TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wolińska i zbrodnie na wojsku

26 listopada 2008 r. w Oksfordzie zmarła Helena Wolińska, stalinowska  prokurator wojskowa. Jej wydania Polsce żądał pion śledczy IPN, oskarżając o bezprawne aresztowanie w latach 50. ponad 20 osób, w tym gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Wolińska, ściśle współpracując ze śledczymi wojskowej bezpieki, mordowała też żołnierzy Wojska Polskiego, którzy wrócili z emigracji do kraju.

W latach 50. stalinowska prokurator Helena Wolińska, razem ze swoim konkubentem Franciszkiem Jóźwiakiem, nadzorowała jedną z głośniejszych spraw – tzw. spisku w wojsku. Po wydanych przez nią i jej kolegów nakazach aresztowania oskarżonych brali w obroty śledczy. We wniosku ekstradycyjnym – który, jak wiemy, został przez Wielką Brytanię odrzucony – prokuratura wojskowa zarzuciła Wolińskiej bezprawne aresztowanie płk Bernarda Adameckiego.

Wolińska aresztowała płk. Adameckiego 21 listopada 1950 r., tego samego dnia, co gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. Codziennie takich spraw miała kilka. Natłok pracy nie pozwalał na zapoznanie się z dowodami winy. Gdyby nawet była mniej zapracowana i tak nie miałyby one żadnego znaczenia. Klasowego wroga trzeba było zniszczyć.

Pułkownik Bernard Adamecki był sądzony w jednej z największych i najbardziej tragicznych spraw związanych ze sfingowanym spiskiem w wojsku – procesie tzw. grupy kierowniczej konspiracji Wojsk Lotniczych. Przed Najwyższym Sądem Wojskowym w Warszawie pod przewodnictwem płk Piotra Parzenieckiego stanął u boku siedmiu innych oskarżonych – samych pułkowników i podpułkowników. Adamecki był żołnierzem Armii Krajowej (szefem Wydziału Lotniczego Komendy Głównej AK, ps. Gozdawa, odznaczony Orderem Virtuti Militari).

Z kolei płk August Menczak walczył w Polskiej Armii Ludowej, a pozostali w lotnictwie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. To właśnie Adameckiemu i Menczakowi przypisano kierowniczą rolę w zbrodniczej działalności. Obaj oficerowie mieli działać z polecenia płk Franciszka Hermana, jednego z głównych oskarżonych o spisek w wojsku.

Płk Bernard Adamecki, urodzony w 1897 r., w wojsku służył od 1916 r. Po wojnie był komendantem Wojskowej Szkoły Technicznej. Płk August Menczak był szefem sztabu Kwatermistrzostwa Wojsk Lotniczych.

Perfidna ideowość

Śledztwo przeciwko płk Adameckiemu prowadzono w Zarządzie Informacji Wojsk Lotniczych, inni byli przesłuchiwani w Głównym Zarządzie Informacji WP. Nadzór nad całością sprawował zastępca szefa GZI, płk Antoni Skulbaszewski, zmarły w 1990 r. w Kijowie (tak, jak większość komunistycznych zbrodniarzy nie został osądzony). Pomagali mu: płk Władysław Kochan i ppłk Naum Lewandowski. Akt oskarżenia napisał ppłk Iwan Amons, prokurator Wojsk Lotniczych. Ten kłamliwy dokument musiał być jeszcze zatwierdzony w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. Uczynił to kolega płk Wolińskiej, ppłk Marian Frenkiel.

Tajna rozprawa, bez udziału obrony, rozpoczęła się 8 maja 1952 r. w budynku Informacji. W wyniku wcześniejszych tortur wszyscy oskarżeni przyznali się do zarzucanych im czynów. Ppłk Amons zażądał dla pięciu z nich, m.in. Menczaka, kary śmierci, a dla pozostałych trzech, w tym Adameckiego, długoletniego więzienia. Przed sądem mówił: „Proces dzisiejszy to proces zaciętych wrogów, szpiegów i dywersantów, którzy byli na usługach państw imperialistycznych. Proces ten to jeszcze jedno zdemaskowanie nikczemnej garstki wykolejeńców narodu polskiego, którzy zdradzili swój kraj i wiernie służyli agentom świata imperialistycznego, dążąc do nowej pożogi wojennej. Grupa oskarżonych zajmowała się w sposób wyjątkowo perfidny i uporczywy szpiegostwem na rzecz państw imperialistycznych, na korzyść podżegaczy wojennych”. Podstawą oskarżenia był dekret z kwietnia 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa.

Sędziowie podkreślali ogrom popełnionych zbrodni i „perfidną ideowość” oskarżonych, których pobudką działania była wyłącznie nienawiść do władzy „ludowej” w Polsce, jak również długotrwały okres zbrodniczej działalności. Adamecki miał kierować grupą dywersyjno-szpiegowską od lipca 1946 do stycznia 1949 r. Aż dziw bierze, że władza „ludowa” tak długo o tym nie wiedziała albo na to pozwalała.

Wedle kłamliwych tez oskarżycielskich grupa „współpracowała bezpośrednio z centralnym kierownictwem organizacji w kraju i ośrodkiem w Londynie”. Adamecki „zbierał, gromadził i przekazywał przedstawicielom wywiadów imperialistycznych wiadomości z zakresu obronności państwa, a dotyczące lotnictwa wojskowego i cywilnego, stanowiące tajemnicę państwową i wojskową”.

Najwyższy Sąd Wojskowy wydał wyrok 13 maja 1952 r. Dyspozycyjni wobec komunistycznego reżimu sędziowie uznali, że sześciu oskarżonych, w tym Adamecki i Menczak, nie zasługują na ułaskawienie. Wobec Adameckiego kara została zatem zaostrzona. Zgromadzenie Sędziów NSW odrzuciło wnioski skazanych i ich rodzin o rewizję wyroków, a Bierut nie skorzystał z prawa łaski. 7 sierpnia 1952 r. płk Bernard Adamecki i pozostali oficerowie zostali rozstrzelani w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

 Poziom świadomości

Prokuratura wojskowa III RP oskarżyła Wolińską o to, że pozbawiając wolności płk. Adameckiego, nie dysponowała dowodami jego winy i miała pełną świadomość, czym może się to dla niego skończyć. Jeśli nawet uznamy, przyjmując zasadę domniemania niewinności, że Wolińska i inni prokuratorzy z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (szczególnie ppłk Marian Frenkiel) nie wiedzieli, że sprawa od początku była spreparowana, że przyczyniają się do skazania niewinnych ludzi, to w grudniu 1954 r. musieli już być tego w pełni świadomi. Kierownictwo partii i państwa dowiedziało się wówczas o łamaniu prawa w postępowaniu przeciw płk. Adameckiemu i innym, i poleciło wyjaśnić sprawę. Wnioski prokuratury, która zakończyła prace we wrześniu 1955 r., nie pozostawiały co do tego żadnych wątpliwości. Mimo to nie podjęto żadnych decyzji o rehabilitacji zamordowanych i zwolnieniu z więzienia tych, którym udało się przeżyć. Dopiero 26 kwietnia 1956 r. Najwyższy Sąd Wojskowy wznowił postępowanie, ale już następnego dnia Naczelna Prokuratura Wojskowa umorzyła je, uznając, że… nie było jakichkolwiek obiektywnych dowodów na potwierdzenie stawianych w oskarżeniu zarzutów. Ofiar, nawet pośmiertnie, nie uniewinniono, a prawdziwych winnych nie pociągnięto do odpowiedzialności. Tego wymagała socjalistyczna praworządność i tak dzieje się do dziś.

Z akt sprawy wynika jasno, że śledczy Informacji wykorzystywali złożone w wyniku tortur zeznania również przeciwko innym oskarżonym o spisek w wojsku. Pułkownik Adamecki zeznawał m.in.: „Kuropieska zlecił mi dalszą działalność konspiracyjną prowadzić [spisujący zeznania śledczy najwyraźniej miał kłopoty z językiem polskim] w kierunku zbierania wiadomości wywiadowczych, gdyż na razie sprawy przewrotu zeszły na dalszy plan”.
W wyroku przeciwko gen. Józefowi Kuropiesce czytamy m.in.: „W pierwszych miesiącach 1948 r. [cóż za precyzja] osk. Kuropieska w osobistej rozmowie z Adameckim poinformował go, że organizacja konspiracyjna w wojsku wstępuje w okres przygotowań do czynnego wystąpienia i w związku z tym Adamecki otrzymał odnośne zarządzenia od Hermana. W drugiej połowie 1948 r. osk. Kuropieska w czasie ponownego spotkania z Adameckim naświetlił mu ówczesną sytuację polityczną i polecił mu nadal rozwijać działalność wywiadowczą na terenie lotnictwa”.

 

Nasz publicysta CEZARY KRYSZTOPA chyba żartuje: Nic się nie dzieje, pogłębiamy integrację

Mało kto już pamięta, że referendum ws. przystąpienia do Unii Europejskiej w 2003 roku musiało trwać dwa dni żeby móc doczłapać się do przekroczenia 50-procentowej, zwykle nieosiągalnej dla polskich referendów, frekwencji wymaganej do tego żeby uznać je za wiążące.

