Znowu wkurzony STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Nie będzie nikt pluł nam w twarz!

Rosjanin, adwokat dysydentów, podejrzewa, że w chwili próby jednak stchórzymy – wyczytałem w „Wyborczej”: „Gdyby okazało się, że Polacy idą heroicznie na barykady, byłbym pełen podziwu, ale coś każe mi podejrzewać, że nie zdecydowaliby się na to”. No cóż, na ochotniczy legion z Czerskiej bym nie liczył.

Zanim przekonamy się czy Polacy wyjdą na barykady, przekonamy się jak długo jeszcze pozwalać będą opluwać się i ograbiać. Pamiętam jak dyspozycyjny publicysta Czuchnowski zwymyślał publicznie ministra Macierewicza w jego konferencyjnej obecności. A ten – wydawałoby się bardzo dzielny mężczyzna – milczał!

Rozmaici, gdy teraz odwaga staniała – skaczą sobie dziarsko po brzuchach i brzuszkach rządzących i reprezentujących. Hulaj dusza! Nikt nas nie rusza! Najodważniejsi wrzeszczą w Sejmie zakrzykując drobnej postury kobietę, która przecież nikomu w twarz nie da. Za to w Senacie człowiek korupcjogenny trzyma się rękami i nogami immunitetu. I nie parzy go to!

W obronie tysięcy oszukanych i oszukiwanych nadal frankowiczów nie ruszy na Szwajcarów premier, eks-bankowiec, bo przecież zawodowy rodowód może się jeszcze przydać.

Chyba coś mocnego zamroczyło z wyglądu intelektualistę o krzepiącym serca nazwisku. Nie dość, że publicznie zrobił kamieni kupę to rzuca w nią by obryzgać innych. Niech weźmie pod pachę trylogię i poczyta. Może go oświeci i przywoła do porządku w Warszawie, gdzie awanturuje się o sprawy porządkowe. Z tym to do Trzaskowskiego.

W 1920 roku to chłopi polscy uratowali Ojczyznę, bo wyszli i stanęli milionem na wezwanie swojego przywódcy – Witosa. Zaniosłem kiedyś „tygryskowi” reportaż gazetowy właśnie w obronie okradanych rolników z powiatu płońskiego. Zero reakcji. Delikatny chłopczyk jest wysoki, ale to za mało. Portret trzykrotnego przedwojennego premiera wiszący w sekretariacie prezesa PSL mu nie pomoże. Zdumiewające, jak można mieć branżowo tak liczną armię potencjalnych wyborców i tak beznadziejne wyniki poparcia.

Ma pan rację panie moskiewski adwokacie, chyba „nie wyjdzie na barykady” lewicowy młodzian, choć żonę ma bombową pilotkę. Schowa się pod spódnicę ładnej i mądrzejszej od niego (o co nie trudno) małżonki.

Konfederaci to też delikatesy. Mówią mądrze, choć często psują prawicy to co dobre. Może i „wyjdą” w tych eleganckich lakierkach, którymi świeci elokwentny, wyglądający ciągle na młodego polityk. O ile nie pokłócą się ostatecznie inni. Treści słuszne, zachowanie egoistyczne. To już przygrywki pod wyborców. Kto zakosztuje posłowania zrobi wszystko, by się powtórzyło.

A dziennikarze? Ci przylepieni do partii – tej czy innej – w wypadku zwycięstwa przeciwników na pewien czas pójdą precz. Poczekają, aż ich zawołają znowu. Bo z gówniarzerii żurnalistycznej bata się nie ukręci. Zresztą zostawmy dziennikarzy, bo w końcu wielu z nich już lata pod kulami na barykadach.

Ciekawe natomiast co zrobią bogacze, szczególnie ci od podatkowych rajów. Mają gdzie i za co uciec. Chyba, że się ich przedtem skutecznie poprosi, by oddali choć połowę z tego, co układami i bezkarną bezczelnością ukradli i wywieźli. Nasz fiskus to niemota. Bierze tylko od uczciwych. Od pracodawców, którzy tworzą jednak miejsca pracy. Niech ich nagradza a nie szuka z lupą. Kto kradnie i oszukuje wiadomo. Nawet dziennikarze podpowiadają. Ale kilka tysiące urzędników przemierzających szerokie korytarze – zdaje się bardziej wygląda Balcerowicza niż Banasia.

Adwokat moskiewski informuje, że wygrał już jedną sprawę (a miał ich setki). Życzę by przynajmniej wygrał jeszcze jedną zanim zagości na Łubiance lub gdzieś dalej. Ale na prawdę jestem pełen podziwu dla tego niezwykle odważnego człowieka i cieszy, że „Wyborcza” wydrukowała ten wywiad.

A o Polaków proszę się nie martwić.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Drony na Morzu Czarnym wygrywają z okrętami

Drony i baterie rakiet nadbrzeżnych, mogą pokonać rosyjską marynarkę wojenną z jej dużymi, drogimi, ale przestarzałymi okrętami wojennymi.

Pod koniec października br., po tym jak kilka miesięcy wcześniej pociski Neptun trafiły flagowy okręt Floty Czarnomorskiej, krążownik Moskwa, Ukraina po raz kolejny zademonstrowała Rosji swoje możliwości bojowe na Morzu Czarnym. Drony nawodne unieruchomiły kilka fregat, które wciąż nie mogą brać udziału w działaniach wojennych. Z wielkim zaskoczeniem rosyjskie dowództwo odkryło, że jest katastrofalnie w tyle nie tylko z krajami NATO, ale także za Ukrainą, nie tylko w taktyce, nie tylko w skuteczności czołgów i artylerii, ale także w produkcji dronów, zwłaszcza marynarki wojennej.

„Ukraińskie statki bezzałogowe wygrywają wojnę morską na Morzu Czarnym” – pisze amerykański magazyn Forbes. – „Uderzenie ukraińskich dronów w pobliżu Noworosyjska, sto mil od okupowanego przez Rosję Krymu w południowej Rosji, powinno wywołać alarm w Sewastopolu… Bezzałogowe statki nawodne sygnalizują zmianę strategii morskiej Ukrainy. Bayraktary i  Neptuny zapowiedziały pojawienie się nowego typu floty – bez dużych statków, ale z dużą liczbą dronów i pocisków. Bayraktar i bateria Neptun  zatopili w kwietniu flagowy okręt Floty Czarnomorskiej – krążownik Moskwa.  Bayraktary i wyrzutnie rakiet skierowały następnie swoją uwagę na okupowaną przez Rosję Wyspę Węży na zachodnim Morzu Czarnym, wysadzając rosyjski sprzęt na wyspie oraz topiąc łodzie i statki pomocnicze, próbujące uzupełnić zaopatrzenie garnizonu wyspy. Po szturmie na Sewastopola flota ukraińska stała się znacznie odważniejsza w korzystaniu z nowych bezzałogowców (…). Flota bezzałogowa, wraz z bateriami rakiet nabrzeżnych, przewyższa możliwości rosyjskiej marynarki wojennej z jej dużymi, drogimi i przestarzałymi okrętami wojennymi…”

Zadanie opracowania broni bezzałogowej zostało niedawno omówione przez ekspertów w Kijowie na konferencji „Wojna na Morzu Czarnym: imperatywy geopolityczne i strategiczne”. „Operacja wojskowa, którą Ukraina przeprowadziła 29 października przeciwko okrętom rosyjskiej Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu, zostanie po wojnie szczegółowo zbadana przez ekspertów z innych krajów” – mówi Wołodymyr Zabłocki, kapitan I stopnia, ekspert marynarki, felietonista. magazynu Defense Express.

Zauważa, że ​​„taka operacja wojskowa to nowy rozdział w historii złożonych ataków na chronione bazy morskie. Wywołało to panikę na najwyższym poziomie w Rosji. Rozwój dronów to bardzo udany kierunek, jesteśmy światowym liderem i nie było to nawet teraz, ale jeszcze przed wojną. Współpracowaliśmy i współpracujemy z kilkoma krajami” – powiedział Wołodymyr Zabłocki.

Ukraina tworzy pierwszą na świecie flotę dronów morskich. To unikatowe urządzenia ukraińskiego rozwoju. Prezydent Ukrainy zapowiedział zbiórkę pieniędzy na sto dronów. Według koordynatora platformy, na której jest ona prowadzona, Yaroslavy Gres, na dzień 17 listopada zebrano już pieniądze na 25 dronów. Zdaniem ukraińskich ekspertów korzystanie ze stosunkowo tanich i niepozornych dronów to właściwa strategia dla asymetrycznych działań na morzu.

