TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Antykomunista” Tadeusz Mazowiecki

3 listopada 2013 r. na cmentarzu w podwarszawskich Laskach odbył się pogrzeb Tadeusza Mazowieckiego. To bezsprzeczny fakt. 24 lata wcześniej, 12 września 1989 r. Sejm powołał rząd pierwszego niekomunistycznego prezesa Rady Ministrów w Polsce od zakończenia II wojny światowej. To nieprawda. Spieszę wyjaśnić, dlaczego.

Media głównego nurtu do dziś ukrywają informacje o Mazowieckim z lat powojennych. A ten „pierwszy niekomunistyczny premier” był wówczas gorliwym apologetą sowieckiego zniewolenia Polski, który produkował haniebne artykuły potępiające Żołnierzy Wyklętych i torturowanego przez bezpiekę biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka.

„Antykomunista” Mazowiecki pisał: „Wychowanie nacechowane podejrzliwością i wrogością wobec postępu społecznego, atmosferą środowiska społecznego rozniecającą lub choćby tylko podtrzymującą bezwzględną wrogość wobec osiągnięć społecznych Polski Ludowej, wpływy polityczne przychodzące z zewnątrz i wyrosła na tym wszystkim błędna postawa polityczna ks. bp. Kaczmarka, która doprowadziła go do kolizji z prawem – oto sumarycznie ujęte przyczyny działalności przestępczej oskarżonych. (…) nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej i kierowały w tej działalności jego postawą”. Tym smutniejsze, że Mazowiecki znał osobiście bp. Kaczmarka.

Po 1989 r., kiedy takich obrzydliwych tekstów ani Tadeusz Mazowiecki, ani jego zwolennicy nie mogli już ukryć, „pierwszy niekomunistyczny premier” tłumaczył: „Byłem na tym procesie, miałem kartę prasową. Biskup obciążał siebie i wszystkich naokoło, i to mną wstrząsnęło. Nie spodziewałem się, że można siebie i innych tak dalece oskarżać. To było poniżające. Widziałem, że był nerwowy, ale nie przypuszczałem, że znajdował się na środkach farmaceutycznych. Niestety, uwierzyłem w prawdziwość stawianych mu zarzutów. Byłem przekonany, że Kościół w Polsce musi się odnaleźć. Dlatego po procesie napisałem artykuł, jaki napisałem”.

Żołnierzy Wyklętych oskarżał Mazowiecki – razem z Zygmuntem Przetakiewiczem – o pragnienie ugodzenia „bezpośrednio w życie gospodarcze i polityczne kraju drogą dywersji i sabotażu”. Porównywał ich z „hitlerowcami, oprawcami z Dachau, Oświęcimia i Mauthausen”. Po leninowsku usprawiedliwiał ich mordowanie: „byłoby jakąś ahistoryczną, sentymentalną ckliwością nie widzieć tego, że każda wielka przemiana dziejowa pociąga za sobą ofiary także w ludziach. Każda rewolucja społeczna przeciwstawia sobie tych, którzy bronią dotychczasowego porządku rzeczy i tych, którzy walczą o nowy”.

Późniejszy premier atakował także legalny polski rząd w Londynie, nazywając go „rewanżystowskim” i „agenturalnym”: „Ideologia lancy ułańskiej na usługach kapitalistycznej wolności zasłoniła im historyczną szansę wydobycia Polski z wielowiekowych zaniedbań cywilizacyjnych. (…) kierują się zazdrością nie mogąc znieść, że nowa rzeczywistość w Polsce tworzona jest nie przez „fraki, ale kombinezony robotnicze, nie proporczyki kawaleryjskie, ale kielnie murarskie”.

To zresztą nie jedyne prokomunistyczne teksty podobno niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego.

Tę niewątpliwą rysę na życiorysie mógł wszakże, jako premier tzw. III RP, zmazać rzeczywistym odcięciem się nowo tworzonego demokratycznego państwa od komuny. Niestety – Mazowiecki wybrał politykę grubej kreski, a więc braku jakichkolwiek rozliczeń z przeszłością. I tak w „pierwszym niekomunistycznym rządzie od września 1939 r.” zasiadali komunistyczni aparatczycy, a nawet zbrodniarze. Czesław Kiszczak zachował z czasów PRL tekę szefa MSW, Florian Siwicki szefa MON. Czyli jaki to przełom? Antykomunizm z komunistami w rolach głównych?

To wtedy z dymem szły akta bezpieki i uwłaszczała się nomenklatura. Dlatego pierwszym rządem niepodległej Polski był gabinet Jana Olszewskiego, wyłoniony w 1991 r. w wyniku pierwszych w pełni demokratycznych wyborów, a nie na mocy kontraktu okrągłego stołu.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Morda mordzie nierówna

Kim trzeba być żeby pod domem brata tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego zorganizować w tzw. „halloween” happening, którego uczestnicy przebrali się za…brzozy? Z wykształcenia jestem wprawdzie inżynierem, ale „w słowie” robię już trochę lat i muszę przyznać, że brakuje mi słów żeby opisać to zezwierzęcenie.

Zdawać by się mogło, że mimo ostrego politycznego sporu, istnieją pewne ludzkie granice, których nie przekraczamy. Na przykład granicy szyderstwa z czyjejś śmierci. Ja wiem, że po doświadczeniach „zimnego Lecha” i dziczy „strajku Kobiet” na ulicach ta nadzieja może się wydawać naiwna, ale choć i mnie to wściekało, to przecież chciałbym wierzyć, że choć czasem może nas dotknąć jakieś szaleństwo, to jednak w ostatecznym rozrachunku, wszyscy jesteśmy ludźmi.

Jeszcze gorzej

A tymczasem jest jeszcze gorzej. Otóż „happening” zyskał spory poklask nie tylko zwykłej ludożerki piszącej – „Dobrze mu tak!”, ale również „autorytetów”. „Przypomnienie brzozy w tym miejscu i tego dnia akurat bardzo tu pasuje. Hallowynowy błysk prawdy w oczy” – uznał z błędem Waldemar Kuczyński, były minister w rządzie Mazowieckiego i niestety były dziennikarz „Tygodnika Solidarność” z okresu „karnawału Solidarności”. Mało? „Kaczyński drwi ze śmierci własnego brata i stu innych osób, bredząc o zamachu i zabójstwie, drwiąc tym samym z faktów i z pracy specjalistów, dlatego każda okazja jest dobra, żeby mu przypomnieć, że nie wolno mu tak drwić, happening uliczny jest jak najbardziej na miejscu” – pisze znany jezuita o. Krzysztof Mądel.

Abstrahując od rzeczywistych przyczyn katastrofy, wyobraźcie sobie, że ktoś drwi ze śmierci bliskiej Wam osoby. Może zrobi sobie kwiatek z serc, które doznały zawału, przebierze się za okno, z którego ktoś wyskoczył, albo zacznie żonglować kolorowymi nożami pod domem zadźganego. Czy normalnego człowieka to bawi czy brzydzi?

