Językowe potwory ciągle tropi WALTER ALTERMANN: Negat, egzaltacja i prywatny ojciec

Pańskie opinie opierają się na negacie – powiedział polityk, do swego rozmówcy z innej, konkurencyjnej partii.  Działo się to 28 kwietnia 2023 roku. Zapewne chciał powiedzieć, że jego przeciwnik neguje rzeczywistość, ignoruje fakty – pozytywne dla partii mówiącego. Przykre jest wysłuchiwać takich dziwactw.

Podejrzewam, że i ten polityk w domu nie mówi takich dziwactw. Skoro jednak jest już w telewizji, to musi mówić – tak sobie założył – językiem poważnym. A wyszło jak wyszło. Śmiesznie i strasznie – jak mawiają Rosjanie.

Egzaltacja

Jedną z przyczyn błędów językowych jest egzaltacja mówiących. Wtedy rozum cichnie, a do głosu dochodzi niekontrolowana liryka, uniesienia i inne podniosłe uczucia, które z kolei jeszcze bardziej osłabiają rozum. Taka to zasada. Szczególnie, gdy osoby nie mające warsztatu, by mówić o sztuce, usiłują jednak coś powiedzieć. A dodatkowo w uniesieniu, bo wierzą, że duch jest ważniejszy od materii.

Przykładem takiej egzaltacji był występ dziennikarza telewizyjnego, który rozpływał się, w rozmowie z członkiem zespołu Vox, nad ich nową piosenką „Razem”. Padały wielkie słowa, głos dziennikarza wibrował w wysokich rejestrach, aż w końcu w uniesieniu wypalił: Ta piosenka jest dla mnie takim posileniem.

Czym jest w języku polskim posilnie? Nie wiadomo. Słowniki nie odnotowują czegoś takiego. Zatem, prawdopodobnie, dziennikarz chciał powiedzieć, że ta piosenka jest dla niego posiłkiem duchowym… W sumie też byłoby bez sensu, ale przynajmniej po polsku.

Obóz wojskowy i cała reszta

Co za szczęście u Igi, u całego obozu – wykrzyknęła radośnie pani, która była sprawozdawcą meczu tenisowego Świątek z Sabalenką.

Zabierając się do tego błędu zacznijmy od tego, czym jest obóz. Otóż obóz oznaczał najpierw miejsce, w którym stacjonowali na stałe, lub czasowo żołnierze danej armii. Rzymski obóz mógł być solidnie chroniony przez umocnienia ziemne, palisady, a nawet mury z kamienia lub cegły. Obecnie mamy też obozy harcerskie. Mamy także obozy sportowe – oznaczające zgrupowania treningowe sportowców. A do tragicznej historii przeszły również niemieckie obozy koncentracyjne oraz obozy zagłady.

Z czasem obóz zaczął też oznaczać sportowców, harcerzy i żołnierzy, przebywających na terenie obozu, a nawet zawodników i kadrę danej drużyny sportowej. I w tym znaczeniu pani sprawozdawca użyła słowa obóz. I nie to jest jej błędem.

Błędem prowadzącej tę transmisję meczu tenisowego jest niewłaściwa składnia. Bo poprawnie należało powiedzieć, że szczęście zapanowało w całym obozie, a nie u obozu. Dlaczego? Bo obóz w dalszym ciągu zachował swoje pierwotne znaczenie terytorium, a więc trzeba mówić w obozie. Nawet jeżeli dotyczy to zgromadzonych w obozie zawodników, trenerów i innych potrzebnych zawodnikowi ludzi.

A tak w ogólniej – powiedzenie, że u Igi zapanowało szczęście jest w języku polskim nieprawidłowe, bo jest to zwrot rosyjski, a u nas rusycyzm. Rosjanin powie: u niewo żiena, ale Polak musi powiedzieć: on ma żonę. Dlatego pani sprawozdawca powinna powiedzieć: Iga jest bardzo szczęśliwa i szczęśliwi są wszyscy w jej obozie.

Prywatny ojciec

W Internecie można było ostatnio przeczytać, że jakiś pan – powiedzmy Nowak – który jest posądzany o niecne uczynki – jest prywatnie ojcem pewnego polityka – powiedzmy Nowaka.

I mamy szkopuł językowy a nawet czysty idiotyzm. Bowiem – nie można być ojcem nieprywatnie, ojcostwo jest z natury rzeczy sprawą prywatną, dla zasady.

Owszem zdarzają się metafory, które głoszą, że ktoś jest czegoś ojcem duchowym. Bywają też metaforyczni ojcowie idei, ojcowie narodu, ojcowie nauki a nawet ojcowie marek samochodów. Niemniej o prywatnym ojcostwie nie słyszałem. Dotychczas.

Autor

Putin to autor masowych morderstw na Ukrainie – piszą na pasku w telewizji informacyjnej 18 kwietnia 2023 roku. Piszą słusznie, ale to nie wystarcza. Bo do pełnej prawdy trzeba to jeszcze wyartykułować poprawnie.

Autorem może być twórca powieści, malarz, rzeźbiarz czy reżyser filmu, tak jest w języku polskim. Natomiast nazywanie autorem Putina jest zapewne tragicznym tłumaczeniem jakiejś informacji w języku angielskim. Gdyby stacja telewizyjna nie miała w nazwie „Polska”, można by machnąć ręką. Kim zatem jest Putin, jeśli nie jest autorem? Jest sprawcą tych morderstw. Tym, który kieruje bezpośrednimi mordercami. Wreszcie, sam Putin może być – jak wódz najeźdźców – mordercą.

Agregaci

Pan premier Mateusz Morawiecki mówiąc o finansach naszego państwa – 24 kwietnia br. – na spotkaniu w Ząbkach: Są instytucje międzynarodowe , które agregują takie dane.

Sprawdziłem o co chodzi z tym agregowaniem. Gdy chodzi o ekonomię, to agregowanie da się tłumaczyć następująco: dodawanie, dołączanie, łączenie, zbieranie, zestawianie.

Agregacja oznacza proces łączenia części w większą całość – na przykład prądnicę łączy się z silnikiem spalinowym. Ten termin jest stosowany też w biologii, inżynierii procesowej, technice maszyn, informatyce, logistyce i medycynie, statystyce, polityce, wojskowości. Czyli jest to pojęcie, którym głównie posługują się naukowcy. I dobrze. Jeżeli w czymkolwiek im to ułatwia pracę, niech używają tej agregacji. Na zdrowie.

Jednakże w Ząbkach pan Premier przemawiał do okolicznego ludu. Co tamtejsi mieszkańcy zrozumieli z tej agregacji? Oj, chyba niewiele. Zwróćmy też uwagę, że wiedza ekonomiczna na poziomie uniwersyteckim nie jest u nas obowiązkowa. Przecież wiemy, że pan Premier jest dobrze wykształconym historykiem i ekonomistą. Ale większość narodu prosta jest, siermiężna i oczekiwałaby mówienia do niej językiem, który mogłaby zrozumieć.

Chyba, że jest to zabieg marketingowy – mający na celu pokazanie narodowi, że premier jest bardzo dobrym premierem, skoro mówi niezrozumiale.

Co do mnie – znam agregaty prądotwórcze, uprawowe i pianowe – do gaszenia pożarów. Jest jeszcze taki potoczny zwrot, gdy mówimy, ale to agregat, o kimś niesamowitym, który zaskakuje nas swym zachowaniem. Mnie ta wiedza wystarcza.

 

Z kolejnymi tematami tabu rozprawia się SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zbawienne słowo „nie”

Czy możliwe jest dede? Albo co gorsze dedede? Ten tekst zapewne wywoła oburzenie, bo sprawy płci są za poważne, żeby traktować je lekko. Ludzie, którzy zmieniają płeć według wewnętrznego slangu przechodzą tranzycję, ludzie którzy zmieniają zmienioną płeć przechodzą detranzycję. Ile razy tak można? Nie wiadomo, wiadomo, że system zawodzi, a na system nacierają agresywni aktywiści LGBT.

Krzywda, czasem nie do naprawienia. Sprawa jest delikatna, wkracza w najintymniejsze obszary. Młody człowiek, dzieciak, uznaje, że jest raczej kobietą niż mężczyzną, którym się urodził. Tak chyba czuje, tak mu się wydaje, pewności nie ma. Przez Internet jako 14-latek nawiązuje kontakt z kobietą (chyba), która przysyła mu blokery, lekarstwa hamujące naturalne wytwarzanie testosteronu czyli dojrzewanie płciowe. Oczywiście to zabronione, ale co tam. Kobieta (chyba, choć ma bardzo niski głos i nikt jej nigdy nie widział) zaczyna wmawiać dzieciakowi, że tak naprawdę to on jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny, i że płeć można zmienić (modne sformułowanie brzmi „uzgodnić”), dzieciak zaczyna w to wierzyć.