Przeciwko Rosji konieczne jest użycie ataków „komarów” z powietrza w taki sam sposób, jak robi to ona teraz na terytorium Ukrainy, wystrzeliwując irańskie drony Shahed. „Ukraińska wersja amerykańskiego Switchblade nie jest gorsza. Rozwój drona uderzeniowo-rozpoznawczego z pociskami RK-2V firmy Promin KB nie ustępuje Bayraktorowi. Nie jest on gorszy, ale nawet jeszcze mocniejszy. Ponieważ jednostka bojowa jest znacznie potężniejsza” – powiedział Valentin Badrak, dyrektor Centrum Badań Armii, Konwersji i Rozbrojenia.

„Szczególnie interesujące jest kompleksowe wykorzystanie bezzałogowych statków powietrznych, podwodnych dronów i robotów, które są w stanie działać i oddziaływać na granicy dwóch środowisk – powietrznego i morskiego. To generalnie nowe słowo i chcę powiedzieć, że ukraińscy specjaliści mają pewne doświadczenie w tej dziedzinie” – mówi Wołodymyr Zabłocki, felietonista magazynu Defense Express.

Rosja wciąż stara się dogonić Ukrainę i inne kraje w rozwoju dronów morskich. Dwa tygodnie temu Władimir Putin wyznaczył gubernatorowi Sewastopola Michajło Razwożajewowi zadanie stworzenia bezzałogowych pojazdów podwodnych i nawodnych w bazie w Sewastopolu. Następnie gubernator Sewastopola zauważył na posiedzeniu rządu, że „armia dronów musi zostać stworzona szybciej niż zrobi to Ukraina”.

Jak pisze serwis informacyjny ForPost w Sewastopolu: „Produkcja bezzałogowych dronów morskich stała się tematem spotkania, które odbyło się na Uniwersytecie Państwowym w Sewastopolu. Oprócz przedstawicieli nauki wzięli w nim udział praktycy. >Z oczywistych powodów nie mogę teraz podać szczegółów. Ale myślę, że ważne jest, aby poinformować państwa, że ​​rozpoczęły się prace w tym kierunku, który jest ważny dla nas i dla całego kraju<” – powiedział gubernator Sewastopola Mychajło Razwozhajew na swoim kanale Telegram. Na uczelni powstały już wydziały projektowe rozwój bezzałogowych statków powietrznych i innych, których doświadczenia zostaną wykorzystane do rozwoju bezzałogowych statków powietrznych. Jednak myśl naukowa w tej dziedzinie w Ukrainie, Turcji, Polsce, USA, Niemczech i innych krajach też się nie zatrzymała, a te kraje oczywiście będą starały się nie dopuścić do wyprzedzenia ich w tej dziedzinie przez Rosję.

 

JAN TESPISKI: Moda w teatrach i inne zdarzenia (18)

Teatry nie są wolne od mód. Moda, tak zrozumiała w zmienności ubiorów, obuwia i fryzur, w teatrach jest niebezpieczna. Modne nowinki w teatrach dotyczą głównie repertuaru, ale też sposobu inscenizacji klasyki. Szczególnie ten drugi przypadek jest irytujący.

O ile chodzi o repertuar – kilkanaście lat temu przez nasze teatry przeszła – jak powódź z przerwanej tamy – moda na utwory tzw. młodych brutalistów. Dramaty były ciężkie, bo ukazywały ludzkie dno – narkotyki, alkohol, przemoc w rodzinie, brak społecznej empatii. Na szczęście ta moda dość szybko przeminęła. Być może na Zachodzie, gdzie żyje się lepiej i stateczniej niż u nas, odsłonięcie tego marginesu ludzkiego dna miało sens, bo było wstrząsem. U nas jednak przeniesienie na deski sceny sytuacji i obrazów powszechnej codzienności raczej mijało się z celem.

Panują też mody co do inscenizacji i reżyserii. Pamiętam z lat sześćdziesiątych modne wystawianie Szekspira w garniturach. Oczywiście było to śmieszne, choć wielu się podobało. Moim zdaniem już po trzeciej takiej „garniturowej inscenizacji” Makbeta czy Hamleta garnitury stawały się też kostiumami.

Skąd brały się takie mody? Z „pańskiego” przekonania, że ciemny lud nie dostrzeże samych siebie, nie odczyta swoich ambicji i lęków w starym dramacie, jeśli nie podpowiemy mu łopatologicznie, że Hamlet w garniturze, to jeden z nas współczesnych. A przecież wrażliwy widz – bo dla niewrażliwego w ogóle nie ma po co grać – właśnie pod renesansowym czy barokowym kostiumem łatwiej odnajdzie samego siebie, łatwiej utożsami się z bohaterem.

Bywały też małe mody, i o nich dzisiaj jedna, ale za to mocna anegdota.

Bunkier, mgły i balony

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych niezwykle popularnym dramaturgiem na naszych scenach był Ireneusz Iredyński. Ten wspaniały pisarz, autor m.in. wielkich, znaczących dramatów: „Jasełka moderne” i „Żegnaj Judaszu” był też niebywale płodny twórczo. Z regularnością maszyny publikował rok w rok, po dwa-trzy utwory. Niestety nie wszystkie były wybitne, choć każdy miał swoją klasę.

W 1976 roku jeden z takich „pomniejszych” utworów postanowił wystawić, jako prapremierę, krakowski Teatr Bagatela. Byli to „Narkomani”. Reżyserii podjął się Mieczysław Górkiewicz, ówczesny dyrektor.

Sztuka jest o władzy i domniemanych, ale niepokazywanych w sztuce, burzycielach, którzy tę władzę chcą obalić. Czy naprawdę istnieją przeciwnicy władzy? Nie wiadomo, ale władca robi wszystko, by cały dwór był o tym przekonany. Ludzie władcy i on sam zamknięci są w bunkrze, a swoją władzę traktują jak trzymający ich przy życiu narkotyk. Stąd też tytuł sztuki.

W tamtych latach modna była pewna brutalność dekoracji, połączona z dosłownością, żeby nie powiedzieć brutalnym realizmem. I tym tropem postanowił podążać Górkiewicz.

Bunkier jak żywy

Przede wszystkim reżyser postanowił, że na scenie stanie prawdziwy stalowy bunkier. Zamówiono więc w jednym z poważnych stalowych krakowskich przedsiębiorstw prawdziwe monstrum inżynierii. Podłogę, pokrywającą całą scenę stanowiły trzy ciężkie schodkowe podesty, oparte na stalowym rusztowaniu. Podłoga była z grubej blachy, bo inaczej chodzi się po grubej, a inaczej po cienkiej blasze – tłumaczył wszystkim reżyser. Zresztą Górkiewicz kochał mówić, i całemu zespołowi, wszystkim w teatrze opowiadał z podnieceniem, jakie znaczenie ma, dla wymowy sztuki owa stalowa konstrukcja.

Od stalowego podestu odchodziły symetrycznie w górę jakby wręgi statku, też obudowane grubą blachą. Z takiej samej blachy miał być sufit bunkra oraz ciężka stalowa klapa, którą od czasu do czasu miał uchylać władca, żeby pokazać wszystkim swoim ludziom, że na powierzchni ziemi są dymy, pożary, bo trwa walka z przeciwnikiem, i że dlatego oni muszą tkwić w bunkrze.

Przy montażu wszytko szło gładko, do czasu próby zamontowania dachu bunkra, bo cała ta poważna – na wagę – konstrukcja załamała się. Wtedy do pracy przystąpili stolarze teatralni, którzy z desek i sklejki, jak to normalnie w teatrze, wykonali zgrabny bunkier, z dachem i uchylaną klapą, ale podesty zostały stalowe.

Mgła jak marzenie

Przeżywszy jakoś tragedię ze stalą, Mieczysław Górkiewicz objawił nowy pomysł. Pewnego dnia zawołał na scenę teatralnego palacza, a gdy trochę zdziwiony człowiek stanął na deskach sceny, to pomiędzy nim a siedzącym na widowni Górkiewiczem – dyrektorem i reżyserem w jednym – odbył się taki dialog.

– Pan jest u nas palaczem? – zapytał Górkiewicz.

– Jestem.

– Czy to prawda że kotłownia znajduje się akurat pod sceną?

– Akuratnie, pod samiuśką – powiedział palacz.