„Odpada kawałek serca”

Zupełnie gdzie indziej znowuż istnieje empatia posunięta do granic histerii. Oto Jerzy Owsiak, który jakimś przedziwnym zrządzeniem losu przegrał przed obliczem polskiego wymiaru sprawiedliwości proces z twórcą „Plastusiów” Barbara Pielą, na której temat wygadywał jakieś nieprawdopodobne głupoty, uderzył w dramatyczne tony pisząc, że jego „serce powoli umiera. Kolejny kawałek odpada i już nic go nie podniesie”. Spotkało się to może z drwiną z teatralnej egzaltacji? No może trochę. Ale głównie ze zrozumieniem i współczuciem. No bo jak można wygrać proces z Jerzym Owsiakiem!

Trudno nie odnieść wrażenia, że żyjemy w coraz większym stopniu w społeczeństwie kastowym. Rośnie grupa ludzi, wobec której dopuszcza się dowolne obrzydlistwa. Nie tylko dopuszcza, ale wpiera się i racjonalizuje językami „autorytetów”. Grupa ludzi poddawanych od lat dehumanizacji. A z drugiej strony grupa ludzi, która nie tylko podlega odpowiednio ludzkiemu traktowaniu, ale wręcz jakiegoś rodzaju hiperbolizacji w ramach której każda, zasłużona czy nie, przykrość która może ich spotkać, natychmiast staje się przedmiotem społecznego współczucia, a dowolna przewina rozgrzeszenia.

Dać w mordę

Inaczej rzec ujmując, nie chodzi już o to, żeby nie dawać komuś w mordę. Nie chodzi nawet o to za co ktoś komuś może, lub nie może dać w mordę. Istotne jest tylko to kto komu dał w mordę. I w zależności od tego jest to albo „antysemityzmem”, „faszyzmem”, czy „homofobią”, albo jest zupełnie „zrozumiałe”.

I jeśli ktoś by mnie pytał, odpowiedziałbym, że to się nie ma prawa dobrze skończyć.

WALTER ALTERMANN: Granie pod publiczkę i kontrowanie Scholza

W teatrze i polityce jest niedopuszczalne właśnie tzw. granie pod publiczkę. W teatrze jest to popis złego gustu, gdy aktorzy zniżają się do wygłupów, żeby tylko rozśmieszyć widzów, żeby mieć kilka oklasków i śmiechów. W polityce krajowej natomiast skutkiem „gry pod publiczkę” jest rozbudzanie niezdrowych namiętności elektoratu, podsycanie oczekiwań ponad miarę sytuacji ekonomicznej kraju. Mężem stanu jest ten, kto stawia przed narodem sprawy jasno, wytycza mu nowe cele. I nie schlebia. Ci, którzy tylko wyborcom schlebiają to tylko politycy.

Prowadzenie polityki jest w ogóle subtelną grą, która powinna toczyć się w ciszy gabinetów. Chyba, że chodzi o Rosję Putina. Jego to nie dotyczy, bo ten osobnik w nic nie gra, ograniczając się jedynie do brutalnej wojny. Tak zresztą Rosja od wieków rozumiała i rozumie współżycie z innymi narodami. Teraz do wąskiego repertuaru rosyjskiej polityki doszło też przekupstwo szantaż – jak z gazem, na użytek Niemiec i całego zachodu Europy. Mordowanie obywateli Ukrainy i wystawianie na śmierć własnych obywateli, to wszystko, co Rosja umie. To już nie jest gra pod publikę. To jest granda i hucpa, czyli bezczelność mordercy.

Kontra kontrze

Ostatnimi laty nasila się u nas używanie języka filozofów – głównie niemieckich – w debacie publicznej. Jednym z objawów nierozumnego używania pojęć, właśnie rodem z filozofii, jest słówko „kontra”, dodawane, gdzie tylko się da. Słyszałem już, że coś jest kontr-skuteczne. Teraz jednak usłyszałem od dziennikarki, że ktoś tam jest kontr-celebrytą.

Oczywiście dziennikarka mogła powiedzieć, że pan, o którym mówiła, nie jest celebrytą, że nie zachowuje się jak przeciętny celebryta. Ale dziennikarka chciała błysnąć znajomością najnowszych trendów, najbardziej „gorącego” języka i palnęła jak palnęła. Gdyby jeszcze chodziło jej o to, że ktoś zwalcza celebrytów i celebrytyzm, że postawa szpanowania, stroszenia się w przerzedzone piórka i udawanie osoby ważnej społecznie, która ma coś istotnego do powiedzenia światu – jak to u celebrytów jest w normie – zrozumiałbym wywód. Ale co znaczy kontr-celebryta? Tego chyba sama dziennikarka nie wie.

Są też w obiegu takie słówka jak a-skuteczny, zamiast nieskuteczny. Natomiast powszechne już określenie, że coś jest kontr–skuteczne oznacza po prostu, że jakieś działanie przynosi skutki przeciwne do zamierzeń. Ja wiem, że na tłumaczenie wytrychów językowych z angielskiego, niemieckiego trzeba mówiąc po polsku dwóch trzech słów więcej. Ale wyboru nie ma, jeśli chce się być politykiem, lub dziennikarzem polskim. Nie to, że działającym i zarabiającym w Polsce, ale po prostu polskim. To jest właśnie kwestia narodowej dumy.

Niemcy w Radzie Bezpieczeństwa ONZ

Niemcy są gotowe do bycia stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ – oznajmił kanclerz Olaf Scholz. Kilka dni wcześniej powiedział też, że Niemcy są gotowe do bycia siłą przywódczą Unii Europejskiej. Zastanówmy się nad tymi dwoma oświadczeniami.

Pierwszym wnioskiem, płynącym z najprostszej interpretacji słów kanclerza Niemiec, jest to, że Niemcy uznały, iż czas rozliczeń II wojny światowej już minął, że nie ma już co wracać do sprawy rozpoczętej 83 lata temu, a zakończonej 5 lat później.

Pozwolę sobie mieć inne zdanie niż kanclerz Scholz. Uważam, że jego nerwowość, jego oczekiwanie, że świat już zapomniał i mówi Niemcom: „Ach, co było to było, nie ma sprawy, w sumie drobnostka…” To oczekiwanie kanclerza jest niestosowne i typowe dla niemieckiej polityki ostatnich lat. Spróbujmy jednak zrozumieć skąd takie postawy w Niemcach się biorą.

Przede wszystkim nie było jednej II wojny światowej dla wszystkich.

  1. Inna była ta wojna dla Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Rosjan.
  2. Jeszcze inna natomiast była II wojna światowa dla Francuzów, Holendrów i Duńczyków. Oni nie zaznali takiego okrucieństwa i bestialstwa jak ta „pierwsza grupa”. Niemcy zaliczyli obywateli tych państw do grupy nordyckiej i niejako na siłę uczynili z nich swoich ludzi, których da się oswoić.

III. Trzecią grupę tworzą ci, którzy przeżyli wojnę jak Słowacy i Czesi. Tam również nie było wielkich zbrodni niemieckich, rujnowania miast, przemysłu i infrastruktury.

