WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja chce stworzyć „nową cywilizację”

Przewodniczący krymskiego parlamentu okupacyjnego stwierdził, że trzeba wypracować nową ideologię, która byłaby podstawą „cywilizacji rosyjskiej”. Może to oznaczać powrót do stalinizmu.

W czasie, gdy moskiewscy politycy twierdzą, że Rosja kocha Ukraińców (którzy według Putina nie istnieją), że szukają dla nich tylko dobra, ​​nie planują w Ukrainie zmiany rządu i nie dążą do zdobycia tego kraju, krymski urzędnik, przewodniczący krymskiego parlamentu okupacyjnego Wołodymyr Konstantynow powiedział podczas konferencji prasowej:

„Do końca przyszłego roku (2023 – przyp. autora) zdobędziemy Odessę, Mikołajów, Charków i na tym tle rozstrzygną się losy Ukrainy. Do końca przyszłego roku ukraiński rząd zacznie energicznie wybiegać z propozycją pokoju, starając się obronić przynajmniej Kijów – na co w żaden sposób nie powinniśmy się zgodzić. W 2024 roku musimy zniszczyć tę formację, ten rakowy guz. Oto moje przypuszczenie: rok 2024 to rok zdobycia Kijowa, a reszta terytoriów już nas nie interesuje…”

Dodał też, że „będziemy ciężko pracować na nowo zdobytych terenach, szkoła będzie kształcić nowe pokolenie dzieci. Minie 10 lat – i dorosną zupełnie inni ludzie, z tradycyjnymi rosyjskimi wartościami…”

Jak widać, rosyjski reżim dyktatorski knuje intrygi i promując myśli o pokoju i negocjacjach, w rzeczywistości ma zupełnie inne plany całkowitego zniszczenia Ukrainy jako państwa, a nawet jej nazwy. Chce, aby ani taki kraj, ani taki naród nie istniały na Ziemi.

Wołodymyr Konstantynow kontynuował: „Powrót na Ukrainę. W granicach, w jakich istnieje teraz, tego państwa na pewno już nie będzie. Być może zniknie zupełnie, bo pojawiło się sztucznie, zniknie razem z reżimem Zełenskiego. Być może sama nazwa >Ukraina< zniknie, bo będzie postrzegana jako zbyt toksyczna i sami ludzie zaczną szukać innej nazwy dla terytorium, na którym żyją. Toponim >Ukraina< jest obecnie ściśle kojarzony z nazizmem. To już powoduje pewien kompleks niższości u rozsądnych Ukraińców. Rosja musi zbudować własną ideologię, która powinna wyjść od prezydenta…”

Wbrew zdrowemu rozsądkowi Wołodymyr Konstantynow nazywa Rosję, której służy, „odrębną, niezależną cywilizacją”. Obserwując, jak rosyjscy żołnierze świadomie i bez emocji zabijają Ukraińców, tworzą dla nich obozy koncentracyjne i filtracyjne, jak lekceważą prawa człowieka i prawne zwyczaje wojenne, jak rabują ukraińskie muzea, galerie sztuki, fabryki i magazyny, stal i chleb, warzywa i AGD można powiedzieć, że to nie cywilizacja, a kompletne barbarzyństwo. Dlatego wojna Rosji na Ukrainie nie jest „zderzeniem cywilizacji”, jak to przedstawiają rosyjscy propagandyści, ale wojną barbarzyńców z całą cywilizacją światową.

Później Konstantynow rzeczywiście przyznał, że ta jego „cywilizacja” wciąż nie ma podstaw ideologicznych, i zaproponował: „Trzeba stworzyć grupę roboczą, aby wypracować nową ideologię i jasno określić tam nasze cywilizacyjne parametry i priorytety. Nasza cywilizacja musi być konkurencyjna. Musimy wyglądać atrakcyjnie we wszystkim, wtedy projekt o nazwie >cywilizacja rosyjska< będzie miał prawo dalej istnieć…” Urzędnik właściwie nie wie, o czym mówi. Przecież wypracowanie „ideologii” opartej na rosyjskiej praktyce jest albo w ogóle niemożliwe, albo będzie to… nowy stalinizm, czyli rosyjski faszyzm. Dlatego Konstantynow powiedział, że „przywrócenie portretu Stalina na dawne miejsce na dworcu kolejowym (w Symferopolu – przyp. autora) byłoby bardziej sprawiedliwe. Jest jednym z filarów zwycięstwa, ludzie szli na śmierć ze słowami >Ojczyzna< i jego imieniem na ustach. Cały kraj dosłownie płakał, kiedy umierał…”

Nawiasem mówiąc, Wołodymyr Konstantynow najwyraźniej uważa, że ​​wpadł w ogólny rosyjski trend dotyczący Stalina. Na przykład kilka dni temu prawnuk Józefa Stalina, artysta Selim Bensaad, jak donosi NEWS.RU, napisał list do prezydenta Władimira Putina, w którym prosił o pośmiertną rehabilitację jego pradziadka Józefa Stalina i oficjalny zakaz nazywania go „dyktatorem” i „tyranem”. Selim Bensaad urodził się w 1971 roku w rodzinie córki najstarszego syna Stalina, Jakowa Dżugaszwilego Galiny. Jego ojcem był student z Algierii, Hossin Bensaada. Selim Bensaad jest artystą mieszkającym w Moskwie.

Wystąpienie do prezydenta zbiegło się w czasie z urodzinami Stalina, które obchodzone są 21 grudnia. W liście Bensaada czytamy, że on i historyk Lana Parshina przeprowadzili śledztwo w sprawie przyczyn śmierci przywódcy ZSRR i znaleźli ślady „elementu przestępczego”. Prawnuk jest przekonany, że pradziad został zdradzony i otruty przez ludzi z jego bliskiego otoczenia, których uważał za współpracowników. W związku z tym Bensaad zwraca się do Putina o wydanie zezwolenia na ekshumację zwłok Stalina w celu potwierdzenia wersji o gwałtownej śmierci przywódcy narodów. Komunistyczna Partia Rosji poparła „logiczne” inicjatywy Bensaada, z wyjątkiem ekshumacji i badań. Oni chyba wiedzą na pewno kto otruł wtedy „przywódcę wszystkich narodów” i boją się prawdy.

Wołodymyr Konstantynow nie tylko poparł renowację portretów Stalina, ale także przystał na propozycję nadania centralnej bibliotece w Symferopolu imienia teoretyka rosyjskiego faszyzmu Mykoły Danylewskiego. Główne idee Danylewskiego znajdują odzwierciedlenie w pracy „Rosja i Europa” z lat 1864–68. Gdzie przedstawił swoją rozwiniętą teorię typów kulturowo-historycznych. „Przewidział”, że „w przyszłości Słowianie pod wodzą Rosji zajmą miejsce schyłku typu germańsko-romańskiego na scenie historycznej. Zgodnie z przewidywaniami Danylewskiego Europę powinna zastąpić Rosja. Świętowanie słowianizmu oznaczałoby „zachód słońca” Europy. Ale do tego, według Danylewskiego, Rosja potrzebuje silnego rządu i ścisłej centralizacji. Ale jak się później okazało, Danylewski ukradł te idee niemieckiemu filozofowi Rickertowi, przerobił je na swój rosyjski styl i przedstawił jako własne. A teraz najwyraźniej stał się przewodnikiem dla rosyjskich okupantów na Krymie, którzy chcą jego słowa wcielić w życie.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Porucznik Rodowicz, „Luna” i Herer

UB aresztowało porucznika Jana Rodowicza „Anodę” w Wigilię 24 grudnia 1948 r., w mieszkaniu przy ulicy Lwowskiej 7/10 w Warszawie. Przeprowadzono rewizję domową i osobistą. Został osadzony na Koszykowej 6 – w areszcie wewnętrznym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W III RP, dzięki grubej kresce dla komunistycznych zbrodniarzy, żyjący oprawcy polskiego bohatera pozostali bezkarni.

Stało się tak na wniosek ppłk Julii Brystiger, „Luny”, dyrektor Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W 1957 r. planowano pociągnąć ją do odpowiedzialności karnej, ale nigdy nie stanęła przed sądem. Krwawa „Luna” zmarła w 1975 r., podobno jako głęboko wierząca katoliczka i została pochowana na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

W latach dziewięćdziesiątych XX w. przeprowadzono oficjalne śledztwo, połączone z ekshumacją. Wtedy też przesłuchano żyjących oprawców Rodowicza. To mjr Wiktor Herer, naczelnik Wydziału IV Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który specjalizował się w inwigilowaniu środowisk artystycznych i akademickich – to on formalnie wydał nakaz aresztowania „Anody”, oraz por. Bronisław Klejn.

Obaj kategorycznie zaprzeczali, jakoby Rodowicz był w gmachu resortu torturowany. Klejn stwierdził, że tylko raz przesłuchiwał Rodowicza na polecenie swego przełożonego. Miał jedynie za zadanie przetrzymać go przez kilkanaście minut i doprowadzić do szefa. Zapewniał też, że był to jego pierwszy i jedyny kontakt z „Anodą”, gdyż przesłuchiwanie go nie leżał o w jego kompetencjach.

– Nie upilnowałem. Wymknął się – twierdził Klejn. W świetle jego zeznań „Anoda” wyskoczył przez otwarte na oścież okno w pokoju, do którego sekretarka poleciła konwojentowi wprowadzić więźnia na czas oczekiwania na Herera.
Według ubeków, od strony ambasady brytyjskiej, sąsiadującej z siedzibą ich resortu, do gmachu MBP dobudowano parterowy budynek gospodarczy. Skok na jego dach mógł więc ich zdaniem stać się dla „Anody” skokiem do wolności.
Co ciekawe, Klejn zapewniał, że nie wyjrzał nawet za skaczącym. Nie sprawdził, co się z uciekinierem dalej działo.

– Byłem w szoku. Wróciłem, żeby jak najszybciej zameldować, że wyskoczył. To czwarte piętro. Nie mógł przeżyć. Potem już się o tym nie rozmawiało.
Pytanie, czy człowiek inteligentny, a przy tym dalece niesprawny, ryzykowałby skok z czwartego piętra i próbę ucieczki przez mur na teren ambasady.
Według dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, „Anoda” był przesłuchiwany co najmniej czterokrotnie: zaraz po zatrzymaniu, 24 grudnia, a później 29 grudnia oraz 4 i 7 stycznia.

