Język we współczesnym, mało strawnym, sosie – WALTER ALTERMAN Odprawa posłów 2.0

Jana Kochanowskiego „Odprawa Posłów Greckich” to wielka polska klasyka. Jej treścią są  przestrogi dla Polski i jej najmożniejszych obywateli. I jak to z klasyką bywa, po wiekach powtarza się ją, kopiuje, naśladuje. Oczywiście najczęściej nieudolnie, bo mistrz z Czarnolasu był wielki, a współcześni naśladowcy… nie są mistrzami. Ostatnio przeżyli „Odprawę posłów” w wersji groteskowej panowie Joński i Szczerba. Bo byli odprawiani sprzed bram spółek skarbu państwa.   

Posłowie Dariusz Joński i Michał Szczerba zasłynęli przeprowadzaniem kontroli poselskich, których celem było – zdaniem posłów – ujawnienie ukrywanych przez rząd PiS nieprawidłowości z dotacjami dla wielu różnych stowarzyszeń, fundacji, innych organizacji społecznych. Sprawdzali także spółki skarbu państwa, żeby i tam wykryć rozdawnictwo dotacji. Panowie napisali nawet książkę „Wielkie żniwa. Jak PiS ukradł Polskę”.

Można zatem powiedzieć, że obaj, jeszcze cztery lata temu, nieznani politycy odnieśli oszałamiający sukces. Nie odniosę się co do prawdy odkrywanej w ich dochodzeniach. Bardziej bowiem, od początku ich działalności kontrolnej, interesowało mnie, jak ów sukces wpłynie na obu młodych ludzi. Szczególnie na łodzianina Jońskiego, który – w ciągu kilku – lat z lokalnego lidera SLD stał się liderem listy Koalicji Obywatelskiej w Łodzi. 

I nie musiałem długo czekać. Oto poseł Dariusz Joński, w TVN24, 16 stycznia 2024 roku,  przemówił tak: „Prezesi niektórych spółek skarbu państwa byli tak bezczelni, że złożyli doniesienia do prokuratury na nas, że byliśmy tak uprzejmi, że chcieliśmy te spółki skontrolować”.

Jednak koszty popularności młodych polityków są ogromne. Bo jakąż to uprzejmością jest  poselskie najazd na spółki skarbu państwa? Toż to dla tych prezesów ogromny kłopot, nerwy i panika.

Jest oczywiste, że poseł Joński ma spore kłopoty z frazeologią oraz znajomością podstawowych  znaczeń dużej liczby słów z zasobów języka polskiego, skoro mówi, że jego działania to „uprzejmość”. Albo też tak już odleciał, że sam dla siebie stał się majestatem i przemawia jak król, lub książę udzielny, który zniża się do ludu, czyniąc mu „uprzejmości”.

W sumie – gdyby Joński mówił prosto, językiem potocznym, nie miałby problemu. Tak dzieje się zresztą zawsze, gdy ktoś chce mówić językiem nowym, innym niż mówili rodzice. Chociaż… jaka matka, taka natka, nie daleko pada jabłko od jabłoni… Joński chce błyszczeć, i zapewne uważa, że poseł musi mówić dziwnym językiem. I stąd te jego prześmieszne wpadki. Przykre.

Rząd komunikacyjny

W portalu Energetyka24.com, 20 stycznia 2024 roku, w artykule „Atomowy tydzień. Nietypowa propozycja na deal z Koreańczykami” znajdziemy taki dziwożon: „Kurz po wrzawie opadł, a pozostały tylko smutne wnioski. Nowy rząd nie podał komunikacyjnie, bo zdecydowanie dementi MKiŚ (Ministerstwa Klimatu i Środowiska – red.) pojawiło się dopiero w piątek, gdy zamieszanie rozpoczęło się w środę…”

Co to znaczy, że „Nowy rząd nie podał komunikacyjnie”? Nie wiem. Jedno czego mogę być pewien, że autor tekstu jest z pewnością bliski obłędu, którego źródłem jest nieprzeparta chęć bycia nowoczesnym..

Artykuł ma swego, podpisanego, autora a jest nim pan Kacper Świsłowski. Z informacji zawartych w Internecie wynika, że jest to człowiek młody, więc teoretycznie ma jeszcze szanse na poprawę. Czego mu serdecznie życzę.

Zajętości

Mój dobry znajomy pokazał mi sms-a od młodego człowieka, którego to sms-a sensem jest nagłe i niespodziewane wycofanie się (przez młodego człowieka) z podjętych przez niego poważnych wcześniej zobowiązań. Oto ów sms: „Bardzo przepraszam za brak kontaktu, ale byłem bardzo zajęty. Na tę chwilę niestety nie będę mógł brać udziału w pracach zespołu, gdyż moje zajętości nie pozwolą mi na to. Nie chcę niczego robić na siłę i muszę się skupić nad bieżącymi zadaniami. Bardzo przepraszam”.

Teoretycznie tekst jest grzeczny, ale stawia odbiorcę w bardzo trudnej sytuacji. Najbardziej jednak uderzające jest użycie słowa „zajętości”. Nadawca doszedł do wniosku, że skoro jest zajęty, bo ma różne zajęcia, to ma też zajętości.

Śmieszne jest to, że jeszcze w ustach komornikach „zajętości” byłyby zrozumiałe, ale w mowie potocznej są one objawem nowej choroby cywilizacyjnej – nowomowy internetowej. Inna rzecz, że piszący tego sms-a znalazł takie slangowe słówko w tekstach urzędowych i na stronach portali internetowych. I tak to chora wiedza poszła w lud, a z ludem do ciemnego lasu niewiedzy i ogłupienia.

 

O skutkach zemsty pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zgwałcona demokracja, jak kobieta, nie zapomina

Otóż uważam, że kobiet się nie gwałci, że nie bierze się ich siłą, że takie postępowanie, bezwstydnie abstrahując od moralności, po prostu się nie opłaca. Na kobietę warto zaczekać, wręcz czekać trzeba. Aż będzie gotowa. Oczywiście jestem w stanie zrozumieć dyszącą żądzę posiadania tu i teraz, natychmiast, jestem w stanie zrozumieć niecierpliwość i wreszcie ukontentowanie gwałtownika po, ale nie pojmuję, że przemocowcem może zostać ktoś świadomy i przewidujący, ktoś z perspektywami wykraczającymi poza teraźniejszość. Otóż demokracja jest kobietą. Wzięta siłą zapamięta.

Zapamięta upokorzenie i zemści się. Niechybnie. Nie tu i teraz, zaczeka. One takie są. Zranione, jak demokracja,  kobiety potrafią czekać nawet 4 lata, a czasem i 8.

