Skrzywienie ideologiczne – ŁUKASZ WARZECHA o Radiu Nowy Świat

Historia Radia Nowy Świat jest niesamowita, nawet jak na tragikomiczne standardy polskich mediów i polityki. Rozgłośnia stworzona za pieniądze darczyńców, oburzonych na sytuację w Trójce i na całkowicie absurdalny akt cenzury wobec piosenki Kazika, zatrudniająca wielu dziennikarzy, którzy z tej publicznej stacji odeszli, miała być wolna od nacisków i niezależna. Okazało się, że niemal natychmiast po uruchomieniu pogrążyła się w kryzysie, który wcale nie zakończył się odejściem prezesa i współzałożyciela radia Piotra Jedlińskiego, bo chwilę później zamienił się w pyskówkę prowadzoną za pośrednictwem mediów. RNŚ pewnie to przetrwa, ale już jako całkiem inne medium niż gdy zaczynało.

 

Przesadziłbym może, twierdząc, że RNŚ kibicowałem, ale na pewno przyglądałem się tej inicjatywie życzliwie. Jasne było dla mnie, że trzon radia tworzą osoby, które sympatykami obecnej władzy nie są, ale to nie musiało oznaczać, że ten resentyment będzie miał odbicie w sposobie funkcjonowania rozgłośni. Chętnie przyjąłem kilka razy zaproszenie do programu, a dyskusja okazała się interesująca i spokojna. Inna sprawa, że odnotowałem od razu, iż pewna grupa odbiorców RNŚ była oburzona tym, że zaproszono do programu kogoś o takich jak moje poglądach. Inni kontrowali jednak pytaniem, czy w takim razie oczekiwaliby, że w radiu słychać będzie tylko „swoich” – czyli, mówiąc wprost, że będzie ono jasno sformatowane jako antyrządowa stacja.

 

Okazuje się, że te pierwsze głosy powinny były być dzwonkiem ostrzegawczym, zapowiadały bowiem to, co stało się przy okazji afery z Michałem Sz. Wobec tego, że RNŚ w swoich serwisach używało wobec aresztowanego formy męskiej – zgodnie z tym, co napisane jest w jego dokumentach – nastąpił atak na radio najbardziej radykalnej grupy jego odbiorców, ale też masy lewicowych celebrytów i „liderów opinii”, domagających się, żeby podporządkować się w tej kwestii lewicowej poprawności politycznej i o Michale Sz. mówić „ona”. Początkowo prezes Jedliński zajął bardzo asertywne stanowisko, słusznie punktując atakujących go za podważanie wolności słowa (to generalnie lewicowa skłonność). Jednak już po krótkim czasie opublikował coś w rodzaju samokrytyki – żenującej zresztą – w której napisał, że zobaczył sprawę w „kontekście” i ten kontekst każe mu na nią inaczej spojrzeć. I że w związku z tym od teraz Michał Sz. będzie w serwisach „nią”. To jednak nie wystarczyło, bo po kolejnych kilkudziesięciu godzinach dowiedzieliśmy się, że pan Jedliński zrezygnował z funkcji prezesa zarządu i odchodzi z RNŚ. A po jeszcze następnych kilkudziesięciu, po ukazaniu się w „Gazecie Wyborczej” artykułu Wojciecha Czuchnowskiego z wypowiedziami Magdaleny Jethon, Jedliński tak skomentował na swoim FB twierdzenia Jethon, że namawiała go do pozostania:

 

Ta wypowiedź to bezczelne kłamstwo, mające najwyraźniej zdjąć jakąkolwiek odpowiedzialność z osób, które wymusiły na mnie dymisję. Pozwalam sobie także zacytować fragment maila, jaki otrzymałem od pana Jerzego Sosnowskiego:

„Ale dla wizerunku RNŚ, dla ucięcia wątpliwości patronów i dla zamknięcia ust nieżyczliwym krytykom byłoby wg mnie optymalne, żebyś, Piotrze, nie obrażając się na nas, tylko rozumiejąc delikatną sytuację całego przedsięwzięcia, podał się do dymisji…”.

Sytuacja w Radio Nowy Świat jest taka, że z medium jakie wam obiecywałem, prosząc o sfinansowanie tego pomysłu, mającym być niezależnym, obiektywnym, prezentującym różnorodny obraz świata i otaczającej nas rzeczywistości, zapraszających komentatorów o różnych poglądach, staliśmy się skrzywionym ideologicznie medium, którego udziałowcy, zamiast sikać pod wiatr, robią pod siebie.

 

Szczególnie warto zapamiętać sobie ostatnie zdanie, bo ono pokazuje problem, przed jakim stanęło RNŚ. Żeby było jasne, piszę o tym bez satysfakcji, raczej ze smutkiem i żalem. Oto bowiem okazało się, że jest bardzo trudne lub zgoła niemożliwe ufundowanie za społeczne pieniądze radia niesytuującego się otwarcie po jednej ze stron wyniszczającego również media konfliktu. Bo przecież nawet okoliczności, w których RNŚ powstawało, nie musiały oznaczać, że stanie się zakładnikiem swoich najradykalniejszych odbiorców. Będąc krytyczne wobec władzy, mogło być normalne. Mogło być miejscem autentycznego ścierania się różnych poglądów.

 

Lecz warto postawić sobie – patrząc na sprawę z zewnątrz i nie znając jej kulis oraz napięć wewnątrz zespołu – jeszcze jedno pytanie: czy gdyby Jedliński wytrwał przy swoim początkowym stanowisku wbrew rewolucyjnemu wzburzeniu lewicowych prowodyrów, faktycznie musiałoby to oznaczać dla RNŚ katastrofę finansową i odejście znaczącej liczby patronów? Mam wrażenie, że tego wcale nie przetestowano. Nie próbowano tego liczyć. Frakcja antypisowska w składzie zarządu uznała po prostu, że tak będzie, bo tak jej było wygodnie, nie robiąc nawet żadnej sondy wśród słuchaczy, co przecież technicznie nie byłoby trudne. Fakt, że głośno krzyczało w mediach społecznościowych kilkanaścioro lewicowych celebrytów (być może nawet niebędących patronami RNŚ) nie oznaczał przecież, że tak samo myśli znacząca liczba słuchaczy. A nawet gdyby ostatecznie RNŚ straciło, powiedzmy, 10 proc. radykalnie lewicowych patronów, mogłoby w nieco dłuższym czasie zyskać podobną liczbę wśród bardziej umiarkowanych, zmęczonych tonem mediów rządowych, a jednocześnie nie akceptujących poetyki rozgłośni komercyjnych.

 

Dlatego właśnie nie wysnuwałbym – jak już czynią niektórzy – prostego wniosku, że stało się, co stać się musiało: słuchacze RNŚ to lewackie oszołomy, które wymusiły na radiu podporządkowanie się ideologii. Nie: zadziałał tu mechanizm podobny jak w przypadku społeczeństwa w dużej skali – uznano, że krzykliwa grupka ma prawo określać kurs całej rozgłośni.

 

W RNŚ zdążyli bywać komentatorzy o konserwatywnych poglądach. Ciekaw jestem czy będą nadal zapraszani, czy też odejście prezesa Jedlińskiego z powodu awantury o nazywanie mężczyzny mężczyzną oznacza całkowity zwrot w kierunku radiowęzła zakładowego walczącej lewicy. Nawet jeśli tak nie będzie – czego bym sobie oczywiście życzył – to i tak na RNŚ odium tej fatalnej sytuacji będzie ciążyć już zawsze.

 

Łukasz Warzecha

Z perspektywy Rosji – komentarz TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

Nie trzeba było rosyjskiego ataku propagandowego na Polskę w 100– lecie „Cudu nad Wisłą”, media w Polsce wyręczyły Putina.

 

I tak redakcja „Newsweeka” przypomniała tekst Igora T. Miecika sprzed 11 lat, w którym opisuje wojnę bolszewicko-polską z perspektywy… rosyjskich jeńców. Autor twierdzi, że byli źle traktowani w „barbarzyńskich łagrach II Rzeczypospolitej”.

 

Z kolei na czołówce portalu Onet.pl można było znaleźć wspomnienia bolszewickiego lekarza z frontu walk. W „poruszających listach do żony” – jak to określiła redakcja – czytamy: „Tego, co wyprawiają Polacy, nie da się opowiedzieć”.

 

Bliżej warto przyjrzeć się tekstowi w „Gazecie Wyborczej”. W leadzie czytamy: „Wielkie zwycięstwo odniesione sto lat temu w bitwie warszawskiej, szybko stało się przedmiotem zażartej bitwy politycznej. (…) Efekty tamtej wojny polsko-polskiej są odczuwalne do dzisiaj. Na przykład w sporach historyków o to, czy marszałek Józef Piłsudski tak naprawdę nie zdezerterował i nie uciekł z Warszawy w przeddzień bitwy”.

 

Abstrahując od tego, że ta ostatnia sugestia nie jest prawdziwa, trzeba odnieść się do głównej tezy: to nie była wojna polsko-polska, tylko wojna bolszewicko-polska. I ta wojna trwa do dziś.

Wracając do mordowania bolszewickich jeńców. Kilka lat temu dla rzeczonej „Gazety Wyborczej” wypowiedział się… Władimir Putin. Ówczesny premier Rosji napisał bez ogródek: „tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku, powinny się stać symbolem wzajemnego przebaczenia”.

 

Komentowałem wówczas, na czym polega manipulacja Rosjan. A opiera się ona na tym, że większa część jeńców bolszewickich z 1920 r. nie wróciła do domu. Dlaczego?

Pierwsza kwestia to śmiertelność. Putin i jego propaganda sugeruje, że Polacy dokonali na bolszewikach ludobójstwa. Tymczasem trafili oni do obozów jenieckich, gdzie byli przetrzymywani zgodnie z przepisami prawa międzynarodowego. W tych obozach zmarło około 18 tysięcy jeńców z ogólnej liczby około 60 tysięcy, którzy dostali się do niewoli. Większość wskutek chorób zakaźnych, głównie czerwonki i tyfusu.

 

A co się stało z tymi, którzy przeżyli polską niewolę? Kilkunastu tysiącom jeńców Rzeczpospolita zwróciła wolność, i postanowili pozostać w naszym kraju. I znów należy zadać pytanie o powód. Porównując sytuację w Polsce i Rosji, wybrali Polskę, obawiając się ponadto represji od swoich po przegranej wojnie.

 

Rząd zgodził się na przyznanie im obywatelstwa. Kilkuset Rosjan wstąpiło później do polskiego wojska, uzyskało stopnie oficerskie i walczyło w wojnie obronnej 1939 r. Około 3 tysiące na stałe wyjechało do Europy Zachodniej.

 

 

Kłamstwo na temat mordu na jeńcach zostało wymyślone pod koniec lat 80. na polecenie Michaiła Gorbaczowa, który ujawnił wówczas prawdę o Katyniu. Specjalistom od propagandy polecił, aby znaleźli podobną sprawę obciążającą Polskę.

