WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy rosyjska agresja na Ukrainę to „wojna narodowa”?

Rosyjscy urzędnicy chwytają się różnych PR-owych sztuczek, aby spopularyzować wojnę w społeczeństwie.

Jak donosi Radio Svoboda, 22 października, przemawiając na forum liderów klas szkolnych, zastępca szefa administracji prezydenta Rosji Sergey Kiriyenko powiedział, że „Rosja zawsze wygrywała każdą wojnę, gdyby ta wojna stała się wojną narodową. Zawsze tak było. Na pewno wygramy również tę wojnę. Ale do tego konieczne jest, aby była to wojna narodowa, aby każdy człowiek czuł swoje zaangażowanie”.

Z tego stwierdzenia wypływa wiele wniosków, zauważają obserwatorzy. Po pierwsze, stwierdzenie, że Rosja zawsze wygrywała wojny jest dalekie od prawdy. Warto wspomnieć o wojnie krymskiej 1653-56, agresji Rosji na Finlandię, a także wojnie rosyjsko-japońskiej, które Rosja przegrała. Po drugie, agresja Rosji na Ukrainę nie może stać się „wojną narodową”, ponieważ wojny narodowe są wojnami wyzwoleńczymi i toczą się na własnym, a nie cudzym terytorium.

Po trzecie, kilkudziesięciu obywateli, którzy nazwali agresję na Ukrainę wojną, zostało już w Rosji skazanych i ukaranych grzywną bo władze domagały się, aby wszyscy nazywali to „operacją specjalną”. A Kiriyenko jest pierwszym (czyż nie z błogosławieństwem samego Putina?), który nazywa wojnę wojną i nic mu za to nie grozi, mimo że 8 razy powtórzył słowo „wojna”. Jest jasne, że nie ma „narodowych operacji specjalnych”, a reżim Putina próbuje teraz zepchnąć cały naród rosyjski do okopów, więc trzeba uznać, że ta agresja jest nadal wojną.

W komentarzach czytelnicy ukraińskiego serwisu Radia Liberty zauważają, że Kiriyenko wzywa wszystkich, aby czuli „zaangażowanie w wojnę”, podczas gdy „jego syn siedzi z tyłu w ciepłej posadzie w biznesie bliskim rządowi” i to „zaangażowanie” różni się od zaangażowania tych rodzin, których bliscy byli mobilizowani, wysyłani do walki, a niektórzy zginęli.

Co więcej, jeśli Kiriyenko tylko wzywa do uznania wojny za wojnę narodową, to znaczy, że teraz nie jest to wojna narodowa i nie ma poparcia społeczeństwa, a zatem mamy po prostu do czynienia z agresją imperialistyczną.

Jednocześnie Kiriyenko wyraźnie wyraził wątpliwości co do wyników wojny, powiedział: „na pewno ją wygramy, ale pod warunkiem, że stanie się narodowa”. Ale, jak widzimy, szanse na to są mizerne, ponieważ ponad 700 000 mężczyzn w wieku poborowym, po ogłoszeniu mobilizacji, opuściło już Rosję. Co więcej, w Rosji szerzy się ruch matek na rzecz ochrony dzieci wrzuconych do okopów tej wojny, a ruch antywojenny jest coraz silniejszy. Tak więc Kiriyenko faktycznie przewidział: „Rosja nie ma szans na wygranie tej wojny…”

Jak widać, urzędnicy tacy jak Kiriyenko zamierzają spopularyzować wojnę za pomocą sztuczek PR.

Kiriyenko próbował też przekonać nauczycieli, że „ten, który rozpoczął tę wojnę, dążył do wyeliminowania Rosji, jej suwerenności, historii i kultury”. Nawiązał oczywiście do Stanów Zjednoczonych. Ale przecież wszyscy wiedzą, że wojnę tę rozpoczął Putin. Tak więc jeśli dosłownie odczytamy słowa Kiriyenki, okaże się, że Putin rozpoczął tę wojnę, ponieważ miał na celu wyeliminowanie Rosji, „jej suwerenności, historii i kultury”. Być może to prawda. Komentatorzy twierdzą, że Kiriyenko powiedział prawdę, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Podczas gdy Kiriyenko wzywa swoich rodaków do wojny, siły zbrojne Ukrainy wykonują swoją pracę. Poinformowano, że ukraińska ofensywa trwa – obwód charkowski został wyzwolony, w obwodzie chersońskim wyzwolono już ponad 90 osiedli. Wojska rosyjskie rozpoczęły ewakuację z Chersonia na lewy brzeg Dniepru, plądrują chersońskie muzea, pakują zrabowane kosztowności, a nawet demontują pomniki rosyjskich generałów Uszakowa i Suworowa i mówią, że wykopią z grobu feldmarszałka Potiomkina i zabiorą jego ciało ze sobą. Tak więc widać, że jest to wojna narodowa, ale dla Ukrainy, a nie dla Rosji.

 

WALTER ALTERMAN: Przykra rozmowa z Polko-Niemką

W jednym z mikro opowiadań Michaiła Zoszczenki jest postać określona jako „były Polak”. Osobnik ten jest niebywale śmieszny, bo żyjąc od dawna w Moskwie ciągle podkreśla, że nie jest już Polakiem. Ale im częściej to powtarza, tym bardziej dla rdzennych Rosjan Polakiem jest. To z kolei zmusza go do jeszcze bardziej aktywnego wchodzenia w skórę Rosjanina.

Nigdy nie sądziłem, że spotkam kogoś, kto w pewien sposób będzie podobny do tego bohatera Zoszczenki. A jednak… Miałem ostatnio nieprzyjemność rozmowy, lub mówiąc ściślej kłótni z kobietą, która – będąc Polką – w stu procentach reprezentuje niemiecki sposób myślenia, niemieckie postrzeganie historii Polski i niemieckie osądy Polaków. Ale po kolei.

Porwana za młodu

Kim jest osoba, której postawa zmusza mnie do pisania o „zajściu”? Dziś ma jakieś 45 lat. Mając jednak lat 20 poznała starszego od siebie o 25 lat Niemca, dla którego rzuciła studia techniczne i za którego wyszła, a potem zamieszkała z nim w Niemczech. Można powiedzieć, że dwadzieścia lat to sporo. Dla sportsmenki byłby to kwiat wieku, ale dla niewykształconej dziewczyny to ledwie dzieciństwo, taki stan nieopierzenia intelektualnego, światopoglądowego również.

Małżonek Pani nie jest byle kim. To intelektualista, człowiek znany i ceniony w niemieckich elitach, pracujący w mediach, kulturze i sztuce. To ważne dla dalszego zrozumienia sprawy. Bo mam podejrzenia, że poglądy, które Pani zaprezentowała mi w czasie burzliwej awantury, są poglądami jej męża, które ona przyswoiła sobie jak własne, jak przez osmozę.

Jakieś dwa lata temu Pani przeprowadziła się z powrotem do Polski. Nie jestem plotkarzem, ale chyba stadło się rozpadło, choć relacje między byłymi małżonkami są poprawne – jak to u kulturalnych ludzi Zachodu bywa.

Pani jest kobietą zdecydowaną w poglądach, a tubylców, wśród których znowu mieszka, traktuje z góry i jest wielce zaskoczona, gdy któryś z Polaków ma inne zdanie niż ona.