Po wygranej choćby potop

 – Wygraliśmy wybory i nie możemy rządzić, bo PiS-owcy zabetonowali się na wiele sposobów – tak myśli Platforma Obywatelska i koalicjanci. – Ale my chcemy rządzić, będziemy rządzić, zresztą tego od nas żądają nasi wyborcy – dodają. Sporo tu racji. Rzeczywiście koalicja demokratyczna wygrała i rzeczywiście PiS zabetonował się na wiele sposobów. Nie chodzi tylko o prezydenta, ale o Radę Mediów Narodowych, o Prokuratora Krajowego, o Trybunał Konstytucyjny, o Sąd Najwyższy.

Sporo tego, sprawnie i szybko rządzić się nie da, więc trzeba ewidentnie złamać prawo, ale mając przecież dobre intencje. W przypływie zbytniej szczerości zdarzy się wypalić w trakcie wywiadu, że szuka się podstaw prawnych do bezprawnych zleconych i wykonanych już czynności. Trzeba do bezprawia wyższego rzędu nająć prawników, którzy uchodząc dla nowoczesnej gawiedzi za autorytety w istocie legalizować mają swoimi pseudoopiniami rewolucję, mówiąc na przykład o zbędnym formalizmie w duchu okresu przejściowego. Swoją drogą nie ma chyba profesji, która na naszych oczach sprostytułowałby się tak spektakularnie jak profesor prawa.

Kat jako sędzia i sędzia jako kat

Cały ten danse macabre demokracji dzieje się na naszych oczach, w rzekomo cywilizowanej Europie, w państwie należącym do Unii Europejskiej, która to Unia akceptuje wyższość uchwał nad ustawami, bo przecież w imię przywracania porządku. Zresztą koalicja twierdzi znów nie bez racji, że robić tak musi, bo jest pod gigantyczną presją właśnie liberalnej Unii Europejskiej, żeby nie powiedzieć Niemiec, które jednak trzymają portfel. Gorsza jest jednak presja wyborców, a ci wprost żądają zemsty, a nie spokojnych rozliczeń i ta zemsta zostanie im zapewne podana o czym świadczyć może namaszczenie Romana Giertycha na naczelnego rozliczeniowca.

Giertycha, który obiektywnie rzecz ujmując ma gigantyczne, osobiste powody do zemsty nad PiSowcami. Jeszcze te od czasów koalicji LPR z PiSem, ale przede wszytkim te sprzed kilku lat związane z najbardziej spektakularnym omdleniem ostatnich dekad i te zapewne dają mu silniejszą motywację.

60 i 99 procent

 Lud demokratyczny chce więc zemsty i będzie ją miał, już ma. W więzieniu siedzą Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik, a sondaże wskazują, że 60 procent społeczeństwa chce, żeby odbyli w całości karę 2 lat. To o tyle symptomatyczne, że 99 procent społeczeństwa nie ma pojęcia za co zostali uwięzieni, a sami dziennikarze do dziś dopytują o to sąd czekając na pisemne uzasadnienie (nie żartuję).

Dlaczego to takie ważne, to 60 i 99 proc? Ponieważ pokazuje z jak dużą i gorącą niechęcią, a czytając media społecznościowe, wręcz z czystą nienawiścią zderza się PiS. „Niepowracalność” PiS do władzy w najbliższym okresie wynika właśnie z tej nienawiści i niechęci bardzo dużej części społeczeństwa, traktowanej często nawet personalnie. I przyznać trzeba, to jest fenomen: partia wygrywa wybory zdobywając 35 proc., ale nikt nie chce z tą partią usiąść do negocjacyjnych rozmów z powodu negatywnych emocji, które wzbudza i nad wzbudzeniem których usilnie pracowała. 60 procent społeczeństwa to jednak nie są „komuniści i złodzieje”, ani „banda rudego”. Jak ty to zrobiłeś PiSie, że aż tak cię nienawidzą? Czy ty potrafisz to zmienić? To pytania niezbędne do „powracalności” tej partii do rządzenia, ale Tusk może na razie spać spokojnie, bo PiS nie ma zamiaru stawiać sobie takich pytań, beton to nie jest substancja refleksyjna.

Obustronna zemsta?

 I mała dygresja absolutnie fenomenalnej umiejętności PiS: otóż obserwowałem metamorfozy wielu wartościowych osób, które z umiarkowanych zwolenników PiS stały się zagorzałymi wrogami, gdy okazywało się, że jakakolwiek krytyka, także konstruktywna, tego ugrupowania spotykała się z reakcją: „albo nas słuchasz, albo cię zniszczymy”. Jedni słuchali, inni byli niszczeni, jeszcze inni zniszczyć się nie dali i ci właśnie całkiem skutecznie z wielką satysfakcją z niewielką korzyścią dla państwa się mszczą. Ale to didaskalia, oś fabuły, to filozofia przejmowania państwa pełna wielu uwarunkowań.

Sytuacja z przejmowaniem na dziś specjalnie ciekawa nie jest: Telewizja Polska, która publiczną była z nazwy została przejęta, ale nie uff. Kiedy po raz milionowy widziałem w tej telewizji Tuska i „fuer Deutschland”, to ja, nienadający się bynajmniej na jego osobistego hagiografa zaczynałem mu naprawdę współczuć. „Weźcie przestańcie już go kopać” – tak mi się przy którymś tam razie włączyło, mimo że znam tajniki propagandy. Nawet zastanawiałem się na ile swój sukces w 2023 roku Tusk zawdzięcza właśnie TVP, świadom, że skuteczniejszy byłby umiarkowany niebyt. Żeby była jasność, uważam, że taka telewizja jest potrzebna, chociażby jako przeciwwaga tendencyjnego TVN, ale nie powinna to być telewizja publiczna i dobrze, że powędrowała do Republiki, powodzenia.

Niemniej telewizję publiczną trzeba było robić inaczej. Tyle, że inaczej się nie dało, bo była ona robiona dla jednego widza, który nie rozumiej subtelności gry w mediach, bo ma być mocno i wprost, i bardzo mocno i cha, cha, cha. No to było.

