CEZARY KRYSZTOPA: Żryjcie mąkę z robaków, czyli społeczeństwo kastowe

Wujek mojej Żony jest człowiekiem ciężkiej pracy. Ma własną firmę. Pracuje fizycznie. Sporo w życiu przeszedł i z całą pewnością jest również człowiekiem godnym szacunku.Jednocześnie jest człowiekiem do cna przeżartym TVN-em. Był nawet na jakimś lokalnym „marszu równości” głęboko przekonany,  że tak trzeba.

Tak to już jest, że ludzie na co dzień niezajmujący się polityką, często padają łupem różnych „strumieni narracji”, ponieważ nie mają czasu wgryzać się w istotę politycznych spraw na co dzień zajęci rodziną, pracą, po prostu czym innym. Jakaś ich część, nie mała przecież, pada łupem strumieni bijących z Wiertniczej i Czerskiej.

Reportaż

Wydaje mi się, że się bardzo z wujkiem lubimy, choć ja staram się unikać dyskusji na temat polityki,  a on uparcie stara się je ze mną prowadzić. Ostatnio opowiadał mi o pewnym reportażu z TVN (ja go nie oglądałem, posługuję się tu tylko wujkową relacją tak jak ją zapamiętałem). Jednym  z bohaterów reportażu miał być starszy pan, który mieszkając w starym, rozpadającym się domu, palił w piecu tym co miał,  a nie tym czym „powinien”. W tym momencie zacząłem rozumieć, że opowieść wujka jest nieco inna niż zwykle. Według jego relacji bowiem, reporter miał się zachowywać wobec starszego pana wręcz agresywnie, wypytując go, czy „nie rozumie, że wydziela CO2”, czy tam dokonuje innych „grzechów ekologicznych”. Na co starszy pan odpowiadał, że ma niewielką emeryturę i choćby wydał całą na opał, to by nie wystarczyła. Na koniec wujek, co mnie już zupełnie zaskoczyło, stwierdził, że ta „ekologia” jest nieludzka.

Należę do tych, którzy przenoszą ślimaki przez ulicę. Nie lubię kiedy ktoś śmieci w lesie. Jeszcze w podstawówce przezywano mnie „doktorem”, ponieważ zapłaciłem koledze 50 złotych żeby nie dręczył żaby. I ja również uważam, że taka „ekologia” jest nieludzka.

Społeczeństwo kastowe

Nie tyle bowiem wynika z chęci „czynienia dobra”, co ze sztucznie implementowanej sekciarskimi obrzędami przeróżnych magów z Davos czy Brukseli, chęci pognębienia człowieka w imię rzekomego „dobra planety”. Zauważyliście jak wielkie koncerny zeszły z celowników aktywistów? Dziś maszerują z nimi ramię w ramię w „marszach równości”. Dziś wrogiem aktywistów struganych przez Klausów Schwabów tego świata są ludzie, tacy jak ten starszy pan z reportażu TVN. To on ma oddać samochód (o ile go ma), to on ma kupić nowy piec, na który go nie stać, palić paliwem na które go nie stać, żreć mąkę z robaków, a najlepiej w ogóle przestać już wydzielać CO2 i nie zawracać głowy swoim istnieniem wyższej kaście. Z tym, że głupiutkie, nakręcane, aktywistyczne kukiełki, jeszcze nie rozumieją, że w kategorii „wyższej kasty” to się może mieści Klaus Schwab, ale nie oni. Oni też mają żreć mąkę z robaków, a w sumie najlepiej jakby również przestali wydzielać CO2, kiedy tylko przestaną być potrzebni.

Do tej pory, przyznaję, często z rozpaczą i pewną rezygnacją patrzyłem na budowę społeczeństwa kastowego, w którym na jednym biegunie są bramini pokroju Klausa Schwaba, a na drugim tacy „niedotykalni” jak starszy pan z reportażu…

… ale skoro dostrzegł to nawet wujek w grubych i szczelnych okularach TVN, to może jest nadzieja?

 

 

WALTER ALTERMANN: Sprzedawca w czołgu bojowym, czyli ignorancja

W TVP usłyszałem, że budowa „Wia Baltica” wchodzi w nową fazę. Otóż „via” wymawia się jak „wija”. A „via” oznacza w łacinie drogę.

Najbardziej znaną jest starożytna „via appia”, a właściwie  Via Appia Antica, czyli Droga Appijska – najstarsza droga rzymska, przebiegająca przez Italię w południowej części Półwyspu Apenińskiego.

Via Baltica

Myślałem, że dziennikarka – zamieniając wija na wia – chce coś spolszczyć, ale nie. Bo już w następnym zdaniu powiedziała o trasie kolejowej „rajli”. Czyli mówi naraz trochę po polsku, trochę po angielsku – a w obu językach marnie. Ja wiem, że Droga Bałtycka jest nazywana Via Baltica, bo to program międzynarodowy, ale jak już musimy, to wymawiajmy dobrze. Łacinę trzeba znać, nawet jeżeli „nie brało się jej w szkole”.

Czołgi bojowe

9 stycznia 2023 portal Defence24 informuje, że Ukraina otrzyma „czołgi bojowe”. Stwierdzenie, że czołgi są bojowe nasuwa podejrzenie, że bywają też czołgi nie bojowe. To zaiste ciekawa konstatacja i przyznam, że pierwszy raz o takich czołgach słyszę. Być może autora tekstu zwiodło zdanie wcześniejsze, że Ukraina otrzymała już „transportery bojowe”. Bo jest faktem, że nie każdy opancerzony samochód wyposażony jest w ciężkie karabiny maszynowe lub działa.

Niemniej – na podstawie przypadku z „czołgami bojowymi” – odnoszę wrażenie, że nie rzetelna informacja przyświeca autorom wielu tekstów o wojnie i broni, lecz zwyczajna chęć szybkiego zarobku. I to bez momentu refleksji, bez zwykłego nawet zastanowienia się nad tym co się napisało, a nawet bez przeczytania własnego tekstu przed wrzuceniem go na stronę internetową.

Dawniej poważne redakcje zatrudniały korektorów, którzy sprawdzali każdy tekst pod względem merytorycznym, składniowym i ortograficznym. Niestety w niewielu już redakcjach są jeszcze korektorzy. Ten potrzebny zawód umarł, bo właściciele portali i gazet nie chcą dzielić się zyskami. Ale prawdziwymi ofiarami takiego rozumienia rzetelności dziennikarskiej jesteśmy my – czytelnicy.

Slang polityczny – realność

Ostatnio młody polityk powiedział w telewizji – nazwiska jegomościa nie zdążyłem zauważyć, bo szybko przemknął przez ekran telewizora – „Gdybyśmy mieli realnie oceniać szansę wspólnej listy opozycji w wyborach do Sejmu, to ta realność jest niska”.

Zafrasowałem się. Owszem, realność jest rzeczownikiem odprzymiotnikowym i była znana wcześniej, ale znaczyła tyle co ziemia z zabudowaniami, kamienice, wille, ale zawsze mające jakiegoś właściciela. Niby komunikat dotarł, bo taka jest podstawowa funkcja komunikacji językowej, ale w jakże marnej formie… Naprawdę słuchać hadko.

Handlarz czy sprzedawca?

Na kanale Discovery jest cykliczny program o handlarzach antyków i staroci. W sumie jest to bardzo interesujące. Zauważyłem jednak, że twórcy programu jak ognia unikają pojęcia „handlarz” i zastępują je bardziej łagodnym określeniem „sprzedawca”. Na prawdę jednak program przedstawia pracę handlarzy, bo kupują i odnawiają antyki, a potem je z zyskiem sprzedają. Mamy więc klasyczne działanie handlarzy. I nic w tym określenie złego, bo ich działalność jest potrzebna, jeśli swoją prace wykonują sumiennie i nie oszukują ani sprzedających ani kupujących.

A jednak twórcy programu wolą mówić o sprzedawcach. I nie zauważają, że sprzedaż jest finałem kupowania, a wcześniej restaurowania zabytków. I zamiast przywrócić słowom ich pierwotny, pozytywny sens i odbudować dobrą markę pojęcia „handlarz” to twórcy wolą bredzić o jakichś „sprzedawcach”. Ja wiem, że za tzw. komuny handlarz równał się w języku ówczesnej propagandy niejako paserowi, tak jak ogrodnik był badylarzem. Ale po trzydziestu, z okładem, latach warto wracać do pierwotnego znaczenia słów stłamszonych i zohydzonych przez żurnalistów minionej epoki.

W sumie mamy chyba powrót do PRL-u. Pamiętają Państwo czym była piekarnia w tamtych latach? Była Domem Chleba. W Łodzi doszło nawet do tego, że siedzibę amatorskiego teatru nazwano – Domem Teatru. Wtedy to zniknęły też szyldy z napisem „Szewc”, a w zamian mieliśmy Kliniki Obuwia. Rzeźnika zastąpiono szyldem – Mięso. Choć poza rzeźnikami mięsa w tych sklepach właściwie nie było. Dojdziemy jeszcze do tego, że znowu będziemy mieli – Artykuły Spożywcze, co było zresztą tłumaczeniem niemieckich – w NRD – Lebensmittel, czyli środki do życia.

Na marginesie handlarzy… Gdyby komuś przyszło do głowy „handlarza” zastąpić „handlowcem”, to wyjaśniam, że handlowiec to – co prawda – też handlarz, ale na dużą skalę, na przykład hurtową lub półhurtową. Handlowiec operuje tonami, setkami ton, a handlarz ma najczęściej mały sklep, małe przedsiębiorstwo – tak do 15 pracowników..