Komuna kontra hitleryzm

Do kłótni doszło przypadkiem, okoliczności wstępne są naprawdę nie istotne. Właściwa rozmowa zaczęła się od tego, że Pani zaczęła – prawie krzycząc – twierdzić, że wszystko co Polskę najgorszego w XX wieku spotkało to komunizm. I było to wyraźnie pod moim adresem, jako domniemanego przez nią wielbiciela komuny.

Trochę oniemiałem, ale szybko dotarło do mnie, że poza komuną świat w XX wieku miał do czynienia jeszcze z kilkoma innymi formacjami ideowymi. Więc mówię:

– Oczywiście ma Pani rację, że komuna była okropna, W Polsce szczególnie do końca lat pięćdziesiątych, ale też nie zapominajmy o różnej maści faszyzmach. No i najgorszym z nich – hitleryzmie.

– Ale hitleryzm wybuchł, bo Niemcy po I wojnie światowej naprawdę za dużo straciły – mówi Pani. – No i te okropnie wysokie reparacje wojenne…

– A wie Pani – mówię do niej – co to były Prusy Południowo-Wschodnie?

– Nie, nie wiem. Ale to chyba nieistotne.

– Ale warto wiedzieć – mówię. – Tak Prusacy po III rozbiorze Polski określali urzędowo tereny Warszawy, Łodzi i okolic. Nie sądzi Pani, że to przejaw odwiecznej niemieckiej buty? I jeszcze jedno. Wie Pani, że pod panowaniem Prus po rozbiorach znalazło się aż 60 procent Polaków?

– Ale w 1919 roku minęło już tyle lat od rozbiorów… – mówi z uśmiechem Pani.

– Czyli po 123 latach najpierw Prusacy, a potem wszyscy Niemcy, mieli już prawo przyzwyczaić się do tego, że Gniezno, Poznań, Gdańsk, Warszawa, Łódź, Toruń, Bydgoszcz, i całkiem spory kawałek Górnego Śląska są ich terenami? A potem – jak Polska odebrała co swoje, to Niemcom było smutno?

Pani posiniała, co u ładnej, dojrzałej kobiety zawsze jest przykre.

– Ale dlaczego rozmawiamy o Niemcach i hitleryzmie? Mnie chodziło o komunę – mówi Pani.

– Bo gdyby nie Niemcy, pod wodzą Hitlera, to prawdopodobnie komuny by w Polsce nie było.

Jak zauważyłem Pani gotowa była potępiać jedynie komunę. Rozmowa o Niemcach sprawiała jej przykrość. Nie jest ładnie dręczyć kobiety, ale postanowiłem nie odpuszczać.

– A słyszała Pani o zbrodniach jakich Niemcy dopuszczali się w czasie wojny na Polakach?

– Owszem – mówi Pani – ale to była wojna, a na każdej wojnie różnie bywa… Potem na pewno jakoś Polacy by się z Niemcami dogadali.

– Oczywiście – mówię – ale pod jednym warunkiem.

– Jakim? – pyta Pani zdziwiona.

– Że wskrzesiliby te miliony pomordowanych obywateli Polski, w tym naszych obywateli pochodzenia żydowskiego.

– Pan ciągle o tej wojnie i wojnie, ja myślę o tym, co mogło być po wojnie – mówi Pani. – Na pewno szłoby się dogadać. Niemcy to naprawdę kulturalny naród. I musi pan przyznać, że w Niemczech panuje prawo i porządek, nie to co w Polsce.

– Mówi pani prawo i porządek… Ale jakoś niemieckie prawo zezwoliło, żeby hitlerowski współtwórca ustaw rasowych, niejaki Hans Globke był po wojnie szefem Urzędu Kanclerza Federalnego. Żeby zbrodniarz wojenny Heinz Reinefarth, generał SS, odpowiedzialny za masakrę ludności cywilnej w czasie tłumienia powstania warszawskiego, po wojnie – juz od roku 1951do końca lat sześćdziesiątych był burmistrzem Westerlandu, a także posłem do Landtagu Szlezwika-Holsztynu.

– Ale to była wojna – Pani tłumaczy mi to jak komu dobremu, czyli jak idiocie.

– Nie, proszę Pani – to była już okupacja. Nie sądzi pani, że Niemcy nie rozliczyli się ze swoją historią, nie zrobili rachunku sumienia?

Pani wzdycha jak hrabini nad upartym chłopkiem, ktory domaga się sprawiedliwości, czyli dania mu złotówki za przejechaną gęś. i mówi:

– Widać, że uczyliśmy się z innych książek.

– Oczywiście, jak z tych pisanych po polsku – mówię.

Wnioski

Są trzy.

Po pierwsze, nasi wspólnie znajomi postanowili, że więcej jednocześnie nas zapraszać nas nie będą.

Po drugie, to co myśli Pani, która wybrała Niemca, można by pominąć, bo nierozgarniętych pań i panów jest u nas wystarczająco dużo. Bardziej szokuje mnie to, że swojego politycznego myślenia Pani nauczyła się – bez cienia wątpliwości – od męża. A jest to człowiek niemieckich elit. Strach bierze pomyśleć, że tak jak on myślą obecne niemieckie „znaczące” osoby.

Po trzecie, zastanawiam się czy od 1990 roku wszystkie siły polityczne w Polsce nie za bardzo odpuściły Niemcom, skupiając się jedynie na komunie i wszetecznej Rosji? Trzeba było aż obecnej postawy Niemiec w sprawie wojny na Ukrainie, żeby obudzić się? Oczywiście – jak zawsze my – z ręką w naczyniu nocnym.

 

 

KRZYSZTOF M. KAŹMIERCZAK: Sąd nad Ziętarą

Uniewinnienie byłych ochroniarzy Elektromisu oskarżonych o porwania Jarosława Ziętary było spodziewane, ale w dniu ogłoszenia wyroku na sali sądowej padły słowa, które nie powinny być tam wypowiedziane. Sąd zajął się nie tylko kwestią oceny odpowiedzialności oskarżonych, ale też dokonał osądu… ofiary.

Spodziewałem się uniewinnienia oskarżonych, bo w jakimś sensie sąd miał związane ręce wcześniejszym nieprawomocnym wyrokiem uniewinniającym Aleksandra G. oskarżonego o podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary (wyrokiem, do którego doszło w skandalicznych okolicznościach w dniu napaści Rosji na Ukrainę). Jeśli przed tym samym wydziałem sądu uznano uprzednio, że nie doszło do podżegania do porwania, to oczywistym jest, że nie można było teraz skazać kogoś za zrealizowanie tego porwania. Taka jest logika prawna i procesowa. Pominę tu budzącą duże wątpliwości argumentację sądu w odniesieniu do materiału dowodowego przeciwko zasiadającym w ławie oskarżonym. Na to przyjdzie czas, gdy powstanie pisemne uzasadnienie wyroku i zapewne zostanie złożona apelacja podważająca zasadność tego wyroku. Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad nieformalnym werdyktem sądu, który dotyczył ofiary zbrodni. W ustnym uzasadnieniu sąd stwierdził, że dziennikarski dorobek Jarosława Ziętary „był wręcz ubogi”, że publikował głównie artykuły niskiej rangi.

