwielokrotnili wpływy (także zyski), najlepiej świadczył uroczysty pochówek – w 2014 r. – Wojciecha Jaruzelskiego w miejscu, gdzie nigdy nie miał prawa być pochowany, czyli na warszawskich Powązkach Wojskowych – nekropolii polskich bohaterów. Przywódcę komunistów polskich władze III RP pożegnały z najwyższymi honorami państwowymi, wojskowymi i kościelnymi.

Z drugiej strony – za czasów PO-PSL – zablokowano prace ekshumacyjne polskich bohaterów na cmentarzu na Służewie i na „Łączce” Powązek Wojskowych. W prawdziwie wolnej, niepodległej Rzeczpospolitej taka postawa byłaby niemożliwa, wręcz piętnowana. Tak jak niemożliwe byłoby dalsze trwanie Pałacu Stalina (pod kamuflującą nazwą Pałacu Kultury i Nauki). II RP kazała rozebrać okupacyjnego kolosa – sobór Aleksandra Newskiego na ówczesnym Placu Saskim.

Współczesne pseudoelity rodem z PKWN nie chciały też rozliczać komunistycznej przeszłości. Nie sądziło się oprawców za stosowanie drakońskiego prawa, lecz za jego naruszenia. A zatem całkiem prawomocne i legalne było ściganie, strzelanie do AK-owców i WiN-owców, a jedynie odrobinę nieprawomocne było wyrywanie im paznokci podczas ubeckich śledztw. Takie podejście do stalinowskiej przeszłości powodowało, że w Polsce nie nastąpiła moralna odnowa, odbudowa wartości narodowych. W świetle dzisiejszego prawa i aktywności lobby broniącego oprawców z UB, czy Informacji Wojskowej (później znana pod nazwami WSW i WSI), haniebny proces rotmistrza Witolda Pileckiego był całkiem praworządny. Bo przecież sędziowie w polskich mundurach (nie było istotne, że naprawdę byli przebierańcami, ludźmi sowieckimi) sądzili szpiega i bandytę. A dziś postkomunistyczne media (prym wiedzie tygodnik Polityka) kłamią, że Witold Pilecki poszedł na współpracę z oprawcami z UB.

Przedwojenna Polska została wymordowana przez PKWN-owców. Ci, którzy zdecydowali się wrócić z Londynu – wojskowi, politycy, twórcy – w najlepszym razie byli represjonowani i inwigilowani. Przedwojenne elity Rzeczpospolitej zostały poddane cenzorskiej obróbce i bolszewickiej propagandzie. Komuniści zastosowali wobec wolnych Polaków jeszcze potworniejszy oręż – zapomnienie. Stąd obywatele współczesnej Rzeczpospolitej zdecydowanie bardziej kojarzą takich niegodziwców i zbrodniarzy, jak Jaruzelski, Kiszczak, Urban, Bierut czy Gierek, niż wspaniałych przedstawicieli polskich elit wojskowych i cywilnych, by wymienić tylko Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego, gen. Stanisława Sosabowskiego, czy gen. Stanisława Maczka (wyzwoliciel Bredy jest w tym gronie ciut bardziej rozpoznawalny), pisarza Józefa Mackiewicza, Ferdynanda Goetela, Sergiusza Piaseckiego…

Mamy jeszcze smutny aspekt międzynarodowy. Niestety, nasi wojenni sojusznicy uznali (w lipcu 1945 r.) emanację PKWN – Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej za legalną władzę w Polsce, odmawiając poparcia jedynemu legalnemu rządowi w Londynie.

Teraz sprowadziliśmy z Cmentarza Lotników Polskich w Newark w Wielkiej Brytanii i pochowaliśmy w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie prochy trzech prezydentów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej na uchodźstwie: Władysława Raczkiewicza, Augusta Zaleskiego i Stanisława Ostrowskiego. To ważna dla Polaków symbolika, bo większość z nas dba o groby. I mam nadzieję, że godne, państwowe uroczystości wywołały refleksję, że ci nasi krajanie, mężowie stanu wrócili do Ojczyzny po latach przymusowego wygnania. A ich nazwiska choć na moment stały się trochę bardziej bliskie.

Ale czy ten uroczysty pochówek najwyższych reprezentantów Polski pociągnie za sobą coś więcej? Restytucję polityczną, prawną i moralną prawdziwie wolnej i niepodległej Ojczyzny, jaką była II RP? Napisanie nowej konstytucji – odwołującej się nie do tej stalinowskiej, z 1952 r., ale kwietniowej z 1935 r.?

Dopiero wtedy będziemy mogli bez wahania powiedzieć, że wybór prezydentów Raczkiewicza, Zaleskiego i Ostrowskiego (a także Edwarda Raczyńskiego – spoczywa w rodowym mauzoleum w Rogalinie, oraz Kazimierza Sabbata – pozostał wolą rodziny na cmentarzu Gunnersbury w Londynie) przyniósł wymierne efekty. Że ci wybitni Polacy wygrali swoją batalię! A skoro oni wrócili, „prezydenta” Bieruta i innych komunistów powinniśmy odesłać tam, gdzie ich miejsce – do Moskwy.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Ani za sandałem ani za tykwą

Nie wiem co się stało w Przewodowie. To stwierdzenie zapewne ściągnie na mnie falę gromów, ponieważ większość już przecież „wie”. Chociaż nie było żadnego śledztwa, a osoby dramatu podają sprzeczne wersje.

Prawda wydaje się tu w ogóle mało komu potrzebna.

„Nareszcie”

Dla jednych o niebo ważniejsze od jakiejkolwiek prawdy jest to, że „winien jest PiS”. Autentycznie. A, bo zareagował za wolno, bo zareagował za szybko, bo „nasza obrona przeciwlotnicza nie obejmuje całości terytorium kraju”. Tak jakby obrona przeciwlotnicza jakiegokolwiek kraju obejmowała całość terytorium. Niektórzy twierdzą, że tak jest w Izraelu, ale po pierwsze nie do końca, a po drugie Izrael ma terytorium wielkości województwa podlaskiego. Pośród „totalnych” influenserów w internecie i to takich obserwowanych przez „totalne” polityczne tuzy, o lepsze walczy również teoria o tym, że to Putin i Łukaszenka wspierają PiS dając mu pretekst do „wprowadzenia stanu wojennego” żeby móc „odwołać wybory”. Naprawdę.

