Praca zdalna – WOJCIECH POKORA o zmianie modelu biznesowego w mediach

W 1962 roku kanadyjski teoretyk komunikacji Marshall McLuhan wprowadził do obiegu termin „globalnej wioski”. W książce pt. Galaktyka Gutenberga: tworzenie człowieka druku przedstawił konsekwencje wynalezienia druku dla współczesnego świata, szczególnie dla relacji między społeczeństwem a kulturą w tym i mediami.

 

Zdaniem McLuhana pojawienie się nowych technologii (a za taką należy uznać ówcześnie prasę drukarską z ruchomymi czcionkami) zawsze implikuje zmianę funkcjonowania człowieka w społeczeństwie. Druk zmodyfikował formę naszego postrzegania, przenosząc nacisk percepcyjny z ucha na oko. Niosło to za sobą szereg konsekwencji, w tym proces osłabiania relacji międzyludzkich. Już nie trzeba było się spotykać, by przekazać sobie informację. Oczywiście, że istniały książki już przed Gutenbergiem, istniała także bogata gałąź epistolografii. Ludzie komunikowali się na odległość, ale druk pozwolił na przekazywanie informacji w sposób masowy. McLuhan idzie dalej w swoich rozważaniach i przekonuje, że druk zmienił również wrażliwość człowieka Zachodu. Zdaniem Kanadyjczyka, druk przyczynił się do zmiany postrzegania samego człowieka w społeczeństwie, już nie jako odrębnych, całkowicie niezależnych bytów jak w średniowieczu, lecz jako społeczności, znajdującej swoje miejsce w ciągu wydarzeń historycznych, podobnie jak widzi się druk. Takie społeczeństwo inaczej postrzega już swoją rolę i w inny sposób odczytuje swoje miejsce w historii, co zdaniem McLuhana, pozwoliło na ukształtowanie człowieka renesansu. Przyjmując tę koncepcję nie możemy odmówić technologii zasadniczego wpływu na człowieka, prawda?

 

Idąc dalej tą drogą rozważań, od druku po iPada, dojdziemy przez epokę węgla i stali, pary i elektryczności do współczesnej nam epoki trzeciej rewolucji przemysłowej – rewolucji naukowo-technicznej, zbieramy ze sobą doświadczenie kolejnych pokoleń biorących udział w procesie globalizacji. Bo to o globalizację w tym ciągu wydarzeń chodzi, stąd ukuty termin „globalnej wioski”, opisujący współczesny świat informacji. Marshall McLuhan opisał nasz świat (w latach 60.) jako miejsce, w którym masowe media elektroniczne obalają bariery czasowe i przestrzenne, umożliwiając ludziom komunikację na masową skalę. Rozwój Internetu tylko tę diagnozę potwierdził. Jakie następstwa niesie globalizacja w przestrzeni medialnej? Jednym z nich jest upadek jednych, a rozwój innych form komunikowania. Tak jak druk wyparł epistolografię, i jak opisywał McLuhan, w początkowym okresie także przekaz ustny, tak Internet zastąpił nam w dużej mierze prasę drukowaną. Odmieniło to całkowicie proces produkcji informacji. Dziś nie czekamy już na newsa do jutra. To co wydarzyło się dziś, ma być przekazane już dziś. Mało tego, najlepiej natychmiast, z miejsca zdarzenia. Powoduje to, że coraz częściej do pracy dziennikarza zaprzęgana jest technologia mobilna. Umożliwia ona bowiem nadawanie i odbieranie informacji w dowolnym miejscu na świecie, pod warunkiem, że osiągalny jest tam sygnał GSM czy jest zapewniony dostęp do Internetu. A miejsc, w których tego dostępu nie ma, jest już coraz mniej. Niedługo, nie będzie ich wcale, bowiem ruszył projekt Elona Muska, prezesa Tesla Motors i SpaceX, który postanowił „usieciowić” cały glob, pokrywając Ziemię siecią bezpłatnego, lub bardzo taniego bezprzewodowego Internetu. Jak? Za pomocą znajdujących się na orbicie satelitów Starlink, które już są wysyłane w przestrzeń kosmiczną. To też doprowadzi do zmiany naszych zachowań. Jak podaje portal „wirtulanemedia.pl”, powołując się na raport „Media Consumption Forecasts”, opublikowany przez agencję mediową Zenith (Publicis Media), w 2019 roku ludzie na całym świecie spędzili średnio 800 godzin, czyli łącznie 33 dni, korzystając z mobilnego Internetu. Do 2021 roku światowa średnia wzrośnie do 930 godzin, czyli 39 dni rocznie. Gdy będziemy mieli wszędzie dostęp do Internetu, te statystyki zmienią się diametralnie.

 

Czy globalizacja ma wpływ na pracę redakcji? Zasadniczy. Przede wszystkim, o czym już wspomniałem, pada sprzedaż gazet drukowanych. Wiele treści przenosi się do Internetu, bo w Internecie jest coraz więcej dla tych treści odbiorców. Nie ma co się na to obrażać, tak jak nie obrażali się, mimo że próbowali, radiowcy w chwili powstania telewizji. Wówczas wydawało się, że telewizja wyprze radio, jednak jak się okazało obie formy przekazu treści znalazły swoich amatorów, chociaż telewizja więcej. Jednak trendy się odwracają. Najnowsze badania, przeprowadzone już podczas trwania pandemii koronawirusa wykazują, pisze o tym Kerry Flynn dla CNN Business, że największym wygranym stał się w tym okresie podcast. Czym jest podcast? Niczym innym jak elektronicznym dzieckiem tradycyjnego radia, czyli plikiem dźwiękowym, najczęściej w formie regularnych odcinków, opublikowanym w Internecie. Do popularyzacji podcastów przyczyniły się platformy streamingowe takie jak Spotify. I to właśnie Spotify zauważył, że okres pandemii sprzyjał rozwojowi tej formy przekazu, bowiem w samym tylko marcu wyprodukowano 150 000 nowych podcastów na tę platformę. Czy to nowe oblicze dziennikarstwa? Ależ tak. Po pierwsze rozwój podcastów zwiastuje zmianę funkcjonowania tradycyjnych stacji radiowych. Większość z nich i tak od lat nadaje swój sygnał w Internecie, jednak dziś rynek wymusza na nich dostosowanie się do nowych reguł i wejście na nowe platformy streamingowe z podcastami. A na tych platformach nie liczy się już w takim stopniu producent, liczy się treść. Odbiorca nie wybiera przez pryzmat loga stacji, ale przez pryzmat interesującego go tematu. Coraz mniejsze znaczenie ma też, czy podcast powstał w studiu radiowym, czy w domowym zaciszu, byle nie odbiegał jakością od przyjętych standardów.

 

Tu dochodzimy do kolejnej, niemniej istotnej kwestii. Jak będą wyglądały współczesne newsroomy? Skoro coraz więcej treści powstaje w warunkach, nazwijmy to partyzanckich, social media przepełnione są treściami produkowanymi w domach za pomocą ogólnie dostępnych komunikatorów, to czy jest potrzeba utrzymywania tradycyjnych redakcji? Dyskusja na ten temat trwa nie od dziś i wiele redakcji decyduje się na współpracę z dziennikarzami wypełniającymi swoje obowiązki spoza miejsca lokalizacji macierzystego zespołu, jednak dotychczas dotyczyło to częściej korespondentów terenowych bądź publicystów, pracujących w nieco innych warunkach niż dziennikarze prasy codziennej. Pandemia wymusiła jednak zmiany i w tych ostatnich.

 

Jak donosi portal wirtualnemedia.pl, „Gazeta Wyborcza” przymierza się do zmiany modelu funkcjonowania swojej redakcji, w wyniku czego o 40 proc. zmniejszona ma zostać przestrzeń redakcyjna.

 

Cały newsroom, liczący ponad 30 osób, w ciągu jednego dnia przestawił się na pracę zdalną. Codziennie na Slacku i Microsoft Teams odbywają się minimum cztery odprawy i kolegia. Podobnie pracują redakcje Sport.pl czy Plotek.pl – mówiła pod koniec marca Wirtualnymmediom rzecznik prasowa Agory Agata Staniszewska.

 

Model się sprawdził, zapewne koszty funkcjonowania redakcji spadły, zatem pojawił się pomysł pozostawienia tego rozwiązania na dłużej. Co to oznacza? Przede wszystkim wydaje się, że pandemia przyspieszyła proces, który i tak był nieunikniony. Dzięki nagłemu lockdownowi należało przetestować na szerszą skalę w branży medialnej rozwiązania, które w biznesie, ale i w mediach znane są od lat. Po drugie, zapewne w ślady Agory pójdą wkrótce kolejni wydawcy, którzy wprowadzą podobne zmiany u siebie. Dziennikarze zaczną pracować w dużej mierze w domach. Dzięki temu pracodawca przerzuci część kosztów na pracownika, który sam sobie zapłaci za media w domu, w zamian uelastyczniając mu czas pracy. Po trzecie urealnione zostaną potrzeby pracodawcy. Honorarium dotyczyć będzie rzeczywiście wykonanej pracy, a nie czasu przesiedzianego w ciągu miesiąca w redakcji. Okaże się, kto i co faktycznie „produkuje” w ciągu dnia. Podpisanie listy obecności oraz snucie się po korytarzach przestanie być elementem uwiarygadniającym obecność pracownika. W pracy zdalnej liczy się realna praca i jej efekt. Mniejsze znaczenie ma czas spędzony nad zleconym zadaniem.

 

Czy to dobry model? Czas pokaże, ale wydaje się, że nie ma potrzeby na starcie się go obawiać. Jak pokazuje historia, modele komunikacji zmieniają się wraz z rozwojem technologii, i dziś nie ma potrzeby pisać ręcznie listu by wysłać go konnym dyliżansem do adresata, gdy można napisać maila ze smartfonu, mocząc nogi w jeziorze. Skoro można napisać artykuł pracując w domu, lub zmontować newsa na służbowym laptopie, to po co wypalać paliwo, by pokazać się w redakcji. Można przecież pokazać się za pomocą licznych aplikacji, umożliwiających wideokonferencje, a zaoszczędzony czas poświęcić na rozwój osobisty lub rodzinie. Technologia wbrew pozorom służy ułatwieniu, a nie utrudnieniu nam życia, więc korzystajmy z niej. Oczywiście z umiarem.

 

Wojciech Pokora

Pisanie na Berdyczów – ŁUKASZ WARZECHA o dostępie dziennikarzy do informacji publicznej

Mógłbym nawet uznać, że znaczna część historii o braku dostępu dziennikarzy do informacji, opisanych w ostatnim wydaniu miesięcznika „Press”, to nadinterpretacje osób związanych z tak jednoznacznie antyrządowymi tytułami jak „Gazeta Wyborcza” czy OKO Press. A jednak w tekście swoje doświadczenia przedstawiają również przedstawiciele mediów o znacznie bardziej zrównoważonym podejściu, a przede wszystkim reprezentanci organizacji pozarządowych, do których mam zaufanie: Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska oraz Fundacji Panoptykon. Obraz wyłania się z tych opowieści fatalny: instytucje udzielają odpowiedzi ostentacyjnie bezczelnych lub bezprzedmiotowych, podważają interes publiczny, w którym występuje dziennikarz, przeciągają terminy, odmawiają odpowiedzi – i wszystko to dotyczy głównie mediów spoza rządowego obozu. Te ostatnie nie skarżą się na brak odpowiedzi na pytania zadawane instytucjom i podmiotom publicznym, ale to żadne zaskoczenie: one pytań po prostu nie zadają, a bardzo często pracują na gotowcach, które z tych miejsc dostają. Taka jest rzeczywistość polskich mediów 2020 r.