Po latach chłopak przyzna, że był i jest po prostu gejem, że podobają mu się inni faceci, i że cały proces prawny i farmakologiczny zmiany płci na żeńską, który przeszedł był nie dość, że niepotrzebny, to mocno szkodliwy. Czemu szkodliwy? Z wielu powodów, jeden z nich to skutki uboczne przyjmowania lekarstw, w tym niebezpiecznych hormonów żeńskich, które miały z niego zrobić i robiły w pewnym sensie kobietę. Chłopak w wieku 20 lat miał kości 80-latka. Rosły mu piersi (które potem musiał operacyjnie usunąć), miał poważne problemy z nastrojem, z wątrobą, uderzeniami gorąca, nocnymi potami, to w skrócie.

Zanim jednak do tego doszło powiedział o wszystkim mamie. Kiedy miał 15 lat to właśnie mama poszła z nim do poradni psychologicznej. Po serii testów diagnostycznych orzeczono, że Łukasz, bo tak naprawdę tak ma na imię nasz bohater, nie jest transseksualny i nie ma podstaw do zmiany płci. Więc co? Więc chłopak znalazł psychologa, który orzekł coś zupełnie przeciwnego, że jego płeć trzeba zmienić, przy czym ten specjalista żadnych testów nie robił, bo nie miał czasu. Nie żartuję. Jako biegły stwierdził na piśmie, że konieczna, niezwykle niezbędna jest zmiana płci. Z tym zaświadczeniem chłopak udał się do sądu. W zaświadczeniu napisano o szeregu testów, wywiadów i spotkań, tyle, że była to nieprawda. Lipne, ale ważne zaświadczenie dostał od psychiatry i seksuologa po kilku minutach rozmowy. Te zaświadczenia wydawane są taśmowo, żeby nie powiedzieć przemysłowo, na ich podstawie zmienia się całe życie. „Psychologowie wydają zaświadczenia o transseksualizmie na jednej wizycie online” – to słowa naszego bohatera, Łukasza z obszernego wywiadu jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej”. Zmienił w końcu sądownie płeć, ale dwukrotnie odwołał operację usunięcia jąder. Na szczęście. Wcale nie czuł się dobrze jako kobieta. Po kilku latach w rozmowie z innym psychologiem uświadomił sobie, że zmiana płci była kompletną pomyłką. Próbował sprawę odwrócić, a swoimi doświadczeniami publicznie się podzielić ku przestrodze.

Tu dochodzimy do istoty sprawy. Dzielenie się przez Łukasza swoimi przeżyciami, doświadczeniami, wątpliwościami zostało przyjęte przez aktywistów LGBT za zdradę, a nawet transfobię, czyli nienawiść do transwestytów. Nie dość, że spadła na niego fala krytyki, nie dość, że zaczęto go publicznie ośmieszać nazywając „Ukaszkiem”, to zaczął też tracić zlecenia, bo ośmielił się wystąpić z otwartą przyłbicą. Krótko mówiąc „zniszczmy go” w imię tolerancji. Tymczasem sam Łukasz twierdzi, że ludzie borykający się z problemami dotyczącymi płciowości nie dość, że zasługują na troskę i szacunek, to przede wszystkim zasługują na prawdę, która może być jedynie owocem rzetelnej, pogłębionej diagnozy specjalistów, troski najbliższych i dojrzałej decyzji. Bez nich, bez podstawowej odpowiedzialności psychologów, psychiatrów, seksuologów, ale także sędziów zamiast pomagać można na całe życie zaszkodzić. Tragicznie zaszkodzić. Czasem najlepszą pomocą jest powiedzenie finalnie jednego prostego słowa: „Nie”. Po prostu nie.

Uparty WALTER ALTERMANN tropi błędy: Dalsze języka dręczenie

Dyskusja w jednej z naszych telewizji. Naraz poseł mówi: „Analizowaliśmy o sprawie zboża ukraińskiego…”. To jedna z częstych, okropnych pomyłek składniowych. Te pomyłki zawsze występują w momencie, gdy człowiek z gruntu prosty próbuje mówić językiem o kilka stopni wyższym od niego. Dlaczego ktoś, kto zaszedł tak wysoko, że już jest posłem, chce by uważano go za jeszcze wyżej postawionego?

 

A Wincenty Witos, był chłopem i mówił językiem prostym, językiem swej warstwy społecznej. I to było w porządku. I mówił poprawnie, bo się nie sadził na pana.  Wyjaśnijmy jednak jak to jest z tą „analizą”. Otóż analizować można coś: problem, zjawisko, dane statystyczne, wyniki prac. Natomiast dyskutować można o czymś: o problemie zbożach, o zjawiskach, o danych statystycznych, o wynikach prac.

Kolejne błędne użycie „o”

5 kwietnia 20223 roku, Prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego Kosiniak – Kamysz, formalnie kolejny ze spadkobierców Wincentego Witosa, mówi w swoim wystąpieniu przed kamerami: „Wzywamy wszystkie siły polityczne polskiej wsi o współpracę”. A powinien powiedzieć „… wzywamy do współpracy”. „O współpracę…” natomiast można apelować lub prosić.

Z życiorysu prezesa wynika, że jest absolwentem Liceum w Krakowie, potem skończył studia na Wydziale Lekarskim UJ. Następnie był asystentem w Katedrze Chorób Wewnętrznych i Medycyny Wsi CM UJ. W roku 2010 na macierzystej uczelni uzyskał stopień doktora nauk medycznych.

Wybaczając panu prezesowi ten przykry wypadek, cieszyć jednak może, że obecnie nie praktykuje on już leczenia. Bo wyobraźmy sobie, że mówi do pacjenta: „Wzywam pana o branie przepisanych lekarstw”. Jakby trafił na poważnego krakowskiego inteligenta, mógłby doprowadzić do znacznego pogorszenia stanu zdrowia chorego.

Genesis

„Sami wygenerowaliśmy problem” – mówi w dyskusji, o zalewającym Polskę ukraińskim zbożu, inny poseł. Powinien powiedzieć, stworzyliśmy problem. Ale według posła lepiej powiedzieć – po pańsku – „wygenerowaliśmy”.

Generowanie pochodzi od genezy i oznacza właśnie stworzenie czegoś. Genezą nazywamy przyczyny, które wywołały powstanie czegoś lub doprowadziły do rozwoju czegoś. Określamy tym słowem również sposób powstawania i rozwoju czegoś. Geneza to tyle co źródło, powód, początek. Genesis zaś to jedna z ksiąg biblijnego Pięcioksięgu, co się tłumaczy jako Księga Rodzaju czy Stworzenia.

WP Tech odkrył istnienie podwójnej alternatywy

WT Tech o brytyjskim czołgu Challenger: „Trudno się dziwić – obie alternatywy oznaczały, że globalny prekursor broni pancernej po ponad wieku jej ciągłego rozwoju miałby zrezygnować z produkcji własnych czołgów. Decyzje dotyczące dalszego rozwoju serii człołgów Chelenger oddaliły widmo czołgowego rozbrojenia Wielkiej Brytanii”.

Skąd oni wzięli te „obie alternatywy”? Przecież alternatywa jest jedna i oznacza wybór jednej z dwu z możliwych – przeciwstawnych sobie – dróg postępowania. Ja wiem, że coraz częściej „alternatywa” oznacza w ogóle wybór, ale bardzo przykro patrzeć, jak na skutek zaniechania nauki łaciny w liceach, zanika jedno z podstawowych źródeł naszej kultury – język antycznych Rzymian i ich kultura.

Problemy z Austrią i Austriakami

I nie mam tu na myśli pokrętnych meandrów jakimi płynie współczesna polityka Austrii. Chodzi o to, że do wielu z nas nie dociera, że nazwę państwa niegdysiejszego naszego zaborcy inaczej się pisze i inaczej się wymawia.

Piszemy „Austria”, ale wymawiamy [„Austrja”]. Piszemy „Austriak”, ale wymawiamy [„Austryjak]”. Tak jest i żadnej taryfy ulgowej tu być nie może. Skąd się wzięła taka wymowa? Z historii, bo tak dawniej mówiono o Austrji i Austryjakach – i tak jest do dzisiaj.

Piszę o tym, bo sprawozdawcy skoków narciarskich cały czas mówili: „Oto na belce siada Austriak”. Przykre, ale prawdziwe.

Czym dysponuje zawodnik?

Sprawozdawca meczu piłki nożnej mówi: „Kowalski nie dysponuje dużym wzrostem”. Już o tym pisałem, ale warto przypomnieć, że dysponować można majątkiem, ale gdy chodzi o wzrost piłkarza, gdy nie jest za duży, należałoby powiedzieć: „Kowalski nie jest za wysoki”. Bo już stwierdzenie, że jest mały, bądź niski, byłoby nieeleganckie, a nawet obraźliwe.

