TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Krwawy Feliks i Wanda, co chciała Stalina

7 grudnia 1917 r. polski szlachcic Feliks Dzierżyński został szefem Czeka – Wszechrosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Spraw Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem – sowieckiej policji politycznej, poprzedniczki NKWD i KGB. Komunistką stała się również pochodząca z innej zasłużonej polskiej rodziny Wanda Wasilewska.

Feliks, urodzony w 1877 r. w niewielkim majątku ziemskim Oziembłowo (gubernia wileńska), za sprawą ojca Edmunda, nauczyciela fizyki i matematyki, wywodził się ze starego szlacheckiego polsko-litewskiego rodu herbu Samson. Po śmierci Edmunda, matka – Helena z Januszewskich, wraz z rodzeństwem Feliksa przeniosła się do Wilna. Późniejszy krwawy rewolucjonista musiał w gimnazjum powtarzać klasę, bo nie mógł opanować języka rosyjskiego. Potem przez socjaldemokrację przyłączył się do komunistów, zostając bliskim współpracownikiem Lenina.

Stalin niósł trumnę

Prócz tego, że stworzył złowrogą Czekę, odpowiedzialną za masowe represje wobec wrogów „ludu”, w wojnie 1920 r. był członkiem planowanej, przyszłej władzy bolszewików nad Rzeczpospolitą: Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski z siedzibą w Białymstoku. Szczęśliwie czerwona zaraza została pokonana nad Wisłą, a potem Niemnem i Dzierżyński razem z kompanami musiał uciekać do Rosji. Jak ważnym był towarzyszem, niech świadczy fakt, że podczas pogrzebu w 1926 r. trumnę krwawego Feliksa nieśli m.in. Stalin i Trocki, a Dzierżyński spoczął na Cmentarzu przy Murze Kremlowskim.

Z ciekawostek: młodszy brat Feliksa, Władysław Dzierżyński, wybitny neurolog i psychiatra, w randze pułkownika był lekarzem wojskowym, zamordowany przez Niemców w marcu 1942 r.

Ojciec i…

10 grudnia 1936 r., w wieku 66 lat, zmarł Leon Wasilewski, wybitny działacz Polskiej Partii Socjalistycznej. W latach 1918–1919 był pierwszym ministrem spraw zagranicznych odrodzonej Rzeczpospolitej, uczestniczył w negocjacjach pokojowych kończących wojnę polsko-bolszewicką: po przeciwnej stronie niż Dzierżyński.

Wasilewski był autorem polityki wschodniej (federacja Polski, Litwy i Białorusi w sojuszu z niepodległą Ukrainą), by w 1931 r. zostać prezesem Instytutu Badania Spraw Narodowościowych. Autor książek: „Litwa i Białoruś”, „Zarys dziejów PPS”, „Józef Piłsudski, jakim go znałem”. Bo Wasilewski należał do najbliższych współpracowników Marszałka, wydawał jego pisma i korespondencję. Nie wszyscy jednak skojarzą tego socjalistę niepodległościowca ze zdrajczynią polskiej sprawy, komunistką Wandą Wasilewską.

…córka z numerem telefonu do mordercy

Pamiętajmy szczególnie, że w młodości Leon sympatyzował z endecją, będąc nawet członkiem Ligi Narodowej. A Wanda to rodzona córka Leona. Pojawiały się nawet pogłoski, że była chrześnicą Piłsudskiego. Początkowo Wanda, wzorem ojca, wstąpiła do PPS, ale z biegiem lat coraz bardziej komunizowała. Do więzienia nie trafiła tylko ze względu na koneksje Leona. Komunistką nie przestała być nawet po wymordowaniu przez Stalina wielu jej kolegów z KPP, co usprawiedliwiała walką z „faszyzmem”. Również zbrodnia katyńska nie zrobiła na niej wrażenia. Przeciwnie, popierała pakt Ribbentrop–Mołotow, a po ataku ZSRS na Polskę przyjęła obywatelstwo sowieckie i oficjalnie wstąpiła do Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików).

W wielkiej „wojnie ojczyźnianej” walczyła jako pułkownik Armii Czerwonej. Jej stosunki ze Stalinem były na tyle zażyłe, że posiadała prywatny telefon mordercy. Twórczyni Związku Patriotów Polskich i „ludowego” Wojska Polskiego, wiceszefowa PKWN. Mimo iż po 1945 r. nie wróciła do Polski, w PRL pozostawała narzuconym przez władze obiektem kultu, a w literaturze prekursorką socrealizmu (Maria Dąbrowska nazwała ją w „Dziennikach” liżydupą Stalina). W ślady ojca poszła starsza siostra Wandy – Halszka, która walczyła o Polskę w Legionach Piłsudskiego, a potem w Armii Krajowej.

 

WALTER ALTERMANN: Światowa afera finansowa, czyli mundial w Katarze

Od czasu do czasu światem wstrząsają wielkie afery. Szczególne podniecenie publiczności wywołują afery finansowe, próby wielkiego przemytu narkotyków, gigantyczne łapówki lub nawet zabójstwa uczestników tych wielkich, ale nielegalnych przedsięwzięć gospodarczych. Sporym zainteresowaniem „inteligentnej” części społeczeństwa świata cieszą się też przestępcze działania wielkich koncernów farmaceutycznych, które fałszują dane dotyczące skuteczności produkowanych przez nie leków.

Poruszenie wywołują też wiadomości o śledztwach w sprawie produkcji toksycznej żywności, korupcji przy przyznawaniu kontraktów budowlanych i zbrojeniowych, o fałszowaniu bilansu zysków i strat wielkich przedsiębiorstw giełdowych. Podniecenie publiczności wywołują też informacje o nielegalnej działalności wielkich banków… Długo by wyliczać, co jest przestępstwem na skalę światową, a co ujawnione będzie karane.

Oczywiście nie bądźmy naiwni… wielcy tego świata kombinują na potęgę, i gdy to piszę, to w tym samym czasie z całą pewnością setki dobrze wykształconych głów ekonomistów i menadżerów intensywnie myślą, co by tu jeszcze przekręcić panowie… I z całą pewnością nie o wszystkim się dowiemy, nie wszystko będzie osądzone i ukarane.

A jest właśnie monstrualna afera, z korupcją, łapówkami i.… samozadowoleniem sprawców tej sprawy. I wszyscy niemal bierzemy w tej aferze bierny udział.  Mam tu na myśli Mundial – 22. Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2022 w Katarze. A właściwie sprawa przyznania Katarowi prawa do organizacji tej imprezy.

Żeby to jakoś wyjaśnić, przestawmy głównych bohaterów skandalu.

FIFA – Fédération Internationale de Football Association

Przyznawanie krajom prawa do organizacji mundialu jest w gestii FIFA. A jest to skrót Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej, która jest organizacją pozarządową, zrzesza 211 narodowych federacji piłki nożnej: 185 państw, 3 państwa nieuznawane, 9 autonomii i 14 terytoriów zależnych (według stanu na 13 maja 2016).

Można zatem powiedzieć, że FIFA jest potęgą organizacyjną. FIFA nie podlega żadnej kontroli, choć z powodu zarejestrowania w Szwajcarii, bardzo teoretycznie, władze szwajcarskie mogą wszczynać śledztwa, w przypadkach jakichś nieprawidłowości i nadużyć. Były już przypadki szwajcarskich dochodzeń w sprawie FIFA, ale jakoś nikomu włos z głowy nie spadł. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę, że swoje konta bankowe FIFA ma właśnie w Szwajcarii… nie spodziewałbym się jakichkolwiek wyroków. Szwajcaria od dziesięcioleci słynie przecież z liberalnego podejścia do osób i organizacji mających w tym kraju grube konta.