Dla innych z kolei najważniejsze jest że „nareszcie mamy ruskich”. Ci już wzywali do sięgnięcia po artykuł 5. NATO, który wbrew oczekiwaniom, nie jest automatyczny, ale może prowadzić do wspólnej akcji zbrojnej, czyli de facto wojny. A jeśli nie sięgnięcia po artykuł 5. NATO, to przynajmniej po jakąś rezolucję ONZ.

Jeszcze inni za najbardziej istotne uznali, że „nareszcie mamy ukrów”. Nareszcie „możemy pokazać jacy są naprawdę”. Naprawdę? Owszem, uważam, że Zełenski mógł powiedzieć „nie wiemy co się stało, badamy to, ale jeśli okaże się, że to nasza rakieta, przeprosimy i zrobimy wszystko by zadośćuczynić rodzinom ofiar”, z komunikatem o „rosyjskim ataku” nie zwlekał. Ale czy naprawdę ten tragiczny w skutkach, ale raczej wypadek, mógłby świadczyć „o Ukraińcach”, którym właśnie ruscy palą kraj i zabijają dzieci? A, że „chcą nas wciągnąć do wojny” to cóż to za odkrycie? No jasne, że chcą. To jest w ich najgłębszym interesie i gdybyśmy byli na ich miejscu, mam nadzieję, że robilibyśmy to samo. Na szczęście, póki co, nie jesteśmy.

Ani za sandałem ani za tykwą

A mnie by się marzyło żebyśmy nie biegli ani za sandałem, ani za tykwą (patrz „Latający Cyrk Monty Pythona”), tylko żebyśmy pamiętając o ofiarach, zastanowili się nad tym, gdzie w tym wszystkim leży NASZ interes i bezpieczeństwo NASZYCH dzieci. Bo logicznie rzecz biorąc jest to raczej wypadek. Po nerwowej reakcji Rosji widać, że nie chce ryzykować starcia z NATO, Ukraińcy musieliby oszaleć, żeby narazić na szwank stosunki z najbardziej przyjaznym sobie krajem. Ale czy prawdą obiektywną jest jakoś tak oficjalnie-nieoficjalnie przebąkiwana wersja o „rakiecie ukraińskiej”, czy też rację mają ci, którzy spekulują, że jednak mogła to być rakieta rosyjska, a „ukraińską” została dla świętego spokoju? Być może nigdy nie będziemy pewni czy znamy prawdę.

Napiszę brutalnie, choć prawda ma znaczenie ogromne i wszyscy w naturalny sposób dążymy do jej poznania, to tutaj nasz interes jako państwa i bezpieczeństwo naszych dzieci, są wartością jeszcze ważniejszą. Dlatego cieszę się, że rządzący nie dali się sprowokować do „szybkiej reakcji”, ani przez twitterowych mędrków, ani przez orzekające o „rosyjskiej winie” ukraińskie komunikaty. Oby chłodnej głowy wystarczyło im do końca kryzysu. Ja również, jak wiecie, mam różne do nich różne pretensje (patrz mój poprzedni tekst na stronie SDP), ale w tej sytuacji muszę im zaufać, my musimy, bo jakie mamy wyjście? Przeprowadzić referendum?

Mam tylko nadzieję, że Twitter nie jest wiernym odbiciem struktury społecznej Polski, bo jeśli tak (z nielicznymi chlubnymi wyjątkami) to możliwe, że w razie czego zatłuczemy się nawzajem, zanim ruscy poradzą sobie z płotem na granicy.

JOLANTA HAJDASZ: Kluczowa będzie rzeczowa, powściągliwa informacja a nie emocjonalny przekaz

Wiele osób ma za sobą nieprzespaną noc  – wtorkowe wydarzenia późnego popołudnia i wieczoru  przykuły nas do telewizorów i internetu na wiele godzin i nie możemy się oszukiwać, iż była to niczym nieuzasadniona chęć zaspokojenia ciekawości. Od początku agresji Rosji na Ukrainę zadawaliśmy sobie pytanie co zrobić w sytuacji gdy Polska zostanie zaatakowana i wiele wskazuje na to, iż mamy do czynienia z taką sytuacją. Celowy atak, czy raczej prowokacja,  testowanie odporności NATO i możliwości obronnych Polski – to możliwe scenariusze tego samego zdarzenia.

We wtorek  we miał miejsce kolejny wielogodzinny zmasowany ostrzał całego terytorium Ukrainy i jej infrastruktury krytycznej prowadzony przez siły zbrojne Federacji Rosyjskiej. Reżim moskiewski zaatakował rakietami cele w wielu regionach Ukrainy. Ucierpiała oczywiście energetyka i inne cele wojskowe, ale również cywile. Rakiety uderzyły między innymi w budynki mieszkalne w Kijowie. Rzecznik ukraińskich sił powietrznych przekazał, że rosyjskie wojska wystrzeliły w sumie około 100 rakiet – najwięcej od czasu rozpoczęcia inwazji 24 lutego. I nagle o godzinie 15:40 na terenie wsi Przewodów w powiecie hrubieszowskim w województwie lubelskim spadł pocisk, w wyniku czego śmierć poniosło dwóch obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, dwóch naszych rodaków, rolników. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych około północy potwierdziło, że był to pocisk produkcji rosyjskiej, zakomunikowano także że w związku z tym zdarzeniem minister spraw zagranicznych prof. Zbigniew Rau wezwał ambasadora Federacji Rosyjskiej do MSZ z żądaniem niezwłocznego przekazania szczegółowych wyjaśnień.

