WOŁODYMR SYDORENKO: Rosyjskie wychowanie batem, czyli „odrodzenie tradycji edukacyjnych”

Jak donosi sewastopolski serwis informacyjny ForPost, uczniowie stawropolskiej szkoły podchorążych (region w pobliżu Kraju Krasnodarskiego, gdzie urodził się Michaił Gorbaczow) są bici za naruszenie dyscypliny. Ponadto w zatwierdzonym regulaminie szkoły podchorążych oficjalnie przewidziano kary cielesne, a wysyłając swoje dziecko do kadetów, rodzice zobowiązani są do podpisania zgody na taką karę. Jak się okazuje, wielu rodziców uważa to za normalne.

Ta sprawa daje jednak dużo do myślenia. Po tym, jak jeden z nauczycieli w jednej ze szkół przesadził i wychłostał uczniów batem, nauczyciel został zwolniony „za przekroczenie uprawnień”, jednak… rodzice zaczęli domagać się przywrócenia zwolnionego nauczyciela na stanowisko. Twierdzili, że „uczynił prawdziwych mężczyzn z ich dzieci”.

Historia biczowania jednego z uczniów i opinia jego ojca stały się powszechnie znane po opublikowaniu zdjęcia niebieskich pleców ukaranego szóstoklasisty na portalach społecznościowych. Kiedy syn wrócił ze z bliznami na plecach, okazało się, że chłopiec został ukarany za „drobne wykroczenie”. „Myślałem, że to tylko groźba uczynienia dzieci bardziej posłusznymi, myślałem, że taka kara może się zdarzyć w skrajnym przypadku” – przyznał jego ojciec Denys Serba.

Mężczyzna twierdzi, że inni rodzice już wcześniej zauważyli ślady biczowania u swoich dzieciach.

W następstwie publikacji na temat kar cielesnych prokuratura przeprowadziła w szkole oględziny i ustaliła okoliczności zdarzenia. Potwierdzono fakt fizycznego ukarania ucznia. Stawropolski Komitet Śledczy wszczął postępowanie karne w sprawie niedopuszczalności stosowania kar cielesnych wobec nieletnich w ogólnej placówce oświatowej. W rezultacie zwolniono dwóch pracowników szkoły. To nauczyciel, który użył bata, oraz jego bezpośredni przełożony wicedyrektor placówki oświatowej. Dyrektor szkoły został ukarany.

Zaraz po tym ktoś zorganizował zbiórkę podpisów za przywróceniem ich do pracy. W obronie zwolnionego nauczyciela stanęli rodzice niektórych uczniów. W apelu skierowanym do dyrektora szkoły odwołany nauczyciel został nazwany „najlepszym przyjacielem i nauczycielem”, a jego sposób wychowania batem był akceptowalny. Obrońcy zwolnionego nauczyciela uznają chłostę za dobrą metodę wychowawczą i proszą o niestosowanie wobec „pedagoga” środków karnych. Ich zdaniem tylko dzięki niemu dzieci wiedzą, czym jest dyscyplina i co to znaczy być mężczyzną. Przedstawiciele organizacji społecznej „Zgromadzenie Rodziców Stawropola” stwierdzili również, że podobne metody nauczania powinny być stosowane we wszystkich szkołach. Nazwali użycie bata „odrodzeniem tradycji edukacyjnych”. Ogólnie rzecz biorąc, rodzice chłopca powinni byli zrozumieć, że znajdują się w wyspecjalizowanej instytucji, w której edukacja jest budowana z naciskiem na dyscyplinę. W rezultacie rodzicom chłopca zalecono przeniesienie dziecka do zwykłej szkoły, jeśli nie zgadzają się regulaminem placówki.

Klasy kadetów i całe szkoły kadetów stały się popularne w Rosji i na Krymie po aneksji półwyspu. W Sewastopolu, Symferopolu, Jałcie, Kerczu i innych miastach Krymu powstały klasy podchorążych, które są pod patronatem Departamentu Śledczego Rosji, Ministerstwa Policji, Straży Granicznej i innych struktur paramilitarnych. Wiedziano o surowych dyscyplinarnych metodach nauczania uczniów (np. o poruszaniu się tylko w szyku, o obowiązkowym umundurowaniu itp.), ale o stosowaniu kar cielesnych, a tym bardziej o wprowadzeniu tej normy do regulaminu szkolnego i zgody rodziców na takie karanie, informacja pojawiła się po raz pierwszy. Okazuje się, że dyktatura w kraju żyje według swoich surowych zasad i nieubłaganie rozprzestrzenia swoje formy rządzenia na inne dziedziny życia, w tym na instytucje edukacyjne. Jak wiadomo z historii Rosji, kary cielesne, podobne do metod inkwizycji, były szeroko stosowane zarówno w sferze cywilnej, jak i w wojsku od XVI do XIX wieku, a później, wraz z rozwojem cywilizacji, zostały zniesione jako niedopuszczalne. W szkołach kary cielesne zlikwidowano na początku XX wieku. Jednak za milczącą zgodą władz tortury są stosowane w Rosji do dziś.

Na Krymie wiadomość o karach cielesnych kadetów została przyjęta inaczej. Na przykład internauta o pseudonimie Elena Elena (Sewastopol) pisze: „Tak się okalecza dusze dzieci… Wyrośnie pokolenie >silnych< ludzi, którzy problemy rozwiążą siłą”. Czytelnik o pseudonimie Serggio (Sewastopol) pyta: „Czy to jest >tradycja wychowawcza<? Powrót do korzeni, że tak powiem? Piernik dla pana, bat dla niewolnika?”.

Jednak wielu czytelników wyraża poparcie dla takich metod edukacji. Na przykład czytelnik o pseudonimie Ailant (Sewastopol) pisze, że „Kto sam bije swoje dziecko, najbardziej ostentacyjnie oburza się na fizyczne karanie dzieci. Wszak zarówno stanie w kącie, jak i >masowanie< uszu mają zapomniany sens przywracania dziecku przytomności. Kara cielesna nie jest tak bolesna jak kara wychowawcza…”

 

Ostrzeżenie WALTERA ALTERMANNA: Uwaga, felieton zawiera treści anarchistyczne!

W poprzednich dwóch felietonach „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ i Unii Europejskiej. Sądzę, że raczej udowodniłem, iż ONZ i UE są organizacjami pasożytniczymi.

Być może wiek XXI zostanie po wiekach nazwany erą urzędników. Bo zanosi się na to, że właśnie urzędnicy – tu rozumiem także parlamentarzystów polskich – z roku na rok stają się właścicielami świata. Wieki średnie to dominacja właścicieli ziem. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej mamy ciągle jeszcze dominację bankierów i przemysłowców. Ale ich czas powoli się kończy, a właścicielami świata stają się urzędnicy.

Dlatego, dla rozpoznania sytuacji, zajmiemy się polskim parlamentaryzmem, bowiem tak Sejm, jak Senat puchną od wymyślonej przez siebie, dla siebie, odpowiedzialności, puchną też od nadmiaru ludzi, którzy krętymi sposobami – trochę jawnie, trochę skrycie, pracują na ich rzecz. I nie są to prace za darmo.

Polski parlament przyszłości

Moim zdaniem trzeba czym prędzej zlikwidować Senat a liczbę posłów zmniejszyć do stu. Nie wiem, kto i kiedy mógłby to przeprowadzić, bo senatorowie i posłowie trzymają się ław parlamentarnych mocno, jakby byli do nich przyspawani, ale ta reforma przyniosłaby ogromne, niewyobrażalne dla niektórych i błogosławione dla wszystkich skutki. Wymienię je w punktach.

SENAT:

 

  1. Likwidacja Senatu byłaby krokiem miłosiernym, bo od swego zarania, w Polsce po 1989 roku, Senat nigdy nie miał wpływu na cokolwiek. Nigdy jeszcze Senat nie wniósł istotnej poprawki do jakiejkolwiek ustawy, a jak wnosił, to i tak zostawały te poprawki odrzucane przez Sejm.
  2. Ciągle słyszę, że Senat to izba refleksji i zadumy. Od refleksji jest kościół – dla niewierzących filozofowie, a od zadumy cmentarze.
  3. W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej w Senacie zasiadali możni panowie i biskupi, i też – poza hamowaniem reform – niczego dobrego nie robili. Jedyną korzyść z istnienia Senatu mieli senatorzy, bo izba ta była istnym targowiskiem interesów – tak świeckich jak kościelnych.
  4. Likwidacja Senatu zmusiłaby posłów do lepszej pracy, bo tak jak jest obecnie, to posłowie ciągle liczą na senatorów, że ci poprawią to co posłowie spaprali.
  5. Trzeba też powiedzieć, że naprawdę nie chodzi tylko – tak przy Senacie jak i Sejmie – jedynie o te 100 osób. Każdy z senatorów ma duży sztab ludzi, którzy są na etatach, umowach o dzieło, umowach zleceniach. Jest jeszcze Kancelaria Senatu i kilka senackich służb, których praca byłaby zbyteczna. Nawet Straż Marszałkowska miałaby mniej roboty. A chodzą jeszcze słuchy, że Senat żąda osobnego, ładnego i wystawnego budynku na swe prace.
  6. Likwidacja Senatu byłaby pierwszym, ale znaczącym, krokiem do realizacji idei „oszczędnego państwa”. Bo jak na razie mamy państwo rozdmuchane, albo – lepiej powiedzieć „samo-rozdmuchujące się”.                                                                                                                                                                         SEJM:

 

  1. Ograniczenie ilości posłów do 100, uwolniłoby zdrowe siły narodu i pozwoliłoby je „rzucić na odcinki realnej pracy”. Bo tak jak jest teraz, to najwięcej czasu i energii posłowie tracą na dyskusje. A to głównie dlatego, że każda z sejmowych partii wypuszcza na bój wielu posłów, a skutkiem tego Sejm mówi, mówi i mówi. Gdyby zaś było ich jedynie 100-u, to i mówców, dyskutantów, interpelantów i tych występujących ad vocem byłoby co najmniej ponad trzy razy mniej.
  2. Teraz tych 460 posłów – podobnie jak w przypadku Senatu – to jedynie wierzchołek góry lodowej. To znaczy publicznie widzimy jedynie 460, a przecież pracuje na ich rzecz wielka armia ludzi. A podróże krajowe i zagraniczne posłów? A ich mieszkania służbowe? Dziwne, że jakoś nikt nigdy nie policzył, ile kosztuje utrzymanie i działalność Sejmu i Senatu. Zdaje mi się, że są to dane bardziej strzeżone niż stan naszej armii i wszystkich tzw. służb siłowych.
  3. Zauważę też, że każdy z posłów ma w terenie swoje lokale poselskie i sztaby ludzi – przyzwoicie opłacanych – którzy jedynie powielają to, co mówi szef danej partii. Naprawdę trudno jest twierdzić, że wszyscy z 460 posłów porządnie pracują. Poza tym kiedyś pewien dziennikarz zapytał Jana Pawła II o to, ilu ludzi pracuje w Watykanie. I wtedy Jan Paweł II powiedział: Połowa.
  4. Po reformie tych 100 posłów naprawdę musiałoby się ostro wziąć do roboty. Razem ze swoimi mniejszymi sztabami.
  5. Męczące są też kampanie wyborcze. Widzowie, słuchacze i czytelnicy muszą przez kilka miesięcy obcować z nieznanymi osobnikami, którzy „robiąc miejsca na listach” publikują swoje twarze i przemyślenia. W tym przypadku, naprawdę, im mniej tym lepiej. Dla naszego, wyborców, zdrowia spadek oferty wyborczej z 460 na 100 to znacząca ulga. A pamiętajmy, że teraz najczęściej na jednej liście wyborczej jest po 20 osób, z czego tylko jedna osoba, a i to nie zawsze, ma szanse na bycie posłem. Czyli – obecnie możemy mieć do czynienia z kilkudziesięcioma tysiącami kandydatów do Sejmu. A przy stuosobowym Sejmie liczba tych chętnych zmaleje do jakichś kilkunastu tysięcy! Jest różnica.
  6. Wszystkie telewizje i radiostacje odzyskałyby mnóstwo czasu antenowego, bo z tej setki posłów nie wszyscy garnęliby się do tych śniadań, podkurków i wieczorów dyskusyjnych. Nie mieliby na to siły i czasu.