Są w polszczyźnie ładne stare słowa, które warto ocalić, przywracając im pierwotne znaczenia.

Kto czym kiwa?

Sprawozdawca sportowy: „Zawodnik kiwa głową na boki”. Tymczasem u nas można kiwać głową – ruch z góry na dół. Kręcić głową – ruch z lewej ku prawej stronie i odwrotnie. Ale kiwać na boki? Coś się nasz sprawozdawca na śmierć się zakiwał z tym językiem, jak na boisku niejeden polski naśladowca Pelego.

Świnina

W programie Canal+ Kuchnia można ostatnio było usłyszeć: „Używamy świniny z wolnego wybiegu”. Mój ty Boże jedyny, kto to to tłumaczył na polski? Może jakiś Anglik po rocznym kursie polskiego? Mamy w języku polskim wieprzowinę i wołowinę. Nie mamy krowiny. Mamy baraninę i jagnięcinę, ale nie mamy owczyny. To trzeba wiedzieć.

Zaskoczył się

Strona WP, Sportowe Fakty, pan Mariusz Domański tak pisze o turnieju skoków narciarskich: „Karpow dość mocno się zaskoczył tym jak w prasie austriackiej potraktowano polskiego skoczka”.

Duży błąd. Można bowiem jedynie być zaskoczonym, czyli wobec zaskoczenia jesteśmy zawsze bierni. Samemu natomiast zaskoczyć się niepodobna. Chyba, że jesteśmy narciarskim skoczkiem, i skaczemy, lecimy, lecimy…, ale nagle silny poryw wiatru zawiewa nas z powrotem na miejsce startu. jak to – mniej więcej tak właśnie – przedstawił swe zaskoczenie wielki nasz sportowiec, olimpijczyk Stanisław Gąsienica-Sieczka.

 

WATER ALTERMANN: Mocni w gębie i inne dziwactwa przestrzeni

Mocny w gębie – jest ludowym określeniem ludzi mówiących szybko i dużo, choć bez sensu. Ostatnio w tv natknąłem się na dwóch takich mocnych osobników.

Przypadek pierwszy – pan Łukasz Rzepecki, reprezentujący w audycji Prezydenta RP, powiedział dnia 8.01.2023 roku w programie „Woronicza 17”: „Pan prezydent rozmawia w różnych formatach. My, zawsze musimy iść po linii polskiej”.

Zapisałem to kuriozum językowe, potem długo siedziałem nad kartką i starałem się pojąć o co p. Rzepeckiemu chodziło. Kombinowałem tak i siak. I niczego nadal nie rozumiem. Sprawdziłem w Internecie i dowiedziałem się, że p. Rzepecki jest doradcą Prezydenta RP, ale nie napisano tam w jakim zakresie służy doradztwem. Może doradza Głowie Państwa co do poprawności językowej?

Moja ocena gadulstwa p. Rzepeckiego w żadnej mierze nie dotyka Pana Prezydenta, bo Jego kancelaria jest tak liczna, że prawdopodobnie nic o pracy Rzepeckiego w tej kancelarii nie wie.

Przypadek drugi – europarlamentarzysta pan Robert Biedroń, 10.01.2023 w TVN mówi: „Wszyscy musimy grać do jednej bramki. I z tej bramki musimy wycisnąć pieniądze z Brukseli, bo ta bramka jest polska”.

Pan Biedroń mówi tak szybko, że większość słuchaczy nie nadąża za nim i w ogóle nie skupia się na treści. Może p. Biedroniowi chodzi o to, żeby oddziaływać jedynie podprogowo? Żeby ogólny obrazek był przyjemny i sympatyczny, a treści… kto tam dzisiaj słucha uważnie polityków.  Ja niestety mam taką skazę, że słucham z uwagą, ba – jeszcze się zastanawiam o co chodzi.

Zatem zastanówmy się nad wypowiedzią europarlamentarzysty. Owszem, jest taki zwrot, że gramy do jednej bramki. Znaczy to tyle, żeby nie strzelać sobie goli samobójczych. Ale – uwaga, uwaga – we wszystkich grach gole strzela się do bramki przeciwnika! A tu pan Biedroń twierdzi, że ta bramka jest polska! Nową grę jakąś mamy? I może jeszcze wymyśloną przez samego p. Biedronia?

Wniosek jest taki, że z całą pewnością nasz europarlamentarzysta w życiu nie grał na żadnym boisku. I nie ma bladego pojęcia nawet o grze w zbijanego. No i to wyciskanie z bramki pieniędzy!  Pan Biedroń nie wie, że ramy bramek są dzisiaj ze stali lub aluminium, a siatka na ramie rozpięta jest ze sznurka. Owszem, z gąbki można coś wycisnąć, ale z bramki?

A teraz wielkie pytanie, czyli „grande domanda” – czy jest jakaś dziedzina, o której p. Biedroń miałby choć blade pojęcie? Bo słysząc go trak często, nigdy nie wiem o czym on mówi?

Przestrzeń

„Widzimy, że jego przestrzeń fizyczna jest w złym stanie” – mówi sprawozdawca o tenisiście, którego mecz komentuje. A potem dowiadujemy się, że – według sprawozdawcy – zawodnik jest zmęczony.

I tak to po „przestrzeni mentalnej”, „przestrzeni odpowiedzialności” mamy już trzecią przestrzeń. Czekam aż ktoś wreszcie powie o – „przestrzeni miłości”. Byłoby to bardzo wesołe, choć głupie, gdyby nie było smutne, bo głupie.

Gabaryty

Najpierw na śmietnikach, teraz już w mediach zapanowało pojęcie – gabaryty. Na śmietnikach pojawiły się informacje od firm odbierających śmieci: „Gabaryty będą odbierane w każdy pierwszy czwartek miesiąca”. Teraz już w radiostacjach i telewizji mówią, że jakaś ciężarówka przewoziła gabaryty…

Wyjaśnijmy więc, że gabaryt, to: 1. zewnętrzny wymiar przedmiotu, urządzenia lub osoby; 2. w architekturze: najwyższa linia poziomu zasadniczej części budynku lub zespołu budynków; 3. przenośnie: rozmiar, wielkość kogoś lub czegoś.

Krótko mówiąc – gabaryt to wymiar, rozmiar. I nie można w naszym języku mówić, że coś ma gabaryt, lub jest gabarytem samo w sobie. Przy śmieciach – może być „duży gabaryt”, lub „śmieci o dużych gabarytach”. W innych przypadkach trzeba mówić, że coś miało wielkie gabaryty, ponadnormatywne gabaryty, gabaryty przekraczające możliwości transportu drogami publicznymi, bez zgody odpowiedniego zarządcy drogi.

Zatem ciężarówka mogła przewozić ładunek ponadnormatywny – dla tego pojazdu – lub też był to ładunek ponadnormatywny. Natomiast co do śmieci – chodzi o to, żeby dużych rozmiarem śmieci, jak części mebli, foteli czy krzeseł nie wrzucać do pojemników, ale odkładać je w wyznaczonym miejscu. Gdzie poczekają aż je zabierze – w określonym dniu miesiąca – firma oczyszczająca miasta i wsie nasze.

Mogę zrozumieć ludzi odbierających śmieci, ale nie mam litości dla ludzi pracujących w mediach, którzy muszą wiedzieć co piszą i mówią oraz, czy jest to dobrze powiedziane po polsku.

Pisałem już w tym miejscu wiele razy, że język polski często wymaga użycia dwóch, a nawet trzech słów, w porównaniu z angielskim, gdzie używa się jednego słowa. Niemiecki zaś łączy – niekiedy w tasiemce – wiele słów, czyniąc z nich jedno okropnie długie.

Szanujmy się, bo kto z obcych nas uszanuje.

 

 

WOŁODYMR SYDORENKO: Rosyjskie wychowanie batem, czyli „odrodzenie tradycji edukacyjnych”

Jak donosi sewastopolski serwis informacyjny ForPost, uczniowie stawropolskiej szkoły podchorążych (region w pobliżu Kraju Krasnodarskiego, gdzie urodził się Michaił Gorbaczow) są bici za naruszenie dyscypliny. Ponadto w zatwierdzonym regulaminie szkoły podchorążych oficjalnie przewidziano kary cielesne, a wysyłając swoje dziecko do kadetów, rodzice zobowiązani są do podpisania zgody na taką karę. Jak się okazuje, wielu rodziców uważa to za normalne.

Ta sprawa daje jednak dużo do myślenia. Po tym, jak jeden z nauczycieli w jednej ze szkół przesadził i wychłostał uczniów batem, nauczyciel został zwolniony „za przekroczenie uprawnień”, jednak… rodzice zaczęli domagać się przywrócenia zwolnionego nauczyciela na stanowisko. Twierdzili, że „uczynił prawdziwych mężczyzn z ich dzieci”.

Historia biczowania jednego z uczniów i opinia jego ojca stały się powszechnie znane po opublikowaniu zdjęcia niebieskich pleców ukaranego szóstoklasisty na portalach społecznościowych. Kiedy syn wrócił ze z bliznami na plecach, okazało się, że chłopiec został ukarany za „drobne wykroczenie”. „Myślałem, że to tylko groźba uczynienia dzieci bardziej posłusznymi, myślałem, że taka kara może się zdarzyć w skrajnym przypadku” – przyznał jego ojciec Denys Serba.

