WALTER ALTERMANN: Zasługa czy kara – dzikie wibracje językowe

Mam spore zasługi w tropieniu kolejnych dziwactw językowych w wykonaniu naszych dziennikarzy i zwykłego ludu.

Szczerze mówiąc śledzenie i próby naprawy tego, co się wyprawia w mediach i codziennym życiu jest dożywotnią fuchą. Ale też niesie ona dla mnie trudny obowiązek, graniczący z cierpieniem, wsłuchiwania się w te wszystkie okropności.

Wizyty, wizytowania, rewizyty

W TVN 24, w dniu 9 grudnia 2022, można było usłyszeć, że żona prezydenta Ukrainy Olena Zełeńska „wizytowała angielskiego króla”.

I mamy klops. Bo wizytować to może generał podległy mu pułk wojska. Ale już, gdyby pan prezydent Duda odwiedził jakąś uczelnię, która nie jest wojskowa, to tam „złożyłby wizytę”.

Możemy iść do znajomych z wizytą, później oczekując ich rewizyty – choć ten przykład akurat jest ciut nadęty, bo o wizytach i rewizytach mówimy tylko w dyplomacji. A Kowalscy z Malinowskimi po prostu spotykają się, bywają u siebie na obiadach i kolacjach.

Czyli, poprawnie byłoby powiedzieć, że pani Zełeńska złożyła wizytę królowi albo została przyjęta przez króla.

Naprawdę, czym prościej, tym lepiej.

 Na Berdyczów

„Chciał wysłać przeciwnika na Berdyczów” – mówi sprawozdawca z Mundialu. Chodziło mu o to, że jakiś zawodnik udawał, że jest sfaulowany, żeby przeciwnik dostał czerwoną kartkę i opuścił boisko. Ale skąd sprawozdawca wziął zwrot „wysłać kogoś na Berdyczów”?

U Słowackiego, w poemacie „Beniowski” znajdziemy zwrot „pisz na Berdyczów”, który pada w momencie, gdy Beniowski ucieka z rosyjskiej niewoli i we własnym mniemaniu nie będzie już dla nikogo osiągalny. U Słowackiego pisanie na Berdyczów jest czynnością bez sensu.

Obecnie niektórzy badacze języka twierdzą, że poczta w Berdyczowie działała świetnie, i że wysłane na jej adres listy spokojnie czekały na kupców. Bowiem Berdyczów był znany z dużych targów, na które zjeżdżali z całej Rzeczpospolitej poważni handlowcy. A poczta w Berdyczowie była ich pewną skrzynką kontaktową.

Nie bardzo badaczom ufam, wolę już wierzyć Słowackiemu. Co jednak nic nie zmienia w bezsensie użycia zwrotu o „wysłaniu kogoś na Berdyczów” przez pana sprawozdawcę.

Zasłużył sobie na czerwoną kartkę

Ten zwrot używany był najpierw ironicznie, żartobliwie, potem stał się już niemal powiedzeniem codziennym w piłkarskim świecie. I stracił ten zwrot całą swoją złośliwość.

Zasługa bowiem jest w naszym języku czymś dobrym, godnym uznania. Słownik podpowiada, że zasłużony, to godny docenienia, wartościowy rezultat czyjegoś działania. Ergo – zasłużyć sobie można na dyplom, krzyż, order.

Gdyby sprawozdawca powiedział, że zawodnik doczekał się żółtej kartki byłoby normalnie. Ale gdzie tu jakakolwiek zasługa w kopaniu przeciwnika?

Co trenduje na Tik Toku?

Z czasownikami odrzeczownikowymi zawsze był kłopot. I tak też jest z krążącym obecnie w sieci zwrotem, że coś „trenduje” na Tik Toku. Chociaż rozumiem ludzi, którzy od „trendu” łatwo przechodzą do „trendowania”. Trend to kierunek, głównie w modzie, ale i w zachowaniach. Najpierw musieliśmy przyswoić polszczyźnie, że coś jest „trendy”, czyli cieszy się zainteresowaniem, uznaniem. Jakoś ta operacja przeszła bezboleśnie. Teraz jednak komuś nie chciało się napisać, że na Tik Toku coś tam jest modne, cieszy się dużym zainteresowaniem, uznaniem. W sumie „trendowanie” jest zrozumiałe, choć głupie i dziwaczne. No, ale to jak tam już komu wola…

Estymacja

Zwykła ulotka dostarczyciela żywności, jaką można znaleźć w swojej skrzynce pocztowej. Ale treść nie jest zwykła. Oto jakaś firma poleca swe usługi, anonsując się jednak zaskakująco, bo oto w ulotce znajdujemy wydrukowany taki tekścik:

„Firma… estymuje czas dostarczenia obiadu w ciągu, co najwyżej 20-stu minut.”   

Sięgam do słowników i znajduję taką definicję estymacji: „Estymacja (łac. Aetimatio czyli oszacowanie) to dział wnioskowania statystycznego, będący zbiorem metod pozwalających na uogólnianie wyników badania próby losowej na nieznaną postać i parametry rozkładu zmiennej losowej całej populacji oraz szacowanie błędów wynikających z tego uogólnienia. Wyrażenie nieznana postać jest kluczem do odróżnienia estymacji od drugiego działu wnioskowania statystycznego, jakim jest weryfikacja hipotez statystycznych, w którym najpierw stawiamy przypuszczenia na temat rozkładu, a następnie sprawdzamy ich poprawność. W zależności od szukanej cechy rozkładu można podzielić metody estymacji na dwie grupy: 1. Estymacja parametryczna – metody znajdowania nieznanych wartości parametrów rozkładu; 2. Estymacja nieparametryczna – metody znajdowania postaci rozkładu populacji. W praktyce estymacja nieparametryczna jest zastępowana prostszymi metodami bazującymi na weryfikacji hipotez statystycznych.

Zrobiło mi się bardzo przykro, bo dotarło do mnie, że oto jakiś dobrze wykształcony statystyk, który przez lata badał niezwykle ważne dla nas dziedziny, takie jak: obronność, migracje wewnętrzne, poziom życia, wielkość i małość produkcji narodowej… nagle zostaje zwolniony z pracy. I w rozpaczy ima się gotowania pierogów, smażenia schabowych, siekania kapusty na surówki… oraz dostarczania takiego jedzenia leniwej ludności, której nie chce się gotować, smażyć i piec.

Ileż wielkiej człowieczej rozpaczy niesie z sobą ta ulotka, ileż w niej ukrytych klęsk i zawodów. Na taką tragedię człowieka trzeba by pióra Dostojewskiego.

Złamali carski kod

WP Wiadomości z 25 listopada 2022, przynoszą taki tekst: „Złamali carski kod. Tego obawiał się Karol V. Rozszyfrowano list z 1447 roku, który ujawnił obawy hiszpańskiego króla przed zamachem na jego życie. Zamachu mógł dokonać król Francji Franciszek.”

Wiadomość nie jest najbardziej poruszająca, choć pod jednym względem wymaga zastanowienia, zrozumienia i potępienia.

Otóż – Karol V był cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, w skrócie Świętego Cesarstwa Rzymskiego, będąc jednocześnie królem Hiszpanii. Ale w żadnym razie nie był nigdy, w żadnej części swej władzy, carem!

Na Zachodzie Europy byli cesarze, a w Rosji carowie. Niby to samo, ale jednak zupełnie co innego! Jak ktoś piszący, redagujący taką informację może tego nie wiedzieć? I skąd redakcja bierze takich ludzi? Spośród ruskich agentów?

Swoją drogą, gdyby redakcja WP poszukiwałaby kiedyś człowieka odpowiedzialnego za dział naukowy, ze szczególnym uwzględnieniem atomistyki, fizyki kwantowej i innych taki trudnych dziedzin – to ja bym reflektował. Nie mam co prawda bladego pojęcia o fizyce, ale skoro redaktor piszący o historii tak gracko myli carów z cesarzami, to i ja jakoś bym w WP egzystował.

A carowie wzięli się stąd, że po zdobyciu Konstantynopola przez Turków, władcy Rosji uznali, że to oni są spadkobiercami upadłego wschodniego cesarstwa. Czyli są właśnie carami.

Pierwszym carem był Iwan IV Groźny z dynastii Rurykowiczów. Od 4 grudnia 1533 wielki książę moskiewski, car Wszechrusi w latach 1547–1584. Był pierwszym władcą Rosji, który koronował się na cara 16 stycznia 1547. Tytuł ten nie był uznawany w Rzeczypospolitej.

I tak to nasz język wibruje niczym komórka –  hałas i drgania spore, ale sensu niewiele.

 

Konsekwencje stanu wojennego trwają do dziś – felieton JOLANTY HAJDASZ

Najsmutniejsze jest to, że autorzy stanu wojennego nigdy nie odpowiedzieli za swoje zbrodnie, dożyli spokojnej starości mając wysokie emerytury i kpiąc sobie z wymiaru sprawiedliwości.