 

Moje własne doświadczenia z zadawaniem pytań instytucjom są znacznie uboższe niż w przypadku dziennikarzy, zajmujących się sprawami bieżącymi. Ale również są zniechęcające. Swego czasu dociekałem na przykład, w jaki sposób Orlen „wziął na siebie” opłatę emisyjną, czyli nowy podatek doliczany do paliwa, obowiązujący od stycznia 2019 r. Owo „wzięcie na siebie” opłaty obiecywał publicznie przed jej wejściem w życie prezes koncernu Daniel Obajtek. To nie było ogólne pytanie, lecz seria pytań bardzo konkretnych. Odpowiedź, która była skrajnie ogólnikowa i wymijająca, dostałem dopiero po dwukrotnym upomnieniu działu prasowego spółki. Po czym dotarł do mnie nieoficjalny sygnał, że Orlenu w ogóle lepiej w tej sprawie nie indagować.

 

Kiedy w trakcie lockdownu pytałem Ministerstwo Zdrowia o to, kto dokładnie pracuje nad modelami epidemicznymi, którymi posługuje się minister Łukasz Szumowski, odpowiedź dostałem wprawdzie szybko, ale znów niczego ona nie wnosiła i była całkowicie niekonkretna.

 

Identyczna sytuacja miała miejsce, gdy do MSWiA skierowałem bardzo precyzyjne pytania, dotyczące uzasadnienia wydania rozporządzenia o zakazie noszenia i przemieszczania broni 11 listopada ubiegłego roku. Odpowiedź przyszła szybko, ale była jak w starym dowcipie o kontrolerze w autobusie:

 

– Bileciki.

– Trąbka.

– Bileciki!

– Trąbka!

– Jaka trąbka?

– Jakie bileciki?

 

Czyli, tłumacząc z ministerialnego na polski: spadaj pan na drzewo.

 

Wypowiadający się w „Press” twierdzą, że jest dziś znacznie gorzej niż przed 2015 r. Nie mam powodu nie wierzyć, bo potwierdzają to statystyki wspomnianych NGO-sów, ale i z tamtego czasu pamiętam, jak MSZ odmówiło mi odpowiedzi na pytanie, ile zgarnęli Jakub WojewódzkiKrzysztof Materna za napisanie scenariusza koncertu z okazji przejęcia przez Polskę prezydencji w UE w 2011 r. tłumacząc, że to umowa z prywatnymi podmiotami. Nic to, że opłacana z publicznej kasy.

 

Moje doświadczenie nie jest tak ekstremalne jak w przypadku niektórych kolegów, ale w sumie podobne. Przywykłem do tego, że pytania do instytucji kieruję nie po to, żeby dostać wyczerpującą odpowiedź, bo na to właściwie już nie liczę, ale żeby pokazać moim czytelnikom, w jaki sposób urzędy lub inne podmioty wykręcają się i jak traktują nie tyle dziennikarza, co za jego pośrednictwem – jego odbiorców.

 

Z tekstu w „Press” wyłania się problem systemowy i to już nie jest powód do śmiechu, lecz do poważnego zaniepokojenia. Dostęp do informacji publicznej jest jednym z podstawowych warunków dobrego funkcjonowania demokracji. Żadna instytucja ani podmiot publiczny nie robi dziennikarzowi łaski, odpowiadając na pytania. I nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, dla jakiego medium ten dziennikarz pracuje oraz jaki jest stosunek tego medium do aktualnej władzy. To przecież przedstawiciele obozu rządzącego wielokrotnie stwierdzali w odpowiedzi na uwagi o nadmiernych uprawnieniach służb, że „uczciwy nie ma się czego bać”. Przy czym ten frazes jest fałszywym usprawiedliwieniem łapczywości państwa w zaciąganiu informacji o obywatelach, natomiast faktycznie powinien działać w drugą stronę. Nie ma tu bowiem równowagi: obywatel jest słabszy niż aparat państwa, a jawność i dostęp do informacji publicznej jest jedną z form obrony przed opresją. Również przed ochotą do nadmiernej i bezzasadnej inwigilacji.

 

Problem w tym, że bardzo łatwo pokazywać Ustawę o dostępie do informacji publicznej jako dowód na to, że w Polsce pod tym względem wszystko gra, znacznie trudniej natomiast środowisku dziennikarskiemu wykazać, że z dostępem do tejże informacji w realnym świecie jest systemowy problem. To powinno być zadanie dla organizacji dziennikarskich i dobrym pomysłem wydawałoby się stworzenie na ten temat raportu.

 

 

Przy okazji zaś warto zauważyć, że ten akurat czynnik nie jest uwzględniany w wielokrotnie krytykowanym wskaźniku wolności mediów, sporządzanym przez Reporterów bez Granic. Owszem, w kwestionariuszu będącym podstawą uszeregowania krajów, są pytania o formalne gwarancje dostępu do informacji, ale nie o ich praktyczną realizację.

 

Łukasz Warzecha

Czy reportażu można się nauczyć? – fragment książki MARKA MILLERA

Coraz więcej szkół dziennikarskich w Polsce i ani jednego podręcznika. Od kogo i czego uczyć się w czasach przełomu i transformacji? Uważam, że po pierwsze, prosto od krowy, a po drugie, od tych, którzy najistotniej i najgłębiej. Czy po Pruszyńskim i Wańkowiczu to nie oni przejęli sztafetę tego, co w polskim reportażu społeczne i artystyczne zarazem – czyli tego, co najważniejsze? – pisze Marek Miller we wstępie do swojej książki „Ryszard Kapuściński, Krzysztof Kąkolewski, Hanna Krall. Polska szkoła reportażu”.

 

W Laboratorium Reportażu na Uniwersytecie Warszawskim prowadzę doświadczenia w zespołowej pracy nad tekstem. Uważamy, że coś nowego można powiedzieć pracując w grupie – tak jak w naukach ścisłych, przyrodniczych. Powstawanie takiego tekstu bardziej przypomina reżyserię niż tradycyjne pisanie. Przykładem eksperymentu jest również ta książka. Najpierw przez 2 lata grupy studenckie zbierały materiał wyjściowy: wywiady (prasa, radio, telewizja, Internet) i teksty naszych bohaterów. Kiedy etap ten został zakończony, zaprosiłem do współpracy Anię Fidecką -Wojciechowską, Martę Sieciechowicz i Jacka Antczaka. Ania zajęła się tekstami Ryszarda Kapuścińskiego, Marta – tekstami Krzysztofa Kąkolewskiego, Jacek zaś – tekstami Hanny Krall. To oni opracowywali wstępnie materiał, uzupełniając go przeprowadzonymi przez siebie wywiadami.

 

KRZYSZTOF KĄKOLEWSKI

 

Co to znaczy mieć talent do reportażu? [1]

 

To jest wieczna tajemnica. Wiąże się to z Melchiorem Wańkowiczem, z pewną dyskusją między nami. Doprowadziłem do złości mistrza, kiedy powiedziałem, że talent to jest postanowienie sobie, że jest się utalentowanym. Wiąże się to też z moim ówczesnym skrajnym woluntaryzmem. Twierdziłem, że ludzie sami siebie wybierają. Przykładowo: jeżeli przychodzą na seminarium z reportażu, to już ci szczególnie utalentowani do krawiectwa czy szewstwa poszli do szkół krawieckich bądź szewskich przeczuwając, że lepiej będzie im się kroił materiał niż teksty i karteczki. Natomiast ci, którzy niejasno przeczuwają, że coś w nich tkwi, że mogą pisać, przyszli na seminarium z reportażu. To jest pewien stan potencjalny. Nie należy nigdy uważać talentu za coś, co zostało nam dane raz do końca życia. Przeciwnie, należy to wyzwalać w sobie i wtedy okaże się, co było w nas naprawdę. Jeżeli nie wyzwoli się w sobie tego tajemniczego demona, to będzie się kimś, kim miało się nie być, czyli kimś takim, kto sobie tylko żyje.

 

Czy można zatem mówić o talencie reporterskim? [2]

 

Sprawa talentu to zagadka, której rozwiązanie jest każdorazowo zupełnie inne. Obserwując ludzi utalentowanych doszedłem do wniosku, że talent to jest wysiłek podjęty przez jednostkę w celu odszukania tego, co jest jej talentem. Pozornie ta rzecz jest dana, ale niejednokrotnie trzeba wędrować całe życie, żeby ją odnaleźć. Większość ludzi umiera nigdy nie dowiedziawszy się swojego przeznaczenia.

 

(…)

 

Na czym, w Pana przypadku, zasadza się relacja uczeń – nauczyciel, uczeń – mistrz? [3]

 

Muszą być uczniowie, żeby zaistniał nauczyciel. Zawsze mówię, że wybrani to ci, którzy wybrali sami siebie. Rzeczą nauczyciela jest:  1. nie szkodzić; 2. stworzyć atmosferę, w której ci ludzie poczuliby się wolni wzajemnie od swojego ciężaru – a więc w żadnym wypadku „grupy” czy „pokolenia”; 3. by krytyka, którą stosują wobec siebie wzajemnie, wynikała z pobudek idealistycznych, czyli pragnienia doskonalenia.

 

Ale Pan przecież musi ich w jakimś sensie krytykować.[4]

 

Nie jestem krytykiem, raczej nauczycielem rzemiosła i w trakcie tego nauczania sam się uczę. Literatura faktu, która uzależniona jest od materiału wydobywanego z życia, wymaga pewnych specyficznych technik, które dotąd są właściwie nieznane i same w sobie są fascynujące.

 

(…)

 

Czym jest dla Pana praca na uczelni? [5]

 

Twórcy, w szczególności pisarze, nie mówią o twórczości. Z Wańkowiczem poza pracą nad książką rozmawiałem chyba raz na ten temat, ze Stanisławem Dygatem pół raza. Marian Brandys mówi o tym, o czym pisze, ale nie jak pisze. Także z jego bratem Kazimierzem poruszanie spraw zawodowych wydawałoby mi się prymitywizmem. Jedynie na seminarium z twórczości można bez zawstydzenia, a także nie bezcelowo analizować sztukę tworzenia. Tematy, które przynoszą studenci, w większości są wspaniałe, wręcz fantastyczne. Brakuje im tylko tego, co Arystoteles nazwał techne poetike, więc kwestie techniczne wysuwają się jako główny przedmiot seminarium. Poza tym grupa studencka jest źródłem informacji i wiedzy dla mnie. Wmawiam im, że ich uczę, a to ja jestem uczniem.

 

Podobno zaprasza Pan studentów do swojego domu w Suchedniowie. Jak wyglądają te wizyty? [6]

 

Miałem z tego powodu wielkie nieprzyjemności, bo zaprosiłem ich w stanie wojennym i ledwie mnie wybronili, bo okazało się, że nie wolno było prowadzić zajęć poza salą wykładową. Wizyty mają pewne stałe punkty. Niezależnie od obiadu zwiedzamy pozostałości bunkra Jana Piwnika „Ponurego” – to jest ok. 15 km w obie strony. Drugi, krótszy spacer, to trasa śladami Gustawa Herlinga–Grudzińskiego, czyli okolice, które wspomina w „Innym świecie”, m.in. miejsce, gdzie stał jego dwór, który został zburzony w okresie PRL-u. Nasze rodziny znały się przed wojną.

 

Dlaczego do tej pory nie napisał Pan podręcznika reportażu? [7]

 

Szkoda czasu na takie rzeczy. Opracowałem natomiast hasło „reportaż” w „Słowniku Literatury Polskiej XX wieku” – to wystarczy.

