CEZARY KRYSZTOPA: Tuskowe, czyli program społeczny PO. Tylko dla bezpieki?

W dość powszechnej opinii, pomimo oficjalnych deklaracji, Platforma Obywatelska jest wrogiem programów społecznych i w razie dojścia do władzy te programy zlikwiduje. Jak się okazuje jednak, niezupełnie jest to prawdą. Platforma Obywatelska znalazła grupę społeczną, do której jest gotowa skierować taki program. Tą grupą szczęśliwców okazali się byli pracownicy komunistycznych służb, którym nieludzki PiS obniżył emerytury w ramach ustawy dezubekizacyjnej

– (…) nie podoba mi się też pisowski model, który jest ewidentnie odwetem. Jest kompletnie nieracjonalny (…) Krzywdy na pewno zostaną naprawione – mówił Donald Tusk na spotkaniu z wyborcami w Siedlcach odpowiadając na pytanie jednego z wyborców, który czuł się skrzywdzony.

Andrzej Rozenek

Co ciekawe, jak przekazał Donald Tusk, mają pracować nad tym Tomasz Siemoniak i… Andrzej Rozenek, wychowanek Jerzego Urbana, przez wiele lat jego „uczeń” w tygodniku „Nie”, którego był nawet wicenaczelnym. Swego czasu (w 2010 roku) zapraszany na zebranie Klubu Wałdajskiego (obok Adama Michnika), gdzie spotkał się z Władimirem Putinem.

Żeby wiedzieć jaką to krzywdę chce naprawiać Donald Tusk, warto przypomnieć w jaki sposób „krzywdziła” ustawa dezubekizacyjna. Otóż w ramach ustawy zdecydowano, że emerytury funkcjonariuszy byłych komunistycznych służb, nie mogą być wyższe od ŚREDNIEJ emerytury. Średniej.

„Krzywda”

Latami w III Rzeczpospolitej byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb cieszyli się wysokimi emeryturami, podczas gdy ich ofiary często klepały biedę. Ustawa dezubekizacyjna nawet nie obniżała poziomu emerytur ubeków do poziomu najniższego, ale do poziomu średniej emerytury pobieranej przez emerytowanych Polaków. Często nadal wyższej od poziomu emerytur ofiar. Warto dodać, że byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb, nie płacili w PRL składek ZUS, więc na ich emerytury złożyły się również ich ofiary.

I ten średni poziom Donald Tusk uznaje za „krzywdę”, którą chce naprawić. A nad rozwiązaniami pracuje Andrzej Rozenek.

Platforma Obywatelska uważa się za partię o korzeniach solidarnościowych. A może już się nie uważa. Kto ich tam wie.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy w Rosji przestępcy będą mogli być deputowanymi?

W Rosji rozgorzała „kontrolowana dyskusja”, czy powinno się umożliwić przestępcom, objętych „amnestią” za udział w wojnie w Ukrainie, kandydowanie w wyborach.  

Prywatna firma wojskowa „Wagner” z Rosji została uznana w USA za „międzynarodową organizację przestępczą”. Departament Skarbu USA opublikował informacje o firmach z Rosji, Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, które pomagają „wagnerowcom”. Ich aktywa, konta i mienie za granicą zostaną zablokowane. Za współpracę z nimi przewidziana jest odpowiedzialność karna. „>Wagner< to organizacja przestępcza, która popełnia przestępstwa na dużą skalę i łamie prawa człowieka na całym świecie. Zidentyfikujemy jej uczestników i tych, którzy im pomagają” – powiedział przedstawiciel Rady Bezpieczeństwa Narodowego Białego Domu John Kirby.

Oddziały „Wagnera” aktywnie walczą na Ukrainie. Większość tych jednostek została zwerbowana przez właściciela firmy Prigożyna w ostatnich miesiącach spośród przestępców odbywających wyroki za ciężkie przestępstwa w rosyjskich więzieniach. Są to mordercy, osoby skazane za rozboje i inne poważne przestępstwa. Karę więzienia zamieniono im na udział w formacjach wojskowych podczas wojny w Ukrainie.

W samej Rosji stosunek do bandytów, którzy wyróżnili się już w konfliktach i wojnach na całym świecie, jest zupełnie inny. Pisze o tym sewastopolski portal ForPost. Na przykład rosyjski deputowany Andrij Gurulew, członek komitetu obrony Dumy Państwowej, powiedział, że „uczestnicy wojny na Ukrainie, w tym >wagnerowcy< rekrutowani spośród byłych więźniów, są godni angażowania się w politykę i kandydowania na deputowanych”. Uważa on, że ​​„są wśród nich ludzie dobrze wykształceni, o szerokich horyzontach, posiadający kompetencje do działalności prawodawczej”.

Pomysł deputowanego ewidentnie kłóci się z obowiązującym prawem, chociaż w Rosji dostosowywanie przepisów do bieżących potrzeb nie jest wielkim problemem. I tak Jewhen Kolyushin, członek Centralnej Komisji Wyborczej Rosji, przypomniał w rozmowie z dziennikarzami, że zgodnie z obowiązującym prawem osoby skazane za poważne i szczególnie poważne przestępstwa mogą być wybierane do organów państwowych nie wcześniej niż 10 – 15 lat po usunięcie wpisu w rejestrze karnym. „Obecne ustawodawstwo zawiera 54 artykuły, które zabraniają wyboru osób skazanych za drobne przestępstwa, jeśli minęło mniej niż pięć lat od ich skazania. Do tej pory nikt nie anulował tych norm prawnych” – podkreśla Kołushin.

Jednak wszystko może się zmienić i to dość szybko. Jak pisze rosyjska gazeta „Wiedomosti”, partia „Jedna Rosja” już przygotowuje się do nominacji byłych żołnierzy, ochotników , którzy walczyli w Donbasie, w wyborach w 2023 roku, zarówno do organów ustawodawczych, jak i wykonawczych. Udział w wojnach i bitwach będzie liczył się jako czynnik dający im przewagę.

Następnie, 17 stycznia podczas otwarcia wiosennej sesji w Dumie Państwowej lider partii „Sprawiedliwa Rosja” Serhij Mironow zaproponował zalegalizowanie prywatnej firmy wojskowej „Wagner”, w której setki więźniów służy jako ochotnicy i nadania im wszystkim statusu prawnego. Członek Komitetu Obrony Dumy Państwowej, generał rezerwy Andrij Gurulew powiedział, że „wielu z nich dokonało bohaterskich czynów i należy to docenić”. Opowiadał się za nominacją na deputowanych ułaskawionych bohaterów, czyli byłych zbrodniarzy, którym więzienie zamieniono na udział w wojnie.

„Dlaczego byli kombatanci nie zostaną dobrymi politykami? Tak, byli więźniami z różnych artykułów, ale zgłosili się na ochotnika do obrony Ojczyzny. Co więcej, byli w prywatnej firmie „Wagner”, gdzie istnieje dość surowe podejście do wykonywania misji bojowych. Myślę, że w przyszłości mogą być zaangażowani w politykę” – powiedział generał i poseł Gurulew.

Wniosek jest więc taki, że prawo trzeba zmienić. Niektórzy eksperci nie zaprzeczają, że artykuły z ograniczeniami dotyczącymi ułaskawionych przestępców, uczestników wojny na Ukrainie, mogą zostać w najbliższym czasie usunięte. Od pomysłu do zmiany prawa może być bardzo krótka droga. Dziś „Jedna Rosja” ma konstytucyjną większość w Dumie Państwowej. Nic nie stanie na przeszkodzie, by jej posłowie głosowali za dopuszczeniem przestępców do walki o mandaty poselskie.

Obecnie w Rosji toczy się „kontrolowana dyskusja” na ten temat. W rolę przeciwnika propozycji generała Gurulewa wcielił się adwokat i były śledczy śledczy Ihor Markiełow. Mówi, że „pytanie nie dotyczy nawet więźniów. Nie mamy ZSRR, żeby każdy kucharz, jak powiedział Lenin, mógł rządzić państwem. To bardzo nieprzyzwoita inicjatywa. Dlaczego więc od razu nie zaproponować objętym amnestią przestępcom stanowiska prezydenta lub wysłać ich na podbój galaktyki?” – powiedział dziennikarzom Markiełow.