Kilka dni temu obchodziliśmy 41.rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, wydarzenia ogromnie ważnego w najnowszej historii naszej Ojczyzny. Bez zrozumienia czym ono tak naprawdę było, bez znalezienia opartych na prawdzie odpowiedzi na pytanie kto i po co go wprowadził i jakie były tego konsekwencje, nie da się poznać źródeł naszych dzisiejszych konfliktów politycznych i społecznych. W prosty i rzetelny sposób opisują to niektórzy uczestnicy wydarzeń z lat 80-tych, należą do nich m.in. Andrzej Gwiazda, Krzysztof Wyszkowski, czy Antoni Macierewicz. Ze względu na zasługi i zaangażowanie w działalność opozycyjną w latach komunizmu oraz wiedzę, jaką w związku z tym mają, ich zdania nie wolno pomijać, ani ignorować.

Solidarność spodziewała się wprowadzenia stanu wojennego, nazywano go wówczas stanem wyjątkowym, przygotowania do niego były widoczne dla fachowców, ale spodziewano się, że wprowadzony on będzie bliżej świąt Bożego Narodzenia, wtedy gdy trudniej zorganizować strajki protestacyjne, bo wszyscy pracujący mają co najmniej 3 dni wolne od pracy. Wyszkolony agent służb wojskowych generał Wojciech Jaruzelski wprowadził go jednak wcześniej, by wykorzystać w pełni element zaskoczenia. W świadomości znacznej części społeczeństwa wciąż pokutuje stereotyp, jakoby Jaruzelski zdecydował się na ten bolesny dla ludności krok w celu zapobieżenia inwazji sowieckiej w Polsce, jednak nawet dokumenty sowieckie przeczą tej tezie. Propagandowo powtarzany stereotyp o konieczności wprowadzenia stanu wojennego dla naszego wewnętrznego bezpieczeństwa był i jest bardzo mocno utrwalony, dopiero w ubiegłym roku, 40 lat po wprowadzeniu stanu wojennego, badania socjologiczne wykazały, iż więcej jest osób uznających, że wprowadzenie stanu wojennego było nieuzasadnione i błędne niż uważających, że w ówczesnej sytuacji politycznej było to posunięcie słuszne, ale to nadal nie jest nawet połowa społeczeństwa.

Gdy mówimy o stanie wojennym nie można zapominać o tym, że na czele dziesięciomilionowej „Solidarności” stał noszony na rękach agent bezpieki z Matką Boską Częstochowską w klapie marynarki, a jak potwierdzają historycy, w  szeregach związku działało co najmniej 200 tys. agentów bezpieki. Nie umniejsza to zasług wielu działaczy Solidarności, z oddaniem walczących o ideały wolności, niezależności i godnego życia dla każdego. Ich bohaterstwo upamiętnia dziś Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych  PRL znajdujące się w miejscu  najcięższego więzienia politycznego dla Polaków – przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Tam w stanie wojennym odbywało kary więzienia wielu działaczy „Solidarności”, wielu z nich oddało życie w walce z komunistycznym państwem. Ich nazwiska wymienione są na tablicy przed Murem Pamięci w Muzeum na Rakowieckiej, to w tym miejscu wieńce i wiązanki kwiatów w rocznicę stanu wojennego składają dziś oficjalne delegacje najwyższych władz państwowych oraz organizacji społecznych. Tablica, która zawiera portrety i nazwiska 56 śmiertelnych ofiar komunistycznych represji z lat 1981-89 to symbol osób zamordowanych przez władze komunistyczne w czasie stanu wojennego oraz w latach późniejszych. Wyprowadzenie wojska i policji przeciwko ludziom na ulice było przecież zbrodnią na całym narodzie, Solidarność przecież nie walczyła zbrojnie, jej narzędziem walki był strajk, a raczej groźba strajku, bo to strajk zawsze był nazywany bronią ostateczną. Rzesze szeregowych członków Solidarności wygrały z całą pewnością moralnie, ale dziś trudno nie zgodzić się z Andrzejem Gwiazdą, który twierdzi, iż mówienie o tym, że to „Solidarność” obaliła komunizm jest cytuję – wręcz śmieszne w sensie faktów.

Dla Andrzeja Gwiazdy stan wojenny to było przygotowanie do układu Okrągłego Stołu, a nawet do drastycznej późniejszej operacji przejęcia czy likwidacji polskiej gospodarki, jaką był plan Balcerowicza. Porozumienia Okrągłego Stołu były bezwarunkową kapitulacją strony utożsamianej z Solidarnością, ale nazywanie jej nazwą związku jest nadużyciem była to przecież drużyny Lecha Wałęsy, a nie wybrana przez reprezentatywne gremium „drużyna solidarnościowa”. W obradach Okrągłego Stołu brało udział tylko 4 członków stuosobowej Komisji Krajowej „Solidarności”, a o co najmniej o dwóch wiadomo, że współpracowali z bezpieką.

Potwierdza to także Krzysztof Wyszkowski, wg którego, gdyby Solidarność wtedy została uznana za partnera, transformacja ustrojowa przebiegałaby zupełnie inaczej i nie stracilibyśmy tego prawie dziesięciolecia, w którym rozstrzygały się wszystkie najważniejsze decyzje gospodarcze i polityczne. Konsekwencją narzuconego społeczeństwu układu Okrągłego Stołu była chaotyczna i radykalna prywatyzacja polskiej gospodarki, przeprowadzana niby w imię ratowania upadających miejsc pracy, a przecież one „nie upadały” tylko były likwidowane poprzez drakońskie, nierealne do realizacji zasady działania jak system podatkowy, zamrożenie płac i brak dostępu do funduszy na inwestycje, podczas gdy kapitał zagraniczny dysponował nim w sposób prawie nieograniczony. Państwo zostało uśpione i nie przeszkadzało w tej prywatyzacji, nie było np. systemu pobierania opłat celnych, a walczące o przetrwanie zakłady pracy nie miały żadnego wsparcia w państwie, którego majątkiem były. Przygotowaniem tej operacji przejęcia państwa od komunistów był właśnie stan wojenny, który miał przerazić społeczeństwo na tyle, by nie było w stanie potem bronić swoich najżywotniejszych interesów politycznych, społecznych i gospodarczych. I tak się stało – porozumienia Okrągłego Stołu zawierane były przecież przy biernej postawie społeczeństwa umęczonego kłopotami dnia codziennego i przez to bardzo nieufnego do działań kogokolwiek, w tym działań „Solidarności”.

Antoni Macierewicz przypomina zawsze, że negatywne konsekwencje stanu wojennego trwają do dziś. Te konsekwencje to przede wszystkim stworzenie i umocowanie się dominującej ciągle jeszcze w Polsce formacji agenturalnej, zwłaszcza w mediach prywatnych oraz gospodarce i finansach. Zmiana tego stanu rzeczy jest najtrudniejsza, widać to we wszystkich tych dziedzinach życia publicznego. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że autorzy stanu wojennego nigdy nie odpowiedzieli za swoje zbrodnie, dożyli spokojnej starości mając wysokie emerytury i kpiąc sobie z wymiaru sprawiedliwości. Przed sądami w Polsce toczyły się przecież procesy przypominjące komedie filmowe i farsy teatralne, Jaruzelski, Kiszczak, czy Urban nigdy nawet na chwilę nie trafili do więzienia, a winni śmierci chociażby tych 56 zamordowanych z całą pewnością ofiar stanu wojennego nie są znani z imienia i nazwiska. I co równie istotne – sędziowie z lat stanu wojennego wciąż orzekają w polskich sądach, mimo tego iż ówczesne sądy były jednym z ogniw represji i potrafiły kogoś skazać na półtora roku więzienia za przepisanie ulotki na maszynie czy uniewinnić zomowców, którzy śmiertelnie pobili ucznia za to że miał opornik w klapie marynarki. I jak mówi Krzysztof Wyszkowski, na czele tego frontu obrony sprawców, zbrodniarzy, morderców i zdrajców stali bohaterowie Solidarności tacy ludzie, jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, czy Bronisław Geremek. Wszyscy ci ludzie bronili postkomunistów jak niepodległości.

Dziś – o dziwo – w tej roli występuje Komisja Europejska, która nakłada kary na Polskę za to, że chce naprawy wymiaru sprawiedliwości i naprawy tamtego systemu bezprawia. Musimy to dostrzegać, by po raz kolejny nie dać się nabrać na gładkie słowa i puste, nic nieznaczące hasła, za którymi stoi zupełnie realna chęć spacyfikowania naszej gospodarki i naszego narodu i kraju.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Co oni tam znowu podpisali?