  1. Inaczej też niż my, będą wspominać wojnę obywatele Węgier i Rumunii. których rządy kolaborowały z Hitlerem i wysłały swych obywateli na wojnę z Rosją.
  2. Mamy jeszcze w Europie Austrię i Włochy. Austriacy zostali wcieleni do Rzeszy, nie bez entuzjazmu większości obywateli Austrii. Włosi natomiast stworzyli faszyzm i byli, póki mieli siły, wspólnikami Hitlera.
  3. Mamy także w Unii Europejskiej Hiszpanów i Portugalczyków, którzy nie brali udziału w wojnie, ale gospodarczo i politycznie wspierali Niemców.

Są zatem tak różne obrazy jednej wojny i mamy sytuację, w której podświadomie obywatele tych państw będą myśleć, że wojna była taka sama jak u nich. I większość z nich powie, jak na przykład Francuz: „Tamta wojna była straszna, kraj podzielony na dwie strefy, te braki w zaopatrzeniu, ten widok Niemców w mundurach. Dobrze, że działały teatry, że kręcono francuskie filmy. Ale w sumie naprawdę było przykro.”

I zauważmy też, że przez prawie czterdzieści powojennych lat zachodni Niemcy mieli do czynienia jedynie z państwami, które hitlerowcy nie potraktowali tak brutalnie jak nas. Żyli ci powojenni Niemcy coraz bardziej wśród przyjaciół z Unii Europejskiej, która stawiała interesy nad wszystko.

Trzeba tu też wspomnieć, że to USA odstąpiły od denazyfikacji, od ścigania zbrodniarzy hitlerowskich i wsparły powojenną odbudowę Niemiec. I dość szybko się zaprzyjaźniły z Niemcami. Miały w tym interesy gospodarcze i polityczne. Pomoc gospodarcza dla Niemiec nie była bezinteresowna. Polityczna również. USA zobaczyły w Niemcach potencjał gospodarczy i militarny na przypadek wojny w ZSRR.

Czy możemy zatem tak oczywiście dziwić się, że kanclerz Olaf Scholz zgłasza teraz Niemcy na stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, że stwierdza również, iż Niemcy są gotowe przewodzić Unii Europejskiej?

No i mamy poważny problem. Czy UE ma być związkiem wolnych państw, czy też ktokolwiek ma jej przewodzić? Kanclerz widzi Unię jako kontynuację Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Nie bardzo mi się to widzi. Tym bardziej, że to właśnie Niemcy chcą być cesarzem.

A my? Co my na to? Trochę późno, ale dobrze, że przypominamy Niemcom czego dokonywali w Polsce. No i najważniejsze. Jakie to zasługi dla bezpieczeństwa Europy i świata mają współczesne Niemcy, żeby teraz przewodzić UE i być członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ? Czyżby miała to być polityka wobec Rosji? Niemiecka zgoda na uzależnienie się od rosyjskiego węgla i gazu? To naprawdę nie są przyzwoite rekomendacje.

Musimy też pamiętać, że ogromna część Polaków, urodzonych po 1945 roku, doznała jednak jej skutków. Odbudowa kraju kosztowała nas ogromne sumy, bo było zniszczonych 60 procent majątku narodowego. Po wojnie płaciliśmy za odbudowę nędznym poziomem życia i powszechnymi brakami.

Tu warto dodać i to, że bez Niemców nie byłoby w Polsce prawdopodobnie, rządów komunistów i dominacji sowieckiej. Być może Polacy do rządzenia wybraliby partie lewicowe, ale demokratyczne. A w systemie moskiewskim nie mieliśmy na to nawet szansy.

I nie chodzi mi o odszkodowania, o reparacje wojenne – naprawdę. Mnie chodzi o zwykłą przyzwoitość. Bo ciągle jeszcze mam w oczach przerażający widok ruin Warszawy, Wrocławia i Gdańska. Dla moich rodziców nie były to również widoki oczywiste, ale oni przeżyli wojnę, więc w dużym stopniu wiedzieli skąd się to wzięło, kto to zrobił, kto był tych makabrycznych widoków sprawcą. Jednak dla mnie, kilkulatka były to przeżycia wstrząsające i dlatego ciągle mam je w oczach.

Może zatem trzeba jeszcze poczekać, aż zamknę oczy ja, aż pomrą wszyscy ci, którzy urodzili się zaraz po wojnie, ale latami odczuwali jej skutki?

 

Kolejne ostrzeżenia STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Pożoga i trep trepem

Rosja chce innego podziału Ziemi. Aby to osiągnąć zabija zwykłych, prostych ludzi. Tysiące ton trotylu. Na dzieci, na szkoły, na szpitale. I miliardy ludzi na to się gapią. Owszem, protestują. Werbalnie.

Chińczycy robią nadzieję Amerykanom, ale chwilę potem składają gratulacje Putinowi. Szary człowiek głupieje, politolodzy bełkoczą. Niech na całym świecie wojna, byle nasza… spokojna. Tak się nie da. Trzeba mieć plan, co robić. Staramy się, tzn. Polska się stara.

A tu Unia nie chce płacić i nie zanosi się by zapłaciła. „Zaprzańcy” podnoszą głowę. Patrzą na nich zwykłe żule. Już walą w drzwi Nowogrodzkiej. Ochroniarz interweniuje. Telewizja to pokazuje. Po co? Żeby przekonywać, że to „oni” atakują, a my nadal apelujemy o powstrzymanie hejtu. „Bandyto bądź grzeczny”.

Wściekłego z nienawiści nie powstrzyma się dobrym słowem. Obrona musi być taka jak atak. Tyle, że skuteczniejsza. Zło dobrem zwyciężaj – zostawmy na niedzielę. Legalna władza musi się obronić. To nie jest rozgrywka wyborcza. To winna być gwarancja wyborcza. Jeszcze można zapanować nad chaosem. Jak? Powtórzę: skutecznie.

To nie jest sierpień 80 ani grudzień 81. Pyszczyć i dyskutować można teraz do woli. Więźniów politycznych nie ma. Listę zarobków drukuje „Wyborcza” sprzed kilku dni – idą nawet w dziesiątki tysięcy miesięcznie, a najobfitsze sięgają tysięcy kilkuset. Pokazujmy to wszystko głośno i przejrzyście. Otwórzmy największe studia telewizyjne. Niech ludzie mówią swobodnie z otwartą twarzą. Pokażmy też krezusów. Jeśli zarobili legalnie to niech mają. Najwyżej myślimy i szybko decydujmy o sprawiedliwym systemie podatkowym. Na kampanie wyborcze niech łożą partie, a nie sponsorzy. Śmiecia propagandowego będzie mniej. Społeczne ciała kontrolne zanim zaczną pracę, same muszą być zweryfikowane. Są w społeczeństwie autorytety, które powinny to zrobić.