Kilka lat temu złapano prawie za rękę poprzedniego prezesa FIFA, Josepha Blattera, dla przyjaciół Seppa. Tego potężnego prezesa, wielkiej FIFA dotknęły pierwsze zarzuty zaraz po wybraniu go na przewodniczącego FIFA. Część środowiska piłkarskiego oskarżała Szwajcara o kupowanie głosów. Blatterowi wielokrotnie zarzucano też niegospodarność w zarządzaniu finansami FIFA. Oprócz tego ma także nieprzyjemny epizod związany z piłką kobiecą, którą również zarządzał. Blatter w 2004 roku stwierdził, że aby damski futbol był bardziej popularny, musi być „bardziej kobiecy”. Namawiał do dokonania zmian, do których doszło w żeńskiej siatkówce. Został za tę wypowiedź skrytykowany przez wiele osób.

W 2015 roku Szwajcarska Prokuratura Federalna oskarżyła go o defraudację w kontekście sprzedaży praw telewizyjnych na Karaiby. Spowodowało to masowe wycofywanie się kluczowych sponsorów FIFA, w tym firm Coca-Cola i McDonald’s. W październiku tego samego roku wraz z Michelem Platinim zostali zawieszeni przez Komisję Etyki FIFA. 2 czerwca 2015 roku Sepp Blatter ogłosił rezygnację ze stanowiska przewodniczącego FIFA. Inne przykrości Blattera nie dotknęły. Kilka miesięcy później jego następcą został ówczesny sekretarz generalny UEFA Gianni Infantino.

To za czasów Blattera doszło także do niespotykanej wcześniej sytuacji. W grudniu 2010 roku Komitet Wykonawczy FIFA dokonał wyboru gospodarzy mistrzostw świata w 2018 oraz 2022 roku. Do organizacji pierwszej imprezy zgłosiły się cztery kraje europejskie, w drugim przypadku zaś zarejestrowano pięć aplikacji z trzech kontynentów. Ostatecznie głosowania wyłoniły Rosję jako gospodarza mistrzostw świata w 2018 roku oraz Katar jako organizatora mundialu cztery lata później.

W Rosji i Katarze taki werdykt wzbudził radość, ale w innych krajach pojawiły się pierwsze relacje członków poszczególnych delegacji, według których członkowie Komitetu Wykonawczego FIFA domagali się szeregu gratyfikacji w zamian za głosowanie na konkretną kandydaturę. Ostatecznie ponad połowę uprawnionych do głosowania oskarżono o dopuszczanie się wykroczeń w trakcie procesu wyboru gospodarzy mundiali. Ale stanęło na zdaniu Blattera.

Katar

Poza haniebną kandydaturą Rosji – gospodarza MŚ 2018, kraju który ponad dekadę temu, w momencie wyboru przez FIFA, był naiwnie postrzegany przez Zachód, jako państwo rokujące nadzieję na pozostanie w kręgu demokracji, co po aneksji Krymu stało się już niemożliwe, decyzja o przyznaniu Katarowi MŚ 2022 wywołała monstrualne zdziwienie w szerokim świecie. Z kilku powodów.

Po pierwsze Katar jest znany jako państwo bardzo ropodajne i bardzo z tego powodu bogate, ale bynajmniej nie piłkarskie. Najbardziej popularną dyscypliną w tym kraju są wyścigi wielbłądów. Można nawet powiedzieć, że większość fanów piłki nożnej wpadła w niemałe zdumienie. FIFA miała na to górnolotne wytłumaczenie. Argumentowała, że dzięki mistrzostwom świata w Katarze, piłka nożna zyska rozgłos i popularność w świecie arabskim. Po prawdzie, w krajach arabskich piłka nożna oczywiście jest uprawiana, ale bez większych sukcesów. Zresztą nie bardzo można grać na piachu, w prażącym słońcu. Bo utrzymanie w tym klimacie boisk trawiastych dużo kosztuje, a nie wszystkie kraje arabskie mają ropę naftową.

Korupcja, czyli drugie imię FIFA

O łapówkach przy ważnych głosowaniach mówili wszyscy. Owszem Blatter odszedł, ale przecież nie siedział. Dzisiaj Zbigniew Boniek mówi, że ci, którzy wahali się przed głosowaniem jak oczekiwał Blatter, otrzymali od 1.5 do 2 milionów dolarów łapówki. Przy takich kwotach wszelkie skrupuły maleją, a nawet karleją.

Podobno też prezydent Francji zaprosił, pewnego dnia, do siebie francuskich działaczy FIFA i poprosił ich o wsparcie kandydatury Kataru, bo Francja tego wymaga. Zagłosowali, jak prosił, a kilka tygodni później okazało się, że Katar właśnie kupił od Francji kilkadziesiąt nowoczesnych samolotów bojowych.

Następca Blattera Giovanni Vincenzo Infantino też nie lepszy. W sprawie napaści Rosji na Ukrainę chciał przejść do porządku dziennego. Dopiero presja kilku piłkarskich związków z Europy zmusiła go do zakazu udziału Rosji w eliminacjach. A już w samym Katarze pilnował, żeby nie było jakichkolwiek oznak sympatii dla Ukrainy. Infantino też jest Szwajcarem, może oni tak już wszyscy mają, że brzydzą się wszystkiego co proste i oczywiste?

Jak emir budował stadiony

Kiedy już Katar miał Mundial w garści, odezwali się cisi malkontenci i głośni przeciwnicy tej decyzji. I zaczęli wysuwać argument, że w Katarze nie ma tylu budowlańców, którzy mogliby wznieść stadiony. Faktem jest przecież, że ludność Kataru to niespełna 3 miliony ludzi, ale w roku 2010 społeczeństwo katarskie było najbogatszym społeczeństwem świata. Na koniec 2017 roku, według Trading Economics, Katar zajmował 6. miejsce pod względem PKB na osobę i 1. pod względem PKB na osobę według parytetu siły nabywczej. Można zatem przyjąć, że ten mały, ale bogaty kraj stać było na zorganizowanie tak dużej imprezy jak Mundial.

Na argumenty o pracownikach, koniecznych do budowania stadionów, władze Kataru oświadczyły, że stadiony i całą niezbędną infrastrukturę wybudują pracownicy kontraktowi z Azji. I tak się też stało. Zjechali niewyszkoleni robotnicy głównie z Pakistanu i Filipin. Po niedługim czasie zaczęły płynąć w świat informacje, że na budowach jest ogromna ilość śmiertelnych wypadków, że nikt nie dba o życie i zdrowie najemników. A okazało się też, że ci pracownicy z Azji traktowani są jak bydło. Nikt nie dbał o to jak śpią, gdzie mieszkają, że pracują po 12 godzin na dobę.

Ilu ich zginęło nie dowiemy się nigdy, albowiem Katar nie jest państwem demokratycznym. Katar to emirat, czyli księstwo. Głową państwa jest emir z panującego rodu Al Sani. Władzę wykonawczą sprawuje powoływany przez emira rząd. W Katarze nie ma parlamentu ani partii politycznych. Zatem jeżeli emir zechce to powie, a jeżeli nie zechce to nigdy się nie dowiemy ilu ludzi zginęło dla zachcianki władcy małego państwa. Na razie nie zechciał przemówić.

Co robić?

Pytanie „Co robić?” jest właściwie przyznaniem się do bezsilności, bo oznacza, że w tak prostej sprawie naprawdę nie wiadomo, co robić. Teoretycznie można by rozpędzić tę FIFĘ na cztery wiatry. Ale FIFA może w odwecie zawiesić reprezentacje zbuntowanych państw. Może wstrzymać dofinansowywanie krajowych związków, zakazać im udziału we wszelkiego rodzaju zawodach…

Coś mi się zdaje, że jedynie USA mogłyby wszcząć dochodzenie w sprawach FIFA. Kraj duży, wiele mogący… A Szwajcarom nie bardzo wierzę, skoro jeszcze się tym skandalem na poważnie nie zajęli. Dlaczego USA? Bo ich prawo pozwala wszczynać śledztwa, oskarżać i skazywać obywateli innych krajów, jeśli naruszyli oni interesy USA. A Stany mają przecież reprezentację piłkarską będącą członkiem FIFA.

Toczące się właśnie mundialowe rozgrywki w Katarze wywołują u wielu ludzi na całym świecie niebywałe emocje. Oczywiście każdy kibicuje swojej reprezentacji narodowej, a co drugi widziałby swoich jako mistrzów świata. Takie już prawo kibica. Dlatego robienie szwindli przy piłce jest okropnością.

