JAN TESPISKI: Ramka z palców na scenie, czyli filmowcy w teatrach (19)

Gdyby użyć języka ekonomii, należałoby powiedzieć: „Mamy w Polsce nadprodukcję reżyserów filmowych i teatralnych”. Po upadku komuny uwolniono z administracyjnych czeluści zawód reżysera. Czyli, obecnie w państwowych teatrach może reżyserować każdy, i każdy może też reżyserować filmy, za państwowe pieniądze. Namnożyło się w kraju szkół, szkółek i szkółeczek reżyserskich. Wyuczanie reżyserii w prywatnych szkołach jest zajęciem miłym i bezpiecznym, bo zawsze ciało pedagogiczne może powiedzieć, że gdy delikwenta przyjmowano i studiował był zdolny i bardzo obiecujący. A że potem przestał być zdolny? Zdarza się. Poza tym nikt nie będzie szefów tych prywatnych szkół o skutki kształcenia pytał, bo ci, którzy powinni zapytać, właśnie w tych szkołach uczą.

Teatry jakoś sobie radzą, choć nacisk filmowych reżyserów na teatry jest duży. Bo filmów u nas kręci się mało, a reżyserów mamy wielu. Więc ci, którzy nie reżyserują filmów, chcą robić sztuki teatralne. A potem, już w trakcie prób okazuje się, czy reżyser filmowy ma pojęcie o sztuce teatru, czy nie ma. Z filmowcami w teatrach bywa czasem śmiesznie i dlatego, po wstępie sytuacyjnym, zajmiemy się reżyserami filmowymi w teatrach. Ale jeszcze jedno konieczne zastrzeżenie. Jest wielu reżyserów filmowych, którzy wspaniale reżyserowali sztuki teatralne, że wspomnę tylko największych: Andrzeja Wajdę i Kazimierza Kutza.

Ramka z palców

W jednym z dużych teatrów absolwent łódzkiej filmówki wywalczył sobie reżyserowanie klasycznej sztuki. Takiej z mieszczańskimi krzesłami, kanapą i kredensem w salonie. Próby czytane minęły jakoś bezboleśnie, ale gdy aktorzy weszli na scenę powiało grozą.
Reżyser, na początek, usadził troje głównych bohaterów razem na kanapie i kazał im rozmawiać. Aktorzy pomyśleli, że to tylko tak na początek. Ale po dwudziestu minutach, gdy trzeba by zbudować na scenie jakąś sytuację, usłyszeli od reżysera:
– Genialna sytuacja. Tak zagramy cały pierwszy akt.
Aktorzy zaczęli protestować. Wtedy filmowy reżyser wszedł na scenę, przyklęknął, zrobił z kciuków i palców wskazujących filmową ramkę, popatrzył przez nią na aktorów, nadal siedzących na kanapie, i powiedział:
– Nie macie racji. Mnie się w kadrze wszystko zgadza.
Niestety, dla niego, ale stety dla teatru, młodzian nie dokończył reżyserowania sztuki.
Skąd takie podejście filmowców do teatru? Dlaczego większość z nich nie ma pojęcia o teatrze? Prawdopodobnie dlatego, że nikt im nie powiedział, a sami nie zauważyli, że najważniejsza różnica między filmem a teatrem jest taka, że w teatrze nie ma kamery, która pokazuje widzom, co mają w danym momencie widzieć, co jest w danej chwili ważne. W teatrze natomiast nie ma kamer, nie ma zbliżeń. A widz zwraca uwagę na to, co „podpowiedzą” aktorzy, poprzez zmianę sytuacji, gest i ruch na scenie.

Morze to ludzie

Inny młody jeszcze reżyser filmowy, bo lat już miał ledwie 50, i jeszcze bez debiutu filmowego, przekonał dyrektora jednego z prowincjonalnych teatrów, że ma wspaniały pomysł na sztukę.Prawdopodobnie dyrektor nie bardzo słuchał, może był zmęczony wczorajszą premierą i bankietem, bo zgodził się na reżyserowanie przez filmowca „Na pełnym morzu” Sławomira Mrożka.

Sztuka, jak wiadomo, dzieje się na tratwie a bohaterami są rozbitkowie. Rzecz, jak zawsze u Mrożka, jest mądra i dowcipna. Po spisaniu umowy, reżyser objawił swój pomysł w pełni. Wtedy między nim, a dyrektorem miał miejsce taki dialog:
– Dla mnie, panie dyrektorze – powiedział reżyser – morze to ludzie, inni ludzie.
– No, ale… Mrożek pisze o prawdziwym morzu, ktoś nawet przypływa wpław do tratwy, są fale, jest w oddali rekin…
– Ale bohaterowie ciągle mówią o ludziach… czyli ich prawdziwym zagrożeniem są jednak ludzie. Piekło to inni, że zacytuję klasyka.
Dyrektor zamilkł, pomyślał bowiem, że aktorzy jakoś przełkną tę interpretację i zagrają po bożemu, swoje… Reżyser filmowy jednak kontynuował:
– I dlatego tratwa powinna być wyniesiona gdzieś tak na 150 cm nad scenę, a na całej scenie kłębi się tłum ludzi, chodzą, przemieszczają się – jak fale właśnie. Zresztą mówi się przecież, że jest gdzieś fala ludzi. I ten tłum jest morzem, jest zagrożeniem dla bohaterów, i są na tratwie w tłumie, czyli na morzu.Tu dyrektor pomyślał, że nie wolno mu więcej podpisywać umów po pijaku… Ale tylko zapytał:
– A ilu by pan statystów potrzebował na to morze?
– Powinno być gęsto, powinni się o siebie ocierać, bo mamy na świecie już ponad 7 miliardów ludzi. Czyli, gdzieś tak ze stu… Tak, potrzeba stu statystów.

Nie ciągnąc sprawy… Statystów nie było, bo teatru nie było na nich stać. Ale reżyser nie poddał się i wymyślił, że tratwa musi na scenę wpływać…

Tratwa na szynach

Co prawda mogło być i tak, że na zasłoniętej kurtyną scenie jest tratwa, na tratwie dwóch aktorów Potem muzyka, ściemnienie widowni, kurtyna się podnosi, światła na tratwę i… grają.
Ale nie byłoby zaskoczenia, nikt by o tej reżyserii nie mówił…. Zatem reżyser wymyślił, że tratwa na scenę musi wpłynąć, w ostateczności wjechać. W tym celu na scenie położono szyny, nieduże, takie jak bywały w fabrykach. Na szynach ustawiono potężną stalową konstrukcję z dwiema osiami, i czterema kołami. Koła były małe, ale też swoje ważyły. Na tym stalowym ruszcie przymocowano dużą tratwę z desek. Na tratwie była ogromna paka, też z desek. W sumie konstrukcja była ciężka, bo solidna.

Na pierwszej generalnej aktorzy weszli pod pakę. Normalnie najpierw odbyłaby sie próba techniczna, ale nie było na to jakoś czasu… I wtedy jeden z aktorów, starszy juz wiekiem, powiedział do drugiego, młodego aktora, wielce prorocze słowa:
– Mam złe przeczucia, panie kolego…
– Pan się nie martwi, na wspólnym wózku jedziemy – odpowiedział młody.
Wypchnięto tratwę z kulis, tratwa ruszyła, a z każdym metrem sunęła coraz szybciej i szybciej… Nagle znalazła się w powietrzu… i leciała, leciała, aż wylądowała w czwartym rzędzie krzeseł widowni.

Dlaczego tak? Bo scena była pochyła ku widowni, jak każda scena, a ktoś z technicznych nie pomyślał, że tratwa ma jechać, ale też musi się zatrzymać jakoś. Nie było hamulców, żadnej liny, za którą można by zatrzymać tratwę.
Dobrze, że na widowni nikt nie siedział. Tylko starszy aktor trochę się potłukł, a młody zerwał ścięgna w kostkach obu nóg. Premiera odbyła się dwa miesiące później. A szczęśliwy reżyser twierdził, że gdyby jeszcze na scenie był tłum statystów, byłoby europejsko.
Gwoli prawdy. Na premierze, tylko reżyser był szczęśliwy. Zespół i widzowie nie bardzo.

Przyczyny stanu rzeczy

Dlaczego ów reżyser od Mrożka miał takie pomysły? Bo chciał zaistnieć. Nie umiał reżyserować dialogu, więc szukał pomysłów, dzięki którym zaistniałby na mapie artystycznej Polski. W sumie był niewinny. Bo gdzie miał się nauczyć prawdziwego reżyserowania, skoro w szkołach filmowych studenci reżyserii mają zajęcia z aktorami w wymiarze 2 godziny, co dwa tygodnie, przez jeden rok akademicki.

Jeśli chodzi o kształcenie reżyserów filmowych, panuje w ciałach pedagogicznych zasada, która glosie, że jak ktoś jest zdolny to sobie poradzi bez szkoły. Całkiem pragmatyczna zasada, choć przerażająca.

Kolejny apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Pokażcie dokument o Annie Walentynowicz w reż. J. Zalewskiego!

W grobie w Gdańsku nie leży ciało Anny Walentynowicz. Tam są zbezczeszczone jakieś ludzkie szczątki. Gdy Januszowi, synowi Pani Anny, pokazywano ciało matki w Moskwie w czasie dopuszczenia rodzin do oglądania zwłok – ciało Walentynowicz nie nosiło śladów poranienia. Rosjanin asystujący nieco uniósł nawet głowę, gdy Pan Janusz zbliżył się do zwłok – podkreślam jeszcze raz: ciało Anny Walentynowicz było nienaruszone. To co znajduje się teraz w grobie w Gdańsku to wynik zwyrodnienia, kolejna zbrodnia, kolejny dowód, że tam na wschodzie z nikim i z niczym się nie liczą.

