WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja chce „badać” i kopiować zachodnią broń

Wojna na Ukrainie stała się dla Moskwy miejscem szpiegostwa zachodniej broni i „ośrodkiem szkoleniowym” rosyjskich konstruktorów do studiowania światowych osiągnięć w dziedzinie uzbrojenie.

Wojna w Ukrainie pokazała Władimirowi Putinowi jak bardzo zacofana jest rosyjska broń. Widać, że czołgi, samoloty, działa, transportery opancerzone, broń przeciwpancerna, broń piechoty i wszystko inne znacząco odstają od zachodniego sprzętu pod względem siły, zasięgu, celności i wydajność. Rosyjscy przywódcy oczywiście to rozumieją, ale nie chcą się do tego przyznać. Temat ten stał się nawet przedmiotem żartów. Pojawił się na przykład mem opisujący przestarzałą rosyjską broń hasłem „analogovnet”. I rzeczywiście uzbrojeniu temu nie jest daleko do „analogów” z drugiej wojny światowej.

Według brytyjskiego wywiadu Rosja w miarę wyczerpywania się własnych zapasów coraz częściej kupuje broń od innych państw objętych sankcjami, takich jak Iran czy Korea Północna.

Dlatego, jak poinformowała rosyjska agencja informacyjna „RIA Novosti”, na spotkaniu w sprawie rozwoju kompleksu obronno-przemysłowego Władimir Putin zobowiązał inżynierów i konstruktorów do zapewnienia rozwoju i produkcji, dostaw „środków klęski” dla żołnierzy, a także nakazał zbadanie zachodniej broni używanej w Ukrainie. Wojna na Ukrainie stała się zatem miejscem szpiegostwa zachodniej broni i „ośrodkiem szkoleniowym” rosyjskich konstruktorów i inżynierów do studiowania światowych osiągnięć w dziedzinie uzbrojenia.

Władimir Putin powiedział: „Organizacje kompleksu obronno-przemysłowego muszą zapewnić zaopatrzenie wojsk w niezbędną broń i sprzęt, środki do pokonania…” Jednocześnie podkreślił, że zamierza rozmawiać z przedstawicielami przemysłu zbrojeniowego o dostawach broni specjalnie dla wojsk stacjonujących w Ukrainie. Wezwał także do zbadania próbek zachodniej broni używanej przez ukraińską armię. „W ramach wsparcia obecnego reżimu w Kijowie, jak wiecie, rzucono praktycznie wszystkie zapasy arsenałów NATO, co oznacza, że ​​powinniśmy i możemy badać te arsenały oraz to, co tam jest i co jest użyte przeciwko nam” – powiedział prezydent Rosji.

Przemawiając na uroczystej imprezie poświęconej 15-leciu firmy naukowo-inżynieryjnej Rostec, która zajmuje się opracowywaniem broni, Władimir Putin stwierdził potrzebę wykorzystania zachodnich doświadczeń do poprawy właściwości rosyjskich produktów wojskowych. Jak poinformował wcześniej minister obrony Rosji Sergiej Szojgu, „specyficzne cechy” uzbrojenia NATO używanego przez Siły Zbrojne Ukrainy są brane pod uwagę w celu doskonalenia metod prowadzenia działań bojowych i zwiększania efektywności rosyjskiego sprzętu. Według ekspertów badanie zachodniej broni zwiększy zasięg, celność i skuteczność rosyjskiego uzbrojenia.

„Doświadczenie, które otrzymaliśmy i otrzymujemy podczas operacji specjalnej i zwalczania nowoczesnych zachodnich modeli sprzętu wojskowego, jest bardzo dobrym doświadczeniem, które należy wykorzystać do poprawy jakości, niezawodności i właściwości bojowych krajowych produktów wojskowych — powiedział Wołodymyr Putin. – „Oznacza to, że powinniśmy i możemy badać arsenały, to, co jest użyte przeciwko nam, jakościowo zwiększać nasze możliwości i na podstawie doświadczenia ulepszać nasz sprzęt, naszą broń. Należy to zrobić tak szybko i skutecznie, jak to możliwe”.

W sierpniu, przemawiając na otwarciu 10. Moskiewskiej Konferencji Bezpieczeństwa Międzynarodowego, Sergiej Szojgu powiedział, że rosyjscy specjaliści dokładnie badają zdobytą zachodnią broń. Według niego wyniki tych badań pomagają ulepszyć rosyjskie produkty. „Bierzemy pod uwagę osobliwości i specyficzne cechy zachodniej broni, aby udoskonalić metody prowadzenia operacji bojowych i zwiększyć skuteczność rosyjskiej broni” – powiedział Szojgu.

Eksperci, z którymi rozmawiali dziennikarze, uważają, że największe zainteresowanie rosyjskich specjalistów do spraw uzbrojenia budzą nowoczesne produkty zachodniego przemysłu wojskowego: kompleksy artyleryjskie, systemy bezzałogowe, sprzęt wywiadowczy i obserwacyjny, różne systemy rakietowe. „Dotyczy to przeciwpancernych systemów rakietowych i stanowisk walki przeciwpancernej oraz innych jednostek znaczącego uzbrojenia. Doświadczenie ich badań jest brane pod uwagę przy modernizacji kompleksów uzbrojenia, które już są w Rosji i tych, które będą rozwijane” – powiedział ekspert wojskowy Ołeksij Leonkow w rozmowie z Rush Today.

Możliwe, że Rosja użyje unowocześnionej, dzięki wojnie w Ukrainie, broni w nowych konfliktach, które rozpęta na świecie. W wywiadzie dla gazety „Krasnaja Zwiezda”, głównodowodzący rosyjskich sił lądowych Oleg Saliukow powiedział, że wszystkie rosyjskie produkty wojskowe, które są w służbie, przeszły testy bojowe w Syrii, a teraz są z powodzeniem używane w Ukrainie, potwierdzając jednocześnie, że mają wysokie parametry taktyczne i techniczne”.

W szczególności Saliukow dał wysokie oceny kompleksowi rakiet operacyjno-taktycznych „Iskander-M”. Z punktu widzenia dowódcy wojskowego jest to najlepsza broń na świecie w swojej klasie. Przypomniał, że może używać zarówno pocisków balistycznych, jak i manewrujących z jednej wyrzutni, „nie pozostawiając wrogowi żadnych szans w promieniu do 500 km”.

Dowódca sił lądowych zwrócił również uwagę na skuteczność bojową systemów przeciwpancernych Chrysanthemum-SP i Kornet, rodziny wieloprowadnicowych systemów rakietowych Tornado, zestawów przeciwlotniczych S-300B, Buk i Tor, systemów Msta-S samobieżnych haubic, zdolnych „działać jak„ burza ognia ”. Jego zdaniem wysokie zdolności bojowe mają rosyjskie pojazdy opancerzone i czołgi T-72, T-80 i T-90, z których większość przeszła już głęboką kompleksową modernizację. „Wszystkie nowe rosyjskie czołgi, zmodernizowane T-72B3 (M), T-80BVM i T-90M, a także zachodnie, są wyposażone w celowniki termowizyjne z automatycznym śledzeniem celu, co pozwala na ich użycie w nocy i przy trudnych warunkach pogodowych warunków, a także nowoczesne systemy kierowania ogniem” – powiedział Saliukow.

Ale to jest tylko ustna deklaracja. W praktyce wszystko wygląda inaczej. Pokazuje to choćby ten przykład. Według RFE/RL rosyjskie Ministerstwo Obrony podpisało umowę na dostawę co najmniej 50 opancerzonych gąsienicowych pojazdów terenowych „Płastun”. Ma je produkować w Nowosybirsku kompania jednego z kazachskich oligarchów, oskarżonego o oszustwo, który z tego powodu przeniósł się do Rosji. Jako były właściciel firmy związanej z fabryką VAZ, która produkuje samochody Łada, zaczął robić interesy w Rosji. Samochód pancerny „Płastun”, który zaproponował Rosjanom, został wykonany na bazie… Łady. Jednocześnie proponowana cena pojazdu terenowego (6 mln rubli, czyli 85 tys. dolarów) jest wyższa niż cena nowego Mercedesa klasy E czy Toyoty Land Cruiser 200 w salonach samochodowych w Moskwie.

Inżynierowie, którzy testowali „Płastuna”, zauważają wiele jego mankamentów: zagłówek fotela sięga tylko do łopatek kierowcy, dźwignia mechanicznej skrzyni biegów została nietypowo umieszczona po lewej stronie i jest tak krótka, że ​​trzeba się schylić, żeby ją dosięgnąć, nie można zmieniać biegów w ruchu. Jakość montażu auta mogłaby być lepsza: centymetrowe szczeliny w kabinie, okablowanie ściągane opaskami z węży ogrodowych. Zbiornik paliwa znajduje się bezpośrednio pod fotelami kierowcy i pasażera z przodu, komora akumulatora wbrew przepisom bezpieczeństwa nie jest oddzielona od wnętrza. Drzwi „skrzydła mewy” podnoszą się, więc nie ma możliwości umieszczenia ładunku na dachu pojazdu terenowego. Gdy samochód się przewróci, załoga nie będzie mogła się wydostać, ponieważ okna są zamknięte kratami ochronnymi.

Model objęty testem ma deskę rozdzielczą Łady, hamulce tarczowe UAZa, przełączniki i oświetlenie z różnych modeli Żiguli, kierownica z Nivy z jakiegoś powodu jest podgrzewana. Silnik „Płastuna” z Łady ma pojemność zaledwie 1,6 litra i moc tylko 106 koni mechanicznych. To konstrukcja z 1997 roku, która jest zbyt słaba do napędzania pojazdu terenowego o masie 2,5 tony.

 

PIOTR TURLIŃSKI: Zapomniany polski pisarz z Krakowa i Londynu (2)

Jest taki twórca, który przed II wojną światową był poważną osobistością polskiego życia literackiego. Człowiek wielu talentów, działający na wielu polach kultury i dziennikarstwa, a na każdym z nich sprawdzał się znakomicie.

