WALTER ALTERMANN: O takich, co chcieliby zastąpić polski angielskim

Ostatnio jakiś publicysta pisał w internecie, że przeciwko powszechnemu już w kraju naszym zastępowaniu języka polskiego przez angielski występują ci, którzy angielskiego nie znają. Bardzo interesujący przykład nowoczesności na siłę i ogromnego szacunku dla własnej tożsamości.

I co ja na to? Mam dla tego pana cytat z „Zemsty” Aleksandra Fredry. Oto dialog Papkina z Rejentem:

Rejent

Mówże waszmość, trochę ciszéj,

Jego sługa dobrze słyszy.

Papkin

Mówię zawsze podług woli.

Rejent

Ależ bo mnie głowa boli.

Papkin (jeszcze głośniej)

Że tam komu w uszach strzyka

Albo że tam czyj łeb chory,

Przez to nigdy w pieśń słowika

Nie odmienią głos stentory.

Jestem za powszechną i dobrą znajomością w Polsce języków obcych. Pod warunkiem wszakże, że znajomość rodzimego języka, tradycji, kultury pozwoli się naszym dziennikarzom i politykom wysławiać się po polsku chociaż na 3+.

W Polsce angielszczyzna pokonuje także francuski

TVP Info, 16 12 2022 r. Dziennikarz przedstawia sprawę, która miała miejsce: „w znanej francuskiej miejscowości Lajon”.

Nie wiem komu co tam jest znane, ale zdaje się, że dziennikarzowi chodziło o Lyon. W istocie miasto starożytne, którego nazwa w języku polskim brzmi – Lion, lub Lią. I naprawdę nie bardzo mnie wciąga, że tekst ten przetłumaczył ktoś z angielskiego. Bardzo mnie natomiast zasmuca, że ten co tłumaczył i ten co mówił, nie słyszeli dotychczas o Lyonie. Lyon nie jest małą prowincjonalną mieściną.

Ku nauce tych dziennikarzy zacytuję tu encyklopedię: Lyon (rzymskie Lugdunum) – miasto w środkowo-wschodniej Francji, kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Alp. Jest trzecim co do wielkości miastem w kraju (po Paryżu i Marsylii). Miasto liczy 1 685 494 mieszkańców.

Lud trzyma się dzielnie na bojsku

Dziennikarz mówi, że o sprawie poinformowały „tablojdy”. To tak jakby mówił, że zawodnicy grają na „bojsku”. Bojsko mówiło w latach mej młodości wielu ludzi, raczej niewykształconych. Ale dzisiaj, kiedy matura jest już prawie obowiązkowa dla wszystkich? Taka ludowa wymowa chyba nie uchodzi?

Edycje procesów

TVN 24, 23.12.2022 r. Pobudzona do granic emfazy dziennikarka sprzed sądu w Białymstoku informuje, że jakiś proces ma już „drugą edycję”. I powtarza ten zwrot jeszcze dwa razy. Rzecz w tym, że opisywana przez dziennikarkę kryminalna sprawa po raz drugi trafiła do sądu. Unieważniony został pierwszy wyrok sprzed wielu lat i sąd wobec nowych okoliczności jeszcze raz sprawą się zajął. Zdarzają się i takie sprawy. Rzecz jednak w tym, że dziennikarce przyszło do głowy, żeby określić ten stan rzeczy jako „drugą edycję” sprawy.

Póki co edycja to: 1. ogłoszenie dzieła drukiem, wydanie płyty, kasety itp.; 2. jednorazowy nakład dzieła, jednorazowe wydanie płyty, kasety itp.; 3. przygotowanie tekstu do druku; 4. jedna z cyklu regularnie odbywających się imprez.

Ten ostatni przykład jest jednak mocno naciągany i świadczy jedynie, że rynek rozrywki pragnie nadać sobie powagi. W sumie jednak nikt – poza cytowaną dziennikarką – nie nazywał jeszcze powtórnego procesu „drugą edycją”.

Znam jeszcze takie pojęcia jak: editio expurgata, editio ad usum delphini… Może jednak niepotrzebnie o tych dwóch przypadkach napisałem, bo obawiam się, że za chwilę jakiś dziennikarz powie, że wyrzucenie z boiska jakiegoś piłkarza z boiska za faul, po raz drugi w bieżącym miesiącu, to drugie editio expurgata.

Zaopiekowana pani poseł

Pojęcie „zaopiekowany” jest rodem z nauk medycznych. Medycyna jest stara jak świat i wolno jej mieć na własny użytek słówka klucze. Tym bardziej, że medycyna się rozwija – przynajmniej na własny użytek – i jakoś musi się szybko sama z sobą komunikować.

Ale szlag może trafić, gdy słyszę po zasłabnięciu jednej z pań posłanek, że: „Pani poseł jest już zaopiekowana”. A nie mógł ten inny ważny poseł powiedzieć – „Pani poseł jest już pod opieką lekarzy?” Co prawda ów poseł ma jakieś wytłumaczenie swego żargonu, bo też jest lekarzem.

Poza tym w zwrocie „jest zaopiekowana” pani poseł staje się przedmiotem sytuacji, tak jak zgubiona walizka, którą się ktoś zaopiekował. A przecież pani poseł jest jednak podmiotem sprawy, zatem taktowniej byłoby jednak stwierdzić, że panią poseł już się zaopiekowali lekarze. Niby drobiazg, ale czyż nie świadczy o odhumanizowaniu naszej medycyny i uprzedmiotowieniu pacjenta?

Jeszcze trochę dziwactw z Mundialu

Odnieśli porażkę – mówi sprawozdawca. Nie wie, że odnieść można zwycięstwo, a ponieść porażkę. Te dwa tak różne zwroty wiążą się z antykiem, gdy Grecy wysyłani w bój mieli wracać z tarczą. albo na tarczy. Z tarczą wracali zawsze zwycięzcy, a na tarczy chwalebnie polegli, odnoszeni przez współbraci z pola bitwy.

Na Mundialu, za przyczyną naszych sprawozdawców, pojawiały się też takie kłopoty językowe jak problem ze zwycięstwem. Nasi ludzie w Katarze nie bardzo wiedzieli, że „zwyciężyć” można w danym meczu, można też „zwyciężyć” przeciwnika. Ale nie można „zwyciężyć nad przeciwnikiem”.

Poza tym, nie wiem, dlaczego nasi sprawozdawcy unikają jak ognia tak prostych pojęć jak: mecz, gra, walka, przegrana, wygrana, podał piłkę, kopnął, zatrzymał piłkę. Może wstydzą się tego co robią i chcieliby być doktorami wszechnauk? Jak mnie irytują te ich współczesne słówka: zaadresował piłkę, presował, tak to wygląda z naszej perspektywy, patrzenie przez pryzmat gości oraz progres. Oni naprawdę robią wszystko, żeby „abominować mi futbol”.

 

 

O łamaniu stereotypów pisze CEZARY KRYSZTOPA: Czkanie Babilonu

Nie, nie namawiam do zaufania wobec multimiliarderów. To się może źle skończyć. Nigdy nie wiadomo jakie rzeczywiste intencje nimi kierują, a niejeden kto by im zaufał, zimą by w sandałach chodził. I w sumie pewnie chodził.

Nie wiem również czy Elon Musk jest dobrym szefem Twittera. Ja przez miesiąc nie dostawałem kodów weryfikacyjnych do podwójnego logowania, co mi logowanie uniemożliwiało. To zjawisko zresztą miało o wiele szerszy zasięg. Czy wynikało ze złego zarządzania? Z sabotażu nienawidzących nowego szefa pracowników? A może pewien okres chaosu jest nieunikniony podczas tej zmiany i świadczy o tym, że jest to zmiana realna, a nie pudrowanie neomarksistowskiego cenzora? Nie wiem.