Można powiedzieć do faceta, który ma ponad dwa metry wzrostu: „O, jaki pan wysoki”, ale nie wypada powiedzieć do gościa, mierzącego poniżej 165 centymetrów: „O, jaki pan malutki”. Trzeba mieć takt. Dawniej to się nazywała kindersztuba, a dzisiaj może nawet nazywać się takie dobre wychowanie – alternatywą. Niech tam, byle byłoby stosowane – to dobre wychowanie.

Jak wyposażony jest piłkarz?

W czasie transmisji meczu polskiej ekstraklasy sprawozdawca, chcąc pochwalić walory jednego z zawodników mówi: „To piłkarz z dużym wyposażeniem ofensywnym”. Konkretnie nie wiem o co chodziło dziennikarzowi, ale było grubo przed 23.00 i na pornografię czasu jeszcze nie było.

 

 

Efekt dobosza, czy świąteczne wzmożenie? HUBERT BEKRYCHT: Wielkanocni dziennikarze

Jeszcze kilka dni temu atakowali papieża św. Jana Pawła II, zaledwie przed trzema tygodniami wygadywali głupoty o Kościele katolickim, wcześniej przyklaskiwali „opiłowaniu” wiernych i lżyli ludzi przed świątyniami w imię „prawa” do zabijania nienarodzonych… Teraz są otwarci na wszystkie poglądy, bo przecież Wielkanoc zbliża się dużymi krokami a ich polityczni, liberalni idole spuścili nieco na święta z tonu. Dziennikarze wielkanocni – typ tchórzliwego zająca, który uciekając wciąż załatwia się na wycieraczkach milionów polskich domów.

Przed świętami kościelnymi, nawet w bardzo antyreligijnych i antyklerykalnych periodykach i programach, naczelni unikają bezpośredniego zwarcia. Są media codziennie atakujące wiarę, które na okładce w grudniu umieszczają żłóbek a wiosną, na Wielkanoc, ukrzyżowanego Chrystusa, choć te symbole są im potrzebne, jak „wielkanocnemu zającowi, czy królikowi dzwonek”. To fakty.

„Święte” pomyłki i pomyleni

Kiedyś jedna z dziennikarek, deklarująca się jako agnostyczka, przed Wielkanocą pomyliła publicznie Wielką Środę ze Środą Popielcową. Teraz też niektórzy medialni żołónierze opozycji przekonują, że mimo ataków na świętości, są „tolerancyjni wobec wszystkich religii”. Najlepiej tych, które w praktyce nie występują w Polsce. Po co to robią owi dziennikarze wielkanocni? W tym roku na pewno ze strachu, aby nie podpaść elektoratowi swoich politycznych mocodawców z PO i dawnego SLD (podzielonego dla niepoznaki na lewicowy plankton), bo to właśnie liberałowie mają największy stres przed kampanią wyborczą do parlamentu. Mieli ruszyć ławą, wspólną listą, aby pokonać konserwę z PiS. A tu niespodzianka świadcząca o tym, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu z komunizmem razem wziętych.

Fabryki fałszu wykonują plan

Oto fabryka fake newsów rozsiana po kilku medialnych prywatnych koncernach zaczęła produkować fałszywki o Janie Pawle II. Fałszywki podobne do tych komunistycznych z archiwów bezpieki. Przypadek? Nie. I tak cały misterny plan bezpośredniego ataku na polskiego świętego skończył się jeszcze zanim się na dobre zaczął.

Efekt idiotycznych zarzutów słychać i widać. Nawet niektórzy opozycyjni parlamentarzyści przyznają, że przegrali wybory. Jeszcze co prawda słychać topiących się w ogniu wstydu ołowianych doboszy, którzy bębnią na nutę „zapisywania papieża do PiS”, ale to już końcówka tego niesławnego, fałszowanego zresztą potwornie, utworu.

Uwaga, roboty polityczne!

Czy prawica zdoła się pozbierać, aby wygrać jesienne wybory i kontynuować reformy? Nie wiem. Wiele wskazuje na to, że tak. Trzeba jednak wyzbyć się pychy, że „nie ma z kim przegrać”. Demony pewności siebie czekają tylko na odpowiednią okazję. A i święci w niebie nie zawsze będą pomagać, kiedy ich znudzi powtarzalność popełnianych błędów.

Zatem, Alleluja i do… świątyń.

A potem do rodzin.

I dopiero na końcu do stołów.

 

 Wszystkiego najlepszego w ten wielkanocny czas, Nadziei, która odmienia wszystko, pokoju i spokoju oraz zrozumienia, że Chrystus nie po to zmartwychwstał, abyśmy jeszcze raz próbowali grać w kości o jego szaty…

Współpracownicy portalu sdp.pl

 

WALTER ALTERMANN: Biden irlandzko-katolicki i aktorzy dosłowni

W czasie niedawnej wizyty prezydenta USA w Polsce, w jednej z naszych telewizji usłyszałem: „Joe Biden pochodzi z rodziny irlandzko-katolickiej”.Cóż za niezgrabność. Można pochodzić z rodziny angielsko-irlandzkiej, wtedy część przodków byłaby Anglikami a część Irlandczykami. Można pochodzić z rodziny polsko-czeskiej, gdy matka była Polką a ojciec Czechem, lub odwrotnie. Ale – na litość – nie można pochodzić z rodziny irlandzko-katolickiej! Trzeba było powiedzieć, że Biden pochodzi z rodziny irlandzkich katolików. A tak… nastąpiło pomieszanie dwóch podmiotów: religii i narodowości.

 Zresztą – dla kogo to takie ważne czy rodzina prezydenta była katolicka czy protestancka? Jakie to ma znaczenie dla Bidena? Gdyby jeszcze był on znanym pisarzem, można by się było dopatrywać podwalin jego osobowości w religii, którą odziedziczył po przodkach, w której sam wyrósł, i której nakazami się kieruje. Ale w przypadku polityka? Politycy nieczęsto mają cokolwiek wspólnego z religią. Chyba, że na wynos, wtedy to tak.

Aktor transpłciowy

Teatr Nowy w Łodzi jest coraz bliżej premiery nowego spektaklu, o czym też coraz częściej informuje w miejscowej prasie. Ostatnio pojawiła się taka notatka, w darmowej a magistrackiej gazecie ŁÓDŹ.PL:

Teatr Nowy. Dobrze ułożony młodzieniec. Poruszający temat transpłciowości spektakl, inspirowany losami łodzianina Eugeniusza Steinbarta, będzie można obejrzeć premierowo w sobotę 25 marca. Reżyserem „Dobrze ułożonego młodzieńca” jest Wiktor Rubin, a na scenie obok Edmunda Krempińskiego, transpłciowego artysty i performera, wystąpią…(…)”

Nie podaję kto wystąpi obok pana Krempińskiego, bo nie zamierzam powielać tekstu z ulotki Teatru Nowego i za friko robić reklamę. Naprawdę nie mam cokolwiek przeciwko tematowi spektaklu. Martwi mnie natomiast bardzo, że – według pomysłu dyrekcji i reżysera – w spektaklu o transpłciowości powinien zagrać aktor transpłciowy. Gdyby to jeszcze pan Krempiński był w ogóle aktorem, ale – według reklamy – jest ogólnie artystą i ogólnie performerem.

Zdaje mi się, że Teatr Nowy na siłę „idzie na sensację”, i daje przyszłym widzom atrakcję, niekoniecznie wysokiej próby artystycznej… raczej szykuje się widowisko mocno podejrzane obyczajowo. Może dyrekcja liczy na to, że łodzianie tłumnie rzucą się do kas, aby zobaczyć, jak wygląda człowiek transpłciowy? Innego uzasadnienia obsadzenia „naturszczyka” w spektaklu teatralnym nie widzę.

Jeżeli w dzisiejszym teatrze są możliwe takie dziwactwa dosłowności, to podpowiadam teatrom, żeby się nie ograniczały. I kiedy zamierzą wstawić „Makbeta” Szekspira, to powinny wypożyczyć z więzienia jakiegoś seryjnego mordercą. A gdyby zamierzano wystawić „Casanovę” Jerzego Żurka, to może trzeba będzie szukać jakiegoś uwodziciela, zaprawionego w bojach łóżkowych, mającego na koncie kilkaset kobiet. I koniecznie trzeba by o tym pisać po gazetach, podając nazwiska tych kochanek, łącznie z adresami i telefonami tych wszystkich pań – jak dosłowność, to dosłowność panowie artyści!

I jeszcze jedno! W teatrach, od początku ich istnienia – grało się! Nie wcielało się, nie utożsamiało się z rolą, nie było się sobą, ale grało! I zawsze do konkretnych ról szukało się aktorów potrafiących je zagrać. Natomiast „bycie” naturalnym jest konieczne, ale nie w sztuce. Może w sporcie…? Choć też nie, bo sportowcy to ludzie wytrenowani.