Czytając życiorys Nowakowskiego można pomyśleć, że jego życia starczyłoby dzisiaj dla kilku ludzi. Był w Polsce międzywojennej kimś, kim w Polsce powojennej był Stefan Kisielewski. Był artystą, ale też felietonistą i pisarzem. A pisał językiem już dzisiaj rzadko spotykanym – jasnym i klarownym, nie wstydził się uczuć, ale bez zbytniej afektacji. I zawsze pisał „w sprawie”. Nie był pisarzem poszukującym nowoczesnej formy, ale też operował tak doskonale klasycznym językiem polskim, że potrafił nim wyrazić wszystko co mu chodziło. Był idealnym tworem swoich czasów. Odpowiedzialnym za życie społeczne polskim inteligentem.

O co mu chodziło? Zawsze o prawdę i krzywdę prostych ludzi, o Polskę, która byłaby dobrym domem dla wszystkich. Był z ducha XIX wiecznym socjalistą, takim socjalistą który uważał, że draństwo, głupota i cynizm elit są nie do przyjęcia, że Polski nie może zagrabić żadna elita, że chłopi i robotnicy muszą mieć większe prawa, w tym najważniejsze – prawo do edukacji i awansu społecznego.

Twórczość i postać Nowakowskiego w Polsce powojennej objęte były zmową milczenia, a wydawcom nawet nie przychodziło do głowy, żeby zabiegać o zgodę na druk jego książek. Z jednym wyjątkiem, gdy Wydawnictwo Literackie z Krakowa wydało – w latach sześćdziesiątych – jego wspomnienia z dzieciństwa. Ale też była to pozycja „niepolityczna”, za to bardzo krakowska.

Nowakowski napisał dwie książki przedstawiające w sposób sfabularyzowany własne dzieciństwo. Pierwsza z nich to „Przylądek Dobrej Nadziei”, w której opisuje swoje najwcześniejsze, chłopięce lata. Druga z pozycji wspomnieniowych, to „Rubikon” – w niej przestawia swą młodość z czasów szkoły średniej. Obie one w ujmujący, ale też dramatyczny sposób, ukazują jak kształtował się charakter pisarza, jaki miała na niego wpływ rodzina i jakie zjawiska społeczne formowały jego charakter i poglądy na świat.

Zapraszam teraz do przeczytania fragmentu „Rubikonu”.

Zygmunt Nowakowski, Rubikon.

Rozdział VII. „Czas” „Reforma” i „Naprzód”

W domu jest „Nowa Reforma”. Przedtem, ale to już bardzo dawno temu, był „Czas”, który prenumerowało się tylko dla babci. Babcia lubiła rubrykę „Przyjechali” i stale czytała, kto „zatrzymał się” w Grand Hotelu, kto w Saskim, kto Pod Różą, a kto w Drezdeńskim. Były jeszcze inne hotele, ale tych „Czas” nie wymieniał nigdy. A w Grand Hotelu stawali zawsze sami hrabiowie, czasem książęta nawet. (…) Przeważnie zaś były to nazwiska takie, przy których babcia zamyślała się, mówiąc:

            – Ciekawa jestem, czy to ci spod Humania? Mieli Borszczówkę, a ta Wyhowska to była z Grzybowskich. Babka Chłoniewska z Bereźnicy…

            W Drezdeńskim znowu stawali tacy, których nazwiska babcia wymawiała inaczej:

            – Jeden Zarzycki dzierżawił Perepol od Rzewuskich, a drugi był plenipotentem u Sanguszków. Ciekawa jestem, czy to z tych Zarzyckich?

            Lubiła babcia również czytać na głos nekrologi wielkich pań, zaczynające się od słów: „Pełna rzadkich cnót obywatelskich, po ruinie olbrzymiej fortuny kresowej, potrafiła stworzyć ognisko…” Szukała jednak przede wszystkim wiadomości o ślubach i weselach, o związkach małżeńskich, którym w takich wypadkach błogosławił biskup. (…) I czytała dalej na głos spis, zaczynający się od słów: „Wśród uczestników biesiady weselnej zauważyliśmy między innymi…” Potem szły toasty. I odczytywanie błogosławieństwa od samego papieża. Czasem zaś następował opis toalety i prezentów ślubnych, Nudziło mnie to coraz bardziej, a nawet mama słuchając, ziewała dyskretnie. A jednak trzymało się ten „Czas” dla babci.

            Potem babcia umarł i długo, bardzo długo nie było u nas żadnej gazety. Co najmniej przez jakieś trzy lata. Mama mówiła, że w żaden sposób nie może sobie pozwolić na zaprenumerowanie dziennika. I że my rośniemy, nie wiedząc o tym, co dzieje się na świecie. Gazeta jest w domu konieczna! Może za rok będzie lżej! Wszystko zależy od jednej, jedynej rzeczy…

            Wreszcie Bolek powiedział kiedyś, że mama zdała maturę. Po raz drugi. Bo pierwszy raz zdała jako panna, więc teraz w Radzie Szkolnej powiedzieli, że to już nieważne, i kazali powtórzyć. I mama z dala z odznaczeniem.

            Więc przy kolacji rozpoczęła się rozmowa o płaszczu Bolka, o tym, żeby przemalować salonik, że Janek dostanie zegarek. I o tym, że teraz już koniecznie trzeba coś zaprenumerować.

            Bolek sam, z własnych pieniędzy kupił jeden numer „Nowej Reformy” i numer „Czasu” . Dla porównania. Wtedy mama zdecydowała się prenumerować „Reformę”. Na próbę, tylko na jeden miesiąc. Potem zobaczymy.

            I „Czas” już nie wrócił do nas nigdy. Głównie przez Puzynę. Obierano właśnie nowego papieża i kardynał Puzyna na conclave zaprotestował imieniem Austrii przeciwko wyborowi Rampolli. Imieniem Austrii! On, kardynał, książę, biskup krakowski! Świństwo ostatnie! Już mu za inne rzeczy chcieli akademicy wybić wszystkie szyby w pałacu, ale teraz to naprawdę przebrała się miarka. Mama także straciła cierpliwość.

            – Chyba przez długi czas nie pokaże się w karecie na ulicach! Tego mu nikt nie daruje! Imieniem Austrii! Polski biskup! Wstyd!

            „Czas” nie pisał nic o tych sprawach, a „Reforma” właśnie w tym miesiącu, który był tylko „na próbę”, pełna była Puzyny. Więc stało się tak, że od pierwszego mama znowu zaprenumerowała „Reformę”, choć Bolek dwa razy przyniósł do domu „Naprzód” z artykułem, gdzie okropne rzeczy wypisywali na Puzynę. Mnie się to bardzo podobało, ale gdy Bolek podsunał mamie ten artykuł, mama powiedziała:    

            – O, co to, to nie! Stanowczo nie życzę sobie „Naprzodu” w moim domu!

I została „Nowa Reforma”.

Rodzony krakowiak

W aferze z kardynałem Puzyną chodzi o wybór papieża w roku 1903. Wtedy to włoski kardynał Mariano Rampolla, w czasie konklawe, otrzymał największą liczbę głosów, ale veto cesarza Franciszka Józefa I, zgłoszone poprzez kardynała Jana Puzynę udaremniło ten wybór.

Powiedzmy i to, że wszystko w obu powieściach dzieje się w metafizycznym Krakowie, który był wielką miłością Nowakowskiego. Już będąc na emigracji ciągle do niego wracał wspomnieniami. Widać, z tego co wtedy pisał i mówił na antenie Radia Wolna Europa, że kochał Polskę przez Kraków, tak jakby uważał, że to miasto jest sercem, kondensatem polskości.

Jest w naszej literaturze wiele wspaniałych inwokacji, więc poznajmy jeszcze i tę. A jest to inwokacja do Krakowa, otwierająca gawędy historyczne Zygmunta Nowakowskiego. Wygłaszał je w Radiu Wolna Europa, a w 1990 roku zostały wydane w kraju, przez Wydawnictwo Myśl. Noszą tytuł „Wieczory pod dębem”.

Zygmunt Nowakowski

Wieczory pod dębem. List do Krakowa

Opuściłem Kraków strasznie dawno temu, jednak potrafię jego plan z pamięci narysować. Dla mnie, który się wyjeździłem, o, wyjeździłem po świecie szerokim, Kraków to najpiękniejsze miasto. Nie ma takiego drugiego! Jak Boga kocham! Z daleka śpiewa mi hejnał, z daleka szumią skrzydła gołębi. Zza siedmiu tysięcy rzek, zza siedmiu tysięcy gór, zza trzynastu lat grają mi wszystkie dzwony krakowskie i odróżniam głos ich, że ten dzwoni z wyższej, a tamten z niższej wieży Mariackiej. Słyszę jak bije dzwon Zbigniew i jak bije dzwon, zwany Kowale. Czasem, czasem poprzez spienioną rzekę pamięci, gra mi Zygmunt. Niekiedy, zwłaszcza w dni mgliste, których Pan Bóg nie skąpi tej wyspie, gra mi z dala inny dzwon krakowski, ten, który bije wieczorami letnimi ze wzgórza Salwatora.

            I ciągle i zawsze jestem w Krakowie. Daję najświętsze słowo honoru! W Krakowie jestem! Wszystko inne to tylko jakiś niedobry sen. Nie byłem w Budapeszcie, Paryżu, Genui, Neapolu, nie byłem w Nowym Jorku, w Chicago, i nie byłem ponownie w Neapolu, w Genui, następnie Paryżu czy Lizbonie. Nawet nie byłem w Londynie. Tamto mi się śniło. Tamto nie istnieje. Tamto wszystko jest marą, a jawą jest tylko Kraków. Dla mnie i dla każdego krakowiaka, którego złe losy na wygnanie cisnęły.  

