JOLANTA HAJDASZ: Kluczowa będzie rzeczowa, powściągliwa informacja a nie emocjonalny przekaz

Wiele osób ma za sobą nieprzespaną noc  – wtorkowe wydarzenia późnego popołudnia i wieczoru  przykuły nas do telewizorów i internetu na wiele godzin i nie możemy się oszukiwać, iż była to niczym nieuzasadniona chęć zaspokojenia ciekawości. Od początku agresji Rosji na Ukrainę zadawaliśmy sobie pytanie co zrobić w sytuacji gdy Polska zostanie zaatakowana i wiele wskazuje na to, iż mamy do czynienia z taką sytuacją. Celowy atak, czy raczej prowokacja,  testowanie odporności NATO i możliwości obronnych Polski – to możliwe scenariusze tego samego zdarzenia.

We wtorek  we miał miejsce kolejny wielogodzinny zmasowany ostrzał całego terytorium Ukrainy i jej infrastruktury krytycznej prowadzony przez siły zbrojne Federacji Rosyjskiej. Reżim moskiewski zaatakował rakietami cele w wielu regionach Ukrainy. Ucierpiała oczywiście energetyka i inne cele wojskowe, ale również cywile. Rakiety uderzyły między innymi w budynki mieszkalne w Kijowie. Rzecznik ukraińskich sił powietrznych przekazał, że rosyjskie wojska wystrzeliły w sumie około 100 rakiet – najwięcej od czasu rozpoczęcia inwazji 24 lutego. I nagle o godzinie 15:40 na terenie wsi Przewodów w powiecie hrubieszowskim w województwie lubelskim spadł pocisk, w wyniku czego śmierć poniosło dwóch obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, dwóch naszych rodaków, rolników. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych około północy potwierdziło, że był to pocisk produkcji rosyjskiej, zakomunikowano także że w związku z tym zdarzeniem minister spraw zagranicznych prof. Zbigniew Rau wezwał ambasadora Federacji Rosyjskiej do MSZ z żądaniem niezwłocznego przekazania szczegółowych wyjaśnień.

Tyle fakty. Milczenie przez kilka godzin polskich władz, a potem ta bardzo  wyważona reakcja prezydenta i premiera uświadomiła chyba każdemu, z jak poważną sytuacją mamy do czynienia. Premier Mateusz Morawiecki powiedział wprost – apeluję do wszystkich Polaków, aby zachować spokój wokół tej tragedii. Bądźmy rozważni. Nie dajmy sobą manipulować. Musimy kierować się powściągliwością i rozwagą — powiedział. Musimy być razem. Razem jesteśmy bezpieczni i nie damy się zastraszyć — dodał. Ku zaskoczeniu wielu w podobnym tonie wypowiedział się w mediach społecznościowych przywódca opozycji Donald Tusk. Na twitterze napisał iż w sytuacji zagrożenia, niezależnie od wewnętrznych sporów i różnic, wszyscy musimy być zjednoczeni i solidarni. W tej trudnej chwili będziemy razem. – napisał Tusk.  Oczywiście dobrze że to zrobił choć trudno nie zapytać gdzie był przez ostatnie 265 dni wojny na Ukrainie? Czy naprawdę nie można było wcześniej zaprezentować takiej racjonalnej postawy, wydawałoby się wręcz jedynej dopuszczanej wobec nieprzewidywalności kraju , z którym sąsiadujemy od wieków na wschodzie. Możemy sobie tylko życzyć, by politycy opozycji do tej pory totalnie krytykujący każde nawet najbardziej racjonalne działania  obecnego rządu, zastosowali się do głosu jednego ze swoich liderów. Solidarność Polaków będzie teraz niezwykle pożądaną cechą.

Najbliższe dni pokażą nam bowiem czym tak naprawdę jest wybuch rosyjskich rakiet na naszym terytorium.Istotne będzie także to, które  państwa  jednoznacznie i głośno wyrażą solidarność z Polską i jak się będą zachowywać i wypowiadać przywódcy państw NATO, bo przecież mamy do czynienia z akcją wymierzoną w jedność NATO, a biorąc pod uwagę najkorzystniejsze na Federacji Rosyjskiej scenariusze to koniecznie trzeba zakładać, iż celem takiego ataku na nasze terytorium  może być  dezintergracja i skłócenie Polaków, a w konsekwencji tak pożądane przez Rosję nastroje defetystycze, wzrost popularności postawy, która mówi  – nie drażnijmy Rosji. Dajmy sobie spokój z pomocą Ukrainie, to wszystko nas przerasta i prowadzi do ogromnie niebezpiecznego, bo międzynarodowego konfliktu. Jest to bardzo niebezpieczna postawa teraz , bo jeśli Rosja przekona się że po takim zdarzeniu jak wtorkowe  nie będzie stanowczej reakcji NATO,  nic nie uratuje pokoju.

Dlatego w najbliższych dniach tak ważne będzie tonowanie nastrojów społecznych, kluczowa będzie rzeczowa i wręcz powściągliwa informacja a nie oparty na emocjach przekaz , którym tak powszechnie posługują się współczesne media. To nie jest czas na ataki polityczne i deprecjonowanie działań rządu, to jest ten moment, gdy wszystkie media, wszystkie środki masowego komunikowania, od prawej do lewej strony, od publicznych po komercyjne  powinny uświadomić sobie to, iż teraz zdają egzamin z tego, czym jest odpowiedzialne dziennikarstwo i jak wiele od tego zależy. Niesprawdzone informacje, insynuacje, plotki i pogłoski, a przede wszystkim osłabianie polskich władz polskiego prezydenta i polskiego rządu poprzez tak powszechną jeszcze do wczoraj retorykę ośmieszania i totalnego krytykowania  wszystkiego, czym się Zjednoczona Prawica zajmuje i co zaproponuje – to powinno zniknąć z naszej medialnej rzeczywistości.

Odpowiedzialność  za słowo staje się aktualnie  pierwszą i najważniejszą powinnością mediów. Od tego jak teraz zachowamy się my, dziennikarze, zależy w dużej mierze bezpieczeństwo wszystkich Polaków

WALTER ALTERMANN: Kochajmy się jak bracia…

Nie zwykłem chwalić rządu z dwóch powodów. Po pierwsze – obecny rząd ma wystarczająco dużo przychylnych mu portali, prasy, radiostacji i telewizji, żebym i ja musiał rząd chwalić. Po drugie – chwalenie rządu zawsze staje w logicznej opozycji do dziennikarskiego obowiązku poszukiwania prawdy.

Mam zasadę, żeby równo rozdzielać razy – tak opozycji, jak rządowi. I również po równo chwalę. Choć oczywiście według realnych zasług. A ponieważ obecnie nie rządzi opozycja, więc rząd ma więcej okazji do strzelania gaf, popełniania błędów i wygadywania porażających herezji. Skutkiem czego, częściej biorę na cel rząd. I to nie z zamiarem chwalenia. Tym razem jednak przychodzi mi rząd pochwalić.

Skąd wzięły się obecne kłopoty

Świat i Europa dały się uwieść minom i łapówkom Putina. Wszyscy uznali go za fantastycznego faceta do robienia krociowego biznesu. Oczywiście w biegu po miłość Putina wygrywali Niemcy, od 1945 roku żyjący pod przemożnym wrażeniem siły Rosji i ogromnego przed nią strachu.

USA też dały się zwieźć, a właściwie z ochotą przystały na taki paradygmat – skoro Rosja daje zarobić, to jest już normalna. Podejrzewam, że na amerykańskich elitach duże wrażenie robiły też jachty rosyjskich elit – bo, skoro ktoś ma takie jachty, to z pewnością wojna mu niepotrzebna.

A Rosja? Putin liczył na pazerność kapitalizmu Zachodu. A był ośmielony, bo skoro Zachód przymknął oko na aneksję Krymu, to z pewnością przymknie też oczy na zabór całej Ukrainy. Na szczęście dla świata Zachód się obudził… Ale też, owo budzenie wymagało ogromnego wysiłku, głównie nas Polaków. A Niemcy właściwie jeszcze śpią, śniąc o milionach ton gazu płynącego rurociągami Nord Stream I i II.

Dobry interes naszego rządu

Tytuł tego felietonu jest połową znanego polskiego powiedzenia: „Kochajmy się jak bracia, lecz liczmy się jak Żydzi”. I jak w każdym przysłowiu najważniejsza jest puenta. Od razu zaznaczam, że to przysłowie, czy też powiedzenie, jest wyrazem szacunku dla Żydów, którzy interesy prowadzili rzetelnie, czyli dobrze.

Co to jest dobry interes? Ano taki, po którym obie strony są zadowolone. Zwykle jedna strona dostaje dobry towar, a druga przyzwoite pieniądze. Dodatkowo – przy dobrym interesie obie strony dochowują danego słowa lub zapisów umowy.

W obliczu rosyjskiej napaści na Ukrainę, wobec prowokacji na naszych wschodnich granicach i wobec ogólnie agresywnej polityki Rosji, rząd zdał sobie sprawę, że nasze możliwości militarne są, delikatnie mówiąc, bardzo ograniczone. Mamy armię za małą, a także marnie wyposażoną. Zatem stanął przed polskimi władzami naturalny problem – zwiększenia liczebności armii oraz dania naszemu wojsku odpowiednio dużo nowoczesnej broni. Być może zapowiedzi ministra Mariusza Błaszczaka o aż 300-tysięcznej armii są przesadzone, ale jej powiększenie jest przecież koniecznością.