Tak czy siak, Polacy, którzy zagłosowali w nim „tak”, w tej liczbie i ja, zrobili to w przekonaniu o tym, że wstępują do „raju” równych w różnorodności. A przy okazji zamożnych. Jakiś czas później, czym mniej naiwni ode mnie nie byli specjalnie zaskoczeni, okazało się, że prawdziwa umowa brzmi zupełnie inaczej. Przede wszystkim Polacy mieli nie tracić okazji do tego żeby milczeć. Równie istotne okazało się to żeby Polacy byli tacy jak się od nich oczekuje, a nie tacy jak im się podoba. Żeby wykazywali się autoryzowanym zestawem światopoglądowym i nie sprawiali kłopotów nowemu wcieleniu rewolucji. Jeśli chodzi natomiast o dobrobyt, okazało się, że nie może on przekraczać poziomu wystarczającego dla taniej siły roboczej i rynku zbytu.

Polacy i zombie

Polacy, jak to Polacy, nigdy nie umieli uszanować wyznaczonej im przez ważniejszych i mądrzejszych roli, musieli zacząć fikać i kwestionować ustalony porządek rzeczy. Nic dziwnego, że nasi dobroczyńcy i ci niemieccy i ci brukselscy ostatecznie postanowili naprawić swój błąd i Polaków zagłodzić. Zresztą, tak bardzo się znów starać nie muszą, czego by nam nie zrobili i jak nie „oszukali”, mogą być pewni, że zawsze „będziemy gotowi do kompromisu”.

No, ale czy sama eurocentrala może tu być pewna swojej niezłomnej potęgi? Wbrew temu co się niektórym wydaje chyba nie. Ciągle oczywiście dysponuje Babilonem monumentalnych budynków, bizantyjską administracją i głębokim przekonaniem o swojej wyższości i prawie do pouczania innych, ale czy nie jest już w istocie tylko żałosnym, choć jeszcze groźnym, zombie, do którego jeszcze nie dotarło, że UE jest martwa?

Rozpad

„Unia walutowa się rozpadnie – inwestorzy powinni wyciągnąć wnioski na wczesnym etapie” – pisał ostatnio na łamach internetowej wersji Die Welt Thomas Mayer, założyciel i dyrektor Instytutu Badawczego Flossbach von Storch. Tezę swoja argumentował tym, że europejscy politycy zwyczajnie nie dbają o wspólną walutę, kierując się raczej krótkoterminowym interesem politycznym w zakresie własnych państw narodowych. Czyli, nawet te, mające na co dzień pełne gęby „europejskości” zachodnie mądrale, nie poczuwają się do wspólnego europejskiego interesu, pilnując raczej interesów własnych. Może i nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że nie istnieje żaden europejski naród, który mógłby takiego interesu być depozytariuszem.

Z utrzymaniem granic również nie jest najlepiej. Szczególnie od czasu tragicznej w skutkach z punktu widzenia całej Europy polityki „Herzlich Willkommen” Angeli Merkel. Struktura europejskich miast, kiedyś będących dla mieszkańca Europy Wschodniej niedoścignionym wzorcem, powoli rozpada się pod naporem odmawiającej uznania „europejskich wartości”, a jednocześnie będącej według wytycznych autoryzowanych ideologii – nietykalną – dziczy. Kraje takie jak Włochy, Grecja czy Hiszpania uginają się po równo pod naporem zmierzających do obiecanego przez Mutti „raju” imigrantów jak i presją progresywnych kapłanów rewolucji, z jednej strony żądającej od nich przyjmowania wszystkich, a z drugiej cichcem odmawiających partycypowania w konsekwencjach.

Zresztą, jeśli chodzi o tzw. „europejskie wartości”, to kto tym samozwańczym inżynierom społecznym, dał prawo do ich definiowania?  Tzw. Ojcowie Założyciele Unii Europejskiej byli głęboko wierzącymi chrześcijanami. Obecne tzw. „wartości europejskie” nie mają nic wspólnego z wartościami chrześcijańskimi, na których chciał budować zjednoczoną Europę Robert Schuman. Dziś pewnie, kiedy słyszy o tym, że „wartościami europejskimi” są „prawo do zabijania dzieci”, „prawo do ich seksualizowania” czy możliwość kwestionowania podstawowych pojęć biologicznych, takich jak płeć, zapewne przewraca się w swoim grobie w kościele Saint Quentin w Scy-Chazelles we Francji. Czy kiedy więc, rzecz jasna najmądrzejsze na świecie, niemieckie media piszą o tym, że „Europejczycy ze wschodu nie rozumieją wartości europejskich, w związku z czym wspólnocie grozi rozpad”, podczas gdy wschodni Europejczycy resztką sił stoją na straży wartości Ojców Założycieli, to kto tych wartości w istocie nie rozumie?

Albo kluczowa obecnie polityka energetyczna. Czy stanowi dla kogoś tajemnicę, że ta koncepcja oparta na supremacji Niemiec i rosyjskiego gazu, pod płaszczykiem „ekologii” i „klimatyzmu”, uległa kompletnej katastrofie? Nie będzie rosyjskiego gazu, a Niemcy nie będą energetycznym hubem, ale czy to spowodowało jakąś refleksję u Timmermansa, czy jemu podobnych? A skąd! Na szczycie COP27 Timmermans zapowiedział jeszcze zaostrzenie „klimatycznych” kryteriów. Podczas gdy coraz bardziej zapyziała w stosunku do reszty świata i będąca, w sensie gospodarczym, coraz mniejszą jego częścią Europa, mogłaby i cała wymrzeć, a zapewne stanowiłoby to dla ogólnego bilansu emisji CO2, niewielką różnicę. Obłąkany plan Fit for 55, będący w istocie unikalnym w historii planem autodestrukcji, nadal obowiązuje. To nie ma prawa działać.

„Solidarność europejska”

Ktoś zapyta – A europejska solidarność? Jaka solidarność? Kiedy wybuchła pandemia, państwa UE zaczęły sobie kraść transporty materiałów medycznych, a celowało w tym „moralne imperium” mające ambicje przewodzenia Europie – Niemcy. A gdzie jest solidarność europejska wobec uginającej się pod ciężarem wojennych uchodźców z Ukrainy, Polski? Gdzie są europejskie fundusze na ich utrzymanie? Decyzją brukselskich kacyków mających pełne mordy „solidarności europejskiej”, Polska nie otrzymała z tego tytułu ani grosza. Przeciwnie, uznano, że to doskonała okazja żeby nas, w związku z naszymi obiekcjami, tu i teraz „zagłodzić”. Lepszej okazji może nie być. A gdzie jest „europejska solidarność” jeśli chodzi o radzenie sobie z kryzysem energetycznym, nota bene w największym stopniu zawinionym przez Niemców? Niemcy nie chcą limitu cenowego na zakup gazu, ponieważ są gotowi płacić więcej niż biedniejsi partnerzy. A na pomoc publiczną (straszne słowo w UE, z jej powodu Polska musiała zatłuc swoje stocznie) wydadzą 200 miliardów euro, co spokojnie wystarczy na to żeby nie tylko utrzymać swoje firmy, ale też żeby te mogły wykupić europejską konkurencję. I taka to „solidarność”.

Wymieniać kolejne obszary podlegające coraz dalej idącej destrukcji, można długo. Ktoś powie – no ale zawsze tak było, że za blichtrem wielkich słów kryły się brutalne interesy. I będzie miał rację. Ale z faktu, że ostatnio to wszystko otwarcie wypłynęło już na wierzch również coś wynika. Ten system ulega coraz szybszej degradacji. Niemcy już nie ukrywają tego, ze trzymają za twarz unijne instytucje, otwarcie obsadzając je Niemcami, w kolejnych krajach rośnie niezadowolenie z ich „przywódczej”, a w istocie pasożytniczej roli. Stare, prorosyjskie, europejskie potęgi kompromitują się wobec tego co Rosja wyprawia na Ukrainie. Tymczasem kanclerz Scholz, jak gdyby nigdy nic, ogłasza, że „Niemcy są gotowe przejąć odpowiedzialność za Europę”, a w ogóle to „trzeba znieść jednomyślność”, bo przecież dosyć już tego marudzenia maluczkich. To tylko pozornie objaw siły. W istocie to objaw desperacji.

I co teraz?

I co teraz będzie? Nie wiem. Być może krajom, które mają dosyć niemieckiej przemocy, uda się zbudować siłę, która tę bryłę ruszy z posad i zatrzyma przed przepaścią. Ostatecznie, o ile działają, wolności przepływu ludzi, towarów i usług, to rzeczywiste wartości. A być może to się nie uda.

Na każdy z tych wariantów musimy być przygotowani. I tutaj, kiedy widzę jak sytuacja na Ukrainie zmienia rolę Polski, to przy całym oczywistym dramacie wojny, w tym zakresie bywam optymistą. A kiedy widzę polskich przywódców pogarszających stopniowo pozycję negocjacyjną Polski w sporze z Brukselą w imię płonnych nadziei na parę groszy, których Unia Europejska być może w ogóle już nie ma, a na pewno dać nam (choć przecież kredyty z KPO i tak spłacamy!) nie ma interesu, bywam również pesymistą.