Bronisław Klejn twierdził w toku śledztwa, że nie podpisywał żadnego z protokołów przesłuchań Rodowicza, że takie dokumenty nie mają prawa istnieć. Odnalezienie jego podpisów na kilku protokołach „zatrwożyło” go – jak się wyraził. – Musiały zostać sfabrykowane już po śmierci „Anody” – utrzymywał.
Rodowicza przesłuchiwał również Wiktor Herer. Wspomniana Julia Brystigerowa pisała o nim: „Zdolny. Dobrze pracuje z agenturą. Decyzje podejmuje szybko, czasem jednak nie do końca przemyślane. Wadą jego charakteru jest porywczość i brak opanowania”.

Herer, pytany przez śledczych, czy „Anoda” był bity podczas przesłuchań, odpowiadał: – Do naszego departamentu dobierało się takich ludzi, którzy nie byli do bicia. A śmierć „Anody” wyjaśniał tak: – Bronisław Klejn prowadził go do mnie na przesłuchanie. Odepchnął Klejna, wskoczył na parapet i rzucił się z okna.
Według akt sprawy, zgon „Anody” stwierdził doktor Zygmunt Rusaczewski, a sekcję zwłok wykonał ppłk Kazimierz Rusiniak. Takie nazwiska nie figurowały jednak w ewidencji pracowników ani współpracowników MBP.

Przez cztery lata przesłuchano kilkadziesiąt osób, ale nie udało się ustalić prawdy o ostatnich chwilach życia „Anody”. Jednoznacznej odpowiedzi nie przyniosło też przeprowadzone po ekshumacji badanie szczątków w warszawskim Zakładzie Medycyny Sądowej.
– Nie udało się potwierdzić tezy o przestępstwie – wyjaśniał wówczas wybitny antropolog, dr hab. Bronisław Młodziejowski. Na określenie przyczyny śmierci – czy to od kuli, czy w wyniku zgniecenia klatki piersiowej – ponad wszelką wątpliwość było już za późno. Po kilku latach śledztwo przeciwko oprawcom „Anody” także umorzono. Dzięki grubej kresce dla komunistycznych zbrodniarzy pozostali bezkarni. I teraz podstawowa sprawa: teczka z dokumentami dotyczącymi „Anody”, jego aresztowania i śmierci zniknęła. A był na niej napis: „Zastrzelony podczas próby ucieczki”.

Wiktor Herer został w latach 70. profesorem nauk ekonomicznych, członkiem prezydium Polskiej Akademii Nauk, a w 1980 r. z rekomendacji Jacka Kuronia doradcą Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” ds. rolnictwa. Zmarł w 2003 r. – nie osądzony.

Ponad wszelką wątpliwość wiemy, że 7 stycznia 1949 r., po kilku dniach ubeckiego śledztwa, porucznik Jan Rodowicz „Anoda” – żołnierz Szarych Szeregów, słynnego Batalionu „Zośka”, czterokrotnie ranny w Powstaniu Warszawskim, odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari – już nie żył. I choć oficjalna wersja wciąż mówi o samobójstwie, nikt w nią nie wierzy. 12 stycznia pochowany przez ubeków na Powązkach Wojskowych, w tajemnicy przed rodziną i kolegami, jako NN.

Dopiero na początku marca 1949 r. ojciec Kazimierz Rodowicz otrzymał pismo z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad śledztwami w sprawach szczególnych (! – sic) mjr Mieczysław Dytry informował, że 7 stycznia o drugiej po południu Jan Rodowicz „popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej, zgon nastąpił w chwili po wypadku”, i że został pochowany na Powązkach Wojskowych jako NN.

Kilka dni później rodzinie udało się ustalić, gdzie dokładnie Jan jest pochowany. Jego matka, Zofia, tak o tym pisała: „Kierownik biura pogrzebowego, który potem okazał się być znajomym Janka, gdyż prowadził z Jankiem ekshumację „Zośkowców” w 1945 roku, przyniósł od siebie z gabinetu kartkę z numerem grobu Janka. Polecił […] trzymać ją na wierzchu i powiedział, że „gdyby ktoś przyszedł z rodziny Rodowiczów […] proszę im powiedzieć, że pochowany został pod numerem takim-to”. To właśnie Janowi Rodowiczowi zawdzięczamy kwaterę brzozowych krzyży – grobów Batalionu „Zośka” na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Malował muzykę promieniem lasera – TERESA KACZOROWSKA o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim

Mija właśnie 100 lat jak narodził się niezwykle wszechstronny artysta, twórca sztuki laserowej, nazywany Mistrzem światła, Stanisław Ostoja-Kotkowski. W Polsce mało znany, a w świecie sławny, szczególnie w Australii, gdzie rzuciły go losy wojny. Jego przełomowe, wyprzedzające epokę osiągnięcia, wpisano na Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Ten wybitny malarz, rzeźbiarz, scenograf, fotografik, grafik nazywany „Mistrzem światła”, wykorzystywał w swojej niezwykłej twórczości najnowsze zdobycze techniki, wyprzedzając swoją epokę. Zamienił pędzel na promienie lasera, malował nimi muzykę i – jako pierwszy w świecie – użył efektów laserowych podczas przedstawienia teatralnego (1968) i operowego (1974), wykonując nimi scenografię. Organizował koncerty laserowe, w których zamieniał muzykę w obrazy. Wykonywał grafiki komputerowe inspirowane fraktalami i kolaże optyczne; stawiał pomniki, projektował witraże i mozaiki.

Stanisław Ostoja Kotkowski i jego kolaże, Stirling, lipiec 1982. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Stanisław Ostoja- Kotkowski (1922-1994) urodził się 28 grudnia 1922 r. w Golubiu, jako syn Stefana i Jadwigi Kotkowskich. Był spokrewniony z Witoldem Gombrowiczem – dziadek pisarza, Ignacy Gombrowicz i pradziadek artysty, Stanisław Kotkowski, byli rodzonymi braćmi. Rodzina Kotkowskich przeprowadzała się – najpierw z Golubia do Brodnicy (w 1925 r.  urodziła się tam Irena, jedyna siostra przyszłego artysty), a w 1937 r. do Przasnysza, gdzie Stefan Kotkowski objął stanowisko dyrektora banku w Komunalnej Kasie Oszczędności. Jego syn, nastolatek Staś, uczył się w latach 1937-1939 w przasnyskim gimnazjum, uzyskując w 1939 r. tzw. małą maturę.

– Od najmłodszych lat przejawiał zainteresowania artystyczne – mówi Krzysztof Gadomski, artysta plastyk z Przasnysza, współautor z żoną Agnieszką wydanej w 2006 r. publikacji „Stanisław Ostoja- Kotkowski. Mistrz światła”. – W Przasnyszu przebywał w tym czasie malarz Olgierda Vetesco, u którego w latach 1939-1945 Stanisław mógł pobierać pierwsze lekcje rysunku i malarstwa. Dało to mu podstawy warsztatowe i wiedzę z teorii sztuki.

W Przasnyszu młodzieniec działał też w Polskim Podziemiu, wspierając walkę z okupantem niemieckim. Jego ojciec, bankowiec, po udziale w kampanii wrześniowej trafił do niewoli, a potem na kilka lat do niemieckiego oflagu. Aby pomóc w utrzymaniu rodziny jego syn podjął pracę w miejscowym zakładzie mechanicznym, gdzie zdobył też prawo jazdy. Dzięki temu, a także dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego, Stanisław został kierową niemieckiego lekarza powiatowego w Przasnyszu. Swoją pracę wykorzystywał w walce podziemnej, przewożąc łączników i broń służbowym „Adlerem”. Należał do AK, współpracował z miejscową organizacją, której przewodził Henryk Pszczółkowski. Pod koniec wojny został zabrany przez Niemców jako zakładnik, jednak podczas transportu zdołał uciec.

Trafił do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Tam, w 1945 r. udało mu się zdać egzaminy do ASP w Dusseldorfie, gdzie w latach 1945-1949 studiował malarstwo. Zainspirowała go twórczość Kandinsky’ego oraz …opera. „Będę malował muzykę” – napisał z Dusseldorfu w jednym z listów do matki w Przasnyszu. W Niemczech też postanowił  wybrać za swoją nową ojczyznę Australię. Wyemigrował jesienią 1949 r.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem 2, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

W Australii kontynuował studia w Wiktoriańskiej Szkole Sztuk Pięknych w Melbourne, zarabiając na życie jako robotnik i malarz elewacji domów. Podczas licznych podróży po Australii zafascynowała go bogata kolorystyka i światło tego kontynentu. Zaczął poszukiwać odpowiednich farb, aby oddać  niezwykłość wyspy. Znalazł je w USA, były to polimery. W 1955 r., po osiedleniu się w Stirling koło Adelajdy, odbyła się w Royal Society of Arts, South Australia, pierwsza wystawa abstrakcyjnych obrazów Stanisława Ostoi-Kotkowskiego („Ostoja” to pierwszy człon z herbu rodu Kotkowskich, który wykorzystał do sygnowania swoich prac). Zaczął zdobywać coraz większe uznanie i wystawiać prace na kolejnych ekspozycjach, m.in. jego polimerowe dzieła wystawiono w 1965 r. w Pałacu Sztuki w Krakowie. Dwa lata później otrzymał stypendium Churchilla, dzięki czemu odwiedził Polskę, kilka krajów europejskich, a także Japonię i Stany Zjednoczone.

W latach osiemdziesiątych Ostoja zaczął tworzyć obrazy sprzężone z muzyką, przekładać dźwięk na dzieła plastyczne. Marzenie połączenia obrazu i dźwięku zrealizował w 1975 r., kiedy na uniwersytecie w Melbourne zainstalował  kompozycję z 24 płyt z emalii szklistej, wypalonej na stali. Wmontował w nią „theremin” – urządzenie, które wytwarzało muzykę przy kontakcie z ludzkim ciałem. Swoje eksperymentalne „theremity” połączone z dziełami sztuki, optycznymi kolażami prezentował na festiwalach, na budynkach, wystawiał w galeriach, budząc ogromne zainteresowanie.

