WOŁODYMYR SYDORENKO: Dla Rosji sport to także broń hybrydowa

Ukraińscy parlamentarzyści uważają, że ​​dopuszczenie rosyjskich i białoruskich sportowców do międzynarodowych zawodów podczas pełnej agresji na Ukrainę „będzie wsparciem dla tej wojny i próbą uspokojenia agresora”.

Rada Najwyższa Ukrainy podjęła uchwałę, w której zaapelowała do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl), międzynarodowych federacji sportowych, a także parlamentów, narodowych komitetów olimpijskich innych krajów, w której stwierdza, że ​​dopuszczanie rosyjskich i białoruskich sportowców do międzynarodowych zawodów pod neutralną flagą, zgodnie z propozycją MKOl zagrozi bezpieczeństwu sportowców.

Szefowie MKOl chcą, aby sportowcy z Rosji i Białorusi występowali pod flagą olimpijską i publicznie nie popierali wojny, którą Rosja prowadzi z Ukrainą. Parlamentarzyści Ukrainy skrytykowali ten pomysł. Twierdzą, że decyzja ta nie uwzględnia „niezwykle okrutnego i barbarzyńskiego charakteru wojny prowadzonej przez Federację Rosyjską przeciwko Ukrainie”.

Deputowani przypomnieli zbrodnie wojenne wojsk rosyjskich i zwrócili uwagę na szkody wyrządzone ukraińskiemu sportowi. Rezolucja stwierdza, że ​​podczas rosyjskiej agresji na Ukrainę zginęło już ponad 220 ukraińskich sportowców, ponad 320 obiektów sportowych zostało trafionych bombami i rakietami, z czego 87 uległo całkowitemu zniszczeniu. W sumie straty Ukrainy w wyniku zniszczenia infrastruktury sportowej według stanu na styczeń 2023 roku przekroczyły 250 mln dolarów.

Rezolucja mówi, że „wraz z początkiem rosyjskiej inwazji na pełną skalę 24 lutego 2022 r. hasło >Sport poza polityką< straciło prawo do istnienia. Rosyjscy i białoruscy sportowcy, w tym mistrzowie olimpijscy i medaliści igrzysk olimpijskich, aprobują wojnę z Ukrainą, dopuszczają się przemocy, mordów i ludobójstwa narodu ukraińskiego, otwarcie uczestniczą w paradach z symbolem Z lub po cichu wspierają tę najokrutniejszą wojnę na pełną skalę ”.

Deputowani do ukraińskiego parlamentu twierdzą, że Rosja i Białoruś mogą wykorzystywać swoich sportowców jako broń ideologiczną. Autorzy apelu obawiają się też konsekwencji przebywania razem z nimi ukraińskich sportowców na tych samych boiskach.

„Szczególnie niebezpieczne pod tym względem są walki na torach szermierczych, matach zapaśniczych, na sektorach strzelectwa z broni palnej oraz zawody łucznicze. Doprowadzi to również do napięć, ewentualnych kłótni i bójek wśród sportowców i organizatorów zawodów w wioskach olimpijskich. Poza tym nie sposób sobie wyobrazić umieszczenia ukraińskich sportowców na piedestałach honorowych obok rosyjskich i białoruskich. Niedopuszczalne jest również sędziowanie zawodów z udziałem ukraińskich sportowców przez przedstawicieli Federacji Rosyjskiej lub Białorusi” – stwierdzili deputowani.

Co więcej, zdecydowana większość rosyjskich sportowców to personel wojskowy, posiadający wysokie stopnie oficerskie, specjalności wojskowe, przydzielony do jakiejś jednostki wojskowej.

Rada Najwyższa Ukrainy uważa, że ​​dopuszczenie rosyjskich i białoruskich sportowców do międzynarodowych zawodów podczas pełnej agresji na Ukrainę „będzie wsparciem dla tej wojny i próbą uspokojenia agresora”.

Parlament Ukrainy zaapelował do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego oraz międzynarodowych i narodowych organizacji sportowych o wprowadzenie zakazu udziału przedstawicieli Rosji i Białorusi w międzynarodowych zawodach, w tym igrzyskach olimpijskich, do czasu zakończenia rosyjskiej agresji na Ukrainę.

Niektórzy rosyjscy sportowcy cieszyli się z decyzji MKOl. Argumentowali, że sportowcy chcą występować w każdym przypadku – muszą kontynuować swoje szybko rozwijające się kariery, dlatego państwo powinno pozwolić im na występy pod neutralną flagą. Ale przedstawiciele władz Rosji stwierdzili, że ich sportowcy „nie mogą być neutralni”.

Stanowisko to poparli „patrioci”. Mówili, że po rozpoczęciu wojny partnerzy na Zachodzie starają się stosować wobec Rosji środki dyskryminujące z powodów narodowych. Twierdzili, że państwo szkoli sportowców, tworzy drużyny narodowe, finansuje, organizuje zawody, dlatego powinni być mu oni wdzięczni i zobowiązani do pokazywania „znaków suwerenności”, takich jak flaga, hymn i barwy. Sportowcy z drużyn narodowych otrzymują pensje właśnie jako reprezentanci swojego kraju, którzy wypowiadają się w jego imieniu. Innymi słowy, sportowcy nie mogą rezygnować ze swoich narodowych barw. Bez tego są po prostu niepotrzebni. Rosyjscy urzędnicy twierdzą też, że wycofanie się Rosji z Komitetu Olimpijskiego będzie oznaczać śmierć całego ruchu olimpijskiego. Są też i krytycy takiego rozumowania, którzy uważają, że wycofanie się Rosji oznaczać będzie tylko jedno – wycofanie się jednego państwa i nic więcej.

Rosyjscy urzędnicy zapominają, że państwo nie korzysta z własnych środków, ale pieniędzy społeczeństwa z podatków, także samych sportowcach. Ale co najważniejsze nie chcą pamiętać, że ruch olimpijski opiera się na zasadach pokoju, odrzuceniu wojny i wrogich stosunków między państwami, dlatego rosyjscy sportowcy są zobowiązani do publicznego potępienia wojny i nie popierania jej.

 

Różne wymiary estetyki analizuje WALTER ALTERMANN: Niechlujstwo nasze powszechne

Pewien bizantyjski historyk pisał o Słowianach, coraz liczniej zaludniających we wczesnym średniowieczu Bałkany, że są oni: „Podstępni, okrutni i brudni”. O ile pierwsze dwa określenia należy traktować jako wyraz walki z nowym politycznym konkurentem, to z tym brudem… należy się nad tym zastanowić.

Myślę, że za dużo w naszym życiu publicznym schlebiania, tym bardziej, że nadciąga nowy wybuch Krakatau w podlizywania się narodowi – nadciągają kolejne wybory. A ja sobie myślę, że nie jest sztuką schlebianie wyborcy. Sztuką jest mówienie mu prawdy, choćby przykrej.

Obowiązkiem artysty, dziennikarza i polityka – właśnie w tej kolejności – jest służyć prawdzie i mówić rodakom, nie to co chcą usłyszeć, nie po to mówić, żeby było im miło i nie „ku pokrzepieniu serc”, ale po to i dlatego, żeby pomóc im wytępić w sobie złe nawyki, okropne postawy i straszne zachowania. Grzeszymy powszechnie niechlujną myślą, byle jaką mową, nieprzemyślanym uczynkiem i zaniedbaniem estetycznym. Więc o tym porozmawiajmy.

Komórki

Normą się stało, że ekspedientki, czyli sprzedawczynie, nagminnie rozmawiają przez komórki w czasie pracy i w miejscu pracy. Wchodzę do sklepu – o niezbyt dużym ruchu klientów – i nikt nie zwraca na mnie uwagi, bo pani sprzedawczyni mówi przez telefon innej pani, jak zrobić mielone kotlety. Stoję, czekam. Po długie chwili sprzedawczyni mówi do telefonu:

– Poczekaj, nie rozłączaj się, bo ktoś przyszedł.

W takiej sytuacji klient czuje się intruzem, który przeszkadza i boi się, że tamta druga spali, nie dosoli, może da za dużo tłuszczu i kotlety będą trujące. A przecież klient, to Pan Klient, przynajmniej tak powinno być. Ja widzę w tym nagminnym i wielce nagannym gadaniu przez telefon sprzedawczyń w miejscu pracy przejaw lekceważenia mnie, „mania mnie w d…użym poważaniu”.

Bywam też w sklepach, w których pracują Ukrainki. One są miłe, uśmiechają się i są bardzo sympatyczne. Ostatnio bywam też z przyjemnością w sklepie prowadzonym przez dwoje Hindusów. I oni też są normalni, czyli mili. A u nas? U nas wracają obyczaje zasłużonych ekspedientek czasów komuny, tej z końcowej epoki pustych półek. Wtedy ekspedientka była królową, to jej się nadskakiwało, do niej się przymilano, bo mogła dać kilo schabu, ale mogła też powiedzieć, że: „Schab właśnie mi wyszedł, a ten kawałek to mam dla siebie”.

Rozumiem, że kobietom za ladą może się nudzić, więc dzwonią. Ale też pamiętam, że w dawnych czasach te panie, dla zabicia czasu, rozwiązywały krzyżówki! Wiem też, że są cywilizowane kraje, w których sprzedawca z wejściem klienta, kłania się i pierwszy mówi „Dzień dobry”. I tak robią tam również panie sprzedawczynie.

Może nasz dumny – nie wiedzieć z czego – naród nie chce się płaszczyć i zginać karku? Jeżeli tak – to mimo tej całej gadaniny o naszym przyrodzonym honorze i dziedzicznej dumie – mamy kompleksy jak z Warszawy do Paryża czy Londynu.

Szacunek

Polacy się wzajemnie nie szanują. U nas nad Wisłą nikt nikogo nie lubi, chyba że żonę i dzieci, a i to nie zawsze. I nikt też nikogo nie szanuje. Toż to już Melchior Wańkowicz zauważył, że w Polsce szewc zazdrości kanonikowi, że został prałatem.