O moim współczuciu dla młodych

Tysiące młodych ludzi pochłania dziś i spala – niczym biblijny Baal – polska polityka. Widać to po ich rozbieganych oczach, najwyraźniej tuż przed wyborami, że ci młodzi chcą znowu być radnymi, posłami, senatorami. I to u zarania ich zawodowego życia. Zamiast zdobyć zawód, sprawdzić się w nim i dopiero potem zająć się polityką, oni już, natychmiast chcą być prezesami, dyrektorami, członkami rad nadzorczych… a wszystko za państwowe pieniądze i z partyjnego nadania.

Ja rozumiem, że partie załatwiają im wysokie dochody, ładnie brzmiące tytuły i błyszczenie do kamer tv – ale oni nadal, do końca swych dni, nie będą mieli żadnego zawodu. Owszem, większość z nich skończyła jakieś studia, ale to tylko wykształcenie, a zawód zdobywa się praktyką. Zawód poseł? Przed wojną taki gość nie znalazłby panny do ożenku w żadnym dobrym domu.

Żal mi tych młodych ludzi pędzących na zatracenie się w polityce. Bo przecież są to w większości ludzie zdrowi, sprawni i pełni energii życiowej – tak fizycznej jak umysłowej. A tu budownictwo nasze cierpi na braki kadrowe, remonty dróg, miejskich ulic i tras kolejowych wloką się w nieskończoność, bo nie ma chętnych do takiej zaszczytnej i konkretnej pracy.

Czyż – o wy, młode Panie i młodzi Panowie – nie widzicie, że przyjemniej jest zostawić po sobie potomnym kawałek dobrze zrobionej jezdni i chodników, niż kilka ustaw, które ciągle trzeba poprawiać? Albo jakieś uchwały, których sens ginie w pamięci społecznej już w pół roku po ich podjęciu? I nie szkoda to zdrowia na telewizyjne awantury? Powiadam Wam, praca leczy, ale konkretna, najlepiej fizyczna.

Nareszcie z narodem

Po takich redukcjach parlamentarnych oczywiście powstanie problem zredukowanych parlamentarzystów. Podniesie się krzyk i płacz, słuchać też będzie zgrzytanie zębów – zupełnie jak w Dniu Sądu Ostatecznego.

Ale musimy pozostać na takie odruchy posłów i senatorów – choćby niedoszłych – ślepi i głusi. Jeżeli bowiem teraz przez cały czas, wszyscy oni twierdzą, że działają nie dla własnej korzyści i nie dla materialnych zysków, ale dla dobra nas wszystkich, dla dobra każdego przeciętnego Polaka, to przecież nie będą mieli powodu popadać we frustrację. Po odejściu z parlamentu zaczną pracować, jak ich kochany elektorat.

O współczuciu dla starszych

Jest też, w naszym Sejmie i Senacie spora grupa starszych mocno pań i panów, wobec których również żywię głębokie współczucie. Tych z kolei mi żal, że polityka odciągnęła ich od zawodów, zajęć, w których jako tako już się odnaleźli. Patrząc na nich, widząc jak męczą się i cierpią w poselskich ławach przychodzi mi do głowy, że mogłoby ich wszystkich uratować jedno – głęboka, ostra i wyraźna reforma polskiego parlamentu.

Polskie kampanie wyborcze – nasz Hyde Park

W kampaniach każdy mówi co mu tam ślina na język przyniesie. I mówi to bezkarnie, bo teza, że „wyborcy nas rozliczą” jest zgrabnym, ale puściutkim zwrotem. Tak naprawdę każdy z kandydatów powtarza jedynie – w skrócie – program własnej partii. Bo też żaden z kandydatów nie wierzy, że którykolwiek z widzów czy słuchaczy zrozumie i zapamięta, co on wygadywał. Tak naprawdę, kandydat ma się pokazać, żeby ludzie zapamiętali twarz i nazwisko, a potem odnaleźli go na listach wyborczych. Chodzi zatem tylko o to, żeby – niejako podprogowo – wbić się w pamięć wyborcy.

O ile chodzi o programy, to przez całe minione już ponad 33 lata od czasu upadku komuny, był tylko jeden, jedyny uczciwy kandydat na prezydenta RP, który z serca i rozumu mówił o co mu chodzi. I był w tym niezwykle wiarygodny. Myślę tu o panu Kazimierzu Piotrowiczu, wynalazcy bioenergoterapeutycznych wkładek do butów, które w cudowny sposób miały poprawiać zdrowie. Wystartował on w wyborach prezydenckich w 1995 roku wykorzystując niecnie kampanię wyborczą do reklamowania produkowanych przez siebie wkładek do butów. Owszem, był w tej kampanii bezczelny, ale przecież nie kłamał!

A większość kandydujących do Sejmu i Senatu nie potrafiłaby zrobić nawet tych wkładek. A już je sprzedać? Ho, ho! Podejrzewam, że żaden z kandydatów nie sprzedałby nawet butelki wody na Saharze. Nikogo nie obrażam, ale mam głęboką nieufność w stosunku do ludzi, którzy chcą zawodowo zajmować się polityką, nie mając uprzednio żadnego zawodu. Tu wyjaśnię, że mamy trzy pojęcia: Wykształcenie, stanowisko, zawód.

Nasza klasa polityczna

O naszej klasie politycznej, według mnie, świadczy najlepiej anegdotka, jakiej doświadczyłem 20 lat temu. Rozmawiałem wtedy z moim dawnych znajomym ze studiów, który te dwadzieścia lat temu był już bardzo poważnym samorządowcem, szczebla wojewódzkiego. W pewnym momencie, po wspominaniu przeszłości znajomy Wysoki Urzędnik zaczął narzekać na swoje zarobki, roztkliwiając się sobą – to jest swoimi zarobkami – ponad przyzwoitość. Powiedziałem mu wtedy, żeby nie przesadzał, bo ma przecież bardzo wysoką pensję.

– Pensja tak, niezła… – odparł – ale zarobku żadnego.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Gen. Minkiewicz – to on stworzył Korpus Ochrony Pogranicza

19 stycznia 1880 r. w Suwałkach urodził się Henryk Minkiewicz, działacz PPS, Związku Walki Czynnej i Związku Strzeleckiego, oficer Legionów Polskich. O niepodległość Ojczyzny walczył z Ukraińcami i bolszewikami. W II RP generał Wojska Polskiego, organizator i pierwszy dowódca – w latach 1924–1929 – Korpusu Ochrony Pogranicza.

„Powołani zostaliście do szeregów Korpusu, aby pełnić ciężką i odpowiedzialną służbę ochrony wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Czeka Was zadanie trudne, wymagające żołnierskiego poświęcenia, hartu woli i siły charakteru. Oto zbrojne najemne bandy wkraczają w granice Państwa Polskiego, aby palić dobytek spokojnym mieszkańcom, grabić ich mienie, mordować opornych, a następnie ratować się ucieczką, zostawiając za sobą zgliszcza i ruiny” – pisał gen. Henryk Minkiewicz, pierwszy dowódca KOP.

Bez KOP, czyli Korpusu Ochrony Pogranicza, Polskę zalaliby wszelkiej maści przestępcy ze wschodu: szpiedzy, dywersanci, przemytnicy, terroryści, mordercy. KOP został powołany po tym, gdy latem 1924 r. oddział ok. stu bolszewickich bandytów zajął i splądrował przygraniczne miasteczko Stołpce. A nie było to pierwsze wtargnięcie do Polski sowieckiej V kolumny. Przeciwdziałać temu postanowili premier Władysław Grabski i minister spraw wojskowych gen. Władysław Sikorski.

Tak cele Korpusu formułował dalej gen. Minkiewicz: „Na ziemiach umęczonych długoletnią wojną zapanował znowuż gwałt i terror. Cichy, pracujący w pocie czoła mieszkaniec wsi i miast nie jest pewny dnia ani godziny. W tych warunkach cała ludność Województw Kresowych spogląda na żołnierzy KOP, jako na swoich właściwych obrońców. Żołnierze, nie możecie tego zaufania stracić. Musicie stać się naprawdę obrońcami biednej, żyjącej w ciągłej obawie o swoje życie i mienie ludności. Musicie wierną i wytrwałą służbą zapewnić ludności ład i spokój, zagwarantować bezpieczeństwo. Imię wasze, imię żołnierza Korpusu powołanego do ochrony granic musi być z ufnością i szacunkiem wymawiane przez całą ludność, a jednocześnie być postrachem dla bandytów”.

I tak wobec Sowietów KOP prowadził działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze. A ludności wschodnich rubieży Rzeczpospolitej – złożonej często z obojętnych lub niechętnych Polsce mniejszości narodowych – niósł edukację, pomoc medyczną i weterynaryjną, organizował prace społeczne, kwesty, pomagał budować szkoły i ochronki.

Najtrudniejszy egzamin KOP zdał we wrześniu 1939 r., kiedy osamotniony stawiał czoło sowieckiemu agresorowi. Tak było np. na linii Słucz – Tynne, co opisał jeden ze świadków: „Porucznik Bołbott i jego żołnierze, w maskach gazowych na twarzach obsługiwali karabiny maszynowe. Zadymienie w bunkrze było mordercze, bo sowieckie czołgi celowały w otwory strzelnicze. Bunkier obłożono materiałami wybuchowymi i wysadzono w powietrze. Prawdopodobnie obrońcy leżą pod gruzami do dziś. Ich nazwisk nie dało się ustalić”.

Tu i w innych miejscach polskiej obrony Sowieci rozstrzeliwali jeńców na miejscu bądź wywozili do łagrów. Wielu zamordowali w Katyniu. Ostatnim całodniowym starciem była bitwa pod Wytycznem 1 października 1939 r.

A Henryk Minkiewicz? Po sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939 r. został aresztowany przez NKWD. W obozie w Kozielsku był najwyższym rangą jeńcem, a także autorytetem i opiekunem dla młodszych stopniem kolegów. Zamordowany prawdopodobnie 9 kwietnia 1940 r. w Katyniu. Dziś spadkobiercami etosu stworzonego przez Henryka Minkiewicza Korpusu Ochrony Pogranicza są funkcjonariusze Straży Granicznej…

CEZARY KRYSZTOPA: Jak się nie obrócić, … tył zawsze z tyłu

Nie jest dobrze, proszę ja Was. Nie jest dobrze. Mówiąc nieco obcesowo, można by rzec, że jak się nie obrócić d… zawsze z tyłu.

Trudno mi się opędzić od myśli, że polski rząd od dłuższego czasu pracował nad uprzężą, którą następnie na siebie założył, a lejce oddał Brukseli. Jeśli ustawa o SN, która ma „utorować drogę do kompromisu z KE” wejdzie w życie, prawdopodobnie czeka nas chaos i rzeź sędziów, którzy zaufali po 2015 roku reformie sądownictwa, a jeśli się nie uda, histeria pt. „PiS zabrał pieniądze”. Długo by pisać, sporo już o temu poświęciłem czasu. Tak czy siak, w to, że będą z tego jakieś pieniądze (przypominam, że zgodziwszy się na KPO, już zaczęliśmy to spłacać) zdają się niespecjalnie wierzyć nawet członkowie partii rządzącej. A i Bruksela nie bez powodu tuż po sejmowym głosowaniu w sprawie ustawy o SN wysyła nieoficjalny sygnał – „a nie nie, teraz ustawa wiatrakowa…”. Wydaje się, że ten rząd nie znajduje się obecnie u szczytu pasma sukcesów.

Opozycja?