Tak, Jarosław Ziętara był młodym dziennikarzem, ale miał nadspodziewanie duże jak na jego wiek doświadczenie zawodowe, a w dorobku liczne poważne artykuły, w tym wiele dotyczących przestępstw i nieprawidłowości czasów transformacji ustrojowej. Pracował jako dziennikarz od początku studiów i jego kompetencje oceniano na tyle dobrze, że jeszcze jako student uzyskał etat w prestiżowym wtedy tygodniku „Wprost”, o pracy w którym marzyło wówczas wielu młodych dziennikarzy. Potem bez trudu zatrudniono go w silnym regionalnym dzienniku – „Gazecie Poznańskiej”, do pracy, w której było także wielu chętnych (sam ubiegałem się w niej o etat znacznie dłużej niż Jarek). Gdyby zebrać wszystkie artykuły Ziętary, które opublikował, by unaocznić sądowi jego dorobek, to trzeba byłoby dodać do akt procesu kolejny obszerny tom.

Sąd w uzasadnieniu uniewinnienia oskarżonych o porwanie nie ograniczył się do obniżania rangi tego co napisał Jarosław Ziętara, ale też wytknął mu, że w tygodniku „Wprost” opublikowano sprostowanie do jednego z jego artykułów. Gdyby sprostowania były miarą oceny kompetencji dziennikarskich, to trzeba byłoby zakwestionować kompetencje chyba większości dziennikarzy, w tym również wielu utytułowanych za swoje dokonania zawodowe. Argument wydrukowania sprostowania zdumiewa, tym bardziej że – w myśl prawa i orzecznictwa – jego opublikowanie samo w sobie nie rozstrzyga wcale, iż dany artykuł jest nierzetelny. A w tym konkretnym przypadku niewątpliwie Jarosław Ziętara nie dopuścił się żadnych dziennikarskich uchybień (chodzi o artykuł „Wspólnik in blanco” odsłaniający kulisy powiązań popeerelowskich i patologię działania organów ścigania; okoliczności te zostały wyjaśnione m.in. w książce „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa”).

Kwestionując kompetencje Jarosława Ziętary sąd stwierdził też, że napisał pochwalny artykuł o Art. B. To również jest nieprawdą. Jego tekst miał charakter informacyjny, przedstawiał szczegółowo specyficzny sposób podejścia do biznesu właścicieli tego przedsiębiorstwa, które niedługo później stało się celem zainteresowania organów ścigania.

Co jednak najważniejsze, nawet gdyby Jarosław Ziętara nie opublikował nigdy żadnego dużej rangi artykułu (a tymczasem było ich sporo), nawet gdyby pisał wyłącznie o muzyce czy sporcie, a nie o aferach i polityce, a nawet gdyby jeszcze nic w życiu nie opublikował, to nie widzę jakichkolwiek podstaw do tego, żeby dokonywać oceny dorobku dziennikarskiego ofiary zbrodni. Jarka zamordowano nie za to co opublikował, tylko za przygotowywaną przez niego publikację, za dążenie do ujawnienia wyników jego ustaleń dziennikarskich. Nie ma wątpliwości, są na to potwierdzenia, że od jesieni 1991 roku Jarosław Ziętara zajmował się sprawą przekrętów gospodarczych na ogromną skalę, w które zamieszane były firmy znanych i majętnych wielkopolskich biznesmenów.

To, że ustalenia Ziętary nie zostały opublikowane dowodzi tylko jednego – skuteczności zleceniodawców i realizatorów zbrodni. Była ona tak zaplanowana i przeprowadzona, aby wraz ze śmiercią poznańskiego dziennikarza uzyskać gwarancję tego, że brudy, które wytropił nie zostaną ujawnione. Dlatego przez kilka dni torturowano go wymuszając od niego informacje o jego ustaleniach i przejmując zgromadzoną przez niego dokumentację.

Na koniec – to co zrobił sąd tym bardziej zdumiewa, że nie musiał on wcale zajmować się Jarosławem Ziętarą jako dziennikarzem, nie musiał wypowiadać się na temat jego dorobku. Przedmiotem procesu był przecież nie on, lecz czyn przypisywane przez prokuraturę oskarżonym. Tymczasem w Poznaniu odbył się sąd nad Jarosławem Ziętarą. Byłych ochroniarzy Elektromisu uniewinniono. Dziennikarza oceniono, zdeprecjonowano. Nie zgadzam się na to. Składam niniejszym apelację od „wyroku” na Jarka Ziętarę…

JOLANTA HAJDASZ: O zapomnianych kapłanach, zakonnikach i siostrach zakonnych

Po raz czwarty obchodziliśmy 19 października Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych. Co kryje się za tą dość długą nazwą? Dlaczego jest tak ważne, byśmy na moment zatrzymali się w zgiełku naszej codzienności i uświadomili sobie, jak wielki – jako naród – mamy dług do spłacenia wobec księży i sióstr zakonnych prześladowanych przez współczesne totalitaryzmy – nazizm i komunizm?

W odniesieniu do komunizmu to ciągle jeszcze jest historia pełna luk i białych plam, które mamy obowiązek wypełnić prawdziwą treścią. I koniecznie musimy zdawać sobie sprawę z tego, że jest to historia zapisana przede wszystkim w ludzkiej pamięci, w opowieściach świadków którzy znali, widzieli, rozmawiali z tymi, którzy nierzadko jakimś nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności poznali coś, co miało być ukryte. A raczej poprawię się – co ma nadal pozostać ukryte, bo wiele jest środowisk, które zabiegają o to, byśmy nie znali tego elementu naszej historii – bohaterstwa i bezinteresownego poświęcenia dla innych przez naszych polskich duchownych.

Szczególnie dotyczy to właśnie duchownych żyjących w latach stalinizmu i tzw. realnego socjalizmu, którzy nie tylko nie mieli szansy na utrwalanie i opisywanie swojej ówczesnej postawy czy dokumentowanie swoich działań, ale musieli się kamuflować i ukrywać, by przetrwać i móc funkcjonować w czasach, w których przyszło im żyć. Dotyczy to przede wszystkim zafałszowanego ustroju komunistycznego, zakłamanego pod każdym względem.

Komunizm ukrywał prawdę i nią manipulował, po to, by nie tylko zniszczyć człowieka fizycznie, ale także zniszczyć i zatruć pamięć o nim. Nie było przy tym żadnych reguł, które dają się dziś zrozumieć w prosty, logiczny sposób bez znajomości kontekstu i natury sytemu komunistycznego. Posłużę się przykładem losów dwóch wielkich duchownych niezłomnych – prymasa Stefana Wyszyńskiego i arcybiskupa Antoniego Baraniaka, aresztowanych razem, tej samej nocy z 25 na 26 września 1953 r. Ale Prymas był „tylko” – tu oczywiście cudzysłów – internowany co oznaczało, iż np. otrzymywał listy, choć nie wszystkie, paczki, choć nie zawsze i mógł czytać i pisać, pracować intelektualnie w tych tak przecież trudnych warunkach. Mógł dać o sobie świadectwo.

Jego dawny sekretarz bp Antoni Baraniak trafił do zwykłego więzienia, gdzie był bity i torturowany, a żadne listy od niego i do niego nie trafiały, gdzie nie było dostępu do książek i prawa do spaceru po ogrodzie, a rodzina nie tyle że nie mogła go odwiedzić, to nawet w ogóle miesiącami nie wiedziała, czy on żyje, gdzie przebywa, co się z nim dzieje. Mało tego, gdy w grudniu 1955 roku po zmianach politycznych zamieniono mu więzienie na internowanie, gdy wykończonego torturami i więziennymi warunkami przewieziono go z Warszawy do Marszałek w dzisiejszej diecezji kaliskiej, to nadal starannie ukrywano przed światem, gdzie on jest. Do schorowanego człowieka nie dopuszczono nawet lekarza, a szantażem zmuszano do milczenia księdza, w którego parafii umieszczono biskupa – ubecy powiedzieli wyraźnie, że jeśli ktokolwiek się dowie, że „Baraniak przebywa w tym domu”, to go wywiozą tam, „gdzie nikt go nigdy nie znajdzie”.