WALTER ALTERMANN: Gościni, czyli ekstremiści rosną w siłę

W TVN, w programie o kosmosie, prowadzący powiedział: „Witamy naszą gościnię”. Wystraszyłem się, bo pomyślałem, że pojawi się jakaś kosmitka, ale na szczęście nie. Weszła ładna, zgrabna pani.

Czytając, patrząc i słuchając, jak z uporem i metodycznie feministki walczą o sfeminizowanie wszystkich nazw, niegdyś zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn, czegoś nie rozumiem. A konkretnie nie wiem co im daje zastąpienie gościa „gościnią” . Czy kobiety walczące na wszystkich polach o równouprawnienie, naprawdę wierzą, że to coś zmieni? Najwyżej polepszy im samopoczucie.

Te posełki, sędzinie, gościnie chcą dać znać, głównie mężczyznom, że kobiety są równe mężczyznom, a właściwie lepsze. No, dobrze. Mogę przyjąć, że istnieje grupa kobiet, którym rola żon, matek i babć nie wystarcza. Co prawda większość z tych dzisiejszych feministek nie wyrzeka się ról przypisanych z natury kobietom, ale dodatkowo chcą być „mężczyznom równe”. Panie chcą być równe, ale zarazem lepsze, bo mogą być matkami.

Może powinienem napisać „paniniom”, bo „pani” jest jednak urobione wprost od „pan”? A może nadszedł już czas, żeby w ogólne zrezygnować ze słowa „pani” i wymyślić jakieś nowe. Może przyjęłoby się pojęcie „mapania” lub „paniama” – powstałe z połączenia matka i pani?

Zastanawiałem się ostatnio, szukałem nawet w Internecie, ale nie znalazłem informacji jaki procent wśród populacji kobiet w dzisiejszej Polsce stanowią feministki. Myślę, że jest ich znacznie mniej, niż się wydaje. A wydaje się nam, że jest ich dużo dlatego, że każde dopiero co wznoszące się ruchy społeczne są wyjątkowo aktywne i hałaśliwe. Tak było, na przykład, z feministkami i ruchami socjalistycznymi w końcówce XIX wieku.

Z feministkami byłoby to wszystko zrozumiałe, trochę nawet zabawne, ale w sumie do przyjęcia, gdyby nie to, że z miesiąca na miesiąc, z roku na rok do feministek przyłączają się nowe grupy pań i panów, i z wolna stajemy naprzeciw poważnego ekstremizmu.

Ekstremizm kontra fundamentalizm

Do feministek dołączają zwolennicy i zwolenniczki LGBT, zwolenniczki złagodzenia prawa antyaborcyjnego. I to też byłoby do zniesienia, gdyby nie fakt, że naprzeciw nim stają coraz liczniejsze szyki fundamentalistów i „fundamentalistyczek”.

Fundamentaliści powołują się na prawa boskie a z Pisma Świętego wyciągają przesłanki dla stanowienia współczesnego świeckiego prawa. Przy czym – jak poucza nas historia – wszelkiego rodzaju święte księgi podlegają interpretacji, reinterpretacji i kontreinterpretacji. Taki jest bowiem charakter świętych ksiąg, że z rozmysłem pozostawiają ogromne pole dla interpretatorów, albowiem pisane są językiem metaforycznym.

Można by się spierać, kto wykonał pierwszy ruch: feministki czy fundamentalistki. W każdym razie znaczącym politycznie zwycięstwem tych drugich była zmiana prawa antyaborcyjnego na bardziej restrykcyjne. Co wzmogło aktywność feministek i ich przyszywanych koalicjantów spod znaku LGBT i innych nowoczesnych znaków.

Jedno jest pewne, że fundamentaliści zburzyli kompromis, tak trudno wypracowany, za czasów św. pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tego samego, na którego czyny i słowa tak chętnie – przy innych okazjach – się powołują. Moim zdaniem, odejście od tamtego prawa, było poważnym błędem. Ale taka jest już natura obu stron: ekstremistów i fundamentalistów, że burzenie ich podnieca. Budowanie mniej, ale za to burzenie niezwykle mocno, niemal orgiastycznie.

Sacrum i profanum

Poza tym, życiu duchowym mamy dwie sfery: sacrum i profanum. I mylenie tych dwóch mentalnych przestrzeni jest okropnym błędem i prowadzi do wielkich kłopotów społecznych. W Nowym Testamencie jest fragment, w którym Jezus mówi, że co cesarskie należy oddać cesarzowi, a co boskie, Bogu. Ale jakoś nikt się tym fragmentem nie przejmuje.

Mylenie tych dwóch porządków, a co za tym idzie wszelkie próby – z jednej strony – ograniczania sfery boskiej w życiu człowieka, na korzyść sfery profanum, burzy zawsze kruchy społeczny ład. Z drugiej strony jest odwrotnie, ale równie niebezpiecznie, bo marginalizacja sacrum i laicyzacja również zagrażają spokojowi społecznemu. Nie przekonują mnie argumenty fundamentalistów, którzy chcą rozciągnąć prawa boskie na każdą piędź ziemi, na każdy ludzki ruch i odruch. Tak samo, jak przeraża mnie „nowoczesne” myślenie feministek i wszelkiej maści postępowców, którzy nie przewidują żadnego miejsca dla Boga w życiu jednostek i całego społeczeństwa.

Inności

Uważam, że nie ma jednego społecznego wzorca zachowań. Poza szanowaniem prawa. A prawo – dotychczas i na szczęście  –  milczy w sprawach seksualności, transpłciowości, a nawet deklarowanych orientacji. Tak samo, jak szczęśliwie milczy na temat zdrad i współżycia pozamałżeńskiego. Nie ma też w prawie zakazu rozwodów, rozstawania się kochanków i wszelkich innych ludzkich niecności.

Piszę o tym, bo obawiam się, że nasi rodzimi fundamentaliści mogą w skrytości pracować nad powrotem do średniowiecznego prawa. Za czasów Bolesława Chrobrego tak o traktowaniu cudzołożników u Lechitów pisał niemiecki kronikarz Thietmar: „Prowadzi się skazańca na most targowy i przymocowuje doń wbijając gwóźdź poprzez mosznę z jądrami. Następnie umieszcza się obok ostry nóż i pozostawia mu się trudny wybór: albo tam umrzeć, albo obciąć ową część ciała”.

Co tam zresztą średniowiecze. Przecież dzisiaj, w pierwszej ćwierci XXI wieku, w wielu krajach muzułmańskich za współżycie seksualne bez ślubu lub pozamałżeńskie zdrady ludzie są kamienowani.

Podjąłem ten niełatwy temat, albowiem niewiadome są drogi postępowych feministek, LGBT oraz fundamentalistów. I na swych drogach nie zatrzymają się oni przed niczym. Przed czym uczciwie przestrzegam.

Równość płci w klatce

Żeby jednak nie było tak serio i smutno, przedstawię głupi, ale ucieszny przypadek jednej pani, która chciała być równa mężczyznom. Otóż 30 X 2021 roku odbyła się pierwsza walka kobiety z mężczyzną w MMA w Polsce.

Nie wiem czy jest to sukces czegokolwiek – wielkiej idei czy jednego człowieka, ale tak było. W klatce stanęli: pani Ula Siekacz i pan Piotr MuaBoy. Walczyli na gali MMA-VIP 3. Wcześniej Pani Ula była już znana i odnosiła sukcesy w walce o siłowanie się na rękę, co się nazywa arm wrestling. Niestety pan MyaBoy’em nie okazał się gentleman’em, bo od razu zasypał panią Ulę gradem ciosów… i wygrał. Agencja nie podają, czy pani Ula zdecyduje się na rewanż.

A pisał wieszcz: „Kobieto, puchu marny…”. Gdzie te czasy, gdy cnotą niewieścią była zwiewna lekkość bytu tudzież elegancja w słowach, ruchach i geście?

 

Znowu wkurzony STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Nie będzie nikt pluł nam w twarz!

Rosjanin, adwokat dysydentów, podejrzewa, że w chwili próby jednak stchórzymy – wyczytałem w „Wyborczej”: „Gdyby okazało się, że Polacy idą heroicznie na barykady, byłbym pełen podziwu, ale coś każe mi podejrzewać, że nie zdecydowaliby się na to”. No cóż, na ochotniczy legion z Czerskiej bym nie liczył.

Zanim przekonamy się czy Polacy wyjdą na barykady, przekonamy się jak długo jeszcze pozwalać będą opluwać się i ograbiać. Pamiętam jak dyspozycyjny publicysta Czuchnowski zwymyślał publicznie ministra Macierewicza w jego konferencyjnej obecności. A ten – wydawałoby się bardzo dzielny mężczyzna – milczał!

Rozmaici, gdy teraz odwaga staniała – skaczą sobie dziarsko po brzuchach i brzuszkach rządzących i reprezentujących. Hulaj dusza! Nikt nas nie rusza! Najodważniejsi wrzeszczą w Sejmie zakrzykując drobnej postury kobietę, która przecież nikomu w twarz nie da. Za to w Senacie człowiek korupcjogenny trzyma się rękami i nogami immunitetu. I nie parzy go to!

W obronie tysięcy oszukanych i oszukiwanych nadal frankowiczów nie ruszy na Szwajcarów premier, eks-bankowiec, bo przecież zawodowy rodowód może się jeszcze przydać.