O tym wszystkim jest film reżysera Jerzego Zalewskiego. To niezwykle ważny dokument. Nie zwykły film dokumentalny, ale właśnie dokument. Zdajcie sobie z tego sprawę wy wszyscy decydenci medialni. Dlaczego nie rozumiecie tak prostej sprawy. Jerzy Zalewski i ja rozesłaliśmy nagranie wielu osobom z kręgu telewizyjnego imperium i nadzoru. Otrzymuję pokrętne odpowiedzi źle świadczące o ludziach, których dotychczas szanowałem. Niby zmieniają się czasy, ustroje, decydenci a jednak i nowi przychodzą na wysokie stołki z jakimś zamuleniem w głowach. Kobieta, która stoi na pomnikach w Polsce i jest w sercach wielu rodaków, legendarna Anna Solidarność, nie może doczekać się sprawiedliwości po śmierci i godnego pochówku.

Po filmowym raporcie Antoniego Macierewicza o smoleńskiej zbrodni, po okrojonym na skutek niezrozumiałych przepychanek, uzupełniającym wiedzę dokumentalnym filmie Ewy Stankiewicz, teraz czeka na zmiłowanie dzieło bodajże najważniejsze. Musi ono być pokazane szerokiej widowni w pierwszym programie TVP. Jeśli nie o godz. 20:00 to nawet o północy, ale z odpowiednim wcześniejszym powiadomieniem telewidzów.

Film Jerzego Zalewskiego nosi tytuł „Skąd pochodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy”. Jest o przebogatym życiu, o tragicznej śmierci i wreszcie o profanacji zwłok Anny Walentynowicz. Dokument jest rzeczywiście długi ale to film dużo ważniejszy niż inne. On ma utkwić w pamięci zacnych ludzi. Pozwoli zrozumieć z kim za Bugiem mamy do czynienia. Teraz gdy tamci mordują i niszczą Ukraińców i Ukrainę nikt nie powinien mieć wątpliwości kim są. Jakie mogą stanowić zagrożenie, jak są niebezpieczni!

Okazuje się, że nie dociera to do decydentów medialno-telewizyjnych, ani do ich nadzorców. Urodził się – teraz za rządów PiS – jakiś nowy typ cenzora. W TVP trwają narady, a KRRiT odwołuje się do zasad i decyzji obowiązujących na Woronicza.

Film Jerzego Zalewskiego nie powinien podlegać zwykłym regulaminom. Kiedyś podobno brutalny prezes z Katowic Maciej Szczepański mówił, że telewizja to fabryka, gdzie trzeba wbić młotkiem tysiące gwoździ. Zdaje się, że poziom umysłowy obecnych medialnych władców zbliża się do szczepańszczyzny. Tyle, że obecnie mamy podobno wolny kraj i wolę, a nie ZSRR za płotem i „wicie-rozumicie” w białym domu przy Nowym Świecie. Apeluję do nowego prezesa TVP:

– Dali Panu ogromną władzę, więc rządź Pan. Nie oglądaj się Pan na nikogo. Ten film jest wyjątkowy. Należą mu się zasady specjalne. To sprawa najwyższej wagi, bo taką sprawą jest konieczność pokazania ruskiej zbrodni.

Anna Walentynowicz czeka patrząc na to wszystko z wielu pomników i tablic poświęconych jej pamięci. To była mądra i bohaterska kobieta. To nie tylko symbol stoczniowego buntu. Gdy była młoda, mieszkała na wsi, była wykorzystywana i bita przez nadzorcę majątkowego. Ta młoda chłopka przetrwała. Była potem wykorzystywana i źle opłacana jako spawaczka i suwnicowa w stoczni. Była niezwykle odważna i mówiła prawdę. Dlatego zawierzyli jej robotnicy.

Ruski knut sponiewierał zwłoki. Różni pisarze, filmowcy i plastycy oddali jej hołd w swoich dziełach artystycznych. A teraz jest cisza. Cisza nad trumną, w której leżą sponiewierane, zbrukane zwłoki bez głowy! Film Jerzego Zalewskie to wszystko jednoznacznie pokazuje.

I jeszcze jedno. Decydenci medialni. Przecież słuchacie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. W czasie ostatnich spotkań w wielu miastach naszego kraju mówi on jednoznacznie, że Smoleńsk to był zamach, żaden wypadek. Może jeszcze nie dotarło do prezesa co wy wyprawiacie z tym filmem. Więc piszę: proszę natychmiast emitować film a przedtem go odpowiednio zapowiedzieć, nagłośnić. Po programie powinna odbyć się w studio dyskusja z udziałem twórców oraz przedstawicieli rodziny, syna i wnuka. Oczywiście należy zaprosić także tych, którzy nie wierzą w ruską zbrodnię. Może odważą się przyjść.

 

 

WALTER ALTERMANN: Wielkie Oszczędzanie, czyli jedna telewizja

Żyjemy w dobie potężnego kryzysu, tak mówią politycy. Tak mówią też wszystkie media. Ale jakoś tego kryzysu nie widać. No, może poza cenami w sklepach, bo tam widać, jak rosną. Zdaniem mediów mamy też potężne problemy z dostępnością gazu, węgla, ropy naftowej, w sumie z energią. Choć, jak na razie, światło jest, bloki i domy są ogrzewane, samochody i tramwaje jeżdżą…

Myślę jednak, że do zwykłych ludzi prawda o tym kryzysie jakoś nie dociera. Dlaczego? Ano dlatego, że nie widać, żebyśmy brali się za oszczędzanie. A jest ono konieczne. Tak ze względu na braki surowców, jak i ceny. I dopóki władze państwowe nie wykonają przynajmniej kilku spektakularnych ruchów w sprawie oszczędzania, to wszyscy będziemy żyli w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest dobrze, że nie musimy oszczędzać w ogóle.

Żywiąc przekonanie o konieczności otrzeźwienia narodu, pozwalam sobie podsunąć władzy jeden duży pomysł, zwany obecnie bardzo modnie „projektem”, który wstrząsnąłby społeczeństwem, ocuciłby nas wszystkich i zmusił do opamiętania, czyli do oszczędzania.

Żeby jednak wziąć się za problem, trzeba uprzednio wyzbyć się starego, klasycznego myślenia. Bo nasze dotychczasowe przywiązanie do starego stylu bycia, musi ulec drastycznej zmianie. Idea wolności w wielości, kapitalistyczne przyzwyczajenie do tego, że wielość form służy rozwojowi – musi ulec zapomnieniu. Ja widzę możliwość wielkich oszczędności właśnie w scalaniu w jedno, tego co dotychczas było naszą pseudo chlubą.

Pora zacząć oszczędzanie

Po co komu na rynku siedemnastu producentów pasty do butów? Wystarczyłaby jedna marka, byle dobra. Ale co tam buty, w końcu w kryzysie można chodzić w butach, które nie muszą błyszczeć. Naprawdę są ważniejsze dziedziny, w których możemy sporo zaoszczędzić.

Co prawda jakaś pani twierdzi, że przy 17 stopniach Celsjusza i tak jest jej gorąco, ale przecież nie chodzi o jedną czy nawet trzy gorące kobiety! Bo one całej Polski nie ogrzeją. Poza tym gorące kobiety bywają najczęściej bardzo wymagające, a tego nam jeszcze trzeba w kryzysie, żeby mitrężyć energię, która jest potrzebna do ważniejszych działań. Naprawdę nie chodzi drobiazgi, nadszedł czas na Wielkie Oszczędzanie!

Zacząłbym od telewizji. Przede wszystkim dlatego, że telewizja jest dobrem powszechnym codziennego użytku. Znacznie bardziej codziennym niż pasta do zębów. Właściwie – telewizja jest naszym wielkim uzależnieniem, dlatego właśnie od jej reformy oszczędnościowej należy zacząć Wielkie Oszczędzanie. Zmiany, jakie proponuję poniżej z całą pewnością zauważą wszyscy, tym samym do wszystkich Polaków dotrze poważna prawda, że jednak, i to już, należy zacząć oszczędzanie.

Stan obecny naszych telewizji

Zauważmy, że w Polsce mamy obecnie trzech dużych nadawców: TVP, Polsat i TVN. I to te stacje dominują w naszych telewizorach. Są też telewizje pomniejsze, są telewizje internetowe, ale to płotki przy wielorybach. Zauważmy też, że te trzy duże stacje właściwie powtarzają konkurencję. W święta narodowe i kościelne wszystkie te trzy stacje emitują te same filmy: „Potop”, „Krzyżaków”, „Ogniem i mieczem”, „Chłopów”, „Ziemię obiecaną”, „Lalkę”, „Karierę Nikodema Dyzmy” i „Samych swoich”. Te wielkie nasze klasyki oczywiście nie są emitowane przez trzy główne stacje w tym samym czasie i nie w te same święta, ale w rozliczeniu rocznym – stacje główne ciągle nadają te filmy właśnie.

Na marginesie… od 1989 roku trochę lat już minęło, a wszystkie nasze telewizji ciągle żerują na produkcji filmowej z PRL-u. Zaprzeczając jednocześnie tezie, że komuna nie była jakoby patriotyczna. Jeżeli wymienione wyżej pozycje filmowe nie są patriotyczne, to co jest patriotyczne? Komuna rządziła przez 44 lata, od czasu wolnych wyborów w 1989 roku minęły 33 lata. Obawiam się, że porównanie dorobku artystycznego, w tym filmowego, lat 1945 – 1989 z latami 1989 – 2022 wypadłoby jednak na korzyść czasów, skądinąd, słusznie minionych.