Skoro taki Fryzjer poszedł u nas siedzieć na 3,5 roku za zwykłe ustawianie meczyków, to na ile powinni być skazani Blatter i jego koledzy? Bo oni – podobnie jak Ryszard F., czyli Fryzjer –   okradali zwykłych ludzi z prawa do prawdziwych emocji, na całym świecie.

Moje oburzenie budzą nie tylko łapówki, i nie to, że mnie ich akurat nie proponowano… Chodzi mi o przyzwoitość, a nawet o moralność. Tu zauważę, że o moralności mówi nie tylko szóste przykazanie. Pozostałe dziewięć również. Może są mniej atrakcyjne niż szóste, ale są równie ważne.

Na marginesie Mundialu

Obejrzałem występy naszych, w dwóch meczach – z Arabią Saudyjską i Francją – zagrali na maksimum swoich możliwości. Zresztą nie spodziewałem się niczego więcej. Natomiast do szewskiej pasji doprowadzali mnie nasi sprawozdawcy.

Teoretycznie futbol to gra męska, ale nie dotyczy to sprawozdawców. Ostatnio zapanował jakiś niebywały styl ich pracy. Są egzaltowani jak nastoletnie panienki na koncercie rockowym, mówią dyszkantem, egzaltują się jak panny na wydaniu… I to okropne ich uduchowienie. Wzruszają się, niemal płaczą, ze wzruszenia łamie się im głos. I strasznie dużo mówią. Płacą im od każdego wypowiedzianego zdania?

Panowie, litości! Weźcie się w garść. I zdawajcie sprawę z boiska po męsku!

 

WALTER ALTERMANN: „Reduta” pani Strzępki

Wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł unieważnił wybór Pani Moniki Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego w Warszawie. Wobec czego władze stolicy powierzyły jej stanowisko doradcy dyrektora. Zrobiła się afera, że hej. Można usłyszeć głosy, że jest to cenzura, zamach na wolność artysty, na ruch feministyczny oraz wolność kobiecą sui generis.

A ja mam niemal 100 procent pewności, że unieważnienie wyboru p. Strzępki było iście machiawelicznym planem PiS. Partia ta, z całą pewnością, wiedziała, że zawieszona zacznie się ostro i głośno bronić, a tym samym w pełni odsłoni pełną naturę swej kobiecości. I nie mam tu na myśli intymnych części ciała p. Strzępki, bo dla niej kobiecość jest zawołaniem bojowym, sztandarem jej armii i drogowskazem w życiu. A herbem wagina.

Tematy

Portal culture pl tak pisze o jednym ze spektakli pani Strzępki:

W głośnej „Tęczowej Trybunie 2012” Strzępka wzięła na reżyserski warsztat temat mniejszości seksualnej – geje walczą u niej o prawa do własnego sektoru na Stadionie Narodowym. „Tęczowa…”  nie jest jednak, jak zauważa Magda Piekarska w Gazecie Wyborczej, interwencyjną wypowiedzią w sprawie gejowskiej inicjatywy.

Wszyscy jesteśmy pedałami – mówi jedna z postaci. I taki właśnie przekaz płynie ze sceny. Nie ma tu znaczenia orientacja seksualna – rzecz w tym, że dokładnie tak jak „tęczowi” w spektaklu traktowani są wszyscy obywatele w relacjach z władzą. Teatralny duet stawia Polakom gorzką diagnozę, bez taryfy ulgowej. To nie może się udać – wydają się mówić Strzępka i Demirski. Więcej: w tym kraju nic nie może się udać. „Tęczowa Trybuna 2012” miała premierę rok przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej Euro 2012.

Dlaczego pani Strzępka została dyrektorem zasłużonej sceny

Poznawszy dotychczasowe osiągnięcia zawodowe p. Strzępki, muszę stwierdzić, że działała dotychczas w teatrach prowincjonalnych, skupiając się na tworzeniu spektakli mających charakter manifestów politycznych i społecznych. Nie ma w tym nic złego, teatr ma różne formy i bardzo różne przesłania. Ale w historii to też się zdarzało. I nie zawsze takie nominacje okazywał się całkiem udane. Jednakże w przypadku pani Moniki Strzępki nadzieje na pozytywne efekty są malutkie.

Podejrzewam bowiem, że głównym powodem powołania p. Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego była jej działalność „na niwie” feminizmu. Pani Strzępka jest przecież jedną z najbardziej aktywnych i głośnych feministek w kraju. Znana też jest z atakowania władz Warszawy, za zbyt małą aktywność, za zbyt słabe wspieranie feministek, ruchów LGBT+ oraz wszystkich mniejszościowych ruchów. Dość powiedzieć, że właśnie w walce o „ukobiecenie” stolicy zaistniała pani dyrektor.

A ponieważ żadna władza – tak państwowa, jak magistracka – nie lubi wytykania jej błędów, to władze Warszawy postanowiły, zagospodarować jakoś liderkę feministek. I dały jej stanowisko eksponowane i ważne. Na co liczyły władze stolicy? Mam podejrzenia, że na uspokojenie pani Strzępki. Tak jak to stało się w Łodzi.

Jak to w mieście Łodzi było

Kilka lat temu w Łodzi niezwykle aktywna była Partia Kobiet. Niemal co tydzień panie manifestowały przed magistratem, atakując władze miejskie żądaniami w duchu LGBT+. Tak naprawdę prawdziwie kobiecych haseł tam się nie słyszało. Nie było mowy o równym traktowaniu kobiet jako pracowniczek i nic o żłobkach, przedszkolach. Czysta walka o prawa dla mniejszości seksualnych.

Przed kolejnymi wyborami samorządowymi prezydent Hanna Zdanowska zaproponowała awanturującym się kobietom z Partii Kobiet start z listy KO. W wyborach przepadły, ale za to obsadziły bardzo wiele miejskich domów kultury i innych instytucji do kultury zbliżonych. Na szczęście żadnego z łódzkich teatrów nie było w tej ofercie.

I co się w efekcie stało? Liderki Partii Kobiet przestały mieć pretensje do magistratu, uspokoiły się i zaczęły się pracować. Czy zostały skutecznie przekupione, jak pracują? To już zupełnie inny temat.

Jeżeli prezydent Trzaskowski chciał powtórzyć ten manewr, to popełnił dwa błędy. Zdanowska nie dała żadnej z awanturujących się kobiet nawet małego forum do zaistnienia, a on dał. No i żadna z łódzkich Partyjnych Kobiet nie była artystką, a pani Strzępka jest. Tym samym prezydent ukręcił sobie bat na własny tyłek. Ale jak tam już wola…

Reduta feministek

Pani Strzępka w jednej ze swych ostatnich wypowiedzi stwierdziła, że Teatr Dramatyczny będzie redutą feministek. I tu już przesadziła. Albo z niewiedzy albo z pychy. Obstawiałbym pierwszy wariant.

Otóż REDUTA to wielkie dla polskiego teatru hasło. Reduta była teatrem eksperymentalnym, założonym przez Juliusza Osterwę i Mieczysława Limanowskiego. Istniała w latach 1919–1939 i była pierwszym w Polsce teatrem-laboratorium, zakładającym poszukiwanie nowych metod pracy aktorskiej. Inspiracją dla twórców były idee głoszone przez Konstantego Stanisławskiego, a przede wszystkim jego działalność w moskiewskim teatrze MChAT.

Pierwszym przedstawieniem Reduty było „Ponad śnieg bielszym się stanę” Stefana Żeromskiego, w reżyserii Juliusza Osterwy i z nim w roli Wincentego Rudomskiego oraz Wandy Siemaszkowej jako jego matką, w dekoracjach Zbigniewa Pronaszki. Osiągnięcia artystyczne, powtórzę artystyczne, Reduty miały wielki, pozytywny wpływ na cały polski teatr. Ale też Osterwa był wybitnym artystą.

