Odszedł kolejny uczestnik radiowej „symfonii pożegnalnej”. Red. Maksymiliana Kubicę wspomina MARIA WOŚ

Od pulpitu odszedł kolejny wykonawca naszej radiowej „symfonii pożegnalnej”, jeden z legendarnych reporterów Polskiego Radia Wrocław, redaktor Maksymilian Kubica. Taśmy z jego nagraniami to olbrzymi procent wrocławskiego radiowego archiwum, kronika gospodarcza, społeczna i kulturalna Dolnego Śląska z lat 1953-1993.

Urodzony 17 sierpnia 1929 roku w Katowicach, absolwent Wydziału Dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, został do rozgłośni wrocławskiej skierowany nakazem pracy 1 września 1953 roku, w najbardziej ponurym czasie jej działalności, w okresie panowania realizmu socjalistycznego i paleopropagandy, a jego pierwszym nagraniem była rozmowa z I sekretarzem komitetu zakładowego PZPR w kopalni Nowa Ruda.

„Później – jak pisał w jubileuszowej książce radiowej w roku 1996 – nagrałem setki audycji we wszystkich kopalniach i ośrodkach górniczych Dolnego Śląska. Z nieodłącznym mikrofonem obserwowałem m.in. narodziny i rozwój kopalni i elektrowni Turów, kopalń i hut Legnicko-Głogowskiego Okręgu Miedziowego, ośrodków projektowo-badawczych „Poltegor” i „Cuprum”. Byłem również świadkiem narodzin „Solidarności” górniczej w Wałbrzychu i Lubinie. Poznałem wielu wspaniałych ludzi na wszystkich szczeblach górniczego zawodu.”

Maksymiliana Kubicę interesowało wszakże nie tylko górnictwo. Wyniesiona z górnośląskiej szkoły biegła znajomość języka niemieckiego pozwoliła mu już we wczesnych latach pięćdziesiątych pilnie śledzić politykę międzynarodową, a także osiągnięcia nauki oraz literatury i sztuki. Starał się być perfekcjonistą w zakresie doskonalenia swego bardzo poważnie traktowanego warsztatu dziennikarskiego.

W roku 1963 wstąpił do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Pod koniec lat  sześćdziesiątych na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego napisał pracę magisterską o krótkich formach reporterskich w Polskim Radio, wydaną drukiem dzięki staraniom Krzysztofa Kąkolewskiego.

Pracował kolejno w Redakcjach: Informacyjnej, Społeczno-Ekonomicznej i Literackiej. Dzięki jego  aktywności zawodowej wiele problemów Dolnego Śląska znajdowało swoje poczesne miejsce w radiowych  programach ogólnopolskich .Uprawiał wszystkie gatunki dziennikarskie.

Niezwykle cenił dobrą polszczyznę, zachwycał się stylem gawędziarskim. Uważnie wybierał rozmówców. Był wobec nich lojalny, dyskretny i wierny.

Jednym z jego najwybitniejszych osiągnięć warsztatowych, wyróżnionym pierwszą nagrodą w Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż Literacki w roku 1971, był reportaż z pierwszej w Europie udanej operacji przyszycia całkowicie odciętej dłoni, przeprowadzonej przez profesora Ryszarda Kociębę, twórcę i założyciela Ośrodka Replantacji Kończyn w Trzebnicy. Audycja pt. Ręka  kończyła się radośnie wypowiedzianym przez kogoś zdaniem: „O, już paluszkiem jednym rusza!”

„Jak to paluszkiem jednym?” – zdumiewał się lekko oburzony profesor, słuchając audycji na antenie po upływie wielu tygodni od nagrania – „Przecież już rusza całą dłonią!’’ – dziwił się, znając Maksową rzetelność wobec faktów.

Maksa pasjonowały również sztuki plastyczne, chętnie bywał z mikrofonem w pracowniach artystów oraz na wernisażach w różnych muzeach i na salach wystawowych. Ale nade wszystko kochał muzykę. Nie opuszczał żadnego koncertu symfonicznego, ani wysmakowanych koncertów chóralnych czy kameralnych podczas Festiwalu Wratislavia Cantans, któremu towarzyszył od początku powołania go przez dyr. Andrzeja Markowskiego.

Opowiadał kiedyś, że  w wojennych latach chłopięcych  wymykał się nieraz ze schronu w czasie przerwy w bombardowaniach, żeby oderwać się od koszmaru, grając  na skrzypcach czy na pianinie.

W wieku dojrzałym lubił  wędrówki górskie i zbieranie grzybów, ale przyrządzaniem ich zajmowała się już wyłącznie jego żona Mary. Maks hołdował śląskiemu, patriarchalnemu modelowi rodziny. Mary, niegdysiejsza Sybiraczka, wspaniałomyślnie to zaakceptowała. Za to wypłacił się jej Maks troskliwą opieką w schyłkowych latach jej życia. Niedługo pozostał sam. Umarł 20 grudnia 2022 r. w ostatnim dniu jesieni.

 Requiem aeternam dona eis, Domine…

 

No to się na święta porobiło – CEZARY KRYSZTOPA bezradny?

Są takie wydarzenia, wobec których jako satyryk staję bezradny. Nawet podejmuję jakieś próby komentarza, ale czasem wydarzenie samo w sobie jest żartem tak idealnym, że w zasadzie żadnego komentarza nie potrzebuje. Jednym z takich wydarzeń, absolutnie idealnych, bardzo trudnych do skomentowania, jest przypadek gen. Jarosława Szymczyka, komendanta głównego polskiej Policji, któremu udało się odpalić w gabinecie granatnik RGW-90.

Mam wrażenie, że szczegółów wydarzenia nie znamy. Gdzieś przez media przewinęła się wersja, że komendant miał wycelować granatnikiem w drzwi, po czym przez przypadek go odpalił. Z kolei według wersji podawanej mediom przez samego komendanta, do przypadkowego odpalenia miało dojść podczas przestawiania „prezentów od ukraińskich kolegów”. Przy czym, sam szef policji miał być przekonany o tym, że urządzenie jest niegroźne, ponieważ Ukraińcy zapewnili go, że jest przerobiony na głośnik. No i rzeczywiście, „nagłośnienie” okazało się być potężnej mocy. Jeszcze większe „jaja” wystąpią jednak, kiedy któryś z ukraińskich żołnierzy wyceluje swój granatnik w rosyjski wóz opancerzony, a z otworu wylotowego zamiast granatu, popłynie muzyka.

Nie ma co się pastwić

Być może jest też tak, że nie znamy jakichś okoliczności świadczących na korzyść komendanta. Nie chcę się tutaj też nad nim pastwić. Wydaje mi się jednak, że niezależnie od okoliczności, kwestia śmieszności na jaką cała sytuacja naraża jego urząd, spowoduje, że jego dymisja zostanie wymuszona. I rzecz jedynie w tym, ile czasu sprawa będzie trwała i jakie szkody wizerunkowe jeszcze wygeneruje.

To rzeczy dość oczywiste. Chciałbym jednak zwrócić Waszą uwagę, w jak dramatycznym świetle stawia to ostatnią relację Krystyny Jandy, tradycyjnie represjonowanej przez siepaczy reżimu:

– Dziś rano badano mnie alkomatem. Moim zdaniem czekali na mnie. Pewnie przed wyborami dobrze byłoby kilka osób złapać na czymś kompromitującym – poskarżyła się ostatnio artystka „Wysokim Obcasom”.

No i kto teraz byłby gotów ręczyć, wobec niejasności związanych ze sprawą granatnika – głośnika, że to na pewno był alkomat?!

Zauroczony romantyką morza – MIECZYSŁAW SOKOŁOWSKI wspomina śp. Andrzeja Gołębiowskiego

Zmarł red. Andrzej Gołębiowski, wieloletni dziennikarz mediów na Wybrzeżu Gdańskim. Zauroczony romantyką morza, przyjechał do Trójmiasta z Chełma w woj. lubelskim, z zamiarem zdobycia  jednego z zawodów, o jakich marzą młodzi ludzie mieszkający z dala od brzegów Bałtyku. Podjął więc studia na elitarnym Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej.

Jako student, dzięki szerokim  zainteresowaniom  i rozlicznym  talentom nie ograniczał się tylko do tematyki technicznej, ale kierował je także ku innym dziedzinom. Zgłosił się więc na seminarium dziennikarskie organizowane przez redakcję ogólnopolskiego tygodnika uczelni technicznych „Politechnik”. Wkrótce zaczął pisać na jego łamach i stał się członkiem redakcji.  Ta nowa pasja sprawiła, że po kilku latach okrętownictwa  zadecydował o wyborze przyszłego zawodu i ukończył studia na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.

Pracował w „Głosie Wybrzeża”, „Dzienniku Bałtyckim”, „Tygodniku  Morskim”, „Wybrzeżu”, „Czasie”,  „Budownictwie  Okrętowym i Gospodarce Morskiej”, publikując też w „Polish Maritime News” oraz w „Schiff und Hafen”. Łączył  wiedzę techniczną i znajomość zjawisk gospodarczych i  ekonomicznych z wielką wrażliwością na sprawy społeczne.  Stał się wybitnym znawcą gospodarki morskiej, którą znał i rozumiał.  Prezentował trafne analizy i pogłębione oceny procesów występujących w stoczniach, w portach i w żegludze. Teorię podpierał praktycznymi obserwacjami dokonywanymi podczas kilku rejsów polskimi statkami.  Dawały mu one skalę porównawczą i bazę do odniesień i porównań. Ciekawy świata, lubił podróżować i chętnie wykorzystywał okazje, które w okresie PRL pozwalały dziennikarzom na studyjne wyjazdy. Przywoził z nich interesujące materiały i spostrzeżenia a także fotografie, które wykonywał z wielką pasją i umiejętnością.