Tyle fakty. Milczenie przez kilka godzin polskich władz, a potem ta bardzo  wyważona reakcja prezydenta i premiera uświadomiła chyba każdemu, z jak poważną sytuacją mamy do czynienia. Premier Mateusz Morawiecki powiedział wprost – apeluję do wszystkich Polaków, aby zachować spokój wokół tej tragedii. Bądźmy rozważni. Nie dajmy sobą manipulować. Musimy kierować się powściągliwością i rozwagą — powiedział. Musimy być razem. Razem jesteśmy bezpieczni i nie damy się zastraszyć — dodał. Ku zaskoczeniu wielu w podobnym tonie wypowiedział się w mediach społecznościowych przywódca opozycji Donald Tusk. Na twitterze napisał iż w sytuacji zagrożenia, niezależnie od wewnętrznych sporów i różnic, wszyscy musimy być zjednoczeni i solidarni. W tej trudnej chwili będziemy razem. – napisał Tusk.  Oczywiście dobrze że to zrobił choć trudno nie zapytać gdzie był przez ostatnie 265 dni wojny na Ukrainie? Czy naprawdę nie można było wcześniej zaprezentować takiej racjonalnej postawy, wydawałoby się wręcz jedynej dopuszczanej wobec nieprzewidywalności kraju , z którym sąsiadujemy od wieków na wschodzie. Możemy sobie tylko życzyć, by politycy opozycji do tej pory totalnie krytykujący każde nawet najbardziej racjonalne działania  obecnego rządu, zastosowali się do głosu jednego ze swoich liderów. Solidarność Polaków będzie teraz niezwykle pożądaną cechą.

Najbliższe dni pokażą nam bowiem czym tak naprawdę jest wybuch rosyjskich rakiet na naszym terytorium.Istotne będzie także to, które  państwa  jednoznacznie i głośno wyrażą solidarność z Polską i jak się będą zachowywać i wypowiadać przywódcy państw NATO, bo przecież mamy do czynienia z akcją wymierzoną w jedność NATO, a biorąc pod uwagę najkorzystniejsze na Federacji Rosyjskiej scenariusze to koniecznie trzeba zakładać, iż celem takiego ataku na nasze terytorium  może być  dezintergracja i skłócenie Polaków, a w konsekwencji tak pożądane przez Rosję nastroje defetystycze, wzrost popularności postawy, która mówi  – nie drażnijmy Rosji. Dajmy sobie spokój z pomocą Ukrainie, to wszystko nas przerasta i prowadzi do ogromnie niebezpiecznego, bo międzynarodowego konfliktu. Jest to bardzo niebezpieczna postawa teraz , bo jeśli Rosja przekona się że po takim zdarzeniu jak wtorkowe  nie będzie stanowczej reakcji NATO,  nic nie uratuje pokoju.

Dlatego w najbliższych dniach tak ważne będzie tonowanie nastrojów społecznych, kluczowa będzie rzeczowa i wręcz powściągliwa informacja a nie oparty na emocjach przekaz , którym tak powszechnie posługują się współczesne media. To nie jest czas na ataki polityczne i deprecjonowanie działań rządu, to jest ten moment, gdy wszystkie media, wszystkie środki masowego komunikowania, od prawej do lewej strony, od publicznych po komercyjne  powinny uświadomić sobie to, iż teraz zdają egzamin z tego, czym jest odpowiedzialne dziennikarstwo i jak wiele od tego zależy. Niesprawdzone informacje, insynuacje, plotki i pogłoski, a przede wszystkim osłabianie polskich władz polskiego prezydenta i polskiego rządu poprzez tak powszechną jeszcze do wczoraj retorykę ośmieszania i totalnego krytykowania  wszystkiego, czym się Zjednoczona Prawica zajmuje i co zaproponuje – to powinno zniknąć z naszej medialnej rzeczywistości.

Odpowiedzialność  za słowo staje się aktualnie  pierwszą i najważniejszą powinnością mediów. Od tego jak teraz zachowamy się my, dziennikarze, zależy w dużej mierze bezpieczeństwo wszystkich Polaków

WALTER ALTERMANN: Kochajmy się jak bracia…

Nie zwykłem chwalić rządu z dwóch powodów. Po pierwsze – obecny rząd ma wystarczająco dużo przychylnych mu portali, prasy, radiostacji i telewizji, żebym i ja musiał rząd chwalić. Po drugie – chwalenie rządu zawsze staje w logicznej opozycji do dziennikarskiego obowiązku poszukiwania prawdy.

Mam zasadę, żeby równo rozdzielać razy – tak opozycji, jak rządowi. I również po równo chwalę. Choć oczywiście według realnych zasług. A ponieważ obecnie nie rządzi opozycja, więc rząd ma więcej okazji do strzelania gaf, popełniania błędów i wygadywania porażających herezji. Skutkiem czego, częściej biorę na cel rząd. I to nie z zamiarem chwalenia. Tym razem jednak przychodzi mi rząd pochwalić.

Skąd wzięły się obecne kłopoty

Świat i Europa dały się uwieść minom i łapówkom Putina. Wszyscy uznali go za fantastycznego faceta do robienia krociowego biznesu. Oczywiście w biegu po miłość Putina wygrywali Niemcy, od 1945 roku żyjący pod przemożnym wrażeniem siły Rosji i ogromnego przed nią strachu.

USA też dały się zwieźć, a właściwie z ochotą przystały na taki paradygmat – skoro Rosja daje zarobić, to jest już normalna. Podejrzewam, że na amerykańskich elitach duże wrażenie robiły też jachty rosyjskich elit – bo, skoro ktoś ma takie jachty, to z pewnością wojna mu niepotrzebna.

A Rosja? Putin liczył na pazerność kapitalizmu Zachodu. A był ośmielony, bo skoro Zachód przymknął oko na aneksję Krymu, to z pewnością przymknie też oczy na zabór całej Ukrainy. Na szczęście dla świata Zachód się obudził… Ale też, owo budzenie wymagało ogromnego wysiłku, głównie nas Polaków. A Niemcy właściwie jeszcze śpią, śniąc o milionach ton gazu płynącego rurociągami Nord Stream I i II.

Dobry interes naszego rządu

Tytuł tego felietonu jest połową znanego polskiego powiedzenia: „Kochajmy się jak bracia, lecz liczmy się jak Żydzi”. I jak w każdym przysłowiu najważniejsza jest puenta. Od razu zaznaczam, że to przysłowie, czy też powiedzenie, jest wyrazem szacunku dla Żydów, którzy interesy prowadzili rzetelnie, czyli dobrze.

