JAN TESPISKI: Dręczyciele czyli recenzenci teatralni (22)

Publicznie żaden z aktorów czy reżyserów nie przyzna się, że liczy się z recenzjami. Ale to tylko taka tarcza ochronna. Naprawdę ludzie teatru wyczekują na recenzje, przy czym mocno się denerwują.

Oczywiście w teatrze jest i tak, że w przypadku klapy aktorzy zawsze mówią:

– No cóż, reżyser położył nam sztukę…

Jeżeli zaś jest sukces, to w bufetach i garderobach można usłyszeć:

– Tak, zrobiliśmy świetną robotę.

Na szczęście nie jest u nas tak jak w USA, gdzie dwa poważne nowojorskie dzienniki decydują o sukcesie lub klęsce spektaklu. Amerykanie jakby sami sobie nie dowierzali i czekają co napiszą im recenzenci. U nas, w narodzie sceptyków, wątpiących we wszystko co niesie prasa, ludzie wierzą znajomym, znajomym znajomych, tym co już sztukę widzieli. Ot, taka to polska mentalna specyfika.

Przejdźmy jednak do recenzentów teatralnych.

Nasi recenzenci po 1919 roku

Obrazy życia dnia codziennego teatru w Polsce międzywojennej znajdziemy przede wszystkim w recenzjach teatralnych i wspomnieniach współczesnych aktorów, reżyserów i widzów. Tu od razu trzeba powiedzieć, że poziom recenzji w prasie międzywojennej był bardzo wysoki. W poważnych tygodnikach recenzje pisywali tacy luminarze kultury jak Tadeusz Żeleński-Boy, Antoni Słonimski i Jan Lechoń. I opinie tych literatów były ważne dla tzw. kulturalnej publiczności oraz artystów teatru.

Międzywojenni recenzenci byli bezwzględni, chwilami okrutni, ale zawsze szczerzy. Być może dla tego, że nie opłacało się im wchodzić w żadne układy polityczne i towarzyskie. Oni zbyt wiele osiągnęli dzięki własnej twórczości, żeby ryzykować dobrą opinię i pisać inaczej niż rozumieli i czuli. To ważna konstatacja, bowiem po wojnie i obecnie mamy do czynienia – w sporej części – z recenzentami mniejszego kalibru moralnego i fachowego.

Recenzenci lat współczesnych

Pisząc o współczesnych recenzentach mam na uwadze tych, którzy pisali o teatrze, recenzowali spektakle od roku 1945 do dzisiaj. To oczywiście spore uproszczenie, bo przecież inne były warunki uprawiania krytyki teatralnej w latach 1945 – 1989, a inne po roku1989 i inne są teraz. Jedno co łączy tamte podepoki w jedną epokę, to fakt, że od 1945 roku nikt nikomu nie nakazywał i nie nakazuje być recenzentem. To wolny wybór. I nikt nikogo nie zmuszał do pisania w zgodzie z oczekiwaniami władz. Zawsze pozostawał i pozostaje wybór – w ostateczności można było i można dzisiaj przejść z działu kulturalnego, do działu transport publiczny, służba zdrowia i innych, ważniejszych niż teatr dziedzin.

I nie było też tak za komuny, że o teatrze pisali tylko ludzie niefachowi o słabych charakterach. Było wielu wspaniałych i odważnych recenzentów, spośród których wymienię jedynie kilku, a są to: Tadeusz Breza, Marta Fik, Jerzy Pomianowski, Wojciech Natanson, Jerzy Kłosowicz, Andrzej Hausbrandt, Jan Błoński czy Andrzej Kijowski. To oni byli rozumnymi i szczerymi partnerami dla teatru. I oczywiście nie ich dotyczą anegdoty, które zamieszczam poniżej.

Recenzja na miesiąc przed premierą

Niestety wśród recenzentów, tak „terenowych” i jak „centralnych”, była spora grupa dziennikarzy, którzy mieli czułe ucho na podszepty władz, oczekujących stłamszenia jednych a dźwignięcia innych twórców teatru. Z czasem już sami, bez podpowiedzi władz potrafili zagryźć nielubianego reżysera, dyrektora teatru.

Od końca roku 1983, aż do lutego roku 1984 zespół Teatru im. S. Jaracza w Olsztynie sumiennie pracował nad premierą „Kordiana” Juliusza Słowackiego. Premierę zapowiedziano na luty 1984 roku. Jednak władze wojewódzkie miały wtedy spory problem z tym teatrem, bo właśnie pozbywały się dyrektora Krzysztofa Rościszewskiego. Z czego zespół aktorski nie był zadowolony. Nadto pozycja „Kordiana” była przez władze rozumiana jako sztuka antyradziecka.

W tej trudnej dla władz sytuacji ruszył z pomocą recenzent Gazety Olsztyńskiej, organu wojewódzkiego PZPR. Nazwisko recenzenta pomijam, bo wszyscy Herostratesi nie powinni być upamiętniani.

Pomoc władzom tego osobnika przybrała formę recenzji jeszcze na miesiąc przed premierą. Bo oto w Gazecie Olsztyńskiej ukazał się artykuł już w tytule wieszczący, że „Kordian” w Olsztynie nie może się udać, bo teatr – z powodu złej dyrekcji Rościszewskiego – jest od dawna w kryzysie. Kryzys ten ma zaś konkretnie postać kryzysu repertuarowego, moralnego, ekonomicznego i organizacyjnego.

Po premierze tenże recenzent napisał już klasyczną w formie recenzję, w której chwalił samego siebie sprzed miesiąca, że tak ładnie przewidział, iż „Kordian” nie może się udać, bo przecież w teatrze od dawna jest kryzys moralny…itd.

Przypadki recenzenckie Jerzego Koeniga

Przez całe dziesięciolecia najbardziej opiniodawczym dla środowiska teatralnego pismem był dwutygodnik „Teatr”. Tam pisali ludzie naprawdę znający się na rzeczy. Choć w okresach napięć politycznych dwutygodnik ten bywał nad wyraz przychylny dla władz. A okresy napięć politycznych w Polsce zdarzały się przecież raz po raz. Wtedy też władza sprytnie obarczała niektórych ludzi teatru odpowiedzialnością za podwyżki cen, niepokoje i manifestacje niezadowolonego społeczeństwa. To była stała i cwana metoda.

Rzecz jasna nie chodziło tylko o to, żeby przy okazji zawieruchy politycznej pognębić całe środowisko teatralne, chodziło jedynie o wskazanie „rozrabiaczy” takich jak Kazimierz Dejmek czy Zygmunt Hübner. Według polityki władz środowisko miało być zdrowe, a chorzy z nienawiści do władzy jedynie „niektórzy” z reżyserów i dyrektorów teatrów.

Jak się objawiała przychylność redakcji „Teatru” dla władz? Bardzo prosto – pismo to nagle odkrywało, że oto mamy w kraju wspaniałych młodych i zupełnie nowych reżyserów, którzy są geniuszami. I na co nam właściwie ten Dejmek, Axer czy Hübner? Na nic, bo mamy nowe zdrowe siły. Tak to sugerował „Teatr”.

Ta polityka „Teatru” była podła. Bo czyniła krzywdę wielkim ludziom polskiego teatru oraz tym nikomu jeszcze nieznanym twórcom jednego czy dwóch spektakli. Tych pierwszych niesłusznie deptano, choćby przez pomijanie, a drugich dźwigano na wyżyny, na których nie mogli się dłużej niż pół roku utrzymać.

W latach 1968-1972 był redaktorem naczelnym „Teatru” był Jerzy Koenig, który współpracował też z miesięcznikiem „Dialog”. Koenig był niewątpliwie fachowcem, i tę jego fachowość doceniano, skoro w latach 1961-1962 był kierownikiem literackim Teatru Narodowego, a w 1972-1981 – Teatru Dramatycznego w Warszawie. W latach 1982-1996 był nawet szefem Teatru Telewizji. Był też człowiekiem zaufanym władzy. Niestety to on, wprost lub z tylnego siedzenia, kierował budowaniem niezasłużonych karier młodych gwiazd reżyserii, po których szybko słuch zaginął.