Zachowywał niezależność własnych poglądów i jak przyznawał po latach  – potrafił je  zawsze obronić i utrzymać. Z nadzieją witał przemiany zapoczątkowane w sierpniu 1980 roku. Dołączył do zespołu  „Tygodnika Gdańskiego” –  pisma „Solidarności”. Ten ruch związkowy reprezentował później jako  przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Prasie Bałtyckiej (wydawcy Dziennika Bałtyckiego).  Ogromną satysfakcję dawało  mu prowadzenie zajęć na poziomie uczelnianym dla młodych dziennikarzy.

Z natury dobrotliwy, przyjacielski i życzliwy ludziom, potrafił jednak zawsze stanowczo bronić swoich racji. Z niewielkiej emerytury regularnie przesyłał datki na pomoc chorym dzieciom. Jak sam podkreślał, organicznie pozbawiony był dążenia do zaszczytów i stanowisk. W korespondencji podpisywał się – „Lumpenliberał”. Z przekonania demokrata, przeciwny wszelkim formom autorytaryzmu, krytyczny wobec  zmian społecznych i politycznych zachodzących w ostatnich latach w naszym kraju. Nie ukrywał swoich, czasami wyrażanych przekornie,  pesymistycznych  poglądów na temat dalszych losów Polski i świata, co sprawiało, że  wygasały stare przyjaźnie, a on coraz trudniej przeżywał swoją samotność, którą pogłębiały nasilające się codzienne trudności i  problemy zdrowotne.

Nie wykorzystał wszystkich swoich talentów. Pięknie rysował, pisał błyskotliwe felietony, wspaniale i zajmująco opowiadał,  miał lekkie pióro, którym mógł, już po przejściu na emeryturę,  przekazać  swoją wiedzę  i oryginalne, zawsze jednak oparte na zdrowym  rozsądku,  poglądy i oceny.  Zapewne na  przeszkodzie stała tu stale pogarszająca  się i trudna  do uleczenia wada wzroku.

Odszedł Przyjaciel, uczciwy i skromny człowiek o prawym charakterze i encyklopedycznej wiedzy.


Andrzej Gołębiowski. Dziennikarz, publicysta morski, medioznawca.

Ur. 28 lipca 1944 r. w Zamościu. Studiował na Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej (1961–1964), absolwent Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego (1982).
Sekretarz gdańskiego oddziału Tygodnika Studenckiego „Politechnik” (1967– 1971); redaktor miesięcznika „Horyzont” (1971); redaktor działu, publicysta działu ekonomiczno-morskiego „Głosu Wybrzeża” (1971–1980); publicysta tygodnika „Czas” (1980–1981); kierownik działu ekonomicznego tygodnika „Wybrzeże” (1982–1983); zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Budownictwo Okrętowe” (1983–1990); publicysta, następnie sekretarz redakcji „Tygodnika Gdańskiego” (1989–1992), publicysta „Dziennika Bałtyckiego”, kierownik Redakcji Analiz Prasowych „Dziennika Bałtyckiego” – Wydawnictwa Prasa Bałtycka (1992–2004). Przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Prasie Bałtyckiej (potem Polska Press).

Wykładowca w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza i Wyższej Szkole Komunikacji Społecznej w Gdyni.
Laureat I nagrody w ogólnopolskim konkursie na reportaż zagraniczny tygodnika „ITD” (1971) i nagrody publicystycznej ministra żeglugi (1973).
Odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi (1978) i odznaką „Zasłużony Pracownik Morza”.
W Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich  od 1971 roku.

Mieszkał w Gdańsku, zmarł 17 grudnia 2022 r.

WALTER ALTERMANN: Kordian i Emigranci oraz Emigranci i Kordian

Obejrzałem ostatnio dwa spektakle Teatru Telewizji TVP. Pierwszy to „Kordian” Juliusza Słowackiego, drugim są „Emigranci” Sławomira Mrożka. Jeżeli w jednej recenzji chcę zająć się tak różnymi spektaklami, to dlatego, że warto porównać nie utwory, ale dwa sposoby realizacji teatru w telewizji.

„Kordian” wyreżyserowany przez Zbigniewa Lesienia miał premierę 20 listopada 2022 roku w TVP. „Emigranci”, w reżyserii Kazimierza Kutza, których przypomniała właśnie TVP miał premierę w 1995 roku.

Zacznijmy od tego, że oba dramaty są niezwykle trudne dla reżysera i aktorów, a głównie przez to, że wydają się łatwe. Treść jest przez autorów podana jasno, role dla aktorów skrojone są dobrze, a nawet wspaniale. Teoretycznie nic tylko grać i cieszyć się sukcesem.

Niestety, dla realizatorów, oba te dramaty najeżone są zaporami z zaostrzonych pali, głębokimi wilczymi dołami i minami – żeby użyć tak „modnych” w wojennym czasie metafor.

Kordian

„Kordian” jest jednym z najbardziej antyrosyjskich polskich dramatów, to fakt nie podlegający dyskusji. Ma też doskonale napisaną przez wieszcza fabułę, co podnosi atrakcyjność utworu. Jest to też jeden z najwybitniejszych naszych tekstów doby romantyzmu. Być może te trzy fakty skusiły dyrekcję Teatru TVP oraz reżysera do wzięcia dzieła „na warsztat”.

Jednakże wynik prac nad „Kordianem” jest wysoce zatrważający. Już samo powierzenie reżyserii panu Zbigniewowi Lesieniowi budzi zdziwienie, wobec zauważalnego braku dotychczasowych większych osiągnięć reżyserskich, tak w teatrze, jak w telewizji. Oczywiście zdarzają się w sztuce genialne debiuty i niespodziewane odkrycia, ale w przypadku „Kordiana” zalecane by było zachowanie daleko idącej ostrożności.

Kilka romantyzmów w jednym worku

„Kordian” jest utworem romantycznym, a rok 2022 ogłoszony został rokiem polskiego romantyzmu. Mam jednak podejrzenie, że ci, którzy wpadli na ten pomysł nie do końca chyba zdają sobie sprawę, że mamy kilka „romantyzmów” i to bardzo różnych. Inny jest romantyzm Mickiewicza i Słowackiego, inny jeszcze Krasińskiego. A mamy też romantyzm Fredry. Naprawdę twórczość tych autorów łączy bardzo niewiele – poza tym, że tworzyli w tym samym czasie.

Romantyzm Słowackiego to walka o wolność, nie tylko narodową. Jego bohaterowie mierzą się z obciążeniami własnej, osobistej niewoli, z własna niemożnością i ograniczeniami. Romantyzm europejski oznacza też mrok duszy, niezawinione cierpienie, przekleństwo losu, śmierć. I te podstawowe cechy romantyzmu znajdujemy w pełni w utworach Słowackiego, także w „Kordianie”.

„Kordian” jest utworem mrocznym. Tytułowy bohater jest skazany na klęskę. I o tym mówi część pierwsza, ukazująca dorastanie bohatera. Niestety pan Lesień nieznośnie poszatkował utwór, upychając sceny początkowe w późniejszy tok akcji. I jest z tego zburzenia struktury utworu niezwykle zadowolony, skoro w wywiadzie mówi tak:

– Mój pomysł inscenizacyjny polega na „odwróceniu narracji” – opowiedzenie dramatu jako „film dziejący się w głowie” umierającego Kordiana po salwie plutonu egzekucyjnego. „Ufilmowienie” tego dzieła, realizowanego w naturalnych wnętrzach i plenerach spowoduje, że ten trudny dramat napisany wierszem w 1833 roku stanie się zrozumiały dla dzisiejszego widza.

Jest co prawda w dorobku polskiej literatury utwór „dziejący się w głowie umierającego księcia”, ale Juliusz Słowacki to nie Tadeusz Miciński, i zupełnie inna epoka.

Skutek pomysłów reżysera jest taki, że nagle, ni pri czom, Kordianowi na moment przed rozstrzelaniem jawi się Laura – jako jedna z osób, mających oglądać egzekucję. Zresztą scena z Laurą jest skrócona do kilku zdań, skutkiem czego zupełnie nie wiadomo kto ona i o co jej chodzi. Nie wiemy, że to zawiedziona do Laury miłość pchnęła Kordiana do narodowego czynu – zresztą zgodnie z duchem romantyzmu.

Filmowa dosłowność nie jest sztuką

Czym zatem jest „Kordian” w reżyserii pana Lesienia? Jest mdłą, werystyczną opowiastką o jednym takim, co chciał zabić cara, taką przygodową historyjką w kostiumach z lat dwudziestych XIX wieku. Wszystko utopione jest zresztą w okropnych kostiumach, mających być wiernymi kopiami z epoki. Jakby tego było mało duża część akcji toczy się w naturalnych wnętrzach, marnie zresztą oświetlonych.

A od teatru, także w telewizji oczekiwałbym kreacji, tworzenia własnych przestrzeni, służących budowaniu nastroju, mających być znakiem i wyrazem myśli autora. Nic takiego nie zaistniało. A już scena finałowa budziła śmiech. Otóż reżyser zadysponował, że rozegra się ona na prawdziwym hipodromie. Myśl ta wzięła się zapewne stąd, że Kordian skacze przez bagnety na koniu… Słowacki umieścił ją na Placu Saskim, miejscu parad i ćwiczeń wojska.