Abstrakcyjna zazdrość i zawiść? Nie tylko abstrakcyjna, bo moim zdaniem lud polski odziedziczył po szlachcie pogardę dla jakichkolwiek autorytetów. Na tym też żerowała w okolicach 1968 roku władza, gdy przeciwstawiała zdegenerowanym inteligentom i zepsutym studentom „zdrowe jądro społeczeństwa”, czyli chłopa i robotnika”. Dzisiaj niektórzy znowu mówią o wykształciuchach, którym się w głowach pomieszało. Oj, niebezpieczna to strategia, bo przypomnę, że koniec końców komunę obaliło to „zdrowe jądro”, gdy zabrakło jedzenia, benzyny i perspektyw

W każdym razie szczucie jednej części narodu na inną, ma u nas wielką i osławioną tradycję. A tak się szacunku do współplemieńca nie buduje.

Jest gorzej, bo Polacy nie lubią nie tylko innych Polaków, ale nie lubią też samych siebie. Zauważają to zagraniczni goście i dziwią się, szczególnie ci z biedniejszych od nas krajów. Z tą biedą to też nie należy przesadzać. Owszem bardzo ciężko żyje się emerytom, ale ja pamiętam klata pięćdziesiąte, gdy naprawdę było ciężko, gdy czekolada dla dziecka była luksusem. Więc nie przesadzajmy.

Włosy

Być może to zalążek buntu społecznego, ale coraz więcej młodych mężczyzn nie myje głowy. Chodzą w jakichś strąkach. I nie mam tu na myśli rastafarian, choć zastanawiam się jak często używają oni szamponu.

Co prawda od wieków oznaką buntu i męskiej siły jest duża broda, ale o brudnych włosach – jako o oznace buntu nie słyszałem. Taki Fidel Castro zapuścił brodę w czasach partyzanckich i przyrzekł, że ją zgoli dopiero po śmierci byłego prezydenta Kuby Fulgencia Batisty, ale słowa nie dotrzymał. Być może Fidel bez brody byłby mniej ważny?

 

Zapuszczenie się w zaniedbywaniu fryzury jest odrażające. I nie ma żadnych usprawiedliwień materialnych dla takiej manii, hodowania brudu na głowie, bo szampon nie jest luksusem. I z całą pewnością brudne włosy są jedynie oznaką, że inkryminowany brudas ma gdzieś normy cywilizowanego świata. Właściwym pytaniem, adresowanym do takiego jegomościa, byłoby takie pytanie:

– Kto panu przeszkadzał w zdobyciu dochodowego zawodu? Nie mówiąc już o wykształceniu.

Faktem jest, że urodzenie się w biednym domu, brak pozytywnych wzorców społecznych w młodości determinuje niejako naszą przyszłość. Ale też mamy wszyscy wolną wolę, więc wytłumaczenie niechlujstwa i braku szacunku dla innych jedynie „genetyką” nie objaśnia nam w całości naszego losu.

Jest też problem „niedogolenia”. Bardzo wielu mężczyzn goli się raz na dwa-trzy dni. I tak straszną rozmytą twarzą, brudem i niechlujstwem. Śmieszy mnie też moda na dwutygodniowy zarost naszych sfer wyższych, ale to już sprawa moda, nie mydła. Bywa, że tacy z zarostem strzyżonym na trzy milimetry staną obok siebie na konferencjach prasowych. Wtedy myślę sobie – sekta czy pozerstwo? Ale to inna sprawa.

Dresy

Jeszcze o czasach powojennych… Naród był biedny, ale czysty. Honorem matek było wysyłać dziecko do szkoły czyste i schludne. A w wielu miejskich domach nie było jeszcze łazienek i bieżącej wody. Biuraliści i robotnicy chodzili w czystych ubraniach. Owszem, często były to ubrania łatane, przerabiane, ale zawsze były czyściutkie. Może powodował to jeszcze przedwojenny etos, który zakładał, że na ulicy, poza domem, w pracy musimy jako tako wyglądać? Że nie wolno budzić u bliźnich odrazy? Że czyste ubranie jest objawem szacunku dla innych? Dzisiaj nie jest to już takie oczywiste.

 

Teraz na ulicach i w sklepach można zobaczyć osobników płci męskiej paradujących w porozciąganych i brudnych dresach. Taki teraz mamy sznyt. Ja wiem, że od wieków moda bierze się z naśladownictwa wojska i sportu. Pamiętam jak bardzo modne były koszulki polo, w kraju, gdzie nikt nie miał pojęcia czym jest gra w polo, nie mówiąc już o tym, że w polo nikt u nas nie grał. A czapki bejsbolówki, w kraju kopanej piłki?

Domyślam się więc, że dresy są również nawiązaniem do sportu. Tyle tylko, że nie ma żadnej dyscypliny sportowej, w której gracze występują w dresach. Dresy są używane przed i po zawodach…

Zatem, paradują młodzi ludzie w niechlujnych dresach, uważając, że są trendy. Żeby jeszcze te dresy były czyste! Ale nie, są upaćkane i brudne, i we mnie budzą odrazę. Bo to tak, jakby ktoś wychodził na ulice w pidżamie, chociaż strój nocny również powinien być schludny. I w tych dresach młodzież ucząca się idzie też do szkoły. Okropność.

Buty

Mawiało się przed laty, że o elegancji stanowią zęby i buty. Zacznijmy jednak od dołu. Ludzie u nas rzadko czyszczą buty, co widać. A przecież pasta do butów nie jest droga. Nie wierzę też, że tak wielu z nas nie może się schylać ze względu na choroby kręgosłupa.

Owszem, szczotka do butów kosztuje jakieś 10 zł, ale można bez niej się obyć i czyścić obuwie kawałkiem szmatki. Najlepiej by było, gdyby ci chodzący w dresach podarli je na kawałki i użyli tych kawałków do polerowania butów. A za te zaoszczędzone 10 zł kupili jakieś spodnie, w jednym z wielu sklepów używanej odzieży. Spora część młodych ludzi chodzi też w trampkach, najchętniej białych. To znaczy przy kupnie białych. I mamy taki zestaw? Dresy w stylu pumpy i zniszczone trampki po przejściach. A może zapanował już moda na dziadostwo, tylko że to do mnie nie dotarło? Jeżeli tak, to przepraszam.

Zęby

Wiele starszych osób straszy publicznie potwornymi brakami w uzębieniu. I zachowują się ci szczerbaci jakby wszystko było w porządku, jakby brak jedynek i dwójek był czymś pełnym uroku i wdzięku.

Co by nie mówić, to jednak państwo raz na pięć lat funduje darmowe szczęki! Ale jakoś tak się porobiło w warstwach biedniejszych, taki duch tam zapanował, żeby się nie przejmować wyglądem własnym. Może ta ich abnegacja jest zemstą na tych, co chodzą w czystych butach i mają wszystkie zęby, choćby w części sztuczne? Najbardziej cierpię, gdy taki szczerbol podchodzi blisko, rozdziawia usta i pyta mnie o godzinę. Wtedy mam zawsze ochotę odpowiedzieć:

– Jest jeszcze na tyle wcześnie, że na pewno zdąży pan do protetyka!

Ale oczywiście mówię tylko, która jest godzina…  Może mam poczucie winy, że jednemu z drugim nie chce się iść do dentysty po protezę, że nie chce się im wyczyścić butów…

Kobiety

Jedno jest tylko zadziwiające w tej mierze, że kobiety – niezależnie od wieku i społecznego statusu – dbają o siebie, dbają o swój wygląd. I to jest miłe. Choć i dziwne zarazem, bo jak to jest, że te matki nasze nie wpoiły swym synom, nie wymogły na swych mężach, że jakoś trzeba się nosić?

 

Społecznie pomagający dziennikarzom STEFAN TRUSZCZYŃSKI podaje listę „Top Polish men in USA”

Mam już taki gest, że postanowiłem – społecznie – pomóc niedorajdom dziennikarzom, którzy nie potrafią pożytecznie dla czytelników, słuchaczy i widzów  wykorzystać darowany czas pobytu w USA. Wielu tam wspaniałych rodaków – żyjących i niestety już nie. Róbcie o nich filmy, reportaże, wywiady:

– Kazimierz hr. Krasicki – sekretarz min. Becka, ostatni konsul w ’39 w NY, edukował i „wyprowadzał na ludzi” wojenne sieroty, pomnik króla Jagiełły w Central Parku  to jego zasługa;

– Henryk de Kwiatkowski – był miliarderem, ponoć drugi na liście najbogatszych Polaków w USA, handlował m.in. samolotami, hodowca koni wyścigowych i pasjonat polo, miał domy w Paryżu, NY, na Bermudach oraz słynną farmę Calunet, z której pochodzili liczni międzynarodowi końscy championi, na początku II wojny światowej schwytany przez Armię Czerwoną w wieku 15 lat został zesłany do obozu na Syberię;

– Bolesław Wierzbiański – twórca, red. naczelny „Nowego Dziennika” z NY, bardzo ważna osobistość wśród Polonii, rodzina zgromadziła liczne ważne dokumenty o Polonii;

– Eva J. Pape – mecenas sztuki i artystów z Polski, nakarmiła wielu, kurator Nocca Museum (NY), bohatersko walczyła z chorobą, na koniec życia przyjechała do Polski ale ci, którzy jej wiele zawdzięczali zapomnieli o tym;

A to kolejni bardzo ciekawi Polacy, choć mniej znani. Pracowali przez wiele lat w Ameryce, podkreślając swoje polskie korzenie, nie zapominajmy o nich:

– inż. Antoni Żelechowski – budowniczy jednej z największych na świecie oczyszczalni ścieków w zatoce bostońskiej;

– prof. Jerzy R. Krzyżanowski – z Uniwersytetu Columbus – Ohio (syn prof. Juliana Krzyżanowskiego), kontynuator tradycji ojca; liczne opracowania nt. wpółczesnej prozy polskiej i jej recepcji w krajach anglosaskich, w ’87 „Czytelnik” wydał jego prace krytyczne „Legenda Somosierry”, pisał o twórczości  Aleksandra Janty, Jerzego Andrzejewskiego, Witkacego;