            Tęsknię okropnie. Jak pies na łańcuchu. Trzynaście z góra lat poza Krakowem! Ja! Ja, który mógłbym przez jego ulice iść z zamkniętymi oczami i nie zbłądziłbym ani nie potknął się, bo przecież znam osobiście każdy kamień i jestem z nim „na ty”. Ale żeby czegoś przypadkiem nie zapomnieć, robimy sobie często jakby powtórkę Krakowa, po porządku wymieniając kościoły, domy, pomniki, kółka na Plantach, nawet sklepy, ba nawet wszystkie szynki krakowskie. Gdy na wiosnę zakwitną kasztany w cudownie pięknych parkach londyńskich i gdy zacznie się sypać delikatny, różowy puch, stąpamy po nim, a wydaje się nam, że idziemy przez Planty…

Legionista, doktor filologii polskiej, aktor, dyrektor teatru, dramaturg, reżyser, powieściopisarz, felietonista

Zygmunt Nowakowski, właściwie Zygmunt Jan Błażej Tempka urodził się 22 01 1891 w Krakowie, zmarł 22 01 1963 w Londynie. Polski pisarz, felietonista, dziennikarz, aktor, reżyser teatralny, doktor filologii polskiej. Był synem urzędnika Błażeja Tempki i Heleny z Nowakowskich – nauczycielki – jednej z pierwszych kobiet studiujących na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uczęszczał do Gimnazjum św. Jacka, a następnie Sobieskiego w Krakowie. Studiując na UJ polonistykę równolegle pobierał nauki w szkole dramatycznej. W roku 1911 Ludwik Solski zatrudnił go jako aktora w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

 

W 1914 wstąpił do Legionów Polskich. Po powrocie z wojny zaczął robić wielką karierę aktorską grając m.in. role: Poety w „Weselu”, Konrada w „Dziadach”, Hrabiego w „Nie-Boskiej komedii”, Don Ferdynanda w „Księciu Niezłomnym”. Zagrał więc prawie wszystkie największe role w polskich dramatach. W latach 1926–1929 był aktorem i dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Od 1930 był stałym felietonistą „Ilustrowanego Kurjera Codziennego”. Był też wiceprezesem KS Cracovia.

W 1935 został laureatem literackiej nagrody miasta Krakowa. W 1938 otrzymał medal brązowy Nagrody im. Leona Reynela za najlepszą sztukę minionego roku, którą została uznana „Gałązka rozmarynu”.

Od 1939 przebywał na emigracji. W latach 1940–1941 był członkiem Rady Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej przy prezydencie Władysławie Raczkiewiczu. W latach 1940–1944 był redaktorem naczelnym „Wiadomości Polskich, Politycznych i Literackich”, redagowanych wspólnie z Mieczysławem Grydzewskim.

Po wojnie był wieloletnim współpracownikiem Radia Wolna Europa. Na antenie tego radia prezentował, między innymi, własne gawędy historyczne, które później wydano w postaci zbioru „Wieczory pod dębem”. W swoich tekstach prasowych i wystąpieniach posługiwał się często bardzo mocnymi określeniami i posądzeniami, wręcz obraźliwymi. Znana była np. jego silna niechęć do Zofii Kossak, którą oskarżał o to, że jest „agentką komunistyczną.

Zmarł w Londynie. Zgodnie z ostatnią wolą Nowakowskiego, w lutym 1968 urna z jego prochami została przewieziona do kraju i złożona na Cmentarzy Rakowickim w Krakowie.

Opowiadać o historii trzeba umieć

Bardzo wielu wykształconym historykom wydaje się, że wystarczy wiedza, żeby pociągnąć za sobą czytelnika. Nic bardziej błędnego. To dwa różne talenty, rzadko chodzące w parze. Wiedza i talent narracyjny naprawdę nieczęsto się z sobą spotykają.

Mnie szczególnie ujmują wspomniane „Wieczory pod dębem”. W nich, jak w staropolskiej gawędzie, przedstawia Nowakowski historię Polski. Pięknym językiem i z miłością. Ale przecież nie bezkrytycznie. Naprawdę mało jest w naszej literaturze opowieści historycznych tak żywych. Oczywiście poza Pawłem Jasienicą, ale te lektury są przeznaczone dla ludzi młodych i dorosłych. Natomiast „w kategorii dzieci i młodzież” przoduje z pewnością Nowakowski.

I dziwi mnie, że wszystkie – po roku 1990 – ministerstwa od nauki i edukacji nie zwróciły uwagi na ten tekst, który w sposób idealny może najmłodszych zaciekawić i na stałe zainteresować historią naszego narodu.

Na zakończenie tego przypomnienia postaci i dzieła, pozwalam sobie przytoczyć jeszcze jeden fragment z „Wieczorów pod dębem”.

Zygmunt Nowakowski

Wieczory pod dębem. Rozdział XXVII. Ślad bosej stopy

W szeregach powstania kościuszkowskiego znalazł się ktoś o nazwisku, które w pewnym znaczeniu stało się pierwszym polskim nazwiskiem i zaćmiło wszystkie inne na przestrzeni tysiąca lat naszej historii. Nazwisko to znane jest każdemu Polakowi, każdemu dziecku polskiemu.To ktoś, kto mówił, a zwłaszcza pisał po polsku aż do końca życia kiepsko, lub nawet źle.

            Był początkowo oficerem w służbie nie polskiej, ale saskiej. Matka jego, panieńskie nazwisko Lettow, pochodziła chyba z Niemców. Nie był katolikiem, ale protestantem.  W domu uczył się po niemiecku. Ożenił się z Niemką. W młodości miał przyjaciół Niemców. I – jakież to świadectwo siły zawartej w pojęciu Polski – ten człowiek, na przekór okolicznościom wychowania i otoczenia – nie został, ale był Polakiem do szpiku kości, w każdym uderzeniu serca, a nie w słowie. Henryk Dąbrowski miał w swoich żyłach krew polską, ale po matce  chyba więcej niż kroplę niemieckiej krwi.

            Jak wielu Polaków z końca XVIII wieku, Dąbrowski dał się sprowadzić na manowce Targowicy, ale zszedł z nich rychło na prostą, bitą drogę, której już nigdy nie opuścił i która zaprowadziła go do nieśmiertelności.

            Do powstania przystapił dopiero po wyzwoleniu Warszawy, ale przystąpił całą duszą, całym rozumem. Zameldował swe służzby Kościuszce, który odgadł w nim natychmiast świetnego żołnierza i mianował generał-porucznikiem. Zdobywszy te szlify generalskie umiał wkrótce dowieść, że był to awans zasłużony.

            Powstanie w Wielkopolsce i sukcesy tego powstania są dziełem Dąbrowskiego. On zdobył Bydgoszcz, on rusza aż pod Gdańsk i wszędzie, przy każdej okazji służy mu szczęśćie. Dąbrowski bije Prusaków i to bije ich tak, że później, po rzezi Pragi, po kapitulacji radoszyckiej, dowódca rosyjski Suworow, nie oszczędzi sobie tej przyjemności, by Dąbrowskiego wychwalać w rozmowach z… Prusakami. I właśnie Prusacy będą chcieli pozyskać tego generała, tego świetnego organizatora, jak starać się będzie pozyskać go też Suworow. Ale Dąbrowski nie był kondotierem, nie był żołnierzem najemnym.

            Sam król pruski, Fryderyk Wilhelm, występuje z zaszczytnymi i ponętnymi propozycjami, na które pada odpowiedź: „Gdy król pruski ogłosi się królem polskim, natenczas Dąbrowski stanie na czele wojska narodowego”…

Polskie dziedzictwo narodowe to także literatura emigracyjna

Mam nadzieję, że znajdą się pieniądze na wydanie dzieł, lub choćby pism wybranych Zygmunta Nowakowskiego. Pora przywrócić powszechnej świadomości dzieła tego wybitnego pisarza. Dziedzictwo historyczny, to także twórczość pisarzy emigracyjnych, lub po części emigracyjnych.

Myślę, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinno zainteresować się postacią i twórczością Nowakowskiego, który ma w dorobku, między innymi takie pozycje jak:

Zbiory felietonów: Kucharz doskonały (1932); Stawiam bańki! (1936); Lajkonik (1938); Lajkonik na wygnaniu (1963). Powieści: Przylądek Dobrej Nadziei (1931); Start Edmunda Sulimy (1932); Rubikon (1935); Pani służba (1938); Błękitna kotwica (1939); Dzieła sceniczne: Tajemniczy pan (1924); Puchar wędrowny (1926); Gałązka rozmarynu (1937); Reportaże: Geografia serdeczna (1931); Niemcy à la minute (1933); Opowiadania: Złotówka Manoela (1937); Pędziwiatr (Duns 1945); Wspomnienia: Mój Kraków (Nowy Jorka 1946); Z księgi zażaleń pielgrzymstwa polskiego (Bruksela 1949).

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Sędzia, który „kryżował ludzi” – ostatniego w 1965 r.

Kiedy 2 lutego 1965 r. – po trwającym półtora miesiąca procesie – wypożyczony z Sądu Najwyższego Roman Krzyże wydaje wyrok w tzw. aferze mięsnej, wielu pamięta jeszcze jego krwawy plon w okresie „błędów i wypaczeń”.

Teraz głównego oskarżonego, Stanisława Wawrzeckiego, dyrektora w Miejskim Handlu Mięsem, też nie mógł (nie chciał) oszczędzić i zgodnie ze swoją praktyką postanowił „ukryżować”. Powód? Można przytoczyć jego własne słowa: skoro tak chcieli „przedstawiciele Partii i Rządu”, a Wawrzecki „dopuścił się najcięższej zbrodni, jakiej mógł się dopuścić”… handlowiec.

Wszyscy podsądni (prócz Wawrzeckiego czterech dyrektorów handlu mięsem, czterech kierowników sklepów i właściciel prywatnej masarni) mieli być odpowiedzialni za braki w zaopatrzeniu w mięso na rynku (kradzież, podmienianie towaru, fałszowanie faktur), a prawdziwy winny – komunistyczna władza, która ten stan rzeczy spowodowała i na te bezprawne praktyki przyzwalała – chciała pokazać, że zdecydowanie z tym walczy. Pokazowy proces toczył się w trybie doraźnym, w oparciu o dekret PKWN z 1945 r. W 2004 r. Sąd Najwyższy uznał, że wykorzystanie tych przepisów było bezprawiem i – na skutek kasacji wniesionej przez rzecznika praw obywatelskich – uchylił wyrok.