Polska przekazała Ukraińcom wiele helikopterów, czołgów, pojazdów opancerzony, armat, haubic, dział i sporą część, z posiadanego we własnym arsenale, zestawów rakietowych i rakiet – od przeciwpancernych, po przeciwlotnicze. Można domniemywać zatem, że nasze magazyny uzbrojenia są dość puste. Dlatego od pierwszych dni wojny na Ukrainie – rząd zabiegał o zakupy uzbrojenia. I słusznie poszukiwał broni najnowocześniejszej.

Oczywiście znalezienie nowoczesnego uzbrojenia w Europie jest dzisiaj niemożliwe, bowiem Europa przez ostatnie 30 lat skutecznie się rozbroiła. Właściwie to nasi bogatsi sąsiedzi z Unii Europejskiej drastycznie ograniczyli produkcję nowoczesnych samolotów, rakiet, czołgów i pojazdów opancerzonych. Francja, Niemcy, Austria i Włochy są w sytuacji militarnej o wiele gorszej niż my. Biorąc jednak pod uwagę, że nie sąsiadują oni z Rosją Putina, to sytuację – mimo wszystko – mają lepszą.

Podejrzewam, że te państwa liczyły na taki scenariusz – co prawda Putin może zająć także Polskę i kraje bałtyckie, ale przecież do Niemiec, Austrii, Francji i Włoch nie dotrze. Zresztą Putin nie musiałby trzymać swej armii w podbitej Polsce, wystarczyłoby mu zapewnienie zachodu o demilitaryzacji podbitych krajów, o neutralności politycznej Polski… tak zapewne myślały te najbogatsze kraje Europy.

Gdzie znaleźć czołgi, rakiety i inne takie narzędzia

Zatem nowoczesną broń Polska może kupić jedynie w Stanach Zjednoczonych – takie było nasze myślenie na początku tej wojny. USA, owszem, chciały być sprzedawcą uzbrojenia, ale znacznie później niż oczekiwała Polska. No i doszedł jeden istotny warunek: USA nie chciały się zgodzić na przekazanie Polsce technologii produkcji pocisków do armat i dział, ani też współpracy przy produkcji uzbrojenia rakietowego. Krótko mówiąc, USA chciały nam sprzedawać wszystko, ale w dogodnym dla nich czasie, za pieniądze jakie oni zechcą i bez żadnego wejścia ich nowoczesnych technologii do Polski.

USA chciały powtórzenia scenariusza, jaki już nam podyktowali przy sprzedaży pierwszych F-16. W umowie stało jak byk, że przy okazji zakupu tych samolotów, USA zobowiązały się do offsetu nowoczesnych technologii. Kiedy minęło parę lat, a żadne przedsięwzięcia technologiczne ze strony USA nie pojawiły się, ówczesny rząd upomniał się o ten offset. Wtedy USA przedstawiły naszemu rządowi listę amerykańskich inwestycji technologicznych. Listę otwierały wytwórnie Pepsi Coli i Coca Coli, jeszcze z epoki Gierka. Potem było jeszcze śmieszniej.

Ale, ku zaskoczeniu wszystkich, do stołu zasiedli też przedsiębiorcy z Korei Południowej, którzy chcą nam sprzedać porównywalne z amerykańskim uzbrojenie, po niższych cenach i z dużym offsetem. Dla Koreańczyków Polska może stać się wrotami do inwestowania i do sprzedaży własnej produkcji na całą Europę. Z tego co słychać, Koreańczycy chcą naprawdę zainwestować w rozwój najnowszych technologii w Polsce. Jako starożytny naród Wschodu wiedzą bowiem, że zyskiem trzeba się podzielić.

Elektrownie atomowe a uzbrojenie

Temperaturę interesu z bronią podgrzał też fakt, że Polska chce budować elektrownie atomowe. Do stołu zasiedli znowu Amerykanie i Koreańczycy. To wywołało już u Amerykanów ogromne oburzenie. „Jak to być może – mówili do mediów amerykańcy urzędnicy, co prawda niżsi rangą, aliści zawszeć to urzędnicy rządowi – to my Polskę bronimy, a Polska chce kupować elektrownie atomowe u Koreańczyków?”

Na razie stanęło na tym, że jedną elektrownię wybudują nam Amerykanie, a drugą Koreańczycy.

I za takie wyjście muszę rząd pochwalić. To jest po kupiecku.

Duch narodu

Amerykanie wierzą, że są największymi demokratami, że zbudowali swe państwo od zera, że niepłacenie ceł za herbatę jest oznaka wolności… Cóż, każda nacja ma swoje mity, które ją spajają. I z mitami nie należy dyskutować, są poniekąd dogmatami wiary. Ale… przy okazji następnych interesów z USA – pamiętajmy, że doktryna tego mocarstwa jest taka: „To, co jest dobre dla Wal-Mart Stores, Exxon Mobil, General Motors jest dobre dla Ameryki”. Nie dziwmy się zatem, że każdy kolejny ambasador USA w Polsce bardzo dba o interesy amerykańskich koncernów.

A my zachowujmy się jak dobry kupiec. Nie obrażajmy się i nie dajmy się obrażać. Interes to interes.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Ukraina przy wsparciu świata zaczęła wypędzać rosyjskich najeźdźców ze swojej ziemi

Wyzwolenie Chersonia otworzyło ukraińskim siłom zbrojnym drogę nie tylko do Mariupola, Berdiańska i Melitopola, ale także do Donbasu i Krymu.

Operacja wyzwolenia Chersonia od rosyjskich najeźdźców została zaplanowana umiejętnie – żołnierze otoczyli okupowane miasto, odmówili frontalnego szturmu i krwawych bitew ulicznych, ale uderzeniami artyleryjskimi zniszczyli ośrodki logistyczne okupantów –  magazyny i bazy zaopatrzeniowe. Nieprzyjaciel nie miał innego wyjścia, jak opuścić niegdyś zajęte miasto i przenieść się na przeciwległy brzeg Dniepru. W poniedziałek, 14 listopada nad miastem uroczyście wzniesiono ukraińską flagę narodową z udziałem prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.

Wcześniej wyzwolenie obwodu charkowskiego, a teraz miasta Chersoń otwiera nowy etap wojny – ukraińskie siły zbrojne przejęły inicjatywę strategiczną i przy pomocy społeczności międzynarodowej, która zaopatruje ukraińską armię w zaawansowaną broń, rozpoczęły wysiedlanie wroga z okupowanego przez nich terytorium Ukrainy. Wyzwolenie Chersonia otworzyło ukraińskim siłom zbrojnym drogę nie tylko do Mariupola, Berdiańska i Melitopola, ale także do Donbasu i Krymu. Analitycy wojskowi twierdzą, że Rosja nie jest już w stanie odzyskać inicjatywy strategicznej i zostanie zmuszona jedynie do odwrotu. Owszem, wycofując się bombarduje  terytorium Ukrainy, uderza rakietami w infrastrukturę, obiekty cywilne, ale to im nie pomoże. Całkowita porażka może doprowadzić Rosję do rozpadu na odrębne, niepodległe państwa, które od dawna dążyły do ​​wyzwolenia spod rosyjskiego jarzma, a Putina do utraty władzy i procesu przed międzynarodowym trybunałem. I to będzie zwycięstwo społeczności światowej nad rosyjskim imperializmem. Stan wyzwolonych ziem pokazuje, że Rosja zamiast deklarowanej kultury i wolności przyniosła tym miastom tylko zbrodnie wojenne – całkowite zniszczenie infrastruktury, chaos, wymordowanie dziesiątek tysięcy kobiet, dzieci i ludności cywilnej. Ukraina będzie teraz musiała przywrócić wszystkie sieci i całą infrastrukturę, środki komunikacji, sklepy, transport, przemysł, rolnictwo, kulturę i edukację na wszystkich wyzwolonych terytoriach.

Prezydent USA Joe Biden powiedział, że „wyzwolenie Chersonia jest znaczącym zwycięstwem Ukrainy”.

Kilka miesięcy temu rosyjscy urzędnicy na Krymie cieszyli się z okupacji części Ukrainy, skandując „Kherson-Rosja-na zawsze”, ale teraz są przestraszeni i zdezorientowani. Na przykład przewodniczący rosyjskiej Rady Państwa anektowanego Krymu Wołodymyr Konstantinow myślał o przeglądzie środków bezpieczeństwa w regionie po wycofaniu się armii rosyjskiej z Chersoniu, ponieważ rozumie, że wojska ukraińskie niedługo będą na Krymie.

„Dla nas wycofanie się z Chersoniu ma też taki skutek, że front zbliżył się do Krymu. To zmusza nas do ponownego przeglądu listy środków, które należy podjąć, aby zapewnić bezpieczeństwo obiektów infrastruktury krytycznej. To głównie sprawa wojska, ale musimy być gotowi udzielić im wszelkiej niezbędnej pomocy i sami wykazać się maksymalną czujnością” – napisał Konstantynow w Telegramie.