To co właśnie przedstawiłem dowodzi ukrywanego skrzętnie faktu, że mając trzy telewizje, mamy właściwie jedną. Jeżeli ktoś nie wierzy, to proszę w niedzielę przed południem przełączać z TVP na TVN, a potem na Polsat. I tak kilka razy. Okaże się, że w każdej z trzech telewizji, w tym samym czasie, siedzą przy podobnych stołach identyczni politycy i wygłaszają te same herezje. A są to „mądrości” znane już wcześniej. Gorzej, bo reprezentanci każdej z dużych partii mówią – na przykład w TVN – to samo, co w tym samym prawie czasie, mówią ich koledzy w TVP czy Polsacie.

Czy nie sądzicie Państwo, że jest to ogromna utrata energii? I to zarówno ludzkiej jak też elektrycznej. Przecież wystarczyłaby jedna audycja w jednej stacji! Pozostali uczestnicy dyskusji, z dwóch pozostałych stacji, mogliby w tym czasie tłuc schabowe na niedzielny obiad, pójść na mszę, wyjść z dziećmi na spacer… A w skrajnych przypadkach pokłócić się z druga połową – to w końcu też rozrywka.

A prąd? Ileż to energii elektrycznej marnuje się na taką wielość stacji telewizyjnych.  A energię w Polsce mamy z węgla, a węgiel zatruwa atmosferę, z czego biorą się najgorsze choroby. A marnowanie ciężkiej pracy górników, kolejarzy, którzy wiozą ten węgiel, a trud pracowników elektrociepłowni? A węgiel coraz droższy, więc trzeba oszczędzać.

Weźmy jeszcze taksówki, którymi uczestnicy dyskusji politycznych zjeżdżają do studiów? I nawet jeżeli jeżdżą elektrykami, to prąd – u nas – też rodzi się z węgla. A węgiel? Racja, o węglu już pisałem…

Dlatego mój pomysł wygląda tak:

Jedna Telewizja Państwowa

Powinniśmy dążyć do tego, żeby – z oszczędności – w naszym kraju istniała tylko jedna telewizja. I powinna to być telewizja państwowa. Przyszłość pozostałych stacji widzę tak, że same się zlikwidują. Po wdrożeniu mego projektu. Gdyby się nierozsądnie upierały, zlikwiduje się je ustawą sejmową. I już. Jak jest chęć, to i sposoby się znajdą. To ostatnie zdanie napisałem z rozpędu, bo w tej sprawie mamy przecież bogatą praktykę.

Zatem – jak powinna wyglądać ta jedna telewizja państwowa? Ujmijmy to naukowo, czyli w punktach.

  1. Nie powinna być, w żadnej mierze, kontynuacją obecnej TVP. Obecna TVP ma zbyt jasno określony profil społeczny i polityczny. Poza tym zawsze była w rękach aktualnych władz. Zmieniamy więc nazwę. Podsuwam prostą, która się sama narzuca – Jedna Telewizja Państwowa.
  2. Statut telewizji. Powinna być kierowana przez co najmniej pięciu współdyrektorów, z których każdy ma jeden głos, równie ważny, co pozostali dyrektorzy. W przypadku różnicy zdań decyduje większość.
  3. Dyrektorów powołuje Sejm i Senat, bo sprawa jest najwyższej wagi państwowej. Dyrektorzy są mianowani na czas trwania kadencji parlamentu.
  4. Każdy z dyrektorów reprezentuje jedną z partii sejmowych. Tak jak startowały w wyborach. A to, że potem, różni posłowie występują, przestępują, wstępują do innych partii, lub tworzą nowe -– to już by przy podziale telewizji nie miało znaczenia. Pod uwagę brane byłyby tylko partie wyborcze, a właściwie listy. Nie przewiduję bowiem, żeby w najbliższych dziesięcioleciach było w polskim parlamencie więcej niż pięć partii.
  5. I tu novum. Każda z partii ma taki sam głos w telewizji. Żadnych tam układów z panem D’Hondt’em. Ten pan, który tak króluje u nas w liczeniu głosów i decyduje o miejscach w polskim parlamencie, przypomina mi pewnego kelnera z dawnej restauracji łódzkiego SPATiF-u. Osobnik ten przy rachunku postępował podobnie i na zakończenie biesiady tak podliczał:

– A zatem było tak: dwa razy pół litra, trzy razy schabowy z kapustą, tatar, pieczywo, popitek, trzy kawy… co czyni razem 282 złote. Ale zaokrąglijmy tę sumę. I płacą panowie, jedynie 300 złotych.

  1. Tych pięciu dyrektorów decyduje o wszystkim. O angażowaniu i zarobkach kierowców, sprzątaczek, redaktorów każdej rangi i dziennikarzy. O wszystkim. Żadnych tam pośrednich dyrektorów i kierowników. Oczywiście ciężko im będzie się dogadać, ale batem na nich będzie to, że jeżeli nie przegłosują skutecznie jakiejś sprawy, to parlament natychmiast ich wyrzuca – bez odprawy – i wybiera następnych.
  2. O programie też decydują dyrektorzy. Na przykład, którego dnia ma iść kolejny odcinek „Korony królów”, czy też „Komisarza Aleksa”. O wszystkim.
  3. Programy polityczne będą przydzielane poszczególnym partiom. Po równo, bez uwzględnienia faktu, ile głosów ma jakaś partia w parlamencie. I tak. Niedzielne dyskusje polityczne są obsadzane w ten sposób, że pierwsza niedziela miesiąca przypada partii A, druga partii B, trzecia partii C i tak dalej. Jeżeli miesiąc ma tylko cztery niedziele, to pierwsza następnego miesiąca jest traktowana jako piąta poprzedniego.
  4. Wiadomości, które dzisiaj we wszystkich stacjach nie tyle informują, co komentują, również obsadzane byłyby sposobem niedzielnych dyskusji politycznych. Codziennie inna partia ma swojego prowadzącego komentatora, serwisantów, dziennikarzy ze stolicy i terenu… Nawet realizatorzy musieliby się zmieniać partyjnie. Bo realizator z partii B może w niekorzystnym świetle ukazywać posła z partii D.

Błogosławione korzyści

Po pierwsze – osiągniemy efekt opamiętania się u widzów, do których dotrze wreszcie prawda o potężnym kryzysie.

Po drugie – skończymy wreszcie z ględzeniem i okłamywaniem się, co do niezależności dziennikarskiej, obiektywizmu i rzetelności. Skoro wszystko w Polsce jest już partyjne, to bądźmy dorośli i szczerzy do bólu.

Po trzecie – znajdą się wreszcie pieniądze na działalność państwowej telewizji i żadna partia nie będzie już mówić o marnowaniu publicznego grosza.

Po czwarte – uwolnimy dziennikarzy od udawania, że nikomu nie sprzyjają. Prowadzący program, każdy z dziennikarzy może mówić co mu się żywnie podoba, nawet i kłamać może, jak tam wola. Ale za facetem jest plansza, i pasek płynie na dole, czyli widz ma świadomość, że ten dzień należy do partii „Wolność dla kanarków” – dla przykładu. I właśnie ta partia bierze za niego odpowiedzialność. Poza tym, następnego dnia, kolejna partia – powiedzmy – „Partia Doczesnej Szczęśliwości”, ma prawa tego kłamcę z poprzedniego dnia objechać jak Turczyna. I kłamać po swojemu.

Przesłanie

Wiem, że droga do realizacji mojego pomysłu może być długa i wyboista. Ale wszystkie wielkie idee z początku wydawały się głupie.

A tak serio… Czy wierzę w realizację tego pomysłu?  Nie, nie wierzę. Ale przynajmniej jestem szczery. I napisałem, co powyżej, z wrodzonej złośliwości.

 

HUBERT BEKRYCHT: Gratulacje dla Oddziału Warszawskiego SDP

Serdecznie gratuluję członkom, ale przede wszystkim jednak władzom Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich sukcesów w mijającym roku. Obwieszczenie tego radosnego faktu opisanego piórem prezesa OW SDP możemy przeczytać na autonomicznej stronie oddziału TUTAJ.

Jako sekretarz generalny SDP przede wszystkim gratuluję Wam, Koleżanki i Koledzy z oddziału warszawskiego, Prezesa, który ciężko pracuje, wszystkiego przypilnuje, ale też czasami… myli się, jak to zwykły człowiek. Właśnie tym, dezorientującym nasze środowisko pomyłkom szefa OW SDP w przywołanej publikacji pt. „Na dobrym kursie”, te kilka akapitów poświęcam.

Po roku działalności warszawskiego oddziału naszego stowarzyszenia należy podkreślić, że – bez ironii – Koleżanki i Koledzy, po ponad 2 latach izolacji covidowej, radzą sobie bardzo dobrze. Rozczaruję jednak niektórych liderów opinii z OW SDP, radzicie sobie bardzo dobrze, ale nie lepiej i nie gorzej w porównaniu z innymi oddziały terenowymi. Po prostu OW SDP jest najliczniejszy, ale nie zawsze musi to oznaczać, że jest najlepszy.

Wyciągając wnioski ze wspomnianego artykułu, na pewno prezes OW Zbigniew Rytel nie jest nieomylny. Wymieniając sukcesy swojego oddziału Zbyszek zauważył:

„Nasze biuro załatwia sprawy członkowskie i pomaga. Osobiście rekomenduję wnioski o pomoc finansową do Komisji Interwencyjnej. Z niepokojem przyjąłem wiadomość, że pula środków przeznaczonych na tę pomoc przez Zarząd Główny jest już na wyczerpaniu” – zaznaczył szef OW SDP.

To chwalebne, że prezes Rytel, jak każdy prezes oddziału, osobiście rekomenduje wnioski o pomoc finansową do KI, ale skąd „wiadomość”, że pieniądze przeznaczone na to przez ZG się kończą? Jak każdy dziennikarz, nawet a przede wszystkim w działalności publicznej, powinien pamiętać o podaniu źródła takiej informacji, bo nieprawdą jest, że „pula środków” (rozumiem, że chodzi o pieniądze) „jest już na wyczerpaniu”.