Nagonka

Jednak nagonka jaka rozpętała się wokół Elona Muska wygląda dziwnie znajomo, a jej zapiekły prymitywizm każe zadawać sobie pytania o to co jest jej rzeczywistą przyczyną. Ostatnio na przykład Dmitrij Miedwiediew napisał na Twitterze przydługi wątek – prognozę polityczną na 2023 rok. Śmieszną jak cała rosyjska propaganda. Odniósł się do tego Elon Musk – Epicki wątek – napisał, bo i w swoim absurdzie był epicki. W innym tweetcie zawarł już bardziej oczywistą szyderę. Ale to nie wystarczyło. Legion lewackich żywych trupów, już poniósł pociągając nogami monotonne zawodzenie „patrzcie jak Musk wspiera ruskich”. I bynajmniej nie chodzi tu o jakieś bezimienne trolle, były też i takie, ale na czele pochodu „walkig dead” szeroką ławą kuśtykał kwiat liberalno-lewicowego zachodniego dziennikarstwa.

Czy Elon Musk mógłby bardziej uważać zdając sobie sprawę z tego, że każdy pretekst zostanie wykorzystany, żeby mu przyłożyć? Pewnie mógłby, może ktoś powinien mu w tym zakresie doradzać, myślę, że go na to stać. Jednak jako żywy i dość impulsywny człowiek, którego memy na Twitterze sprawiają wrażenie jakby sam je robił w Paincie, najwyraźniej zakłada, że ciągle wolno mu to co każdemu Twitterowiczowi. W tym założyć, że nie musi dodawać specjalnej ikonki, żeby ktoś zrozumiał jego ironię.

Całe to wydarzenie ani nie jest najważniejsze, ani w ogóle w sprawie z Elonem Muskiem szczególnie istotne. Jest tylko jedną z ostatnich jego ilustracji. Wokół niego rozkręcił się już cały przemysł nienawiści z udziałem największych mediów i inżynierów społecznych. Ludzie, wydawałoby się rozsądni, powtarzają jak katarynki jakieś kompletne emocjonalne bzdury na jego temat. Całkiem jak to się wcześniej działo z Trumpem, czy Kaczyńskim.

Wiadomo, Zachód żyje w społeczeństwie kastowym. Na najniższym szczeblu drabiny społecznej znajdują się niedotykalni konserwatyści, którym można zrobić wszystko. Ale Elon Musk nie jest nawet jakimś szczególnym konserwatystą. Jego firma produkująca samochody elektryczne żyje sobie jak pączek w maśle w matrixie „progresywnych” guseł. Sam kiedyś wyjaśniał, że to nie on jest „alt right”, bo stoi tam, gdzie stał, tylko raczej spora część świata poszła sobie na lewo, gdzieś w krzaki. A jednak to, że poważył się na rzecz straszną, na uczynienie wyłomu w trzymającym światowy przepływ informacji i opinii w sieci za mordę, triumwiracie lewackich cenzorów, kupił Twitter i jeszcze zapowiedział wprowadzenie (co by to nie miało znaczyć) „wolności słowa”, wystarczyło, żeby sfora ruszyła. I dzisiaj Musk jest zwierzyną łowną.

Babilon szuka wrogów

Na pewno nie jest mu teraz łatwo. Na razie próba przebudowy struktury Twittera wywołała niemały bałagan i dała pretekst do czkającego z nadmiaru schadenfreude rechotu „wiodących mediów”. Sam wiem jak podobne (choć oczywiście w zupełnie innej skali) nagonki, potrafią przygiąć do ziemi. Notowania Tesli w ostatnich miesiącach również nie napawają szczególnym optymizmem.

A jednak, tak sobie myślę, że jeżeli to przetrwa i nie uda się go zatłuc, to lewacki Babilon może w jego osobie zyskać potężnego i mocno zmotywowanego wroga.

P.S. W odpowiedzi na mój felieton Twitter, najwyraźniej po to, żeby nadać mu nowych znaczeń, wyleciał w kosmos;)

JAN TESPISKI: O cenzurze i innych tropicielach wrogów ludu (21)

Czego by nie mówić komuna przywiązywała do teatru wielka wagę. Oczywiście niezupełnie bezinteresownie. Władza, czyli właściciel teatrów, liczyła na teatr ze względów propagandowych. Tak przynajmniej w 100 procentach było do 1956 roku. Po 1956 roku bywało o wiele swobodniej. I pojawiały się na naszych scenach sztuki wytykające zakłamanie władz.

W skrajnych przypadkach, gdy władza uznawała daną pozycję za wrogą, dochodziło do poważnych ingerencji cenzury a nawet do zdjęcia sztuk z repertuaru. Przy czym, żeby było jasne, władza nie lubiła zdejmować, bo był to oczywisty dowód, że nad teatrami nie panuje i nie wszyscy ludzie teatru myślą to samo i tak samo jak urzędnicy partyjni. No i robił się huczek, a nawet huk. Tu należy wspomnieć słynne: „Dziady” Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka. Ich zdjęcie z afisza i zakaz grania stało się początkiem studenckiej rebelii 1968 roku.

Ale bywało i tak, że władza nie dopuszczała do premiery, wtedy też był skandal, ale ponieważ sztuki publiczność nie wiedziała, to poza mitami narosłymi wokół sprawy, niewiele się działo. Niemniej każda zatrzymana premiera była kolejnym kamieniem u szyi władzy.

Paternoster Helmuta Kajzara

Bardzo często za premiery, do których władza nie dopuszczała, dawali głowę dyrektorzy teatrów. Tak było na przykład z Zygmuntem Hübnerem, ówczesnym dyrektorem Starego Teatru, którego usunięto ze stanowiska za premierę, której nie było. A chodziło o „Paternoster” Helmuta Kajzara, w reżyserii Jerzego Szajny.

Na czym polegała istota problemu. Otóż każdy dyrektor teatru przedstawiał władzom miejskim, jako właścicielom teatrów, repertuar na kolejny sezon. Następnie władze miejskie te zgłoszone do realizacji sztuki czytały lub nie. Te repertuarowe plany wędrowały też do Ministerstwa Kultury i Wydziału Kultury KC PZPR. Oczywiście władza nie były głupia i wiedziała, któremu z teatrów trzeba się przyglądać uważniej, jacy twórcy i którzy z dyrektorów mogli „wyciąć numer”. I w KC repertuar, sztuki zgłaszane przez „niebezpiecznych” czytano i analizowano. Dlaczego? Żeby uciąć sprawę w zarodku, żeby nie było kolejnego skandalu ze zdejmowaniem tytułu przed premierą.

I jeszcze jedno. To nie cenzura zdejmowała spektakle lub nie dopuszczała do premier. Owszem cenzorzy raportowali do władz, co się szykuje, ale decyzje o zatrzymaniu premiery zapadały w Wydziale Kultury KC PZPR. Tam podejmowano decyzje, a potem nakazywano władzom miejskim ich wykonanie.

Wracając do „Paternoster” Helmuta Kajzara. Z dzisiejszego punktu widzenia sztuka nie powinna być groźna dla władzy. To historia, rodem z Gombrowicza, o dorastaniu, o obciążeniach kompleksami wyniesionymi z domu, z kościoła oraz nabytymi „od ludzi” w czasie wędrówki ku dorosłości. Jednakże jest tam wątek Ojca bohatera, który będąc chłopem rośnie do najwyższych stanowisk, aż staje się cesarzem chińskim. Niby abstrakcyjna groteska, ale władza dostrzegła w niej bezwzględną krytykę systemu, w której tak wielu stawało się „z chłopa królami”. A – prawdopodobnie – najbardziej rozsierdziła władzę scena, w której na scenę wkracza trzech tajniaków, żeby aresztować Ojca-Cesarza. Przy tym toczą między sobą taki dialog:

Tajniak I – I co my teraz gospodarzu z wami zrobimy?

Tajniak II – Rozstrzelać za stodołą, tam, gdzie partyzantów.

„Paternoster” w teatrze studenckim

„Paternoster” miał jednak prapremierę w 1969 roku, w łódzkim studenckim Teatrze „Pstrąg”. Reżyserem był Jerzy Hutek, ówczesny student filologii polskiej. Ku zdziwieniu młodych ludzi na premierę zjechała niemal „cała stolica”, z profesor Marią Janion na czele. Drugie zdziwienie przeżyli młodzi artyści, gdy w czasie festiwalu teatrów studenckich w Lublinie, nagle, bez uprzedzenia na scenę wtargnęła ekipa telewizyjna i nagrała niemal cały spektakl.