Ktoś powie – no dobrze, ale od tego mamy opozycję, żeby przygotowawszy uprzednio odpowiedni program, powoławszy odpowiednich ludzi, dała nadzieję na nowe otwarcie. Niestety, bardzo mi przykro, jeśli z codziennego opozycyjnego bełkotu w mediach można wyekstrahować jakiś program, to jest to program likwidacji państwa (CBA, IPN itd.), prywatyzacji wszystkiego co się rusza, likwidacji 500+, podniesienia wieku emerytalnego, nauczania masturbacji w szkołach i pozakonstytucyjnych rozwiązań siłowych. Czyli program wpędzenia Polaków na powrót w rolę taniej siły roboczej, laboratorium eksperymentów społecznych i rynku zbytu dla innych. Rola przewidziana dla Polski to nawóz dla przyszłego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich lub, jak wolą niektórzy – IV Rzeszy. Zakładając nawet, że jest to program atrakcyjny dla kogokolwiek z jaką taką zawartością puszki mózgowej, to co takiego robi opozycja, żeby przekonać do siebie Polaków? Przedstawia jakieś programy? Koncepcje reform? A skąd, opozycji wydaje się, że wystarczy pomoc „starszych kolegów”, szczucie na inaczej myślących, filmiki z Tuskiem na TikToku i kilka grubszych żartów przechodzonego „byłego premiera”, który sprawia wrażenie jakby ktoś go zamroził w 2014 roku, a po rozmrożeniu zapomniał poinformować, że jednak minęło tych kilka lat. Otóż może nie wystarczyć.

Niemcy? UE?

Tu znowuż ktoś może zauważyć – no dobrze, skoro są jacyś „starsi koledzy”, którzy niewątpliwie mają wystarczająco dużo siły by nas krzywdzić, to może jednak powinni sprawować nad nami realną władzę i nie ma co się szarpać? Nie będzie suwerenności, ale będzie jaki taki spokój i jaki taki „dobrobyt”. Rzeczywiście, „starsi koledzy” ciągle mają możliwość sprawiania nam kłopotów, ale znów, zwolenników takiej tezy muszę bardzo zmartwić. Niemcy to oczywiście wciąż potężny kraj, ale dawno nie byli tak słabi i to na różnych płaszczyznach, gospodarczej, wizerunkowej, społecznej, każdej. Można by zaryzykować tezę, że w wyniku własnych błędnych decyzji minęli już szczyt swojej potęgi i raczej staczają się po równi pochyłej. A Unia Europejska? Litości, na Polsce może się jeszcze powyżywać, ale dziesięciolecia rozrodu wsobnego na brukselskich korytarzach, doprowadziły do umysłowej atrofii i braku umiejętności weryfikacji błędnych założeń. Tak jak UE przed wojną pędziła w imię ideologicznego zaślepienia na ścianę gospodarczej katastrofy, tak po wybuchu wojny jeszcze przyspieszyła. Pytanie tylko kiedy katastrofa nastąpi i kogo za sobą pociągnie. A jeszcze nie wiadomo jaki zasięg obejmie i czym się skończy afera korupcyjna.

Rosja?

Komu innemu może się z kolei przyśnić Rosja, „Trzeci Rzym”, „ostatnia reduta konserwatyzmu” (światowy lider mordowania nienarodzonych). Błagam… Trudno powiedzieć, czy to w co wdepnęła Rosja jest efektem obłędu, czy złej oceny sytuacji Władimira Putina. Dość jednak, że człowiek, który był bliski zbudowania eurazjatyckiej osi Moskwa-Berlin, rozciągającej się od Władywostoku po Lizbonę, spuścił swoje „imperium energetyczne” w wyniku tyleż zbrodniczej co durnej inwazji na Ukrainę, w geopolitycznym klopie. Tak, oczywiście, że Rosji pozostaje więcej możliwości niż by chciały hurraoptymistyczne w tym zakresie „wiodące media”. Oczywiście, że Rosja prawdopodobnie zdąży przelać jeszcze wiele krwi. Ale, to, że szybko przejada gromadzone przez lata zasoby, które nie będzie łatwo odbudować, jest faktem. To, że rozpada się jej strefa wpływów, a na Kremlu rozpoczęły się walki buldogów pod dywanem, również jest faktem. Wiele wskazuje na to, że na Kremlu zapadła decyzja o wejściu w co najmniej nową „zimną wojnę” z Zachodem. Zapewne pomoże to za nową „żelazną kurtyną” przez jakiś czas zachować jaką taką spójność wewnętrzną, ale jak zimna wojna i wyścig zbrojeń skończył się dla Związku Radzieckiego? A jak skończy się dla słabszej Rosji w starciu z oczywiście również słabszym, ale jednak posiadającym wielokrotnie większe zasoby i potencjał Zachodem?

Leśniczy

Tę listę można by ciągnąć dalej, ale i bez tego tekst jest znowu za długi. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że zbliżamy się do jakiegoś przesilenia. Mamy niewątpliwie sytuację kryzysową, rzeczywistość wymusza na fircykach porzucenie postpolityki i zakasanie rękawów. Mimo to zarówno główni, jak i drugoplanowi aktorzy zdają się nie dorastać do swoich ról.

I jak tu nie zadawać sobie pytania, parafrazując znany, choć mało śmieszny dowcip, czy nie pojawi się w końcu jakiś leśniczy, który rozpędzi to po kątach, uznając, że ma wystarczająco dużo siły żeby „zaprowadzić porządek”?

WLATER ALTERMANN: Unia i biurokratyczne fanaberie europejskie z korupcją w tle

W felietonie „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ. I zdaje mi się, że całkiem logicznie udowodniłem, że ONZ jest organizacją martwą i tym samym nieskuteczną, nie realizującą swych statutowych celów. Jedyne cele jak ONZ ma na celu to zachowanie i wzrost dobrobytu i dobrostanu własnych urzędników. Co prawda pojęcie „dobrostan” dotyczy dobrych warunków życia zwierząt hodowlanych, ale jest adekwatne do problemu dobrego, zasobnego i spokojnego życia urzędników tak ONZ jak i UE, więc nikogo nie obrażam, stwierdzając jedynie stan faktyczny. Teraz zajmiemy się rolą i funkcjonowaniem Unii Europejskiej.

U podstaw Unii Europejskiej legły najszczytniejsze ideały, mające zapobiec kolejnym wojnom europejskim. Przypomnijmy, że II wojna światowa wybuchła w 21 lat od zakończenia pierwszej. Obie te wojny nie były też pierwszymi wojnami na wielką skalę, toczonymi na terytorium Europy. Przyczyny były zawsze te same – próby dominacji jednych państw nad drugimi. Ale powodem podstawowym była zawsze walka o przewagi w produkcji i zbytu, czyli szeroko rozumiane rynki – europejskie i kolonialne.

Miłe złego początki

Początkiem integracji europejskiej było powołanie w 1952 roku Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, z której w 1958 roku powstała Europejska Wspólnota Gospodarcza. Unia Europejska jest zaś bezpośrednią następczynią EWG. Od czasu wejścia w życie traktatu lizbońskiego, tj. od 1 grudnia 2009, podstawę prawną funkcjonowania stanowią Traktat o Unii Europejskiej (znany także jako traktat z Maastricht) oraz Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Obecnie Unię tworzy 27 państw.

Unia Europejska zmierza jednak w kierunku bycia nowym tworem – potężnym państwem ponadnarodowym. I tu powiedzmy od razu, że ten kierunek wyznaczają obecnie dwie siły, w łonie UE.

Pierwsza siła upaństwowienia UE – niezaspokojone ambicje Niemiec i zmęczenie Francji

Pierwsza z tych sił to Francja i Niemcy. Oba te państwa, chcą nowego tworu, w którym mogłyby dominować – w oparciu o fakt, że są to państwa najliczniejsze i najsilniejsze ekonomicznie.

Ostatnio – niedościgniony w swych makabrycznych bon motach – kanclerz Olaf Scholz powiedział, że Niemcy są już gotowe do przyjęcia na siebie przewodnictwa w Unii Europejskiej i zajęcia w niej należnego Niemcom miejsca. Pół roku wcześniej domagał się, aby Niemcy zostały stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Zdaje się, że bez przewodzenia komukolwiek Niemcy są historycznie nieszczęśliwi. Koncepcje co do roli Niemiec w świecie popsuła jednak Scholzowi wojna rosyjsko-ukraińska, a konkretnie dwuznaczna, pełna pokrętnych słów i działań postawa samego Scholza. Ta zastanawiająca moralnie i wielce dwuznaczna rola Niemiec w wojnie rosyjsko-ukraińskiej bierze się stąd, że Niemcy nie chcą dopuścić do obniżenia poziomu życia Niemców – jak stwierdził sam Scholz. Stąd wszelkie embarga i restrykcje przyjmowane są jak wspomnienie alianckiego bombardowania Hamburga czy Drezna. Przy czym dzisiejsi Niemcy jakby akceptowali własne zgodnie w II wojnie światowej, ale odwet aliantów traktują jak nieuzasadnione zbrodnie. Zaiste – historia niczego nie uczy, a megalomania Niemców nie ma granic przyzwoitości.

Co do Francji – widać, że jest zmęczona Europą, światem i samą sobą. Być może Francuzi ciągle przeżywają utratę Indochin? Zdarzało się już w przeszłości, że jacyś władcy, a nawet całe narody odczuwały zmęczenie własną władzą i popadały z nudów pod cudzą dominację.

Druga siła zjednoczenia UE – urzędnicy 

Urzędnicy Unii Europejskiej zachowują się tak, jakby UE już była państwem, a przynajmniej musiałby nim natychmiast zostać. Nawiązują przy tym do Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. To istne kuriozum. Przez kilka stuleci Cesarstwo Rzymskie było związkiem państw, owszem – ale na jego czele zawsze stał cesarz, który jednocześnie był królem najsilniejszego z państw tego tworu. Tak było począwszy od Karola Wielkiego – protoplasty Cesarstwa.

Tymczasem dzisiejsze władze Unii są tylko i jedynie władzami grupy urzędników, którzy żadną ziemią, krajem i państwem nie zarządzają. Tym samy Unia staje się władzą nadrzędną nad realnie działającymi pastwami. I to jest czysta abstrakcja na tle realnych dziejów Europy.

Zwróćmy też uwagę, że urzędnicy Unii Europejskiej coraz intensywniej działają nie na rzecz państw członkowskich, które im płacą za bycie urzędnikami, ale na rzecz przyszłego mega-państwa, które ma powstać na gruzach UE. Ułatwia to urzędnikom UE obecna struktura organizacyjna i zakres kompetencji jej organów.

Tako o sobie samej rzecze Unia

Wpadła mi właśnie w ręce broszura Unii Europejskiej z roku 2020, przeznaczona dla młodzieży, w której można przeczytać:

Parlament Europejski reprezentuje obywateli UE. Posłowie do Parlamentu Europejskiego są wybierani przez tych obywateli w wyborach bezpośrednich, które odbywają się co pięć lat… W skład Parlamentu wchodzi 750 posłów z wszystkich państw UE. Większe kraje ze względu na swoją wielkość mają więcej posłów niż mniejsze państwa… Parlament podejmuje decyzje dotyczące prawa europejskiego wspólnie z Radą. Jeżeli Parlament i Rada nie mogą osiągnąć porozumienia co do aktu prawnego, nowe przepisy nie wejdą w życie. Parlament wybiera przewodniczącego Komisji Europejskiej i zatwierdza cały zespół 27 członków Komisji – komisarzy. Parlament zatwierdza również budżet Unii Europejskiej.”

Broszura informuje również o Radzie Europejskiej: „Rada Europejska składa się z prezydentów lub premierów państw UE. Spotykają się oni przynajmniej cztery razy do roku. Ich posiedzenia nazywane są „szczytami europejskimi”. Rada Europejska ustala główne priorytety UE i ogólne kierunki polityki. Kieruje nią przewodniczący, który jest wybierany co 2,5 roku. Rada Europejska nie przyjmuje unijnych aktów prawnych. Jest to zadanie Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej.”

A taką informację w broszurze znajdziemy o Radzie Unii Europejskiej: „Rada Unii Europejskiej reprezentuje rządy państw UE. W Radzie ministrowie ze wszystkich krajów UE spotykają się, by omawiać sprawy UE i podejmować decyzje dotyczące polityki i prawa UE. To, że niektórzy ministrowie uczestniczą w posiedzeniach, zależy od tematu dyskusji. Na przykład, jeżeli posiedzenie dotyczy zanieczyszczenia powietrza, wówczas spotykają się ministrowie środowiska. Jeśli głównym tematem dyskusji jest bezrobocie, zbierają się ministrowie odpowiedzialni za zatrudnienie i sprawy społeczne.”

Taka struktura, dająca wybranym do parlamentu Europejskiego posłom, wedle klucza wielkości ludności państw członkowskich, właściwie nieograniczone możliwości zrodziła się z hipokryzji niektórych państw członkowskich, a najbardziej z zakłamania władz Niemców i Francuzów.