Stanisław Ostoja Kotkowski, eksperymenty łączenia dźwięku ze światłem, Prahran, październik 1976. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Angażował  się również w projektowanie dekoracji scenicznych i teatralnych, stosując zaskakujące kinetyczne dekoracje świetlne, łącząc muzykę ze światłem, baletem, obrazem. W 1968 r. zastosował po raz pierwszy w świecie laser na scenie – zaprezentowana na Festiwalu Sztuki w Adelajdzie sztuka „The Veldt” Raya Bradbury’ego, z zastosowaniem wiązki laserowej, była pierwszym tego rodzaju pokazem na świecie. Później stał się twórcą opraw scenicznych wielu oper i widowisk – do 1974 r. wykonał ich, z wykorzystaniem lasera ponad 30. Uległ magii lasera. W 1982 r. Ostoja był np. autorem scenografii do „Wesela” Stanisława Wyspianskiego, które zostało wystawione w Teatrze Polskim w  Adelajdzie na 30-lecie tego teatru. W ciągu kilkunastu lat pracy scenografa tak udoskonalił swój warsztat, że zaczął  malować dekoracje sceniczne samym  światłem.

Stanisław Ostoja Kotkowski, kompozycj z emalii szklistych, 1975 r. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Cały czas parał się również innymi formami sztuki. Jest autorem licznych płaskorzeźb, rzeźb, fresków i konstrukcji świetlnych w gmachach użyteczności publicznej (w Melboume, Adelajdzie, Pert, Canberze), abstrakcyjnych kompozycji malarskich wykonanych w emalii szklistej, kolaży optycznych, grafik komputerowych, fotografii artystycznych, pokazów fotografiki kinetycznej, spektakli i koncertów laserowych. Poza urządzeniami wytwarzającymi muzykę w zetknięciu z ludzkim ciałem („thereminami”), jest też twórcą wież chromasonicznych, w tym śpiewającej wieży w Adelajdzie (1978), reagującej na ruch uliczny gamą kolorowych, pulsujących świateł,  czy kinetycznego fresku słonecznego Solaris (1986).

Ostoja był artystą wszechstronnym, niezwykle pracowitym, a jego talent i niespokojny duch zmuszały go do ciągłych poszukiwań, co czyniło go nowatorem i wizjonerem. Należał do wielu światowych towarzystw, w tym Royal Society of Art w Londynie, był laureatem mnóstwa międzynarodowych nagród. Został uhonorowany m.in. przez królową Elżbietę II najważniejszym australijskim odznaczeniem państwowym „Orderem Australii” (1992) i przez ministra kultury RP Medalem „Zasłużony dla Kultury Polskiej” (1990).

Z Polską nigdy nie zerwał kontaktów – odwiedził ją dwukrotnie, m.in. w 1991 r., kiedy zaprezentował swój koncert laserowy w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Odwiedził też wtedy Przasnysz – matkę, kolegów szkolnych, był przyjęty przez władze. Działał aktywnie w środowisku australijskiej Polonii, propagował kulturę polską na tym odległym kontynencie. Jest autorem pomnika Tadeusza Kościuszki, który stanął w 1988 r. w Cooma, ok. 80 kilometrów od Góry Kościuszki – najwyższego szczytu Australii. Wykonał też pomniki Bohaterstwa Żołnierza Polskiego, Ofiar Katynia w Adelajdzie, a także mozaikę w kościele św. Maksymiliana Kolbe w Ottoway. Prace Ostoi-Kotkowskiego można dziś oglądać w australijskich oraz zagranicznych zbiorach państwowych i prywatnych. W lutym 2008 r. archiwum jego dzieł na University of Melboume – zawierające różnorodne formy sztuki artysty, m.in. zapisy wykładów, programy, fotografie, slajdy, pokazy laserowe, modele rzeźb, rzeźby – wpisano na australijską Listę Pamięć Świata UNESCO „Memory of the Word Register of Australia”.

Po śmierci, nocą z 2 na 3 kwietnia 1994 r., spoczął w Polsce – w grobie rodzinnym na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie na Powązkach, razem ze swoją siostrą Ireną.

– Sprowadziłam prochy Stasia z Australii do Warszawy, przy wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, bo w Australii rodziny nie założył – opowiada dbająca o pamięć wuja, mieszkająca w Warszawie jedyna córka Ireny, Liliana Adamczyk, która jest spadkobierczynią wielu jego obrazów. – Archiwum Ostoi, m.in., grafiki komputerowe, własnoręcznie wykonane albumy, artykuły o nim i książki są natomiast w Muzeum Narodowym w Warszawie, które przekazał w darze sam artysta.

Pamięć o Stanisławie Ostoi-Kotkowskim niesie też Przasnysz, gdzie do końca mieszkali i spoczywają jego rodzice. Miejscowe Muzeum Historyczne posiada cenny zbiór korespondencji i zdjęć, które przekazała matka artysty Jadwiga Kotkowska, są tez listy do jego przasnyskich kolegów, oryginalne karty pisane z całego świata oraz inne pamiątki. W Przasnyszu jedna z ulic oraz dom kultury noszą jego imię, organizowane są ogólnopolskie Festiwale „Fabryka Światła”, Przeglądy Sztuki Współczesnej im. Stanisława Ostoi- Kotkowskiego. Od 2006 r. przyznawany jest też Medal Stanisława Ostoi- Kotkowskiego w trzech kategoriach: twórca uznany, debiut, medal honorowy. Przasnysz upamiętnia też 100. urodziny Stanisława Ostoi -Kotkowskiego – w formie wystaw, warsztatów, spektakli laserowych, konkursów, testów, prelekcji  – w miejscowych placówkach kultury. Np. w sierpniu br. Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowała spotkanie z australijskim muzykiem dr. Robinem Foxem, który inspiruje się twórczością Stanisława Ostoi–Kotkowskiego tworząc spektakle, koncerty oraz widowiska łączące laser z dźwiękiem i przenosząc widzów w sferę, w której światło oraz muzyka działają jako jedno.

Jeden z koncertów laserowych Ostoi. Fot. Ze zbiorów Muzeum Historyczne w Przasnyszu

Odszedł kolejny uczestnik radiowej „symfonii pożegnalnej”. Red. Maksymiliana Kubicę wspomina MARIA WOŚ

Od pulpitu odszedł kolejny wykonawca naszej radiowej „symfonii pożegnalnej”, jeden z legendarnych reporterów Polskiego Radia Wrocław, redaktor Maksymilian Kubica. Taśmy z jego nagraniami to olbrzymi procent wrocławskiego radiowego archiwum, kronika gospodarcza, społeczna i kulturalna Dolnego Śląska z lat 1953-1993.

Urodzony 17 sierpnia 1929 roku w Katowicach, absolwent Wydziału Dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, został do rozgłośni wrocławskiej skierowany nakazem pracy 1 września 1953 roku, w najbardziej ponurym czasie jej działalności, w okresie panowania realizmu socjalistycznego i paleopropagandy, a jego pierwszym nagraniem była rozmowa z I sekretarzem komitetu zakładowego PZPR w kopalni Nowa Ruda.

„Później – jak pisał w jubileuszowej książce radiowej w roku 1996 – nagrałem setki audycji we wszystkich kopalniach i ośrodkach górniczych Dolnego Śląska. Z nieodłącznym mikrofonem obserwowałem m.in. narodziny i rozwój kopalni i elektrowni Turów, kopalń i hut Legnicko-Głogowskiego Okręgu Miedziowego, ośrodków projektowo-badawczych „Poltegor” i „Cuprum”. Byłem również świadkiem narodzin „Solidarności” górniczej w Wałbrzychu i Lubinie. Poznałem wielu wspaniałych ludzi na wszystkich szczeblach górniczego zawodu.”

Maksymiliana Kubicę interesowało wszakże nie tylko górnictwo. Wyniesiona z górnośląskiej szkoły biegła znajomość języka niemieckiego pozwoliła mu już we wczesnych latach pięćdziesiątych pilnie śledzić politykę międzynarodową, a także osiągnięcia nauki oraz literatury i sztuki. Starał się być perfekcjonistą w zakresie doskonalenia swego bardzo poważnie traktowanego warsztatu dziennikarskiego.

W roku 1963 wstąpił do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Pod koniec lat  sześćdziesiątych na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego napisał pracę magisterską o krótkich formach reporterskich w Polskim Radio, wydaną drukiem dzięki staraniom Krzysztofa Kąkolewskiego.

Pracował kolejno w Redakcjach: Informacyjnej, Społeczno-Ekonomicznej i Literackiej. Dzięki jego  aktywności zawodowej wiele problemów Dolnego Śląska znajdowało swoje poczesne miejsce w radiowych  programach ogólnopolskich .Uprawiał wszystkie gatunki dziennikarskie.

Niezwykle cenił dobrą polszczyznę, zachwycał się stylem gawędziarskim. Uważnie wybierał rozmówców. Był wobec nich lojalny, dyskretny i wierny.

Jednym z jego najwybitniejszych osiągnięć warsztatowych, wyróżnionym pierwszą nagrodą w Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż Literacki w roku 1971, był reportaż z pierwszej w Europie udanej operacji przyszycia całkowicie odciętej dłoni, przeprowadzonej przez profesora Ryszarda Kociębę, twórcę i założyciela Ośrodka Replantacji Kończyn w Trzebnicy. Audycja pt. Ręka  kończyła się radośnie wypowiedzianym przez kogoś zdaniem: „O, już paluszkiem jednym rusza!”

„Jak to paluszkiem jednym?” – zdumiewał się lekko oburzony profesor, słuchając audycji na antenie po upływie wielu tygodni od nagrania – „Przecież już rusza całą dłonią!’’ – dziwił się, znając Maksową rzetelność wobec faktów.

Maksa pasjonowały również sztuki plastyczne, chętnie bywał z mikrofonem w pracowniach artystów oraz na wernisażach w różnych muzeach i na salach wystawowych. Ale nade wszystko kochał muzykę. Nie opuszczał żadnego koncertu symfonicznego, ani wysmakowanych koncertów chóralnych czy kameralnych podczas Festiwalu Wratislavia Cantans, któremu towarzyszył od początku powołania go przez dyr. Andrzeja Markowskiego.