Ich groźby to nie były puste słowa, dowodem na to są setki bezimiennych polskich bohaterów, na czele z rotmistrzem Pileckim, którzy do dziś nie mają nawet swojego grobu, nie wiemy, kiedy i jak zostali zamordowani.  Najbliższy brat arcybiskupa Baraniaka z wykształcenia był księgowym, przez całe życie nie mógł znaleźć pracy w rodzinnym Lesznie gdzie mieszkał, pracował aż w Zielonej Górze, więc cały tydzień go w domu nie było, bo to nie były czasy, w których dało się dojeżdżać do pracy na takie odległości, ktoś inny z rodziny tracił pracę i nie mógł jej znaleźć, a w Poznaniu do sąsiadów siostrzeńca arcybiskupa latami przychodzili ubecy i wypytywali o rodzinne zwyczaje i inne sprawy. Były to pozornie błahe rzeczy, ale przecież dzisiaj widać wyraźnie po co to było robione. Przekaz był prosty – trzymajcie się jak najdalej od tej rodziny, bo nimi interesuje się Urząd Bezpieczeństwa, a po co wam kłopoty. I znowu izolacja, osamotnienie, problemy dnia codziennego…. I jak w takich warunkach przekazać prawdę, mówić o ideałach i moralnych powinnościach, jak opisywać, co się przeszło i co się planuje, gdy ma się świadomość, iż każdym gestem, każdym spotkaniem można przynieść komuś kłopoty? Zostaje milczenie i ukrywanie tego co ważne. To była rzeczywistość duchownych niezłomnych.

Paradoksalnie zachowane donosy i materiały ubeckie są dziś głównym świadectwem niezłomności tych księży, ale to przecież za mało. Dopóki żyją świadkowie ich życia i świadkowie życia tych, którzy ich znali i się z nimi zetknęli – rozmawiajmy z nimi i zapisujmy ich wspomnienia. Nierzadko kontekst danego zdarzenia, te okruchy zebrane w jedną całość wyjaśnią nam więcej niż niejeden podręcznik.

Symbolem polskich duchownych jest oczywiście ksiądz Jerzy Popiełuszko, dlatego Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych obchodzony jest 19 października, w symbolicznym dniu jego śmierci, bo pamiętajmy, że jest to ciągle jeszcze data oficjalna, a do tej pory nie wiadomo, kto i kiedy podjął decyzję o zabiciu księdza ani na jakim szczeblu zapadła decyzja. Wiadomo jedynie, że zabójstwa dokonali trzej pracownicy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. A przecież ksiądz Popiełuszko to ikona bohaterstwa współczesnych duchownych, a co z tymi innymi, o których wiemy tak mało? Kto potrafi dzisiaj wymienić ich nazwiska? Antoni Baraniak przypominany jest już częściej w kontekście ogromnych zasług, jakie przez swoją postawę ma dla Kościoła i dla państwa polskiego, ale co przeciętny Polak wie o świętej pamięci księżach Sylwestrze Zychu, Stefanie Niedzielaku, Stanisławie Suchowolcu, biskupie Czesławie Kaczmarku czy siostrze urszulance Franciszce Popiel, która zginęła w bardzo dziwnym wypadku samochodowym. Siostra ta to przykład, że obok bohaterskich księży duchownych były też zakonnice, ciche skromne i starannie ukrywające swoją tak cenną działalność, żeby tylko komuniści się o niej nie dowiedzieli, żeby tylko móc ją jak najdłużej prowadzić.

Zapisujmy te historie w parafialnych kronikach, gazetach i portalach, do których mamy dostęp, czy nawet w listach do instytucji zajmujących się historią takich jak np. IPN, możemy wysłać taki list nawet do arcybiskupa w swojej diecezji. Historia duchownych niezłomnych to przede wszystkim ich działalność wśród ludzi i dla ludzi. Naszym obowiązkiem jest tę historię najpierw utrwalić, a potem upowszechniać. Jan Paweł II uczcił pamięć bohaterskich duchownych prześladowanych przez niemieckich faszystów beatyfikując ich jedocześnie w 1999 roku. Może doczekamy wszyscy, że kościół także doceni poprzez wyniesienie na ołtarze tych zapomnianych męczenników komunizmu i ciągle jeszcze fałszowanych i nieznanych historiach.

 

 

 

JAN TESPISKI: O Kotku Protku i innych zabawnych zdarzeniach (17)

Rzecz rozegrała się w „roku leninowskim” a bohaterami tej anegdoty są Jerzy Zitzmann i Jan Ziętek. W 1970 roku przypadała setna rocznica urodzin Włodzimierza Lenina. ZSRR oszalał, rocznicę obchodzono z nieznaną wcześniej pompą. Uruchomiono cały ogromny aparat propagandowy, telewizję, radio, prasę – zdawało się, że na świecie i w samym Związku Radzieckim, nie ma niczego innego godnego uwagi – poza tą rocznicą.

O niczym innym nie mówiono i nie pisano, poza Leninem. Portretami Wodza Rewolucji i cytatami z jego pism wystrojono ulice, dworce oraz wszystkie miejsca publiczne, fabryki, uczelnie szkoły oraz przedszkola. Nie wspominając o miejscach stacjonowania milionowej armii, milicji i innych takich.

Jan Zitzmann (ur. 11 05 1918 – zm. 18 01 1999) –  był malarzem, scenografem i reżyserem  teatralnym, twórcą filmów animowanych. Był też wieloletnim dyrektorem Teatru Lalek „Banialuka” w Bielsku Białej, pomysłodawcą, organizatorem i dyrektorem bielskich międzynarodowych festiwali teatrów lalek.

Jerzy Ziętek (ur. 10 09 1901– zm. 20 XI 1985) to polityk, urzędnik, samorządowiec, działacz partyjny i państwowy. Był m.in. Członkiem Komitetu Centralnego PZPR (1964–1981), przewodniczący prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach. (1964–1973). Ziętek był dla Śląska postacią nie tylko wielką, ale i wiele mogącą.

Ideowy Kotek Protek

Rok przed rocznicą, Ziętek zwołał naradę wszystkich dyrektorów teatrów Śląska. Powiedział jasno i wyraźnie, że obchody rocznicy muszą być wspaniałe, że od teatrów oczekuje się odpowiedniego repertuaru. A ponieważ jest to niezwykle ważne, dlatego też dyrektorzy będą rozliczani z wykonania zadania.

Pod koniec 1969 roku Ziętek znowu zwołał naradę, na której dyrektorzy teatrów przedstawiali sposoby – czyli sztuki teatralne – które mają uświetnić jubileusz urodzin Lenina. Wszyscy dyrektorzy, jak się okazało, karnie wystawiali liczne propagandowe sztuki radzieckie, znane i nielubiane jeszcze z lat pięćdziesiątych. Były też nowe sztuki radzieckie, ale tak samo słabe jak te starsze. Na końcu Ziętek zapytał Zitzmanna:

– No, a u was dyrektorze, w tych waszych lalkach, jak zamiarujecie uczcić rocznicę?

– My wybraliśmy na rocznicę – zaczął Zitzmann trochę łamiacym się głosem – sztukę, która w doskonały sposób ukazuje wartości społeczeństwa socjalistycznego, która podnosi socjalistyczny humanizm do rangi wyzwania indywidualnego, ta sztuka będzie niosła wartości, w które wierzymy i które wyznajemy…

– Dobra – przerwał mu Ziętek – ale ty mi chopie powidz, jako jest ta sztuka, no jakiś tytuł mo?