Miał też na sumieniu manifestacje poparcia władzy wprost, osobiście, jawnie i z hukiem. Jako szef jury jednego z festiwali teatralnych w 1980 roku, wyszedł w trakcie spektaklu, trzaskając drzwiami. A był to spektakl, na który to władze bardzo się wtedy zżymały.

Piszę o tym, bo z początkiem nowej epoki, gdzieś w roku 1990, Jerzy Kenig napisał artykuł, w którym przyznawał się, że był sterowany przez władze i że usłużnie wykonywał jej polecenia. Przeprosił też i nawet się kajał.

Niby w końcu bardzo ładnie postąpił, ale – według mnie – trochę za późno. Odwagę trzeba mieć w odpowiednim czasie. Bo na diabła komu szczerość i odwaga po czasie?

Kryzys w teatrze?

Wracając na chwilę do mniemanych kryzysów w teatrze, które ogłaszała władza, gdy jej samej robiło się gorąco… Pamiętam jak w 1980 roku w dyskusji w telewizji – a była wtedy tylko państwowa – jeden z dziennikarzy zapytał Zygmunta Hübnera:

– Jakie, pana zdaniem, są przyczyny kryzysu w polskim teatrze?

Hübner trochę zmilczał, po czym spokojnie powiedział:

– Zdaje mi się, że kryzys w teatrze – jeżeli w ogóle jest – to nie mniejszy niż kryzys w polskim dziennikarstwie. Zatem zdaje mi się, że jeżeli dziennikarze chcą rozmawiać o kryzysie w teatrze, to przedtem powinni sobie uświadomić jaki jest stan polskiego dziennikarstwa… I coś z tym zrobić.

O! I to jest odwaga w odpowiednim momencie.

Wywiad bez pytań

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych często zdarzało się, że jakaś obrotna młoda dziennikarka – rzadziej dziennikarz – zostawała recenzentką teatralną w telewizji. O takiej karierze z pewnością nie decydowały predyspozycje, raczej predylekcje. Bo w końcu przyjemnie jest być recenzentką. Świat teatru jest miły i kulturalny, z założenia.

Jedna z takich młodych i dynamicznych pań zaczęła karierę w łódzkim ośrodku telewizyjnym w latach osiemdziesiątych. Pewnego razu pojawiła się ekipą w Teatrze im S. Jaracza w Łodzi. Najpierw nagrano krotką scenę. Potem dziennikarka usiadła w pierwszym rzędzie, a obok niej reżyser. Kamerę ustawiono na scenie.

– Jesteśmy w teatrze imienia Stefana Jaracza w Łodzi – zaczęła dziennikarka. – Rozmawiam z reżyserem spektaklu, panem…

Tu pani przedstawiła reżysera z imienia i nazwiska. Reżyser skłonił głową i powiedział:

– Dzień dobry.

Kamera terkotała, reżyser uśmiechał się i trwało milczenie. Po chwili dziennikarka powiedziała:

– Kamera stop. Dlaczego pan nic nie mówi? – młoda dziennikarka zapytała reżysera.

– Bo pani o nic nie pytała…

Dziennikarka przeprosiła i pobiegła do sekretariatu teatru. Tam – jak mówiła potem sekretarka dyrektora – dziennikarka zadzwoniła do jakiegoś pana z telewizji w Warszawie, który podyktował jej pytania. Potem już wywiad potoczył się normalnie.

Cóż o tym zdarzeniu powiedzieć…? No, ładna to ona była.

Bankiety z recenzentami, czyli degrengolada środowiska

Zasadą było, że recenzentów nie zapraszało się na popremierowe bankiety. I była to zasada zdrowa. No bo, jakże tu pić w towarzystwie recenzenta, który następnego dnia nas zniszczy. A jeżeli wyniesie pod niebiosa, to czy nie będziemy mieli wrażenia, że w jakimś stopniu tym bankietem przekupiliśmy go?

Niestety z początkiem lat dziewięćdziesiątych ta zasada poszła do kąta i teatry nagminnie zaczęły recenzentów gościć na swoich popremierowych bankietach. Przy czym – powiedzmy to wyraźnie – że recenzenci lat dziewięćdziesiątych byli, w większości, ludźmi lubiącymi teatr, ale zupełnie go nie znającymi. No i redakcje powierzały role recenzentów ludziom naprawdę przypadkowym, bez etatu, bez minimalnego doświadczenia w dziennikarstwie. Znam przypadki, gdy o teatrze pisywali świeżo upieczeni absolwenci stomatologii i geologii.

I ci nieobyci z teatrem recenzenci zaczęli na bankietach udzielać rad, porad, a nawet wykpiwać aktorów. To prostactwo recenzentów nie uwzględniało faktu, że w dniu premiery artyści są naprawę kłębkiem nerwów…

W jednym z wojewódzkich miast uczestnictwo recenzentów w bankiecie skończyło się w sądzie. Jeden z aktorów, którego czepiało się – dwóch mocno już pijanych recenzentów – użył siły, w celu poskromienia napastników. Ciż odwołali się do sądu, ale sąd miał widać więcej doświadczenia życiowego niż szwadron ówczesnych recenzentów – i sprawę oddalił.

Nie wiem czy ten niemoralny proceder z goszczeniem przez teatry recenzentów, ale radziłbym go zaniechać, jeżeli jeszcze trwa. Naprawdę, to niemoralne – z obu punków widzenia.

 

O niuansach w społecznym przekazie pisze CEZARY KRYSZTOPA: Zakaz wątpliwości

Prowadziłem ostatnio na Twitterze pewną dyskusję. Temat dyskusji nie jest w kontekście tematu, który chce poruszyć taki istotny, ale dla pełnego obrazu napiszę, ze dotyczyła planów przekazania przez Polskę Ukrainie Leopardów.

Jestem zwolennikiem pomocy Ukraińcom na różnych poziomach. Sam używam argumentu o tym, że lepiej, aby nasz sprzęt osłabiał Rosjan za Dnieprem, niż gdyby musiał na Bugu. Prywatnie też przyjmowaliśmy Ukrainki uciekające przed wojną w mieszkaniu po babci. Z drugiej strony uważam, że skoro wojna nie jest grą na konsoli, tylko może realnie dotknąć na przykład naszych dzieci, mamy obowiązek brać pod uwagę nie tylko optymistyczne, ale również pesymistyczne scenariusze. Dlatego nasza pomoc nie może przekraczać granicy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów. A dziś po oddaniu kilkuset sztuk ciężkiego sprzętu, w tym wielu czołgów, Leopardy są filarem naszych wojsk pancernych (tak, chodzi o kompanię, czyli maksymalnie kilkanaście czołgów, ale my już oddaliśmy sporo, a zanim uzupełnimy braki minie przecież jakiś czas i kto nam zagwarantuje, że jeśli PiS nie utrzyma władzy, to zakupy nie pójdą do szuflady?). Podobne opinie wyrażali również eksperci, tym bardziej ośmieliłem się w dość łagodnych słowach wyrazić wątpliwość.

Pewne zjawisko

Rany, co to się zaczęło, zostałem i ruską onucą i szurem i nie pamiętam kim tam jeszcze. Ale nie o to chodzi, po szkole Salonu24 nie unikam nawet i ostrej dyskusji, a przecież wielu dyskutowało ze mną również grzecznie i nikomu nie ośmieliłbym się odmówić prawa do własnego zdania. Rzecz w czym innym. Przy okazji bowiem ułożył mi się w głowie obraz pewnego zjawiska, które przecież nie zaczęło się wczoraj, ale jakby nabiera rozpędu.