– dr. Stanisław Burzyński – w 1970r. wyjechał do USA i zyskał rozgłos dzięki swojej metodzie leczenia nowotworów antyneoplastonami – tj. peptydami otrzymywanymi z moczu zdrowych ludzi;

– dr. Benon Przybielski – dr. chemii z dużymi sukcesami naukowymi, jako młody chłopak trafił w casie wojny do partyzantki rosyjskiej, przedostał się na Zachód, usynowiony przez polskiego arystokratę skończył Harvard;

– inż. Zdzisław Julian Starostecki – w 39-tym złapany podczas próby przejścia Karpat dostał się w łapy NKWD, skazany na 10 lat łagru, do października 1941 na Kołymie, potem w Armii gen. Andersa, przebył szlak II Korpusu – walczył pod Monte Cassino, o Anconę. W walkach o Bolonię ciężko ranny – 2 lata w szpitalu w Wlk. Bryt. Od 1952 w Ameryce – skończył politechnikę, 23 lata pracował w przemyśle zbrojeniowym USA, z tego 11 lat nad systemem „Patriot”;

– Jarosław Chołodecki – ekonomista i politolog, studiował na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu i na University of Chicago, w latach ’80-’81 był wiceprzewodniczącym Związku Śląsko-Dąbrowskiego, w 1984 po wyjściu z internatu mając 32 lata wyemigrował z rodziną do USA, pracował w polonijnych mediach, założył własne radio;

– Włodzimierz Grocholski – emigrant sprzed 50-ciu laty, self made man, producent, menadżer, mieszkał na Florydzie;

– Janusz Hewell – znany radiowiec – „Wolna Europa”, „Głos Ameryki”, popularyzator golfa w Polsce, mieszka na Florydzie;

No i jeszcze człowiek, którego nie wolno pominąć – a czytać to co pisał i posłuchać to co mówił – warto. W 2015 Zbigniew Brzeziński mówił: – Istnieje artykuł 5 i zasada solidarności z zaatakowanym sprzymierzeńcem. Ale w NATO obowiązują też procedury i zasada jednomyślności. Oznacza to, że Sojusz przez jakiś czas mógłby być sparaliżowany. Powinniśmy liczyć na siebie, by być w stanie jak najdłużej bronić się sami. Polska powinna się zbroić, kupować sprzęt, modernizować i zwiększać armię. (Teraz to robimy, ale trochę późno).

Macie Państwo tę listę! Za darmo.

 

ST

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI pisze o zmienianym życiorysie: Domino literat i oprawca – Jaruzelski w skali mikro

Jako 15-latek, w pierwszej wielkiej wywózce mieszkańców Kresów Wschodnich II RP – 10 lutego 1940 r. – trafił wraz z rodziną do Irkuckiej Obłasti. Na nieludzkiej ziemi przyjdzie mu spędzić 6 lat. Ze zsyłki wróci odmieniony. Zbigniew Domino zostanie stalinowskim prokuratorem wojskowym, oskarżycielem i uczestnikiem zbrodni na Żołnierzach Niezłomnych. Zwieńczeniem komunistycznej kariery będzie praca w Głównym Zarządzie Politycznego WP. W latach 80-tych załapie się jeszcze na posadę radcy ambasady PRL w Moskwie. Później nastąpi kolejny zwrot, bo zacierając zbrodniczą przeszłość, Domino będzie brylował na salonach jako wzięty pisarz, autor „Syberiady polskiej”, działacz Związku Literatów Polskich.

Zbigniew Domino umarł w czerwcu 2019 r. Pion śledczy IPN miał wiele lat, aby postawić temu mordercy sądowemu zarzuty – uczynił to dopiero trzy miesiące przez jego śmiercią. Dlaczego tak późno? „Liczę się z zarzutami na temat tego, co robiłem w wojskowym wymiarze sprawiedliwości po 1949 r.” – tak mówił Zbigniew Domino w 2010 r. Jednak na zarzuty wobec stalinowskiego prokuratora czekaliśmy już od 1989 r.

Domino infamisem

Brak zainteresowania ściganiem tego mordercy sądowego nie zmienił się po maju 2017 r., czyli po orzeczeniu Społecznego Trybunału Narodowego. Wtedy uznaliśmy Zbigniewa Domino za infamisa – człowieka niegodziwego, pozbawionego czci, wykluczonego ze społeczeństwa. Symboliczne orzeczenie obywatelskiego gremium nie mogło zastąpić odpowiedzialności karnej przed sądem Rzeczypospolitej.

Śledczy Instytutu Pamięci Narodowej zarzuty Domino postawili dopiero w marcu 2019 r., uznając, że „podżegał do bezprawnego pozbawienia wolności”.

Konferencja w KRS

A dlaczego IPN postawił zarzuty właśnie w marcu 2019 r.? 14 marca br. w siedzibie Krajowej Rady Sądownictwa odbyła się konferencja „Historyczne źródła kryzysu zaufania do sądownictwa w III RP” – pierwszy raz w historii tej instytucji poświęcona wyklętym przez komunistów Żołnierzom Niezłomnym i ich prześladowcom. Razem z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem podkreślałem, że nie wystarczy ścigać w dalekiej Szwecji – z zerowymi niemal szansami – sędziego Stefana Michnika, ale bolszewiccy przestępcy (wielu z nich!), żyje wśród nas, w kraju. Wśród nich Zbigniew Domino.

Przypominaliśmy, że mieszka w Kielnarowej pod Rzeszowem, w okazałej willi – jak na pułkownika (L)WP, a dziś wziętego literata przystało (autor m.in. autobiograficznej „Syberiady Polskiej” – pierwowzoru filmu o tym samym tytule). Jako „autorytet” zapraszany na prelekcje, również do szkół (czego stalinowski prokurator uczy dzieci?). Mieszkańcy Rzeszowa widują Domino w galerii handlowej, gdzie chodzi z żoną na kawę i ciastka.

W końcu (wciąż w KRS-ie) zadaliśmy pytanie – dlaczego Domino nie jest ścigany przez pion śledczy IPN. Szef owego pionu – prokurator Andrzej Pozorski, był obecny na sali. Kilka dni później – 19 marca prok. Pozorski na konferencji prasowej ogłosił, że podległa mu Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu postawiła Domino zarzuty. Portal interia.pl skojarzył te dwa fakty: konferencji w KRS i zarzutów.

Jakie zarzuty?

Jakie zbrodnie popełnił Domino? Dla polskich patriotów domagał się kar śmierci, a sędziowie przychylali się do wniosków oskarżyciela. Potem często uczestniczył w egzekucjach w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Ciała zamordowanych komuniści zakopywali w dołach śmierci na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Komunistyczni przełożeni o komuniście Domino napisali: „Do reakcji odnosi się z nienawiścią”, jego wystąpienia „odznaczają się dużą bojowością i podnoszeniem strony politycznej”. Wcześniej z ową „reakcją” walczył w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego – tego zarzuty prokuratury IPN już nie objęły.

Domino oficjalny i ukryty

W oficjalnym życiorysie Zbigniew Domino przedstawiał się jako ofiara stalinizmu. Ze względu na zsyłkę do Irkuckiej Obłasti. Do Polski wrócił w czerwcu 1946 r. W internecie Domino jeszcze do niedawna figurował wyłącznie jako autor książek. Chyba największy sukces odniósł w 2013 r., kiedy do kin weszła oparta na jego scenariuszu superprodukcja Janusza Zaorskiego „Syberiada polska”. Ale Domino był nie tylko ofiarą, której należało współczuć.

Po powrocie do kraju w ramach Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego walczył z „bandami”, czyli polskim podziemiem niepodległościowym. Po przyspieszonych kursach został prokuratorem – zaufanym człowiekiem słynnego kata Polaków Stanisława Zarakowskiego. Dla polskich patriotów domagał się kar śmierci, a sędziowie przychylali się do wniosków oskarżyciela.

Strzał w tył głowy

Jednak chyba najbardziej obciąża Domino udział w komunistycznej prowokacji mającej wyeliminować przedwojenne kadry WP – egzekucjach polskich lotników ze słynnego „spisku w wojsku” oskarżonych o szpiegostwo na rzecz imperialistów. 7 sierpnia 1952 r. o 20.30 w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie nakazał rozstrzelać: płk. Bernarda Adameckiego, płk. Józefa Jungrava, płk. Augusta Menczaka, ppłk. Stanisława Michowskiego, ppłk. Władysława Minakowskiego, ppłk. Szczepana Ścibiora. Staranny podpis Domina widoczny jest na dokumencie egzekucji. To tylko kilku bohaterów, których szczątki po sowieckim strzale w tył głowy oprawcy wrzucili do dołów śmierci w dzisiejszej kwaterze „Ł” na Powązkach Wojskowych. Dziś są identyfikowani.

Literat, autorytet

Gomułkowska „odwilż” nie podcięła kariery Domino. W latach 1956-1969 dalej pracował w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej, zawsze na kierowniczych stanowiskach związanych z „zadaniami specjalnymi”. Od 1969 do 1973 był prokuratorem Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Rzeszowie. „Służbę ojczyźnie” skończył w 1975 r. na stanowisku oficera do zleceń specjalnych Głównego Zarządu Politycznego WP.

Doświadczenie Domino nie mogło jednak zostać zmarnowane. Zanim został wziętym literatem, w latach 1980-1985 i 1989-1990 był radcą ambasady PRL w Moskwie.
Mieszkał w Kielnarowej pod Rzeszowem (gdzie się urodził), w okazałej willi, był zapraszany na prelekcje i odczyty – także do szkół. Szanowany obywatel, literat, autorytet, wychowawca młodzieży. A także stalinowski morderca sądowy.