Po latach okazało się, że to nie była ekipa telewizyjna. To władza chciała zobaczyć realizację dramatu, przez który miała tak wiele kłopotów. Widać, że przestała się bać tekstu Helmuta Kazjara, skoro pozwolono na premierę w teatrze zawodowym. Być może zgoda na wystawienie sztuki Kajzara przez studentów była balonem próbnym władz. Ale z zespołem Teatru „Pstrąg” nikt nigdy się w tej sprawie układał. Nadto teatry studenckie nie podlegały cenzurze.

Ale w niektórych przypadkach władza naciskała na Zrzeszenie Studentów Polskich jako właściciela teatrów, żeby do jakiejś premiery nie dopuścić. Tak było w kilku przypadkach w 1968 roku. I wtedy potulni działacze ZSP sami zdejmowali sztuki.

I tak prapremiera w teatrze zawodowym odbyła się w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, w 1970 roku, w reżyserii Jerzego Jarockiego. I był to wielki sukces.

Wielki spisek przeciw PRL

Bywały jednak z cenzurą przygody prawdziwie anegdotyczne. W 1975 roku, w warszawskim Teatrze Powszechnym wystawiono „Ptaki” Arystofanesa. W reżyserii Ryszarda Majora. Niestety cenzura usunęła niektóre partie dialogów, bo nazbyt oczywiście kojarzyły się z aktualną sytuacją w Polsce. Niemniej, na premierze i potem, aktorzy dawali publiczności do zrozumienia, że w danym miejscu coś było i… grali, ale bez słów. Publiczność była zachwycona.

Wtedy to Artur Sandauer, tłumacz tego utworu Arystofanesa, po premierze powiedział: „Jak to jest, że wszyscy pisarze świata, począwszy od Arystofanesa, a skończywszy na Giradoux sprzysięgli się pisać przeciw Polsce Ludowej?”

Wystraszony i przebiegły

W jednym z krakowskich teatrów, dwa tygodnie przed premierą dyrektor, który sam reżyserował sztukę – pomińmy już litościwie teatr, nazwisko dyrektora i tytuł sztuki – wbiegł spóźniony na próbę. Padły nieprzytomny w fotel, ciężko sapał, a po chwili powiedział.

– Mocno nas docisnęli, mnóstwo powycinali. Walczyłem, ale nie ustąpili nawet na jotę. Nie, z naszą cenzurą nawet nie ma rozmowy…

Tu dyrektor otworzył egzemplarz sztuki, mocno posiekany skrótami i aktorzy nanieśli je na swoje teksty. Problem tkwił jednak w tym, że wycięto puenty dowcipów… W graniu było to makabryczne, bo toczono dialog, ale żadnego finału rozmowy nie było. A ponieważ sztuka była współczesną polską komedią, więc po skrótach zamieniła się w abstrakcyjną tragedię.

Po tygodniu już cały Kraków mówił, że dyrektor sam skreślił co odważniejsze dowcipy. Owszem, był w Urzędzie Kontroli Prasy i Widowisk…, ale w sprawie konsultacji. Cenzorzy oświadczyli jednak, że półki co nie mają żądnych zastrzeżeń, a sztukę odbiorą na próbach generalnych.

Tak to bywało, że działalność cenzury miała i taki skutek, że co bardziej „strachliwi” dyrektorzy teatrów sami z siebie zastępowali cenzurę… na wszelki wypadek. No i dla ratowania etatu.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina wybitnego polityka: Represjonowany przez Niemców i komunistów – Kazimierz Świtalski

Wielu z nas rozpoznaje przedwojenny obóz sanacyjny, a w nim tak ważną postać, jak Kazimierz Świtalski. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że ten premier II RP był w czasie wojny represjonowany przez Niemców, a po sowieckim „wyzwoleniu” – przez władze komunistyczne. W skutek represji w stalinowskich więzieniach zmarł przedwcześnie 28 grudnia 1962 r. w Warszawie.

Kazimierz Świtalski pełnił w II Rzeczpospolitej szereg eksponowanych funkcji. Był m.in. ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego (1928–1929), premierem (1929), marszałkiem Sejmu (1930–1935), w końcu senatorem. Tych wszystkich ważnych stanowisk mógł nie osiągnąć, gdyby nie jego przeszłość legionowa, oraz bliska znajomość i współpraca z Józefem Piłsudskim.

Kazimierz Świtalski urodził się 4 marca 1886 r. w Sanoku. Na lwowskim uniwersytecie studiował polonistykę. W 1910 r. został profesorem gimnazjalnym. Edukację kolejnych pokoleń przyszłej Rzeczpospolitej łączył z walką o odzyskanie niepodległości. Jak wielu późniejszych polityków sanacji należał do Związku Walki Czynnej, Związku Strzeleckiego i Polskiej Organizacji Wojskowej. W Legionach Polskich służył w I Brygadzie. W listopadzie 1918 r. Świtalski wziął udział w obronie Lwowa. W Wojsku Polskim doszedł do stopnia majora i został odznaczony orderem Virtuti Militari.

Jego bliska współpraca z Józefem Piłsudskim rozpoczyna się w grudniu 1918 r., kiedy zostaje szefem referatu polityczno – prasowego Naczelnego Wodza oraz referentem politycznym w adiutanturze generalnej Naczelnika Państwa. „W Belwederze Świtalski pełnił faktyczne rolę sekretarza osobistego Piłsudskiego do spraw politycznych. (…) Uczestniczył na bieżąco w podejmowaniu decyzji przez Komendanta. To zwykle jemu Naczelny Wódz i Naczelnik Państwa dyktował listy i dyrektywy. Zdarzało się, że Piłsudski dawał tylko ogólne wytyczne a Świtalski sam redagował jego enuncjacje” – pisze Ryszard Świętek w książce „Prezydenci i premierzy Drugiej Rzeczypospolitej”.

Po 1923 r., kiedy Piłsudski odsunął się z życia politycznego, Świtalski należał do zaufanych ludzi Marszałka, przygotowujących również zamach majowy. Jego kariera polityczna zaczyna się w 1926 r., kiedy obejmuje coraz to wyższe funkcje: zastępcy szefa kancelarii prezydenta RP, dyrektora departamentu politycznego MSW, w końcu ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Potem dołoży do tego stanowisko premiera i marszałka Sejmu.
Razem z innym bliskim współpracownikiem Józefa Piłsudskiego, Walerym Sławkiem będzie współtworzył zaplecze sanacji: Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (powstały w 1928 r.) i nową konstytucję (weszła w życie w kwietniu 1935 r.)

Po śmierci Józefa Piłsudskiego, razem ze Sławkiem i m.in. Aleksandrem Prystorem odsunięty na boczny tor. W latach 1936 – 1938 r. pozostał jednak – z nominacji prezydenta – senatorem, pełniącym jednocześnie funkcję wicemarszałka Senatu. W drugiej połowie lat 30. zaangażowany w prace Instytutu Józefa Piłsudskiego, w tym wydawanie „Pism zbiorowych” Piłsudskiego.
We wrześniu 1939 r. Kazimierz Świtalski zgłosił się jako ochotnik do armii, ale nie otrzymał przydziału, wobec czego nie walczył. Mimo to Niemcy aresztowali go i osadzili w oflagu, najpierw w Lienzu, a następnie w Woldenbergu.
W 1945 r. wrócił do Polski, nawiązując kontakty z piłsudczykowskim Stronnictwem Niezawisłości Narodowej. Zamiast działalności konspiracyjnej chciał poświęcić się historii. Szlifował m. in. „Diariusz 1919-1935”, istotne źródło do dziejów politycznych II Rzeczypospolitej, wydane dopiero w 1992 r.