Myślę, że reżyser niewiele wiedział o romantyzmie, niewiele też o twórczości Juliusza Słowackiego. Dlatego też jego „Kordian” stał się filmo-teatrem akcji. I dlatego na jakąkolwiek głębię duchową, na fatum losu, na tragiczne moralne rozterki nie było po prostu miejsca. Otrzymaliśmy jako widzowi  płaską bajeczkę z historii Polski.

O ile chodzi o aktorów… Było przykro patrzeć, jak nawet wybitni z nich, męczyli się. Z gry aktorskiej pozostało jedynie „zdenerwowanie ogólne” i szybko podawany tekst.

Myślę, że pan Lesień najpierw powinien zrealizować którąś z klasycznych polskich legend, też bardzo patriotycznych, ale o wiele łatwiejszych w realizacji. Podsunąłbym następujące tytuły: „O Wandzie co nie chciała Niemca”, „O złym Popielu i dobrym Piaście” oraz „O wawelskim smoku i szewczyku Dratewce”.

Z całej sprawy p. Lesienia poruszyło mnie tylko jedno. Narzekanie reżysera, że utwór jest trudny, bo pisany wierszem…. Toż to, Szanowny Panie, trzeba było nie reżyserować tego „Kordiana”. Chyba, że ktoś Pana do tego zmuszał. Jeżeli tak, to przepraszam.

I jeszcze jedno – nie ma tak dobrych sztuk, których nie udałoby się spieprzyć, panowie – że strawestuję Wojciecha Młynarskiego.

Emigranci

Na szczęście poza nowymi realizacjami TVP przypomina też po trochu swoją własną klasykę. I ku mojej radości 16 grudnia 2022 roku nadany został spektakl „Emigrantów” Sławomira Mrożka, w reżyserii Kazimierza Kutza. Rolę AA zagrał Marek Kondrat, a XX Zbigniew Zamachowski.

Sztuka należy do Złotej Setki Teatru Telewizji. I dlatego powinna być „lekturą” obowiązkową dla wszystkich reżyserów podejmujących się debiutu w telewizji.

Kazimierz Kutz genialnie poprowadził aktorów. Pozwolił im też na granie pełne ekspresji, ale bez wpadania w naturalizm. A – niestety – widywałem już i takie realizacje „Emigrantów”. Co zresztą nie dziwi, bo wybitnie reżyserował on nie tylko filmie, ale także spektakle teatralne. Mając ogromne doświadczenie i wielki talent pokazał Kutz – potencjalnie debiutującym reżyserom – jak budować sceny, jak rozkładać napięcia, czym jest tempo, a czym frazy i rytm spektakli.

Napisałem powyżej, że reżyserzy debiutujący w telewizji powinni się tego wszystkiego od Kazimierza Kutza uczyć. Jednak dopadły mnie teraz wątpliwości… Bo przecież na naukę jest czas w szkołach filmowych i teatralnych, także zaraz na początku drogi twórczej.

Kutz zbudował też dekorację, według zaleceń Mrożka. Nie szukał metafor i symboli, bo w tej sztuce nie ma na to miejsca i potrzeby. On, jako filmowiec wiedział też dobrze, że film i teatr to dwie różne dziedziny sztuki. I że obie mogą być piękne, jeśli uszanuje się ich integralność.

Po latach dotarło do mnie i to, czego nie widziałem w sztuce Mrożka wcześniej, lub widziałem słabo. A dotarło to do mnie dzięki Kutzowi właśnie. Nadał on bowiem swojej realizacji wymiar ponadczasowy, egzystencjalny. I w jego realizacji – jak w żadnej innej – obaj bohaterowie są tragiczni. Zresztą jest to cecha całej twórczości Kazimierza Kutza, że nic w jego dziełach nie jest czarno-białe. U niego nikt nie ma monopolu na rację, bo wszyscy jesteśmy uwikłani w życie – jego wielkość i małość, powagę i śmieszność zarazem.

Może dlatego tak prosto i naturalnie obdarzył obu bohaterów miłością i kpiną zarazem. Zgodnie zresztą z duchem Mrożka.

Jedna drobna uwaga

Oceniając obie realizacje – obecną pana Zbigniewa Lesienia i tę sprzed 27 lat Kazimierza Kutza – dopatrzyłem się ogromnego niebezpieczeństwa, jaki wisi na Teatrem Telewizji. Otóż, jeżeli tak mają wyglądać najnowsze produkcje Teatru Telewizji TVP, to złota setka spektakli zostanie na zawsze zamknięta i nie będzie czego do niej dopisywać. Nie powstanie zatem nigdy złota 150-tka, żeby nie mówić już o 200 – tce. Niestety Teatr Telewizji odpłynął na szerokie wody filmu, udając że jest i nie jest zarazem teatrem. To naprawdę zła podróż, pora wrócić do portu tej zasłużonej dla kultury instytucji.

Przeprosiny

Miesiąc temu napisałem recenzję z „Balladyny” Juliusza Słowackiego, w reżyserii pana Wojciecha Adamczyka. Nie była to zbyt pochlebna recenzja. Teraz, po obejrzeniu „Kordiana” w reżyserii pana Zbigniewa Lesienia, jestem winien panu Adamczykowi serdeczne przeprosiny.

Zatem przepraszam Pana za moje zbyt ostre opinie, i oświadczam, że Pana „Balladyna” jest realizacją na poziomie ekstraklasy, wobec inkryminowanej dzisiaj realizacji „Kordiana” pana Lesienia, którą należałoby umieścić w klasie okręgowej. Żeby nawiązać do piłki nożnej i Mundialu.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja militaryzuje krymskie dzieci

Okupacyjny parlament Krymu przyjął „ustawę” „o wychowaniu patriotycznym”, jednak jej głównym celem nie jest studiowanie historii czy geografii swojej ojczyzny, ale rekrutacja dzieci do klas w prymitywnych „szkołach paramilitarnych”.

W placówkach takich uczniowie od pierwszych klas uczą się chodzić w szyku, poznają zasady dyscypliny i statutów wojskowych i zmuszani są do bezwzględnego  wykonywania rozkazów dowódców. Tak naprawdę nie chodzi o naukę umiejętności wojskowych, ale o gotowość „umierania za Rosję”.

Szef ukraińskiej prokuratury Krymu i Sewastopola, która jest częścią struktury Prokuratury Generalnej Ukrainy, Ihor Ponoczewny, stwierdził, że nie chodzi o patriotyzm jako taki, ale o to, że „dzieci na Krymie są wychowywane, aby być żołnierzami od najmłodszych lat”. „Oprócz nielegalnego werbunku do armii rosyjskiej obserwujemy taki kierunek, jak militaryzacja dzieci. To, moim zdaniem, jest bardzo złe, ponieważ edukacja dzieci na Krymie z młodszych klas ma na celu wychowanie ich na żołnierzy bez żadnej alternatywy” – powiedział Ponoczewny. Według niego dzieci ze szkół podstawowych i gimnazjów poddawane są propagandowej edukacji w stylu „oddać życie za Rosję”. Są również uczeni, jak obchodzić się z bronią, w tym urządzeniami wybuchowymi i różnymi rodzajami broni ciężkiej. Dzieci z młodszych klas werbowane są do tzw. „Uniarmii”, gdzie wymaga się od nich złożenia przysięgi, podkreślając, że jej złamanie będzie karane jako poważne przestępstwo.

Jak informowało niedawno Centrum Edukacji Obywatelskiej „Almenda”, w bieżącym roku szkolnym po raz pierwszy na okupowanym Krymie do klas podchorążych przyjęto pierwszoklasistów. Stało się to w liceum w Symferopolu, gdzie 36 pierwszoklasistów zostało po raz pierwszy przyjętych w szeregi kadetów Komitetu Śledczego, a po raz pierwszy 30 pierwszoklasistów dołączyło do szeregów kadetów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Dodatkowo w różnych szkołach na Krymie istnieje już siedem korpusów kadetów dla dzieci. W sumie, jak donosi „Almenda”, na samym Krymie 25 tys. dzieci z Sewastopola jest członkami rosyjskiej wojskowo-patriotycznej organizacji młodzieżowej „Uzbrojenie” oraz dziecięcego i młodzieżowego ruchu „Wielkie Przemiany”. Ponadto ponad 2000 ukraińskich dzieci z okupowanych terytoriów obwodu chersońskiego i zaporoskiego zostało wywiezionych do obozów dziecięcych na Krymie i w Rosji, gdzie spotykają się już z nimi przedstawiciele rosyjskich wojskowych organizacji młodzieżowych.

Niedawno rosyjski „przywódca Krymu” Serhij Aksjonow ogłosił program wstępnego szkolenia wojskowego w szkołach półwyspu na lata 2022-2023. Tak naprawdę od początku rosyjskiej aneksji Krymu na półwyspie próbuje się formować młodą armię, gotową zabijać i umierać za Rosję. Serhij Aksjonow zatwierdził wstępny plan szkolenia wojskowego na początku listopada. Według rosyjskiego rządu Krymu „edukacja wojskowo-patriotyczna i wstępne szkolenie wojskowe będą prowadzone zarówno w ramach programu szkolnego, jak i edukacji dodatkowej”. Dla uczniów szkół krymskich odbędą się spotkania w bazach jednostek wojskowych, szkolenia strzeleckie, zajęcia z wojskowego szkolenia medycznego oraz ochrony radiologicznej, chemicznej i biologicznej. W planie są imprezy kampanijne, wycieczki edukacyjne i wojskowe zawody sportowe. Kurs przysposobienia wojskowego został wprowadzony równolegle z zajęciami pozalekcyjnymi w „Junarmia” – ogólnorosyjskim ruchu wojskowo-patriotycznym dzieci i młodzieży. Takie klasy zaczęły działać na Krymie po jego aneksji przez Rosję w 2014 roku. Angażują dzieci w zainteresowanie bronią i wojskiem poprzez wojskowe gry sportowe i działania patriotyczne.