„Najpierw szkolisz człowieka, dajesz mu odpowiednie doświadczenie, a potem on sam podejmie decyzję o uczestnictwie w wyborach. Błędem jest po prostu przekazanie mandatu posła komuś tylko dlatego, że jest byłym sportowcem, artystą, czy objętym amnestią przestępcą” – uważa.

Politolog Ołeksij Makarkin również wytyka wady pomysłu uchylenia furtki prawnej, która umożliwiałaby przestępcom start w wyborach. „Oczywiście teoretycznie w obowiązujących przepisach można wprowadzać wszelkie poprawki i uzupełnienia. Ale wtedy konstrukcja prawa stanie się bardzo dziwna. Osoba, która popełniła szczególnie poważne przestępstwo, a następnie walczyła, będzie miała prawo startu w wyborach, a osoba, która popełniła przestępstwo średniej wagi, mniej niebezpieczne, ale nie walczyła, nie uzyska tego prawa. Powstanie paradoks” – powiedział Ołeksij Makarkin.

Politolog wątpi też, czy świadomi wagi swojego głosu wyborcy będą chętnie głosować na kandydatów-przestępców. „Jest mało prawdopodobne, aby głosowali na kandydata z przeszłością kryminalną, oczywistego przestępcę” — uważa Makarkin.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Co się stało z obrazem Rubensa z Kalisza?

13 grudnia 1973 roku. Niedawno dostałem pracę w telewizji. Zaprotegował mnie Edward Mikołajczyk, który kompletował „nowych” w redakcji publicystyki Jerzego Ambroziewicza. Po zwolnieniu ludzi Sokorskiego szukano „bojowych” reporterów. A ja pracując wtedy już 8 lat w „Sztandarze Młodych” wykonałem kilka śledczych reportaży. Jestem już żonaty i mamy z Ewą dwie córki. Żyję ostro i pracuję non stop. Mam kilka propozycji – pracę w „Expressie Wieczornym” I „Sportowcu”. Jednak telewizja jest najbardziej kusząca, więc się cieszę. Robotę dostałem.

O godzinie 12 owego dnia dostaję cynk ze straży pożarnej, że w nocy był pożar w kościele św. Mikołaja, w Kaliszu przy ulicy Kanonicznej. To najstarszy parafialny kościół w mieście. Słynny z tego, że w ołtarzu znajduje się drogocenny i jedyny w Polsce obraz Rubensa – Zdjęcie z Krzyża. Kamery filmowej nie mam, jedynie aparat fotograficzny Pentacon. Dość dobry jak na tamte czasy. Mam też samochód. Jadę.

Na miejscu jestem po dwóch godzinach, legitymacja prasowa pomaga, pierwszy policjant z kordonu odgradzającego kościół od gromadzących się coraz liczniej Kallszan przepuszcza. Zatrzymują mnie dopiero pod drzwiami kościoła.

Milicjant wraca z cywilem, który niewyraźnie się przedstawia i wyraźnie dodaje – prokurator

– Nie wejdziecie do środka. W nocy był pożar. Spłonął cały ołtarz. I to wszystko. Do widzenia – słyszę.

Cholera! Jeszcze zobaczymy. Przypomina mi się akcja, którą przeprowadziłem niedawno w Pruszkowie. Szukałem tam złodziei w zakładach nowoczesnych obrabiarek sterowanych numerycznie – „1 maja”. Kradziono tam części i całe podzespoły. Reportaż wówczas zrobiłem. Poznajdywałem kable i silniki u okolicznych chłopów, „Sztandar” to wszystko wydrukował, trochę ciągano mnie, ale w końcu dostałem nawet nagrodę.

Łażę po mieście. Gdy się ściemniło jestem znowu pod kościołem. Wszystko pozamykane. Ale gliniarze odjechali. Na zapleczu plebani kręci się jakiś człowiek. Papieroska? Ogólna gadka-szmatka. To pomocnik kościelnego. Okazuje się, że czyta „Sztandar Młodych”. Od słowa do słowa dowiaduję się sporo. Ogień wybuchł w nocy. Mój rozmówca pobiegł po proboszcza, ale nie zastał księdza. Zbudzi, wikarego. Dzwonili na milicję i do straży. Potem podbiegł pod drzwi, ale gdy je otworzył „buchnęła taka gorąc, że musiałem drzwi zatrzasnąć z powrotem”. Za chwilę były już strażackie wozy.

„Sztandar Młodych” był moją szkołą reporterki. Uważam, że była to dobra redakcja z wieloma ciekawymi ludźmi. I wtedy i teraz uważam, że ten zespół trzymał twarz. No, może z małymi wyjątkami. Obyczaje były jednak inne. Po planowaniu numeru pojawiała się często butelka i po prostu się piło. Razem z kierownictwem, z tą częścią, która miała najwięcej do gadania. Tacy jak ja biegali po wódkę.

♦                           •                                 ♦

Oczywiście i tym razem miałem ze sobą piersiówkę. Pomocnik kościelnego dał się namówić. Po jednym, po drugim. Potem Już nie było problemów. Moja lampa błyskowa była słabiutka. Facet przytargał kable, oświetliliśmy zupełnie nieźle ołtarz. Trzymał mi lampy a ja robiłem zdjęcia jak oszalały. Oczywiście wtedy nie można było sprawdzić w aparacie na miejscu jaki był wynik działania. Film był polski, z fotonu, ale czuły. Żeby zdążyć na „Panoramę” o 21-szej, trzeba było wracać. Miałem Fiata 125, takiego jeszcze na włoskich częściach. Dałem solidnie w rurę Pod Warszawą zatrzymała mnie drogówka. – Panie, chce się pan zabić?

Mówię, że wiozę zdjęcia z pożaru do telewizji. Wtedy słowo telewizja miało moc. Jedź pan! Zaprzyjaźniona kobitka w telewizyjnej pracowni foto na Woronicza szybko wywołała negatyw i zrobiła wielkie odbitki. Napisałem tekst i pobiegłem do redakcji Panoramy. Byt to telewizyjny tygodniowy przegląd wydarzeń w kraju. Niedawno po tym programie miała miejsce draka, o której było dość głośno. Mianowicie dwaj Jackowie – Maziarski l Snopkiewicz robili sobie na antenie jaja mówiąc o sprawach gospodarczych kraju przebrani w końskie maski. „Panorama” była dość popularna. Redaktor programu wziął moje zdjęcia przedstawiające spalony ołtarz i krótki tekst informacyjny dla lektora. Popatrzył na mnie z uznaniem – Bardzo dobrze synu – powiedział. Na tym moja rola się zakończyła. Pojechałem dumny i zadowolony do domu. – Żono mówię. Siadaj i patrz.

Czołówka. Prowadzący. Polityczne ple, ple – I sekretarz to, premier tamto. Czekam w napięciu, a tu guzik. Słyszę: – Załoga fabryki kuchenek we Wronkach wykonała wspaniałe zobowiązanie, dodatkowo wyprodukowała 400 sztuk kuchenek. Krew mnie zalała i już nie słyszałem co w telewizji spiker czytał, żona się śmieje. Klepie mnie czule po ciemieniu. – Nie denerwuj się Funiek.

Skoro świt pognałem pod gabinet szefa. Stoję, czekam. Jestem naładowany. Idzie. Wielki łysy facet w rozchełstanym białym kożuchu. Kupowało się wtedy takie od ruskich oficerów z Rembertowa. Odwarknął dzień dobry i wszedł do gabinetu. Czekam dalej – Proszę. Ambroziewicz jest wyraźnie podirytowany. Taka sytuacja zawsze działa na mnie jak płachta na byka. Pomyślałem, że to koniec mojej krótkiej telewizyjnej kariery. Trudno. Widzę jednak, że naczelny choć wyraźnie zły jest jednak zmieszany. Widać, że chyba się trochę wstydzi.

– No, musiałem Pański materiał wymienić. Przyszło to zobowiązanie z Wronek.