Nowe media publiczne

TVP miało więc być przejęte z powodów propagandowych (no bo szczujnia) szybko i bezwzględnie. Efekt? Złamanie prawa przez siłowe wkroczenie do siedziby bez należytej podstawy, niedopuszczalne podpieranie się kodeksem handlowym, kiedy stosować trzeba było inne ustawy, wycięcie sygnałów, programów, archiwów, które to działania w przyszłości skutkować mogą odpowiedzialnością prawną. A teraz najgorsze i całkowicie niewybaczalne: jakość tej nowej telewizji. Powiedzieć dno, to obrazić dno. Zostawmy słuszną linię, którą ma nasza władza, technicznie, warsztatowo nowa telewizja jest telewizją osiedlową, na którym to osiedlu stoi jeden blok i to dwuklatkowy. Nic więc dziwnego, że telewizja bije rekordy nieoglądalności.

Unieważniając unieważnianie unieważnień

 Dla państwa dużo groźniejsze jest jednak, żeby nie powiedzieć samobójcze, nieuznawanie przez rząd Trybunału Konstytucyjnego, bez znaczenia pod jakim pozorem, nieuznawanie przez rząd Sądu Najwyższego, wybieranie sobie przez marszałka Hołownię, jak rozumiem zaprzyjaźnionej izby SN, nieuznawanie przez rząd i SN prawa łaski prezydenta, a wreszcie wydawanie decyzji przez sędziego rejonowego wbrew orzeczeniom Sądu Najwyższego dotyczącego immunitetów dwóch posłów. Oczywiście wiem i rozumiem, że znaleźli się prawnicy, którzy wszystkie te decyzje błogosławią, ale to kiepskie alibi. To znaczy, że następni, którzy przejmą władzę mogą uchwałą wtrącić do więzienia opozycję, bo dlaczego nie, skoro nie ma żadnych bezpieczników i żadnego szacunku do instytucji. Oby nie przyszła im do głowy uchwała pozwalająca na loty helikopterami z przywódcami opozycji…

Świat oczywiście widzi bezprecedensowe „przywracanie demokracji”, ale nie reaguje prawie w ogóle, także medialnie (oprócz paru krytycznych publikacji, jak choćby w „The Spectator), bo liberałom to się podoba. Czy spodoba się Trumpowi? Kończąc te luźne rozważania zauważam głosy: ale przecież PiS robił to samo 8 lat temu, dewastował instytucje i prawo. No cóż, jednak uchwałami nie dezawuował ustaw, jednak starał się dbać choćby o pozory, jednak miało być lepiej, a cel nie uświęca środków, a jednak ktoś musi przerwać ten zaklęty krąg, a wreszcie… Czy brana na siłę demokracja nie zemściła się na PiS po 8 latach? Kobiety i demokracja nie zapominają upokorzeń.

 

Militarny niezbędnik mitów WALTERA ALETRMANNA: Do woja!

Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiada znaczne zwiększenie przeszkoleń wojskowych. Stało się tak zapewne dlatego, że wojna na Ukrainie pouczyła cały świat, że obowiązujące przez prawie siedemdziesiąt lat doktryny wojenne były jedynie mitami.

 Zarówno doktryny NATO, jak i Układu Warszawskiego, zakładały, że światowy pokój może zapewnić jedynie wzajemne odstraszanie atomowe. Na Zachodzie wierzono, bo bardzo chciano w to wierzyć, że Związek Radziecki będzie się demokratyzował i najbardziej będzie mu zależało na rozwoju gospodarczym i dobrobycie Rosjan.

Pierwszy mit – o odstraszaniu

Obie strony miały się bać zupełnego zniszczenia świta, czego skutkiem miał być pokój. Oczywiście z wyłączeniem wojen lokalnych, takich jak w Korei, Wietnamie, Afganistanie, Iraku i jeszcze w kilku innych miejscach globu. Te wojny lokalne służyły podtrzymywaniu stałego napięcia między oboma blokami wojskowymi, co z kolei miało utrzymywać w ryzach społeczeństwa – tak Zachodu, jak Wschodu. Te małe wojny pozwalały też USA i Rosji rozwijać sektory zbrojeniowe, co prowadziło jednak do wzrostu siły gospodarki USA i coraz większego regresu gospodarki Rosji. Takie są bowiem prawa ekonomii, że biedny na zbrojeniach traci, a bogaty bogaci się jeszcze bardziej.

Drugi mit – o przewadze biznesu nad wojnami

Na naszych oczach upada teraz mit drugi, mówiący o tym, że światowy biznes nie dopuści do wybuchu dużej wojny. Zwróćmy uwagę, że z upadkiem ZSRR i bloku wschodniego świat jednak się zmienił. Rosja utraciła pozycję światowego mocarstwa, a państwa NATO (poza USA) uznały, że zbroić się nie muszą, bo teraz nastał czas na handel, współpracę gospodarczą i technologiczną z Rosją. A przede wszystkim na tani gaz, ropę i inne surowce. Zachód zaczął sobie wmawiać, że Rosja nikomu już nigdy nie zagrozi, więc nastał czas na uściski i pocałunki z Niedźwiedziem.

Zachód jednak, a właściwie ci którzy nim rządzą, czyli banki i wielki przemysł, nie brał pod uwagę, że Rosja nie jest Zachodem. Bo nie znał historii Rosji i rosyjskiej mentalności. Jedynie państwa, które świeżo wyzwoliły się spod dominacji Rosji, te nieduże i biedne państwa dawnego Bloku Wschodniego ostrzegały… Ale kto by tam słuchał biednych krewnych, ledwo co zapraszanych do pańskiego stołu.

Nawet w USA, za niedawnej prezydentury Donalda Trumpa, dominowała chęć braterstwa interesów z Rosją (chociaż niektórzy politolodzy twierdzą, że to nieprawda). Interesów, mimo zajęcia już przez Rosję ukraińskiego Krymu. Obecnie Trump sposobi się do ponownej prezydentury, oświadczając, że zakończy wojnę Rosja-Ukraina w jeden dzień. Oczywiście nie mówi jakim i czyim będzie to kosztem. Zapowiada nawet wycofanie się USA z NATO. Można zatem mniemać, że gdyby Rosja zażądała kiedyś oddania jej państw bałtyckich i Polski, to ów Trump na to pójdzie. W imię Światowego Pokoju Dobrych Interesów.

A bez USA Europa będzie bezbronna wobec Rosji. Tym bardziej, że jest już rozbrojona. W imię interesów.

Mit trzeci – że ktoś nas obroni

W ostatnich miesiącach na Ukrainie sypie się w gruzy mit trzeci, dotyczący już bezpośrednio Polski. Wchodząc do NATO wierzyliśmy, że Rosja nigdy nie zaatakuje żadnego z państw NATO, bo Pakt Północnoatlantycki nas obroni. Mało tego, wierzyliśmy, że gdy tylko NATO mruknie, to ruski niedźwiedź ucieknie do nory.