 

Dziś to kłamstwo wybrzmiewa w mediach działających w Polsce.

 

Tadeusz Płużański

PAWEŁ BOBOŁOWICZ: Reżim Łukaszenki nie zdołał stłumić wolności słowa

Według Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy pomiędzy 9 a 13 sierpnia na Białorusi zatrzymano 68 dziennikarzy. Jeszcze wczoraj – w czwartek, 13 sierpnia, około godziny 17. – wciąż przetrzymywanych w izolacji było 23 przedstawicieli mediów. Co najmniej 29 dziennikarzy odniosło obrażenia i rany.

 

13 sierpnia wieczorem reżim Łukaszenki zaczął zwalniać z aresztów zatrzymane osoby – ogółem zatrzymano około siedmiu tysięcy osób – nie tylko protestujących, dziennikarzy, ale też przypadkowych osób, które według reżimowych funkcjonariuszy znalazły się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Pierwsze dane mówią, że zwolniono już ponad tysiąc osób i być może wśród wypuszczonych na wolność są, czy też będą dziennikarze. Na razie jednak trudno jest zrozumieć intencje białoruskiego dyktatora i nie można mieć pewności, że Białorusi nie czeka kolejna fala przemocy ze strony władzy – nic bowiem nie wskazuje, żeby miały wygasnąć akcje protestów. Jeśli represje będą kontynuowane, znów zapewne dotkną także dziennikarzy, bo wolność słowa, niezależne dziennikarstwo, jest szczególnie niebezpieczne dla trwania rządów Łukaszenki i dyktator od dawna to udowadnia.

 

Dziennikarzy zaczęto zatrzymywać już od samego początku protestów po sfałszowanych wyborach na Białorusi. Według Biełsat TV zatrzymywań dokonywano w czasie pracy, ale też urządzano polowania pod domami pracowników niezależnych mediów. Dziennikarzy przewożono na komisariaty, nie dając bliskim możliwości poinformowania, co się dzieje, gdzie są. Wyciągano ich z  redakcji i przetrzymywano po kilka, kilkanaście godzin. Każde takie zatrzymanie kończy się zasądzeniem pozbawienia wolności od 5 do 30 dni, lub karą grzywny.

Odizolowanie, uniemożliwianie kontaktu, ma na celu dodatkowe zastraszenie.

 

Biełsat opisuje los dziennikarza śledczego Stanisława Iwaszkiewicza, który m.in. zajmuje się problematyką korupcji w strukturach państwowych. Został on porwany przez funkcjonariuszy w dniu głosowania wprost spod lokalu wyborczego. Odnaleziony został dopiero po dwóch dobach w jednym z mińskich aresztów. Dziennikarza bito.

 

Redaktora naczelnego niezależnego portalu Nasza Niwa Jahora Marcinowicza zatrzymano w czasie blokad milicyjnych Mińska. Kiedy okazał swoją legitymację dziennikarską funkcjonariusz od razu rozpoznał „niepożądaną” redakcję, zadał pytanie, które można uznać też za zarzut „Mówisz po białorusku?” i kazał mu biec do więźniarki. Przez kilkanaście godzin los Marcinowicza był nieznany. Redaktor po zwolnieniu opisał w mediach społecznościowych jak poniżano zatrzymanych, mówiono o nich „zwierzęta”, i trzymano leżących z twarzą skierowaną do ziemi. Funkcjonariusze zatrzymanych kopali i bili.

 

Biełsat TV informuje o ranach poniesionych przez fotoreporterów:  odłamek granatu hukowego trafił Alaksandra Wasiukowa, Taćcianę Kapitonawą ogłuszył wybuch, a Iryna Arachouskaja została trafiona gumową kulą. Jan Roman – współautor nadawanych na antenie Biełsatu i TVP Polonia programów historycznych został pobity pod aresztem, w którym przetrzymywano dwóch jego kolegów. Roman stracił cztery zęby, złamano mu nos i kość policzkową.

 

Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy informuje o podobnych sytuacjach także w innych miastach. Zatrzymywani są tez dziennikarze mediów, które nawet nie miały „łatki” opozycyjnych. Często był uszkadzany sprzęt dziennikarzy, niszczono nośniki informacji. Warto dodać, że wśród zatrzymanych znalazły się także 4 osoby z Polski, wśród nich dziennikarz fotoreporter Witold Dobrowolski, laureat Grand Press Photo 2020, znany z relacjonowania sytuacji w miejscach ogarniętych konfliktami.

 

Dziennikarze zgodnie relacjonują: przed agresją białoruskich funkcjonariuszy nie chronią żadne oznaczenia na odzieży z napisem „PRESS”, legitymacje dziennikarskie.  W środę 13.08 minister spraw wewnętrznych Białorusi Jurij Karajew wziął na siebie odpowiedzialność i przeprosił za traumy zwyczajnych obywateli, ale jednocześnie dodał, że „technologie kolorowych rewolucji” starają się wciągnąć do protestów  zwyczajnych ludzi. W ten sposób tworząc spiskową teorię dla sprzeciwu białoruskiego społeczeństwa.

 

Redaktor naczelny Naszej Niwy Jahor Marcinowicz krótko skomentował słowa ministra na swoim Facebooku: „Nie potrzebuję przeprosin Karajewa. Zamiast tego chcę przed sądem zobaczyć siły specjalne i członków komisji”. Wielu dziennikarzy uważa, że za to, co się wydarzyło w ostatnich dniach, nikt z władzy i ze służb nie poniesie odpowiedzialności.

 

O tym, że brutalność w czasie tłumienia protestów przelała czarę goryczy białoruskiego społeczeństwa najlepiej świadczy fakt, że od służb i specnazu odcinają się ich byli, a także w kilku przypadkach obecni funkcjonariusze. Nagrywają filmiki, w których niszczą pagony, odznaki, naszywki z napisami „specnaz” i stwierdzają, że wstydzą się za takie działania służb wobec własnego narodu. Do dymisji podało się kilku urzędników reżimu Łukaszenki, nawet z prezydenckiej administracji.

 

Nie wytrzymują też tego napięcia i presji dziennikarze reżimowych mediów –  co najmniej 7 państwowych dziennikarzy odeszło z pracy. Niektórzy z nich wprost opowiadają o manipulacjach rządowych mediów, inni  swoją decyzję motywują sprzeciwem wobec wykorzystania do tłumienia protestów armii. Niektórzy nie podają swoich motywów oficjalnie, ale wiadomo, że nie wytrzymywali propagandowych nacisków i konieczności kłamania.

 

Białoruska  telewizja państwowa przez pierwsze dni w ogóle nie zauważała protestów. A na pierwszym miejscu znajdowały się informacje np. o rozwoju przedsiębiorczości spożywczej. Gdy wreszcie protesty dostrzeżono, to oczywiście oczernia się w nich manifestujących, a o ofiarach mówi się wśród funkcjonariuszy białoruskich służb.

 

Wydarzenie na Białorusi pokazały też, że wciąż mamy do czynienia z nowym zjawiskiem w świecie medialnym, gdzie tak naprawdę kluczową rolę odgrywają media społecznościowe. Nie można bezkarnie kłamać, nawet gdy się dysponuje potężną machiną mediów państwowych. Ich przekaz jest bowiem konfrontowany z tysiącami wiadomości, filmików zamieszczanych w Internecie. Krótkie ujęcia filmowe pokazują brutalną prawdę: agresję OMONu, katowanie ludzi, czy nawet niszczenie przez funkcjonariuszy samochodów (za to, że kierowcy wspierają protestujących trąbieniem). Reżim próbował walczyć z mediami społecznościowymi odcinając internet, ale dziś staje się to niemożliwe na dłuższy czas – bez Internetu nie może działać ani gospodarka, ale ma też z tym problem i sama reżimowa administracja.

 

Ciekawe, że obszar mediów społecznościowych krajów byłego Związku Sowieckiego jest słabo zrozumiały dla mieszkańców naszego kraju. Na Białorusi (ale też na Ukrainie) olbrzymią popularnością cieszy się komunikator Telegram. To tam na kanałach zarządzanych przez blogera Nechtę (zapis NEXTA) na bieżąco można było się dowiedzieć o skali protestów – nie tylko w Mińsku, ale na całej Białorusi. Telegramowe kanały podawały informacje gdzie się zbierają protestujący, ale też gdzie są jednostki OMONu – dzięki temu mieszkańcy białoruskich miast utrudniali swoimi samochodami przemieszczanie się kolumn funkcjonariuszy. Podawano nawet numery do domofonów domów, w których mogli się schować protestujący. Przy zastosowaniu skutecznej taktyki rozproszonych protestów i połączeniu tego z informacjami z Telegrama, reżim pomimo swojej brutalności, nie mógł spacyfikować rozlewającego się protestu.

 

Dziennikarz Michał Potocki stwierdził na Twitterze: „Ruch nie ma liderów. W 2010 plan protestu szykowały sztaby kandydatów, więc po zatrzymaniu Uładzimira Niaklajeua reszta się pogubiła. Sztab Swiatłany Cichanouskiej nie wzywał do wystąpień, nie wziął w nich udziału, więc jej wyjazd na Litwę nie ma znaczenia dla protestu. Koordynator protestu: żyjący w Warszawie bloger Nexta, Sciapan Puciła, którego na Telegramie śledzi milion ludzi. To on proponuje miejsca zbiórki i taktykę na kolejny wieczór.”

 

Gdy ulicami Mińska już w niedzielę wieczorem maszerowały tysiące ludzi, niektórzy komentatorzy, także w Polsce, jeszcze powtarzali opinie rosyjskiej agencji TASS o nielicznych protestach, a inni pisali o tym, że nie ma z protestów zdjęć. Nie mieli zapewne świadomości, że żyją w swoich bańkach informacyjnych i po prostu rozlewającego się protestu nie widzą, bo nie jest on relacjonowany w mediach, które sami obserwują. Faktycznie mniej informacji było na Facebooku, a konstrukcja tego medium nie pozwala na tak szybkie informowanie i masowe docieranie do odbiorców – bo to przecież Facebook decyduje co i komu pokaże. Na Białorusi nie jest szczególnie tez popularny Twitter. Natomiast w Telegramie widzimy wszystkie informacje na bieżąco, w odstępach sekundowych. Popularnym medium społecznościowym stał się też Instagram, który dla wielu w Polsce kojarzy się tylko z zamieszczeniem ładnych zdjęć celebrytów. Na Białorusi jest jednak kolejnym narzędziem w walce z Łukaszenką i pokazuje prawdę o wydarzeniach.

 

Jak widać po ostatnich dniach media społecznościowe są skuteczne, mogą być częścią obszaru wolności słowa, chociaż są dalekie od klasycznego rozumienia dziennikarstwa i wywołują też wiele pytań dotyczących jego kształtu, ale też podatności na manipulację i wpływy. Trudno chociażby nie zwrócić przy tej okazji uwagi na kwestie, kto jest ich twórcą, właścicielem i kto ustanawia zasady ich funkcjonowania, kto w nich chroni naszą prywatność. W krytycznych momentach te kwestie zawsze schodzą na dalszy plan: dziś niewątpliwie można docenić fakt, że reżim Łukaszenki nie wygrał wojny informacyjnej prowadzonej wobec własnego społeczeństwa. Nie pomogły represje wobec dziennikarzy, nie pomogło czasowe wyłączenie internetu. Zapewne Białorusini wiedzą dziś o wiele więcej o swoim kraju i systemie, niż jeszcze kilka lat wcześniej.