Od września szkolenie wojskowe krymskich uczniów jest uzupełniane szkoleniem ideologicznym. W rosyjskim systemie oświaty wprowadzono obowiązkowy kurs „Rozmowy o tym, co ważne”, który odbywa się w każdy poniedziałek jako pierwsza lekcja po podniesieniu flagi i odśpiewaniu rosyjskiego hymnu narodowego. Program lekcji zawiera część dotyczącą „słuszności rosyjskiej inwazji na Ukrainę”. W sieciach społecznościowych regularnie publikowane są relacje z wydarzeń patriotycznych w krymskich szkołach. Odbywają się zarówno w placówkach edukacyjnych w dużych miastach, jak i poza nimi.

„Przy pomocy takich wojskowych lekcji na Krymie szkolą się przyszli rosyjscy żołnierze, którzy od najmłodszych lat są gotowi umrzeć za Rosję” – mówi Iryna Sedova, ekspert krymskiej grupy praw człowieka. Według niej przymusowe szkolenie wojskowe dzieci poniżej 15 roku życia z terenów okupowanych w czasie wojny do służby w armii państwa okupacyjnego, zgodnie ze Statutem Rzymskim, ma znamiona zbrodni wojennej.

„W czasie pełnej inwazji Rosji na Ukrainę prawdopodobieństwo ewentualnego wysłania tych dzieci na wojnę i ich późniejszej śmierci tam wzrasta. Rosyjska machina państwowa uczy dzieci na Krymie, jak zostać >lojalnymi żołnierzami Putina<. Wychowuje ich w przekonaniu, że powinni bezwzględnie wykonywać rozkazy i być tolerancyjni wobec wojska, być gotowi iść do tego wojska, by służyć i umierać za Rosję z bronią w ręku. Kolejnym strategicznym celem takiej edukacji jest wychowanie >patriotów< Rosji, nauczenie krymskich dzieci, że są obywatelami Rosji, aby zapomniały, że urodziły się i żyły na Ukrainie” – mówi Iryna Sedova.

Przebieg wstępnego szkolenia wojskowego wzmacnia i tak już potężną militaryzację szkolnictwa na półwyspie, którą zapewniają różne formacje paramilitarne. W porównaniu z sąsiednią Rosją Krym ma największą liczbę oddziałów organizacji „Junarmia” i najwyższy odsetek dzieci wstępujących w jej szeregi” – mówi Oleg Okhredko, ekspert Centrum Edukacji Obywatelskiej „Almenda”.

„Dlaczego tak się dzieje? To bardzo proste – na okupowanym Krymie władze rosyjskie tworzą paramilitarne oddziały dziecięce w celu utrzymania tego terytorium. Jednym z głównych zadań jest wykorzenienie ukraińskiej mentalności i ukształtowanie obrazu wroga z Ukrainy” – twierdzi.

Kilka tygodni temu rosyjskie siły okupacyjne utworzyły oddział rosyjskiego ruchu „Junarmia”, który nazywają „oddziałami Putina”, w Heniczesku w obwodzie chersońskim. Rosyjscy okupanci utworzyli także oddział „Uzbrojenia” w Melitopolu – poinformował na swoim kanale Telegram ukraiński burmistrz miasta Iwan Fiodorow. Zauważył, że rosyjskie siły okupacyjne „zwiększają presję ideologiczną” na dzieci i młodzież na terenach czasowo okupowanych. Według burmistrza Melitopola „szkoły uczą według rosyjskich podręczników z odpowiednią interpretacją historii, licealiści mają otrzymać podstawowe wykształcenie wojskowe, czyli przygotowywani są do ewentualnego udziału w tzw. batalionie”. Fiodorow dodał też, że w mieście formują się jednostki „Uzbrojenia” – organizacji działającej pod kierownictwem Ministerstwa Obrony Rosji. Nazwał ten proces „militaryzacją dzieci”.

Dmytro Lubinets, Rzecznik Praw Obywatelskich Rady Najwyższej Ukrainy, stwierdził, że „niepokój budzi militaryzacja oświaty i rosyjska propaganda, która jego zdaniem jest „skierowana do ukraińskich dzieci”. Zauważył on, że Rosja takimi działaniami „zaszczepia” w nieletnich nienawiść do Ukrainy i chęć zemsty za wojnę, ale nie na Rosjanach, ale na Ukraińcach. Rzecznik dodał, że celem okupantów jest „pozbawienie dzieci możliwości wyrażania swojej ukraińskiej tożsamości”. Również zdaniem Dmytra Lubinetsa można powiedzieć, że takie działania są „przejawem ludobójstwa” i jedną z form przymusu do dalszej służby w rosyjskich siłach zbrojnych, co wskazuje na kolejną zbrodnię wojenną popełnioną przez Rosjan.

Niedawno ukraińska prokuratura Krymu wraz z krymską Grupą Praw Człowieka skierowała do Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze pismo z informacją o militaryzacji dzieci na Krymie. Zostało to zgłoszone, ponieważ zdaniem prokuratorów i obrońców praw człowieka, krymskim dzieciom oprócz nauki posługiwania się bronią „wpajane są rosyjskie tradycji wojskowe do dalszej służby w armii okupanta”.

Przedstawicielstwo prezydenta Ukrainy na Krymie stwierdza, że ​​tylko deokupacja Krymu i innych terytoriów Ukrainy „położy kres brutalnej rosyjskiej propagandzie” i zapewni ukraińskim dzieciom i młodzieży dostęp do normalnej edukacji.

 

Jedną z bardziej wpływowych postaci polskich mediów wspomina STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Walter

Aby coś ważnego zrobić trzeba uzyskać możliwość istotnego oddziaływania na rzeczywistość, a potem mądrze i skutecznie działać, a nawet tyrać i najlepiej w tej pasji – pracy znajdować przyjemność i sens życia. Ktoś powie: BÓG, HONOR, OJCZYZNA – i dobrze! Ale inny ustawi swoje obowiązki i cele inaczej – uczciwość, odwaga i praca u podstaw, z myślą np. o Konopnickiej, Prusie, Żeromskim. Etykietki, hasła, programy mogą być różne. Ale jeśli ludzie chcą zwyciężać dobrem i służyć ludziom to zasługują na szacunek i nagrodę.

Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania – tak być powinno. Ale znam eksmitowanych wraz z zakładami pracy stoczniowców, którzy na mrozie i w zimnie spawali blachy; znam górników, którzy dzień w dzień zjeżdżali głęboko w ciasne, parne, metanowe korytarze, teraz zasypane; znam pokolenia PGR-owskie, które nadal z nędzy nie mogą się wygrzebać. Znam też dziennikarzy, którzy odważnie idą tam, gdzie niebezpiecznie, albo mówią prawdę i tracą pracę.

Przez kilka lat, do ogłoszenia 13 grudnia stanu wojennego, pracowałem z Mariuszem Walterem. Starałem się. Starałem się tak, że zrobił mnie swoim zastępcą. Myślę, że wiem kim był.

Urodził się w 1937 roku, we Lwowie, ale już po czterech latach został sierotą, bo Rosjanie aresztowali i zabili mu w kijowskim więzieniu ojca – sędziego II RP. Po wojnie mały Mariusz kształtowany był w szkole Pijarów imienia księdza Konarskiego w Krakowie. Było to na ulicy między Sukiennicami a Barbakanem, gdzie po lekcjach grywał z chłopakami w „zośkę”. Starszy brat utrzymywał rodzinę z handlu. Mariusz poszedł na techniczne studia na jedną z najlepszych uczelni – Politechnikę Gliwicką. Ale zagrało mu radio – najpierw studenckie, a potem sportowe nadające szerzej. Wreszcie zaczął się romans z telewizją. Step by step. Robił reportaże i filmy dokumentalne.

Zwrócił na siebie uwagę władzy, decydentów medialnych. Oczywiście wiadomo skąd oni pochodzili. Na pewno nie u ojców Pijarów pobierali nauki. Polska się zmieniała. Protesty, bicie, a nawet zabijanie miało miejsce. Ale były też wielkie nadzieje po poznańskim czerwcu i ogólnopolskim październiku. Było zaproszenie – „pomożecie?”. Choć Rakowiecka była nadal zapełniana, nawet w celach ciągle wierzono, że przyjdą zmiany. Mimo kłamstw, niedotrzymywania słowa, a nawet zbrodni. Życie biegło w cieniu fałszywego brata, którego nikt sobie nie wybierał i który jak w XIX wieku rządził kijem i marchewką. Elity – szlachetne i wykształcone, najbardziej poturbowane, nie wróciły do Polski. Ambitni i odważni uciekali mimo zasieków i straży niemieckich owczarków. Ale w naszym (!) kraju, w Polsce nadal mieszkało, żyło ponad 30 milionów obywateli. Wielu z nich pracowało w szkołach, bibliotekach, na uczelniach, w redakcjach prasowych, w radiu i telewizji. Ludzie kształcili się, dorabiali, zakładali rodziny. Odbudowano zniszczony kraj, powstał przemysł stoczniowy, zarabiała flota handlowa, handel był polski tak jak i huty i zakłady pracy. Tego nikt nie przekreśli, choćby nawet w tym co teraz chce zrobić miał rację.