 

Czy zaleca Pan studentom swoje książki do czytania? [8]

 

Nigdy!

 

Czy stworzył Pan szkołę Kąkolewskiego? [9]

 

Nie, dlatego że zadaniem nauczyciela jest tylko uświadomienie uczniom ich możliwości. Dopiero odrzucając to, co zrobił nauczyciel i wchodząc na własną drogę, okazują mu szacunek i udowadniają, że nie zawiedli jego oczekiwań. Wszelka wtórność byłaby dla mnie ciężkim zarzutem. Nie widzę nikogo, kto by powtarzał coś po mnie. Jeśli coś takiego zauważam, to przede wszystkim u ludzi, których nawet nie znam osobiście.

 

(…)

 

Na czym polega Pana stosunek do Melchiora Wańkowicza jako do mistrza? Czego się Pan od niego nauczył? [10]

 

Otrzymałem od niego coś najważniejszego – otuchę. Słowo dziś rzadko używane. Wańkowicz miał dwie rzeczy, które wystarczały, żeby się nim interesować. Miał ogromny talent, wspaniale pisał, a poza tym miał niezwykłe życie, pełne oddania najważniejszej rzeczy, czyli pisarstwu i zarazem bardzo czyste i uczciwe. Bardzo dużo skorzystałem na znajomości z nim, ale nie pod względem pisarskim, bo on odcinał się od tego, co ja piszę, mówiąc, że on to nie bardzo rozumie i nie bardzo lubi, ale jednak wyświadczył mi ten zaszczyt i pisywał o mnie. Nigdy bym nie szedł za nim, zresztą za nim nie można było iść. (…).

 

HANNA KRALL

 

Kto jest dla Pani mistrzem reportażu? [11]

 

Nie mam mistrzów. Profesorowie, z którymi zetknęłam się na studiach, nie byli moimi mistrzami. Na uniwersytecie uczył mnie Marian Brandys. Podziwiałam go, ale nie chciałam naśladować. Kiedy oceniał mój tekst, najczęściej nie zgadzałam się z jego opiniami. Po latach przyznawał się do mnie i mówił: „Ja ją uczyłem, a ona mi dawała szkołę”. Mimo to, jeśli komuś coś zawdzięczam, to jednak Brandysowi. Jako wykładowca na studiach tępił bezlitośnie pretensjonalność.

 

U niego napisała Pani pierwszy reportaż? [12]

 

Tak, na seminarium reportażu, które prowadził. Po przeczytaniu książki „Ulica ubogich kochanków” Pratoliniego napisałam reportaż zatytułowany „Podwórko ulicy Targowej”.

 

To było Pani własne podwórko. Dlaczego je pani wybrała na pierwszy reportaż?[13]

 

Dla reportera to świetne miejsce – podwórka między Dworcem Wschodnim a bazarem Różyckiego. To taki włoski neorealizm. Bohaterką mojego reportażu „Życie” (w „Tam już nie ma żadnej rzeki”) jest Jasia, która handlowała na bazarze. Nie musiała dużo mówić, wszystko było mi doskonale znane. Kiedy mówiła, że stała z lodami przy księgarni Goebethnera i Wolffa, natychmiast zobaczyłam to miejsce. Kupowałam tam używane książki.

 

Jaki był ten Pani pierwszy reportaż? [14]

 

Ileż w nim było formalnych zawijasów! Zabawy z formą były kuszące, a ja łatwo im ulegałam. Brandys uważał, że przesadzam, nieustannie mnie krytykował, powtarzając, że prostota jest formą najlepszą. „Koleżanko – mówił – niech koleżanka mi wierzy, te sztuczki formalne zestarzeją się, a prostota będzie zawsze”.

 

Pani teksty nie były proste? [15]

 

Pierwsze reportaże były bardzo kunsztowne i Brandys to zwalczał. Kiedyś leżał w szpitalu i przysłał nam na seminarium nasze teksty ze swoimi uwagami – o moim były miażdżące. Poszłam do szpitala. Była u niego żona – Halina Mikołajska. Wyjmowała pięknymi rękami jabłka z ohydnej, szarej torebki, a ja niecierpliwie czekałam, kiedy wreszcie sobie pójdzie i będę mogła poważnie porozmawiać. Miałam 19 lat, miałam rację i musiałam mu to powiedzieć! Poszłam do profesora, do szpitala, sprzeczać się o tekst – mnie samej nie mieści się to dzisiaj w głowie.

 

Pani sprzeczała się z profesorem? [16]

 

On bardzo grzecznie tłumaczył, że trzeba pisać prościej. A ja bardzo grzecznie mówiłam, że prostota jest śmiertelnie nudna.

 

Przekonał Panią? [17]

 

Tak, 30 lat później. Pracując w „Polityce”, na pewno nie pisałam ascetycznie. Zmitygowałam się, gdy zaczęłam pisać żydowsko–polsko-niemieckie historie zaczepione o wojnę – same wołały o prostotę. Wszystko nadal dawałam do czytania Marianowi Brandysowi – już w maszynopisie. Stąd dedykacje: „Po przeczytaniu maszynopisu twojej ostatniej książki (oby jak najszybciej się ukazała w druku), powiedziałem ci już…” itd. Kiedy przeczytał „Taniec na cudzym weselu”, napisał: „Książka jest dobra. Czytałem ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Odnalazłaś swój najlepszy styl”. Prowadziliśmy długie rozmowy o tym, co jest moim najlepszym, a co najgorszym stylem. Do końca życia był moim nauczycielem.

 

(…)

 

Reportażu rzeczywiście można wyuczyć? [18]

 

Musiałabym sama wybrać ludzi, którzy mają predyspozycje – ciekawość i słuch. Tak, jestem w stanie w ciągu roku nauczyć ich pisania reportaży.

 

Jak wyglądało takie „wyuczanie” Szczygła, Tochmana, Górnego i całej grupy reporterów z „Gazety Wyborczej”? [19]

 

Dwa razy w tygodniu byłam do ich dyspozycji w redakcji. Przynosili mi teksty. Poprawiałam je, tak jak uważałam za stosowne, a potem czytaliśmy na głos obie wersje – oryginał i moją zmienioną. Mam nadzieję, że nie narzucałam im własnego stylu. Proponowałam im inne brzmienie, inny rytm, inną formułę tego samego tekstu. Myślałam przy tym, żeby nie narzucać im swojego sposobu pisania – to już było trudne. Przestrzegałam przed tym, mówiłam, że proponuję nie moją prywatną wersję, tylko dostosowaną do ich sposobu widzenia i słyszenia.

 

(…)

 

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI

 

Hanna Krall powiedziała, że w rok jest w stanie nauczyć pisania reportażu. Czy Pana zdaniem możliwe jest w ogóle nauczenie reportażu? [20]

 

Nie miałem na ten temat sprecyzowanego stanowiska, dopóki w połowie lat 80. uniwersytet w Filadelfii nie zaprosił mnie na coś, co oni nazywają „nauką pisania”. Dostałem wtedy grupę 15 młodych amerykańskich pisarzy, poetów, reporterów, eseistów i stwierdziłem, że takie warsztaty są bardzo pożyteczne pod warunkiem, że zrobimy zastrzeżenia. Po pierwsze – problem talentu – tego nauczyć się nie da. Po drugie – nie każdy ze względów życiowych może kontynuować ten typ zawodu. Ale jeśli ktoś ma predyspozycje, zdolność literacką, wolę i ambicję – to warsztaty są niesłychanie pomocne w kształtowaniu się przyszłego reportera.

 

Na czym polega wartość takich zajęć, podczas których uczniowie obcują nie z typowym wykładowcą-teoretykiem, ale z praktykiem?[21]

 

Po pierwsze w każdym nauczaniu istnieje ten nieoceniony mechanizm wywodzący się ze starożytności, przekazywania nauk mistrza uczniowi. To jest dokładnie to, co znaczy słowo „upaniszady” – czyli, że się siedzi blisko mistrza i słucha. Po drugie student koncentruje się na problematyce warsztatu. Ta koncentracja dokonuje się w czasie zajęć. Poza tym ludzie po prostu poznają się, zawierają znajomości. Bardzo istotny jest ten osobisty kontakt, praca w grupie. Coś, co w psychologii nazywa się synergią, przenikaniem energetycznym.

 

Czy podziela Pan zdanie, że można nauczyć reportażu przez styk z rzeczywistymi osobowościami, które już to robią? [22]

 

Tylko, bo taki jest duch sztuki. Rzemiosła nie można się inaczej nauczyć, jak przy mistrzu. To jest szkoła obcowania. Obcowanie z takim człowiekiem jest więcej warte niż rok nauki. Myślę, że ogromna wiedza jest faktycznie nieprzekazywalna w tekstach, na kasecie, w wywiadzie TV. Fluidy są strasznie ważne, a przechodzenie fluidów jest możliwe tylko przez kontakt bezpośredni.

 

(…)

 

Czy istnieje podręcznik, który poleciłby Pan adeptom dziennikarstwa? [23]

 

Taka książka w ogóle nie istnieje. Jest co prawda na świecie bardzo dużo antologii reportażu, ale żaden z nich nie jest podręcznikiem. Istotą rzeczy jest umiejętność czytania i jednoczesnego podpatrywania warsztatu mistrzów, jak on to zrobił, jak pisał. Wtedy czyta się jedną stronę piętnaście razy, wraca się wielokroć do danej sceny. Pod tym względem każda dobra proza jest szkołą reportażu. Można sięgnąć po Balzaca, Goethego, Stendhala i od nich się uczyć. Moim marzeniem jest, by ktoś wreszcie napisał historię literatury polskiej reportażu, bo prawie wszyscy pisarze mają w swoim dorobku książki reporterskie. Najlepszym przykładem jest Kuncewiczowa, która napisała kilka wspaniałych reportaży, a liczy się wyłącznie jako autorka „Cudzoziemki”.

 

Marek Miller, współpraca: Jacek Antczak, Anna Fidecka-Wojciechowska, Marta Sieciechowicz

 

[1]              Kruszewscy Grażyna i Grzegorz, wywiad z filmu „Pracownia Reportażu przedstawia: Krzysztof Kąkolewski”, Łódź 1987.

[2]              Woźniak Marzena, „W głębi duszy”, „Czas” 1979.

[3]              Stanisławczyk Barbara, „Kąkolewski bez litości”, Miniatura, Kraków 1994.

[4]              Zieliński Marek, „Łyk reportażu”, „Nowe Książki”, 1975, nr 13.

[5]              Stanisławczyk Barbara, „Kąkolewski bez litości”, Miniatura, Kraków 1994.

[6]              Sieciechowicz Marta, wywiad przeprowadzony na potrzeby książki, 2003.

[7]              Ibidem.

[8]              Ibidem.

[9]              Stanisławczyk Barbara, „Kąkolewski bez litości”, Miniatura, Kraków 1994.

[10]            Ibidem.

[11]            Kazimierczak Monika, „Mistrz i czeladnik”, „Press” 2000, nr 4.

[12]            Zaworski Kamil, „Duchy i ludzie”, „Dziennik Bałtycki” 1999, nr 95 (pytanie redakcji).

[13]            Grzela Remigiusz, „Wsłuchuję się w świat”, „Literatura” 1999, nr 1 (pytanie redakcji).

[14]            Zaworski Kamil, „Duchy i ludzie”, „Dziennik Bałtycki” 1999, nr 95 (pytanie redakcji).