Zachód do dzisiaj nie może pojąć, że Rosji nie powstrzymają nawet milion poległych Rosjan. Matuszka Rosija jest dla Rosjan świętością. U nich nigdy nie doszło do masowych demonstracji, do publicznego palenia powołań do wojska, jak miało to miejsce w USA w czasie wojny wietnamskiej. I to nie tylko ze strachu. Rosjanin bardziej niż w Boga wierzy w konieczność istnienia wielkiej Rosji, takiej, której ma się bać cały świat.

Teraz na Ukrainie objawiła się nowa, czyli stara wojna. Nastąpił powrót do strategii i taktyki znanej jeszcze z I wojny światowej. A jest to wojna na wyniszczenie. I do takiej wojny Europa jest zupełnie nieprzygotowana.

Jeżeli ta nowa wojna wybuchnie, pochłonie miliony ofiar – i to bez użycia bomb atomowych. A wygra ją ten blok, który dotrzyma placu. Czy w tej nowej wojnie ktoś z NATO nas realnie wesprze? Najbardziej prawdopodobne jest wsparcie moralne. I tyle.

Armia z powszechnego poboru

Dlatego Polska musi być o wiele silniejsza militarnie, niż to wydawało się jeszcze rok temu. Musimy mieć armię, która będzie w stanie uzupełniać ludzkie zapasy, rzucać na front kolejne siły. Armia zawodowa tu nie wystarczy. Moim zdaniem trzeba powrócić do masowego poboru i szkolić jak największą liczbę żołnierzy. W czasie pokoju będą oni w rezerwie, a w razie najgorszego – już przeszkoleni – będą mogli trafić na front.

Ukraińcom los dał sporo czasu na szkolenie rezerw, ale nie jest pewne czy da Polakom. Żebyśmy nie byli znowu mądrzy po szkodzie.

Oczywiście armia zawodowa musi być podstawą naszych sił zbrojnych. Ale musimy też wreszcie przyjąć, że każdy zdrowy i sprawny mężczyzna będzie mógł i będzie umiał efektywnie służyć w wojsku. Przy okazji – najwyższy już czas wrócić do szkolenia studentów.  Bo nie może być tak, że wykształconych będą bronić ci niewykształceni.

Męża stanu daj nam Panie!

Do tego wszystkiego potrzeba nam tylko jeszcze jednego. Męża stanu, który powie Polakom, że pora pójść do wojska – na roczne, lub półroczne choćby szkolenie, ale przecież nie takie sobotnio-niedzielne.

Obawiam się, że może być i tak, że nikt z potencjalnych mężów stanu nie odważy się tego powiedzieć, bo to zawsze jakieś wybory za pasem, jakieś słupki poparcia… Ojczyznę oczywiście kochamy bardzo, ale z poświęceniem dla niej kilku miesięcy życia… może być wielki problem.

 

 

Upraszczanie, czyli zabijanie ducha języka – WALTER ALTERMAN: Cwane słówka

Rośnie liczba słów i słówek, które mają osłodzić nam rzeczywistość. Nie ma już w językowym obiegu głodu, biedy, nędzy i rozpaczy. Chcemy, żeby świat był miły i ładny, żeby nie denerwowały bogatych, zasobnych czy żyjących dostatnio przykre „zjawiska społeczne”.

Oto w związku z nadciągającymi mrozami, w Polsat News można było usłyszeć informacje o „kryzysie bezdomności” oraz o „osobach bezdomnych w przestrzeni publicznej”. Ot, taka sobie pogaducha dziennikarza z ekspertem „od problemów społecznego wykluczenia”.  Prawda, że przy użyciu takich słów łatwiej przełknąć rzeczywistość?

Tymczasem tego roku, do połowy  stycznia, zmarło z wyziębienia 11 osób. Dlaczego nie mówimy już, że są wśród nas ludzie bezdomni? Stefan Żeromski, wielki autorytet moralny dla współczesnych mu Polaków, jakoś się nie wstydził, nie owijał w bawełnę, nie lukrował rzeczywistości. Podobnie zresztą jak Bolesław Prus. Ale wtedy pisarze byli bardziej odpowiedzialni. Dziś większość naszych pisarzy zachowuje się tak, jakby byli wychowani na „Klanach” lub „Na Wspólnej”. Dodatkowo – za życia Prusa i Żeromskiego wielka część Polaków wierzyła, że z nierównościami społecznymi, z powszechnie otaczającą ich nędzą i biedą da się coś zrobić.

A dzisiaj media (wszystkie jak jedno) czapkują sytym. A świat opuszczonych przez ludzi i Boga traktują jak przykre ogrody zoologiczne.

Stare druki to nie starodruki

„Kradzież XIX wiecznych ksiąg z Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Skradziono kilkanaście starodruków w połowy XIX wieku.” – poinformował TVN.

Niestety jest to kolejna wiadomość mocno bałamutna. W Polsce bowiem przyjęło się uważać za starodruki księgi powstałe od czasu Gutenberga do końca XVIII wieku. W Anglii do 1640 roku. Zatem skradzione księgi były stare, owszem, ale starodrukami jednak nie były.

Czym są rzeczone „starodruki”? Uważa się za nie wszystkie publikacje, takie jak: książki, broszury, mapy, dokumenty, druki ulotne, grafiki wydane pomiędzy rokiem 1450 a 1800.

Mamy też inkunabuły, którymi są druki pomiędzy rokiem 1440 a 1500. Są jeszcze manuskrypty – to księgi pisane ręcznie, głównie przed wynalezieniem druku, ale i późniejsze. Manuskrypt to słowo pochodzące z łacińskiego manu scriptus lub z manu scriptum, czyli „napisane ręcznie”. Dzisiaj jako manuskrypt oznacza się dwa pojęcia: 1. manuskrypt – w naukach historycznych rękopis będący zabytkiem piśmiennictwa; 2. manuskrypt – w terminologii wydawniczej rękopis lub maszynopis, przygotowany do rozpoczęcia procesu składu.

 Ostrzeżenia

Zaskoczenia są zawsze nagłe. Reszty możemy się spodziewać, czyli zaskoczenia opisują to, czego się nie spodziewaliśmy. Piszę o tym, bo nie jeden już raz w życiu byłem zaskakiwany, zatem powinienem spodziewać wszystkiego, głównie tego co najgorsze.  A jednak informacja Polsatu, z 11 I 2024 roku mnie zaskoczyła.

Oto relacjonując wystąpienie profesora Adama Glapińskiego prezesa NBP, stacja „wykreowała” następujący komunikat: „Profesor Glapiński ostrzegał o tym, że inflacja może wzrosnąć”.