 Czasem myślę, że pieniądze z KPO to chyba najgłupszy kredyt na świecie. Choć z punktu widzenia „banku” sprytnie pomyślany. Jakby większość umowy była napisana małym druczkiem, a spora część reszty atramentem sympatycznym.

Kredytobiorcy sami go sobie finansują (w sierpniu media donosiły, że Polska już spłaca odsetki od pieniędzy z KPO w ramach swoich składek do budżetu UE), a nie to nawet, że pieniądze mogą wydać tylko na cele ważne dla Brukseli (większość tych celów to kompletnie nam zbędne w kryzysie zielone dyrdymały, ale i tak, jeden Premier wie po co, je finansujemy bez gwarancji zwrotu pieniędzy, które już spłacamy), jak się okazuje pieniędzy mogą nawet pod byle pretekstem, nie powąchać. O bardzo niebezpiecznych dla suwerenności państw narodowych europodatkach i uwspólnotowieniu długu, nawet nie wspomnę.

„Sukces”

No ale znowu jesteśmy blisko „sukcesu”. Nagłówki mediów informują o tym, że „kompromis jest blisko”. Fakt, skoro już ten kredyt spłacamy i już ponieśliśmy jego koszty strategiczne, to może i jakimś „sukcesem”, że „cnotę straciliśmy, ale na rubelka jest szansa”. Pytanie, jakim znów kosztem?

No niby mamy zrealizować te nieszczęsne „kamienie milowe”. Przypominam, że jest w nich zapisane podniesienie wieku emerytalnego, opodatkowanie samochodów spalinowych, czy wręcz poniżający postulat zmiany regulaminu Sejmu. Innym warunkiem jest ponowna zmiana systemu dyscyplinowania sędziów poprzez przeniesienie go do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Siarczysty policzek został już wymierzony odważnym sędziom, którzy zechcieli zasiadać w Izbie Dyscyplinarnej SN, teraz jeszcze policzek dla tych, którzy odważyli się wejść w skład Izby Odpowiedzialności Zawodowej. A jeśli w środowisku sędziowskim jest jeszcze ktoś kto nie identyfikuje się z patologią „nadzwyczajnej kasty” ten oberwie, według nieoficjalnych doniesień medialnych, przy okazji zgody na kwestionowanie statusu sędziego. Pasmo skandalicznych wyroków z ostatnich tygodni wydawało Wam się wyjątkowym kuriozum? To zapnijcie pasy, bo zrewoltowana „nadzwyczajna kasta” dopiero się rozkręca.

Wybaczcie

Wiem, że wielu z moich czytelników nie spodoba się to co piszę. Oczywiście przebierająca nóżkami alternatywa dla tego rządu równa się rezygnacji Polski z pozycji, którą ta ma szansę osiągnąć dzięki nowej geopolitycznej układance i zaprzęgnięciu jej na nowo do niemieckiego powozu. Ale ileś „sukcesów” Mateusza Morawieckiego w polityce europejskiej pogorszyło naszą pozycję negocjacyjną. Rezygnacja z weta i akceptacja „mechanizmu warunkującego”, przed którym miał nas zabezpieczać zapis o tym, że dotyczy kwestii budżetowych, oraz enigmatyczne „gentlemen’s agreement” (a nawet w jakimś sensie te nieszczęsne bilbordy na przyczepach o miliardach euro), nałożyła nam wędzidło. A pieniędzy nie było. Akceptacja kuriozalnych „kamieni milowych” dała podstawę prawną do pozatraktatowych szantaży Brukseli, takich jak te dotyczące pozostających poza jej jurysdykcją kwestii systemu sprawiedliwości. A pieniędzy nie było. Teraz będą? Nikt się nie rwie do odpowiedzi.

Wybaczcie więc, że nie skaczę radośnie na dźwięk słowa „sukces”, a raczej zastanawiam się „co oni tam znowu podpisali”?

WOŁODYMYR SYDORENKO: Sądy na Krymie karzą za memy lub słuchanie piosenek

Na Krymie coraz więcej osób oskarżanych jest z artykułu o „dyskredytowaniu sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej”. Sądy rozpatrują te sprawy z naruszeniem wszelkich zasad wymiaru sprawiedliwości.

Wojna z Ukrainą wywołała falę protestów nie tylko na świecie, ale także w społeczeństwie rosyjskim i na terenach okupowanych przez Rosję. Aby stłumić te wystąpienia przeciwko wojnie, rosyjska Duma Państwowa wprowadziła do Kodeksu wykroczeń administracyjnych art. 20.3.3, który przewiduje karę za zdyskredytowanie sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Tylko jesienią 2022 r. na Krymie postawiono zarzuty 66 osobom zarówno za „zdyskredytowanie armii rosyjskiej”, jak i za „nawoływanie do pokoju i wyrażanie proukraińskiego stanowiska”.

Sposób rozpatrywania tych spraw, zdaniem obrońców praw człowieka w Kijowie, nosi znamiona systematycznych i umotywowanych politycznie prześladowań z rażącymi i licznymi naruszeniami podstawowych standardów wymiaru sprawiedliwości. Procesy te mają głównie charakter oskarżycielski, a ich celem nie jest ustalenie prawdy.

Analiza wykazała, że ​​większość spraw dotyczy umieszczania materiałów na portalach społecznościowych. „W niektórych przypadkach wyrażone formy dyskredytacji nie są oczywiste, ustalenie winy bez badania warstwy językowej wpisu budzi wątpliwości co do niezawisłości i bezstronności sędziów” – mówią obrońcy praw człowieka. Na przykład przed sądem zostały postawione osoby, które opublikowały zdjęcie pożaru na krymskim moście z podpisem „Wszystkiego najlepszego dla dziadka”.

Wykonywanie, a nawet po prostu słuchanie lub granie ukraińskich piosenek, takich jak „A mamy imprezę” Werki Serdyuchki czy „O na łące, czerwona kalina”, zajmuje drugie miejsce wśród przypadków wykroczeń administracyjnych. W sumie jesienią na Krymie za sympatię do muzyki ukraińskiej ukaranych zostało 10 osób, z czego 7 zostało dodatkowo pociągniętych do odpowiedzialności karnej z innych artykułów i pozbawionych wolności na okres od 5 do 15 dni.

Na trzecim miejscu znajdują się ustne wypowiedzi popierające Ukrainę lub krytyka wojsk rosyjskich. Na przykład ukarano osobę, która w jednym ze sklepów nazwała rosyjskiego żołnierza mordercą ukraińskich kobiet i dzieci. Co więcej, sądy rozpoznają takie sprawy nawet bez świadków, a protokoły sporządzane są arbitralnie i fałszywie. „Wśród 8 stwierdzonych przypadków udziału w zeznaniach tylko w jednym byli świadkowie, którzy twierdzili, że popełnili przestępstwo, wezwani do sądu i przesłuchani” – podkreślają obrońcy praw człowieka

Ta norma rosyjskiego ustawodawstwa na okupowanym terytorium jest stosowana z licznymi naruszeniami norm sądowych i nie ma na celu zapobiegania przestępstwom i utrzymania porządku, ale stanowi jedynie narzędzie represji w celu stłumienia antywojennych i proukraińskich poglądów na Krymie. W październiku i listopadzie 2022 r. do sądów Krymu i Sewastopola wpłynęło 66 podobnych materiałów, czyli o 14 więcej niż latem tego roku. W 56 przypadkach sąd zdecydował o nałożeniu kary administracyjnej. Większość orzeczeń została wydana przez sądy bezpośrednio w dniu sporządzenia protokołu.

Czym jest „zdyskredytowanie” z punktu widzenia sądu krymskiego? W 16 przypadkach były to publikacje na portalach społecznościowych, w 8 przypadkach wypowiedzi ustne w miejscach publicznych, w kolejnych 8 wykonania ukraińskich piosenek, w jednym „publiczna demonstracja” napisów antywojennych lub obraźliwych. Na przykład jeden mężczyzna pokazał tatuaż „H. Wojny”. Jedna osoba została skazana za to, że poszła na pikietę z plakatem „Jesteśmy za pokojem!”, jeden mężczyzna został skazany za trzymanie czystego plakatu bez żadnego napisu. W jednym przypadku ukarano mężczyznę, który w ramach protestu wyciął plakat z portretem Putina.

Na przykład Serhij Czornyj zamieścił tekst „Czekam na moGilizację wszystkich” na swojej stronie w sieci społecznościowej Instagram (tak Ukraina nazywa mobilizację ogłoszoną przez Putina – przyp. autor). Tekst nie wskazuje ani bezpośrednio, ani pośrednio podmiotu, wobec którego skierowane są dyskredytujące działania. Ponadto obraźliwa treść publikacji nie jest oczywista. Nie wyklucza się możliwości popełnienia błędu gramatycznego. Sąd wydał jednak jednoznaczny wyrok skazujący.