[15]            Krajewska Aldona, „Życie jest cudowne”, „Marie Claire” 2000, nr 1 (pytanie redakcji).

[16]            Krajewska Aldona, „Życie jest cudowne”, „Marie Claire” 2000, nr 1.

[17]            Łopieńska Barbara, „O książkach grubych i cienkich”, „Res Publica Nowa” 1995, nr 2.

[18]            Korzeniowska Grażyna, „Reportażu wyuczam”, „Przemiany” 1989, nr 11.

[19]            Antczak Jacek, wywiad przeprowadzony na potrzeby książki, 2003.

[20]            Ibidem.

[21]             Masłoń Krzysztof, „Reporter Herodot”, „Rzeczpospolita” 7.11.2002 (pytanie redakcji).

[22]            Miller Marek, wywiad niepublikowany, 1994.

[23]            Ibidem.

 

Wolność słowa a swoboda ocen – analiza ANDRZEJA T. KIJOWSKIEGO

Publikowane przez  międzynarodowe organizacje obywatelskie:  Reporterów bez granic (RBG) czy Freedom House (FH) poczynając od roku 2017 raporty i ogłaszane rankingi  na temat zagrożeń pluralizmu i wolności słowa w Polsce nie spełniają elementarnych wymogów  oczekiwanych od tego typu opracowań. 

 

Dotyczy to także ogłoszonych w lutym 2020 r. zdecydowanie tendencyjnych wniosków wyciągniętych przez Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka Misji Obserwacyjnej Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) z polskich  Wyborów Parlamentarnych 2019.

 

Powodem zafałszowania jest niereprezentatywny, a w wypadku RGBOBWE dodatkowo utajniony, dobór autorów i respondentów udzielających informacje zewnętrznym obserwatorom. Wskazują już na to oburzeni niesprawiedliwą oceną panującej w Polsce autentycznej wolności słowa  liczni polscy publicyści [1]

 

 

Obserwatorzy

 

Problem stał się przedmiotem uwagi rodzących się wreszcie w Polsce już nie fasadowych organizacji faktycznie pozarządowych, a to znaczy niezależnych finansowo i organizacyjnie, utrzymywanych jedynie przez wolontariuszy i transparentne dotacje czy darowizny pozyskiwane w drodze dobrowolnych wpłat darczyńców. Rodząca się sfera organizacji pozarządowych (NGO) staje nareszcie wolna od wpływu zarówno polskiego rządu, jak i lobby finansowych, z których płyną dofinansowania dla  dominujących na polskiej scenie NGO fundacji sponsorowanych z międzynarodowych źródeł. I to takie organizacje jak np. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Fundacja Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom czy Instytut Kultury Prawnej Ordo Juris, ich obywatelskie zaangażowanie w obronę wolności słowa i dobrego imienia Polski, skłaniają do napiętnowania tych rodzimych informatorów i zagranicznych komentatorów, którzy w imię obcych interesów szkalują naszą Ojczyznę.

 

W odróżnienia  bowiem od FH, które  deklaruje, że jej zarząd jednomyślnie podziela pogląd, iż amerykańskie przywództwo na arenie międzynarodowej ma zasadnicze znaczenie dla sprawy praw człowieka i wolności  My Naród czyli Polacy, doceniając wkład USA w odzyskanie  przez nasz kraj niepodległości, wiemy, że państwo niepodległe  prawdziwie, to takie którego władze nie uznają żadnego światowego przywództwa.

 

Nie można tego powiedzieć o osobach potraktowanych jako źródła szkalujących Polskę  informacji, które powstają w jednym kręgu politycznym, ideologicznym i towarzyskim osób związanych z ekipą poprzedniej władzy.[2]

 

Opinie wyartykułowane w roku 2017 przez Annabelle Chapman, autorkę  specjalnego  Raportu o zagrożeniach dla pluralizmu mediów w Polsce[3] oraz sprawozdawców sytuacji polskiej w światowych rankingach:  Piotra Araka i Andrzeja Bobińskiego w roku 2017, Annę Wójcik w 2018 i w 2020 r. wraz z  Miłoszem  Wiatrowskim[4] są osadzone w ich – czy raczej sponsorujących te badania instytucji – ultraliberalnych przekonaniach. Opowiadają się więc po jednej stronie dostrzegalnego także w Parlamencie Europejskim sporu politycznego.

 

Autorzy rzutujących na dalsze oceny raportów dla FH demonstrują deprecjonujący ich opracowania brak wiedzy merytorycznej. Było to wielokrotnie podnoszone podczas konferencji nt. wolności słowa organizowanych w latach 2018 i 2019  przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP).

 

Skoro z pisanego  na polityczne zamówienia raportu  A. Chapman z roku 2017 można się  było dowiedzieć, że w Polsce istnieją tylko dwie, a nie cztery znaczące organizacje dziennikarskie: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (1700 członków) i Towarzystwo Dziennikarskie (66 osób) pominięto zaś  w ogóle Stowarzyszenie Dziennikarzy RP (około 1000 członków) czy liczące około 600 członków  Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy trudno się dziwić, że w roku 2020 opinię międzynarodową kształtują już tylko ludzie z towarzyskiego kręgu 66 dziennikarzy skupionych wokół koncernu Agora Gazety Wyborczej.

 

Ignorowani

 

Głosu SDP największej polskiej organizacja dziennikarskiej ani oświadczeń Centrum Monitoringu Wolności Prasy (CMWP SDP) nie słyszą raportujący z Polski urzędnicy bez dziennikarskich  nazwisk. Lekceważone są też krytyczne oceny  rankingów fundowanych Polakom przez RBG czy FH wygłaszane przez polskie środowiskowe autorytety.  Wśród oponentów są bardzo liczni, niekoniecznie bezkrytycznie życzliwi rządom PiS, znani publicyści: od  Bogusława Chraboty, Witolda Gadowskiego, Marcina Roli po Bronisława Wildsteina czy Rafała Ziemkiewicza kończąc na francuskim korespondencie  Bernardzie Margueritte (od pół wieku związanym  z Polską), który 11 czerwca 2018 r. podczas konferencji Media jako służba publiczna zorganizowanej w siedzibie SDP mówił: Nurtuje mnie jedna kwestia: dlaczego międzynarodowa opinia publiczna w minionym okresie, gdy 80 proc. banków i mediów należało do kapitału zagranicznego, gdy Polska przyjęła rolę wasala Brukseli i międzynarodowej finansjery, zagraniczne media nie szczędziły słów uwielbienia. A teraz, gdy Polska odrzuca rolę wasala i politykę neoliberalną, gdy zaczyna bronić ideałów solidarności i sprawiedliwości społecznej, to jest potępiana na Zachodzie.

 

Opublikowany w 2017 r. przez Freedom House szczegółowy acz w najwyższym stopniu tendencyjny Raport, skutkujący w następnych latach,  stopniowym obniżaniem  oceny stanu wolności mediów państwa polskiego, aż po rok 2020 gdy ogłoszono, iż  Polska odpadła z kategorii „Skonsolidowanych  Demokracji” i stała się „Demokracją półskonsolidowaną”, to poważny ale bardzo niebezpieczny  dokument polityczny. Kompromituje on zasłużoną organizację i może mieć skutki odwrotne od zamierzonych.

 

Kontrolowani

 

Warto wskazać, że w tej ogólnej ocenie nie wzięto w ogóle pod uwagę swobody i bogactwa polskiej sieciowej domeny publicznej pomijając nasz kraj w rankingu[5] ze względu na rzekomy brak danych. Niemcy zaś, mimo zdecydowanie restrykcyjnej  Ustawy sieciowej nakazującej  operatorom eliminowanie „mowy nienawiści” oceniane są jako kraj, w którym swoboda tego  najważniejszego  dzisiaj nośnika wolnego słowa – niezagrożonego w Polsce przez jakiekolwiek regulacje – uznana  została  przez Freedom House za w pełni satysfakcjonującą.

 

13 maja 2020 r. pod osłoną związanego z tzw. pandemią powszechnego zakazu zgromadzeń na wniosek Letycji Avii – zakorzenionej w Senegalu hebanowej deputowanej Francji z podparyskich przedmieść – ustanowiono prawo skierowane przeciwko tzw. mowie nienawiści w cyberprzestrzeni. Tego dnia w Ojczyźnie Diderota i Rousseau została zniesiona wolność  słowa. Od lipca 2020 r. platformy internetowe we Francji podobnie jak od stycznia 2019 r. w Niemczech narażone być mogą na poprzedzające wyroki sądowe abstrakcyjnie wysokie kary za nie stosowanie cenzury wobec treści sygnalizowanych jako niepoprawne politycznie.[6]

 

W tym kontekście zaniżone oceny polskich swobód  to coś więcej niż błąd. To polityczna prowokacja!  Władza – każda demokratyczna władza ! – dąży do jej zachowania. Przed nadużyciami może rządzących powstrzymać tylko wzgląd na wyborców oraz respekt dla  obiektywnej opinii międzynarodowej i związanymi z nią potencjalnie różnorodnymi sankcjami.

 

– Skoro jednak szacunek dla wolności mediów obraca się przeciw rządzącym Polską,  jaki sens jej przestrzegać, szczególnie wobec osób otwarcie atakujących naszą niepodległość ?  Może zapytać prący do władzy  polityk.  I tak,  fałszywa narracja o naruszeniach demokratycznych swobód może się stać … samospełniającą przepowiednią.

 


Zastrzeżenie

Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.


 

 

  Tekst ukazał się w 3(137)/2020 numerze „Forum Dziennikarzy”. Całe wydanie do pobrania TUTAJ.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] Artur Stopka, Polska na indeksie. Rzecz o wolności słowa. https://sdp.pl/polska-na-indeksie-rzecz-o-wolnosci-slowa-analiza-ks-artura-stopki/. Sławomir Jastrzębowski,  Panie! Ale czy to jest skandal? https://sdp.pl/panie-ale-czy-to-jest-skandal-felieton-slawomira-jastrzebowskiego/. Tadeusz Płużański, Jaka gazeta taki ranking  https://sdp.pl/jaka-gazeta-taki-ranking-komentarz-tadeusza-pluzanskiego/. Wojciech Pokora, Paranoje ankietowanych (https://sdp.pl/paranoje-ankietowanych-wojciech-pokora-o-rankingu-reporterow-bez-granic/).

 

[2] Wojciech Biedroń, Autorzy krytycznego raportu FH, to współpracownicy Agory, wPolityce.pl, 7 maj 2020, https://wpolityce.pl/polityka/499157-autorzy-krytycznego-raportu-fh-to-wspolpracownicy-agory

 

[3] Annabella Chapman,  Pluralizm mediów w Polsce zagrożony. Freedom House 2017.

 

[4] Poland: Anna Wójcik, coordinator at the Wiktor Osiatyński Archive, a rule-of-law monitoring initiative, and is cofounder of an English-language resource on rule of law in Poland (ruleoflaw.pl). Miłosz Wiatrowski, PhD candidate in contemporary Polish history at Yale University and a researcher working at Polityka Insight.

 

[5] FREEDOM ON THE NET 2019, The Crisis of Social Media. Freedom House 2019.

 

[6]Jean-Baptiste Regnault , Wolność albo śmierć,  1795, Olej na płótnie.

WOJCIECH POKORA: Stop Fake czyli jak się zwalcza propagandę

Czwarty rok Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich realizuje projekt Stop Fake – przeciwdziałanie rosyjskiej dezinformacji. Od kilku lat w Polsce działa grupa dziennikarzy, która codziennie monitoruje media i sieci społecznościowe pod kątem wyszukiwania i weryfikowania pojawiających się w nich elementów rosyjskiej propagandy. W ostatnim roku temat fake newsów stał się bardzo popularny, narodziło się kilka nowych, bardzo potrzebnych inicjatyw, w międzyczasie kilka inicjatyw niestety też upadło, jednak my trwamy na posterunku i rozwijamy nasz program. Jak to działa?