Opowiadał kiedyś, że  w wojennych latach chłopięcych  wymykał się nieraz ze schronu w czasie przerwy w bombardowaniach, żeby oderwać się od koszmaru, grając  na skrzypcach czy na pianinie.

W wieku dojrzałym lubił  wędrówki górskie i zbieranie grzybów, ale przyrządzaniem ich zajmowała się już wyłącznie jego żona Mary. Maks hołdował śląskiemu, patriarchalnemu modelowi rodziny. Mary, niegdysiejsza Sybiraczka, wspaniałomyślnie to zaakceptowała. Za to wypłacił się jej Maks troskliwą opieką w schyłkowych latach jej życia. Niedługo pozostał sam. Umarł 20 grudnia 2022 r. w ostatnim dniu jesieni.

 Requiem aeternam dona eis, Domine…

 

No to się na święta porobiło – CEZARY KRYSZTOPA bezradny?

Są takie wydarzenia, wobec których jako satyryk staję bezradny. Nawet podejmuję jakieś próby komentarza, ale czasem wydarzenie samo w sobie jest żartem tak idealnym, że w zasadzie żadnego komentarza nie potrzebuje. Jednym z takich wydarzeń, absolutnie idealnych, bardzo trudnych do skomentowania, jest przypadek gen. Jarosława Szymczyka, komendanta głównego polskiej Policji, któremu udało się odpalić w gabinecie granatnik RGW-90.

Mam wrażenie, że szczegółów wydarzenia nie znamy. Gdzieś przez media przewinęła się wersja, że komendant miał wycelować granatnikiem w drzwi, po czym przez przypadek go odpalił. Z kolei według wersji podawanej mediom przez samego komendanta, do przypadkowego odpalenia miało dojść podczas przestawiania „prezentów od ukraińskich kolegów”. Przy czym, sam szef policji miał być przekonany o tym, że urządzenie jest niegroźne, ponieważ Ukraińcy zapewnili go, że jest przerobiony na głośnik. No i rzeczywiście, „nagłośnienie” okazało się być potężnej mocy. Jeszcze większe „jaja” wystąpią jednak, kiedy któryś z ukraińskich żołnierzy wyceluje swój granatnik w rosyjski wóz opancerzony, a z otworu wylotowego zamiast granatu, popłynie muzyka.

Nie ma co się pastwić

Być może jest też tak, że nie znamy jakichś okoliczności świadczących na korzyść komendanta. Nie chcę się tutaj też nad nim pastwić. Wydaje mi się jednak, że niezależnie od okoliczności, kwestia śmieszności na jaką cała sytuacja naraża jego urząd, spowoduje, że jego dymisja zostanie wymuszona. I rzecz jedynie w tym, ile czasu sprawa będzie trwała i jakie szkody wizerunkowe jeszcze wygeneruje.

To rzeczy dość oczywiste. Chciałbym jednak zwrócić Waszą uwagę, w jak dramatycznym świetle stawia to ostatnią relację Krystyny Jandy, tradycyjnie represjonowanej przez siepaczy reżimu:

– Dziś rano badano mnie alkomatem. Moim zdaniem czekali na mnie. Pewnie przed wyborami dobrze byłoby kilka osób złapać na czymś kompromitującym – poskarżyła się ostatnio artystka „Wysokim Obcasom”.

No i kto teraz byłby gotów ręczyć, wobec niejasności związanych ze sprawą granatnika – głośnika, że to na pewno był alkomat?!

Zauroczony romantyką morza – MIECZYSŁAW SOKOŁOWSKI wspomina śp. Andrzeja Gołębiowskiego

Zmarł red. Andrzej Gołębiowski, wieloletni dziennikarz mediów na Wybrzeżu Gdańskim. Zauroczony romantyką morza, przyjechał do Trójmiasta z Chełma w woj. lubelskim, z zamiarem zdobycia  jednego z zawodów, o jakich marzą młodzi ludzie mieszkający z dala od brzegów Bałtyku. Podjął więc studia na elitarnym Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej.

Jako student, dzięki szerokim  zainteresowaniom  i rozlicznym  talentom nie ograniczał się tylko do tematyki technicznej, ale kierował je także ku innym dziedzinom. Zgłosił się więc na seminarium dziennikarskie organizowane przez redakcję ogólnopolskiego tygodnika uczelni technicznych „Politechnik”. Wkrótce zaczął pisać na jego łamach i stał się członkiem redakcji.  Ta nowa pasja sprawiła, że po kilku latach okrętownictwa  zadecydował o wyborze przyszłego zawodu i ukończył studia na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.

Pracował w „Głosie Wybrzeża”, „Dzienniku Bałtyckim”, „Tygodniku  Morskim”, „Wybrzeżu”, „Czasie”,  „Budownictwie  Okrętowym i Gospodarce Morskiej”, publikując też w „Polish Maritime News” oraz w „Schiff und Hafen”. Łączył  wiedzę techniczną i znajomość zjawisk gospodarczych i  ekonomicznych z wielką wrażliwością na sprawy społeczne.  Stał się wybitnym znawcą gospodarki morskiej, którą znał i rozumiał.  Prezentował trafne analizy i pogłębione oceny procesów występujących w stoczniach, w portach i w żegludze. Teorię podpierał praktycznymi obserwacjami dokonywanymi podczas kilku rejsów polskimi statkami.  Dawały mu one skalę porównawczą i bazę do odniesień i porównań. Ciekawy świata, lubił podróżować i chętnie wykorzystywał okazje, które w okresie PRL pozwalały dziennikarzom na studyjne wyjazdy. Przywoził z nich interesujące materiały i spostrzeżenia a także fotografie, które wykonywał z wielką pasją i umiejętnością.

Zachowywał niezależność własnych poglądów i jak przyznawał po latach  – potrafił je  zawsze obronić i utrzymać. Z nadzieją witał przemiany zapoczątkowane w sierpniu 1980 roku. Dołączył do zespołu  „Tygodnika Gdańskiego” –  pisma „Solidarności”. Ten ruch związkowy reprezentował później jako  przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Prasie Bałtyckiej (wydawcy Dziennika Bałtyckiego).  Ogromną satysfakcję dawało  mu prowadzenie zajęć na poziomie uczelnianym dla młodych dziennikarzy.

Z natury dobrotliwy, przyjacielski i życzliwy ludziom, potrafił jednak zawsze stanowczo bronić swoich racji. Z niewielkiej emerytury regularnie przesyłał datki na pomoc chorym dzieciom. Jak sam podkreślał, organicznie pozbawiony był dążenia do zaszczytów i stanowisk. W korespondencji podpisywał się – „Lumpenliberał”. Z przekonania demokrata, przeciwny wszelkim formom autorytaryzmu, krytyczny wobec  zmian społecznych i politycznych zachodzących w ostatnich latach w naszym kraju. Nie ukrywał swoich, czasami wyrażanych przekornie,  pesymistycznych  poglądów na temat dalszych losów Polski i świata, co sprawiało, że  wygasały stare przyjaźnie, a on coraz trudniej przeżywał swoją samotność, którą pogłębiały nasilające się codzienne trudności i  problemy zdrowotne.

Nie wykorzystał wszystkich swoich talentów. Pięknie rysował, pisał błyskotliwe felietony, wspaniale i zajmująco opowiadał,  miał lekkie pióro, którym mógł, już po przejściu na emeryturę,  przekazać  swoją wiedzę  i oryginalne, zawsze jednak oparte na zdrowym  rozsądku,  poglądy i oceny.  Zapewne na  przeszkodzie stała tu stale pogarszająca  się i trudna  do uleczenia wada wzroku.

Odszedł Przyjaciel, uczciwy i skromny człowiek o prawym charakterze i encyklopedycznej wiedzy.


Andrzej Gołębiowski. Dziennikarz, publicysta morski, medioznawca.

Ur. 28 lipca 1944 r. w Zamościu. Studiował na Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej (1961–1964), absolwent Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego (1982).
Sekretarz gdańskiego oddziału Tygodnika Studenckiego „Politechnik” (1967– 1971); redaktor miesięcznika „Horyzont” (1971); redaktor działu, publicysta działu ekonomiczno-morskiego „Głosu Wybrzeża” (1971–1980); publicysta tygodnika „Czas” (1980–1981); kierownik działu ekonomicznego tygodnika „Wybrzeże” (1982–1983); zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Budownictwo Okrętowe” (1983–1990); publicysta, następnie sekretarz redakcji „Tygodnika Gdańskiego” (1989–1992), publicysta „Dziennika Bałtyckiego”, kierownik Redakcji Analiz Prasowych „Dziennika Bałtyckiego” – Wydawnictwa Prasa Bałtycka (1992–2004). Przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Prasie Bałtyckiej (potem Polska Press).

Wykładowca w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza i Wyższej Szkole Komunikacji Społecznej w Gdyni.
Laureat I nagrody w ogólnopolskim konkursie na reportaż zagraniczny tygodnika „ITD” (1971) i nagrody publicystycznej ministra żeglugi (1973).
Odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi (1978) i odznaką „Zasłużony Pracownik Morza”.
W Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich  od 1971 roku.

Mieszkał w Gdańsku, zmarł 17 grudnia 2022 r.

WALTER ALTERMANN: Kordian i Emigranci oraz Emigranci i Kordian

Obejrzałem ostatnio dwa spektakle Teatru Telewizji TVP. Pierwszy to „Kordian” Juliusza Słowackiego, drugim są „Emigranci” Sławomira Mrożka. Jeżeli w jednej recenzji chcę zająć się tak różnymi spektaklami, to dlatego, że warto porównać nie utwory, ale dwa sposoby realizacji teatru w telewizji.

„Kordian” wyreżyserowany przez Zbigniewa Lesienia miał premierę 20 listopada 2022 roku w TVP. „Emigranci”, w reżyserii Kazimierza Kutza, których przypomniała właśnie TVP miał premierę w 1995 roku.

Zacznijmy od tego, że oba dramaty są niezwykle trudne dla reżysera i aktorów, a głównie przez to, że wydają się łatwe. Treść jest przez autorów podana jasno, role dla aktorów skrojone są dobrze, a nawet wspaniale. Teoretycznie nic tylko grać i cieszyć się sukcesem.