Nawet nie patrzę na niego. Żal mi dziada. Potem gada jeszcze jakieś komunały no i jeszcze pochwałę dla mnie. Ale… niestety trzeba było tak zrobić, jak zrobił. Dowiedziałem się później, że przyjechał do telewizji i w ostatniej chwili i zdjął materiał.

O redaktorze Jerzym Ambroziewiczu wiedziałem co nieco: że jako chłopak był listonoszem w czasie Powstania Warszawskiego, że był w redakcji „Po Prostu”, że zamknął się we Wrocławiu za kordonem sanitarnym i napisał potem świetną reportażową książkę o dżumie, czy innej cholerze. Wiadomo też było, że postawił na niego Maciej Szczepański. (Potem, znacznie później, Ambroziewicz bronił Gierka do ostatka i oczywiście oberwał od Jaruzelskiego).

Słuchałem tego wszystkiego raz blady a raz czerwony na twarzy. W końcu była to jednak lekcja pokory. A złość musiałem schować do kieszeni. Szumiała mi już w głowie telewizja. Aż do 13 grudnia 1981 roku. Wtedy sam z rozmysłem trzasnąłem drzwiami mając w dorobku kilkadziesiąt filmów dokumentalnych i wiele dużych programów. Nie żałuję i żadnego się nie wstydzę.

♦                                 ♦                                 ♦

Po roku od pożaru zwołano konferencję prasową i oświadczono dziennikarzom, że śledztwo zostało zakończone. W uzasadnieniu o umorzeniu postępowania napisano: „W świetle zebranego materiału dowodowego stwierdzić należy, iż brak jest podstaw do twierdzenia, aby pożar powstał w wyniku działania przestępczego”. Zacytowałem dosłownie. I to było wszystko.

Ktoś mi doradził – nie podskakuj młody, dopiero u nas zaczynasz. Mogłem sobie w domu oglądać powiększone do dużego formatu fotogramy. Przez całe lata ogień w kościele św. Mikołaja w Kaliszu nie daje mi spokoju. Pamiętam każde słowo wypowiedziane przez wszystkich z którymi rozmawiałem. Pamiętam wielkie kilkunastometrowej długości piszczałki, które leżały na posadzce nawy. Powypadały, choć organy znajdowały się w tym wielkim kościele kilkadziesiąt metrów od ołtarza. Pytałem różnych pożarników. Mówili, że we wnętrzu musiała być bardzo wysoka temperatura. Taką wytwarza napalm.

Pytania bez odpowiedzi dotyczyły również samego ołtarza. Wysoki na kilkanaście metrów pozostał z nienaruszonymi kolumnami bocznymi. Tylko wszystko między tymi słupami zostało doszczętnie spalone lub usunięte. A więc od dołu – od mensy ołtarza – bez śladu po ramach i ich zawartości. A był to najwspanialszy i najdroższy wtedy w Polsce oryginalny Rubens. Pochodzący ze szkoły malarza, kupiony przez polskiego możnowładcę i podarowany kościołowi. Wszyscy o tym wiedzieli. Niestety również złodzieje. Czarna dziura patrząc do góry przedstawiała kompletnie wypalone wnętrze. Nie było również wyżej drugiego obrazu, ze św. Mikołajem, a także okrągłego malowidła pokrytego ornamentami, które zwieńczało ołtarz. Tak jakby ktoś dokładnie zaplanował, jak ma płonąć ogień. Pod kontrolą. Fachowo.

Jeśli ktoś wtedy temu wszystkiemu się dziwił – to po cichu. Przez lata wokół pożaru była cisza. Cenzuralny zapis. Mimo to kilka razy próbowałem wrócić do tematu. Już w latach osiemdziesiątych w okresie Solidarności i potem pod koniec lat dziewięćdziesiątych pytałem w artykułach, dlaczego nikt nie wraca do zaniedbanego śledztwa. Pisano wtedy dużo o aferach bandyckich, złodziejskich napadach. O tym, że dla zdobycia środków podejrzewane są tajemnicze służby. Wszystko się jednak kończyło na niczym. Były tylko domysły, oskarżenia i koniec.

Umierają kolejno świadkowie tamtych dni. Kiedyś popularny był taki kawał: co wyróżnia ulicę Rakowiecką w Warszawie? Otóż zaczyna się ona „Moskwą” (to było kino), potem jest MSW (następca UB), potem więzienie, trochę niepodległości (chodzi o aleje) i wreszcie pętla (tramwajowa, bo była tam takowa).

*                                *                                *

Pokoje redakcji publicystyki w latach siedemdziesiątych były na Woronicza w czteropiętrowym długim budynku na prawo od wyburzonego niedawno wieżowca z gabinetami prezesów. Na parterze w tym długim budynku po prawej stronie siedzieli ludzie Ambroziewicza – Pach, Tepli, Walter i rzut drugi Mikołajczyk, Snopkiewicz. Pokoiki zajmowali – jednak jakby nie było ci najważniejsi, bo wyrobnicy ładujący na co dzień do propagandowego pieca. Wielu z nich zawodowo było bardzo dobrych – Błachowicz, Smolińska, Grabowska, Słoniewicz, Bekajło, Grelowski, Przysiecki, Auguścik, Jurga, Szotkowski, Mokrosińska, Wieczorek, Duraj, Klimas.

Po drugiej stronie – lewej – szefował Janusz Rolicki. Tak, to ten sam co jeszcze w różnych telewizjach krytycznie gada. Robi teraz za lewicowo-centrowego nestora. Krok w krok wybijała się tam wtedy na niepodległość (oczywiście ograniczoną) Nina Terentiew. Ale o tym może innym razem. Pamiętam, że co jakiś czas pojawiała się na tym korytarzu grupa dziwnych facetów. Mroczni, raczej mało eleganccy, pięćdziesięcio-sześćdziesięciolatki. Stali chwilę pod drzwiami gabinetu Ambroziewicza i ćmili śmierdziele typu Sport i Wczasowe. Nasz szef nie palił i w jego gabinecie to było niedozwolone. Potem niektórych z tych typów widywałem na ekranach w relacjach z konferencji MSW i innych ważnych obradach. Wtedy nikt z nas – maluczkich – nawet nie pytał, kto to. Przyjeżdżali, oglądali sobie niektóre programy. Normalka.

Nie wiem czy moje drobne dziełko o pożarze w Kaliszu obejrzeli również. Ale wiedziano, że coś takiego ma być wyemitowane i to wystarczyłoby nakazać szefowi aby w trybie pilnym usunął informację. I tak się stało wtedy tuż przed emisją „Panoramy”.

Jestem już dość stary, ale gdyby szefowie IPN-u dali mi pogrzebać w materiałach kiszczakowych, tak obecnie nagłaśnianych – szarpnąłbym się jeszcze raz. Oczywiście nie mam wątpliwości, że wtedy w Kaliszu nie był to żaden przypadkowy pożar. Niby od źle izolowanych kabelków elektrycznych za ołtarzem. Wtedy w 1973 roku działałem trochę wspólnie z kolegą reporterem z „Expressu Wieczornego” szybko dogadaliśmy się i wymienialiśmy informacje. Jeśli jeszcze żyje spróbuję go odszukać. Tak samo jak księdza proboszcza, który w tragicznym dniu nagle jakoś dziwnie wyjechał na noc z Kalisza. Był to człowiek około pięćdziesięcioletni, dlatego teraz być może odszukanie nie będzie już możliwe. Ale chyba żyje jeszcze wikary. Pamiętam tego młodego księdza. Usiłowałem go również pytać, ale on tylko nerwowo poprawiał jakiś bambetle w pokoju. Zapamiętałem adapterek marki Bambino postawiony na podłodze koło mizernej kozetki.

*                                *                                *

Jeśli obraz został fachowo zdjęty, wywieziony, sprzedany – to za ile i komu? To nie było włamanie byle jakie do banku lub jubilera. Zginął skarb – Rubens. To się wtedy najwyraźniej nie liczyło, a teraz powinno. Miejmy nadzieję, że gdzieś, u kogoś obraz się znajduje.

Może w notatkach rodzimego generalissmusa bezpieki jest jakiś ślad: data 13 grudnia 73 roku, słowo Kalisz, a może nazwiska wykonawców akcji albo choć inicjały. Ktoś to musiał zrobić i szefostwo na pewno o tym wiedziało.