– Bardzo proszę, żeby od kotła poprowadził pan na scenę instalację, która będzie kończyła się zaworem pary dokładnie za drugą kulisą… Bo w czasie spektaklu będziemy puszczać na scenę parę.  Rozumie pan?

– Ja pana dyrektora rozumiem – powiedział palacz. Ale po prawdzie, to nasze ogrzewanie do tego się nie nadaje, bo akuratnie…

Tu Górkiewicz przerwał palaczowi.

– Ja panu już bardzo panu dziękuję, proszę wykonać, bez dyskusji.

Palacz wyszedł, a dyrektor miał dłuższy monolog do aktorów.

– I tak właśnie jest w teatrze. Cokolwiek człowiek chce wykonać nowego, to zaraz dyskusje, to się nie da, tamtego nie można… A mnie chodzi o to, żebyście wy brodzili w tej parze, jakby we mgle, bo wy jesteście jak narkomani, właśnie. Zaczadzeni władzą…

Potem przez miesiąc w kotłowni trwały prace techniczne, i w czasie prób było słychać piłowanie, walenie młotem i różne takie techniczne działania. Ale Górkiewicz jakby tego nie słyszał. I w kółko powtarzał:

– Tak, będzie dobrze, te tabuny, kłęby pary stworzą wspaniała atmosferę. Tak ma być.

Po miesiącu konstrukcja „parociągu” była gotowa i nadszedł dzień objawienia pary jako ostrego zabiegu inscenizacyjnego. Wszyscy byli na widowni, cały zespół teatru, wpatrzeni w drugą prawą kulisę. I wtedy Górkiewicz krzyknął:

– Para naprzód!

Po chwili usłyszano cichy pisk odkręcanego zaworu instalacji, i z kranu rury, biegnącej spod sceny, na wysokości około metra, poleciało kilkanaście słabych kropel wody. Zapanowała głęboka cisza. I w tej ciszy powoli, godnie wszedł na scenę palacz, i cicho, spokojnie powiedział:

– Ja żem chciał panu dyrektorowi od początku powiedzieć, że nasza instalacja nie je parowa, ino wodna, ale pan nie chciał słuchać.

I wrócił do siebie, pod scenę.

Balony

Po klęsce stali i pary, Górkiewiczowi został jeszcze jeden pomysł, który objawił z emfazą:

– A w finale pierwszego aktu, moi drodzy, oni brodzą w balonach, w kolorowych balonach, bo jest w nich metafora pustki i formy zarazem. Dlatego kupimy dwie setki balonów, bo mogą się psuć, żeby było na zapas. Potem z setkę umieścimy w paludamencie, pod sufitem sceny, w takich rynienkach. Rynienki obróci techniczny i te balony spadną na scenę. Będzie pięknie.

Gdy nadszedł czas próby balonowej, było dziwnie, bowiem na scenę spadło ciężkim lotem około sto nadmuchanych prezerwatyw, przezroczystych i zupełnie niekolorowych. Zapanował cisza, i tylko Górkiewicz wyjaśnił.

– W całym Krakowie nie ma balonów, więc zostało to…

Potem opadła kurtyna, zamiatając podmuchem część „balonów” na widownię. Niezrażony tym, wychodząc na przerwę w próbie, Górkiewicz powiedział do asystenta:

– Proszę powiedzieć paniom sprzątaczkom, że w przerwie mają te balony zebrać i wynieść.

Jednak po przerwie balono-prezerwatywy nadal zaściełały widownię. Górkiewicz się wściekł i kazał zawołać kierowniczkę administracyjną. Weszła osoba energiczna, która rozłożywszy szeroko ręce powiedziała:

– Nasze panie oświadczyły, że tego świństwa do ręki nie wezmą.

I tak skończyła się przygoda Mieczysława Górkiewicza z nowymi modami w teatrze.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Kłamliwa propaganda Rosji po tragedii w Przewodowie uderza w Polskę

Eksplozja rakiety na terytorium Polski dała rosyjskiej propagandzie nowy impuls do kolejnych kłamliwych operacji informacyjnych.

Rosyjskie serwisy z siedzibą na Krymie, w szczególności serwis informacyjny ForPost w Sewastopolu, piszą, że Polska rzekomo uznała już tragedię w Przewodowie za oficjalny powód wprowadzenia wojsk na zachód Ukrainy, o czym Polacy mają niby od dawna marzyć. Kraj-agresor zawsze wierzy, że wszystkie otaczające go kraje mają takie same agresywne plany jak on. Portal pisze, że „od dawna było dla wszystkich jasne, że obecna sielanka Ukrainy z Polakami i Amerykanami zakończy się utratą dla niej terytoriów. Prawie nikt w to nie wątpi”. Oczywiście strona nie precyzuje od kiedy było to „dawno” i kto jest tym „każdym”, kto to rozumie.

Rosyjscy dziennikarze w swojej propagandzie używają coraz większych bzdur. Serwis pisze, że gdyby sytuacja na Ukrainie mogła się skomplikować, to „kuratorzy anglosascy prawdopodobnie zdecydują się na wprowadzenie do gry >zawodnika rezerwowego<, czyli zainicjują udział w wojnie polskich oddziałów, które jednocześnie mogą przejąć dla siebie dużą część Ukrainy”. Później rosyjscy propagandyści bredzą jeszcze bardziej: w przypadku widma przegranej Ukrainy, której ich zdaniem nikt na świecie nie może wykluczyć, „perspektywa włączenia polskiej armii do gry stają się coraz bardziej prawdopodobna. Pytanie jest tylko, w jakim formacie można jej użyć”. Rosyjscy kłamcy rozważają różne warianty – w postaci „misji pokojowej” lub kontyngentu wojskowego „w celu ochrony etnicznych Polaków mieszkających na terytorium zachodniej Ukrainy” czy też w postaci „korpusu ochotniczego” do „ratowania ludność Galicji i Wołynia”. Dzięki tej liście rosyjscy propagandyści ujawnili wszystkie opcje, które z reguły sami rozważają przy każdej interwencji lub agresji.

Rosyjscy propagandyści starają się udowodnić wyimaginowaną „agresywność Polski” na przykładzie tego co rzekom ma się dziać na Białorusi. Piszą, że to na granicy z Białorusią „zachodnie służby specjalne prowadzą prace nad symulacją konfliktu w celu zaangażowania sił zbrojnych Polski”. Mówią o „szerokim wachlarzu prowokacji w stosunku do Białorusi”, choć nie mogą podać na to ani jednego dobrego przykładu. Niemniej jednak konkludują, że „Polska aktywnie szuka pretekstu do rozpoczęcia od dawna planowanego ataku” albo na Białoruś, albo na Ukrainę. Swój kłamliwy wniosek popierają faktem, że Ukraina przyjęła ustawę o ustanowieniu prawnych i socjalnych gwarancji dla obywateli Rzeczypospolitej Polskiej znajdujących się na terytorium Ukrainy, co jest rzekomo „prawnym uzasadnieniem wprowadzenia wojsk polskich na Ukrainę”. A jednocześnie rosyjscy kłamcy twierdzi, że Polska rzekomo chce przejąć „nie tylko zachodnią Ukrainę, ale także zachodnią Białoruś”.

Ten nonsens jest „wzmacniany” przez Sztab Generalny Białorusi. Zastępca jego szefa, generał dywizji Valery Hnilozub, powiedział niedawno moskiewskim gazetom i agencjom informacyjnym, że „militaryzacja Polski mówi o przygotowaniu Warszawy do ofensywnej wojny”.

„Militaryzacja państw ościennych, przede wszystkim Rzeczypospolitej Polskiej, postępuje w alarmującym tempie. To kurs polityczny, który wyraźnie wskazuje na przygotowania Warszawy do wojny, a nie defensywy, jak stara się to przedstawiać polskie kierownictwo wojskowo-polityczne” – cytuje słowa generała agencja BelTA.

Według Hnilozuba, Polska rozpoczęła przygotowania do sformowania dwóch dodatkowych dywizji zmechanizowanych wojsk lądowych i nie dopuszcza on myśli, że jest to odpowiedź Polski na coraz większe zagrożenie ze strony Rosji dla wszystkich krajów europejskich.

Białoruski Sztab Generalny zakłada, że ​​w przyszłości budowanie potencjału bojowego faktycznie pozwoli Polsce na prowadzenie operacji wojskowych o ograniczonych celach bez wsparcia sojuszu NATO.