Chyba coś mocnego zamroczyło z wyglądu intelektualistę o krzepiącym serca nazwisku. Nie dość, że publicznie zrobił kamieni kupę to rzuca w nią by obryzgać innych. Niech weźmie pod pachę trylogię i poczyta. Może go oświeci i przywoła do porządku w Warszawie, gdzie awanturuje się o sprawy porządkowe. Z tym to do Trzaskowskiego.

W 1920 roku to chłopi polscy uratowali Ojczyznę, bo wyszli i stanęli milionem na wezwanie swojego przywódcy – Witosa. Zaniosłem kiedyś „tygryskowi” reportaż gazetowy właśnie w obronie okradanych rolników z powiatu płońskiego. Zero reakcji. Delikatny chłopczyk jest wysoki, ale to za mało. Portret trzykrotnego przedwojennego premiera wiszący w sekretariacie prezesa PSL mu nie pomoże. Zdumiewające, jak można mieć branżowo tak liczną armię potencjalnych wyborców i tak beznadziejne wyniki poparcia.

Ma pan rację panie moskiewski adwokacie, chyba „nie wyjdzie na barykady” lewicowy młodzian, choć żonę ma bombową pilotkę. Schowa się pod spódnicę ładnej i mądrzejszej od niego (o co nie trudno) małżonki.

Konfederaci to też delikatesy. Mówią mądrze, choć często psują prawicy to co dobre. Może i „wyjdą” w tych eleganckich lakierkach, którymi świeci elokwentny, wyglądający ciągle na młodego polityk. O ile nie pokłócą się ostatecznie inni. Treści słuszne, zachowanie egoistyczne. To już przygrywki pod wyborców. Kto zakosztuje posłowania zrobi wszystko, by się powtórzyło.

A dziennikarze? Ci przylepieni do partii – tej czy innej – w wypadku zwycięstwa przeciwników na pewien czas pójdą precz. Poczekają, aż ich zawołają znowu. Bo z gówniarzerii żurnalistycznej bata się nie ukręci. Zresztą zostawmy dziennikarzy, bo w końcu wielu z nich już lata pod kulami na barykadach.

Ciekawe natomiast co zrobią bogacze, szczególnie ci od podatkowych rajów. Mają gdzie i za co uciec. Chyba, że się ich przedtem skutecznie poprosi, by oddali choć połowę z tego, co układami i bezkarną bezczelnością ukradli i wywieźli. Nasz fiskus to niemota. Bierze tylko od uczciwych. Od pracodawców, którzy tworzą jednak miejsca pracy. Niech ich nagradza a nie szuka z lupą. Kto kradnie i oszukuje wiadomo. Nawet dziennikarze podpowiadają. Ale kilka tysiące urzędników przemierzających szerokie korytarze – zdaje się bardziej wygląda Balcerowicza niż Banasia.

Adwokat moskiewski informuje, że wygrał już jedną sprawę (a miał ich setki). Życzę by przynajmniej wygrał jeszcze jedną zanim zagości na Łubiance lub gdzieś dalej. Ale na prawdę jestem pełen podziwu dla tego niezwykle odważnego człowieka i cieszy, że „Wyborcza” wydrukowała ten wywiad.

A o Polaków proszę się nie martwić.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Drony na Morzu Czarnym wygrywają z okrętami

Drony i baterie rakiet nadbrzeżnych, mogą pokonać rosyjską marynarkę wojenną z jej dużymi, drogimi, ale przestarzałymi okrętami wojennymi.

Pod koniec października br., po tym jak kilka miesięcy wcześniej pociski Neptun trafiły flagowy okręt Floty Czarnomorskiej, krążownik Moskwa, Ukraina po raz kolejny zademonstrowała Rosji swoje możliwości bojowe na Morzu Czarnym. Drony nawodne unieruchomiły kilka fregat, które wciąż nie mogą brać udziału w działaniach wojennych. Z wielkim zaskoczeniem rosyjskie dowództwo odkryło, że jest katastrofalnie w tyle nie tylko z krajami NATO, ale także za Ukrainą, nie tylko w taktyce, nie tylko w skuteczności czołgów i artylerii, ale także w produkcji dronów, zwłaszcza marynarki wojennej.

„Ukraińskie statki bezzałogowe wygrywają wojnę morską na Morzu Czarnym” – pisze amerykański magazyn Forbes. – „Uderzenie ukraińskich dronów w pobliżu Noworosyjska, sto mil od okupowanego przez Rosję Krymu w południowej Rosji, powinno wywołać alarm w Sewastopolu… Bezzałogowe statki nawodne sygnalizują zmianę strategii morskiej Ukrainy. Bayraktary i  Neptuny zapowiedziały pojawienie się nowego typu floty – bez dużych statków, ale z dużą liczbą dronów i pocisków. Bayraktar i bateria Neptun  zatopili w kwietniu flagowy okręt Floty Czarnomorskiej – krążownik Moskwa.  Bayraktary i wyrzutnie rakiet skierowały następnie swoją uwagę na okupowaną przez Rosję Wyspę Węży na zachodnim Morzu Czarnym, wysadzając rosyjski sprzęt na wyspie oraz topiąc łodzie i statki pomocnicze, próbujące uzupełnić zaopatrzenie garnizonu wyspy. Po szturmie na Sewastopola flota ukraińska stała się znacznie odważniejsza w korzystaniu z nowych bezzałogowców (…). Flota bezzałogowa, wraz z bateriami rakiet nabrzeżnych, przewyższa możliwości rosyjskiej marynarki wojennej z jej dużymi, drogimi i przestarzałymi okrętami wojennymi…”

Zadanie opracowania broni bezzałogowej zostało niedawno omówione przez ekspertów w Kijowie na konferencji „Wojna na Morzu Czarnym: imperatywy geopolityczne i strategiczne”. „Operacja wojskowa, którą Ukraina przeprowadziła 29 października przeciwko okrętom rosyjskiej Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu, zostanie po wojnie szczegółowo zbadana przez ekspertów z innych krajów” – mówi Wołodymyr Zabłocki, kapitan I stopnia, ekspert marynarki, felietonista. magazynu Defense Express.

Zauważa, że ​​„taka operacja wojskowa to nowy rozdział w historii złożonych ataków na chronione bazy morskie. Wywołało to panikę na najwyższym poziomie w Rosji. Rozwój dronów to bardzo udany kierunek, jesteśmy światowym liderem i nie było to nawet teraz, ale jeszcze przed wojną. Współpracowaliśmy i współpracujemy z kilkoma krajami” – powiedział Wołodymyr Zabłocki.

Ukraina tworzy pierwszą na świecie flotę dronów morskich. To unikatowe urządzenia ukraińskiego rozwoju. Prezydent Ukrainy zapowiedział zbiórkę pieniędzy na sto dronów. Według koordynatora platformy, na której jest ona prowadzona, Yaroslavy Gres, na dzień 17 listopada zebrano już pieniądze na 25 dronów. Zdaniem ukraińskich ekspertów korzystanie ze stosunkowo tanich i niepozornych dronów to właściwa strategia dla asymetrycznych działań na morzu.

Przeciwko Rosji konieczne jest użycie ataków „komarów” z powietrza w taki sam sposób, jak robi to ona teraz na terytorium Ukrainy, wystrzeliwując irańskie drony Shahed. „Ukraińska wersja amerykańskiego Switchblade nie jest gorsza. Rozwój drona uderzeniowo-rozpoznawczego z pociskami RK-2V firmy Promin KB nie ustępuje Bayraktorowi. Nie jest on gorszy, ale nawet jeszcze mocniejszy. Ponieważ jednostka bojowa jest znacznie potężniejsza” – powiedział Valentin Badrak, dyrektor Centrum Badań Armii, Konwersji i Rozbrojenia.

„Szczególnie interesujące jest kompleksowe wykorzystanie bezzałogowych statków powietrznych, podwodnych dronów i robotów, które są w stanie działać i oddziaływać na granicy dwóch środowisk – powietrznego i morskiego. To generalnie nowe słowo i chcę powiedzieć, że ukraińscy specjaliści mają pewne doświadczenie w tej dziedzinie” – mówi Wołodymyr Zabłocki, felietonista magazynu Defense Express.

Rosja wciąż stara się dogonić Ukrainę i inne kraje w rozwoju dronów morskich. Dwa tygodnie temu Władimir Putin wyznaczył gubernatorowi Sewastopola Michajło Razwożajewowi zadanie stworzenia bezzałogowych pojazdów podwodnych i nawodnych w bazie w Sewastopolu. Następnie gubernator Sewastopola zauważył na posiedzeniu rządu, że „armia dronów musi zostać stworzona szybciej niż zrobi to Ukraina”.