Dodał, że „nie sądzę, abyśmy mieli sens chwalić się i mówić wszystkim, że Chersoń nic dla nas nie znaczył, że nie straciliśmy nic znaczącego wraz z jego utratą. Takie oceny uważam za nierozsądne i nieodpowiednie w obecnej sytuacji. Zaznaczam, że nie pochodzą one od wojska ani od ludzi obdarzonych władzą. Odpowiedzialni ludzie nigdy tego nie powiedzą. Tym bardziej, że jest to z gruntu błędne” – podkreślił.

Jednocześnie Konstantynow powiedział, że wydaje się być pewien powrotu Chersonia „pod rosyjską kontrolą”, ale Rosja traci teraz jeden po drugim ukraińskie osiedla, które wcześniej były okupowane i nie ma mowy o powrocie rosyjskich żołnierzy. Siły zbrojne Ukrainy na to nie pozwolą.

Rosja udaje, że nic szczególnego się nie wydarzyło, ale Moskwa coraz bardziej upiera się przy konieczności negocjacji z Ukrainą, a to po raz kolejny pokazuje, że rosyjska armia straciła inicjatywę strategiczną i chce odpocząć, by się przegrupować,  nabrać sił i uderzyć ponownie. W związku z tym Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy gen. Załużnyj oświadczył, że Ukraina nie przystąpią do żadnych negocjacji, dopóki Rosja nie zostanie wypchnięta z ukraińskiej ziemi i uznanych międzynarodowo granic tego państwa od 1991 r. w tym Krymu.

A potem, oczywiście, społeczność międzynarodowa, ONZ, struktury Unii Europejskiej muszą podjąć działania, by uniemożliwić odrodzenie imperialnych zapędów Rosji, która zagrażałyby nie tylko Ukrainie, ale wszystkim krajom Europy i Świata.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjscy okupanci na Krymie chcą „swojego ONZ”

Na Krymie są osoby, które chciałyby przenieść siedzibę Organizacji Narodów Zjednoczonych do Jałty.

14 grudnia 1939 r. w Pałacu Narodów, siedzibie Ligi Narodów w Genewie, podjęto uchwałę o wyłączeniu Związku Radzieckiego z tej międzynarodowej organizacji. Powodem były „działania ZSRR skierowane przeciwko państwu fińskiemu”, czyli wywołanie wojny z Finlandią. Ligę Narodów zastąpiła Organizacja Narodów Zjednoczonych, ale od tamtego czasu stosunek Rosji do organizacji międzynarodowych w ogóle się nie zmienił. Rosja, podobnie jak ówczesny ZSRR, jest agresorem i podobnie jak wtedy chce wykorzystywać ONZ do własnych interesów. I znów pojawia się kwestia wydalenia Rosji z ONZ, a przynajmniej z Rady Bezpieczeństwa, za prowadzenie wojny z Ukrainą, tak jak kiedyś została wydalona za wojnę z Finlandią. Pierwszy krok w tym kierunku został już zrobiony. 7 kwietnia 2022 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ wykluczyło Rosję z Rady Praw Człowieka ONZ.

Jednocześnie okazało się, że są wątpliwości, czy Rosja w ogóle może być uważana za członka ONZ, bo… po zniknięciu ZSRR nie zaakceptowano jej w tej organizacji. Jak się okazało, Borys Jelcyn po prostu napisał list do ONZ z prośbą o zastąpienie słowa „ZSRR” słowem „Rosja” w statucie – i w ten sposób kraj ten został uznany za członka ONZ bez przechodzenia procedury akceptacji.

Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie masowych mordów w Buczy stały przedstawiciel Ukrainy przy ONZ Serhij Kyslytsia przypomniał członkom organizacji o wątpliwej podstawie obecności Rosji w tej międzynarodowej organizacji. Poprosił obecnych w sali posiedzeń: „Podnieście rękę, kto w tej sali głosował za członkostwem Rosji w ONZ”. Nastąpiła przerwa, która „zamieniła się w ciszę”. Ani jedna ręka nie została podniesiona. Okazuje się, że zgodnie z oficjalnymi dokumentami stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa (ten status daje prawo do użycia weta) nadal nie jest Rosja, ale… Związek Radziecki. Jednak w 1991 roku, starając się zabezpieczyć rosyjski potencjał nuklearny i militarny, Rada Bezpieczeństwa ONZ postanowiła przymknąć oko na łamanie statutu organizacji i pozwoliła Rosji zasiąść do stołu – co jednak nie zapewniło jej w sposób prawny członkostwa.

Rosja obecnie milczy na temat takich szczegółów swojego „nie-członkostwa” w ONZ. Zamiast tego próbuje podważyć znaczenie ONZ i zdyskredytować tę międzynarodową organizację na wszystkich frontach. Na przykład w Rosji istnieje szeroko rozpowszechniona sieć dyskredytowania ONZ. Zarządza nią tzw. „Stały przedstawiciel Republiki Krymu przy prezydencie Rosji” Georgy Muradov, który rozpowszechnia wśród mieszkańców półwyspu wszelkiego rodzaju fałszywe informacje. Twierdzi na przykład, że ONZ powstała w Pałacu Liwadyjskim podczas konferencji w Jałcie w dniach 4-11 lutego 1945 r., dzięki czemu jego zdaniem Krym nabiera znaczenia międzynarodowego. W rzeczywistości Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) została założona 24 października 1945 r. na konferencji w San Francisco na podstawie Karty Narodów Zjednoczonych.

W Rosji już po raz czwarty dla studentów i uczniów szkół wyższych odbyła się tzw. ogólnorosyjska konferencja naukowo-praktyczna „Model ONZ”, w której uczestniczyli przedstawiciele od Irkucka po Petersburg, od Syktywkaru po Symferopol i Sewastopol. W zajęciach na Krymie uczestniczyło ponad trzy tysiące uczniów z 32 szkół i 8 kolegiów.

W celu zdyskredytowania ONZ wśród uczestników konferencji rozsiewano nie tylko kłamstwa o powołaniu ONZ na Krymie, ale i bajki o jej pracy. W ten sposób rosyjscy propagandyści rozpowszechniali wśród rosyjskiej młodzieży ideę, że ONZ jest dziś nie tylko organizacją międzynarodową, ale strukturą podporządkowaną USA i reprezentuje wyłącznie interesy amerykańskie.

Uczestnicy konferencji, studenci, którzy wciąż studiują „prawo międzynarodowe w języku rosyjskim”, nie tylko krytykują pracę ONZ, ale rozpowszechniają fałszywe informacje na temat działalności i decyzji tej międzynarodowej organizacji. Między innymi z tego powodu na Krymie chcą „swojego ONZ” i od kilku lat proponują „przeniesienie siedziby ONZ do Jałty”, choć takiej opcji nie popiera żaden kraj na świecie. Zgodnie z rosyjską logiką, jeśli siedziba ONZ jest w Stanach Zjednoczonych, to podobno organizacja ta sprzyja amerykańskim interesom, a jeśli będzie na Krymie, to Rosja wierzy, że będzie w stanie podporządkować ją swojej woli. Na szczęście tylko nieliczni myślą tak prymitywnie. Z pewnością Rosji nie uda się przenieść siedziby ONZ na Krym, ale wykluczenie jej z Rady Bezpieczeństwa, a może nawet z ONZ w ogóle, jak z Ligi Narodów w 1939 roku, jest możliwe.

 

KRYSZTOPA: Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba

To co napiszę wielu z Was zapewne się nie spodoba. Nie mam oczywiście żadnej szklanej kuli ani zdolności profetycznych. Do tego czasu możemy być świadkami wydarzeń, które znacząco na to wpłyną, ale na dziś, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, wydaje mi się, jest to, że PiS wbrew kabaretowym sondażom, w przyszłym roku wygra wybory, ale straci władzę.

Przypominam sobie jedno, całkiem niedawne, choć nie pamiętam dokładnie które, nagranie Rafała Ziemkiewicza, na którym ten wyraża się z optymizmem na temat możliwości utrzymania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość po wyborach. Niech mi wybaczy, jeśli coś pokręciłem, ale argumentował tę tezę niską jakością opozycji. W ocenie jakości opozycji ma 100% racji. Opozycję w Polsce mamy tak durną, że gdybym napisał, że „jest durna jak but z lewej nogi”, mój lewy but mógłby się ciężko obrazić. Jeżeli jest groźna, to wyłącznie dlatego, że okazała się przydatna znacząco większym i mądrzejszym od siebie zewnętrznym wrogom polskiej suwerenności, którzy uznali ją za wygodne narzędzie „głodzenia Polski”.

PiS przegra sam ze sobą

A jednak obawiam się (obawiam się nie ze względu na dobro PiS, PiS jest narzędziem, nie celem, chodzi mi o konsekwencje dla Polski), że w zakresie przedłużenia władzy PiS o trzecią kadencję, Rafał Ziemkiewicz (o ile ta teza jest w ogóle jeszcze aktualna) nie ma racji. Abstrahując zarówno od jakości sondaży jako takich, a już szczególnie od jakości sondaży „przełomowych”, mimo wszystko wydaje się, że nie ma dziś takiej matematyki, która dałaby Prawu i Sprawiedliwości większość po wyborach. Jeśli nie wydarzy się coś spektakularnego, suma wyników partii opozycyjnych zapewne przekroczy wynik PiS. Być może nie pomoże nawet ew. koalicja z poszturchiwaną Konfederacją, ani, dla mnie osobiście odrażająca, koalicja z PSL.