 

Generalnie określenie na czym polega praca w Stop Fake, to pokazanie warsztatu każdego dziennikarza. Bo praca przy weryfikacji dezinformacji i manipulacji w przestrzeni medialnej polega dokładnie na tym, na czym polega praca dziennikarza, czyli na zbieraniu i weryfikowaniu informacji – sprawdzamy, czy to co usłyszeliśmy, co udało nam się dowiedzieć od informatorów lub to co właśnie przeczytaliśmy jest prawdą. Tylko tyle i aż tyle. Bo bardzo często dziennikarze w pogoni za sensacją i za cytowalnością (bo skoro pierwszy podam wiadomość to moje nazwisko pojawi się w cytatach) zapominają o weryfikacji informacji. Zastępują ją wytrychem – podają np. jedno źródło. Ktoś (polityk, celebryta, często nawet anonimowy internauta, kryjący się pod pseudonimem) podał sensację, dziennikarz ją cytuje i kolportuje, uznając, że jest kryty bo ma screen lub nagranie wypowiedzi. Przecież to przeczy zasadzie rzetelności. I rodzi fake newsy.

 

Zatem w pierwszej kolejności weryfikujemy informacje. Gdy to się uda i uznamy, że wiadomość jest prawdziwa możemy ją publikować. A co jeśli nie jest? Oczywiście nie publikujemy ale czy zostawiamy temat? Nie. W tym momencie zaczyna się druga część pracy weryfikatorów propagandy i dezinformacji. Gdy rozpoznamy fake newsa sprawdzamy jego źródło. Podobnie gdy trafi do nas nieprawdziwa, sensacyjna informacja, warto się zastanowić, dlaczego do nas trafiła i z jakiego źródła. Odpowiedź na to pytanie może nam wiele powiedzieć na temat naszych informatorów, a niekiedy i na temat naszego dziennikarstwa. Dlaczego ktoś uznał, że należy nas zmanipulować? Bo puszczamy bzdury bez weryfikacji? Może tak być. A może dlatego, że czyta nas jego grupa docelowa i gdy uda się dzięki nam przemycić sfałszowany przekaz, zmanipuluje się gremium do którego inną drogą trudno dotrzeć? Warto to sprawdzić, dla siebie samych. Stop Fake kładzie nacisk właśnie na tę weryfikację. Dlaczego ktoś manipuluje i skąd pochodzą fałszywe informacje. Do jakiej grupy odbiorców były skierowane i co było ich celem. Tym zajmuje się nasz zespół.

 

Po kilku latach można już stawiać pewne diagnozy. Propaganda i dezinformacja obliczona jest przede wszystkim na dzielenie społeczeństwa i na wprowadzenie zamętu. To jest jej główny cel bez względu na to, jaki przekaz jest aktualnie wykorzystywany i przez kogo. Celem nadrzędnym jest wzbudzenie chaosu i podważenie zaufania do autorytetów (osób i instytucji). Co jest antidotum na dezinformację? Informacja. Prawda. A o nią troszczyć powinien się każdy dziennikarz, nie tylko ten, który weryfikuje propagandę w ramach jakiegoś projektu. Do tego, by nie stać się rozsadnikiem czyjejkolwiek propagandy ważne jest, by w pracy kierować się zasadami. Dziennikarstwo bez żadnych zasad staje się bowiem anarchią a dezinformacja jest jej chlebem powszednim. W imię kilkuminutowej sławy idzie się wówczas na różne kompromisy, także te, którym z prawdą nie jest po drodze. Dlatego warto od czasu do czasu odświeżyć sobie kodeks etyki dziennikarza. Tak na wszelki wypadek, by nadal być dziennikarzem a nie rozsadnikiem obcej propagandy.

 

Wojciech Pokora

MIROSŁAW USIDUS: Nie kompromitujmy walki z dezinformacją

„Sprostowanie z 22 czerwca 2020: Po analizie artykułu portalu „Życie Stolicy”, uznaliśmy, że nie przekazuje on fałszywych informacji” – taki komunikat małymi literkami przeczytaliśmy kilka tygodni temu pod napisanym większą czcionką raportem fact-checkingowym serwisu AFP Sprawdzam twierdzącym coś zgoła przeciwnego, czyli że publikacja w „Życie Stolicy” to „fałsz”.

 

Nie do wiary? Można sprawdzić pod tym adresem internetowym: https://sprawdzam.afp.com/nie-manipulacja-danymi-i-slowami (na wszelki wypadek zrobiłem zrzut ekranowy, bo kto wie, co dalej się z tym artykułem wydarzy).

 

Raport fact-checkingowy serwisu AFP dotyczył materiału „ŻS” informującego o tym, że Agora i jej spółka AMS zarobiła na kontraktach z biurem marketingu Miasta Stołecznego Warszawy, od czasu gdy prezydentem stolicy jest Rafał Trzaskowski – cztery miliony złotych. Pierwotna wersja raportu weryfikującego fakty AFP Sprawdzam jednoznacznie określiła publikację jako fałsz. Na tej podstawie artykuł zaczął blokować Facebook, który z AFP współpracuje w zwalczaniu fake newsów.

 

Potem ukazało się owo „sprostowanie”, doklejone pod raportem w tak kuriozalnej formie. Raport jednak, np. z poziomu Google wciąż wygląda tak samo – jako jednoznaczne dementi i negatywna weryfikacja zawartości artykułu „ŻS”. Trudno mi powiedzieć, czy odsyłacza do artykułu nie blokuje wciąż Facebook jako „fakenewsa”, choć sprostowanie AFP Sprawdzam oznacza coś dokładnie odwrotnego. Ani Facebook ani ktokolwiek inny nie powinien traktować artykułu w „Życiu Stolicy” jak fejka.

 

Trzeba wspomnieć o jeszcze innym kontekście tej nieprzyjemnej historii, który być może ma znaczenie, ale nie przesądzam. Otóż, zdaniem „Życia Stolicy”, za portalem sprawdzam.afp.com stoją dwie osoby – dziennikarka AFP od 1990 Maja Czarnecka, oraz była dziennikarka „Gazety Wyborczej” i „Krytyki Politycznej” Natalia Sawka.

 

Uznaj swoją niedoskonałość

 

Zapewne ten i ów pomyśli, że piszę o tym dlatego, że mam silne związki z „konkurencją” czyli weryfikującym fakty serwisem Polskiej Agencji Prasowej, FakeHunter. W rzeczywistości jednak w tej naszej, stosunkowo nowej zresztą, branży fact-checkingowej, trudno mówić o czymś takim jak konkurencja. No, może trochę o prestiż, ale to nie jest najważniejsze. Gdyby chcieć głębiej zastanowić nad tym, czym jest weryfikacja faktów i walka z fake newsami, , to należałoby w ogóle wykluczyć myśli o rywalizacji i konkurowaniu. Jedynym dążeniem powinno być dążenie do prawdy a głównym zadaniem – demaskowanie dezinformacji. Zaś wszelkie inne ambicje i ewentualne interesy muszą w tym kontekście zejść na dalszy plan.

 

Brzmi to ładnie i górnolotnie. Ktoś może zapytać, czy to w ogóle możliwe i, jak wam udaje się, w tym waszym FakeHunterze, trzymać tych szczytnych zasad, unikać uprzedzeń, skupiać się wyłącznie na dociekaniu prawdy?

 

Cóż, może najlepiej byłoby zacząć od uznania swojej ludzkiej niedoskonałości, podatności na błędy poznawcze, uprzedzenia i manipulacje. My, przynajmniej „w tym naszym FakeHunterze” wcale nie twierdzimy, że wiemy lepiej i z góry mamy rację. Z pułapek zastawianych przez manipulatorów i trzęsawisk sprzeczności faktograficznych staramy się wydobywać za pomocą czegoś, co możemy nazwać uczenie aparatem metodologicznym, który najpierw dał nam możliwość rozpoczęcia weryfikacji informacji a potem pozwolił rozwijać i doskonalić techniki fact checkingu.

 

Brzmi mądrze i hermetycznie, choć nie jest to wcale tak skomplikowana konstrukcja. A mówiąc dokładnie – nie jest skomplikowana sama konstrukcja i metoda, ale już przeprowadzanie na jej podstawie fact checkingu to na ogół trudna, żmudna i czasem niewdzięczna robota. Tak, tak, w większości zgłoszeń do weryfikacji faktograficznej, które w pierwszej fazie podejmowaliśmy (a była to tematyka związana głównie z koronawirusem i pandemią), przygotowanie poprawnego, zdyscyplinowanego metodologicznie, odwołującego się do rzeczywistego stanu rzeczy i wiarygodnych źródeł, raportu fact checkingowego, było ciężką, intelektualnie bardzo wymagającą pracą. Wydawane werdykty „prawda” czy „fałsz” muszą być, zgodnie z prostym wymogiem metodologii, oparte na wiarygodnych źródłach. O ile zasada ta wydaje się prosta, o tyle znalezienie a potem zweryfikowanie źródeł, zbadanie ich związku z tematem czy też aktualności podawanych w nich danych, to nierzadko ekstremalne zadanie.

 

Powiem tylko, że nie raz i nie dwa musieliśmy się poddać i zrezygnować z weryfikacji zgłoszenia użytkownika FakeHuntera z powodu braku możliwości znalezienia odpowiednich materiałów potwierdzających lub zaprzeczających. Nie były to łatwe decyzje, bo często research kosztował sporo pracy. Z drugiej strony była to jednak kontynuacja metodologii uczciwego fact checkingu. Jeśli nie potrafisz zgodnie z przyjętymi zasadami, opierając się na odpowiednich źródłach, zweryfikować faktu, to nie naginaj rzeczywistości do swojej własnej potrzeby czy przemożnej chęci opublikowania raportu weryfikującego. Byłaby to forma skrzywienia co do zasady nie tak odległa od politycznych uprzedzeń.

 

Jednak zazwyczaj udaje nam się znaleźć źródła i sposoby rzetelnej, zgodnej z naszymi własnymi zasadami (które są jawne, opublikowane na stronie FakeHuntera), weryfikacji zgłoszonych źródeł internetowych. Po opublikowaniu raportu weryfikującego fakt, zgłoszony nam przez użytkownika Internetu, zaczyna on żyć w Internecie i tu bywa ciekawie.

 

Bezradność społecznościowych komentatorów

 

Owszem, byłem świadkiem sytuacji, gdy reakcją na uznanie przez nas za „fake news” wpisu użytkownika Facebooka czy Twittera były jego przeprosiny i wycofanie publikacji. To jednak odosobnione przypadki. Najczęściej reakcje były negatywne. Antyszczepionkowców, wyznawców teorii o spisku Billa Gatesa mającym na celu „zaczipowanie ludzkości” czy walczących z masztami 5G (których w Polsce nie ma), nie tylko nie przekonywały nasze oparte na naukowych źródłach fact checki, ale wręcz utwierdzały w przekonaniu, że wszystko to spisek, skoro ktoś się trudzi by publikować raporty weryfikujące podawane przez nich „fakty”.