 

Paweł Bobołowicz

 

Źródła: bielsattv, Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy

Zaskoczenia i rozczarowania – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, czy są tematy, które zawsze kończą się zrobieniem dobrej audycji

Często zdarza się, że zaczynając pracę na jakimś reportażem wyobrażamy już sobie, jak będzie brzmiał. Nie chodzi tu o stawianie tezy, ale o oczekiwania dotyczące tego, jak będzie opowiadał nasz rozmówca, że porwie naszych słuchaczy wspaniałą, barwną historią, że zdradzi nam jakieś nieznane wcześniej szczegóły… A potem nadchodzi rzeczywistość, która już tak kolorowa nie jest.

 

Bohater nudzi albo się jąka. Nie pamięta szczegółów, albo nie chce ich podać. Opowiada same banały, a na koniec w dodatku żąda autoryzacji i czepia się każdego słowa.

 

Tak może być zawsze. Nie ma niestety tematów – pewniaków, do których realizacji możemy przystąpić pewni, że powstanie ciekawa audycja. Być może to właśnie czyni naszą pracę tak fascynującą? Bo z jednej strony, nawet nagrywając świadków najważniejszych historycznych wydarzeń możemy zrobić nudny reportaż (proszę mi wierzyć, słyszałam kiedyś opowieść Żydówki z łódzkiego getta, zmontowaną i przedstawioną tak, że o mało nie zasnęłam). A z drugiej – nawet z czegoś, co pozornie jest niczym, możemy skonstruować ciekawą, wartościową audycję. Jeżeli tylko wykażemy się mądrością, wrażliwością i wyobraźnią.

 

Pamiętam, że kiedy uczestniczyłam w różnych warsztatach, bardziej doświadczeni koledzy powtarzali, że reportaż jest gatunkiem autorskim. Od nas zależy, jak opowiemy daną historię. Zawsze mówili, że nawet jeśli dwie osoby nagrywają tę samą postać, ostatecznie na pewno pokażą ją inaczej. Na inne szczegóły zwrócą uwagę. Wybiorą inne fragmenty wypowiedzi, dobiorą inną muzykę i efekty.

 

Dlatego też od nas w dużej mierze zależy, czy swoją ewentualną porażkę zamienimy w sukces. A jednym z moich ulubionych przykładów na to jest reportaż Małgorzaty Żerwe „Georgia. Fragmenty pamięci”.

 

Georgia Peet urodziła się w Bułgarii w 1923 roku. Mieszka w Berlinie, ale dzieciństwo spędziła w Warszawie i nadal znakomicie mówi po polsku.  Była więźniarką Ravensbruck. Po wyzwoleniu została w Niemczech i należała do enerdowskiej elity kulturalnej. Wydaje się być świetną bohaterką reportażu, prawda? Jest tylko jedno „ale”. Kiedy autorka przychodzi do Georgii na umówione spotkanie, okazuje się, że staruszka już prawie nic nie pamięta. Nie kończy opowieści, tonie w dygresjach, gubi słowa, jąka się.

 

Małgorzata Żerwe próbuje składać z tych strzępów pamięci opowieść o Georgii. Nie da się jednak ukryć, że bohaterka reportażu mówi już bardzo źle. Niejedna osoba na pewno zrezygnowałaby w tej sytuacji z przygotowania audycji. Ale Małgorzata przekształca trudność w szansę nadania tej historii drugiego dna. Nie usuwa tego, co najczęściej uważa się za radiowe „brudy” – powtórzeń, zająknięć, prób przypomnienia sobie odpowiednich słów. To już nie tylko opowieść o barwnej artystce, to także skonstruowany z dużą delikatnością, wzruszający portret starzejącej się kobiety, która powoli traci najcenniejsze wspomnienia o sobie samej. Reportaż został nagrodzony w konkursie Melchiory w 2006 roku.

 

Czasem młodzi reporterzy wierzą, że podjęcie jakiegoś dramatycznego, wstrząsającego tematu zagwarantuje im sukces. W efekcie każdy adept reportażu zalicza na początku zrobienie audycji o nowotworze, Powstaniu Warszawskim i problemie bezdomności (tak, ja też od tego zaczynałam). Wydawać się może, że postawienie mikrofonu przed osobą, która przeżyła coś ważnego, oznacza jednocześnie zrobienie poruszającej audycji, że taki temat „sam się zrobi”. W rzeczywistości bardzo trudno jest, podejmując temat, który został już omówiony z tak wielu stron, powiedzieć jeszcze coś nowego, coś, co słuchaczowi zapadnie w pamięć. To między innymi dlatego za trudne uważamy tematy tzw. rocznicowe, czyli dotyczące najważniejszych wydarzeń historycznych, takich jak Powstanie Warszawskie czy Sierpień ’80. Na ich temat powstało już bardzo wiele audycji, książek i artykułów. Coraz trudniej znaleźć bohatera, który jeszcze nigdy nie był o nic pytany przez dziennikarzy czy historyków. W dodatku, jeśli temat dotyczy osób już nie żyjących – trzeba znaleźć sposób, żeby nie przedstawiać ich w sposób pomnikowy. Nadać im kolorytu i wywołać w słuchaczu emocje.

 

Tym, co gwarantuje sukces, niezależnie od podjętego tematu, jest autorskie podejście, pod warunkiem oczywiście, że wiemy, co chcemy poprzez tę audycję powiedzieć i że jest to istotne.

 

Pamiętam rumuński reportaż zatytułowany „Kaseta”, autorstwa Marii Balabas. Maria jest dziennikarką prowadzącą poranny program w rumuńskim radiu. Pewnego dnia przydarza jej się niesamowita okazja – może nagrać wywiad z jednym ze swoich ulubionych muzyków. Czeka na to wydarzenie, pełna nadziei i bardzo podekscytowana. Okazuje się jednak, że idol jest znudzony i zblazowany. Nie chce mu się odpowiadać ciągle na te same pytania, więc niemalże zmusza Marię, żeby opowiedziała mu o sobie. Maria opowiada, a jednocześnie zaczyna snuć opowieść o Rumunii czasów jej dzieciństwa, miłości do muzyki, kasecie ulubionego muzyka, która dość przypadkowo trafia w jej ręce, emigracji… Z nieudanego wywiadu udało jej się stworzyć głęboką i wciągającą opowieść.

 

Warto posłuchać także niedawno zrealizowanego reportażu Katarzyny Michalak z Radia Lublin „Śpiewajcie wolność”. 19 listopada 1985 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim wystąpiła słynna amerykańska piosenkarka folkowa, obrończyni praw człowieka – Joan Baez. Wydarzenie odbyło się spontanicznie. Joan Baez, wspominając później to, co się stało na KUL-u mówiła, że „był to najszybciej zorganizowany koncert w jej karierze”.

 

Dziennikarka Radia Lublin przypadkowo dowiedziała się o tym fakcie. Jej reportaż jest z jednej strony śledztwem, bo Katarzyna Michalak stara się odkryć kulisy tego mało znanego i słabo udokumentowanego wydarzenia. Z drugiej strony – to opowieść o nastrojach społecznych w trudnym dla Polski czasie – cztery lata po wprowadzeniu stanu wojennego i cztery lata przed odzyskaniem wolności. Ale też o nadziei, solidarności i umiłowaniu wolności. Reportaż będzie w tym roku reprezentował Polskę podczas konkursu Prix Europa.

 

Wiedza o tym, jak opowiadać historie, przydała mi się całkiem niedawno. W ramach wakacyjnego cyklu „Domowe archiwum dźwiękowe” poprosiłam słuchaczy radiowej Trójki o przysyłanie własnych nagrań i związanych z nimi opowieści. Na samym początku akcji odezwał się do mnie znajomy reżyser dźwięku. Okazało się, że w archiwum Teatru Polskiego Radia jest taśma z głosem dziecka. Chłopiec płacze, krzyczy, ale też śmieje się, bawi i śpiewa piosenki. Chociaż taśma była kilkukrotnie wykorzystywana w różnych słuchowiskach, nie wiadomo, kto na niej jest. Znajomy reżyser zgodził się, żebyśmy poszukali płaczącego chłopca. Okazało się, że dziś to pięćdziesięcioletni mężczyzna, ceniony informatyk mieszkający w Niemczech. Za pomocą zaledwie kilku krótkich nagrań udało mi się opowiedzieć jego historię, która jest jednocześnie opowieścią o emigracji i odwadze dokonywania trudnych wyborów. Same nagrania były krótkie i dość błahe. Tym, co nadało im znaczenia, był montaż, realizacja (dobranie muzyki i efektów), narracja i postawienie bohaterowi kilku pytań. Udało mi się je postawić wyłącznie dlatego, że gruntownie przemyślałam tę audycję i miałam na nią pomysł.

 

Nie oznacza to oczywiście, że nie zdarzają mi się zaskoczenia. Czasem dostaję od bliższych i dalszych znajomych bądź od słuchaczy propozycje zrobienia jakiegoś reportażu. Często wspominam, jak którejś nocy, siedząc na nocnym dyżurze w radiu i gadając z nudów o różnych rzeczach z realizatorem dźwięku, usłyszałam od niego historię wojennej radiostacji Łódź Podwodna na warszawskich Bielanach. Kolega naciskał, żebym zrobiła o tym reportaż. „Co za nuda” – pomyślałam, ale z grzeczności obiecałam, że przyjrzę się tematowi. W efekcie powstał reportaż „Bóg, Honor, Ojczyzna i ja” – jedna z najważniejszych dla mnie audycji, która nagrodzona została między innymi Stypendium im. Jacka Stwory i nagrodą SDP im. Adolfa Bocheńskiego.

 

I na odwrót. Pamiętam, że pojechałam kiedyś na nagrania, spotkać się z osobą, która miała nietypowe hobby. Człowiek ten zgodził się zabrać mnie ze sobą na prawdziwą wyprawę i dzięki niemu przeżyłam jedną z najciekawszych przygód w życiu. A potem usiedliśmy nagrać rozmowę i… czar prysł. Stres bohatera, a może po prostu nieumiejętność opowiadania o tym, co się właśnie wydarzyło, spowodowały, że reportaż był do niczego.

 

Właśnie dlatego nasza praca jest tak ciekawa. Bo pozwala nabrać dystansu wobec tego, co patetyczne, pomnikowe, poważne. I jednocześnie dostrzec głębię w drobiazgach.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Likwidacja kontra repolonizacja – z punktu widzenia ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy repolonizacja to tylko element bieżącej gry politycznej? Jak przedstawia się bilans potencjalnych zysków i strat? Czy regulacje prawne to jedyna droga do dekoncentracji i zachowania pluralizmu?