„Pula środków” dla Komisji Interwencyjnej, która rozdziela pomoc finansową w trzyletniej kadencję ZG (2021 – 2024) nie jest od razu oznaczona w podziale na poszczególne lata. Po prostu nikt nie ma pojęcia ilu osobom w tych latach trzeba pomóc finansowo. KI to samodzielny organ SDP wybierany przez Zjazd Delegatów i to właśnie KI określa wysokość wypłaty ze wsparciem i liczbę pozytywnie zaopiniowanych do wypłaty wniosków o zapomogi. Mam nadzieję, że wszyscy potrzebujący, którzy spełniają kryteria pomocy finansowej ją otrzymają. Oby takich Koleżanek i Kolegów było jak najmniej.

Druga sprawa, poruszona przez Kolegę Rytla w obwieszczeniu na stronie warszawskiego oddziału, to fatalna – głęboko wierzę, że nieświadoma – pomyłka prezesa OW SDP dotycząca Komisji Statutowej:

„Z pewnym zdziwieniem patrzę również na to, że w głębokiej tajemnicy, bez możliwości szerszej dyskusji przygotowywany jest nowy Statut naszej organizacji” – napisał Rytel.

To zdanie miałoby znamiona manipulacji i pomówienia, gdyby nie jego kuriozalna wymowa. Zbyszek chyba po prostu zapomniał, że w gronie OW SDP, są prominentni przedstawiciele władz centralnych, m.in. Sonia Kwaśny i Wanda Nadobnik zasiadające i w Zarządzie Głównym i w Komisji Statutowej. W KS jest też śląski działacz SDP Grzegorz Mika (Naczelny Sąd Koleżeński), który – jak mi powiedział – jako członek OW SDP (przeniósł się ze Śląskiego Oddziału SDP) został wyznaczony do KS przez prezesa oddziału warszawskiego.

Rozumiem, że Zbyszek, podobnie jak my wszyscy, dużo pracuje i czasem popełnia błędy, ale jako szef oddziału, powinien odpowiadać za swoje błędy i je sprostować.

Zbyszku, wystarczy tylko napisać: „pomyliłem się, przepraszam”.

Pozdrawiam wszystkich w SDP, a szczególnie członków z OW SDP!

 

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny SDP

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wolińska i zbrodnie na wojsku

26 listopada 2008 r. w Oksfordzie zmarła Helena Wolińska, stalinowska  prokurator wojskowa. Jej wydania Polsce żądał pion śledczy IPN, oskarżając o bezprawne aresztowanie w latach 50. ponad 20 osób, w tym gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Wolińska, ściśle współpracując ze śledczymi wojskowej bezpieki, mordowała też żołnierzy Wojska Polskiego, którzy wrócili z emigracji do kraju.

W latach 50. stalinowska prokurator Helena Wolińska, razem ze swoim konkubentem Franciszkiem Jóźwiakiem, nadzorowała jedną z głośniejszych spraw – tzw. spisku w wojsku. Po wydanych przez nią i jej kolegów nakazach aresztowania oskarżonych brali w obroty śledczy. We wniosku ekstradycyjnym – który, jak wiemy, został przez Wielką Brytanię odrzucony – prokuratura wojskowa zarzuciła Wolińskiej bezprawne aresztowanie płk Bernarda Adameckiego.

Wolińska aresztowała płk. Adameckiego 21 listopada 1950 r., tego samego dnia, co gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Codziennie takich spraw miała kilka. Natłok pracy nie pozwalał na zapoznanie się z dowodami winy. Gdyby nawet była mniej zapracowana i tak nie miałyby one żadnego znaczenia. Klasowego wroga trzeba było zniszczyć.

Pułkownik Bernard Adamecki był sądzony w jednej z największych i najbardziej tragicznych spraw związanych ze sfingowanym spiskiem w wojsku – procesie tzw. grupy kierowniczej konspiracji Wojsk Lotniczych. Przed Najwyższym Sądem Wojskowym w Warszawie pod przewodnictwem płk Piotra Parzenieckiego stanął u boku siedmiu innych oskarżonych – samych pułkowników i podpułkowników. Adamecki był żołnierzem Armii Krajowej (szefem Wydziału Lotniczego Komendy Głównej AK, ps. Gozdawa, odznaczony Orderem Virtuti Militari).

Z kolei płk August Menczak walczył w Polskiej Armii Ludowej, a pozostali w lotnictwie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. To właśnie Adameckiemu i Menczakowi przypisano kierowniczą rolę w zbrodniczej działalności. Obaj oficerowie mieli działać z polecenia płk Franciszka Hermana, jednego z głównych oskarżonych o spisek w wojsku.

Płk Bernard Adamecki, urodzony w 1897 r., w wojsku służył od 1916 r. Po wojnie był komendantem Wojskowej Szkoły Technicznej. Płk August Menczak był szefem sztabu Kwatermistrzostwa Wojsk Lotniczych.

Perfidna ideowość

Śledztwo przeciwko płk Adameckiemu prowadzono w Zarządzie Informacji Wojsk Lotniczych, inni byli przesłuchiwani w Głównym Zarządzie Informacji WP. Nadzór nad całością sprawował zastępca szefa GZI, płk Antoni Skulbaszewski, zmarły w 1990 r. w Kijowie (tak, jak większość komunistycznych zbrodniarzy nie został osądzony). Pomagali mu: płk Władysław Kochan i ppłk Naum Lewandowski. Akt oskarżenia napisał ppłk Iwan Amons, prokurator Wojsk Lotniczych. Ten kłamliwy dokument musiał być jeszcze zatwierdzony w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. Uczynił to kolega płk Wolińskiej, ppłk Marian Frenkiel.

Tajna rozprawa, bez udziału obrony, rozpoczęła się 8 maja 1952 r. w budynku Informacji. W wyniku wcześniejszych tortur wszyscy oskarżeni przyznali się do zarzucanych im czynów. Ppłk Amons zażądał dla pięciu z nich, m.in. Menczaka, kary śmierci, a dla pozostałych trzech, w tym Adameckiego, długoletniego więzienia. Przed sądem mówił: „Proces dzisiejszy to proces zaciętych wrogów, szpiegów i dywersantów, którzy byli na usługach państw imperialistycznych. Proces ten to jeszcze jedno zdemaskowanie nikczemnej garstki wykolejeńców narodu polskiego, którzy zdradzili swój kraj i wiernie służyli agentom świata imperialistycznego, dążąc do nowej pożogi wojennej. Grupa oskarżonych zajmowała się w sposób wyjątkowo perfidny i uporczywy szpiegostwem na rzecz państw imperialistycznych, na korzyść podżegaczy wojennych”. Podstawą oskarżenia był dekret z kwietnia 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa.

Sędziowie podkreślali ogrom popełnionych zbrodni i „perfidną ideowość” oskarżonych, których pobudką działania była wyłącznie nienawiść do władzy „ludowej” w Polsce, jak również długotrwały okres zbrodniczej działalności. Adamecki miał kierować grupą dywersyjno-szpiegowską od lipca 1946 do stycznia 1949 r. Aż dziw bierze, że władza „ludowa” tak długo o tym nie wiedziała albo na to pozwalała.

Wedle kłamliwych tez oskarżycielskich grupa „współpracowała bezpośrednio z centralnym kierownictwem organizacji w kraju i ośrodkiem w Londynie”. Adamecki „zbierał, gromadził i przekazywał przedstawicielom wywiadów imperialistycznych wiadomości z zakresu obronności państwa, a dotyczące lotnictwa wojskowego i cywilnego, stanowiące tajemnicę państwową i wojskową”.

Najwyższy Sąd Wojskowy wydał wyrok 13 maja 1952 r. Dyspozycyjni wobec komunistycznego reżimu sędziowie uznali, że sześciu oskarżonych, w tym Adamecki i Menczak, nie zasługują na ułaskawienie. Wobec Adameckiego kara została zatem zaostrzona. Zgromadzenie Sędziów NSW odrzuciło wnioski skazanych i ich rodzin o rewizję wyroków, a Bierut nie skorzystał z prawa łaski. 7 sierpnia 1952 r. płk Bernard Adamecki i pozostali oficerowie zostali rozstrzelani w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

 Poziom świadomości

Prokuratura wojskowa III RP oskarżyła Wolińską o to, że pozbawiając wolności płk. Adameckiego, nie dysponowała dowodami jego winy i miała pełną świadomość, czym może się to dla niego skończyć. Jeśli nawet uznamy, przyjmując zasadę domniemania niewinności, że Wolińska i inni prokuratorzy z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (szczególnie ppłk Marian Frenkiel) nie wiedzieli, że sprawa od początku była spreparowana, że przyczyniają się do skazania niewinnych ludzi, to w grudniu 1954 r. musieli już być tego w pełni świadomi. Kierownictwo partii i państwa dowiedziało się wówczas o łamaniu prawa w postępowaniu przeciw płk. Adameckiemu i innym, i poleciło wyjaśnić sprawę. Wnioski prokuratury, która zakończyła prace we wrześniu 1955 r., nie pozostawiały co do tego żadnych wątpliwości. Mimo to nie podjęto żadnych decyzji o rehabilitacji zamordowanych i zwolnieniu z więzienia tych, którym udało się przeżyć. Dopiero 26 kwietnia 1956 r. Najwyższy Sąd Wojskowy wznowił postępowanie, ale już następnego dnia Naczelna Prokuratura Wojskowa umorzyła je, uznając, że… nie było jakichkolwiek obiektywnych dowodów na potwierdzenie stawianych w oskarżeniu zarzutów. Ofiar, nawet pośmiertnie, nie uniewinniono, a prawdziwych winnych nie pociągnięto do odpowiedzialności. Tego wymagała socjalistyczna praworządność i tak dzieje się do dziś.