Otóż w tym przypadku błąd składniowy polega na tym, że autorowi tej wypowiedzi nieznane są ścisłe zasady rządzące pojęciem „ostrzegania”. Autor tego błędu mógł powiedzieć poprawnie tak: 1. Profesor Glapiński ostrzegał, że inflacja może wzrosnąć; 2. Profesor Glapiński ostrzegał przed tym, że inflacja może wzrosnąć.

Możemy ostrzegać kogoś przed kimś, np.: Ostrzegał mnie przed tą kobietą; Ona go co do Tomasza ostrzegała. Można też ostrzegać kogoś przed czymś: Ostrzec kogoś przed obławą, przed niebezpieczeństwem. A także można ostrzegać kogoś, że: Kierowca ostrzegał mnie, że droga w tym miejscu jest niebezpieczna.  

Ale w żadnym razie nie można powiedzieć, że ktoś ostrzegał o tym, jak miało to miejsce w „inkryminowanym” przypadku Polsatu. A tak naprawdę, to rzecz w tym, że dla autora tej, tak niefortunnej, wypowiedzi nie ma żadnej różnicy między „informował” a „ostrzegał”. A przecież różnica jest. Dla znających podstawy rodzimego języka.

CEZARY KRYSZTOPA: Niemcy przeprowadzają eksperymenty na Polakach

Czy wiedzą Państwo, że jesteście właśnie poddawani eksperymentom? Warto na to zwrócić uwagę, ponieważ mówi się o tym całkiem otwarcie.

Wszystko wskazuje na to, że tragifarsa, której jesteśmy świadkami w ostatnich tygodniach, odbywa się według wskazań niemieckiego publicysty Klausa Bachmanna, który już kilka dni po wyborach w Polsce pisał w Berliner Zeitung (który kiedyś usiłował przejąć amerykański koncern, ale ostatecznie musiał się wycofać, ponieważ tylko w Polsce obce koncerny mogą być właścicielami mediów, w Niemczech muszą to być koncerny niemieckie), że nowy rząd „musi skierować całą siłę państwa policyjnego, które PiS zbudował przeciwko PiS i prezydentowi”. Nic to, że „policyjne państwo PiS” istniało tylko w chorych niemieckich głowach, ppłk Rympałek poradził sobie z pomocą zaprzyjaźnionych agencji ochroniarskich.

Eksperyment 1

Ten sam Bachmann, w tym samym Berliner Zeitung niedługo później ponownie rozgrzeszał Donalda Tuska pisząc, że „Nad Wisłą rozpoczyna się dość unikalny na skalę światową eksperyment, który może być nauką dla wielu innych krajów: demokratycznie wybrana koalicja partii demokratycznych próbuje uczynić kraj ponownie demokratycznym przy użyciu metod niedemokratycznych. Warto zwrócić uwagę na słowo „eksperyment”, ponieważ od tamtego czasu jest ono używane tu i tam do opisywania tego co się dzieje w Polsce, co może wskazywać, że nie pojawiło się w zbolałej głowie Bachmanna samoistnie.

I to jest ta część eksperymentu, do którego Niemcy, ustami między innymi Klausa Bachmanna, przyznają się otwarcie. Coraz więcej jednak wskazuje na to, że to tylko faza wstępna, wersja oficjalna. O wiele bardziej istotną jest część, która polega na wykastrowaniu Polski bez znieczulenia z jej szans rozwojowych, ze szczególnym uwzględnieniem konkurencyjności wobec Niemiec.

Eksperyment 2

Pamiętacie głośny sondaż z listopada zeszłego roku Dziennika Gazety Prawnej, który wykazał, że miażdżąca większość Polaków popiera budowę CPK, elektrowni atomowych i wysoki wzrost wydatków na zbrojenia? No to zapnijcie pasy, ponieważ nasz nowy rząd, coraz więcej na to wskazuje, w imię niemieckich interesów, wyrżnie nam te inwestycje do kości. Po co Polska ma mieć dochody z CPK, skoro z ruchu towarowego do Polski dochody mają Niemcy? Po co ma mieć elektrownie atomowe? Jeszcze by miała energię tańsza niż w Niemczech. Po co ma mieć silną armię? Już tam Moskwa z Berlinem zdecydują gdzie mają przebiegać jakie granice. Do tego dorzuci się likwidację IPN i CBA, dla których Polacy w tym samym sondażu również wyrazili wysokie poparcie, a na koniec odda polskie weto Brukseli i można gasić światło. Czują Państwo elektrody poprzypinane do miejsc intymnych? Eksperymentatorzy właśnie podkręcają napięcie.

Czas ucieka

A jaka jest w tej sytuacji odpowiedź największej partii opozycyjnej, która przecież jest gospodarzem powyższych tematów, to ona je podniosła i mogłaby nadal podnosić. Ano odpowiedź brzmi: „Zróbmy marsz, kartoniadę w Sejmie, zaśpiewajmy „Rotę”, albo uwalmy Bosaka, co nam tu będzie fikał”. Tak, trochę szydzę, może i wobec naprawdę wielkiego Protestu Wolnych Polaków, niesprawiedliwie, konsolidacja wewnętrzna też jest potrzebna, ale sami odpowiedzcie, czy to jest reakcja na miarę potrzeb i wyzwań przed którymi stoi Polska? Szczególnie, że zarówno wyniki zapomnianego referendum, w którym mniej więcej po 11 milionów osób głosowało „nie”, co daje po kilka milionów więcej niż wynik wyborczy PiS, jak i pluralistyczny skład Protestu Wolnych Polaków, na który przyszli zarówno wyborcy Konfederacji, jak i Trzeciej Drogi, pokazuje, że jest potencjał poszerzenia okna możliwości.

Żarty się skończyły. Szybo rosną realne straty. Zagrożenia się materializują. Czas ucieka. A my naprawdę nie mamy obowiązku grać roli ofiary niemieckich eksperymentów.

WALTER ALTERMANN: Student przestaje być wesołym żakiem

W Poznaniu kilkudziesięciu studentów rozpoczęło 8 grudnia 2023 roku protest i okupację Domu Studenckiego „Jowita”. 17 grudnia, do Poznania przyjechał nowy minister nauki Dariusz Wieczorek, który odwiedził protestujących i obiecał znalezienie pieniędzy na remont obiektu. Tym samym władze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza zrezygnowały z planów jego sprzedaży.