Władza w Polsce jest legalna – sejm, senat, prezydent. Jest wybrana przez suwerena i musi dopilnować prawa i sprawiedliwości. I nie chodzi tu o partię. Harcownicy, którzy nie cofną się przed bluzgiem dla własnej reklamy. Po to by wejść na te pierwsze strony gazet Otóż harcownicy muszą spotykać się z natychmiastową rzeczową repliką ludzi mających zaufanie społeczne. Ważne jednak, aby tym wrogom kraju i porządku nie robić reklamy, by hejt i kłamstwo nie było źródłem informacji.

Demagodzy i kłamcy byli, są i będą. Ale na skrzek, bluzgi i demagogię musi natychmiast odpowiadać druga strona. Rów w kraju jest wykonany, trzeba go przeskoczyć i rozmawiać. Publiczne media mają rzeczywiście władzę. To nieprawda, że musi ona tę przewagę wykorzystywać, bo to błąd. Władza zyska i będzie słuchana i szanowana właśnie wtedy, gdy nie będzie ripostować na kłamstwo kłamstwem, lub – powiedzmy – niepełną prawdą. Opatrzone już okropnie buzie niech odpoczną. Nie każda twarz, choćby delikwent miał jak najlepsze intencje, nadaje się na „przekaźnik treści”. Nad tym trzeba pracować, ale kto to ma robić. Trep przełożony z nogi na nogę trepem pozostanie.

Nie zmienia się koni podczas jazdy. Tylko, żeby się nie zasapały, bo jak się zatrzymają, to je ktoś wyprzedzi. Bezpowrotnie.

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna (2 – ost.)

 

 

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

Dokończenie.

 

Wierszem a jakby prozą

Niestety, najpoważniejszą słabością, a właściwie już ciężką chorobą, jest w BALLADYNIE  Wojciecha Adamczyka nieumiejętność grania wierszem. Generalnie mówiąc – dzisiaj aktorzy nie potrafią już grać, mówić wiersza. Tak też stało się w omawianym dziele, poza nielicznymi wyjątkami. Jest to skutek dążenia reżyserów i aktorów do bycia naturalnymi.

Naturalność, owszem, zalecana jest w czynnościach fizjologicznych, ale teatr to sztuka, czyli zakładana i błogosławiona sztuczność. Jest jednak w obsadzie aktor, który wiersz mówi doskonale. Jest nim i tu chylę czoła, Krzysztof Gosztyła. Może jego sceniczni koledzy powinni pobierać u niego lekcje? A pan Gosztyła powinien brać za godzinę lekcyjną bardzo dużo. Bo dobra wiedza, fachowość muszą kosztować.

Jeszcze wyższym piętrem trudności jest granie w sztukach pisanych wierszem. Bo już sam wiersz jest sztuczny. I tylko Pan Jourdain Moliera cieszy się, gdy okazuje się, iż mówi prozą. Zdaje mi się, że dla większości polskich aktorów wiersz jest męczarnią, bo nakłada obowiązek znalezienia frazy i rytmu, odczytania wyrazów akcentowych… Jest jeszcze trudniej, bo wiedza, że cezura nie jest jedynie miejscem na złapanie oddechu, że przed cezurą mamy słabą pozycję sylaby, a po cezurze mocną… ta wiedza jest przeważającej grupie aktorów nieznana.

I to jest wielki problem. To jest już nawet kłopot narodowy, bo Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Fredro i Wyspiański jednak pisali wierszem. Jeżeli zatem mówimy o ochronie dziedzictwa narodowego, to są to słowa co najmniej bez pokrycia. Przynajmniej w teatrach naszych.

Są w archiwach Polskiego Radia nagrania kilku pisarzy, którzy czytają swoje wiersze. Na przykład nagrania Władysława Broniewskiego. Może warto by wznowić te nagrania? Wtedy wielu ludzi mocno by się zdziwiło, bo Broniewski swoje wiersze wręcz śpiewał. Bo tak rozumiał i czuł wiersz.

Ogromną winę ponoszą szkoły, które z maniakalnym uporem uczą tego, co poeta miał na myśli. A powinny też lub głównie, uczyć tego, jak autor zakodował swój poemat, balladę, sonet. Poezja i teatr to nie tylko treść, to także, a może przede wszystkim – forma.

Dlatego my, współcześni jesteśmy głusi na poezję i nie rozumiemy jej. Bo nie można rozumieć poezji przez treść, gdy jednocześnie nie rozumie się tego, co jest zaklęte w doskonałą formę, jak u naszych wielkich klasyków oraz Broniewskiego, Tuwim, Lechonia i Grochowiaka.

BALLADYNA Górkiewicza i Kantora

Czy zatem dramaty klasyczne, jak właśnie BALLADYNA są skazane na zapomnienie lub sceniczną klęskę? Na pewno nie. Pod warunkiem, że reżyserzy będą mieli pomysły, wywiedzione z utworu, a nie z otaczającej go własnej współczesności.

Taką doskonałą realizacją BALLADYNY była inscenizacja w krakowskim Teatrze Bagatela, której reżyserem był Mieczysław Górkiewicz, a scenografię stworzył Tadeusz Kantor. Tu trzeba zaznaczyć, że scenografia Kantora była już właściwie całą inscenizacją, stwarzała cały świat spektaklu.

Zaczynało się w półmroku, w którym dwóch grabarzy, a może średniowiecznych oprawców wciągało na scenę, przy pomocy potężnych metalowych haków, niską platformę. Na tej platformie była duża dzieża, w której stała Balladyna i gołymi nogami, w zakasanej spódnicy deptała glinę, może na załatanie ścian rozpadającej się chałupy? Ta dzieża, ta Balladyna w brudnej i znojnej pracy, wszechobecne nędza i brud były pierwszym sygnałem kim jest, z jakiego stanu wywodzi się główna bohaterką. Potem Kirkor, zaczarowany na rozkaz Goplany, dostrzeże w tej chałupie, w tych dziewczynach piękno… No tak, bo był zaczarowany.

Kantor stworzył kostiumy ponadczasowe, wyciągnięte jakby z przeszłości, ale przecież nie będące kopią czegokolwiek. No, tak, ale Kantor był geniuszem teatru.

Spektakl był porażający artystycznie. Przeżywało się go też mocno, bo wszystko było w nim teatrem, w którym grano teatr jako przypowieść. Gdyby zapytano mnie, gdzie działa się BALLADYNA Górkiewicza i Kantora musiałbym powiedzieć: w osobnym świecie, osobnego teatru. Zupełnie tak, jak opisywał to w liście do Krasickiego Słowacki. Zacytujmy fragment: …niechaj tysiące anachronizmów przerazi śpiących w grobie historyków i kronikarzy: a jeżeli to wszystko ma wewnętrzną siłę żywotajeżeli instynkt poetyczny był lepszym od rozsądku, który nieraz tę lub ową rzecz potępił: to Balladyna wbrew rozwadze i historii zostanie królową polską — a piorun, który spadł na jej chwilowe panowanie, błyśnie i roztworzy mgłę dziejów przeszłości…. ja z Polski dawnej tworzę fantastyczną legendę, z ciszy wiekowej wydobywam chóry prorockie.

Premiera spektaklu w Bagateli miła miejsce 26 października 1974 roku.