Z akt sprawy wynika jasno, że śledczy Informacji wykorzystywali złożone w wyniku tortur zeznania również przeciwko innym oskarżonym o spisek w wojsku. Pułkownik Adamecki zeznawał m.in.: „Kuropieska zlecił mi dalszą działalność konspiracyjną prowadzić [spisujący zeznania śledczy najwyraźniej miał kłopoty z językiem polskim] w kierunku zbierania wiadomości wywiadowczych, gdyż na razie sprawy przewrotu zeszły na dalszy plan”.
W wyroku przeciwko gen. Józefowi Kuropiesce czytamy m.in.: „W pierwszych miesiącach 1948 r. [cóż za precyzja] osk. Kuropieska w osobistej rozmowie z Adameckim poinformował go, że organizacja konspiracyjna w wojsku wstępuje w okres przygotowań do czynnego wystąpienia i w związku z tym Adamecki otrzymał odnośne zarządzenia od Hermana. W drugiej połowie 1948 r. osk. Kuropieska w czasie ponownego spotkania z Adameckim naświetlił mu ówczesną sytuację polityczną i polecił mu nadal rozwijać działalność wywiadowczą na terenie lotnictwa”.

 

Nasz publicysta CEZARY KRYSZTOPA chyba żartuje: Nic się nie dzieje, pogłębiamy integrację

Mało kto już pamięta, że referendum ws. przystąpienia do Unii Europejskiej w 2003 roku musiało trwać dwa dni żeby móc doczłapać się do przekroczenia 50-procentowej, zwykle nieosiągalnej dla polskich referendów, frekwencji wymaganej do tego żeby uznać je za wiążące.

Tak czy siak, Polacy, którzy zagłosowali w nim „tak”, w tej liczbie i ja, zrobili to w przekonaniu o tym, że wstępują do „raju” równych w różnorodności. A przy okazji zamożnych. Jakiś czas później, czym mniej naiwni ode mnie nie byli specjalnie zaskoczeni, okazało się, że prawdziwa umowa brzmi zupełnie inaczej. Przede wszystkim Polacy mieli nie tracić okazji do tego żeby milczeć. Równie istotne okazało się to żeby Polacy byli tacy jak się od nich oczekuje, a nie tacy jak im się podoba. Żeby wykazywali się autoryzowanym zestawem światopoglądowym i nie sprawiali kłopotów nowemu wcieleniu rewolucji. Jeśli chodzi natomiast o dobrobyt, okazało się, że nie może on przekraczać poziomu wystarczającego dla taniej siły roboczej i rynku zbytu.

Polacy i zombie

Polacy, jak to Polacy, nigdy nie umieli uszanować wyznaczonej im przez ważniejszych i mądrzejszych roli, musieli zacząć fikać i kwestionować ustalony porządek rzeczy. Nic dziwnego, że nasi dobroczyńcy i ci niemieccy i ci brukselscy ostatecznie postanowili naprawić swój błąd i Polaków zagłodzić. Zresztą, tak bardzo się znów starać nie muszą, czego by nam nie zrobili i jak nie „oszukali”, mogą być pewni, że zawsze „będziemy gotowi do kompromisu”.

No, ale czy sama eurocentrala może tu być pewna swojej niezłomnej potęgi? Wbrew temu co się niektórym wydaje chyba nie. Ciągle oczywiście dysponuje Babilonem monumentalnych budynków, bizantyjską administracją i głębokim przekonaniem o swojej wyższości i prawie do pouczania innych, ale czy nie jest już w istocie tylko żałosnym, choć jeszcze groźnym, zombie, do którego jeszcze nie dotarło, że UE jest martwa?

Rozpad

„Unia walutowa się rozpadnie – inwestorzy powinni wyciągnąć wnioski na wczesnym etapie” – pisał ostatnio na łamach internetowej wersji Die Welt Thomas Mayer, założyciel i dyrektor Instytutu Badawczego Flossbach von Storch. Tezę swoja argumentował tym, że europejscy politycy zwyczajnie nie dbają o wspólną walutę, kierując się raczej krótkoterminowym interesem politycznym w zakresie własnych państw narodowych. Czyli, nawet te, mające na co dzień pełne gęby „europejskości” zachodnie mądrale, nie poczuwają się do wspólnego europejskiego interesu, pilnując raczej interesów własnych. Może i nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że nie istnieje żaden europejski naród, który mógłby takiego interesu być depozytariuszem.

Z utrzymaniem granic również nie jest najlepiej. Szczególnie od czasu tragicznej w skutkach z punktu widzenia całej Europy polityki „Herzlich Willkommen” Angeli Merkel. Struktura europejskich miast, kiedyś będących dla mieszkańca Europy Wschodniej niedoścignionym wzorcem, powoli rozpada się pod naporem odmawiającej uznania „europejskich wartości”, a jednocześnie będącej według wytycznych autoryzowanych ideologii – nietykalną – dziczy. Kraje takie jak Włochy, Grecja czy Hiszpania uginają się po równo pod naporem zmierzających do obiecanego przez Mutti „raju” imigrantów jak i presją progresywnych kapłanów rewolucji, z jednej strony żądającej od nich przyjmowania wszystkich, a z drugiej cichcem odmawiających partycypowania w konsekwencjach.

Zresztą, jeśli chodzi o tzw. „europejskie wartości”, to kto tym samozwańczym inżynierom społecznym, dał prawo do ich definiowania?  Tzw. Ojcowie Założyciele Unii Europejskiej byli głęboko wierzącymi chrześcijanami. Obecne tzw. „wartości europejskie” nie mają nic wspólnego z wartościami chrześcijańskimi, na których chciał budować zjednoczoną Europę Robert Schuman. Dziś pewnie, kiedy słyszy o tym, że „wartościami europejskimi” są „prawo do zabijania dzieci”, „prawo do ich seksualizowania” czy możliwość kwestionowania podstawowych pojęć biologicznych, takich jak płeć, zapewne przewraca się w swoim grobie w kościele Saint Quentin w Scy-Chazelles we Francji. Czy kiedy więc, rzecz jasna najmądrzejsze na świecie, niemieckie media piszą o tym, że „Europejczycy ze wschodu nie rozumieją wartości europejskich, w związku z czym wspólnocie grozi rozpad”, podczas gdy wschodni Europejczycy resztką sił stoją na straży wartości Ojców Założycieli, to kto tych wartości w istocie nie rozumie?

Albo kluczowa obecnie polityka energetyczna. Czy stanowi dla kogoś tajemnicę, że ta koncepcja oparta na supremacji Niemiec i rosyjskiego gazu, pod płaszczykiem „ekologii” i „klimatyzmu”, uległa kompletnej katastrofie? Nie będzie rosyjskiego gazu, a Niemcy nie będą energetycznym hubem, ale czy to spowodowało jakąś refleksję u Timmermansa, czy jemu podobnych? A skąd! Na szczycie COP27 Timmermans zapowiedział jeszcze zaostrzenie „klimatycznych” kryteriów. Podczas gdy coraz bardziej zapyziała w stosunku do reszty świata i będąca, w sensie gospodarczym, coraz mniejszą jego częścią Europa, mogłaby i cała wymrzeć, a zapewne stanowiłoby to dla ogólnego bilansu emisji CO2, niewielką różnicę. Obłąkany plan Fit for 55, będący w istocie unikalnym w historii planem autodestrukcji, nadal obowiązuje. To nie ma prawa działać.

„Solidarność europejska”

Ktoś zapyta – A europejska solidarność? Jaka solidarność? Kiedy wybuchła pandemia, państwa UE zaczęły sobie kraść transporty materiałów medycznych, a celowało w tym „moralne imperium” mające ambicje przewodzenia Europie – Niemcy. A gdzie jest solidarność europejska wobec uginającej się pod ciężarem wojennych uchodźców z Ukrainy, Polski? Gdzie są europejskie fundusze na ich utrzymanie? Decyzją brukselskich kacyków mających pełne mordy „solidarności europejskiej”, Polska nie otrzymała z tego tytułu ani grosza. Przeciwnie, uznano, że to doskonała okazja żeby nas, w związku z naszymi obiekcjami, tu i teraz „zagłodzić”. Lepszej okazji może nie być. A gdzie jest „europejska solidarność” jeśli chodzi o radzenie sobie z kryzysem energetycznym, nota bene w największym stopniu zawinionym przez Niemców? Niemcy nie chcą limitu cenowego na zakup gazu, ponieważ są gotowi płacić więcej niż biedniejsi partnerzy. A na pomoc publiczną (straszne słowo w UE, z jej powodu Polska musiała zatłuc swoje stocznie) wydadzą 200 miliardów euro, co spokojnie wystarczy na to żeby nie tylko utrzymać swoje firmy, ale też żeby te mogły wykupić europejską konkurencję. I taka to „solidarność”.

Wymieniać kolejne obszary podlegające coraz dalej idącej destrukcji, można długo. Ktoś powie – no ale zawsze tak było, że za blichtrem wielkich słów kryły się brutalne interesy. I będzie miał rację. Ale z faktu, że ostatnio to wszystko otwarcie wypłynęło już na wierzch również coś wynika. Ten system ulega coraz szybszej degradacji. Niemcy już nie ukrywają tego, ze trzymają za twarz unijne instytucje, otwarcie obsadzając je Niemcami, w kolejnych krajach rośnie niezadowolenie z ich „przywódczej”, a w istocie pasożytniczej roli. Stare, prorosyjskie, europejskie potęgi kompromitują się wobec tego co Rosja wyprawia na Ukrainie. Tymczasem kanclerz Scholz, jak gdyby nigdy nic, ogłasza, że „Niemcy są gotowe przejąć odpowiedzialność za Europę”, a w ogóle to „trzeba znieść jednomyślność”, bo przecież dosyć już tego marudzenia maluczkich. To tylko pozornie objaw siły. W istocie to objaw desperacji.