Jak pisze serwis informacyjny ForPost w Sewastopolu: „Produkcja bezzałogowych dronów morskich stała się tematem spotkania, które odbyło się na Uniwersytecie Państwowym w Sewastopolu. Oprócz przedstawicieli nauki wzięli w nim udział praktycy. >Z oczywistych powodów nie mogę teraz podać szczegółów. Ale myślę, że ważne jest, aby poinformować państwa, że ​​rozpoczęły się prace w tym kierunku, który jest ważny dla nas i dla całego kraju<” – powiedział gubernator Sewastopola Mychajło Razwozhajew na swoim kanale Telegram. Na uczelni powstały już wydziały projektowe rozwój bezzałogowych statków powietrznych i innych, których doświadczenia zostaną wykorzystane do rozwoju bezzałogowych statków powietrznych. Jednak myśl naukowa w tej dziedzinie w Ukrainie, Turcji, Polsce, USA, Niemczech i innych krajach też się nie zatrzymała, a te kraje oczywiście będą starały się nie dopuścić do wyprzedzenia ich w tej dziedzinie przez Rosję.

 

JAN TESPISKI: Moda w teatrach i inne zdarzenia (18)

Teatry nie są wolne od mód. Moda, tak zrozumiała w zmienności ubiorów, obuwia i fryzur, w teatrach jest niebezpieczna. Modne nowinki w teatrach dotyczą głównie repertuaru, ale też sposobu inscenizacji klasyki. Szczególnie ten drugi przypadek jest irytujący.

O ile chodzi o repertuar – kilkanaście lat temu przez nasze teatry przeszła – jak powódź z przerwanej tamy – moda na utwory tzw. młodych brutalistów. Dramaty były ciężkie, bo ukazywały ludzkie dno – narkotyki, alkohol, przemoc w rodzinie, brak społecznej empatii. Na szczęście ta moda dość szybko przeminęła. Być może na Zachodzie, gdzie żyje się lepiej i stateczniej niż u nas, odsłonięcie tego marginesu ludzkiego dna miało sens, bo było wstrząsem. U nas jednak przeniesienie na deski sceny sytuacji i obrazów powszechnej codzienności raczej mijało się z celem.

Panują też mody co do inscenizacji i reżyserii. Pamiętam z lat sześćdziesiątych modne wystawianie Szekspira w garniturach. Oczywiście było to śmieszne, choć wielu się podobało. Moim zdaniem już po trzeciej takiej „garniturowej inscenizacji” Makbeta czy Hamleta garnitury stawały się też kostiumami.

Skąd brały się takie mody? Z „pańskiego” przekonania, że ciemny lud nie dostrzeże samych siebie, nie odczyta swoich ambicji i lęków w starym dramacie, jeśli nie podpowiemy mu łopatologicznie, że Hamlet w garniturze, to jeden z nas współczesnych. A przecież wrażliwy widz – bo dla niewrażliwego w ogóle nie ma po co grać – właśnie pod renesansowym czy barokowym kostiumem łatwiej odnajdzie samego siebie, łatwiej utożsami się z bohaterem.

Bywały też małe mody, i o nich dzisiaj jedna, ale za to mocna anegdota.

Bunkier, mgły i balony

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych niezwykle popularnym dramaturgiem na naszych scenach był Ireneusz Iredyński. Ten wspaniały pisarz, autor m.in. wielkich, znaczących dramatów: „Jasełka moderne” i „Żegnaj Judaszu” był też niebywale płodny twórczo. Z regularnością maszyny publikował rok w rok, po dwa-trzy utwory. Niestety nie wszystkie były wybitne, choć każdy miał swoją klasę.

W 1976 roku jeden z takich „pomniejszych” utworów postanowił wystawić, jako prapremierę, krakowski Teatr Bagatela. Byli to „Narkomani”. Reżyserii podjął się Mieczysław Górkiewicz, ówczesny dyrektor.

Sztuka jest o władzy i domniemanych, ale niepokazywanych w sztuce, burzycielach, którzy tę władzę chcą obalić. Czy naprawdę istnieją przeciwnicy władzy? Nie wiadomo, ale władca robi wszystko, by cały dwór był o tym przekonany. Ludzie władcy i on sam zamknięci są w bunkrze, a swoją władzę traktują jak trzymający ich przy życiu narkotyk. Stąd też tytuł sztuki.

W tamtych latach modna była pewna brutalność dekoracji, połączona z dosłownością, żeby nie powiedzieć brutalnym realizmem. I tym tropem postanowił podążać Górkiewicz.

Bunkier jak żywy

Przede wszystkim reżyser postanowił, że na scenie stanie prawdziwy stalowy bunkier. Zamówiono więc w jednym z poważnych stalowych krakowskich przedsiębiorstw prawdziwe monstrum inżynierii. Podłogę, pokrywającą całą scenę stanowiły trzy ciężkie schodkowe podesty, oparte na stalowym rusztowaniu. Podłoga była z grubej blachy, bo inaczej chodzi się po grubej, a inaczej po cienkiej blasze – tłumaczył wszystkim reżyser. Zresztą Górkiewicz kochał mówić, i całemu zespołowi, wszystkim w teatrze opowiadał z podnieceniem, jakie znaczenie ma, dla wymowy sztuki owa stalowa konstrukcja.

Od stalowego podestu odchodziły symetrycznie w górę jakby wręgi statku, też obudowane grubą blachą. Z takiej samej blachy miał być sufit bunkra oraz ciężka stalowa klapa, którą od czasu do czasu miał uchylać władca, żeby pokazać wszystkim swoim ludziom, że na powierzchni ziemi są dymy, pożary, bo trwa walka z przeciwnikiem, i że dlatego oni muszą tkwić w bunkrze.

Przy montażu wszytko szło gładko, do czasu próby zamontowania dachu bunkra, bo cała ta poważna – na wagę – konstrukcja załamała się. Wtedy do pracy przystąpili stolarze teatralni, którzy z desek i sklejki, jak to normalnie w teatrze, wykonali zgrabny bunkier, z dachem i uchylaną klapą, ale podesty zostały stalowe.

Mgła jak marzenie

Przeżywszy jakoś tragedię ze stalą, Mieczysław Górkiewicz objawił nowy pomysł. Pewnego dnia zawołał na scenę teatralnego palacza, a gdy trochę zdziwiony człowiek stanął na deskach sceny, to pomiędzy nim a siedzącym na widowni Górkiewiczem – dyrektorem i reżyserem w jednym – odbył się taki dialog.

– Pan jest u nas palaczem? – zapytał Górkiewicz.

– Jestem.

– Czy to prawda że kotłownia znajduje się akurat pod sceną?

– Akuratnie, pod samiuśką – powiedział palacz.

– Bardzo proszę, żeby od kotła poprowadził pan na scenę instalację, która będzie kończyła się zaworem pary dokładnie za drugą kulisą… Bo w czasie spektaklu będziemy puszczać na scenę parę.  Rozumie pan?

– Ja pana dyrektora rozumiem – powiedział palacz. Ale po prawdzie, to nasze ogrzewanie do tego się nie nadaje, bo akuratnie…

Tu Górkiewicz przerwał palaczowi.

– Ja panu już bardzo panu dziękuję, proszę wykonać, bez dyskusji.

Palacz wyszedł, a dyrektor miał dłuższy monolog do aktorów.

– I tak właśnie jest w teatrze. Cokolwiek człowiek chce wykonać nowego, to zaraz dyskusje, to się nie da, tamtego nie można… A mnie chodzi o to, żebyście wy brodzili w tej parze, jakby we mgle, bo wy jesteście jak narkomani, właśnie. Zaczadzeni władzą…

Potem przez miesiąc w kotłowni trwały prace techniczne, i w czasie prób było słychać piłowanie, walenie młotem i różne takie techniczne działania. Ale Górkiewicz jakby tego nie słyszał. I w kółko powtarzał:

– Tak, będzie dobrze, te tabuny, kłęby pary stworzą wspaniała atmosferę. Tak ma być.

Po miesiącu konstrukcja „parociągu” była gotowa i nadszedł dzień objawienia pary jako ostrego zabiegu inscenizacyjnego. Wszyscy byli na widowni, cały zespół teatru, wpatrzeni w drugą prawą kulisę. I wtedy Górkiewicz krzyknął:

– Para naprzód!

Po chwili usłyszano cichy pisk odkręcanego zaworu instalacji, i z kranu rury, biegnącej spod sceny, na wysokości około metra, poleciało kilkanaście słabych kropel wody. Zapanowała głęboka cisza. I w tej ciszy powoli, godnie wszedł na scenę palacz, i cicho, spokojnie powiedział:

– Ja żem chciał panu dyrektorowi od początku powiedzieć, że nasza instalacja nie je parowa, ino wodna, ale pan nie chciał słuchać.

I wrócił do siebie, pod scenę.

Balony

Po klęsce stali i pary, Górkiewiczowi został jeszcze jeden pomysł, który objawił z emfazą:

– A w finale pierwszego aktu, moi drodzy, oni brodzą w balonach, w kolorowych balonach, bo jest w nich metafora pustki i formy zarazem. Dlatego kupimy dwie setki balonów, bo mogą się psuć, żeby było na zapas. Potem z setkę umieścimy w paludamencie, pod sufitem sceny, w takich rynienkach. Rynienki obróci techniczny i te balony spadną na scenę. Będzie pięknie.

Gdy nadszedł czas próby balonowej, było dziwnie, bowiem na scenę spadło ciężkim lotem około sto nadmuchanych prezerwatyw, przezroczystych i zupełnie niekolorowych. Zapanował cisza, i tylko Górkiewicz wyjaśnił.