Myślę, że można się pokusić o stwierdzenie, że PiS nie przegra z opozycją. Ta, niepotrafiąca wystękać żadnej propozycji programowej poza agresywnymi puhukiwaniami o „silnych ludziach”, jest tu bardziej żałosnym statystą. PiS przegra sam ze sobą. W tym dziele zapewne pomoże mu Mateusz Morawiecki na stanowisku premiera, obciążony zarówno awarią polityki podpisywania cyrografów podsuniętych przez Unię Europejską, jak i pomniejszymi awariami, takimi jak nieco już zapomniany „Polski Ład” czy niejasna sytuacja finansów publicznych. Według badania CBOS [!] w październiku rząd Mateusza Morawieckiego miał pośród respondentów 26% zwolenników. Czyli mniej niż wynosi wynik PiS we wszystkich w miarę poważnych sondażach. Te notowania są obciążeniem dla partii rządzącej. Większość głosujących na obecną partię rządzącą, głosowało na nią w nadziei, że ta będzie broniła suwerenności, a nie przywoziła z Brukseli kolejne „sukcesy”, pod wpływem których informacje o „konstruktywnym” spotkaniu Very Jourovej z nowym ministrem ds. europejskich Szymonem Szynkowskim vel Sękiem budzą więcej obaw niż zadowolenia, oraz pytania pt. „co oni tam znowu podpisali?”.

Będzie co ma być

Tak więc wydaje mi się, że stanie się to co ma się stać, czyli Prawo i Sprawiedliwość najprawdopodobniej wygra wybory (spora część wyborców zdaje sobie sprawę jaka katastrofą może być dojście do władzy obecnej opozycji, która będzie musiała spłacić długi wobec swoich obecnych zewnętrznych patronów), ale nie uzyska wyniku, który dawałby w ten czy w inny sposób szansę na rządzenie. Co będzie dalej?

Rzeczywistemu „programowi” opozycji z Platformą Obywatelską na czele, poświęcę chyba osobny tekst, teraz pokrótce tylko nadmienię, że zacznie się oczywiście od euforii i triumfalizmu. Będzie dużo gadania o tym jak „teraz będą wyskakiwać z okien”, może jakieś komisje śledcze, pracę straci sporo ludzi w publicznych mediach, spółkach skarbu państwa, zapewne zostaną dokonane jakieś gesty „programowe”, natury głównie światopoglądowej. Być może pojawi się jakaś ustawa o „związkach partnerskich”, możliwe, że łamiąc konstytucję zaczną coś gmerać przy aborcji. Z pewnością „krwawa” vendetta czeka wymiar sprawiedliwości. Umocowana w prawniczej międzynarodówce „nadzwyczajna kasta” nie odpuści i nikt nie odważy się jej przeszkodzić. Zapewne dokonany zostanie jakiś rodzaj egzekucji na ok ¼ obecnych sędziów, powołanych przez Prezydenta zgodnie z konstytucją, których wiary w nowy system PiS nie potrafił wynagrodzić. Niestety mogą spróbować np. sprzedać Orlen. Możliwe, że Polsce zostaną wypłacone jakieś pieniądze z Brukseli, a możliwe, że nie, ponieważ wydaje się, że jednym z powodów „głodzenia Polski” jest fakt, że UE sama ledwo się trzyma kupy.

Słaba koalicja

Nie zostaną natomiast rozwiązane żadne poważne problemy. Zupełnie nie wyobrażam sobie lenia Tuska, jako premiera rozwiązującego jakieś problemy na poważnie. Jeśli wojna i jej skutki się przeciągną, zostaniemy z wysoką inflacją, raczej nikt nie tknie finansów publicznych, służby zdrowia, no może zrezygnuje z jakichś strategicznych inwestycji, bo nie po to doszedł do władzy żeby jego zagranicznych suweren martwił się siłą Polski.

Prędzej czy później brak rozwiązania poważnych problemów będzie coraz bardziej dojmująco widoczny. Ewentualna likwidacja programów społecznych również zaboli. W powyborczej, bardzo złożonej koalicji, szybko pojawią się tarcia – Szymon nie cierpi Donalda, Włodek – Szymona i Donalda, Robert – Włodka, a Adrian – wszystkich naraz – pisała niedawno Agnieszka Kublik w Wyborczej (Władek się dostosuje do każdego naczynia, do jakiego się go wleje). Mało tego. Największym klubem w parlamencie będzie klub opozycyjny – PiS. Z czasem coraz bardziej na nowo zwarty i zdyscyplinowany. A w dodatku, całkiem możliwe, że również posiadający niemałe wpływy w Europie, gdzie rządy przejęły, a być może jeszcze przejmą partie mu przychylne. To nie wróży Donaldowi Tuskowi łatwego zadania. Praca trzy dni w tygodniu może nie wystarczyć.

Hamulce

A jeszcze konieczność kohabitacji z nieprzychylnym Prezydentem aż do 2025 roku. Szefem banku centralnego Adam Glapiński będzie, jeśli dobrze liczę, do 2028 roku. Małgorzata Manowska będzie I Prezes Sądu Najwyższego do 2026 roku. Nie wiem jak będzie z Krajową Radą Sądownictwa i Trybunałem Konstytucyjnym, ponieważ wierzę, że przy aplauzie Berlina i Brukseli są tu gotowi pójść na kompletnie niepraworządny i antykonstytucyjny rympał. Ale jednak trochę hamulców ewentualnego chaosu jest.

Co więcej, w Europie krzepnie opozycja wobec zarówno niemieckiej dominacji jak i obłąkanych planów Brukseli. Być może to wystarczy, żeby blokować największe szaleństwa i zapewniać Berlinowi i Brukseli wystarczająco dużo „rozrywki” żeby nie miały czasu myśleć o głupotach. Być może koalicja krajów rządzonych przez konserwatystów przejmie pałeczkę oporu wobec budowy Związku Socjalistycznych Republik Europejskich.

Polska szansa

I tutaj dochodzimy do rzeczy w tym wszystkim najistotniejszej. Szczególna geopolityczna koniunkcja jaka się wokół Polski w ostatnim czasie wytworzyła, sprawia, że ta ma poważną szansę, by znacząco przesunąć się w peletonie państw na spektrum możliwości prowadzenia samodzielnej polityki i budowy podstaw własnego dobrobytu. I stąd zresztą to potępieńcze wycie. Żeby ktoś mógł usiąść przy stole dla dorosłych, kto inny musi się przesunąć. Nic dziwnego, że woli wykopać krzesło spod siedzenia kandydata. W moim najgłębszym przekonaniu, na tym właśnie polega rzeczywista misja Donalda Tuska, który ma Polsce uniemożliwić pójście własną drogą, a umożliwić zaprzęgnięcie jej na powrót do niemieckiego powozu. Cała reszta to didaskalia.

Dojście do władzy opozycji (nie wiem czy w ogóle zasługują na to określenie) jest dla tej polskiej szansy potwornym zagrożeniem. Tu możliwości są dwie. Jeśli zadziałają w wystarczającym stopniu wewnętrzne i zewnętrzne hamulce, które pokrótce opisałem, prawdopodobnie po tym trudnym okresie, w którym koalicja zaprzańców skompromituje się w oczach również niezdecydowanego elektoratu, możliwe, że PiS oczyszczony w czyśćcu opozycji, dostanie kolejną szansę. Może też nie będzie to PiS, tylko jakaś inna siła, która podczas tych czterech lat wyrośnie. Wtedy oby potrafiła tę nasza polską szansę zagospodarować.

Bo jeśli hamulce nie zadziałają w wystarczającym stopniu i polska smuta będzie musiała potrwać dłużej, to obawiam się, że choć historia wbrew niektórym, nigdy się nie kończy, to na czas dłuższy może już nie być co zbierać.

HUBERT BEKRYCHT: AAA – Asnyka nie sprzedam, czyli niepodległość dziennikarska

W przededniu Święta Niepodległości 11 listopada polskie media puchną od porad, jak ów dzień obchodzić, jak trwać w zadumie, kogo wówczas wspominać, kogo nie i – najważniejsze – co robić, aby niepodległość to nie był drętwy monolog Stasia Tarkowskiego z „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. A, czy my, dziennikarze wiemy co to jest niepodległe dziennikarstwo?

Aby dokonać krótkiej wykładni tego pojęcia posłużę się wierszem „Daremne żale” Adama Asnyka. Utwór napisany 150 lat temu powinien być znany większości Polaków, bo powinien być analizowany w szkołach. Powinien…

 

Daremne żale – próżny trud,

Bezsilne złorzeczenia!

Przeżytych kształtów żaden cud

Nie wróci do istnienia.

 

Dziennikarze współcześni, nawet w przededniu Święta Niepodległości, przeraźliwie nie zdają sobie sprawy z tego, że przywoływanie przeszłości, historii, także tej niedawnej, powinno mieć sens i być osadzone w kontekście teraźniejszym.

Przypominanie dziejów nie musi być oczywiście tylko przyjemne, ale nie może być tylko połajanką dla dzieci. Historia ma uczyć, nie może powodować torsji. Nieważne czy ze strachu, czy ze śmiechu…

 

  Świat wam nie odda, idąc wstecz,

Znikomych mar szeregu –

Nie zdoła ogień ani miecz

Powstrzymać myśli w biegu.