Czy zacznie się w końcu kiedyś śledztwo w tej sprawie? Kto wywiózł obraz, kto go kupił? Myślę, że prokurator, który mnie wyrzucił z kościoła jeszcze żyje. Był wysoki i dość gruby, ale jeszcze nie stary. Może dręczy go sumienie. Teraz gdy strachy już nie na lachy. Może.

Gdy patrzę na szefów IPN mam mieszane uczucia. Czy ci prezesi i dyrektorzy znajdą w sobie dość odwagi by sprostać zadaniom, które stoją przed nimi? Niespodziewanie Pani Babcia Kiszczakowa przyniosła im do rączek to czego nie mogli lub nie chcieli znaleźć.

Kiedyś na lotnisku przed wylotem do Gdańska – dopuszczony do pewnej komitywy z Czesławem Miłoszem (dzięki mojej przyjaźni z jego bratem Andrzejem) – wyrecytowałem wierszyk przypisywany przez żartownisiów Nobliście: „zajrzeli do kufrów, zajrzeli do waliz; do dupy nie zaglądali, a tam miałem socjalizm”. Powiem prawdę: mistrz żachnął się, wcale mu się to nie podobało. Zrobiło mi się głupio, a nawet gorzej – popełniłem błąd. Myślę sobie jednak z nadzieją, że może teraz ktoś zajrzy do kufrów i schowków, że ktoś solidnie poszuka w „drogocennych” pudłach z papierami. Ale trzeba umieć to wszystko czytać. Szukałbym daty 13 grudnia sprzed 50-laty. Może jest tam słowo Kalisz.

♦                          *                                *

Hasło FOZZ, AFERA ZŁOTO, inne – wywołują nadal emocje i lawinę artykułów. Warto zainteresować się również Rubensem z Kalisza. Na pewno stajnie Augiasza u różnych ważniaków, którzy gromadzili specyficznie pojęte zabezpieczenia, nie są jeszcze wyczyszczone. Niektórzy z nich robią wrażenie skruszonych. Niech otworzą szafy. Jaruzelski wiedział, ale nie powiedział. Kiszczak posłużył się kobietą. Żyje przecież jeszcze kilku „wybitnych ludzi honoru”. Na co czekają? Resortowe dzieci cierpią dziś za winy ojców i dziadów. Fakt, że przedtem korzystali z przywilejów i używali sobie. Potem, gdy tatuś, mamusia kończyli kiepskawo, sprzedawali co się dało i fru gdzie pieprz rośnie. Może by jednak oddać te podgniłe papierki – np. mnie.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Przestrzeń atrybutowa i czy można ją posiadać

Sprawozdawca meczu tenisowego Świątek – Pegula, 6 stycznia 2023 roku, stwierdza: „Serwis to jeden z najważniejszych atrybutów Polki”.

I mamy kłopot, bo atrybut to: 1. cecha jakiejś rzeczy, osoby lub zjawiska wyróżniająca je spośród innych; 2. przedmiot o charakterze symbolicznym, ściśle związany z życiem lub działalnością jakiejś postaci; 3. podstawowa cecha przedmiotu, bez której nie mógłby on istnieć lub byłby nie do pomyślenia; 4. część zdania określająca rzeczownik.

Atrybuty i atuty

Tłumacząc prościej. Atrybut to znak dookreślający jakąś postać, realna lub fikcyjną. Atrybutem Neptuna jest trójząb, trzymany przez niego w ręku, Zeusa – piorun, który Zeus trzyma w dłoni. Atrybuty świętych są bardziej skomplikowane, bo jeżeli widzimy figurę świętego, o którego nogi oparte jest koło, a u jego stóp leży lew, to nie znaczy, że ów święty był kołodziejem i hodował lwy, lecz że był łamany kołem, a finalnie został pożarty przez lwy na arenie rzymskiego Koloseum lub w innym amfiteatrze.

Zatem mocny serwis nie jest atrybutem panny Igi Świątek, lecz jej atutem, czyli mocną stroną jej gry. I to zapewne miał na myśli dziennikarz sportowy, a wyszło jak wyszło.

Natomiast atut to: 1. zaleta, możliwość lub argument, których umiejętne wykorzystanie może dać oczekiwany rezultat; 2. w grze w karty: kolor umownie przyjęty przez graczy, bijący wszystkie pozostałe kolory; też: karta w tym kolorze.

Wolałbym, żeby zamiast atutów i atrybutów sprawozdawcy mówili o silnej stronie gry, o ważnym i pewnym elemencie gry panny Świątek.

Milion w tę, milion w tamtą stronę

Pycha kroczy przed upadkiem. A upadek zaczyna się wtedy, gdy wydaje się nam, że już wszystko wiemy, wszystko możemy… Skromność i zdanie sobie samemu sprawy, że do ideału nam daleko jest odtrutką na pychę, a potem upadek.

Niestety na moich oczach, moja niegdyś ulubiona dziennikarka, pani Monika Olejnik, kroczy niechybnie ku upadkowi. Właściwie mogłoby z nią być, jak było, gdyby nie wojna na Ukrainie. Pani Olejnik, jak wielu innych dziennikarzy, nie mających o wojnie i wojsku bladego pojęcia, zaczęła zapraszać do swojej „Kropki na i” generałów i niższej rangi specjalistów. Gdyby jeszcze zadawała tylko im pytania, które wcześniej ktoś by jej pomógł spisać… Ale nie. Ona chce być aktywnym uczestnikiem dyskusji. I aktywnie prowadzi rozmowy, to znaczy, objawia swoje zdanie… Ale co ma robić, skoro prowadzi ja bardziej temperament niż refleksja.

Słynna była jej pomyłka, gdy zamiast mówić o rakietach balistycznych mówiła o rakietach batalistycznych. I jeszcze upierała się przy swoim.

W czwartek 19 stycznia 2023 roku, w kropce gościła generała. I gdy ów wysoki rangą dowódca zaczął mówić, że Rosja chce zgromadzić na kierunku południowej Ukrainy znaczne siły…

Wtedy ani Olejnik przerwała mu i powiedziała:

– Wiem, półtora miliona żołnierzy…

– Nie, nie – najdelikatniej jak tylko można powiedział na to generał – półtora miliona ma liczyć cała rosyjska armia, a na Ukrainę chcą rzucić 300-400 tysięcy ludzi.

Zastanawiam się, dlaczego pani Olejnik brnie w sprawy tak dalece jej obce, Naprawdę jest w Polsce 1000 spraw, które może poruszać. A ona jak zaczarowana brnie tę tysiąc pierwszą. Zakochała się w wojsku, wojnie i wojskowych? Ta miłość może ją przywieźć do zguby.

Posiadanie

Czytam na jednym z portali, że jakaś aktorka jest posiadaczką wielkiego talentu… Z posiadaniem jest w naszym języku kłopot. Posiadać można włości, ziemię orną, łąki, lasy i jeziora. Posiadać można też samochód, willę i mieszkanie. Jednocześnie można to wszystko – po prostu – mieć.

Jak by to ująć… Zdaje mi się, że „posiadanie” jest z pewnością silniejsze, mocniejsze od zwykłego „mieć”.  Jednocześnie są takie przypadki, gdy nie można powiedzieć, że ktoś posiada talent, lepiej i prościej jest powiedzieć, że ów ktoś talent – po prostu – ma. Można też mieć smykałkę do różnych rzeczy, nawet do złodziejstwa. Można mieć ból głowy, ale nie można posiadać bólu głowy.

W takim rozróżnieniu nadzwyczajnego „posiadać” i zwykłego „mieć” pomoże nam jedynie słuch językowy. Ale nikt z takim słuchem się nie rodzi, choć w dużej części można go wynieść z domu, przyswoić sobie z lektur klasyków… Z całą pewnością nie wykształcimy tego nieuchwytnego słuchu językowego oglądając telewizję, słuchając radia i czytając teksty na portalach internetowych. Tam bowiem panuje dzikość form i zwyrodnienie językowych obyczajów.