Goplana na skuterze

W tym samym roku, 8 lutego 1974 roku. miała też premierę słynna BALLADYNA Adama Hanuszkiewicza, Spektakl Hanuszkiewicza był dziwaczny, nawiązywał do popkultury, epatował skuterami, na których jeździli Goplana oraz Skierka i Chochlik. Co to miało wspólnego ze Słowackim? Nic. Ale płocha Warszawa oszalała na punkcie spektaklu. Widzom i recenzentom nie przeszkadzało, że Hanuszkiewicz bawił się setnie, nieodpowiedzialnie i frywolnie. Owszem, były dwie recenzje bardzo krytyczne, ale władza nie pozwoliła na ich druk, bo wtedy jeszcze Hanuszkiewicz był pod ochroną i pisać o nim można było tylko dobrze, albo wcale.

Muszę powiedzieć, że inscenizacja Górkiewicza i Kantora padła ofiarą spektaklu Hanuszkiewicza. Krakowski spektakl nie miał należnego temu dziełu rozgłosu. Ale pozostał w pamięci, tych, którzy go widzieli. Ja widziałem i wspominam jako dzieło wybitne.

Przepraszam za głos krytyczny, że nie wszystko mi się w teatrach podoba, ale tak świat pojmuję, jak pisał ojciec polskiej krytyki teatralnej Stanisław Koźmian. W jego artykule „Teatr Krakowski w jesieni 1869 roku”, czytamy:

„Dla Krakowa teatr pod względem życia umysłowego i społecznego, jak nawet i ekonomicznego, ma niemałe znaczenie: jednym słowem jest jedyną nieco szlachetniejszą i umysłową rozrywką w naszym mieście. Nareszcie niepodobna zaprzeczyć, że teatr krakowski wielkie w ostatnich latach zrobił postępy; a jeżeli nie doszedł do doskonałości, to przynajmniej odznaczał się tą szlachetną dążnością osiągnięcia jej kiedyś. Doprawdy szkoda by było, gdyby to wszystko miało zmarnieć. A jednak pomimo najlepszych chęci dyrekcji, o których nie wątpimy, pomimo pracy zasłużonych i utalentowanych artystów , musiałby on stopniowo upadać, a w końcu upaść, gdyby publiczność i krytyka przestały otaczać go tą życzliwą opieką i rozciągać nad nim tę sympatyczną kontrolę…”

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna

Spróbuję napisać recenzję, ale – jak to u mnie notorycznie bywa – z pewnością recenzja rozwinie się w coś grubszego. Dlatego na początku przedstawię typową recenzję, a potem – już dla bardziej wytrwałych czytelników – kilka nasuwających mi się depresyjnych myśli.

RECENZJA WŁAŚCIWA

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

BALLADYNĘ zrealizowaną w Teatrze Telewizji Polskiej, w reżyserii Wojciecha Adamczyka, zobaczyłem z niemal rocznym opóźnieniem, ale że mamy do czynienia z wielką klasyką naszej literatury dramatycznej, pozwolę sobie teraz odnieść się do dzieła.

Dramat Słowackiego – wbrew pozorom – nie jest do wystawienia łatwy, tym bardziej w realizacji telewizyjnej. W teatrze zespół ma jakieś 3-4 miesiące na doprowadzenie do premiery. W telewizji jest tego czasu niebezpiecznie mniej. Napisałem to, będąc świadomym kłopotów jakie czekały na pana Wojciecha Adamczyka, co musi powodować, że recenzent, w ocenie realizacji telewizyjnej, musi być trochę bardziej pobłażliwy dla efektu.

Niemniej, nie to spowodowało, że BALLADYNA w reżyserii Adamczyka. jest realizacją nieudaną. Przede wszystkim – tak sądzę – reżysera uwiodła teoretyczna łatwość wystawienia tej sztuki, będącej po trosze okrutną bajką, po trosze kopią krwawych dramatów Szekspira. Ale to złudzenie, bo Słowacki zastawił na reżysera kilka pułapek.

Żeby to jakoś przybliżyć niezbyt zaznajomionemu z tajemnicami teatru czytelnikowi, opowiem anegdotkę. Pewien mój znajomy reżyser, zaraz po studiach, otrzymawszy etat w dużym teatrze, otrzymał też od dyrektora propozycję zrealizowania ANTYGONY. Wtedy, w gabinecie dyrektor rozegrał się taki dialog:

– Bardzo dziękuję panu dyrektorowi – powiedział młody reżyser – ale czy oczekuje pan ode mnie dzieła artystycznego, czy lektury szkolnej?

Najpierw dyrektor się żachnął, ale po chwili powiedział:

– Lektury.

Obaj panowie dali tym samym świadectwo swej dojrzałości. Nie da się bowiem zarazem być odkrywcą tajemnic BALLADYNY oraz rzetelnie przedstawić, w klasyczny sposób, fabułę i dać aktorom szanse na stworzenie interesujących ról.

Myślę, że Wojciech Adamczyk nie zadał sobie pytania podstawowego: interpretuję czy rzetelnie opowiadam historię napisaną przez Słowackiego. Dlatego znajdujemy w realizacji telewizyjnej Adamczyka momenty znane już z innych realizacji oraz momenty, z których wynika, że reżyser postanowił „zaszaleć”.

Skutkiem braku decyzji reżysera co do konwencji, jednorodnego stylu dramatu mamy dosłowny galimatias stylistyczny. I z pewnością nie jest to skutkiem myślenia „neomodernistycznego”, ale zwykłego niedomyślenia sprawy.

I choć jestem fanem RANCZA, który to serial Wojciech Adamczyk tak dowcipnie i sprawnie wyreżyserował, to w przypadku BALLADYNY muszę stwierdzić, że spektakl jest niedobry, manieryczny i w żadnym względzie „nie zachwyca”. Jest jeszcze gorzej, bo oprócz wspomnianej realizacji manierycznej, zaprezentowano, obok znanych standardów tego dramatu, „pomysły własne reżysera”.

Wygląda na to, że reżyser miotał się pomiędzy szekspirowskim dramatem władzy a draką w Bronxie, czy Pruszkowie. Nie ma także jednego stylu, jednej stylistyki w grze aktorów, niewielu z obsadzonych w BALLADYNIE potrafiło skupić na sobie uwagę.            A jeszcze mniej potrafiło mówić wiersz. Chwilami odnosiło się wrażenie, że sztuka grania utworów pisanych wierszem jest aktorom nieznana. Na tle tak grającego zespołu, chlubnym wyjątkiem jawił się Krzysztof Gosztyła jako Kanclerz.

I tyle byłoby z klasycznej recenzji. Wytrwałych zapraszam do poniżej objawianych myśli recenzenta, które „naszły go” go w związku z oglądanym w telewizji dziełem.