Myślenie hasłowe

W licznych wywiadach pani Strzępki, jakich udzieliła po zawieszeniu jej, można zauważyć, że zachowuje się jak uliczna manifestantka. Brak cienia refleksji, żadnego momentu zastanowienia. Po prostu słowotok, jakby przemawiała przez megafon do grupy współtowarzyszek walki.

Zauważyłem też, że p. Strzępka nie posługuje się argumentami i nie umie dyskutować. Ona jedynie monologuje, a właściwie krzyczy. W różnych wywiadach operuje ledwie kilkoma argumentami, z których najważniejsze to:

– Nie można definiować kobiety z męskiego punktu widzenia.

– Za dużo w naszej realnej i mentalnej przestrzeni sterczących fallusów.

– Nadszedł czas władzy naszej – to do Moniki Olejnik – mokrej pani.

– Wystawienie instalacji, rzeźby waginy w naszym teatrze jest oznaką buntu kobiet przeciw męskiej dominacji.

– Pałac Kultury to fallus, znak falliczny.

Jakieś wnioski?

Tym felietonem chciałem podjąć dyskusję z panią Strzępką, ale… nie warto. Nie warto poważnie dyskutować z szaleńcami. A szczególnie z wulgarnymi kobietami.

Obawiam się, że p. Strzępka cierpi na głęboki mizoandryzm, czyli na nienawiść do mężczyzn. Zauważmy też, że co jakiś czas prasa donosi, iż jakaś pani obcięła jakiemuś panu przyrodzenie. Dlatego w czasie nowych znajomości, kontaktów z przygodnie poznanymi paniami należy głęboko schować brzytwy i ostre noże, bo może być za późno.

A konkretnie co do pani Strzępki… Przypomina mi ona, á rebours, młodą mężatkę ze starego szmoncesu, w wykonaniu Lopka Krukowskiego: Żydowskie małżeństwo udało się w podróż poślubną do Włoch. Po pierwszej nocy państwo młodzi wychodzą na taras, widok jest zachwycający. Pan młody mówi:

– Popatrz jak pięknie… Jak te szczyty gór dumnie sterczą w niebo… A te potężne sosny, jak ocierają się o chmury… A na jeziorze, ten wielki żaglowiec, z tym ogromnym masztem…

– Ty milcz – mówi żona.

 

BOGUMIŁA KEMPIŃSKA-MIROSŁAWSKA: Pierwszy wiersz powstał z zakochania

Lekarka, specjalistka chorób wewnętrznych, zafascynowana historią medycyny, pisarka, poetka, dziennikarka (SDP Łódź), blogerka. Z miłości do lasu – wędrowiec i fotograf przyrody, czyli Bogumiła Kempińska-Mirosławska. Urodzona w Łodzi autorka czterech książek literackich: „Życie niedokończone”, „Przemiany”, „Chimera” oraz najnowszego tomiku wierszy „To Tylko Chwile”, czyli poetyckiej refleksji nad czasem.

Współautorka m.in. pracy zbiorowej z historii medycyny pt. „Dzieje medycyny w Polsce. II RP” oraz kilku wydań tomików wierszy. Autorka kilkuset tekstów: dziennikarskich, publicystycznych, blogowych, felietonów, artykułów popularno-naukowych oraz naukowych.

Mówi o sobie, że kocha jesień, zimowe wieczory z książką i aromatyczną herbatą, poranną gorącą, czarną kawę, oswajanie nowych dróg i bezdroży podczas leśnych wędrówek, podglądanie przyrody oraz rozmowy o życiu.

„Pierwszy wiersz powstał z zakochania, ale nie w poezji, ale w koledze z wyższej klasy. Było to więc wieki temu. A potem zakochałam się w poezji. W niej byłam w stanie wyrazić to, czego nie potrafiłam nazwać wprost. Metafory bowiem czynią cuda. Dotykają istoty rzeczy, używając oszczędnie słów, nie etykietują, zostawiają pole do interpretacji, pozwalają się spotkać poecie i czytelnikowi często w bardzo intymnym obszarze uczuć, bez poczucia zawstydzenia, lęku, jednym słowem pozwalają stanąć w prawdzie bez winy” – napisała autorka.

Tomik „To Tylko Chwile” – jak zaznacza pisarka i poetka – też powstał, aby stanąć w prawdzie „wobec tego, co dotyka nas, każdego, na co dzień, czyli upływ czasu. Mogę sobie na to pozwolić, bo już wiem, co to przemijanie – jestem przecież ‘późną pięćdziesiątką’, ale dzięki temu wiem też, co to jest smakowanie każdej chwili. Bo życie to tylko chwile i aż chwile. Niech więc będą poezją” – podkreśla Kempińska-Mirosławska i dodaje, że zamierza teraz powrócić do prozy…

 

Senność

w kołysce mgieł

zasypiają wrzosy

w których spokojność

znalazły świerszcze

 

i babiego lata

srebrzyste włosy czesane

słońcem wiatrem deszczem

 

Fragment wiersza z tomiku „To Tylko Chwile”

Bogumiła Kempińska-Mirosławska

SCRIPTI VERBI

Łódź 2022

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Marszałek Śmigły-Rydz nie zmarł, ukrywa się…

Oficjalna informacja brzmi. 2 grudnia 1941 r. w Warszawie zmarł marszałek Edward Śmigły-Rydz i został pochowany w gronie najbliższych przyjaciół 6 grudnia na Starych Powązkach pod przybranym nazwiskiem Adama Zawiszy. Tymczasem Naczelny Wódz Wojska Polskiego we wrześniu 1939 r. mógł odejść nawet ponad rok później, a nawet został zamordowany.

18 września 1939 r. Edward śmigły-Rydz przekroczył granicę z Rumunią, aby kontynuować walkę na Zachodzie. Nigdy tam jednak nie dotarł. Razem z najwyższymi władzami II RP został internowany. Komunistyczna propaganda przez 50 lat mówiła o hańbie, zdradzie. Dziś coraz częściej słyszy się głosy, że Rydz dowodził dobrze, a wojna i tak była przegrana.
Marszałek Józef Piłsudski wysoko go cenił: „… nie zawiódł mnie ani w jednym wypadku… pod względem mocy charakteru i woli stoi najwyżej pośród generałów polskich… jeden z moich kandydatów na Naczelnego Wodza”.
Płk Bogusław Miedziński, który razem ze Śmigłym przekroczył most na Czeremoszu, tak ocenił jego wyjazd z kraju: „Gdyby umarł, to by żył; wobec tego, że żyje – umarł”.

Dalsze losy Marszałka to ciąg mało znanych wydarzeń i znaków zapytania. Niewiele wiemy o jego pobycie w Rumunii, ucieczce na Węgry, powrocie do Polski w październiku 1941 r. i próbach włączenia się w konspirację. Najbardziej zagadkowa wydaje się jednak śmierć. Oficjalnym powodem zgonu była angina pectoris, tylko… na tę chorobę Rydz nigdy nie cierpiał. Inaczej niż jego sąsiad z mieszkania przy ul. Sandomierskiej 18 na Mokotowie – płk Zygmunt Polak, który używał nazwiska Zawisza i chociaż był młodszy, z wyglądu bardzo przypominał Śmigłego. Czyżby wziął udział w wielkiej mistyfikacji, która pozwalała Marszałkowi dalej działać w konspiracji? Dodajmy, że płk Polak zmarł w 1982 r.
Zastanawiać musi fakt, że wywiady kilku krajów szukały Śmigłego nie tylko w Polsce, ale i w Turcji, Bułgarii, Jugosławii, na Bliskim Wschodzie, w Afryce Północnej – aż do września 1943 r.

Informacje polskiego wywiadu z lipca 1942 r. wskazywały, że Marszałek mieszka w Palestynie. 26 lipca 1942 r. w jednej z nowojorskich gazet można było przeczytać, że Niemcy proponowali Śmigłemu urząd gubernatora, ale ten odmówił. W niemieckim dokumencie, opatrzonym klauzulą „tajna sprawa państwowa” i bazującym na polskich informacjach, czytamy, że Śmigły-Rydz zmarł 11 lutego 1943 r. w Warszawie na… zakażenie krwi, spowodowane ropniem w nodze. Inna wersja głosi, że padł ofiarą ludzi gen. Władysława Sikorskiego, dla którego Marszałek był konkurencją.