 

W pogoni za tzw. klikalnością dziennikarze ukrywają skwapliwie fakt, że świadomie wypaczają sens słów Asnyka. „Ogień i miecz” nie mogą wyłączać myślenia, ale przecież nikt nie każe mediom odrzucić radykalne metody przekazu, które dotrą do odbiorców.

Urodzony w Kaliszu twórca był także doktorem filozofii, ale nie przewidział, że dzisiejsi kronikarze rzeczywistości będą dążyć do hamowania nowych trendów, aby móc spłacać kredyt. I wykonywać polityczne zlecenia…

 

Trzeba z żywymi naprzód iść,

Po życie sięgać nowe…

A nie w uwiędłych laurów liść

Z uporem stroić głowę.

Z tymi żywymi to – radzę – ostrożnie. Dziennikarz czasem powinien popatrzeć na narodową graciarnię nie wyrzucając starych, ale przydatnych jeszcze sprzętów. I co, jeśli laur jeszcze nie wysechł?

 

Wy nie cofniecie życia fal!

Nic skargi nie pomogą –

Bezsilne gniewy, próżny żal!

Świat pójdzie swoją drogą.

 

Nic nie odwróci koła historii? Technika idzie jednak do przodu i ktoś może wynaleźć, specjalnie dla dziennikarzy, maszynę, która powodować będzie symboliczny powrót pasty do tuby. Media poszły swoją drogą, ale świat może mieć lepszą ścieżkę.

I weźmy pod uwagę, że pod utworem Adama Asnyka widnieje data 1 kwietnia. Co prawda 1877 roku, ale czy prorok nie może zażartować?

 

 

O Święcie Niepodległości AD 2022 pisze WALTER ALTERMANN: Kilka niestosownych uwag

Wiem co to jest niestosowność i wiem, kiedy co wypada, a kiedy lepiej zmilczeć. Wiem, że na weselu nie trzeba wspominać dawnych dziewczyn pana młodego i chłopaków panny młodej. Jeżeli zatem na dzień narodowego święta postanowiłem napisać kilka trudnych uwag, to przecież nie po to, żeby psuć nastrój.

Dla mnie Święto Niepodległości jest dniem mojej zadumy nad minionymi czasami i pochyleniem głowy przed cieniami dawnych bohaterów.

Jednakże ciesząc się z odzyskania niepodległości ojczyzny nie umiem zapomnieć, dlaczego doszło do rozbiorów, klęsk powstań i setek tysięcy ofiar. Powiem od razu, że żadnego 11 listopada nie ciągnie mnie do udziału w pochodach i wznoszenia okrzyków w tłumie. Nie mówię, że te manifestacje polskości nie mają wielkiego sensu, ale jak dla mnie za mało w nich czasu i miejsca na przemyślenie spraw minionych, a także na zastanowienie się nad naszą „współczesną dzisiejszością”. A współczesność Polski bardzo mnie martwi.

Potępieńcze swary

Pozwolę sobie kilka razy odwołać się do naszych romantyków. Po pierwsze – Mickiewicz, Słowacki i Norwid największe swe dzieła napisali na uchodźctwie. I nie znaleźli się we Francji dlatego, że opuścili ojczyznę dla lepszego materialnie życia. Jak tysiące im podobnych tułaczy byli ofiarami rozbiorów, wojen napoleońskich i klęski powstania listopadowego. Po drugie – Polska i jej losy były tematami ich życia. I należy im wierzyć w diagnozach, bo byli mądrzy oraz sami na sobie doświadczyli tego, co bolało pokolenia XIX–wiecznych Polaków. Przeważająca część twórczości Słowackiego jest próbą zrozumienia faktu, jak to się stało, że jedno z największych państw Europy upadło w niecałe 100 lat. Bo przecież od Wiktorii Wiedeńskiej do pierwszego rozbioru minęło ledwie 89 lat. Jedną z przyczyn, zdiagnozowaną przez Słowackiego, ale też Norwida i Mickiewicza była nieumiejętność wypracowywania kompromisu przez Polaków. Tak Mickiewicz pisał o tym w „Panu Tadeuszu”.

O tem że dumać na paryskim bruku,

Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,

Za poznych żalów, potępieńczych swarów! (…)

A gdy na żale ten świat nie ma ucha,

Gdy ich co chwila nowina przeraża

Bijąca z Polski jako dzwon smętarza,

Gdy im prędkiego zgonu życzą straże,

Wrogi ich wabią z dala jak grabarze,

Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą –

Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,

Że utraciwszy rozum w mękach długich,

Plwają na siebie i żrą jedni drugich!

 

Minęło prawie 200 lat od powstania „Pana Tadeusza”, a nadal wiedziemy potępieńcze swary. A może to jakaś genetyczna cecha narodowa lub może niedojrzałość polityczna całego narodu? Może to właśnie skutek rozbiorów? W każdym razie, z roku na rok wzrasta wzajemna podejrzliwość w obrębie własnego narodu. Czy my, Polacy, naprawdę nie potrafimy z sobą normalnie rozmawiać, szanując jednocześnie prawo adwersarzy do ich własnego zdania? Dlaczego każdy spór natychmiast przybiera obraz sądu ostatecznego, gdzie padają najcięższe argumenty. A w ich braku – bo ileż w końcu można powtarzać w kółko to samo – sięgamy po argumenty przodków – do jakiej partii czyj dziadek należał i jak dużą miała domieszkę krwi obcej babcia przeciwnika…

Co mówią cmentarze

Pojawiające się w grupach nacjonalistycznych, hasła rasowe są mi wstrętne. Ale nie tylko wśród ONR i jemu podobnych. Przecież ukazywały się w ostatnich latach książki pisane przez całkiem znane osoby, których to książek tematem było śledzenie pochodzenia narodowego przeciwników polityczny. Domniemanych przeciwników tychże autorów.

Tak się złożyło, że ostatnio często bywam na łódzkich cmentarzach i idąc niespiesznie alejkami, czytam napisy na nagrobkach. I naraz uderzyło mnie, że wśród ofiar rewolucji 1905 roku w Łodzi, wojno polsko-rosyjskiej, II wojny światowej i powstania warszawskiego jest ogromna masa niepolskich nazwisk. Głównie są to nazwiska niemieckie i żydowskie. Bo o niepodległość Polski walczyli także Polacy żydowskiego i niemieckiego pochodzenia. I im także należy się cześć i dobra pamięć. A może większa niż rdzennym Polakom?

A tu właśnie, w środę 9 listopada, sąd złagodził kary dla ONR-owców, którzy w Białymstoku wykrzykiwali hasło „A na drzewach oprócz liści, będą wisieć syjoniści”. Dziwne, że mimo wyroków w zawieszeniu, prokuratura domaga się uniewinnienia skazanych.

Może prokurator działa w myśl zachodnioniemieckiej myśli prawnej, która zakładała, że zamykanie w więzieniach neohitlerowców doprowadzi jedynie do powstania groźniejszych podziemnych grup?

Władza, czyli głęboka niedojrzałość

Jednym z przejawów naszej niedojrzałości politycznej jest przekonanie, że jakaś partia będzie rządzić aż do emerytury. To znaczy do emerytury posłów wybranych wcześniej z listy danej partii.

Jest faktem, że do władzy przyzwyczaić się jest niebywale łatwo. Szczególnie słabszym mentalnie i duchowo osobom. I jest faktem, że często władza degeneruje. Władza ma bowiem uroki, że  posła tytułuje się wysoko. Że mu się kłaniają, uśmiechają, wystąpi czasem w telewizji… A jeżeli jeszcze ów poseł jest ministrem… Mój Boże, toż nawet jego żona boi się do niego zbliżyć. Zresztą i poseł nie ma czasu na zbliżenia, bo ma tyle spraw na głowie, że tylko współczuć.

Zatem już sama wizja utraty miejsca w parlamencie, utrata stanowisk, przywilejów i czapkowania budzi w wielu ludziach władzy przerażenie. A człowiek przerażony gotów jest popełniać grubsze głupstwa niż człek spokojny. I nie piszę tu o obecnej władzy, bo każda poprzednia władza też miała syndrom „niespodziewanej utraty władzy”. A przecież wzięcie władzy równa się, po czasie, jej oddaniu. Dziwna choroba, gdy człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że kiedyś się zestarzeje, odda władzę, a w końcu umrze. Jeżeli nie jest to niedojrzałość, to co to jest?

Czy Piłsudski był ojcem narodu?

11 listopada przedstawiciele parlamentu, rządu i różnych partii złożą wieńce pod pomnikami Józefa Piłsudskiego. I słusznie, bo jest on symbolem odzyskania niepodległości. A my Polacy kochamy symbole. Ostatnio przed jednym z pomników Piłsudskiego składali kwiaty nawet ONR-owcy, których protoplastów więziono w Berezie Kartuskiej.