DODATEK DO RECENZJI

O wolność dla pioruna

Gdzieś pod koniec lat pięćdziesiątych Włodzimierz Sokorski napisał artykuł „O wolność dla pioruna”. Był to ważny tekst ówczesnego ministra kultury i sztuki, bo kończył niejako z doktrynalnym realizmem socjalistycznym. W swoim tekście Sokorski łagodnie wyśmiewa współczesne mu realizacje klasyki, w których reżyserzy jak ognia wystrzegali się udziału mocy nadprzyrodzonych. Rozumowali bowiem tak: skoro Boga nie ma, to nie może przecież w teatrze socjalistycznym istnieć boska interwencja. Dlatego reżyserzy Balladyny uśmiercali tytułową bohaterkę nie przy pomocy pioruna, ale gotowali jej śmierć „realistyczną krytycznie”, dla przykładu, na zawał serca.

I oto, po blisko 70-ciu latach od tekstu o uwolnienia pioruna, Wojciech Adamczyk każe umierać Balladynie wskutek poślizgnięcia się na malinach, które rozrzuca na scenie Alina. Efekt jest komediowy. Miało być metafizycznie, a wyszło śmiesznie. Dlaczego Adamczykowi przeszkadzał piorun, a nie przeszkadzało widmo zamordowanej Aliny? I nie dziwiło go, że to zabita szeroko rozsypuje „owoc leśny”? Słowacki napisał, że Balladyna ginie od uderzenia piorunem, bo Bóg musiał ukarać morderczynię i dręczycielkę. I tak powinno zostać. Majstrowanie przy klasykach zawsze kończy się niedobrze. A przecież Słowacki napisał w didaskaliach: Piorun spada i zabija królowę — wszyscy przerażeni.

Królowa czy pankówa

Poważnym kłopotem tej inscenizacji jest potraktowanie przez reżysera tytułowej postaci, czyli Balladyny. Słowacki „skroił” ją na miarę wielkich heroin. Balladyna ma, według Słowackiego, wielki charakter, ale nie ma sumienia. Jest wielka w swych dążeniach, ale jest pozbawiona uczuć.

Co otrzymujemy u Adamczyka? Jego Balladyna jawi się jako przywódczyni współczesnego młodzieżowego gangu. Jest znerwicowana, pozbawiona demonicznej siły. Podejrzewam, że cały dramat oraz pani Katarzyna Ucherska, jako Balladyna, padli ofiarami reżyserskiej chęci uwspółcześnienia utworu. I jest to, niestety, maniera zbyt wielu dzisiejszych reżyserów. Na siłę, bez istotnego rozumienia sensu utworów robią wiele, by na siłę, łopatologicznie „przybliżyć klasykę współczesnemu widzowi”. Jest w tym jakieś szaleństwo. I przerażająca niewiara w widza. Przecież średnio rozgarnięty widz dostrzeże, pojmie i przyswoi sobie, że takich Balladyn, Henryków czy Konradów mamy także w dzisiejszych czasach. Czyż nie lepiej byłoby skupić się na dramatyzmie akcji, na niuansach postaci, niż poświęcać czas i energię na uwspółcześnianie, dajmy na to, Hamleta?

Jest w takiej postawie pewien arywizm, głębokie przekonanie, że świat dzisiejszy jest lepszy niż czas zaprzeszły. Niekiedy, gdy widzę takie przeróbki klasyki mam ochotę zapytać reżysera: A kto zmuszał pana do wybrania klasyki? Przecież wśród współczesnych utworów na pewno by pan coś znalazł.

Niestety do klasyki trzeba dorosnąć. Bo z pewnością nie da się jej zagrać metodą na współczesną prawdulę.

Człowiek, który dzisiaj spaliłby, lub zburzył, zabytek architektury, wpisany na listę zabytków, odpowiadałby przed sądem. Ale już zniszczenie DZIADÓW czy WESELA uchodzi płazem. Gorzej, bo uchodzi za nowatorstwo. I daje kilku nowoczesnym recenzentom okazję do zarobku, a platformom plotkarskim do pisania o twórcy w kategoriach celebryckich.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Czy w Polsce skończył się komunizm?

28 października 1989 r., Joanna Szczepkowska w „Dzienniku Telewizyjnym” TVP stwierdziła: „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm!”. Tylko, czy na pewno?

Czy w tym przypadku racji nie ma jeden z towarzyszy? Konkretnie tow. Włodzimierz Czarzasty: „Wyście się z nami, k…wa, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 roku do-ga-da-li!”. Ten sam Czarzasty, który w 2019 r. na konwencji komunistów w Katowicach wychwalał PRL i dziękował okupacyjnej armii bolszewickiej za „wyzwolenie”. Wyzwolili was – komunistów, Polaków zniewolili.

Czym jest zatem 1989 rok? To pseudo-święto wynikające z kontraktu pseudo-elit, dogadania się ówczesnych komunistów z byłymi komunistami przy Okrągłym Stole. Dlatego trudno się dziwić, że ci uzurpatorzy całkowite odrzucili dorobek II Rzeczypospolitej, wyrzucili do kosza rząd londyński i konstytucję kwietniową.

Okrągłostołowe „elity”, zamiast odwołania się do legalnej, obowiązującej niezmiennie konstytucji kwietniowej, wybrały kontynuowanie konstytucji, na której osobiście poprawki nanosił Józef Stalin. Bo dzisiejsza konstytucja tzw. III RP – tak zażarcie broniona przez ludzi chorujących wciąż na homo sovieticus – jest kontynuacją stalinowskiej ustawy z 1952 r.

Cieniem na porządku prawnym Polski po 1989 r. położyło się również to, że urzędujący na podstawie tej samej konstytucji z 1935 r., legalny prezydent II Rzeczpospolitej na Uchodźstwie Ryszard Kaczorowski nie został pierwszym prezydentem III Rzeczpospolitej.
22 grudnia 1990 r. prezydent Kaczorowski dokonał tylko symbolicznego gestu: przekazał insygnia prawowitej, konstytucyjnej władzy nowo wybranemu prezydentowi Lechowi Wałęsie. Były to: chorągiew RP, pieczęć Kancelarii Prezydenta, oryginał Konstytucji z 1935 r. oraz Order Orła Białego. Wielka uroczystość na Zamku Królewskim w Warszawie. Wielka, ale z biegiem lat coraz bardziej ukrywana. Bo Wałęsie ani reszcie okrągłostołowców nie zależało, aby wracać do jakiejś przedwojennej Polski, jej prawodawstwa i tradycji. Chcieli budować PRL – bis.

A powinno być zupełnie inaczej. Należało najpierw przywrócić obowiązującą niezmiennie od dziesięcioleci konstytucję kwietniową z 1935 r. W miejsce konstytucji stalinowskiej, napisanej w Moskwie i ogłoszonej przez komunistów nigdy nie wybranych przez Polaków w żadnych wyborach. Bo czy nielegalna, uzurpatorska władza może stanowić legalne prawo?

I druga fundamentalna sprawa. Po przywróceniu polskiego – zamiast komunistycznego – prawa automatycznie władzami Polski stawał się Rząd RP na Uchodźstwie i prezydent. Ta władza, która funkcjonowała po 17 września 1939 r. najpierw w Rumunii, potem we Francji, a wreszcie przetrwała dekady w Wielkiej Brytanii, zachowała ciągłość II RP – prawdziwie niepodległego państwa polskiego. W przeciwieństwie do tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która była sowiecką kolonią, całkowicie zależną od Moskwy.