„Kryżuje” ludzi – mówił o nim mecenas Władysław Siła-Nowicki, inspektor WiN na Lubelszczyźnie. Inni dodawali: „sądzi Kryże, będą krzyże”. Albo równie prawdziwie: „ma swój prywatny cmentarz na Służewie”. Roman Kryże był sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego przez, bagatela, 10 lat: od sierpnia 1945 r. do sierpnia 1955 r.

Urodzony w 1907 r. we Lwowie, prawo na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu skończył w 1930 r. Do września 1939 r. pracował w sądach w Grudziądzu. Po wojnie obronnej, w której brał udział jako podporucznik 65 pułku piechoty, był jeńcem wielu niemieckich obozów. Wcielony do tzw. LWP, walczył m.in. o przełamanie Wału Pomorskiego. Ochotniczo zgłosił się do komunistycznego sądownictwa wojskowego. Wtedy zaczęła się jego kariera w NSW.
W książce „TUN” historyk, prof. Jerzy Poksiński cytował fragmenty oświadczenia Kryżego z 31 stycznia 1957 r., dotyczącego jego pracy w resorcie i sfingowanych procesach oficerów oskarżonych o „spisek w wojsku”: „Przy tak surowej ocenie działalności szpiegowskiej zarówno przez organa wymiaru sprawiedliwości, jak przez czołowych przedstawicieli Partii i Rządu nie mogło być żadnych wątpliwości, że jedyną słuszną karą za działalność szpiegowską prowadzoną przez oficerów sztabowych jest najwyższa kara przewidziana w ustawie za tego rodzaju czyn”.

W sierpniu 1955 r. Roman Kryże został przeniesiony do rezerwy. Płynnie przeszedł do cywilnego Sądu Najwyższego, gdzie przepracował kolejne 22 lata. Po ostatecznym odejściu z sądownictwa w 1977 r. zmarł w 1983 r. w Warszawie. Pochowany na Powązkach Wojskowych, żeby było jeszcze tragiczniej – na „Łączce”.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Tuskowe, czyli program społeczny PO. Tylko dla bezpieki?

W dość powszechnej opinii, pomimo oficjalnych deklaracji, Platforma Obywatelska jest wrogiem programów społecznych i w razie dojścia do władzy te programy zlikwiduje. Jak się okazuje jednak, niezupełnie jest to prawdą. Platforma Obywatelska znalazła grupę społeczną, do której jest gotowa skierować taki program. Tą grupą szczęśliwców okazali się byli pracownicy komunistycznych służb, którym nieludzki PiS obniżył emerytury w ramach ustawy dezubekizacyjnej

– (…) nie podoba mi się też pisowski model, który jest ewidentnie odwetem. Jest kompletnie nieracjonalny (…) Krzywdy na pewno zostaną naprawione – mówił Donald Tusk na spotkaniu z wyborcami w Siedlcach odpowiadając na pytanie jednego z wyborców, który czuł się skrzywdzony.

Andrzej Rozenek

Co ciekawe, jak przekazał Donald Tusk, mają pracować nad tym Tomasz Siemoniak i… Andrzej Rozenek, wychowanek Jerzego Urbana, przez wiele lat jego „uczeń” w tygodniku „Nie”, którego był nawet wicenaczelnym. Swego czasu (w 2010 roku) zapraszany na zebranie Klubu Wałdajskiego (obok Adama Michnika), gdzie spotkał się z Władimirem Putinem.

Żeby wiedzieć jaką to krzywdę chce naprawiać Donald Tusk, warto przypomnieć w jaki sposób „krzywdziła” ustawa dezubekizacyjna. Otóż w ramach ustawy zdecydowano, że emerytury funkcjonariuszy byłych komunistycznych służb, nie mogą być wyższe od ŚREDNIEJ emerytury. Średniej.

„Krzywda”

Latami w III Rzeczpospolitej byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb cieszyli się wysokimi emeryturami, podczas gdy ich ofiary często klepały biedę. Ustawa dezubekizacyjna nawet nie obniżała poziomu emerytur ubeków do poziomu najniższego, ale do poziomu średniej emerytury pobieranej przez emerytowanych Polaków. Często nadal wyższej od poziomu emerytur ofiar. Warto dodać, że byli funkcjonariusze byłych komunistycznych służb, nie płacili w PRL składek ZUS, więc na ich emerytury złożyły się również ich ofiary.

I ten średni poziom Donald Tusk uznaje za „krzywdę”, którą chce naprawić. A nad rozwiązaniami pracuje Andrzej Rozenek.

Platforma Obywatelska uważa się za partię o korzeniach solidarnościowych. A może już się nie uważa. Kto ich tam wie.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy w Rosji przestępcy będą mogli być deputowanymi?

W Rosji rozgorzała „kontrolowana dyskusja”, czy powinno się umożliwić przestępcom, objętych „amnestią” za udział w wojnie w Ukrainie, kandydowanie w wyborach.  

Prywatna firma wojskowa „Wagner” z Rosji została uznana w USA za „międzynarodową organizację przestępczą”. Departament Skarbu USA opublikował informacje o firmach z Rosji, Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, które pomagają „wagnerowcom”. Ich aktywa, konta i mienie za granicą zostaną zablokowane. Za współpracę z nimi przewidziana jest odpowiedzialność karna. „>Wagner< to organizacja przestępcza, która popełnia przestępstwa na dużą skalę i łamie prawa człowieka na całym świecie. Zidentyfikujemy jej uczestników i tych, którzy im pomagają” – powiedział przedstawiciel Rady Bezpieczeństwa Narodowego Białego Domu John Kirby.

Oddziały „Wagnera” aktywnie walczą na Ukrainie. Większość tych jednostek została zwerbowana przez właściciela firmy Prigożyna w ostatnich miesiącach spośród przestępców odbywających wyroki za ciężkie przestępstwa w rosyjskich więzieniach. Są to mordercy, osoby skazane za rozboje i inne poważne przestępstwa. Karę więzienia zamieniono im na udział w formacjach wojskowych podczas wojny w Ukrainie.

W samej Rosji stosunek do bandytów, którzy wyróżnili się już w konfliktach i wojnach na całym świecie, jest zupełnie inny. Pisze o tym sewastopolski portal ForPost. Na przykład rosyjski deputowany Andrij Gurulew, członek komitetu obrony Dumy Państwowej, powiedział, że „uczestnicy wojny na Ukrainie, w tym >wagnerowcy< rekrutowani spośród byłych więźniów, są godni angażowania się w politykę i kandydowania na deputowanych”. Uważa on, że ​​„są wśród nich ludzie dobrze wykształceni, o szerokich horyzontach, posiadający kompetencje do działalności prawodawczej”.

Pomysł deputowanego ewidentnie kłóci się z obowiązującym prawem, chociaż w Rosji dostosowywanie przepisów do bieżących potrzeb nie jest wielkim problemem. I tak Jewhen Kolyushin, członek Centralnej Komisji Wyborczej Rosji, przypomniał w rozmowie z dziennikarzami, że zgodnie z obowiązującym prawem osoby skazane za poważne i szczególnie poważne przestępstwa mogą być wybierane do organów państwowych nie wcześniej niż 10 – 15 lat po usunięcie wpisu w rejestrze karnym. „Obecne ustawodawstwo zawiera 54 artykuły, które zabraniają wyboru osób skazanych za drobne przestępstwa, jeśli minęło mniej niż pięć lat od ich skazania. Do tej pory nikt nie anulował tych norm prawnych” – podkreśla Kołushin.

Jednak wszystko może się zmienić i to dość szybko. Jak pisze rosyjska gazeta „Wiedomosti”, partia „Jedna Rosja” już przygotowuje się do nominacji byłych żołnierzy, ochotników , którzy walczyli w Donbasie, w wyborach w 2023 roku, zarówno do organów ustawodawczych, jak i wykonawczych. Udział w wojnach i bitwach będzie liczył się jako czynnik dający im przewagę.

Następnie, 17 stycznia podczas otwarcia wiosennej sesji w Dumie Państwowej lider partii „Sprawiedliwa Rosja” Serhij Mironow zaproponował zalegalizowanie prywatnej firmy wojskowej „Wagner”, w której setki więźniów służy jako ochotnicy i nadania im wszystkim statusu prawnego. Członek Komitetu Obrony Dumy Państwowej, generał rezerwy Andrij Gurulew powiedział, że „wielu z nich dokonało bohaterskich czynów i należy to docenić”. Opowiadał się za nominacją na deputowanych ułaskawionych bohaterów, czyli byłych zbrodniarzy, którym więzienie zamieniono na udział w wojnie.

„Dlaczego byli kombatanci nie zostaną dobrymi politykami? Tak, byli więźniami z różnych artykułów, ale zgłosili się na ochotnika do obrony Ojczyzny. Co więcej, byli w prywatnej firmie „Wagner”, gdzie istnieje dość surowe podejście do wykonywania misji bojowych. Myślę, że w przyszłości mogą być zaangażowani w politykę” – powiedział generał i poseł Gurulew.

Wniosek jest więc taki, że prawo trzeba zmienić. Niektórzy eksperci nie zaprzeczają, że artykuły z ograniczeniami dotyczącymi ułaskawionych przestępców, uczestników wojny na Ukrainie, mogą zostać w najbliższym czasie usunięte. Od pomysłu do zmiany prawa może być bardzo krótka droga. Dziś „Jedna Rosja” ma konstytucyjną większość w Dumie Państwowej. Nic nie stanie na przeszkodzie, by jej posłowie głosowali za dopuszczeniem przestępców do walki o mandaty poselskie.