Co to jest dobry interes? Ano taki, po którym obie strony są zadowolone. Zwykle jedna strona dostaje dobry towar, a druga przyzwoite pieniądze. Dodatkowo – przy dobrym interesie obie strony dochowują danego słowa lub zapisów umowy.

W obliczu rosyjskiej napaści na Ukrainę, wobec prowokacji na naszych wschodnich granicach i wobec ogólnie agresywnej polityki Rosji, rząd zdał sobie sprawę, że nasze możliwości militarne są, delikatnie mówiąc, bardzo ograniczone. Mamy armię za małą, a także marnie wyposażoną. Zatem stanął przed polskimi władzami naturalny problem – zwiększenia liczebności armii oraz dania naszemu wojsku odpowiednio dużo nowoczesnej broni. Być może zapowiedzi ministra Mariusza Błaszczaka o aż 300-tysięcznej armii są przesadzone, ale jej powiększenie jest przecież koniecznością.

Polska przekazała Ukraińcom wiele helikopterów, czołgów, pojazdów opancerzony, armat, haubic, dział i sporą część, z posiadanego we własnym arsenale, zestawów rakietowych i rakiet – od przeciwpancernych, po przeciwlotnicze. Można domniemywać zatem, że nasze magazyny uzbrojenia są dość puste. Dlatego od pierwszych dni wojny na Ukrainie – rząd zabiegał o zakupy uzbrojenia. I słusznie poszukiwał broni najnowocześniejszej.

Oczywiście znalezienie nowoczesnego uzbrojenia w Europie jest dzisiaj niemożliwe, bowiem Europa przez ostatnie 30 lat skutecznie się rozbroiła. Właściwie to nasi bogatsi sąsiedzi z Unii Europejskiej drastycznie ograniczyli produkcję nowoczesnych samolotów, rakiet, czołgów i pojazdów opancerzonych. Francja, Niemcy, Austria i Włochy są w sytuacji militarnej o wiele gorszej niż my. Biorąc jednak pod uwagę, że nie sąsiadują oni z Rosją Putina, to sytuację – mimo wszystko – mają lepszą.

Podejrzewam, że te państwa liczyły na taki scenariusz – co prawda Putin może zająć także Polskę i kraje bałtyckie, ale przecież do Niemiec, Austrii, Francji i Włoch nie dotrze. Zresztą Putin nie musiałby trzymać swej armii w podbitej Polsce, wystarczyłoby mu zapewnienie zachodu o demilitaryzacji podbitych krajów, o neutralności politycznej Polski… tak zapewne myślały te najbogatsze kraje Europy.

Gdzie znaleźć czołgi, rakiety i inne takie narzędzia

Zatem nowoczesną broń Polska może kupić jedynie w Stanach Zjednoczonych – takie było nasze myślenie na początku tej wojny. USA, owszem, chciały być sprzedawcą uzbrojenia, ale znacznie później niż oczekiwała Polska. No i doszedł jeden istotny warunek: USA nie chciały się zgodzić na przekazanie Polsce technologii produkcji pocisków do armat i dział, ani też współpracy przy produkcji uzbrojenia rakietowego. Krótko mówiąc, USA chciały nam sprzedawać wszystko, ale w dogodnym dla nich czasie, za pieniądze jakie oni zechcą i bez żadnego wejścia ich nowoczesnych technologii do Polski.

USA chciały powtórzenia scenariusza, jaki już nam podyktowali przy sprzedaży pierwszych F-16. W umowie stało jak byk, że przy okazji zakupu tych samolotów, USA zobowiązały się do offsetu nowoczesnych technologii. Kiedy minęło parę lat, a żadne przedsięwzięcia technologiczne ze strony USA nie pojawiły się, ówczesny rząd upomniał się o ten offset. Wtedy USA przedstawiły naszemu rządowi listę amerykańskich inwestycji technologicznych. Listę otwierały wytwórnie Pepsi Coli i Coca Coli, jeszcze z epoki Gierka. Potem było jeszcze śmieszniej.

Ale, ku zaskoczeniu wszystkich, do stołu zasiedli też przedsiębiorcy z Korei Południowej, którzy chcą nam sprzedać porównywalne z amerykańskim uzbrojenie, po niższych cenach i z dużym offsetem. Dla Koreańczyków Polska może stać się wrotami do inwestowania i do sprzedaży własnej produkcji na całą Europę. Z tego co słychać, Koreańczycy chcą naprawdę zainwestować w rozwój najnowszych technologii w Polsce. Jako starożytny naród Wschodu wiedzą bowiem, że zyskiem trzeba się podzielić.

Elektrownie atomowe a uzbrojenie

Temperaturę interesu z bronią podgrzał też fakt, że Polska chce budować elektrownie atomowe. Do stołu zasiedli znowu Amerykanie i Koreańczycy. To wywołało już u Amerykanów ogromne oburzenie. „Jak to być może – mówili do mediów amerykańcy urzędnicy, co prawda niżsi rangą, aliści zawszeć to urzędnicy rządowi – to my Polskę bronimy, a Polska chce kupować elektrownie atomowe u Koreańczyków?”

Na razie stanęło na tym, że jedną elektrownię wybudują nam Amerykanie, a drugą Koreańczycy.

I za takie wyjście muszę rząd pochwalić. To jest po kupiecku.

Duch narodu

Amerykanie wierzą, że są największymi demokratami, że zbudowali swe państwo od zera, że niepłacenie ceł za herbatę jest oznaka wolności… Cóż, każda nacja ma swoje mity, które ją spajają. I z mitami nie należy dyskutować, są poniekąd dogmatami wiary. Ale… przy okazji następnych interesów z USA – pamiętajmy, że doktryna tego mocarstwa jest taka: „To, co jest dobre dla Wal-Mart Stores, Exxon Mobil, General Motors jest dobre dla Ameryki”. Nie dziwmy się zatem, że każdy kolejny ambasador USA w Polsce bardzo dba o interesy amerykańskich koncernów.