Charakterystyczne jest również to, że orzeczenia sądów są ukryte przed opinią publiczną. Spośród 56 aktów oskarżenia wyrok sądu został upubliczniony tylko w 27 przypadkach. W 39 przypadkach informacja na stronie internetowej sądu o czasie i miejscu posiedzenia została opublikowana z opóźnieniem. Zdarzały się przypadki, że informacja pojawiała się na stronie internetowej sądu po 10 dniach od wydania orzeczenia. Trzy rozprawy odbyły się za zamkniętymi drzwiami, bez udziału publiczności i prasy.

Jednym z jasno określonych elementów prawa dostępu do rzetelnego wymiaru sprawiedliwości jest prawo do „przesłuchiwania świadków”. Jednak na 8 spraw tylko w jednej wezwano i ustnie przesłuchano świadków. W innych przypadkach sąd oparł się na pisemnych zeznaniach z protokołu bez przywoływania świadków, bez ustalenia obiektywnych okoliczności sprawy.

W sądach zamiast bezstronnej i niezależnej oceny faktów i zdarzeń następuje mechaniczne przepisywanie protokołu. Ewentualne sprzeczności między zeznaniami stron nie są eliminowane przez dodatkowe czynności, fakty nie są interpretowane na korzyść oskarżonego. Ponadto w żadnym procesie sąd nie zlecił badania językowego.

Charakterystyczne jest również pytanie, kim są sędziowie. Spośród 44 sędziów, którzy brali udział w rozpatrywaniu tej kategorii spraw w pierwszej instancji, 20 jest poszukiwanych lub może zostać uznanych za poszukiwanych przez Ukrainę w związku z podejrzeniem o zdradę stanu, a kolejnych 11 sędziów zostało oddelegowanych na Krym z Rosji.

 

Specjalnie dla sdp.pl szczuje CEZARY KRYSZTOPA: Temida, bierz go!

Nieco nam ostatnio spowszedniał temat „nadzwyczajnej kasty”. Bo i cóż mogłoby nas zaskoczyć po złodziejach kiełbasy, karuzeli z kamienicami i dobroczyńcach Gangu Obcinaczy Palców? Zjadacze majtek? Sądowa trupa żonglerów im. Lecha Falandysza?

Niczemu nie umniejszając powagi, żeby nie napisać, grozy, przyzwyczailiśmy się do sędziów i prokuratorów otwarcie uprawiających politykę, donoszących na własną ojczyznę, aktywnie zabiegających na zagranicznych dworach o zemstę na jej „niewdzięcznych” obywatelach, otwarcie podnoszących rokosz przeciwko legalnym instytucjom państwa polskiego, czy iustytuujących się bezwstydnie z politykami po knajpach.

Najwyraźniej jednak „nadzwyczajna kasta” tego przedłużającego się poczucia opadania emocji, nie była w stanie znieść. I postanowiła podkręcić temperaturę.

Wyroki

Na początek okazało się, że znieważanie polskiego munduru przez Barbarę Kurdej-Szatan to nic takiego. Aktoreczka spokojnie może wyzywać  funkcjonariuszy Straży Granicznej oraz – w anturażu najbardziej odrażających przekleństw – nazywać ich „maszynami bez serca, mózgu i bez niczego, ślepo wykonującymi rozkazy”. Być może jako okoliczność łagodzącą potraktowano wkład jaki wniosła w promocję nadwiślańskiej myśli aktywistycznej w białoruskiej reżimowej telewizji Łukaszenki i Putina.

Następnie okazało się, że Magdalenie Ogórek i Rafałowie Ziemkiewiczowi nie wolno odnosić wrażenia względem aktywistki Elżbiety Podleśnej. Wszyscy wiemy jak niebezpieczne mogą być wrażenia rodzące się w głowach nieautoryzowanych pod kątem zawartości certyfikowanych światopoglądów.

Na koniec sąd uniewinnił był Pawła Kasprzaka, który sam o swojej zorganizowanej podczas lockdownu inbie, pisał, że „znieważył i naruszył nietykalność cielesną policjanta”.

A to tylko wyciąg z co głośniejszych medialnie spraw. W istocie należałoby do nich dodać uniewinnioną kierowniczkę IKEI, która zwolniła pracownika po zacytowaniu przez niego fragmentów Pisma Świętego na zamkniętym forum, wyroki łaskawe dla aktywistów wspomagających przemyt ludzi przez granicę, sprawę Sadurskiego itd. itp.

Linia orzecznicza

Mówiąc brutalnie – nie spodziewajmy się, że ktokolwiek cokolwiek z tym zrobi – rządzący zafiksowali się na celu w postaci pieniędzy z UE, których nie dostaniemy właśnie dlatego, że na każdym kroku okazujemy słabość – i są na etapie uświęcenia wszelkich rozpaczliwych środków.

Natomiast, biorąc pod uwagę, że próbka badawcza jest już przecież spora, możemy się pokusić o ekstrapolację linii orzeczniczej, która się z niej wyłania. Jakąż to zasadą kierują się sądy pod przewodem „nadzwyczajnej kasty”? Dlaczego jednym wolno obrażać czy naruszać nietykalność cielesną, a innym nie wolno nawet „mieć wrażenia”? Chodzi może o praworządność, czy też którąś z wolności obywatelskich? No, ale te dotyczyłyby wszystkich po równo. Nie, jedynym logicznym wnioskiem, jest to, że chodzi absolutnie i wyłącznie o czysty środowiskowy kalizm na zasadzie „święci celebryci i błogosławieni aktywiści być dobrzy, bo nasi, a nie-nasi być źli i my ich zjeść”. I myliłby się ten, kto by sądził, że chodzi o „złych pisiorów”, to już zaszło znacznie dalej. Znieważani strażnicy czy policjanci nie muszą nimi być i bardzo możliwe, że nimi nie są. Wypełniając obowiązki stanęli jednak na drodze „rewolucji”, co przypieczętowało ich los.

Witamy w świecie, w którym połowa społeczeństwa nie podlega ochronie prawnej i z mocy sądu, można jej zrobić… no, jeszcze nie wszystko, ale sytuacja jest rozwojowa.

WALTER ALTERMANN: Wytrąbione rakiety, faworyci i inne dziwne przypadki

Portal TVP Info 4 XII 2022 r. zamieścił informację o nielojalności wobec Polski pani Christiny Lambrecht, minister obrony Niemiec. Oto cytat: „Podły faul minister Lambrecht”. „Bild” ujawnia szczegóły rozmów z Polską ws. Patriotów.

Niemiecka minister obrony Christine Lambrecht złamała poufność negocjacji z Warszawą w sprawie rozlokowania w Polsce niemieckich baterii rakiet Patriot. To „podły faul” pani minister – pisze „Bild am Sonntag”. Zdaniem niemieckiej gazety Lambrecht złamała dane Warszawie słowo „dla własnego PR”.

Co zrobiła minister?

Jak informuje „BamS” polska strona apelowała do Berlina o zachowanie poufności w kwestii dostarczenia do Polski baterii Patriot. Gazeta cytuje treść maila, który do niemieckiego MON miał wysłać 18 listopada Piotr Pacholski, dyrektor departamentu polityki bezpieczeństwa międzynarodowego w resorcie Mariusza Błaszczaka. „Propozycja Państwa jest przez nas wnikliwie badana”. Zapowiedział, że w poniedziałek 21 listopada nadejdzie prawdopodobnie pierwsza odpowiedź. Jednocześnie chcielibyśmy prosić i zalecamy rezygnację z ujawnienia informacji” – cytuje „BamS” polskiego maila.

„BamS” pisze, że „wola autoreklamy była dla Lambrecht najwidoczniej ważniejsza od prośby o poufne potraktowanie sprawy”. „W poniedziałek rano (21.11.2022) pani minister wytrąbiła ofertę ws. Patriotów w wywiadzie dla »Rheinische Post«” – dodaje niedzielne wydanie „Bilda”

Sprawa jest politycznie przykra, ale nas interesuje tylko ostatnie zdanie powyższego tekstu, a właściwie tylko jedna fraza: „…pani minister wytrąbiła ofertę ws. Patriotów w wywiadzie dla» Rheinische Post«.

Nigdy bym nie przypuszczał, że jakiemuś dziennikarzowi zdarzy się taka gruba pomyłka, wynikająca zresztą – jak większość pomyłek – ze słabej znajomości języka polskiego. Zatem usłużnie wyjaśnimy jak to jest z tym trąbieniem.

Wszelkie trąbienie pochodzi od „trąby”, instrumentu nie cieszącego się w naszym narodzie zbytnim uznaniem. Mamy, na przykład: „Ty, trąbo jerychońska”, co oznacza człowieka niezbyt rozgarniętego, ale głośnego.

Mamy też „trąbić wsiadanego”, bo w dawnym wojsku istniał sygnał grany na trąbce, nakazujący wsiadanie na konie. Później „trąbić wsiadanego” trafił do żargonu pijackiego i oznaczał, że pora wypić ostatnią kolejkę, przed rozstaniem się biesiadników.