Mimo to komuniści aresztowali go. W listopadzie 1948 r. został osadzony w katowni komunistycznej bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, aż do 1954 r. przetrzymywany bez sankcji; dopiero wówczas skazany na osiem lat więzienia z haniebnego dekretu o „faszyzacji kraju”. Rok później udało mu się – ze względu na zły stanu zdrowia (choroba serca) – uzyskać zwolnienie w wykonywaniu kary. Do więzienia już nie wrócił.
W ostatnich latach życia Świtalski poświęcił się ulubionej historii, przygotowując m. in. do druku listy Piłsudskiego i współpracując z Instytutami Józefa Piłsudskiego w Londynie i Nowym Jorku.
Kazimierz Świtalski zmarł w Warszawie 28 grudnia 1962 r. Bezpośrednią przyczyną śmierci były obrażenia, jakich doznał kilka dni wcześniej, gdy wpadł na warszawskiej ulicy pod tramwaj. Prokuratorskie śledztwo, wszczęte na wniosek żony, zostało jednak umorzone.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja chce stworzyć „nową cywilizację”

Przewodniczący krymskiego parlamentu okupacyjnego stwierdził, że trzeba wypracować nową ideologię, która byłaby podstawą „cywilizacji rosyjskiej”. Może to oznaczać powrót do stalinizmu.

W czasie, gdy moskiewscy politycy twierdzą, że Rosja kocha Ukraińców (którzy według Putina nie istnieją), że szukają dla nich tylko dobra, ​​nie planują w Ukrainie zmiany rządu i nie dążą do zdobycia tego kraju, krymski urzędnik, przewodniczący krymskiego parlamentu okupacyjnego Wołodymyr Konstantynow powiedział podczas konferencji prasowej:

„Do końca przyszłego roku (2023 – przyp. autora) zdobędziemy Odessę, Mikołajów, Charków i na tym tle rozstrzygną się losy Ukrainy. Do końca przyszłego roku ukraiński rząd zacznie energicznie wybiegać z propozycją pokoju, starając się obronić przynajmniej Kijów – na co w żaden sposób nie powinniśmy się zgodzić. W 2024 roku musimy zniszczyć tę formację, ten rakowy guz. Oto moje przypuszczenie: rok 2024 to rok zdobycia Kijowa, a reszta terytoriów już nas nie interesuje…”

Dodał też, że „będziemy ciężko pracować na nowo zdobytych terenach, szkoła będzie kształcić nowe pokolenie dzieci. Minie 10 lat – i dorosną zupełnie inni ludzie, z tradycyjnymi rosyjskimi wartościami…”

Jak widać, rosyjski reżim dyktatorski knuje intrygi i promując myśli o pokoju i negocjacjach, w rzeczywistości ma zupełnie inne plany całkowitego zniszczenia Ukrainy jako państwa, a nawet jej nazwy. Chce, aby ani taki kraj, ani taki naród nie istniały na Ziemi.

Wołodymyr Konstantynow kontynuował: „Powrót na Ukrainę. W granicach, w jakich istnieje teraz, tego państwa na pewno już nie będzie. Być może zniknie zupełnie, bo pojawiło się sztucznie, zniknie razem z reżimem Zełenskiego. Być może sama nazwa >Ukraina< zniknie, bo będzie postrzegana jako zbyt toksyczna i sami ludzie zaczną szukać innej nazwy dla terytorium, na którym żyją. Toponim >Ukraina< jest obecnie ściśle kojarzony z nazizmem. To już powoduje pewien kompleks niższości u rozsądnych Ukraińców. Rosja musi zbudować własną ideologię, która powinna wyjść od prezydenta…”

Wbrew zdrowemu rozsądkowi Wołodymyr Konstantynow nazywa Rosję, której służy, „odrębną, niezależną cywilizacją”. Obserwując, jak rosyjscy żołnierze świadomie i bez emocji zabijają Ukraińców, tworzą dla nich obozy koncentracyjne i filtracyjne, jak lekceważą prawa człowieka i prawne zwyczaje wojenne, jak rabują ukraińskie muzea, galerie sztuki, fabryki i magazyny, stal i chleb, warzywa i AGD można powiedzieć, że to nie cywilizacja, a kompletne barbarzyństwo. Dlatego wojna Rosji na Ukrainie nie jest „zderzeniem cywilizacji”, jak to przedstawiają rosyjscy propagandyści, ale wojną barbarzyńców z całą cywilizacją światową.

Później Konstantynow rzeczywiście przyznał, że ta jego „cywilizacja” wciąż nie ma podstaw ideologicznych, i zaproponował: „Trzeba stworzyć grupę roboczą, aby wypracować nową ideologię i jasno określić tam nasze cywilizacyjne parametry i priorytety. Nasza cywilizacja musi być konkurencyjna. Musimy wyglądać atrakcyjnie we wszystkim, wtedy projekt o nazwie >cywilizacja rosyjska< będzie miał prawo dalej istnieć…” Urzędnik właściwie nie wie, o czym mówi. Przecież wypracowanie „ideologii” opartej na rosyjskiej praktyce jest albo w ogóle niemożliwe, albo będzie to… nowy stalinizm, czyli rosyjski faszyzm. Dlatego Konstantynow powiedział, że „przywrócenie portretu Stalina na dawne miejsce na dworcu kolejowym (w Symferopolu – przyp. autora) byłoby bardziej sprawiedliwe. Jest jednym z filarów zwycięstwa, ludzie szli na śmierć ze słowami >Ojczyzna< i jego imieniem na ustach. Cały kraj dosłownie płakał, kiedy umierał…”

Nawiasem mówiąc, Wołodymyr Konstantynow najwyraźniej uważa, że ​​wpadł w ogólny rosyjski trend dotyczący Stalina. Na przykład kilka dni temu prawnuk Józefa Stalina, artysta Selim Bensaad, jak donosi NEWS.RU, napisał list do prezydenta Władimira Putina, w którym prosił o pośmiertną rehabilitację jego pradziadka Józefa Stalina i oficjalny zakaz nazywania go „dyktatorem” i „tyranem”. Selim Bensaad urodził się w 1971 roku w rodzinie córki najstarszego syna Stalina, Jakowa Dżugaszwilego Galiny. Jego ojcem był student z Algierii, Hossin Bensaada. Selim Bensaad jest artystą mieszkającym w Moskwie.

Wystąpienie do prezydenta zbiegło się w czasie z urodzinami Stalina, które obchodzone są 21 grudnia. W liście Bensaada czytamy, że on i historyk Lana Parshina przeprowadzili śledztwo w sprawie przyczyn śmierci przywódcy ZSRR i znaleźli ślady „elementu przestępczego”. Prawnuk jest przekonany, że pradziad został zdradzony i otruty przez ludzi z jego bliskiego otoczenia, których uważał za współpracowników. W związku z tym Bensaad zwraca się do Putina o wydanie zezwolenia na ekshumację zwłok Stalina w celu potwierdzenia wersji o gwałtownej śmierci przywódcy narodów. Komunistyczna Partia Rosji poparła „logiczne” inicjatywy Bensaada, z wyjątkiem ekshumacji i badań. Oni chyba wiedzą na pewno kto otruł wtedy „przywódcę wszystkich narodów” i boją się prawdy.

Wołodymyr Konstantynow nie tylko poparł renowację portretów Stalina, ale także przystał na propozycję nadania centralnej bibliotece w Symferopolu imienia teoretyka rosyjskiego faszyzmu Mykoły Danylewskiego. Główne idee Danylewskiego znajdują odzwierciedlenie w pracy „Rosja i Europa” z lat 1864–68. Gdzie przedstawił swoją rozwiniętą teorię typów kulturowo-historycznych. „Przewidział”, że „w przyszłości Słowianie pod wodzą Rosji zajmą miejsce schyłku typu germańsko-romańskiego na scenie historycznej. Zgodnie z przewidywaniami Danylewskiego Europę powinna zastąpić Rosja. Świętowanie słowianizmu oznaczałoby „zachód słońca” Europy. Ale do tego, według Danylewskiego, Rosja potrzebuje silnego rządu i ścisłej centralizacji. Ale jak się później okazało, Danylewski ukradł te idee niemieckiemu filozofowi Rickertowi, przerobił je na swój rosyjski styl i przedstawił jako własne. A teraz najwyraźniej stał się przewodnikiem dla rosyjskich okupantów na Krymie, którzy chcą jego słowa wcielić w życie.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Porucznik Rodowicz, „Luna” i Herer

UB aresztowało porucznika Jana Rodowicza „Anodę” w Wigilię 24 grudnia 1948 r., w mieszkaniu przy ulicy Lwowskiej 7/10 w Warszawie. Przeprowadzono rewizję domową i osobistą. Został osadzony na Koszykowej 6 – w areszcie wewnętrznym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W III RP, dzięki grubej kresce dla komunistycznych zbrodniarzy, żyjący oprawcy polskiego bohatera pozostali bezkarni.