Mężczyzna twierdzi, że inni rodzice już wcześniej zauważyli ślady biczowania u swoich dzieciach.

W następstwie publikacji na temat kar cielesnych prokuratura przeprowadziła w szkole oględziny i ustaliła okoliczności zdarzenia. Potwierdzono fakt fizycznego ukarania ucznia. Stawropolski Komitet Śledczy wszczął postępowanie karne w sprawie niedopuszczalności stosowania kar cielesnych wobec nieletnich w ogólnej placówce oświatowej. W rezultacie zwolniono dwóch pracowników szkoły. To nauczyciel, który użył bata, oraz jego bezpośredni przełożony wicedyrektor placówki oświatowej. Dyrektor szkoły został ukarany.

Zaraz po tym ktoś zorganizował zbiórkę podpisów za przywróceniem ich do pracy. W obronie zwolnionego nauczyciela stanęli rodzice niektórych uczniów. W apelu skierowanym do dyrektora szkoły odwołany nauczyciel został nazwany „najlepszym przyjacielem i nauczycielem”, a jego sposób wychowania batem był akceptowalny. Obrońcy zwolnionego nauczyciela uznają chłostę za dobrą metodę wychowawczą i proszą o niestosowanie wobec „pedagoga” środków karnych. Ich zdaniem tylko dzięki niemu dzieci wiedzą, czym jest dyscyplina i co to znaczy być mężczyzną. Przedstawiciele organizacji społecznej „Zgromadzenie Rodziców Stawropola” stwierdzili również, że podobne metody nauczania powinny być stosowane we wszystkich szkołach. Nazwali użycie bata „odrodzeniem tradycji edukacyjnych”. Ogólnie rzecz biorąc, rodzice chłopca powinni byli zrozumieć, że znajdują się w wyspecjalizowanej instytucji, w której edukacja jest budowana z naciskiem na dyscyplinę. W rezultacie rodzicom chłopca zalecono przeniesienie dziecka do zwykłej szkoły, jeśli nie zgadzają się regulaminem placówki.

Klasy kadetów i całe szkoły kadetów stały się popularne w Rosji i na Krymie po aneksji półwyspu. W Sewastopolu, Symferopolu, Jałcie, Kerczu i innych miastach Krymu powstały klasy podchorążych, które są pod patronatem Departamentu Śledczego Rosji, Ministerstwa Policji, Straży Granicznej i innych struktur paramilitarnych. Wiedziano o surowych dyscyplinarnych metodach nauczania uczniów (np. o poruszaniu się tylko w szyku, o obowiązkowym umundurowaniu itp.), ale o stosowaniu kar cielesnych, a tym bardziej o wprowadzeniu tej normy do regulaminu szkolnego i zgody rodziców na takie karanie, informacja pojawiła się po raz pierwszy. Okazuje się, że dyktatura w kraju żyje według swoich surowych zasad i nieubłaganie rozprzestrzenia swoje formy rządzenia na inne dziedziny życia, w tym na instytucje edukacyjne. Jak wiadomo z historii Rosji, kary cielesne, podobne do metod inkwizycji, były szeroko stosowane zarówno w sferze cywilnej, jak i w wojsku od XVI do XIX wieku, a później, wraz z rozwojem cywilizacji, zostały zniesione jako niedopuszczalne. W szkołach kary cielesne zlikwidowano na początku XX wieku. Jednak za milczącą zgodą władz tortury są stosowane w Rosji do dziś.

Na Krymie wiadomość o karach cielesnych kadetów została przyjęta inaczej. Na przykład internauta o pseudonimie Elena Elena (Sewastopol) pisze: „Tak się okalecza dusze dzieci… Wyrośnie pokolenie >silnych< ludzi, którzy problemy rozwiążą siłą”. Czytelnik o pseudonimie Serggio (Sewastopol) pyta: „Czy to jest >tradycja wychowawcza<? Powrót do korzeni, że tak powiem? Piernik dla pana, bat dla niewolnika?”.

Jednak wielu czytelników wyraża poparcie dla takich metod edukacji. Na przykład czytelnik o pseudonimie Ailant (Sewastopol) pisze, że „Kto sam bije swoje dziecko, najbardziej ostentacyjnie oburza się na fizyczne karanie dzieci. Wszak zarówno stanie w kącie, jak i >masowanie< uszu mają zapomniany sens przywracania dziecku przytomności. Kara cielesna nie jest tak bolesna jak kara wychowawcza…”

 

Ostrzeżenie WALTERA ALTERMANNA: Uwaga, felieton zawiera treści anarchistyczne!

W poprzednich dwóch felietonach „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ i Unii Europejskiej. Sądzę, że raczej udowodniłem, iż ONZ i UE są organizacjami pasożytniczymi.

Być może wiek XXI zostanie po wiekach nazwany erą urzędników. Bo zanosi się na to, że właśnie urzędnicy – tu rozumiem także parlamentarzystów polskich – z roku na rok stają się właścicielami świata. Wieki średnie to dominacja właścicieli ziem. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej mamy ciągle jeszcze dominację bankierów i przemysłowców. Ale ich czas powoli się kończy, a właścicielami świata stają się urzędnicy.

Dlatego, dla rozpoznania sytuacji, zajmiemy się polskim parlamentaryzmem, bowiem tak Sejm, jak Senat puchną od wymyślonej przez siebie, dla siebie, odpowiedzialności, puchną też od nadmiaru ludzi, którzy krętymi sposobami – trochę jawnie, trochę skrycie, pracują na ich rzecz. I nie są to prace za darmo.

Polski parlament przyszłości

Moim zdaniem trzeba czym prędzej zlikwidować Senat a liczbę posłów zmniejszyć do stu. Nie wiem, kto i kiedy mógłby to przeprowadzić, bo senatorowie i posłowie trzymają się ław parlamentarnych mocno, jakby byli do nich przyspawani, ale ta reforma przyniosłaby ogromne, niewyobrażalne dla niektórych i błogosławione dla wszystkich skutki. Wymienię je w punktach.

SENAT:

 

  1. Likwidacja Senatu byłaby krokiem miłosiernym, bo od swego zarania, w Polsce po 1989 roku, Senat nigdy nie miał wpływu na cokolwiek. Nigdy jeszcze Senat nie wniósł istotnej poprawki do jakiejkolwiek ustawy, a jak wnosił, to i tak zostawały te poprawki odrzucane przez Sejm.
  2. Ciągle słyszę, że Senat to izba refleksji i zadumy. Od refleksji jest kościół – dla niewierzących filozofowie, a od zadumy cmentarze.
  3. W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej w Senacie zasiadali możni panowie i biskupi, i też – poza hamowaniem reform – niczego dobrego nie robili. Jedyną korzyść z istnienia Senatu mieli senatorzy, bo izba ta była istnym targowiskiem interesów – tak świeckich jak kościelnych.
  4. Likwidacja Senatu zmusiłaby posłów do lepszej pracy, bo tak jak jest obecnie, to posłowie ciągle liczą na senatorów, że ci poprawią to co posłowie spaprali.
  5. Trzeba też powiedzieć, że naprawdę nie chodzi tylko – tak przy Senacie jak i Sejmie – jedynie o te 100 osób. Każdy z senatorów ma duży sztab ludzi, którzy są na etatach, umowach o dzieło, umowach zleceniach. Jest jeszcze Kancelaria Senatu i kilka senackich służb, których praca byłaby zbyteczna. Nawet Straż Marszałkowska miałaby mniej roboty. A chodzą jeszcze słuchy, że Senat żąda osobnego, ładnego i wystawnego budynku na swe prace.
  6. Likwidacja Senatu byłaby pierwszym, ale znaczącym, krokiem do realizacji idei „oszczędnego państwa”. Bo jak na razie mamy państwo rozdmuchane, albo – lepiej powiedzieć „samo-rozdmuchujące się”.                                                                                                                                                                         SEJM:

 

  1. Ograniczenie ilości posłów do 100, uwolniłoby zdrowe siły narodu i pozwoliłoby je „rzucić na odcinki realnej pracy”. Bo tak jak jest teraz, to najwięcej czasu i energii posłowie tracą na dyskusje. A to głównie dlatego, że każda z sejmowych partii wypuszcza na bój wielu posłów, a skutkiem tego Sejm mówi, mówi i mówi. Gdyby zaś było ich jedynie 100-u, to i mówców, dyskutantów, interpelantów i tych występujących ad vocem byłoby co najmniej ponad trzy razy mniej.
  2. Teraz tych 460 posłów – podobnie jak w przypadku Senatu – to jedynie wierzchołek góry lodowej. To znaczy publicznie widzimy jedynie 460, a przecież pracuje na ich rzecz wielka armia ludzi. A podróże krajowe i zagraniczne posłów? A ich mieszkania służbowe? Dziwne, że jakoś nikt nigdy nie policzył, ile kosztuje utrzymanie i działalność Sejmu i Senatu. Zdaje mi się, że są to dane bardziej strzeżone niż stan naszej armii i wszystkich tzw. służb siłowych.
  3. Zauważę też, że każdy z posłów ma w terenie swoje lokale poselskie i sztaby ludzi – przyzwoicie opłacanych – którzy jedynie powielają to, co mówi szef danej partii. Naprawdę trudno jest twierdzić, że wszyscy z 460 posłów porządnie pracują. Poza tym kiedyś pewien dziennikarz zapytał Jana Pawła II o to, ilu ludzi pracuje w Watykanie. I wtedy Jan Paweł II powiedział: Połowa.
  4. Po reformie tych 100 posłów naprawdę musiałoby się ostro wziąć do roboty. Razem ze swoimi mniejszymi sztabami.
  5. Męczące są też kampanie wyborcze. Widzowie, słuchacze i czytelnicy muszą przez kilka miesięcy obcować z nieznanymi osobnikami, którzy „robiąc miejsca na listach” publikują swoje twarze i przemyślenia. W tym przypadku, naprawdę, im mniej tym lepiej. Dla naszego, wyborców, zdrowia spadek oferty wyborczej z 460 na 100 to znacząca ulga. A pamiętajmy, że teraz najczęściej na jednej liście wyborczej jest po 20 osób, z czego tylko jedna osoba, a i to nie zawsze, ma szanse na bycie posłem. Czyli – obecnie możemy mieć do czynienia z kilkudziesięcioma tysiącami kandydatów do Sejmu. A przy stuosobowym Sejmie liczba tych chętnych zmaleje do jakichś kilkunastu tysięcy! Jest różnica.
  6. Wszystkie telewizje i radiostacje odzyskałyby mnóstwo czasu antenowego, bo z tej setki posłów nie wszyscy garnęliby się do tych śniadań, podkurków i wieczorów dyskusyjnych. Nie mieliby na to siły i czasu.