Ostatnio można je było zaobserwować w ogniu wojny o COVID-19. Opinia publiczna podzieliła się na dwie ostro skonfliktowane grupy (z chlubnymi wyjątkami rzecz jasna), które (a obrywałem od obydwu, więc wiem o czym mówię) nie potrafiły znieść żadnych wątpliwości. Jeśli ktoś jakąś wyraził, zostawał mordercą, terrorystą lub zajobem. Uczciwie trzeba przyznać, że tylko jedna z tych grup dysponowała absolutną przewagą medialną, polityczną i finansową.

Ani „won!” ani „hura!”

Teraz podobne zjawisko obserwuję w kwestii wojny na Ukrainie. Jedni wołają „ukry won”, bez sensu przecież, bo w tym miejscu mapy i czasu w jakim się znajdujemy, warunkiem naszego istnienia jest nasza aktywność i budowanie wpływów w regionie, a jakby to brutalnie nie zabrzmiało, ta wojna, choć straszna jak każda wojna, zupełnie przebudowała międzynarodową układankę na naszą korzyść.

Inni znów gotowi byliby oddać Ukrainie wszystko. Ja rozumiem ludzki odruch serca, ale w polityce nie o to chodzi. Naszą optyką musi być zawsze optyka polska, a naszym aksjomatem nasz interes narodowy. A, że znajdujemy się na etapie tzw. „ciekawych czasów”, to poszukiwanie właściwiej ścieżki na drodze do jego realizacji, z pewnością nie jest łatwe i musi być skomplikowane, nie da się go streścić ani słowem „won!”, ani słowem „hura!”. To nawet nie taniec na linie, to taniec na stojących na sztorc szablach.

I wiecie co? Przede wszystkim nie da się jej odnaleźć zagłuszając wątpliwości. Pozbawieni wątpliwości jesteśmy skazani na sklerozę, odporność na argumenty, złą ocenę sytuacji, a ostatecznie na podejmowanie niewłaściwych decyzji.

Agentura wpływu istnieje realnie, kiedyś łatwo dało się wychwycić rusycyzmy w komentarzach, dziś lepiej się wyszkolili, ale naprawdę, nie każdy kto ma wątpliwości to zaraz „ruska onuca”, nie dajmy się zwariować.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak rosyjskiej armii nie udało się zrobić Putinowi prezentu na Nowy Rok

Putin marzył, aby przed Nowym Rokiem rosyjska armia zajęła Bachmut. O te ukraińskie miasto w Donbasie od pół roku toczą się zaciekłe walki.

Prezydent Rosji Władimir Putin przed rozpoczęciem nowego, 2023 roku nie miał powodów do optymizmu. Odwołał tradycyjną już doroczną konferencję prasową, odmówił z naruszeniem konstytucji wystąpienia przed parlamentem z dorocznym orędziem. Analitycy tłumaczyli to bardzo prosto – Putin nie miał o czym mówić, nie miał żadnych, nawet fikcyjnych powodów do optymizmu. Jednak bardzo chciał odnieść małe zwycięstwo. Dlatego rozkazał jednostkom armii rosyjskiej zająć przed Nowym Rokiem ukraińskie miasto Bachmut w Donbasie, które Rosjanie nazywają po starodawnemu Artemiwśk, na cześć Artema, słynnego dowódcy wojsk rosyjskich podczas wojny domowej na początku ubiegłego wieku. Aby zapewnić sobie to małe zwycięstwo, na Donbas przerzucono jednostki prywatnej armii Prigożyna, zwane „wagnerowcami” i wysłano posiłki spośród niedawno zmobilizowanych na „mięso armatnie” Rosjan.

Nie udało się jednak przełamać oporu armii ukraińskiej broniącej od pół roku Bachmutu. Rosjanie rzucali do ataku nowe szeregi bojowników, ale nie mogli przebić się przez ukraińską obronę. Kolejni atakujący żołnierze nacierali bezpośrednio nad zwłoki poprzedników, ale pole było tylko gęściej pokryte nowymi trupami.

Takich wiadomości nie można było przekazać przed Nowym Rokiem Putinowi. Wtedy armia uciekła się do trywialnego oszustwa. Czasopismo „Wojennoje deło” („Sprawy wojskowe”) nagle napisało: „Rosyjscy spadochroniarze przedarli się przez obronę Sił Zbrojnych Ukrainy i weszli do Artemiwśka”. Notatka głosiła, że „jednostki armii rosyjskiej na południe od Artemiwśka przedarły się przez obronę ukraińską i wkroczyły do ​​miasta… Jednostki powietrznodesantowe weszły do ​​​​miasta od strony południowej, a siły rosyjskie przedarły się również do Kleschiivki na południe od Artemiwśka”.

Artykuł został natychmiast przedrukowany przez rosyjską gazetę rządową oraz inne media, w tym te na Krymie. Czasopismo „Military Observer” napisało, że „jednostki rosyjskie wkroczyły do ​​ Artemiwśka (Bachmut). Odnotowuje się, że w szturmie na miasto biorą udział siły PKW „Wagnera”, a także jednostki rosyjskich sił powietrznodesantowych…”.

W ten sposób rosyjskie media bawiły się tym kłamstwem przez kilka dni. Nie wiadomo, czy fałszywy przekaz dotarł do Putina i jak cieszył się ze „zwycięstwa”, jak nagradzał „zwycięzców”, ale po kilku dniach prawda wyszła na jaw.

Już 3 stycznia niezależne media podały, że „według wywiadu brytyjskiego okres najsilniejszej ofensywy sił rosyjskich pod Bachmutem już minął i dalsze sukcesy Rosji w tej dziedzinie, przynajmniej w najbliższej przyszłości, są mało prawdopodobne. Czytamy o tym w przeglądzie brytyjskiego Ministerstwa Obrony o wojnie na Ukrainie. Wywiad zauważa, że ​​około połowy grudnia rosyjskie wojska i najemnicy z Grupy Wagnera zwiększyli częstotliwość ataków piechoty na pozycje wokół miasta, ale zapewnili bardzo niewielkie wsparcie piechoty. „W ciągu ostatnich 10 dni Ukraina skierowała znaczne posiłki do obrony tego sektora i wydaje się, że częstotliwość ataków sił rosyjskich zmniejszyła się w porównaniu ze szczytem w połowie grudnia (…). W nadchodzących tygodniach jest mało prawdopodobne, aby Rosja była w stanie osiągnąć znaczący postęp w pobliżu Bachmutu” – napisano w sprawozdaniu.

Do zaprzeczeń dołączył Jewgienij Prigożyn, założyciel rosyjskiej prywatnej armii. Kremlowska propaganda opublikowała wideo z wymówkami tego zbrodniarza wojennego. Próbował wytłumaczyć, dlaczego jego najemnikom od ponad pół roku nie udaje się zająć Bachmutu. Według niego szturm tylko na jeden dom w tym rejonie może trwać „tygodniami”. Każdy dom to forteca… Co to znaczy przebić się przez obronę? Przebić się przez obronę to zająć jeden dom, a za tym domem – nowy dom i nową obronę. To są linie obrony… może nawet 500. Co 10 metrów jest nowa linia obrony – stwierdził Prigożyn.

I tak Władimir Putin został bez prezentu na nowy rok 2023…

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Lala” – Rosjanka, która wybrała Polskę

5 stycznia 2021 r. zmarła w Warszawie płk Lidia Lwow-Eberle, żołnierz pierwszego oddziału partyzanckiego Okręgu Wileńskiego AK ppor. Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”, a następnie 5. Wileńskiej Brygady AK rtm. Zygmunta Szendzielarza. 30 czerwca 1948 r. aresztowana wraz z „Łupaszką” przez bezpiekę, skazana na karę dożywotniego więzienia, na wolność wyszła w 1956 r.