Są i wyjątki, bo można posiąść kobietę, co zapewne jest archaizmem, z czasów, gdy kobiety należały do mężczyzn, jak ziemia i stada. Strach dzisiaj o tym wspominać, w obawie przed zemstą feministek i stowarzyszonych z nimi burzycieli wszystkich dawnych norm.

 

 

Kolejny apel językowy WALTERA ALTERMANNA: Chrońmy polonistów

Niedawno rząd poinformował, że niebawem Polacy będą uczyć się angielskiego już od pierwszych klas podstawówki. Piękna myśl, żeby Polak nie stawał na obcej ziemi jako ta głuchoniema sierota.  Z wrodzonej jednak złośliwości zacząłem się zastanawiać co z językiem polskim? Przecież jeżeli nadal będziemy mówili tak marnie w języku ojców i matek naszych – dla feministek: matek i ojców – to i po angielsku nigdy dobrze się nie nauczymy. Człowiek bowiem myśli w jednym języku, najczęściej wyniesionym z domu. Zatem proponowałbym rządowi, żeby pomyślał nad wzmocnieniem pozycji języka polskiego w szkolnictwie.

Słyszałem, że w niektórych szkołach uczą już młodzież jeżdzić samochodami. Piękna idea. A coraz częściej też pojawiają się w szkołach lekcje mechatroniki, księgowości, astrofizyki, programowania komputerów… Wszystko to potrzebne i bardzo ładne, ale ośmielam się stwierdzić, że najbardziej potrzebne jest nam wzmocnienie pozycji języka polskiego.

Bo – mili technokraci – to tylko szkolny „język polski” uczy lub może uczyć, precyzji w myśleniu, kontaktowania się z ludźmi na poziomie utylitarnym i abstrakcyjnym.

Gdy moje dzieci robiły maturę, z przerażeniem odkryłem, że egzamin z języka polskiego sprowadza się – w sumie – do rozwiązywania testów. Niegdyś trzeba było umieć napisać „mikro pracę”, ale jednak trzeba było pisać. Potem jednak nasi liberałowie przyjęli „system boloński” w edukacji i mamy marnie piszące pokolenia. I słabo mówiące. Ten system boloński być może sprawdza się w krajach III świata. Ale uraczenie się nim w kraju o takiej tradycji literackiej? Zgroza. Tu przypomnę, że dawny Kongres Liberalno-Demokratyczny (jeden z poprzedników Platformy Obywatelskiej) proponował nawet państwową, obowiązkową edukację jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Potem każdy miał radzić sobie sam – w szkołach prywatnych i płatnych. Czyż to nie szczyt bezczelności neoliberalnej? I nieskrywanej pogardy dla „prostaczków”?

Mam w pamięci wspaniały wiersz Andrzeja Waligórskiego „List w sprawie polonistów”. Proponuję dziś przeczytać go i zastanowić się nad tym, co mówi nam autor.

Andrzej Waligórski

List w sprawie polonistów

Polonista to nie zawód, lecz hobby,
Polonistą być – nie życzę nikomu.
Polonista po godzinach nie dorobi,
Choćby zabrał robotę do domu.

Polonista nie wędruje po mieszkaniach,
Nie odzywa się wchodząc ze dworu:
– Bardzo ładnie rozbieram zdania,
Czy jest jakieś stare zdanie do rozbioru?

Choćby szukał, racji i pretekstów
I tak zawsze pozostanie na uboczu –
Mniej się ceni analizę tekstu
Od banalnej analizy moczu…

Cera blada, na portkach łaty,
Rozmaite braki w kondycji,
Oświeceniem nie oświecisz sobie chaty,
Pozytywizm nie poprawi twej pozycji.

Poloniście sterczą chude żebra
Jak sztachety mizernego płotu,
Gdy się jeden raz u Zuzi rozebrał,
To się składał z orzeczenia i z podmiotu.

A jak inny zleciał kiedyś z ławki,
Bo był gapa wyjątkowa i niezguła,
To zostały zeń cztery przydawki,
Dwa zaimki i partykuła…

Polonista, niepoprawny romantyk,
Nie największym się cieszy mirem,
Ale ja mu – laury i akanty,
Ale ja mu – kadzidło i mirrę!

Ale ja go całuję w ramię,
Ale ja go podziwiam i cenię,
A ty przed nim na kolana, chamie,
Cały w złocie i volkswagenie!

Bo jeżeli jesteś i ja jestem,
To dlatego, że stojący na warcie
Polonista znużonym gestem
Kartki książek wertował uparcie

Za kajzera i za Hitlera,
I za cara, i za innych carów paru,
I dlatego właśnie nie umiera
Coś ważnego, co nazywa się Naród.

Więc zamieszczam na końcu listu
Ja, satyryk, błazen i ladaco,
Zdanie proste: – Kocham polonistów!
Rozwinięcie zdania: –
… bo jest za co!

 

Warto znaleźć i poczytać tomiki wierszy Andrzej Waligórskiego. To naprawdę mądra i nadal aktualna literatura.

Notka o autorze: Andrzej Waligórski – polski poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu. Urodził się w roku 1926 w Nowym Targu, zmarł w 1992 roku we Wrocławiu.

Wielkie uznanie zdobył jako twórca tekstów piosenek, wykonywanych – między innymi – przez Tadeusza Chyłę Ballada o cysorzu i Olka Grotowskiego z Małgorzatą Zwierzchowską, a przede wszystkim przez Kabaret Elita. Sam twierdził, że jest jedynie tekściarzem. Był kierownikiem wrocławskiego radiowego magazynu rozrywkowego  Studio 202, w którym wypromował kabaret Elita, potem podjął z tym kabaretem jakże owocną współpracę.

Był też autorem cyklu felietonów radiowych Pocztówki z Karłowic oraz cyklu słuchowisk Rycerze, emitowanych w ogólnopolskim magazynie 60 minut na godzinę. To z tego cyklu słuchowisk,   parodiujących Trylogię Sienkiewicza, pochodzi piosenka Waligórskiego „Hej, szable w dłoń”.

Jego imię otrzymała jedna z ulic w południowej części Wrocławia, łącząca ulicę Sudecką z ulicą Powstańców Śląskich.  Od 1995 członkowie kabaretu Elita („Akademia Humoris Causa”) przyznają nagrodę im. Waligórskiego – „Andrzeje”.

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI o wieloletnim szefie Domu Pracy Twórczej śp. ANDRZEJU KOCIUBIE

Trumna jest długa. Bo Andrzej był wysoki. Zsuwają ją do bardzo głębokiego grobu. Pogrzeb opóźniony jest o kilka dni, bo rodzinny grób pogłębiono. Stoimy wokół. Wśród wiekowych nagrobków usytuowanych gęsto na historycznym lubelskim cmentarzu przy ulicy Lipowej. Kilkadziesiąt osób, ksiądz celebrans i ministranci. Poczty sztandarowe. Rodzina i przyjaciele – górnicy z kopalni w Bogdance, związkowcy – Solidarnościowcy współpracujący od sierpnia 1980 z Andrzejem.

               Jest 19 stycznia 2023 roku. Bije dzwon cmentarnej kaplicy, bo mija właśnie południe. Pada śnieg.

Andrzej Kociuba do niedawna były wieloletni dyrektor Domu Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą należącego do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich po kilku miesiącach od ciężkiej operacji guza mózgu zmarł w domu rodzinnym 9 stycznia 2023 roku, w niedzielę, nad ranem. Miał 73 lata.

Wielka kaplica była szczelnie wypełniona. Żona, pani profesor wyższej rolniczej uczelni Wanda Kociuba, dorosłe córki – Ewa i Małgorzata z mężem, brat Maciej – profesor i poeta z żoną, górnicy i Solidarnościowcy salutujący sztandarami, cała załoga Domu Pracy Twórczej z Kazimierza, przedstawiciele lubelskich struktur związku Solidarność – których Andrzej przez wiele lat był reprezentantem, przedstawiciele ZG SDP z Warszawy z prezesem Krzysztofem Skowrońskim, który już nad grobem pożegnał naszego współpracownika, kolegę i przyjaciela przypominając jego 17 letnią bardzo owocną dla naszego Stowarzyszenia pracę.