Niestety, dla realizatorów, oba te dramaty najeżone są zaporami z zaostrzonych pali, głębokimi wilczymi dołami i minami – żeby użyć tak „modnych” w wojennym czasie metafor.

Kordian

„Kordian” jest jednym z najbardziej antyrosyjskich polskich dramatów, to fakt nie podlegający dyskusji. Ma też doskonale napisaną przez wieszcza fabułę, co podnosi atrakcyjność utworu. Jest to też jeden z najwybitniejszych naszych tekstów doby romantyzmu. Być może te trzy fakty skusiły dyrekcję Teatru TVP oraz reżysera do wzięcia dzieła „na warsztat”.

Jednakże wynik prac nad „Kordianem” jest wysoce zatrważający. Już samo powierzenie reżyserii panu Zbigniewowi Lesieniowi budzi zdziwienie, wobec zauważalnego braku dotychczasowych większych osiągnięć reżyserskich, tak w teatrze, jak w telewizji. Oczywiście zdarzają się w sztuce genialne debiuty i niespodziewane odkrycia, ale w przypadku „Kordiana” zalecane by było zachowanie daleko idącej ostrożności.

Kilka romantyzmów w jednym worku

„Kordian” jest utworem romantycznym, a rok 2022 ogłoszony został rokiem polskiego romantyzmu. Mam jednak podejrzenie, że ci, którzy wpadli na ten pomysł nie do końca chyba zdają sobie sprawę, że mamy kilka „romantyzmów” i to bardzo różnych. Inny jest romantyzm Mickiewicza i Słowackiego, inny jeszcze Krasińskiego. A mamy też romantyzm Fredry. Naprawdę twórczość tych autorów łączy bardzo niewiele – poza tym, że tworzyli w tym samym czasie.

Romantyzm Słowackiego to walka o wolność, nie tylko narodową. Jego bohaterowie mierzą się z obciążeniami własnej, osobistej niewoli, z własna niemożnością i ograniczeniami. Romantyzm europejski oznacza też mrok duszy, niezawinione cierpienie, przekleństwo losu, śmierć. I te podstawowe cechy romantyzmu znajdujemy w pełni w utworach Słowackiego, także w „Kordianie”.

„Kordian” jest utworem mrocznym. Tytułowy bohater jest skazany na klęskę. I o tym mówi część pierwsza, ukazująca dorastanie bohatera. Niestety pan Lesień nieznośnie poszatkował utwór, upychając sceny początkowe w późniejszy tok akcji. I jest z tego zburzenia struktury utworu niezwykle zadowolony, skoro w wywiadzie mówi tak:

– Mój pomysł inscenizacyjny polega na „odwróceniu narracji” – opowiedzenie dramatu jako „film dziejący się w głowie” umierającego Kordiana po salwie plutonu egzekucyjnego. „Ufilmowienie” tego dzieła, realizowanego w naturalnych wnętrzach i plenerach spowoduje, że ten trudny dramat napisany wierszem w 1833 roku stanie się zrozumiały dla dzisiejszego widza.

Jest co prawda w dorobku polskiej literatury utwór „dziejący się w głowie umierającego księcia”, ale Juliusz Słowacki to nie Tadeusz Miciński, i zupełnie inna epoka.

Skutek pomysłów reżysera jest taki, że nagle, ni pri czom, Kordianowi na moment przed rozstrzelaniem jawi się Laura – jako jedna z osób, mających oglądać egzekucję. Zresztą scena z Laurą jest skrócona do kilku zdań, skutkiem czego zupełnie nie wiadomo kto ona i o co jej chodzi. Nie wiemy, że to zawiedziona do Laury miłość pchnęła Kordiana do narodowego czynu – zresztą zgodnie z duchem romantyzmu.

Filmowa dosłowność nie jest sztuką

Czym zatem jest „Kordian” w reżyserii pana Lesienia? Jest mdłą, werystyczną opowiastką o jednym takim, co chciał zabić cara, taką przygodową historyjką w kostiumach z lat dwudziestych XIX wieku. Wszystko utopione jest zresztą w okropnych kostiumach, mających być wiernymi kopiami z epoki. Jakby tego było mało duża część akcji toczy się w naturalnych wnętrzach, marnie zresztą oświetlonych.

A od teatru, także w telewizji oczekiwałbym kreacji, tworzenia własnych przestrzeni, służących budowaniu nastroju, mających być znakiem i wyrazem myśli autora. Nic takiego nie zaistniało. A już scena finałowa budziła śmiech. Otóż reżyser zadysponował, że rozegra się ona na prawdziwym hipodromie. Myśl ta wzięła się zapewne stąd, że Kordian skacze przez bagnety na koniu… Słowacki umieścił ją na Placu Saskim, miejscu parad i ćwiczeń wojska.

Myślę, że reżyser niewiele wiedział o romantyzmie, niewiele też o twórczości Juliusza Słowackiego. Dlatego też jego „Kordian” stał się filmo-teatrem akcji. I dlatego na jakąkolwiek głębię duchową, na fatum losu, na tragiczne moralne rozterki nie było po prostu miejsca. Otrzymaliśmy jako widzowi  płaską bajeczkę z historii Polski.

O ile chodzi o aktorów… Było przykro patrzeć, jak nawet wybitni z nich, męczyli się. Z gry aktorskiej pozostało jedynie „zdenerwowanie ogólne” i szybko podawany tekst.

Myślę, że pan Lesień najpierw powinien zrealizować którąś z klasycznych polskich legend, też bardzo patriotycznych, ale o wiele łatwiejszych w realizacji. Podsunąłbym następujące tytuły: „O Wandzie co nie chciała Niemca”, „O złym Popielu i dobrym Piaście” oraz „O wawelskim smoku i szewczyku Dratewce”.

Z całej sprawy p. Lesienia poruszyło mnie tylko jedno. Narzekanie reżysera, że utwór jest trudny, bo pisany wierszem…. Toż to, Szanowny Panie, trzeba było nie reżyserować tego „Kordiana”. Chyba, że ktoś Pana do tego zmuszał. Jeżeli tak, to przepraszam.

I jeszcze jedno – nie ma tak dobrych sztuk, których nie udałoby się spieprzyć, panowie – że strawestuję Wojciecha Młynarskiego.

Emigranci

Na szczęście poza nowymi realizacjami TVP przypomina też po trochu swoją własną klasykę. I ku mojej radości 16 grudnia 2022 roku nadany został spektakl „Emigrantów” Sławomira Mrożka, w reżyserii Kazimierza Kutza. Rolę AA zagrał Marek Kondrat, a XX Zbigniew Zamachowski.

Sztuka należy do Złotej Setki Teatru Telewizji. I dlatego powinna być „lekturą” obowiązkową dla wszystkich reżyserów podejmujących się debiutu w telewizji.

Kazimierz Kutz genialnie poprowadził aktorów. Pozwolił im też na granie pełne ekspresji, ale bez wpadania w naturalizm. A – niestety – widywałem już i takie realizacje „Emigrantów”. Co zresztą nie dziwi, bo wybitnie reżyserował on nie tylko filmie, ale także spektakle teatralne. Mając ogromne doświadczenie i wielki talent pokazał Kutz – potencjalnie debiutującym reżyserom – jak budować sceny, jak rozkładać napięcia, czym jest tempo, a czym frazy i rytm spektakli.

Napisałem powyżej, że reżyserzy debiutujący w telewizji powinni się tego wszystkiego od Kazimierza Kutza uczyć. Jednak dopadły mnie teraz wątpliwości… Bo przecież na naukę jest czas w szkołach filmowych i teatralnych, także zaraz na początku drogi twórczej.

Kutz zbudował też dekorację, według zaleceń Mrożka. Nie szukał metafor i symboli, bo w tej sztuce nie ma na to miejsca i potrzeby. On, jako filmowiec wiedział też dobrze, że film i teatr to dwie różne dziedziny sztuki. I że obie mogą być piękne, jeśli uszanuje się ich integralność.

Po latach dotarło do mnie i to, czego nie widziałem w sztuce Mrożka wcześniej, lub widziałem słabo. A dotarło to do mnie dzięki Kutzowi właśnie. Nadał on bowiem swojej realizacji wymiar ponadczasowy, egzystencjalny. I w jego realizacji – jak w żadnej innej – obaj bohaterowie są tragiczni. Zresztą jest to cecha całej twórczości Kazimierza Kutza, że nic w jego dziełach nie jest czarno-białe. U niego nikt nie ma monopolu na rację, bo wszyscy jesteśmy uwikłani w życie – jego wielkość i małość, powagę i śmieszność zarazem.

Może dlatego tak prosto i naturalnie obdarzył obu bohaterów miłością i kpiną zarazem. Zgodnie zresztą z duchem Mrożka.

Jedna drobna uwaga

Oceniając obie realizacje – obecną pana Zbigniewa Lesienia i tę sprzed 27 lat Kazimierza Kutza – dopatrzyłem się ogromnego niebezpieczeństwa, jaki wisi na Teatrem Telewizji. Otóż, jeżeli tak mają wyglądać najnowsze produkcje Teatru Telewizji TVP, to złota setka spektakli zostanie na zawsze zamknięta i nie będzie czego do niej dopisywać. Nie powstanie zatem nigdy złota 150-tka, żeby nie mówić już o 200 – tce. Niestety Teatr Telewizji odpłynął na szerokie wody filmu, udając że jest i nie jest zarazem teatrem. To naprawdę zła podróż, pora wrócić do portu tej zasłużonej dla kultury instytucji.

Przeprosiny

Miesiąc temu napisałem recenzję z „Balladyny” Juliusza Słowackiego, w reżyserii pana Wojciecha Adamczyka. Nie była to zbyt pochlebna recenzja. Teraz, po obejrzeniu „Kordiana” w reżyserii pana Zbigniewa Lesienia, jestem winien panu Adamczykowi serdeczne przeprosiny.