Prof. Paweł Wieczorkiewicz przytaczał rozmowę, jaką Stalin odbył z Andersem w marcu 1942 r. Stalin pyta o premiera Kozłowskiego, ministra Becka i marszałka Rydza. Anders: Według wiadomości z kraju znajduje się w Warszawie, podobno ciężko chory na angina pectoris. Stalin: Ukrywa się chyba? Anders: Naturalnie.

 

O frustratach i nie tylko pisze CEZARY KRYSZTOPA: Niektórzy są już nawozem historii

Coraz większa część życia publicznego odbywa się dziś w sieci. Ma to swoje wady, ma to swoje zalety, ale jest faktem. Ten kto z chęci czy obowiązku spędza tam sporo czasu, widzi, że ostatnio mamy tam do czynienia z szybkim wzrostem negatywnych emocji. Szczególnie ze strony wyjątkowo „oświeconych”.

W jakiejś istotnej części, trudno powiedzieć w jakiej, jest to zapewne spowodowane celową indukcją. Kto wnikliwie te procesy obserwuje, ten widzi kolejne fale dziwnych kont, a to „Koreańczyków”, a to „Latynosów” i innych, którzy posługując się prymitywną, ale polszczyzną, rozbijają każdą dyskusję, jakby dostawali medal za każdą pozostawioną na cudzej wycieraczce kupę. Cóż, idą wybory, zapewne niejeden „Inowrocław” działa w trybie „czerwonego alarmu”, a i przeróżne agencje PR wchodzą w okres żniw.

A jednak wydaje mi się, że nie chodzi tylko o ten wyjątkowo nikczemny rodzaj zarobkowania. Część tego zdziczenia, które owocuje najbardziej plugawymi słowami, a ostatnio coraz częściej groźbami karalnymi, wydaje się być odbiciem i funkcją rosnącej frustracji obrażonych, chociaż zachowujących wpływ na pewną część społeczeństwa, „elit”.

Dwa typy

Na swój prywatny użytek wyróżniam tu dwa, oczywiście bardzo uproszczone, typy owych „elit” przedstawicieli. Pierwszy wydaje się być bardziej prymitywny, ale też bardziej szczery w tym co robi. To te wszystkie garkotłuki, które zrządzeniem losu, lub „dobrym urodzeniem” zostały postawione ponad innymi. Te z pełnym przekonaniem, owinięte w „konstytucję” i „tolerancję” plują 360 stopni dookoła siebie niczym Diabły Tasmańskie z popularnej amerykańskiej kreskówki. Nie raz sam ocieram te plwociny z twarzy, ale w jakimś sensie nawet doceniam tę szczerość wiary, że „wolność nastanie wtedy” kiedy oni zostaną na nowo dopuszczeni do koryta dystrybuującego szacunek.

Drugi rodzaj wydaje się być bardziej wyrafinowany. Również sfrustrowany, ale jednocześnie o wiele bardziej cyniczny. Ten zdaje się, nie ma szczerej wiary w „konstytucję” i „tolerancję”. Ten zdaje sobie sprawę z tego, że liczy się tylko koryto. I ten cel uświęca wszelkie środki. Może by i mogli robić jakąś szczerą sztukę, ale po co, skoro nie tego się od nich wymaga? Zapomnieli o mnie? To dam wywiad, w którym pojadę „polaczkom”. Zamiast robić teatr można robić cyrk. Gęsto futrowane, a światopoglądowo zaangażowane koncerny nie wesprą przecież niemieszczącego się w wąskim autoryzowanym spektrum, aktywizmu, a film, który nie uderza w Kościół, czy polską pamięć historyczną, nie zdobędzie poklasku środowiska i nie otworzy żadnych drzwi. To dlatego nawet jeśli jakiemuś aktorzykowi, czasem wypśnie się coś z sensem, to zaraz musi „na druga nóżkę” poprawić, „żeby środowisko się nie gniewało”. Muszę przyznać, że ten typ brzydzi mnie o wiele bardziej.

Żądza rewanżu

Z czego ta frustracja wynika? Oczywiście z tego, że „PiS zagarnął władzę i rządzi przy pomocy Edków za 500+, którzy nie chcą uznawać wyższości oczywistych elit”. To truizm. Mechanizm został już wielokrotnie opisany. Dziś ciekawsze wydaje mi się to, że ta frustracja dostała dodatkowego paliwa w postaci nadziei na rewanż – „Edki już zrozumiały, że mogą sobie wygrywać wybory, ale nasi koledzy mają narzędzia, żeby je głodzić, a to dobra metoda tresury. A jak jeszcze Donald odbierze im władzę, to najpierw będą skakać z okien, a potem koryto szacunku przyniosą nam w zębach”. Te czerwone od żądzy zemsty ślipia zdają się być coraz bardziej odległe od jakiejkolwiek refleksji na temat przyczyn „odstawienia od koryta”.

A te są złożone. W Polsce składa się na nie na przykład odraza do postkomunistycznej natury „elit” zza żółtych firanek. Ale jeszcze istotniejsze wydaje się być to, że zjawisko ich odrzucenia dotyka coraz większej części Zachodu i zdaje się dopiero nabierać tempa. Wynika ze skostniałej natury systemu, który w ostatnich dziesięcioleciach służył ich interesom. Systemu, który nie dopuszcza do powstania żadnej alternatywy i w wyniku daleko idących zmian sklerotycznych w coraz większym stopniu szkodzi większości.

Nawóz historii

Prawie żal mi tych żałosnych frustratów. Wydaje się, że w najbliższym czasie stoją przed następująca alternatywą: albo Donald da im tę chwilę satysfakcji, ale niezbyt długą, ponieważ przyspieszający mechanizm zmian daleko wykraczający poza Polskę, i tak pozbawi ich złudzenia, że „może być tak jak było”, albo Donek im tego nie da i ostatecznie pogrążą się w otchłani szaleństwa.

Tak czy siak, chyba są już nawozem historii.

 

JAN TESPISKI: Ile jest naprawdę jest dowcipów (20)

To rzecz nieznośna, a nawet i zdrożna,

Że już we własnym domu nic robić nie można.

To mój ukochany cytat. Ta kwestia hrabiego Wacława – przyłapanego przez żonę Elwirę, na miłostkach ze służącą Justysią – pochodzi z „Męża i żony” Aleksandra Fredry. Prawda, że piękny przykład dobrego dowcipu, biorącego się z myślenia pradoksalnego? Komedia to bardzo poważny temat. Naprawdę trudniej jest wyreżyserować komedię, niż dramat. I trudniej jest być aktorem komediowym, niż aktorem od tragedii i dramatu. Przede wszystkim aktor komediowy musi być obdarzony umysłem krytycznym, pozwalającym mu dostrzec i zagrać paradoksy.

Oczywiście widzowie uważają, że jest odwrotnie. Być może dlatego, że mało jest dobrze napisanych współczesnych polskich komedii. Na naszych scenach królują angielskie farsy, dowcipne, to fakt, ale nie są to jeszcze komedie. Dzisiaj tak jest, ale w dawnych wiekach wybitnych komediopisarzy było wielu, i byli niezwykle cenieni, że wspomnę jedynie Moliera. Inna sprawa, że dzisiejszy widz jest przekonany, że komedia to kabaret i zdziwiony jest, że nie ma z czego rechotać.

Pozwolę sobie przytoczyć kilka anegdot, których bohaterem był aktor, obdarzony wielkim talentem komediowym, aktor łódzkich scen Stanisław Marian Kamiński.

Kto zabił?

W dawnych dobrych dla sztuki czasach Teatr Telewizji gromadził przed telewizorami miliony ludzi. Może dlatego, że była to nowość, a może dlatego, że telewizja w ogóle była nowością? W każdym razie poniedziałkowe wieczory z teatrem były świętem w większości polskich domów.