Obecnie w Rosji toczy się „kontrolowana dyskusja” na ten temat. W rolę przeciwnika propozycji generała Gurulewa wcielił się adwokat i były śledczy śledczy Ihor Markiełow. Mówi, że „pytanie nie dotyczy nawet więźniów. Nie mamy ZSRR, żeby każdy kucharz, jak powiedział Lenin, mógł rządzić państwem. To bardzo nieprzyzwoita inicjatywa. Dlaczego więc od razu nie zaproponować objętym amnestią przestępcom stanowiska prezydenta lub wysłać ich na podbój galaktyki?” – powiedział dziennikarzom Markiełow.

„Najpierw szkolisz człowieka, dajesz mu odpowiednie doświadczenie, a potem on sam podejmie decyzję o uczestnictwie w wyborach. Błędem jest po prostu przekazanie mandatu posła komuś tylko dlatego, że jest byłym sportowcem, artystą, czy objętym amnestią przestępcą” – uważa.

Politolog Ołeksij Makarkin również wytyka wady pomysłu uchylenia furtki prawnej, która umożliwiałaby przestępcom start w wyborach. „Oczywiście teoretycznie w obowiązujących przepisach można wprowadzać wszelkie poprawki i uzupełnienia. Ale wtedy konstrukcja prawa stanie się bardzo dziwna. Osoba, która popełniła szczególnie poważne przestępstwo, a następnie walczyła, będzie miała prawo startu w wyborach, a osoba, która popełniła przestępstwo średniej wagi, mniej niebezpieczne, ale nie walczyła, nie uzyska tego prawa. Powstanie paradoks” – powiedział Ołeksij Makarkin.

Politolog wątpi też, czy świadomi wagi swojego głosu wyborcy będą chętnie głosować na kandydatów-przestępców. „Jest mało prawdopodobne, aby głosowali na kandydata z przeszłością kryminalną, oczywistego przestępcę” — uważa Makarkin.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Co się stało z obrazem Rubensa z Kalisza?

13 grudnia 1973 roku. Niedawno dostałem pracę w telewizji. Zaprotegował mnie Edward Mikołajczyk, który kompletował „nowych” w redakcji publicystyki Jerzego Ambroziewicza. Po zwolnieniu ludzi Sokorskiego szukano „bojowych” reporterów. A ja pracując wtedy już 8 lat w „Sztandarze Młodych” wykonałem kilka śledczych reportaży. Jestem już żonaty i mamy z Ewą dwie córki. Żyję ostro i pracuję non stop. Mam kilka propozycji – pracę w „Expressie Wieczornym” I „Sportowcu”. Jednak telewizja jest najbardziej kusząca, więc się cieszę. Robotę dostałem.

O godzinie 12 owego dnia dostaję cynk ze straży pożarnej, że w nocy był pożar w kościele św. Mikołaja, w Kaliszu przy ulicy Kanonicznej. To najstarszy parafialny kościół w mieście. Słynny z tego, że w ołtarzu znajduje się drogocenny i jedyny w Polsce obraz Rubensa – Zdjęcie z Krzyża. Kamery filmowej nie mam, jedynie aparat fotograficzny Pentacon. Dość dobry jak na tamte czasy. Mam też samochód. Jadę.

Na miejscu jestem po dwóch godzinach, legitymacja prasowa pomaga, pierwszy policjant z kordonu odgradzającego kościół od gromadzących się coraz liczniej Kallszan przepuszcza. Zatrzymują mnie dopiero pod drzwiami kościoła.

Milicjant wraca z cywilem, który niewyraźnie się przedstawia i wyraźnie dodaje – prokurator

– Nie wejdziecie do środka. W nocy był pożar. Spłonął cały ołtarz. I to wszystko. Do widzenia – słyszę.

Cholera! Jeszcze zobaczymy. Przypomina mi się akcja, którą przeprowadziłem niedawno w Pruszkowie. Szukałem tam złodziei w zakładach nowoczesnych obrabiarek sterowanych numerycznie – „1 maja”. Kradziono tam części i całe podzespoły. Reportaż wówczas zrobiłem. Poznajdywałem kable i silniki u okolicznych chłopów, „Sztandar” to wszystko wydrukował, trochę ciągano mnie, ale w końcu dostałem nawet nagrodę.

Łażę po mieście. Gdy się ściemniło jestem znowu pod kościołem. Wszystko pozamykane. Ale gliniarze odjechali. Na zapleczu plebani kręci się jakiś człowiek. Papieroska? Ogólna gadka-szmatka. To pomocnik kościelnego. Okazuje się, że czyta „Sztandar Młodych”. Od słowa do słowa dowiaduję się sporo. Ogień wybuchł w nocy. Mój rozmówca pobiegł po proboszcza, ale nie zastał księdza. Zbudzi, wikarego. Dzwonili na milicję i do straży. Potem podbiegł pod drzwi, ale gdy je otworzył „buchnęła taka gorąc, że musiałem drzwi zatrzasnąć z powrotem”. Za chwilę były już strażackie wozy.

„Sztandar Młodych” był moją szkołą reporterki. Uważam, że była to dobra redakcja z wieloma ciekawymi ludźmi. I wtedy i teraz uważam, że ten zespół trzymał twarz. No, może z małymi wyjątkami. Obyczaje były jednak inne. Po planowaniu numeru pojawiała się często butelka i po prostu się piło. Razem z kierownictwem, z tą częścią, która miała najwięcej do gadania. Tacy jak ja biegali po wódkę.

♦                           •                                 ♦

Oczywiście i tym razem miałem ze sobą piersiówkę. Pomocnik kościelnego dał się namówić. Po jednym, po drugim. Potem Już nie było problemów. Moja lampa błyskowa była słabiutka. Facet przytargał kable, oświetliliśmy zupełnie nieźle ołtarz. Trzymał mi lampy a ja robiłem zdjęcia jak oszalały. Oczywiście wtedy nie można było sprawdzić w aparacie na miejscu jaki był wynik działania. Film był polski, z fotonu, ale czuły. Żeby zdążyć na „Panoramę” o 21-szej, trzeba było wracać. Miałem Fiata 125, takiego jeszcze na włoskich częściach. Dałem solidnie w rurę Pod Warszawą zatrzymała mnie drogówka. – Panie, chce się pan zabić?

Mówię, że wiozę zdjęcia z pożaru do telewizji. Wtedy słowo telewizja miało moc. Jedź pan! Zaprzyjaźniona kobitka w telewizyjnej pracowni foto na Woronicza szybko wywołała negatyw i zrobiła wielkie odbitki. Napisałem tekst i pobiegłem do redakcji Panoramy. Byt to telewizyjny tygodniowy przegląd wydarzeń w kraju. Niedawno po tym programie miała miejsce draka, o której było dość głośno. Mianowicie dwaj Jackowie – Maziarski l Snopkiewicz robili sobie na antenie jaja mówiąc o sprawach gospodarczych kraju przebrani w końskie maski. „Panorama” była dość popularna. Redaktor programu wziął moje zdjęcia przedstawiające spalony ołtarz i krótki tekst informacyjny dla lektora. Popatrzył na mnie z uznaniem – Bardzo dobrze synu – powiedział. Na tym moja rola się zakończyła. Pojechałem dumny i zadowolony do domu. – Żono mówię. Siadaj i patrz.

Czołówka. Prowadzący. Polityczne ple, ple – I sekretarz to, premier tamto. Czekam w napięciu, a tu guzik. Słyszę: – Załoga fabryki kuchenek we Wronkach wykonała wspaniałe zobowiązanie, dodatkowo wyprodukowała 400 sztuk kuchenek. Krew mnie zalała i już nie słyszałem co w telewizji spiker czytał, żona się śmieje. Klepie mnie czule po ciemieniu. – Nie denerwuj się Funiek.

Skoro świt pognałem pod gabinet szefa. Stoję, czekam. Jestem naładowany. Idzie. Wielki łysy facet w rozchełstanym białym kożuchu. Kupowało się wtedy takie od ruskich oficerów z Rembertowa. Odwarknął dzień dobry i wszedł do gabinetu. Czekam dalej – Proszę. Ambroziewicz jest wyraźnie podirytowany. Taka sytuacja zawsze działa na mnie jak płachta na byka. Pomyślałem, że to koniec mojej krótkiej telewizyjnej kariery. Trudno. Widzę jednak, że naczelny choć wyraźnie zły jest jednak zmieszany. Widać, że chyba się trochę wstydzi.

– No, musiałem Pański materiał wymienić. Przyszło to zobowiązanie z Wronek.

Nawet nie patrzę na niego. Żal mi dziada. Potem gada jeszcze jakieś komunały no i jeszcze pochwałę dla mnie. Ale… niestety trzeba było tak zrobić, jak zrobił. Dowiedziałem się później, że przyjechał do telewizji i w ostatniej chwili i zdjął materiał.

O redaktorze Jerzym Ambroziewiczu wiedziałem co nieco: że jako chłopak był listonoszem w czasie Powstania Warszawskiego, że był w redakcji „Po Prostu”, że zamknął się we Wrocławiu za kordonem sanitarnym i napisał potem świetną reportażową książkę o dżumie, czy innej cholerze. Wiadomo też było, że postawił na niego Maciej Szczepański. (Potem, znacznie później, Ambroziewicz bronił Gierka do ostatka i oczywiście oberwał od Jaruzelskiego).

Słuchałem tego wszystkiego raz blady a raz czerwony na twarzy. W końcu była to jednak lekcja pokory. A złość musiałem schować do kieszeni. Szumiała mi już w głowie telewizja. Aż do 13 grudnia 1981 roku. Wtedy sam z rozmysłem trzasnąłem drzwiami mając w dorobku kilkadziesiąt filmów dokumentalnych i wiele dużych programów. Nie żałuję i żadnego się nie wstydzę.

♦                                 ♦                                 ♦

Po roku od pożaru zwołano konferencję prasową i oświadczono dziennikarzom, że śledztwo zostało zakończone. W uzasadnieniu o umorzeniu postępowania napisano: „W świetle zebranego materiału dowodowego stwierdzić należy, iż brak jest podstaw do twierdzenia, aby pożar powstał w wyniku działania przestępczego”. Zacytowałem dosłownie. I to było wszystko.