 

Kampania wyborcza i po kampanii

 

W czasie tegorocznej kampanii wyborczej kandydat na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Rafał Trzaskowski zapowiedział po wygranej podjęcie działań na rzecz reformy telewizji publicznej, która miałaby polegać na likwidacji TVP INFO, „Wiadomości” i publicystyki politycznej. Trudno ocenić, co reprezentant Koalicji Obywatelskiej chciał w ten sposób osiągnąć. Jeśli była to próba wpłynięcia na politykę redakcyjną drogą zastraszenia, to nie przyniosła pożądanych rezultatów. Z obserwacji dyskusji w mediach zdawać by się mogło, że w odpowiedzi sztab Andrzeja Dudy wyciągnął kartę z repolonizacją, ale w wypowiedziach urzędującego prezydenta tego wątku nie znajdziemy. Zdaje się przy tym, że tematem najbardziej zainteresowana była (i jest) „Gazeta Wyborcza”[1], należąca do polskiej Spółki Akcyjnej Agora, wąskie grono polityków Zjednoczonej Prawicy i jeszcze węższe specjalistów z zakresu rynku medialnego.

 

Dyskusja, której nie ma

 

Debata na temat mediów w Polsce znacznie przycichła. Nie ma już w niej ognia z pierwszej dekady XXI wieku, gdy działo się dużo rzeczy, które elektryzowały opinię publiczną: Afera Rywina, projekt ustawy medialnej przygotowany przez niezależne środowiska twórcze, veta prezydenta Lecha Kaczyńskiego do ustaw medialnych przygotowywanych przez środowisko Iwony Śledzińskiej-Katarsińskiej z PO. Obecnie obserwujemy zniechęcenie tematem, a sami politycy odłożyli zajmowanie się nim na bok. W efekcie tego wciąż mamy archaiczne prawo Prasowe z 1984 roku i zmurszałą ustawę o radiofonii i telewizji z 1992. Żaden z tych dokumentów nie odpowiada ani współczesnym wymogom, ani realiom. Do tego w Kodeksie Karnym wciąż widnieje art. 212 grożący dziennikarzom karą wiezienia za zniesławienie. W tym wypadku, jak się okazało w 2008 roku, nie ma sił politycznych, które byłyby zainteresowane jego zniesieniem. Projekt PiS w tej sprawie został odrzucony głosami PO, PSL i Lewicy. Zjednoczona Prawica po wygraniu wyborów w 2015 i 2019 roku już do tego tematu na polu legislacyjnym nie wróciła[2].

 

W debacie parlamentarnej nie istnieje też temat repolonizacji mediów, czy też zmian na polu dotyczącym ich koncentracji. Nie ma żadnego projektu, nie ma dyskusji. Ostatnia wypowiedź posła Roberta Kwiatkowskiego z 23 lipca br. (15 posiedzenie Sejmu RP) zawiera stwierdzenie: „zdaje się, za chwilę czeka nas batalia o tzw. repolonizację mediów”. I kto wie, czy słowa „zdaje się”, nie są kluczem do zrozumienia całej sytuacji. Ze względu na brak, chociażby podwalin pod projekt ustawy niespecjalnie jest dziś o czym rozmawiać. Tym bardziej że wątek ten – znów w mediach, a nie w parlamencie – pojawiał się w poprzedniej kadencji rządu Zjednoczonej Prawicy i nie zaowocował żadną konkretną propozycją. Andrzej Arendarski na łamach „Rzeczypospolitej pisał w 2017 toku: „Ciężko ustosunkować się do rządowego projektu skoro nie wiemy, na czym konkretnie miałaby polegać. Czy byłby to wykup mediów od zagranicznych właścicieli przez prywatnych przedsiębiorców? A może przez państwowe spółki, co automatycznie uruchomiłoby sprzeciw Komisji Europejskiej. Jeśli Skarb Państwa posiadałby większością prasy w Polsce, kłóciłoby się to z prawem europejskim i zasadą swobodnego przepływu usług, ludzi i kapitału oraz budziłoby wątpliwości co do zachowania wolności słowa w debacie publicznej”. Łukasz Wilkowicz na łamach Forsal.PL zwrócił uwagę, że najwięcej udziału w polskich mediach patrząc przez pryzmat kapitału zagranicznego, mają Amerykanie, za nimi plasują się Francuzi i dopiero potem Niemcy, których koncert Axel Springer budzi w debacie medialnej najwięcej emocji[3].

 

„Podstawowe problemy radiofonii i telewizji”

 

W dorocznym dokumencie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji zatytułowanym: „Podstawowe problemy radiofonii i telewizji w Polsce w 2019 roku” (maj 2020) słowo „repolonizacja” nie pada. We wstępie podpisanym przez przewodniczącego KRRiT Witolda Kołodziejskiego znajdziemy za to słowo „koncentracja”. Pojawiło się ono w następującym kontekście: „W Polsce nie istnieje system ochrony rynku audiowizualnego przed nadmierną koncentracją, mimo iż jest to powszechne w większości krajów europejskich”. Co oznacza, że dotyczy w takim samym stopniu wydawców polskich, jak i zagranicznych. W samej treści dokumentu termin ten pada jeszcze tylko raz: „wysokie koszty produkcji telewizyjnej oraz wysokie koszty wejścia na rynek w połączeniu z faktem, że sektor znajduje się w fazie dojrzałej (utrwalona pozycja i znaczące zasoby czołowych firm) skutkuje silną koncentracją[4].

 

Rodzą się pytania o potencjalne zyski, o sens takich działań i znalezienie podstaw prawnych. O tych zagadnieniach rozmawiamy z politologiem i cenionym komentatorem polityki europejskiej Bartłomiejem Zapałą.

 

Czy wierzy pan w zapowiadaną m.in. przez Jarosława Kaczyńskiego[5] repolonizację mediów?

 

– Nie, zwłaszcza po poprzedniej kadencji, w której wbrew deklaracjom nie powstał żaden projekt regulacji prawnych w tym zakresie. Takie działanie wywołałoby zbyt wiele konfliktów międzynarodowych. Nie tylko zresztą w obrębie Unii Europejskiej. Administracja amerykańska już pokazała, że sobie takich działań nie życzy. Wystarczy wspomnieć wystąpienie Ambasador Gorgette Mosbacher w obronie TVN, należącej do korporacji medialnej Scripps Networks Interactive z USA – mówi dr Zapała.

 

Czy to też wywołałoby konflikt na linii rząd polski – Komisja Europejska?

 

– Nie wyobrażam sobie, żeby taka legalizacja była zgodna z prawem unijnym. Bo jak zapisać na przykład, że na rynku nie mogą być aktywne firmy z Francji czy Niemiec? To wzbudzi oczywisty sprzeciw w świecie wolnego rynku i wspólnoty europejskiej. Jak to zresztą ująć? Na przykład, że właścicielami mogą być podmioty zarejestrowane na terenie Rzeczypospolitej? Przecież mogą takie założyć i cudzoziemcy. Jak więc mielibyśmy to sprawdzać? Po strukturze właścicielskiej, paszportach? Do tego polscy przedsiębiorcy o dużych portfelach nie garną się do rynku mediów.

 

Dlaczego?

 

– W części dla świętego spokoju. Nie chcą być postrzegani jako strona sporu politycznego, co może przynosić realne straty finansowe, jeśli nie za jednej władzy to za innej. Czasy, kiedy w tworzenie mediów inwestowali Witold Zaraska czy Michał Sołowow bardzo dawno odeszły. Obecnie warto zwrócić uwagę na przykład na to, że Polsat zdecydował się na pokazanie debaty prezydenckiej z Końskich z udziałem Andrzeja Dudy, a nie konferencji Rafała Trzaskowskiego. Stacja ewidentnie unikała konfliktu. Trudno też sobie wyobrazić, że ktoś zdecyduje się dziś w Polsce w trakcie pandemii i po związanym z nim lockdown’em zainwestować gigantyczne środki w ewentualne wykupienie mediów. Koszt tej operacji jest na tyle ogromny, a rola mediów na tyle słabnąca, że nie ma ona z ekonomicznego punktu widzenia żadnego uzasadnienia. Zresztą, kto ma zainwestować? Znowu PKN Orlen? Też ponosił straty w związku z obecną sytuacją. To nie jest worek bez dna, a na pójście wariantem węgierskim jesteśmy zbyt dużym rynkiem.

 

No tak, wpisy prezydenta USA Donalda Trumpa były blokowane przez Facebook’a i Twitter’a i wspominał o tym cały świat, mimo że nie są to tradycyjne media…

 

– …a internetowe Radio Nowy Świat nie musiało występować o koncesję.

 

Właśnie! Właścicielami wspomnianego radia, które powstało w kontrze do Radiowej Trójki, są Polacy, podobnie jak silnie zaangażowanej politycznie „Gazety Wyborczej”, a Twitter’a i Facebook’a, które nieraz już popadły w konflikt Trumpem, Amerykanie. Może więc problemy rynku mediów i social mediów wcale nie leżą po stronie kapitału?

 

– Zastanawiając się nad niesprecyzowanym zamysłem repolonizacji, stawiam sobie pytania: co jest ewentualnie do wzięcia, przez kogo i jaki ma być zysk? Wyobraźmy sobie na przykład, że polscy inwestorzy przychylni rządowi, czego oczywiście w żaden sposób nie da się zapisać, więc równie dobrze mogą wygrać radykalnie nieprzychylni, przejmują „Newsweek”. I co dalej? Kto to czyta? Ludzie nie kupią tygodnika, nie wiedząc, co jest w środku. Dalej: skąd wziąć kadry, do obsadzenia redakcji? Przywołując raz jeszcze Radio Nowy Świat, łatwo można przewidzieć, że dziennikarze przeniosą się do Internetu, lub założą nowy tytuł, albo skupią się na aktywności w mediach społecznościowych. W dobie powszechnego dostępu do sieci monopol państwa w tym obszarze po prostu nie ma szans zaistnieć w demokratycznym kraju. Pozycja mediów tradycyjnych stale słabnie, wydaje się więc, że nie ma sensu inwestować środków (zwłaszcza publicznych) w rozwiązania, które nie mają możliwości przynieść pozytywnych rezultatów. Zastanówmy się, co jest do przejęcia? Gazety lokalne, „Fakt”, ONET? TVN jest nie do ruszenia ze względu na relacje polsko-amerykańskie, a jeśli wybory w USA wygra Joe Biden, postawa naszego sojusznika będzie na tym polu jeszcze bardziej radykalna.

 

Jaki jest więc cel tych wypowiedzi medialnych?