Zatem przepraszam Pana za moje zbyt ostre opinie, i oświadczam, że Pana „Balladyna” jest realizacją na poziomie ekstraklasy, wobec inkryminowanej dzisiaj realizacji „Kordiana” pana Lesienia, którą należałoby umieścić w klasie okręgowej. Żeby nawiązać do piłki nożnej i Mundialu.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja militaryzuje krymskie dzieci

Okupacyjny parlament Krymu przyjął „ustawę” „o wychowaniu patriotycznym”, jednak jej głównym celem nie jest studiowanie historii czy geografii swojej ojczyzny, ale rekrutacja dzieci do klas w prymitywnych „szkołach paramilitarnych”.

W placówkach takich uczniowie od pierwszych klas uczą się chodzić w szyku, poznają zasady dyscypliny i statutów wojskowych i zmuszani są do bezwzględnego  wykonywania rozkazów dowódców. Tak naprawdę nie chodzi o naukę umiejętności wojskowych, ale o gotowość „umierania za Rosję”.

Szef ukraińskiej prokuratury Krymu i Sewastopola, która jest częścią struktury Prokuratury Generalnej Ukrainy, Ihor Ponoczewny, stwierdził, że nie chodzi o patriotyzm jako taki, ale o to, że „dzieci na Krymie są wychowywane, aby być żołnierzami od najmłodszych lat”. „Oprócz nielegalnego werbunku do armii rosyjskiej obserwujemy taki kierunek, jak militaryzacja dzieci. To, moim zdaniem, jest bardzo złe, ponieważ edukacja dzieci na Krymie z młodszych klas ma na celu wychowanie ich na żołnierzy bez żadnej alternatywy” – powiedział Ponoczewny. Według niego dzieci ze szkół podstawowych i gimnazjów poddawane są propagandowej edukacji w stylu „oddać życie za Rosję”. Są również uczeni, jak obchodzić się z bronią, w tym urządzeniami wybuchowymi i różnymi rodzajami broni ciężkiej. Dzieci z młodszych klas werbowane są do tzw. „Uniarmii”, gdzie wymaga się od nich złożenia przysięgi, podkreślając, że jej złamanie będzie karane jako poważne przestępstwo.

Jak informowało niedawno Centrum Edukacji Obywatelskiej „Almenda”, w bieżącym roku szkolnym po raz pierwszy na okupowanym Krymie do klas podchorążych przyjęto pierwszoklasistów. Stało się to w liceum w Symferopolu, gdzie 36 pierwszoklasistów zostało po raz pierwszy przyjętych w szeregi kadetów Komitetu Śledczego, a po raz pierwszy 30 pierwszoklasistów dołączyło do szeregów kadetów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Dodatkowo w różnych szkołach na Krymie istnieje już siedem korpusów kadetów dla dzieci. W sumie, jak donosi „Almenda”, na samym Krymie 25 tys. dzieci z Sewastopola jest członkami rosyjskiej wojskowo-patriotycznej organizacji młodzieżowej „Uzbrojenie” oraz dziecięcego i młodzieżowego ruchu „Wielkie Przemiany”. Ponadto ponad 2000 ukraińskich dzieci z okupowanych terytoriów obwodu chersońskiego i zaporoskiego zostało wywiezionych do obozów dziecięcych na Krymie i w Rosji, gdzie spotykają się już z nimi przedstawiciele rosyjskich wojskowych organizacji młodzieżowych.

Niedawno rosyjski „przywódca Krymu” Serhij Aksjonow ogłosił program wstępnego szkolenia wojskowego w szkołach półwyspu na lata 2022-2023. Tak naprawdę od początku rosyjskiej aneksji Krymu na półwyspie próbuje się formować młodą armię, gotową zabijać i umierać za Rosję. Serhij Aksjonow zatwierdził wstępny plan szkolenia wojskowego na początku listopada. Według rosyjskiego rządu Krymu „edukacja wojskowo-patriotyczna i wstępne szkolenie wojskowe będą prowadzone zarówno w ramach programu szkolnego, jak i edukacji dodatkowej”. Dla uczniów szkół krymskich odbędą się spotkania w bazach jednostek wojskowych, szkolenia strzeleckie, zajęcia z wojskowego szkolenia medycznego oraz ochrony radiologicznej, chemicznej i biologicznej. W planie są imprezy kampanijne, wycieczki edukacyjne i wojskowe zawody sportowe. Kurs przysposobienia wojskowego został wprowadzony równolegle z zajęciami pozalekcyjnymi w „Junarmia” – ogólnorosyjskim ruchu wojskowo-patriotycznym dzieci i młodzieży. Takie klasy zaczęły działać na Krymie po jego aneksji przez Rosję w 2014 roku. Angażują dzieci w zainteresowanie bronią i wojskiem poprzez wojskowe gry sportowe i działania patriotyczne.

Od września szkolenie wojskowe krymskich uczniów jest uzupełniane szkoleniem ideologicznym. W rosyjskim systemie oświaty wprowadzono obowiązkowy kurs „Rozmowy o tym, co ważne”, który odbywa się w każdy poniedziałek jako pierwsza lekcja po podniesieniu flagi i odśpiewaniu rosyjskiego hymnu narodowego. Program lekcji zawiera część dotyczącą „słuszności rosyjskiej inwazji na Ukrainę”. W sieciach społecznościowych regularnie publikowane są relacje z wydarzeń patriotycznych w krymskich szkołach. Odbywają się zarówno w placówkach edukacyjnych w dużych miastach, jak i poza nimi.

„Przy pomocy takich wojskowych lekcji na Krymie szkolą się przyszli rosyjscy żołnierze, którzy od najmłodszych lat są gotowi umrzeć za Rosję” – mówi Iryna Sedova, ekspert krymskiej grupy praw człowieka. Według niej przymusowe szkolenie wojskowe dzieci poniżej 15 roku życia z terenów okupowanych w czasie wojny do służby w armii państwa okupacyjnego, zgodnie ze Statutem Rzymskim, ma znamiona zbrodni wojennej.

„W czasie pełnej inwazji Rosji na Ukrainę prawdopodobieństwo ewentualnego wysłania tych dzieci na wojnę i ich późniejszej śmierci tam wzrasta. Rosyjska machina państwowa uczy dzieci na Krymie, jak zostać >lojalnymi żołnierzami Putina<. Wychowuje ich w przekonaniu, że powinni bezwzględnie wykonywać rozkazy i być tolerancyjni wobec wojska, być gotowi iść do tego wojska, by służyć i umierać za Rosję z bronią w ręku. Kolejnym strategicznym celem takiej edukacji jest wychowanie >patriotów< Rosji, nauczenie krymskich dzieci, że są obywatelami Rosji, aby zapomniały, że urodziły się i żyły na Ukrainie” – mówi Iryna Sedova.

Przebieg wstępnego szkolenia wojskowego wzmacnia i tak już potężną militaryzację szkolnictwa na półwyspie, którą zapewniają różne formacje paramilitarne. W porównaniu z sąsiednią Rosją Krym ma największą liczbę oddziałów organizacji „Junarmia” i najwyższy odsetek dzieci wstępujących w jej szeregi” – mówi Oleg Okhredko, ekspert Centrum Edukacji Obywatelskiej „Almenda”.

„Dlaczego tak się dzieje? To bardzo proste – na okupowanym Krymie władze rosyjskie tworzą paramilitarne oddziały dziecięce w celu utrzymania tego terytorium. Jednym z głównych zadań jest wykorzenienie ukraińskiej mentalności i ukształtowanie obrazu wroga z Ukrainy” – twierdzi.

Kilka tygodni temu rosyjskie siły okupacyjne utworzyły oddział rosyjskiego ruchu „Junarmia”, który nazywają „oddziałami Putina”, w Heniczesku w obwodzie chersońskim. Rosyjscy okupanci utworzyli także oddział „Uzbrojenia” w Melitopolu – poinformował na swoim kanale Telegram ukraiński burmistrz miasta Iwan Fiodorow. Zauważył, że rosyjskie siły okupacyjne „zwiększają presję ideologiczną” na dzieci i młodzież na terenach czasowo okupowanych. Według burmistrza Melitopola „szkoły uczą według rosyjskich podręczników z odpowiednią interpretacją historii, licealiści mają otrzymać podstawowe wykształcenie wojskowe, czyli przygotowywani są do ewentualnego udziału w tzw. batalionie”. Fiodorow dodał też, że w mieście formują się jednostki „Uzbrojenia” – organizacji działającej pod kierownictwem Ministerstwa Obrony Rosji. Nazwał ten proces „militaryzacją dzieci”.

Dmytro Lubinets, Rzecznik Praw Obywatelskich Rady Najwyższej Ukrainy, stwierdził, że „niepokój budzi militaryzacja oświaty i rosyjska propaganda, która jego zdaniem jest „skierowana do ukraińskich dzieci”. Zauważył on, że Rosja takimi działaniami „zaszczepia” w nieletnich nienawiść do Ukrainy i chęć zemsty za wojnę, ale nie na Rosjanach, ale na Ukraińcach. Rzecznik dodał, że celem okupantów jest „pozbawienie dzieci możliwości wyrażania swojej ukraińskiej tożsamości”. Również zdaniem Dmytra Lubinetsa można powiedzieć, że takie działania są „przejawem ludobójstwa” i jedną z form przymusu do dalszej służby w rosyjskich siłach zbrojnych, co wskazuje na kolejną zbrodnię wojenną popełnioną przez Rosjan.

Niedawno ukraińska prokuratura Krymu wraz z krymską Grupą Praw Człowieka skierowała do Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze pismo z informacją o militaryzacji dzieci na Krymie. Zostało to zgłoszone, ponieważ zdaniem prokuratorów i obrońców praw człowieka, krymskim dzieciom oprócz nauki posługiwania się bronią „wpajane są rosyjskie tradycji wojskowe do dalszej służby w armii okupanta”.

Przedstawicielstwo prezydenta Ukrainy na Krymie stwierdza, że ​​tylko deokupacja Krymu i innych terytoriów Ukrainy „położy kres brutalnej rosyjskiej propagandzie” i zapewni ukraińskim dzieciom i młodzieży dostęp do normalnej edukacji.