W pierwszych latach Teatr Telewizji realizowany był na żywo, bo nie było jeszcze urządzeń do rejestrowania widowisk. Nie dziwota więc, że w studiach telewizyjnych, w czasie emisji teatru panowało wielkie napięcie. Aktorzy wiedzieli, że niczego się nie wytnie i nie powtórzy, reżyserom i realizatorom latały ręce, a za kamerami czuwali inspicjenci i suflerzy. Oczywiście nie obywało się bez wpadek, ale one – o dziwo – świadczyły o autentyczności, prawdzie grania. Różnica była tak jak pomiędzy meczem na żwywo, a powtórką.

W łódzkim studiu telewizyjnym, w latach sześćdziesiątych, realizowano jakiś kryminał. Przebiegłego inspektora policji, który rozszyfrowuje skomplikowaną zagadkę morderstwa grał Stanisław Marian Kamiński. Niestety, w finałowej scenie, gdy miał przyszpilić swą przenikliwą dedukcją zbrodniarza zupełnie się pogubił. Wyszło to mniej więcej tak:

– Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione przeze mnie przesłanki, stwierdzam, że to pan jest…

I tu wskazał palcem na jednego z aktorów. Wskazany aktor zbladł i zachwiał się… Inspicjent, stojący za kamerą złapał się za głowę.

Kamiński zrozumiał, że to nie ten… Ale kto zabił? I co zrobić, z tym, które mordercą nie jest?  I nagle olśniła go myśl! Nie spuszczając wzroku z tego, którego wskazał, mówił dalej…

– Tak, tak bym powiedział, gdybym kierował się się jedynie antypatią do pana… Ale naprawdę, zabójcą jest…

I tu wskazał na innego z aktorów. Ale znowu nie trafił. Znowu omdlał inspicjent, aktorzy zbledli… Ale Kamiński ratował sytuację i mówił…

– Był pan ogromnie podejrzany i wskazałbym na pana, bo miał pan istotne powody, żeby zamordować…

W tym momencie, już aktorzy, sufler, inspicjent… wszyscy, których nie widziuała kamera palcami wskazali, na tego, który naprawdę był mordercą. Finałowa scena, w końcu, przyniosła Kamińskiemu sukces, bo jednak wskazał prawdziwego zabójcę.

Minęło jakieś 10 lat. Stanisław Marian Kamiński pojechał na gościnne występy ze swoim teatrem do rodzinnego miasta, do Konina. Po spektaklu, przy wyjściu z teatru czekała na niego koleżanka szkolna. Wręczyła mu kwiaty, pogratulowała, mówiąc, że sztuka bardzo jej się podobała. A potem przeszła do rzeczy:

– Stasiu kochany, ty mi wreszcie powiedz, kto w tej telewizyjnej sztuce naprawdę zabił?

Za krótkie nogi

Na komediowej scenie „7,15”, na której teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi grał lżejszy repertuar, w jednej z fars występował Stanisław Kamiński. I jak to farsach bywa, akcję napędzały szybkie zmiany dekoracji i „gwałtowne” upływy czasu akcji.

W pewnym momencie Kamiński wychodził ze sceny, ubrany we frak i dosłownie po chwili wracał na scenę w płaszczu, meloniku i z laską. Żeby ten efekt osiągnąć, w kulisie czekał na niego garderobiany, który szybko podawał mu płaszcz i wręczał melonik, i laskę. Niestety garderobiany ciągle sie gdzieś gubił, zawsze był spóźniony. A na scenie panowała wtedy martwa cisza.

Po kolejnej wpadce, już po spektaklu, Kamiński urządził garderobianemu dziką awanturę.

Chwilę później, w garderobie koledzy ujęli się za nieszczęśnikiem.

– Stasiu, niepotrzebnie tak go skrzyczałeś, naprawdę – powiedział pierwszy z kolegów.

– Przecież wiesz, że on ma jedną nogę krótszą – uzupełnił argumenty obronne drugi z aktorów.

– Taaak… – powiedział po dłuższej chwili Kamiński. – A ja mam obie nogi krótsze. I nade mną nikt się nie lituje.

A trzeba nam wiedzieć, że Stanisław Marian Kamiński nie byly mężczyzną nazbyt wysokim.

Ile jest naprawdę dowcipów

Jak to często bywa, w przerwie spektaklu, aktorzy rozmawiali dla zabicia czasu. Jeden z nich streszczał pozostałym jakiś film, na którym się setnie ubawił, cytując kilka udanych – jego zdaniem – dowcipów z tego dzieła.  Na to odezwał się Kamiński, tego dnia chyba nie w sosie:

– Dowcipów, w sumie jest tylko dziesięć, po jednym na każde przykazanie. Reszta to tylko warianty.

Ile kosztuje cegła

Innym razem, w czasie dłuższego wyjazdu autokarem, na gościnny występ, aktorzy rozmawiali o upadającej polskiej gospodarce. A że była to końcówka czasów Gierka, to dyskusja była gorąca i miejscami śmieszna, bo przecież żaden z nich nie był znawcą polityki i gospodarki. W pewnym momencie dyskutanci zapętli się, zabrakło im argumentów i podniety do dalszej dyskusji, więc jeden z zwrócił się do Kamińskiego:

– A ty Stasiu nic nie mówisz? No, kto ma w tym wszystkim rację?

– Dopóki – zaczął Kamiński – nie dowiem się dlaczego zwykła cegła kosztuje w Polsce 2,50 zł, a nie 2 zł lub 3 złote… to ja w dyskusjach ekonomicznych udziału nie biorę. Jak rząd ujawni prawdę o cegle, to pogadamy,

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Patrioty dla kraju twórcy Patriotów

Jak psu kość należą się Polsce amerykańskie Patrioty. Oczywiście jest to amerykańska broń ale z dużym wkładem Polaka. I za chwilę będzie o nim. Najpierw zajmę się sprawą „darowizny” niemieckiej w sprawie której gorąco optują i obrażają wybraną przez suwerena władzę miłośnicy PO i PSL. W dyskusjach opowiadają o niechęci ze strony prawicy przyjmowania Patriotów. Jak się sprawy miały i jak się toczą każdy może wyrobić sobie zdanie i tak powinno być, ale decyzję podjąć powinien minister obrony narodowej, bo od tego jest. Czekamy. I ani posłanki ani posłowie nie będą w tej sprawie decydować, ponieważ są od ustanawiania prawa a nie od rządzenia.

A teraz o udziale Polaka, żołnierza, męczennika łagrów, generała a wreszcie i przede wszystkim inżyniera niesłychanie zdolnego, ponieważ był w zespole, który pracował i dopracował się wyrzutni rakietowej Patriot. To inżynier Zdzisław Starostecki. Każdy łatwo może osobiście sprawdzić to co piszę. Wystarczy uruchomić Internet. PAP tak opisuje bohatera”

” Zdzisław Julian Starostecki urodził się 8 lutego 1919 r. w Łodzi. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 r. Wstąpił do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce, która później przeobraziła się w Związek Walki Zbrojnej, a następnie w Armię Krajową. Był więźniem sowieckich łagrów na Kołymie, skąd dostał się do armii generała Władysława Andersa. Przeszedł z nią szlak bojowy do Włoch.

Starostecki był bohaterem bitwy pod Monte Cassino. Został ranny pod Bolonią. Po wojnie wybrał emigrację. Mieszkał w Londynie. W latach 50. pojechał do USA, gdzie po skończeniu studiów inżynierskich pracował dla przemysłu zbrojeniowego i armii amerykańskiej. Był jednym z konstruktorów i twórców systemu obrony przeciwrakietowej Patriot.

W 2009 r. został mianowany na stopień generała brygady przez prezydenta Lecha. Kaczyńskiego. Starosteckiego odznaczono m.in. Orderem Virtuti Militari i Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Trwają starania o pośmiertne odznaczenie generała Orderem Orła Białego.

Zdzisław Starostecki zmarł 31 grudnia 2010 r. w swoim domu na Florydzie w USA” – napisano w PAP na początku 2022 roku.