– Ma. Sztukę napisał Zbigniew Poprawski, ona nazywa się, ta sztuka znaczy… „Kotek Protek”…

Na marginesie… Czy Ziętek i Zitzmann brali serio tę rocznicę? Nie sądzę. Bo w roku 1970 traktowano już takie wydarzenia jak rytualny obowiązek. Ma być – i tyle.

Sojuz z papierem

Ludwik Benoit (ur. 18 07 1920 – zm. 4 11 1992) był aktorem wybitnym i co równie ważne – był lubiany przez publiczność. Wielki zawodowiec, znający swój fach.

Film „Przygody Pana Michała” (1969) kręcono – między innymi – na stepach Ukrainy.

– Kierownikiem planu zdjęciowego był jakiś Rosjanin.I nic mu nie wychodziło – wspominał Ludwik Benoit. – Budzono nas o szóstej rano, charakteryzowano, ubierano w ciężkie kostiumy… I tak czekaliśmy na transport, żeby nas zawieziono na plan. Upały były nieznośne. Topiliśmy się jak świece, nie mieliśmy potem już siły, żeby zagrać. I nigdy nie było wiadomo o której te samochody po nas przyjadą. Kierownik planu czuł się – chyba – trochę winny, bo co i rusz przybiegał do nas, opowiadał jakiś żart i znikał. A myśmy w tym upale umierali. Pewnego razu wpadł do nas z gazetą w ręku, i machając nią podniecony, wykrzyczał z radością:

– Proszę państwa, mamy kolejny niezwykły sukces… Wczoraj wystrzelono w kosmos kolejny statek z serii Sojuz…

– A wczoraj w kiblu znowu nie było papieru toaletowego – odpowiedział Ludwik Benoit.

Benua i Fua

Przed wielu laty, za dyrekcji Kazimierza Dejmka w Teatrze Nowym w Łodzi, po kolejnej premierze, panowieLudwik Benoit i Mieczysław Voit poszli w miasto. Było już po północy, kiedy weseli wracali. Może trochę podśpiewywali. Zatrzymał ich patrol milicji.

– Dowody poproszę – zaczął plutonowy MO.

Panowie dali dowody. Plutonowy je otworzył.

– A zatem, zakłócają ciszę nocną… obywatel Benoit…

Plutonowy wymówił nazwisko tak, jak było napisane.

– Bardzo przepraszam, ale moje nazwisko wymawia się Benua… – powiedział Ludwik Benoiot.

– A zatem mamy tu do czynienie – kontynuowała plutonowy – z obywatelem Benua oraz obywatelem Fua.

– Bardzo przepraszam – powiedział Mieczysław Voit – ale mnie się wymawia, jak pisze – Voit.

Plutonowy zamilkł, patrzył na aktorów spode łba, a po chwili powiedział:

– Czyli… sprawa jest bardzo podejrzana. Jedziemy na komendę…

Na szczęście na komendzie znalazł się jaki oficer – teatroman, który obu aktorów przeprosił i puścił wolno.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: „Wartości duchowe i moralne” rosyjskich zbrodniarzy

Jakie „duchowe i moralne” wartości może mieć Putin, jeśli bez powodu rozpętał wojnę na Ukrainie? Jakie wartości „duchowe i moralne” mają rosyjscy żołnierze, którzy plądrują ukraińskie wsie i miasta, gwałcą kobiety, zabijają i porywają i wywożą ukraińskie dzieci do Rosji?

Kilka dni temu prezydent Rosji Władimir Putin polecił rządowi i ministrom konsolidację „duchowych i moralnych wartości Rosji”, dla których należy wzmocnić pracę nad patriotycznym wychowaniem młodzieży. Każdego roku planuje się przeznaczyć 3,9 miliarda rubli na kręcenie patriotycznych filmów dla dzieci. We wszystkich szkołach zawodowych, kolegiach, liceach i technikach zostanie wprowadzone stanowisko doradcy dyrektora oświaty, a na uczelniach nauczyciele będą prowadzić prace wyjaśniające obecny porządek społeczny i polityczny. Ponadto wypracowane zostanie ujednolicone podejście do nauczania historii w szkołach oraz jasno określone zostaną pojęcia „wartości duchowo-moralnych” i „wychowania duchowo-moralnego”.

Co takiego za tym się kryje?  Dlaczego polecenie zostało wydany teraz, a nie, powiedzmy, pięć lat temu? Może coś się ostatnio wydarzyło w Rosji – wzrosła przestępczość, czy zerwane zostały więzi między pokoleniami rodziców i dzieci itp.? Nie, nie było zauważalnych zmian. Dlaczego więc teraz Rosja żąda, by jej obywatele stali się patriotami?

Mówi się, że państwo posługuje się pojęciami patriotyzmu, aby móc usprawiedliwiać zabijanie swoich obywateli. Dla państwa humanitarnego patriotyzm to nie śmierć obywateli, ale umiejętność przetrwania i zwycięstwa w każdej sytuacji bez wzniosłych haseł. Ale Putinowi nie zależy na obywatelach Rosji, których zabił już na polach bitew Ukrainy ponad 63 tys., tylko na sile swojej władzy.

Jakie „duchowe i moralne” wartości może mieć sam Putin, jeśli bez powodu rozpętał wojnę na Ukrainie, twierdząc, że Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród i dla swoich urojeń poświęcił setki tysięcy ludzi?

Jakie wartości „duchowe i moralne” mają rosyjscy żołnierze, którzy plądrują ukraińskie wsie i miasta, gwałcą ukraińskie kobiety, zabijają i porywają i wywożą ukraińskie dzieci do Rosji, oddzielając je od rodziców?

Jakie „duchowe i moralne” wartości mają rosyjskie siły zbrojne, które nie prowadzą wojny z żołnierzami wroga, ale bombardują dzielnice mieszkalne i cywilów najnowszymi środkami zabijając dzieci, osoby starsze i kobiety? Jakie „duchowe i moralne” wartości mają żołnierze rosyjscy, którzy w Charkowie, Mariupolu i Berdiańsku zniszczyli 90 proc. budynków mieszkalnych, codziennie bombardują Kijów, Zaporoże, Mikołajów i inne ukraińskie miasta, które nie poddają się wrogowi?

W końcu jakie „duchowe i moralne” wartości mogą mieć ludzie rosyjskiej kultury, które popierają wojnę na Ukrainie i nawołują do zabijania Ukraińców?

Na przykład aktorka Yana Poplavska, cieszyła się, że teraz więcej pieniędzy zostanie przeznaczonych na kino. Boi się jednak, że mogą zostać one rozkradzione. „Niestety, ta prezydencka inicjatywa” –  jak mówi – „może być wykorzystana przez grube pijawki”. Dlatego aktorka sugeruje stworzenie „uczciwego” komitetu młodych utalentowanych reżyserów. Ale gdzie jest gwarancja, że ​​i oni nie staną się za kilka dni „pijawkami”, gdy zobaczą duże pieniądze?