Losy Piłsudskiego doskonale oddają problem rozumienia władzy przez Polaków. Piłsudski miał przekonanie, że tylko on walczył o niepodległość, choć nie było to prawdą. Następnie miał jeszcze silniejsze przekonanie, że tylko on potrafi scalić i zbudować silną Polskę. Tu nie mamy dowodów, że inni też potrafiliby, bo Józef Piłsudski przeprowadził zamach majowy i władzy raz zdobytej już nie oddał. I tak bardzo wierzył w siebie, że nawet posunął się do założenia obozu, w Berezie Karuskiej. Tamże uwięziono nawet Wincentego Witosa, premiera rządu z czasów wojny polsko-bolszewickiej. Jeżeli to nie jest rozprawą z przeciwnikami politycznymi, to co nią jest?

Tu przypomnę, że równie tragiczny los spotkał generała Tadeusza Rozwadowskiego, Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego z czasów tej samej wojny. Piłsudski był potwornie zazdrosny, że część Polaków uważała generała za prawdziwego ojca sukcesu wojennego. Rozwadowskiego uwięziono i dręczono, zmarł przedwcześnie na skutek przeżyć więziennych.

Czy jest dla nas nadzieja?

Czy jest nadzieja, że kiedyś nasza klasa polityczna dojrzeje, dorośnie i politycy przeciwnych obozów zaczną ze sobą rozmawiać? Teoretycznie tak.

Ale wymagałoby to co najmniej trzech rewelacyjnych zdarzeń:

  1. Politycy musieliby się przyzwyczaić do myśli, że władza nie jest dożywotnim darem losu.
  2. Politycy musieliby założyć, że mogą się mylić.
  3. Trzeba by wybierać takich parlamentarzystów, którzy nie mają dużych i rozgałęzionych rodzin, żeby mogli angażować na państwowe etaty także ludzi nieskoligaconych.

Przesłanie na 11 listopada

Nie wszystko w naszej historii jest wielkie i wspaniałe. To myśmy sami – jako Polacy – zniszczyli własne państwo, co doprowadziło do rozbiorów. A skłócenie ówczesnych elit narodu było tak wielkie, że Sejm nie był w stanie ratować państwa. Potem, na szczęście, znalazło się wśród nas wielu, którzy własną krwią zapłacili za wskrzeszenie Polski. Pamiętajmy o tym, żebyśmy znowu nie byli mądrzy po szkodzie. Nie powtarzajmy grzechów ojców naszych. Niepodległość trzeba szanować.

Niestety, jesteśmy narodem płochym, niezbyt zdolnym do trwałych działań. Jako przykład, przypomnę uroczyste „pojednania” po śmierci papieża Jana Pawła II. Po dwóch tygodniach znowu zaczęli ganiać się z siekierami i maczetami po miastach.

A na zakończenie tych moich niewczesnych uwag, jeszcze jeden cytat z  romantyków. W „Kordianie” Juliusza Słowackiego Archanioł mówi do Boga:

 

Boże! Boże! Boże!

Skrzydeł pióry otarłem o ziemię,

Krwawa była — widziałem! widziałem!

Za grzechy ojców w groby kładące się plemię,

Lud konał… gwiazda gasła… za gwiazdą leciałem —

Lud skonał…

Czas, byś go podniósł, Boże lub gromem dokonał.

A jeśli Twoja dłoń ich nie ocali,

Spraw, by krwi więcej niźli łez wylali…

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: TAP – Przysięga wojskowa wobec Boga nadal obowiązuje

10 listopada 1939 r. w kościele garnizonowym przy ul Długiej w Warszawie (dzisiejsza Katedra polowa Wojska Polskiego Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski) ks. Jan Zieja przyjął uroczystą przysięgę twórców Tajnej Armii Polskiej, jednej z pierwszych wojskowych organizacji podziemnych. Komendantem został mjr. Jan Włodarkiewicz „Darwicz”, a szefem sztabu ppor. Witold Pilecki „Witold”.

TAP powstała z połączenia dwóch tajnych grup: Jana Dangla (studenci Szkoły Głównej Handlowej) i wspomnianego mjr. Jana Włodarkiewicza (wojskowi i chrześcijańscy działacze społeczni; Włodarkiewicz został potem szefem dywersyjnej jednostki „Wachlarz”, zmarł 19 marca 1942 r. we Lwowie).

Spotkanie założycielskie odbyło się dzień wcześniej – 9 listopada 1939 r. w mieszkaniu kuzynki Pileckiego – Eleonory Ostrowskiej, na warszawskim Żoliborzu przy alei Wojska Polskiego 40 m. 7.
Tajna Armia Polska miała wyraźny rys chrześcijańsko-narodowy (w dzisiejszym antypolskim bełkocie poprawno-politycznym zostałaby faszystowską). Zajmowała się głównie wywiadem, gromadziła informacje o niemieckich represjach wobec Polaków i współpracownikach okupanta, organizowała – po przygotowaniu lewych dokumentów – przerzut osób do polskiego wojska we Francji, w końcu prowadziła dywersję.

To właśnie w ramach TAP Witold Pilecki przedostanie się dobrowolnie do Auschwitz, aby zbadać możliwość uwolnienia przewiezionych tam wcześniej członków organizacji. 19 września 1940 r., w tym samym mieszkaniu przy alei Wojska Polskiego 40, pozwoli się aresztować Niemcom (dziś na budynku jest tablica, a nieopodal pomnik Pileckiego). Ostrowska zachowa dla potomności słowa, jakie rotmistrz wypowiedział podczas zatrzymania: „Zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem”. W obozie razem z odnalezionymi tam TAP-owcami Pilecki założy Związek Organizacji Wojskowej. Gdy w Warszawie powstanie Związek Walki Zbrojnej, przemianowany potem na Armię Krajową, ZOW – tak samo zresztą jak TAP – stanie się ich częścią.

Rota przysięgi żołnierzy Tajnej Armii Polskiej brzmiała:

„Przyjmując za dewizę mego życia hasło:

Bóg, Honor i Ojczyzna

ślubując Narodowi Polskiemu bezgranicznie wierną i ofiarną służbę oświadczam, że złożona w swoim czasie wobec Boga przysięga wojskowa obowiązuje mnie nadal w stosunku do obecnego i jedynie legalnego rządu Gen. Sikorskiego i do władz tajnej organizacji wojskowej N.A.P. [Narodowa Armia Polska – tak brzmiała wcześniejsza nazwa TAP] i zgodnie z tą przysięgą przyrzekam uroczyście słowem honoru:

  1. Zachować ścisłą karność i bezwzględne posłuszeństwo przełożonym organizacyjnym,
  2. Przestrzegać wiernie i ściśle powierzonych mi tajemnic organizacyjnych i nigdy na ten temat rozmów poza służbą z nikim nie prowadzić,
  3. Składając wszystkie swe siły dla dobra Ojczyzny, wypełniać włożone na mnie obowiązki z całą sumiennością i ofiarnością – aż do chwili, gdy z mego przyrzeczenia zwolniony już będę.

Tak mi dopomóż Bóg”.

Ksiądz Jan Zieja pełnił wcześniej posługę m.in. podczas wojny polsko-bolszewickiej, będzie potem aktywny w wielu strukturach konspiracyjnych: kapelan przy Komendzie Głównej AK, Szarych Szeregów oraz Batalionów Chłopskich. Rozwinie współpracę z Frontem Odrodzenia Polski oraz Radą Pomocy Żydom „Żegota”. W Powstaniu Warszawskim zostanie kapelanem walczącego na Mokotowie pułku „Baszta”. W okresie PRL ks. Zieja współzakładał KOR, współpracował z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Solidarnością.

Tadeusz Płużański

WOI – to obóz internowania, a nie wojsko. Relacja MARII GIEDZ

W tym roku 5 listopada minęła 40. rocznica utworzenia Wojskowych Obozów Internowania. Z tej okazji odbyły się w Bydgoszczy, Chełmnie i Budowie k. Złocieńca ogólnopolskie obchody upamiętniające to smutne wydarzenie.

Właśnie tego 5 listopada, ale 1982 r. 1711 osób – działaczy antykomunistycznej opozycji otrzymało wezwania do wojska. Niby nic takiego, przecież każdy mężczyzna powinien służyć w armii. Wezwania otrzymali zarówno rezerwiści, jak i poborowi, tylko że wśród nich były osoby z kategorią D, po świeżo przebytych zawałach serca, w opaskach gipsowych na złamanych kończynach, czy uszkodzonym kręgosłupie, a nawet człowiek bez ręki. Niektórzy dopiero co wrócili z kilkumiesięcznego pobytu w ośrodkach internowania. Ledwie udało im się przywitać z rodziną i wykąpać, a już musieli stawić się w jednostce i to nie swojej. Jednak rozkaz, to rozkaz. Powołano ich na ćwiczenia wojskowe: rezerwistów na trzy miesiące, poborowych do zasadniczej służby na dwa lata. Umieszczono w 13 obozach rozlokowanych w całej Polsce. Jak się okazało nie była służba, lecz niewola. Mundury wojskowe zamieniono im na więzienne drelichy, a karabiny na łopaty i kilofy. Większość z nich ani razu nie miała kontaktu z bronią, a ćwiczenia polegały na kopaniu dołów i ich zasypywaniu, rąbaniu drewna, którym nie wolno było palić w piecyku, aby się ogrzać, budowaniu i rozbieraniu mostu pontonowego, czy wysłuchiwaniu pogadanek o wyższości komunizmu nad marnością życia codziennego. Nazywano ich kryminalistami, gwałcicielami, „niebieskimi ptakami”. Wśród nich byli zarówno prości robotnicy, jak i ludzie wykształceni, drukarze, a nawet dziennikarze.