– W całym Krakowie nie ma balonów, więc zostało to…

Potem opadła kurtyna, zamiatając podmuchem część „balonów” na widownię. Niezrażony tym, wychodząc na przerwę w próbie, Górkiewicz powiedział do asystenta:

– Proszę powiedzieć paniom sprzątaczkom, że w przerwie mają te balony zebrać i wynieść.

Jednak po przerwie balono-prezerwatywy nadal zaściełały widownię. Górkiewicz się wściekł i kazał zawołać kierowniczkę administracyjną. Weszła osoba energiczna, która rozłożywszy szeroko ręce powiedziała:

– Nasze panie oświadczyły, że tego świństwa do ręki nie wezmą.

I tak skończyła się przygoda Mieczysława Górkiewicza z nowymi modami w teatrze.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Kłamliwa propaganda Rosji po tragedii w Przewodowie uderza w Polskę

Eksplozja rakiety na terytorium Polski dała rosyjskiej propagandzie nowy impuls do kolejnych kłamliwych operacji informacyjnych.

Rosyjskie serwisy z siedzibą na Krymie, w szczególności serwis informacyjny ForPost w Sewastopolu, piszą, że Polska rzekomo uznała już tragedię w Przewodowie za oficjalny powód wprowadzenia wojsk na zachód Ukrainy, o czym Polacy mają niby od dawna marzyć. Kraj-agresor zawsze wierzy, że wszystkie otaczające go kraje mają takie same agresywne plany jak on. Portal pisze, że „od dawna było dla wszystkich jasne, że obecna sielanka Ukrainy z Polakami i Amerykanami zakończy się utratą dla niej terytoriów. Prawie nikt w to nie wątpi”. Oczywiście strona nie precyzuje od kiedy było to „dawno” i kto jest tym „każdym”, kto to rozumie.

Rosyjscy dziennikarze w swojej propagandzie używają coraz większych bzdur. Serwis pisze, że gdyby sytuacja na Ukrainie mogła się skomplikować, to „kuratorzy anglosascy prawdopodobnie zdecydują się na wprowadzenie do gry >zawodnika rezerwowego<, czyli zainicjują udział w wojnie polskich oddziałów, które jednocześnie mogą przejąć dla siebie dużą część Ukrainy”. Później rosyjscy propagandyści bredzą jeszcze bardziej: w przypadku widma przegranej Ukrainy, której ich zdaniem nikt na świecie nie może wykluczyć, „perspektywa włączenia polskiej armii do gry stają się coraz bardziej prawdopodobna. Pytanie jest tylko, w jakim formacie można jej użyć”. Rosyjscy kłamcy rozważają różne warianty – w postaci „misji pokojowej” lub kontyngentu wojskowego „w celu ochrony etnicznych Polaków mieszkających na terytorium zachodniej Ukrainy” czy też w postaci „korpusu ochotniczego” do „ratowania ludność Galicji i Wołynia”. Dzięki tej liście rosyjscy propagandyści ujawnili wszystkie opcje, które z reguły sami rozważają przy każdej interwencji lub agresji.

Rosyjscy propagandyści starają się udowodnić wyimaginowaną „agresywność Polski” na przykładzie tego co rzekom ma się dziać na Białorusi. Piszą, że to na granicy z Białorusią „zachodnie służby specjalne prowadzą prace nad symulacją konfliktu w celu zaangażowania sił zbrojnych Polski”. Mówią o „szerokim wachlarzu prowokacji w stosunku do Białorusi”, choć nie mogą podać na to ani jednego dobrego przykładu. Niemniej jednak konkludują, że „Polska aktywnie szuka pretekstu do rozpoczęcia od dawna planowanego ataku” albo na Białoruś, albo na Ukrainę. Swój kłamliwy wniosek popierają faktem, że Ukraina przyjęła ustawę o ustanowieniu prawnych i socjalnych gwarancji dla obywateli Rzeczypospolitej Polskiej znajdujących się na terytorium Ukrainy, co jest rzekomo „prawnym uzasadnieniem wprowadzenia wojsk polskich na Ukrainę”. A jednocześnie rosyjscy kłamcy twierdzi, że Polska rzekomo chce przejąć „nie tylko zachodnią Ukrainę, ale także zachodnią Białoruś”.

Ten nonsens jest „wzmacniany” przez Sztab Generalny Białorusi. Zastępca jego szefa, generał dywizji Valery Hnilozub, powiedział niedawno moskiewskim gazetom i agencjom informacyjnym, że „militaryzacja Polski mówi o przygotowaniu Warszawy do ofensywnej wojny”.

„Militaryzacja państw ościennych, przede wszystkim Rzeczypospolitej Polskiej, postępuje w alarmującym tempie. To kurs polityczny, który wyraźnie wskazuje na przygotowania Warszawy do wojny, a nie defensywy, jak stara się to przedstawiać polskie kierownictwo wojskowo-polityczne” – cytuje słowa generała agencja BelTA.

Według Hnilozuba, Polska rozpoczęła przygotowania do sformowania dwóch dodatkowych dywizji zmechanizowanych wojsk lądowych i nie dopuszcza on myśli, że jest to odpowiedź Polski na coraz większe zagrożenie ze strony Rosji dla wszystkich krajów europejskich.

Białoruski Sztab Generalny zakłada, że ​​w przyszłości budowanie potencjału bojowego faktycznie pozwoli Polsce na prowadzenie operacji wojskowych o ograniczonych celach bez wsparcia sojuszu NATO.

A Dmytro Polyanskyi, pierwszy zastępca stałego przedstawiciela Rosji przy ONZ, również zauważył, że „podejmowana jest próba wywołania bezpośredniej konfrontacji militarnej między NATO a Rosją, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla całego świata”. Nie ma w tym jednak nic dziwnego – agresor zawsze obwinia o agresywne zamiary wszystkich wokół siebie, aby w końcu zrzucić winę na ofiarę. Jak mówi ukraińskie powiedzenie: wilk zawsze myśli, że winne jego głodu są owce, które spokojnie pasą się wokół niego.

 

WALTER ALTERMANN: „Zagrał Wawrzeka…” i inne deprymujące przygody języka

Na portalu Radia Zet, 13.11. 2022 r., w artykule: „Marek Kondrat zarabia fortunę. Zbił majątek na reklamach” pani Łucja Siennicka w jednym z pierwszych zdań napisała: „Zaczęło się od roli Wawrzeka w ‘Historii żółtej ciżemki…’”

Cały artykuł nie wstrząśnie światem fanów aktora, nic nie wnosi do metod tworzenia podobnych mu artykułów, ale w jednym jest pouczający. Otóż rola, którą zagrał p. Marek Kondrat w „Historii żółtej ciżemki” nazywa się zupełnie inaczej. Zagrał on bowiem Wawrzka. A w nominativum jest to Wawrzek. Ciarki chodzą po grzebiecie, gdy okazuje się, że z tym staropolskim imieniem autorka zetknęła się po raz pierwszy. Nie spodziewałem się, że jakiś dziennikarz nie potrafi odmienić tego. pospolitego jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, imienia.

A jego historia jest ciekawa. Bierze się ono od traktowanego metafizycznie ziela, jakim jest popularny laur. W antyku na głowy zwycięzców wkładano wieniec, właśnie laurowy, który był oznaką siły, męstwa i szczęśliwej fortuny. Stąd wzięło się pojęcie laureat oraz imię Laurenty, powszechne w Europie jeszcze do pierwszej połowy XX wieku. W Polsce nazwę laur zamieniono na wawrzyn. I dlatego mamy też imię Wawrzyniec. A Wawrzek jest zdrobnieniem od Wawrzyńca.

Tu powiem, że zarówno dorosłego Wawrzyńca, jak i Wawrzka, odmienia się w języku polskim całkiem zwyczajnie, jednakże z bacznym uwzględnieniem, w niektórych przypadkach, „e”. Bo mamy tu do czynienia z tzw. obocznością, na skutek czego samogłoski w jednych pozycjach są, a w innych znikają. Zatem, w przypadku odmiany imienia Wawrzek, owo nieszczęsne dla p. Siennickiej „e” występuje jedynie w mianowniku.

Czyli mamy tak: mianownik – kto?, co? – Wawrzek; dopełniacz – kogo?, co? – Wawrzka;, celownik – komu? czemu? –  Wawrzkowi; biernik – kogo? co? Wawrzka; narzędnik – z kim”, z czym? – Wawrzkiem; miejscownik – o kim? o czym? – o Wawrzku i wołacz –o! –Wawrzku!

No i jeszcze jedno: do rosołu, żurku, bigosu dodajemy obowiązkowo liść laurowy, ale nie liść wawrzynu, a już Broń Boże mniemanego Wawrzeka.

Pomysł na poprawność

Pomyłki językowe w naszych stacjach telewizyjnych są denerwujące. Dlatego pozwalam sobie opublikować tu mój własny, oryginalny pomysł, który pomógłby widzom, a mówiących z ekranu zdyscyplinowałby. Otóż! Na pasku, zamiast podawania informacji, w których to informacjach fakty są zawsze poplątane z opiniami, powinna być żywa errata.