A Dmytro Polyanskyi, pierwszy zastępca stałego przedstawiciela Rosji przy ONZ, również zauważył, że „podejmowana jest próba wywołania bezpośredniej konfrontacji militarnej między NATO a Rosją, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla całego świata”. Nie ma w tym jednak nic dziwnego – agresor zawsze obwinia o agresywne zamiary wszystkich wokół siebie, aby w końcu zrzucić winę na ofiarę. Jak mówi ukraińskie powiedzenie: wilk zawsze myśli, że winne jego głodu są owce, które spokojnie pasą się wokół niego.

 

WALTER ALTERMANN: „Zagrał Wawrzeka…” i inne deprymujące przygody języka

Na portalu Radia Zet, 13.11. 2022 r., w artykule: „Marek Kondrat zarabia fortunę. Zbił majątek na reklamach” pani Łucja Siennicka w jednym z pierwszych zdań napisała: „Zaczęło się od roli Wawrzeka w ‘Historii żółtej ciżemki…’”

Cały artykuł nie wstrząśnie światem fanów aktora, nic nie wnosi do metod tworzenia podobnych mu artykułów, ale w jednym jest pouczający. Otóż rola, którą zagrał p. Marek Kondrat w „Historii żółtej ciżemki” nazywa się zupełnie inaczej. Zagrał on bowiem Wawrzka. A w nominativum jest to Wawrzek. Ciarki chodzą po grzebiecie, gdy okazuje się, że z tym staropolskim imieniem autorka zetknęła się po raz pierwszy. Nie spodziewałem się, że jakiś dziennikarz nie potrafi odmienić tego. pospolitego jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, imienia.

A jego historia jest ciekawa. Bierze się ono od traktowanego metafizycznie ziela, jakim jest popularny laur. W antyku na głowy zwycięzców wkładano wieniec, właśnie laurowy, który był oznaką siły, męstwa i szczęśliwej fortuny. Stąd wzięło się pojęcie laureat oraz imię Laurenty, powszechne w Europie jeszcze do pierwszej połowy XX wieku. W Polsce nazwę laur zamieniono na wawrzyn. I dlatego mamy też imię Wawrzyniec. A Wawrzek jest zdrobnieniem od Wawrzyńca.

Tu powiem, że zarówno dorosłego Wawrzyńca, jak i Wawrzka, odmienia się w języku polskim całkiem zwyczajnie, jednakże z bacznym uwzględnieniem, w niektórych przypadkach, „e”. Bo mamy tu do czynienia z tzw. obocznością, na skutek czego samogłoski w jednych pozycjach są, a w innych znikają. Zatem, w przypadku odmiany imienia Wawrzek, owo nieszczęsne dla p. Siennickiej „e” występuje jedynie w mianowniku.

Czyli mamy tak: mianownik – kto?, co? – Wawrzek; dopełniacz – kogo?, co? – Wawrzka;, celownik – komu? czemu? –  Wawrzkowi; biernik – kogo? co? Wawrzka; narzędnik – z kim”, z czym? – Wawrzkiem; miejscownik – o kim? o czym? – o Wawrzku i wołacz –o! –Wawrzku!

No i jeszcze jedno: do rosołu, żurku, bigosu dodajemy obowiązkowo liść laurowy, ale nie liść wawrzynu, a już Broń Boże mniemanego Wawrzeka.

Pomysł na poprawność

Pomyłki językowe w naszych stacjach telewizyjnych są denerwujące. Dlatego pozwalam sobie opublikować tu mój własny, oryginalny pomysł, który pomógłby widzom, a mówiących z ekranu zdyscyplinowałby. Otóż! Na pasku, zamiast podawania informacji, w których to informacjach fakty są zawsze poplątane z opiniami, powinna być żywa errata.

Czym byłaby ta żywa errata? Na bieżąco, natychmiast powinny płynąć poprawki językowe. I tak: gdy poseł mówi „tamtą razą”, to dyżurujący w studio etatowy językoznawca pisze poprawną wersję: „tamtym razem”. I to idzie na pasku. Bez względu na autorytet osoby! Jeżeli prezydent, szef partii, posłowie, profesorowie mylą się – też płynie na pasku poprawka.

Mówiący zaczęliby być ostrożni, mówiliby z rozmysłem, skutkiem czego – być może – mówiliby też rozsądniej. Czego Państwu i sobie gorąco życzę.

Sporty sylwetkowe

Dawnymi laty istniała kulturystyka. Było to zajęcie dla pragnących lepiej wyglądać, po zdjęciu ubrania. I to rozumiem, bo szczególnie za młodu ludzie często stają bez ubrania, wobec innych nieznanych wcześniej ludzi, również rozebranych.

Kulturystykę uprawiano w domu oraz w małych salkach mniejszych klubów sportowych. Dla klubu były to zajęcia poboczne, choć przynoszące klubom dopływ żywej gotówki, bo kulturyści trochę za salę i sprzęt płacili. Z czasem pojawiły się zawody kulturystyczne, w czasie których prężono i napinano różne mięśnie karku, grzbietu, brzucha, nóg i rąk. To wywoływało u jednych widzów zachwyt, u innych zaś zazdrość.

Oczywiście dochodziło też do przykrych widoków, gdy kulturystki przypominały kulturystów. Oglądając czasem migawki z takich pokazów, zaczynałem się bać intymnych spotkań z kulturystkami. Na szczęście jednak ominęły mnie bliższe kontakty z takimi wytrenowanymi paniami. Ale bałem się istotnie, bo przecież nigdy nie wiadomo jaki triceps czy biceps kryje się pod sukienką.

Z czasem, na skutek postępu cywilizacji, wymagającej od każdego z nas dbania o zdrowie i dobry wygląd, upowszechniły się na świecie różne gymy, siłownie i fitnesy. I miejsca te, wyposażone w okropne maszyny do „robienia mięśni” – stały się całkiem dochodowymi miejscami, dla ich właścicieli. A co do ćwiczących… Nie mam nic przeciw temu trendowi, przecież każdy może spędzać czas jak uważa. Może pływać, biegać lub ćwiczyć hantlami. Jednak trochę mnie śmieszy określenie, które się ostatnio pojawiło, a jest nim pojęcie „sporty sylwetkowe”.

Ja wiem, że stoi za tym całkiem spory biznes, rozumiem, że dla producentów maszyn do ćwiczeń, przypominających zresztą średniowieczne machiny do tortur, liczy się bardzo, żeby te zajęcia mięśniowe jakoś lepiej nazwać. No i mamy – sporty sylwetkowe.

Jest to obraza sportu. Przez sport od zawsze rozumiano szlachetne zmagania o wynik! Owszem, zawsze wiedziano, że nie każdy z nas może mistrzowsko rzucać młotem, pchać kulą czy miotać oszczepem. Jednak w każdej dyscyplinie sportowej startujący zawodnicy mieli podobne sobie warunki fizyczne. I nie walczyli na wygląd klaty, czy brzusznego kaloryfera.

Piszę o tym, pozornie błahym przypadku, bo jest to signum temporis. Dzisiaj wszystko chce się sprzedać pod lepszą nazwą. A sporty sylwetkowe mają przecież lepszą nazwę niż kulturystyka. W sumie takie przyklejanie się fitnessu do sportu jest przykre i tumaniące.

Apel do sprawozdawców sportowych

Jeżeli jesteśmy już przy sporcie… Fascynują mnie język sprawozdawców sportowych. Opowiadają, relacjonują, wyjaśniają co dzieje się – na przykład – na boisku piłkarskim. Wydawałoby się, zajęcie nie najtrudniejsze. I miłe, bo sporty to ruch, na świeżym powietrzu, i choć sprawozdawcy sami nie biegają, nie kopią, to jednak tzw. „okoliczności” są w sumie przyjemne. Zatem sportowi dziennikarze powinni być rozluźnieni i spokojni.

Ale nie. Z momentem, gdy tylko sędzia gwizdnie na rozpoczęcie widowiska, sprawozdawcy stają się co najmniej doktorami habilitowanymi. Czyli mówią językiem napuszonym, wyszukanym, pełnym określeń, których ani zawodnicy, ani widzowie nie używają.

Mam więc apel.

Panowie dziennikarze od sportu, odpuście sobie. Więcej luzu, sport to w końcu tylko zabawa. Nie róbcie narodowej tragedii, gdy Legia dołuje, a reprezentacja gra na swoim odwiecznym poziomie, czyli marnie. I przestańcie mówić, że zawodnik „doskonale antycypował zachowanie rywala. Mówcie, że przewidział, gdzie poleci piłka, gdzie poda przeciwnik. I wyrzućcie ze swego słownika raz na zawsze: presowanie i progres.