Najwięcej pytań pojawia się jednak w tej części dekretu Putina, który mówi o tym, jak „prawidłowo według wartości duchowych i moralnych” należy pisać historię Rosji. Aby historycy i filmowcy nie „zniekształcali” biografii dowódców wojskowych, monarchów i bohaterów Ojczyzny, prezydent Władimir Putin polecił Ministerstwu Edukacji Rosji opracowanie jednolitego podejścia do nauczania historii w szkołach. Jednak w Rosji historycy od dawna nie piszą prawdy. Na przykład fakt, że marszałek Żukow splądrował Niemcy i przewiózł do swojej daczy pod Moskwą 8 wozów ze zrabowanymi kosztownościami, nie został jeszcze wpisany do podręczników historii.

Co zaskakujące, dziekan Wydziału Humanistycznego Wyższej Szkoły Ekonomicznej Oleksiy Rutkevich stwierdził, że „już dawno trzeba było wypracować ujednolicone podejście do jej studiów. Historia ojczyzny musi zostać oczyszczona z różnych bzdur. Nie powinien zawierać rzeczy, które niszczą jedność kraju”. Ustalono już, że członkowie Rosyjskiego Towarzystwa Historyczno-Wojskowego opracują ujednolicone podejście do nauczania „poprawnej historii” w szkołach.

Co zaskakujące, nauczyciele wielu rosyjskich uniwersytetów poparli wprowadzenie stanowiska doradcy dyrektora pracy pedagogicznej, choć jasne jest, że będzie to ideologiczny cenzor, który będzie czuwał nad wartościami „duchowymi i moralnymi”. I znowu pojawia się pytanie o „wartości duchowe i moralne” nauczycieli rosyjskich uniwersytetów, liceów, techników i szkół.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI pyta: Kto porwał Europę?

Pani ma już swoje lata. Ale jeszcze i urodę. Jest tłumaczką literatury pięknej. Z francuskiego. To i owo czytałem. Gadamy. Na urodzinach mojej redakcyjnej koleżanki w przyzakładowej knajpie. Mieszka od wielu lat w Paryżu. Opisuje barwnie, jaka jest ta Francja anno domini 2022. Z Warszawy wyjechała 20 lat temu. Ale przyjeżdża często. Spotkania z autorami tłumaczonych książek, w wydawnictwach, z czytelnikami.

– Czuje się Pani jeszcze Polką czy już Francuzką? – pytam.

– … jestem Europejką.

Niedawno podobną odpowiedź otrzymałem od bliskiego członka rodziny. Byłem zaskoczony. Tym razem już mniej. Kim są ci nasi „byli” – Polki, Polacy, dziś „Europejczycy”?

Były premier mówi, że Polska to niesforny bachor, którego trzeba wystawić do kąta. Były minister polskiego rządu bredzi o naszych sojusznikach, że winni są napaści Rosji na Ukrainę. „Nasi” europejscy deputowani podnoszą w górę łapę żeby nie wypłacono Polsce należnych jej pieniędzy.

Kiedyś za siermiężnej Ojczyzny wzdychano do Coca-Coli i dżinsów, ortalionowe płaszczyki to był super szyk. Jugosławia to były już super wakacje, a samochód z niemieckiego szrotu – szczytem marzeń i luksusem do brylowania. Dziś Niemcy mają najazd Azjatów i Afrykanów uciekających przed głodem i bezdomnością, Francuzi mają Macrona. Ci dalekowzroczni „zachodni” chcą byśmy teraz dzielili się gazem. Do tego, po niewczasie, przyznają nam pomału rację. Niemiecka przywódczyni Europy strofuje wyborczo Italię, a holenderski grubas ekologiczny pogubił się bez reszty. Europejczycy!

Czy rzeczywiście teraz nam tam żyć się chce? Może by lepiej pojechać i sprawdzić np. na szparagi, albo jako wysoko wykwalifikowany zmywacz na srebrnych zmywakach. W Polsce wielu ludziom pracować się „nie opłaca”. Niech więc spróbują w UE. Szlabany są podniesione.

Czytam, że młody człowiek mówi, że za 5 tysięcy miesięcznie to on nawet z łóżka nie wstaje. Rzeczywiście rozdawnictwo w naszym pięknym kraju stale czyni postępy. Chyba się tego nie docenia. Jest jak jest. I będzie do wyborów. Ale na pewno, gdy obiecanki nie będą już potrzebne, to się skończy.

Po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku nasi ekonomiści i wodzowie długo nie dostrzegali likwidacji rodzimego przemysłu i handlu. Banki, wielkie firmy handlowe, flota morska handlowa – to wszystko zostało sprzedane. Nikt tych strat nie policzył. Teraz również nie bardzo przejmujemy się rosnącym zadłużeniem. Posłowie nie likwidują ustawy o rajach podatkowych, bo wiążą nas umowy z Europą. Być może sami w przyszłości, gdy się już dorobią, będą chcieli z tych rajów korzystać. Oczekujemy rzetelnego rachunku – za tę europejską mannę w konfrontacji z korzyściami handlowymi Zachodu.

Jan Pietrzak ciągle może nawoływać „…żeby Polska była Polską…”, bo pod względem zarobków i zamożności nie jest Polską wymarzoną. Każdy może kłapać dziobem co mu ślina na język przyniesie. Ale ile razy można oglądać napiętnowanych – zdrajców sprawy narodowej, sprzedawczyków. Gadanie i pokazywanie ich to za mało. Bezkarność rozzuchwala. Immunitet to przywilej. Ale on nie po to by chronić wrogów Polski.

Na pewno wśród „Europejczyków” za naszą niechronioną płotem granicą także jest wielu kombinujących i kradnących jeśli się tylko da. U nas jednak są tacy wśród „wybrańców”. Pora publikować takie listy.

JAN TESPISKI: Czego bał się Kantor i jakie kłopoty miał Dąbrowski (16)

Rzecz dzieje się w początkach lat sześćdziesiątych, w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie. Dyrektorem jest Bronisław Dąbrowski (ur. 24 XI 1905 – zm. 10 IV 1992) znakomity reżyser, aktor i dyrektor. Dąbrowski właśnie dowiedział się, że jeden z aktorów zachorował i konieczne jest zastępstwo na wieczornej próbie, bo spektakl ma być dnia następnego. Zastępstwa są zawsze kłopotem, ale tym razem większym, bo aktor, który miał zagrać w zastępstwie mieszkał w Nowej Hucie i oczywiście nie miał telefonu. Dąbrowski prosi więc innego z aktorów, żeby pojechał z nim do tej Nowej Huty.

Wsiadają do warszawy. Tu trzeba jeszcze dodać, że jest mroczne listopadowe popołudnie i pada śnieg z deszczem. Naraz dyrektor mówi do towarzyszącego mu aktora:

– Tu ma pan latarkę, będzie pan świecił po znakach, bo teraz słabo widać. I będzie mi pan mówił, do jakiego znaku się zbliżamy.

Aktor odkręca szybę obok kierowcy, wyciąga rękę z latarką na zewnątrz i ruszają. Dabrowski leży dosłownie na szybie warszawy, wypatrując drogi, bo ma bardzo słaby wzrok.  Nie ujechali więcej niż kilometr, gdy Dąbrowski daje aktorowi bułkę zawiniętą w papier i mówi:

– Zgłodniałem, pan będzie mi podsuwał bułkę do ust, a ja będę jadł.

Sytuacja jest więc taka, że aktor lewą ręką karmi dyrektora, a prawą – która już mu zamarza – mając w niej latarkę, świeci po znakach. I informuje dyrektora o tym, co znak „glosi”. Nie ujechali więcej niż drugi kilometr, gdy Dąbrowski ostro hamuje i pyta:

– To jaki znak minęliśmy?