Mieliśmy wielu bardzo zdolnych ludzi. Niektórzy byli tak bardzo skuteczni w pracy dla Polski, że ich z zazdrości i nienawiści zaszczuto, albo nawet zabito. Wielu wyjechało.

Teraz totalni krytycy niech baczą co sami robią kłócąc się i poniżając innych. Mają pracę, ale ci na medialnym froncie są pod kontrolą i łatwo mogą tę pracę stracić.

Studio 2 to było wówczas coś nowego, próba otwarcia i zmiany. Przyjęte zostało entuzjastycznie. Będę o nim pisał, ponieważ tam byłem i miałem okazję wiele się nauczyć. Okazję robić wielkie transmisje – turnieje pokazujące społeczność Polski. Poszukiwaliśmy ludzi ciekawych na terenie całego kraju, by przedstawiać ich w „Progach i barierach”. Poszukiwaliśmy świadków historii (Szotkowski i Sznuk, który nadal dzięki Bogu jest i pracuje). Reportażystów i dokumentalistów było tam wielu i to bardzo dobrych. Miałem szansę robienia filmów z dna Bałtyku o wrakach. Robiliśmy „u Waltera” poszukując rezerw materiałowych. Pokazywaliśmy marnotrastwo i odłogiem leżące gospodarcze dobro. Jednak ktoś z góry stwierdził, że pokazujemy niegospodarność. Zakazano. Ludzie – dziś już starsi pamiętają co robiło i co zrobiło walterowe Studio 2. Było ciekawe, mądre i w dobrym guście. Bo jeśli chce się mieć dobrą telewizję trzeba zatrudniać ludzi nie tylko z wykształceniem ale i gustem – smakiem. Szmira powinna być zakazana.

Czy do Studia 2 wkładano ubeków i kontrolerów? Oczywiście, ale w tej sprawie nie decydował jego szef. Zresztą ci narzuceni wybierani byli przez władzę pieczołowicie i sprytnie potrafili pozyskać sobie widza (lepiej niż np. agent zwany Tomkiem).

Był zresztą inny Tomasz. Hopfer mianowicie. Proszę, wskażcie mi teraz kogoś wymiaru Tomaszewskiego, Żemantowskiego, Ciszewskiego lub właśnie Hopfera. A przecież telewizja potrzebuje postaci wyrazistych. Walter lubił a wręcz kochał sport i potrafił tę igrzyskową branżę dobrze wykorzystać. To był „pracuś”. Żył swoją pasją i zarażał innych. Tylko tacy mogą uczyć i pociągać za sobą następców.

Na pochyłe drzewo zawsze karły skaczą. Złapano pana Mariusza, że się szczepił bez kolejki. Owszem, nieładnie, ale jeden z idoli współczesnych przez godzinę w TVP międlił to oskarżenie wspierany przez… naukowców. Było to głupie i wredne.

Koledzy, podwładni, przyjaciele podejmowali próby zrobienia filmu o Walterze. Szukano ludzi, którzy go znali, nagrywano wypowiedzi. Robili to fachowcy z TVN. Wiadomo, że zręcznie potrafią manipulować, ale najwyraźniej przesadzili w pochwałach, ponieważ koniec był taki, że Walter film o sobie wstawił na półkę. Nie zgodził się, bo najwyraźniej podwładni przesadzili. Nawet bardzo zręczny pan Miszczak Waltera nie przekonał. Zresztą wielokrotnie podejmowano próby zrobienia filmu o Mariuszu Walterze, ale mądry jest ten kto nie pozwoli przesadzić pochlebcom.

Przypomina mi się epizod ze Studia 2 gdzie robiłem m.in. wymyślone przez Waltera „Dni autorskie”. Raz na miesiąc całodzienne przeglądy dorobku najsławniejszych twórców telewizji. A byli to Gruza, Hanuszkiewicz, Antczak, Przybora i Wasowski, Wojtyszko, Bogusław Kaczyński i jeszcze kilkunastu innych. Pomiędzy prezentowanymi dokonaniami twórców były wywiady i wypowiedzi nagrywane uprzednio w studio. I zdarzyło się tak: Bożena Walter (prowadząca) i Aleksander Bardini (bohater programu) wchodzą do studia, największego jakim dysponowało na Woronicza TVP. I co widzimy. Scenograf, wybitny zresztą i pracujący z sukcesami do dziś, więc pominę nazwisko, uczeń profesora, żeby dogodzić swojemu mistrzowi wymyślił wielką piramidę, na szczycie której ustawił wypasione fotele. Zrobił Olimp a rozmówcy mieli być Bogami. Patrzę na pana Bardiniego a ten staje się coraz bardziej czerwony na twarzy, i nagle jak nie ryknie: – Coś ty mi tu k… zrobił! Rozpieprzyć mi to natychmiast. Mają być ceglane ściany studia, na środku stolik i dwa krzesła.

Podlizywanie się i przypodobywanie to największa choroba i grzech wszelkich telewizji. Było tak i jest. Jednak mądrzy szefowie takie zakusy tłumią. Mądrzy nie boją się, że podwładni zajmą ich miejsce. Mądrzy są po prostu lepsi.

Studio 2 to była wprawka. Tak jak i samodzielnie wykonywane reportaże telewizyjne i filmy dokumentalne. Z ducha był Mariusz Walter po prostu reporterem. A to więcej znaczy i jest trudniejsze niż redaktorskie tytuły. Zauważono ten talent nie tylko w kraju, ale i za granicą. Reżyser zdobywał liczne nagrody na zagranicznych festiwalach. A tam to już na pewno nie było nepotyzmu i kumoterstwa. Były za to prawdziwe pieniądze.

Zawistni zawsze szukają dziury w całym. Ale niech pamiętają, że Mariusz Walter odmówił władzy pracy w telewizji w stanie wojennym. Wypatrzył go, docenił zdolności i dał wielką szansę biznesmen Wejchert. O nim też warto napisać uczciwą książkę, zrobić film, pokazując obie strony medalu.

TVN stworzył Walter od zera. Jaki koń jest – każdy widzi. Wielu chciało, ale tylko nielicznym i to połowicznie się udało. Teraz mamy mnogość telewizji. I wybór. Również polityczny. Polska jest przerąbana na pół. Przede wszystkim właśnie medialnie. Choć osobiście ciągle jestem po prawej stronie – często bezsilny a nawet wściekły.

Większośc „ludzi Waltera” już poumierało lub pogubiło się gdzieś. Zresztą prawie nikt już ich nie pamięta. To normalne tak jest w życiu. Idą ławą młodzi. Zresztą, telewizja jest od pokazywania a więc dla młodych. Są rzeczywiście piękni i wykształceni. Ale orać trzeba także na ugorze. A tu jest już mniej chętnych. Chętnie za to ryją pod innymi. A przecież jest w czym wybierać. To w naszym pięknym kraju są rzesze pięknych ludzi tylko trzeba ich odszukać i pokazać – nie na 5 minut ale przynajmniej na godzinną rozmowę. Takich, którzy mają dorobek życia albo wielkie zdolności. Do tego są reportaże i filmy. Tak robił Walter. Magazyny na Woronicza pękają w szwach od dobrych produkcji. Trzeba tam tylko włożyć rękę i wyjąć. Telewizje mielą, jak leci ale codziennej sieczki nikt nie będzie pamiętał. Przejdzie jak mroźna zima, pandemia. Zapomniane będą kłamstwa i manipulacje. Zawsze mają miejsce złośliwe i wredne działania. Na bieżąco szkodzą ale w dłuższej perspektywie dobrym i zdolnym twórcom nie zaszkodzą.

Oczywiście, że nie ma ludzi niezastąpionych i nie każdy musi kochać każdego. Oceniajmy jednak tych, którzy odeszli patrząc na to co zrobili. Nie z perspektywy dnia dzisiejszego, politycznej rywalizacji, incydentów. Telewizje, radia turlają się i będą się turlać. Zawsze władza chce nimi i poprzez nie rządzić, by pozyskiwać wyborców. To oczywiście błąd. Ludzie dostrzegają prawdy życia i prawdy mediów. Trzeba zaryzykować i uwierzyć, że społeczeństwo już dorosło i nie jest głupie. Decydentów mamy wielu, zbyt wielu. Bezpośredniej agitacji też jest za dużo. Oczywiście powinniśmy słuchać tych, których wybraliśmy demokratycznie. Oczywiście do czasu, bo jeśli się nie sprawdzają, mamy następne wyborcze terminy. Ważne by wybierać nie „swoich”, ale najlepszych.

Mariusz Walter chorował od dłuższego czasu. Na to się nie poradzi. Może amerykańska telewizja w Polsce byłaby lepsza, uczciwsza, gdyby był zdrowy, nadal żył i nią kierował. Może. Teraz można i należy już tylko wyrazić szacunek i podziękować za to, co długoletnim trudem codziennym zrobił. Wściekłość i domysły zostawmy ludziom lubiącym działać zazdrośnie i niesprawiedliwie.

To była długa droga – ze Lwowa, przez Kraków i Gliwice do Warszawy. Ludzie wierzący, gdy spotkają kiedyś zamordowanego w Kijowie ojca pana Mariusza niech zapytają, czy jest dumny z syna. Myślę, że tak. A to przecież najważniejsza nagroda.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nie tylko Kukliński

Zdzisław Rurarz, dyplomata, ekonomista, wykładowca SGPiS, autor książek, ambasador PRL w Japonii. I Romuald Spasowski, ambasador PRL w Argentynie, Indiach i dwukrotnie w Stanach Zjednoczonych. Obaj na wieść o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego poprosili o azyl polityczny. Obaj zmarli w amerykańskim stanie Wirginia.