Przed laty śmieszył mnie pewien łódzki sprawozdawca, który w emocjach krzyknął do mikrofonu: „Sadek rypnył piłkie płaskiem lobem”. Dzisiaj wolałbym już stokroć tamtego pana.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zdrajcy z PKWN i bohaterowie z Londynu

W 1944 r. bolszewicy pisali do Stalina, że wkroczenie Armii Czerwonej Polacy uznają za „początek rosyjskiej okupacji”. Wiedzieli, że nie mają poparcia, dlatego władzę przejmowali bezprawnie. Kłamali, że to rząd w Londynie działa na podstawie „nielegalnej” konstytucji kwietniowej z 1935 r. Rządząc przez następne dekady niszczyli i dyskredytowali legalne polskie władze na uchodźstwie.

Bolszewicy kłamali także, że walczą z polskimi „faszystami”. W 1944 r. wkraczającej Armii Czerwonej towarzyszył Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Bolszewicy utworzyli go 22 lipca 1944 r. w Chełmie (faktycznie w Moskwie – tu odbyły się pierwsze trzy posiedzenia), w składzie, m.in.: Edward Osóbka-Morawski, Wanda Wasilewska, Andrzej Witos, Michał Rola-Żymierski, Wincenty Rzymowski. „Doradzał” sowiecki gen. Nikołaj Bułganin, który według Nikity Chruszczowa „miał uprawnienia specjalne, włączając w to władzę nad [polskim] wojskiem”.

Podobnie było w 1920 r. Wtedy, 23 lipca w Smoleńsku (faktycznie w Moskwie), bolszewicy stworzyli Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, zwany Polrewkomem, jako zalążek przyszłej komunistycznej władzy. Towarzysze – m.in. Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Feliks Kon, Józef Unszlicht – przemieszczali się pociągiem pancernym za frontem wkraczającej Armii Czerwonej. „Manifest do polskiego ludu roboczego miast i wsi”, autorstwa Dzierżyńskiego, mówił wprost o likwidacji II Rzeczypospolitej i powstaniu Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad. „Doradzał” sowiecki komisarz Iwan Skworcow-Stiepanow.

Na zdobytych terenach Podlasia i części Mazowsza bolszewicy bez powodzenia tworzyli Polską Armię Czerwoną, wydawali w języku polskim „Gońca Czerwonego”, a przede wszystkim, w ramach terroru rewolucyjnego, represjonowali, grabili i mordowali Polaków – np. w Białymstoku rozstrzelali przedstawicieli miejscowej elity, w tym prezydenta miasta. Wobec klęski Armii Czerwonej Polrewkom musiał uciekać z Polski i ostatecznie został rozwiązany.

Odpowiednikiem „Manifestu do polskiego ludu roboczego miast i wsi” był „Manifest PKWN”. Odpowiednikiem Polskiej Armii Czerwonej było ludowe Wojsko Polskie, a „Gońca Czerwonego” „Trybuna Ludu”.

Manifest stwierdzał, że jedynym legalnym źródłem władzy w Polsce jest komunistyczna, uzurpatorska Krajowa Rada Narodowa, a powołany przez nią PKWN „legalną tymczasową władzą wykonawczą”. Tymczasem jedyny legalny rząd emigracyjny w Londynie, działający na podstawie przedwojennej konstytucji kwietniowej, owi czerwoni przestępcy określili jako „władzę samozwańczą”. Następował kolejny krwawy etap rozprawy z polskimi niepodległościowcami.

Błędem byłoby twierdzenie, że PKWN to tylko przeszłość, że odszedł razem z klęską komuny. No bo przecież komuna wcale od nas nie odeszła, ona trwała w najlepsze rozkradając nasz kraj. Dzieci i wnukowie owych PKWN-owców, dzięki Okrągłemu Stołowi, do niedawna rządziły Polską.

O tym, że ludzie PKWN nie zniknęli, tylko zachowali, a nawet zwielokrotnili wpływy (także zyski), najlepiej świadczył uroczysty pochówek – w 2014 r. – Wojciecha Jaruzelskiego w miejscu, gdzie nigdy nie miał prawa być pochowany, czyli na warszawskich Powązkach Wojskowych – nekropolii polskich bohaterów. Przywódcę komunistów polskich władze III RP pożegnały z najwyższymi honorami państwowymi, wojskowymi i kościelnymi.

Z drugiej strony – za czasów PO-PSL – zablokowano prace ekshumacyjne polskich bohaterów na cmentarzu na Służewie i na „Łączce” Powązek Wojskowych. W prawdziwie wolnej, niepodległej Rzeczpospolitej taka postawa byłaby niemożliwa, wręcz piętnowana. Tak jak niemożliwe byłoby dalsze trwanie Pałacu Stalina (pod kamuflującą nazwą Pałacu Kultury i Nauki). II RP kazała rozebrać okupacyjnego kolosa – sobór Aleksandra Newskiego na ówczesnym Placu Saskim.

Współczesne pseudoelity rodem z PKWN nie chciały też rozliczać komunistycznej przeszłości. Nie sądziło się oprawców za stosowanie drakońskiego prawa, lecz za jego naruszenia. A zatem całkiem prawomocne i legalne było ściganie, strzelanie do AK-owców i WiN-owców, a jedynie odrobinę nieprawomocne było wyrywanie im paznokci podczas ubeckich śledztw. Takie podejście do stalinowskiej przeszłości powodowało, że w Polsce nie nastąpiła moralna odnowa, odbudowa wartości narodowych. W świetle dzisiejszego prawa i aktywności lobby broniącego oprawców z UB, czy Informacji Wojskowej (później znana pod nazwami WSW i WSI), haniebny proces rotmistrza Witolda Pileckiego był całkiem praworządny. Bo przecież sędziowie w polskich mundurach (nie było istotne, że naprawdę byli przebierańcami, ludźmi sowieckimi) sądzili szpiega i bandytę. A dziś postkomunistyczne media (prym wiedzie tygodnik Polityka) kłamią, że Witold Pilecki poszedł na współpracę z oprawcami z UB.

Przedwojenna Polska została wymordowana przez PKWN-owców. Ci, którzy zdecydowali się wrócić z Londynu – wojskowi, politycy, twórcy – w najlepszym razie byli represjonowani i inwigilowani. Przedwojenne elity Rzeczpospolitej zostały poddane cenzorskiej obróbce i bolszewickiej propagandzie. Komuniści zastosowali wobec wolnych Polaków jeszcze potworniejszy oręż – zapomnienie. Stąd obywatele współczesnej Rzeczpospolitej zdecydowanie bardziej kojarzą takich niegodziwców i zbrodniarzy, jak Jaruzelski, Kiszczak, Urban, Bierut czy Gierek, niż wspaniałych przedstawicieli polskich elit wojskowych i cywilnych, by wymienić tylko Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego, gen. Stanisława Sosabowskiego, czy gen. Stanisława Maczka (wyzwoliciel Bredy jest w tym gronie ciut bardziej rozpoznawalny), pisarza Józefa Mackiewicza, Ferdynanda Goetela, Sergiusza Piaseckiego…

Mamy jeszcze smutny aspekt międzynarodowy. Niestety, nasi wojenni sojusznicy uznali (w lipcu 1945 r.) emanację PKWN – Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej za legalną władzę w Polsce, odmawiając poparcia jedynemu legalnemu rządowi w Londynie.

Teraz sprowadziliśmy z Cmentarza Lotników Polskich w Newark w Wielkiej Brytanii i pochowaliśmy w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie prochy trzech prezydentów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej na uchodźstwie: Władysława Raczkiewicza, Augusta Zaleskiego i Stanisława Ostrowskiego. To ważna dla Polaków symbolika, bo większość z nas dba o groby. I mam nadzieję, że godne, państwowe uroczystości wywołały refleksję, że ci nasi krajanie, mężowie stanu wrócili do Ojczyzny po latach przymusowego wygnania. A ich nazwiska choć na moment stały się trochę bardziej bliskie.

Ale czy ten uroczysty pochówek najwyższych reprezentantów Polski pociągnie za sobą coś więcej? Restytucję polityczną, prawną i moralną prawdziwie wolnej i niepodległej Ojczyzny, jaką była II RP? Napisanie nowej konstytucji – odwołującej się nie do tej stalinowskiej, z 1952 r., ale kwietniowej z 1935 r.?