Ale cofnijmy się na chwilę w głąb tego bogatego życiorysu. Nazwisko Kociuba to staropolska nazwa łopaty do chleba, wyposażenie piekarniczego pieca na lubelszczyźnie. Młyn, gospodarstwo, rodzina – to wszystko spadło na głowę kilkunastoletniego Andrzeja, gdy zmarł ojciec. Miał o kilka lat młodszego brata. Musiał szybko dojrzewać by podołać tym wszystkim obowiązkom. Takie były korzenie. Potem kolejne szkoły i studia prawnicze.

Zaczynał zarobkową pracę od prowadzenia domów wczasowych, potem zaangażował się do wielkiej firmy „Energopol” i zaczął wyjeżdżać na budowy, na kontrakty zagraniczne. Ludzie przedsiębiorczy szybko są dostrzegani i awansowani zawodowo. Wspinał się po szczeblach kariery, ale także został wybrany przez robotników, techników i inżynierów do pełnienia odpowiedzialnych funkcji związkowych. To był czas rodzącej się Solidarności. Wkrótce zaczęto mu powierzać ważne funkcje w strukturach regionu. W stanie wojennym nie zaprzestał działalności związkowej, woził dokumenty, ulotki, gazetki, organizował zebrania i zakładał koła związku.

Jeden z naszych kolegów ze Stowarzyszenia – już w wolnej Polsce – wypatrzył go właśnie jako aktywistę związkowego i zarekomendował na stanowisko dyrektorskie. Był to strzał w dziesiątkę. Andrzej zgromadził wkrótce świetną kilkunastoosobową załogę. Przeprowadził remont Domu Pracy Twórczej – otwartego dla wszystkich żurnalistów w Polsce. Było to ogromne zadanie, nowa kotłownia i instalacje grzewcze, wymiana drzwi, okien, przebudowa łazienek. Zupełna przebudowa kuchni i zaplecza. Poprowadzenie dróg wewnętrznych na wielohektarowym obiekcie, prace ogrodnicze i mała architektura zielonego ogrodu.

Potrafił zdobywać zamówienia stukilkudziesięcio osobowych grup na konferencje, szkolenia i wypoczynek. „Kazimierz” stał się po latach zaniedbania znowu naszą wizytówką. Wspaniale udekorowany, z ogromnym terenem zielonym, górujący nad miastem i Wisłą Dom Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym. Odbywały się tam zjazdy. Nasze prawie 3 tysięczne Stowarzyszenie (Warszawa i 15 oddziałów wojewódzkich) miało powód do dumy, a dziennikarze i ich rodziny miejsce wytchnienia.

Andrzej był z zamiłowania historykiem. Ściany ozdabiały plansze bohaterskich żołnierzy i pilotów, obrazy pokazujące piękno miasta i okolic, zdjęcia zabytków z rejonu Kazimierza.

Na takich jak on mówią – dobry człowiek. Rzeczywiście patrzył, słuchał i starał się pomagać gdzie tylko mógł. Dowodem, że większość załogi pracuje tu bardzo długo. Nawet po 20 – 30 lat. „Kazimierz” przebrnął przez lata chorobowej pandemii i mamy nadzieję będzie kontynuował dobre tradycje, które wdrożył jego długoletni dyrektor Andrzej Kociuba.

Żegnaj nasz Kolego i Przyjacielu

Czy są powody, dla których świat ma „kochać” Rosjan? – pyta WOŁODYMYR SYDORENKO 

Jak donoszą rosyjskie media, w Moskwie odbyło się posiedzenie Rady Praw Człowieka pod przewodnictwem Władimira Putina, na którym jeden z uczestników spotkania, Kyryło Wyszynski, zaproponował Putinowi wprowadzenie nowelizacji kodeksu karnego która określiłaby negatywny stosunek do Rosjan jako przestępstwo zagrożone postępowaniem karnym i karą. Zapis spotkania został opublikowany na stronie internetowej Kremla.

Autor poprawki pomylił jednak grzeszników ze sprawiedliwymi. Nazywa bowiem wszelkie „negatywne nastawienie do Rosjan” rusofobią, chociaż termin ten oznacza jedynie bezprzyczynowy negatywny stosunek do Rosjan. Światowi analitycy uważają jednak, że obecnie na świecie nie ma bezpodstawnego negatywnego stosunku do Rosjan, czyli typowej rusofobii. Negatywna opinia o Rosjanach zawsze ma swój powód – szerzenie przez Moskwę kłamstw na temat innych krajów, złośliwe ataki na „zbiorowy Zachód” czy prowadzenie na całym świecie informacyjnych i psychologicznych operacji specjalnych. Ale największe potępienie ze wszystkich krajów świata wywołują rosyjskie groźby nuklearne i prowadzenie przez Rosję niesprowokowanej wojny napastniczej w Ukrainie, która spowodowała już takie negatywne procesy, jak niedobory żywności, podwyższona inflacja, nowy wyścig zbrojeń, śmierć setek tysięcy ludzi na frontach itp.

Innymi słowy, dlaczego świat miałby kochać Rosję, która grozi wszystkim krajom nuklearną apokalipsą, zabija cywilów, w tym dzieci, rabuje sąsiedni kraj, próbuje obalić jego prawowity rząd i przywłaszczyć sobie wszystkie jego wartości, rolnictwo, i przemysł?

Rosja chce, aby mogła szerzyć zło, ale mimo to świat nadal ją „kochał”, a rosyjskie zbrodnie nie wywołały „negatywnego nastawienia”.

Ze względu na wrogie działania wobec całego świata i niewłaściwe zachowanie Rosja została już wykluczona z Rady Europy, Trybunału Europejskiego, formacji G20 i G7, mówi się o wykluczeniu Rosji z Rady Bezpieczeństwa ONZ. Okazuje się, że Rosja niczego się nie nauczyła: tak jak ZSRR został wyrzucony z Ligi Narodów za wojnę z Finlandią, tak teraz jest kwestia usunięcia Rosji z głównego korpusu ONZ za wojnę z Ukrainą.

Jednak w Moskwie wszystko to nazywa się „bezsensowną rusofobią”, chociaż powody potępienia, zarówno prawne, jak i moralne, są bardzo silne.

Ponadto na posiedzeniu Rady Praw Człowieka w Moskwie porównano „negatywny stosunek do Rosjan” do Holokaustu, czyli ludobójstwa Żydów. Jednak porównanie to jest żałosne. Antysemityzm, który leżał u ideologicznych źródeł faszyzmu, jest zbrodnią przeciwko Żydom na tle narodowym bez żadnego powodu. Niechęć do Rosjan na świecie tłumaczy się nie tylko zbrodniczym zachowaniem Kremla wobec krajów demokratycznych, ale także ich hałaśliwym, chuligańskim, nietolerancyjnym zachowaniem w światowych kurortach i stolicach świata, poniżaniem kultur innych niż rosyjska, pogardą dla praw innych ludzi i narodów. Rusyfikacja i „rosyjski świat” stały się ideologicznymi źródłami nowej ideologii – raszyzmu, porównywanego z faszyzmem.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Żryjcie mąkę z robaków, czyli społeczeństwo kastowe

Wujek mojej Żony jest człowiekiem ciężkiej pracy. Ma własną firmę. Pracuje fizycznie. Sporo w życiu przeszedł i z całą pewnością jest również człowiekiem godnym szacunku.Jednocześnie jest człowiekiem do cna przeżartym TVN-em. Był nawet na jakimś lokalnym „marszu równości” głęboko przekonany,  że tak trzeba.

Tak to już jest, że ludzie na co dzień niezajmujący się polityką, często padają łupem różnych „strumieni narracji”, ponieważ nie mają czasu wgryzać się w istotę politycznych spraw na co dzień zajęci rodziną, pracą, po prostu czym innym. Jakaś ich część, nie mała przecież, pada łupem strumieni bijących z Wiertniczej i Czerskiej.