W 1992 roku gdy byłem stypendystą telewizji Canal 9 w Nowym Jorku rozmawiałem z generałem inżynierem. Omawialiśmy film dokumentalny o jego życiu. Wróciłem do Warszawy i niestety poraz kolejny wyrzucono mnie z telewizji, ponieważ zmienił się prezes, tak zresztą wiele razy w czasie mojej kilkudziesięcioletniej pracy dziennikarskiej. Może teraz znajdzie się prezes TVP, który da młodemu, zdolnemu i chętnemu na film dokumentalny o dokonaniach generała inżyniera Zdzisława Starosteckiego.

 

 

WALTER ALTERMANN: Celebryta historyczny i medialny Adolf H.

To skandal, ale liczne media stawiają na początku XXI wieku tezę, że Adolf Hitler jest celebrytą. Myślałem, że wszyscy wiedzą kim był zbrodniarze, który podpalili świat – Hitler i jego dawny sojusznik sowiecki sojusznik – Stalin, którego spadkobiercą jest Putin… Kim są celebryci chyba wszyscy wiedzą a jednak wiele mediów udowadnia, że Hitler też.

A kim jest celebryta? Kimś o kim jest głośno. Kimś o kim się rozmawia – głównie w kręgach młodzieżowych, takich do 40-tki. Kimś o kim się dyskutuje, którego miłostki, rozwody i inne życiowe przypadki się zna. Celebrytami są jacyś influencerzy, jakieś aktorki po jednej roli w serialu, jacyś faceci, którzy z uporem twierdzą, że są aktorami choć wystąpili w jednym filmie i to słabym. Niby to nikt, a jednak celebryci.

Komu potrzebni są celebryci

Na celebrytów jest dziś duże zapotrzebowanie, więc się tych celebrytów stwarza. Najpierw się człowieka wyciąga z nijakiego tłumu i obrabia. Daje się mu nazwisko, a potem przy jego użyciu sprzedaje się środki upiększające, przyprawy kuchenne a nawet samochody. Taka jest dziś taktyka marketingu.

Celebryci są potrzebni producentom różnych różności, bo są jak niezapisane transparenty. I na tych transparentach, producenci się ogłaszają. Dlatego to duże firmy podpinają swój produkt pod celebrytę.

Celebryta nie musi być raz na zawsze utożsamiany z jakimś produktem. Lepiej nawet, gdy jego twarz pojawia się z nagła przy jakimś produkcie, firmie, akcji marketingowej. Najlepiej, żeby ludzie, odbiorcy nie wiedzieli, że dany osobnik celebrycki coś reklamuje. A czym bardziej się go eksploatuje przy produkcie, tym lepiej, żeby nie było to nachalne. Taktyka jest taka, że jakiś znany człowiek coś przychylnego powie, coś tam pochwali, czymś się – tak zupełnie niechcący, tak naturalnie – zachwyci.

Z tego punktu widzenia Marek Kondrat nie jest celebrytą. To po prostu wybitny aktor, który reklamuje jakiś bank… O ile chodzi o przypadkowość zderzenia celebryty z produktem, to zupełnie inaczej jest w telewizji.

Telewizje celebryckie

W telewizjach różnej maści, gdy celebryta ma już ugruntowaną pozycję na rynku, daje mu się udział w jakimś stałym programie, a nawet jakiś program do prowadzenia. Bez słowa wyjaśnienia, dlaczego. Ot, tak po prostu, dostał, bo dostał i ma bo ma. Wszystkie stacje telewizyjne mają dziś swoich celebrytów, wedle podziału politycznego. Ba, są możliwe, jak w sporcie, zmiany barw klubowych.

Po co telewizjom celebryci? Bo każda telewizja chce mieć kilka twarzy znanych widzom. Broń Boże mózgów! Mają być twarze, niezależnie od sprawności intelektualnej. Chodzi o to, żeby rozpoznawać stacje nie po programach, nie po znaczkach w rogu ekranu a po twarzach celebryckich dziennikarzy. Włączasz telewizor, widzisz, że ktoś jest na ekranie, i mówisz do żony:

– W Polsacie jest…ta… tego, ten, tam…

– Kto jest w Polsacie? – pyta żona z drugiego pokoju.

– No ten z dużą głową, łysy całkiem… On zawsze jest tylko w Polsacie.

– A, to on dobry jest. A co mówi?

– Nie wiem, wyłączyłem głos, bo słucham radia.

Czyli już kupiłeś stację na twarz celebryty. I o to właśnie chodziło.

Hitler jako celebryta

Coraz więcej w telewizji filmów i programów o Hitlerze. Mamy już do obejrzenia takie produkcje: „Ludzie Hitlera”, „Samochody Hitlera”, „Kobiety Hitlera”, „Młodość Hitlera”, „Zapomniane taśmy Hitlera”, „Tajne akta nazistów”, „Naziści i masoneria”…

Wojny w tych programach jest niewiele. Ot, tyle, żeby widz wiedział, kiedy ten Hitler żył. Jak najmniej polityki i minimum historii, a już mikroskopijne ilości wiedzy o przyczynach wybuchu wojny. Bo wiedza jest jednak męcząca, a widz nie oczekuje od telewizji nauki, tylko zabawy. A życie Hitlera, jego czyny są, niestety dla sporego procenta widzów, bardzo atrakcyjną zabawą…

Te filmy, programy telewizyjne właściwie usprawiedliwiają Hitlera, bo traktują go jako „wielkiego” człowieka i „wielkiego” wodza, który niemal podbił świat. To zdanie jeszcze nie padło, ale niebawem wstawią Hitlera pomiędzy Aleksandra Macedońskiego, Dariusza Perskiego Wielkiego, Juliusza Cezara i Napoleona. W końcu oni też podbijali świat…

I nikt nie zauważy różnicy, że dla tamtych historycznych wodzów i władców podbój był włączaniem obcych państw w obręb ich imperiów. A Hitler chciał większość ludności podbijanych państw wymordować. Głównie Słowian, z których miał pozostać przy życiu znikomy procent. I ten procent miał służyć Niemcom, jako niewolnicy. A Żydzi mieli w ogóle zniknąć ze świata żywych.

Czy o tych planach Hitlera mówi się w tych programach? Tak, ale mimochodem, dla przyzwoitości. Twórcy wolą mówić o samym Hitlerze, bo jego postać jest – według nich – barwna i interesująca.

Ofiary Hitlera

A ofiary wojny Hitlera? Niestety mówienie o ofiarach nie jest interesujące, bo, jakkolwiek zabrzmiałoby to złowieszczo, ofiary budzą litość. A litość jest denerwująca dla widza, sam mord jest przykry i stawia widza w trudnym położeniu, bo chciałby, żeby się coś działo… Żeby jeździły czołgi, strzelały działa, żeby wybuchało i waliło się w gruzy. Ma być głośno i widowiskowo. A tu cicha śmierć w obozie koncentracyjnym lub rozstrzelanie. Nie, ofiary nie są konkurencją dla zbrodniarzy. Zresztą w telewizji można obecnie oglądać kilka seriali dokumentalnych o masowych mordercach i ani jednego o ofiarach.

Zdaje mi się, że nasza cywilizacja jakoś tak się zapętliła w poszukiwaniu atrakcji, że mimowolnie zaczęła propagować przemoc. A może niezupełnie mimowolnie?

Twórcom programów o Hitlerze umyka istota niemieckiego hitleryzmu – nienawiść rasowa, uznawanie innych za podludzi.

Produkt telewizyjny

Program telewizyjny, czas antenowy jest dla właścicieli stacji produktem. I jeżeli Hitler sprzedaje się dobrze, to oni będą takie programy sprzedawali. A jak się to ma do moralności? Nijak. To jest tylko biznes.

Z tych programów wynika też, że Niemcy w czasie II wojny światowej bardzo cierpieli. Ale nie wynika, że Niemcy wybrali i poparli program Hitlera. Ten aspekt dziejów twórcy sagi o Hitlerze zbywają milczeniem. Tym samym wychodzi na to, że Adolf Hitler był sam, sam jeden, nie licząc niedużej garstki dygnitarzy III Rzeszy, o których też są bardzo atrakcyjne programy.