Stało się tak na wniosek ppłk Julii Brystiger, „Luny”, dyrektor Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W 1957 r. planowano pociągnąć ją do odpowiedzialności karnej, ale nigdy nie stanęła przed sądem. Krwawa „Luna” zmarła w 1975 r., podobno jako głęboko wierząca katoliczka i została pochowana na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

W latach dziewięćdziesiątych XX w. przeprowadzono oficjalne śledztwo, połączone z ekshumacją. Wtedy też przesłuchano żyjących oprawców Rodowicza. To mjr Wiktor Herer, naczelnik Wydziału IV Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który specjalizował się w inwigilowaniu środowisk artystycznych i akademickich – to on formalnie wydał nakaz aresztowania „Anody”, oraz por. Bronisław Klejn.

Obaj kategorycznie zaprzeczali, jakoby Rodowicz był w gmachu resortu torturowany. Klejn stwierdził, że tylko raz przesłuchiwał Rodowicza na polecenie swego przełożonego. Miał jedynie za zadanie przetrzymać go przez kilkanaście minut i doprowadzić do szefa. Zapewniał też, że był to jego pierwszy i jedyny kontakt z „Anodą”, gdyż przesłuchiwanie go nie leżał o w jego kompetencjach.

– Nie upilnowałem. Wymknął się – twierdził Klejn. W świetle jego zeznań „Anoda” wyskoczył przez otwarte na oścież okno w pokoju, do którego sekretarka poleciła konwojentowi wprowadzić więźnia na czas oczekiwania na Herera.
Według ubeków, od strony ambasady brytyjskiej, sąsiadującej z siedzibą ich resortu, do gmachu MBP dobudowano parterowy budynek gospodarczy. Skok na jego dach mógł więc ich zdaniem stać się dla „Anody” skokiem do wolności.
Co ciekawe, Klejn zapewniał, że nie wyjrzał nawet za skaczącym. Nie sprawdził, co się z uciekinierem dalej działo.

– Byłem w szoku. Wróciłem, żeby jak najszybciej zameldować, że wyskoczył. To czwarte piętro. Nie mógł przeżyć. Potem już się o tym nie rozmawiało.
Pytanie, czy człowiek inteligentny, a przy tym dalece niesprawny, ryzykowałby skok z czwartego piętra i próbę ucieczki przez mur na teren ambasady.
Według dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, „Anoda” był przesłuchiwany co najmniej czterokrotnie: zaraz po zatrzymaniu, 24 grudnia, a później 29 grudnia oraz 4 i 7 stycznia.

Bronisław Klejn twierdził w toku śledztwa, że nie podpisywał żadnego z protokołów przesłuchań Rodowicza, że takie dokumenty nie mają prawa istnieć. Odnalezienie jego podpisów na kilku protokołach „zatrwożyło” go – jak się wyraził. – Musiały zostać sfabrykowane już po śmierci „Anody” – utrzymywał.
Rodowicza przesłuchiwał również Wiktor Herer. Wspomniana Julia Brystigerowa pisała o nim: „Zdolny. Dobrze pracuje z agenturą. Decyzje podejmuje szybko, czasem jednak nie do końca przemyślane. Wadą jego charakteru jest porywczość i brak opanowania”.

Herer, pytany przez śledczych, czy „Anoda” był bity podczas przesłuchań, odpowiadał: – Do naszego departamentu dobierało się takich ludzi, którzy nie byli do bicia. A śmierć „Anody” wyjaśniał tak: – Bronisław Klejn prowadził go do mnie na przesłuchanie. Odepchnął Klejna, wskoczył na parapet i rzucił się z okna.
Według akt sprawy, zgon „Anody” stwierdził doktor Zygmunt Rusaczewski, a sekcję zwłok wykonał ppłk Kazimierz Rusiniak. Takie nazwiska nie figurowały jednak w ewidencji pracowników ani współpracowników MBP.

Przez cztery lata przesłuchano kilkadziesiąt osób, ale nie udało się ustalić prawdy o ostatnich chwilach życia „Anody”. Jednoznacznej odpowiedzi nie przyniosło też przeprowadzone po ekshumacji badanie szczątków w warszawskim Zakładzie Medycyny Sądowej.
– Nie udało się potwierdzić tezy o przestępstwie – wyjaśniał wówczas wybitny antropolog, dr hab. Bronisław Młodziejowski. Na określenie przyczyny śmierci – czy to od kuli, czy w wyniku zgniecenia klatki piersiowej – ponad wszelką wątpliwość było już za późno. Po kilku latach śledztwo przeciwko oprawcom „Anody” także umorzono. Dzięki grubej kresce dla komunistycznych zbrodniarzy pozostali bezkarni. I teraz podstawowa sprawa: teczka z dokumentami dotyczącymi „Anody”, jego aresztowania i śmierci zniknęła. A był na niej napis: „Zastrzelony podczas próby ucieczki”.

Wiktor Herer został w latach 70. profesorem nauk ekonomicznych, członkiem prezydium Polskiej Akademii Nauk, a w 1980 r. z rekomendacji Jacka Kuronia doradcą Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” ds. rolnictwa. Zmarł w 2003 r. – nie osądzony.

Ponad wszelką wątpliwość wiemy, że 7 stycznia 1949 r., po kilku dniach ubeckiego śledztwa, porucznik Jan Rodowicz „Anoda” – żołnierz Szarych Szeregów, słynnego Batalionu „Zośka”, czterokrotnie ranny w Powstaniu Warszawskim, odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari – już nie żył. I choć oficjalna wersja wciąż mówi o samobójstwie, nikt w nią nie wierzy. 12 stycznia pochowany przez ubeków na Powązkach Wojskowych, w tajemnicy przed rodziną i kolegami, jako NN.

Dopiero na początku marca 1949 r. ojciec Kazimierz Rodowicz otrzymał pismo z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad śledztwami w sprawach szczególnych (! – sic) mjr Mieczysław Dytry informował, że 7 stycznia o drugiej po południu Jan Rodowicz „popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej, zgon nastąpił w chwili po wypadku”, i że został pochowany na Powązkach Wojskowych jako NN.

Kilka dni później rodzinie udało się ustalić, gdzie dokładnie Jan jest pochowany. Jego matka, Zofia, tak o tym pisała: „Kierownik biura pogrzebowego, który potem okazał się być znajomym Janka, gdyż prowadził z Jankiem ekshumację „Zośkowców” w 1945 roku, przyniósł od siebie z gabinetu kartkę z numerem grobu Janka. Polecił […] trzymać ją na wierzchu i powiedział, że „gdyby ktoś przyszedł z rodziny Rodowiczów […] proszę im powiedzieć, że pochowany został pod numerem takim-to”. To właśnie Janowi Rodowiczowi zawdzięczamy kwaterę brzozowych krzyży – grobów Batalionu „Zośka” na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Malował muzykę promieniem lasera – TERESA KACZOROWSKA o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim

Mija właśnie 100 lat jak narodził się niezwykle wszechstronny artysta, twórca sztuki laserowej, nazywany Mistrzem światła, Stanisław Ostoja-Kotkowski. W Polsce mało znany, a w świecie sławny, szczególnie w Australii, gdzie rzuciły go losy wojny. Jego przełomowe, wyprzedzające epokę osiągnięcia, wpisano na Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Ten wybitny malarz, rzeźbiarz, scenograf, fotografik, grafik nazywany „Mistrzem światła”, wykorzystywał w swojej niezwykłej twórczości najnowsze zdobycze techniki, wyprzedzając swoją epokę. Zamienił pędzel na promienie lasera, malował nimi muzykę i – jako pierwszy w świecie – użył efektów laserowych podczas przedstawienia teatralnego (1968) i operowego (1974), wykonując nimi scenografię. Organizował koncerty laserowe, w których zamieniał muzykę w obrazy. Wykonywał grafiki komputerowe inspirowane fraktalami i kolaże optyczne; stawiał pomniki, projektował witraże i mozaiki.