Lidia Lwow urodziła się 14 listopada 1920 r. w Plosie, w obecnym obwodzie iwanowskim, nad Wołgą. Była córką Leona Lwowa, inżyniera agronoma, oraz Barbary z Tiuchanowów. Oboje rodzice skończyli studia w Moskwie. Oba rody, zarówno ze strony matki, jak i ojca, to tradycyjna rosyjska arystokracja. Jeden z pradziadków Lidii, książę Aleksiej Fiodorowicz Lwow, skomponował w 1833 r. muzykę do hymnu Rosji „Boże, zachowaj Cara”. Inny, dalszy krewny – książę Jerzy Lwow – stanął w 1917 r. na czele Rządu Tymczasowego. Była to więc rodzina mocno zakorzeniona w rosyjskiej państwowości.

Lidii przyszło jednak żyć w czasach, kiedy Rosja, jakiej służyli jej przodkowie, przestała istnieć – pisał o Lidii Lwow historyk prof. Piotr Niwiński. – Trudno się zatem dziwić, że w 1921 r., tuż po narodzinach córki, rodzina Lwowów wyemigrowała do Polski, chroniąc się przed zbrodniczym systemem komunistycznym. Osiadła w Nowogródku, gdzie ojciec Lidii podjął pracę jako nauczyciel w gimnazjum rosyjskim, a następnie został wykładowcą szkoły rolniczej na przedmieściach. Lidia początkowo uczęszczała do gimnazjum państwowego w Nowogródku, a po przeprowadzce do Kobylnika, położonego nad jeziorem Narocz, kontynuowała naukę w gimnazjum w Święcianach. W 1938 r. zdała tam maturę.

Po latach w jednym z wywiadów Lidia Lwow-Eberle powiedziała: „W domu mówiliśmy po rosyjsku, byłam Rosjanką, ale taką, dla której Polska to była Ojczyzna. I nadal jest”.

– Wojna dla mnie to była partyzantka. Zostałam wzięta do oddziału „Kmicica” w sierpniu 1943 r. Na Wileńszczyźnie było dużo litewskiej i sowieckiej partyzantki. „Kmicic” był porucznikiem. Mieszkaliśmy w namiotach w lesie. Chłopcy chodzili w teren, a my zostawałyśmy w lesie i gotowałyśmy. Kiedy przyszedł „Łupaszka” i stworzył 5. Brygadę Wileńską, było nas tam ok. tysiąca. Czułam się żołnierzem. Stosowałam się do dyscypliny, jaka panowała w oddziale. Chłopcy byli szkoleni, były wojskowe zajęcia i musztra. „Łupaszka” był zawodowym oficerem i wprowadził wojskową dyscyplinę w oddziale. Każdy się do niej stosował – wspominała Lidia Lwow-Eberle w relacji przekazanej w ubiegłym roku Jarosławowi Wróblewskiemu, umieszczonej w 9 numerze Biuletynu Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL „Rakowiecka 37”.

– U nas w Brygadzie były obchodzone święta i modliliśmy się zawsze rano i wieczorem. Była wspólna modlitwa. Każdy był wychowany w wierze i brał udział w takich akcjach, że życie było narażone w każdej chwili. Nie wiadomo, gdzie spotkasz nieprzyjaciela. Pomagała mi wiara i pomaga do dnia dzisiejszego. Wierzę w Boga, że On pomaga. Naprawdę. Swoimi słowami się modliłam.

O mjr Zygmuncie Szendzielarzu „Łupaszce”, dowódcy 5 Wileńskiej Brygady AK (w wywiadzie dla dorzeczy.pl udzielonym Piotrowi Włoczykowi):

„Między nami było 10 lat różnicy – gdy go poznałam, miałam 23 lata. Zawsze patrzyłam na niego jak na dowódcę. Zawsze. Nawet gdy po wojnie razem mieszkaliśmy w Zakopanem i mówiliśmy sobie po imieniu. Byliśmy prawie jak małżeństwo. Zawsze jednak był dla mnie przede wszystkim dowódcą. Mówiłam do niego „Panie komendancie” (śmiech). (…) To nie było zauroczenie od pierwszego wejrzenia. Uczucie rozwijało się powoli”.

O aresztowaniu 30 czerwca 1948 r. w Osielcu pod Jordanowem:

„Dom, w którym mieszkaliśmy, stał przy szosie. Pamiętam, że dzień wcześniej bardzo wolno minął nas samochód pełen żołnierzy. Około piątej nad ranem obudziły mnie odgłosy strzelaniny. Wyszłam na ganek. Słońce świeciło, w tle widać było góry, strzałów już nie było słychać, było pięknie, więc wróciłam do łóżka. 15 minut później usłyszałam walenie do drzwi. Syn naszej gospodyni otworzył drzwi i wpuścił kogoś na strych. Chwilę potem żołnierze otoczyli dom i zażądali wpuszczenia. Na nocną koszulę założyłam płaszcz. Zaprowadzono nas do pokoju gospodyni. Wszyscy stanęliśmy z rękami podniesionymi do góry. „Łupaszkę” zabrali do kuchni, a mnie do innego pomieszczenia. Zaczęli mnie pytać o różne nazwiska. Powiedziałam, że nic nie wiem. Potem zawieźli nas do Myślenic. Nie miałam możliwości porozmawiać z „Łupaszką”, bo w samochodzie było pełno żołnierzy. Z Myślenic zawieźli nas do Krakowa. Następnego dnia rano zabrali nas samolotem do Warszawy, do siedziby UB przy ulicy Koszykowej. Wiedziałam już, że wszystko się dla nas skończyło. Potem przewieziono nas na Rakowiecką”.

O ostatnim spotkaniu z „Łupaszką”:

„Spotkaliśmy się któregoś dnia w 1951 r. Niestety, nie jestem w stanie powiedzieć, który to był dokładnie dzień. Strażnicy wywołali mnie z celi i zaprowadzili do sali, w której siedziało trzech wojskowych i… „Łupaszko”. Powiedzieli nam, że możemy rozmawiać, jak długo tylko chcemy i o czym chcemy. Byłam tak wstrząśnięta, że chyba nic nie mówiłam. Zapamiętałam z tej rozmowy tylko trzy rzeczy: „Łupaszko” mówił, że nie pamięta już, jak wygląda jego córka [Barbara Szendzielarz]; wspominał też o matce (zawsze mówił, że ze wszystkich kobiet na świecie swoją matkę kocha najbardziej), a mnie powiedział tylko, żebym się uczyła i wyszła za mąż.

Z tego przejęcia nie zakodowałam, co jeszcze do mnie mówił podczas tego spotkania. Siedzieliśmy razem może pół godziny. Na koniec pocałował mnie i to był nasz ostatni kontakt. „Łupaszkę” zabito 8 lutego 1951 r. Ja wyszłam na wolność w listopadzie 1956 r. Dostałam się na archeologię na UW (niektórzy koledzy ze studiów byli ode mnie starsi nawet o 20 lat) i wyszłam za mąż…”
Lidia Lwow-Eberle w 2013 r. odbierając akt identyfikacji szczątków ukochanego dowódcy mówiła wzruszona: „Ja w to nie wierzyłam! Nigdy nie myślałam, że będzie można powiedzieć: <<Tu leży Łupaszka>>”.

CEZARY KRYSZTOPA: Dupniak na wysokim szczeblu

11 stycznia ma się w Sejmie ponownie rozstrzygać sprawa ustawy, która ma nam „otworzyć drogę do pieniędzy z KPO poprzez realizację tzw. kamieni milowych” dotyczących sądownictwa. Według niektórych ustawa musi być przyjęta kropka w kropkę w konkretnym brzmieniu, ponieważ tak to zostało uzgodnione z Brukselą. Oczywiście w żadnym wypadku ustawa „nie została napisana w Brukseli”, „napisaliśmy ją sami”, ale sami jej sobie zmienić nie możemy.