O moim współczuciu dla młodych

Tysiące młodych ludzi pochłania dziś i spala – niczym biblijny Baal – polska polityka. Widać to po ich rozbieganych oczach, najwyraźniej tuż przed wyborami, że ci młodzi chcą znowu być radnymi, posłami, senatorami. I to u zarania ich zawodowego życia. Zamiast zdobyć zawód, sprawdzić się w nim i dopiero potem zająć się polityką, oni już, natychmiast chcą być prezesami, dyrektorami, członkami rad nadzorczych… a wszystko za państwowe pieniądze i z partyjnego nadania.

Ja rozumiem, że partie załatwiają im wysokie dochody, ładnie brzmiące tytuły i błyszczenie do kamer tv – ale oni nadal, do końca swych dni, nie będą mieli żadnego zawodu. Owszem, większość z nich skończyła jakieś studia, ale to tylko wykształcenie, a zawód zdobywa się praktyką. Zawód poseł? Przed wojną taki gość nie znalazłby panny do ożenku w żadnym dobrym domu.

Żal mi tych młodych ludzi pędzących na zatracenie się w polityce. Bo przecież są to w większości ludzie zdrowi, sprawni i pełni energii życiowej – tak fizycznej jak umysłowej. A tu budownictwo nasze cierpi na braki kadrowe, remonty dróg, miejskich ulic i tras kolejowych wloką się w nieskończoność, bo nie ma chętnych do takiej zaszczytnej i konkretnej pracy.

Czyż – o wy, młode Panie i młodzi Panowie – nie widzicie, że przyjemniej jest zostawić po sobie potomnym kawałek dobrze zrobionej jezdni i chodników, niż kilka ustaw, które ciągle trzeba poprawiać? Albo jakieś uchwały, których sens ginie w pamięci społecznej już w pół roku po ich podjęciu? I nie szkoda to zdrowia na telewizyjne awantury? Powiadam Wam, praca leczy, ale konkretna, najlepiej fizyczna.

Nareszcie z narodem

Po takich redukcjach parlamentarnych oczywiście powstanie problem zredukowanych parlamentarzystów. Podniesie się krzyk i płacz, słuchać też będzie zgrzytanie zębów – zupełnie jak w Dniu Sądu Ostatecznego.

Ale musimy pozostać na takie odruchy posłów i senatorów – choćby niedoszłych – ślepi i głusi. Jeżeli bowiem teraz przez cały czas, wszyscy oni twierdzą, że działają nie dla własnej korzyści i nie dla materialnych zysków, ale dla dobra nas wszystkich, dla dobra każdego przeciętnego Polaka, to przecież nie będą mieli powodu popadać we frustrację. Po odejściu z parlamentu zaczną pracować, jak ich kochany elektorat.

O współczuciu dla starszych

Jest też, w naszym Sejmie i Senacie spora grupa starszych mocno pań i panów, wobec których również żywię głębokie współczucie. Tych z kolei mi żal, że polityka odciągnęła ich od zawodów, zajęć, w których jako tako już się odnaleźli. Patrząc na nich, widząc jak męczą się i cierpią w poselskich ławach przychodzi mi do głowy, że mogłoby ich wszystkich uratować jedno – głęboka, ostra i wyraźna reforma polskiego parlamentu.

Polskie kampanie wyborcze – nasz Hyde Park

W kampaniach każdy mówi co mu tam ślina na język przyniesie. I mówi to bezkarnie, bo teza, że „wyborcy nas rozliczą” jest zgrabnym, ale puściutkim zwrotem. Tak naprawdę każdy z kandydatów powtarza jedynie – w skrócie – program własnej partii. Bo też żaden z kandydatów nie wierzy, że którykolwiek z widzów czy słuchaczy zrozumie i zapamięta, co on wygadywał. Tak naprawdę, kandydat ma się pokazać, żeby ludzie zapamiętali twarz i nazwisko, a potem odnaleźli go na listach wyborczych. Chodzi zatem tylko o to, żeby – niejako podprogowo – wbić się w pamięć wyborcy.

O ile chodzi o programy, to przez całe minione już ponad 33 lata od czasu upadku komuny, był tylko jeden, jedyny uczciwy kandydat na prezydenta RP, który z serca i rozumu mówił o co mu chodzi. I był w tym niezwykle wiarygodny. Myślę tu o panu Kazimierzu Piotrowiczu, wynalazcy bioenergoterapeutycznych wkładek do butów, które w cudowny sposób miały poprawiać zdrowie. Wystartował on w wyborach prezydenckich w 1995 roku wykorzystując niecnie kampanię wyborczą do reklamowania produkowanych przez siebie wkładek do butów. Owszem, był w tej kampanii bezczelny, ale przecież nie kłamał!

A większość kandydujących do Sejmu i Senatu nie potrafiłaby zrobić nawet tych wkładek. A już je sprzedać? Ho, ho! Podejrzewam, że żaden z kandydatów nie sprzedałby nawet butelki wody na Saharze. Nikogo nie obrażam, ale mam głęboką nieufność w stosunku do ludzi, którzy chcą zawodowo zajmować się polityką, nie mając uprzednio żadnego zawodu. Tu wyjaśnię, że mamy trzy pojęcia: Wykształcenie, stanowisko, zawód.

Nasza klasa polityczna

O naszej klasie politycznej, według mnie, świadczy najlepiej anegdotka, jakiej doświadczyłem 20 lat temu. Rozmawiałem wtedy z moim dawnych znajomym ze studiów, który te dwadzieścia lat temu był już bardzo poważnym samorządowcem, szczebla wojewódzkiego. W pewnym momencie, po wspominaniu przeszłości znajomy Wysoki Urzędnik zaczął narzekać na swoje zarobki, roztkliwiając się sobą – to jest swoimi zarobkami – ponad przyzwoitość. Powiedziałem mu wtedy, żeby nie przesadzał, bo ma przecież bardzo wysoką pensję.

– Pensja tak, niezła… – odparł – ale zarobku żadnego.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Gen. Minkiewicz – to on stworzył Korpus Ochrony Pogranicza

19 stycznia 1880 r. w Suwałkach urodził się Henryk Minkiewicz, działacz PPS, Związku Walki Czynnej i Związku Strzeleckiego, oficer Legionów Polskich. O niepodległość Ojczyzny walczył z Ukraińcami i bolszewikami. W II RP generał Wojska Polskiego, organizator i pierwszy dowódca – w latach 1924–1929 – Korpusu Ochrony Pogranicza.

„Powołani zostaliście do szeregów Korpusu, aby pełnić ciężką i odpowiedzialną służbę ochrony wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Czeka Was zadanie trudne, wymagające żołnierskiego poświęcenia, hartu woli i siły charakteru. Oto zbrojne najemne bandy wkraczają w granice Państwa Polskiego, aby palić dobytek spokojnym mieszkańcom, grabić ich mienie, mordować opornych, a następnie ratować się ucieczką, zostawiając za sobą zgliszcza i ruiny” – pisał gen. Henryk Minkiewicz, pierwszy dowódca KOP.

Bez KOP, czyli Korpusu Ochrony Pogranicza, Polskę zalaliby wszelkiej maści przestępcy ze wschodu: szpiedzy, dywersanci, przemytnicy, terroryści, mordercy. KOP został powołany po tym, gdy latem 1924 r. oddział ok. stu bolszewickich bandytów zajął i splądrował przygraniczne miasteczko Stołpce. A nie było to pierwsze wtargnięcie do Polski sowieckiej V kolumny. Przeciwdziałać temu postanowili premier Władysław Grabski i minister spraw wojskowych gen. Władysław Sikorski.

Tak cele Korpusu formułował dalej gen. Minkiewicz: „Na ziemiach umęczonych długoletnią wojną zapanował znowuż gwałt i terror. Cichy, pracujący w pocie czoła mieszkaniec wsi i miast nie jest pewny dnia ani godziny. W tych warunkach cała ludność Województw Kresowych spogląda na żołnierzy KOP, jako na swoich właściwych obrońców. Żołnierze, nie możecie tego zaufania stracić. Musicie stać się naprawdę obrońcami biednej, żyjącej w ciągłej obawie o swoje życie i mienie ludności. Musicie wierną i wytrwałą służbą zapewnić ludności ład i spokój, zagwarantować bezpieczeństwo. Imię wasze, imię żołnierza Korpusu powołanego do ochrony granic musi być z ufnością i szacunkiem wymawiane przez całą ludność, a jednocześnie być postrachem dla bandytów”.