Zdzisław Rurarz (ur. 24 lutego 1930 w Pionkach), magisterium uzyskał w Szkole Głównej Służby Zagranicznej, a doktorat w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (w obu przypadkach kończył Wydział Handlu Zagranicznego). Tytuł jego pracy doktorskiej brzmiał: „Rola zewnętrznych źródeł finansowania rozwoju gospodarczego krajów słabo rozwiniętych”, a habilitacji: „Ekspansja kapitału USA”.

                                                                  Komu Pan służy?

W 1945 r. wstąpił do Związku Walki Młodych, w 1946 r. do Polskiej Partii Robotniczej. W 1954 r. został członkiem Komitetu ds. Nauki przy Biurze Politycznym KC PZPR. Od 1956 r. pracował w Ministerstwie Handlu Zagranicznego – najpierw jako naczelnik Wydziału Amerykańskiego, później naczelnik Wydziału Północnoamerykańskiego, ostatecznie doradca ministra. W latach 1962-1966 attaché handlowy przy Biurze Radcy Ekonomicznego Ambasady w Waszyngtonie, a w latach 1969-1971 reprezentował PRL przy Biurze ONZ w Genewie. Od września 1971 do grudnia 1972 był członkiem zespołu doradców ekonomicznych Edwarda Gierka. W latach 1976 – 1981 szefował Zespołowi Doradców Ekonomicznych Ministra Spraw Zagranicznych.
6 lutego 1981 r. Rurarz został nominowany ambasadorem PRL w Japonii, akredytowanym także na Filipinach. Po ogłoszeniu stanu wojennego, 23 grudnia 1981 r. schronił się w ambasadzie USA w Tokio prosząc o azyl polityczny. Kiedy informacje o jego ucieczce dotarły do Polski, został przewieziony wraz z rodziną do USA, gdzie mieszkał do końca życia.

W liście otwartym do Wojciecha Jaruzelskiego pozostawionym w Tokio napisał: „Panie Generale, wydając rozkaz użycia Wojska Polskiego przeciwko polskiemu narodowi, zapewnił Pan sobie miejsce w naszej krwawej historii jako oprawca tegoż narodu. […] Czyżby Pan, Generale, był tak naiwny, że nie zdaje sobie sprawy z faktu, komu Pan służy?”.

Człowiek niezłomnych zasad

Z powodu ucieczki Rurarza do USA PRL-czycy odebrali mu obywatelstwo, skonfiskowali majątek i… skazali (zaocznie) na karę śmierci „za zdradę ojczyzny”. W USA wystąpił przed komisją Kongresu, potępiając politykę Jaruzelskiego, a wprowadzenie stanu wojennego określił „wypowiedzeniem wojny narodowi przez rząd”. Wzywał polityków amerykańskich do wprowadzenia sankcji ekonomicznych wobec PRL-u.

Po 1989 r. sądy III RP zamieniły Rurarzowi karę śmierci na 25 lat pozbawienia wolności, a potem skasowały wyrok, nie postanawiając jednak o zwrocie majątku. Dyplomata – uciekinier z nieufnością podchodził do przemian w Polsce, dlatego nigdy nie wrócił do Ojczyzny obawiając się o życie. Również po śmierci uhonorowały go nie władze polskie, ale amerykańskie.

Ambasador USA w Polsce Victor Ashe stwierdził: „Ambasador Rurarz był człowiekiem niezłomnych zasad, który w czasie trudnym dla Polski podjął niełatwą decyzję, by twardo bronić swoich przekonań, i zostanie zapamiętany dzięki swojej odwadze”. Zdzisław Rurarz ostatnie lata życia spędził w Reston w Wirginii, gdzie zmarł 21 stycznia 2007 r.

                                           Nie mogę reprezentować

Romuald Spasowski (ur. 20 sierpnia 1921 w Warszawie) był synem marksistowskiego filozofa Władysława, który wpoił mu poglądy komunistyczne. Zapewne dlatego młody Romuald wstąpił w czasie II wojny światowej do Polskiej Partii Robotniczej.

Po zakończeniu wojny i zaliczeniu sowieckich kursów, został współpracownikiem komunistycznego kontrwywiadu wojskowego (bezpieka wojskowa), oddelegowanym m. in. na stanowisko szefa Polskiej Misji Wojskowej ds. Zbadania Niemieckich Zbrodni Wojennych. W ramach funkcji dyplomatycznych, prócz pracy w warszawskiej centrali MSZ, od 1947 r. Spasowski pracował w Düsseldorfie, Londynie i Buenos Aires. W latach 1955–1961 był ambasadorem w Waszyngtonie, potem w Indiach, akredytowanym w Nepalu, Singapurze i Cejlonie.
1 grudnia 1977 r. został po raz drugi ambasadorem w Waszyngtonie. W grudniu 1980 r. odbył z żoną tajną podróż do Watykanu, gdzie spotkał się z papieżem Janem Pawłem II. Spasowski wskazywał później, że wizyta ta miała decydujący wpływ na jego dalsze życie. Spasowski ochrzcił się w 1985 r.

21 grudnia 1981 r. poprosił o azyl polityczny. „Nie mogę dalej reprezentować władzy odpowiedzialnej za akty brutalności i przemocy. Zwróciłem się do rządu Stanów Zjednoczonych o ochronę i udzielenie azylu politycznego mnie i mojej rodzinie” – takie oświadczenie złożył 22 grudnia 1981 w Departamencie Stanu USA.

                                                         Parasol Reagana

O decyzji przesądziły informacje o zabiciu 9 górników w kopalni „Wujek”.
– W Polsce panuje junta wojskowa, która wypowiedziała wojnę polskiemu narodowi, która bezceremonialnie i kierując się rozkazami z zewnątrz działa przeciwko narodowi – mówił w wywiadzie z Janem Nowakiem-Jeziorańskim na antenie Radia Wolna Europa. – Jestem absolutnie przekonany, że Jaruzelski odgrywa w tej tragedii narodu polskiego jak najbardziej negatywną rolę.
Prośbę o azyl przyjął prezydent Ronald Reagan, przyjmując Spasowskiego i jego żonę w Białym Domu. Kiedy były ambasador opuszczał budynek w strugach deszczu, Reagan niósł nad głową państwa Spasowskich parasol.

Romuald Spasowski przekazał Amerykanom wiele informacji dotyczących polskiej ambasady w USA, m.in. o zabezpieczeniach i szyfrowaniu informacji. Był również sporadycznie wykorzystywany w charakterze eksperta w sprawach polskich. Utrzymywał się z wykładów.

W odpowiedzi komuniści skazali go zaocznie na karę śmierci za zdradę. 4 października 1982 r. taki wyrok wydała Izba Wojskowa Sądu Najwyższego, pozbawiając go również praw publicznych na zawsze oraz przepadek mienia. 30 października 1985 r. Rada Państwa odebrała mu także obywatelstwo polskie.
Romuald Spasowski został uniewinniony w 1990 r., a trzy lata później przywrócono mu polskie obywatelstwo. Do Polski nigdy nie przyjechał obawiając się o życie. Utrzymywał się z prowadzenia wykładów. Zmarł 11 sierpnia 1995 r. w Oakton w stanie Wirginia.

– Zawiniłem dużo wobec narodu polskiego przyłączając się do komunistów, tak święcie uważam – mówił w wywiadzie dla Jacka Kalabińskiego, amerykańskiego korespondenta RWE.

WALTER ALTERMANN: Zasługa czy kara – dzikie wibracje językowe

Mam spore zasługi w tropieniu kolejnych dziwactw językowych w wykonaniu naszych dziennikarzy i zwykłego ludu.

Szczerze mówiąc śledzenie i próby naprawy tego, co się wyprawia w mediach i codziennym życiu jest dożywotnią fuchą. Ale też niesie ona dla mnie trudny obowiązek, graniczący z cierpieniem, wsłuchiwania się w te wszystkie okropności.

Wizyty, wizytowania, rewizyty

W TVN 24, w dniu 9 grudnia 2022, można było usłyszeć, że żona prezydenta Ukrainy Olena Zełeńska „wizytowała angielskiego króla”.

I mamy klops. Bo wizytować to może generał podległy mu pułk wojska. Ale już, gdyby pan prezydent Duda odwiedził jakąś uczelnię, która nie jest wojskowa, to tam „złożyłby wizytę”.

Możemy iść do znajomych z wizytą, później oczekując ich rewizyty – choć ten przykład akurat jest ciut nadęty, bo o wizytach i rewizytach mówimy tylko w dyplomacji. A Kowalscy z Malinowskimi po prostu spotykają się, bywają u siebie na obiadach i kolacjach.

Czyli, poprawnie byłoby powiedzieć, że pani Zełeńska złożyła wizytę królowi albo została przyjęta przez króla.

Naprawdę, czym prościej, tym lepiej.

 Na Berdyczów

„Chciał wysłać przeciwnika na Berdyczów” – mówi sprawozdawca z Mundialu. Chodziło mu o to, że jakiś zawodnik udawał, że jest sfaulowany, żeby przeciwnik dostał czerwoną kartkę i opuścił boisko. Ale skąd sprawozdawca wziął zwrot „wysłać kogoś na Berdyczów”?

U Słowackiego, w poemacie „Beniowski” znajdziemy zwrot „pisz na Berdyczów”, który pada w momencie, gdy Beniowski ucieka z rosyjskiej niewoli i we własnym mniemaniu nie będzie już dla nikogo osiągalny. U Słowackiego pisanie na Berdyczów jest czynnością bez sensu.