Ustawa nie tylko przenosi sprawy dyscyplinarne sędziów z Sądu Najwyższego do Naczelnego Sądu Administracyjnego, na niekonstytucyjność którego to rozwiązania zwracają eksperci, ale też uderza w ważną konstytucyjną prerogatywę Prezydenta RP powołującego sędziów, wprowadzając możliwość wzajemnego kwestionowania statusu sędziego. Biorąc pod uwagę stopień histerycznego zrewoltowania sporej części nadzwyczajnej kasty, nietrudno sobie wyobrazić, że po otrzymaniu takiego narzędzia karania mniej zaangażowanych kolegów, zajmie się dintojrą. Ostatecznie udowodniła już, że nawet sprawy „gangów obcinaczy palców” jej od tego celu nie odwiodą.

„Musimy zakończyć konflikt”

Premier Morawiecki przekonuje, że „musimy zakończyć konflikt z Brukselą”, że wojna i że „środki z KPO oznaczają więcej pieniędzy na polską armię”. Z kolei Bruksela najwyraźniej wcale nie uważa, że „musi zakończyć konflikt z Warszawą” (przeciwnie, z determinacją go eskaluje), a w KPO, które dokładnie rozpisuje na co mają pójść pieniądze, nie ma ani słowa o polskiej armii (w sporej części są to, w kryzysowej sytuacji potrzebne nam jak dziura w moście, zielone fanaberie, które już entuzjastycznie finansujemy bez gwarancji, że UE kiedykolwiek zwróci nam pieniądze). Tyle tytułem rekapitulacji faktów.

Nie zgadzam się z tym, że warto płacić suwerennością za kredyty, które i bez tego musimy spłacać. To chyba najgłupsza „umowa kredytowa” na świecie. Koszty takiej transakcji występują w o wiele dłuższej perspektywie niż potencjalne „zyski”. Załóżmy jednak nawet przez chwilę, że warto, to skąd założenie, że jakieś wypłaty zależą od stopnia naszego rozpłaszczenia się u stóp unijnych komisarzy? Rezygnacja z weta i zgoda na „mechanizm warunkowości” nie spowodowały zakończenia konfliktu, podpisanie kuriozalnych „kamieni milowych”, do których nikt się dzisiaj nie przyznaje, nie przybliżyło wypłaty środków. Jestem głęboko przekonany, że jeśli nawet zdestruujemy sobie tą ustawą fundamenty państwa i wyciągniemy błagalnym gestem rękę po pieniądze, usłyszymy tylko kolejne wytyczne. Poniekąd słusznie, skoro podpisaliśmy kilkaset „kamieni” legalizujących wcześniej pozbawione podstawy prawnej żądania. Usłyszymy pytania o to czy już obłożyliśmy dodatkowymi podatkami samochody spalinowe, czy zmieniliśmy już regulamin Sejmu (w głowie się nie mieści, że ktoś mógł to podpisać), albo też czy wystarczająco gorliwie masujemy nadzwyczajną kastę, bo ostatnio skarżyła się, że niewystarczająco.

Co leży na stole

Taki kompromis to fajna rzecz. Lepiej żyć w zgodzie niż w konflikcie. Pieniądze też fajna, z punktu widzenia państwa może i fajniejsza. Ale żadne z dotychczasowych doświadczeń w „negocjacjach” z Komisją Europejską, nie pozwalają sądzić, że w ogóle leżą na stole. Za to wszystko wskazuje na to, że Bruksela nie chce żadnego kompromisu z Warszawą, jej celem nie jest kompromis, a przewrócenie za wszelką cenę rządu stanowiącego zagrożenie dla idei Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. KE gra z nami w dupniaka i niestety wygrywa.

Miał być raj, było piekło – WOŁODYMYR SYDORENKO o 100. rocznicy postania ZSRR

W swojej agresji na Ukrainę Kreml nieustannie wykorzystuje nostalgię za zniszczonym Związkiem Radzieckim.

30 grudnia minęła 100. rocznica powstania Związku Radzieckiego. Putin zignorował 30. rocznicę rozpadu Związku Sowieckiego w grudniu 2021 r., a marzył o tym, aby setną rocznicę jego powstania uczynić datą swojego triumfu i uczcić ją zdobyciem Kijowa i Ukrainy, na szczęście to się nie udało.

100 lat temu miała się zacząć budowa „raju na ziemi”, który w rzeczywistości stał się prawdziwym piekłem dla milionów ludzi na świecie. 30 grudnia 1922 r. przedstawiciele sowieckich rządów Rosji, Ukrainy, Białorusi i Republiki Zakaukazia wyszli na scenę Teatru Bolszoj w Moskwie, głośno proklamując powstanie nowego państwa.

Zdaniem znanego amerykańskiego dyplomaty Kurta Volkera, Władimir Putin zamierzał wykorzystać setną rocznicę powstania ZSRR na stworzenie nowego wizerunku ZSRR,  pierwszym krokiem do tego powinna być agresywna inwazja na Ukrainę. „Posunięcia w polityce zagranicznej prezydenta Rosji Władimira Putina wskazują, że jest on zdeterminowany, by uczcić setną rocznicę powstania ZSRR w grudniu 2022 roku utworzeniem nowego rosyjskiego imperium” – stwierdził Kurt Volker.

W felietonie w ukraińskim czasopiśmie „Novoe Vremya” zauważył, że „Opanowanie tej nowej możliwej rzeczywistości jest trudnym zadaniem dla przywódców NATO w nadchodzących miesiącach i latach. Aby zapewnić wolność i bezpieczeństwo w Europie – i zachować nadzieję, że kraje, które są teraz częścią NATO, również mogą cieszyć się wolnością i bezpieczeństwem – NATO musi być przygotowane na powrót do poziomu obecności wojskowej i czujności, jakiego nie widziano od dziesięcioleci” – ostrzega dyplomata.

Według Volkera z tekstów projektów traktatów przedstawionych przez Rosję Stanom Zjednoczonym i NATO w grudniu 2021 roku wynika, że ​​Władimir Putin bezlitośnie niszczy architekturę bezpieczeństwa europejskiego, jaka istniała po porozumieniach helsińskich z 1975 roku i dąży do powrotu do Jałty, czyli podziału Europy na Zachód i rosyjską strefę wpływów.

„W tych projektach Rosja wprost zaprzecza normom Aktu Helsińskiego: na przykład prawu państw do wyboru własnych sojuszy bezpieczeństwa, nieingerencji w sprawy wewnętrzne innych państw, obowiązku powstrzymania się od gróźb oraz uznanie, że granic międzynarodowych nie można zmieniać siłą” – podkreślił Kurt Volker.

W ekskluzywnym komentarzu dla ukraińskiego magazynu „OBOZREVATEL” były zastępca szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy generał broni Ihor Romanenko stwierdził, że Putin planuje zgromadzić wszystkie kraje poradzieckie, z wyjątkiem krajów bałtyckich. W szczególności bierze pod uwagę nie tylko słowiańskie państwa Białorusi i Ukrainy, ale także Kazachstan, Azerbejdżan i Gruzję. Ma roszczenia do prawie wszystkich byłych republik związkowych.

Według generała, Kreml nie jest zbytnio zainteresowany legalizacją nowego związku państw. „Można to rozwiązać później, w miarę postępów. Najważniejsze dla Putina jest to, żeby te kraje, w tym Ukraina, weszły w strefę jego wpływów, zmieniając przywództwo polityczne na prorosyjskie z dalszą absorpcją na wzór Białorusi” – wyjaśnił.

W swojej agresji na Ukrainę Kreml nieustannie wykorzystuje nostalgię za zniszczonym Związkiem Radzieckim, którego rozpad Władimir Putin nazwał kiedyś największą geopolityczną katastrofą XX wieku.

Można stwierdzić że wzmożona nostalgia za Związkiem Radzieckim odgrywa obecnie centralną rolę w kampaniach informacyjnych Kremla na użytek wewnętrzny. To ciekawe, że rosyjscy propagandziści próbują połączyć imperialne i sowieckie dziedzictwo historyczne. Potwierdza to, że władzom rosyjskim bardziej zależy na zdobyczach terytorialnych, niż na stylu życia, za którym tęskni duża część Rosjan.