WALTER ALTERMANN: Pani Janda, czyli czego nie wypada

Wikipedia podaje, że Krystyna Janda jest aktorką filmową teatralną, reżyserką, prozaiczką, felietonistką piosenkarką. Jest też współzałożycielką i prezesem Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury (od 2004 r.) oraz dyrektorem artystycznym powołanych przez fundację Teatru Polonia oraz Och-Teatru w Warszawie. Ostatnio pani Krystyna Janda, udzieliła wywiadu, w którym znowu narzekała, że jest niedoceniana, biedna i ma kłopoty materialne.

Pani Janda jest naprawdę wybitną aktorką. I tu nie ma dyskusji. W jej dorobku są liczne wielkie role teatralne i filmowe.

Krystyna Janda – aktorka

Niezależnie jednak od talentu, który pani Janda ma, miała też po dwakroć szczęście i raz jedno duże nieszczęście. Jej pierwszym szczęściem był fakt, że debiutowała u tak wybitnego reżysera, jakim był Andrzej Wajda.

Drugim szczęśliwym dla niej faktem było to, że filmem, w kórym po raz pierwszy mogliśmy ją podziwiać był właśnie „Człowiek z marmuru”. Bo był to pierwszy polski film, mówiący wprost o głupocie, podłości i okrucieństwie tamtej władzy. I był to też film o ludziach niezłomnych, ceniących sobie prawdę i płacących za swój twardy charakter okrutną cenę.

Nieszczęściem pani Jandy jest natomiast to, że utożsamiła się z rolą Agnieszki. I teraz w prywatnym życiu ciągle gra tę bezkompromisową studentkę reżyserii filmowej. A to już dobrze nie jest, bo przecież ktoś inny napisał jej tę rolę – a był to Aleksander Ścibor-Rylski. I kto inny nadał tej roli sens, tworząc „cały świat tego filmu”, w którym pani Janda mogła grać – był to Andrzej Wajda.

Wieloosobowość pani Jandy

Utożsamienie się z rolą czasem aktorom się zdarza. Ale w przypadku pani Jandy mamy do czynienia z pewną niemiłą nutą w tej roli Agnieszki-Krystyny. Otóż odnoszę wrażenie, że pani Janda niejako wymusza na tzw. kulturalnej publiczności i władzach specjalne prawa i szczególne traktowanie. Gra bowiem w życiu kogoś, któremu się należy coś więcej niż innym… Na zasadzie –  bo to ja zagrałam Agnieszkę, ja, więc mnie należy się od życia więcej! I w tej grze na prawdziwe życie nie zauważyła, że przestała być jedynie aktorką, a stała się antreprenerem własnego teatru. A to jest ważna zamiana społecznej roli.

 Krystyna Janda – przesiębiorca teatralny

Zdaje mi się, że pani Janda nie zrozumiała do dzisiaj, że od kiedy założyła własny teatr, przestała być postrzegana jedynie jako aktorka. I pora, żeby wreszcie pojęła, że kierowanie teatrem, choćby iwłasnym jedynie, to zupełnie inna piosenka. Czy też mówiąc bardziej kulturalnie – zupełnie inna sprawa. I też, inaczej jest – jako antreprener – oceniana. Niedobrze, że pani Janda szachuje opinię publiczną swoim dorobkiem aktorskim. Bo jej aktorstwo i jej zdolności kierownia teatrem to dwie różne „przestrzenie”, jak mawiają młodzi dziennikarze.

Krystyna Janda – celebrytka z pretensjami

Naprawdę, osobie o tak wielkim dorobku artystycznym – jako aktorce – nie wypada mieć oczekiwań ponad miarę innych wybitnych aktorów oraz zwykłych ludzi, którzy ledwo wiążą koniec z końcemA tymczasem w mediach społecznościowych pełno jest pełnej pretensji pani Jandy. Tak zwana kulturalna publiczność musi się dowiadywać, niejako brać na co dzień udział w jej zmaganiach z życiem. A to, że córka nie ma pracy, że ma na utrzymaniu dużą rodzinę, że na prowadzenie swojego teatru dostaje za mało pieniędzy od władz.

Ostatnio powiedziała, że z biedy musi mrozić chleb. „Pochylmy się” – jak mówią ludzie uduchowieni, nad tym chlebem i wyjaśnijmy, że są jedynie dwa powody mrożenia chleba. Pierwszy – gdy okazyjnie uda nam się kupić chleb tanio, wtedy kupujemy chleba więcej i wkładamy go do zamrażalnika. Drugi – gdy kupimy za dużo, na przykład oczekując gości, a goście nie przyjdą i zostaje nam sporo chleba. Ponieważ pani Janda nie wyjaśnia dlaczego mrozi, więc zakładam, że realizuje ona politykę rządu, który twierdzi, że można kupić chleb niezwykle tanio. Ale skąd pani Janda wie, gdzie rząd kupuje chleb? Bardzo to dwuznaczna sytuacja.

W kapitalizmie – na własny rachunek

Coś mi się zdaje, że pani Janda ciągle żyje w socjalizmie. Oczekuje bowiem od władz nieustannego i wzrastającego wsparcia dla swych teatrów. Widać nie wie, że władze mają na utrzymaniu własne teatry, w których naprawdę przędzie się cienko. Zarobki aktorów, w większości teatrów polskich, są małe – taka jest prawda. Dlaczego więc władze miałyby uszczuplać środki przeznaczone na własne sceny i wspierać prywatne działania Pani Jandy?

Pora, żeby dotarło do Pani Jandy, że nikt jej nie zmuszał do zostania właścicielką teatru, czy nawet dwóch teatrów. To był jej wybór i jej ryzyko – jak to u przedsiębiorców bywa. No i chyba wie, jak głodowe mają emerytury gwiazdy polskich scen i filmów– choćby Beata Tyszkiewicz, która owszem mówi o tym, ale nie żąda od nikogo wsparcia.

Klasyka, czy nowe drogi teatru

 Gdyby pani Janda miała własną wizję teatru, którą chciałaby realizować, i której to wizji nie mogłaby w żadnej mierze oblec w teatralne ciało bez wsparcia władz, gdyby była poszukiwaczką nowych dróg teatralnych, nowych form wypowiedzi scenicznych… można by się jeszcze zastanawiać i rozważyć jej pretensje. Jednak pani Janda uprawia na własnych, całkiem prywatnych scenach teatr klasyczny, taki jaki można oglądać na wielu innych polskich scenach. Zatem argument artystyczny nie istnieje.

W PRL władze wspierały poszukiwania Jerzego Grotowskiego, Tadeusza Kantora, Józefa Szajny, Henryka Tomaszewskiego, Teatru Gardzienice i wielu innych nowatorów. Pomoc materialną miały też teatry stydenckie lat 60-tych i 70-tych.

Obecnie istniej w całej Polsce kilkadziesiąt prywatnych teatrów. Jedne mają stałe siedziby, inne wędrują – jak za czasów sprzed Bogusławskiego. Niektóre z tych prywatnych teatrów otrzymują wsparcie samorządów, ale żadna z tych prywatnych scen nie robi tyle dramatycznych scen, jak czyni to pani Janda.

Życzenia dla artystki

Być może ratunkiem dla pani Krystyny Jandy – mimo, że jest tak denerwująca w swych pretensjach – byłoby objęcie dyrektury któregoś z teatrów państwowych lub samorządowych. Mogłaby sama kształtować repertuar, dobierać zespół, a nawet sama występować. I tego jej życzę. Ale, przede wszystkim, życzę jej, żeby rozejrzała się wokół siebie, ale nie tylko po znajomych z  warszawskiej elity. Wtedy zobaczy, na jakim poziomie naprawdę żyją Polacy, może dostrzeże też, tragikomicznośc własnych pretensji do losu i wszystkich władz kraju.

Krótko mówiąc – życzę jej więcej realizmu, okraszonego ociupinką skromności. Bo tak jak jest z panią teraz – pani Krystyno – to trochę wstyd i naprawdę nie wypada.

 

B. euroentuzjasta CEZARY KRYSZTOPA wyznaje: Nie mogę już na te ryje patrzeć

Jeśli dobrze pamiętam w 2003 roku byłem euroentuzjastą. Dlatego w referendum akcesyjnym zagłosowałem za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od tamtej pory jednak, sporo się zmieniło.

W 2003 roku miałem swoje powody. Koncepcja współpracy europejskich wolnych narodów oparta przez jednego z ojców założycieli zjednoczonej Europy Sługę Bożego Roberta Schumana na chrześcijańskim fundamencie, jest koncepcją wspaniałą. Na dziesiątki lat zapewniła Europie pokój pomiędzy narodami, które wcześniej więcej chyba znały wojen niż pokoju między sobą. Brak ceł, wolność przepływu towarów i usług, na lata zapewniły również narodom Europy prosperity.

„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”

 Kiedy jednak my przystąpiliśmy do Unii Europejskiej pełni nadziei na dołączenie do tego wspaniałego procesu, trwał już proces brutalnego rozboju, zaboru dzieła budowanego przez zwolenników Sługi Bożego Roberta Schumana przez hunwejbinów włoskiego komunisty Altiero Spinellego. W wyniku owego procesu elity trzęsące Brukselą zerwały nie tylko z chrześcijańskimi korzeniami projektu, ale wręcz z logiką dbania o dobro wspólne Europejczyków w imię abstrakcyjnych i oderwanych od rzeczywistości ideologii.

Od kilku lat my Polacy doświadczamy skutków owego procesu z wyjątkową brutalnością. Nie to żebym miał jakieś złudzenia co do natury samej polityki, jednak poziom zakłamania i bezwzględności z jaką brukselscy bonzowie odnoszą się do Polski, która wydaje im się przeszkodą w realizacji utopijnych centralistycznych planów budowy Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Przekracza to najbardziej cyniczne wyobrażenie hipokryzji podwójnych standardów jakie gotowi są narzucać silni słabszym, by zaprzęgać ich do swoich kieratów.