I tak wobec Sowietów KOP prowadził działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze. A ludności wschodnich rubieży Rzeczpospolitej – złożonej często z obojętnych lub niechętnych Polsce mniejszości narodowych – niósł edukację, pomoc medyczną i weterynaryjną, organizował prace społeczne, kwesty, pomagał budować szkoły i ochronki.

Najtrudniejszy egzamin KOP zdał we wrześniu 1939 r., kiedy osamotniony stawiał czoło sowieckiemu agresorowi. Tak było np. na linii Słucz – Tynne, co opisał jeden ze świadków: „Porucznik Bołbott i jego żołnierze, w maskach gazowych na twarzach obsługiwali karabiny maszynowe. Zadymienie w bunkrze było mordercze, bo sowieckie czołgi celowały w otwory strzelnicze. Bunkier obłożono materiałami wybuchowymi i wysadzono w powietrze. Prawdopodobnie obrońcy leżą pod gruzami do dziś. Ich nazwisk nie dało się ustalić”.

Tu i w innych miejscach polskiej obrony Sowieci rozstrzeliwali jeńców na miejscu bądź wywozili do łagrów. Wielu zamordowali w Katyniu. Ostatnim całodniowym starciem była bitwa pod Wytycznem 1 października 1939 r.

A Henryk Minkiewicz? Po sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939 r. został aresztowany przez NKWD. W obozie w Kozielsku był najwyższym rangą jeńcem, a także autorytetem i opiekunem dla młodszych stopniem kolegów. Zamordowany prawdopodobnie 9 kwietnia 1940 r. w Katyniu. Dziś spadkobiercami etosu stworzonego przez Henryka Minkiewicza Korpusu Ochrony Pogranicza są funkcjonariusze Straży Granicznej…

CEZARY KRYSZTOPA: Jak się nie obrócić, … tył zawsze z tyłu

Nie jest dobrze, proszę ja Was. Nie jest dobrze. Mówiąc nieco obcesowo, można by rzec, że jak się nie obrócić d… zawsze z tyłu.

Trudno mi się opędzić od myśli, że polski rząd od dłuższego czasu pracował nad uprzężą, którą następnie na siebie założył, a lejce oddał Brukseli. Jeśli ustawa o SN, która ma „utorować drogę do kompromisu z KE” wejdzie w życie, prawdopodobnie czeka nas chaos i rzeź sędziów, którzy zaufali po 2015 roku reformie sądownictwa, a jeśli się nie uda, histeria pt. „PiS zabrał pieniądze”. Długo by pisać, sporo już o temu poświęciłem czasu. Tak czy siak, w to, że będą z tego jakieś pieniądze (przypominam, że zgodziwszy się na KPO, już zaczęliśmy to spłacać) zdają się niespecjalnie wierzyć nawet członkowie partii rządzącej. A i Bruksela nie bez powodu tuż po sejmowym głosowaniu w sprawie ustawy o SN wysyła nieoficjalny sygnał – „a nie nie, teraz ustawa wiatrakowa…”. Wydaje się, że ten rząd nie znajduje się obecnie u szczytu pasma sukcesów.

Opozycja?

Ktoś powie – no dobrze, ale od tego mamy opozycję, żeby przygotowawszy uprzednio odpowiedni program, powoławszy odpowiednich ludzi, dała nadzieję na nowe otwarcie. Niestety, bardzo mi przykro, jeśli z codziennego opozycyjnego bełkotu w mediach można wyekstrahować jakiś program, to jest to program likwidacji państwa (CBA, IPN itd.), prywatyzacji wszystkiego co się rusza, likwidacji 500+, podniesienia wieku emerytalnego, nauczania masturbacji w szkołach i pozakonstytucyjnych rozwiązań siłowych. Czyli program wpędzenia Polaków na powrót w rolę taniej siły roboczej, laboratorium eksperymentów społecznych i rynku zbytu dla innych. Rola przewidziana dla Polski to nawóz dla przyszłego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich lub, jak wolą niektórzy – IV Rzeszy. Zakładając nawet, że jest to program atrakcyjny dla kogokolwiek z jaką taką zawartością puszki mózgowej, to co takiego robi opozycja, żeby przekonać do siebie Polaków? Przedstawia jakieś programy? Koncepcje reform? A skąd, opozycji wydaje się, że wystarczy pomoc „starszych kolegów”, szczucie na inaczej myślących, filmiki z Tuskiem na TikToku i kilka grubszych żartów przechodzonego „byłego premiera”, który sprawia wrażenie jakby ktoś go zamroził w 2014 roku, a po rozmrożeniu zapomniał poinformować, że jednak minęło tych kilka lat. Otóż może nie wystarczyć.

Niemcy? UE?

Tu znowuż ktoś może zauważyć – no dobrze, skoro są jacyś „starsi koledzy”, którzy niewątpliwie mają wystarczająco dużo siły by nas krzywdzić, to może jednak powinni sprawować nad nami realną władzę i nie ma co się szarpać? Nie będzie suwerenności, ale będzie jaki taki spokój i jaki taki „dobrobyt”. Rzeczywiście, „starsi koledzy” ciągle mają możliwość sprawiania nam kłopotów, ale znów, zwolenników takiej tezy muszę bardzo zmartwić. Niemcy to oczywiście wciąż potężny kraj, ale dawno nie byli tak słabi i to na różnych płaszczyznach, gospodarczej, wizerunkowej, społecznej, każdej. Można by zaryzykować tezę, że w wyniku własnych błędnych decyzji minęli już szczyt swojej potęgi i raczej staczają się po równi pochyłej. A Unia Europejska? Litości, na Polsce może się jeszcze powyżywać, ale dziesięciolecia rozrodu wsobnego na brukselskich korytarzach, doprowadziły do umysłowej atrofii i braku umiejętności weryfikacji błędnych założeń. Tak jak UE przed wojną pędziła w imię ideologicznego zaślepienia na ścianę gospodarczej katastrofy, tak po wybuchu wojny jeszcze przyspieszyła. Pytanie tylko kiedy katastrofa nastąpi i kogo za sobą pociągnie. A jeszcze nie wiadomo jaki zasięg obejmie i czym się skończy afera korupcyjna.

Rosja?

Komu innemu może się z kolei przyśnić Rosja, „Trzeci Rzym”, „ostatnia reduta konserwatyzmu” (światowy lider mordowania nienarodzonych). Błagam… Trudno powiedzieć, czy to w co wdepnęła Rosja jest efektem obłędu, czy złej oceny sytuacji Władimira Putina. Dość jednak, że człowiek, który był bliski zbudowania eurazjatyckiej osi Moskwa-Berlin, rozciągającej się od Władywostoku po Lizbonę, spuścił swoje „imperium energetyczne” w wyniku tyleż zbrodniczej co durnej inwazji na Ukrainę, w geopolitycznym klopie. Tak, oczywiście, że Rosji pozostaje więcej możliwości niż by chciały hurraoptymistyczne w tym zakresie „wiodące media”. Oczywiście, że Rosja prawdopodobnie zdąży przelać jeszcze wiele krwi. Ale, to, że szybko przejada gromadzone przez lata zasoby, które nie będzie łatwo odbudować, jest faktem. To, że rozpada się jej strefa wpływów, a na Kremlu rozpoczęły się walki buldogów pod dywanem, również jest faktem. Wiele wskazuje na to, że na Kremlu zapadła decyzja o wejściu w co najmniej nową „zimną wojnę” z Zachodem. Zapewne pomoże to za nową „żelazną kurtyną” przez jakiś czas zachować jaką taką spójność wewnętrzną, ale jak zimna wojna i wyścig zbrojeń skończył się dla Związku Radzieckiego? A jak skończy się dla słabszej Rosji w starciu z oczywiście również słabszym, ale jednak posiadającym wielokrotnie większe zasoby i potencjał Zachodem?

Leśniczy

Tę listę można by ciągnąć dalej, ale i bez tego tekst jest znowu za długi. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że zbliżamy się do jakiegoś przesilenia. Mamy niewątpliwie sytuację kryzysową, rzeczywistość wymusza na fircykach porzucenie postpolityki i zakasanie rękawów. Mimo to zarówno główni, jak i drugoplanowi aktorzy zdają się nie dorastać do swoich ról.

I jak tu nie zadawać sobie pytania, parafrazując znany, choć mało śmieszny dowcip, czy nie pojawi się w końcu jakiś leśniczy, który rozpędzi to po kątach, uznając, że ma wystarczająco dużo siły żeby „zaprowadzić porządek”?

WLATER ALTERMANN: Unia i biurokratyczne fanaberie europejskie z korupcją w tle

W felietonie „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ. I zdaje mi się, że całkiem logicznie udowodniłem, że ONZ jest organizacją martwą i tym samym nieskuteczną, nie realizującą swych statutowych celów. Jedyne cele jak ONZ ma na celu to zachowanie i wzrost dobrobytu i dobrostanu własnych urzędników. Co prawda pojęcie „dobrostan” dotyczy dobrych warunków życia zwierząt hodowlanych, ale jest adekwatne do problemu dobrego, zasobnego i spokojnego życia urzędników tak ONZ jak i UE, więc nikogo nie obrażam, stwierdzając jedynie stan faktyczny. Teraz zajmiemy się rolą i funkcjonowaniem Unii Europejskiej.