W rzeczywistości, datę 30 grudnia można uznać za fałszywą, jest ona tylko stemplem propagandowym. Oddolna inicjatywa bolszewików ukraińskich w 1923 roku doprowadziła do odroczenia faktycznego powstania ZSRR o ponad pół roku. Do czasu uchwalenia „Konstytucji Stalina” w 1936 r. za datę powstania ZSRR uważano 6 lipca 1923 r. Bo wtedy właśnie ratyfikowano deklarację i zatwierdzono „traktat związkowy”, a 30 grudnia 1922 r. dokumenty założycielskie zostały tylko przegłosowane. Opóźnienie to wynikało ze zgłoszenia przedstawiciela delegacji ukraińskiej Mychajło Frunzego. Wydaje się, że Stalin nie wybaczył tego czerwonemu dowódcy, skoro Michaił Frunze zmarł później w tajemniczych okolicznościach na stole operacyjnym w wieku czterdziestu lat. A kiedy Stalinowi udało się w końcu przejąć pełnię władzy, wznowił obchody rocznicy powstania ZSRR 30 grudnia.

Co było „dobre” w ZSRR? Rosyjscy propagandziści „sprzedają” w tej sprawie fałszywe fakty. Na przykład mówią, że w ZSRR ludzie byli leczeni za darmo. W rzeczywistości wprowadzono tam taki system podatkowy, że za opiekę zdrowotną płacili wszyscy, zarówno ci, którzy byli chorzy, jak i ci, którzy nigdy nie byli chorzy. Doprowadziło to do tego, że sowiecki system opieki zdrowotnej stał się najbardziej zacofanym na świecie. Wciąż mówi się o „darmowych” mieszkaniach. W rzeczywistości całe budownictwo mieszkaniowe w ZSRR było wspierane przez nieuzasadnioną obniżkę płac dla wszystkich ludzi pracy, a robotnicy przez długi czas otrzymywali pensję w wysokości od 80 do 120 rubli sowieckich, co ledwo wystarczało na zakup żywności. I nie było mowy o oszczędzaniu na edukację, na zakup ubrań, mebli. Kupno samochodu było uważane za luksus nawet wtedy, gdy pod koniec lat 60. w ZSRR zaczęto budować kopie włoskiego fiata o nazwie żiguli.

Jednak, jak już dziś widać, Ukraina i świat pokrzyżowały plany Putina dotyczące odrodzenia ZSRR.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Czy mogę jeszcze odczuwać abominację?

Dobra tam, abominację… Tak napisałem, żeby tytuł nie był odpychający, odrażający, obrzydliwy, bo społeczeństwo zamiast przeczytać mogłoby od razu odepchnąć od siebie lekturę przy tytule. Chodzi jednak o zwykły, najzwyklejszy wstręt. O obrzydzenie. W tytule synonim udziwniony, po prostu. Taki zabieg, po prostu, a teraz do rzeczy.

Czy ja jeszcze we współczesnym świecie pełnym coraz dalej idącej ku przepaści bezrozumnej wolności mogę odczuwać wstręt i mówić o tym otwarcie? Pewne rzeczy, sytuacje, akcje najzwyczajniej na świecie mnie brzydzą. Ale nie na poziomie rozumowym, że jest we mnie jakiś konstrukt, który nadbudowałem sobie na jakiejś idei, światopoglądzie, religii et cetera. Nie. Pewne rzeczy, sytuacje, akcje brzydzą mnie na poziomie fundamentalnym, bazowym, instynktownym. Obrzydliwy zapach ostrzega mnie przed niebezpieczeństwem. Zatykam nos. Obrzydliwy smak przed możliwością napotkania na trujące jedzenie. Wypluwam. Obrzydliwe widoki, rzeczy, sytuacje, akcje podobnie. Odwracam głowę. Dopiero jak mimika i odwrócenie głowy zasygnalizują mi obrzydzenie organizmu, mogę przejść do analizy czy ono jest słuszne czy niesłuszne, poprawne czy niepoprawne. Ciekawe. Czy reakcja organizmu może być niepoprawna? Czy instynkty, podstawowe reakcje zwykłego człowieka (gwarantuję, że nie jestem odosobniony) mogą być niesłuszne, niepoprawne, wstydliwe?

Oczywiście nie chcę nikomu robić przykrości. Niby dlaczego miałbym to robić? Żyj i pozwól żyć. Tolerancja. No ale tolerować to nie znaczy uważać, że jest ok. Nie za bardzo według mnie jest ok, jak na to patrzę. Mam mdłości i odruch wymiotny. Mam nie mieć? Ale jak mam nie mieć, jak ja na to patrzę? Nie tylko ja mam, bardzo dużo ludzi, myślę, że szczególnie mężczyzn reaguje tak samo. Raczej, jak ja, nie bardzo mówią to publicznie, głośno, bo nie chcą robić przykrości, a poza tym boją się, tak po prostu się boją, że zostaną napiętnowani. Napiętnowani, wyszydzeni, wyizolowani przez ostracyzm, zaopatrzeni w wilczy bilet, że odsuną się znajomi, może i rodzina, że straci się pracę, perspektywy awansu. W zasadzie naturalne wydawałoby się obrzydzenie jest terroryzowane.

Więc patrzę na to i chce mi się wymiotować, ale mam się uśmiechać i mówić, że super, że fantastycznie. To jest ta wasza wolność? Serio. Przecież to czystej wody gwałt na psychice, nie tylko mojej. Nie można tak sobie wykształconych przez setki tysięcy lat wyłączyć. Nie da się. To jest oszustwo. Rozumiecie? Zawsze będę odczuwać obrzydzenie, kiedy będę widzieć ludzi jedzących mięso psów, albo nawet, jak tylko o tym pomyślę.

HUBERT BEKRYCHT: Czego i sobie (nie) życzę…

Nadszedł wreszcie, ale nic się w nim nie zmieni, jeśli my się nie zmienimy. Czy rok 2023 ma jakąś cudowną moc, która przepędzi zło całego świata? Nie, po prostu rok 2022 był pod wieloma względami szczególnie zły.

Należy jednak oddzielić sytuację międzynarodową spowodowaną rosyjską napaścią na Ukrainę oraz kryzys gospodarczy od tego, co nam się zdarzyło w życiu. Nie mamy jeszcze wojny, nie przymieramy głodem, jest prąd, w domach ciepło… Trudny czas na świecie powoduje, jak w mijających miesiącach, bezprzykładną międzyludzką Solidarność. Tak było w minionym roku.

W mediach było w 2022 roku różnie – histerycznie, jak w polityce; patriotycznie, jak w życiu społecznym; wróżbiarsko, jak w gospodarce; specjalistycznie i ekspercko, jak w piłce nożnej.

Ten rok, 2023, może być dla mediów wolnego, demokratycznego świata przełomowy. Trzeba jednak podwyższyć poziom komunikowania się z odbiorcą. Nie można posługiwać się, jak od kilku lat, fake newsami, które kilka dni po publikacji będą powoli wycofywane, a „winę” zrzuca się na inne publikatory. Ludzie, być może, to jeszcze kupią, ale za kilka lat nikt już nie uwierzy w redakcyjne słowo pisane i mówione.

W mediach społecznościowych, zamiast wierzyć lub nie wierzyć miliarderom trzeba w końcu przestać nurzać się w pogłoskach i na nie odpowiadać. Same internetowe enuncjacje nie zmieniają świata. Robią to potwierdzone informacje.

Zrezygnujmy w mediach z przedstawiania świata poprzez okulary prasy bulwarowej. Plotkarskie portale nie zastąpią rzetelnych wiadomości. Powtórzyć należy, że tabloidyzacja rzeczywistości w końcu wzbudzi lęk odbiorców i media publikujące półprawdy w końcu upadną, tylko koszt społeczny tego procesu będzie ogromny.