Obecnie niektórzy badacze języka twierdzą, że poczta w Berdyczowie działała świetnie, i że wysłane na jej adres listy spokojnie czekały na kupców. Bowiem Berdyczów był znany z dużych targów, na które zjeżdżali z całej Rzeczpospolitej poważni handlowcy. A poczta w Berdyczowie była ich pewną skrzynką kontaktową.

Nie bardzo badaczom ufam, wolę już wierzyć Słowackiemu. Co jednak nic nie zmienia w bezsensie użycia zwrotu o „wysłaniu kogoś na Berdyczów” przez pana sprawozdawcę.

Zasłużył sobie na czerwoną kartkę

Ten zwrot używany był najpierw ironicznie, żartobliwie, potem stał się już niemal powiedzeniem codziennym w piłkarskim świecie. I stracił ten zwrot całą swoją złośliwość.

Zasługa bowiem jest w naszym języku czymś dobrym, godnym uznania. Słownik podpowiada, że zasłużony, to godny docenienia, wartościowy rezultat czyjegoś działania. Ergo – zasłużyć sobie można na dyplom, krzyż, order.

Gdyby sprawozdawca powiedział, że zawodnik doczekał się żółtej kartki byłoby normalnie. Ale gdzie tu jakakolwiek zasługa w kopaniu przeciwnika?

Co trenduje na Tik Toku?

Z czasownikami odrzeczownikowymi zawsze był kłopot. I tak też jest z krążącym obecnie w sieci zwrotem, że coś „trenduje” na Tik Toku. Chociaż rozumiem ludzi, którzy od „trendu” łatwo przechodzą do „trendowania”. Trend to kierunek, głównie w modzie, ale i w zachowaniach. Najpierw musieliśmy przyswoić polszczyźnie, że coś jest „trendy”, czyli cieszy się zainteresowaniem, uznaniem. Jakoś ta operacja przeszła bezboleśnie. Teraz jednak komuś nie chciało się napisać, że na Tik Toku coś tam jest modne, cieszy się dużym zainteresowaniem, uznaniem. W sumie „trendowanie” jest zrozumiałe, choć głupie i dziwaczne. No, ale to jak tam już komu wola…

Estymacja

Zwykła ulotka dostarczyciela żywności, jaką można znaleźć w swojej skrzynce pocztowej. Ale treść nie jest zwykła. Oto jakaś firma poleca swe usługi, anonsując się jednak zaskakująco, bo oto w ulotce znajdujemy wydrukowany taki tekścik:

„Firma… estymuje czas dostarczenia obiadu w ciągu, co najwyżej 20-stu minut.”   

Sięgam do słowników i znajduję taką definicję estymacji: „Estymacja (łac. Aetimatio czyli oszacowanie) to dział wnioskowania statystycznego, będący zbiorem metod pozwalających na uogólnianie wyników badania próby losowej na nieznaną postać i parametry rozkładu zmiennej losowej całej populacji oraz szacowanie błędów wynikających z tego uogólnienia. Wyrażenie nieznana postać jest kluczem do odróżnienia estymacji od drugiego działu wnioskowania statystycznego, jakim jest weryfikacja hipotez statystycznych, w którym najpierw stawiamy przypuszczenia na temat rozkładu, a następnie sprawdzamy ich poprawność. W zależności od szukanej cechy rozkładu można podzielić metody estymacji na dwie grupy: 1. Estymacja parametryczna – metody znajdowania nieznanych wartości parametrów rozkładu; 2. Estymacja nieparametryczna – metody znajdowania postaci rozkładu populacji. W praktyce estymacja nieparametryczna jest zastępowana prostszymi metodami bazującymi na weryfikacji hipotez statystycznych.

Zrobiło mi się bardzo przykro, bo dotarło do mnie, że oto jakiś dobrze wykształcony statystyk, który przez lata badał niezwykle ważne dla nas dziedziny, takie jak: obronność, migracje wewnętrzne, poziom życia, wielkość i małość produkcji narodowej… nagle zostaje zwolniony z pracy. I w rozpaczy ima się gotowania pierogów, smażenia schabowych, siekania kapusty na surówki… oraz dostarczania takiego jedzenia leniwej ludności, której nie chce się gotować, smażyć i piec.

Ileż wielkiej człowieczej rozpaczy niesie z sobą ta ulotka, ileż w niej ukrytych klęsk i zawodów. Na taką tragedię człowieka trzeba by pióra Dostojewskiego.

Złamali carski kod

WP Wiadomości z 25 listopada 2022, przynoszą taki tekst: „Złamali carski kod. Tego obawiał się Karol V. Rozszyfrowano list z 1447 roku, który ujawnił obawy hiszpańskiego króla przed zamachem na jego życie. Zamachu mógł dokonać król Francji Franciszek.”

Wiadomość nie jest najbardziej poruszająca, choć pod jednym względem wymaga zastanowienia, zrozumienia i potępienia.

Otóż – Karol V był cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, w skrócie Świętego Cesarstwa Rzymskiego, będąc jednocześnie królem Hiszpanii. Ale w żadnym razie nie był nigdy, w żadnej części swej władzy, carem!

Na Zachodzie Europy byli cesarze, a w Rosji carowie. Niby to samo, ale jednak zupełnie co innego! Jak ktoś piszący, redagujący taką informację może tego nie wiedzieć? I skąd redakcja bierze takich ludzi? Spośród ruskich agentów?

Swoją drogą, gdyby redakcja WP poszukiwałaby kiedyś człowieka odpowiedzialnego za dział naukowy, ze szczególnym uwzględnieniem atomistyki, fizyki kwantowej i innych taki trudnych dziedzin – to ja bym reflektował. Nie mam co prawda bladego pojęcia o fizyce, ale skoro redaktor piszący o historii tak gracko myli carów z cesarzami, to i ja jakoś bym w WP egzystował.

A carowie wzięli się stąd, że po zdobyciu Konstantynopola przez Turków, władcy Rosji uznali, że to oni są spadkobiercami upadłego wschodniego cesarstwa. Czyli są właśnie carami.

Pierwszym carem był Iwan IV Groźny z dynastii Rurykowiczów. Od 4 grudnia 1533 wielki książę moskiewski, car Wszechrusi w latach 1547–1584. Był pierwszym władcą Rosji, który koronował się na cara 16 stycznia 1547. Tytuł ten nie był uznawany w Rzeczypospolitej.

I tak to nasz język wibruje niczym komórka –  hałas i drgania spore, ale sensu niewiele.

 

Konsekwencje stanu wojennego trwają do dziś – felieton JOLANTY HAJDASZ

Najsmutniejsze jest to, że autorzy stanu wojennego nigdy nie odpowiedzieli za swoje zbrodnie, dożyli spokojnej starości mając wysokie emerytury i kpiąc sobie z wymiaru sprawiedliwości.

Kilka dni temu obchodziliśmy 41.rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, wydarzenia ogromnie ważnego w najnowszej historii naszej Ojczyzny. Bez zrozumienia czym ono tak naprawdę było, bez znalezienia opartych na prawdzie odpowiedzi na pytanie kto i po co go wprowadził i jakie były tego konsekwencje, nie da się poznać źródeł naszych dzisiejszych konfliktów politycznych i społecznych. W prosty i rzetelny sposób opisują to niektórzy uczestnicy wydarzeń z lat 80-tych, należą do nich m.in. Andrzej Gwiazda, Krzysztof Wyszkowski, czy Antoni Macierewicz. Ze względu na zasługi i zaangażowanie w działalność opozycyjną w latach komunizmu oraz wiedzę, jaką w związku z tym mają, ich zdania nie wolno pomijać, ani ignorować.

Solidarność spodziewała się wprowadzenia stanu wojennego, nazywano go wówczas stanem wyjątkowym, przygotowania do niego były widoczne dla fachowców, ale spodziewano się, że wprowadzony on będzie bliżej świąt Bożego Narodzenia, wtedy gdy trudniej zorganizować strajki protestacyjne, bo wszyscy pracujący mają co najmniej 3 dni wolne od pracy. Wyszkolony agent służb wojskowych generał Wojciech Jaruzelski wprowadził go jednak wcześniej, by wykorzystać w pełni element zaskoczenia. W świadomości znacznej części społeczeństwa wciąż pokutuje stereotyp, jakoby Jaruzelski zdecydował się na ten bolesny dla ludności krok w celu zapobieżenia inwazji sowieckiej w Polsce, jednak nawet dokumenty sowieckie przeczą tej tezie. Propagandowo powtarzany stereotyp o konieczności wprowadzenia stanu wojennego dla naszego wewnętrznego bezpieczeństwa był i jest bardzo mocno utrwalony, dopiero w ubiegłym roku, 40 lat po wprowadzeniu stanu wojennego, badania socjologiczne wykazały, iż więcej jest osób uznających, że wprowadzenie stanu wojennego było nieuzasadnione i błędne niż uważających, że w ówczesnej sytuacji politycznej było to posunięcie słuszne, ale to nadal nie jest nawet połowa społeczeństwa.