 

– Składa się na to z politologicznego punktu widzenia kilka czynników. PiS odpowiada w ten sposób na zarzut, że Andrzej Duda wygrał wybory dzięki przychylności mediów, stawiając tezę, że wygrał właśnie mimo jej. To z kolei ma uzasadniać działania zmierzające do „odbudowania równowagi w mediach”, budowania alternatywy. Uzasadnia transfer znacznych środków do mediów publicznych – choćby ostatnie 2 miliardy złotych, również wobec Komisji Europejskiej. Gdyby ta naciskała w tym zakresie, domagając się wyjaśnień, to jest to wygodne hasło o charakterze obronnym, usprawiedliwienie. W polskiej polityce silnie gra się na emocjach. Często wskazywany jest ktoś czemuś „winny”; wróg. Komisja Europejska i mające największe zagraniczne udziały w polskich mediach USA się do tego nie nadają, ale Niemcy już tak. Jest to też działanie skierowane do elektoratu, który jest rozczarowany brakiem radykalności PiS-u, efekt napięć wewnętrznych w łonie Zjednoczonej Prawicy.

 

Czyli nie wierzy pan w repolonizację?

 

– Sądzę, że usłyszymy o niej przy okazji kolejnych wyborów.

 

„Monopol – Pluralizm – Koncentracja”

 

Tak zatytułował swoją obszerną pracę prof. Tomasz Mielczarek, dodając podtytuł: „środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006”. Znajdziemy tu zarówno historię upadku monopolu władzy na rynku medialnym wyniesionego z PRL, czas powstania setek nowych podmiotów i ich usieciowienie lub koncentrację. W tym kontekście warto na przykład przypomnieć, jak gigantyczne znaczenie dla mediów lokalnych miała reforma administracyjna. W konkluzji swojej pracy Mielczarek napisał: „Polski system medialny – mimo, że jest heterogeniczny, ma zróżnicowaną strukturę własności i cechuje go ideowy pluralizm – zmierz ku koncentracji”. W dalszej części dodał: „Nie było moim celem krytykowanie koncentracji mediów. Jest to obiektywne zjawisko, któremu można przeciwdziałać chociażby poprzez rozwiązania prawne wzorowane na europejskich, dotowanie prasy opinii, oraz dbałość o realizowanie „misyjnych” zadań przez nadawców publicznych. Istotnym czynnikiem utrudniającym koncentrację może się ponadto okazać postęp technologiczny. Upowszechnienie w Polsce Internetu, cyfryzacja naziemnych programów telewizyjnych oraz pojawienie się multipleksów może doprowadzić do zwielokrotnienia oferty i dekoncentracji, a zarazem zainicjować nowe zjawiska w sferze mediów, których dzisiaj się nie spodziewamy[6]. Ta zmiana technologiczna ma miejsce, już teraz a wydarza się wprost na naszych oczach. Działający tylko na Facebook.com lokalny serwis „Scyzoryk się otwiera – satyryczna strona Kielc” opublikował ostatnio statystyki za okres od 8 lipca do 4 sierpnia. To medium obserwuje ponad 56.000 osób. Liczba odbiorców przekroczyła we wspomnianym okresie 1 417 000, a aktywność dotycząca postów wyniosła ponad 670 000[7]. Kapitał oczywiście lokalny.

 

Słowo komentarza

 

Jeżeli chcemy budować alternatywę i wspierać pluralizm na krajowym rynku, z którym zresztą nie jest tak źle[8], może powinniśmy spojrzeć na rynek mediów szerzej, niż przez pryzmat regulacji prawnych z minionego stulecia? Dostrzec możliwości, jakie daje współczesny świat i je wykorzystać, zamiast pakować się w międzynarodowe spory i koszty, których, zwłaszcza w przypadku prasy, której znaczenie od lat konsekwentnie maleje, najprawdopodobniej nie uda się odzyskać. Do znowelizowania mamy podstawowe akty prawne i warto dziś nad nimi rozpocząć szeroką debatę. Na koniec przywołajmy słowa prof. Janusza Adamowskiego: „Media publiczne są probierzem demokracji w państwie. Jeśli my pozbędziemy się tych mediów, to uczynimy bardzo poważny krok do tyłu. Uważam, że można dyskutować (…). Nie mniej jednak moim zdaniem, sprowadzenie mediów publicznych wyłącznie do roli ozdobnika rynku będzie bardzo poważnym błędem, i wkrótce okaże się, że nikt nie będzie miał do zrealizowania ważnych zadań publicznych[9]. Pod rozwagę dla wszystkich kandydatów i we wszystkich wyborach.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://wyborcza.pl/1,75398,20065402,repolonizacja-mediow-krok-po-kroku-co-planuje-pis.html – dostęp 10.05.2020 r.

[2] https://konkret24.tvn24.pl/polska,108/ziobro-mowil-o-mozliwosci-likwidacji-artykulu-212-wlasnie-go-zaostrzono,936422.html – dostęp 10.08.2020 r.

[3] https://forsal.pl/artykuly/1420651,sciagawka-do-repolonizacji-do-kogo-naleza-media-w-polsce-mapa.html – dostęp 10.08.2020 r.

[4] Podstawowe problemy radiofonii i telewizji w Polsce, Krajkowa Rada Radiofonii i Telewizji, Warszawa maj 2020.

[5] https://sdp.pl/prezes-pis-repolonizacja-mediow-jeszcze-w-tej-kadencji-sejmu/ – dostęp 10.08.2020.

[6] T. Mielczarek, Monopol- pluralizm – koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Wydawnictwo Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007, s. 367.

[7] https://www.facebook.com/ScyzorykSieOtwiera – dostęp 10.08.2020 r.

[8] https://sdp.pl/monitor-pluralizmu-mediow-2020/ – dostęp 10.08.2020 r.

[9] Media publiczne w Polsce, pod red. J. Adamowskiego i L. jaworskiego, Uniwersytet Warszawski, Warszawa 2007, s. 121-122.

Nowy (Wspaniały) Świat – komentarz ADAMA SOCHY

Szef Radia Nowy Świat Piotr Jedliński zrezygnował z funkcji po oskarżeniu o transfobię. Fala krytyki ze strony słuchaczy spadła na niego, gdy w serwisie informacyjnym tego internetowego radia użyto męskiej formy osobowej wobec aresztowanego aktywisty LGBT Michała Sz., który twierdzi, że jest kobietą „Margot”.
Reakcja słuchaczy, a jest to creme de la creme liberalnej, postępowej głównie Warszawy, była natychmiastowa. Oprócz gniewnych komentarzy na facebookowym profilu rozgłośni, słuchacze interweniowali także bezpośrednio u władz rozgłośni.

 

Piotr Jedliński, jeden z założycieli rozgłośni i jej prezes najpierw próbował bronić swojego prawa do wolności słowa i odpisał, że naciski ze strony obrońców aktywistki „Margot” godzą w jego wolność postrzegania świata i wolność mediów. „Jesteśmy zasypywani wiadomościami od zwolenników Margot, osoby niebinarnej. (…) jeżeli Margot oraz akolici tak bardzo apelują o poszanowanie wolności, to dlaczego nie szanują wolności mediów oraz mojej, jako osoby? Dlaczego chcą mi na siłę narzucić sposób postrzeganie świata, zmuszając, żebym określał kogoś, kogo odbieram jako mężczyznę, zaimkami żeńskimi? (…) Trwa zmasowany atak, któremu się nie poddam (…)”- napisał Jedliński, doprowadzając tym słuchaczy do jeszcze większej furii.

 

Zmiękł, gdy po jego wpisie patroni zapowiedzieli zamknięcie kurka z pieniędzmi. Usunął poprzedni wpis i w nowym poście tłumaczył się, że jedyną intencją, jaka mu przyświecała, była obrona niezależności radia. Podkreślił też swoje poparcie dla prześladowanej aktywistki. Jednak dla słuchaczy i patronów to było za mało. Żądali ukorzenia się i przeprosin, a słowo „przepraszam” nie padło.

 

Gorączka na fejsie nie opadała, więc w niedzielę wieczorem kierownictwo stacji wydało oświadczenie, w którym odcięło się od Jedlińskiego, pisząc, że to była jego prywatna opinia, natomiast oficjalne stanowisko brzmiało: „(…) Zastosowana przez nas forma męskoosobowa („aktywista”) w odniesieniu do Margot była nieintencjonalnym błędem, który w żadnej mierze nie definiuje stanowiska Radia Nowy Świat wobec wspomnianych osób i wydarzeń”. Tłumaczyli też, że dziennikarzom stacji „przyświecała idea obiektywizmu i neutralności”.

 

Nadal nie zrozumieli, że ich słuchacze nie oczekują od nich żadnego obiektywizmu, bowiem obiektywizm jest zasadą starego, skompromitowanego świata cywilizacji łacińskiej. Racja i słuszność jest po ich stronie, bo takie są nieubłagane prawa rozwoju społecznego, które wyzwolą ludzkość z opresji rodziny i religii.
Przenikliwie opisał źródła i następstwa rewolucji kulturowej, której walec teraz dotarł nad Wisłę filozof, prof. Ryszard Legutko w książce „Triumf człowieka pospolitego” (2012), w której dowiódł wspólnych korzeni i wspólnego celu komunizmu i demokracji liberalnej.

 

Tak jak człowiek w komunizmie oskarżony o odchylenie lub reakcjonizm jeśli próbował się bronić, tylko potwierdzał, że stoi po stronie reakcji.
Gdy kogoś dzisiaj oskarża się o homofobię, to takie oskarżenie również zamyka usta, bo nie ma na to dobrej odpowiedzi – czytamy w książce prof. Legutko. – Tłumaczenie się, że nie ma równości związków heteroseksualnych i homoseksualnych, nawet jeśli poparte jest najtrafniejszymi argumentami, tylko potwierdza homofobiczność, bo nad takim zarzutem się nie dyskutuje. Jedyna drogą dla oskarżonego jest złożenie samokrytyki, która może, lecz nie musi być przyjęta. Gdy jakiś śmiałek będzie nieugięty i podejmie próbę repliki, rozwścieczone stado lumpeninteligentów natychmiast rzuca się na nieostrożnego polemistę i wdeptuje go w ziemię”.

 

Doświadczył tego na własnej skórze Piotr Jedliński, który w końcu, albo został zmuszony, albo chcąc zachować resztki godności, odszedł z RNŚ.
Ponurym chichotem tej historii jest to, że ex-dziennikarze radiowej „Trójki”, nie mogli już dłużej wytrzymać w reżimowym radiu dławienia wolności słowa i utworzyli własne Radio Nowy Świat, już po miesiącu przekonali się, że w tej oazie wolności słowa, ta wolność też ma swoje granice. Wyznacza je poprawność polityczna. Dostali pieniądze, nie po to, by pielęgnować zasadę obiektywizmu i rzetelności dziennikarskiej, ale by budować Nowy Wspaniały Świat.

 

Gdy wybuchła sprawa aresztowania Michała Sz. „Margot” media w Polsce natychmiast podzieliły się na dwa obozy. Na te, które bez wahania pisały o Michale, jako o kobiecie i na te, które pisały o nim jako mężczyźnie, zgodnie z tym, jak jest zarejestrowany w USC. Jak łatwo się domyślić, media stojące po stronie totalnej opozycji, na czele z Wyborczą i TVN24, używały formy żeńskiej, media prorządowe – męskiej.