Istniej też w języku polskim zwrot „otrąbić”, który znaczy, że można trąbieniem dać sygnał ukończenia czegoś. Jeszcze jedno znaczenie „otrąbić” to: ogłosić coś uroczyście.

Mamy też wyraz „odtrąbić”, niejako bliźniaczy i oznaczający prawie to samo co „otrąbić”. I tak „odtrąbić” to: 1. zagrać jakiś utwór na trąbce lub trąbie; 2. odpowiedzieć na coś trąbieniem; 3. trąbieniem dać sygnał ukończenia czegoś; 4. ironicznie znaczy też: ogłosić coś uroczyście, z nadmierną pompą, przesadą i zadęciem.

I na koniec wróćmy do inkryminowanego zwrotu „wytrąbić”, użytego w tekście TVP Info. Rozumiemy, że redakcja nie musi lubi pani minister Lambrecht, ale sugerowanie, że jest ona alkoholiczką, to gruby nietakt. Skąd taka myśl? Ano stąd, że „wytrąbić” to można duszkiem butelkę wina z gwinta, a nawet pół litra wódki.

Zastanawiałem się wielokrotnie skąd biorą się takie językowe wpadki. I ciągle, nieodmiennie i stale  dochodzę do wniosku, że z nieznajomości frazeologii języka. Czy istnieje jakiś sposób, żeby dobrze nauczyć się rodzimego języka? Niestety tylko jeden, ale wymagający sporo czasu. Trzeba czytać dobrą polska literaturę i zapamiętywać zwroty, i ich znaczenia. A póki co, lepiej lepiej nie używać zwrotów historycznych, jeśli nie jest się pewnym ich brzemienia i sensu. Można też sprawdzać w dobrych słownikach, a nawet należy. Krótko mówiąc, trzeba się nieustannie uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. A jeśli nawet awansowało się w redakcyjnej hierarchii bardzo wysoko, to tym bardziej trzeba się uczyć. W życiu dziennikarza nie ma lekko.

Pewnego razu, przed laty, przyszedł do redakcji pewien młody, oczekujący gazetowej recenzji pisarz. Kiedy delikatnie zwróciłem mu uwagę, że jego opowiadania nie grzeszą dobrą polszczyzną, i że byłoby dobrze, gdyby czytał więcej klasyki. Na co odpowiedział: „Może i tak z tymi moim błędami, ale wie pan, ja teraz tyle piszę, że nie mam już czasu na czytanie”.

Faworyci

Dużą karierę w mediach zrobiło słowo „faworyt”. I jak to u nas zupełnie bez potrzeby, bo bez zrozumienia sensu tego określenia. Faworyt, według słowników, to: 1. kochanek, ulubieniec; 2. osoba typowana na zwycięzcę zawodów sportowych lub innej rywalizacji: 3. w wyścigach: drużyna sportowa, koń, pies typowani na zwycięzcę; 4. dawniej – pasmo zarostu pozostawione na policzku.

Wydawałoby się, że to proste, ale nie, skoro w TVN 24 5 XII 2022 r., można było usłyszeć:

„Polscy piłkarze nie dali rady faworyzowanej Francji”.

I zrobił się problem, bo „faworyzowanie” pochodzi, co prawda od „faworyta”, ale nie oznacza tego samego. Faworyzowanie nie jest zrobieniem z kogoś kochanki lub kochanka. I nie jest stawianiem na faworyta. Według słowników „faworyzować” oznacza: darzyć kogoś względami.

Ściślej i prościej mówiąc, faworyzowanie to obdarzanie kogoś łaską, protekcją i tytułami. Przy czym taki faworyt nie jest godzien zaszczytów, stanowisk, które osiąga dzięki faworyzowaniu. Zresztą, samo pojęcie faworyzowania zakłada jakiś ciemny układ i niedopuszczalne działania.

Czyli, co literalnie wynika z informacji TVN 24, że Francuzi byli w meczu faworyzowani? Czy grali w trzynastu przeciwko jedenastu Polakom? A może ich bramka była mniejsza, może sędzia był przekupiony? Nie, nic takiego nie miało miejsca. Dziennikarce chodziło o to, że Francuzi byli faworytami tego spotkania. A wyszło bez sensu. Dlaczego? Z tego samego powodu, jak we wcześniej opisanym przypadku TVP Info, więc nie będę się powtarzał.

Jedno tylko jeszcze warte jest zauważenia: w dwóch jakże różnych stacjach mamy identyczne przypadki błędów językowych, więc może nie tak bardzo się od siebie różnią? Może jest jakieś pole do kooperacji i pokojowego współistnienia?

Ekspozycja talentów

W czasie Mundialu, sprawozdawca meczu Argentyny z Meksykiem powiedział: „Ta bramka Messiego spowodowała ekspozycję talentów wokalnych kibiców Argentyny”.

Eksponować to można, Szanowny Panie, towar w witrynie sklepowej, a kibice: błysnęli talentami wokalnymi. Albo: objawili swoje talenty wokalne. Mogłoby też być: popisali się talentami… Ale ekspozycja? Toż to nawet na wernisażach, na wystawach sztuki nikt niczego nie eksponuje, a jedynie pokazuje, wystawia.

Słownikowo jest tak, że „eksponować” to: 1. wystawiać na pokaz; 2. wysuwać kogoś lub coś na pierwszy plan; 3. naświetlać błonę fotograficzną, kliszę, film.

Więc skąd sprawozdawca wziął tę „ekspozycję? Dlaczego akurat to słówko przyszło mu najpierw na myśl, a potem na usta? Najprawdopodobniej dlatego, że wydawało mu się ono bardziej światowe. A Mundial też jest światowy, co ma już w nazwie.

Szkoda mi tej naszej polszczyzny-ojczyzny, która po codziennym używaniu jej przez osobników łasych na globalne nowości, na angielszczyznę i na wszelkie neologizmy, wygląda ona jak by ją potrącił autobus, którym jadą dziennikarze sportowi, wszyscy inni dziennikarze, politycy i wszelkich zaszczytnych stopni naukowcy.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Krwawy Feliks i Wanda, co chciała Stalina

7 grudnia 1917 r. polski szlachcic Feliks Dzierżyński został szefem Czeka – Wszechrosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Spraw Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem – sowieckiej policji politycznej, poprzedniczki NKWD i KGB. Komunistką stała się również pochodząca z innej zasłużonej polskiej rodziny Wanda Wasilewska.

Feliks, urodzony w 1877 r. w niewielkim majątku ziemskim Oziembłowo (gubernia wileńska), za sprawą ojca Edmunda, nauczyciela fizyki i matematyki, wywodził się ze starego szlacheckiego polsko-litewskiego rodu herbu Samson. Po śmierci Edmunda, matka – Helena z Januszewskich, wraz z rodzeństwem Feliksa przeniosła się do Wilna. Późniejszy krwawy rewolucjonista musiał w gimnazjum powtarzać klasę, bo nie mógł opanować języka rosyjskiego. Potem przez socjaldemokrację przyłączył się do komunistów, zostając bliskim współpracownikiem Lenina.

Stalin niósł trumnę

Prócz tego, że stworzył złowrogą Czekę, odpowiedzialną za masowe represje wobec wrogów „ludu”, w wojnie 1920 r. był członkiem planowanej, przyszłej władzy bolszewików nad Rzeczpospolitą: Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski z siedzibą w Białymstoku. Szczęśliwie czerwona zaraza została pokonana nad Wisłą, a potem Niemnem i Dzierżyński razem z kompanami musiał uciekać do Rosji. Jak ważnym był towarzyszem, niech świadczy fakt, że podczas pogrzebu w 1926 r. trumnę krwawego Feliksa nieśli m.in. Stalin i Trocki, a Dzierżyński spoczął na Cmentarzu przy Murze Kremlowskim.

Z ciekawostek: młodszy brat Feliksa, Władysław Dzierżyński, wybitny neurolog i psychiatra, w randze pułkownika był lekarzem wojskowym, zamordowany przez Niemców w marcu 1942 r.

Ojciec i…

10 grudnia 1936 r., w wieku 66 lat, zmarł Leon Wasilewski, wybitny działacz Polskiej Partii Socjalistycznej. W latach 1918–1919 był pierwszym ministrem spraw zagranicznych odrodzonej Rzeczpospolitej, uczestniczył w negocjacjach pokojowych kończących wojnę polsko-bolszewicką: po przeciwnej stronie niż Dzierżyński.