Ktoś mi doradził – nie podskakuj młody, dopiero u nas zaczynasz. Mogłem sobie w domu oglądać powiększone do dużego formatu fotogramy. Przez całe lata ogień w kościele św. Mikołaja w Kaliszu nie daje mi spokoju. Pamiętam każde słowo wypowiedziane przez wszystkich z którymi rozmawiałem. Pamiętam wielkie kilkunastometrowej długości piszczałki, które leżały na posadzce nawy. Powypadały, choć organy znajdowały się w tym wielkim kościele kilkadziesiąt metrów od ołtarza. Pytałem różnych pożarników. Mówili, że we wnętrzu musiała być bardzo wysoka temperatura. Taką wytwarza napalm.

Pytania bez odpowiedzi dotyczyły również samego ołtarza. Wysoki na kilkanaście metrów pozostał z nienaruszonymi kolumnami bocznymi. Tylko wszystko między tymi słupami zostało doszczętnie spalone lub usunięte. A więc od dołu – od mensy ołtarza – bez śladu po ramach i ich zawartości. A był to najwspanialszy i najdroższy wtedy w Polsce oryginalny Rubens. Pochodzący ze szkoły malarza, kupiony przez polskiego możnowładcę i podarowany kościołowi. Wszyscy o tym wiedzieli. Niestety również złodzieje. Czarna dziura patrząc do góry przedstawiała kompletnie wypalone wnętrze. Nie było również wyżej drugiego obrazu, ze św. Mikołajem, a także okrągłego malowidła pokrytego ornamentami, które zwieńczało ołtarz. Tak jakby ktoś dokładnie zaplanował, jak ma płonąć ogień. Pod kontrolą. Fachowo.

Jeśli ktoś wtedy temu wszystkiemu się dziwił – to po cichu. Przez lata wokół pożaru była cisza. Cenzuralny zapis. Mimo to kilka razy próbowałem wrócić do tematu. Już w latach osiemdziesiątych w okresie Solidarności i potem pod koniec lat dziewięćdziesiątych pytałem w artykułach, dlaczego nikt nie wraca do zaniedbanego śledztwa. Pisano wtedy dużo o aferach bandyckich, złodziejskich napadach. O tym, że dla zdobycia środków podejrzewane są tajemnicze służby. Wszystko się jednak kończyło na niczym. Były tylko domysły, oskarżenia i koniec.

Umierają kolejno świadkowie tamtych dni. Kiedyś popularny był taki kawał: co wyróżnia ulicę Rakowiecką w Warszawie? Otóż zaczyna się ona „Moskwą” (to było kino), potem jest MSW (następca UB), potem więzienie, trochę niepodległości (chodzi o aleje) i wreszcie pętla (tramwajowa, bo była tam takowa).

*                                *                                *

Pokoje redakcji publicystyki w latach siedemdziesiątych były na Woronicza w czteropiętrowym długim budynku na prawo od wyburzonego niedawno wieżowca z gabinetami prezesów. Na parterze w tym długim budynku po prawej stronie siedzieli ludzie Ambroziewicza – Pach, Tepli, Walter i rzut drugi Mikołajczyk, Snopkiewicz. Pokoiki zajmowali – jednak jakby nie było ci najważniejsi, bo wyrobnicy ładujący na co dzień do propagandowego pieca. Wielu z nich zawodowo było bardzo dobrych – Błachowicz, Smolińska, Grabowska, Słoniewicz, Bekajło, Grelowski, Przysiecki, Auguścik, Jurga, Szotkowski, Mokrosińska, Wieczorek, Duraj, Klimas.

Po drugiej stronie – lewej – szefował Janusz Rolicki. Tak, to ten sam co jeszcze w różnych telewizjach krytycznie gada. Robi teraz za lewicowo-centrowego nestora. Krok w krok wybijała się tam wtedy na niepodległość (oczywiście ograniczoną) Nina Terentiew. Ale o tym może innym razem. Pamiętam, że co jakiś czas pojawiała się na tym korytarzu grupa dziwnych facetów. Mroczni, raczej mało eleganccy, pięćdziesięcio-sześćdziesięciolatki. Stali chwilę pod drzwiami gabinetu Ambroziewicza i ćmili śmierdziele typu Sport i Wczasowe. Nasz szef nie palił i w jego gabinecie to było niedozwolone. Potem niektórych z tych typów widywałem na ekranach w relacjach z konferencji MSW i innych ważnych obradach. Wtedy nikt z nas – maluczkich – nawet nie pytał, kto to. Przyjeżdżali, oglądali sobie niektóre programy. Normalka.

Nie wiem czy moje drobne dziełko o pożarze w Kaliszu obejrzeli również. Ale wiedziano, że coś takiego ma być wyemitowane i to wystarczyłoby nakazać szefowi aby w trybie pilnym usunął informację. I tak się stało wtedy tuż przed emisją „Panoramy”.

Jestem już dość stary, ale gdyby szefowie IPN-u dali mi pogrzebać w materiałach kiszczakowych, tak obecnie nagłaśnianych – szarpnąłbym się jeszcze raz. Oczywiście nie mam wątpliwości, że wtedy w Kaliszu nie był to żaden przypadkowy pożar. Niby od źle izolowanych kabelków elektrycznych za ołtarzem. Wtedy w 1973 roku działałem trochę wspólnie z kolegą reporterem z „Expressu Wieczornego” szybko dogadaliśmy się i wymienialiśmy informacje. Jeśli jeszcze żyje spróbuję go odszukać. Tak samo jak księdza proboszcza, który w tragicznym dniu nagle jakoś dziwnie wyjechał na noc z Kalisza. Był to człowiek około pięćdziesięcioletni, dlatego teraz być może odszukanie nie będzie już możliwe. Ale chyba żyje jeszcze wikary. Pamiętam tego młodego księdza. Usiłowałem go również pytać, ale on tylko nerwowo poprawiał jakiś bambetle w pokoju. Zapamiętałem adapterek marki Bambino postawiony na podłodze koło mizernej kozetki.

*                                *                                *

Jeśli obraz został fachowo zdjęty, wywieziony, sprzedany – to za ile i komu? To nie było włamanie byle jakie do banku lub jubilera. Zginął skarb – Rubens. To się wtedy najwyraźniej nie liczyło, a teraz powinno. Miejmy nadzieję, że gdzieś, u kogoś obraz się znajduje.

Może w notatkach rodzimego generalissmusa bezpieki jest jakiś ślad: data 13 grudnia 73 roku, słowo Kalisz, a może nazwiska wykonawców akcji albo choć inicjały. Ktoś to musiał zrobić i szefostwo na pewno o tym wiedziało.

Czy zacznie się w końcu kiedyś śledztwo w tej sprawie? Kto wywiózł obraz, kto go kupił? Myślę, że prokurator, który mnie wyrzucił z kościoła jeszcze żyje. Był wysoki i dość gruby, ale jeszcze nie stary. Może dręczy go sumienie. Teraz gdy strachy już nie na lachy. Może.

Gdy patrzę na szefów IPN mam mieszane uczucia. Czy ci prezesi i dyrektorzy znajdą w sobie dość odwagi by sprostać zadaniom, które stoją przed nimi? Niespodziewanie Pani Babcia Kiszczakowa przyniosła im do rączek to czego nie mogli lub nie chcieli znaleźć.

Kiedyś na lotnisku przed wylotem do Gdańska – dopuszczony do pewnej komitywy z Czesławem Miłoszem (dzięki mojej przyjaźni z jego bratem Andrzejem) – wyrecytowałem wierszyk przypisywany przez żartownisiów Nobliście: „zajrzeli do kufrów, zajrzeli do waliz; do dupy nie zaglądali, a tam miałem socjalizm”. Powiem prawdę: mistrz żachnął się, wcale mu się to nie podobało. Zrobiło mi się głupio, a nawet gorzej – popełniłem błąd. Myślę sobie jednak z nadzieją, że może teraz ktoś zajrzy do kufrów i schowków, że ktoś solidnie poszuka w „drogocennych” pudłach z papierami. Ale trzeba umieć to wszystko czytać. Szukałbym daty 13 grudnia sprzed 50-laty. Może jest tam słowo Kalisz.

♦                          *                                *

Hasło FOZZ, AFERA ZŁOTO, inne – wywołują nadal emocje i lawinę artykułów. Warto zainteresować się również Rubensem z Kalisza. Na pewno stajnie Augiasza u różnych ważniaków, którzy gromadzili specyficznie pojęte zabezpieczenia, nie są jeszcze wyczyszczone. Niektórzy z nich robią wrażenie skruszonych. Niech otworzą szafy. Jaruzelski wiedział, ale nie powiedział. Kiszczak posłużył się kobietą. Żyje przecież jeszcze kilku „wybitnych ludzi honoru”. Na co czekają? Resortowe dzieci cierpią dziś za winy ojców i dziadów. Fakt, że przedtem korzystali z przywilejów i używali sobie. Potem, gdy tatuś, mamusia kończyli kiepskawo, sprzedawali co się dało i fru gdzie pieprz rośnie. Może by jednak oddać te podgniłe papierki – np. mnie.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Przestrzeń atrybutowa i czy można ją posiadać

Sprawozdawca meczu tenisowego Świątek – Pegula, 6 stycznia 2023 roku, stwierdza: „Serwis to jeden z najważniejszych atrybutów Polki”.

I mamy kłopot, bo atrybut to: 1. cecha jakiejś rzeczy, osoby lub zjawiska wyróżniająca je spośród innych; 2. przedmiot o charakterze symbolicznym, ściśle związany z życiem lub działalnością jakiejś postaci; 3. podstawowa cecha przedmiotu, bez której nie mógłby on istnieć lub byłby nie do pomyślenia; 4. część zdania określająca rzeczownik.