A my zachowujmy się jak dobry kupiec. Nie obrażajmy się i nie dajmy się obrażać. Interes to interes.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Ukraina przy wsparciu świata zaczęła wypędzać rosyjskich najeźdźców ze swojej ziemi

Wyzwolenie Chersonia otworzyło ukraińskim siłom zbrojnym drogę nie tylko do Mariupola, Berdiańska i Melitopola, ale także do Donbasu i Krymu.

Operacja wyzwolenia Chersonia od rosyjskich najeźdźców została zaplanowana umiejętnie – żołnierze otoczyli okupowane miasto, odmówili frontalnego szturmu i krwawych bitew ulicznych, ale uderzeniami artyleryjskimi zniszczyli ośrodki logistyczne okupantów –  magazyny i bazy zaopatrzeniowe. Nieprzyjaciel nie miał innego wyjścia, jak opuścić niegdyś zajęte miasto i przenieść się na przeciwległy brzeg Dniepru. W poniedziałek, 14 listopada nad miastem uroczyście wzniesiono ukraińską flagę narodową z udziałem prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.

Wcześniej wyzwolenie obwodu charkowskiego, a teraz miasta Chersoń otwiera nowy etap wojny – ukraińskie siły zbrojne przejęły inicjatywę strategiczną i przy pomocy społeczności międzynarodowej, która zaopatruje ukraińską armię w zaawansowaną broń, rozpoczęły wysiedlanie wroga z okupowanego przez nich terytorium Ukrainy. Wyzwolenie Chersonia otworzyło ukraińskim siłom zbrojnym drogę nie tylko do Mariupola, Berdiańska i Melitopola, ale także do Donbasu i Krymu. Analitycy wojskowi twierdzą, że Rosja nie jest już w stanie odzyskać inicjatywy strategicznej i zostanie zmuszona jedynie do odwrotu. Owszem, wycofując się bombarduje  terytorium Ukrainy, uderza rakietami w infrastrukturę, obiekty cywilne, ale to im nie pomoże. Całkowita porażka może doprowadzić Rosję do rozpadu na odrębne, niepodległe państwa, które od dawna dążyły do ​​wyzwolenia spod rosyjskiego jarzma, a Putina do utraty władzy i procesu przed międzynarodowym trybunałem. I to będzie zwycięstwo społeczności światowej nad rosyjskim imperializmem. Stan wyzwolonych ziem pokazuje, że Rosja zamiast deklarowanej kultury i wolności przyniosła tym miastom tylko zbrodnie wojenne – całkowite zniszczenie infrastruktury, chaos, wymordowanie dziesiątek tysięcy kobiet, dzieci i ludności cywilnej. Ukraina będzie teraz musiała przywrócić wszystkie sieci i całą infrastrukturę, środki komunikacji, sklepy, transport, przemysł, rolnictwo, kulturę i edukację na wszystkich wyzwolonych terytoriach.

Prezydent USA Joe Biden powiedział, że „wyzwolenie Chersonia jest znaczącym zwycięstwem Ukrainy”.

Kilka miesięcy temu rosyjscy urzędnicy na Krymie cieszyli się z okupacji części Ukrainy, skandując „Kherson-Rosja-na zawsze”, ale teraz są przestraszeni i zdezorientowani. Na przykład przewodniczący rosyjskiej Rady Państwa anektowanego Krymu Wołodymyr Konstantinow myślał o przeglądzie środków bezpieczeństwa w regionie po wycofaniu się armii rosyjskiej z Chersoniu, ponieważ rozumie, że wojska ukraińskie niedługo będą na Krymie.

„Dla nas wycofanie się z Chersoniu ma też taki skutek, że front zbliżył się do Krymu. To zmusza nas do ponownego przeglądu listy środków, które należy podjąć, aby zapewnić bezpieczeństwo obiektów infrastruktury krytycznej. To głównie sprawa wojska, ale musimy być gotowi udzielić im wszelkiej niezbędnej pomocy i sami wykazać się maksymalną czujnością” – napisał Konstantynow w Telegramie.

Dodał, że „nie sądzę, abyśmy mieli sens chwalić się i mówić wszystkim, że Chersoń nic dla nas nie znaczył, że nie straciliśmy nic znaczącego wraz z jego utratą. Takie oceny uważam za nierozsądne i nieodpowiednie w obecnej sytuacji. Zaznaczam, że nie pochodzą one od wojska ani od ludzi obdarzonych władzą. Odpowiedzialni ludzie nigdy tego nie powiedzą. Tym bardziej, że jest to z gruntu błędne” – podkreślił.

Jednocześnie Konstantynow powiedział, że wydaje się być pewien powrotu Chersonia „pod rosyjską kontrolą”, ale Rosja traci teraz jeden po drugim ukraińskie osiedla, które wcześniej były okupowane i nie ma mowy o powrocie rosyjskich żołnierzy. Siły zbrojne Ukrainy na to nie pozwolą.

Rosja udaje, że nic szczególnego się nie wydarzyło, ale Moskwa coraz bardziej upiera się przy konieczności negocjacji z Ukrainą, a to po raz kolejny pokazuje, że rosyjska armia straciła inicjatywę strategiczną i chce odpocząć, by się przegrupować,  nabrać sił i uderzyć ponownie. W związku z tym Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy gen. Załużnyj oświadczył, że Ukraina nie przystąpią do żadnych negocjacji, dopóki Rosja nie zostanie wypchnięta z ukraińskiej ziemi i uznanych międzynarodowo granic tego państwa od 1991 r. w tym Krymu.

A potem, oczywiście, społeczność międzynarodowa, ONZ, struktury Unii Europejskiej muszą podjąć działania, by uniemożliwić odrodzenie imperialnych zapędów Rosji, która zagrażałyby nie tylko Ukrainie, ale wszystkim krajom Europy i Świata.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjscy okupanci na Krymie chcą „swojego ONZ”

Na Krymie są osoby, które chciałyby przenieść siedzibę Organizacji Narodów Zjednoczonych do Jałty.