Wasilewski był autorem polityki wschodniej (federacja Polski, Litwy i Białorusi w sojuszu z niepodległą Ukrainą), by w 1931 r. zostać prezesem Instytutu Badania Spraw Narodowościowych. Autor książek: „Litwa i Białoruś”, „Zarys dziejów PPS”, „Józef Piłsudski, jakim go znałem”. Bo Wasilewski należał do najbliższych współpracowników Marszałka, wydawał jego pisma i korespondencję. Nie wszyscy jednak skojarzą tego socjalistę niepodległościowca ze zdrajczynią polskiej sprawy, komunistką Wandą Wasilewską.

…córka z numerem telefonu do mordercy

Pamiętajmy szczególnie, że w młodości Leon sympatyzował z endecją, będąc nawet członkiem Ligi Narodowej. A Wanda to rodzona córka Leona. Pojawiały się nawet pogłoski, że była chrześnicą Piłsudskiego. Początkowo Wanda, wzorem ojca, wstąpiła do PPS, ale z biegiem lat coraz bardziej komunizowała. Do więzienia nie trafiła tylko ze względu na koneksje Leona. Komunistką nie przestała być nawet po wymordowaniu przez Stalina wielu jej kolegów z KPP, co usprawiedliwiała walką z „faszyzmem”. Również zbrodnia katyńska nie zrobiła na niej wrażenia. Przeciwnie, popierała pakt Ribbentrop–Mołotow, a po ataku ZSRS na Polskę przyjęła obywatelstwo sowieckie i oficjalnie wstąpiła do Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików).

W wielkiej „wojnie ojczyźnianej” walczyła jako pułkownik Armii Czerwonej. Jej stosunki ze Stalinem były na tyle zażyłe, że posiadała prywatny telefon mordercy. Twórczyni Związku Patriotów Polskich i „ludowego” Wojska Polskiego, wiceszefowa PKWN. Mimo iż po 1945 r. nie wróciła do Polski, w PRL pozostawała narzuconym przez władze obiektem kultu, a w literaturze prekursorką socrealizmu (Maria Dąbrowska nazwała ją w „Dziennikach” liżydupą Stalina). W ślady ojca poszła starsza siostra Wandy – Halszka, która walczyła o Polskę w Legionach Piłsudskiego, a potem w Armii Krajowej.

 

WALTER ALTERMANN: Światowa afera finansowa, czyli mundial w Katarze

Od czasu do czasu światem wstrząsają wielkie afery. Szczególne podniecenie publiczności wywołują afery finansowe, próby wielkiego przemytu narkotyków, gigantyczne łapówki lub nawet zabójstwa uczestników tych wielkich, ale nielegalnych przedsięwzięć gospodarczych. Sporym zainteresowaniem „inteligentnej” części społeczeństwa świata cieszą się też przestępcze działania wielkich koncernów farmaceutycznych, które fałszują dane dotyczące skuteczności produkowanych przez nie leków.

Poruszenie wywołują też wiadomości o śledztwach w sprawie produkcji toksycznej żywności, korupcji przy przyznawaniu kontraktów budowlanych i zbrojeniowych, o fałszowaniu bilansu zysków i strat wielkich przedsiębiorstw giełdowych. Podniecenie publiczności wywołują też informacje o nielegalnej działalności wielkich banków… Długo by wyliczać, co jest przestępstwem na skalę światową, a co ujawnione będzie karane.

Oczywiście nie bądźmy naiwni… wielcy tego świata kombinują na potęgę, i gdy to piszę, to w tym samym czasie z całą pewnością setki dobrze wykształconych głów ekonomistów i menadżerów intensywnie myślą, co by tu jeszcze przekręcić panowie… I z całą pewnością nie o wszystkim się dowiemy, nie wszystko będzie osądzone i ukarane.

A jest właśnie monstrualna afera, z korupcją, łapówkami i.… samozadowoleniem sprawców tej sprawy. I wszyscy niemal bierzemy w tej aferze bierny udział.  Mam tu na myśli Mundial – 22. Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2022 w Katarze. A właściwie sprawa przyznania Katarowi prawa do organizacji tej imprezy.

Żeby to jakoś wyjaśnić, przestawmy głównych bohaterów skandalu.

FIFA – Fédération Internationale de Football Association

Przyznawanie krajom prawa do organizacji mundialu jest w gestii FIFA. A jest to skrót Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej, która jest organizacją pozarządową, zrzesza 211 narodowych federacji piłki nożnej: 185 państw, 3 państwa nieuznawane, 9 autonomii i 14 terytoriów zależnych (według stanu na 13 maja 2016).

Można zatem powiedzieć, że FIFA jest potęgą organizacyjną. FIFA nie podlega żadnej kontroli, choć z powodu zarejestrowania w Szwajcarii, bardzo teoretycznie, władze szwajcarskie mogą wszczynać śledztwa, w przypadkach jakichś nieprawidłowości i nadużyć. Były już przypadki szwajcarskich dochodzeń w sprawie FIFA, ale jakoś nikomu włos z głowy nie spadł. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę, że swoje konta bankowe FIFA ma właśnie w Szwajcarii… nie spodziewałbym się jakichkolwiek wyroków. Szwajcaria od dziesięcioleci słynie przecież z liberalnego podejścia do osób i organizacji mających w tym kraju grube konta.

Kilka lat temu złapano prawie za rękę poprzedniego prezesa FIFA, Josepha Blattera, dla przyjaciół Seppa. Tego potężnego prezesa, wielkiej FIFA dotknęły pierwsze zarzuty zaraz po wybraniu go na przewodniczącego FIFA. Część środowiska piłkarskiego oskarżała Szwajcara o kupowanie głosów. Blatterowi wielokrotnie zarzucano też niegospodarność w zarządzaniu finansami FIFA. Oprócz tego ma także nieprzyjemny epizod związany z piłką kobiecą, którą również zarządzał. Blatter w 2004 roku stwierdził, że aby damski futbol był bardziej popularny, musi być „bardziej kobiecy”. Namawiał do dokonania zmian, do których doszło w żeńskiej siatkówce. Został za tę wypowiedź skrytykowany przez wiele osób.

W 2015 roku Szwajcarska Prokuratura Federalna oskarżyła go o defraudację w kontekście sprzedaży praw telewizyjnych na Karaiby. Spowodowało to masowe wycofywanie się kluczowych sponsorów FIFA, w tym firm Coca-Cola i McDonald’s. W październiku tego samego roku wraz z Michelem Platinim zostali zawieszeni przez Komisję Etyki FIFA. 2 czerwca 2015 roku Sepp Blatter ogłosił rezygnację ze stanowiska przewodniczącego FIFA. Inne przykrości Blattera nie dotknęły. Kilka miesięcy później jego następcą został ówczesny sekretarz generalny UEFA Gianni Infantino.

To za czasów Blattera doszło także do niespotykanej wcześniej sytuacji. W grudniu 2010 roku Komitet Wykonawczy FIFA dokonał wyboru gospodarzy mistrzostw świata w 2018 oraz 2022 roku. Do organizacji pierwszej imprezy zgłosiły się cztery kraje europejskie, w drugim przypadku zaś zarejestrowano pięć aplikacji z trzech kontynentów. Ostatecznie głosowania wyłoniły Rosję jako gospodarza mistrzostw świata w 2018 roku oraz Katar jako organizatora mundialu cztery lata później.

W Rosji i Katarze taki werdykt wzbudził radość, ale w innych krajach pojawiły się pierwsze relacje członków poszczególnych delegacji, według których członkowie Komitetu Wykonawczego FIFA domagali się szeregu gratyfikacji w zamian za głosowanie na konkretną kandydaturę. Ostatecznie ponad połowę uprawnionych do głosowania oskarżono o dopuszczanie się wykroczeń w trakcie procesu wyboru gospodarzy mundiali. Ale stanęło na zdaniu Blattera.

Katar

Poza haniebną kandydaturą Rosji – gospodarza MŚ 2018, kraju który ponad dekadę temu, w momencie wyboru przez FIFA, był naiwnie postrzegany przez Zachód, jako państwo rokujące nadzieję na pozostanie w kręgu demokracji, co po aneksji Krymu stało się już niemożliwe, decyzja o przyznaniu Katarowi MŚ 2022 wywołała monstrualne zdziwienie w szerokim świecie. Z kilku powodów.

Po pierwsze Katar jest znany jako państwo bardzo ropodajne i bardzo z tego powodu bogate, ale bynajmniej nie piłkarskie. Najbardziej popularną dyscypliną w tym kraju są wyścigi wielbłądów. Można nawet powiedzieć, że większość fanów piłki nożnej wpadła w niemałe zdumienie. FIFA miała na to górnolotne wytłumaczenie. Argumentowała, że dzięki mistrzostwom świata w Katarze, piłka nożna zyska rozgłos i popularność w świecie arabskim. Po prawdzie, w krajach arabskich piłka nożna oczywiście jest uprawiana, ale bez większych sukcesów. Zresztą nie bardzo można grać na piachu, w prażącym słońcu. Bo utrzymanie w tym klimacie boisk trawiastych dużo kosztuje, a nie wszystkie kraje arabskie mają ropę naftową.