 

Jedną z bardziej wpływowych postaci polskich mediów wspomina STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Walter

Aby coś ważnego zrobić trzeba uzyskać możliwość istotnego oddziaływania na rzeczywistość, a potem mądrze i skutecznie działać, a nawet tyrać i najlepiej w tej pasji – pracy znajdować przyjemność i sens życia. Ktoś powie: BÓG, HONOR, OJCZYZNA – i dobrze! Ale inny ustawi swoje obowiązki i cele inaczej – uczciwość, odwaga i praca u podstaw, z myślą np. o Konopnickiej, Prusie, Żeromskim. Etykietki, hasła, programy mogą być różne. Ale jeśli ludzie chcą zwyciężać dobrem i służyć ludziom to zasługują na szacunek i nagrodę.

Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania – tak być powinno. Ale znam eksmitowanych wraz z zakładami pracy stoczniowców, którzy na mrozie i w zimnie spawali blachy; znam górników, którzy dzień w dzień zjeżdżali głęboko w ciasne, parne, metanowe korytarze, teraz zasypane; znam pokolenia PGR-owskie, które nadal z nędzy nie mogą się wygrzebać. Znam też dziennikarzy, którzy odważnie idą tam, gdzie niebezpiecznie, albo mówią prawdę i tracą pracę.

Przez kilka lat, do ogłoszenia 13 grudnia stanu wojennego, pracowałem z Mariuszem Walterem. Starałem się. Starałem się tak, że zrobił mnie swoim zastępcą. Myślę, że wiem kim był.

Urodził się w 1937 roku, we Lwowie, ale już po czterech latach został sierotą, bo Rosjanie aresztowali i zabili mu w kijowskim więzieniu ojca – sędziego II RP. Po wojnie mały Mariusz kształtowany był w szkole Pijarów imienia księdza Konarskiego w Krakowie. Było to na ulicy między Sukiennicami a Barbakanem, gdzie po lekcjach grywał z chłopakami w „zośkę”. Starszy brat utrzymywał rodzinę z handlu. Mariusz poszedł na techniczne studia na jedną z najlepszych uczelni – Politechnikę Gliwicką. Ale zagrało mu radio – najpierw studenckie, a potem sportowe nadające szerzej. Wreszcie zaczął się romans z telewizją. Step by step. Robił reportaże i filmy dokumentalne.

Zwrócił na siebie uwagę władzy, decydentów medialnych. Oczywiście wiadomo skąd oni pochodzili. Na pewno nie u ojców Pijarów pobierali nauki. Polska się zmieniała. Protesty, bicie, a nawet zabijanie miało miejsce. Ale były też wielkie nadzieje po poznańskim czerwcu i ogólnopolskim październiku. Było zaproszenie – „pomożecie?”. Choć Rakowiecka była nadal zapełniana, nawet w celach ciągle wierzono, że przyjdą zmiany. Mimo kłamstw, niedotrzymywania słowa, a nawet zbrodni. Życie biegło w cieniu fałszywego brata, którego nikt sobie nie wybierał i który jak w XIX wieku rządził kijem i marchewką. Elity – szlachetne i wykształcone, najbardziej poturbowane, nie wróciły do Polski. Ambitni i odważni uciekali mimo zasieków i straży niemieckich owczarków. Ale w naszym (!) kraju, w Polsce nadal mieszkało, żyło ponad 30 milionów obywateli. Wielu z nich pracowało w szkołach, bibliotekach, na uczelniach, w redakcjach prasowych, w radiu i telewizji. Ludzie kształcili się, dorabiali, zakładali rodziny. Odbudowano zniszczony kraj, powstał przemysł stoczniowy, zarabiała flota handlowa, handel był polski tak jak i huty i zakłady pracy. Tego nikt nie przekreśli, choćby nawet w tym co teraz chce zrobić miał rację.

Mieliśmy wielu bardzo zdolnych ludzi. Niektórzy byli tak bardzo skuteczni w pracy dla Polski, że ich z zazdrości i nienawiści zaszczuto, albo nawet zabito. Wielu wyjechało.

Teraz totalni krytycy niech baczą co sami robią kłócąc się i poniżając innych. Mają pracę, ale ci na medialnym froncie są pod kontrolą i łatwo mogą tę pracę stracić.

Studio 2 to było wówczas coś nowego, próba otwarcia i zmiany. Przyjęte zostało entuzjastycznie. Będę o nim pisał, ponieważ tam byłem i miałem okazję wiele się nauczyć. Okazję robić wielkie transmisje – turnieje pokazujące społeczność Polski. Poszukiwaliśmy ludzi ciekawych na terenie całego kraju, by przedstawiać ich w „Progach i barierach”. Poszukiwaliśmy świadków historii (Szotkowski i Sznuk, który nadal dzięki Bogu jest i pracuje). Reportażystów i dokumentalistów było tam wielu i to bardzo dobrych. Miałem szansę robienia filmów z dna Bałtyku o wrakach. Robiliśmy „u Waltera” poszukując rezerw materiałowych. Pokazywaliśmy marnotrastwo i odłogiem leżące gospodarcze dobro. Jednak ktoś z góry stwierdził, że pokazujemy niegospodarność. Zakazano. Ludzie – dziś już starsi pamiętają co robiło i co zrobiło walterowe Studio 2. Było ciekawe, mądre i w dobrym guście. Bo jeśli chce się mieć dobrą telewizję trzeba zatrudniać ludzi nie tylko z wykształceniem ale i gustem – smakiem. Szmira powinna być zakazana.

Czy do Studia 2 wkładano ubeków i kontrolerów? Oczywiście, ale w tej sprawie nie decydował jego szef. Zresztą ci narzuceni wybierani byli przez władzę pieczołowicie i sprytnie potrafili pozyskać sobie widza (lepiej niż np. agent zwany Tomkiem).

Był zresztą inny Tomasz. Hopfer mianowicie. Proszę, wskażcie mi teraz kogoś wymiaru Tomaszewskiego, Żemantowskiego, Ciszewskiego lub właśnie Hopfera. A przecież telewizja potrzebuje postaci wyrazistych. Walter lubił a wręcz kochał sport i potrafił tę igrzyskową branżę dobrze wykorzystać. To był „pracuś”. Żył swoją pasją i zarażał innych. Tylko tacy mogą uczyć i pociągać za sobą następców.

Na pochyłe drzewo zawsze karły skaczą. Złapano pana Mariusza, że się szczepił bez kolejki. Owszem, nieładnie, ale jeden z idoli współczesnych przez godzinę w TVP międlił to oskarżenie wspierany przez… naukowców. Było to głupie i wredne.

Koledzy, podwładni, przyjaciele podejmowali próby zrobienia filmu o Walterze. Szukano ludzi, którzy go znali, nagrywano wypowiedzi. Robili to fachowcy z TVN. Wiadomo, że zręcznie potrafią manipulować, ale najwyraźniej przesadzili w pochwałach, ponieważ koniec był taki, że Walter film o sobie wstawił na półkę. Nie zgodził się, bo najwyraźniej podwładni przesadzili. Nawet bardzo zręczny pan Miszczak Waltera nie przekonał. Zresztą wielokrotnie podejmowano próby zrobienia filmu o Mariuszu Walterze, ale mądry jest ten kto nie pozwoli przesadzić pochlebcom.

Przypomina mi się epizod ze Studia 2 gdzie robiłem m.in. wymyślone przez Waltera „Dni autorskie”. Raz na miesiąc całodzienne przeglądy dorobku najsławniejszych twórców telewizji. A byli to Gruza, Hanuszkiewicz, Antczak, Przybora i Wasowski, Wojtyszko, Bogusław Kaczyński i jeszcze kilkunastu innych. Pomiędzy prezentowanymi dokonaniami twórców były wywiady i wypowiedzi nagrywane uprzednio w studio. I zdarzyło się tak: Bożena Walter (prowadząca) i Aleksander Bardini (bohater programu) wchodzą do studia, największego jakim dysponowało na Woronicza TVP. I co widzimy. Scenograf, wybitny zresztą i pracujący z sukcesami do dziś, więc pominę nazwisko, uczeń profesora, żeby dogodzić swojemu mistrzowi wymyślił wielką piramidę, na szczycie której ustawił wypasione fotele. Zrobił Olimp a rozmówcy mieli być Bogami. Patrzę na pana Bardiniego a ten staje się coraz bardziej czerwony na twarzy, i nagle jak nie ryknie: – Coś ty mi tu k… zrobił! Rozpieprzyć mi to natychmiast. Mają być ceglane ściany studia, na środku stolik i dwa krzesła.

Podlizywanie się i przypodobywanie to największa choroba i grzech wszelkich telewizji. Było tak i jest. Jednak mądrzy szefowie takie zakusy tłumią. Mądrzy nie boją się, że podwładni zajmą ich miejsce. Mądrzy są po prostu lepsi.

Studio 2 to była wprawka. Tak jak i samodzielnie wykonywane reportaże telewizyjne i filmy dokumentalne. Z ducha był Mariusz Walter po prostu reporterem. A to więcej znaczy i jest trudniejsze niż redaktorskie tytuły. Zauważono ten talent nie tylko w kraju, ale i za granicą. Reżyser zdobywał liczne nagrody na zagranicznych festiwalach. A tam to już na pewno nie było nepotyzmu i kumoterstwa. Były za to prawdziwe pieniądze.

Zawistni zawsze szukają dziury w całym. Ale niech pamiętają, że Mariusz Walter odmówił władzy pracy w telewizji w stanie wojennym. Wypatrzył go, docenił zdolności i dał wielką szansę biznesmen Wejchert. O nim też warto napisać uczciwą książkę, zrobić film, pokazując obie strony medalu.

TVN stworzył Walter od zera. Jaki koń jest – każdy widzi. Wielu chciało, ale tylko nielicznym i to połowicznie się udało. Teraz mamy mnogość telewizji. I wybór. Również polityczny. Polska jest przerąbana na pół. Przede wszystkim właśnie medialnie. Choć osobiście ciągle jestem po prawej stronie – często bezsilny a nawet wściekły.