Hipokryzja wielkich państw

Hipokryzja w polityce to ukrywanie istotnych celów, którymi kierują się dani politycy. Chcący ukryć swoje prawdziwe intencje, zawsze dużo mówią o duchu praw, miłości między narodami, humanizmie, testamencie ojców i odpowiedzialności przed następnymi pokoleniami. Czasem hipokryci powołują się jeszcze na Boga.

Hipokryci z Niemiec, Francji i w mniejszym stopniu z Hiszpanii i Włoch, stworzyli potwora, jakim dzisiaj jest UE. Nie chcąc sami występować z własnymi pomysłami co do przyszłości Europy, wysługują się unijnymi urzędnikami.

Parlament UE jako przykrywka dla pomysłów rządów

Jeżeli ktoś uznałby moje rozumowanie za niezgodne z prawdą, to pytam: po co komu jest Parlament Europejski? Na co każdemu z 27 państw członkowskich utrzymywanie eurokratów, opłacanych nad wyraz niegodziwie wysoko. Na potwierdzenie mojej tezy, o zbyteczności Urzędników Unijnych przywołam raz jeszcze broszurę samej Unii, dla młodzieży:

„Codzienną pracę Komisji wykonuje jej personel administracyjny, eksperci, tłumacze pisemni i ustni oraz asystenci. Rekrutacją urzędników Komisji – tak jak i pracowników innych instytucji UE – zajmuje się Europejski Urząd Doboru Kadr. Urzędnicy ci są obywatelami krajów UE, wybranymi w trybie otwartych konkursów. W Komisji pracuje około 33 000 osób. Liczba ta może wydawać duża, ale w rzeczywistości jest mniejsza niż liczba pracowników administracji większości dużych miast w Europie.”

Zakłamanie autorów broszury jest równe zakłamaniu polityków największych państw składowych UE. Porównanie tej armii unijnych urzędników do urzędników metropolii europejskich jest bałamutne. Ci miejscy urzędnicy za coś konkretnie odpowiadają, choćby za miejski transport, inwestycje użyteczności publicznej, wodociągi, kanalizacje, szkoły i przedszkola, służbę zdrowia. A za co odpowiadają urzędnicy UE? Za wymyślanie kolejnych przepisów i pilnowanie, żeby realnie pracujący ludzie ich przestrzegali. Toż to samonapędzająca się maszyna biurokracji.

Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie fakt, że parlamentarzyści europejscy i tysiące urzędników żyją naszym kosztem. A żyją na poziomie prawdziwie światowym. Dzisiejsza warstwa urzędników unijnych jest nową klasą próżniaczą Europy. Podobnie jak urzędnicy ONZ.

Powiedzmy jeszcze jedno. Utarło się mówić, że są jakieś „pieniądze unijne”.  Nic bardziej bałamutnego. To są nasze polskie pieniądze, tyle że w kieszeni eurokratów.

Współczesna klasa próżniacza

Pojęcie klasy próżniaczej wprowadził Thorsten Veblen na przełomie XIX i XX wieku. Określało ono zbiorowość ludzi nastawionych na ostentacyjną konsumpcję. Veblen swoje obserwacje odnosił do elity biznesu Stanów Zjednoczonych – finansistów i spekulantów giełdowych. W wydanej w 1899 roku książce Teoria klasy próżniaczej opisywał ówczesne formy ostentacyjnej konsumpcji, zajęć nieproduktywnych oraz instytucji społecznych podtrzymujących klasę próżniaczą.

Veblen urodził się za wcześnie i tym samym nie znał obecnego świata urzędników ponadnarodowych organizacji quasi państwowych. A to przecież oni – ci urzędnicy – są jak huba na drzewach. Żyją naszym kosztem, jednocześnie mając nas za nic.

Dzisiejszy Parlament UE jest swoistym Hyde Parkiem. Każdy mówi nie na temat, ale za to co chce. Szczególnie bawią mnie – a jest to mój śmiech przez łzy – tzw. postępowcy, na przykład zieloni. Nie zauważają oni wojny, nie dostrzegają też katastrofy na rynku paliw, nie przewidują, że ludzie mogą zamarzać. Oni wciąż tylko o naturze, o czystym powietrzu, wodzie i ziemi. Naprawdę piękna to działka, ale przecież Parlament Europejski działa w określonych warunkach. Można postulować zakaz produkcji mięsa, bo krowy zatruwają atmosferę, można zakazywać spalania węgla, używania energii atomowej, ropy naftowej i gazu. Można, tylko jak to się ma do życia zwykłych ludzi? Zdaje mi się, że ci postępowcy gotowi są bronić Ziemi do ostatniego człowieka.

Parlament UE do kasacji

Moim zdaniem Parlament Europejski powinien zostać zlikwidowany. Nie rozumiem bowiem jego roli, w sytuacji, gdy każde z 27 państw członkowskich ma już własny parlament. Więc mam pytanie: czy Parlament Europejski jest ponad tym 27 parlamentami?

Przyszłość Unii Europejskiej powinna być uratowana poprzez likwidację Parlamentu oraz drastyczne ograniczenie armii urzędników. Przecież z 33 tys. tych zatrudnionych w UE dałoby się sformować kilka dywizji wojska. Tu przypomnę, że jeszcze kilkanaście lat temu kilka państw, w tym Polska, mówiło o potrzebie stworzenia armii europejskiej. Wtedy ze strony Niemiec i Francji rozległ się gromki śmiech i pytanie” „A z kim to mielibyśmy walczyć?”

Przyszła UE powinna być związkiem wolnych państw, bez żadnej czapy, która wzięła się z działań „od czapy”. Wszystkie problemy zaś, które są, były i będą, powinny być rozwiązywane poprzez rozmowy i decyzje wypracowywane przez delegowanych przez rządy ambasadorów, czy też stałych przedstawicieli rządów w UE. I ci delegowani przez dane państwo urzędnicy układaliby się z pozostałymi delegatami co do odpowiednich działań.

Tak jak jest teraz, to kpina ze zdrowego rozsądku, marnotrawstwo dużych pieniędzy i chaos, powodowany przez urzędników. Albo też celowe działanie największych państw Europy. Bo taki układ jaki jest obecnie służy tylko niektórym państwom – na przykład – Francji i Niemcom. Bo mogą one chować się za plecami Unii. I mogą te państwa załatwiać swe interesy z tylnego siedzenia.

Polski ślad w Unii Europejskiej

Polska bierze aktywny udział w pracach UE, w tym Parlamentu Europejskiego. Ale też nasze partie upychają w Parlamencie Europejskim swoich ludzi, których – dla dobra partii – najlepiej jest wysłać za granicę – choćby do UE – niż mieliby siedzieć na miejscu i rozrabiać, stroić niezadowolone miny i krytykować partie-matki.

Mam podejrzenia, że wszystkie partie delegują – do wyborów z biorących miejsc – takich swoich polityków, którzy powinni zniknąć z oczu wyborców na jakiś czas. Przy czym jest to bardzo eleganckie wysłanie: za wspaniałą pensję, luksusowe mieszkania i za ogromny dodatek do polskiej emerytury. Naprawdę, od strony materialnej patrząc, wysyłani nie powinni narzekać.

Mamy zatem w Parlamencie UE co najmniej kilkoro byłych premierów i kilkoro wicepremierów, z których żadne nie jest w Brukseli w nagrodę za to, co zrobił w Polsce.

 

Czy niskie ceny ropy pomogą zakończyć wojnę w Ukrainie? – zastanawia się WOŁODYMYR SYDORENKO

Jak podała w swoim raporcie Międzynarodowa Agencja Energetyczna, z powodu sankcji i niskich cen ropy Rosja w samym grudniu 2022 roku straciła ponad 3 miliardy dolarów.

Ogólnie rzecz biorąc, w wyniku sankcji i ograniczeń cen ropy dochody Rosji spadły w grudniu 2022 r. do 12,6 mld dolarów. W grudniu eksport rosyjskiej ropy zmalał łącznie do 7,8 tys. milionów baryłek. Jak informowała wcześniej agencja Bloomberg, Rosja traci codziennie 172 mln dol. z powodu restrykcji cen ropy.

Wynika to z faktu, że 5 grudnia UE zdecydowała o zastosowaniu nowych sankcji związanych z ograniczeniem cen rosyjskiej ropy i produktów naftowych do poziomu 60 dolarów za baryłkę. Do tej decyzji dołączyły kraje „Wielkiej Siódemki” (G7) oraz Australia i Szwajcaria. W pierwszym tygodniu sankcji eksport z Rosji spadł o 54 proc.. W odpowiedzi prezydent Władimir Putin zakazał dostaw rosyjskiej ropy i produktów ropopochodnych do krajów stosujących ceny maksymalne. Bloomberg poinformował, że rosyjska ropa Urals była notowana 6 stycznia po cenie poniżej 38 dolarów za baryłkę. To ponad połowa wartości benchmarku Brent, a także poniżej pułapu ceny ropy z Rosji, wprowadzonej przez Unię Europejską i kraje G7 w celu ograniczenia rosyjskiej zdolności do finansowania wojny w Ukrainie.

Jednocześnie Ministerstwo Finansów Rosji poinformowało, że średnia cena rosyjskiej ropy Urals od 15 grudnia do 14 stycznia wyniosła 46,5 USD za baryłkę. I to pomimo tego, że w budżecie na 2023 rok cena Uralu jest ustalona na 70 dolarów. Czy zatem Unia Europejska i G7 osiągnęły swój cel?

Co prawda, jak zauważa Bloomberg, eksport ropy z Rosji częściowo wzrósł. Nie oznacza to jednak, że Moskwa znalazła mechanizmy omijania sankcji. Po prostu, jak wyjaśnił doktor nauk ekonomicznych Ihor Lipsits w kanale telewizyjnym „Nastoyastchee vremya”, „flota tankowców, którą kupiła Rosja, właśnie zaczęła działać szybciej. Moskwa nabyła niedawno 109 starych tankowców. Zaczęli transportować ropę na całym świecie. Ale najprawdopodobniej ceny są niskie, bo jeśli przewoźnicy muszą podejmować ryzyko, to przy wysokiej opłacalności przewozu, a więc po niskiej cenie. Dlatego wielkość eksportu rośnie, ale pieniądze z tego są dość kiepskie. Według wyników finansowych sytuacja w Rosji staje się bardzo nerwowa, napięta i przerażająca…”

Uważa on, że ​​„46 dolarów za baryłkę to już ogromny problem dla rosyjskiego budżetu”. Aby poprawić sytuację, konieczna jest albo dewaluacja rubla z obecnych 68 do 115 rubli za dolara, albo rozpoczęcie sprzedaży waluty, np. chińskiego juana, ze specjalnego funduszu. Ale to bardzo zły pomysł, ponieważ juan jest obecnie jedyną prawdziwą walutą, jaką posiada rosyjski rząd. Wszystkie dostępne rozwiązania nie są dobre. Wszystkie decyzje zniszczą gospodarkę w Rosji.

Ponadto nad Rosją wisi embargo na dostawy produktów ropopochodnych. A to bardzo mocno uderzy w krajową gospodarkę, bo trzeba będzie zatrzymać produkcję w rafineriach.

To wszystko powoduje niszczenie gospodarki i finansów Rosji. Władimir Putin mówi, że wszystko jest w porządku, że kraj ma normalną sytuację finansową. Rzeczywiście, przez ostatnie lata Rosja starała się zapewnić poziom deficytu budżetowego do PKB nie większy niż 3 proc. A jeśli sankcje przyniosą efekty, to deficyt budżetowy wyniesie 4-5 proc. produktu brutto, a Rosja raczej nie znajdzie sposobu na jego pokrycie.

Tak więc dzisiaj Rosja ma rezerwę pieniędzy na wojnę na Ukrainie, według dr. Ihora Lipsitsa, na lata 2023 – 2024. Następnie rosyjski rząd zacznie zabierać pieniądze obywatelom, czyli wprowadzi np. obowiązkowe obligacje wojskowe dla ludności. To jest bardzo niepokojące dla Putina, bo wtedy ludzie nie będą już milczeć, jak teraz.