Jan Raczycki, prezes Stowarzyszenia Osób Represjonowanych w PRL Przymierze w Bydgoszczy. Fot. Maria Giedz

W Bydgoszczy, przy zbiegu ulic Dwernickiego i Sułkowskiego, na skwerze o komunistycznej nazwie: Pomorskiego Okręgu Wojskowego, nadanej w 2016 r., czyli w wolnej Polsce, od 2018 r. znajduje się granitowy obelisk. Jest poświęcony działaczom i sympatykom NSZZ „Solidarność”, których pozbawiono wolności, odizolowano i represjonowano w ciężkich warunkach pod pozorem trzymiesięcznych ćwiczeń oraz zasadniczej służby wojskowej w Wojskowych Obozach Internowania. Jak podaje napis na obelisku, owe „rzekome szkolenia miały na celu odizolowanie i represjonowanie w ciężkich warunkach działaczy „Solidarności”. I właśnie przy tym obelisku rozpoczęły się ogólnopolskie obchody upamiętniające 40. rocznicę utworzenia WOI. Były kwiaty, wojskowe werble i niezawodna trąbka, a potem krótkie przemówienia ważnych osób. Dwa utkwiły mi w pamięci: Tadeusza Antkowiaka, przewodniczącego Stowarzyszenia Osób Internowanych „Chełminiacy 1982”, który podkreślał, jak wiele zależy od nauczycieli i kształcenia młodzieży, mówiąc: „Jeśli stracimy młodzież, to wszystko stracimy”. Drugą osobą był Jan Raczycki, prezes Stowarzyszenia Osób Represjonowanych w PRL „Przymierze” w Bydgoszczy. To on domagał się od bydgoskiego samorządu zmiany nazwy skweru, na którym stoi obelisk. Ponoć bydgoszczanie od sześciu lat nie są zadowoleni z gloryfikowania komunistycznej instytucji i sami proponują, aby skwer nazwać imieniem podpułkownika Łukasza Cieplińskiego, żołnierza niezłomnego znanego na Warmii oraz na Powiślu.

Nakaz mówienia prawdy

Uczestnicy panelu, od lewej prof. W. Polak, prok. M. Góra, dr G. Majchrzak, prof. M. Golon, prof. R. Bäcker. Fot. Maria Giedz

W wielu wypowiedziach, m.in. dr Pawła Warota, dyr. IPN w Gdańsku brzmiały stwierdzenia, że te wydarzenia sprzed 40 lat należy rozliczyć i „nakazać opowiadania o nich prawdy”. No cóż? O WOI niewiele wiemy, a bardzo się one różniły od miejsc internowania w stanie wojennym. Dla przykładu można podać, że do WOI na Kępie Panieńskiej położonej nieopodal Chełmna wysłano 304 rezerwistów, rozlokowując ich w starych, zniszczonych namiotach, które wolno było ogrzewać, nawet przy dużych mrozach, tylko nocą, o ile udało się znaleźć opał. Do końca trwania obozu, czyli do początku lutego 1983 r. w takich nieludzkich warunkach, przypominających pobyt w sowieckim łagrze, przetrwało 249 osób. Te trzy miesiące niewoli, oficjalnie „ćwiczeń na potrzeby obronności ojczyzny”, pozostawiły na „obozowiczach” nie tylko urazy fizyczne, ale i psychiczne. O tym wszystkim rozmawiano podczas ogólnopolskiej konferencji naukowej: „Wojskowe Obozy Internowania jako szczególna forma represji w stanie wojennym”, która odbyła się w Bydgoszczy w sali konferencyjnej  Kujawsko-Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego. Organizatorzy zaprosili kilkunastu prelegentów. Wśród nich byli profesorowie, doktorzy, prokuratorzy, represjonowani działacze „S”, a nawet duchowni.

Tadeusz Antkowiak, przewodniczącyo Stowarzyszenia Osób Internowanych Chełminiacy 1982. Fot. Maria Giedz

Patronat na obchodami objął Prezydent RP Andrzej Duda, który w liście skierowanym do uczestników napisał: … „Dla upamiętnienia dokonań działaczy opozycji antykomunistycznej represjonowanych przez władze stanu wojennego, pozbawionych w Wojskowych Obozach Internowania wolności i praw obywatelskich; w przekonaniu, że pamięć o tych, którzy z poświęceniem walczyli o wolną i suwerenną Polskę przyczyni się do kształtowania postaw obywatelskich i patriotycznych;” …

Trzeba przyznać, że wystąpienia prelegentów podczas konferencji były nie tylko formą upamiętnienia owych działaczy, ale przekazywaniem rzetelnej wiedzy, czy w ogóle wiedzy, odkłamywania „poprawnej prawdy” utrzymywanej do około 2010 r. I jak to stwierdził Antkowiak: „wiedza o WOI jest duża, ale w przestrzeni internetowej istnieje wiele nieprawdy na ten temat”. Prof. dr hab. Wojciech Polak z Centrum Badania Historii „Solidarności” i Oporu Społecznego w PRL przy UMK w Toruniu dodał, że do 2010 r. prawie nie było na temat „zielonego internowania” żadnych materiałów. Dopiero po 2010 r. zaczęły one „spływać” do IPN-u. Według instrukcji wszystkie materiały dotyczące WOI miały zostać zniszczone w 1983 r. Na szczęście tak się nie stało, bo i w wojsku panuje bałagan.

Rozliczanie winnych

Chełmno. Pomnik Wdzięczności i Solidarności w Parku Pamięci i Tolerancji im. Ludwika Rydygiera. Fot. Maria Giedz

Trzeba przyznać, że 40 lat temu powołanie działaczy „S” do WOI odbywało się zgodnie z prawem stanu wojennego, w ramach operacji „jesień 82”. Na terenie całej Polski władze komunistyczne utworzyły w 13 jednostkach Wojska Polskiego: Brzeg, Budowo, Chełm, Chełmno Pomorskie, Czarne, Czerwony Bór, Głogów, Gorzów Wielkopolski, Jarosławiec, Rawicz, Trzebiatów, Unieście/Koszalin, Węgorzewo, Wojskowe Obozy Internowania. Dziesięć z nich przeznaczono dla rezerwistów, a trzy dla poborowych do służby zasadniczej. W tych ostatnich przebywało razem 300 osób. Za wdrożeniem takiej formy internowania, o czym opowiadał prokurator Mieczysław Góra z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, przy IPN w Gdańsku Delegatury w Bydgoszczy, stać mieli generałowie, m.in. Czesław Kiszczak, Wojciech Jaruzelski, Michał Janiszewski, Mirosław Milewski, Florian Siwicki, Władysław Ciastoń, Józef Sasin, a także sekretarz KC Stefan Olszowski, czy Mieczysław Rakowski, polityk, a nawet dziennikarz, red. nacz. tygodnika „Polityka” i prezes SDP w latach 1958-1961. Tylko dwóch generałów: Ciastoń i Sasin, w listopadzie 2019 r. zostało skazanych prawomocnym wyrokiem na karę dwóch lat pozbawienia wolności bez zawieszenia. Wyroku nie udało się wykonać, gdyż obaj generałowie zmarli.

W ramach stanu wojennego, a zwłaszcza internowania, przede wszystkim internowania w wojsku stosowano różne formy represji, które przedstawił prof. dr hab. Roman Bäcker, z Wydziału Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie UMK w Toruniu. „Represje te doprowadziły do znaczącego ograniczenia zakresu podmiotowości polskiego narodu politycznego, ale cel podstawowy, czyli zniszczenie „Solidarności” i pozostałych organizacji społecznych nie został osiągnięty”. Dlaczego? Bo żołnierze więźniowie, mimo że wiedzieli, iż za każdy sprzeciw i niewykonanie rozkazu w wojsku jest się wyjątkowo surowo karanym, nie dawali się złamać, zachowywali swoją godność. Pomagała im w tym wiara w Boga.

Opowieści i przedstawianie przykładów najróżniejszych zachowań było wiele. Niejednokrotnie słuchającym cisnęły się łzy do oczu. Aż nie chce się wierzyć, że mimo codziennych rewizji, rozmieszczania wśród internowanych TW (tajny współpracownik SB), wywracania wszystkiego co znajdowało się w pomieszczeniach, gdzie owi żołnierze spali, udawało się przemycać ulotki, wykonać krzyż, modlić się, śpiewać pieśni religijne. Wszystkie te wyjątkowo interesujące i nowatorskie, w kontekście najnowszej historii Polski, wypowiedzi panelistów mają ukazać się drukiem, być może jeszcze w tym roku.