Stanisław Ostoja Kotkowski i jego kolaże, Stirling, lipiec 1982. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Stanisław Ostoja- Kotkowski (1922-1994) urodził się 28 grudnia 1922 r. w Golubiu, jako syn Stefana i Jadwigi Kotkowskich. Był spokrewniony z Witoldem Gombrowiczem – dziadek pisarza, Ignacy Gombrowicz i pradziadek artysty, Stanisław Kotkowski, byli rodzonymi braćmi. Rodzina Kotkowskich przeprowadzała się – najpierw z Golubia do Brodnicy (w 1925 r.  urodziła się tam Irena, jedyna siostra przyszłego artysty), a w 1937 r. do Przasnysza, gdzie Stefan Kotkowski objął stanowisko dyrektora banku w Komunalnej Kasie Oszczędności. Jego syn, nastolatek Staś, uczył się w latach 1937-1939 w przasnyskim gimnazjum, uzyskując w 1939 r. tzw. małą maturę.

– Od najmłodszych lat przejawiał zainteresowania artystyczne – mówi Krzysztof Gadomski, artysta plastyk z Przasnysza, współautor z żoną Agnieszką wydanej w 2006 r. publikacji „Stanisław Ostoja- Kotkowski. Mistrz światła”. – W Przasnyszu przebywał w tym czasie malarz Olgierda Vetesco, u którego w latach 1939-1945 Stanisław mógł pobierać pierwsze lekcje rysunku i malarstwa. Dało to mu podstawy warsztatowe i wiedzę z teorii sztuki.

W Przasnyszu młodzieniec działał też w Polskim Podziemiu, wspierając walkę z okupantem niemieckim. Jego ojciec, bankowiec, po udziale w kampanii wrześniowej trafił do niewoli, a potem na kilka lat do niemieckiego oflagu. Aby pomóc w utrzymaniu rodziny jego syn podjął pracę w miejscowym zakładzie mechanicznym, gdzie zdobył też prawo jazdy. Dzięki temu, a także dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego, Stanisław został kierową niemieckiego lekarza powiatowego w Przasnyszu. Swoją pracę wykorzystywał w walce podziemnej, przewożąc łączników i broń służbowym „Adlerem”. Należał do AK, współpracował z miejscową organizacją, której przewodził Henryk Pszczółkowski. Pod koniec wojny został zabrany przez Niemców jako zakładnik, jednak podczas transportu zdołał uciec.

Trafił do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Tam, w 1945 r. udało mu się zdać egzaminy do ASP w Dusseldorfie, gdzie w latach 1945-1949 studiował malarstwo. Zainspirowała go twórczość Kandinsky’ego oraz …opera. „Będę malował muzykę” – napisał z Dusseldorfu w jednym z listów do matki w Przasnyszu. W Niemczech też postanowił  wybrać za swoją nową ojczyznę Australię. Wyemigrował jesienią 1949 r.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem 2, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

W Australii kontynuował studia w Wiktoriańskiej Szkole Sztuk Pięknych w Melbourne, zarabiając na życie jako robotnik i malarz elewacji domów. Podczas licznych podróży po Australii zafascynowała go bogata kolorystyka i światło tego kontynentu. Zaczął poszukiwać odpowiednich farb, aby oddać  niezwykłość wyspy. Znalazł je w USA, były to polimery. W 1955 r., po osiedleniu się w Stirling koło Adelajdy, odbyła się w Royal Society of Arts, South Australia, pierwsza wystawa abstrakcyjnych obrazów Stanisława Ostoi-Kotkowskiego („Ostoja” to pierwszy człon z herbu rodu Kotkowskich, który wykorzystał do sygnowania swoich prac). Zaczął zdobywać coraz większe uznanie i wystawiać prace na kolejnych ekspozycjach, m.in. jego polimerowe dzieła wystawiono w 1965 r. w Pałacu Sztuki w Krakowie. Dwa lata później otrzymał stypendium Churchilla, dzięki czemu odwiedził Polskę, kilka krajów europejskich, a także Japonię i Stany Zjednoczone.

W latach osiemdziesiątych Ostoja zaczął tworzyć obrazy sprzężone z muzyką, przekładać dźwięk na dzieła plastyczne. Marzenie połączenia obrazu i dźwięku zrealizował w 1975 r., kiedy na uniwersytecie w Melbourne zainstalował  kompozycję z 24 płyt z emalii szklistej, wypalonej na stali. Wmontował w nią „theremin” – urządzenie, które wytwarzało muzykę przy kontakcie z ludzkim ciałem. Swoje eksperymentalne „theremity” połączone z dziełami sztuki, optycznymi kolażami prezentował na festiwalach, na budynkach, wystawiał w galeriach, budząc ogromne zainteresowanie.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Angażował  się również w projektowanie dekoracji scenicznych i teatralnych, stosując zaskakujące kinetyczne dekoracje świetlne, łącząc muzykę ze światłem, baletem, obrazem. W 1968 r. zastosował po raz pierwszy w świecie laser na scenie – zaprezentowana na Festiwalu Sztuki w Adelajdzie sztuka „The Veldt” Raya Bradbury’ego, z zastosowaniem wiązki laserowej, była pierwszym tego rodzaju pokazem na świecie. Później stał się twórcą opraw scenicznych wielu oper i widowisk – do 1974 r. wykonał ich, z wykorzystaniem lasera ponad 30. Uległ magii lasera. W 1982 r. Ostoja był np. autorem scenografii do „Wesela” Stanisława Wyspianskiego, które zostało wystawione w Teatrze Polskim w  Adelajdzie na 30-lecie tego teatru. W ciągu kilkunastu lat pracy scenografa tak udoskonalił swój warsztat, że zaczął  malować dekoracje sceniczne samym  światłem.

Stanisław Ostoja Kotkowski, kompozycj z emalii szklistych, 1975 r. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Cały czas parał się również innymi formami sztuki. Jest autorem licznych płaskorzeźb, rzeźb, fresków i konstrukcji świetlnych w gmachach użyteczności publicznej (w Melboume, Adelajdzie, Pert, Canberze), abstrakcyjnych kompozycji malarskich wykonanych w emalii szklistej, kolaży optycznych, grafik komputerowych, fotografii artystycznych, pokazów fotografiki kinetycznej, spektakli i koncertów laserowych. Poza urządzeniami wytwarzającymi muzykę w zetknięciu z ludzkim ciałem („thereminami”), jest też twórcą wież chromasonicznych, w tym śpiewającej wieży w Adelajdzie (1978), reagującej na ruch uliczny gamą kolorowych, pulsujących świateł,  czy kinetycznego fresku słonecznego Solaris (1986).

Ostoja był artystą wszechstronnym, niezwykle pracowitym, a jego talent i niespokojny duch zmuszały go do ciągłych poszukiwań, co czyniło go nowatorem i wizjonerem. Należał do wielu światowych towarzystw, w tym Royal Society of Art w Londynie, był laureatem mnóstwa międzynarodowych nagród. Został uhonorowany m.in. przez królową Elżbietę II najważniejszym australijskim odznaczeniem państwowym „Orderem Australii” (1992) i przez ministra kultury RP Medalem „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (1990).