Dopiero wtedy będziemy mogli bez wahania powiedzieć, że wybór prezydentów Raczkiewicza, Zaleskiego i Ostrowskiego (a także Edwarda Raczyńskiego – spoczywa w rodowym mauzoleum w Rogalinie, oraz Kazimierza Sabbata – pozostał wolą rodziny na cmentarzu Gunnersbury w Londynie) przyniósł wymierne efekty. Że ci wybitni Polacy wygrali swoją batalię! A skoro oni wrócili, „prezydenta” Bieruta i innych komunistów powinniśmy odesłać tam, gdzie ich miejsce – do Moskwy.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Ani za sandałem ani za tykwą

Nie wiem co się stało w Przewodowie. To stwierdzenie zapewne ściągnie na mnie falę gromów, ponieważ większość już przecież „wie”. Chociaż nie było żadnego śledztwa, a osoby dramatu podają sprzeczne wersje.

Prawda wydaje się tu w ogóle mało komu potrzebna.

„Nareszcie”

Dla jednych o niebo ważniejsze od jakiejkolwiek prawdy jest to, że „winien jest PiS”. Autentycznie. A, bo zareagował za wolno, bo zareagował za szybko, bo „nasza obrona przeciwlotnicza nie obejmuje całości terytorium kraju”. Tak jakby obrona przeciwlotnicza jakiegokolwiek kraju obejmowała całość terytorium. Niektórzy twierdzą, że tak jest w Izraelu, ale po pierwsze nie do końca, a po drugie Izrael ma terytorium wielkości województwa podlaskiego. Pośród „totalnych” influenserów w internecie i to takich obserwowanych przez „totalne” polityczne tuzy, o lepsze walczy również teoria o tym, że to Putin i Łukaszenka wspierają PiS dając mu pretekst do „wprowadzenia stanu wojennego” żeby móc „odwołać wybory”. Naprawdę.

Dla innych z kolei najważniejsze jest że „nareszcie mamy ruskich”. Ci już wzywali do sięgnięcia po artykuł 5. NATO, który wbrew oczekiwaniom, nie jest automatyczny, ale może prowadzić do wspólnej akcji zbrojnej, czyli de facto wojny. A jeśli nie sięgnięcia po artykuł 5. NATO, to przynajmniej po jakąś rezolucję ONZ.

Jeszcze inni za najbardziej istotne uznali, że „nareszcie mamy ukrów”. Nareszcie „możemy pokazać jacy są naprawdę”. Naprawdę? Owszem, uważam, że Zełenski mógł powiedzieć „nie wiemy co się stało, badamy to, ale jeśli okaże się, że to nasza rakieta, przeprosimy i zrobimy wszystko by zadośćuczynić rodzinom ofiar”, z komunikatem o „rosyjskim ataku” nie zwlekał. Ale czy naprawdę ten tragiczny w skutkach, ale raczej wypadek, mógłby świadczyć „o Ukraińcach”, którym właśnie ruscy palą kraj i zabijają dzieci? A, że „chcą nas wciągnąć do wojny” to cóż to za odkrycie? No jasne, że chcą. To jest w ich najgłębszym interesie i gdybyśmy byli na ich miejscu, mam nadzieję, że robilibyśmy to samo. Na szczęście, póki co, nie jesteśmy.

Ani za sandałem ani za tykwą

A mnie by się marzyło żebyśmy nie biegli ani za sandałem, ani za tykwą (patrz „Latający Cyrk Monty Pythona”), tylko żebyśmy pamiętając o ofiarach, zastanowili się nad tym, gdzie w tym wszystkim leży NASZ interes i bezpieczeństwo NASZYCH dzieci. Bo logicznie rzecz biorąc jest to raczej wypadek. Po nerwowej reakcji Rosji widać, że nie chce ryzykować starcia z NATO, Ukraińcy musieliby oszaleć, żeby narazić na szwank stosunki z najbardziej przyjaznym sobie krajem. Ale czy prawdą obiektywną jest jakoś tak oficjalnie-nieoficjalnie przebąkiwana wersja o „rakiecie ukraińskiej”, czy też rację mają ci, którzy spekulują, że jednak mogła to być rakieta rosyjska, a „ukraińską” została dla świętego spokoju? Być może nigdy nie będziemy pewni czy znamy prawdę.

Napiszę brutalnie, choć prawda ma znaczenie ogromne i wszyscy w naturalny sposób dążymy do jej poznania, to tutaj nasz interes jako państwa i bezpieczeństwo naszych dzieci, są wartością jeszcze ważniejszą. Dlatego cieszę się, że rządzący nie dali się sprowokować do „szybkiej reakcji”, ani przez twitterowych mędrków, ani przez orzekające o „rosyjskiej winie” ukraińskie komunikaty. Oby chłodnej głowy wystarczyło im do końca kryzysu. Ja również, jak wiecie, mam różne do nich różne pretensje (patrz mój poprzedni tekst na stronie SDP), ale w tej sytuacji muszę im zaufać, my musimy, bo jakie mamy wyjście? Przeprowadzić referendum?

Mam tylko nadzieję, że Twitter nie jest wiernym odbiciem struktury społecznej Polski, bo jeśli tak (z nielicznymi chlubnymi wyjątkami) to możliwe, że w razie czego zatłuczemy się nawzajem, zanim ruscy poradzą sobie z płotem na granicy.

JOLANTA HAJDASZ: Kluczowa będzie rzeczowa, powściągliwa informacja a nie emocjonalny przekaz

Wiele osób ma za sobą nieprzespaną noc  – wtorkowe wydarzenia późnego popołudnia i wieczoru  przykuły nas do telewizorów i internetu na wiele godzin i nie możemy się oszukiwać, iż była to niczym nieuzasadniona chęć zaspokojenia ciekawości. Od początku agresji Rosji na Ukrainę zadawaliśmy sobie pytanie co zrobić w sytuacji gdy Polska zostanie zaatakowana i wiele wskazuje na to, iż mamy do czynienia z taką sytuacją. Celowy atak, czy raczej prowokacja,  testowanie odporności NATO i możliwości obronnych Polski – to możliwe scenariusze tego samego zdarzenia.

We wtorek  we miał miejsce kolejny wielogodzinny zmasowany ostrzał całego terytorium Ukrainy i jej infrastruktury krytycznej prowadzony przez siły zbrojne Federacji Rosyjskiej. Reżim moskiewski zaatakował rakietami cele w wielu regionach Ukrainy. Ucierpiała oczywiście energetyka i inne cele wojskowe, ale również cywile. Rakiety uderzyły między innymi w budynki mieszkalne w Kijowie. Rzecznik ukraińskich sił powietrznych przekazał, że rosyjskie wojska wystrzeliły w sumie około 100 rakiet – najwięcej od czasu rozpoczęcia inwazji 24 lutego. I nagle o godzinie 15:40 na terenie wsi Przewodów w powiecie hrubieszowskim w województwie lubelskim spadł pocisk, w wyniku czego śmierć poniosło dwóch obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, dwóch naszych rodaków, rolników. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych około północy potwierdziło, że był to pocisk produkcji rosyjskiej, zakomunikowano także że w związku z tym zdarzeniem minister spraw zagranicznych prof. Zbigniew Rau wezwał ambasadora Federacji Rosyjskiej do MSZ z żądaniem niezwłocznego przekazania szczegółowych wyjaśnień.

Tyle fakty. Milczenie przez kilka godzin polskich władz, a potem ta bardzo  wyważona reakcja prezydenta i premiera uświadomiła chyba każdemu, z jak poważną sytuacją mamy do czynienia. Premier Mateusz Morawiecki powiedział wprost – apeluję do wszystkich Polaków, aby zachować spokój wokół tej tragedii. Bądźmy rozważni. Nie dajmy sobą manipulować. Musimy kierować się powściągliwością i rozwagą — powiedział. Musimy być razem. Razem jesteśmy bezpieczni i nie damy się zastraszyć — dodał. Ku zaskoczeniu wielu w podobnym tonie wypowiedział się w mediach społecznościowych przywódca opozycji Donald Tusk. Na twitterze napisał iż w sytuacji zagrożenia, niezależnie od wewnętrznych sporów i różnic, wszyscy musimy być zjednoczeni i solidarni. W tej trudnej chwili będziemy razem. – napisał Tusk.  Oczywiście dobrze że to zrobił choć trudno nie zapytać gdzie był przez ostatnie 265 dni wojny na Ukrainie? Czy naprawdę nie można było wcześniej zaprezentować takiej racjonalnej postawy, wydawałoby się wręcz jedynej dopuszczanej wobec nieprzewidywalności kraju , z którym sąsiadujemy od wieków na wschodzie. Możemy sobie tylko życzyć, by politycy opozycji do tej pory totalnie krytykujący każde nawet najbardziej racjonalne działania  obecnego rządu, zastosowali się do głosu jednego ze swoich liderów. Solidarność Polaków będzie teraz niezwykle pożądaną cechą.