Wdzięczność za wolność, odwagę, pomoc

Dziękczynną Mszą św. w kośc. garnizonowym p.w. M.Boskiej Częstochowskiej w Chełmnie rozpoczęto drugi dzień ogólnopolskie obchody upamiętniające 40. rocznicę utworzenia WOI. Fot. Maria Giedz

Tego samego dnia, kiedy w Bydgoszczy odbywała się konferencja naukowa, w Budowie k. Złocieńca odsłonięto tablicę upamiętniającą internowanych w tamtejszym WOI. Natomiast dzień później, czyli 4 listopada w Chełmnie nad Wisłą kontynuowano oficjalne obchody 40. rocznicy utworzenia WOI. Dzień rozpoczęto od bardzo uroczystej mszy św. w kościele garnizonowym p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej. Uczestniczyli w niej żołnierze z miejscowej jednostki, wojskowy poczet sztandarowy, a także wojskowa orkiestra. Była to msza dziękczynna za hart ducha, za wolność, za odwagę. Natomiast homilia przerodziła się w piękną lekcję historii o „marszu ku wolnej Polsce” od sierpnia’80. Przewijały się w niej takie słowa, jak: honor, szacunek, cześć – dzisiaj w wielu środowiskach już zapomniane. Zgromadzeni w świątyni usłyszeli też fragmenty twórczości Marii Konopnickiej czy Edmunda Amicisa, te mówiące o miłości do ojczyzny. Celebrans zwracając się do internowanych i represjonowanych mówił: „Wyszliście zwycięsko z tamtych lat, wzmocniliście się, zaufaliście Jezusowi, daliście świadectwo człowieczeństwa”.

Po mszy św. uczestnicy obchodów, w towarzystwie żołnierzy i wojskowej orkiestry udali się do Parku Pamięci i Tolerancji, gdzie znajduje się pomnik Wdzięczności i Solidarności, który został ufundowany w 2007 r. przez internowanych (ze Szczecina, Koszalina, Łodzi, Słupska, Gdańska, Elbląga, Olsztyna, Bydgoszczy, Torunia, Włocławka, Płocka, Konina) przebywających w obozie wojskowym na Kępie Panieńskiej. Jest on podziękowaniem dla mieszkańców Chełmna za udzielaną im pomoc. Tam, pod pomnikiem składano kwiaty i dziękowano tym mieszkańcom Chełmna, którzy nie ulegli komunistycznej propagandzie, mimo że wówczas w Chełmnie mieszkali wojskowi i ich rodziny. Przecież w latach 80. XX w. stacjonowały w Chełmnie dwie jednostki bojowe Układu Warszawskiego, a mimo to znaleźli się ludzie odważni.

Byli interniwani, działacze S zostali dznaczeni Krzyżem Komandorskim, Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, przez dr hab. Karola Polejowskiego z IPN. Fot. Maria Giedz

Po południu kontynuowano obchody w Kinoteatrze Rondo, gdzie wręczono ordery i odznaczenia państwowe: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski oraz Krzyż Wolności i Solidarności. Zanim jednak do tego doszło jedna z uczennic miejscowej szkoły przepięknie zaśpiewała Hymn Polski, czyli „Mazurek Dąbrowskiego” i to wszystkie zwrotki. Siedząca za mną, a raczej stojąca w tym momencie spora grupa młodzieży cicho jej wtórowała. Stworzyło to niesamowitą atmosferę. Część tej młodzieży przyjedzie 22 listopada do Gdańska, aby m.in. wziąć udział w otwarciu wystawy: „Solidarność do wojska!” zorganizowanej przez Instytut Dziedzictwa Solidarności w historycznej Sali BHP.

Elementem końcowym owych uroczystości była projekcja dokumentalnego filmu „Labirynt” opowiadającego o obozie na Kępie Panieńskiej. Jest poruszający.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Krymskie uczelnie kształcą „piątą kolumnę”

Niedawno na krymskim Uniwersytecie im. W. Wiernadskiego odbyła się Międzynarodowa Konferencja „Krym w światowej przestrzeni naukowej i edukacyjnej”. Poprzez tego typu wydarzenia władze okupacyjne Krymu starają się skłonić zagranicznych studentów studiujących na półwyspie do propagowania ideologii „rosyjskiego pokoju” w krajach na całym świecie.

Lokalna gazeta napisała, że ​​„dzisiaj są studentami, a jutro będą sojusznikami i ambasadorami naszej kultury na całym świecie”. A oni, jak uważają rosyjscy propagandyści, stanowią wielką siłę Tylko w tym roku na Krymie studiuje 2750 studentów z 67 krajów. Na świecie jest już ponad milion absolwentów krymskich uczelni, którzy dzięki rekrutacji rosyjskich „kuratorów” ze służb specjalnych, zamienili się w liderów ideologii Kremla i swoich krajach stają się „piątą kolumnę”.

Nikt tego faktu specjalnie nie ukrywa. Na przykład prorektor ds. polityki informacyjnej Uniwersytetu im. W. Wiernadskiego na Krymie Serhij Jurczenko wprost mówi, że: „Ważne jest przede wszystkim zapewnienie polityki zagranicznej naszego państwa, w tym w sferze edukacyjnej…”

Ołeksandr Maszchenko, kierownik wydziału ds. działalności międzynarodowej uczelni, powiedział, że oprócz Kuby, Wietnamu, Jordanii studenci z Indii, Bangladeszu, Libanu, Jemenu i innych krajów Azji i Bliskiego Wschodu studiują na Krymie. Teraz, według niego, z powodu konfrontacji Rosji z Europą i Ameryką oraz z powodu sankcji światowych, następuje reorientacja rekrutacji studentów objętych sankcjami Zachodu na Wschód. Pokazał nagranie wykonane przez absolwentkę wydziału filologicznego z Kuby, w którym słyszymy dawne nuty KGB: „Żałuję, że na Ukrainie toczą się działania wojenne. Ale wiem na pewno, że to nie lud Rosji i Ukrainy jest winny tego, ale kraj z dala od nich, który przez wiele lat starał się uniemożliwić naszemu krajowi, Kubie, życie i rozwój”. W ten sposób dobrze wykształceni absolwenci krymskiego uniwersytetu przenoszą odpowiedzialność za krwawą wojnę z Rosji na Amerykę.

Największą popularnością wśród obcokrajowców cieszą się specjalizacje medyczne. Absolwent Akademii Medycznej Krymu, Islam Mazharul z Bangladeszu, przyznał, że KGB aktywnie pracuje ze studentami, którym za współpracę płaci pieniądze pod przykrywką „stypendiów”. Mazharul stwierdził przy tym, że „popiera politykę Rosji”, podczas gdy polityka ukraińska, jego zdaniem, jest „błędna i odzwierciedla interesy innych krajów”. Oczywiste jest, że takie stanowisko zostało mu wbite do głowy właśnie na krymskim uniwersytecie.

Jak zauważył Serhij Jurczenko, studenci zagraniczni, oprócz specjalności technicznych, rekrutowani są także na kierunki czysto polityczne, takie jak filologia, historia, politologia i język rosyjski. W ten sposób większość absolwentów krymskiego uniwersytetu idzie w świat całkowicie zrusyfikowana, wyznająca rosyjską ideologię i zwerbowana przez rosyjskie służby specjalne.

Jurczenko mówi, że „Podczas lat studiów na naszych uniwersytetach studenci zagraniczni zdołają nauczyć się nie tylko języka rosyjskiego, ale także wiele dowiedzieć się o historii naszego kraju, jego kulturze, tradycjach. Ponad milion absolwentów rosyjskich uniwersytetów pracuje za granicą. To duża grupa naszych sojuszników, ambasadorów naszej kultury. A my zamierzamy pomnożyć ich liczbę”.

Ponadto prorektor Ołeksandr Maszchenko wyraźnie przyznał, że Rosja wykorzystuje studentów jako propagandzistów „rosyjskiego świata” na całym świecie i zamierza rekrutować jeszcze więcej obcokrajowców na uczelnie w tej dziedzinie. „Zgodnie z skutkami wydarzeń, które obecnie mają miejsce na Ukrainie (czyli wojny Rosji na Ukrainie – autor) zainteresowanie edukacją humanitarną w Rosji, związaną z językiem, kulturą, politologią, a nawet geografią, jeszcze nawet wzrośnie” – stwierdza.

Co więcej, wicekanclerz uniwersytetu opublikował niedawno książkę „Amerykański Krym: złudzenie widzenia”, w której nazywa prawdę o rosyjskiej polityce iluzją. Mówi na przykład o współpracy uczelni z irańskimi szkołami wyższymi i uzasadniał stanowisko Iranu, który zaopatruje Rosję w drony i rakiety.

Serhij Dodonow, przewodniczący komisji edukacyjnej krymskiego „parlamentu”, powiedział, że absolwenci z Krymu są liderami rosyjskiej polityki na Bliskim Wschodzie, w krajach Ameryki Łacińskiej, Indiach i Pakistanie. Nazwał to dziełem „dyplomacji publicznej”, bo absolwenci ze swoich krajów mają stałe kanały komunikacji z Krymem, przez które „komunikują się online ze swoimi starymi znajomymi, otrzymują informacje. Całkowicie jej ufają…” Natychmiast staje się jasne, z jakimi „starymi przyjaciółmi” byli absolwenci komunikują się i jakie informacje otrzymują.

Co więcej, Serhij Dodonow powiedział, że „Wielu absolwentów sowieckich i rosyjskich uniwersytetów zajmuje określone stanowiska w swojej ojczyźnie i jest w stanie wpływać na sytuację i politykę przy podejmowaniu decyzji”.

Przyznał też, że spośród absolwentów jego uczelni Rosja właściwie we wszystkich krajach, w których pracują, tworzy piątą kolumnę, prowadzącą działalność wywrotową.