Nie jest to jednak ostateczna konkluzja. Faktem jest, że braliśmy pod uwagę wpływ tylko jednego czynnika, pieniędzy. Będzie on jednak działał w interakcji z innymi czynnikami – presją polityczną całego świata, zagrożeniem międzynarodowego trybunału, niedoborem broni i siły roboczej, gdyż straty ludzkie są ogromne i nieuzasadnione, a także ogólnym kryzysem gospodarki. Wniosek jest więc tylko jeden – wszystkie te okoliczności powinny zmusić Rosję do zakończenia wojny w Ukrainie przed końcem 2023 roku.

 

WALTER ALTERMANN: Dwa różne poziomy Teatru Telewizji

W ciągu ostatnich dwóch tygodni obejrzałem dwie sztuki teatralne zrealizowane przez Teatr Telewizji TVP. Pierwsza to „Szczęście Frania” Włodzimierza Perzyńskiego, w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Sztukę z roku 2001 powtórzyno niedawno w programie TVP Kultura.

Druga ze sztuk to adaptacja klasycznej powieści „Zaklęte rewiry” Henryka Worcella, w reżyserii Adama Sanjuka z roku 2022 zaprezentowana 9 stycznia 2023 r. w TVP 1.

Co łączy obie te realizacje? Poza tym, że zostały wyemitowane przez TVP w ciągu dwóch tygodni – nic, dosłownie nic.

Włodzimierz Perzyński „Szczęście Frania”

w reżyserii Agnieszki Glińskiej,

premiera w 2001 roku

Komedia Włodzimierza Perzyńskiego jest naszą klasyką, a rolą Frania święcił już triumfy Stefan Jaracz. Krótko mówiąc ta gorzka komedia odsłania zakłamanie, pazerność i brutalność polskiego mieszczaństwa z przełomu XIX i XX wieku. Można nawet powiedzieć, że Perzyński jest okrutny, bo nie owija niczego bawełnę, wali jak młotem w zakute głowy naszej warstwy średniej. Mówi wprost – oto jacy podli i zakłamani jesteście. Im bardziej macie na ustach dobre obyczaje, honor i godność, tym bardziej jesteście wstrętni. W sumie jesteście mali i zakłamani.

Perzyński – obok Zapolskiej – jest czołowym demaskatorem w naszej literaturze. Przy tym wspaniale, lekkim piórem, subtelnie a wnikliwie kreśli charaktery postaci. Jest też mistrzem dialogu, bo jego postacie nie są „nosicielami idei”, niczego nie wygłaszają. U niego bohaterowie są zawsze z krwi i kości – naprawdę jest co grać, jak mawiają aktorzy.

Reżyser i scenografowie: Agnieszka Zawadowska i Krzysztof Benedek stworzyli wspaniały świat dla tej sztuki. Dekoracje i kostiumy są wierne epoce, ale przecież nie ma ich w nadmiarze. My widzowie mamy widzieć, że dom jest zasobny, a nawet bogaty. Kostiumy i dekoracje oddają epokę, ale przecież nie ma w tej sztuce wystawy mebli i kolekcji kostiumów. W sferze „wyglądów” jest tak jak powinno być. Scenografia służy spektaklowi, nie wyrasta ponad niego, co czasami się przecież zdarza.

Największą zasługą pani reżyser jest jednak to, że wszyscy aktorzy grają subtelnie, delikatnie i bardzo głęboko. Mamy więc w spektaklu do czynienia z bohaterami pełnymi. Mając też na względzie to co za chwilę napiszę o „Zaklętych rewirach” w reżyserii pana Adama Sajnuka, zauważę jeszcze, że pani Glińska subtelnie odczytała utwór, i pod jej ręką aktorzy zagrali prawdziwy koncert wiolinowy. Wspaniała to był uczta dla teatromana. I wypada po prostu podziękować. Zatem, dziękuję.

Mam tylko jedną uwagę, nie do twórców, ale do redakcji Teatru Telewizji. Odniosłem wrażenie, że osoba pisząca informację o spektaklu na stronie TVP, nie bardzo chyba wiedziała o czym pisze. Jeżeli – według tej osoby – „Szczęście Frania” jest „…lekką komedią miłosną”, to chyba nie widziała i nie czytała tego utworu. Albo jeszcze gorzej… widziała, czytała, ale nie pojęła. Sztuka Perzyńskiego jest bowiem okrutną analizą zakłamania i podwójnej moralności mieszczańskiej. I w dorobku polskiej dramaturgii tak jest klasyfikowana. Chyba, że TVP chodziło o „nagonienie widza” i dlatego trzeba było napisać, że utwór jest „lekki”. Poza tym, to jakby autor tej notki zaklasyfikował „Damy i huzary” i „Jestem zabójcą” Aleksandra Fredry? Albo i „Lekarza mimo woli” Moliera? No, ale tak to już u nas jest, że nawet w przypadku tak świetnego wystawienia dzieła, znajdzie się jakiś „redaktor”, który spieprzy wszystko do imentu.

Obsada: Maciej Stuhr (Franio), Joanna Szczepkowska (Lipowska), Krzysztof Stroiński (Lipowski), Aleksandra Popławska (Helena), Bartosz Opania (Otocki), Maria Maj (Mroczyńska), Agnieszka Wosińska (Langmarowa).

Henryk Worcell „Zaklęte rewiry”

scenariusz i reżyseria Adam Sajnuk

premiera 9 stycznia 2023 roku w TVP

Naprawdę trzeba mieć sporo odwagi, żeby podjąć się adaptacji i reżyserii „Zaklętych rewirów”, gdy w świadomości widzów ciągle funkcjonuje tak wybitny film, jak ten Janusza Majewskiego. Dla każdego reżysera powtórzenie tego dzieła jest naprawdę ogromnym wezwaniem. Dlatego też przysiadłem fałdów, żeby realizację tak wzniosłego zamiaru obejrzeć. Powiem od razu, że oglądanie realizacji pana Sajnuka przyszło mi z ogromnym trudem, bólem i pozostawiło mnie w głębokiej traumie.

Oto bowiem z powieści o dorastaniu, o nauce rozumienia mechanizmów rządzących światem, o tym, że świat jest migotliwy i niejednoznaczny reżyser Adam Sajnuk nie wziął nic. Poza tym, że rzecz dzieje się w restauracji. W spektaklu nie ma ani atmosfery powieści Worcella, ani też jego tak barwnych postaci. Jeżeli tak, to mam pytanie – skoro reżyser miał własny pomysł na tę sztukę, dlaczego „podpiera” się Worcellem. Trzeba było siąść i napisać swoją sztukę, dziejącą się w knajpie. Bo u pana Sajnuka nie mamy już luksusowego hotelu, nie ma świata „z najwyższej półki”, który Boryczko, główny bohater, musi zrozumieć, przyswoić i do którego musi również dorosnąć. U Worcella bohater odrzuca w finale ten świat, ale to w tej restauracji przeżył i zrozumiał tak wiele. I w sumie świat restauracji u Worcella jest światem fascynującym.

O ile chodzi o spektakl pana Sajnuka, to nie ma w nim niczego fascynującego. Niestety, świat tej powieści, widziany oczyma adaptatora i reżysera w jednym, jest wulgarny i prostacki. I tak też grają aktorzy. Gdyby tylko kilku z obsady, pomyślałbym, że reżyser nie zapanował nad aktorami. Ale nie, wszyscy grają ludzi przygłupich i hałaśliwych, a tajemnicza, dystyngowana restauracja jest czymś w rodzaju upadającego baru na dalekiej polskiej prowincji. I to gdzieś tak pod koniec PRL-u.

Sztukę otwiera bezsensowna scena, w której kelnerzy, jeden po drugim, ciskają z hukiem swoje tace do zlewozmywaka. Przecież nie ma tak głupich właścicieli, nawet przydrożnych barów, którzy trzymaliby o jeden dzień za długo takich prymitywnych „niszczycieli” ich majątku.

W realizacji pana Sajnuka nie ma też cienia dialogów, a każdy z aktorów coś tam wykrzykuje, często wprost do kamery. Niczego nie zrozumiałem, a przede wszystkim nie wiem, dlaczego ktoś zdecydował się na emisję tak strasznej rzeczy. Zdarza się, że coś nie wyjdzie, ale wtedy zamyka się taśmę w szafie z napisem „Nie ruszać do roku 2099” i jest święty spokój.

Być może zasłonę tajemnicy tego dzieła odsłania wprowadzenie do spektaklu, znowu pióra redakcji Teatru Telewizji, bo w informacji można przeczytać, że: „…spektakl nawiązuje formą do performance’u”. Mój Boże! A cóż to znaczy? Gdyby jeszcze ów redaktor napisał, że spektakl wyrasta z ducha „prymitywnego brutalizmu”, miałbym jakieś wątpliwości. A tak, nie mam żadnych – niepotrzebna, szkodliwa estetycznie realizacja TVP. Przykre, ale tak właśnie jest.

Obsada: Agata Piotrowska-Mastalerz, Marek Kossakowski, Mariusz Drężek, Mateusz Banasiuk, Mateusz Znaniecki, Sebastian Cybulski.

 

 

Ćwierć wieku z literaturą – rozmowa z TERESĄ KACZOROWSKĄ

Pod skrzydłami Konopnickiej urodziłam się i wychowałam, zaś Skłodowska-Curie była moją idolką. I po przybyciu ponad 30 lat temu do Ciechanowa odkryłam, że obydwie Marie, najsłynniejsze kobiety przełomu XIX-XX wieku, mają związki z Ziemią Ciechanowską. Nie mogłam więc nie rozpocząć badań i nie pisać o nich – mówi dr Teresa Kaczorowska, literatka, dziennikarka, badaczka, animatorka wydarzeń kulturalnych, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP.

 

Tadeusz Woicki: W ciągu 25 lat uzbierało się na Pani koncie wiele sukcesów na niwie najszerzej pojętej kultury. W ubiegłym roku została Pani za to doceniona przez Prezydenta Polski Andrzeja Dudę, który przyznał Pani Medal Stulecia Odzyskania Niepodległości, a na rok 2023 otrzymała Pani stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zacznijmy jednak od Pani wydanych do tej pory książek…

Teresa Kaczorowska: Rzeczywiście przez ćwierć wieku trochę się wszystkiego uzbierało… Zadebiutowałam bowiem w 1997 roku zbiorem reportaży pt. „Wyrwani z gniazd”, o niepodległościowej emigracji brytyjskiej, na przykładzie kilku Polaków, którzy walczyli z Niemcami o wolną Polskę na wszystkich frontach świata, a po II wojnie pozostali na Wyspach Brytyjskich. Do dziś napisałam blisko dwadzieścia książek prozą i osiem zbiorów poezji. Ponadto w minionym roku ukazała się moja sztuka sceniczna w 3 aktach pt. „Maria Konopnicka. Czarodziejka osobliwa”.

Które z książek uważa Pani za najważniejsze?

Trudno mi ocenić, bo wszystkie są dla mnie bliskie, dotyczą istotnych tematów. Sądzę jednak, że książka „Dzieci Katynia”, czyli o zbrodni katyńskiej, którą przybliżyłam poprzez losy dwudziestu synów i córek oficerów polskich zamordowanych w Katyniu, odniosła największy sukces. Miała bowiem trzy wydania w Polsce (2003, 2010, 2015), a w USA została przetłumaczona na język angielski i wydana pt. „Children of the Katyn Massacre” (2006, także w wersji e-book, 2010) w bardzo dobrym amerykańskim wydawnictwie McFarland. Ponadto na jej kanwie powstało słuchowisko w Teatrze Polskiego Radia, a ja odbyłam wiele spotkań autorskich i wygłosiłam szereg prelekcji na konferencjach w Polsce i za granicą. Jej owocem są też dwie kolejne moje „katyńskie” książki: „Zapalają ognie pamięci” (2005) i „Od Warszawy do Tobolska” (2016), będące kroniką dwóch Międzynarodowych Motocyklowych Rajdów Katyńskich w 2004 i 2015 roku, w których uczestniczyłam z motocyklistami jako reporterka, odwiedzając wszystkie polskie cmentarze wojenne na terenie Rosji, Ukrainy i Białorusi. Za tak szerokie podjęcie tego tematu zostałam uhonorowana m.in. nagrodą IV Salonu Książki Polonijnej (Bruksela 2003), nagrodą Kongresu Polonii Amerykańskiej (Chicago 2005), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta” (2010).