„Cztery nogi dobrze, dwie nogi źle”

 Wydawało nam się, no dobrze, nie wszystkim, więc powiedzmy – mnie się wydawało, że uciekając ze strefy wpływów wcześniej sowietów, a później niewiele mniej obłąkanej Rosji, dostaliśmy się do raju wolności, gdzie każdy ma prawo być sobą. Okazało się i z każdym dniem okazuje się w większym stopniu, że nic bardziej mylnego. Z przerażaniem odkryliśmy – ja odkryłem – że łąki, które wydawały nam się zza płotu bardziej zielone, szybko w przerażająco znajomy dla nas sposób – czerwienieją. A stawiającym świat na głowie lewackim despotyzmem, tym razem wieje do nas… z zachodu. Że znowu powstaje świat, w którym „lud będzie pił szampana ustami swoich przedstawicieli”. Znowu są równi i równiejsi. Podczas gdy zagrożenie ze strony obłąkanej Rosji nie zmalało, a wręcz, jak się okazało rok temu, wróciło z całą mocą.

„Towarzysz Napoleon ma zawsze rację”

 Od jakiegoś czasu zastanawiałem się jak uchwycić uczucie, które towarzyszy mi kiedy spoglądam w zimno uśmiechnięte, zwykle bardzo profesjonalnie fotografowane,  z takim jakimś „anielskim” efektem, twarze unijnych mandarynów. Doszedłem wreszcie do wniosku, że nie widzę tam twarzy, tylko ryje. Korporacyjnie wystudiowane, ale ryje. I ja, tych dwadzieścia lat temu, euroentuzjasta, musze powiedzieć, że w te fałszywe, brukselskie ryje nie mogę już patrzeć.

I nie żebym zniżył się tutaj do taniej obelgi. Jeśli widzę na tych zdjęciach ryje, to dlatego, że ich właściciele kojarzą mi się z bohaterami „Folwarku Zwierzęcego” George’a Orwella, a konkretnie z kastą świń, ze szczególnym uwzględnieniem Towarzysza Napoleona.

„Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim”.

HUBERT BEKRYCHT: A jeśli TVN nie tylko kłamie?

Pytanie jak najbardziej zasadne w kraju, w którym opozycja protestuje przeciwko sytuacji, kiedy przegrywając wybory nie może rządzić. W Polsce samorządy PO administrują podsycając nienawiść do legalnych władz krajowych a eurodeputowani opozycji uprzejmie donoszą na swój kraj do wszystkich instytucji Unii Europejskiej szkodząc wszystkim Polakom, nawet wyborcom PO, PSL i postkomunistów. Dopełnieniem jest telewizja TVN, która chce, w ramach „zabezpieczeń” procesowych, zabronić cytowania polityków mówiących, że TVN kłamie. Zabronić na rok. Oznacza to cenzurę prewencyjną. To nic, że to wbrew Konstytucji RP opozycja i jej media rozstrzygają, co jest a co nie jest zgodne z polską ustawą zasadniczą. Sytuacja przypomina zmagania łyżwiarza figurowego (media publiczne i konserwatywne), który w Igrzyskach Olimpijskich został zgłoszony jako hokeista (TVN, GW, Onet oraz inne media wspierające opozycję w walce z rządem).

Podczas posiedzenia sejmowej komisji kultury i środków przekazu z udziałem przedstawicieli Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz dziennikarzy doszło do czołowego zderzenia medialnej ciężarówki TVN i innych mediów komercyjnych zwalczających rząd z przestrzegającymi przepisów kierowcami mediów publicznych a także konserwatywnych.

Nic to…

To nic, że m.in. dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich dr Jolanta Hajdasz, redaktor naczelny Gazety Polskiej Tomasz Sakiewicz, szef portalu TVP Info Samuel Pereira i wreszcie sam przewodniczący KRRiT Macieja Świrski tłumaczyli cierpliwie, że TVN chce po prostu kneblować usta mediom, które krytykują tę manipulującą prawdą stację wymachując amerykańskim paszportem właścicieli. To nic, że TVN ma zamiar „zabezpieczać” swoje procesowe dobra na rok usiłując uzyskać sądowy zakaz cytatów krytykujących stację. To nic, że cenzura prewencyjna jest w Polsce zakazana…

Groch z kapustą i wybory

To  nic, że włączając kolejny manipulacyjny bęben i mieszając sprawę ukarania TVN za reportaż „Siła kłamstwa” maszyneria opozycyjnych mediów próbowała zakrzyczeć opinie o promoskiewskiej wymowie filmu. To nic…

Ważny w tym wszystkim jest kontekst. Zbliżające się wybory znowu skutecznie wyeliminowały otwartą dyskusję o kodeksie prasowym, o dziennikarstwie, o skandalicznym artykule prawa, przy pomocy którego można wyeliminować każdego dziennikarza. Do całego arsenału środków wyłączających możliwość krytykowania polityków opozycji, jej czołowy propagandowy organ, czyli TVN, stara się włączyć cwany sposób na „zabezpieczenie dóbr”, który jest skuteczniejszy niż zabicie dziennikarza i wysadzenie w powietrze nieprzyjaznej redakcji – przypomnieć należy, że takich właśnie sposobów imały się – całkiem niedawno – na przykład niemieckie lub pochodzące z Bliskiego Wschodu komunistyczne, lewackie i anarchistyczne organizacje terrorystyczne. Skuteczności prawa nad przemocą chyba nie trzeba udowadniać.

Prawda i g…. prawda

Jeśli ktoś nie sięgnie do wiarygodnych źródeł a postawi na komiksowy przekaz mediów antyrządowych może dowiedzieć się, tak jak z Gazety Wyborczej, że: „Sakiewicz długo opowiadał o sobie, mówił, że ‘niejeden dureń się do naszego zawodu dostał’, że ‘ma prawo powiedzieć, że manipulacja jest manipulacją’, oraz że stacja TVN ‘nosi piętno komunizmu, kremlowskie’” – do tej pory w relacji GW wszystko się zgadza.

A dalej ci, którym nie jest wszystko jedno piszą: „Krzysztof Mieszkowski (KO) skomentował słowa Sakiewicza jako ‘wylewanie krokodylich łez przez reżimowego dziennikarza’. Gdy Mieszkowski poradził jemu i jego kolegom, by mieli odwagę zmierzyć się z rzeczywistością, by nie beczeli jak takie beksy, cholera jasna bądźcie damami, Sakiewicz wykrzyknął: ‘Czy ten cham może przestać nas obrażać?!’ – I nawet zaproponował mu bójkę przed Sejmem. – Jak chce się sprawdzić, kto jest mężczyzną, to proszę przed Sejm – krzyczał” –  napisano w GW.

Nie warto…

No cóż, taka interpretacja, bo przecież nie informacja, nie jest w mediach antyrządowych związanych z opozycją – m.in. w GW i TVN – niczym nowym. Na dowód wystarczy przytoczyć tytuł artykułu w GW: „Dziennikarz prorządowych mediów nazwał posła KO ‘chamem’. I chciał się bić z nim przed Sejmem”. Równie dobrze moglibyśmy w portalu sdp.pl dać taki tytuł: „Poseł Mieszkowski (KO) obraził szefa Gazety Polskiej i uciekł”. Bo przecież pan Mieszkowski nie uciekł?

Rozumiem Tomasza Sakiewicza. Honor jest sprawą najważniejszą i należy się o to nawet bić, ale w przypadku niektórych posłów… nie warto.

W tym przypadku opisu obrad komisji sejmowej prawda w antyrządowych, opozycyjnych mediach ma tyle wspólnego z prawdą, co dziennik o tej samej nazwie redagowany niegdyś na Kremlu.

Pozostaje tylko początkowe pytanie: A jeśli TVN nie tylko kłamie?

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja chce „badać” i kopiować zachodnią broń

Wojna na Ukrainie stała się dla Moskwy miejscem szpiegostwa zachodniej broni i „ośrodkiem szkoleniowym” rosyjskich konstruktorów do studiowania światowych osiągnięć w dziedzinie uzbrojenie.

Wojna w Ukrainie pokazała Władimirowi Putinowi jak bardzo zacofana jest rosyjska broń. Widać, że czołgi, samoloty, działa, transportery opancerzone, broń przeciwpancerna, broń piechoty i wszystko inne znacząco odstają od zachodniego sprzętu pod względem siły, zasięgu, celności i wydajność. Rosyjscy przywódcy oczywiście to rozumieją, ale nie chcą się do tego przyznać. Temat ten stał się nawet przedmiotem żartów. Pojawił się na przykład mem opisujący przestarzałą rosyjską broń hasłem „analogovnet”. I rzeczywiście uzbrojeniu temu nie jest daleko do „analogów” z drugiej wojny światowej.

Według brytyjskiego wywiadu Rosja w miarę wyczerpywania się własnych zapasów coraz częściej kupuje broń od innych państw objętych sankcjami, takich jak Iran czy Korea Północna.

Dlatego, jak poinformowała rosyjska agencja informacyjna „RIA Novosti”, na spotkaniu w sprawie rozwoju kompleksu obronno-przemysłowego Władimir Putin zobowiązał inżynierów i konstruktorów do zapewnienia rozwoju i produkcji, dostaw „środków klęski” dla żołnierzy, a także nakazał zbadanie zachodniej broni używanej w Ukrainie. Wojna na Ukrainie stała się zatem miejscem szpiegostwa zachodniej broni i „ośrodkiem szkoleniowym” rosyjskich konstruktorów i inżynierów do studiowania światowych osiągnięć w dziedzinie uzbrojenia.

Władimir Putin powiedział: „Organizacje kompleksu obronno-przemysłowego muszą zapewnić zaopatrzenie wojsk w niezbędną broń i sprzęt, środki do pokonania…” Jednocześnie podkreślił, że zamierza rozmawiać z przedstawicielami przemysłu zbrojeniowego o dostawach broni specjalnie dla wojsk stacjonujących w Ukrainie. Wezwał także do zbadania próbek zachodniej broni używanej przez ukraińską armię. „W ramach wsparcia obecnego reżimu w Kijowie, jak wiecie, rzucono praktycznie wszystkie zapasy arsenałów NATO, co oznacza, że ​​powinniśmy i możemy badać te arsenały oraz to, co tam jest i co jest użyte przeciwko nam” – powiedział prezydent Rosji.