Jelec, rękojeść czy głownia

Oglądam program Discovery o broni białej. I naraz obrazowi ukazującemu nagą (bez jelca i rękojeści) głownię miecza towarzyszy komentarz lektora z off-u: „Tak oto wygląda jelec w tym mieczu”. Niby drobiazg, ale to kolejna niedoróbka i niechlujstwo Discovery.

Jelec to element broni białej w formie „poprzeczki”, umiejscowionej między rękojeścią a głownią. Funkcją jelca jest ochrona dłoni przed ciosami przeciwnika podczas walki, jednocześnie zabezpiecza on dłoń przed ześlizgnięciem się z rękojeści na głownię. Jelec przybiera różne formy w zależności od rodzaju broni w której jest stosowany.

Nie oczekuję wiedzy encyklopedycznej od lektorów, ale od polskiego producenta owszem.

 

 

PIOTRA TURLIŃSKIEGO opis literackiej bezwzględności: Stanisław Grochowiak. Geniusz pomijany (5)

Święty Szymon Słupnik

 

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzi chłopaka na szafot przywiedli,

Unieśli m głowę w muskularnej pętli.

Powołał go Pan na stryk.

 

Powołał go pan,

By trwał,

By śpiewał mu pieśń

I piał.

 

A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili

I włosy jej ścięli, i ręce spalili.

Powołał ja Pan

Na gnój.

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzie mych wierszy słuchając powstają

I wilki wychodzą żerującą zgrają…

Powołał mnie Pan

Na bunt.

 

W tym utworzy Grochowiak sugeruje nam, że i jemu przypadł los Szymona Słupnika. Niełatwy, ale wielki, bo rozmyślny, celowy. I takie też było życie Stanisława Grochowiaka.

                                                                                Łatka

Turpiści – nazwał ich Julian Przyboś, w swoim wierszu „Oda do turpistów”. Tę niemiłą etykietę, tę łatkę przypiął Przyboś kilku młodym poetom, z początkiem lat 60-tych, ale tak już jakoś na lata zostało. W gruncie rzeczy „etykiet twórca”, uznany i rządzący wtedy środowiskiem poetów, chciał młodych konkurentów zdyskredytować, bo turpiści, to ludzie lubujący się tym co brzydkie, okropne i wstrętne. A ci młodzi opisywali jedynie nasz dzień powszechny, szukali poezji i wielkich rzeczy w tym co obok, tuż za zakrętem drogi. Oni zastanawiali się i zgłębiali kondycję prostego człowieka. Przyboś natomiast – w najpełniej z możliwych sposobów realizował dogmat „sztuki dla sztuki” i budował swoją świątynię „nowych środków wyrazu”.

Niestety i dzisiaj jeszcze można przeczytać w społecznych encyklopediach, że „W poezji polskiej turpizm pojawił się po 1956 roku i posługiwali się nim: Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll, Andrzej Bursa i inni. Programowo przedstawiciele turpizmu włączyli do swoich utworów motywy brzydoty, kalectwa, choroby, śmierci”.

Tak nie było, bo to nowa poezja budował kanony nowej estetyki. Takiej która wyrastała z buntu wobec ustalonych kanonów piękna. Ci „nowi poeci” zwracali się ku peryferiom, dowartościowując to, co pomijane i dyskryminowane. I nie bez przyczyny na szeroką skalę zjawisko to zaistniało po 1956 roku – stanowiło bowiem kontestację socrealistycznych ideałów sztuki i piękna. Obca też im była międzywojenna estetyka „pięknych i nowoczesnych wierszy” Juliana Przybosia.

            Brzydota stała się tu kategorią estetyczną, a także etyczną – wyrażała bowiem akceptację świata w całości, jak również postawę empatii wobec pokrzywdzonych i odrzuconych – to można przeczytać nawet na portalu e-szkoła. Czyli łatka Juliana Przybosia przykleiła się na dobre, do nowych poetów.

Powojenne rozumienie świata

Bezsprzecznie na widzenie świata w przypadku „turpistów” miały ich doświadczenia wojenne. Oni, w odróżnieniu od pokoleń międzywojennych, widzieli i przeżyli upadek cywilizacji, nieopisywalne zbrodnie i ludzką mękę. Na własne też oczy doświadczyli również wszechobecnych, wcale niebohaterskich, śmierci i poniżenia. I chcieli dać temu świadectwo. Widać – nie mogli tego robić językiem, metaforami i cała poetyką dawnego świata, którego upadek zaczął się w 1939 roku.             Poetykę „buntowników” można odnaleźć w poetyce Tadeusza Różewicza, zwłaszcza po 1956 roku, w tomach takich jak: „Poemat otwarty”, „Formy”, „Rozmowa z księciem”, „Głos Anonima”, „Zielona róża” i kolejnych. Różewicz używa brzydoty jako narzędzia podważania optymistycznej wizji świata, demaskuje moralny nihilizm nowoczesnej cywilizacji i zło tkwiące w każdej ludzkiej jednostce.

Innym z potępionych miał być Stanisław Grochowiak. Jego tomy – takie jak „Ballada rycerska”, „Menuet z pogrzebaczem”, „Rozbieranie do snu”, „Kanon” czy „Nie było lata” – to przykłady poezji powstającej z fascynacji rozkładem i śmiercią. Jednocześnie Grochowiak jest w tym nurcie estetą – jego twórczość odwołuje się do tradycji średniowiecza i baroku, zwłaszcza do malarstwa wielkich mistrzów tych epok. Grochowiak w kilkudziesięciu wierszach opisuje zresztą malarskie wizje świata, malarskie filozofie wielkich malarzy przeszłości. Rzeczony turpizm Grochowiaka, jak wskazuje Stanisław Burkot, ma również wymiar etyczny – stanowi narzędzie zgłębiania tajemnicy ludzkiego cierpienia i przemijania.

Należy również wspomnieć w tym kontekście o Erneście Bryllu. „Wigilie wariata”, „Autoportret z bykiem”, „Twarz nie odsłonięta”, „Sztuka stosowana” to przykłady jego wczesnych tomów poetyckich, w których doszła do głosu estetyka turpizmu.

Tymczasem dla tych mocno wkraczających w świat dużej literatury, ówczesne elity literatury – nie przewidywały ważnego miejsca. Być też może, że po prostu tej nowej poezji, ówcześni udekorowani już luminarze sztuki nie rozumieli. Przykre to, ale jakże typowe dla zazdrosnych twórców i leniwych znawców literatury. Poza tym – wielcy artyści – a mówię tu o pokoleniu Przybosia – nie są wolni od zwykłej ludzkiej zawiści.

Najbardziej w twórczości Grochowiaka podziwiam „Sześciokrotne śpiewy poranne” za ich obrazowanie, za rytm i bezwzględność w widzeniu świata. Mówię o bezwzględności, bo tego oczekuję od poetów. Okłamywać się mogę sam.

Sześciokrotne śpiewy poranne (fragmenty)

Skąd oni biorą nienawiść? Z małości?

Więc gdzie się skrwawił baranek ich wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie była ta rzeź,

Gdzie samo sobie skalpowali czoła?

 

„Człowiek uczciwy nawet psa się wstydzi” – 

Tak przeczytałem w staroświeckiej książce

A biła północ,

A że nastał świt, Poznałem z piania niezawodnych hycli.

*

Oto umiemy, oto nauczeni

Jesteśmy wreszcie: kręcić bicze z piasku,

Wbić tysiąc ćwieków w jedno ziarnko maku,

Córkę piekarza wypiastować z sowy.

 

I dokładamy do wszystkiego ręki

Czułej jak ręka hodowcy lub gacha:

Do bicza z piasku,

Do ziarenka maku,

Do drew, co płoną w rodzinnym kominku.

*

A o czym gwarzyć przy rodzinnym stole?

Wuj odpiął skrzydła, że były mu zbędne,

Stryj jeszcze wierzy, a wierzy korzystnie,

Bo wiara stryja przenosi go w góry.

 

Głód? Gdzieś tam dalej, A zresztą w gazetach

O rozmnożeniu cudownym planktonu

Pisali dzisiaj? O śmierci? W peticie.

Petit jest czcionką wyłącznie dla młodych.

(…)

My nie po trupach. My po przemyśleniu

Idziemy w niebo, po szczeblach drabiny:

Są z nas Jakuby nie z Ducha, nie z Ojca,

A z przysposobień Ochotniczej Straży.

 

My nie po trupach. My pozostawiamy

Za sobą tylko ptaki okulałe,

Muchę skrzywdzoną, trawę zadeptaną,

Albo – co chlubne – nowy Dom dla Starców.

*

Bo twarz mieć trzeba, z którą jest do twarzy.

Nogi w obuwiu. W kalendarzy miłość.

Teściów najlepiej w osobnym mieszkaniu.

Ojca w szacunku. Alkohol p o z a t e m.

 

Ci, co się dręczą, sami sobie winni –

Ci, co niewinni, ci się nie udręczą

Choć bądźmy skromni: Na niewinność panien

Patrzeć dziś raczej należy przez palce.