Modernizacja „Jowity” powinna potrwać około 4 lat i ma kosztować około 100 mln zł. Według pierwotnych planów, Uniwersytet Adama Mickiewicza chciał sprzedać budynek, a za pozyskane pieniądze wybudować dom akademicki na 400 miejsc na Kampusie Morasko. W „Jowicie” po remoncie będzie mogło mieszkać około 200 studentów. Rzecz w tym, że „Jowita” znajduje się w centrum miasta, a więc jest to miejsce dobre, bo dogodne dla studentów.

17 grudnia ub. r. studenci zakończyli protest. Zebrani przypomnieli też o swoich postulatach, wśród których wymienili: prawne umożliwienie zrzeszania się studentów w związkach zawodowych, żądanie rozbudowy uczelnianej infrastruktury socjalnej – tanich stołówek czy pokoi socjalnych oraz zapewnienie miejsca w akademikach dla 10 proc. studentów

Student chce gdzieś mieszkać

Ten strajk studentów w Poznaniu zwrócił naszą uwagę na niby banalny, ale bardzo istotny problem – student musi coś jeść i powinien gdzieś mieszkać. Okazało się, że coraz więcej państwowych szkół wyższych (idąc drogą wytyczoną przez uczelnie prywatne) zupełnie nie interesuje się tym, gdzie ich studenci mieszkają i czy mają na jedzenie.

Uczelnie nie budują nowych akademików, nie remontują starych – zakładając, że nie jest to ich sprawą. Owszem, uczelnie budują nowe gmachy, rekonstruują zabytkowe budynki, w których prowadzona jest ich działalność dydaktyczna, co dobrze świadczy o władzach i pozwala kształcić coraz więcej osób.

Mówiąc inaczej – uczelnie wyższe są przedsiębiorstwami, których „produkcją” jest kształcenie. Czyli, studenci są materiałem do obróbki, a robotnikami przy tej obróbce jest personel dydaktyczny i wszystkie inne służby administracyjne. Oczywiście uczelnie państwowe są dotowane przez właściciela, czyli państwo.

Tym samym wydaje się naturalne, że uczelnie i rząd powinny być zainteresowane tym, czym ich „materiał” ma gdzie mieszkać i co jeść. A jednak tak nie jest. I to jest ogromny grzech państwa i jego uczelni.

Czy ludzie wykształceni są nam naprawdę potrzebni?

Powiedzieć, że władze i uczelnie chorują na znieczulicę, to nie powiedzieć nic. Ta ich obojętność losem studentów przeraża. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze – student stoi oczywiście najniżej w uczelnianej hierarchii, a jednak jest żywym człowiekiem i deklarowaną od stuleci „przyszłością narodu”. Ale ten rozziew między hasłami a rzeczywistością mnie nie dziwi. Jesteśmy wszak mistrzami świata w głoszeniu haseł, którymi się nie przejmujemy.

Po drugie – student „niedospany i niedojedzony” nie ma koniecznej do intelektualnego wysiłku siły. Tym samym jego wyniki będą gorsze od możliwych. Czyli kształcimy marnie. I nie dziw, że nasze uczelnie nie mieszczą się w kilku pierwszych setkach, w klasyfikacji uczelni.

Zwrócę też uwagę, że studenci z Poznania oczekują jedynie 10 procent miejsc w akademikach, w stosunku do ogólnej liczby studentów. I powiedzmy też wprost – takie traktowanie studentów prowadzi do tego, że na studiowanie stać będzie jedynie dzieci z rodzin zamożnych. Co oczywiście doprowadzi do dalszego, jeszcze drastyczniejszego podziału społecznego. A według Konstytucji wszyscy mamy mieć równe prawa…

Kiedyś…

W mojej Łodzi przed wojną nie było ani jednej wyższej uczelni. Dopiero po 1945 roku zaczęły tu powstawać szkoły wyższe: Politechnika, Uniwersytet, Akademia Medyczna, Wojskowa Akademia Medyczna, Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, Wyższa Szkoła Muzyczna i ta najbardziej znana –  Wyższa Szkoła Teatralna i Filmowa.

I mimo ogólnej biedy wybudowano też dwa wielkie osiedla domów akademickich. Wybudowano i zapełniono świetnymi księgozbiorami dwie wielki uczelniane biblioteki – dla Uniwersytetu i Politechniki. Pozostałe uczelnie również otrzymały swoje biblioteki. Powstały też stołówki dla studentów – tanie i zdrowe. Zorganizowano nawet kilkanaście klubów studenckich.

To działo się w zniszczonej wojną Polsce. A dzisiaj? Wojny nie było, gospodarka się rozwija, dochód narodowy rośnie… Więc co się z nami stało? Nie stać nas na nowe akademiki?

Po 1989 roku zachłysnęliśmy się neoliberalizmem i uważamy, że każdy  musi sobie radzić sam.

Dzisiejszy stosunek do studentów ma też inne podłoże. W roku 1939, wszystkie polskie uczelnie kształciły rocznie ok. 20.000 osób. W latach 60-tych w Łodzi kształciło się ok. 15-cie tysięcy osób. W roku 2000 r. w Łodzi kształciło się (uczelnie państwowe i prywatne) ok. 100.000 osób.

Zaraz po wojnie ludzi z wyższym wykształceniem było w Polsce nie więcej niż 3 procent. Obecnie osób z wyższym wykształceniem mamy już prawie 30 procent. Co prawda do wyższego wykształcenia zalicza się też licencjat, ale jednak.

Dlaczego nikt nie szanuje studentów?

Być może elity naszego państwa uznały, że już wystarczy, że to dosyć.  Ale to jest czystej wody głupota, podobnie jak do najazdu Rosji na Ukrainę wszyscy uważali, że wojen już nie będzie.

Przypomnę, że zaraz po 1989 roku liberałowie ortodoksyjni i wagi lżejszej głosili, że przyszłość kształcenia wyższego w Polsce to prywatne uczelnie. Powoływano się na przykład USA i Wielkiej Brytanii, zapominając, że USA i Wielka Brytania to jednak inne niż Polska światy, inna historia i inna zasobność obywateli. Niemniej odnotowaliśmy ogromny wysyp szkół niepaństwowych – prywatnych i społecznych. Jednakże do dzisiaj te uczelnie nie mają przyzwoitych bibliotek i akademików, nie mówiąc już o stołówkach. A ich poziom kształcenia… teoretycznie powinna ten poziom monitorować i nadzorować państwowa komisja. W praktyce jednak nadzór jest tylko teoretyczny.