Gdy mówimy o stanie wojennym nie można zapominać o tym, że na czele dziesięciomilionowej „Solidarności” stał noszony na rękach agent bezpieki z Matką Boską Częstochowską w klapie marynarki, a jak potwierdzają historycy, w  szeregach związku działało co najmniej 200 tys. agentów bezpieki. Nie umniejsza to zasług wielu działaczy Solidarności, z oddaniem walczących o ideały wolności, niezależności i godnego życia dla każdego. Ich bohaterstwo upamiętnia dziś Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych  PRL znajdujące się w miejscu  najcięższego więzienia politycznego dla Polaków – przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Tam w stanie wojennym odbywało kary więzienia wielu działaczy „Solidarności”, wielu z nich oddało życie w walce z komunistycznym państwem. Ich nazwiska wymienione są na tablicy przed Murem Pamięci w Muzeum na Rakowieckiej, to w tym miejscu wieńce i wiązanki kwiatów w rocznicę stanu wojennego składają dziś oficjalne delegacje najwyższych władz państwowych oraz organizacji społecznych. Tablica, która zawiera portrety i nazwiska 56 śmiertelnych ofiar komunistycznych represji z lat 1981-89 to symbol osób zamordowanych przez władze komunistyczne w czasie stanu wojennego oraz w latach późniejszych. Wyprowadzenie wojska i policji przeciwko ludziom na ulice było przecież zbrodnią na całym narodzie, Solidarność przecież nie walczyła zbrojnie, jej narzędziem walki był strajk, a raczej groźba strajku, bo to strajk zawsze był nazywany bronią ostateczną. Rzesze szeregowych członków Solidarności wygrały z całą pewnością moralnie, ale dziś trudno nie zgodzić się z Andrzejem Gwiazdą, który twierdzi, iż mówienie o tym, że to „Solidarność” obaliła komunizm jest cytuję – wręcz śmieszne w sensie faktów.

Dla Andrzeja Gwiazdy stan wojenny to było przygotowanie do układu Okrągłego Stołu, a nawet do drastycznej późniejszej operacji przejęcia czy likwidacji polskiej gospodarki, jaką był plan Balcerowicza. Porozumienia Okrągłego Stołu były bezwarunkową kapitulacją strony utożsamianej z Solidarnością, ale nazywanie jej nazwą związku jest nadużyciem była to przecież drużyny Lecha Wałęsy, a nie wybrana przez reprezentatywne gremium „drużyna solidarnościowa”. W obradach Okrągłego Stołu brało udział tylko 4 członków stuosobowej Komisji Krajowej „Solidarności”, a o co najmniej o dwóch wiadomo, że współpracowali z bezpieką.

Potwierdza to także Krzysztof Wyszkowski, wg którego, gdyby Solidarność wtedy została uznana za partnera, transformacja ustrojowa przebiegałaby zupełnie inaczej i nie stracilibyśmy tego prawie dziesięciolecia, w którym rozstrzygały się wszystkie najważniejsze decyzje gospodarcze i polityczne. Konsekwencją narzuconego społeczeństwu układu Okrągłego Stołu była chaotyczna i radykalna prywatyzacja polskiej gospodarki, przeprowadzana niby w imię ratowania upadających miejsc pracy, a przecież one „nie upadały” tylko były likwidowane poprzez drakońskie, nierealne do realizacji zasady działania jak system podatkowy, zamrożenie płac i brak dostępu do funduszy na inwestycje, podczas gdy kapitał zagraniczny dysponował nim w sposób prawie nieograniczony. Państwo zostało uśpione i nie przeszkadzało w tej prywatyzacji, nie było np. systemu pobierania opłat celnych, a walczące o przetrwanie zakłady pracy nie miały żadnego wsparcia w państwie, którego majątkiem były. Przygotowaniem tej operacji przejęcia państwa od komunistów był właśnie stan wojenny, który miał przerazić społeczeństwo na tyle, by nie było w stanie potem bronić swoich najżywotniejszych interesów politycznych, społecznych i gospodarczych. I tak się stało – porozumienia Okrągłego Stołu zawierane były przecież przy biernej postawie społeczeństwa umęczonego kłopotami dnia codziennego i przez to bardzo nieufnego do działań kogokolwiek, w tym działań „Solidarności”.

Antoni Macierewicz przypomina zawsze, że negatywne konsekwencje stanu wojennego trwają do dziś. Te konsekwencje to przede wszystkim stworzenie i umocowanie się dominującej ciągle jeszcze w Polsce formacji agenturalnej, zwłaszcza w mediach prywatnych oraz gospodarce i finansach. Zmiana tego stanu rzeczy jest najtrudniejsza, widać to we wszystkich tych dziedzinach życia publicznego. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że autorzy stanu wojennego nigdy nie odpowiedzieli za swoje zbrodnie, dożyli spokojnej starości mając wysokie emerytury i kpiąc sobie z wymiaru sprawiedliwości. Przed sądami w Polsce toczyły się przecież procesy przypominjące komedie filmowe i farsy teatralne, Jaruzelski, Kiszczak, czy Urban nigdy nawet na chwilę nie trafili do więzienia, a winni śmierci chociażby tych 56 zamordowanych z całą pewnością ofiar stanu wojennego nie są znani z imienia i nazwiska. I co równie istotne – sędziowie z lat stanu wojennego wciąż orzekają w polskich sądach, mimo tego iż ówczesne sądy były jednym z ogniw represji i potrafiły kogoś skazać na półtora roku więzienia za przepisanie ulotki na maszynie czy uniewinnić zomowców, którzy śmiertelnie pobili ucznia za to że miał opornik w klapie marynarki. I jak mówi Krzysztof Wyszkowski, na czele tego frontu obrony sprawców, zbrodniarzy, morderców i zdrajców stali bohaterowie Solidarności tacy ludzie, jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, czy Bronisław Geremek. Wszyscy ci ludzie bronili postkomunistów jak niepodległości.

Dziś – o dziwo – w tej roli występuje Komisja Europejska, która nakłada kary na Polskę za to, że chce naprawy wymiaru sprawiedliwości i naprawy tamtego systemu bezprawia. Musimy to dostrzegać, by po raz kolejny nie dać się nabrać na gładkie słowa i puste, nic nieznaczące hasła, za którymi stoi zupełnie realna chęć spacyfikowania naszej gospodarki i naszego narodu i kraju.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Co oni tam znowu podpisali?

 Czasem myślę, że pieniądze z KPO to chyba najgłupszy kredyt na świecie. Choć z punktu widzenia „banku” sprytnie pomyślany. Jakby większość umowy była napisana małym druczkiem, a spora część reszty atramentem sympatycznym.

Kredytobiorcy sami go sobie finansują (w sierpniu media donosiły, że Polska już spłaca odsetki od pieniędzy z KPO w ramach swoich składek do budżetu UE), a nie to nawet, że pieniądze mogą wydać tylko na cele ważne dla Brukseli (większość tych celów to kompletnie nam zbędne w kryzysie zielone dyrdymały, ale i tak, jeden Premier wie po co, je finansujemy bez gwarancji zwrotu pieniędzy, które już spłacamy), jak się okazuje pieniędzy mogą nawet pod byle pretekstem, nie powąchać. O bardzo niebezpiecznych dla suwerenności państw narodowych europodatkach i uwspólnotowieniu długu, nawet nie wspomnę.

„Sukces”

No ale znowu jesteśmy blisko „sukcesu”. Nagłówki mediów informują o tym, że „kompromis jest blisko”. Fakt, skoro już ten kredyt spłacamy i już ponieśliśmy jego koszty strategiczne, to może i jakimś „sukcesem”, że „cnotę straciliśmy, ale na rubelka jest szansa”. Pytanie, jakim znów kosztem?

No niby mamy zrealizować te nieszczęsne „kamienie milowe”. Przypominam, że jest w nich zapisane podniesienie wieku emerytalnego, opodatkowanie samochodów spalinowych, czy wręcz poniżający postulat zmiany regulaminu Sejmu. Innym warunkiem jest ponowna zmiana systemu dyscyplinowania sędziów poprzez przeniesienie go do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Siarczysty policzek został już wymierzony odważnym sędziom, którzy zechcieli zasiadać w Izbie Dyscyplinarnej SN, teraz jeszcze policzek dla tych, którzy odważyli się wejść w skład Izby Odpowiedzialności Zawodowej. A jeśli w środowisku sędziowskim jest jeszcze ktoś kto nie identyfikuje się z patologią „nadzwyczajnej kasty” ten oberwie, według nieoficjalnych doniesień medialnych, przy okazji zgody na kwestionowanie statusu sędziego. Pasmo skandalicznych wyroków z ostatnich tygodni wydawało Wam się wyjątkowym kuriozum? To zapnijcie pasy, bo zrewoltowana „nadzwyczajna kasta” dopiero się rozkręca.

Wybaczcie

Wiem, że wielu z moich czytelników nie spodoba się to co piszę. Oczywiście przebierająca nóżkami alternatywa dla tego rządu równa się rezygnacji Polski z pozycji, którą ta ma szansę osiągnąć dzięki nowej geopolitycznej układance i zaprzęgnięciu jej na nowo do niemieckiego powozu. Ale ileś „sukcesów” Mateusza Morawieckiego w polityce europejskiej pogorszyło naszą pozycję negocjacyjną. Rezygnacja z weta i akceptacja „mechanizmu warunkującego”, przed którym miał nas zabezpieczać zapis o tym, że dotyczy kwestii budżetowych, oraz enigmatyczne „gentlemen’s agreement” (a nawet w jakimś sensie te nieszczęsne bilbordy na przyczepach o miliardach euro), nałożyła nam wędzidło. A pieniędzy nie było. Akceptacja kuriozalnych „kamieni milowych” dała podstawę prawną do pozatraktatowych szantaży Brukseli, takich jak te dotyczące pozostających poza jej jurysdykcją kwestii systemu sprawiedliwości. A pieniędzy nie było. Teraz będą? Nikt się nie rwie do odpowiedzi.

Wybaczcie więc, że nie skaczę radośnie na dźwięk słowa „sukces”, a raczej zastanawiam się „co oni tam znowu podpisali”?