Przemawiając na uroczystej imprezie poświęconej 15-leciu firmy naukowo-inżynieryjnej Rostec, która zajmuje się opracowywaniem broni, Władimir Putin stwierdził potrzebę wykorzystania zachodnich doświadczeń do poprawy właściwości rosyjskich produktów wojskowych. Jak poinformował wcześniej minister obrony Rosji Sergiej Szojgu, „specyficzne cechy” uzbrojenia NATO używanego przez Siły Zbrojne Ukrainy są brane pod uwagę w celu doskonalenia metod prowadzenia działań bojowych i zwiększania efektywności rosyjskiego sprzętu. Według ekspertów badanie zachodniej broni zwiększy zasięg, celność i skuteczność rosyjskiego uzbrojenia.

„Doświadczenie, które otrzymaliśmy i otrzymujemy podczas operacji specjalnej i zwalczania nowoczesnych zachodnich modeli sprzętu wojskowego, jest bardzo dobrym doświadczeniem, które należy wykorzystać do poprawy jakości, niezawodności i właściwości bojowych krajowych produktów wojskowych — powiedział Wołodymyr Putin. – „Oznacza to, że powinniśmy i możemy badać arsenały, to, co jest użyte przeciwko nam, jakościowo zwiększać nasze możliwości i na podstawie doświadczenia ulepszać nasz sprzęt, naszą broń. Należy to zrobić tak szybko i skutecznie, jak to możliwe”.

W sierpniu, przemawiając na otwarciu 10. Moskiewskiej Konferencji Bezpieczeństwa Międzynarodowego, Sergiej Szojgu powiedział, że rosyjscy specjaliści dokładnie badają zdobytą zachodnią broń. Według niego wyniki tych badań pomagają ulepszyć rosyjskie produkty. „Bierzemy pod uwagę osobliwości i specyficzne cechy zachodniej broni, aby udoskonalić metody prowadzenia operacji bojowych i zwiększyć skuteczność rosyjskiej broni” – powiedział Szojgu.

Eksperci, z którymi rozmawiali dziennikarze, uważają, że największe zainteresowanie rosyjskich specjalistów do spraw uzbrojenia budzą nowoczesne produkty zachodniego przemysłu wojskowego: kompleksy artyleryjskie, systemy bezzałogowe, sprzęt wywiadowczy i obserwacyjny, różne systemy rakietowe. „Dotyczy to przeciwpancernych systemów rakietowych i stanowisk walki przeciwpancernej oraz innych jednostek znaczącego uzbrojenia. Doświadczenie ich badań jest brane pod uwagę przy modernizacji kompleksów uzbrojenia, które już są w Rosji i tych, które będą rozwijane” – powiedział ekspert wojskowy Ołeksij Leonkow w rozmowie z Rush Today.

Możliwe, że Rosja użyje unowocześnionej, dzięki wojnie w Ukrainie, broni w nowych konfliktach, które rozpęta na świecie. W wywiadzie dla gazety „Krasnaja Zwiezda”, głównodowodzący rosyjskich sił lądowych Oleg Saliukow powiedział, że wszystkie rosyjskie produkty wojskowe, które są w służbie, przeszły testy bojowe w Syrii, a teraz są z powodzeniem używane w Ukrainie, potwierdzając jednocześnie, że mają wysokie parametry taktyczne i techniczne”.

W szczególności Saliukow dał wysokie oceny kompleksowi rakiet operacyjno-taktycznych „Iskander-M”. Z punktu widzenia dowódcy wojskowego jest to najlepsza broń na świecie w swojej klasie. Przypomniał, że może używać zarówno pocisków balistycznych, jak i manewrujących z jednej wyrzutni, „nie pozostawiając wrogowi żadnych szans w promieniu do 500 km”.

Dowódca sił lądowych zwrócił również uwagę na skuteczność bojową systemów przeciwpancernych Chrysanthemum-SP i Kornet, rodziny wieloprowadnicowych systemów rakietowych Tornado, zestawów przeciwlotniczych S-300B, Buk i Tor, systemów Msta-S samobieżnych haubic, zdolnych „działać jak„ burza ognia ”. Jego zdaniem wysokie zdolności bojowe mają rosyjskie pojazdy opancerzone i czołgi T-72, T-80 i T-90, z których większość przeszła już głęboką kompleksową modernizację. „Wszystkie nowe rosyjskie czołgi, zmodernizowane T-72B3 (M), T-80BVM i T-90M, a także zachodnie, są wyposażone w celowniki termowizyjne z automatycznym śledzeniem celu, co pozwala na ich użycie w nocy i przy trudnych warunkach pogodowych warunków, a także nowoczesne systemy kierowania ogniem” – powiedział Saliukow.

Ale to jest tylko ustna deklaracja. W praktyce wszystko wygląda inaczej. Pokazuje to choćby ten przykład. Według RFE/RL rosyjskie Ministerstwo Obrony podpisało umowę na dostawę co najmniej 50 opancerzonych gąsienicowych pojazdów terenowych „Płastun”. Ma je produkować w Nowosybirsku kompania jednego z kazachskich oligarchów, oskarżonego o oszustwo, który z tego powodu przeniósł się do Rosji. Jako były właściciel firmy związanej z fabryką VAZ, która produkuje samochody Łada, zaczął robić interesy w Rosji. Samochód pancerny „Płastun”, który zaproponował Rosjanom, został wykonany na bazie… Łady. Jednocześnie proponowana cena pojazdu terenowego (6 mln rubli, czyli 85 tys. dolarów) jest wyższa niż cena nowego Mercedesa klasy E czy Toyoty Land Cruiser 200 w salonach samochodowych w Moskwie.

Inżynierowie, którzy testowali „Płastuna”, zauważają wiele jego mankamentów: zagłówek fotela sięga tylko do łopatek kierowcy, dźwignia mechanicznej skrzyni biegów została nietypowo umieszczona po lewej stronie i jest tak krótka, że ​​trzeba się schylić, żeby ją dosięgnąć, nie można zmieniać biegów w ruchu. Jakość montażu auta mogłaby być lepsza: centymetrowe szczeliny w kabinie, okablowanie ściągane opaskami z węży ogrodowych. Zbiornik paliwa znajduje się bezpośrednio pod fotelami kierowcy i pasażera z przodu, komora akumulatora wbrew przepisom bezpieczeństwa nie jest oddzielona od wnętrza. Drzwi „skrzydła mewy” podnoszą się, więc nie ma możliwości umieszczenia ładunku na dachu pojazdu terenowego. Gdy samochód się przewróci, załoga nie będzie mogła się wydostać, ponieważ okna są zamknięte kratami ochronnymi.

Model objęty testem ma deskę rozdzielczą Łady, hamulce tarczowe UAZa, przełączniki i oświetlenie z różnych modeli Żiguli, kierownica z Nivy z jakiegoś powodu jest podgrzewana. Silnik „Płastuna” z Łady ma pojemność zaledwie 1,6 litra i moc tylko 106 koni mechanicznych. To konstrukcja z 1997 roku, która jest zbyt słaba do napędzania pojazdu terenowego o masie 2,5 tony.

 

PIOTR TURLIŃSKI: Zapomniany polski pisarz z Krakowa i Londynu (2)

Jest taki twórca, który przed II wojną światową był poważną osobistością polskiego życia literackiego. Człowiek wielu talentów, działający na wielu polach kultury i dziennikarstwa, a na każdym z nich sprawdzał się znakomicie.

Czytając życiorys Nowakowskiego można pomyśleć, że jego życia starczyłoby dzisiaj dla kilku ludzi. Był w Polsce międzywojennej kimś, kim w Polsce powojennej był Stefan Kisielewski. Był artystą, ale też felietonistą i pisarzem. A pisał językiem już dzisiaj rzadko spotykanym – jasnym i klarownym, nie wstydził się uczuć, ale bez zbytniej afektacji. I zawsze pisał „w sprawie”. Nie był pisarzem poszukującym nowoczesnej formy, ale też operował tak doskonale klasycznym językiem polskim, że potrafił nim wyrazić wszystko co mu chodziło. Był idealnym tworem swoich czasów. Odpowiedzialnym za życie społeczne polskim inteligentem.

O co mu chodziło? Zawsze o prawdę i krzywdę prostych ludzi, o Polskę, która byłaby dobrym domem dla wszystkich. Był z ducha XIX wiecznym socjalistą, takim socjalistą który uważał, że draństwo, głupota i cynizm elit są nie do przyjęcia, że Polski nie może zagrabić żadna elita, że chłopi i robotnicy muszą mieć większe prawa, w tym najważniejsze – prawo do edukacji i awansu społecznego.

Twórczość i postać Nowakowskiego w Polsce powojennej objęte były zmową milczenia, a wydawcom nawet nie przychodziło do głowy, żeby zabiegać o zgodę na druk jego książek. Z jednym wyjątkiem, gdy Wydawnictwo Literackie z Krakowa wydało – w latach sześćdziesiątych – jego wspomnienia z dzieciństwa. Ale też była to pozycja „niepolityczna”, za to bardzo krakowska.

Nowakowski napisał dwie książki przedstawiające w sposób sfabularyzowany własne dzieciństwo. Pierwsza z nich to „Przylądek Dobrej Nadziei”, w której opisuje swoje najwcześniejsze, chłopięce lata. Druga z pozycji wspomnieniowych, to „Rubikon” – w niej przestawia swą młodość z czasów szkoły średniej. Obie one w ujmujący, ale też dramatyczny sposób, ukazują jak kształtował się charakter pisarza, jaki miała na niego wpływ rodzina i jakie zjawiska społeczne formowały jego charakter i poglądy na świat.

Zapraszam teraz do przeczytania fragmentu „Rubikonu”.