Reportaż

Wydaje mi się, że się bardzo z wujkiem lubimy, choć ja staram się unikać dyskusji na temat polityki,  a on uparcie stara się je ze mną prowadzić. Ostatnio opowiadał mi o pewnym reportażu z TVN (ja go nie oglądałem, posługuję się tu tylko wujkową relacją tak jak ją zapamiętałem). Jednym  z bohaterów reportażu miał być starszy pan, który mieszkając w starym, rozpadającym się domu, palił w piecu tym co miał,  a nie tym czym „powinien”. W tym momencie zacząłem rozumieć, że opowieść wujka jest nieco inna niż zwykle. Według jego relacji bowiem, reporter miał się zachowywać wobec starszego pana wręcz agresywnie, wypytując go, czy „nie rozumie, że wydziela CO2”, czy tam dokonuje innych „grzechów ekologicznych”. Na co starszy pan odpowiadał, że ma niewielką emeryturę i choćby wydał całą na opał, to by nie wystarczyła. Na koniec wujek, co mnie już zupełnie zaskoczyło, stwierdził, że ta „ekologia” jest nieludzka.

Należę do tych, którzy przenoszą ślimaki przez ulicę. Nie lubię kiedy ktoś śmieci w lesie. Jeszcze w podstawówce przezywano mnie „doktorem”, ponieważ zapłaciłem koledze 50 złotych żeby nie dręczył żaby. I ja również uważam, że taka „ekologia” jest nieludzka.

Społeczeństwo kastowe

Nie tyle bowiem wynika z chęci „czynienia dobra”, co ze sztucznie implementowanej sekciarskimi obrzędami przeróżnych magów z Davos czy Brukseli, chęci pognębienia człowieka w imię rzekomego „dobra planety”. Zauważyliście jak wielkie koncerny zeszły z celowników aktywistów? Dziś maszerują z nimi ramię w ramię w „marszach równości”. Dziś wrogiem aktywistów struganych przez Klausów Schwabów tego świata są ludzie, tacy jak ten starszy pan z reportażu TVN. To on ma oddać samochód (o ile go ma), to on ma kupić nowy piec, na który go nie stać, palić paliwem na które go nie stać, żreć mąkę z robaków, a najlepiej w ogóle przestać już wydzielać CO2 i nie zawracać głowy swoim istnieniem wyższej kaście. Z tym, że głupiutkie, nakręcane, aktywistyczne kukiełki, jeszcze nie rozumieją, że w kategorii „wyższej kasty” to się może mieści Klaus Schwab, ale nie oni. Oni też mają żreć mąkę z robaków, a w sumie najlepiej jakby również przestali wydzielać CO2, kiedy tylko przestaną być potrzebni.

Do tej pory, przyznaję, często z rozpaczą i pewną rezygnacją patrzyłem na budowę społeczeństwa kastowego, w którym na jednym biegunie są bramini pokroju Klausa Schwaba, a na drugim tacy „niedotykalni” jak starszy pan z reportażu…

… ale skoro dostrzegł to nawet wujek w grubych i szczelnych okularach TVN, to może jest nadzieja?

 

 

WALTER ALTERMANN: Sprzedawca w czołgu bojowym, czyli ignorancja

W TVP usłyszałem, że budowa „Wia Baltica” wchodzi w nową fazę. Otóż „via” wymawia się jak „wija”. A „via” oznacza w łacinie drogę.

Najbardziej znaną jest starożytna „via appia”, a właściwie  Via Appia Antica, czyli Droga Appijska – najstarsza droga rzymska, przebiegająca przez Italię w południowej części Półwyspu Apenińskiego.

Via Baltica

Myślałem, że dziennikarka – zamieniając wija na wia – chce coś spolszczyć, ale nie. Bo już w następnym zdaniu powiedziała o trasie kolejowej „rajli”. Czyli mówi naraz trochę po polsku, trochę po angielsku – a w obu językach marnie. Ja wiem, że Droga Bałtycka jest nazywana Via Baltica, bo to program międzynarodowy, ale jak już musimy, to wymawiajmy dobrze. Łacinę trzeba znać, nawet jeżeli „nie brało się jej w szkole”.

Czołgi bojowe

9 stycznia 2023 portal Defence24 informuje, że Ukraina otrzyma „czołgi bojowe”. Stwierdzenie, że czołgi są bojowe nasuwa podejrzenie, że bywają też czołgi nie bojowe. To zaiste ciekawa konstatacja i przyznam, że pierwszy raz o takich czołgach słyszę. Być może autora tekstu zwiodło zdanie wcześniejsze, że Ukraina otrzymała już „transportery bojowe”. Bo jest faktem, że nie każdy opancerzony samochód wyposażony jest w ciężkie karabiny maszynowe lub działa.

Niemniej – na podstawie przypadku z „czołgami bojowymi” – odnoszę wrażenie, że nie rzetelna informacja przyświeca autorom wielu tekstów o wojnie i broni, lecz zwyczajna chęć szybkiego zarobku. I to bez momentu refleksji, bez zwykłego nawet zastanowienia się nad tym co się napisało, a nawet bez przeczytania własnego tekstu przed wrzuceniem go na stronę internetową.

Dawniej poważne redakcje zatrudniały korektorów, którzy sprawdzali każdy tekst pod względem merytorycznym, składniowym i ortograficznym. Niestety w niewielu już redakcjach są jeszcze korektorzy. Ten potrzebny zawód umarł, bo właściciele portali i gazet nie chcą dzielić się zyskami. Ale prawdziwymi ofiarami takiego rozumienia rzetelności dziennikarskiej jesteśmy my – czytelnicy.

Slang polityczny – realność

Ostatnio młody polityk powiedział w telewizji – nazwiska jegomościa nie zdążyłem zauważyć, bo szybko przemknął przez ekran telewizora – „Gdybyśmy mieli realnie oceniać szansę wspólnej listy opozycji w wyborach do Sejmu, to ta realność jest niska”.

Zafrasowałem się. Owszem, realność jest rzeczownikiem odprzymiotnikowym i była znana wcześniej, ale znaczyła tyle co ziemia z zabudowaniami, kamienice, wille, ale zawsze mające jakiegoś właściciela. Niby komunikat dotarł, bo taka jest podstawowa funkcja komunikacji językowej, ale w jakże marnej formie… Naprawdę słuchać hadko.

Handlarz czy sprzedawca?

Na kanale Discovery jest cykliczny program o handlarzach antyków i staroci. W sumie jest to bardzo interesujące. Zauważyłem jednak, że twórcy programu jak ognia unikają pojęcia „handlarz” i zastępują je bardziej łagodnym określeniem „sprzedawca”. Na prawdę jednak program przedstawia pracę handlarzy, bo kupują i odnawiają antyki, a potem je z zyskiem sprzedają. Mamy więc klasyczne działanie handlarzy. I nic w tym określenie złego, bo ich działalność jest potrzebna, jeśli swoją prace wykonują sumiennie i nie oszukują ani sprzedających ani kupujących.

A jednak twórcy programu wolą mówić o sprzedawcach. I nie zauważają, że sprzedaż jest finałem kupowania, a wcześniej restaurowania zabytków. I zamiast przywrócić słowom ich pierwotny, pozytywny sens i odbudować dobrą markę pojęcia „handlarz” to twórcy wolą bredzić o jakichś „sprzedawcach”. Ja wiem, że za tzw. komuny handlarz równał się w języku ówczesnej propagandy niejako paserowi, tak jak ogrodnik był badylarzem. Ale po trzydziestu, z okładem, latach warto wracać do pierwotnego znaczenia słów stłamszonych i zohydzonych przez żurnalistów minionej epoki.

W sumie mamy chyba powrót do PRL-u. Pamiętają Państwo czym była piekarnia w tamtych latach? Była Domem Chleba. W Łodzi doszło nawet do tego, że siedzibę amatorskiego teatru nazwano – Domem Teatru. Wtedy to zniknęły też szyldy z napisem „Szewc”, a w zamian mieliśmy Kliniki Obuwia. Rzeźnika zastąpiono szyldem – Mięso. Choć poza rzeźnikami mięsa w tych sklepach właściwie nie było. Dojdziemy jeszcze do tego, że znowu będziemy mieli – Artykuły Spożywcze, co było zresztą tłumaczeniem niemieckich – w NRD – Lebensmittel, czyli środki do życia.