U podstaw Unii Europejskiej legły najszczytniejsze ideały, mające zapobiec kolejnym wojnom europejskim. Przypomnijmy, że II wojna światowa wybuchła w 21 lat od zakończenia pierwszej. Obie te wojny nie były też pierwszymi wojnami na wielką skalę, toczonymi na terytorium Europy. Przyczyny były zawsze te same – próby dominacji jednych państw nad drugimi. Ale powodem podstawowym była zawsze walka o przewagi w produkcji i zbytu, czyli szeroko rozumiane rynki – europejskie i kolonialne.

Miłe złego początki

Początkiem integracji europejskiej było powołanie w 1952 roku Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, z której w 1958 roku powstała Europejska Wspólnota Gospodarcza. Unia Europejska jest zaś bezpośrednią następczynią EWG. Od czasu wejścia w życie traktatu lizbońskiego, tj. od 1 grudnia 2009, podstawę prawną funkcjonowania stanowią Traktat o Unii Europejskiej (znany także jako traktat z Maastricht) oraz Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Obecnie Unię tworzy 27 państw.

Unia Europejska zmierza jednak w kierunku bycia nowym tworem – potężnym państwem ponadnarodowym. I tu powiedzmy od razu, że ten kierunek wyznaczają obecnie dwie siły, w łonie UE.

Pierwsza siła upaństwowienia UE – niezaspokojone ambicje Niemiec i zmęczenie Francji

Pierwsza z tych sił to Francja i Niemcy. Oba te państwa, chcą nowego tworu, w którym mogłyby dominować – w oparciu o fakt, że są to państwa najliczniejsze i najsilniejsze ekonomicznie.

Ostatnio – niedościgniony w swych makabrycznych bon motach – kanclerz Olaf Scholz powiedział, że Niemcy są już gotowe do przyjęcia na siebie przewodnictwa w Unii Europejskiej i zajęcia w niej należnego Niemcom miejsca. Pół roku wcześniej domagał się, aby Niemcy zostały stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Zdaje się, że bez przewodzenia komukolwiek Niemcy są historycznie nieszczęśliwi. Koncepcje co do roli Niemiec w świecie popsuła jednak Scholzowi wojna rosyjsko-ukraińska, a konkretnie dwuznaczna, pełna pokrętnych słów i działań postawa samego Scholza. Ta zastanawiająca moralnie i wielce dwuznaczna rola Niemiec w wojnie rosyjsko-ukraińskiej bierze się stąd, że Niemcy nie chcą dopuścić do obniżenia poziomu życia Niemców – jak stwierdził sam Scholz. Stąd wszelkie embarga i restrykcje przyjmowane są jak wspomnienie alianckiego bombardowania Hamburga czy Drezna. Przy czym dzisiejsi Niemcy jakby akceptowali własne zgodnie w II wojnie światowej, ale odwet aliantów traktują jak nieuzasadnione zbrodnie. Zaiste – historia niczego nie uczy, a megalomania Niemców nie ma granic przyzwoitości.

Co do Francji – widać, że jest zmęczona Europą, światem i samą sobą. Być może Francuzi ciągle przeżywają utratę Indochin? Zdarzało się już w przeszłości, że jacyś władcy, a nawet całe narody odczuwały zmęczenie własną władzą i popadały z nudów pod cudzą dominację.

Druga siła zjednoczenia UE – urzędnicy 

Urzędnicy Unii Europejskiej zachowują się tak, jakby UE już była państwem, a przynajmniej musiałby nim natychmiast zostać. Nawiązują przy tym do Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. To istne kuriozum. Przez kilka stuleci Cesarstwo Rzymskie było związkiem państw, owszem – ale na jego czele zawsze stał cesarz, który jednocześnie był królem najsilniejszego z państw tego tworu. Tak było począwszy od Karola Wielkiego – protoplasty Cesarstwa.

Tymczasem dzisiejsze władze Unii są tylko i jedynie władzami grupy urzędników, którzy żadną ziemią, krajem i państwem nie zarządzają. Tym samy Unia staje się władzą nadrzędną nad realnie działającymi pastwami. I to jest czysta abstrakcja na tle realnych dziejów Europy.

Zwróćmy też uwagę, że urzędnicy Unii Europejskiej coraz intensywniej działają nie na rzecz państw członkowskich, które im płacą za bycie urzędnikami, ale na rzecz przyszłego mega-państwa, które ma powstać na gruzach UE. Ułatwia to urzędnikom UE obecna struktura organizacyjna i zakres kompetencji jej organów.

Tako o sobie samej rzecze Unia

Wpadła mi właśnie w ręce broszura Unii Europejskiej z roku 2020, przeznaczona dla młodzieży, w której można przeczytać:

Parlament Europejski reprezentuje obywateli UE. Posłowie do Parlamentu Europejskiego są wybierani przez tych obywateli w wyborach bezpośrednich, które odbywają się co pięć lat… W skład Parlamentu wchodzi 750 posłów z wszystkich państw UE. Większe kraje ze względu na swoją wielkość mają więcej posłów niż mniejsze państwa… Parlament podejmuje decyzje dotyczące prawa europejskiego wspólnie z Radą. Jeżeli Parlament i Rada nie mogą osiągnąć porozumienia co do aktu prawnego, nowe przepisy nie wejdą w życie. Parlament wybiera przewodniczącego Komisji Europejskiej i zatwierdza cały zespół 27 członków Komisji – komisarzy. Parlament zatwierdza również budżet Unii Europejskiej.”

Broszura informuje również o Radzie Europejskiej: „Rada Europejska składa się z prezydentów lub premierów państw UE. Spotykają się oni przynajmniej cztery razy do roku. Ich posiedzenia nazywane są „szczytami europejskimi”. Rada Europejska ustala główne priorytety UE i ogólne kierunki polityki. Kieruje nią przewodniczący, który jest wybierany co 2,5 roku. Rada Europejska nie przyjmuje unijnych aktów prawnych. Jest to zadanie Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej.”

A taką informację w broszurze znajdziemy o Radzie Unii Europejskiej: „Rada Unii Europejskiej reprezentuje rządy państw UE. W Radzie ministrowie ze wszystkich krajów UE spotykają się, by omawiać sprawy UE i podejmować decyzje dotyczące polityki i prawa UE. To, że niektórzy ministrowie uczestniczą w posiedzeniach, zależy od tematu dyskusji. Na przykład, jeżeli posiedzenie dotyczy zanieczyszczenia powietrza, wówczas spotykają się ministrowie środowiska. Jeśli głównym tematem dyskusji jest bezrobocie, zbierają się ministrowie odpowiedzialni za zatrudnienie i sprawy społeczne.”

Taka struktura, dająca wybranym do parlamentu Europejskiego posłom, wedle klucza wielkości ludności państw członkowskich, właściwie nieograniczone możliwości zrodziła się z hipokryzji niektórych państw członkowskich, a najbardziej z zakłamania władz Niemców i Francuzów.

Hipokryzja wielkich państw

Hipokryzja w polityce to ukrywanie istotnych celów, którymi kierują się dani politycy. Chcący ukryć swoje prawdziwe intencje, zawsze dużo mówią o duchu praw, miłości między narodami, humanizmie, testamencie ojców i odpowiedzialności przed następnymi pokoleniami. Czasem hipokryci powołują się jeszcze na Boga.

Hipokryci z Niemiec, Francji i w mniejszym stopniu z Hiszpanii i Włoch, stworzyli potwora, jakim dzisiaj jest UE. Nie chcąc sami występować z własnymi pomysłami co do przyszłości Europy, wysługują się unijnymi urzędnikami.

Parlament UE jako przykrywka dla pomysłów rządów

Jeżeli ktoś uznałby moje rozumowanie za niezgodne z prawdą, to pytam: po co komu jest Parlament Europejski? Na co każdemu z 27 państw członkowskich utrzymywanie eurokratów, opłacanych nad wyraz niegodziwie wysoko. Na potwierdzenie mojej tezy, o zbyteczności Urzędników Unijnych przywołam raz jeszcze broszurę samej Unii, dla młodzieży:

„Codzienną pracę Komisji wykonuje jej personel administracyjny, eksperci, tłumacze pisemni i ustni oraz asystenci. Rekrutacją urzędników Komisji – tak jak i pracowników innych instytucji UE – zajmuje się Europejski Urząd Doboru Kadr. Urzędnicy ci są obywatelami krajów UE, wybranymi w trybie otwartych konkursów. W Komisji pracuje około 33 000 osób. Liczba ta może wydawać duża, ale w rzeczywistości jest mniejsza niż liczba pracowników administracji większości dużych miast w Europie.”

Zakłamanie autorów broszury jest równe zakłamaniu polityków największych państw składowych UE. Porównanie tej armii unijnych urzędników do urzędników metropolii europejskich jest bałamutne. Ci miejscy urzędnicy za coś konkretnie odpowiadają, choćby za miejski transport, inwestycje użyteczności publicznej, wodociągi, kanalizacje, szkoły i przedszkola, służbę zdrowia. A za co odpowiadają urzędnicy UE? Za wymyślanie kolejnych przepisów i pilnowanie, żeby realnie pracujący ludzie ich przestrzegali. Toż to samonapędzająca się maszyna biurokracji.

Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie fakt, że parlamentarzyści europejscy i tysiące urzędników żyją naszym kosztem. A żyją na poziomie prawdziwie światowym. Dzisiejsza warstwa urzędników unijnych jest nową klasą próżniaczą Europy. Podobnie jak urzędnicy ONZ.

Powiedzmy jeszcze jedno. Utarło się mówić, że są jakieś „pieniądze unijne”.  Nic bardziej bałamutnego. To są nasze polskie pieniądze, tyle że w kieszeni eurokratów.

Współczesna klasa próżniacza

Pojęcie klasy próżniaczej wprowadził Thorsten Veblen na przełomie XIX i XX wieku. Określało ono zbiorowość ludzi nastawionych na ostentacyjną konsumpcję. Veblen swoje obserwacje odnosił do elity biznesu Stanów Zjednoczonych – finansistów i spekulantów giełdowych. W wydanej w 1899 roku książce Teoria klasy próżniaczej opisywał ówczesne formy ostentacyjnej konsumpcji, zajęć nieproduktywnych oraz instytucji społecznych podtrzymujących klasę próżniaczą.

Veblen urodził się za wcześnie i tym samym nie znał obecnego świata urzędników ponadnarodowych organizacji quasi państwowych. A to przecież oni – ci urzędnicy – są jak huba na drzewach. Żyją naszym kosztem, jednocześnie mając nas za nic.

Dzisiejszy Parlament UE jest swoistym Hyde Parkiem. Każdy mówi nie na temat, ale za to co chce. Szczególnie bawią mnie – a jest to mój śmiech przez łzy – tzw. postępowcy, na przykład zieloni. Nie zauważają oni wojny, nie dostrzegają też katastrofy na rynku paliw, nie przewidują, że ludzie mogą zamarzać. Oni wciąż tylko o naturze, o czystym powietrzu, wodzie i ziemi. Naprawdę piękna to działka, ale przecież Parlament Europejski działa w określonych warunkach. Można postulować zakaz produkcji mięsa, bo krowy zatruwają atmosferę, można zakazywać spalania węgla, używania energii atomowej, ropy naftowej i gazu. Można, tylko jak to się ma do życia zwykłych ludzi? Zdaje mi się, że ci postępowcy gotowi są bronić Ziemi do ostatniego człowieka.

Parlament UE do kasacji

Moim zdaniem Parlament Europejski powinien zostać zlikwidowany. Nie rozumiem bowiem jego roli, w sytuacji, gdy każde z 27 państw członkowskich ma już własny parlament. Więc mam pytanie: czy Parlament Europejski jest ponad tym 27 parlamentami?

Przyszłość Unii Europejskiej powinna być uratowana poprzez likwidację Parlamentu oraz drastyczne ograniczenie armii urzędników. Przecież z 33 tys. tych zatrudnionych w UE dałoby się sformować kilka dywizji wojska. Tu przypomnę, że jeszcze kilkanaście lat temu kilka państw, w tym Polska, mówiło o potrzebie stworzenia armii europejskiej. Wtedy ze strony Niemiec i Francji rozległ się gromki śmiech i pytanie” „A z kim to mielibyśmy walczyć?”

Przyszła UE powinna być związkiem wolnych państw, bez żadnej czapy, która wzięła się z działań „od czapy”. Wszystkie problemy zaś, które są, były i będą, powinny być rozwiązywane poprzez rozmowy i decyzje wypracowywane przez delegowanych przez rządy ambasadorów, czy też stałych przedstawicieli rządów w UE. I ci delegowani przez dane państwo urzędnicy układaliby się z pozostałymi delegatami co do odpowiednich działań.

Tak jak jest teraz, to kpina ze zdrowego rozsądku, marnotrawstwo dużych pieniędzy i chaos, powodowany przez urzędników. Albo też celowe działanie największych państw Europy. Bo taki układ jaki jest obecnie służy tylko niektórym państwom – na przykład – Francji i Niemcom. Bo mogą one chować się za plecami Unii. I mogą te państwa załatwiać swe interesy z tylnego siedzenia.

Polski ślad w Unii Europejskiej

Polska bierze aktywny udział w pracach UE, w tym Parlamentu Europejskiego. Ale też nasze partie upychają w Parlamencie Europejskim swoich ludzi, których – dla dobra partii – najlepiej jest wysłać za granicę – choćby do UE – niż mieliby siedzieć na miejscu i rozrabiać, stroić niezadowolone miny i krytykować partie-matki.

Mam podejrzenia, że wszystkie partie delegują – do wyborów z biorących miejsc – takich swoich polityków, którzy powinni zniknąć z oczu wyborców na jakiś czas. Przy czym jest to bardzo eleganckie wysłanie: za wspaniałą pensję, luksusowe mieszkania i za ogromny dodatek do polskiej emerytury. Naprawdę, od strony materialnej patrząc, wysyłani nie powinni narzekać.

Mamy zatem w Parlamencie UE co najmniej kilkoro byłych premierów i kilkoro wicepremierów, z których żadne nie jest w Brukseli w nagrodę za to, co zrobił w Polsce.

 

Czy niskie ceny ropy pomogą zakończyć wojnę w Ukrainie? – zastanawia się WOŁODYMYR SYDORENKO

Jak podała w swoim raporcie Międzynarodowa Agencja Energetyczna, z powodu sankcji i niskich cen ropy Rosja w samym grudniu 2022 roku straciła ponad 3 miliardy dolarów.

Ogólnie rzecz biorąc, w wyniku sankcji i ograniczeń cen ropy dochody Rosji spadły w grudniu 2022 r. do 12,6 mld dolarów. W grudniu eksport rosyjskiej ropy zmalał łącznie do 7,8 tys. milionów baryłek. Jak informowała wcześniej agencja Bloomberg, Rosja traci codziennie 172 mln dol. z powodu restrykcji cen ropy.

Wynika to z faktu, że 5 grudnia UE zdecydowała o zastosowaniu nowych sankcji związanych z ograniczeniem cen rosyjskiej ropy i produktów naftowych do poziomu 60 dolarów za baryłkę. Do tej decyzji dołączyły kraje „Wielkiej Siódemki” (G7) oraz Australia i Szwajcaria. W pierwszym tygodniu sankcji eksport z Rosji spadł o 54 proc.. W odpowiedzi prezydent Władimir Putin zakazał dostaw rosyjskiej ropy i produktów ropopochodnych do krajów stosujących ceny maksymalne. Bloomberg poinformował, że rosyjska ropa Urals była notowana 6 stycznia po cenie poniżej 38 dolarów za baryłkę. To ponad połowa wartości benchmarku Brent, a także poniżej pułapu ceny ropy z Rosji, wprowadzonej przez Unię Europejską i kraje G7 w celu ograniczenia rosyjskiej zdolności do finansowania wojny w Ukrainie.

Jednocześnie Ministerstwo Finansów Rosji poinformowało, że średnia cena rosyjskiej ropy Urals od 15 grudnia do 14 stycznia wyniosła 46,5 USD za baryłkę. I to pomimo tego, że w budżecie na 2023 rok cena Uralu jest ustalona na 70 dolarów. Czy zatem Unia Europejska i G7 osiągnęły swój cel?

Co prawda, jak zauważa Bloomberg, eksport ropy z Rosji częściowo wzrósł. Nie oznacza to jednak, że Moskwa znalazła mechanizmy omijania sankcji. Po prostu, jak wyjaśnił doktor nauk ekonomicznych Ihor Lipsits w kanale telewizyjnym „Nastoyastchee vremya”, „flota tankowców, którą kupiła Rosja, właśnie zaczęła działać szybciej. Moskwa nabyła niedawno 109 starych tankowców. Zaczęli transportować ropę na całym świecie. Ale najprawdopodobniej ceny są niskie, bo jeśli przewoźnicy muszą podejmować ryzyko, to przy wysokiej opłacalności przewozu, a więc po niskiej cenie. Dlatego wielkość eksportu rośnie, ale pieniądze z tego są dość kiepskie. Według wyników finansowych sytuacja w Rosji staje się bardzo nerwowa, napięta i przerażająca…”

Uważa on, że ​​„46 dolarów za baryłkę to już ogromny problem dla rosyjskiego budżetu”. Aby poprawić sytuację, konieczna jest albo dewaluacja rubla z obecnych 68 do 115 rubli za dolara, albo rozpoczęcie sprzedaży waluty, np. chińskiego juana, ze specjalnego funduszu. Ale to bardzo zły pomysł, ponieważ juan jest obecnie jedyną prawdziwą walutą, jaką posiada rosyjski rząd. Wszystkie dostępne rozwiązania nie są dobre. Wszystkie decyzje zniszczą gospodarkę w Rosji.

Ponadto nad Rosją wisi embargo na dostawy produktów ropopochodnych. A to bardzo mocno uderzy w krajową gospodarkę, bo trzeba będzie zatrzymać produkcję w rafineriach.

To wszystko powoduje niszczenie gospodarki i finansów Rosji. Władimir Putin mówi, że wszystko jest w porządku, że kraj ma normalną sytuację finansową. Rzeczywiście, przez ostatnie lata Rosja starała się zapewnić poziom deficytu budżetowego do PKB nie większy niż 3 proc. A jeśli sankcje przyniosą efekty, to deficyt budżetowy wyniesie 4-5 proc. produktu brutto, a Rosja raczej nie znajdzie sposobu na jego pokrycie.