Najbliższe dni pokażą nam bowiem czym tak naprawdę jest wybuch rosyjskich rakiet na naszym terytorium.Istotne będzie także to, które  państwa  jednoznacznie i głośno wyrażą solidarność z Polską i jak się będą zachowywać i wypowiadać przywódcy państw NATO, bo przecież mamy do czynienia z akcją wymierzoną w jedność NATO, a biorąc pod uwagę najkorzystniejsze na Federacji Rosyjskiej scenariusze to koniecznie trzeba zakładać, iż celem takiego ataku na nasze terytorium  może być  dezintergracja i skłócenie Polaków, a w konsekwencji tak pożądane przez Rosję nastroje defetystycze, wzrost popularności postawy, która mówi  – nie drażnijmy Rosji. Dajmy sobie spokój z pomocą Ukrainie, to wszystko nas przerasta i prowadzi do ogromnie niebezpiecznego, bo międzynarodowego konfliktu. Jest to bardzo niebezpieczna postawa teraz , bo jeśli Rosja przekona się że po takim zdarzeniu jak wtorkowe  nie będzie stanowczej reakcji NATO,  nic nie uratuje pokoju.

Dlatego w najbliższych dniach tak ważne będzie tonowanie nastrojów społecznych, kluczowa będzie rzeczowa i wręcz powściągliwa informacja a nie oparty na emocjach przekaz , którym tak powszechnie posługują się współczesne media. To nie jest czas na ataki polityczne i deprecjonowanie działań rządu, to jest ten moment, gdy wszystkie media, wszystkie środki masowego komunikowania, od prawej do lewej strony, od publicznych po komercyjne  powinny uświadomić sobie to, iż teraz zdają egzamin z tego, czym jest odpowiedzialne dziennikarstwo i jak wiele od tego zależy. Niesprawdzone informacje, insynuacje, plotki i pogłoski, a przede wszystkim osłabianie polskich władz polskiego prezydenta i polskiego rządu poprzez tak powszechną jeszcze do wczoraj retorykę ośmieszania i totalnego krytykowania  wszystkiego, czym się Zjednoczona Prawica zajmuje i co zaproponuje – to powinno zniknąć z naszej medialnej rzeczywistości.

Odpowiedzialność  za słowo staje się aktualnie  pierwszą i najważniejszą powinnością mediów. Od tego jak teraz zachowamy się my, dziennikarze, zależy w dużej mierze bezpieczeństwo wszystkich Polaków

WALTER ALTERMANN: Kochajmy się jak bracia…

Nie zwykłem chwalić rządu z dwóch powodów. Po pierwsze – obecny rząd ma wystarczająco dużo przychylnych mu portali, prasy, radiostacji i telewizji, żebym i ja musiał rząd chwalić. Po drugie – chwalenie rządu zawsze staje w logicznej opozycji do dziennikarskiego obowiązku poszukiwania prawdy.

Mam zasadę, żeby równo rozdzielać razy – tak opozycji, jak rządowi. I również po równo chwalę. Choć oczywiście według realnych zasług. A ponieważ obecnie nie rządzi opozycja, więc rząd ma więcej okazji do strzelania gaf, popełniania błędów i wygadywania porażających herezji. Skutkiem czego, częściej biorę na cel rząd. I to nie z zamiarem chwalenia. Tym razem jednak przychodzi mi rząd pochwalić.

Skąd wzięły się obecne kłopoty

Świat i Europa dały się uwieść minom i łapówkom Putina. Wszyscy uznali go za fantastycznego faceta do robienia krociowego biznesu. Oczywiście w biegu po miłość Putina wygrywali Niemcy, od 1945 roku żyjący pod przemożnym wrażeniem siły Rosji i ogromnego przed nią strachu.

USA też dały się zwieźć, a właściwie z ochotą przystały na taki paradygmat – skoro Rosja daje zarobić, to jest już normalna. Podejrzewam, że na amerykańskich elitach duże wrażenie robiły też jachty rosyjskich elit – bo, skoro ktoś ma takie jachty, to z pewnością wojna mu niepotrzebna.

A Rosja? Putin liczył na pazerność kapitalizmu Zachodu. A był ośmielony, bo skoro Zachód przymknął oko na aneksję Krymu, to z pewnością przymknie też oczy na zabór całej Ukrainy. Na szczęście dla świata Zachód się obudził… Ale też, owo budzenie wymagało ogromnego wysiłku, głównie nas Polaków. A Niemcy właściwie jeszcze śpią, śniąc o milionach ton gazu płynącego rurociągami Nord Stream I i II.

Dobry interes naszego rządu

Tytuł tego felietonu jest połową znanego polskiego powiedzenia: „Kochajmy się jak bracia, lecz liczmy się jak Żydzi”. I jak w każdym przysłowiu najważniejsza jest puenta. Od razu zaznaczam, że to przysłowie, czy też powiedzenie, jest wyrazem szacunku dla Żydów, którzy interesy prowadzili rzetelnie, czyli dobrze.

Co to jest dobry interes? Ano taki, po którym obie strony są zadowolone. Zwykle jedna strona dostaje dobry towar, a druga przyzwoite pieniądze. Dodatkowo – przy dobrym interesie obie strony dochowują danego słowa lub zapisów umowy.

W obliczu rosyjskiej napaści na Ukrainę, wobec prowokacji na naszych wschodnich granicach i wobec ogólnie agresywnej polityki Rosji, rząd zdał sobie sprawę, że nasze możliwości militarne są, delikatnie mówiąc, bardzo ograniczone. Mamy armię za małą, a także marnie wyposażoną. Zatem stanął przed polskimi władzami naturalny problem – zwiększenia liczebności armii oraz dania naszemu wojsku odpowiednio dużo nowoczesnej broni. Być może zapowiedzi ministra Mariusza Błaszczaka o aż 300-tysięcznej armii są przesadzone, ale jej powiększenie jest przecież koniecznością.

Polska przekazała Ukraińcom wiele helikopterów, czołgów, pojazdów opancerzony, armat, haubic, dział i sporą część, z posiadanego we własnym arsenale, zestawów rakietowych i rakiet – od przeciwpancernych, po przeciwlotnicze. Można domniemywać zatem, że nasze magazyny uzbrojenia są dość puste. Dlatego od pierwszych dni wojny na Ukrainie – rząd zabiegał o zakupy uzbrojenia. I słusznie poszukiwał broni najnowocześniejszej.

Oczywiście znalezienie nowoczesnego uzbrojenia w Europie jest dzisiaj niemożliwe, bowiem Europa przez ostatnie 30 lat skutecznie się rozbroiła. Właściwie to nasi bogatsi sąsiedzi z Unii Europejskiej drastycznie ograniczyli produkcję nowoczesnych samolotów, rakiet, czołgów i pojazdów opancerzonych. Francja, Niemcy, Austria i Włochy są w sytuacji militarnej o wiele gorszej niż my. Biorąc jednak pod uwagę, że nie sąsiadują oni z Rosją Putina, to sytuację – mimo wszystko – mają lepszą.

Podejrzewam, że te państwa liczyły na taki scenariusz – co prawda Putin może zająć także Polskę i kraje bałtyckie, ale przecież do Niemiec, Austrii, Francji i Włoch nie dotrze. Zresztą Putin nie musiałby trzymać swej armii w podbitej Polsce, wystarczyłoby mu zapewnienie zachodu o demilitaryzacji podbitych krajów, o neutralności politycznej Polski… tak zapewne myślały te najbogatsze kraje Europy.

Gdzie znaleźć czołgi, rakiety i inne takie narzędzia

Zatem nowoczesną broń Polska może kupić jedynie w Stanach Zjednoczonych – takie było nasze myślenie na początku tej wojny. USA, owszem, chciały być sprzedawcą uzbrojenia, ale znacznie później niż oczekiwała Polska. No i doszedł jeden istotny warunek: USA nie chciały się zgodzić na przekazanie Polsce technologii produkcji pocisków do armat i dział, ani też współpracy przy produkcji uzbrojenia rakietowego. Krótko mówiąc, USA chciały nam sprzedawać wszystko, ale w dogodnym dla nich czasie, za pieniądze jakie oni zechcą i bez żadnego wejścia ich nowoczesnych technologii do Polski.