 

Jedynie nieliczne media tzw. symetryczne wybrało formę neutralną, pisząc jak autor tekstu na portalu klubjagiellonski.pl: „Został(a) on(a) tymczasowo zatrzyman(a)/(y) za akty wandalizmu i udział w pobiciu człowieka”, lub jak „Rzepa”: „Aktywista LGBT Michał Sz. (dane z dowodu tożsamości, użyte przez prokuraturę – Sz, używa imienia Małgorzata).

 

To co spotkało redakcję „Radia Nowy Świat”, to nie jest przypadek. Taka jest logika postępu w liberalnej demokracji, która odrzuca metafizykę i prawo naturalne i zastępują ją ideologią poprawności politycznej, która teraz weszła na Zachodzie w fazę terroru, bowiem, jak w komunizmie, walka klasowa zaostrza się w miarę rozwoju socjalizmu, tak w liberalnej demokracji zaostrza się w miarę postępów „tolerancji” i „równości”. Na Zachodzie rewolucja kulturowa zaszła już bardzo daleko. Świadczą o tym zeszłoroczne wyniki badań Campaign for Free Speech. Pokazały one, iż 59% Amerykanów między 18-34 rokiem życia uważa, że I Poprawka do Konstytucji USA powinna odzwierciedlać „dzisiejsze kulturalne normy”. 50% popiera karanie za „mowę nienawiści”, natomiast 47% uważa, że za “mowę nienawiści” należy wsadzać do więzienia! To co było chlubą i dumą Stanów Zjednoczonych, a także punktem odniesienia wolnych ludzi – Pierwsza Poprawka – na naszych oczach zostanie obalona, jako współczesna Bastylia.

 

Pierwsi rewolucjoniści kulturowi, którzy opanowali uniwersytety, szkoły, media i rozrywkę i rozpoczynali pionierską „pierekowkę dusz”, dzisiaj sami są przerażeni swoim dziełem, jak Robespierre, gdy raz uruchomił terror, by w końcu sam położyć głowę pod gilotyną, czy Lenin, który za późno zdał sobie sprawę jakiego zrodził potwora w osobie Stalina.

 

Zainspirowali oni List 150 intelektualistów i artystów o światowej randze, opublikowany na łamach Harpers Magazine, potępiający praktykę publicznego znęcania się i tzw. „cancel culture”. „Cancel culture” to bezpardonowe potępianie ludzi o odmiennych poglądach, nie tylko obecnie, ale także w przeszłości. Potępiający głos ludu ukształtowanego przez polityczną poprawność żąda ich dymisji, usunięcia ich dzieł z bibliotek, serwisów streamingowych itd. itp.
Doświadczyła tego ostatnio jedna z sygnatariuszek listu autorka „Harrego Potera” J.K. Rowling za jej poglądy na temat osób transseksualnych.
Wolność wymiany informacji i idei, siła napędowa liberalnego społeczeństwa, z każdym dniem staje się coraz bardziej ograniczona – czytamy w Liście. – O ile oczekujemy tego od radykalnej prawicy, cenzura rozprzestrzenia się również szerzej w naszej kulturze: nietolerancja społecznych poglądów, moda na publiczne znęcanie się i ostracyzm oraz tendencja do ślepego rozwiązywania złożonych problemów politycznych (…) Zbyt często słyszy się wezwania do szybkiej i surowej zemsty” – napisali sygnatariusze. – „Niezależnie od argumentów w kontekście każdego incydentu, wynikiem będzie stałe zawężanie granic tego, co można powiedzieć, bez groźby odwetu” – piszą.

 

Sygnatariusze Listu to m.in. takie sławy jak Noam Chomsky, Malcolm Gladwell, muzyk jazzowy Wynton Marsalis, psycholog Steven Pinker, autor „Szatańskich wersetów” Salman Rushdie, feministka Gloria Steinem, arcymistrz szachowy Gary Kasparov oraz dziennikarz CNN i „Washington Post” Fareed Zakaria.

 

Tylko do kogo ten List jest adresowany? Gdy istniały dwa bloki w czasie Zimnej Wojny, takie listy podpisywali intelektualiści żyjący za Żelazną Kurtyną i adresowali je do wolnego świata. Może do Polski, którą prezes Jarosław Kaczyński nazywa największą oazą wolnego słowa w Europie, a może i na świecie? I faktycznie, paradoksalnie tak jest, jeszcze. Bowiem w tej chwili znaleźliśmy się pomiędzy młyńskimi kamieniami. Z jednej strony barbarzyńcy rewolucji kulturowej niszczą wolność słowa nad Wisłą i zaprowadzają terror poprawności politycznej, z drugiej strony mamy zapowiedź „dekoncentracji mediów”, którego finałem może być orbanizacja mediów w Polsce, czyli ich całkowite podporządkowanie rządowi.
Być może zostanie nam tylko taki wybór.

 

Adam Socha

Dziennikarze i pytanie Piłata – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

Dziennikarze, informując o najgorętszej w ostatnich dniach sprawach – działaniach organów państwa wobec aktywistów LGBT – stanęli przed wyborem: jak mówić lub pisać o Michale Sz. Przypomnę – bo nie jest to jasno przedstawiane we wszystkich miejscach – że Michał Sz. został przez sąd aresztowany na dwa miesiące w związku nie z zawieszeniem tęczowej flagi na pomniku Chrystusa, lecz z powodu napaści na furgonetkę Fundacji Pro Prawo do Życia oraz jej załogę. Była to w dodatku druga decyzja i odpowiedź sądu na zażalenie prokuratury wobec pierwszej, która aresztowania odmawiała.

 

Michał Sz. uznał też, jak wiadomo, że „czuje się kobietą” (nieodmiennie przychodzi na myśl słynna scena z „Żywotu Briana” Monty Pythona: „I want you to call me Loretta”) i będzie się nazywać Margot. Lewicowe media, od „Gazety Wyborczej” począwszy, posłusznie zaczęły zatem o Michale Sz. pisać w formie żeńskiej (jakkolwiek zaznaczając, że jest osobą „niebinarną”, cokolwiek miałoby to znaczyć). Z czasem tak samo zaczęło o nim mówić TVN24.

 

Awantura rozpętała się wokół Radia Nowy Świat, w którego serwisach stosowano formę męską. Prezes RNŚ Piotr Jedliński przez długi czas bronił takiej postawy jako kwestii wolności słowa, lecz w końcu zadeklarował, że wobec działań władzy wycofuje się ze swojego stanowiska, bo „osadzenie jej [Michała Sz.] w areszcie dla mężczyzn istotnie zmieniło […] kontekst sprawy”.

 

Z kolei Patryk Słowik pisząc o sprawie na portalu Bezprawnik zadeklarował, że będzie pisał o Michale Sz. w formie żeńskiej, gdyż ten sam sobie tego życzy.

 

To, w jakiej formie pisze się o Michale Sz., stało się niestety swego rodzaju deklaracją światopoglądową. Tymczasem dziennikarze powinni służyć prawdzie, nie imaginacjom. W wypadku Michała Sz. prawda jest jasna: mamy do czynienia z mężczyzną zarówno w aspekcie prawnym, jak i fizycznym. Nie było tu żadnej operacji zmiany płci ani niczego podobnego. To po prostu chłopak, który oznajmił, że jest dziewczyną. Nie wnikam tu w psychiatryczne, medyczne aspekty sytuacji; być może zresztą żadnych takich aspektów nie ma, a mamy jedynie do czynienia ze zwykłym cwaniactwem i podłączeniem się pod modne lewackie trendy (niektóre nagrania trafiające do sieci mogą to sugerować). Jest natomiast kwestią bezsporną, że Michał Sz. jest mężczyzną. Owszem, może jest mężczyzną z zaburzeniami, z dziwnymi fantazjami lub urojeniami, ale mężczyzną.

 

Dziennikarze, jako się rzekło, powinni informować o faktach. Jest faktem, że Michał Sz. podaje się za kobietę i o tym informować można, a nawet należy, bo jest to jednak istotny składnik całej sytuacji. Interpretacja tego faktu może należeć do odbiorców. Z pewnością natomiast nie jest informowaniem o faktach i opieraniem się na nich mówienie i pisanie o Michale Sz. „ona”. Nie jest wystarczającym tego uzasadnieniem fakt, że sam Michał Sz. tak sobie życzy, bo oznaczałoby to, że dziennikarze, zamiast przekazywać swoim odbiorcom fakty, będą przekazywać im cokolwiek, co ktoś sobie wymyśli. Czy gdyby Michał Sz. uznał na przykład, że ma pięć lat, to dziennikarze powinni tak o nim pisać i wyciągać z tego wniosek, że polskie państwo dręczy nieletniego? A gdyby rano ogłosił się kobietą, po południu mężczyzną, a wieczorem znów kobietą, to dziennikarze powinni za tymi fantazjami podążać? Z całą pewnością nie.

 

Patrzę z największą przykrością, jak media dotąd – wydawałoby się – unikające jednak skrajnych ideologicznych wygibasów, takie jak TVN24, zaczynają im się podporządkowywać wbrew prawdzie materialnej. Rozczarowująca jest też deklaracja Piotra Jedlińskiego. Rozumiem doskonale jego sprzeciw wobec działań władzy, ale robienie zarzutów z tego, że mężczyznę (formalnie!) pakuje się do męskiego aresztu i uznawanie, że właśnie dlatego trzeba teraz o nim zacząć mówić jako o kobiecie, świadczy nie o zdrowym rozsądku, lecz raczej o jego utracie.

 

Wszystko to prowadzi do smutnej refleksji. Nie bez powodu jednym z najbardziej porażających i wymownych fragmentów w Ewangelii według św. Jana jest ten, gdy Jezus rozmawiając z Piłatem, prokuratorem Judei, odpowiada na jego pytanie, czy jest królem: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” – na co Piłat wygłasza słynne słowa: Quid est veritas? – „Czymże jest prawda?”. To pytanie zgubionego i chyba też trochę przestraszonego rzymskiego urzędnika wyraża zgubny sceptycyzm wobec możliwości ustalenia, co jest prawdą obiektywną, faktyczną, materialną. Niestety, dziennikarze działają dziś w taki sposób, jakby ich dewizą stało się Piłatowe pytanie.

 

Łukasz Warzecha

Wspólnota dobrych wiadomości – KS. MARIUSZ FRUKACZ o mediach katolickich w czasie pandemii

Co będzie z mediami katolickimi, zwłaszcza z tradycyjną prasą katolicką, gdyby wróciła kwarantanna z marca? Czy redakcje katolickie wyciągnęły ważną lekcję dla siebie? Te pytania są bardzo ważne i wydaje się, że media katolickie powinny utrzymać swoją obecność na kontynencie cyfrowym, co niewątpliwie pomaga także w utrzymywaniu więzi ze stałymi czytelnikami.