I wychodzi też na to, że Niemcy nie byli tacy znowu winni. Hitler tak, ale reszta generacji była przyzwoita. Zresztą Hitler to żaden Niemiec, bo to Austriak. Ot, koło dziejów, zdarzyła się przykra historia i tyle.

Boję się, że niebawem powstanie, według identycznych założeń, seria programów o Putinie. I też będą się dobrze sprzedawały. Bo Putin też nadaje się na celebrytę.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: „Przyjaciele Krymu” są wrogami pokoju

Od dawna wiadomo, że przestępca stara się zaangażować w swoją zbrodnię jak najwięcej wspólników. Wtedy czuje się spokojniej i pewniej. Tak działa Rosja. Po zajęciu Krymu Moskwa stworzyła na arenie międzynarodowej Klub „Przyjaciół Krymu”, kupiła do niego polityków, którzy nawet wbrew oficjalnej linii politycznej swoich krajów, zaczęli wspierać wojnę Rosji na Ukrainie.

Ostatnio „Przyjaciele Krymu”, przy udziale rosyjskiego MSZ, zorganizowali w Moskwie piątą konferencję. Przyjechało tylko 50 obcokrajowców z różnych krajów, ale niewielka liczba „przyjaciół” nikomu nie przeszkadzała, najważniejsze było zadeklarowanie całemu światu, że Rosja wciąż ma swoich „przyjaciół”. Kremlowscy propagandyści nazywają takie konferencje „dyplomacją ludową”, choć z reguły biorą w nich udział niepopularni i nieuznawani posłowie lub mało ważni działacze. „Wiceprzewodniczący Rady Ministrów” Krymu Gieorgij Muradow powiedział, że „kiedy wracają do domu, otrzymują groźby pod swoim adresem i oskarżenia o szpiegostwo”. Na przykład były dyplomata z Grecji, Kostas Isikhos, nie przybył do Moskwy, do którego oficjalne władze jego kraju wysłały ostrzeżenie: „Zdecydowanie zalecamy dobrowolne zwrócenie się do organów ścigania w celu uniknięcia przestępstwa odpowiedzialność za szpiegostwo na rzecz obcego państwa lub publiczne oświadczenie o odmowie współpracy z reżimem Putina”.

Dlatego pozostałych członków klubu „Przyjaciół Krymu” prosi się, aby nie reklamowali swojego udziału, nie rozpowszechniali informacji o nim. Tym samym „przyjaciele Krymu” zamienili się w tajne, podziemne stowarzyszenie, które wbrew całemu światu popiera rosyjską agresję i jej autorów, niedawno uznanych przez Parlament Europejski za „sponsorów terroryzmu”.

Ale „przyjaciele Krymu” wciąż działają i rozpowszechniają kłamliwą rosyjską propagandę. Na przykład  Ján Čarnogurský, w latach 1991 – 92 premier Republiki Słowackiej ramach Czechosłowacji, zaczął wspierać wojnę z Rosją i zaprzeczać możliwości przystąpienia Ukrainy do NATO.

Rosyjski działacz polityczny Ołeksij Puszkow mówił o potrzebie „zerwania z Zachodem i dążenia do nowego porządku światowego”. Powtarzał takie bzdury, jak „próba Zachodu ustanowienia totalnej hegemonii”.

Jego zdaniem „rośnie rola BRICS”. Twierdzi, że „12 kolejnych krajów chce do niego dołączyć, w tym Arabia Saudyjska, Egipt, Turcja…” To zaskakujące – dlaczego jeszcze nie przystąpiły?

Przemówienie przedstawiciela Beninu, niewielkiego państwa w Afryce Zachodniej,  Aniseta Gabriela Kochofy, świadczy o dziwnej logice „przyjaciół Krymu”. Przytoczył słowa swojej matki, która urodziła 11 dzieci i która dowiedziawszy się o locie Jurija Gagarina w kosmos powiedziała: „Czego chcą ci biali ludzie? Co stracili w kosmosie? Na planecie Ziemia jest tak wiele problemów i oni czegoś tam szukają”. Aniset Kochofa w Moskwie powiedział, że teraz jego matka powie: „Przyjaciele, dlaczego szukamy wrogów w XXI wieku, kiedy jest tyle problemów, głodu, pandemii?” I rzeczywiście – dlaczego Władimir Putin szuka wrogów na świecie, a nie rozwiązuje globalnych problemów?

Aniset Kochofa studiował kiedyś w ZSRR i został zwerbowany przez służby specjalne, więc nie może się uwolnić od swojego wypaczonego światopoglądu nawet dzisiaj. To są te osoby, na które liczy Moskwa. Aniset Kochofa powiedziała: „1,5 miliona zagranicznych absolwentów rosyjskich uniwersytetów, do których należę, którzy mówią po rosyjsku, pozostają jej przyjaciółmi, pamiętają i doceniają lata studiów”.

Aktywnie podkreślał potrzebę użycia przez Rosję „miękkiej siły” i mobilizacji absolwentów rosyjskich uniwersytetów na całym świecie do walki o rosyjskie interesy. I był wspierany przez tych samych szpiegów Rosji z Iraku, Libanu, Syrii i innych krajów.

Rosyjski senator z Krymu Serhij Cekow twierdził, że decyzja z 1954 r. o przekazaniu Krymu Ukraińskiej SRR była niezgodna z prawem. Dlaczego? Cekow nie udzielił odpowiedzi, ale nie mógł zaprzeczyć, że ówczesna decyzja o przekazaniu została podjęta w pełnej zgodności z obowiązującym wówczas w ZSRR ustawodawstwem. Co więcej, Cekow zaczął oszukiwać uczestników konferencji, powiedział: „doprowadziło to do tego, że z biegiem lat Krym został zniszczony jako część Ukrainy, a dopiero po zrujnowaniu stał się regionem rozwijającym się”. W rzeczywistości było odwrotnie. Ukraina przyjęła Krym nie z własnej woli, ale na polecenie Moskwy. Co więcej, przyjęła półwysep w dekadę po II wojnie światowej, w ruinie, praktycznie bez gospodarki i przemysłu. Ukraina odbudowała Krym i Sewastopol, wybudowała fabryki, miasta, odrestaurowała kurort, zbudował kanał irygacyjny na Północnym Krymie, który przywrócił do życia głęboko pogrążony w depresji region.

Kolega Cekowa z Rady Federacji Rosyjskiej Wołodymyr Jabarow nadal oszukiwał obecnych, do czego użył starego kłamstwa: „gdyby nie >Krymska Wiosna<, półwysep zostałby zajęty przez NATO”. Rosja zawsze używa tego „argumentu”, kiedy zajmuje jakieś terytorium. Na przykład, gdy ZSRR wprowadził wojska do Afganistanu, moskiewscy propagandyści twierdzili, że „wyprzedzają USA o kilka godzin” dodawali, że amerykańskie wojska „już stały na granicy”.

Na konferencji w Moskwie nie mogło zabraknąć tematu Polski. Bliżej nieznany Andrij Romańczuk, który przedstawił się jako „działacz”, powiedział, że w Polsce „polityka antyrosyjska wychodzi poza skalę”. Skarżył się, że od 24 lutego 2022 r., czyli bezpośrednio po rozpoczęciu przez Rosję wojny na dużą skalę na Ukrainie, „władze miasta Białegostoku oficjalnie zerwały stosunki z organizacją (klubem „Przyjaciół Krymu”), a wszyscy zaangażowani w działalność klubu są poddawani szczeremu nękaniu, nazywani są kolaborantami i zdrajcami”.

Romańczuk dodał, że „osobnym artykułem jest prześladowanie prawosławnych chrześcijan w Polsce, zwanych piątą kolumną”.

Jego zdaniem też „nikogo nie obchodzi bezczeszczenie czy niszczenie pomników żołnierzy sowieckich, a nawet rosyjskich (przed 1917). Jeśli wcześniej można było z tym walczyć w sądzie to teraz jest to niemożliwe” .