A przynajmniej należało Polaków z Londynu: prezydenta, ministrów, przedstawicieli partii politycznych – prawowitych reprezentantów Rzeczpospolitej (w przeciwieństwie do komunistów) – zaprosić do współrządzenia. Niestety, z Polską Piłsudskiego, Dmowskiego, Paderewskiego, Daszyńskiego, a potem Kaczorowskiego, Sabbata, Andersa – wolną Polską wolnych Polaków, przy Okrągłym Stole wygrała Polska „ludowa” funkcjonariuszy, agentów i poddanych Kremla: Bieruta, Gomułki, Jaruzelskiego, Kiszczaka i Urbana. Ten stan w wielu aspektach – przez brak powszechnej dekomunizacji – trwa do dziś.

 

HUBERT BEKRYCHT: Rasista Radek w Polsce nie mieszka…

Nie będę przypominał już nazwiska owego rasisty, bo jeszcze – i słusznie – obrażą się potomkowie legendarnego polskiego premiera. Taki, statystyczny, rasistowski Radek, pomimo zameldowania, dawno już w Polsce nie mieszka. Rasista Radek jest bowiem zewsząd.  I jest symbolem obciachu nie tylko wśród młodzieży.

Kolonialna zachęta do zesłania do Afryki jednego z dziennikarzy jest oczywiście kolejnym rozdziałem do tomu o mowie nienawiści i ma na celu zastraszenie innych przedstawicieli mediów, ale przy okazji ten wpis jest głupi, co rzuca więcej światła na głupotę rasisty Radka.

Dziennikarza Samuela Pereiry nie da się zastraszyć, ale rasista Radek może o tym zapomniał. Albo… nie pamiętał… Na idiotyczny wpis jakiegoś innego rasisty, o tym, żeby Pereirę zesłać „na Madagaskar”, statystyczny rasista Radek zareagował: „Do Mozambiku” – podpowiadał. „Była portugalska kolonia” – zauważył błyskotliwie były szef MSZ.

Boki zrywać. Nie dość, że rasista Radek wpisał się w antysemicki ton postu, to jeszcze próbował „ośmieszyć”, „zastraszyć” (?) Pereirę, który rzeczywiście ma portugalskie korzenie. Z tym, że Mozambik, co w tym przypadku nie ma znaczenia, przestał być zależny od Lizbony trzynaście lat przed przyjściem na świat dziennikarza TVP Info. Czyli, rasista Radek ma jeszcze luki w wiedzy geopolitycznej.

I tak oto z „obywatela świata” został rasista Radosław tylko panem w garniturze, który nerwowo zaciąga się papierosem w towarzystwie szefa sowieckiej dyplomacji Ławrowa.

Ten obraz proszę zapamiętać. Nic innego nie warto, bo rasista Radek odchodzi z życia publicznego. Przynajmniej z mojego. A powinien bezpowrotnie zniknąć też z życia innych dziennikarzy.

Dramatyczne pytanie CEZAREGO KRYSZTOPY dotyczące opozycji i kasty: Ktoś im dosypuje czegoś do herbaty?

Coś się dzieje. Po wyborach w 2019 roku bodaj Rafał Ziemkiewicz postulował prowadzenie terapii grupowej dla przedstawicieli tzw. „elit” na różnych poziomach, które nie są w stanie pogodzić się ani z tym, że nie są „bezalternatywne”, ani z tym, że nie mają już „rządu dusz”, bo inaczej w swoim urojeniu wyższościowym mogą ześwirować. Nikt wtedy tego postulatu nie potraktował poważnie i zapewne dlatego one, proszę Państwa, ześwirowały.

W mniejszej skali widać to na Twitterze. To znaczy akurat tam szurów nigdy nie brakowało. Groźby pobicia, sugestie, że „ktoś wie o nas coś czego sami nie wiemy”, o wulgaryzmach nie wspomnę. Osobiście wręcz przywykłem i banuję głównie tych, którzy w ten czy w inny sposób dotykają mi rodziny, lub prawdopodobnie są tam zawodowo. Przy czym, uczciwie rzecz biorąc żadna ze stron sporu nie jest od takich przypadków wolna, ale ośmielę się postawić tezę, że w takich „metodach dyskusji” absolutnie celują konta szermujące „tolerancją”, oznaczone dużą ilością flag np. LGBT czy UE i hasztagiem „SilniRazem, którzy zagryźć potrafią choćby i swojego, jeśli tylko nie wykazał się wystarczającym rewolucyjnym entuzjazmem. Naprawdę, był czas przywyknąć, ale jednocześnie w ostatnich tygodniach wyraźnie widać wzrost agresji w różnych formach.

Sympatyczni panowie chcieli zabić

W większej skali retoryka jaką zaczynają posługiwać się politycy opozycji, wydaje się, że również weszła w rejestry psychiatryczne. Dość wspomnieć „bon moty” Tuska i Siemoniaka o „silnych ludziach, którzy będą wyprowadzać”. Oczywiście rządzących. Warto podkreślić, miało to miejsce wcześniej. I jeżeli odrzucić tezę, że wszystkim tym biedakom ktoś dosypuje czegoś do herbaty, to trudno uniknąć wniosku, że może jednak słowa polityków mają swoje konsekwencje. Więcej dowodów na jego poparcie dostarczyli sympatyczni panowie, którzy zaatakowali już fizycznie biuro Prawa i Sprawiedliwości na Nowogrodzkiej i biuro poseł PiS Moniki Pawłowskiej we Włodawie. W obydwu przypadkach z groźbami śmierci.

Szczególny przypadek

Szczególnym natomiast przypadkiem tego zjawiska jest przypadek tzw. „nadzwyczajnej kasty”. Szczególnym być może nie ze względu na radykalizm środków, śmiercią, przynajmniej na razie nikomu nie grożą, ale szczególnym przez kontrast ze standardami, którymi TEORETYCZNIE powinni podlegać. Ja oczywiście nie mam nadmiernych złudzeń co do grupy, której niezdekomunizowane korzenie towarzyskie, naukowe i inne, sięgają bierutowskich duraczówek i morderców Żołnierzy Wyklętych, ale oni sami postrzegają się przecież jako „nadzwyczajna kasta”, szczyt stworzenia i moralne drogowskazy. A tymczasem ciężko patrzeć co się z nimi, przynajmniej z tą najbardziej widoczną częścią, dzieje.

Oto ludzie, którzy TEORETYCZNIE powinni obiektywnie kierować się prawem tworzonym przez ustawodawcę, żądają wpływu na to prawo, co stoi w sprzeczności z „monteksiuszowskim podziałem władzy”, który mają na sztandarach. Kwestionują status sędziów, którzy nie chcą chodzić z nimi w jednym kieracie, zarówno wbrew KON-STY-TUC-JI, w której powoływanie sędziów jest wyłączną prerogatywą Prezydenta, jak też w sprzeczności z wyrokami ubóstwianego trybunału Leanertsa zwanego potocznie TSUE. Co więcej, im też ostatnio wyraźnie się pogorszyło!