 Sądząc po ostatnich książkach, z tą tematyką Pani nadal się nie rozstaje…

Rzeczywiście temat martyrologii narodu polskiego podejmuję także w trzech ostatnich książkach. Dotyczą one Obławy Augustowskiej nazywanej „kolejnym Katyniem”, czyli mało znanej, a największej zbrodni komunistycznej powojennej, z lipca 1945 roku. Są to książki: „Obława Augustowska” (2015), „Dziewczyny Obławy Augustowskiej” (2017) i „Było ich 27” (2020). Przyczyniły się one w dużej mierze do przypomnienia tej skazanej przez pół wieku na milczenie zbrodni, do dziś niewyjaśnionej. Podobnie jak moje liczne spotkania autorskie i prelekcje na terenie Polski, Stanów Zjednoczonych, w Brukseli, czy w Hamburgu. Za kilka miesięcy książka „Obława Augustowska” ukaże się też w języku angielskim w USA pt. „The Augustów Roundup of July 1945” – to duży sukces, bo książek polskich w USA wydaje się niewiele. Na jej podstawie powstał też w 2020 r. film dokumentalny „To był lipiec”, w którym byłam konsultantem historycznym. To za  pracę nad Obławą Augustowską zostałam w 2022 r. uhonorowana Medalem Stulecia Odzyskania Niepodległości.

Ale cenne są też inne Pani książki, np. o Marii Skłodowskiej-Curie, o Marii Konopnickiej…

Nie chcę się rozwodzić, więc powiem krótko: pod skrzydłami Konopnickiej urodziłam się i wychowałam, zaś Skłodowska-Curie była moją idolką. I po przybyciu ponad 30 lat temu do Ciechanowa odkryłam, że obydwie Marie, najsłynniejsze kobiety przełomu XIX-XX wieku, mają związki z Ziemią Ciechanowską. Nie mogłam więc nie rozpocząć badań i nie pisać o nich. Moja książka „Córka mazowieckich równin czyli Maria Skłodowska-Curie z Mazowsza” miała trzy wydania (2008, 2011, 2013), wygłosiłam o niej wiele odczytów, wystąpiłam też w dwóch filmach o noblistce – w polskim, produkcji TVP i w brytyjskim, produkcji CNN.

Podobnie książka „Maria Konopnicka i Ziemia Ciechanowska” była wznawiana dwukrotnie (2010, 2020), a w 2022 r., ogłoszonym jako Rok Marii Konopnickiej powstał  film TVP „Buntowniczka nie z wyboru”, w którym też wystąpiłam. Ponadto w latach 2010-2020 poetka ta była adresatką moich wierszy, które w 2020 r. ukazały się w tomie „Listy do Marii Konopnickiej z lat 2010-2020”. O autorce „Roty” powstała wymieniona już moja sztuka „Maria Konopnicka. Czarodziejka osobliwa”, były wywiady, odczyty, wystawy. Dużo się działo w 2022 r

 Ale musi Pani chociaż wspomnieć  o  współpracy z Polakami spoza kraju. Była Pani pierwszym rzecznikiem prasowym w Domu Polonii w Pułtusku, znane są Pani kontakty, pobyty i współpraca z Polonią w obydwu Amerykach. Na czym ona polega?

Kiedy byłam rzecznikiem w Domu Polonii w Pułtusku poznałam wielu polskich emigrantów, w tym z Brazylii, którzy zaprosili mnie do Kurytyby, abym napisała o ich niezwykłych losach. Owocem tej dwumiesięcznej wyprawy do pięciu południowych stanów Brazylii, a także do Urugwaju, jest reporterska książka „W cieniu araukarii. Spotkania z Polonią brazylijską”, wydana w Warszawie  w 2000 r. nakładem Książki i Wiedzy. Jeśli chodzi o Amerykę Południową to poznałam też emigrację polską w Argentynie, gdzie zbierałam materiał do książki „Z Gombrowiczem w Buenos Aires” (2011). Natomiast moje pojedyncze reportaże i wiersze ukazywały się po podróżach na Kubę i do Meksyku.

Bardziej intensywnie współpracuję z Polonią w USA, gdzie w latach 2001-2007, jako stypendystka Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku, prowadziłam badania do swojej rozprawy doktorskiej na temat Mieczysława Haimana (1888-1949) – zapomnianego poety, dziennikarza, pisarza i pierwszego historyka Polonii amerykańskiej, który wydał ok. 20 książek nt. chlubnej przeszłości polskiej w USA oraz zorganizował w 1935 r. Polskie Muzeum w Ameryce (The Polish Museum of America) z siedzibą w Chicago. Najpierw udało mi się wydać zbiór jego wierszy z krótką biografią pt. „Herodot Polonii poetą” (2005) – promocja odbyła się jesienią 2005 r. w Stanach Zjednoczonych, gdzie w październiku, listopadzie i grudniu odbyłam cykl spotkań autorskich, m.in. na Uniwersytetach: University of Loyola in Chicago i University of Michigan w Ann Arbor. Rozprawę doktorską pt. „Mieczysław Haiman (1888-1949) – historyk i działacz Polonii amerykańskiej” obroniłam 31 maja 2007 r.  pod kierunkiem prof. Izabelli Rusinowej, została wydana w 2008 r. przez Muzeum Wychodźstwa Polskiego Łazienki Królewskie w Warszawie pt. „Herodot Polonii amerykańskiej Mieczysław Haiman (1888-1949)”. Książka ta miała promocje m.in. w USA (na terenie 3 stanów), w Argentynie (Biblioteka Polska w Buenos Aires), Warszawie (Senat RP, Dom Polonii).

W USA, także w Kanadzie, bywałam wielokrotnie, szukając tam materiałów o Katyniu oraz do książki o wygnańcach stanu wojennego pt. „Dwunastu na Trzynastego” (2011). Moja współpraca z Ameryką wciąż trwa. W USA ukazał się mój tom poezji Cherries Are Gone…”, a książkę „Obława Augustowska” prezentowałam w 2016 r. podczas 12 spotkań na terenie 5 stanów. W Ameryce nie byłam jednak od czasu pandemii. Ale jako członek Światowej Rady Badań nad Polonią występuję w Polsce z odczytami na konferencjach naukowych.

 Jest Pani szeroko też znana jako inicjatorka odkrycia nam ks. Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, wręcz wskrzeszenia go z niepamięci. Od lat organizuje Pani Festiwale Sarbiewskiego, powołała Pani do życia i prowadzi od początku organizację pozarządową Academia Europaea Sarbieviana w jego rodzinnym Sarbiewie, pow. Płońsk. To niezwykle cenna inicjatywa, udało się Pani przyciągnąć do niej wielu znanych naukowców, badaczy, poetów, nie tylko z Polski. Jakie macie dokonania w przywracaniu pamięci „polskiemu Horacemu”?

Odłonięcie tablicy M.K. Sarbiewskiego na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, 2011. Fot. Piotr Zemanek

Akcja wskrzeszania z niepamięci  Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (1595-1640) – pierwszego polskiego poety rangi europejskiej, uwieńczonego Wawrzynem Poetyckim w Rzymie przez Papieża Urbana VIII, wykładowcy kolegiów jezuickich i Akademii Wileńskiej, kaznodziei króla Władysława IV – trwa od 2005 r. Jest to inicjatywa wyjątkowa, oddolna i całkowicie społeczna. Wypłynęła od Związku Literatów Polskich Oddział w Ciechanowie, którym kierowałam. I już od 17 lat jako pisarze, animatorzy kultury, społecznicy z płn. Mazowsza staramy się przypomnieć mieszkańcom Mazowsza, Polski i świata tego urodzonego we wsi Sarbiewo pod Płońskiem jezuitę i poetę, którego do dziś żaden z poetów polskich nie prześcignął pod względem liczby przekładów i wydań na Zachodzie. Czynimy to głównie poprzez organizowanie Międzynarodowych Festiwali ks. Macieja Kazimierza Sarbiewskiego „Chrześcijański Horacy z Mazowsza”. Jest to cały blok zdarzeń artystycznych i kulturalno-naukowych: z koncertami poetycko-muzycznymi, spotkaniami pisarzy z kilku państw, wystawami, prelekcjami, kilkoma konkursami „O Laur Sarbiewskiego” (poetyckim w j. polskim i łacińskim, krasomówczym, recytatorskim, plastycznym); nabożeństwami. W ciągu 17 lat ukazały się liczne książki, zorganizowaliśmy osiem sesji naukowych, kilka wyjazdów studyjnych, m.in. na Litwę i do Czech. Festiwal ten okazał się niezwykle potrzebny – jest partnerski, współfinansuje go kilkanaście podmiotów: samorządy wszystkich szczebli, szkoły, parafie, domy kultury, muzea, biblioteki, organizacje społeczne, Jezuici. Honorowy patronat nad nim objęli Marszałek Sejmu RP, Marszałek Mazowsza oraz Biskup Diecezji Płockiej. Każda edycja Festiwalu, z bogatym trzydniowym programem, przynosi piękne rezultaty: nowe badania, odkrycia, konferencje, publikacje, niesie fascynację kolejnych osób tym niezwykłym poetą, uczonym i duchownym.

Aby mieć możliwość szerszego działania powołaliśmy w 2006 r. Stowarzyszenie Academia Europaea Sarbieviana (AES) – dziś to główny organizator Festiwalu. Skupia ok. 50 twórców, badaczy, animatorów kultury, duchownych, samorządowców, nie tylko z Polski. Marzymy, aby odbudować Dwór Sarbiewskich w Sarbiewie – jako międzynarodowe centrum badawcze, edukacyjne, popularyzatorskie, muzealne i organizacyjne AES. Dwór uzupełniłby istniejący w Sarbiewie cenny zespół barokowy: kościół, plebanię i cmentarz. Academia ma już działkę w Sarbiewie (ok. 0,5 ha nad rzeką), koncepcję architektoniczną Dworu z oficyną i ogrodem, ale bez pomocy państwa i funduszy UE nie poradzimy sobie jako społecznicy. Projekt cieszy się szerokim poparciem: artyści podarowali dla AES hymn, logo, obrazy i rzeźby M.K. Sarbiewskiego, informatycy wykonali stronę internetową AES- www.sarbiewski.eu, badacze prowadzą badania, publikują prace naukowe, tworzymy bibliotekę. Czynimy starania, aby w planowanym Dworze Sarbiewskich mogło się mieścić Muzeum Baroku (na bazie rodziny Sarbiewskich), biblioteka oraz siedziba Akademii, zaś w towarzyszącej oficynie – Dom Pracy Twórczej, z możliwością zakwaterowania (wraz z kuchnią sarmacką). Na razie mamy siedzibę w Izbie Sarbiewskiego, mieszczącej się w Szkole Podstawowej im. M.K. Sarbiewskiego w Sarbiewie.

 Jak wiem prowadzi Pani także w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze ciekawe spotkania z najbardziej znanymi pisarzami, czołówką literatury polskiej….

Spotkanie z Literaturą w Opinogórze, Marek Nowakowski i i Teresa Kaczorowska, 7 października 2010 r.

Spotkania z Literaturą odbywają się w miejscu, gdzie wychowywał się, a później często przebywał i tworzył Zygmunt Krasiński, nasz trzeci wieszcz, czyli w obecnym Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Rozpoczęły się one 16 października 2008 r. Inicjatorem tych Spotkań jest Muzeum Romantyzmu, którego dyrektor Roman Kochanowicz powierzył mi ich prowadzenie. Inicjatywa spotykania się w Opinogórze z wybitnymi polskimi poetami i prozaikami jest skierowana nie tylko do miłośników literatury, ale także do szkół – nauczycieli, młodzieży szkolnej, studentów. Na początku Spotkania odbywały się raz w kwartale, obecnie, z powodu braku funduszy, są tylko raz w roku. Trwają jednak nieprzerwanie i uczestniczyła w nich do tej pory cała plejada pisarzy, czołówka literatury polskiej. Część z nich już nie żyje, jak Janusz Krasiński, Adam Zagajewski, Julia Hartwig, czy Marek Nowakowski. W 2023 r. planujemy już 25. Spotkanie z Literaturą w Opinogórze.