 

„Rzeczpospolita Parafialna”

 

Jednym z ciekawych pomysłów Tygodnika Katolickiego „Niedziela” jest kontynuowanie w nowej odsłonie „Rzeczpospolitej Parafialnej –  inicjatywy ewangelizacyjnej i duszpasterskiej, która ma na celu prezentację parafii od strony duszpasterskiej i środowiskowej, równocześnie na łamach tygodnika i formie filmu przygotowanego przez studio telewizyjne tygodnika – Niedzielę TV. Parafia to wspólnota wspólnot. Dlatego „Niedziela” w ścisłej współpracy z duszpasterzami i czytelnikami poprzez nowoczesną formę promocji parafii zyskuje przychylność czytelników. Wydaje się, że bardzo ważną lekcją wyniesioną z najtrudniejszego okresu pandemii powinno być dbanie o stały i bezpośredni kontakt z czytelnikami.

 

Współbrzmienie prasy tradycyjnej i nowych technologii

 

Kościół katolicki w Polsce i media katolickie powinny wciąż wykorzystywać nowe technologie w ewangelizacji. Jak są one ważne, wręcz konieczne,  pokazał to okres pandemii. Wówczas tradycyjna prasa katolicka borykała się ze spadkiem sprzedaży, choćby z racji braku wiernych w świątyniach. Kościół wykorzystując nowe technologie, podjął ważny krok, szczególnie dla młodego pokolenia. Warto też zwrócić uwagę na to, że prasa katolicka w okresie pandemii zwiększyła jeszcze bardziej swoją obecność w świecie online. Ruszyły kampanie typu: „Kup nas, nie wychodząc z domu” i inne. Nowe technologie stwarzają nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Do nich w rzeczywistości parafialnej, obok prasy katolickiej, biuletynu parafialnego, gablotki informacyjnej, należą również: strona internetowa parafii, kanał na YouTube, czy fanpage na Facebooku. Moim zdaniem dzisiaj również prasa katolicka powinna potrzymać swoją obecność online. Dzisiaj tygodniki katolickie są przecież już nie tylko w formie papierowej, ale są obecne na Twitterze, Facebooku, YouTube itd. Wydaje się, że bardzo ważną lekcją z okresu pandemii jest właśnie współbrzmienie prasy tradycyjnej z nowymi możliwościami online. Na pewno w dalszej perspektywie bardzo ważne będzie inwestowanie w nowe technologie. Jednak najpierw konieczne jest utrzymanie stałych i zdobywanie nowych czytelników.

 

Warsztat dziennikarza

 

Jednym z problemów jaki pojawił się w okresie pandemii to było niewątpliwie trudniejsze zdobywanie informacji. Praktycznie tradycyjne tematy kościelne zniknęły z dnia na dzień. Wtedy swoją kreatywnością, pomysłowością musieli wykazać się dziennikarze i redaktorzy pism katolickich.

 

W dzisiejszych czasach redakcje katolickie, takie jak „Niedziela”, są  już instytucjami multimedialnymi. Trzeba jednak pamiętać, że technika nigdy  nie może zastąpić człowieka. Wciąż na pierwszym miejscu jest warsztat pracy dziennikarza, jego elementarna uczciwość i rzetelność. Warsztat pracy dziennikarza medium katolickiego obejmuje nie tylko profesjonalne przygotowanie do wykonywania tego zawodu, powołania i misji.  Dzisiaj również dziennikarz katolicki korzysta z najnowszych osiągnięć techniki, wyposażony jest w narzędzia ułatwiające pracę, dostęp do newsów: laptopy, smartfony najnowszej generacji dyktafony itp. Nie zapominajmy jednak, że nawet najnowsza technologia, która ułatwia pracę dziennikarzowi, nie zastąpi przecież atrakcyjności tekstu, chociaż pomaga w szybkości przekazu. Dla mnie, obok nowych technologii, najbardziej liczy się wiarygodność. Notatnik, dyktafon, sprzęt do nagrywania, aparat fotograficzny, laptop nie mają wpływu na wiarygodność. Ona zależy od samego dziennikarza.

 

Metoda św. Maksymiliana Kolbego

 

Wspomniałem już o tym, że najważniejszy pozostaje osobisty i bezpośredni kontakt z czytelnikami. Okazało się to bardzo ważne w okresie pandemii. Kilka lat temu, w jednym ze swoich referatów bp Adam Lepa wskazał na wciąż aktualną „metodę św. Maksymiliana Kolbego”. Ten  Święty, który jest patronem dziennikarzy katolickich, osiągnięcia techniki i media traktował pozytywnie, dbał, aby ludzie mediów nie stanowili grupy społecznie wyizolowanej, a dziennikarze powinni spotykać się z ludźmi. Sam stosował tzw. ewangelizację bezpośrednią, osobiście dostarczając swoje pisma, rozmawiając z czytelnikami. Dla św. Maksymiliana media nie mogły być tylko narzędziem, ale i miejscem ewangelizacji, czyli modlitwy, katechezy i świadectwa. Dbając o stały kontakt z czytelnikiem powinny posługiwać się językiem jasnym, prostym, komunikatywnym i odważnym. Prasa drukowana, nowe technologie, obecność online i bezpośredni kontakt z czytelnikiem powinny być ze sobą połączone. Okres pandemii pokazał bowiem jeszcze jedno, że ludzie potrzebują nadziei, potrzebują „wspólnoty dobrych wiadomości”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Nadzieja w kościelnych influencerach – analiza ks. ARTURA STOPKI

Młodzi Polacy chłoną dzisiaj w ogromnym stopniu negatywny wizerunek Kościoła. Czy media mają szansę jakoś temu zaradzić?

 

Chciałoby się powiedzieć: jak wygląda sytuacja, każdy widzi. Ale chyba jednak nie każdy dostrzega i zdaje sobie sprawę, że Kościół katolicki w Polsce ma problem z dotarciem do młodych. A przede wszystkim ze swoim wizerunkiem, na jaki natrafiają i jaki sobie – głównie dzięki mediom – kształtują.

 

Sprawa staje się coraz trudniejsza. Dwa lata temu opublikowane zostały efekty badań religijności przeprowadzonych w ponad stu krajach przez Pew Research Center. Wynika z nich, że w naszym kraju mamy do czynienia z najszybszą laicyzacją młodych na świecie. Komentując te dane dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego ks. dr. Wojciech Sadłoń SAC zwrócił uwagę na coś jeszcze. Zauważył, że polska młodzież co prawda przestaje chodzić do Kościoła, jednak wciąż czuje się związana z katolicyzmem. „W tym sensie mamy w Polsce do czynienia nadal z powszechnym wśród młodzieży katolicyzmem” – skonstatował, ale dodał, że ma on coraz bardziej charakter kulturowy niż refleksyjny i osobisty. Ta diagnoza ma znaczenie dla kształtowania image Kościoła w umysłach i sercach młodych Polaków. To nie jest przemawianie do obcych, a tym bardziej do nieprzyjaciół.

 

Zero alternatywy

 

Kościół znalazł się na rynku propozycji światopoglądowych w naszym kraju i mimo swej dominującej pozycji (a może właśnie z tego powodu?) nie za bardzo radzi sobie w kwestii budowania wizerunku. W świadomości społecznej coraz bardziej ugruntowuje się jego negatywny obraz. To, co złe w jego funkcjonowaniu, w znaczącym stopniu zaczyna przesłaniać to, co dobre i wartościowe. Młodzi chłoną ten przekaz nie tylko dlatego, że jest szeroko udostępniany przez media w prosty i swoiście atrakcyjny sposób. Chłoną go także dlatego, że w przestrzeni mass mediów praktycznie nie spotykają przekazu alternatywnego.

 

Kto powinien budować ten alternatywny przekaz? Wydawałoby się logiczne, że to zadanie mediów będących w dyspozycji Kościoła. Np. kilku tygodników, dostępnych co niedziela w parafialnych świątyniach. Haczyk polega jednak na tym, że młodzi na Mszy św. w pierwszy dzień tygodnia pojawiają się w zdecydowanie niewielkiej liczbie. Trudno również liczyć na to, że sięgną po pismo przyniesione do domu z kościoła przez rodziców czy dziadków. A jeśli nawet by to zrobili, okazałoby się, że jest w nim niewiele adresowanych do nich treści. Choć pozornie wygląda to ma błędne koło, wcale nim nie jest. Tak działają reguły rynku. Byłoby dziwne, gdyby kościelne pisma nie zapełniały swych łamów treściami dostosowanymi do potrzeb zdecydowanej większości czytelników.

 

Przez smartfony

 

Mizerne rezultaty, jeśli chodzi o dotarcie do młodych Polaków przynoszą wysiłki pokazywania nie tylko negatywnego obrazu Kościoła, podejmowane przez dość wąskie grono dziennikarzy i publicystów w świeckich dziennikach i czasopisma. To również nie jest dziś kanał skutecznego i masowego dotarcia do młodego pokolenia. Podobnie zresztą jak radio i telewizja w tradycyjnym rozumieniu. Do świadomości młodych dociera się dzisiaj inną drogą.

 

Jaką? Zdrowy rozsądek połączony z odrobiną obserwacji pozwala ustalić, że najprościej i najskuteczniej trafia się do następnego pokolenia przez smartfony. A dokładniej – przez internet. To globalna sieć jest ich środowiskiem komunikacji. Wielowymiarowej komunikacji. To niezbyt odkrywcze spostrzeżenie prowadzi do pytań czy i w jaki sposób Kościół w Polsce kształtuje swój wizerunek korzystając w przestrzeni internetowej.

 

Nowa komunikacja

 

Istnieje kilka liczących się portali, które są własnością podmiotów kościelnych lub z Kościołem mocno się identyfikujących. Czy ich rzeczywista opiniotwóczość jest wystarczająca? Chyba nie, skoro nie udaje im się skutecznie przełamać niekorzystnego image Kościoła, obecnego w sieci. Czy mogłaby być większa? Zapewne tak, ale doprowadzenie do tego nie jest proste ani bezkosztowe. Wymaga inwestycji zarówno w rozwiązania techniczne, jak i (a raczej przede wszystkim) w ludzi. Ponieważ w globalnej sieci wyjątkowo aktualne okazują się słowa papieża Pawła VI „Świat dzisiaj bardziej potrzebuje świadków niż nauczycieli Ewangelii”. Okazuje się, że to konkretni ludzie są w stanie nadzwyczaj skutecznie wpływać na opinie tysięcy internautów. Młodych internautów.

 

Trzy lata temu ks. Dariusz Raś (będący proboszczem parafii mariackiej w Krakowie) opublikował w „Studia Socialia Cracoviensia” artykuł zatytułowany „Chrześcijanin multimedialny – śladami wideoblogerów katolickich”. Zwrócił w nim uwagę, że sieciowa komunikacja wymyka się definicji mediów jako zespołów narzędzi, wielości redakcji, tytułów czy instytucji zajmujących się społecznym przekazem informacji, dawaniem rozrywki czy trudniących się edukacją społeczną. Odnotował, że internetowa rewolucja wyzwala nowy rodzaj komunikacji i nowy rodzaj „dziennikarstwa”. Powstają nowe więzi i nowe formy wspólnoty. „Tego faktu nie można zbagatelizować. (…) Dlatego sieci społecznościowe należy uznać za nowe środowisko krzewienia wiary – nową agorę, może najważniejszą z powodu pewnego zapóźnienia kościelnych instytucji w tym względzie” – stwierdził ks. Raś. To oczywiste, że krzewienie wiary łączy się z kształtowaniem obrazu Kościoła.