Czym byłaby ta żywa errata? Na bieżąco, natychmiast powinny płynąć poprawki językowe. I tak: gdy poseł mówi „tamtą razą”, to dyżurujący w studio etatowy językoznawca pisze poprawną wersję: „tamtym razem”. I to idzie na pasku. Bez względu na autorytet osoby! Jeżeli prezydent, szef partii, posłowie, profesorowie mylą się – też płynie na pasku poprawka.

Mówiący zaczęliby być ostrożni, mówiliby z rozmysłem, skutkiem czego – być może – mówiliby też rozsądniej. Czego Państwu i sobie gorąco życzę.

Sporty sylwetkowe

Dawnymi laty istniała kulturystyka. Było to zajęcie dla pragnących lepiej wyglądać, po zdjęciu ubrania. I to rozumiem, bo szczególnie za młodu ludzie często stają bez ubrania, wobec innych nieznanych wcześniej ludzi, również rozebranych.

Kulturystykę uprawiano w domu oraz w małych salkach mniejszych klubów sportowych. Dla klubu były to zajęcia poboczne, choć przynoszące klubom dopływ żywej gotówki, bo kulturyści trochę za salę i sprzęt płacili. Z czasem pojawiły się zawody kulturystyczne, w czasie których prężono i napinano różne mięśnie karku, grzbietu, brzucha, nóg i rąk. To wywoływało u jednych widzów zachwyt, u innych zaś zazdrość.

Oczywiście dochodziło też do przykrych widoków, gdy kulturystki przypominały kulturystów. Oglądając czasem migawki z takich pokazów, zaczynałem się bać intymnych spotkań z kulturystkami. Na szczęście jednak ominęły mnie bliższe kontakty z takimi wytrenowanymi paniami. Ale bałem się istotnie, bo przecież nigdy nie wiadomo jaki triceps czy biceps kryje się pod sukienką.

Z czasem, na skutek postępu cywilizacji, wymagającej od każdego z nas dbania o zdrowie i dobry wygląd, upowszechniły się na świecie różne gymy, siłownie i fitnesy. I miejsca te, wyposażone w okropne maszyny do „robienia mięśni” – stały się całkiem dochodowymi miejscami, dla ich właścicieli. A co do ćwiczących… Nie mam nic przeciw temu trendowi, przecież każdy może spędzać czas jak uważa. Może pływać, biegać lub ćwiczyć hantlami. Jednak trochę mnie śmieszy określenie, które się ostatnio pojawiło, a jest nim pojęcie „sporty sylwetkowe”.

Ja wiem, że stoi za tym całkiem spory biznes, rozumiem, że dla producentów maszyn do ćwiczeń, przypominających zresztą średniowieczne machiny do tortur, liczy się bardzo, żeby te zajęcia mięśniowe jakoś lepiej nazwać. No i mamy – sporty sylwetkowe.

Jest to obraza sportu. Przez sport od zawsze rozumiano szlachetne zmagania o wynik! Owszem, zawsze wiedziano, że nie każdy z nas może mistrzowsko rzucać młotem, pchać kulą czy miotać oszczepem. Jednak w każdej dyscyplinie sportowej startujący zawodnicy mieli podobne sobie warunki fizyczne. I nie walczyli na wygląd klaty, czy brzusznego kaloryfera.

Piszę o tym, pozornie błahym przypadku, bo jest to signum temporis. Dzisiaj wszystko chce się sprzedać pod lepszą nazwą. A sporty sylwetkowe mają przecież lepszą nazwę niż kulturystyka. W sumie takie przyklejanie się fitnessu do sportu jest przykre i tumaniące.

Apel do sprawozdawców sportowych

Jeżeli jesteśmy już przy sporcie… Fascynują mnie język sprawozdawców sportowych. Opowiadają, relacjonują, wyjaśniają co dzieje się – na przykład – na boisku piłkarskim. Wydawałoby się, zajęcie nie najtrudniejsze. I miłe, bo sporty to ruch, na świeżym powietrzu, i choć sprawozdawcy sami nie biegają, nie kopią, to jednak tzw. „okoliczności” są w sumie przyjemne. Zatem sportowi dziennikarze powinni być rozluźnieni i spokojni.

Ale nie. Z momentem, gdy tylko sędzia gwizdnie na rozpoczęcie widowiska, sprawozdawcy stają się co najmniej doktorami habilitowanymi. Czyli mówią językiem napuszonym, wyszukanym, pełnym określeń, których ani zawodnicy, ani widzowie nie używają.

Mam więc apel.

Panowie dziennikarze od sportu, odpuście sobie. Więcej luzu, sport to w końcu tylko zabawa. Nie róbcie narodowej tragedii, gdy Legia dołuje, a reprezentacja gra na swoim odwiecznym poziomie, czyli marnie. I przestańcie mówić, że zawodnik „doskonale antycypował zachowanie rywala. Mówcie, że przewidział, gdzie poleci piłka, gdzie poda przeciwnik. I wyrzućcie ze swego słownika raz na zawsze: presowanie i progres.

Przed laty śmieszył mnie pewien łódzki sprawozdawca, który w emocjach krzyknął do mikrofonu: „Sadek rypnył piłkie płaskiem lobem”. Dzisiaj wolałbym już stokroć tamtego pana.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zdrajcy z PKWN i bohaterowie z Londynu

W 1944 r. bolszewicy pisali do Stalina, że wkroczenie Armii Czerwonej Polacy uznają za „początek rosyjskiej okupacji”. Wiedzieli, że nie mają poparcia, dlatego władzę przejmowali bezprawnie. Kłamali, że to rząd w Londynie działa na podstawie „nielegalnej” konstytucji kwietniowej z 1935 r. Rządząc przez następne dekady niszczyli i dyskredytowali legalne polskie władze na uchodźstwie.

Bolszewicy kłamali także, że walczą z polskimi „faszystami”. W 1944 r. wkraczającej Armii Czerwonej towarzyszył Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Bolszewicy utworzyli go 22 lipca 1944 r. w Chełmie (faktycznie w Moskwie – tu odbyły się pierwsze trzy posiedzenia), w składzie, m.in.: Edward Osóbka-Morawski, Wanda Wasilewska, Andrzej Witos, Michał Rola-Żymierski, Wincenty Rzymowski. „Doradzał” sowiecki gen. Nikołaj Bułganin, który według Nikity Chruszczowa „miał uprawnienia specjalne, włączając w to władzę nad [polskim] wojskiem”.

Podobnie było w 1920 r. Wtedy, 23 lipca w Smoleńsku (faktycznie w Moskwie), bolszewicy stworzyli Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, zwany Polrewkomem, jako zalążek przyszłej komunistycznej władzy. Towarzysze – m.in. Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Feliks Kon, Józef Unszlicht – przemieszczali się pociągiem pancernym za frontem wkraczającej Armii Czerwonej. „Manifest do polskiego ludu roboczego miast i wsi”, autorstwa Dzierżyńskiego, mówił wprost o likwidacji II Rzeczypospolitej i powstaniu Polskiej Socjalistycznej Republiki Rad. „Doradzał” sowiecki komisarz Iwan Skworcow-Stiepanow.

Na zdobytych terenach Podlasia i części Mazowsza bolszewicy bez powodzenia tworzyli Polską Armię Czerwoną, wydawali w języku polskim „Gońca Czerwonego”, a przede wszystkim, w ramach terroru rewolucyjnego, represjonowali, grabili i mordowali Polaków – np. w Białymstoku rozstrzelali przedstawicieli miejscowej elity, w tym prezydenta miasta. Wobec klęski Armii Czerwonej Polrewkom musiał uciekać z Polski i ostatecznie został rozwiązany.

Odpowiednikiem „Manifestu do polskiego ludu roboczego miast i wsi” był „Manifest PKWN”. Odpowiednikiem Polskiej Armii Czerwonej było ludowe Wojsko Polskie, a „Gońca Czerwonego” „Trybuna Ludu”.

Manifest stwierdzał, że jedynym legalnym źródłem władzy w Polsce jest komunistyczna, uzurpatorska Krajowa Rada Narodowa, a powołany przez nią PKWN „legalną tymczasową władzą wykonawczą”. Tymczasem jedyny legalny rząd emigracyjny w Londynie, działający na podstawie przedwojennej konstytucji kwietniowej, owi czerwoni przestępcy określili jako „władzę samozwańczą”. Następował kolejny krwawy etap rozprawy z polskimi niepodległościowcami.

Błędem byłoby twierdzenie, że PKWN to tylko przeszłość, że odszedł razem z klęską komuny. No bo przecież komuna wcale od nas nie odeszła, ona trwała w najlepsze rozkradając nasz kraj. Dzieci i wnukowie owych PKWN-owców, dzięki Okrągłemu Stołowi, do niedawna rządziły Polską.

O tym, że ludzie PKWN nie zniknęli, tylko zachowali, a nawet zwielokrotnili wpływy (także zyski), najlepiej świadczył uroczysty pochówek – w 2014 r. – Wojciecha Jaruzelskiego w miejscu, gdzie nigdy nie miał prawa być pochowany, czyli na warszawskich Powązkach Wojskowych – nekropolii polskich bohaterów. Przywódcę komunistów polskich władze III RP pożegnały z najwyższymi honorami państwowymi, wojskowymi i kościelnymi.