 

Wprawdzie skupialiśmy się od początku istnienia FakeHuntera na tematyce koronawirusa i pandemii, jednak wiele zgłaszanych do nas treści zahaczało o politykę, choćby przez to, że chodziło o artykuły publikowane w mediach o opozycyjnym profilu, takich jak „Gazeta Wyborcza” czy Onet. Zdarzały się też werdykty dotyczące fałszywych informacji podawanych przez polityków, jak np. Sylwia Spurek. To wzbudzało w sieciach społecznościowych gorące emocje i dyskusje.

 

Gdy miałem okazję w sporach tych uczestniczyć i bronić werdyktów FakeHuntera, zawsze starałem się uświadomić podstawowy cel, jaki zawsze przyświeca ludziom weryfikującym prawdziwość faktów – a jest nim dążenie do ustalenia prawdy a mówiąc precyzyjniej rzeczywistego stanu faktycznego. Moje dyskusje na Facebooku i na Twitterze sprowadzały się do tego, że w końcu nieodmiennie proponowałem osobom kwestionującym nasze raporty przygotowanie własnego raportu według metodologii twardo opierającej się na wiarygodnych źródłach, na której my się opieramy. Mamy w FakeHunterze coś takiego jak „Polityka korekt”, regulamin przewidujący korektę werdyktu, jeśli ktoś przedstawi alternatywny raport oparty na rzetelnych źródłach. Nie chodzi nam o obronę własnych raportów za wszelką cenę, lecz o ustalenie faktów, dlatego alternatywny i poprawny metodologicznie raport kwestionujący nasz werdykt traktujemy jako pożądany wkład w doskonalenie i lepszą jakość FakeHuntera.

 

Rzetelnych źródeł swoich twierdzeń nie potrafiła np. przedstawić znana z udziału w protestach rezydentów dr Katarzyna Pikulska. Ogłosiła w kwietniu, że dane na temat liczby zgonów na COVID-19 „są zatajane na poziomie dyrekcji, na poziomie mediów i rządu, który tymi mediami steruje”. W tym przypadku, już na etapie przygotowywania raportu weryfikującego, zapytaliśmy ją bezpośrednio, jakie ma źródła i dowody swoich twierdzeń. Nie tylko nie potrafiła, ale wręcz nie chciała ich podać. Nie przekazała też ich po opublikowaniu raportu uznającego jej rewelacje za fake news.

 

Takich konfrontacji nie tylko na temat popularnej wówczas teorii spiskowej o fałszowaniu liczby zgonów lub zakażeń, było więcej.  Każdemu, kto w dyskusjach internetowych kwestionował nasze werdykty odnośnie publikowanych w mediach czy social mediach tez, proponowałem przygotowanie i przesłanie nam korekty według wyżej opisanych zasad. Niestety ANI RAZU nie zdarzyło się, by ktoś podjął to wyzwanie. Tłumaczę sobie to na różne sposoby, przede wszystkim tak, że ulanie emocji w społecznościach jest czymś zupełnie innym niż umiejętność rzetelnej weryfikacji faktograficznej. Ale przede wszystkim zwracam uwagę na to, że rzetelny i poprawny metodologicznie fact checking jest zadaniem trudnym, bardzo, a nawet niekiedy, ekstremalnie trudnym. I raczej nie ma mowy, by facebookowy czy twitterowy komentator, mógł sobie z tym zadaniem z marszu poradzić.

 

A teraz wróćmy na chwilę do  AFP Sprawdzam i ich metodologii. Serwis ten ma coś w rodzaju polityki dotyczącej sprostowań. Oto co możemy w tej zakładce przeczytać: „Czasem zdarza nam się popełniać błędy. W takim wypadku zawsze na końcu artykułu piszemy adnotację, gdzie i w jakiej sprawie się pomyliliśmy. Umieszczamy datę oraz tłumaczymy dlaczego tak się stało. W przypadku poważnego błędu usuwamy artykuł i tłumaczymy, dlaczego go usunęliśmy”.

 

Należałoby chyba rozumieć to w ten sposób, że fact checkerzy z AFP uznali opisany na początku przypadek za drobny błąd cząstkowy, który można opędzić krótkim sprostowankiem na końcu artykułu. Czy treść sprostowania to nie mający wpływu na sens całości artykułu drobiazg? Moim zdaniem nie a cała sprawa kompromituje AFP Srawdzam, ale dobrze, niech każdy przeanalizuje tę sprawę we własnym sumieniu i rozumie.

 

Gdy psujesz zabawę kolporterom fejków

 

Przypadek AFP Sprawdzam jest też demonstracją pola minowego, jakim dla działalności polegającej na weryfikacji faktów i walce z dezinformacją jest sfera polityki. Czasami mam wrażenie, że fact checking treści politycznych nie ma w ogóle sensu. Dla zwaśnionych plemion stan faktyczny i tak nie ma na ogół znaczenia, na co można podać mnogie przykłady, a pracy weryfikatorów i tak się nie docenia, wręcz przeciwnie – liczyć mogą głównie na wrogość. Dla kolportujących dezinformację ważna jest nie prawda, lecz zasięg. Jeśli treść jest dla naszego plemienia korzystna i dobrze „wiraluje”, to dobrze, to OK. A że to fejk, no trudno, ale w sumie robi dobrą robotę. Tak zdają się rozumować politycy i różnego rodzaju przywódcy opinii w sieciach społecznościowych.

 

Fact checking jest w ich świecie rzeczą zbędną, na którą w  najlepszym razie nie zwraca się uwagi. Częściej jednak wzbudza niechęć a czasem wręcz agresję, zwłaszcza gdy „psuje zabawę” zbyt wcześnie, gdy soczystym fejkiem nie udało się jeszcze wykręcić zadowalających zasięgów.

 

Zresztą, o czym pisałem już na portalu SDP, mechanizm dystrybucji fake newsów jest czymś znacznie bardziej złożonym niż propagowany często model „potężnych graczy (politycznych?, komercyjnych?), którzy bezwolnymi masami manipulują jak chcą, za pomocą fałszywek, na które masa się bezwolnie nabiera”. To wcale tak nie działa. Na podstawie licznych przykładów można mieć wrażenie, że udostępniający fejki ludzie z góry wiedzą lub „czują”, że prawdziwość informacji jest wątpliwa, ale bardzo zgadzają się z ich poglądami i obrazem świata, że nie mogą się oprzeć. Porównywałem do do refrenu piosenki Fleetwood Mac – „Tell me lies. Tell me sweet little lies” („mów mi, och mów mi, te słodkie kłamstewka”).

 

Można by to określić jako specyficzną odmianę dysonansu poznawczego, czyli niechęci do informacji prawdziwych, ale nie potwierdzających naszego widzenia świata i flirtowania z fejkiem, o którym albo wiemy, że jest fałszem, albo tylko podejrzewamy, ale jest on tak miły naszym poglądom, że dajemy się chętnie uwieść. Dochodzi do tego u niektórych zupełny cynizm lub zwykłą interesowność wynikającą ze względów politycznych lub biznesowych. Granica jest płynna, więc trudno orzec, ilu jest „uwiedzionych” a ilu kłamie świadomie, licząc na pognębienie przeciwnika.

 

Ponadto fake newsy mają często większą siłę przyciągania z tego jedynie względu, że są informacjami nowymi. Nie powielają wiedzy już nam znanej. Takie wnioski wynikają z badań  przeprowadzonych na Massachusetts Institute of Technology, których wyniki opublikowano prawie rok temu w „Science”. Aby zbadać, jak rozpowszechniają się fałszywe wiadomości w Internecie, Soroush Vosoughi i jego koledzy z zespołu badawczego przyjrzeli się danym zebranym na Twitterze z okresu obejmującego aż dwanaście lat. Po odfiltrowaniu pewnych treści np. rozpowszechnianych przez boty, mieli próbę 126 tysięcy fake newsów udostępnionych na Twitterze 4,5 miliona razy przez około trzy miliony ludzi. Przyjrzeli się, jak szybko takie treści rozprzestrzeniają się w porównaniu z wpisami zawierającymi prawdziwe informacje. Odkryli, że fałszywe historie dotarły do większej liczby osób i propagowane były w znacznie szybszym tempie niż prawdziwe informacje.

 

„Wydaje się całkiem jasne, że fałszywe informacje radzą sobie w społecznościach lepiej niż prawdziwe,” komentował Vosoughi. Na podstawie wyników badania uczeni sugerowali, że ludzie są o 70 proc. bardziej skłonni dzielić się ze znajomymi fałszywymi informacjami niż prawdziwymi.  Badacze stawiają hipotezę, że nowość fałszywych wiadomości czyni je bardziej atrakcyjnymi z punktu widzenia udostępniania. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane.

 

Powyższe wyniki zdają się wskazywać, że Internet wcale nie czeka z otwartymi rękami na rzetelny, oparty na solidnych metodologicznych podstawach, fact checking. Nie dość, że jak wspominałem jest to samo w sobie zajęcie niełatwe, to wciąż czeka go trud przekonania rzesz konsumentów treści w Internecie, że warto mieć takie oparcie i punkt odniesienia w targanej wojnami informacyjnymi cyberprzestrzeni. Niestety, takie incydenty, jak historia „sprostowania” AFP Sprawdzam, nie budują wśród internautów zaufania dla naszej sprawy, sprawy miłośników prawdy.

 

Mirosław Usidus

Kpina tak, ale rzetelna – ŁUKASZ WARZECHA o tym, co wolno dziennikarzowi w social mediach

Pracujący dla Politico dziennikarz Jan Cienski postanowił na Twitterze ironicznie odnieść się do propozycji wypowiedzenia przez nasz kraj konwencji stambulskiej. Napisał: „Hey men, want to punch a woman or slap a girl during the holidays? Come to Poland” („Hej faceci, chcecie strzelić kobietę albo spoliczkować dziewczynę w czasie wakacji? Przyjedźcie do Polski”.) Gdy zrobiło się zamieszanie, tłit zniknął, a Cienski wyjaśnił, że miał to być sarkazm, ale ten słabo działa na Twitterze.

 

Znam Jana Cienskiego. To dziennikarz z ogromnym doświadczeniem, a także o bardzo wyrazistych poglądach – zwłaszcza jak na kogoś pracującego całe życie w z zasady bardziej wstrzemięźliwych zachodnich mediach. I nie są to poglądy sprzyjające obecnej władzy. Nigdy jednak nie przejawiały się w tak zwulgaryzowanej, postaci jak to się stało w przypadku wspomnianego tłita.

 

To zaś prowadzi nas do rozważań na dwa tematy: rzetelności i swobody wyrażania opinii przez dziennikarzy w mediach społecznościowych.

 

Rzetelność nakazywałaby – niezależnie od światopoglądu, stosunku do obecnej władzy i do konwencji stambulskiej – ustalić jako bezsporne kilka punktów. Po pierwsze – nie ma żadnej decyzji rządu o wypowiedzeniu konwencji. Na razie jest tylko zapowiedź wniosku jednego z koalicjantów, który ma w tej sprawie wsparcie części konserwatywnych kręgów opiniotwórczych. Po drugie – konwencja posługuje się pojęciami wziętymi z ideologicznego (lub, jeśli ktoś się upiera, ideowego – języka lewicy. Przede wszystkim jest to pojęcie „płci społeczno-kulturowej”, przewijające się w całym dokumencie, a wprowadzone już w rozdziale zawierającym definicje. Na marginesie, jest tu też spór o dokładność polskiego tłumaczenia dokumentu, bo obowiązuje nas – zgodnie z prawem międzynarodowym – tekst oryginalny, a zatem angielski lub francuski. Po trzecie – nie tylko skrajnym nadużyciem, ale zwykłym kłamstwem jest twierdzenie, że siły i osoby, opowiadające się za wypowiedzeniem konwencji chcą legalizacji bicia kobiet. To erystyka tego samego rzędu co twierdzenie, że krytycy Owsiaka chcą, żeby dzieci umierały na ulicach. Niestety, taką kłamliwą demagogią posługuje się w tej sprawie część polityków opozycji, ale już dziennikarze nie powinni.