 

Jeden udany vlog…

 

W swym tekście ks. Raś skupił się na wąskim wycinku możliwych w sieci aktywności katolików w internecie – na wideoblogerach. Przyjrzał się bliżej ówczesnym działaniom kilkorga z nich: Weroniki Zaguły (dzisiaj Weroniki Kostrzewy), Joli Szymańskiej, o. Adama Szustaka OP, bp. Grzegorza Rysia.

 

Podsumowując swoje obserwacje zwrócił uwagę, że w każdej komunikacji międzyludzkiej potrzebna jest interakcja. Niezbędne jest zainteresowanie tym, zarówno liczba odbiorców, jak i to, ile z nich zareaguje na przekaz. Potrzebne jest sprawdzenie statystyk i zasięgu, bo to ułatwia działanie, nakierowuje na potrzeby drugiego. Potrzebne jest konfrontowanie się z opiniami i odpowiedzi na pytania, przegląd komentarzy. „Jeden udany vlog potrafi wówczas dotrzeć do setek tysięcy słuchaczy i wiadomo, dlaczego zaglądają do niego odbiorcy” – podkreślił ks. Raś. To dzięki umiejętnemu stosowaniu tych narzędzi można stać się przewodnikiem w internetowym chaosie i zostania kościelnym influencerem – prowadzącym do Boga, a równocześnie liderem opinii, także tych na temat Kościoła.

 

Przykład omówiony przez proboszcza z Bazyliki Mariackiej pokazuje, jak duże są możliwości budowania pożądanego wizerunku Kościoła w nowych mediach. Jednak ich skuteczne spożytkowanie wymaga czegoś więcej niż tylko niegaszenia zapału tych, którzy próbują coś robić na tej działce. Trzeba ich wspierać na różne sposoby, umiejętnie koordynować ich aktywność, a także wyszukiwać kolejne osoby zdolne podjąć takie działania. Chodzi o to, aby było ich jak najwięcej, jak najlepiej przygotowanych, profesjonalnych w tym, co robią. W ten sposób rosną szanse, że negatywny obraz Kościoła będzie przynajmniej równoważony pozytywami. A to już dużo.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Powstanie Warszawskie w propagandzie

W tych dniach Polska obchodzi 76. rocznicę Powstania Warszawskiego. Ale nie wszystkim walka narodu o wolność się podoba. Tak jak kiedyś, tak i dziś propaganda i media kłamią na ten temat.

 

Publicysta Jacek Żakowski w TOK FM mówił: „A może byśmy zaczęli mówić o hańbie politykierów, a nie chwale bohaterów. Bo nieodpowiedzialni dowódcy skazali dziesiątki tysięcy ludzi na śmierć, a setki tysięcy na straszliwy los. Powstanie w najmniejszym stopniu miało coś wspólnego z walką”. Żakowski dodał, że „politykierzy”, którzy skazali wtedy miasto i ludność na katastrofę „wracają”: „Dzisiaj jest tego nie mniej, a może nawet więcej, niż wyprodukowała Sanacja”. To nieskrywana sugestia, że obecne rządy doprowadzą do kolejnej katastrofy.

 

Tezy Żakowskiego odnajdujemy w retoryce (post)komunistów: „Rozkaz, który mimo dramatycznych ostrzeżeń, że Powstanie najpewniej zakończy się zagładą ludności i miasta, został wydany. Pozytywne propagandowe efekty Powstania oraz zadane Niemcom straty nijak się mają do rozmiarów tragedii” – to wypowiedź sprzed lat senatora SLD Zdzisława Jarmużka, przedrukowana skwapliwie przez „Głos Kombatanta Armii Ludowej”. Pisemko to ówczesny szef Urzędu ds. Kombatantów Jacek Taylor oskarżył o fałszowanie najnowszej historii Polski i wyszydzanie narodu polskiego. Pisemko, skupiające „ludowych” partyzantów, ubeków i innych „utrwalaczy”, do dziś głosi takie kłamstwa. A SLD nadal powiela oszczerstwa, jakie wobec Powstania rzucali w PRL partyjni działacze i usłużni władzy historycy.

 

Ale właściwie dlaczego postkomuniści mieli zmienić zdanie? Gorzej, że na Powstanie plują też ci, którzy kiedyś byli w szeroko pojętej opozycji demokratycznej. Pamiętają Państwo programowy tekst „Polacy – Żydzi: Czarne karty powstania” w „Gazecie Wyborczej” z 1994 r.? Na 50. rocznicę godziny „W” Michał Cichy wysmażył paszkwil o tym, że jednym z celów powstańców było mordowanie Żydów. To miała być „pełna prawda” o Powstaniu Warszawskim. Zamiast prawdy były kłamstwa i manipulacje. Cichy hasłu: „AK – zapluty karzeł reakcji” nadał nowy sens. Nie tylko rozpoczął nową kampanię przeciwko Armii Krajowej i Powstaniu Warszawskiemu, która odbiła się szerokim echem na świecie, ale wniósł wielki wkład do trwającej od dawna, międzynarodowej akcji przedstawiającej Polaków jako antysemitów i morderców. Ta akcja trwa do dziś.

 

Demokratyczna opinia Warszawy zadawała sobie pytanie, z czym Mikołajczyk jedzie do Moskwy. Każdy przypuszczał, że ta wizyta może mieć doniosłe następstwa, ale nikt nie przypuszczał, że będą aż tak tragiczne, jak zniszczenie Warszawy podczas Powstania (…) Nikt nie przeczuwał, jaka koszmarna koncepcja wylęgła się w mózgach sanacyjnych inspiratorów Powstania, że wyrok śmierci na Warszawę został już podpisany przez Bora-Komorowskiego i Sosnkowskiego”. To już nie Jacek Żakowski w 2020 r. w tok.fm, ale tow. Zenon Kliszko (od 1931 r. członek Komunistycznej Partii Polski, potem PPR i PZPR) w 1962 r. w „Nowej Kulturze”.

 

Kazimierz Kąkol (komunistyczny prawnik, ekonomista, dziennikarz, od 1957 r. członek PZPR, w latach 70. kierownik Urzędu ds. Wyznań, w latach 80. dyrektor Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce i członek Rady Społeczno-Gospodarczej przy Sejmie PRL) „ujawniał” motywy rozpoczęcia Powstania: „Prawda o Powstaniu Warszawskim, jego genezie, koncepcji, organizacji, staje się prawdą coraz bardziej pełną. I kłopotliwą. Dla tych, którzy byli autorami powstania bądź nosicielami koncepcji politycznej >>dwóch wrogów<<, tkwiącej u źródeł decyzji”. (artykuł „Kłopoty z prawdą”, 6 sierpnia 1972, „Prawo i Życie”).

 

Jeszcze ciekawiej wypowiadał się na ten temat Kliszko: „Druga połowa lipca 1944 roku nie zapowiadała w niczym, że Warszawa zostanie wydana na zagładę i zniszczenie, jakiemu nie uległo żadne miasto w tej wojnie. (…) Zdawało się, że Armia Czerwona wkracza już do Warszawy. (…) Na Pradze widziano już czołgi sowieckie”. Kliszko sugerował, że wybuch Powstania opóźnił „wyzwolenie” Polski przez Sowietów. Przypominał, że w międzyczasie powstał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który spotkał się z krytyką „podziemnej prasy reakcyjnej”: „Zbieżność reakcyjnej propagandy z propagandą goebbelsowską była zadziwiająca. Jak wiemy, ta współpraca ideologiczna hitleryzmu z reakcją polską miała swoje tradycje. Najjaskrawiej wystąpiła po raz pierwszy w okresie kampanii katyńskiej”. A zatem – zdaniem komunistycznych dygnitarzy – Powstanie przerwało sielankę oczekiwania na Armię Czerwoną.

 

Jakie skutki miało wykazywanie zbieżności między „reakcyjną propagandą” AK a propagandą Goebbelsa? Po wojnie wielu polskich patriotów zostało skazanych (również na śmierć) za rzekomą „faszyzację kraju”.

 

Kliszko pisał: „W obliczu śmiertelnego wroga i śmiertelnego niebezpieczeństwa sanacyjne dowództwo AK nadal kontynuowało swą klikową politykę”. Autor wielokrotnie przeciwstawiał – co było zresztą regułą PRL-owskich ideologów – dowództwo Armii Krajowej prostym żołnierzom, którzy mieli być posyłani na rzeź przez tych pierwszych.

 

Myśl Kliszki rozwinął Ryszard Nazarewicz (partyjny historyk, po wojnie zastępca szefa stołecznego Urzędu Bezpieczeństwa w randze pułkownika; osobiście przesłuchiwał wielu polskich patriotów): „Nie ma sprzeczności pomiędzy surową krytyką koncepcji politycznych leżących u jego [Powstania] podłoża oraz poczynań jego kierownictwa a podkreśleniem wielkiego znaczenia bohaterskiej walki ludu warszawskiego w powstaniu”.

 

Ponieważ AK-owcy byli po wojnie wrogiem nr 1 komunistów, ale ci ostatni nie mogli całkowicie zbagatelizować Powstania, wymyślili taką właśnie interpretację wydarzeń.

 

Nazarewicz pisał dalej: „Walka wykazała raz jeszcze nieugięty patriotyzm ludu Warszawy i jego bezkompromisowy stosunek do hitlerowskiego okupanta, udokumentowany najwyższymi ofiarami”, ale „stały się one konsekwencją polityki przywódców burżuazyjnych, gotowych na wszystko dla narzucenia Polski swej władzy”. Dowódcy AK „zawsze usiłowali się zasłonić, jak tarczą, bohaterstwem powstańców i ludności stolicy, a tragicznymi skutkami swej polityki obciążyć obóz lewicy polskiej i dowództwo radzieckie”.

 

W tym miejscu warto przywołać relację kuriera Jana Nowaka-Jeziorańskiego, przybyłego do Warszawy pod koniec lipca 1944 r. Na pytanie, które zadał Delegatowi Rządu Stanisławowi Jankowskiemu, kto podjął decyzję podjęcia walki o wyzwolenie Warszawy, usłyszał: „Proszę Pana, tę decyzję naród polski podjął przed pięcioma laty w pierwszych dniach okupacji Warszawy”.

 

Zgodnie z wcześniejszymi planami wojska marszałka Rokossowskiego miały zająć Warszawę do 6 sierpnia. Kontruderzenie niemieckie zatrzymało je co prawda, ale od 20 sierpnia mogły kontynuować natarcie. Stalin grał jednak na czas. Czekał, aż Warszawa się wykrwawi, aż zginą młodzi powstańcy, przyszła polska elita. Gdyby Niemcy nie stłumili Powstania, musiałby zniszczyć ich sam. Oszczędził swoich ludzi i pociski.

 

Tadeusz Płużański