I co teraz?

I co teraz będzie? Nie wiem. Być może krajom, które mają dosyć niemieckiej przemocy, uda się zbudować siłę, która tę bryłę ruszy z posad i zatrzyma przed przepaścią. Ostatecznie, o ile działają, wolności przepływu ludzi, towarów i usług, to rzeczywiste wartości. A być może to się nie uda.

Na każdy z tych wariantów musimy być przygotowani. I tutaj, kiedy widzę jak sytuacja na Ukrainie zmienia rolę Polski, to przy całym oczywistym dramacie wojny, w tym zakresie bywam optymistą. A kiedy widzę polskich przywódców pogarszających stopniowo pozycję negocjacyjną Polski w sporze z Brukselą w imię płonnych nadziei na parę groszy, których Unia Europejska być może w ogóle już nie ma, a na pewno dać nam (choć przecież kredyty z KPO i tak spłacamy!) nie ma interesu, bywam również pesymistą.

WALTER ALTERMANN: Gościni, czyli ekstremiści rosną w siłę

W TVN, w programie o kosmosie, prowadzący powiedział: „Witamy naszą gościnię”. Wystraszyłem się, bo pomyślałem, że pojawi się jakaś kosmitka, ale na szczęście nie. Weszła ładna, zgrabna pani.

Czytając, patrząc i słuchając, jak z uporem i metodycznie feministki walczą o sfeminizowanie wszystkich nazw, niegdyś zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn, czegoś nie rozumiem. A konkretnie nie wiem co im daje zastąpienie gościa „gościnią” . Czy kobiety walczące na wszystkich polach o równouprawnienie, naprawdę wierzą, że to coś zmieni? Najwyżej polepszy im samopoczucie.

Te posełki, sędzinie, gościnie chcą dać znać, głównie mężczyznom, że kobiety są równe mężczyznom, a właściwie lepsze. No, dobrze. Mogę przyjąć, że istnieje grupa kobiet, którym rola żon, matek i babć nie wystarcza. Co prawda większość z tych dzisiejszych feministek nie wyrzeka się ról przypisanych z natury kobietom, ale dodatkowo chcą być „mężczyznom równe”. Panie chcą być równe, ale zarazem lepsze, bo mogą być matkami.

Może powinienem napisać „paniniom”, bo „pani” jest jednak urobione wprost od „pan”? A może nadszedł już czas, żeby w ogólne zrezygnować ze słowa „pani” i wymyślić jakieś nowe. Może przyjęłoby się pojęcie „mapania” lub „paniama” – powstałe z połączenia matka i pani?

Zastanawiałem się ostatnio, szukałem nawet w Internecie, ale nie znalazłem informacji jaki procent wśród populacji kobiet w dzisiejszej Polsce stanowią feministki. Myślę, że jest ich znacznie mniej, niż się wydaje. A wydaje się nam, że jest ich dużo dlatego, że każde dopiero co wznoszące się ruchy społeczne są wyjątkowo aktywne i hałaśliwe. Tak było, na przykład, z feministkami i ruchami socjalistycznymi w końcówce XIX wieku.

Z feministkami byłoby to wszystko zrozumiałe, trochę nawet zabawne, ale w sumie do przyjęcia, gdyby nie to, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok do feministek przyłączają się nowe grupy pań i panów, i z wolna stajemy naprzeciw poważnego ekstremizmu.

Ekstremizm kontra fundamentalizm

Do feministek dołączają zwolennicy i zwolenniczki LGBT, zwolenniczki złagodzenia prawa antyaborcyjnego. I to też byłoby do zniesienia, gdyby nie fakt, że naprzeciw nim stają coraz liczniejsze szyki fundamentalistów i „fundamentalistyczek”.

Fundamentaliści powołują się na prawa boskie a z Pisma Świętego wyciągają przesłanki dla stanowienia współczesnego świeckiego prawa. Przy czym – jak poucza nas historia – wszelkiego rodzaju święte księgi podlegają interpretacji, reinterpretacji i kontreinterpretacji. Taki jest bowiem charakter świętych ksiąg, że z rozmysłem pozostawiają ogromne pole dla interpretatorów, albowiem pisane są językiem metaforycznym.

Można by się spierać, kto wykonał pierwszy ruch: feministki czy fundamentalistki. W każdym razie znaczącym politycznie zwycięstwem tych drugich była zmiana prawa antyaborcyjnego na bardziej restrykcyjne. Co wzmogło aktywność feministek i ich przyszywanych koalicjantów spod znaku LGBT i innych nowoczesnych znaków.

Jedno jest pewne, że fundamentaliści zburzyli kompromis, tak trudno wypracowany, za czasów św. pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tego samego, na którego czyny i słowa tak chętnie – przy innych okazjach – się powołują. Moim zdaniem, odejście od tamtego prawa, było poważnym błędem. Ale taka jest już natura obu stron: ekstremistów i fundamentalistów, że burzenie ich podnieca. Budowanie mniej, ale za to burzenie niezwykle mocno, niemal orgiastycznie.

Sacrum i profanum

Poza tym, życiu duchowym mamy dwie sfery: sacrum i profanum. I mylenie tych dwóch mentalnych przestrzeni jest okropnym błędem i prowadzi do wielkich kłopotów społecznych. W Nowym Testamencie jest fragment, w którym Jezus mówi, że co cesarskie należy oddać cesarzowi, a co boskie, Bogu. Ale jakoś nikt się tym fragmentem nie przejmuje.

Mylenie tych dwóch porządków, a co za tym idzie wszelkie próby – z jednej strony – ograniczania sfery boskiej w życiu człowieka, na korzyść sfery profanum, burzy zawsze kruchy społeczny ład. Z drugiej strony jest odwrotnie, ale równie niebezpiecznie, bo marginalizacja sacrum i laicyzacja również zagrażają spokojowi społecznemu. Nie przekonują mnie argumenty fundamentalistów, którzy chcą rozciągnąć prawa boskie na każdą piędź ziemi, na każdy ludzki ruch i odruch. Tak samo, jak przeraża mnie „nowoczesne” myślenie feministek i wszelkiej maści postępowców, którzy nie przewidują żadnego miejsca dla Boga w życiu jednostek i całego społeczeństwa.

Inności

Uważam, że nie ma jednego społecznego wzorca zachowań. Poza szanowaniem prawa. A prawo – dotychczas i na szczęście  –  milczy w sprawach seksualności, transpłciowości, a nawet deklarowanych orientacji. Tak samo, jak szczęśliwie milczy na temat zdrad i współżycia pozamałżeńskiego. Nie ma też w prawie zakazu rozwodów, rozstawania się kochanków i wszelkich innych ludzkich niecności.

Piszę o tym, bo obawiam się, że nasi rodzimi fundamentaliści mogą w skrytości pracować nad powrotem do średniowiecznego prawa. Za czasów Bolesława Chrobrego tak o traktowaniu cudzołożników u Lechitów pisał niemiecki kronikarz Thietmar: „Prowadzi się skazańca na most targowy i przymocowuje doń wbijając gwóźdź poprzez mosznę z jądrami. Następnie umieszcza się obok ostry nóż i pozostawia mu się trudny wybór: albo tam umrzeć, albo obciąć ową część ciała”.

Co tam zresztą średniowiecze. Przecież dzisiaj, w pierwszej ćwierci XXI wieku, w wielu krajach muzułmańskich za współżycie seksualne bez ślubu lub pozamałżeńskie zdrady ludzie są kamienowani.

Podjąłem ten niełatwy temat, albowiem niewiadome są drogi postępowych feministek, LGBT oraz fundamentalistów. I na swych drogach nie zatrzymają się oni przed niczym. Przed czym uczciwie przestrzegam.

Równość płci w klatce

Żeby jednak nie było tak serio i smutno, przedstawię głupi, ale ucieszny przypadek jednej pani, która chciała być równa mężczyznom. Otóż 30 X 2021 roku odbyła się pierwsza walka kobiety z mężczyzną w MMA w Polsce.

Nie wiem czy jest to sukces czegokolwiek – wielkiej idei czy jednego człowieka, ale tak było. W klatce stanęli: pani Ula Siekacz i pan Piotr MuaBoy. Walczyli na gali MMA-VIP 3. Wcześniej Pani Ula była już znana i odnosiła sukcesy w walce o siłowanie się na rękę, co się nazywa arm wrestling. Niestety pan MyaBoy’em nie okazał się gentleman’em, bo od razu zasypał panią Ulę gradem ciosów… i wygrał. Agencja nie podają, czy pani Ula zdecyduje się na rewanż.

A pisał wieszcz: „Kobieto, puchu marny…”. Gdzie te czasy, gdy cnotą niewieścią była zwiewna lekkość bytu tudzież elegancja w słowach, ruchach i geście?

 

Znowu wkurzony STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Nie będzie nikt pluł nam w twarz!

Rosjanin, adwokat dysydentów, podejrzewa, że w chwili próby jednak stchórzymy – wyczytałem w „Wyborczej”: „Gdyby okazało się, że Polacy idą heroicznie na barykady, byłbym pełen podziwu, ale coś każe mi podejrzewać, że nie zdecydowaliby się na to”. No cóż, na ochotniczy legion z Czerskiej bym nie liczył.

Zanim przekonamy się czy Polacy wyjdą na barykady, przekonamy się jak długo jeszcze pozwalać będą opluwać się i ograbiać. Pamiętam jak dyspozycyjny publicysta Czuchnowski zwymyślał publicznie ministra Macierewicza w jego konferencyjnej obecności. A ten – wydawałoby się bardzo dzielny mężczyzna – milczał!