Z drugiej strony – za czasów PO-PSL – zablokowano prace ekshumacyjne polskich bohaterów na cmentarzu na Służewie i na „Łączce” Powązek Wojskowych. W prawdziwie wolnej, niepodległej Rzeczpospolitej taka postawa byłaby niemożliwa, wręcz piętnowana. Tak jak niemożliwe byłoby dalsze trwanie Pałacu Stalina (pod kamuflującą nazwą Pałacu Kultury i Nauki). II RP kazała rozebrać okupacyjnego kolosa – sobór Aleksandra Newskiego na ówczesnym Placu Saskim.

Współczesne pseudoelity rodem z PKWN nie chciały też rozliczać komunistycznej przeszłości. Nie sądziło się oprawców za stosowanie drakońskiego prawa, lecz za jego naruszenia. A zatem całkiem prawomocne i legalne było ściganie, strzelanie do AK-owców i WiN-owców, a jedynie odrobinę nieprawomocne było wyrywanie im paznokci podczas ubeckich śledztw. Takie podejście do stalinowskiej przeszłości powodowało, że w Polsce nie nastąpiła moralna odnowa, odbudowa wartości narodowych. W świetle dzisiejszego prawa i aktywności lobby broniącego oprawców z UB, czy Informacji Wojskowej (później znana pod nazwami WSW i WSI), haniebny proces rotmistrza Witolda Pileckiego był całkiem praworządny. Bo przecież sędziowie w polskich mundurach (nie było istotne, że naprawdę byli przebierańcami, ludźmi sowieckimi) sądzili szpiega i bandytę. A dziś postkomunistyczne media (prym wiedzie tygodnik Polityka) kłamią, że Witold Pilecki poszedł na współpracę z oprawcami z UB.

Przedwojenna Polska została wymordowana przez PKWN-owców. Ci, którzy zdecydowali się wrócić z Londynu – wojskowi, politycy, twórcy – w najlepszym razie byli represjonowani i inwigilowani. Przedwojenne elity Rzeczpospolitej zostały poddane cenzorskiej obróbce i bolszewickiej propagandzie. Komuniści zastosowali wobec wolnych Polaków jeszcze potworniejszy oręż – zapomnienie. Stąd obywatele współczesnej Rzeczpospolitej zdecydowanie bardziej kojarzą takich niegodziwców i zbrodniarzy, jak Jaruzelski, Kiszczak, Urban, Bierut czy Gierek, niż wspaniałych przedstawicieli polskich elit wojskowych i cywilnych, by wymienić tylko Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego, gen. Stanisława Sosabowskiego, czy gen. Stanisława Maczka (wyzwoliciel Bredy jest w tym gronie ciut bardziej rozpoznawalny), pisarza Józefa Mackiewicza, Ferdynanda Goetela, Sergiusza Piaseckiego…

Mamy jeszcze smutny aspekt międzynarodowy. Niestety, nasi wojenni sojusznicy uznali (w lipcu 1945 r.) emanację PKWN – Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej za legalną władzę w Polsce, odmawiając poparcia jedynemu legalnemu rządowi w Londynie.

Teraz sprowadziliśmy z Cmentarza Lotników Polskich w Newark w Wielkiej Brytanii i pochowaliśmy w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie prochy trzech prezydentów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej na uchodźstwie: Władysława Raczkiewicza, Augusta Zaleskiego i Stanisława Ostrowskiego. To ważna dla Polaków symbolika, bo większość z nas dba o groby. I mam nadzieję, że godne, państwowe uroczystości wywołały refleksję, że ci nasi krajanie, mężowie stanu wrócili do Ojczyzny po latach przymusowego wygnania. A ich nazwiska choć na moment stały się trochę bardziej bliskie.

Ale czy ten uroczysty pochówek najwyższych reprezentantów Polski pociągnie za sobą coś więcej? Restytucję polityczną, prawną i moralną prawdziwie wolnej i niepodległej Ojczyzny, jaką była II RP? Napisanie nowej konstytucji – odwołującej się nie do tej stalinowskiej, z 1952 r., ale kwietniowej z 1935 r.?

Dopiero wtedy będziemy mogli bez wahania powiedzieć, że wybór prezydentów Raczkiewicza, Zaleskiego i Ostrowskiego (a także Edwarda Raczyńskiego – spoczywa w rodowym mauzoleum w Rogalinie, oraz Kazimierza Sabbata – pozostał wolą rodziny na cmentarzu Gunnersbury w Londynie) przyniósł wymierne efekty. Że ci wybitni Polacy wygrali swoją batalię! A skoro oni wrócili, „prezydenta” Bieruta i innych komunistów powinniśmy odesłać tam, gdzie ich miejsce – do Moskwy.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Ani za sandałem ani za tykwą

Nie wiem co się stało w Przewodowie. To stwierdzenie zapewne ściągnie na mnie falę gromów, ponieważ większość już przecież „wie”. Chociaż nie było żadnego śledztwa, a osoby dramatu podają sprzeczne wersje.

Prawda wydaje się tu w ogóle mało komu potrzebna.

„Nareszcie”

Dla jednych o niebo ważniejsze od jakiejkolwiek prawdy jest to, że „winien jest PiS”. Autentycznie. A, bo zareagował za wolno, bo zareagował za szybko, bo „nasza obrona przeciwlotnicza nie obejmuje całości terytorium kraju”. Tak jakby obrona przeciwlotnicza jakiegokolwiek kraju obejmowała całość terytorium. Niektórzy twierdzą, że tak jest w Izraelu, ale po pierwsze nie do końca, a po drugie Izrael ma terytorium wielkości województwa podlaskiego. Pośród „totalnych” influenserów w internecie i to takich obserwowanych przez „totalne” polityczne tuzy, o lepsze walczy również teoria o tym, że to Putin i Łukaszenka wspierają PiS dając mu pretekst do „wprowadzenia stanu wojennego” żeby móc „odwołać wybory”. Naprawdę.

Dla innych z kolei najważniejsze jest że „nareszcie mamy ruskich”. Ci już wzywali do sięgnięcia po artykuł 5. NATO, który wbrew oczekiwaniom, nie jest automatyczny, ale może prowadzić do wspólnej akcji zbrojnej, czyli de facto wojny. A jeśli nie sięgnięcia po artykuł 5. NATO, to przynajmniej po jakąś rezolucję ONZ.

Jeszcze inni za najbardziej istotne uznali, że „nareszcie mamy ukrów”. Nareszcie „możemy pokazać jacy są naprawdę”. Naprawdę? Owszem, uważam, że Zełenski mógł powiedzieć „nie wiemy co się stało, badamy to, ale jeśli okaże się, że to nasza rakieta, przeprosimy i zrobimy wszystko by zadośćuczynić rodzinom ofiar”, z komunikatem o „rosyjskim ataku” nie zwlekał. Ale czy naprawdę ten tragiczny w skutkach, ale raczej wypadek, mógłby świadczyć „o Ukraińcach”, którym właśnie ruscy palą kraj i zabijają dzieci? A, że „chcą nas wciągnąć do wojny” to cóż to za odkrycie? No jasne, że chcą. To jest w ich najgłębszym interesie i gdybyśmy byli na ich miejscu, mam nadzieję, że robilibyśmy to samo. Na szczęście, póki co, nie jesteśmy.

Ani za sandałem ani za tykwą

A mnie by się marzyło żebyśmy nie biegli ani za sandałem, ani za tykwą (patrz „Latający Cyrk Monty Pythona”), tylko żebyśmy pamiętając o ofiarach, zastanowili się nad tym, gdzie w tym wszystkim leży NASZ interes i bezpieczeństwo NASZYCH dzieci. Bo logicznie rzecz biorąc jest to raczej wypadek. Po nerwowej reakcji Rosji widać, że nie chce ryzykować starcia z NATO, Ukraińcy musieliby oszaleć, żeby narazić na szwank stosunki z najbardziej przyjaznym sobie krajem. Ale czy prawdą obiektywną jest jakoś tak oficjalnie-nieoficjalnie przebąkiwana wersja o „rakiecie ukraińskiej”, czy też rację mają ci, którzy spekulują, że jednak mogła to być rakieta rosyjska, a „ukraińską” została dla świętego spokoju? Być może nigdy nie będziemy pewni czy znamy prawdę.

Napiszę brutalnie, choć prawda ma znaczenie ogromne i wszyscy w naturalny sposób dążymy do jej poznania, to tutaj nasz interes jako państwa i bezpieczeństwo naszych dzieci, są wartością jeszcze ważniejszą. Dlatego cieszę się, że rządzący nie dali się sprowokować do „szybkiej reakcji”, ani przez twitterowych mędrków, ani przez orzekające o „rosyjskiej winie” ukraińskie komunikaty. Oby chłodnej głowy wystarczyło im do końca kryzysu. Ja również, jak wiecie, mam różne do nich różne pretensje (patrz mój poprzedni tekst na stronie SDP), ale w tej sytuacji muszę im zaufać, my musimy, bo jakie mamy wyjście? Przeprowadzić referendum?

Mam tylko nadzieję, że Twitter nie jest wiernym odbiciem struktury społecznej Polski, bo jeśli tak (z nielicznymi chlubnymi wyjątkami) to możliwe, że w razie czego zatłuczemy się nawzajem, zanim ruscy poradzą sobie z płotem na granicy.