Tak więc dzisiaj Rosja ma rezerwę pieniędzy na wojnę na Ukrainie, według dr. Ihora Lipsitsa, na lata 2023 – 2024. Następnie rosyjski rząd zacznie zabierać pieniądze obywatelom, czyli wprowadzi np. obowiązkowe obligacje wojskowe dla ludności. To jest bardzo niepokojące dla Putina, bo wtedy ludzie nie będą już milczeć, jak teraz.

Nie jest to jednak ostateczna konkluzja. Faktem jest, że braliśmy pod uwagę wpływ tylko jednego czynnika, pieniędzy. Będzie on jednak działał w interakcji z innymi czynnikami – presją polityczną całego świata, zagrożeniem międzynarodowego trybunału, niedoborem broni i siły roboczej, gdyż straty ludzkie są ogromne i nieuzasadnione, a także ogólnym kryzysem gospodarki. Wniosek jest więc tylko jeden – wszystkie te okoliczności powinny zmusić Rosję do zakończenia wojny w Ukrainie przed końcem 2023 roku.

 

WALTER ALTERMANN: Dwa różne poziomy Teatru Telewizji

W ciągu ostatnich dwóch tygodni obejrzałem dwie sztuki teatralne zrealizowane przez Teatr Telewizji TVP. Pierwsza to „Szczęście Frania” Włodzimierza Perzyńskiego, w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Sztukę z roku 2001 powtórzyno niedawno w programie TVP Kultura.

Druga ze sztuk to adaptacja klasycznej powieści „Zaklęte rewiry” Henryka Worcella, w reżyserii Adama Sanjuka z roku 2022 zaprezentowana 9 stycznia 2023 r. w TVP 1.

Co łączy obie te realizacje? Poza tym, że zostały wyemitowane przez TVP w ciągu dwóch tygodni – nic, dosłownie nic.

Włodzimierz Perzyński „Szczęście Frania”

w reżyserii Agnieszki Glińskiej,

premiera w 2001 roku

Komedia Włodzimierza Perzyńskiego jest naszą klasyką, a rolą Frania święcił już triumfy Stefan Jaracz. Krótko mówiąc ta gorzka komedia odsłania zakłamanie, pazerność i brutalność polskiego mieszczaństwa z przełomu XIX i XX wieku. Można nawet powiedzieć, że Perzyński jest okrutny, bo nie owija niczego bawełnę, wali jak młotem w zakute głowy naszej warstwy średniej. Mówi wprost – oto jacy podli i zakłamani jesteście. Im bardziej macie na ustach dobre obyczaje, honor i godność, tym bardziej jesteście wstrętni. W sumie jesteście mali i zakłamani.

Perzyński – obok Zapolskiej – jest czołowym demaskatorem w naszej literaturze. Przy tym wspaniale, lekkim piórem, subtelnie a wnikliwie kreśli charaktery postaci. Jest też mistrzem dialogu, bo jego postacie nie są „nosicielami idei”, niczego nie wygłaszają. U niego bohaterowie są zawsze z krwi i kości – naprawdę jest co grać, jak mawiają aktorzy.

Reżyser i scenografowie: Agnieszka Zawadowska i Krzysztof Benedek stworzyli wspaniały świat dla tej sztuki. Dekoracje i kostiumy są wierne epoce, ale przecież nie ma ich w nadmiarze. My widzowie mamy widzieć, że dom jest zasobny, a nawet bogaty. Kostiumy i dekoracje oddają epokę, ale przecież nie ma w tej sztuce wystawy mebli i kolekcji kostiumów. W sferze „wyglądów” jest tak jak powinno być. Scenografia służy spektaklowi, nie wyrasta ponad niego, co czasami się przecież zdarza.

Największą zasługą pani reżyser jest jednak to, że wszyscy aktorzy grają subtelnie, delikatnie i bardzo głęboko. Mamy więc w spektaklu do czynienia z bohaterami pełnymi. Mając też na względzie to co za chwilę napiszę o „Zaklętych rewirach” w reżyserii pana Adama Sajnuka, zauważę jeszcze, że pani Glińska subtelnie odczytała utwór, i pod jej ręką aktorzy zagrali prawdziwy koncert wiolinowy. Wspaniała to był uczta dla teatromana. I wypada po prostu podziękować. Zatem, dziękuję.

Mam tylko jedną uwagę, nie do twórców, ale do redakcji Teatru Telewizji. Odniosłem wrażenie, że osoba pisząca informację o spektaklu na stronie TVP, nie bardzo chyba wiedziała o czym pisze. Jeżeli – według tej osoby – „Szczęście Frania” jest „…lekką komedią miłosną”, to chyba nie widziała i nie czytała tego utworu. Albo jeszcze gorzej… widziała, czytała, ale nie pojęła. Sztuka Perzyńskiego jest bowiem okrutną analizą zakłamania i podwójnej moralności mieszczańskiej. I w dorobku polskiej dramaturgii tak jest klasyfikowana. Chyba, że TVP chodziło o „nagonienie widza” i dlatego trzeba było napisać, że utwór jest „lekki”. Poza tym, to jakby autor tej notki zaklasyfikował „Damy i huzary” i „Jestem zabójcą” Aleksandra Fredry? Albo i „Lekarza mimo woli” Moliera? No, ale tak to już u nas jest, że nawet w przypadku tak świetnego wystawienia dzieła, znajdzie się jakiś „redaktor”, który spieprzy wszystko do imentu.

Obsada: Maciej Stuhr (Franio), Joanna Szczepkowska (Lipowska), Krzysztof Stroiński (Lipowski), Aleksandra Popławska (Helena), Bartosz Opania (Otocki), Maria Maj (Mroczyńska), Agnieszka Wosińska (Langmarowa).

Henryk Worcell „Zaklęte rewiry”

scenariusz i reżyseria Adam Sajnuk

premiera 9 stycznia 2023 roku w TVP

Naprawdę trzeba mieć sporo odwagi, żeby podjąć się adaptacji i reżyserii „Zaklętych rewirów”, gdy w świadomości widzów ciągle funkcjonuje tak wybitny film, jak ten Janusza Majewskiego. Dla każdego reżysera powtórzenie tego dzieła jest naprawdę ogromnym wezwaniem. Dlatego też przysiadłem fałdów, żeby realizację tak wzniosłego zamiaru obejrzeć. Powiem od razu, że oglądanie realizacji pana Sajnuka przyszło mi z ogromnym trudem, bólem i pozostawiło mnie w głębokiej traumie.

Oto bowiem z powieści o dorastaniu, o nauce rozumienia mechanizmów rządzących światem, o tym, że świat jest migotliwy i niejednoznaczny reżyser Adam Sajnuk nie wziął nic. Poza tym, że rzecz dzieje się w restauracji. W spektaklu nie ma ani atmosfery powieści Worcella, ani też jego tak barwnych postaci. Jeżeli tak, to mam pytanie – skoro reżyser miał własny pomysł na tę sztukę, dlaczego „podpiera” się Worcellem. Trzeba było siąść i napisać swoją sztukę, dziejącą się w knajpie. Bo u pana Sajnuka nie mamy już luksusowego hotelu, nie ma świata „z najwyższej półki”, który Boryczko, główny bohater, musi zrozumieć, przyswoić i do którego musi również dorosnąć. U Worcella bohater odrzuca w finale ten świat, ale to w tej restauracji przeżył i zrozumiał tak wiele. I w sumie świat restauracji u Worcella jest światem fascynującym.

O ile chodzi o spektakl pana Sajnuka, to nie ma w nim niczego fascynującego. Niestety, świat tej powieści, widziany oczyma adaptatora i reżysera w jednym, jest wulgarny i prostacki. I tak też grają aktorzy. Gdyby tylko kilku z obsady, pomyślałbym, że reżyser nie zapanował nad aktorami. Ale nie, wszyscy grają ludzi przygłupich i hałaśliwych, a tajemnicza, dystyngowana restauracja jest czymś w rodzaju upadającego baru na dalekiej polskiej prowincji. I to gdzieś tak pod koniec PRL-u.

Sztukę otwiera bezsensowna scena, w której kelnerzy, jeden po drugim, ciskają z hukiem swoje tace do zlewozmywaka. Przecież nie ma tak głupich właścicieli, nawet przydrożnych barów, którzy trzymaliby o jeden dzień za długo takich prymitywnych „niszczycieli” ich majątku.

W realizacji pana Sajnuka nie ma też cienia dialogów, a każdy z aktorów coś tam wykrzykuje, często wprost do kamery. Niczego nie zrozumiałem, a przede wszystkim nie wiem, dlaczego ktoś zdecydował się na emisję tak strasznej rzeczy. Zdarza się, że coś nie wyjdzie, ale wtedy zamyka się taśmę w szafie z napisem „Nie ruszać do roku 2099” i jest święty spokój.

Być może zasłonę tajemnicy tego dzieła odsłania wprowadzenie do spektaklu, znowu pióra redakcji Teatru Telewizji, bo w informacji można przeczytać, że: „…spektakl nawiązuje formą do performance’u”. Mój Boże! A cóż to znaczy? Gdyby jeszcze ów redaktor napisał, że spektakl wyrasta z ducha „prymitywnego brutalizmu”, miałbym jakieś wątpliwości. A tak, nie mam żadnych – niepotrzebna, szkodliwa estetycznie realizacja TVP. Przykre, ale tak właśnie jest.

Obsada: Agata Piotrowska-Mastalerz, Marek Kossakowski, Mariusz Drężek, Mateusz Banasiuk, Mateusz Znaniecki, Sebastian Cybulski.