* (…)

Skąd oni biorą swą pychę? Z litości?

Więc gdzie się skrwawił mój baranek wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie dopadł mnie mrok,

Wilgoć na skale, senność na wilgoci?

 

Opowiedz ptaka.

Dobre, opowiadam…

Jest teraz w locie statecznym, dokolnym…

Lecz gdy znienacka

Dopadnie go noc,

On niespokojnie śpi na sercu dzwonu. 

 

                                                                    Grochowiak – moralista

Moralność – zakłada odpowiedzialność jednostki, każdego z osobna, za własne czyny. Nie ma moralności zbiorowej. Choć suma moralności jednostek może się składać na wspólną moralność, lub nawet jej zupełny brak.

Dla mnie Grochowiak był moralistą. Wiem, że „moralista” brzmi jakoś tak drętwo, jak nudziarstwo. Ale jego moralistyka była najlepszej próby rozważaniem o rzeczach pierwszych i ostatecznych. Daj nam Boże więcej moralistów. Podobnie było zresztą z Różewiczem.

W przypadku Grochowiaka mamy do czynienia z twórcą, który moralistyce potrafił nadać oryginalny, interesujący kształt. A przede wszystkim umiał dostrzec zło w sobie i każdym z nas. I nikogo nie ułaskawiał ze względu na „okoliczności łagodzące”. Dla niego żaden system polityczny nie mógł być wymówką. I mówiąc zupełnie bezwzględnie – nie ma dobrej literatury, która nie jest moralizowaniem. Nawet jeżeli przeciwstawia się tradycyjnym wartościom, to też moralizatorska – a rebour.

Grochowiak naraził się środowisku. Być może niepotrzebnie. Bo trochę zabrzmiało to tak, jakby Wielki pastwił się nad Maluczkimi. Ale to właśnie tym pomniejszym poetom i naukowcom od literatury, władze PRL powierzyły redagowanie, stworzyły i dały im „w pacht” miesięcznik „Poezja”. Grochowiak nie wytrzymał, publicznie to powiedział, niedługo przed swoją śmiercią. W telewizji stwierdził, że „Poezja” gromadzi miernoty, że nie publikują w „Poezji” żadnych wartościowych utworów, i nie ma jej łamach wspaniałych poetów, którzy przecież są, żyją.

Dla prawdy historycznej: „Poezja”, była miesięcznikiem, ukazywała się w latach 1965–1990. Jej redaktorami naczelnymi byli, kolejno: Jan Zygmunt Jakubowski (1965–72), Bohdan Drozdowski (1972–87), Marek Wawrzkiewicz (1987–90).

 

                                                                    Poezja i wiersze

Poezja Stanisława Grochowiaka była jak pieśni, ona sama wypływała z ust – jak mawiają aktorzy. Ale też Grochowiak miał rzadko spotykany, nawet u wielkich poetów, muzyczny słuch. Tako sam wielki słuch jaki mieli Lechoń, Tuwim, Broniewski, Gałczyński. Grochowiak nie pisał wierszy programowych, słusznych czy też walczących. Nie traktował poezji jako środka do wypowiedzi filozoficznych. Choć były dzięki temu właśnie pełne najgłębszej filozofii, bo była to filozofia gorącej miłości życia.

Może to właśnie dzięki temu niebywałemu słuchowi na nasz polski język tak doceniane są dramaty. Napisał ich cztery – wykaz dzieł Grochowiaka podaję poniżej – a wszystkie „niosą widzowi” świat poetycki, subtelny i delikatny. Jego bohaterowi mówią prosto, ale z rzadko spotykanym urokiem słowa, składni, frazeologii i metafor.

Jego dramaty ujmowały też filmowców, a „Chłopcy”, w reżyserii Ryszarda Bera – opowieść dziejąca się w domu starców, ciągle jest pokazywana w telewizji, bo jest mądra, a role napisane dla aktorów są wspaniałe.

Często nadużywa się pojęcia „poezja” i każdy wiersz zostaje poezją… A poezja to szczyt sztuki, natomiast wiersze, nawet i dobre, to tylko wytwory rzemiosła literackiego. A Stanisław Grochowiak był poetą.

                                                           Lęki

Dzisiaj już się go nie wydaje, nie rozmawia się o nim. I chyba niewielu czyta jego poezję. A to jest wielka szkoda dla naszej wrażliwości. Na przykład, trzeba znać jego „Pejzaż”, żeby zrozumieć jego świat, albo jak on ten nasz świat widział.

Pejzaż

Więc oto ziemia moja Ojczyzna

Wszystko we mnie co wieczne – z tych oto ogórków,

Z tych bladych kwiatów szarpanych żarłocznie

Przez chude jak szkielety wróble

 

Wszystko co we mnie otwiera ten pejzaż

Koniem sterczącym w niebo kopytami

Różą znienacka ogromna jak krowa

Wiatrakiem zeschłym

 

I wreszcie człowiek – z flaszki pionowej

Ostatnia kroplę chciwie wypija

Płacze

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

                                                                        Alkohol

Stanisław Grochowiak umarł młodo. Mówią, że pił. Alkoholowi zresztą poświęcił dużo miejsca w swej twórczości, w tym wspaniały dramat „Lęki poranne”. A „Lęki…” mówią nie tylko o tej chorobie, mówią też o tym, że wrażliwi ludzie muszą pić, bo społeczeństwo jest okrutne wobec słabych. Napisał to kiedyś inny poeta, że są społeczeństwa, w których nie sposób żyć na trzeźwo.

Bóg Grochowiaka, jego osobisty intymny Bóg, zabrał go bardzo wcześnie, zaledwie w 42 roku życia. Może było i tak, że Bóg zabiera duchy doskonałe wcześniej, pozwalając tym niedoskonałym żyć dłużej, aby się wypiękniły ostatecznie.

W ciągu tych 42 lat swego życia Stanisław Grochowiak dokonał w literaturze bardzo wiele, zostawiając po sobie trwały ślad. Jest autorem kilkunastu tomików poezji, dwóch opowiadań, trzech powieści i czterech dramatów.

 

                                                      Dzieła Stanisława Grochowiaka

 

Poezja: Ballada Rycerska (1956); Menuet z pogrzebaczem (1958), Rozbieranie do snu (1959); Agresty (1963); Kanony (1965; Totentanz in Polen (1969) poemat; Nie było lata (1969); Polowanie na cietrzewie (1972; Bilard (1975); Haiku-Images (1978); Allende (1974) poemat; Wiersze nieznane i rozproszone (1996); Wiersze dla dzieci (2017); Wiersze zebrane (2017)

Opowiadania: Lamentnice (1958); Prozy (1996) – zawierają niepublikowane utwory prozatorskie, dodatkowo powieść Trismus i opowiadania ze zbioru Lamentnice

Powieści: Plebania z magnoliami (1956); Trismus (1958); Karabiny (1965)

Dramaty: Szachy (1961); Partita na instrument drewniany (1962); Król IV (1963); Chłopcy (1964)

Baśnie: Żyjątko Biedajstwo i Ci inni (2009)

Realizacje filmowe: Księżyc, reż. Stanisław Brejdygant; Kaprysy Łazarza, reż. Janusz Zaorski; Chłopcy, reż. Ryszard Ber; Partita na instrument drewniany, reż. Janusz Zaorski; Karabiny, reż. Waldemar Podgórski

 

 

WALTER ALTERMANN: Potrawa z tenisisty, czyli OK Panie Boże

„The Chosen” – to serial produkcji USA, emitowany aktualnie w jednej z naszych stacji telewizyjnych. W wolnym tłumaczeniu powinien nazywać się „Wybrany”, ale – nie wiedzieć czemu – ma angielski tytuł.

 W jednym z odcinków serialu Jezus spotka dwie małe dziewczynki, jedna z nich pokazuje mu swoją lalkę.

– A jak ma na imię? – pyta Jezus.

– Sara – odpowiada dziewczynka.

– Ładna – mówi Jezus.

– O.K., muszę już iść – mówi dziewczynka i odchodzi.

A ja pozostaję w zdumieniu i mam wątpliwości czy przypadkiem twórcy serialu nie przesadzili, w tak modnym ostatnio „przybliżaniu młodzieży” wielkich tematów. Wiemy, że OK jest zwrotem amerykańskim. I takim powinien pozostać. Wplatanie go w Nowy Testament wydaje mi się grubym nietaktem.

Pozostaje jeszcze obawa, że ktoś tam już kombinuje nad „uwspółcześnieniem” Dziesięciorga Przykazań. Byłoby by bluźnierstwem przypuszczać, jak brzmiałyby „współcześnie” przykazanie szóste, siódme i ósme… Więc przestanę.