USA chciały powtórzenia scenariusza, jaki już nam podyktowali przy sprzedaży pierwszych F-16. W umowie stało jak byk, że przy okazji zakupu tych samolotów, USA zobowiązały się do offsetu nowoczesnych technologii. Kiedy minęło parę lat, a żadne przedsięwzięcia technologiczne ze strony USA nie pojawiły się, ówczesny rząd upomniał się o ten offset. Wtedy USA przedstawiły naszemu rządowi listę amerykańskich inwestycji technologicznych. Listę otwierały wytwórnie Pepsi Coli i Coca Coli, jeszcze z epoki Gierka. Potem było jeszcze śmieszniej.

Ale, ku zaskoczeniu wszystkich, do stołu zasiedli też przedsiębiorcy z Korei Południowej, którzy chcą nam sprzedać porównywalne z amerykańskim uzbrojenie, po niższych cenach i z dużym offsetem. Dla Koreańczyków Polska może stać się wrotami do inwestowania i do sprzedaży własnej produkcji na całą Europę. Z tego co słychać, Koreańczycy chcą naprawdę zainwestować w rozwój najnowszych technologii w Polsce. Jako starożytny naród Wschodu wiedzą bowiem, że zyskiem trzeba się podzielić.

Elektrownie atomowe a uzbrojenie

Temperaturę interesu z bronią podgrzał też fakt, że Polska chce budować elektrownie atomowe. Do stołu zasiedli znowu Amerykanie i Koreańczycy. To wywołało już u Amerykanów ogromne oburzenie. „Jak to być może – mówili do mediów amerykańcy urzędnicy, co prawda niżsi rangą, aliści zawszeć to urzędnicy rządowi – to my Polskę bronimy, a Polska chce kupować elektrownie atomowe u Koreańczyków?”

Na razie stanęło na tym, że jedną elektrownię wybudują nam Amerykanie, a drugą Koreańczycy.

I za takie wyjście muszę rząd pochwalić. To jest po kupiecku.

Duch narodu

Amerykanie wierzą, że są największymi demokratami, że zbudowali swe państwo od zera, że niepłacenie ceł za herbatę jest oznaka wolności… Cóż, każda nacja ma swoje mity, które ją spajają. I z mitami nie należy dyskutować, są poniekąd dogmatami wiary. Ale… przy okazji następnych interesów z USA – pamiętajmy, że doktryna tego mocarstwa jest taka: „To, co jest dobre dla Wal-Mart Stores, Exxon Mobil, General Motors jest dobre dla Ameryki”. Nie dziwmy się zatem, że każdy kolejny ambasador USA w Polsce bardzo dba o interesy amerykańskich koncernów.

A my zachowujmy się jak dobry kupiec. Nie obrażajmy się i nie dajmy się obrażać. Interes to interes.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Ukraina przy wsparciu świata zaczęła wypędzać rosyjskich najeźdźców ze swojej ziemi

Wyzwolenie Chersonia otworzyło ukraińskim siłom zbrojnym drogę nie tylko do Mariupola, Berdiańska i Melitopola, ale także do Donbasu i Krymu.

Operacja wyzwolenia Chersonia od rosyjskich najeźdźców została zaplanowana umiejętnie – żołnierze otoczyli okupowane miasto, odmówili frontalnego szturmu i krwawych bitew ulicznych, ale uderzeniami artyleryjskimi zniszczyli ośrodki logistyczne okupantów –  magazyny i bazy zaopatrzeniowe. Nieprzyjaciel nie miał innego wyjścia, jak opuścić niegdyś zajęte miasto i przenieść się na przeciwległy brzeg Dniepru. W poniedziałek, 14 listopada nad miastem uroczyście wzniesiono ukraińską flagę narodową z udziałem prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.

Wcześniej wyzwolenie obwodu charkowskiego, a teraz miasta Chersoń otwiera nowy etap wojny – ukraińskie siły zbrojne przejęły inicjatywę strategiczną i przy pomocy społeczności międzynarodowej, która zaopatruje ukraińską armię w zaawansowaną broń, rozpoczęły wysiedlanie wroga z okupowanego przez nich terytorium Ukrainy. Wyzwolenie Chersonia otworzyło ukraińskim siłom zbrojnym drogę nie tylko do Mariupola, Berdiańska i Melitopola, ale także do Donbasu i Krymu. Analitycy wojskowi twierdzą, że Rosja nie jest już w stanie odzyskać inicjatywy strategicznej i zostanie zmuszona jedynie do odwrotu. Owszem, wycofując się bombarduje  terytorium Ukrainy, uderza rakietami w infrastrukturę, obiekty cywilne, ale to im nie pomoże. Całkowita porażka może doprowadzić Rosję do rozpadu na odrębne, niepodległe państwa, które od dawna dążyły do ​​wyzwolenia spod rosyjskiego jarzma, a Putina do utraty władzy i procesu przed międzynarodowym trybunałem. I to będzie zwycięstwo społeczności światowej nad rosyjskim imperializmem. Stan wyzwolonych ziem pokazuje, że Rosja zamiast deklarowanej kultury i wolności przyniosła tym miastom tylko zbrodnie wojenne – całkowite zniszczenie infrastruktury, chaos, wymordowanie dziesiątek tysięcy kobiet, dzieci i ludności cywilnej. Ukraina będzie teraz musiała przywrócić wszystkie sieci i całą infrastrukturę, środki komunikacji, sklepy, transport, przemysł, rolnictwo, kulturę i edukację na wszystkich wyzwolonych terytoriach.

Prezydent USA Joe Biden powiedział, że „wyzwolenie Chersonia jest znaczącym zwycięstwem Ukrainy”.

Kilka miesięcy temu rosyjscy urzędnicy na Krymie cieszyli się z okupacji części Ukrainy, skandując „Kherson-Rosja-na zawsze”, ale teraz są przestraszeni i zdezorientowani. Na przykład przewodniczący rosyjskiej Rady Państwa anektowanego Krymu Wołodymyr Konstantinow myślał o przeglądzie środków bezpieczeństwa w regionie po wycofaniu się armii rosyjskiej z Chersoniu, ponieważ rozumie, że wojska ukraińskie niedługo będą na Krymie.

„Dla nas wycofanie się z Chersoniu ma też taki skutek, że front zbliżył się do Krymu. To zmusza nas do ponownego przeglądu listy środków, które należy podjąć, aby zapewnić bezpieczeństwo obiektów infrastruktury krytycznej. To głównie sprawa wojska, ale musimy być gotowi udzielić im wszelkiej niezbędnej pomocy i sami wykazać się maksymalną czujnością” – napisał Konstantynow w Telegramie.

Dodał, że „nie sądzę, abyśmy mieli sens chwalić się i mówić wszystkim, że Chersoń nic dla nas nie znaczył, że nie straciliśmy nic znaczącego wraz z jego utratą. Takie oceny uważam za nierozsądne i nieodpowiednie w obecnej sytuacji. Zaznaczam, że nie pochodzą one od wojska ani od ludzi obdarzonych władzą. Odpowiedzialni ludzie nigdy tego nie powiedzą. Tym bardziej, że jest to z gruntu błędne” – podkreślił.

Jednocześnie Konstantynow powiedział, że wydaje się być pewien powrotu Chersonia „pod rosyjską kontrolą”, ale Rosja traci teraz jeden po drugim ukraińskie osiedla, które wcześniej były okupowane i nie ma mowy o powrocie rosyjskich żołnierzy. Siły zbrojne Ukrainy na to nie pozwolą.

Rosja udaje, że nic szczególnego się nie wydarzyło, ale Moskwa coraz bardziej upiera się przy konieczności negocjacji z Ukrainą, a to po raz kolejny pokazuje, że rosyjska armia straciła inicjatywę strategiczną i chce odpocząć, by się przegrupować,  nabrać sił i uderzyć ponownie. W związku z tym Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy gen. Załużnyj oświadczył, że Ukraina nie przystąpią do żadnych negocjacji, dopóki Rosja nie zostanie wypchnięta z ukraińskiej ziemi i uznanych międzynarodowo granic tego państwa od 1991 r. w tym Krymu.

A potem, oczywiście, społeczność międzynarodowa, ONZ, struktury Unii Europejskiej muszą podjąć działania, by uniemożliwić odrodzenie imperialnych zapędów Rosji, która zagrażałyby nie tylko Ukrainie, ale wszystkim krajom Europy i Świata.