Z Polską nigdy nie zerwał kontaktów – odwiedził ją dwukrotnie, m.in. w 1991 r., kiedy zaprezentował swój koncert laserowy w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Odwiedził też wtedy Przasnysz – matkę, kolegów szkolnych, był przyjęty przez władze. Działał aktywnie w środowisku australijskiej Polonii, propagował kulturę polską na tym odległym kontynencie. Jest autorem pomnika Tadeusza Kościuszki, który stanął w 1988 r. w Cooma, ok. 80 kilometrów od Góry Kościuszki – najwyższego szczytu Australii. Wykonał też pomniki Bohaterstwa Żołnierza Polskiego, Ofiar Katynia w Adelajdzie, a także mozaikę w kościele św. Maksymiliana Kolbe w Ottoway. Prace Ostoi-Kotkowskiego można dziś oglądać w australijskich oraz zagranicznych zbiorach państwowych i prywatnych. W lutym 2008 r. archiwum jego dzieł na University of Melboume – zawierające różnorodne formy sztuki artysty, m.in. zapisy wykładów, programy, fotografie, slajdy, pokazy laserowe, modele rzeźb, rzeźby – wpisano na australijską Listę Pamięć Świata UNESCO „Memory of the Word Register of Australia”.

Po śmierci, nocą z 2 na 3 kwietnia 1994 r., spoczął w Polsce – w grobie rodzinnym na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie na Powązkach, razem ze swoją siostrą Ireną.

– Sprowadziłam prochy Stasia z Australii do Warszawy, przy wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, bo w Australii rodziny nie założył – opowiada dbająca o pamięć wuja, mieszkająca w Warszawie jedyna córka Ireny, Liliana Adamczyk, która jest spadkobierczynią wielu jego obrazów. – Archiwum Ostoi, m.in., grafiki komputerowe, własnoręcznie wykonane albumy, artykuły o nim i książki są natomiast w Muzeum Narodowym w Warszawie, które przekazał w darze sam artysta.

Pamięć o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim niesie też Przasnysz, gdzie do końca mieszkali i spoczywają jego rodzice. Miejscowe Muzeum Historyczne posiada cenny zbiór korespondencji i zdjęć, które przekazała matka artysty Jadwiga Kotkowska, są tez listy do jego przasnyskich kolegów, oryginalne karty pisane z całego świata oraz inne pamiątki. W Przasnyszu jedna z ulic oraz dom kultury noszą jego imię, organizowane są ogólnopolskie Festiwale „Fabryka Światła”, Przeglądy Sztuki Współczesnej im. Stanisława Ostoi- Kotkowskiego. Od 2006 r. przyznawany jest też Medal Stanisława Ostoi- Kotkowskiego w trzech kategoriach: twórca uznany, debiut, medal honorowy. Przasnysz upamiętnia też 100. urodziny Stanisława Ostoi -Kotkowskiego – w formie wystaw, warsztatów, spektakli laserowych, konkursów, testów, prelekcji  – w miejscowych placówkach kultury. Np. w sierpniu br. Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowała spotkanie z australijskim muzykiem dr. Robinem Foxem, który inspiruje się twórczością Stanisława Ostoi–Kotkowskiego tworząc spektakle, koncerty oraz widowiska łączące laser z dźwiękiem i przenosząc widzów w sferę, w której światło oraz muzyka działają jako jedno.

Jeden z koncertów laserowych Ostoi. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Odszedł kolejny uczestnik radiowej „symfonii pożegnalnej”. Red. Maksymiliana Kubicę wspomina MARIA WOŚ

Od pulpitu odszedł kolejny wykonawca naszej radiowej „symfonii pożegnalnej”, jeden z legendarnych reporterów Polskiego Radia Wrocław, redaktor Maksymilian Kubica. Taśmy z jego nagraniami to olbrzymi procent wrocławskiego radiowego archiwum, kronika gospodarcza, społeczna i kulturalna Dolnego Śląska z lat 1953-1993.

Urodzony 17 sierpnia 1929 roku w Katowicach, absolwent Wydziału Dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, został do rozgłośni wrocławskiej skierowany nakazem pracy 1 września 1953 roku, w najbardziej ponurym czasie jej działalności, w okresie panowania realizmu socjalistycznego i paleopropagandy, a jego pierwszym nagraniem była rozmowa z I sekretarzem komitetu zakładowego PZPR w kopalni Nowa Ruda.

„Później – jak pisał w jubileuszowej książce radiowej w roku 1996 – nagrałem setki audycji we wszystkich kopalniach i ośrodkach górniczych Dolnego Śląska. Z nieodłącznym mikrofonem obserwowałem m.in. narodziny i rozwój kopalni i elektrowni Turów, kopalń i hut Legnicko-Głogowskiego Okręgu Miedziowego, ośrodków projektowo-badawczych „Poltegor” i „Cuprum”. Byłem również świadkiem narodzin „Solidarności” górniczej w Wałbrzychu i Lubinie. Poznałem wielu wspaniałych ludzi na wszystkich szczeblach górniczego zawodu.”

Maksymiliana Kubicę interesowało wszakże nie tylko górnictwo. Wyniesiona z górnośląskiej szkoły biegła znajomość języka niemieckiego pozwoliła mu już we wczesnych latach pięćdziesiątych pilnie śledzić politykę międzynarodową, a także osiągnięcia nauki oraz literatury i sztuki. Starał się być perfekcjonistą w zakresie doskonalenia swego bardzo poważnie traktowanego warsztatu dziennikarskiego.

W roku 1963 wstąpił do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Pod koniec lat  sześćdziesiątych na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego napisał pracę magisterską o krótkich formach reporterskich w Polskim Radio, wydaną drukiem dzięki staraniom Krzysztofa Kąkolewskiego.

Pracował kolejno w Redakcjach: Informacyjnej, Społeczno-Ekonomicznej i Literackiej. Dzięki jego  aktywności zawodowej wiele problemów Dolnego Śląska znajdowało swoje poczesne miejsce w radiowych  programach ogólnopolskich .Uprawiał wszystkie gatunki dziennikarskie.

Niezwykle cenił dobrą polszczyznę, zachwycał się stylem gawędziarskim. Uważnie wybierał rozmówców. Był wobec nich lojalny, dyskretny i wierny.

Jednym z jego najwybitniejszych osiągnięć warsztatowych, wyróżnionym pierwszą nagrodą w Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż Literacki w roku 1971, był reportaż z pierwszej w Europie udanej operacji przyszycia całkowicie odciętej dłoni, przeprowadzonej przez profesora Ryszarda Kociębę, twórcę i założyciela Ośrodka Replantacji Kończyn w Trzebnicy. Audycja pt. Ręka  kończyła się radośnie wypowiedzianym przez kogoś zdaniem: „O, już paluszkiem jednym rusza!”

„Jak to paluszkiem jednym?” – zdumiewał się lekko oburzony profesor, słuchając audycji na antenie po upływie wielu tygodni od nagrania – „Przecież już rusza całą dłonią!’’ – dziwił się, znając Maksową rzetelność wobec faktów.

Maksa pasjonowały również sztuki plastyczne, chętnie bywał z mikrofonem w pracowniach artystów oraz na wernisażach w różnych muzeach i na salach wystawowych. Ale nade wszystko kochał muzykę. Nie opuszczał żadnego koncertu symfonicznego, ani wysmakowanych koncertów chóralnych czy kameralnych podczas Festiwalu Wratislavia Cantans, któremu towarzyszył od początku powołania go przez dyr. Andrzeja Markowskiego.

Opowiadał kiedyś, że  w wojennych latach chłopięcych  wymykał się nieraz ze schronu w czasie przerwy w bombardowaniach, żeby oderwać się od koszmaru, grając  na skrzypcach czy na pianinie.

W wieku dojrzałym lubił  wędrówki górskie i zbieranie grzybów, ale przyrządzaniem ich zajmowała się już wyłącznie jego żona Mary. Maks hołdował śląskiemu, patriarchalnemu modelowi rodziny. Mary, niegdysiejsza Sybiraczka, wspaniałomyślnie to zaakceptowała. Za to wypłacił się jej Maks troskliwą opieką w schyłkowych latach jej życia. Niedługo pozostał sam. Umarł 20 grudnia 2022 r. w ostatnim dniu jesieni.

 Requiem aeternam dona eis, Domine…

 

No to się na święta porobiło – CEZARY KRYSZTOPA bezradny?