Zygmunt Nowakowski, Rubikon.

Rozdział VII. „Czas” „Reforma” i „Naprzód”

W domu jest „Nowa Reforma”. Przedtem, ale to już bardzo dawno temu, był „Czas”, który prenumerowało się tylko dla babci. Babcia lubiła rubrykę „Przyjechali” i stale czytała, kto „zatrzymał się” w Grand Hotelu, kto w Saskim, kto Pod Różą, a kto w Drezdeńskim. Były jeszcze inne hotele, ale tych „Czas” nie wymieniał nigdy. A w Grand Hotelu stawali zawsze sami hrabiowie, czasem książęta nawet. (…) Przeważnie zaś były to nazwiska takie, przy których babcia zamyślała się, mówiąc:

            – Ciekawa jestem, czy to ci spod Humania? Mieli Borszczówkę, a ta Wyhowska to była z Grzybowskich. Babka Chłoniewska z Bereźnicy…

            W Drezdeńskim znowu stawali tacy, których nazwiska babcia wymawiała inaczej:

            – Jeden Zarzycki dzierżawił Perepol od Rzewuskich, a drugi był plenipotentem u Sanguszków. Ciekawa jestem, czy to z tych Zarzyckich?

            Lubiła babcia również czytać na głos nekrologi wielkich pań, zaczynające się od słów: „Pełna rzadkich cnót obywatelskich, po ruinie olbrzymiej fortuny kresowej, potrafiła stworzyć ognisko…” Szukała jednak przede wszystkim wiadomości o ślubach i weselach, o związkach małżeńskich, którym w takich wypadkach błogosławił biskup. (…) I czytała dalej na głos spis, zaczynający się od słów: „Wśród uczestników biesiady weselnej zauważyliśmy między innymi…” Potem szły toasty. I odczytywanie błogosławieństwa od samego papieża. Czasem zaś następował opis toalety i prezentów ślubnych, Nudziło mnie to coraz bardziej, a nawet mama słuchając, ziewała dyskretnie. A jednak trzymało się ten „Czas” dla babci.

            Potem babcia umarł i długo, bardzo długo nie było u nas żadnej gazety. Co najmniej przez jakieś trzy lata. Mama mówiła, że w żaden sposób nie może sobie pozwolić na zaprenumerowanie dziennika. I że my rośniemy, nie wiedząc o tym, co dzieje się na świecie. Gazeta jest w domu konieczna! Może za rok będzie lżej! Wszystko zależy od jednej, jedynej rzeczy…

            Wreszcie Bolek powiedział kiedyś, że mama zdała maturę. Po raz drugi. Bo pierwszy raz zdała jako panna, więc teraz w Radzie Szkolnej powiedzieli, że to już nieważne, i kazali powtórzyć. I mama z dala z odznaczeniem.

            Więc przy kolacji rozpoczęła się rozmowa o płaszczu Bolka, o tym, żeby przemalować salonik, że Janek dostanie zegarek. I o tym, że teraz już koniecznie trzeba coś zaprenumerować.

            Bolek sam, z własnych pieniędzy kupił jeden numer „Nowej Reformy” i numer „Czasu” . Dla porównania. Wtedy mama zdecydowała się prenumerować „Reformę”. Na próbę, tylko na jeden miesiąc. Potem zobaczymy.

            I „Czas” już nie wrócił do nas nigdy. Głównie przez Puzynę. Obierano właśnie nowego papieża i kardynał Puzyna na conclave zaprotestował imieniem Austrii przeciwko wyborowi Rampolli. Imieniem Austrii! On, kardynał, książę, biskup krakowski! Świństwo ostatnie! Już mu za inne rzeczy chcieli akademicy wybić wszystkie szyby w pałacu, ale teraz to naprawdę przebrała się miarka. Mama także straciła cierpliwość.

            – Chyba przez długi czas nie pokaże się w karecie na ulicach! Tego mu nikt nie daruje! Imieniem Austrii! Polski biskup! Wstyd!

            „Czas” nie pisał nic o tych sprawach, a „Reforma” właśnie w tym miesiącu, który był tylko „na próbę”, pełna była Puzyny. Więc stało się tak, że od pierwszego mama znowu zaprenumerowała „Reformę”, choć Bolek dwa razy przyniósł do domu „Naprzód” z artykułem, gdzie okropne rzeczy wypisywali na Puzynę. Mnie się to bardzo podobało, ale gdy Bolek podsunał mamie ten artykuł, mama powiedziała:    

            – O, co to, to nie! Stanowczo nie życzę sobie „Naprzodu” w moim domu!

I została „Nowa Reforma”.

Rodzony krakowiak

W aferze z kardynałem Puzyną chodzi o wybór papieża w roku 1903. Wtedy to włoski kardynał Mariano Rampolla, w czasie konklawe, otrzymał największą liczbę głosów, ale veto cesarza Franciszka Józefa I, zgłoszone poprzez kardynała Jana Puzynę udaremniło ten wybór.

Powiedzmy i to, że wszystko w obu powieściach dzieje się w metafizycznym Krakowie, który był wielką miłością Nowakowskiego. Już będąc na emigracji ciągle do niego wracał wspomnieniami. Widać, z tego co wtedy pisał i mówił na antenie Radia Wolna Europa, że kochał Polskę przez Kraków, tak jakby uważał, że to miasto jest sercem, kondensatem polskości.

Jest w naszej literaturze wiele wspaniałych inwokacji, więc poznajmy jeszcze i tę. A jest to inwokacja do Krakowa, otwierająca gawędy historyczne Zygmunta Nowakowskiego. Wygłaszał je w Radiu Wolna Europa, a w 1990 roku zostały wydane w kraju, przez Wydawnictwo Myśl. Noszą tytuł „Wieczory pod dębem”.

Zygmunt Nowakowski

Wieczory pod dębem. List do Krakowa

Opuściłem Kraków strasznie dawno temu, jednak potrafię jego plan z pamięci narysować. Dla mnie, który się wyjeździłem, o, wyjeździłem po świecie szerokim, Kraków to najpiękniejsze miasto. Nie ma takiego drugiego! Jak Boga kocham! Z daleka śpiewa mi hejnał, z daleka szumią skrzydła gołębi. Zza siedmiu tysięcy rzek, zza siedmiu tysięcy gór, zza trzynastu lat grają mi wszystkie dzwony krakowskie i odróżniam głos ich, że ten dzwoni z wyższej, a tamten z niższej wieży Mariackiej. Słyszę jak bije dzwon Zbigniew i jak bije dzwon, zwany Kowale. Czasem, czasem poprzez spienioną rzekę pamięci, gra mi Zygmunt. Niekiedy, zwłaszcza w dni mgliste, których Pan Bóg nie skąpi tej wyspie, gra mi z dala inny dzwon krakowski, ten, który bije wieczorami letnimi ze wzgórza Salwatora.

            I ciągle i zawsze jestem w Krakowie. Daję najświętsze słowo honoru! W Krakowie jestem! Wszystko inne to tylko jakiś niedobry sen. Nie byłem w Budapeszcie, Paryżu, Genui, Neapolu, nie byłem w Nowym Jorku, w Chicago, i nie byłem ponownie w Neapolu, w Genui, następnie Paryżu czy Lizbonie. Nawet nie byłem w Londynie. Tamto mi się śniło. Tamto nie istnieje. Tamto wszystko jest marą, a jawą jest tylko Kraków. Dla mnie i dla każdego krakowiaka, którego złe losy na wygnanie cisnęły.  

            Tęsknię okropnie. Jak pies na łańcuchu. Trzynaście z góra lat poza Krakowem! Ja! Ja, który mógłbym przez jego ulice iść z zamkniętymi oczami i nie zbłądziłbym ani nie potknął się, bo przecież znam osobiście każdy kamień i jestem z nim „na ty”. Ale żeby czegoś przypadkiem nie zapomnieć, robimy sobie często jakby powtórkę Krakowa, po porządku wymieniając kościoły, domy, pomniki, kółka na Plantach, nawet sklepy, ba nawet wszystkie szynki krakowskie. Gdy na wiosnę zakwitną kasztany w cudownie pięknych parkach londyńskich i gdy zacznie się sypać delikatny, różowy puch, stąpamy po nim, a wydaje się nam, że idziemy przez Planty…

Legionista, doktor filologii polskiej, aktor, dyrektor teatru, dramaturg, reżyser, powieściopisarz, felietonista

Zygmunt Nowakowski, właściwie Zygmunt Jan Błażej Tempka urodził się 22 01 1891 w Krakowie, zmarł 22 01 1963 w Londynie. Polski pisarz, felietonista, dziennikarz, aktor, reżyser teatralny, doktor filologii polskiej. Był synem urzędnika Błażeja Tempki i Heleny z Nowakowskich – nauczycielki – jednej z pierwszych kobiet studiujących na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uczęszczał do Gimnazjum św. Jacka, a następnie Sobieskiego w Krakowie. Studiując na UJ polonistykę równolegle pobierał nauki w szkole dramatycznej. W roku 1911 Ludwik Solski zatrudnił go jako aktora w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

 

W 1914 wstąpił do Legionów Polskich. Po powrocie z wojny zaczął robić wielką karierę aktorską grając m.in. role: Poety w „Weselu”, Konrada w „Dziadach”, Hrabiego w „Nie-Boskiej komedii”, Don Ferdynanda w „Księciu Niezłomnym”. Zagrał więc prawie wszystkie największe role w polskich dramatach. W latach 1926–1929 był aktorem i dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Od 1930 był stałym felietonistą „Ilustrowanego Kurjera Codziennego”. Był też wiceprezesem KS Cracovia.

W 1935 został laureatem literackiej nagrody miasta Krakowa. W 1938 otrzymał medal brązowy Nagrody im. Leona Reynela za najlepszą sztukę minionego roku, którą została uznana „Gałązka rozmarynu”.