14 grudnia 1939 r. w Pałacu Narodów, siedzibie Ligi Narodów w Genewie, podjęto uchwałę o wyłączeniu Związku Radzieckiego z tej międzynarodowej organizacji. Powodem były „działania ZSRR skierowane przeciwko państwu fińskiemu”, czyli wywołanie wojny z Finlandią. Ligę Narodów zastąpiła Organizacja Narodów Zjednoczonych, ale od tamtego czasu stosunek Rosji do organizacji międzynarodowych w ogóle się nie zmienił. Rosja, podobnie jak ówczesny ZSRR, jest agresorem i podobnie jak wtedy chce wykorzystywać ONZ do własnych interesów. I znów pojawia się kwestia wydalenia Rosji z ONZ, a przynajmniej z Rady Bezpieczeństwa, za prowadzenie wojny z Ukrainą, tak jak kiedyś została wydalona za wojnę z Finlandią. Pierwszy krok w tym kierunku został już zrobiony. 7 kwietnia 2022 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ wykluczyło Rosję z Rady Praw Człowieka ONZ.

Jednocześnie okazało się, że są wątpliwości, czy Rosja w ogóle może być uważana za członka ONZ, bo… po zniknięciu ZSRR nie zaakceptowano jej w tej organizacji. Jak się okazało, Borys Jelcyn po prostu napisał list do ONZ z prośbą o zastąpienie słowa „ZSRR” słowem „Rosja” w statucie – i w ten sposób kraj ten został uznany za członka ONZ bez przechodzenia procedury akceptacji.

Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie masowych mordów w Buczy stały przedstawiciel Ukrainy przy ONZ Serhij Kyslytsia przypomniał członkom organizacji o wątpliwej podstawie obecności Rosji w tej międzynarodowej organizacji. Poprosił obecnych w sali posiedzeń: „Podnieście rękę, kto w tej sali głosował za członkostwem Rosji w ONZ”. Nastąpiła przerwa, która „zamieniła się w ciszę”. Ani jedna ręka nie została podniesiona. Okazuje się, że zgodnie z oficjalnymi dokumentami stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa (ten status daje prawo do użycia weta) nadal nie jest Rosja, ale… Związek Radziecki. Jednak w 1991 roku, starając się zabezpieczyć rosyjski potencjał nuklearny i militarny, Rada Bezpieczeństwa ONZ postanowiła przymknąć oko na łamanie statutu organizacji i pozwoliła Rosji zasiąść do stołu – co jednak nie zapewniło jej w sposób prawny członkostwa.

Rosja obecnie milczy na temat takich szczegółów swojego „nie-członkostwa” w ONZ. Zamiast tego próbuje podważyć znaczenie ONZ i zdyskredytować tę międzynarodową organizację na wszystkich frontach. Na przykład w Rosji istnieje szeroko rozpowszechniona sieć dyskredytowania ONZ. Zarządza nią tzw. „Stały przedstawiciel Republiki Krymu przy prezydencie Rosji” Georgy Muradov, który rozpowszechnia wśród mieszkańców półwyspu wszelkiego rodzaju fałszywe informacje. Twierdzi na przykład, że ONZ powstała w Pałacu Liwadyjskim podczas konferencji w Jałcie w dniach 4-11 lutego 1945 r., dzięki czemu jego zdaniem Krym nabiera znaczenia międzynarodowego. W rzeczywistości Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) została założona 24 października 1945 r. na konferencji w San Francisco na podstawie Karty Narodów Zjednoczonych.

W Rosji już po raz czwarty dla studentów i uczniów szkół wyższych odbyła się tzw. ogólnorosyjska konferencja naukowo-praktyczna „Model ONZ”, w której uczestniczyli przedstawiciele od Irkucka po Petersburg, od Syktywkaru po Symferopol i Sewastopol. W zajęciach na Krymie uczestniczyło ponad trzy tysiące uczniów z 32 szkół i 8 kolegiów.

W celu zdyskredytowania ONZ wśród uczestników konferencji rozsiewano nie tylko kłamstwa o powołaniu ONZ na Krymie, ale i bajki o jej pracy. W ten sposób rosyjscy propagandyści rozpowszechniali wśród rosyjskiej młodzieży ideę, że ONZ jest dziś nie tylko organizacją międzynarodową, ale strukturą podporządkowaną USA i reprezentuje wyłącznie interesy amerykańskie.

Uczestnicy konferencji, studenci, którzy wciąż studiują „prawo międzynarodowe w języku rosyjskim”, nie tylko krytykują pracę ONZ, ale rozpowszechniają fałszywe informacje na temat działalności i decyzji tej międzynarodowej organizacji. Między innymi z tego powodu na Krymie chcą „swojego ONZ” i od kilku lat proponują „przeniesienie siedziby ONZ do Jałty”, choć takiej opcji nie popiera żaden kraj na świecie. Zgodnie z rosyjską logiką, jeśli siedziba ONZ jest w Stanach Zjednoczonych, to podobno organizacja ta sprzyja amerykańskim interesom, a jeśli będzie na Krymie, to Rosja wierzy, że będzie w stanie podporządkować ją swojej woli. Na szczęście tylko nieliczni myślą tak prymitywnie. Z pewnością Rosji nie uda się przenieść siedziby ONZ na Krym, ale wykluczenie jej z Rady Bezpieczeństwa, a może nawet z ONZ w ogóle, jak z Ligi Narodów w 1939 roku, jest możliwe.

 

KRYSZTOPA: Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba

To co napiszę wielu z Was zapewne się nie spodoba. Nie mam oczywiście żadnej szklanej kuli ani zdolności profetycznych. Do tego czasu możemy być świadkami wydarzeń, które znacząco na to wpłyną, ale na dziś, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, wydaje mi się, jest to, że PiS wbrew kabaretowym sondażom, w przyszłym roku wygra wybory, ale straci władzę.

Przypominam sobie jedno, całkiem niedawne, choć nie pamiętam dokładnie które, nagranie Rafała Ziemkiewicza, na którym ten wyraża się z optymizmem na temat możliwości utrzymania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość po wyborach. Niech mi wybaczy, jeśli coś pokręciłem, ale argumentował tę tezę niską jakością opozycji. W ocenie jakości opozycji ma 100% racji. Opozycję w Polsce mamy tak durną, że gdybym napisał, że „jest durna jak but z lewej nogi”, mój lewy but mógłby się ciężko obrazić. Jeżeli jest groźna, to wyłącznie dlatego, że okazała się przydatna znacząco większym i mądrzejszym od siebie zewnętrznym wrogom polskiej suwerenności, którzy uznali ją za wygodne narzędzie „głodzenia Polski”.