 

Rzetelna dyskusja o wypowiedzeniu konwencji powinna się sprowadzać do rozmowy o tym, czy – po pierwsze – bez niej polskie regulacje, dotyczące zapobiegania przemocy w rodzinie poniosą jakiś uszczerbek; po drugie – czy godzimy się na to, żeby wprowadzać do polskiego obiegu prawnego między innymi pojęcie „płci społeczno-kulturowej” i czy tworzy to jakieś zagrożenie czy nie. To są prawdziwe, a nie wydumane tematy do rozmowy i rzetelni dziennikarze powinni się właśnie na nich skupiać. Publicyści mogą mieć tu oczywiście swoje zdania i oceny.

 

Że spokojna dyskusja na te właśnie tematy jest możliwa, pokazało ostatnie wydanie „Loży Prasowej”, w którym miałem przyjemność gościć. W programie prowadzonym przez Andrzeja Morozowskiego prócz mnie byli Agaton Koziński, Agata SzczęśniakMariusz Janicki. SzczęśniakJanicki prezentują w sprawie konwencji całkiem inny pogląd od mojego, a jednak udało się na temat konwencji rozmawiać bez demagogii i rzeczowo. Nie pojawiło się w tej rozmowie ani razu stwierdzenie, że opowiadający się za wypowiedzeniem konwencji chcą pozwolić na bicie kobiet. Można zatem, jak się okazuje.

 

Nie służył natomiast absolutnie rzetelnej dyskusji tłit Cienskiego. Nawet jeśli przyjąć, że miała to być ironia, to przecież powielająca dokładnie ten właśnie schemat: wypowiedzenie konwencji stambulskiej równa się zezwoleniu na bicie kobiet. Cienski nie jest idiotą. Doskonale wie, co napisał – chyba że nie panuje nad własnymi emocjami. I tu pojawia się pytanie, co publicyście i dziennikarzowi wolno napisać w mediach społecznościowych, nawet w tonie ironii, tak aby nie pogwałcić zasady rzetelności. Jak to często bywa w przypadku takich problemów – nie ma tutaj prostej odpowiedzi.

 

Nie chodzi przecież o to, żeby w mediach społecznościowych – zwłaszcza w przypadku kont, które są ewidentnie prywatne i służą do wyrażania prywatnych opinii, a nie np. do reklamowania treści tekstów umieszczanych w jednym tytule lub pojawiających się w cyklu wywiadów – dziennikarze zrezygnowali z ironii, zgryźliwości czy złośliwości. One są nieodłączną cechą tego sposobu przekazu. Ale nawet tutaj można odróżnić wypowiedzi, które opierają się na rzetelnym i nierzetelnym relacjonowaniu rzeczywistości. Gdyby Cienski pokpiwał sobie z założenia o szkodliwości wprowadzania do obiegu prawnego pojęcia płci społeczno-kulturowej – trudno byłoby mu coś zarzucić, jakkolwiek można by się z nim głęboko nie zgadzać. Lecz kpina oparta na założeniu, że wypowiedzenie konwencji to zgoda na bicie kobiet, jest przekroczeniem granicy.

 

Łukasz Warzecha

Papierowa stabilność – ks. ARTUR STOPKA o wpływie pandemii na model biznesowy prasy katolickiej

Pandemia silnie dotknęła w Polsce tygodniki katolickie. Ma to związek nie tylko ze szczególną formą ich dystrybucji, ale także z realizowaną koncepcją biznesową.

 

Jeszcze w lutym br. wszystko było po staremu. Jak od wielu lat, na czele comiesięcznego rankingu sprzedaży tygodników opinii znajdował się „Gość Niedzielny”. To katolickie i kościelne pismo, ukazujące się od prawie stu lat w Katowicach. Nie jest jednak periodykiem o zasięgu lokalnym, lecz ogólnopolskim. W wielu polskich diecezjach rozprowadzany jest z poświęconymi im dodatkami. O dłuższego czasu niezmiennie był liderem bardzo ważnej grupy czasopism. Tej, która w sposób znaczący kształtuje opinię publiczną w naszym kraju.

 

„Gość Niedzielny” jest nie tylko pismem katolickim, to znaczy takim, którego treści są aprobowane przez Kościół katolicki, ale jest również pismem kościelnym, czyli wydawanym przez Kościół. Jego wydawcą jest Instytut Gość Media, który grupuje media należące do archidiecezji katowickiej. Do marca 2015 publikowało go Wydawnictwo Kurii Metropolitalnej w Katowicach „Gość Niedzielny”. Informacja dotycząca wydawcy jest istotna, ponieważ – choć nie wprost – ma pewien związek z dystrybucją pisma.

 

Tąpnięcie

 

W marcu nastąpiło tąpnięcie. Sprzedaż „Gościa Niedzielnego” spadła o niemal 38 proc. Pismo straciło pierwsze miejsce w rankingu. Z danych Polskich Badań Czytelnictwa „Audyt ZKDP” można się dowiedzieć, że wyprzedziła je „Polityka”. W kwietniu było jeszcze gorzej. GN znalazł się na trzecim miejscu, już nie tylko za „Polityką”, ale również za „Newsweekiem Polska”. Spadek sprzedaży „Gościa” wyniósł prawie 45 proc.

 

Po latach dominacji w comiesięcznych notowaniach, taki wynik daje do myślenia. Łatwo się zorientować, że chodzi nie tylko o trwającą od pewnego czasu tendencję spadkową, dotykającą segment tygodników opinii. Chodzi również o pandemię COVID-19. Uderzyła ona cały rynek prasy w Polsce, jednak – jak wynika z danych PBC – żaden inny uwzględniany w nich tygodnik opinii nie ucierpiał z jej powodu aż tak bardzo. Co się stało?

 

Zamknięte kościoły

 

Problemem okazało się coś, co dotychczas uważane było za nadzwyczajny atut nie tylko „Gościa Niedzielnego”, ale również innych kościelnych czasopism. To dodatkowy kanał dystrybucji. „Gość” sprzedawany jest nie tylko w kioskach, empikach itp. W znacznej części nakładu rozprowadzany jest za pośrednictwem parafii. Wierni najczęściej kupują go w niedzielę, przed kościołem, wychodząc z cotygodniowej Mszy św.

 

Związane z epidemią obostrzenia dotknęły również religijnej sfery życia Polaków. W wielu miejscach kraju zaowocowały nie tylko drastycznym graniczeniem liczby wiernych mogących uczestniczyć we Mszach św., ale skutkowały faktycznym zamknięciem świątyń dla wiernych. Skoro nie przychodzili do kościoła, nie kupowali też sprzedawanych przed nim periodyków.

 

Dramatyczne skutki

 

Rozwój wydarzeń w związku z zakażeniami COVID-19 zaskoczył kościelne tygodniki w Polsce. Poszczególne redakcje i wydawcy zareagowali w różny sposób. Niektórzy mimo wszystko nadal starali się kolportować swoje pisma przez sieć parafialną. Inni, w tym „Gość Niedzielny”, czasowo zrezygnowali z tej formy dystrybucji. „Skutki nowej sytuacji są dla nas dramatyczne” – przyznał zastępca redaktora naczelnego GN Andrzej Grajewski. Apelując do czytelników o kupowanie pisma w kioskach i w sieci przyznał, że dystrybucja przez parafie była gwarantem stabilności ekonomicznej tygodnika. I nie tylko jego. Także wszystkich innych dzieł prowadzonych przez Instytut Gość Media, czyli Radia eM, „Małego Gościa Niedzielnego” oraz dwóch portali internetowych – gosc.pl o wiara.pl.

 

To bardzo ważna informacja. Pokazuje ona faktyczny model biznesowy, na którym oparte jest funkcjonowanie sporej grupy mediów będących w dyspozycji Kościoła katolickiego w Polsce. Uprawnione wydaje się przypuszczenie, że sprzedaż wydań papierowych czasopism (lub książek) stanowi finansową bazę także szeregu innych kościelnych mediów w naszym kraju. Nie tylko spowodowane pandemią obostrzenia skłaniają do pytania o realne możliwości przetrwania środków komunikowania, którymi dysponuje w naszej Ojczyźnie Kościół. Od wielu lat utrzymuje się na rynku prasy tendencja nazywana potocznie „odchodzeniem od papieru”. Wydawcy szukają nie tylko innych form dotarcia do odbiorców, ale również sposobów monetyzacji rozpowszechnianych treści.

 

Cyfrowa subskrypcja

 

Tygodnik „Polityka” pochwalił się kilka dni temu, że ma już 20 tys. prenumeratorów cyfrowej subskrypcji. Piotr Zmelonek, dyrektor wydawniczy „Polityki” komentując tę wiadomość zwrócił uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, budowanie takiej formy  obecności w obszarze cyfrowym wymaga konsekwencji i czasu. Po drugie, odbiorcom trzeba przedstawić ofertę komplementarną, wzajemnie się uzupełniającą. W przypadku „Polityki” integruje ona treści z cotygodniowych wydań papierowych „Polityki”, czasopism, serwisu Polityka.pl oraz blogów autorów związanych z tygodnikiem. Wydawca umożliwia też korzystanie z treści audio w postaci kilkunastu udźwiękowionych tekstów z numeru oraz redakcyjnych podkastów.

 

Żaden z wydawanych w Polsce w formie papierowej tygodników nie ogłosił dotychczas porównywalnego osiągnięcia. A przecież np. „Gość Niedzielny” (ale nie tylko on) dysponuje bardzo wieloma komponentami, które mogłyby się złożyć na atrakcyjną płatną ofertę cyfrową. Posiada też duży zespół dziennikarzy, pozwalający na tworzenie treści „premium”, które mogłyby zainteresować inną grupę odbiorców niż czytelnicy papierowego wydania tygodnika.

 

Nakładające się tendencje

 

Dywersyfikacja źródeł finansowania jest dzisiaj w sferze mediów koniecznością. Cytowana wyżej wypowiedź Andrzeja Grajewskiego pokazuje, że jeśli chodzi o kościelne środki komunikacji, jest to potrzeba pilna, by nie powiedzieć paląca. Nie tylko ewentualna druga fala pandemii i konieczność wprowadzenia podobnych obostrzeń, jak wiosną, może wywołać w kościelnych mediach efekt domina i postawić pod znakiem zapytania istnienie nie tylko papierowych wydań czasopism, ale też szeregu powiązanych z nimi dzieł medialnych. Trzeba brać pod uwagę jeszcze dwa zjawiska.

 

Jedno z nich już zostało wyżej wspomniane. To powolny, ale systematyczny spadek liczby czytelników drukowanej prasy. Drugie dotyczy czasopism kościelnych, sprzedawanych w parafiach po niedzielnych Mszach świętych. Publikowane m. in. przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC dane pokazują stopniowe zmniejszanie się grupy wiernych uczestniczących co tydzień w nabożeństwach. Nałożenie się tych dwóch malejących tendencji jest realnym powodem do niepokoju o los będących w dyspozycji Kościoła środków przekazu.

 

Po zniesieniu większości dotyczących życia religijnego obostrzeń w maju „Gość Niedzielny” szybko odzyskał znaczną część sprzedaży. W stosunku do kwietnia br. sprzedaż wzrosła o prawie 35 proc. Najprawdopodobniej już wkrótce ponownie zajmie pierwszą lokatę w rankingu tygodników opinii. Jednak pandemia w sposób szczególny uwypukliła potrzebę znacznie bardziej perspektywicznego myślenia w sferze kościelnych mediów. A co najmniej przygotowania na mniej lub bardziej przewidziane okoliczności planu B.