Aktor słuchowy

Mówią, że Wikipedia jest teraz portalem bardziej wiarygodnym, bo ktoś tam ją kupił… Nie wiem, a nie wiedząc nie wierzę, bo nadal są w nim takie perełki, jak ta o Bohdanie Łazuce, cytuję” Bohdan Cezary Łazuka (ur. 31 października 1938 w Lublinie) – polski aktor teatralny, filmowy i głosowy, piosenkarz, artysta estradowy, prezenter telewizyjny i radiowy, konferansjer.

Co trzeba zrobić, żeby zostać aktorem głosowym? Prawdopodobnie trzeba w dubbingu podkładać głos, pod aktorów i postacie (na przykład) z kreskówek. Ale tego portal nie wyjaśnia. Stwierdza jedynie, że istnieje kategoria „aktor głosowy”. A kim są w takim razie słuchacze radia? Najpewniej są to „odbiorcy słuchowi”.

Nie mają litości… Mordują nas i nasz język z zimną krwią. Lub też „z krwią poniżej przeciętnej ciepłoty ciała, czyli poniżej 36,5 stopnia Celsjusza”.

Czy oni są nas w stanie zrozumieć?

Ryszard Horovitz, wybitny fotografik, mówi w filmie dokumentalnym, że w czasie spotkania z dziećmi, w jednej ze szkół w Nowym Jorku, jakiś 10-latek zapytał go o to, jakie miał zabawki w Auschwitz.

Z kolei Melchior Wańkowicz wspominał o pewnej dziennikarce z USA, która przeprowadzał z nim wywiad. Gdy Wańkowiczowi zdawało się, że wywiad dobiega już końca, dziennikarka powiedziała; „Bardzo panu dziękuję, bo już bardzo wiele dowiedziałam się o wojnie i okupacji Polski. Ale niech mi pan jeszcze powie, żebym miała pełny obraz tamtych czasów – jak Polacy spędzali weekendy podczas tej okupacji.

Nie sądzę, żeby Zachód był w stanie zrozumieć koszmar, który Niemcy zgotowali Europie Wschodniej, a głównie Polakom, Żydom, Ukraińcom i Rosjanom. Informacje o holokauście jakoś do głów ludzi Zachodu dotarły, ale już o naszym losie nie wiedzą nic.

Duża w tym rola Amerykanów, którzy zaraz po zakończeniu II wojny światowej dostrzegli w Niemcach sojuszników, w ewentualnej wojnie z Sowietami. I nie chcą nowych przyjaciół stawiać w złym świetle, woleli nie mówić za wiele o tak niedawnym bestialstwie Niemców. Do tego doszło i to, że Francuzi, Norwegowie, Holendrzy, Duńczycy i parę winnych krajów nie zaznali niczego, co mogłoby – choć w istotnym procencie – przypominać nasz los. No i jeszcze spryt niemieckiej propagandy – powojennej – która odpowiedzialnością za zbrodnie własnego narodu, czyli Niemców, uczyniła jakichś faszystów, hitlerowców i nazistów. I tak się to jakoś rozmyło. Myślę, że też powojenni Niemcy sami uwierzyli we własną propagandę, i są dzisiaj bardzo zdziwieni, że Polska mówi o reparacjach.

Czy uda się nam wrócić do rozrachunku z Niemcami za lata wojny? Myślę, że będzie bardzo ciężko.

Dramaturgia

W czasie meczu tenisa Hubert Hurkacz – Aleksander Szewczenko, sprawozdawca mówi: „Znów zaczyna się dramaturgia…”.  Gdyby powiedział, że zaczyna się dramat – zrozumiałbym. Ale czymże jest, w przypadku tenisa dramaturgia? Nie wiadomo.

 

Według słowników dramaturgia to: 1. twórczość dramatyczna; 2. teoretyczna wiedza o budowie dramatu; 3. napięcie w przebiegu wydarzeń, głównie w utworze literackim. I tak to jest. Gdzieś coś dziennikarz słyszy, coś brzmi ładnie – to mówi. A że bez sensu? Gdyby jeszcze, ale to po meczu, sprawozdawca powiedział, że mecz miał swoją dramaturgię… uszłoby.  A jeszcze można usłyszeć, że: „Mecz miał wspaniały scenariusz”! Przecież scenariusz jest czymś dopiero do zrealizowania. Film może mieć scenariusz, program telewizyjny też, ale już w teatrze nie funkcjonuje pojęcie scenariusza. W teatrze są do wyreżyserowania, zagrania utwory sceniczne – tragedia, dramat, komedia, opera, operetka, farsa, wodewil. Ale scenariusza nie ma!

 

Wracając do sportu – nie można powiedzieć, że w zawodach sportowych istnieje założona wcześniej, napisana dramaturgia. Chyba, że mecze są ustawiane – wtedy tak, ale to jest gruba karalne. I co tu robić z takim językiem? Przecież nikt sprawozdawcom za takie gadanie głowy nie urwie, więc mówią szybko, ale za to byle co. A z tym urywaniem głowy… Niby to tylko figura retoryczna, ale może przydałoby się?

Tenisista z papryką

Mecz tenisa w Indian Wells, grają: Chilijczyk Cristian Garin i Casper Ruud z Norwegii, a sprawozdawca sportowy Tomasz Tomaszewski mówi: „Garin prowadzi, czyli kibice z Chili mogą być zadowoleni”.

Co do faktów sportowych zgoda, ale z tym chili, pan Tomaszewski wiedzie nas na manowce. Otóż – Chile to państwo, a chili to rodzaj papryki, a także potrawy. Jest taka teksańska potrawa chili con carne, czyli mięso w chili. Potrawa naprawdę pochodzi z Meksyku. Ale Amerykanie, po wojnie z Meksykiem, zająwszy Teksas, przywłaszczyli także narodowe dania Meksykanów.  Zatem, potrawka z Chilijczyków? Śmieszne to, czy głupie?

 

O błędach, także językowych pisze WALTER ALTERMANN: Oscylujący wicemarszałek Sejmu

„Nasze środowiska opozycyjne oscylują wokół jednej wspólnej busoli demokratycznej” – powiedział 1 marca 2023 r. w TVN 24 wicemarszałek Sejmu RP Piotr Zgorzelski. To, co rzekł pewnie nie mieści się w głowie wykładowców polityka, tak jak dyplomy nie mieszczą się w szufladzie wicemarszałka.

Pan wicemarszałek jest członkiem Klubu Parlamentarnego Koalicja Polska – PSL, UED, Konserwatyści i ma bardzo bogate – na liczbę zaświadczeń – wykształcenie. Najpierw skończył historię na Uniwersytecie Łódzkim, potem ekonomię w Toruniu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika – co prawda podyplomowo, ale jednak. Następnie pan wicemarszałek studiował „Integrację europejską” w Szkole Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku – też podyplomowo, ostatnio zaś studiował na Uniwersytecie Warszawskim, na kierunku „Menedżer publiczny” – również podyplomowo.

Ma on również bogate doświadczenia zawodowe: od 1983 pracował jako nauczyciel w szkołach podstawowych w Ciachcinie i w Leszczynie Szlacheckim. Od 1992 do 1998 był dyrektorem drugiej z tych placówek. Następnie przez cztery lata zajmował stanowisko wicewójta gminy Bielsk. Był wybierany w kolejnych wyborach samorządowych do rady powiatu płockiego. W 2003 został dyrektorem delegatury Urzędu Marszałkowskiego Mazowieckiego w Płocku. W 2010 zastąpił Michała Broszkę na funkcji starosty płockiego.

Nauka a praca

Wielki poeta Fryderyk Schiller napisał: „Czas studiów musi pozostawać w rozsądnej proporcji do czasu pracy”. Ale nie czepiam się, tym bardziej, że Schiller był jednak Niemcem. Zgódźmy się jednak na to, że studia powinny dawać efekty, a z efektami u pana wicemarszałka sytuacja jest mocno wątpliwa.

Rozpisałem się o życiorysie pana wicemarszałka, żeby skonstatować co następuje: mimo tylu lat studiów, na tak różnych kierunkach, jak historia i ekonomia, mimo pracy w szkolnictwie, nigdy nie dowiedział się czym jest busola, jak wygląda i czemu służy! Nie wie również nic o oscylowaniu. Naprawę przykre, że taki uczący się człowiek zmarnował tyle lat pracy i studiów.

Busola i oscylacja

Busola magnetyczna, to urządzenie nawigacyjne służące do wyznaczania kierunku bieguna magnetycznego. Busola, podobnie jak kompas, jest wyposażona w igłę magnetyczną. A znając biegun magnetyczny, który jest – mniej więcej – na północy, łatwo możemy wyznaczyć też pozostałe kierunki świata, zorientować mapę i podjąć marsz w odpowiadającym nam kierunku. Oscylacja zaś to: 1. wahanie się w wyborze między dwiema możliwościami; 2. ruch wahadłowy drgający.