 Od lat redaguje i wydaje Pani pokaźniej objętości rocznik zatytułowany „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”. W 2023 r. ukazał się już 24 numer, który przybliża kolejną zapomnianą postać związaną z literaturą, Czesława Słońskiego (1890-1949), nauczyciela, poetę, redaktora. Kto będzie wiodącą  postacią  tego periodyku w 2023 roku?

Ciechanowskie Zeszyty Literackie są wydawane od 1999 r.

 „Ciechanowskie Zeszyty Literackie” są wydawane od 1999 r., najpierw przez Ciechanowski Oddział ZLP, który w 2009 r. przekształcił się w niezależny Związek Literatów na Mazowszu i od początku nim kieruję. Pismo ma co roku swoją premierę w październiku, podczas naszej Jesieni Poezji. Każdy numer tego periodyku ma swój tytuł i wiodący temat. W jednej trzeciej 300-stronicowej objętości pismo to jest poświęcone postaci pióra, która ma związki z płn. Mazowszem – do tej pory rocznik dedykowany był m.in. Z. Krasińskiemu, A. Świętochowskiemu, S. Żeromskiemu, H. Sienkiewiczowi, M.K. Sarbiewskiemu, M. Konopnickiej, B. Biegasowi, Z. Morawskiej, S. Chełchowskiemu, B.D. hr. Kicińskiemu, B. Włodkównie, W.T. Gomulickiemu, Stefanowi Gołębiowskiemu, T.L. Młynarskiemu, Czesławowi Słońskiemu. Na pozostałych stronach rocznika twórczość swoją prezentują autorzy z regionu, kraju i zza granicy. Na końcu każdego numeru „CZL” publikujemy Kronikę z życia ZLM, świadczącą o dużym wkładzie tej organizacji w kulturę nie tylko regionu, ale i Polski. Redaguję to pismo od początku, w 2023 r. ma się ukazać jubileuszowy 25. numer pt. „Srebrny jubileusz – 25 lat”, w którym zaprezentują swoją twórczość obecni członkowie ZLM. Periodyk tworzony jest społecznie, ale wydanie wspierają lokalne samorządy. Periodyk ma swój numer ISBN i ISSN, jest dostępny w głównych bibliotekach w kraju i zagranicą, a w wersji elektronicznej, bezpłatnie, na stronie ZLM  – www.zlmaz.pl.

Jest też Pani główną organizatorką znanych od wielu lat imprez literackich, jak Wiosna Literatury w Gołotczyźnie, czy Ciechanowska Jesień Poezji. Wielokrotnie uczestniczyłem w nich, pisałem o nich i wiem, że wkłada Pani w ich przygotowanie duży wysiłek. Jak udaje się Pani łączyć tyle pracy animatorskiej z pisaniem książek?

Jest to niezwykle trudne. W tym roku pracy będzie jeszcze więcej, gdyż przygotowujemy dwa Srebrne Jubileusze: 25-lecie Związku Literatów oraz 25-lecie „Ciechanowskich Zeszytów Literackich”. Po zakończeniu obchodów chciałabym komuś przekazać pałeczkę, bo z każdym rokiem łączenie tylu funkcji z autorską pracą twórczą staje się dla mnie coraz trudniejsze. Oby tylko znalazł się następca, bo społeczników jest coraz mniej.

 Dziękuję za rozmowę.

PIOTR TURLIŃSKI: Szwejk, czyli wielka pochwalna pieśń normalności (1)

Lubię czytać dla przyjemności. Moim zdaniem jest to najwyższy stopień czytania. Na początku czyta nam mama lub tata. Lubimy to, bo to jest czas poswięcony tylko nam. Potem czytamy, bo tak nam każą w szkole. Następnie czytamy dla zdobycia informacji o geografi, przyrodzie, historii i ludziach.

To niebezpieczny moment, bo nazbyt często te lektury traktujemy funkcjonalnie i znika sama przyjemność czytania. A przyjemność jest najważniejsza. Bez niej czytanie jest jedynie zapychaniem mózgu informacjami. Czytanie dla przyjemności ma wiele stopni, a najwyższym jest smakowanie, jak rzecz jest napisana. Styl, piękne zdania, zaskakujące myśli, niebanalne widzenie świata – to może nas rozwijać i czynić nas wrażliwymi na drugiego człowieka. A o to chyba najbardziej w życiu chodzi.

Lubię wracać do raz już przeczytanych powieści, dramatów, poezji. Są jak starzy znajomi, w których za każdą nową lekturę odkrywam coś nowego. Lubię klasykę, bo ostała się z zawieruchy czasów. Owszem, co roku armie poetów, dramaturgów i powieściopisarzy wypuszczają w świat mnóstwo nowości… Ale ile z nich ma naprawdę jakąś wartość? Ile z nich po pięćdziesięciu, stu i więcej latach będzie nas ciągle zaskakiwać? Mody w literaturze są ważne, ale przecież przemijają, tracą na wartości z każdym dziesięcioleciem. To co się ostanie jest wartością sama w sobie, czyli klasyką.

Dlatego pozwalam sobie przedstawiać cyklicznie Państwu moje klasyczne lektury, do których dla czystej przyjemności wracam. Może zachęcę kogoś sięgnięcia po te pozycje, a może po inne klasyczne pozycje, Wasze własne?

*     *     *    

Lubię Szwejka, bo to bohater inny niż wszyscy inni. To człowiek wolny i broniący swego małego, prywatnego świata. Szwejk nie daje się unosić publicznym, powszechnym i zbiorowym emocjom.

Nie wiem, czy jest mądry, czy też po prostu jak uznała to armia c.k. jest idiotą. Według mnie jest geniuszem zwykłego życia.

 

JAROSLAV HAŠEK

Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej

Przekład: Paweł Hulka-Laskowski

 

Jak dobry wojak Szwejk wkroczył na widownię wojny światowej

 

– A to nam zabili Ferdynanda – rzekła posługaczka do pana Szwejka, który opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarską skomisję wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi, nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował. Prócz tego zajęcia dotknięty był reumatyzmem i właśnie nacierał sobie kolana opodeldokiem.

– Którego Ferdynanda, pani Müllerowo? – zapytał Szwejk, nie przestając masować kolan. – Ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakieś smarowanie na porost wlosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego, co zbiera psie gówienka. Obu nie ma co żałować.

– Ależ, proszę pana, pana arcyksięcia Ferdynanda, tego z Konopisztu, tego tłustego, pobożnego.

– Jezus Maria! – zawołał Szwejk. – A to dobre! A gdzie też to się panu arcyksięciu przytrafiło?

– Kropnęli go w Sarajewie, proszę pana, z rewolweru, wie pan. Jechał tam ze swoją arcyksiężną w automobilu.

– Patrzcie państwo, moja pani Müllerowo, w automobilu. Juścić, taki pan może sobie na to pozwolić i nawet nie pomyśli, jak taka jazda automobilem może się skończyć nieszczęśliwie. I jeszcze do tego w Sarajewie, to jest w Bośni, pani Müllerowo. To na pewno zrobili Turcy. Nie trza im było tej Bośni i Hercegowiny zabierać. Tak to, tak, pani Müllerowo. Więc pan arcyksiążę już na sądzie boskim. Długo też się męczył?

– Pan arcyksiążę był od razu trup, proszę pana. Sam pan wie, że z rewolwerem nie ma szpasów. Niedawno temu w naszej dzielnicy w Nuslach też się jeden bawił rewolwerem i powystrzelał całą rodzinę, a nawet stróża, który poszedł zobaczyć, kto też tam strzela na trzecim piętrze.

– Niektóry rewolwer, pani Müllerowo, nie wystrzeli, choćby się człek skręcił. Takich systemów jest dużo. Ale na pana arcyksięcia kupili sobie z pewnością taki z tych lepszych. No i założyłbym się z panią, pani Müllerowo, że ten człowiek, co mu to zrobił, był odświętnie ubrany. Miarkuje pani sama, że strzelanie do arcyksięcia to robota bardzo trudna, to nie to samo, jak kłusownik strzela do gajowego. Tutaj chodzi o to, jak się do niego dobrać; na takiego pana nie można się wybierać w jakichś szmatach. Musisz, bratku, iść w cylindrze, żeby cię przedtem nie capnął policjant.

– Podobno więcej ich tam było, proszę pana.

– Ma się wiedzieć, pani Müllerowo – rzekł Szwejk kończąc nacieranie kolana. – Jakby pani chciała zastrzelić arcyksięcia albo pana cesarza, toby się pani na pewno z kimś naradziła. Co głowa, to rozum. Ten doradzi to, tamten owo i w ten sposób zbożne dzieło się powiedzie, jak o tym śpiewamy w naszym hymnie państwowym. Główna rzecz obliczyć sobie dokładnie, kiedy taki pan będzie przechodził. Tak samo, jak ten pan Luccheni, jeśli pani jeszcze pamięta, co to poszedł z naszą nieboszczką Elżbietą na spacer i przekłuł ją pilnikiem. I wierz tu komu! Od tego czasu żadna cesarzowa nie wychodzi na spacery. A to samo czeka jeszcze wiele osób. Zobaczy pani Müllerowa, że się jeszcze dobiorą i do cara, i do carowej, a nie daj Boże i do naszego pana cesarza, kiedy tak obcesowo wzięli się do jego stryjaszka. Nasz starszy pan ma sporo nieprzyjaciół. Jeszcze więcej niż ten Ferdynand. Niedawno temu mówił jeden pan w piwiarni, że nastanie taki czas, że cesarze będą padali jeden po drugim i że nawet sam pan prokurator nic im nie poradzi. A potem nie miał czym zapłacić i gospodarz musiał go kazać aresztować. A ten go trzask w pysk, a policjanta dwa razy. Odwieźli go potem w plecionce, żeby wytrzeźwiał. Tak, tak, pani Müllerowo, takie to czasy. Ano dla Austrii znowu strata to niemała. Jakem służył w wojsku, to jeden piechur zastrzelił tam kapitana. Nabił flintę i wlazł do kancelarii. Powiedzieli mu tam, żeby sobie poszedł, bo w kancelarii nie jego miejsce, a on wciąż swoje, że musi się rozmówić z panem kapitanem. Kapitan przyszedł i zaraz mu wlepił koszarniaka. A ten wziął karabin i kropnął go prosto w serce. Kula przeleciała panu kapitanowi przez plecy i jeszcze narobiła szkody w kancelarii. Rozbiła butelkę z atramentem, a ten atrament rozlał się po urzędowych aktach.

– A co się stało z tym żołnierzem? – zapytała po chwili pani Müllerowa, gdy Szwejk się ubierał.

– Powiesił się na szelkach – rzekł Szwejk czyszcząc melonik. – A te szelki nie były jego własnością. Musiał je sobie pożyczyć od strażnika, że niby to mu opadały spodnie. A co? Miał może czekać, aż go rozstrzelają? Nietrudno zmiarkować, moja pani Müllerowo, że w takich razach człowiekowi się we łbie mąci. Strażnika za to zdegradowali i dali mu sześć miesięcy. Ale nie siedział. Uciekł do Szwajcarii i dzisiaj jest tam ponoć kaznodzieją jakiegoś kościoła. Mało dziś dobrych ludzi, pani Müllerowo. Wyobrażam sobie, że i pan arcyksiążę Ferdynand w mieście Sarajewie też się grubo zawiódł na tym człowieku, co do niego strzelił. Widział jakiegoś pana i pomyślał sobie: „Jakiś porządny człowiek, kiedy wiwatuje na moją cześć”. A tymczasem ten pan trach! do niego. Kropnął go raz czy parę razy?

– W gazetach piszą, proszę pana, że pan arcyksiążę był podziurawiony jak sito. Wystrzelił do niego wszystkie naboje.

– To idzie bardzo szybko, pani Müllerowo, strasznie szybko. Ja bym sobie na coś takiego kupił browning. Wygląda to jak cacko, ale tym cackiem można przez dwie minuty powystrzelać dwudziestu arcyksiążąt, chudych albo tłustych. Chociaż, między nami mówiąc, pani Müllerowo, do tłustego arcyksięcia trafić daleko łatwiej niż do chudego. Pamięta pani, jak to wtedy w Portugalii ustrzelili sobie tego swego króla? Też był taki tłusty. Wiadomo, że król nie będzie chudeusz. Teraz idę do gospody „Pod Kielichem”, a jakby tu ktoś przyszedł po tego ratlerka, com za niego wziął zaliczkę, to trzeba powiedzieć, że mam go w swojej psiarni na prowincji, że mu niedawno przyciąłem uszy i że teraz nie można go przewozić, póki mu się uszy nie zagoją, żeby mu się nie zaziębiły. Klucz pani zostawi u stróżki.