Atrybuty i atuty

Tłumacząc prościej. Atrybut to znak dookreślający jakąś postać, realna lub fikcyjną. Atrybutem Neptuna jest trójząb, trzymany przez niego w ręku, Zeusa – piorun, który Zeus trzyma w dłoni. Atrybuty świętych są bardziej skomplikowane, bo jeżeli widzimy figurę świętego, o którego nogi oparte jest koło, a u jego stóp leży lew, to nie znaczy, że ów święty był kołodziejem i hodował lwy, lecz że był łamany kołem, a finalnie został pożarty przez lwy na arenie rzymskiego Koloseum lub w innym amfiteatrze.

Zatem mocny serwis nie jest atrybutem panny Igi Świątek, lecz jej atutem, czyli mocną stroną jej gry. I to zapewne miał na myśli dziennikarz sportowy, a wyszło jak wyszło.

Natomiast atut to: 1. zaleta, możliwość lub argument, których umiejętne wykorzystanie może dać oczekiwany rezultat; 2. w grze w karty: kolor umownie przyjęty przez graczy, bijący wszystkie pozostałe kolory; też: karta w tym kolorze.

Wolałbym, żeby zamiast atutów i atrybutów sprawozdawcy mówili o silnej stronie gry, o ważnym i pewnym elemencie gry panny Świątek.

Milion w tę, milion w tamtą stronę

Pycha kroczy przed upadkiem. A upadek zaczyna się wtedy, gdy wydaje się nam, że już wszystko wiemy, wszystko możemy… Skromność i zdanie sobie samemu sprawy, że do ideału nam daleko jest odtrutką na pychę, a potem upadek.

Niestety na moich oczach, moja niegdyś ulubiona dziennikarka, pani Monika Olejnik, kroczy niechybnie ku upadkowi. Właściwie mogłoby z nią być, jak było, gdyby nie wojna na Ukrainie. Pani Olejnik, jak wielu innych dziennikarzy, nie mających o wojnie i wojsku bladego pojęcia, zaczęła zapraszać do swojej „Kropki na i” generałów i niższej rangi specjalistów. Gdyby jeszcze zadawała tylko im pytania, które wcześniej ktoś by jej pomógł spisać… Ale nie. Ona chce być aktywnym uczestnikiem dyskusji. I aktywnie prowadzi rozmowy, to znaczy, objawia swoje zdanie… Ale co ma robić, skoro prowadzi ja bardziej temperament niż refleksja.

Słynna była jej pomyłka, gdy zamiast mówić o rakietach balistycznych mówiła o rakietach batalistycznych. I jeszcze upierała się przy swoim.

W czwartek 19 stycznia 2023 roku, w kropce gościła generała. I gdy ów wysoki rangą dowódca zaczął mówić, że Rosja chce zgromadzić na kierunku południowej Ukrainy znaczne siły…

Wtedy ani Olejnik przerwała mu i powiedziała:

– Wiem, półtora miliona żołnierzy…

– Nie, nie – najdelikatniej jak tylko można powiedział na to generał – półtora miliona ma liczyć cała rosyjska armia, a na Ukrainę chcą rzucić 300-400 tysięcy ludzi.

Zastanawiam się, dlaczego pani Olejnik brnie w sprawy tak dalece jej obce, Naprawdę jest w Polsce 1000 spraw, które może poruszać. A ona jak zaczarowana brnie tę tysiąc pierwszą. Zakochała się w wojsku, wojnie i wojskowych? Ta miłość może ją przywieźć do zguby.

Posiadanie

Czytam na jednym z portali, że jakaś aktorka jest posiadaczką wielkiego talentu… Z posiadaniem jest w naszym języku kłopot. Posiadać można włości, ziemię orną, łąki, lasy i jeziora. Posiadać można też samochód, willę i mieszkanie. Jednocześnie można to wszystko – po prostu – mieć.

Jak by to ująć… Zdaje mi się, że „posiadanie” jest z pewnością silniejsze, mocniejsze od zwykłego „mieć”.  Jednocześnie są takie przypadki, gdy nie można powiedzieć, że ktoś posiada talent, lepiej i prościej jest powiedzieć, że ów ktoś talent – po prostu – ma. Można też mieć smykałkę do różnych rzeczy, nawet do złodziejstwa. Można mieć ból głowy, ale nie można posiadać bólu głowy.

W takim rozróżnieniu nadzwyczajnego „posiadać” i zwykłego „mieć” pomoże nam jedynie słuch językowy. Ale nikt z takim słuchem się nie rodzi, choć w dużej części można go wynieść z domu, przyswoić sobie z lektur klasyków… Z całą pewnością nie wykształcimy tego nieuchwytnego słuchu językowego oglądając telewizję, słuchając radia i czytając teksty na portalach internetowych. Tam bowiem panuje dzikość form i zwyrodnienie językowych obyczajów.

Są i wyjątki, bo można posiąść kobietę, co zapewne jest archaizmem, z czasów, gdy kobiety należały do mężczyzn, jak ziemia i stada. Strach dzisiaj o tym wspominać, w obawie przed zemstą feministek i stowarzyszonych z nimi burzycieli wszystkich dawnych norm.

 

 

Kolejny apel językowy WALTERA ALTERMANNA: Chrońmy polonistów

Niedawno rząd poinformował, że niebawem Polacy będą uczyć się angielskiego już od pierwszych klas podstawówki. Piękna myśl, żeby Polak nie stawał na obcej ziemi jako ta głuchoniema sierota.  Z wrodzonej jednak złośliwości zacząłem się zastanawiać co z językiem polskim? Przecież jeżeli nadal będziemy mówili tak marnie w języku ojców i matek naszych – dla feministek: matek i ojców – to i po angielsku nigdy dobrze się nie nauczymy. Człowiek bowiem myśli w jednym języku, najczęściej wyniesionym z domu. Zatem proponowałbym rządowi, żeby pomyślał nad wzmocnieniem pozycji języka polskiego w szkolnictwie.

Słyszałem, że w niektórych szkołach uczą już młodzież jeżdzić samochodami. Piękna idea. A coraz częściej też pojawiają się w szkołach lekcje mechatroniki, księgowości, astrofizyki, programowania komputerów… Wszystko to potrzebne i bardzo ładne, ale ośmielam się stwierdzić, że najbardziej potrzebne jest nam wzmocnienie pozycji języka polskiego.

Bo – mili technokraci – to tylko szkolny „język polski” uczy lub może uczyć, precyzji w myśleniu, kontaktowania się z ludźmi na poziomie utylitarnym i abstrakcyjnym.

Gdy moje dzieci robiły maturę, z przerażeniem odkryłem, że egzamin z języka polskiego sprowadza się – w sumie – do rozwiązywania testów. Niegdyś trzeba było umieć napisać „mikro pracę”, ale jednak trzeba było pisać. Potem jednak nasi liberałowie przyjęli „system boloński” w edukacji i mamy marnie piszące pokolenia. I słabo mówiące. Ten system boloński być może sprawdza się w krajach III świata. Ale uraczenie się nim w kraju o takiej tradycji literackiej? Zgroza. Tu przypomnę, że dawny Kongres Liberalno-Demokratyczny (jeden z poprzedników Platformy Obywatelskiej) proponował nawet państwową, obowiązkową edukację jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Potem każdy miał radzić sobie sam – w szkołach prywatnych i płatnych. Czyż to nie szczyt bezczelności neoliberalnej? I nieskrywanej pogardy dla „prostaczków”?

Mam w pamięci wspaniały wiersz Andrzeja Waligórskiego „List w sprawie polonistów”. Proponuję dziś przeczytać go i zastanowić się nad tym, co mówi nam autor.

Andrzej Waligórski

List w sprawie polonistów

Polonista to nie zawód, lecz hobby,
Polonistą być – nie życzę nikomu.
Polonista po godzinach nie dorobi,
Choćby zabrał robotę do domu.

Polonista nie wędruje po mieszkaniach,
Nie odzywa się wchodząc ze dworu:
– Bardzo ładnie rozbieram zdania,
Czy jest jakieś stare zdanie do rozbioru?

Choćby szukał, racji i pretekstów
I tak zawsze pozostanie na uboczu –
Mniej się ceni analizę tekstu
Od banalnej analizy moczu…

Cera blada, na portkach łaty,
Rozmaite braki w kondycji,
Oświeceniem nie oświecisz sobie chaty,
Pozytywizm nie poprawi twej pozycji.

Poloniście sterczą chude żebra
Jak sztachety mizernego płotu,
Gdy się jeden raz u Zuzi rozebrał,
To się składał z orzeczenia i z podmiotu.

A jak inny zleciał kiedyś z ławki,
Bo był gapa wyjątkowa i niezguła,
To zostały zeń cztery przydawki,
Dwa zaimki i partykuła…

Polonista, niepoprawny romantyk,
Nie największym się cieszy mirem,
Ale ja mu – laury i akanty,
Ale ja mu – kadzidło i mirrę!

Ale ja go całuję w ramię,
Ale ja go podziwiam i cenię,
A ty przed nim na kolana, chamie,
Cały w złocie i volkswagenie!

Bo jeżeli jesteś i ja jestem,
To dlatego, że stojący na warcie
Polonista znużonym gestem
Kartki książek wertował uparcie

Za kajzera i za Hitlera,
I za cara, i za innych carów paru,
I dlatego właśnie nie umiera
Coś ważnego, co nazywa się Naród.

Więc zamieszczam na końcu listu
Ja, satyryk, błazen i ladaco,
Zdanie proste: – Kocham polonistów!
Rozwinięcie zdania: –
… bo jest za co!

 

Warto znaleźć i poczytać tomiki wierszy Andrzej Waligórskiego. To naprawdę mądra i nadal aktualna literatura.

Notka o autorze: Andrzej Waligórski – polski poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu. Urodził się w roku 1926 w Nowym Targu, zmarł w 1992 roku we Wrocławiu.