Rozmaici, gdy teraz odwaga staniała – skaczą sobie dziarsko po brzuchach i brzuszkach rządzących i reprezentujących. Hulaj dusza! Nikt nas nie rusza! Najodważniejsi wrzeszczą w Sejmie zakrzykując drobnej postury kobietę, która przecież nikomu w twarz nie da. Za to w Senacie człowiek korupcjogenny trzyma się rękami i nogami immunitetu. I nie parzy go to!

W obronie tysięcy oszukanych i oszukiwanych nadal frankowiczów nie ruszy na Szwajcarów premier, eks-bankowiec, bo przecież zawodowy rodowód może się jeszcze przydać.

Chyba coś mocnego zamroczyło z wyglądu intelektualistę o krzepiącym serca nazwisku. Nie dość, że publicznie zrobił kamieni kupę to rzuca w nią by obryzgać innych. Niech weźmie pod pachę trylogię i poczyta. Może go oświeci i przywoła do porządku w Warszawie, gdzie awanturuje się o sprawy porządkowe. Z tym to do Trzaskowskiego.

W 1920 roku to chłopi polscy uratowali Ojczyznę, bo wyszli i stanęli milionem na wezwanie swojego przywódcy – Witosa. Zaniosłem kiedyś „tygryskowi” reportaż gazetowy właśnie w obronie okradanych rolników z powiatu płońskiego. Zero reakcji. Delikatny chłopczyk jest wysoki, ale to za mało. Portret trzykrotnego przedwojennego premiera wiszący w sekretariacie prezesa PSL mu nie pomoże. Zdumiewające, jak można mieć branżowo tak liczną armię potencjalnych wyborców i tak beznadziejne wyniki poparcia.

Ma pan rację panie moskiewski adwokacie, chyba „nie wyjdzie na barykady” lewicowy młodzian, choć żonę ma bombową pilotkę. Schowa się pod spódnicę ładnej i mądrzejszej od niego (o co nie trudno) małżonki.

Konfederaci to też delikatesy. Mówią mądrze, choć często psują prawicy to co dobre. Może i „wyjdą” w tych eleganckich lakierkach, którymi świeci elokwentny, wyglądający ciągle na młodego polityk. O ile nie pokłócą się ostatecznie inni. Treści słuszne, zachowanie egoistyczne. To już przygrywki pod wyborców. Kto zakosztuje posłowania zrobi wszystko, by się powtórzyło.

A dziennikarze? Ci przylepieni do partii – tej czy innej – w wypadku zwycięstwa przeciwników na pewien czas pójdą precz. Poczekają, aż ich zawołają znowu. Bo z gówniarzerii żurnalistycznej bata się nie ukręci. Zresztą zostawmy dziennikarzy, bo w końcu wielu z nich już lata pod kulami na barykadach.

Ciekawe natomiast co zrobią bogacze, szczególnie ci od podatkowych rajów. Mają gdzie i za co uciec. Chyba, że się ich przedtem skutecznie poprosi, by oddali choć połowę z tego, co układami i bezkarną bezczelnością ukradli i wywieźli. Nasz fiskus to niemota. Bierze tylko od uczciwych. Od pracodawców, którzy tworzą jednak miejsca pracy. Niech ich nagradza a nie szuka z lupą. Kto kradnie i oszukuje wiadomo. Nawet dziennikarze podpowiadają. Ale kilka tysiące urzędników przemierzających szerokie korytarze – zdaje się bardziej wygląda Balcerowicza niż Banasia.

Adwokat moskiewski informuje, że wygrał już jedną sprawę (a miał ich setki). Życzę by przynajmniej wygrał jeszcze jedną zanim zagości na Łubiance lub gdzieś dalej. Ale na prawdę jestem pełen podziwu dla tego niezwykle odważnego człowieka i cieszy, że „Wyborcza” wydrukowała ten wywiad.

A o Polaków proszę się nie martwić.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Drony na Morzu Czarnym wygrywają z okrętami

Drony i baterie rakiet nadbrzeżnych, mogą pokonać rosyjską marynarkę wojenną z jej dużymi, drogimi, ale przestarzałymi okrętami wojennymi.

Pod koniec października br., po tym jak kilka miesięcy wcześniej pociski Neptun trafiły flagowy okręt Floty Czarnomorskiej, krążownik Moskwa, Ukraina po raz kolejny zademonstrowała Rosji swoje możliwości bojowe na Morzu Czarnym. Drony nawodne unieruchomiły kilka fregat, które wciąż nie mogą brać udziału w działaniach wojennych. Z wielkim zaskoczeniem rosyjskie dowództwo odkryło, że jest katastrofalnie w tyle nie tylko z krajami NATO, ale także za Ukrainą, nie tylko w taktyce, nie tylko w skuteczności czołgów i artylerii, ale także w produkcji dronów, zwłaszcza marynarki wojennej.

„Ukraińskie statki bezzałogowe wygrywają wojnę morską na Morzu Czarnym” – pisze amerykański magazyn Forbes. – „Uderzenie ukraińskich dronów w pobliżu Noworosyjska, sto mil od okupowanego przez Rosję Krymu w południowej Rosji, powinno wywołać alarm w Sewastopolu… Bezzałogowe statki nawodne sygnalizują zmianę strategii morskiej Ukrainy. Bayraktary i  Neptuny zapowiedziały pojawienie się nowego typu floty – bez dużych statków, ale z dużą liczbą dronów i pocisków. Bayraktar i bateria Neptun  zatopili w kwietniu flagowy okręt Floty Czarnomorskiej – krążownik Moskwa.  Bayraktary i wyrzutnie rakiet skierowały następnie swoją uwagę na okupowaną przez Rosję Wyspę Węży na zachodnim Morzu Czarnym, wysadzając rosyjski sprzęt na wyspie oraz topiąc łodzie i statki pomocnicze, próbujące uzupełnić zaopatrzenie garnizonu wyspy. Po szturmie na Sewastopola flota ukraińska stała się znacznie odważniejsza w korzystaniu z nowych bezzałogowców (…). Flota bezzałogowa, wraz z bateriami rakiet nabrzeżnych, przewyższa możliwości rosyjskiej marynarki wojennej z jej dużymi, drogimi i przestarzałymi okrętami wojennymi…”

Zadanie opracowania broni bezzałogowej zostało niedawno omówione przez ekspertów w Kijowie na konferencji „Wojna na Morzu Czarnym: imperatywy geopolityczne i strategiczne”. „Operacja wojskowa, którą Ukraina przeprowadziła 29 października przeciwko okrętom rosyjskiej Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu, zostanie po wojnie szczegółowo zbadana przez ekspertów z innych krajów” – mówi Wołodymyr Zabłocki, kapitan I stopnia, ekspert marynarki, felietonista. magazynu Defense Express.

Zauważa, że ​​„taka operacja wojskowa to nowy rozdział w historii złożonych ataków na chronione bazy morskie. Wywołało to panikę na najwyższym poziomie w Rosji. Rozwój dronów to bardzo udany kierunek, jesteśmy światowym liderem i nie było to nawet teraz, ale jeszcze przed wojną. Współpracowaliśmy i współpracujemy z kilkoma krajami” – powiedział Wołodymyr Zabłocki.

Ukraina tworzy pierwszą na świecie flotę dronów morskich. To unikatowe urządzenia ukraińskiego rozwoju. Prezydent Ukrainy zapowiedział zbiórkę pieniędzy na sto dronów. Według koordynatora platformy, na której jest ona prowadzona, Yaroslavy Gres, na dzień 17 listopada zebrano już pieniądze na 25 dronów. Zdaniem ukraińskich ekspertów korzystanie ze stosunkowo tanich i niepozornych dronów to właściwa strategia dla asymetrycznych działań na morzu.

Przeciwko Rosji konieczne jest użycie ataków „komarów” z powietrza w taki sam sposób, jak robi to ona teraz na terytorium Ukrainy, wystrzeliwując irańskie drony Shahed. „Ukraińska wersja amerykańskiego Switchblade nie jest gorsza. Rozwój drona uderzeniowo-rozpoznawczego z pociskami RK-2V firmy Promin KB nie ustępuje Bayraktorowi. Nie jest on gorszy, ale nawet jeszcze mocniejszy. Ponieważ jednostka bojowa jest znacznie potężniejsza” – powiedział Valentin Badrak, dyrektor Centrum Badań Armii, Konwersji i Rozbrojenia.

„Szczególnie interesujące jest kompleksowe wykorzystanie bezzałogowych statków powietrznych, podwodnych dronów i robotów, które są w stanie działać i oddziaływać na granicy dwóch środowisk – powietrznego i morskiego. To generalnie nowe słowo i chcę powiedzieć, że ukraińscy specjaliści mają pewne doświadczenie w tej dziedzinie” – mówi Wołodymyr Zabłocki, felietonista magazynu Defense Express.

Rosja wciąż stara się dogonić Ukrainę i inne kraje w rozwoju dronów morskich. Dwa tygodnie temu Władimir Putin wyznaczył gubernatorowi Sewastopola Michajło Razwożajewowi zadanie stworzenia bezzałogowych pojazdów podwodnych i nawodnych w bazie w Sewastopolu. Następnie gubernator Sewastopola zauważył na posiedzeniu rządu, że „armia dronów musi zostać stworzona szybciej niż zrobi to Ukraina”.

Jak pisze serwis informacyjny ForPost w Sewastopolu: „Produkcja bezzałogowych dronów morskich stała się tematem spotkania, które odbyło się na Uniwersytecie Państwowym w Sewastopolu. Oprócz przedstawicieli nauki wzięli w nim udział praktycy. >Z oczywistych powodów nie mogę teraz podać szczegółów. Ale myślę, że ważne jest, aby poinformować państwa, że ​​rozpoczęły się prace w tym kierunku, który jest ważny dla nas i dla całego kraju<” – powiedział gubernator Sewastopola Mychajło Razwozhajew na swoim kanale Telegram. Na uczelni powstały już wydziały projektowe rozwój bezzałogowych statków powietrznych i innych, których doświadczenia zostaną wykorzystane do rozwoju bezzałogowych statków powietrznych. Jednak myśl naukowa w tej dziedzinie w Ukrainie, Turcji, Polsce, USA, Niemczech i innych krajach też się nie zatrzymała, a te kraje oczywiście będą starały się nie dopuścić do wyprzedzenia ich w tej dziedzinie przez Rosję.