Nie można zatem oscylować wokół busoli, bo wtedy nie widzi się tego, co z busoli można odczytać. A oscylowanie to ruch, od – do. Poza tym – jeżeli pan Zgorzelski waha się w wyborze, to między czym a czym? Między demokracją a zamordyzmem? No i jeszcze ta „jedna wspólna busola” … przecież kompas lub busolę można dzisiaj kupić za psi pieniądz. I każda z partii opozycji mogłaby mieć po jednym kompasie, busoli – a i tak wszystkie igły tych urządzeń wskazywałyby tę sama północ.

Jednak nie w tym rzecz, że pan wicemarszałek nie wie. Nie wszyscy muszą wiedzieć wszystko. Rzecz w tym, że nie wie a mówi! A co gorsza mówi metaforami. I nie wie też, że metafora musi być logiczna, prawdziwa i precyzyjna. Niewiedza o tym, jak na absolwenta kierunku humanistycznego na uniwersytecie jest to zaskakująca. Bo co późniejszy wicemarszałek robił na swoich pierwszych studiach? Marnował czas, a państwo marnowało pieniądze na jego naukę. Być może zbyt wiele czasu poświęcał jako student polityce, ze szkodą dla wiedzy?

Od czasu do czasu pojawia się w Polsce pomysł, że absolwenci – na przykład medycyny – powinni płacić za studia, jeżeli porzucają ojczyznę i wyjeżdżają w szeroki świat w poszukiwaniu lepszego chleba. W takim razie, może również absolwenci innych studiów powinni oddawać pieniądze, które państwo łożyło na ich naukę, jeśli wykazują się fundamentalnymi brakami?

Albo niech zaskarżą państwo, za to, że tak niewiele ich nauczono. W każdym razie sytuacja jest poważna i wymaga decyzji Sejmu.

Oscylowanie partii

Trzeba było – Panie Wicemarszałku – powiedzieć, że nasze opozycyjne partie zawsze idą w jednym kierunku, a jest to kierunek: demokracja. Ja wiem, że to trudne znaleźć wspólny kierunek dla tak różnych partii jak partie Tuska, Czarzastego, Zandberga, Kosiniaka-Kamysza i Hołowni. Ale to nie uprawnia Pana – Panie Wicemarszałku Zgorzelski – do mówienia absurdalnego.

Kochani nasi ludzie publiczni – tacy jak posłowie, senatorowie, urzędnicy wszystkich szczebli – mówcie prosto! Nie budujcie żadnych metafor, porównań, paraboli, hiperboli i innych takich. Mówcie prosto, bo ośmieszacie siebie i nas, a już na pewno tych, którzy was wybrali.

 

 

WALTER ALTERMAN pisze m.in. o byłych politykach: Stefan Niesiołowski i inne nieuleczalne przypadki

Profesor Stefan Niesiołowski ma w genach potrzebę burzenia pomników. Najpierw, jak młody człowiek, zasłynął nieudaną próbą wysadzenia pomnika Lenina w Poroninie. Teraz, po dłuższym – znaczącym – milczeniu zabrał głos i stwierdził: „Wszystkie pomniki Jana Pawła II powinny być dyskretnie usunięte. Nie da się już jego obronić.  Fakty, jakie są i jeszcze będą ujawniane, świadczą, że papież po prostu krył pedofilów. I właściwie powoli trzeba zapominać o tej postaci” – powiedział w wywiadzie dla GW.

Rozumiem, że sprawa jest poważna. Jednakże pozwolę sobie zwrócić uwagę, że Jan Paweł II, czyli Karol Wojtyła, nie żyje od roku 2005, nie może się bronić. A jest przecież w naszej polskiej obyczajowości zasada, że o zmarłych mówimy dobrze, lub wcale.

Inkwizytor ludowy (PSL)

 Wystąpienie Niesiołowskiego w sprawie pomników Jana Pawła II, niewiele odbiega od poprzednich akcji, podejmowanych przez tego polityka znanego przecież z wielkiej bezkompromisowości. Pamiętam, jak gromił komunę, różnej proweniencji lewaków i różnej maści liberałów. Pamiętam też, że jako założyciel i prominentny działacz Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego zachowywał się jak Savonarola, wypatrując wszędzie wrogów kościoła i religii. Później, już jako działacz Porozumienia Prawicy, był równie płomiennym i nieprzejednanym mówcą – zupełnie jak inkwizytorzy. Następnie Niesiołowski, przeszedłszy przez PO do PSL-Koalicja Polska, zachował przecież swój namiętny stosunek do świata.

Myślę, że w sytuacji dużych emocji przedwyborczych, ten ostatni wybryk Niesiołowskiego z całą pewnością ucieszy liderów – jakże chrześcijańskiego PSL-u – z którego to przecież list Pan Stefan był posłem. Niby to normalne, że temperamentu nie da się okiełznać, ale wstyd. Szczególny wstyd, u założyciela i działacza ZChN, partii z założenia i nazwy chrześcijańskiej.

Łóżka do spania

Przysłano mi na komórkę reklamę „łóżek do spania”. Zaniepokoiłem się, bo zdawało mi się, że łóżko zawsze służyło właśnie do spania. W odróżnieniu od tapczanu, kanapy, szezlongu i rekamiery. Na tych pozostałych też można spać, ale niewygodnie.

Doszedłem do wniosku, że jest to podła – wobec zamierzeń naszego rządu – akcja. Produkowanie bowiem łóżek służących jedynie do spania nie wspiera polityki proprokreacyjnej! Większość poczęć ludzkiego przychówku miała bowiem miejsce w łóżkach! Zatem oferowanie łóżek jedynie do spania jest działaniem antypaństwowym! Gorzej, bo ośmiesza cały program 500+.

Może też być i tak, że oferowane „łóżka do spania” są tak żałośnie słabej konstrukcji, że nie wytrzymują nawet najdelikatniejszej próby zbliżeń… dwojga różnej płci Polaków. To określenie o „dwojga różnej Polaków” wziąłem od genialnego Boya – Żeleńskiego, który poświecił „tym sprawom” wiele swych figlarnych utworów. Zresztą bez utworów figlarnych liczba urodzeń też będzie spadała. Może zatem państwo powinno wspierać finansowo świntuszących poetów?

Osoby wrażliwe

Na pasku TVP Info, 4.03.2023, przeczytałem taki komunikat: „Do 8 marca odbiorcy wrażliwi muszą złożyć wnioski o zwrot nadpłaty za ciepło”. Jako obywatel poważnie i głęboko propaństwowy rozpatrzyłem sprawę: czy jestem osobą wrażliwą… Wyszło, że tak. Wzruszam się bowiem w święta państwowe, szczególnie gdy maszerują nasi żołnierze, salutują, , niezależnie z jakiej partii pochodzi aktualny prezydent. Wojsko to wojsko! Wzruszam się przy czytaniu dobrej poezji, na dobrych filmach, wzruszam się, gdy mam do czynienia z ludzką nędzą i nieszczęściem. Zatem jestem bardzo wrażliwy i mógłbym wystąpić o zwrot pieniędzy. Siadłem więc do komputera i już chciałem napisać prośbę o zwrot pieniędzy…

Z błędu wyprowadziły mnie własne dzieci. Wytłumaczyły mi, że mimo mojej ogromnej wrażliwości, nie mam szans na żadne zwroty… Matko Jedyna, a kto to tak wymyślił, kto to tak pisze do ludzi? Zapewne jakiś urzędnik. Ale on chyba nie z Polski? Może wychował się gdzieś za granicą, wrócił do kraju przodków, znalazł gdzieś pracę wysokiej rangi i teraz raczy nas niby-polszczyzną.

Jako „odbiorca wrażliwy” tych nowoczesnych urzędowych treści nawet się wzruszyłem, ale nie było to dobre wzruszenie, bo używałem przy tym wzruszeniu wielu staropolskich słów, których używanie publiczne jest jednak zakazane.

Biden w zajętości

„Obecnie punkt zajętości Bidena to Zamek Królewski w Warszawie” – powiedział dziennikarz telewizyjny w czasie wizyty prezydenta USA w Polsce.

Skąd on – ten dziennikarz – wziął takie zdanko? Zapewne z jakiegoś urzędowego komunikatu służb chroniących prezydenta. Ale… co wolno wojewodzie to nie tobie… Obowiązkiem dziennikarza, który otrzymuje informacje od policji, straży pożarnej, pogotowia ratunkowego, wojska i innych służb jawnie-tajnych jest przetłumaczyć to na polski. Bo służbom wolno wewnętrznie mówić jakim chcą językiem – choć byłoby lepiej, gdyby i służby pisały i mówiły językiem powszechnym, codziennym.

Dziennikarz jednak ma obowiązek przekładać ów techniczny język na zwykły język, przeciętnych Polaków. Niestety coraz częściej słyszymy, że „pacjent jest zaopiekowany”, „miejsce lokalizacji obiektu zostało ustalone” lub „pacjent otrzymał pomoc adekwatną do jego stanu”.