– Zakaz postoju, panie dyrektorze.

Dąbrowski wrzuca wsteczny bieg i cofa samochód, jedzie i staje przed nieszczęsnym znakiem.

– To jest zakaz zatrzymywania się… – z gniewem mówi Dąbrowski. – Ale ja pamiętam, że z panem to ja miałem już kłopoty przy „Kordianie”.

Czego się bał Tadeusz Kantor

Twórcą, współtwórcą niebywałych anegdot był też Tadeusz Kantor. Opowiadał Krzysztof Miklaszewski, że doprosił się u mistrza rozmowy o „Umarłej klasie”. Ten wspaniały spektakl miał premierę w 1975 roku, w Krakowie – rzecz oczywista.

Kantor przyjął go w domu. Maria Stangret-Kantor – żona, wybitna malarka, członkini Grupy Krakowskiej i aktorka teatru Cricot 2, podała herbatę, zostawiając panów samych.

Tu trzeba wiedzieć, że z okazji premiery tego spektaklu Tadeusz Kantor wydał manifest artystyczny „Teatr śmierci”. Kłopot był jednak w tym, że Kantor – jak większość malarzy – pisał metajęzykiem. No, takim wewnętrznym językiem, którego sensy i znaczenia właściwie znał tylko on sam. Miklaszewski chciał bardziej prostych wyjaśnień, włączył magnetron i zaczął wypytywać mistrza o sens tego manifestu, a także sens samego spektaklu.

Ale Kantor z uporem powtarzał tezy i sformułowania zawarte już w manifeście. Sytuacja była więc patowa. Ale naraz z kuchni dobiegł głos Marii Stangret:

– Tadziu, powiedz panu, że ty po prostu bardzo się śmierci boisz.

Chwila niezręcznej ciszy, a po tej chwili Kantor jęknął z bólem do małżonki:

– Marysiu, ja cię bardzo proszę… Marysiu…

Rewindykacja 

Gdzieś jesienią 1974 roku Kraków został oblepiony poziomymi afiszami: „Tadeusz Kantor. Rewindykacja.” Afisz głosił też, gdzie i kiedy ma nastąpić wydarzenie. Ponieważ nikt z krakusów wcześniej nie wiedział o nowym spektaklu Cricot 2, w piwnicznej kawiarni przy Siennej zebrał się całkiem spory tłumek teatromanów. Na uczestników nieznanego zdarzenia czekały krzesła, ustawione naprzeciw stołu, stojącego na podeście.

Z niewielkim opóźnieniem Kantor zasiadł za stołem. Rozłożył grubą teczkę, pełną jakichś papierów. I zaczął rewindykować. Chodziło mu o to, że „różni tacy pseudo-nowatorzy przypisują sobie moje osiągnięcia”, m.in. scenę bez kurtyny, do której teraz „pretendują różni tacy”. I przywrócił sobie jeszcze kilkanaście innych poważnych osiągnięć. Na dowód pokazywał dokumenty, recenzje i plakaty.

Była dodatkowa atrakcja tej „rewindykacji”. Otóż co kilkanaście minut Kantor zrywał się do stolika, wybiegał w boczną przestrzeń i niewidoczny dla zebranych i robił komuś niewidocznemu dziką awanturę. Po czym wracał i wygłaszał poboczny monolog o niegodziwości Krakowskiego Oddziału Związku Artystów Plastyków, który użyczył mu sali, owszem, ale nie zapewnił spokoju. Tak więc prowadził jednocześnie dwie artystyczne akcje: przeciw tym, co zawłaszczają jego osiągnięcia oraz przeciw bandzie spiskujących przeciw niemu działaczy Związku Plastyków.

Potem okazało się, że Kantor biegał do położonej w bocznej malutkiej sali kawiarenki, w której siedziała sobie cicho jakaś parka.

Z tym zawłaszczaniem cudzych osiągnięć rzeczywiście było niedobrze. W latach osiemdziesiątych pojawił się w polskim teatrze reżyser – pomińmy nazwisko – który dosłownie kopiował teatr Cricot 2. U mas ludowych teatr uzurpatora cieszył się dużym powodzeniem i estymą. Ale znaleźli się uczciwi krytycy, którzy wytknęli młodemu reżyserowi, że nie jest oryginalny, że jest zaledwie niedoskonałym kopistą. Wtedy ów młody człowiek oświadczył publicznie, że to co robi, robi świadomie, bo czuje się kontynuatorem sztuki teatru Tadeusza Kantora.

Na takie brewerie zagregował ostro sam Kantor. W „Życiu Literackim” napisał, że nikogo nie upoważniał do twórczej kontynuacji. I czegoś takiego on, Tadeusz Kantor, sobie nie życzy i wyprasza sobie.

Jest faktem, że wielu próbowało go naśladować. Ale ich spektakle były jak jarmarczne karuzele, przy metafizycznej maszynie życia i przemijania Tadeusza Kantora.

Co ja robię w tym akademickim teatrze?

W roku 1976 krakowska Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna obchodziła jubileusz 30-lecia, oczywiście w Teatrze im J. Słowackiego. W związku z tym jubileuszem warte odnotowania są dwie anegdoty. Pierwsza z nich dotyczy także Tadeusza Kantora.

Jakim sposobem organizatorom jubileuszu udało się namówić Kantora do zaprojektowania dekoracji – nie wiadomo. Dość, że zgodził się i wykonał wspaniałą pracę. Wielka scena teatru wznosiła się trzema wielkimi, na całą swą szerokość, podestami, obitymi czarną sceniczną podłogą. Na podestach Kantor ustawił kilka stylowych stolików – z różnych epok – wraz z pasującymi do nich stylistycznie krzesłami. Aktorzy, absolwenci dzisiejszej Akademii Teatralnej siedzieli przy tych stolikach. W odpowiednim momencie, kolejna z aktorek, kolejny z aktorów wstawali od stolików, przechodzili ku proscenium i deklamowali fragmenty „Pana Tadeusza”.

Z opisu niby nic wielkiego, ale ileż było wspaniałego malarskiego rytmu w tej przestrzeni. Ileż nastroju w światłach…

Jubileusz przebiegł udanie, bo też najwspanialsi polscy aktorzy – jak się okazało – byli absolwentami krakowskiej uczelni.

Tylko Tadeusz Kantor chodził w kulisach sceny, bardzo zdenerwowany i bezgłośnie coś do siebie mamrotał. Naraz przystanął i tłukąc głową w belkę konstrukcji szeptał:

– Boże, Boże co ja robię w tym akademickim teatrze?

Druga jubileuszowa anegdota jest związana z Jerzym Bińczyckim.

Przedtem jednak trzeba powiedzieć, że każdy z aktorów, zanim zaczął mówić swój fragment „Pana Tadeusza” dedykował występ którejś z profesorek, z profesorów. Gdy nadszedł czas Bińczyckiego, ten dostojnie wyszedł na przód sceny, skłonił uroczyście głowę i powiedział:

– Szkolnej Komisji Dyscyplinarnej, poświęcam.

A potem zaczął, zupełnie a propos:

O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!

Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,

A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy

O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy…

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Plującym na „Lalusia”

„Józef Franczak, żył lat 45, zginął 21 X 1963. Poświęcił życie za wolność Ojczyzny, której nie doczekał” – taki napis wyryła rodzina na skromnym grobie w podlubelskich Piaskach w 1983 r. Wtedy jeszcze nie można było mówić, co naprawdę stało się z „Lalusiem” – że to ostatni partyzant II RP, który zginął w walce z SB i ZOMO. Wyklęty przez komunistów Żołnierz Niezłomny.