Większośc „ludzi Waltera” już poumierało lub pogubiło się gdzieś. Zresztą prawie nikt już ich nie pamięta. To normalne tak jest w życiu. Idą ławą młodzi. Zresztą, telewizja jest od pokazywania a więc dla młodych. Są rzeczywiście piękni i wykształceni. Ale orać trzeba także na ugorze. A tu jest już mniej chętnych. Chętnie za to ryją pod innymi. A przecież jest w czym wybierać. To w naszym pięknym kraju są rzesze pięknych ludzi tylko trzeba ich odszukać i pokazać – nie na 5 minut ale przynajmniej na godzinną rozmowę. Takich, którzy mają dorobek życia albo wielkie zdolności. Do tego są reportaże i filmy. Tak robił Walter. Magazyny na Woronicza pękają w szwach od dobrych produkcji. Trzeba tam tylko włożyć rękę i wyjąć. Telewizje mielą, jak leci ale codziennej sieczki nikt nie będzie pamiętał. Przejdzie jak mroźna zima, pandemia. Zapomniane będą kłamstwa i manipulacje. Zawsze mają miejsce złośliwe i wredne działania. Na bieżąco szkodzą ale w dłuższej perspektywie dobrym i zdolnym twórcom nie zaszkodzą.

Oczywiście, że nie ma ludzi niezastąpionych i nie każdy musi kochać każdego. Oceniajmy jednak tych, którzy odeszli patrząc na to co zrobili. Nie z perspektywy dnia dzisiejszego, politycznej rywalizacji, incydentów. Telewizje, radia turlają się i będą się turlać. Zawsze władza chce nimi i poprzez nie rządzić, by pozyskiwać wyborców. To oczywiście błąd. Ludzie dostrzegają prawdy życia i prawdy mediów. Trzeba zaryzykować i uwierzyć, że społeczeństwo już dorosło i nie jest głupie. Decydentów mamy wielu, zbyt wielu. Bezpośredniej agitacji też jest za dużo. Oczywiście powinniśmy słuchać tych, których wybraliśmy demokratycznie. Oczywiście do czasu, bo jeśli się nie sprawdzają, mamy następne wyborcze terminy. Ważne by wybierać nie „swoich”, ale najlepszych.

Mariusz Walter chorował od dłuższego czasu. Na to się nie poradzi. Może amerykańska telewizja w Polsce byłaby lepsza, uczciwsza, gdyby był zdrowy, nadal żył i nią kierował. Może. Teraz można i należy już tylko wyrazić szacunek i podziękować za to, co długoletnim trudem codziennym zrobił. Wściekłość i domysły zostawmy ludziom lubiącym działać zazdrośnie i niesprawiedliwie.

To była długa droga – ze Lwowa, przez Kraków i Gliwice do Warszawy. Ludzie wierzący, gdy spotkają kiedyś zamordowanego w Kijowie ojca pana Mariusza niech zapytają, czy jest dumny z syna. Myślę, że tak. A to przecież najważniejsza nagroda.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nie tylko Kukliński

Zdzisław Rurarz, dyplomata, ekonomista, wykładowca SGPiS, autor książek, ambasador PRL w Japonii. I Romuald Spasowski, ambasador PRL w Argentynie, Indiach i dwukrotnie w Stanach Zjednoczonych. Obaj na wieść o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego poprosili o azyl polityczny. Obaj zmarli w amerykańskim stanie Wirginia.

Zdzisław Rurarz (ur. 24 lutego 1930 w Pionkach), magisterium uzyskał w Szkole Głównej Służby Zagranicznej, a doktorat w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (w obu przypadkach kończył Wydział Handlu Zagranicznego). Tytuł jego pracy doktorskiej brzmiał: „Rola zewnętrznych źródeł finansowania rozwoju gospodarczego krajów słabo rozwiniętych”, a habilitacji: „Ekspansja kapitału USA”.

                                                                  Komu Pan służy?

W 1945 r. wstąpił do Związku Walki Młodych, w 1946 r. do Polskiej Partii Robotniczej. W 1954 r. został członkiem Komitetu ds. Nauki przy Biurze Politycznym KC PZPR. Od 1956 r. pracował w Ministerstwie Handlu Zagranicznego – najpierw jako naczelnik Wydziału Amerykańskiego, później naczelnik Wydziału Północnoamerykańskiego, ostatecznie doradca ministra. W latach 1962-1966 attaché handlowy przy Biurze Radcy Ekonomicznego Ambasady w Waszyngtonie, a w latach 1969-1971 reprezentował PRL przy Biurze ONZ w Genewie. Od września 1971 do grudnia 1972 był członkiem zespołu doradców ekonomicznych Edwarda Gierka. W latach 1976 – 1981 szefował Zespołowi Doradców Ekonomicznych Ministra Spraw Zagranicznych.
6 lutego 1981 r. Rurarz został nominowany ambasadorem PRL w Japonii, akredytowanym także na Filipinach. Po ogłoszeniu stanu wojennego, 23 grudnia 1981 r. schronił się w ambasadzie USA w Tokio prosząc o azyl polityczny. Kiedy informacje o jego ucieczce dotarły do Polski, został przewieziony wraz z rodziną do USA, gdzie mieszkał do końca życia.

W liście otwartym do Wojciecha Jaruzelskiego pozostawionym w Tokio napisał: „Panie Generale, wydając rozkaz użycia Wojska Polskiego przeciwko polskiemu narodowi, zapewnił Pan sobie miejsce w naszej krwawej historii jako oprawca tegoż narodu. […] Czyżby Pan, Generale, był tak naiwny, że nie zdaje sobie sprawy z faktu, komu Pan służy?”.

Człowiek niezłomnych zasad

Z powodu ucieczki Rurarza do USA PRL-czycy odebrali mu obywatelstwo, skonfiskowali majątek i… skazali (zaocznie) na karę śmierci „za zdradę ojczyzny”. W USA wystąpił przed komisją Kongresu, potępiając politykę Jaruzelskiego, a wprowadzenie stanu wojennego określił „wypowiedzeniem wojny narodowi przez rząd”. Wzywał polityków amerykańskich do wprowadzenia sankcji ekonomicznych wobec PRL-u.

Po 1989 r. sądy III RP zamieniły Rurarzowi karę śmierci na 25 lat pozbawienia wolności, a potem skasowały wyrok, nie postanawiając jednak o zwrocie majątku. Dyplomata – uciekinier z nieufnością podchodził do przemian w Polsce, dlatego nigdy nie wrócił do Ojczyzny obawiając się o życie. Również po śmierci uhonorowały go nie władze polskie, ale amerykańskie.

Ambasador USA w Polsce Victor Ashe stwierdził: „Ambasador Rurarz był człowiekiem niezłomnych zasad, który w czasie trudnym dla Polski podjął niełatwą decyzję, by twardo bronić swoich przekonań, i zostanie zapamiętany dzięki swojej odwadze”. Zdzisław Rurarz ostatnie lata życia spędził w Reston w Wirginii, gdzie zmarł 21 stycznia 2007 r.

                                           Nie mogę reprezentować

Romuald Spasowski (ur. 20 sierpnia 1921 w Warszawie) był synem marksistowskiego filozofa Władysława, który wpoił mu poglądy komunistyczne. Zapewne dlatego młody Romuald wstąpił w czasie II wojny światowej do Polskiej Partii Robotniczej.

Po zakończeniu wojny i zaliczeniu sowieckich kursów, został współpracownikiem komunistycznego kontrwywiadu wojskowego (bezpieka wojskowa), oddelegowanym m. in. na stanowisko szefa Polskiej Misji Wojskowej ds. Zbadania Niemieckich Zbrodni Wojennych. W ramach funkcji dyplomatycznych, prócz pracy w warszawskiej centrali MSZ, od 1947 r. Spasowski pracował w Düsseldorfie, Londynie i Buenos Aires. W latach 1955–1961 był ambasadorem w Waszyngtonie, potem w Indiach, akredytowanym w Nepalu, Singapurze i Cejlonie.
1 grudnia 1977 r. został po raz drugi ambasadorem w Waszyngtonie. W grudniu 1980 r. odbył z żoną tajną podróż do Watykanu, gdzie spotkał się z papieżem Janem Pawłem II. Spasowski wskazywał później, że wizyta ta miała decydujący wpływ na jego dalsze życie. Spasowski ochrzcił się w 1985 r.

21 grudnia 1981 r. poprosił o azyl polityczny. „Nie mogę dalej reprezentować władzy odpowiedzialnej za akty brutalności i przemocy. Zwróciłem się do rządu Stanów Zjednoczonych o ochronę i udzielenie azylu politycznego mnie i mojej rodzinie” – takie oświadczenie złożył 22 grudnia 1981 w Departamencie Stanu USA.

                                                         Parasol Reagana

O decyzji przesądziły informacje o zabiciu 9 górników w kopalni „Wujek”.
– W Polsce panuje junta wojskowa, która wypowiedziała wojnę polskiemu narodowi, która bezceremonialnie i kierując się rozkazami z zewnątrz działa przeciwko narodowi – mówił w wywiadzie z Janem Nowakiem-Jeziorańskim na antenie Radia Wolna Europa. – Jestem absolutnie przekonany, że Jaruzelski odgrywa w tej tragedii narodu polskiego jak najbardziej negatywną rolę.
Prośbę o azyl przyjął prezydent Ronald Reagan, przyjmując Spasowskiego i jego żonę w Białym Domu. Kiedy były ambasador opuszczał budynek w strugach deszczu, Reagan niósł nad głową państwa Spasowskich parasol.

Romuald Spasowski przekazał Amerykanom wiele informacji dotyczących polskiej ambasady w USA, m.in. o zabezpieczeniach i szyfrowaniu informacji. Był również sporadycznie wykorzystywany w charakterze eksperta w sprawach polskich. Utrzymywał się z wykładów.

W odpowiedzi komuniści skazali go zaocznie na karę śmierci za zdradę. 4 października 1982 r. taki wyrok wydała Izba Wojskowa Sądu Najwyższego, pozbawiając go również praw publicznych na zawsze oraz przepadek mienia. 30 października 1985 r. Rada Państwa odebrała mu także obywatelstwo polskie.
Romuald Spasowski został uniewinniony w 1990 r., a trzy lata później przywrócono mu polskie obywatelstwo. Do Polski nigdy nie przyjechał obawiając się o życie. Utrzymywał się z prowadzenia wykładów. Zmarł 11 sierpnia 1995 r. w Oakton w stanie Wirginia.

– Zawiniłem dużo wobec narodu polskiego przyłączając się do komunistów, tak święcie uważam – mówił w wywiadzie dla Jacka Kalabińskiego, amerykańskiego korespondenta RWE.