Nie wstydźmy się swoich poglądów. Dziennikarz powinien je mieć i – poza czystą informacją – powinien używać mózgu i swoich zasad a nie tylko algorytmów popularności mediów, dla których pracuje.

I chyba najważniejsze, przestańmy w końcu ciągle zajmować się innymi mediami. Nie bądźmy społecznymi kanibalami, bo w końcu zjemy siebie i nasz dorobek.

Czego w Nowym Roku 2023 dziennikarzom, pracownikom redakcji, właścicielom mediów, politykom i sobie życzę.

 

Słowa Benedykta XVI o mediach i dziennikarzach

W ostatni dzień 2022 roku w Watykanie w wieku 95 lat zmarł papież senior Benedykt XVI. Z tej okazji warto przypomnieć jego nauczanie, które zawarł w swoich orędziach na Światowe Dni Środków Społecznego Przekazu. Pozostaje ono ważne, szczególnie dla dziennikarzy.

Benedykt XVI w swoim nauczaniu dotyczącym mediów, zwracał szczególną uwagę na możliwości i szanse, jakie niesie szybki rozwój środków masowej komunikacji. Przestrzegał też przed zagrożeniami płynącymi z niewłaściwego ich wykorzystania i podkreślał cele jakim powinny służyć.

„Dzięki postępom techniki media w pewnym sensie pokonały czas i przestrzeń, umożliwiając natychmiastową i bezpośrednią komunikację między ludźmi, nawet jeśli dzielą ich wielkie odległości. Stwarza to ogromny potencjał, który może służyć wspólnemu dobru (…). Jak jednak wszyscy wiemy, nasz świat jest daleki od doskonałości. Codziennie przekonujemy się, że bezpośredniość komunikacji niekoniecznie prowadzi do tworzenia więzi współpracy i jedności w społeczeństwie” – pisał Benedykt XVI w 2006 roku w orędziu na 40. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

Papież zauważał szczególną rolę dziennikarzy i ich odpowiedzialność za przekazywane treści.

„Dostarczanie informacji, które kształtują sumienia poszczególnych ludzi, pomaganie im w kształtowaniu swojego myślenia nie jest nigdy zadaniem neutralnym. Prawdziwa komunikacja wymaga moralnej odwagi i stanowczości. Wymaga od pracowników mediów determinacji, aby nie uginali się pod naporem wielkiej ilości informacji ani nie zadowalali się prawdami częściowymi czy prowizorycznymi. Przeciwnie, nakazuje szukać tego, co stanowi najgłębszy fundament i sens ludzkiego życia osobowego i społecznego” – podkreślał.

Przestrzegał jednak przed zamykaniem się w swoich „bańkach informacyjnych”, które dziś są tak bardzo widoczne w naszym medialnym krajobrazie.

„Media są jak gdyby wielkim >okrągłym stołem<, sprzyjającym dialogowi, istnieją w nich jednak pewne tendencje tworzące swoistą monokulturę, która tłumi zdolności twórcze, spłyca idee bardziej subtelne i złożone, nie docenia specyfiki odmiennych kultur oraz szczególnego charakteru wiary religijnej. Do takich wypaczeń dochodzi wówczas, gdy przemysł medialny zaczyna służyć tylko samemu sobie lub kieruje się wyłącznie dążeniem do zysku, tracąc poczucie odpowiedzialności za wspólne dobro” – pisał Benedykt XVI.

Apelował do dziennikarzy „o rzetelne relacjonowanie wydarzeń, wyczerpujące wyjaśnianie zagadnień publicznych i uczciwe przedstawianie różnych punktów widzenia”.

W 2008 roku w orędziu na 42. ŚDŚSP Benedykt XVI zauważył natomiast, że w mediach często „pod pretekstem przedstawiania rzeczywistości w istocie dąży się do usprawiedliwiania i narzucania wypaczonych wzorów życia osobistego, rodzinnego czy społecznego. Ponadto, aby zwiększyć tzw. oglądalność, czasami media nie wahają się uciekać do wulgarności, przemocy i przekraczania zasad.”

Zauważył niebezpieczne zjawisko wykorzystywania mediów nie tylko do przekazywania informacji, ale też kreowania rzeczywistości.

„Gdy komunikacja traci etyczny punkt odniesienia i wymyka się spod kontroli społecznej, przestaje się liczyć z centralnym miejscem człowieka i jego nienaruszalną godnością, co grozi negatywnym wpływem na jego sumienie i jego decyzje, a w ostateczności uzależnieniem wolności i samego życia osób. Właśnie dlatego niezbędne jest, aby środki społecznego przekazu zazdrośnie broniły osoby i w pełni szanowały jej godność” – pisał papież.

I apelował: „Należy unikać, by media stały się tubą materializmu gospodarczego i relatywizmu etycznego.”

W ostatnich latach swojego pontyfikatu Benedykt XVI wiele uwagi poświęcał nowym mediom. Pisał o możliwościach i zagrożeniach jakie niesie ze sobą rozwój internetu i sieci społecznościowych.

„Jak każdy inny owoc ludzkiego geniuszu nowe technologie komunikacji należy umieścić w służbie integralnego dobra osoby i całej ludzkości. Jeśli są one mądrze wykorzystane, mogą pomóc w zaspokojeniu pragnienia sensu, prawdy i jedności, które pozostaje najgłębszym dążeniem człowieka” – pisał w 2011 roku w orędziu na 45. ŚDŚSP.

Dostrzegał, że nowe technologię umożliwiają  „spotykanie się ponad granicami przestrzeni i własnych kultur, dając w ten sposób początek całemu światu nowych potencjalnych przyjaźni”. Przestrzegał jednak: „Ważne jest, aby zawsze pamiętać, że kontakt wirtualny nie może i nie powinien zastępować bezpośredniego kontaktu z ludźmi na wszystkich poziomach naszego życia.”

Orędzie na 47. ŚDŚSP w 2013 roku Benedykt XVI poświęcił internetowym sieciom społecznościowym. Określił je mianem nowej „agory”, czyli  przestrzeni, „w której ludzie dzielą się swoimi pomysłami, informacjami, opiniami i gdzie mogą również powstawać nowe więzi i formy wspólnoty.”

Podkreślał ich szczególną rolę, jaką mogą odegrać w społeczeństwie, pod warunkiem ich należytego wykorzystania.

„Przestrzenie te, kiedy są dowartościowane w sposób właściwy i zrównoważony, przyczyniają się do wspierania form dialogu i debaty. Jeśli dokonują się one z szacunkiem, dbałością o prywatność, odpowiedzialnością i poświęceniem prawdzie, mogą umacniać więzy jedności między ludźmi i skutecznie wspierać zgodę w rodzinie ludzkiej”.

Benedykt XVI trafnie przewidział, że sieci społecznościowe w coraz większym stopniu będą wywierać wpływ na nasze życie.

„Świat cyfrowy nie jest światem paralelnym ani czysto wirtualnym, lecz dla wielu ludzi, zwłaszcza najmłodszych, stanowi część codziennej rzeczywistości. Sieci społecznościowe są owocem ludzkiej interakcji, ale same z kolei nadają nowe kształty dynamice komunikacji, tworzącej relacje: uważne zrozumienie tego środowiska jest zatem warunkiem wstępnym znaczącej w nim obecności” – pisał papież.

Apelował, aby należycie je wykorzystać, także do głoszenia Dobrej Nowiny we współczesnym świeci.

„Umiejętność korzystania z nowych języków potrzebna jest nie tyle, aby nadążać za duchem czasu, ale właśnie po to, żeby pozwolić nieskończonemu bogactwu Ewangelii znaleźć takie formy wyrazu, które byłyby w stanie dotrzeć do umysłów i serc wszystkich ludzi. W środowisku cyfrowym słowu pisanemu często towarzyszą obrazy i dźwięki. Skuteczna komunikacja, jak przypowieści Jezusa, wymaga zaangażowania wyobraźni i wrażliwości uczuciowej tych, których chcemy zaprosić na spotkanie z tajemnicą miłości Boga” – podkreślał Benedykt XVI.

opr. jka

 

WALTER ALTERMANN: Życzenia na Nowy Rok albo, jak nam się podoba…

Pozwalam sobie złożyć Państwu moje serdeczne, z serca i umysłu płynące życzenia na Nowy Rok 2023.