Na marginesie handlarzy… Gdyby komuś przyszło do głowy „handlarza” zastąpić „handlowcem”, to wyjaśniam, że handlowiec to – co prawda – też handlarz, ale na dużą skalę, na przykład hurtową lub półhurtową. Handlowiec operuje tonami, setkami ton, a handlarz ma najczęściej mały sklep, małe przedsiębiorstwo – tak do 15 pracowników..

Są w polszczyźnie ładne stare słowa, które warto ocalić, przywracając im pierwotne znaczenia.

Kto czym kiwa?

Sprawozdawca sportowy: „Zawodnik kiwa głową na boki”. Tymczasem u nas można kiwać głową – ruch z góry na dół. Kręcić głową – ruch z lewej ku prawej stronie i odwrotnie. Ale kiwać na boki? Coś się nasz sprawozdawca na śmierć się zakiwał z tym językiem, jak na boisku niejeden polski naśladowca Pelego.

Świnina

W programie Canal+ Kuchnia można ostatnio było usłyszeć: „Używamy świniny z wolnego wybiegu”. Mój ty Boże jedyny, kto to to tłumaczył na polski? Może jakiś Anglik po rocznym kursie polskiego? Mamy w języku polskim wieprzowinę i wołowinę. Nie mamy krowiny. Mamy baraninę i jagnięcinę, ale nie mamy owczyny. To trzeba wiedzieć.

Zaskoczył się

Strona WP, Sportowe Fakty, pan Mariusz Domański tak pisze o turnieju skoków narciarskich: „Karpow dość mocno się zaskoczył tym jak w prasie austriackiej potraktowano polskiego skoczka”.

Duży błąd. Można bowiem jedynie być zaskoczonym, czyli wobec zaskoczenia jesteśmy zawsze bierni. Samemu natomiast zaskoczyć się niepodobna. Chyba, że jesteśmy narciarskim skoczkiem, i skaczemy, lecimy, lecimy…, ale nagle silny poryw wiatru zawiewa nas z powrotem na miejsce startu. jak to – mniej więcej tak właśnie – przedstawił swe zaskoczenie wielki nasz sportowiec, olimpijczyk Stanisław Gąsienica-Sieczka.

 

WATER ALTERMANN: Mocni w gębie i inne dziwactwa przestrzeni

Mocny w gębie – jest ludowym określeniem ludzi mówiących szybko i dużo, choć bez sensu. Ostatnio w tv natknąłem się na dwóch takich mocnych osobników.

Przypadek pierwszy – pan Łukasz Rzepecki, reprezentujący w audycji Prezydenta RP, powiedział dnia 8.01.2023 roku w programie „Woronicza 17”: „Pan prezydent rozmawia w różnych formatach. My, zawsze musimy iść po linii polskiej”.

Zapisałem to kuriozum językowe, potem długo siedziałem nad kartką i starałem się pojąć o co p. Rzepeckiemu chodziło. Kombinowałem tak i siak. I niczego nadal nie rozumiem. Sprawdziłem w Internecie i dowiedziałem się, że p. Rzepecki jest doradcą Prezydenta RP, ale nie napisano tam w jakim zakresie służy doradztwem. Może doradza Głowie Państwa co do poprawności językowej?

Moja ocena gadulstwa p. Rzepeckiego w żadnej mierze nie dotyka Pana Prezydenta, bo Jego kancelaria jest tak liczna, że prawdopodobnie nic o pracy Rzepeckiego w tej kancelarii nie wie.

Przypadek drugi – europarlamentarzysta pan Robert Biedroń, 10.01.2023 w TVN mówi: „Wszyscy musimy grać do jednej bramki. I z tej bramki musimy wycisnąć pieniądze z Brukseli, bo ta bramka jest polska”.

Pan Biedroń mówi tak szybko, że większość słuchaczy nie nadąża za nim i w ogóle nie skupia się na treści. Może p. Biedroniowi chodzi o to, żeby oddziaływać jedynie podprogowo? Żeby ogólny obrazek był przyjemny i sympatyczny, a treści… kto tam dzisiaj słucha uważnie polityków.  Ja niestety mam taką skazę, że słucham z uwagą, ba – jeszcze się zastanawiam o co chodzi.

Zatem zastanówmy się nad wypowiedzią europarlamentarzysty. Owszem, jest taki zwrot, że gramy do jednej bramki. Znaczy to tyle, żeby nie strzelać sobie goli samobójczych. Ale – uwaga, uwaga – we wszystkich grach gole strzela się do bramki przeciwnika! A tu pan Biedroń twierdzi, że ta bramka jest polska! Nową grę jakąś mamy? I może jeszcze wymyśloną przez samego p. Biedronia?

Wniosek jest taki, że z całą pewnością nasz europarlamentarzysta w życiu nie grał na żadnym boisku. I nie ma bladego pojęcia nawet o grze w zbijanego. No i to wyciskanie z bramki pieniędzy!  Pan Biedroń nie wie, że ramy bramek są dzisiaj ze stali lub aluminium, a siatka na ramie rozpięta jest ze sznurka. Owszem, z gąbki można coś wycisnąć, ale z bramki?

A teraz wielkie pytanie, czyli „grande domanda” – czy jest jakaś dziedzina, o której p. Biedroń miałby choć blade pojęcie? Bo słysząc go trak często, nigdy nie wiem o czym on mówi?

Przestrzeń

„Widzimy, że jego przestrzeń fizyczna jest w złym stanie” – mówi sprawozdawca o tenisiście, którego mecz komentuje. A potem dowiadujemy się, że – według sprawozdawcy – zawodnik jest zmęczony.

I tak to po „przestrzeni mentalnej”, „przestrzeni odpowiedzialności” mamy już trzecią przestrzeń. Czekam aż ktoś wreszcie powie o – „przestrzeni miłości”. Byłoby to bardzo wesołe, choć głupie, gdyby nie było smutne, bo głupie.

Gabaryty

Najpierw na śmietnikach, teraz już w mediach zapanowało pojęcie – gabaryty. Na śmietnikach pojawiły się informacje od firm odbierających śmieci: „Gabaryty będą odbierane w każdy pierwszy czwartek miesiąca”. Teraz już w radiostacjach i telewizji mówią, że jakaś ciężarówka przewoziła gabaryty…

Wyjaśnijmy więc, że gabaryt, to: 1. zewnętrzny wymiar przedmiotu, urządzenia lub osoby; 2. w architekturze: najwyższa linia poziomu zasadniczej części budynku lub zespołu budynków; 3. przenośnie: rozmiar, wielkość kogoś lub czegoś.

Krótko mówiąc – gabaryt to wymiar, rozmiar. I nie można w naszym języku mówić, że coś ma gabaryt, lub jest gabarytem samo w sobie. Przy śmieciach – może być „duży gabaryt”, lub „śmieci o dużych gabarytach”. W innych przypadkach trzeba mówić, że coś miało wielkie gabaryty, ponadnormatywne gabaryty, gabaryty przekraczające możliwości transportu drogami publicznymi, bez zgody odpowiedniego zarządcy drogi.

Zatem ciężarówka mogła przewozić ładunek ponadnormatywny – dla tego pojazdu – lub też był to ładunek ponadnormatywny. Natomiast co do śmieci – chodzi o to, żeby dużych rozmiarem śmieci, jak części mebli, foteli czy krzeseł nie wrzucać do pojemników, ale odkładać je w wyznaczonym miejscu. Gdzie poczekają aż je zabierze – w określonym dniu miesiąca – firma oczyszczająca miasta i wsie nasze.

Mogę zrozumieć ludzi odbierających śmieci, ale nie mam litości dla ludzi pracujących w mediach, którzy muszą wiedzieć co piszą i mówią oraz, czy jest to dobrze powiedziane po polsku.

Pisałem już w tym miejscu wiele razy, że język polski często wymaga użycia dwóch, a nawet trzech słów, w porównaniu z angielskim, gdzie używa się jednego słowa. Niemiecki zaś łączy – niekiedy w tasiemce – wiele słów, czyniąc z nich jedno okropnie długie.

Szanujmy się, bo kto z obcych nas uszanuje.