Od 1939 przebywał na emigracji. W latach 1940–1941 był członkiem Rady Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej przy prezydencie Władysławie Raczkiewiczu. W latach 1940–1944 był redaktorem naczelnym „Wiadomości Polskich, Politycznych i Literackich”, redagowanych wspólnie z Mieczysławem Grydzewskim.

Po wojnie był wieloletnim współpracownikiem Radia Wolna Europa. Na antenie tego radia prezentował, między innymi, własne gawędy historyczne, które później wydano w postaci zbioru „Wieczory pod dębem”. W swoich tekstach prasowych i wystąpieniach posługiwał się często bardzo mocnymi określeniami i posądzeniami, wręcz obraźliwymi. Znana była np. jego silna niechęć do Zofii Kossak, którą oskarżał o to, że jest „agentką komunistyczną.

Zmarł w Londynie. Zgodnie z ostatnią wolą Nowakowskiego, w lutym 1968 urna z jego prochami została przewieziona do kraju i złożona na Cmentarzy Rakowickim w Krakowie.

Opowiadać o historii trzeba umieć

Bardzo wielu wykształconym historykom wydaje się, że wystarczy wiedza, żeby pociągnąć za sobą czytelnika. Nic bardziej błędnego. To dwa różne talenty, rzadko chodzące w parze. Wiedza i talent narracyjny naprawdę nieczęsto się z sobą spotykają.

Mnie szczególnie ujmują wspomniane „Wieczory pod dębem”. W nich, jak w staropolskiej gawędzie, przedstawia Nowakowski historię Polski. Pięknym językiem i z miłością. Ale przecież nie bezkrytycznie. Naprawdę mało jest w naszej literaturze opowieści historycznych tak żywych. Oczywiście poza Pawłem Jasienicą, ale te lektury są przeznaczone dla ludzi młodych i dorosłych. Natomiast „w kategorii dzieci i młodzież” przoduje z pewnością Nowakowski.

I dziwi mnie, że wszystkie – po roku 1990 – ministerstwa od nauki i edukacji nie zwróciły uwagi na ten tekst, który w sposób idealny może najmłodszych zaciekawić i na stałe zainteresować historią naszego narodu.

Na zakończenie tego przypomnienia postaci i dzieła, pozwalam sobie przytoczyć jeszcze jeden fragment z „Wieczorów pod dębem”.

Zygmunt Nowakowski

Wieczory pod dębem. Rozdział XXVII. Ślad bosej stopy

W szeregach powstania kościuszkowskiego znalazł się ktoś o nazwisku, które w pewnym znaczeniu stało się pierwszym polskim nazwiskiem i zaćmiło wszystkie inne na przestrzeni tysiąca lat naszej historii. Nazwisko to znane jest każdemu Polakowi, każdemu dziecku polskiemu.To ktoś, kto mówił, a zwłaszcza pisał po polsku aż do końca życia kiepsko, lub nawet źle.

            Był początkowo oficerem w służbie nie polskiej, ale saskiej. Matka jego, panieńskie nazwisko Lettow, pochodziła chyba z Niemców. Nie był katolikiem, ale protestantem.  W domu uczył się po niemiecku. Ożenił się z Niemką. W młodości miał przyjaciół Niemców. I – jakież to świadectwo siły zawartej w pojęciu Polski – ten człowiek, na przekór okolicznościom wychowania i otoczenia – nie został, ale był Polakiem do szpiku kości, w każdym uderzeniu serca, a nie w słowie. Henryk Dąbrowski miał w swoich żyłach krew polską, ale po matce  chyba więcej niż kroplę niemieckiej krwi.

            Jak wielu Polaków z końca XVIII wieku, Dąbrowski dał się sprowadzić na manowce Targowicy, ale zszedł z nich rychło na prostą, bitą drogę, której już nigdy nie opuścił i która zaprowadziła go do nieśmiertelności.

            Do powstania przystapił dopiero po wyzwoleniu Warszawy, ale przystąpił całą duszą, całym rozumem. Zameldował swe służzby Kościuszce, który odgadł w nim natychmiast świetnego żołnierza i mianował generał-porucznikiem. Zdobywszy te szlify generalskie umiał wkrótce dowieść, że był to awans zasłużony.

            Powstanie w Wielkopolsce i sukcesy tego powstania są dziełem Dąbrowskiego. On zdobył Bydgoszcz, on rusza aż pod Gdańsk i wszędzie, przy każdej okazji służy mu szczęśćie. Dąbrowski bije Prusaków i to bije ich tak, że później, po rzezi Pragi, po kapitulacji radoszyckiej, dowódca rosyjski Suworow, nie oszczędzi sobie tej przyjemności, by Dąbrowskiego wychwalać w rozmowach z… Prusakami. I właśnie Prusacy będą chcieli pozyskać tego generała, tego świetnego organizatora, jak starać się będzie pozyskać go też Suworow. Ale Dąbrowski nie był kondotierem, nie był żołnierzem najemnym.

            Sam król pruski, Fryderyk Wilhelm, występuje z zaszczytnymi i ponętnymi propozycjami, na które pada odpowiedź: „Gdy król pruski ogłosi się królem polskim, natenczas Dąbrowski stanie na czele wojska narodowego”…

Polskie dziedzictwo narodowe to także literatura emigracyjna

Mam nadzieję, że znajdą się pieniądze na wydanie dzieł, lub choćby pism wybranych Zygmunta Nowakowskiego. Pora przywrócić powszechnej świadomości dzieła tego wybitnego pisarza. Dziedzictwo historyczny, to także twórczość pisarzy emigracyjnych, lub po części emigracyjnych.

Myślę, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinno zainteresować się postacią i twórczością Nowakowskiego, który ma w dorobku, między innymi takie pozycje jak:

Zbiory felietonów: Kucharz doskonały (1932); Stawiam bańki! (1936); Lajkonik (1938); Lajkonik na wygnaniu (1963). Powieści: Przylądek Dobrej Nadziei (1931); Start Edmunda Sulimy (1932); Rubikon (1935); Pani służba (1938); Błękitna kotwica (1939); Dzieła sceniczne: Tajemniczy pan (1924); Puchar wędrowny (1926); Gałązka rozmarynu (1937); Reportaże: Geografia serdeczna (1931); Niemcy à la minute (1933); Opowiadania: Złotówka Manoela (1937); Pędziwiatr (Duns 1945); Wspomnienia: Mój Kraków (Nowy Jorka 1946); Z księgi zażaleń pielgrzymstwa polskiego (Bruksela 1949).

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Sędzia, który „kryżował ludzi” – ostatniego w 1965 r.

Kiedy 2 lutego 1965 r. – po trwającym półtora miesiąca procesie – wypożyczony z Sądu Najwyższego Roman Krzyże wydaje wyrok w tzw. aferze mięsnej, wielu pamięta jeszcze jego krwawy plon w okresie „błędów i wypaczeń”.

Teraz głównego oskarżonego, Stanisława Wawrzeckiego, dyrektora w Miejskim Handlu Mięsem, też nie mógł (nie chciał) oszczędzić i zgodnie ze swoją praktyką postanowił „ukryżować”. Powód? Można przytoczyć jego własne słowa: skoro tak chcieli „przedstawiciele Partii i Rządu”, a Wawrzecki „dopuścił się najcięższej zbrodni, jakiej mógł się dopuścić”… handlowiec.

Wszyscy podsądni (prócz Wawrzeckiego czterech dyrektorów handlu mięsem, czterech kierowników sklepów i właściciel prywatnej masarni) mieli być odpowiedzialni za braki w zaopatrzeniu w mięso na rynku (kradzież, podmienianie towaru, fałszowanie faktur), a prawdziwy winny – komunistyczna władza, która ten stan rzeczy spowodowała i na te bezprawne praktyki przyzwalała – chciała pokazać, że zdecydowanie z tym walczy. Pokazowy proces toczył się w trybie doraźnym, w oparciu o dekret PKWN z 1945 r. W 2004 r. Sąd Najwyższy uznał, że wykorzystanie tych przepisów było bezprawiem i – na skutek kasacji wniesionej przez rzecznika praw obywatelskich – uchylił wyrok.

„Kryżuje” ludzi – mówił o nim mecenas Władysław Siła-Nowicki, inspektor WiN na Lubelszczyźnie. Inni dodawali: „sądzi Kryże, będą krzyże”. Albo równie prawdziwie: „ma swój prywatny cmentarz na Służewie”. Roman Kryże był sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego przez, bagatela, 10 lat: od sierpnia 1945 r. do sierpnia 1955 r.

Urodzony w 1907 r. we Lwowie, prawo na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu skończył w 1930 r. Do września 1939 r. pracował w sądach w Grudziądzu. Po wojnie obronnej, w której brał udział jako podporucznik 65 pułku piechoty, był jeńcem wielu niemieckich obozów. Wcielony do tzw. LWP, walczył m.in. o przełamanie Wału Pomorskiego. Ochotniczo zgłosił się do komunistycznego sądownictwa wojskowego. Wtedy zaczęła się jego kariera w NSW.
W książce „TUN” historyk, prof. Jerzy Poksiński cytował fragmenty oświadczenia Kryżego z 31 stycznia 1957 r., dotyczącego jego pracy w resorcie i sfingowanych procesach oficerów oskarżonych o „spisek w wojsku”: „Przy tak surowej ocenie działalności szpiegowskiej zarówno przez organa wymiaru sprawiedliwości, jak przez czołowych przedstawicieli Partii i Rządu nie mogło być żadnych wątpliwości, że jedyną słuszną karą za działalność szpiegowską prowadzoną przez oficerów sztabowych jest najwyższa kara przewidziana w ustawie za tego rodzaju czyn”.

W sierpniu 1955 r. Roman Kryże został przeniesiony do rezerwy. Płynnie przeszedł do cywilnego Sądu Najwyższego, gdzie przepracował kolejne 22 lata. Po ostatecznym odejściu z sądownictwa w 1977 r. zmarł w 1983 r. w Warszawie. Pochowany na Powązkach Wojskowych, żeby było jeszcze tragiczniej – na „Łączce”.