Życzenia podzieliłem na dwa zasadnicze bloki życzeniowe: prywatne i publiczne. Co by nie mówić, to nawet najbardziej zaangażowani społecznie i politycznie osobnicy mają przecież życie prywatne – rodziny, bliskich, kochanych. Jeżeli zaś nie mają, to tym gorzej dla nich i nic tu nie da się zaradzić, bo właściwie ciężko im życzyć czegokolwiek.

Życzenia prywatne

Życzę Państwu wszystkim zdrowia, dla Was i Waszych Bliskich. Życzę też trochę ludzkiej sympatii i odrobiny szczęścia, bo jak wiemy ci na Titanicu byli zdrowi, ale zabrakło im szczęścia.

 Życzenia publiczne

Moje życzenia publiczne można właściwie określić jednym pojęciem – życzę nam wszystkim spojrzenia na współczesną Polskę i świat okiem anarchisty. Ja wiem, że od ponad stu lat anarchiści nie mają dobrej opinii, ale też przyszło im zmierzyć z najpotężniejszymi przeciwnikami świata tego. Byli zwalczani ostrzej niż faszyzm i komunizm razem wzięte. Anarchizm zakładał bowiem walkę z państwem jako organizacją społecznego ucisku, aż do zupełnego unicestwienia państwa. Może anarchiści przesadzali, ale obecny stan rzeczy dowodzi, że trochę racji jednak mieli.

Z każdym dziesięcioleciem bowiem umacniają się w świecie i Polsce tendencje supremacji państwa nad obywatelem. Niemal z każdym rokiem maleje sfera wolności osobistej obywateli. I nie tylko w Chinach czy Rosji. Państwa umacniają swoją „państwowotwórczą” rolę, wmawiając obywatelom, że jedynie silne państwo potrafi ich obronić, nakarmić, wykształcić i dać „godziwą” rozrywkę.

Mam podejrzenia, że władzom wszystkich państw świata mniej jednak chodzi o „dobrostan” obywateli, a bardziej o samą władzę.

Kto komu siedzi na plecach?

Pamiętają Państwo ze szkoły średniej satyryczny rysunek – z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej – na którym widzimy zgiętego chłopa, niosącego na swych plecach wielce zadowolonych: arystokratę i biskupa? Taką mamy też sytuację i teraz. Przy czym dzisiaj księża już tak bardzo nie ciążą społeczeństwu, arystokratów już nie ma…, ale za to ich miejsce na chłopskim karku zajęły dziesiątki współczesnych darmozjadów.

Komu służy państwo?

Odnoszę wrażenie, że to tak lirycznie opiewane państwo właściwie służy tymże niesionym nygusom. Świat współczesny polityków do perfekcji opanował techniki wmawiania ludziom, że politycy żyją jedynie dla dobra ludu, społeczeństwa, narodu. I to dlatego politycy męczą się, nie śpią, nie jedzą, nie spółkują, nie mają wakacji… Malują przed swymi wyborcami własny obraz na podobieństwo Szymona Słupnika.

Zdanie wyżej napisałem, że wmawianie obywatelom całego świata „mesjanistycznej” misji polityków doprowadzono do perfekcji, ale przecież codziennie ukazywane są nowe pomysły ukazujące poświęcenie klasy politycznej świata. I coraz to nowe mamy przykłady Świętych Polityków.

Taką manipulację ułatwia i to, że bezpardonowa walka między politycznymi obozami pozwala ciągle kreować nowych Świętych Alternatywnych. Jeżeli komuś nie odpowiada wizerunek polityki liberalnej, to przeciwna partia natychmiast podsuwa nam obraz polityki nostalgicznej, sentymentalnej i głęboko uduchowionej. I my wybieramy, mając przekonanie, że był to jakiś istotny wybór. Tymczasem zmiana nastroju nie powoduje, że choroba minęła. I tak to żyjemy w świcie pozornych wyborów i jedynie teoretycznych różnic.

Ale przejdźmy do poważnych przykładów.

Organizacja Narodów Zjednoczonych

Jest to najbardziej „nic nie mogąca” z wielkich światowych organizacji. Bo tak naprawdę nic nie jest w stanie załatwić. Jej struktura jest tak zbudowana, że najwyższa władza ONZ, czyli Zgromadzenie Ogólne jest właściwie forum do przedstawiania przez każde z państw członkowskich własnych poglądów, przekonań, urazów i oczekiwań. Natomiast istotną władzę ma Rada Bezpieczeństwa, której decyzje może zablokować każdy z jej stałych członków, a są to: USA, Rosja, Francja, Wielka Brytania i Chiny.

I to, dlatego ONZ nic nie może zrobić w sprawie napaści Rosji na Ukrainę, tak jak martwe pozostały wszystkie uchwały Zgromadzenia Ogólnego w sprawie zagarniania przez Izrael ziem Palestyńczyków.

Przypomnę, że poza Zgromadzeniem Ogólnym (General Assembly) i Radą Bezpieczeństwa (Security Council) istnieje jeszcze w strukturach ONZ Rada Gospodarcza i Społeczna (Economic and Social Council), Sekretariat (UN Secretariat), Rada Powiernicza (Trusteeship Council) i Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (International Court of Justice).

I są to podmioty zatrudniające w sumie tysiące ludzi, dobrze opłacanych, z wysokimi emeryturami, świetnymi warunkami mieszkalnymi, prawem do darmowych podróży po świecie. I dysponujące ogromnymi kwotami na podstawową działalność.

Teoretycznie jedynie UNESCO, jedna z córek ONZ, przynosi jakiekolwiek realne korzyści, niosąc pomoc ubogim krajom, społeczeństwo czasu wojny. Ale nie przesadzajmy, bo i z tą organizacją związane są potworne afery korupcyjne.

A sami sekretarze generalni ONZ? Nie zabrakło wśród nich wielkich aferzystów a nawet byłego austriackiego SS-mana Kurta Waldheima, który ukrywał swą mroczną przeszłość hitlerowca, bezwstydnie kłamał i kręcił.

Zatem, po co komu taka organizacja?

Odpowiedź jest prosta. ONZ jest bardzo potrzebna zatrudnionym w niej politykom, pomocnikom tychże polityków, personelowi technicznemu i merytorycznemu. No i rodzinom tychże pracowników ONZ. I tysiącom specjalistów, którzy piszą różne raporty. Owszem, istotne bywają raporty ONZ, przedstawiające niełatwe sytuacje w różnych regionach świata. Tyle, że praktycznie nic z tej sowicie opłacanej pracy specjalistów ONZ nie wynika. Bo albo Rosja z Chinami, albo USA Francja z Wielką Brytanią blokują jakiekolwiek realne działania.

Z tymi ONZ-owskim diagnozami jest tak jak z pacjentem, który wraca z prywatnej wizyt u profesora do domu i mówi do zony:

– Ten profesor Kowalik to fantastyczny lekarz. Sumiennie mnie zbadał – wykrył mi trzy poważne schorzenia!

– I co ci zapisał?

– Nic, bo lekarstwa są bardzo drogie, ale diagnoza jest rewelacyjna.

– Tyś oszalał, po co komu taki lekarz? – mówi żona.

– Po co? Po co? Przecież gdzieś ten chłop musi zarabiać. On ma żonę, trójkę dzieci, psa… i podobno kochankę. On ma dużą społeczną odpowiedzialność.

Niebawem zajmiemy się przypadkami Unii Europejskiej oraz polskiego parlamentu – przyjmując anarchistyczny punkt widzenia. Też będzie śmiesznie i strasznie zarazem.