Są takie wydarzenia, wobec których jako satyryk staję bezradny. Nawet podejmuję jakieś próby komentarza, ale czasem wydarzenie samo w sobie jest żartem tak idealnym, że w zasadzie żadnego komentarza nie potrzebuje. Jednym z takich wydarzeń, absolutnie idealnych, bardzo trudnych do skomentowania, jest przypadek gen. Jarosława Szymczyka, komendanta głównego polskiej Policji, któremu udało się odpalić w gabinecie granatnik RGW-90.

Mam wrażenie, że szczegółów wydarzenia nie znamy. Gdzieś przez media przewinęła się wersja, że komendant miał wycelować granatnikiem w drzwi, po czym przez przypadek go odpalił. Z kolei według wersji podawanej mediom przez samego komendanta, do przypadkowego odpalenia miało dojść podczas przestawiania „prezentów od ukraińskich kolegów”. Przy czym, sam szef policji miał być przekonany o tym, że urządzenie jest niegroźne, ponieważ Ukraińcy zapewnili go, że jest przerobiony na głośnik. No i rzeczywiście, „nagłośnienie” okazało się być potężnej mocy. Jeszcze większe „jaja” wystąpią jednak, kiedy któryś z ukraińskich żołnierzy wyceluje swój granatnik w rosyjski wóz opancerzony, a z otworu wylotowego zamiast granatu, popłynie muzyka.

Nie ma co się pastwić

Być może jest też tak, że nie znamy jakichś okoliczności świadczących na korzyść komendanta. Nie chcę się tutaj też nad nim pastwić. Wydaje mi się jednak, że niezależnie od okoliczności, kwestia śmieszności na jaką cała sytuacja naraża jego urząd, spowoduje, że jego dymisja zostanie wymuszona. I rzecz jedynie w tym, ile czasu sprawa będzie trwała i jakie szkody wizerunkowe jeszcze wygeneruje.

To rzeczy dość oczywiste. Chciałbym jednak zwrócić Waszą uwagę, w jak dramatycznym świetle stawia to ostatnią relację Krystyny Jandy, tradycyjnie represjonowanej przez siepaczy reżimu:

– Dziś rano badano mnie alkomatem. Moim zdaniem czekali na mnie. Pewnie przed wyborami dobrze byłoby kilka osób złapać na czymś kompromitującym – poskarżyła się ostatnio artystka „Wysokim Obcasom”.

No i kto teraz byłby gotów ręczyć, wobec niejasności związanych ze sprawą granatnika – głośnika, że to na pewno był alkomat?!

Zauroczony romantyką morza – MIECZYSŁAW SOKOŁOWSKI wspomina śp. Andrzeja Gołębiowskiego

Zmarł red. Andrzej Gołębiowski, wieloletni dziennikarz mediów na Wybrzeżu Gdańskim. Zauroczony romantyką morza, przyjechał do Trójmiasta z Chełma w woj. lubelskim, z zamiarem zdobycia  jednego z zawodów, o jakich marzą młodzi ludzie mieszkający z dala od brzegów Bałtyku. Podjął więc studia na elitarnym Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej.

Jako student, dzięki szerokim  zainteresowaniom  i rozlicznym  talentom nie ograniczał się tylko do tematyki technicznej, ale kierował je także ku innym dziedzinom. Zgłosił się więc na seminarium dziennikarskie organizowane przez redakcję ogólnopolskiego tygodnika uczelni technicznych „Politechnik”. Wkrótce zaczął pisać na jego łamach i stał się członkiem redakcji.  Ta nowa pasja sprawiła, że po kilku latach okrętownictwa  zadecydował o wyborze przyszłego zawodu i ukończył studia na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.

Pracował w „Głosie Wybrzeża”, „Dzienniku Bałtyckim”, „Tygodniku  Morskim”, „Wybrzeżu”, „Czasie”,  „Budownictwie  Okrętowym i Gospodarce Morskiej”, publikując też w „Polish Maritime News” oraz w „Schiff und Hafen”. Łączył  wiedzę techniczną i znajomość zjawisk gospodarczych i  ekonomicznych z wielką wrażliwością na sprawy społeczne.  Stał się wybitnym znawcą gospodarki morskiej, którą znał i rozumiał.  Prezentował trafne analizy i pogłębione oceny procesów występujących w stoczniach, w portach i w żegludze. Teorię podpierał praktycznymi obserwacjami dokonywanymi podczas kilku rejsów polskimi statkami.  Dawały mu one skalę porównawczą i bazę do odniesień i porównań. Ciekawy świata, lubił podróżować i chętnie wykorzystywał okazje, które w okresie PRL pozwalały dziennikarzom na studyjne wyjazdy. Przywoził z nich interesujące materiały i spostrzeżenia a także fotografie, które wykonywał z wielką pasją i umiejętnością.

Zachowywał niezależność własnych poglądów i jak przyznawał po latach  – potrafił je  zawsze obronić i utrzymać. Z nadzieją witał przemiany zapoczątkowane w sierpniu 1980 roku. Dołączył do zespołu  „Tygodnika Gdańskiego” –  pisma „Solidarności”. Ten ruch związkowy reprezentował później jako  przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Prasie Bałtyckiej (wydawcy Dziennika Bałtyckiego).  Ogromną satysfakcję dawało  mu prowadzenie zajęć na poziomie uczelnianym dla młodych dziennikarzy.

Z natury dobrotliwy, przyjacielski i życzliwy ludziom, potrafił jednak zawsze stanowczo bronić swoich racji. Z niewielkiej emerytury regularnie przesyłał datki na pomoc chorym dzieciom. Jak sam podkreślał, organicznie pozbawiony był dążenia do zaszczytów i stanowisk. W korespondencji podpisywał się – „Lumpenliberał”. Z przekonania demokrata, przeciwny wszelkim formom autorytaryzmu, krytyczny wobec  zmian społecznych i politycznych zachodzących w ostatnich latach w naszym kraju. Nie ukrywał swoich, czasami wyrażanych przekornie,  pesymistycznych  poglądów na temat dalszych losów Polski i świata, co sprawiało, że  wygasały stare przyjaźnie, a on coraz trudniej przeżywał swoją samotność, którą pogłębiały nasilające się codzienne trudności i  problemy zdrowotne.

Nie wykorzystał wszystkich swoich talentów. Pięknie rysował, pisał błyskotliwe felietony, wspaniale i zajmująco opowiadał,  miał lekkie pióro, którym mógł, już po przejściu na emeryturę,  przekazać  swoją wiedzę  i oryginalne, zawsze jednak oparte na zdrowym  rozsądku,  poglądy i oceny.  Zapewne na  przeszkodzie stała tu stale pogarszająca  się i trudna  do uleczenia wada wzroku.

Odszedł Przyjaciel, uczciwy i skromny człowiek o prawym charakterze i encyklopedycznej wiedzy.


Andrzej Gołębiowski. Dziennikarz, publicysta morski, medioznawca.

Ur. 28 lipca 1944 r. w Zamościu. Studiował na Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej (1961–1964), absolwent Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego (1982).
Sekretarz gdańskiego oddziału Tygodnika Studenckiego „Politechnik” (1967– 1971); redaktor miesięcznika „Horyzont” (1971); redaktor działu, publicysta działu ekonomiczno-morskiego „Głosu Wybrzeża” (1971–1980); publicysta tygodnika „Czas” (1980–1981); kierownik działu ekonomicznego tygodnika „Wybrzeże” (1982–1983); zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Budownictwo Okrętowe” (1983–1990); publicysta, następnie sekretarz redakcji „Tygodnika Gdańskiego” (1989–1992), publicysta „Dziennika Bałtyckiego”, kierownik Redakcji Analiz Prasowych „Dziennika Bałtyckiego” – Wydawnictwa Prasa Bałtycka (1992–2004). Przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Prasie Bałtyckiej (potem Polska Press).

Wykładowca w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza i Wyższej Szkole Komunikacji Społecznej w Gdyni.
Laureat I nagrody w ogólnopolskim konkursie na reportaż zagraniczny tygodnika „ITD” (1971) i nagrody publicystycznej ministra żeglugi (1973).
Odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi (1978) i odznaką „Zasłużony Pracownik Morza”.
W Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich  od 1971 roku.

Mieszkał w Gdańsku, zmarł 17 grudnia 2022 r.