PiS przegra sam ze sobą

A jednak obawiam się (obawiam się nie ze względu na dobro PiS, PiS jest narzędziem, nie celem, chodzi mi o konsekwencje dla Polski), że w zakresie przedłużenia władzy PiS o trzecią kadencję, Rafał Ziemkiewicz (o ile ta teza jest w ogóle jeszcze aktualna) nie ma racji. Abstrahując zarówno od jakości sondaży jako takich, a już szczególnie od jakości sondaży „przełomowych”, mimo wszystko wydaje się, że nie ma dziś takiej matematyki, która dałaby Prawu i Sprawiedliwości większość po wyborach. Jeśli nie wydarzy się coś spektakularnego, suma wyników partii opozycyjnych zapewne przekroczy wynik PiS. Być może nie pomoże nawet ew. koalicja z poszturchiwaną Konfederacją, ani, dla mnie osobiście odrażająca, koalicja z PSL.

Myślę, że można się pokusić o stwierdzenie, że PiS nie przegra z opozycją. Ta, niepotrafiąca wystękać żadnej propozycji programowej poza agresywnymi puhukiwaniami o „silnych ludziach”, jest tu bardziej żałosnym statystą. PiS przegra sam ze sobą. W tym dziele zapewne pomoże mu Mateusz Morawiecki na stanowisku premiera, obciążony zarówno awarią polityki podpisywania cyrografów podsuniętych przez Unię Europejską, jak i pomniejszymi awariami, takimi jak nieco już zapomniany „Polski Ład” czy niejasna sytuacja finansów publicznych. Według badania CBOS [!] w październiku rząd Mateusza Morawieckiego miał pośród respondentów 26% zwolenników. Czyli mniej niż wynosi wynik PiS we wszystkich w miarę poważnych sondażach. Te notowania są obciążeniem dla partii rządzącej. Większość głosujących na obecną partię rządzącą, głosowało na nią w nadziei, że ta będzie broniła suwerenności, a nie przywoziła z Brukseli kolejne „sukcesy”, pod wpływem których informacje o „konstruktywnym” spotkaniu Very Jourovej z nowym ministrem ds. europejskich Szymonem Szynkowskim vel Sękiem budzą więcej obaw niż zadowolenia, oraz pytania pt. „co oni tam znowu podpisali?”.

Będzie co ma być

Tak więc wydaje mi się, że stanie się to co ma się stać, czyli Prawo i Sprawiedliwość najprawdopodobniej wygra wybory (spora część wyborców zdaje sobie sprawę jaka katastrofą może być dojście do władzy obecnej opozycji, która będzie musiała spłacić długi wobec swoich obecnych zewnętrznych patronów), ale nie uzyska wyniku, który dawałby w ten czy w inny sposób szansę na rządzenie. Co będzie dalej?

Rzeczywistemu „programowi” opozycji z Platformą Obywatelską na czele, poświęcę chyba osobny tekst, teraz pokrótce tylko nadmienię, że zacznie się oczywiście od euforii i triumfalizmu. Będzie dużo gadania o tym jak „teraz będą wyskakiwać z okien”, może jakieś komisje śledcze, pracę straci sporo ludzi w publicznych mediach, spółkach skarbu państwa, zapewne zostaną dokonane jakieś gesty „programowe”, natury głównie światopoglądowej. Być może pojawi się jakaś ustawa o „związkach partnerskich”, możliwe, że łamiąc konstytucję zaczną coś gmerać przy aborcji. Z pewnością „krwawa” vendetta czeka wymiar sprawiedliwości. Umocowana w prawniczej międzynarodówce „nadzwyczajna kasta” nie odpuści i nikt nie odważy się jej przeszkodzić. Zapewne dokonany zostanie jakiś rodzaj egzekucji na ok ¼ obecnych sędziów, powołanych przez Prezydenta zgodnie z konstytucją, których wiary w nowy system PiS nie potrafił wynagrodzić. Niestety mogą spróbować np. sprzedać Orlen. Możliwe, że Polsce zostaną wypłacone jakieś pieniądze z Brukseli, a możliwe, że nie, ponieważ wydaje się, że jednym z powodów „głodzenia Polski” jest fakt, że UE sama ledwo się trzyma kupy.

Słaba koalicja

Nie zostaną natomiast rozwiązane żadne poważne problemy. Zupełnie nie wyobrażam sobie lenia Tuska, jako premiera rozwiązującego jakieś problemy na poważnie. Jeśli wojna i jej skutki się przeciągną, zostaniemy z wysoką inflacją, raczej nikt nie tknie finansów publicznych, służby zdrowia, no może zrezygnuje z jakichś strategicznych inwestycji, bo nie po to doszedł do władzy żeby jego zagranicznych suweren martwił się siłą Polski.

Prędzej czy później brak rozwiązania poważnych problemów będzie coraz bardziej dojmująco widoczny. Ewentualna likwidacja programów społecznych również zaboli. W powyborczej, bardzo złożonej koalicji, szybko pojawią się tarcia – Szymon nie cierpi Donalda, Włodek – Szymona i Donalda, Robert – Włodka, a Adrian – wszystkich naraz – pisała niedawno Agnieszka Kublik w Wyborczej (Władek się dostosuje do każdego naczynia, do jakiego się go wleje). Mało tego. Największym klubem w parlamencie będzie klub opozycyjny – PiS. Z czasem coraz bardziej na nowo zwarty i zdyscyplinowany. A w dodatku, całkiem możliwe, że również posiadający niemałe wpływy w Europie, gdzie rządy przejęły, a być może jeszcze przejmą partie mu przychylne. To nie wróży Donaldowi Tuskowi łatwego zadania. Praca trzy dni w tygodniu może nie wystarczyć.