 Już za późno

Ci postsędziowie snują swoje wizje „usuwania” innych sędziów z zawodu w ramach dyskusji pod hasłem „Gruba kreska czy Norymberga?”. Wyobrażacie sobie? Dyskutują o usuwaniu z zawodu kolegów pod hasłem kojarzącym się z wyrokami śmierci na niemieckich nazistowskich morderców. „Moralny drogowskaz” sędzia Gąciarek daje się fotografować na tle otwarcie politycznych transparentów typu „Ziobro musi odejść”, a sędzia Kamińska, autorka określenia „nadzwyczajna kasta”, która, trzeba jej oddać, otwarcie mówiła, że „pragnie zemsty”, rozpacza w Senacie z powodu niewystarczających w jej opinii represji wobec sędziów w ewentualnej ustawie o czystkach. Jak to się ma do Art. 178 Konstytucji p. 3, według którego „Sędzia nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”?

Trzeba było słuchać Rafała Ziemkiewicza i przeprowadzić grupowe terapie. Teraz już za późno, ześwirują do reszty niezależnie od tego czy przegrają, czy wygrają wybory. Choć fakt, że w tym drugim wypadku mogą być bardziej niebezpieczni dla otoczenia.

Jednemu z liderów opozycji radzi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Grzesiu, zatańcz trepaka

Chruszczow, Beria leżeli na podłodze przy uchylonych drzwiami czekając na koniec agonii „słoneczka narodów”. Ale Stalin jeszcze dychał. Czekali aż zejdzie.Chruszczow, który potem ujawnił zbrodnię zemścił się za pogardę i pomiatanie. Również za to, że w czasie pijatyk wódz kazał grubasowi tańczyć żywiołowego ukraińskiego trepaka.

Tusk dla Schetyny nie był tak okrutny. Wystarczyło, że Pan Grzegorz potrząsając brzuchem, spocony biegał z innymi ministrami PO po boisku. Wszyscy udawali, że to kopanie piłki ich cieszy. Schetyna wytrzymał i inne upokorzenia. Może teraz się odegra.

Cierpienia partyjne członków to normalka. Wierny to znaczy również cierpliwy. Honor, godność – to balast. Szlachetny palnąłby sobie w łeb. Dziś czekający na swoją kolej wiele wytrzyma, oporów nie mają.

Liczy się szmal, szmal i jeszcze raz szmal. Nie likwiduje się podatkowych rajów, bo się przydadzą przy zmianie warty. Podnosi się łapy wbrew interesom ojczyzny. Bo to metoda, aby przejąć władzę. Napięcia i niebezpieczeństwa to najlepszy czas na mafijne interesy, łapówkarstwo i przekupstwo.

To towarzystwo to piąta kolumna – sprzedajna kasta sędziowska, pośrednicy okradający producentów. Najnowsza branża – składowacze węgla. Oni rzeczywiście działają szybko. Ciężka i poważna machina państwowa z nimi przegrywa. A przecież to bractwo, które szkodzi Polsce łatwo namierzyć. To nie są obywatele kraju pochodzenia. Oni są w… Europie, w której rządzą Niemcy i którą straszą Rosjanie.

Posypało się. Dla Ukraińców tragicznie. Dla nas jeszcze nie. Aby tak się jednak nie stało należy pokazać imiennie i rozprawić się z V kolumną. W więzieniach w Polsce mamy około 80 tysięcy przestępców. Siedzą w około stu miejscach odosobnienia. Mają tam dużo czasu, aby ocenić to, co zrobili. Przed dokonaniem przestępstwa też wierzyli, że im się uda. Czy rzeczywiście ci w białych kołnierzykach różnią się od zbójów i złodziei?

Czasem od nobliwego parlamentarzysty słyszę: „Ja już jestem IV-tą, V-tą kadencję!”. Pytam wówczas a co żeś przez ten czas chłopie zrobił? Poza zasiadaniem, dojeżdżaniem i pobieraniem.

„Tygryski”, Donaldziki, smakosze ośmiorniczek, lobbyści rosyjskiego gazu i węgla – całe to bractwo to szkodnicy Polski, dla których nieważna jest zdrada interesów kraju pochodzenia. Oni są w Europie, podziwiali Putina i Merkel.

Przecież są kwity. Wiadomo kto podpisywał przemysłu, handlu, transportu mokrego i suchego wyprzedaż za marne pieniądze. Zaczęto nawet dobierać się do lotnictwa i kolei. Zasypano, a właściwie zagwożdżono te kopalnie, które nie są metanowe a mają jeszcze ogromne złoża węgla.

Pamiętam emitowane w TVP obrazki jak zażywny poseł o wodnistym nazwisku biegał za wysłanniczką Unii z wielkim bukietem kwiatów. Pani owa okazała się zupełnie nieczuła na adoracje ani naszego rządu racje. Stocznie zamknęła bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie, mimo że w tym samym czasie Unia pozwoliła Niemcom na dopłaty do tamtejszego przemysłu okrętowego. Tusk, Schetyna, Lewandowski przebierali nogami.

Za chlebem rozproszyli się polscy marynarze i oficerowie rybołówstwa. Dziś do głosu doszli nowi. „Falenty” działają już bez żenady. Polska wydarła się z łap niedźwiedzia, ale wpadła w ręce pazerne i bezwzględne. Nie potrafiła zbudować skutecznego aparatu kontroli, nie wycięła bezwstydnych kłamców, pasożytów, pośredników. Owszem toczy się walka, ale ślamazarnie i boleśnie dla gospodarki.

Można wierzyć w opatrzność lub nie, można nie lubić partii politycznych i ich przywódców. Ale nie wolno dla własnego – często gów…..go zresztą interesu – frymarczyć Polską, podważać jej oczywiste interesy i bezpieczeństwo.

Tuski, Kamysze i kompletnie zagubieni lewicowcy, opanujcie się. Szczególnie teraz gdy światu grozi zagłada. Gdy szaleniec trzyma palec na czerwonym guziku.

Trepaka! Nieroby i cwaniacy. Weźcie karteczkę wieczorem i spiszcie coście pozytywnego w ciągu dnia zrobili. Drogo kosztujecie. Państwo was karmi i ubiera. Wozi za darmo. Dziedzic miał ekonoma z nahajką, bogaty – nadzorców i służących. My – the people – mamy „wybrańców” – immunitetowanych. Latających z reklamówkami „Biedronki”. Aby pozorować pracę wymyślą przepisy i paragrafy. Kto to czyta? Kto respektuje?

Grzegorzu, trepaka. Politycy zostańcie państwowcami. Przecież doskonale wiadomo kto oszukuje, korumpuje, zawłaszcza, kradnie i uprawia nepotyzm. Ślepa jest tylko skłócona Temida. Ockniemy się z tego letargu, gdy już będzie PO sprawie. Jako żeśmy mądrzy po szkodzie. A może zarówno „przed” jak i „po” głupi.