Dlatego kształcenie ludzi na poziomie wyższym jest jednym z najważniejszych obowiązków państwa. I to w państwowych uczelniach, bez żadnego liberalnego kręcenia. I może dlatego wszystkiego, jak na razie, nie jesteśmy w czołówce państw Europy. A w takim Izraelu wyższym wykształceniem legitymuje się już ponad 85 procent obywateli. Uczmy się od najlepszych. I uważajmy na liberalne ględzenie o wyższości prywatnych szkół nad państwowymi.

 

Znowu sól na otwarte jeszcze rany sypie CEZARY KRYSZTOPA: Upadek III RP

Ktoś gdzieś ostatnio powiedział, niech mi wybaczy, bo nie pamiętam kto, że w Polsce, podobnie jak w innych krajach, obserwujemy upadek demokracji liberalnej. A mnie się raczej wydaje, że opisywane zjawisko jest raczej demokracji liberalnej skutkiem.

Generalnie mam jakąś głęboką niechęć do przymiotników przy słowie „demokracja”, jeszcze pamiętam „demokrację ludową”, która nie miała zbyt wiele wspólnego ani z demokracją, ani z ludem. I teraz wydaje mi się, że jeśli coś jest demokracją, to żadnych przymiotników potrzebować nie powinno.

Demokracja liberalna

Oczywiście idee jakie przyświecają hasłu demokracji liberalnej są szczytne, równość szans, równość wobec prawa i takie tam. W istocie jednak, jeśli za dobrą monetę wziąć twierdzenie, że np. państwa zachodniej Europy są „demokracjami liberalnymi”, to demokracja liberalna daleko od tych szczytnych haseł odeszła. We współczesnej wersji demokracja liberalna to raczej zespół mechanizmów, który w istocie i rzekomo w imię realizacji górnolotnie nazywanych idei, ma ograniczyć wolę „demosu” wyrażaną w wyborach. W teorii ma to „lepiej realizować” jego interesy (durny „demos” nie wie przecież co tak naprawdę dla niego dobre), a w praktyce prowadzi do budowy oligarchii, w której „światłe elity” realizują własne interesy pod pozorem „obrony praw mniejszości” w oderwaniu od interesów i praw większości. Nic dziwnego, że prowadzi to do chaosu wraz z narastającym poczuciem niesprawiedliwości i braku wpływu na własne państwo. A po dłuższym czasie do napięć, których efekty możemy obserwować dziś w społeczeństwach zachodniej Europy.

III RP została pomyślana jako modelowy przykład takiej „demokracji liberalnej”, w której „światłe elity” wychowane najpierw przez Michnika, później przez TVN miały nas pasać jak bydło, które nie jest w stanie pojąć istoty własnych interesów, więc trzeba pilnować żeby nie weszło w szkodę. Miała nie istnieć żadna droga demokratycznego awansu do takich elit, procesy demokratyczne miały być w dużym stopniu fasadowe. Jedyną drogą współuczestnictwa w rzeczywistych rządach, mogła być kooptacja czasem środowiskowa, czasem rodzinna, czasem wykraczająca poza schemat, ale wtedy poprzedzona szeregiem odpowiednich hołdów gwarantujących lojalność.

Próba reformy

Ten mechanizm dwukrotnie próbował zreformować PiS. Za każdym razem spotykał się  z huraganową kontrą, zarówno wewnętrzną jako i zewnętrzną. Nikt z kontrujących nie był oczywiście zainteresowany powstaniem precedensu, który mógł zagrozić jego pozycji, w imię jakichś demokratycznych „fanaberii”. Zarzutem z jakim PiS spotykał się najczęściej, był zarzut, że „dzieli ludzi”. I ja się z tym zarzutem w jakimś sensie zgadzam, bo rzeczywiście, bydło stało sobie grzecznie w zagrodach, dawało elitom mleko i mięso, a tu ktoś przychodzi i mówi bydłu, że ma jakieś prawa, a być może nawet nie jest bydłem. To przecież musi się skończyć jakimiś, niepotrzebnymi z punktu widzenia elit, „złymi” emocjami.

Głównym winowajcą rozpadu systemu jest oczywiście Tusk, ale, co było już widać znacznie wcześniej i o czym również pisałem, po kilku tygodniach „rządów” Donalda Tuska nie ma już wątpliwości,  to reformowanie się PiSowi nie bardzo udało. To znaczy sukcesy gospodarcze, walka z mafiami vatowskimi, programy socjalne, to wszystko jest bardzo cenne, ale trudno nie zauważyć braku w zakresie dużych prawicowych mediów, szczególnie telewizji, braku nowych elit kulturalnych (skąd się miały wziąć, skoro PiS obficie dokarmiał głównie nienawidzące go jak psy dziada w ciemnym kącie, stare?) i instytucji, które miałyby szansę przetrwać „rządy” Tuska (uległość wobec Brukseli, której twarzą jest Mateusz Morawiecki, była tu jedną z głupszych motywacji). Za najsmutniejszą ilustrację należy chyba uznać zachowanie zbudowanej już przecież za rządów PiS Służby Ochrony Państwa, która według medialnych doniesień miała zdradzić głowę państwa i umożliwić policji swobodne hasanie po Pałacu Prezydenckim.

Upadek i odbudowa

No i dlatego obserwujemy upadek III RP pomyślanej jako „demokracja liberalna” na wzór zachodnich. Ale, wbrew zacytowanej na początku opinii, nie jest to koniec jakiegoś wspaniałego systemu, który upada pod naporem „populistów”, tylko upadek spróchniałej konstrukcji pod ciężarem jej własnych wad.

Dlatego, tak sobie myślę, że po okresie tuskiej smuty, czeka nas odbudowa państwa. Począwszy od fundamentów i etosu, konstytucji, prawa, instytucji, infrastruktury, służb itd. Musimy to zrobić jeśli chcemy by jego struktura odpowiadała wyzwaniom przed którym stoimy. Państwa, które będzie stabilne wewnętrznie, silne, odporne na zewnętrzne wpływy i skuteczne we wpływaniu na innych.

Być może niektórych zawiodę, ale wydaje mi się, że nie będzie to możliwe bez szerszego konsensusu społecznego i politycznego. Inaczej każdy kto po takich budowniczych przyjdzie, będzie chciał burzyć i budować po swojemu. Prawdopodobnie niemożliwy jest konsensus pełny, trudno wymagać od ludzi nienawidzących własnego państwa i współobywateli, żeby ich nagle pokochali, ale to nie znaczy, że nie jest możliwy żaden. Myślę, że na gruncie interesów jesteśmy się w stanie porozumieć.

Beneficjentem tego procesu ciągle może być PiS, o ile oprócz oferty dla już przekonanych, będzie potrafił złożyć szerszą, pozytywną ofertę strategicznej odbudowy.