Korupcja, czyli drugie imię FIFA

O łapówkach przy ważnych głosowaniach mówili wszyscy. Owszem Blatter odszedł, ale przecież nie siedział. Dzisiaj Zbigniew Boniek mówi, że ci, którzy wahali się przed głosowaniem jak oczekiwał Blatter, otrzymali od 1.5 do 2 milionów dolarów łapówki. Przy takich kwotach wszelkie skrupuły maleją, a nawet karleją.

Podobno też prezydent Francji zaprosił, pewnego dnia, do siebie francuskich działaczy FIFA i poprosił ich o wsparcie kandydatury Kataru, bo Francja tego wymaga. Zagłosowali, jak prosił, a kilka tygodni później okazało się, że Katar właśnie kupił od Francji kilkadziesiąt nowoczesnych samolotów bojowych.

Następca Blattera Giovanni Vincenzo Infantino też nie lepszy. W sprawie napaści Rosji na Ukrainę chciał przejść do porządku dziennego. Dopiero presja kilku piłkarskich związków z Europy zmusiła go do zakazu udziału Rosji w eliminacjach. A już w samym Katarze pilnował, żeby nie było jakichkolwiek oznak sympatii dla Ukrainy. Infantino też jest Szwajcarem, może oni tak już wszyscy mają, że brzydzą się wszystkiego co proste i oczywiste?

Jak emir budował stadiony

Kiedy już Katar miał Mundial w garści, odezwali się cisi malkontenci i głośni przeciwnicy tej decyzji. I zaczęli wysuwać argument, że w Katarze nie ma tylu budowlańców, którzy mogliby wznieść stadiony. Faktem jest przecież, że ludność Kataru to niespełna 3 miliony ludzi, ale w roku 2010 społeczeństwo katarskie było najbogatszym społeczeństwem świata. Na koniec 2017 roku, według Trading Economics, Katar zajmował 6. miejsce pod względem PKB na osobę i 1. pod względem PKB na osobę według parytetu siły nabywczej. Można zatem przyjąć, że ten mały, ale bogaty kraj stać było na zorganizowanie tak dużej imprezy jak Mundial.

Na argumenty o pracownikach, koniecznych do budowania stadionów, władze Kataru oświadczyły, że stadiony i całą niezbędną infrastrukturę wybudują pracownicy kontraktowi z Azji. I tak się też stało. Zjechali niewyszkoleni robotnicy głównie z Pakistanu i Filipin. Po niedługim czasie zaczęły płynąć w świat informacje, że na budowach jest ogromna ilość śmiertelnych wypadków, że nikt nie dba o życie i zdrowie najemników. A okazało się też, że ci pracownicy z Azji traktowani są jak bydło. Nikt nie dbał o to jak śpią, gdzie mieszkają, że pracują po 12 godzin na dobę.

Ilu ich zginęło nie dowiemy się nigdy, albowiem Katar nie jest państwem demokratycznym. Katar to emirat, czyli księstwo. Głową państwa jest emir z panującego rodu Al Sani. Władzę wykonawczą sprawuje powoływany przez emira rząd. W Katarze nie ma parlamentu ani partii politycznych. Zatem jeżeli emir zechce to powie, a jeżeli nie zechce to nigdy się nie dowiemy ilu ludzi zginęło dla zachcianki władcy małego państwa. Na razie nie zechciał przemówić.

Co robić?

Pytanie „Co robić?” jest właściwie przyznaniem się do bezsilności, bo oznacza, że w tak prostej sprawie naprawdę nie wiadomo, co robić. Teoretycznie można by rozpędzić tę FIFĘ na cztery wiatry. Ale FIFA może w odwecie zawiesić reprezentacje zbuntowanych państw. Może wstrzymać dofinansowywanie krajowych związków, zakazać im udziału we wszelkiego rodzaju zawodach…

Coś mi się zdaje, że jedynie USA mogłyby wszcząć dochodzenie w sprawach FIFA. Kraj duży, wiele mogący… A Szwajcarom nie bardzo wierzę, skoro jeszcze się tym skandalem na poważnie nie zajęli. Dlaczego USA? Bo ich prawo pozwala wszczynać śledztwa, oskarżać i skazywać obywateli innych krajów, jeśli naruszyli oni interesy USA. A Stany mają przecież reprezentację piłkarską będącą członkiem FIFA.

Toczące się właśnie mundialowe rozgrywki w Katarze wywołują u wielu ludzi na całym świecie niebywałe emocje. Oczywiście każdy kibicuje swojej reprezentacji narodowej, a co drugi widziałby swoich jako mistrzów świata. Takie już prawo kibica. Dlatego robienie szwindli przy piłce jest okropnością.

Skoro taki Fryzjer poszedł u nas siedzieć na 3,5 roku za zwykłe ustawianie meczyków, to na ile powinni być skazani Blatter i jego koledzy? Bo oni – podobnie jak Ryszard F., czyli Fryzjer –   okradali zwykłych ludzi z prawa do prawdziwych emocji, na całym świecie.

Moje oburzenie budzą nie tylko łapówki, i nie to, że mnie ich akurat nie proponowano… Chodzi mi o przyzwoitość, a nawet o moralność. Tu zauważę, że o moralności mówi nie tylko szóste przykazanie. Pozostałe dziewięć również. Może są mniej atrakcyjne niż szóste, ale są równie ważne.

Na marginesie Mundialu

Obejrzałem występy naszych, w dwóch meczach – z Arabią Saudyjską i Francją – zagrali na maksimum swoich możliwości. Zresztą nie spodziewałem się niczego więcej. Natomiast do szewskiej pasji doprowadzali mnie nasi sprawozdawcy.

Teoretycznie futbol to gra męska, ale nie dotyczy to sprawozdawców. Ostatnio zapanował jakiś niebywały styl ich pracy. Są egzaltowani jak nastoletnie panienki na koncercie rockowym, mówią dyszkantem, egzaltują się jak panny na wydaniu… I to okropne ich uduchowienie. Wzruszają się, niemal płaczą, ze wzruszenia łamie się im głos. I strasznie dużo mówią. Płacą im od każdego wypowiedzianego zdania?

Panowie, litości! Weźcie się w garść. I zdawajcie sprawę z boiska po męsku!

 

WALTER ALTERMANN: „Reduta” pani Strzępki

Wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł unieważnił wybór Pani Moniki Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego w Warszawie. Wobec czego władze stolicy powierzyły jej stanowisko doradcy dyrektora. Zrobiła się afera, że hej. Można usłyszeć głosy, że jest to cenzura, zamach na wolność artysty, na ruch feministyczny oraz wolność kobiecą sui generis.

A ja mam niemal 100 procent pewności, że unieważnienie wyboru p. Strzępki było iście machiawelicznym planem PiS. Partia ta, z całą pewnością, wiedziała, że zawieszona zacznie się ostro i głośno bronić, a tym samym w pełni odsłoni pełną naturę swej kobiecości. I nie mam tu na myśli intymnych części ciała p. Strzępki, bo dla niej kobiecość jest zawołaniem bojowym, sztandarem jej armii i drogowskazem w życiu. A herbem wagina.

Tematy

Portal culture pl tak pisze o jednym ze spektakli pani Strzępki:

W głośnej „Tęczowej Trybunie 2012” Strzępka wzięła na reżyserski warsztat temat mniejszości seksualnej – geje walczą u niej o prawa do własnego sektoru na Stadionie Narodowym. „Tęczowa…”  nie jest jednak, jak zauważa Magda Piekarska w Gazecie Wyborczej, interwencyjną wypowiedzią w sprawie gejowskiej inicjatywy.

Wszyscy jesteśmy pedałami – mówi jedna z postaci. I taki właśnie przekaz płynie ze sceny. Nie ma tu znaczenia orientacja seksualna – rzecz w tym, że dokładnie tak jak „tęczowi” w spektaklu traktowani są wszyscy obywatele w relacjach z władzą. Teatralny duet stawia Polakom gorzką diagnozę, bez taryfy ulgowej. To nie może się udać – wydają się mówić Strzępka i Demirski. Więcej: w tym kraju nic nie może się udać. „Tęczowa Trybuna 2012” miała premierę rok przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej Euro 2012.

Dlaczego pani Strzępka została dyrektorem zasłużonej sceny

Poznawszy dotychczasowe osiągnięcia zawodowe p. Strzępki, muszę stwierdzić, że działała dotychczas w teatrach prowincjonalnych, skupiając się na tworzeniu spektakli mających charakter manifestów politycznych i społecznych. Nie ma w tym nic złego, teatr ma różne formy i bardzo różne przesłania. Ale w historii to też się zdarzało. I nie zawsze takie nominacje okazywał się całkiem udane. Jednakże w przypadku pani Moniki Strzępki nadzieje na pozytywne efekty są malutkie.