 

WALTER ALTERMANN: Lewarek czyli hazardowanie ojczyzną

Śniadanie Rymanowskiego w Polsat News, 5 lutego 2023 r., jeden z gości, poseł Radosław Fogiel mówi: „Lewarujemy Polskę w jej znaczeniu w świecie”. Zamarłem z przerażenia, bo lewarowanie ma dwa znaczenia: 1. w technice – podnoszenie ciężaru za pomocą lewara lub lewarka; 2. w ekonomii – inwestowanie przy użyciu dźwignie finansowej tj. kredytu lub pożyczki

W ekonomii lewarowanie to możliwość zajęcia pozycji w kontrakcie terminowym lub innym instrumencie finansowym o wartości większej od zainwestowanego kapitału. Im większe lewarowanie pozycji, tym większe potencjalne zyski lub straty. Lewarowanie est instrumentem bardzo często wykorzystywanym na giełdzie czy na rynku Forex.

Lewarowanie finansowe na rynku to mechanizm, który używa dźwigni finansowej. Polega na tym, że dany podmiot wpłaca część wartości np. Kontraktu, może to być zaledwie kilkanaście procent. Resztę kapitału pozyskuje się z zewnątrz, od inwestorów. Łatwo tu zauważyć różnicę między lewarowaniem a tradycyjnym inwestowaniem, gdzie jest wymagane posiadanie całej potrzebnej sumy. Dzięki dźwigni finansowej można osiągnąć dużo większe zyski przy małym wkładzie początkowym. Inwestor wpłaca tzw. depozyt (czyli tę niewielką część), a dźwignia działa jak mnożnik – pokazuje, ile pieniędzy można uzyskać od brokera.

Czyżby zatem nasz Sejm grał naszym losem na giełdzie lub u brokerów pozagiełdowych? Nie sądzę, ale ciekawe, że jeszcze dwóch uczestników audycji zaczęło mówić o lewarowaniu. Znaczyłoby to tyle, że trzech, z pięciu panów, doskonale zna reguły rynków finansowych! Na sali sejmowej i w telewizji mówią górnie o Polsce i Polakach, o historii, o naszym losie, a po cichu grają na rynku przy pomocy lewarowania. Zresztą lewarowanie jest w istocie hazardem, bo łatwiej przy pomocy lewarowania stracić, niż zyskać!

W gruncie rzeczy panu Foglowi chodziło o to, że dzięki mądrym działaniom rządu rośnie pozycja Polski w świecie. Nie będę się o tę pozycję spierał, bo interesuje mnie tylko język naszych polityków. Można było oczywiście powiedzieć, że w ostatnich latach znaczenie Polski rośnie, że idzie do góry… No tak, ale to nie byłoby nowocześnie i dynamicznie. A to, że większość widzów tego programu niczego nie rozumie? Trudno, muszą się podlewarować w języku prawie-polskim.

Tak naprawdę, kiedy słyszę o lewarowaniu, to mam przed oczyma taki filmik – lato, upał, na poboczu gminnej drogi pięciu uczestników Śniadania Rymanowskiego, plus prowadzący audycję – mocują się z wymianą koła w ciężarówce star 25. A koła ciężarówki duże, a oni raczej słabi w rękach, więc pot się z ich leje i omdlewają… Bo to nie tak łatwo przy pomocy lewarka unieść autobus, żeby wymienić koło.

W każdym razie tego im życzę, za dręczenie naszej polszczyzny.

Bergson na bramce

Słyszę w różnych stacjach telewizyjnych, że „bramkarz odbił piłkę intuicyjnie”. A jak miał zagrać, panowie sprawozdawcy? Po głębokim namyśle? Po solennym rozważeniu sytuacji? Po zrobieniu rachunku ryzyka? Jeszcze rozumiałem, gdy sprawozdawcy mawiali, że piłkarz „odbił piłkę automatycznie”, ale intuicyjnie?

A co znaczyć ma ów intuicjonizm? Intuicjonizm to prąd epistemologiczny w filozofii współczesnej przyjmujący intuicję za podstawę poznania. Jego głównym twórcą jest Henri Bergson. W jego pojęciu intuicja ma naturę organiczną, równą rzeczom poznawanym, a jej przedmiotem jest rzeczywistość wewnętrzna.

A może sięgnijmy do podstaw i zastanówmy się czym jest intuicja? Intuicja (z łaciny intuitio – wejrzenie) – sądy oraz przekonania pojawiające się bezpośrednio, niebędące świadomym operowaniem przesłankami, rozumowanie bez uświadamiania procesu dochodzenia do rozwiązania problemu. Objawia się w postaci nagłego przebłysku myślowego, w którym dostrzega się myśl, obraz, rozwiązanie problemu lub odpowiedź na nurtujące pytanie.

A więc ani intuicjonizm, ani intuicja nie pasują do prostych czynności bramkarza. Tym bardziej, że chyba niewielu z nich słyszało o Bergsonie, nie mówiąc o czytaniu jego dzieł… Proponowałbym do piłki nożnej, ręcznej i siatkowej nie mieszać żadnego z filozofów, ani też sięgać do „operowania przesłankami”. Po prostu – odbił szybko, błyskawicznie piłkę. Dlaczego? Bo ma do tego talent i jest dobrze wytrenowany.

Nawiązka czy zalążek

Sprawozdawca tenisowego meczu mówi: „I oto mamy nawiązkę tego, co będzie się działo”.

Czym jest nawiązka? Nawiązka to środek karny, który polega na obowiązku zapłacenia określonej kwoty pieniężnej poszkodowanemu. Najczęściej nawiązka jest zasądzana od sprawcy, obok kary zasadniczej. Nawiązka sądowa, jak sama nazwa wskazuje, zasądzana jest przez sąd w ramach wyroku, w którym sąd wskazuje wysokość kwoty nawiązki dla poszkodowanego.

Sprawozdawcy zapewne chodziło o zalążek tego co się dopiero rozwinie w meczu, o początek zapowiadający styl gry. Generalna zasada jest taka, żeby nie używać słów, których znaczenia nie jesteśmy pewni. Czyli – można było stwierdzić – bez nawiązki i zalążka, że mamy zapowiedź tego co będzie się działo.

Nawiasem mówiąc, co do zalążka – jest to żeński organ rozmnażania, występujący u roślin nasiennych, w którym rozwija się komórka jajowa i po jej zapłodnieniu – zarodek. Z zalążka zaś powstaje nasiono. Czyli… jest poważne pole walki naszych feministek, bo niby dlaczego żeński organ roślinny ma męską formę językową? A może się mylę, bo to z kolei może odpowiadać innych grupom postępowców?

Poprzeczka pionowa

TVP – 24 01 2023. „Trener postawił wysoką poprzeczkę” – tak powiedziano na antenie TVP o nowym trenerze naszej reprezentacji narodowej w piłce nożnej – Fernando Santosie.

Błąd ekspertów od piłki polega na tym, że poprzeczkę „upionowili”, gdy od zawsze, i do teraz jest ona pozioma, to znaczy – leży sobie poziomo na dwóch pionowych podpórkach. Należy zatem powiedzieć, że poprzeczka leży wysoko, że jest wysoko umieszczona lub zawieszona. Jest to ten sam błąd językowy, który lud nasz nagminnie popełniał, gdy mawiał „Sedł se przes copki, bez most”.

Jak to jest ze zwyciężaniem

WP – 23 01 2023. „Magda Linette wygrała już cztery spotkania podczas Australian Open. Nasza tenisistka w Melbourne rywalizuje o 2 mln 975 tysięcy dolarów australijskich (9 mln złotych). Aby zgarnąć główną nagrodę, poznanianka musi jeszcze zwyciężyć trzy mecze”.

Zwycięża się w meczu, lub mecze się wygrywa. Nie można zwyciężyć meczu, natomiast można zwyciężyć, pokonać przeciwnika. Zwyciężyć nie jest więc prostym zamiennikiem wygrać.

Szczyt nieudolności propagandy

W latach 70-tych, przez pewien czas na płocie Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Rakietowych i Artylerii w Toruniu, po dwóch stronach bramy, wisiały dwa propagandowe hasła. Z lewej strony – patrząc na bramę – wielki napis głosił: „Naszym celem socjalizm”. Po prawej zaś stronie wisiało hasło: „Pierwszą rakietą w cel”. Wszyscy widzieli, wszystkich to bawiło, tak oficerów, jak i słuchaczy. Ale nikt nie reagował, bo hasła zatwierdził sam dowódca szkoły. Tak było do czasu wizytacji jakiegoś generała, któremu zwrócił na to uwagę podpułkownik z jego świty.

Czasem ta anegdotka przypomina mi się, gdy obserwuję kampanie wyborcze różnych partii. Wszyscy wiedzą, że ściema, ale nie ma żadnego wizytującego generała, i nie ma też żadnego odpowiedzialnego podpułkownika.