 

ks. Artur Stopka

W poszukiwaniu odmiennych stanowisk – ŁUKASZ WARZECHA o repolonizacji mediów

Trudno powiedzieć, żeby toczyła się poważna dyskusja na temat repolonizacji czy też dekoncentracji mediów (ostatnio politycy PiS znów używają tego pierwszego określenia, z którego w poprzednich latach zrezygnowali), choć temat znów jest gorący. Sprawa sprowadza się niemal bez wyjątku do rytualnych, wiecowych pohukiwań.

 

Na portalu SDP pisałem krytycznie o planach repolonizacji już kilkakrotnie. Ostatnio w większym tekście na portalu Onet.pl. Ze strony zwolenników tej operacji nigdy nie doczekałem się rzeczowej polemiki. Każda, jaka się pojawia, opiera się na przekonaniu, że „wszystko jest jasne”, że niczego w związku z tym nie trzeba dowodzić, a także, że „tak jest na Zachodzie”.

 

Zwłaszcza ten ostatni argument jest chętnie używany, nie tylko w tej zresztą sprawie – tak jakby z samego faktu, że coś gdzieś istnieje miało wynikać, że jest to dobre. Ale i tutaj toniemy w półprawdach i schematach, bo „na Zachodzie” wcale nie jest tak, jak twierdzą zwolennicy repolonizacji.

 

Podstawowa kwestia to ta, że kraje UE nie mogą ograniczyć obecności na swoich rynkach firm z wewnątrz Unii, ponieważ łamałoby to jedną z czterech podstawowych, traktatowych wolności unijnych: wolność przepływu kapitału. Jeśli zatem ktoś wyobraża sobie – a można odnieść wrażenie, że tak chcą sprawę przedstawiać niektórzy polscy politycy – że da się po prostu wyrzucić z polskich mediów zagraniczny, głównie niemiecki kapitał – ten się zasadniczo myli. Zresztą w ogóle wyobrażenie, że można sobie wyselekcjonować jeden kraj pochodzenia kapitału i zabronić mu wstępu do danego sektora (chyba że jest to sektor ustawowo – i w uzgodnieniu z Komisją Europejską – uznany za strategiczny, ale nawet wtedy nie można blankietowo zakazać „wstępu” kapitałowi z jakiegokolwiek kraju UE), jest rodem z bajek.

 

Państwa członkowskie UE mogą natomiast działać na dwa sposoby. Pierwszy to wprowadzanie generalnych i dotyczących wszystkich w takim samym stopniu reguł antykoncentracyjnych – musiałyby one zatem obejmować również polskich właścicieli. Drugi, to ograniczanie udziału w mediach kapitału spoza UE.

 

W zapowiedziach repolonizacji powtarza się, że ma być „jak w Niemczech i jak we Francji”. To znów nieprawda. Aż 23 kraje w UE nie mają żadnych ograniczeń dla udziału zagranicznych (pozaunijnych) podmiotów w mediach – a literalnie żadne z państw członkowskich, jako się rzekło, nie może ograniczać udziału kapitału z wewnątrz Unii.

 

Wśród krajów, które żadnych ograniczeń tego typu, czyli dotyczących nieunijnych podmiotów, nie mają, są również Niemcy. Dlatego będący obiektem ataku ze strony władzy w Polsce koncern Ringier Axel Springer jest po połowie własnością niemiecką i szwajcarską. Szwajcarską, a więc europejską, ale spoza UE, a nawet spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, do którego Szwajcaria nie należy. Z kolei posiadający połowę udziałów w Ringier Axel Springer AG koncern Axel Springer SE jest w tej chwili w ponad 47 proc. (największy udziałowiec) własnością amerykańskiego funduszu KKR. Zatem twierdzenie, że Niemcy systemowo chronią swój rynek medialny przed zagranicznymi udziałowcami jest zwyczajnie nieprawdziwe. W dodatku KKR to fundusz z USA, a nie trzeba wyjaśniać, że niemiecka opinia publiczna nie jest do Stanów Zjednoczonych tradycyjnie nastawiona przesadnie entuzjastycznie.

 

Oczywiście w Niemczech zdecydowana większość mediów jest w niemieckich rękach, ale nie wynika to z ochrony ustawowej, tylko z siły niemieckiego kapitału i nasycenia rynku. Do tego dochodzą innego rodzaju regulacje, utrudniające wchodzenie na ten rynek nowych podmiotów medialnych, na przykład związane z dystrybucją prasy, ale – uwaga – mowa tu o wchodzeniu nowych podmiotów, a nie o nabywaniu udziałów w już istniejących, jak to się stało w przypadku koncernu Axel Springer.

 

Najdalej idące limity istnieją we Francji, ale znów – najbardziej znane z nich, ograniczające do 20 proc. udziały m.in. w wydawcy prasy (i do takiej samej wysokości prawo głosu) dotyczy tylko podmiotów spoza UE i tylko w przedsięwzięciach francuskojęzycznych. Nie obowiązuje to także w przypadku, gdy nie mamy do czynienia z nabyciem udziałów, ale z założeniem firmy od zera we Francji. Istnieją również ograniczenia dekoncentracyjne, zgodnie z którymi pojedyncza firma nie może kontrolować więcej niż 30 proc. sprzedaży gazet o zasięgu krajowym. Natomiast 51 proc. francuskich mediów drukowanych i internetowych jest własnością dużych korporacji finansowych i ubezpieczeniowych, których struktura własnościowa jest na tyle nieprzejrzysta, że tak naprawdę bardzo trudno dociec, kto je kontroluje.

 

Poza tym ograniczenia dla właścicieli spoza Unii istnieją na Cyprze, w Hiszpanii oraz w Austrii.

 

Tak więc to, co zapowiada Jarosław Kaczyński i politycy PiS – a przynajmniej w takiej formie, w jakiej jest to zapowiadane – i nie może, i nie funkcjonuje w żadnym z krajów UE. Jeśli przekonuje się wyborców, że wprowadzając jakąś formę „repolonizacji” (sam termin jest skrajnie mylący, bo przecież nie mówimy w większości o mediach, które kiedyś były polską własnością) będziemy jak Niemcy albo Francja – to mówi się im zwyczajnie nieprawdę.

 

Bardzo dobrze byłoby, gdyby – zamiast pozostawiać sprawę politykom – o planie repolonizacji czy też dekoncentracji wreszcie zaczęli dyskutować bezpośrednio tym zainteresowani, czyli dziennikarze. I najlepiej, gdyby nie była to znów kolejna dyskusja w gronie osób, które się ze sobą zgadzają, ale gdyby mogły się w niej zetrzeć odmienne stanowiska. Tyle że takie debaty nie są dzisiaj w cenie.

 

Łukasz Warzecha

Jak w „Trybunie Ludu” – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o chocholim tańcu wokół daty 22 lipca

Pałac Stalina – kiedyś opiewany przez „Trybunę Ludu”, dziś „Gazetę Wyborczą”. 22 lipca 1955 r. – ten dzień otwarcia „daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego” wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez Sowietów. 22 lipca 1944 r. i sowieckie „wyzwolenie” też znajduje uznanie na Czerskiej.

 

22 lipca 2015 r. pod hasłem „Największe urodziny w mieście”, stołeczny magistrat – wówczas pod wodzą Hanny Gronkiewicz-Waltz – reklamował cykl (tygodniowych!) imprez na cześć jubilata. Były toasty, lasery, fajerwerki, tańce i koncert Zbigniewa Wodeckiego. Równie radośnie świętowano też jubileusz osiedla Przyjaźń na Jelonkach, wybudowanego dla sowieckich budowniczych PKiN (żyli tam pod ścisłą ochroną sołdatów; 16 z nich zginęło). W „Gazecie Wyborczej”, która cieszyła się radością HGW i jej urzędników, też zapewne strzelało „sowietskoje igristoje”.

 

22 lipca 1955 r. premier rządu PRL Józef Cyrankiewicz, oraz sowiecki ambasador Pantelejmon Kondratowicz Ponomarienko oświadczyli, iż: „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego„. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi. Huczały ruskie armaty. Tym wszystkim zachwycała się „Trybuna Ludu”. Tak jak ponurym żartem, że ponad dwa lata wcześniej – 7 marca 1953 r. – PKiN nadano imię „darczyńcy”, zmarłego dwa dni wcześniej Józefa Stalina.

 

Tak jak do PKiN, tak sentyment do PKWN, i sowieckiego „wyzwolenia” mają do dziś media w Polsce. Jakby zapominały o podstawowych faktach: że datowany na 22 lipca 1944 r. Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego nie był ani polski, ani nie zakładał wyzwolenia Polski, tylko jej zniewolenie. Nie powstał również i nie został ogłoszony w Chełmie, ale w Moskwie. Sankcjonował objęcie władzy w naszym kraju przez szajkę komunistycznych zbrodniarzy działających na pasku Stalina.

 

Przywołam jeden – ale jakże charakterystyczny – artykuł Michała Cichego (tak, tego samego, który napisał wcześniej „Polacy – Żydzi: Czarne karty Powstania”) pt. „1945: Koniec i Początek” (26 maja 1995). Zdaniem dziennikarza „Gazety Wyborczej” 1945 rok to „Koniec” okropnej okupacji hitlerowskiej i „Początek” prawdziwego i niemal niczym niezmąconego wyzwolenia. Cichy uznał, że twierdzenia o nowej, tym razem sowieckiej okupacji, są grubo przesadzone. Na widok Sowietów „tłum dookoła szalał z radości, obsypywał żołnierzy kwiatami, śmiał się i płakał…„. Wszyscy się cieszyli, chodzili do kin i teatrów, na zakupy, rozpoczynali naukę i pracę. Nade wszystko pili i rozmnażali się – kobiety chętnie oddawały się przygodnym mężczyznom („wyzwolenie erotyczne„), czasem dochodziło do grabieży, ale dla Rosjan rabunek był „ekonomiczną koniecznością„. Słowem – istna sielanka. Do redakcji na Czerskiej napłynęło wiele listów. Większość napisali „zwykli ludzie” w tonie entuzjastycznym: „dziękuję za bezstronny i wnikliwy opis wydarzeń po wkroczeniu Armii Czerwonej„, „żołnierze pozdrawiali nas wesoło”.

 

Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (.) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał o Pałacu Kultury i Nauki… Jan Brzechwa. I tak PKiN – symbol sowieckiego zniewolenia – trwa już kilka dziesięcioleci. Tak jak trwają nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, do dziś często z ogromnymi resortowymi emeryturami, czy ulice czerwonych patronów, których przywrócił następca HGW – Rafał Trzaskowski.

 

Ale tak jak szczęśliwie nie wszyscy zachwycają się sowieckim „wyzwoleniem” i Manifestem PKWN, tak nie wszystkim podoba się „Pekin”. Nie podobał się z pewnością twórcy tego określenia – Leopoldowi Tyrmandowi („Pekin” nawiązuje do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska).

 

I „Pekin”, czyli Pałac Stalina, nie podoba się też dziś przynajmniej części środowisk patriotycznych, które domagają się jego rozbiórki. Podobnie jak wyniesienia ze stołecznych Powązek Wojskowych komunistycznych zbrodniarzy. Aby przyjaźń polsko-radziecka przestała w końcu trwać.

Tadeusz Płużański