Hamulce

A jeszcze konieczność kohabitacji z nieprzychylnym Prezydentem aż do 2025 roku. Szefem banku centralnego Adam Glapiński będzie, jeśli dobrze liczę, do 2028 roku. Małgorzata Manowska będzie I Prezes Sądu Najwyższego do 2026 roku. Nie wiem jak będzie z Krajową Radą Sądownictwa i Trybunałem Konstytucyjnym, ponieważ wierzę, że przy aplauzie Berlina i Brukseli są tu gotowi pójść na kompletnie niepraworządny i antykonstytucyjny rympał. Ale jednak trochę hamulców ewentualnego chaosu jest.

Co więcej, w Europie krzepnie opozycja wobec zarówno niemieckiej dominacji jak i obłąkanych planów Brukseli. Być może to wystarczy, żeby blokować największe szaleństwa i zapewniać Berlinowi i Brukseli wystarczająco dużo „rozrywki” żeby nie miały czasu myśleć o głupotach. Być może koalicja krajów rządzonych przez konserwatystów przejmie pałeczkę oporu wobec budowy Związku Socjalistycznych Republik Europejskich.

Polska szansa

I tutaj dochodzimy do rzeczy w tym wszystkim najistotniejszej. Szczególna geopolityczna koniunkcja jaka się wokół Polski w ostatnim czasie wytworzyła, sprawia, że ta ma poważną szansę, by znacząco przesunąć się w peletonie państw na spektrum możliwości prowadzenia samodzielnej polityki i budowy podstaw własnego dobrobytu. I stąd zresztą to potępieńcze wycie. Żeby ktoś mógł usiąść przy stole dla dorosłych, kto inny musi się przesunąć. Nic dziwnego, że woli wykopać krzesło spod siedzenia kandydata. W moim najgłębszym przekonaniu, na tym właśnie polega rzeczywista misja Donalda Tuska, który ma Polsce uniemożliwić pójście własną drogą, a umożliwić zaprzęgnięcie jej na powrót do niemieckiego powozu. Cała reszta to didaskalia.

Dojście do władzy opozycji (nie wiem czy w ogóle zasługują na to określenie) jest dla tej polskiej szansy potwornym zagrożeniem. Tu możliwości są dwie. Jeśli zadziałają w wystarczającym stopniu wewnętrzne i zewnętrzne hamulce, które pokrótce opisałem, prawdopodobnie po tym trudnym okresie, w którym koalicja zaprzańców skompromituje się w oczach również niezdecydowanego elektoratu, możliwe, że PiS oczyszczony w czyśćcu opozycji, dostanie kolejną szansę. Może też nie będzie to PiS, tylko jakaś inna siła, która podczas tych czterech lat wyrośnie. Wtedy oby potrafiła tę nasza polską szansę zagospodarować.

Bo jeśli hamulce nie zadziałają w wystarczającym stopniu i polska smuta będzie musiała potrwać dłużej, to obawiam się, że choć historia wbrew niektórym, nigdy się nie kończy, to na czas dłuższy może już nie być co zbierać.

HUBERT BEKRYCHT: AAA – Asnyka nie sprzedam, czyli niepodległość dziennikarska

W przededniu Święta Niepodległości 11 listopada polskie media puchną od porad, jak ów dzień obchodzić, jak trwać w zadumie, kogo wówczas wspominać, kogo nie i – najważniejsze – co robić, aby niepodległość to nie był drętwy monolog Stasia Tarkowskiego z „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. A, czy my, dziennikarze wiemy co to jest niepodległe dziennikarstwo?

Aby dokonać krótkiej wykładni tego pojęcia posłużę się wierszem „Daremne żale” Adama Asnyka. Utwór napisany 150 lat temu powinien być znany większości Polaków, bo powinien być analizowany w szkołach. Powinien…

 

Daremne żale – próżny trud,

Bezsilne złorzeczenia!

Przeżytych kształtów żaden cud

Nie wróci do istnienia.

 

Dziennikarze współcześni, nawet w przededniu Święta Niepodległości, przeraźliwie nie zdają sobie sprawy z tego, że przywoływanie przeszłości, historii, także tej niedawnej, powinno mieć sens i być osadzone w kontekście teraźniejszym.

Przypominanie dziejów nie musi być oczywiście tylko przyjemne, ale nie może być tylko połajanką dla dzieci. Historia ma uczyć, nie może powodować torsji. Nieważne czy ze strachu, czy ze śmiechu…

 

  Świat wam nie odda, idąc wstecz,

Znikomych mar szeregu –

Nie zdoła ogień ani miecz

Powstrzymać myśli w biegu.

 

W pogoni za tzw. klikalnością dziennikarze ukrywają skwapliwie fakt, że świadomie wypaczają sens słów Asnyka. „Ogień i miecz” nie mogą wyłączać myślenia, ale przecież nikt nie każe mediom odrzucić radykalne metody przekazu, które dotrą do odbiorców.

Urodzony w Kaliszu twórca był także doktorem filozofii, ale nie przewidział, że dzisiejsi kronikarze rzeczywistości będą dążyć do hamowania nowych trendów, aby móc spłacać kredyt. I wykonywać polityczne zlecenia…

 

Trzeba z żywymi naprzód iść,

Po życie sięgać nowe…

A nie w uwiędłych laurów liść

Z uporem stroić głowę.

Z tymi żywymi to – radzę – ostrożnie. Dziennikarz czasem powinien popatrzeć na narodową graciarnię nie wyrzucając starych, ale przydatnych jeszcze sprzętów. I co, jeśli laur jeszcze nie wysechł?

 

Wy nie cofniecie życia fal!

Nic skargi nie pomogą –

Bezsilne gniewy, próżny żal!

Świat pójdzie swoją drogą.

 

Nic nie odwróci koła historii? Technika idzie jednak do przodu i ktoś może wynaleźć, specjalnie dla dziennikarzy, maszynę, która powodować będzie symboliczny powrót pasty do tuby. Media poszły swoją drogą, ale świat może mieć lepszą ścieżkę.

I weźmy pod uwagę, że pod utworem Adama Asnyka widnieje data 1 kwietnia. Co prawda 1877 roku, ale czy prorok nie może zażartować?