Wielkie uznanie zdobył jako twórca tekstów piosenek, wykonywanych – między innymi – przez Tadeusza Chyłę Ballada o cysorzu i Olka Grotowskiego z Małgorzatą Zwierzchowską, a przede wszystkim przez Kabaret Elita. Sam twierdził, że jest jedynie tekściarzem. Był kierownikiem wrocławskiego radiowego magazynu rozrywkowego  Studio 202, w którym wypromował kabaret Elita, potem podjął z tym kabaretem jakże owocną współpracę.

Był też autorem cyklu felietonów radiowych Pocztówki z Karłowic oraz cyklu słuchowisk Rycerze, emitowanych w ogólnopolskim magazynie 60 minut na godzinę. To z tego cyklu słuchowisk,   parodiujących Trylogię Sienkiewicza, pochodzi piosenka Waligórskiego „Hej, szable w dłoń”.

Jego imię otrzymała jedna z ulic w południowej części Wrocławia, łącząca ulicę Sudecką z ulicą Powstańców Śląskich.  Od 1995 członkowie kabaretu Elita („Akademia Humoris Causa”) przyznają nagrodę im. Waligórskiego – „Andrzeje”.

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI o wieloletnim szefie Domu Pracy Twórczej śp. ANDRZEJU KOCIUBIE

Trumna jest długa. Bo Andrzej był wysoki. Zsuwają ją do bardzo głębokiego grobu. Pogrzeb opóźniony jest o kilka dni, bo rodzinny grób pogłębiono. Stoimy wokół. Wśród wiekowych nagrobków usytuowanych gęsto na historycznym lubelskim cmentarzu przy ulicy Lipowej. Kilkadziesiąt osób, ksiądz celebrans i ministranci. Poczty sztandarowe. Rodzina i przyjaciele – górnicy z kopalni w Bogdance, związkowcy – Solidarnościowcy współpracujący od sierpnia 1980 z Andrzejem.

               Jest 19 stycznia 2023 roku. Bije dzwon cmentarnej kaplicy, bo mija właśnie południe. Pada śnieg.

Andrzej Kociuba do niedawna były wieloletni dyrektor Domu Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą należącego do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich po kilku miesiącach od ciężkiej operacji guza mózgu zmarł w domu rodzinnym 9 stycznia 2023 roku, w niedzielę, nad ranem. Miał 73 lata.

Wielka kaplica była szczelnie wypełniona. Żona, pani profesor wyższej rolniczej uczelni Wanda Kociuba, dorosłe córki – Ewa i Małgorzata z mężem, brat Maciej – profesor i poeta z żoną, górnicy i Solidarnościowcy salutujący sztandarami, cała załoga Domu Pracy Twórczej z Kazimierza, przedstawiciele lubelskich struktur związku Solidarność – których Andrzej przez wiele lat był reprezentantem, przedstawiciele ZG SDP z Warszawy z prezesem Krzysztofem Skowrońskim, który już nad grobem pożegnał naszego współpracownika, kolegę i przyjaciela przypominając jego 17 letnią bardzo owocną dla naszego Stowarzyszenia pracę.

Ale cofnijmy się na chwilę w głąb tego bogatego życiorysu. Nazwisko Kociuba to staropolska nazwa łopaty do chleba, wyposażenie piekarniczego pieca na lubelszczyźnie. Młyn, gospodarstwo, rodzina – to wszystko spadło na głowę kilkunastoletniego Andrzeja, gdy zmarł ojciec. Miał o kilka lat młodszego brata. Musiał szybko dojrzewać by podołać tym wszystkim obowiązkom. Takie były korzenie. Potem kolejne szkoły i studia prawnicze.

Zaczynał zarobkową pracę od prowadzenia domów wczasowych, potem zaangażował się do wielkiej firmy „Energopol” i zaczął wyjeżdżać na budowy, na kontrakty zagraniczne. Ludzie przedsiębiorczy szybko są dostrzegani i awansowani zawodowo. Wspinał się po szczeblach kariery, ale także został wybrany przez robotników, techników i inżynierów do pełnienia odpowiedzialnych funkcji związkowych. To był czas rodzącej się Solidarności. Wkrótce zaczęto mu powierzać ważne funkcje w strukturach regionu. W stanie wojennym nie zaprzestał działalności związkowej, woził dokumenty, ulotki, gazetki, organizował zebrania i zakładał koła związku.

Jeden z naszych kolegów ze Stowarzyszenia – już w wolnej Polsce – wypatrzył go właśnie jako aktywistę związkowego i zarekomendował na stanowisko dyrektorskie. Był to strzał w dziesiątkę. Andrzej zgromadził wkrótce świetną kilkunastoosobową załogę. Przeprowadził remont Domu Pracy Twórczej – otwartego dla wszystkich żurnalistów w Polsce. Było to ogromne zadanie, nowa kotłownia i instalacje grzewcze, wymiana drzwi, okien, przebudowa łazienek. Zupełna przebudowa kuchni i zaplecza. Poprowadzenie dróg wewnętrznych na wielohektarowym obiekcie, prace ogrodnicze i mała architektura zielonego ogrodu.

Potrafił zdobywać zamówienia stukilkudziesięcio osobowych grup na konferencje, szkolenia i wypoczynek. „Kazimierz” stał się po latach zaniedbania znowu naszą wizytówką. Wspaniale udekorowany, z ogromnym terenem zielonym, górujący nad miastem i Wisłą Dom Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym. Odbywały się tam zjazdy. Nasze prawie 3 tysięczne Stowarzyszenie (Warszawa i 15 oddziałów wojewódzkich) miało powód do dumy, a dziennikarze i ich rodziny miejsce wytchnienia.

Andrzej był z zamiłowania historykiem. Ściany ozdabiały plansze bohaterskich żołnierzy i pilotów, obrazy pokazujące piękno miasta i okolic, zdjęcia zabytków z rejonu Kazimierza.

Na takich jak on mówią – dobry człowiek. Rzeczywiście patrzył, słuchał i starał się pomagać gdzie tylko mógł. Dowodem, że większość załogi pracuje tu bardzo długo. Nawet po 20 – 30 lat. „Kazimierz” przebrnął przez lata chorobowej pandemii i mamy nadzieję będzie kontynuował dobre tradycje, które wdrożył jego długoletni dyrektor Andrzej Kociuba.

Żegnaj nasz Kolego i Przyjacielu

Czy są powody, dla których świat ma „kochać” Rosjan? – pyta WOŁODYMYR SYDORENKO 

Jak donoszą rosyjskie media, w Moskwie odbyło się posiedzenie Rady Praw Człowieka pod przewodnictwem Władimira Putina, na którym jeden z uczestników spotkania, Kyryło Wyszynski, zaproponował Putinowi wprowadzenie nowelizacji kodeksu karnego która określiłaby negatywny stosunek do Rosjan jako przestępstwo zagrożone postępowaniem karnym i karą. Zapis spotkania został opublikowany na stronie internetowej Kremla.

Autor poprawki pomylił jednak grzeszników ze sprawiedliwymi. Nazywa bowiem wszelkie „negatywne nastawienie do Rosjan” rusofobią, chociaż termin ten oznacza jedynie bezprzyczynowy negatywny stosunek do Rosjan. Światowi analitycy uważają jednak, że obecnie na świecie nie ma bezpodstawnego negatywnego stosunku do Rosjan, czyli typowej rusofobii. Negatywna opinia o Rosjanach zawsze ma swój powód – szerzenie przez Moskwę kłamstw na temat innych krajów, złośliwe ataki na „zbiorowy Zachód” czy prowadzenie na całym świecie informacyjnych i psychologicznych operacji specjalnych. Ale największe potępienie ze wszystkich krajów świata wywołują rosyjskie groźby nuklearne i prowadzenie przez Rosję niesprowokowanej wojny napastniczej w Ukrainie, która spowodowała już takie negatywne procesy, jak niedobory żywności, podwyższona inflacja, nowy wyścig zbrojeń, śmierć setek tysięcy ludzi na frontach itp.

Innymi słowy, dlaczego świat miałby kochać Rosję, która grozi wszystkim krajom nuklearną apokalipsą, zabija cywilów, w tym dzieci, rabuje sąsiedni kraj, próbuje obalić jego prawowity rząd i przywłaszczyć sobie wszystkie jego wartości, rolnictwo, i przemysł?

Rosja chce, aby mogła szerzyć zło, ale mimo to świat nadal ją „kochał”, a rosyjskie zbrodnie nie wywołały „negatywnego nastawienia”.

Ze względu na wrogie działania wobec całego świata i niewłaściwe zachowanie Rosja została już wykluczona z Rady Europy, Trybunału Europejskiego, formacji G20 i G7, mówi się o wykluczeniu Rosji z Rady Bezpieczeństwa ONZ. Okazuje się, że Rosja niczego się nie nauczyła: tak jak ZSRR został wyrzucony z Ligi Narodów za wojnę z Finlandią, tak teraz jest kwestia usunięcia Rosji z głównego korpusu ONZ za wojnę z Ukrainą.

Jednak w Moskwie wszystko to nazywa się „bezsensowną rusofobią”, chociaż powody potępienia, zarówno prawne, jak i moralne, są bardzo silne.

Ponadto na posiedzeniu Rady Praw Człowieka w Moskwie porównano „negatywny stosunek do Rosjan” do Holokaustu, czyli ludobójstwa Żydów. Jednak porównanie to jest żałosne. Antysemityzm, który leżał u ideologicznych źródeł faszyzmu, jest zbrodnią przeciwko Żydom na tle narodowym bez żadnego powodu. Niechęć do Rosjan na świecie tłumaczy się nie tylko zbrodniczym zachowaniem Kremla wobec krajów demokratycznych, ale także ich hałaśliwym, chuligańskim, nietolerancyjnym zachowaniem w światowych kurortach i stolicach świata, poniżaniem kultur innych niż rosyjska, pogardą dla praw innych ludzi i narodów. Rusyfikacja i „rosyjski świat” stały się ideologicznymi źródłami nowej ideologii – raszyzmu, porównywanego z faszyzmem.