Była godzina 15.40, Majdan Kozic Górnych – mała wioska 20 kilometrów od Lublina i 8 kilometrów od Piask. Bezpieka napisała: „Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy. (…) Mimo wzywania go do zdania się podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m. od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł”.

Przez kolejne lata PRL Józef Franczak „Laluś” był przez komunistów wyklinany. Ale do dziś są w Polsce środowiska, które uważają, że został zamordowany słusznie, jako pospolity bandyta.

„Jako pseudohistoryczną podbudowę kultu «wyklętych» stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy to mit powstania antykomunistycznego, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową wyznacza śmierć Józefa Franczaka «Lalka» z oddziału Zdzisława Brońskiego «Uskoka», który zginął w obławie 21 października 1963 r.” – napisał tygodnik „Przegląd”, pod jakże znamiennym tytułem: „Bandyci, a nie święci”.

W tym (post)komunistycznym organie można przeczytać dalej: „Od lutego 1953 r. Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była «akcja ekspropriacyjna», czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim”. Autor „zapomniał” napisać, że „Laluś” przeżył, bo ok. 200 osób z okolicznych wiosek pomagało mu przetrwać – zapewniało dach nad głową, wikt i opierunek. Była to podzięka za wcześniejszą, wieloletnią obronę przed Niemcami i Sowietami.
Przez lata rodzina i sąsiedzi myśleli, że „Lalusia” zadenuncjował sąsiad – Wacław Beć, u którego ukrywał się feralnego dnia. Jak wynika z akt IPN, była to celowa, ubecka dezinformacja. Franczaka wydał TW „Michał” – Stanisław Mazur, stryjeczny brat Danuty Mazur, narzeczonej „Lalusia” i matki jego syna. Za kapowanie dostał w sumie 12 050 zł, z tego prawie połowę – około 5000 zł za donosy na „Lalusia”. Rozumiem, że ci, którzy do dziś potępiają Józefa Franczaka, będą bronili agenta, który go zakapował.

Będą też bronili prokuratora, który 24 października 1963 r. polecił: „Proszę o zdjęcie głowy ze zwłok Józefa Franczaka”? Jaki był cel owego barbarzyństwa? Zemścić się, pohańbić, wykląć. Czaszka „Lalusia” została odnaleziona dopiero współcześnie na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Wcześniej służyła studentom do eksperymentów. Po identyfikacji przekazano ją Markowi Franczakowi, synowi „Lalusia”.

W 2021 r. w krakowskim Parku Jordana opluty został pomnik „Lalusia”. Opluto tym samym jego kartę w służbie Ojczyzny. Przedwojenną naukę w szkole żandarmerii w Grudziądzu. Po 17 września 1939 r. aresztowanie przez sowietów i ucieczkę z niewoli, a następnie walkę z Niemcami w ramach ZWZ/AK na Lubelszczyźnie.

To tak, jakby wyśmiać los żołnierza bez wyboru, który poszukiwany przez NKWD musiał wrócić do konspiracji. Zapomnieć udziału w wielu akcjach na „utrwalaczy władzy ludowej”, wielokrotne rany, aresztowanie, z którego udało mu się uciec. Jakby opluć jego zamordowanych dowódców: Antoniego Kopaczewskiego „Lwa”, Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”, Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. W końcu jakby powiedzieć, że 21 października 1963 r., kiedy „Laluś” został okrążony i zamordowany przez ZOMO i SB w Majdanie Kozic Górnych koło Piask to nie symboliczny koniec tragicznej walki żołnierzy II RP o wolną i niepodległą ojczyznę, tylko zasłużona kara za pospolitą bandyterkę. Opluć dziś Józefa Franczaka „Lalusia” to tak, jakby przyznać rację wszystkim jego oprawcom.

 

Jak dziennikarz sportowy CEZARY KRYSZTOPA pisze o politycznym futbolu: Pusta bramka Tuska

A miało być tak pięknie, dziennikarz Newsweeka Grzegorz Rzeczkowski, kolega rysującego strzałki w kierunku Putina Tomasz Piątka i wydający książki w jego wydawnictwie, napisał artykuł o tym jak to Marek Falenta sprzedał nagrania z udziałem polityków obozu rządzącego za czasów koalicji PO-PSL Rosjanom (trzonem materiału są zeznania Marcina W., wspólnika Marka Falenty). Tak, chodzi o słynne nagrania z ośmiorniczkami i kupami kamieni. Czytaj: „Ruscy obalili rząd Platformy i osadzili rząd PiS”.

Rzeczkowski wystawia piłkę, na pozycji już stoi gotowy Donald Tusk. Biegnie przez połowę boiska, pomiędzy zaskoczonymi pisowcami. Jest jak huragan, nic nie jest go w stanie zatrzymać – Tylko komisja śledcza, niezależna od pana Ziobry i pana Kaczyńskiego jest w stanie wyjaśnić, na czym polega wpływ rosyjskich służb na energetyczną politykę PiS-u – wzywa w biegu lider Platformy jakby nie pamiętając, że w 2015 roku, kiedy Platforma miała jeszcze wraz z PSL większość w Sejmie, głosowała przeciwko powołaniu takiej komisji. Pomocnicy medialni agregują przekaz i usiłują sprowokować innych szantażem, że kto nie traktuje poważnie wynurzeń kolegi Tomasza Piątka, ten nie jest godzien miana dziennikarza. Wynik wydaje się przesądzony.

Zwrot akcji

W zasadzie Tusk jest już na polu karnym przeciwnika, gdy nagle występuje gwałtowny tumult, nikt nie wie, gdzie jest piłka, w tumanie kurzu słychać Marka Falentę, który krzyczy – To decyzja Donalda Tuska wobec mojej firmy była pisana rosyjskim alfabetem. A w końcu BUM, decyzją Prokuratury Krajowej ujawnione zostają inne zeznania uwiarygodnionego wcześniej przez publikację Grzegorza Rzeczkowskiego Marcina W. Zeznania, w których ten opowiada, jak przekazano 600 tysięcy euro, które miało być „dla Tuska” i które miał odebrać tajemniczy M.T., w imieniu którego zaraz Michał Tusk w wypowiedzi dla „wiodących mediów” tłumaczył, że „to totalne bzdury, nigdy nie poznałem Marka Falenty ani Marcina W.”. Tylko jak teraz Marcina W. uznać za kłamcę i mitomana, skoro przed chwilą miał być wiarygodnym źródłem informacji na temat rosyjskich kontekstów dojścia PiS do władzy – To Donald Tusk nadał wiarygodność temu panu, więc proszę bardzo, protokoły, które pokazują jak wielką wiarygodnością ten pan się cieszy – mówi wiceminister sprawiedliwości Michał Woś – Teraz tylko komisja śledcza jako spełnienie żądań Tuska – dorzuca była działaczka Platformy Obywatelskiej, która musiała opuścić struktury po tym jak skrytykowała kandydaturę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na prezydenta, Aleksandra Wasilewska.

Kibice Tuska jeszcze krzyczą, trochę chaotycznie, ale głośno, natomiast na boisku, po stronie dzielnego piłkarza zapada jakby cisza. Tym razem piłka zmierza w kierunku bramki oświeconych demokratów. Obrońcy wpadli w stupor. Gdzie podział się Donald Tusk?

Do chwili, kiedy wysyłałem ten felieton nikt nie był w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Co więcej bramka jego drużyny stała pusta.