 

JAN TESPISKI: Moda w teatrach i inne zdarzenia (18)

Teatry nie są wolne od mód. Moda, tak zrozumiała w zmienności ubiorów, obuwia i fryzur, w teatrach jest niebezpieczna. Modne nowinki w teatrach dotyczą głównie repertuaru, ale też sposobu inscenizacji klasyki. Szczególnie ten drugi przypadek jest irytujący.

O ile chodzi o repertuar – kilkanaście lat temu przez nasze teatry przeszła – jak powódź z przerwanej tamy – moda na utwory tzw. młodych brutalistów. Dramaty były ciężkie, bo ukazywały ludzkie dno – narkotyki, alkohol, przemoc w rodzinie, brak społecznej empatii. Na szczęście ta moda dość szybko przeminęła. Być może na Zachodzie, gdzie żyje się lepiej i stateczniej niż u nas, odsłonięcie tego marginesu ludzkiego dna miało sens, bo było wstrząsem. U nas jednak przeniesienie na deski sceny sytuacji i obrazów powszechnej codzienności raczej mijało się z celem.

Panują też mody co do inscenizacji i reżyserii. Pamiętam z lat sześćdziesiątych modne wystawianie Szekspira w garniturach. Oczywiście było to śmieszne, choć wielu się podobało. Moim zdaniem już po trzeciej takiej „garniturowej inscenizacji” Makbeta czy Hamleta garnitury stawały się też kostiumami.

Skąd brały się takie mody? Z „pańskiego” przekonania, że ciemny lud nie dostrzeże samych siebie, nie odczyta swoich ambicji i lęków w starym dramacie, jeśli nie podpowiemy mu łopatologicznie, że Hamlet w garniturze, to jeden z nas współczesnych. A przecież wrażliwy widz – bo dla niewrażliwego w ogóle nie ma po co grać – właśnie pod renesansowym czy barokowym kostiumem łatwiej odnajdzie samego siebie, łatwiej utożsami się z bohaterem.

Bywały też małe mody, i o nich dzisiaj jedna, ale za to mocna anegdota.

Bunkier, mgły i balony

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych niezwykle popularnym dramaturgiem na naszych scenach był Ireneusz Iredyński. Ten wspaniały pisarz, autor m.in. wielkich, znaczących dramatów: „Jasełka moderne” i „Żegnaj Judaszu” był też niebywale płodny twórczo. Z regularnością maszyny publikował rok w rok, po dwa-trzy utwory. Niestety nie wszystkie były wybitne, choć każdy miał swoją klasę.

W 1976 roku jeden z takich „pomniejszych” utworów postanowił wystawić, jako prapremierę, krakowski Teatr Bagatela. Byli to „Narkomani”. Reżyserii podjął się Mieczysław Górkiewicz, ówczesny dyrektor.

Sztuka jest o władzy i domniemanych, ale niepokazywanych w sztuce, burzycielach, którzy tę władzę chcą obalić. Czy naprawdę istnieją przeciwnicy władzy? Nie wiadomo, ale władca robi wszystko, by cały dwór był o tym przekonany. Ludzie władcy i on sam zamknięci są w bunkrze, a swoją władzę traktują jak trzymający ich przy życiu narkotyk. Stąd też tytuł sztuki.

W tamtych latach modna była pewna brutalność dekoracji, połączona z dosłownością, żeby nie powiedzieć brutalnym realizmem. I tym tropem postanowił podążać Górkiewicz.

Bunkier jak żywy

Przede wszystkim reżyser postanowił, że na scenie stanie prawdziwy stalowy bunkier. Zamówiono więc w jednym z poważnych stalowych krakowskich przedsiębiorstw prawdziwe monstrum inżynierii. Podłogę, pokrywającą całą scenę stanowiły trzy ciężkie schodkowe podesty, oparte na stalowym rusztowaniu. Podłoga była z grubej blachy, bo inaczej chodzi się po grubej, a inaczej po cienkiej blasze – tłumaczył wszystkim reżyser. Zresztą Górkiewicz kochał mówić, i całemu zespołowi, wszystkim w teatrze opowiadał z podnieceniem, jakie znaczenie ma, dla wymowy sztuki owa stalowa konstrukcja.

Od stalowego podestu odchodziły symetrycznie w górę jakby wręgi statku, też obudowane grubą blachą. Z takiej samej blachy miał być sufit bunkra oraz ciężka stalowa klapa, którą od czasu do czasu miał uchylać władca, żeby pokazać wszystkim swoim ludziom, że na powierzchni ziemi są dymy, pożary, bo trwa walka z przeciwnikiem, i że dlatego oni muszą tkwić w bunkrze.

Przy montażu wszytko szło gładko, do czasu próby zamontowania dachu bunkra, bo cała ta poważna – na wagę – konstrukcja załamała się. Wtedy do pracy przystąpili stolarze teatralni, którzy z desek i sklejki, jak to normalnie w teatrze, wykonali zgrabny bunkier, z dachem i uchylaną klapą, ale podesty zostały stalowe.

Mgła jak marzenie

Przeżywszy jakoś tragedię ze stalą, Mieczysław Górkiewicz objawił nowy pomysł. Pewnego dnia zawołał na scenę teatralnego palacza, a gdy trochę zdziwiony człowiek stanął na deskach sceny, to pomiędzy nim a siedzącym na widowni Górkiewiczem – dyrektorem i reżyserem w jednym – odbył się taki dialog.

– Pan jest u nas palaczem? – zapytał Górkiewicz.

– Jestem.

– Czy to prawda że kotłownia znajduje się akurat pod sceną?

– Akuratnie, pod samiuśką – powiedział palacz.

– Bardzo proszę, żeby od kotła poprowadził pan na scenę instalację, która będzie kończyła się zaworem pary dokładnie za drugą kulisą… Bo w czasie spektaklu będziemy puszczać na scenę parę.  Rozumie pan?

– Ja pana dyrektora rozumiem – powiedział palacz. Ale po prawdzie, to nasze ogrzewanie do tego się nie nadaje, bo akuratnie…

Tu Górkiewicz przerwał palaczowi.

– Ja panu już bardzo panu dziękuję, proszę wykonać, bez dyskusji.

Palacz wyszedł, a dyrektor miał dłuższy monolog do aktorów.

– I tak właśnie jest w teatrze. Cokolwiek człowiek chce wykonać nowego, to zaraz dyskusje, to się nie da, tamtego nie można… A mnie chodzi o to, żebyście wy brodzili w tej parze, jakby we mgle, bo wy jesteście jak narkomani, właśnie. Zaczadzeni władzą…

Potem przez miesiąc w kotłowni trwały prace techniczne, i w czasie prób było słychać piłowanie, walenie młotem i różne takie techniczne działania. Ale Górkiewicz jakby tego nie słyszał. I w kółko powtarzał:

– Tak, będzie dobrze, te tabuny, kłęby pary stworzą wspaniała atmosferę. Tak ma być.

Po miesiącu konstrukcja „parociągu” była gotowa i nadszedł dzień objawienia pary jako ostrego zabiegu inscenizacyjnego. Wszyscy byli na widowni, cały zespół teatru, wpatrzeni w drugą prawą kulisę. I wtedy Górkiewicz krzyknął:

– Para naprzód!

Po chwili usłyszano cichy pisk odkręcanego zaworu instalacji, i z kranu rury, biegnącej spod sceny, na wysokości około metra, poleciało kilkanaście słabych kropel wody. Zapanowała głęboka cisza. I w tej ciszy powoli, godnie wszedł na scenę palacz, i cicho, spokojnie powiedział:

– Ja żem chciał panu dyrektorowi od początku powiedzieć, że nasza instalacja nie je parowa, ino wodna, ale pan nie chciał słuchać.

I wrócił do siebie, pod scenę.

Balony

Po klęsce stali i pary, Górkiewiczowi został jeszcze jeden pomysł, który objawił z emfazą:

– A w finale pierwszego aktu, moi drodzy, oni brodzą w balonach, w kolorowych balonach, bo jest w nich metafora pustki i formy zarazem. Dlatego kupimy dwie setki balonów, bo mogą się psuć, żeby było na zapas. Potem z setkę umieścimy w paludamencie, pod sufitem sceny, w takich rynienkach. Rynienki obróci techniczny i te balony spadną na scenę. Będzie pięknie.

Gdy nadszedł czas próby balonowej, było dziwnie, bowiem na scenę spadło ciężkim lotem około sto nadmuchanych prezerwatyw, przezroczystych i zupełnie niekolorowych. Zapanował cisza, i tylko Górkiewicz wyjaśnił.

– W całym Krakowie nie ma balonów, więc zostało to…

Potem opadła kurtyna, zamiatając podmuchem część „balonów” na widownię. Niezrażony tym, wychodząc na przerwę w próbie, Górkiewicz powiedział do asystenta:

– Proszę powiedzieć paniom sprzątaczkom, że w przerwie mają te balony zebrać i wynieść.

Jednak po przerwie balono-prezerwatywy nadal zaściełały widownię. Górkiewicz się wściekł i kazał zawołać kierowniczkę administracyjną. Weszła osoba energiczna, która rozłożywszy szeroko ręce powiedziała:

– Nasze panie oświadczyły, że tego świństwa do ręki nie wezmą.

I tak skończyła się przygoda Mieczysława Górkiewicza z nowymi modami w teatrze.