                                                                             *     *     *     

Swoją drogą, na wizerunku Szwejka odcisnęła okropne piętno filmowa realizacja powieści, w której rzeczywiście Szwejk to osobnik niedorozwinięty. A przecież tylko geniusz życia potrafi we wszystko wątpić, wszystko podważać, nad wszystkim zastanawiać się – czy ma sens, czy jest bez sensu. Taki jest właśnie Szwejk. W zwariowanym świecie wojny, propagandy sukcesu, drylu wojskowego, odmóżdżania Szwejk jest geniuszem.

Nie dać się ponieść wielkim czasom, zachować swój zdrowy rozsądek, taki jaki mamy – ale zawsze cenny, bo własny. To mogłoby być motto tej wielkiej powieści.

A skoro tak dobrze idzie nam pierwsze spotkanie z klasycznymi lekturami, to może jeszcze jeden fragment z początku tomu drugiego, gdy Szwejk jedzie na front.

                                                                      *     *     *     

Odwach był ozdobiony litografiami, jakie w owym czasie Ministerstwo Wojny rozsyłało po wszystkich kancelariach wojskowych, po szkołach i koszarach

Dobrego wojaka Szwejka przywitał obraz, który według podpisu przedstawiał scenę, jak plutonowy Franciszek Hammel i kaprale Paulhart i Bachmayer z 21 c. i k. pułku strzelców zachęcają oddział do wytrwania. Na drugiej stronie wisiał obraz z napisem: „Plutonowy Jan Danko z 5 honwedzkiego pułku huzarów wykrywa stanowisko baterii nieprzyjacielskiej”. Po prawej stronie nieco niżej wisiał plakat z napisem: „Piękne przykłady odwagi”. Takimi to plakatami, których tekst ze zmyślonymi przykładami osobliwej odwagi układali w kancelariach ministerstwa różni niemieccy dziennikarze, powołani do służby wojskowej, chciała stara, zgłupiała Austria wzbudzić zapał wojenny w żołnierzach, którzy takich rzeczy nigdy nie czytali, a nawet gdy im takie wzory męstwa posyłano na front w postaci broszurek, to używali ich papieru do skręcania papierosów albo też korzystali z niego jeszcze bardziej bezpośrednio, aby pożytek odpowiadał duchowi i wartości pozmyślanych szlachetnych wzorów męstwa. Podczas gdy sierżant szukał oficera dyżurnego, Szwejk przeczytał treść plakatu:

„Józef Bong, szeregowiec taborów

Sanitariusze przenosili ciężko rannych żołnierzy na wozy przygotowane w ukrytym wąwozie. Każdy z wozów po ułożeniu na nim rannych odjeżdżał na punkt opatrunkowy. Rosjanie wytropili je i zaczęli ostrzeliwać granatami. Koń szeregowca taborów Józefa Bonga z c. i k. 3 szwadronu taborowego został uśmiercony odłamkiem granatu. Bong narzekał: »Mój biedny siwku, już po tobie!« W tej chwili i jego ranił odłamek granatu. Pomimo to wyprzągł zabitego konia, a pozostałą trójkę koni zaprowadzał w bezpieczne miejsce. Potem wrócił po uprząż swego zabitego konia. Rosjanie strzelali bezustannie. »Strzelajcie sobie, wściekli opętańcy, ja wam tu uprzęży nie zostawię«. I mrucząc te słowa pod nosem dalej zdejmował z konia uprząż. Wreszcie skończył robotę i wlókł się ze zdjętą uprzężą ku wozom, gdzie musiał wysłuchać sporo ostrych wymówek sanitariuszy za długą nieobecność. »Nie chciałem zostawić tam uprzęży, bo jest prawie nowa. Pomyślałem sobie, że byłoby jej szkoda. Nie mamy takich rzeczy za wiele« — tłumaczył się dzielny żołnierz udając się na punkt opatrunkowy, gdzie dopiero zameldował się jako ranny. Rotmistrz ozdobił następnie pierś jego srebrnym medalem za męstwo”.

Gdy Szwejk skończył czytanie, a sierżant nadal nie wracał, rzekł do landwerzystów siedzących na odwachu:

– To jest bardzo piękny przykład męstwa. W taki sposób będziemy mieli w armii samą nową uprząż. Ale gdy byłem w Pradze, to w „Praskiej Gazecie Urzędowej” przeczytałem jeszcze piękniejszy przykład o niejakim doktorze Józefie Vojnie, jednorocznym ochotniku. Służył w Galicji w 7 batalionie strzelców polowych, a gdy doszło do walki na bagnety, został raniony kulą w głowę. Kiedy sanitariusze nieśli go na punkt opatrunkowy, sfukał ich brzydko i krzyczał, że z powodu takiego bagatelnego zadrapania nie pozwoli nakładać sobie opatrunku. I znowuż chciał ze swoim plutonem ruszyć naprzód, ale granat urwał mu stopę. Znowu chcieli go zanieść na punkt opatrunkowy, ale on kusztykał na linii bojowej, opierając się na kijku i tym kijkiem bronił się przed nieprzyjacielem, aż przyleciał nowy granat i urwał mu tę rękę, w której trzymał kijek. Przełożył kijek do drugiej ręki, ryknął wściekle, że im nie daruje, i Bóg wie, jakby się to wszystko skończyło, gdyby go po chwili nie rozszarpał na drobne kawałki szrapnel. Bardzo możliwe, że gdyby go nie wykończyli, to byłby też dostał wielki srebrny medal za męstwo. Kiedy urwało mu głowę, to głowa ta, tocząc się niby kula, krzyczała jeszcze: „Niechaj wszyscy żołnierze zawsze myślą o tym, że najpierw obowiązek, a przyjemność potem!”

 

 

O kolejnych śladach zbrodni komunistycznych pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Złowrogi zamek

13 stycznia 1954 r. zlikwidowane zostało więzienie na lubelskim Zamku, wykorzystywane przede wszystkim do przetrzymywania więźniów politycznych. Uważane za jedno z najgorszych miejsc w komunistycznej Polsce, nawet bardziej krwawe, niż w czasach, kiedy polskich patriotów męczyli tu Niemcy. Prócz innych morderców, nad niepodległościowcami znęcał się na zamku m.in. ścigany do swej śmierci bezskutecznie przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon Morel.

Akcję na Zamek, aby odbić przetrzymywanych tam kolegów – żołnierzy antykomunistycznej konspiracji chciał przeprowadzić słynny partyzant Lubelszczyzny, cichociemny mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”. Podobnie, jak w przypadku planów ataku na areszt Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, znalazł się zdrajca, który doniósł o tych zamiarach bezpiece i udaremnił akcję.

„Komendanci zamku to byli zwykli bandyci – mówił mi mjr Miron Borejsza, Żołnierz Wyklęty.

– Najgorsza była baszta – cele przejściowe. Jak się człowiek położył, to musiał leżeć tak do pobudki, bo tak było gęsto i nie można się było ruszyć. Tak do 2-3 tygodni na tej baszcie nas trzymali, a później rozdzielali na cele. Mnie w końcu przenieśli na pierwszy oddział, czysto polityczny, do celi numer 7. Zobaczyłem, że jeden na mnie mruga, a to był „Kmita”, Przybylski Henryk, od „Zapory”. I „Kmita” mówi do komendanta celi, bo w każdej celi był komendant: <<Ten młody to będzie spał koło mnie>>. No i „Kmita” pytał mnie, jak wpadłem. Ale na ogół nikt się na celi specjalnie nie wywnętrzał, wiadomo, kapusie byli”.

Zamek Lubelski to świetny pretekst, aby przypomnieć historię Zygmunta Libery „Babinicza”, który w tej ubeckiej katowni był męczony w sposób szczególnie okrutny przez rok. Libera, urodzony w 1906 r. na Lubelszczyźnie, w dwudziestoleciu mieszkał i odbywał służbę wojskową na Kujawach i Pomorzu. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r., a następnie wstąpił do konspiracji niepodległościowej, do Polskiej Organizacji Zbrojnej „Racławice”. W maju 1942 r. przeszedł do Armii Krajowej, gdzie pełnił funkcję komendanta placówki, a w 1944 r. dołączył do oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. W lutym 1945 r. „Uskok” reaktywował oddział partyzancki w ramach Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość – „Babinicz” pełnił w nim funkcję zastępcy dowódcy do spraw administracyjnych oraz dowodził jednym z patroli. Od jesieni 1947 r. kpt. Broński ukrywał się w zamaskowanym podziemnym bunkrze pod stodołą w gospodarstwie Lisowskich w Dąbrówce (dzisiaj Nowogród). Razem z nim ukrywał się „Babinicz”. Tak było do 18 maja 1949 r. Za wskazanie miejsca, w którym przebywali, komuniści dwukrotnie wyznaczyli nagrodę finansową.

19 maja 1949 r. Zygmunt Libera został aresztowany w Nowej Woli przez funkcjonariuszy PUBP Lubartów wskutek zdrady Franciszka Kasperka „Hardego”, byłego podkomendnego „Uskoka”. „Hardy” w 1947 r. wyszedł z lasu i ujawnił się. Został agentem UB przyjmując pseudonim „Janek”. To on doprowadził ubeków do „Babinicza”, a ten po wielodniowym bestialskim przesłuchaniu zdradził kryjówkę „Uskoka”.

21 maja 1949 r. gospodarstwo Lisowskich zostało otoczone przez specjalną grupę operacyjną Milicji Obywatelskiej, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Urzędu Bezpieczeństwa. Ubecy przywieźli też „Babinicza”. „I nawet nie jego opuchnięta, zasiniaczona twarz najbardziej mnie zaszokowała. Przeraził mnie wygląd jego bosych stóp. Były to dwie kłody! Tak spuchnięte, że chyba nie istniały na świecie buty, w które by weszły te stopy!” – tak wygląd Zygmunta Libery opisała Irena Dybkowska-Sobieszczańska, wnuczka Lisowskich, a wtedy również łączniczka „Uskoka”.

Kapitana Brońskiego próbowano ująć żywego. Chciano go uśpić, zalać bunkier wodą, kuszono łagodnym wyrokiem… Ten jednak nie miał zamiaru się poddać. 21 maja 1949 r. rano rozerwał się granatem. Wiadomo, że ciało przewieziono do Lublina. Miejsce jego pochówku wciąż nie jest znane. Zdrajca nie pożył długo. 1 września 1950 r. wyrok śmierci na „Hardym” wykonali żołnierze podziemia.

23 marca 1950 r. ppor. Zygmunt Libera został skazany na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Lublinie. Wyrok wykonano 28 maja 1950 r. na Zamku.

Szczątki ppor. „Babinicza” zostały odnalezione w 2019 r. na cmentarzu przy ul. Unickiej w Lublinie – miejscu, gdzie komuniści zrzucali do bezimiennych dołów ofiary Zamku Lubelskiego. Żołnierz Wyklęty spoczął 18 maja 2022 r. na cmentarzu komunalnym przy ul. Jaskółczej w Grudziądzu. Podczas pogrzebu odczytano słowa wnuka ppor. „Babinicza”, Krystiana Libery: „Witamy Cię, Dziadku, wśród rodziny! Jesteś w końcu z nami, po siedemdziesięciu dwóch latach, w dniu Twoich 116 urodzin. Nie dane mi było Cię poznać, nie miałem możliwości usiąść na kolanach ani przytulić się do Ciebie. Przez 30 lat szukaliśmy Cię z moim ojcem, a Twoim synem. Ojciec mój nie doczekał tej chwili, ale na łożu śmierci obiecałem mu, że Cię odnajdę i godnie pochowam. Jesteśmy dumni i pełni podziwu dla Twojej bohaterskiej postawy, Babinicz. Cześć, pamięć i chwała bohaterom niezłomnym. Dziękujemy za wolną Polskę”.