Podejrzewam bowiem, że głównym powodem powołania p. Strzępki na stanowisko dyrektora Teatru Dramatycznego była jej działalność „na niwie” feminizmu. Pani Strzępka jest przecież jedną z najbardziej aktywnych i głośnych feministek w kraju. Znana też jest z atakowania władz Warszawy, za zbyt małą aktywność, za zbyt słabe wspieranie feministek, ruchów LGBT+ oraz wszystkich mniejszościowych ruchów. Dość powiedzieć, że właśnie w walce o „ukobiecenie” stolicy zaistniała pani dyrektor.

A ponieważ żadna władza – tak państwowa, jak magistracka – nie lubi wytykania jej błędów, to władze Warszawy postanowiły, zagospodarować jakoś liderkę feministek. I dały jej stanowisko eksponowane i ważne. Na co liczyły władze stolicy? Mam podejrzenia, że na uspokojenie pani Strzępki. Tak jak to stało się w Łodzi.

Jak to w mieście Łodzi było

Kilka lat temu w Łodzi niezwykle aktywna była Partia Kobiet. Niemal co tydzień panie manifestowały przed magistratem, atakując władze miejskie żądaniami w duchu LGBT+. Tak naprawdę prawdziwie kobiecych haseł tam się nie słyszało. Nie było mowy o równym traktowaniu kobiet jako pracowniczek i nic o żłobkach, przedszkolach. Czysta walka o prawa dla mniejszości seksualnych.

Przed kolejnymi wyborami samorządowymi prezydent Hanna Zdanowska zaproponowała awanturującym się kobietom z Partii Kobiet start z listy KO. W wyborach przepadły, ale za to obsadziły bardzo wiele miejskich domów kultury i innych instytucji do kultury zbliżonych. Na szczęście żadnego z łódzkich teatrów nie było w tej ofercie.

I co się w efekcie stało? Liderki Partii Kobiet przestały mieć pretensje do magistratu, uspokoiły się i zaczęły się pracować. Czy zostały skutecznie przekupione, jak pracują? To już zupełnie inny temat.

Jeżeli prezydent Trzaskowski chciał powtórzyć ten manewr, to popełnił dwa błędy. Zdanowska nie dała żadnej z awanturujących się kobiet nawet małego forum do zaistnienia, a on dał. No i żadna z łódzkich Partyjnych Kobiet nie była artystką, a pani Strzępka jest. Tym samym prezydent ukręcił sobie bat na własny tyłek. Ale jak tam już wola…

Reduta feministek

Pani Strzępka w jednej ze swych ostatnich wypowiedzi stwierdziła, że Teatr Dramatyczny będzie redutą feministek. I tu już przesadziła. Albo z niewiedzy albo z pychy. Obstawiałbym pierwszy wariant.

Otóż REDUTA to wielkie dla polskiego teatru hasło. Reduta była teatrem eksperymentalnym, założonym przez Juliusza Osterwę i Mieczysława Limanowskiego. Istniała w latach 1919–1939 i była pierwszym w Polsce teatrem-laboratorium, zakładającym poszukiwanie nowych metod pracy aktorskiej. Inspiracją dla twórców były idee głoszone przez Konstantego Stanisławskiego, a przede wszystkim jego działalność w moskiewskim teatrze MChAT.

Pierwszym przedstawieniem Reduty było „Ponad śnieg bielszym się stanę” Stefana Żeromskiego, w reżyserii Juliusza Osterwy i z nim w roli Wincentego Rudomskiego oraz Wandy Siemaszkowej jako jego matką, w dekoracjach Zbigniewa Pronaszki. Osiągnięcia artystyczne, powtórzę artystyczne, Reduty miały wielki, pozytywny wpływ na cały polski teatr. Ale też Osterwa był wybitnym artystą.

Myślenie hasłowe

W licznych wywiadach pani Strzępki, jakich udzieliła po zawieszeniu jej, można zauważyć, że zachowuje się jak uliczna manifestantka. Brak cienia refleksji, żadnego momentu zastanowienia. Po prostu słowotok, jakby przemawiała przez megafon do grupy współtowarzyszek walki.

Zauważyłem też, że p. Strzępka nie posługuje się argumentami i nie umie dyskutować. Ona jedynie monologuje, a właściwie krzyczy. W różnych wywiadach operuje ledwie kilkoma argumentami, z których najważniejsze to:

– Nie można definiować kobiety z męskiego punktu widzenia.

– Za dużo w naszej realnej i mentalnej przestrzeni sterczących fallusów.

– Nadszedł czas władzy naszej – to do Moniki Olejnik – mokrej pani.

– Wystawienie instalacji, rzeźby waginy w naszym teatrze jest oznaką buntu kobiet przeciw męskiej dominacji.

– Pałac Kultury to fallus, znak falliczny.

Jakieś wnioski?

Tym felietonem chciałem podjąć dyskusję z panią Strzępką, ale… nie warto. Nie warto poważnie dyskutować z szaleńcami. A szczególnie z wulgarnymi kobietami.

Obawiam się, że p. Strzępka cierpi na głęboki mizoandryzm, czyli na nienawiść do mężczyzn. Zauważmy też, że co jakiś czas prasa donosi, iż jakaś pani obcięła jakiemuś panu przyrodzenie. Dlatego w czasie nowych znajomości, kontaktów z przygodnie poznanymi paniami należy głęboko schować brzytwy i ostre noże, bo może być za późno.

A konkretnie co do pani Strzępki… Przypomina mi ona, á rebours, młodą mężatkę ze starego szmoncesu, w wykonaniu Lopka Krukowskiego: Żydowskie małżeństwo udało się w podróż poślubną do Włoch. Po pierwszej nocy państwo młodzi wychodzą na taras, widok jest zachwycający. Pan młody mówi:

– Popatrz jak pięknie… Jak te szczyty gór dumnie sterczą w niebo… A te potężne sosny, jak ocierają się o chmury… A na jeziorze, ten wielki żaglowiec, z tym ogromnym masztem…

– Ty milcz – mówi żona.

 

BOGUMIŁA KEMPIŃSKA-MIROSŁAWSKA: Pierwszy wiersz powstał z zakochania

Lekarka, specjalistka chorób wewnętrznych, zafascynowana historią medycyny, pisarka, poetka, dziennikarka (SDP Łódź), blogerka. Z miłości do lasu – wędrowiec i fotograf przyrody, czyli Bogumiła Kempińska-Mirosławska. Urodzona w Łodzi autorka czterech książek literackich: „Życie niedokończone”, „Przemiany”, „Chimera” oraz najnowszego tomiku wierszy „To Tylko Chwile”, czyli poetyckiej refleksji nad czasem.

Współautorka m.in. pracy zbiorowej z historii medycyny pt. „Dzieje medycyny w Polsce. II RP” oraz kilku wydań tomików wierszy. Autorka kilkuset tekstów: dziennikarskich, publicystycznych, blogowych, felietonów, artykułów popularno-naukowych oraz naukowych.

Mówi o sobie, że kocha jesień, zimowe wieczory z książką i aromatyczną herbatą, poranną gorącą, czarną kawę, oswajanie nowych dróg i bezdroży podczas leśnych wędrówek, podglądanie przyrody oraz rozmowy o życiu.

„Pierwszy wiersz powstał z zakochania, ale nie w poezji, ale w koledze z wyższej klasy. Było to więc wieki temu. A potem zakochałam się w poezji. W niej byłam w stanie wyrazić to, czego nie potrafiłam nazwać wprost. Metafory bowiem czynią cuda. Dotykają istoty rzeczy, używając oszczędnie słów, nie etykietują, zostawiają pole do interpretacji, pozwalają się spotkać poecie i czytelnikowi często w bardzo intymnym obszarze uczuć, bez poczucia zawstydzenia, lęku, jednym słowem pozwalają stanąć w prawdzie bez winy” – napisała autorka.

Tomik „To Tylko Chwile” – jak zaznacza pisarka i poetka – też powstał, aby stanąć w prawdzie „wobec tego, co dotyka nas, każdego, na co dzień, czyli upływ czasu. Mogę sobie na to pozwolić, bo już wiem, co to przemijanie – jestem przecież ‘późną pięćdziesiątką’, ale dzięki temu wiem też, co to jest smakowanie każdej chwili. Bo życie to tylko chwile i aż chwile. Niech więc będą poezją” – podkreśla Kempińska-Mirosławska i dodaje, że zamierza teraz powrócić do prozy…

 

Senność

w kołysce mgieł

zasypiają wrzosy

w których spokojność

znalazły świerszcze

 

i babiego lata

srebrzyste włosy czesane

słońcem wiatrem deszczem

 

Fragment wiersza z tomiku „To Tylko Chwile”

Bogumiła Kempińska-Mirosławska

SCRIPTI VERBI

Łódź 2022