Hubert Bekrycht: ZAMACH STANU LIVE – MEDIA, POSŁOWIE I PREZYDENT RP, ale… las Birnam blisko

Zastanawiałem się kiedyś, ilu jest w Polsce dziennikarzy, którzy w imieniu premiera Donalda Tuska odczytaliby komunikat o wprowadzeniu w Polsce drugiego stanu wojennego? Wskazałem nawet kilkadziesiąt nazwisk, ale kartka mi się skończyła… Teraz, piszę to z całą odpowiedzialnością, takich figur dziennikarskich znalazłoby się setki, może tysiące. Z tym, że nie wszystkim tym panom pasowałby mundur – no może uniform w stylu latynoamerykańskich czy afrykańskich kacyków – i nie wszystkie panie dobrze wyglądałyby w ciemnych okularach.

Próbuję ironii, aby trochę uspokoić sytuację, ale rzeczywistość wrzeszczy jak posłanki lewicy. Mamy oto w Polsce do czynienia – jak zapewne nazwą to eksperci – pełnoskalowym zamachem stanu!

Już nie z permanentnym łamaniem prawa, nie z chaosem wywołanym polityczną interpretacją przepisów przez prawników (sędziów i prokuratorów) będących akolitami ekipy Tuska, tylko właśnie z zamachem stanu. Ów zamach na Polaków i na Polskę pełzał. Najpierw doprowadzono do dezinformacji, która spowodowała, że nabrano sporą część społeczeństwa głosującego 15 października ub. r. na KO, TD i NL. Nie wiem, czy szkoda mi tych ludzi z różnych grup statystycznych, bo to nieprawda, że to tylko pokolenie Tik-Toka. Chyba sami sobie wymierzyli karę, ale na jakąkolwiek refleksję jest dla nich jednak za późno, toteż brną w pochwałach dla ekipy Tuska demontującej kraj. Albo milczą. Liczba tych drugich wzrasta.

Stan wojenny 2.0

13 grudnia, w 42. rocznicę wprowadzenia przez komunistów i juntę Jaruzelskiego, rząd Tuska rozpoczął pracę, a kilka dni później bezprawnie zaczęto przejmować media publiczne (TVP, PR, PAP) praktycznie paraliżując TVP poprzez wyłączenie sygnału kilku programów mających, oprócz informacyjnej, rolę strategicznych na wypadek wojny.

Na przełomie roku rozpoczęto też bezprecedensową nagonkę na dwóch posłów PiS: Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, których, wbrew prawu i prawomocnym ułaskawieniu prezydenckim, wtrącono do więzienia pod sfabrykowanymi zarzutami, bo ośmielili się, w naszym przecież, Polaków imieniu, walczyć z korupcją, jako szefowie CBA.

Polowanie

Teraz Tusk zdecydował, że pora na jednego z największych jego wrogów. Oto szef rządu, – bo nie wierzmy, że to ktokolwiek inny wydał rozkaz, żeby zatrzymać posłów PiS zdobyłby się na takie bezprawie – wysłał policję do Pałacu Prezydenckiego (!), Siedziby głowy państwa polskiego, prezydenta RP Andrzeja Dudy. Dowiedziawszy się o zagrożeniu i napadzie, prezydent i jego kolumna aut – wyjeżdżając z Belwederu – zostali zablokowani przez autobus miejski, …aby nie zdążyć do pałacu z interwencją. Kto tam rządzi w tej Warszawie komunikacją miejską? Nie prezydent Trzaskowski przypadkiem? Zastawić rezydencję prezydencką autobusem, aby kolumna aut głowy państwa nie mogła wyjechać, to już numer niesamowity! Afrykańscy dyktatorzy duzo się muszą uczyć od ich polskich kolegów.

Napad na Prezydenta RP długo nie będzie schodził z czołówek światowych mediów a ludziska na całym globie dziwować się będą, że to nie relacja z jakiejś bananowej republiki a z państwa należącego do UE i NATO.

Upadek

Bezprawie najwyższego stopnia, jeśli pogardę dla obowiązujących przepisów i Konstytucji można w ogóle stopniować, będzie miało bardzo poważne konsekwencje dla wszystkich obywateli Polski. I tych z lewa i z prawa, zwolenników konserwatywnej drogi i obecnej ekipy rządzącej, która coraz bardziej zaczyna przypominać cyrk. Także z zakazanymi pokazami tresury dzikich zwierząt. Bo tak rząd Tuska traktuje Polaków, w tym swoich bezwolnych zwolenników. Premier złamie każde prawo, aby poprzez strach, niepewności jutra i w konsekwencji chaos gospodarczy wprowadzić tyranię. Oczywiście nowoczesną, oświeconą potwierdzoną certyfikatami Brukseli i Berlina. A w Moskwie zabrakło ponoć szampana. I popcornu, bo to chyba nie koniec… Niestety.

Nocniki

Donald Tusk przypomina takiego szefa państwa, który – jak w starym dowcipie – kupił sobie trzy nocniki: złoty, srebrny i brązowy. A i tak… nie zdążył… Bo usłyszał wybuch tłumika samochodowego przed swoją reprezentacyjną siedzibą w stolicy europejskiego kraju.

 

Z ostatniej chwili (aktualizacja 10 stycznia 2024r. po godz. 11.49)

Z komunikatu Polskiej Agencji Prasowej:

„Wiceminister sprawiedliwości Maria Ejchart pytana o strajk głodowy zadeklarowany przez przebywającego w areszcie byłego ministra Mariusza Kamińskiego powiedziała, że każdy ma prawo nie jeść i nie pić, na tym polega prawo do wolności osobistej”.

Przypomnijmy, że pani wiceminister Ejchart nosiła jeszcze nia tak dawno temu inne nazwisko, a mianowicie urzędniczka owa nazywała się Maria Ejchart-Dubois. Tak, to była żona mecenasa Jacka Dubois – adwokata wielu polityków Platformy Obywatelskiej. Pani minister znana jest także jako aktywistka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka a Wikipedia wpomina jeszcze jedno zajęcie pani wicemienister: „Od 2003 r. koordynuje program 'Niewinność’ zajmujący się pomyłkami sądowymi i osobami niesłusznie skazanymi.”

I chciałem tutaj coś napisać, bom wzburzony, ale myślę sobie, że wypowiedzi niektórych urzędników, akolitów rządu Donalda Tuska, nie są warte komentarza!

 

 Las Birnam zbliża się do Al. Ujazdowskich i Krakowskiego Przedmieścia…

Prezydent Andrzej Duda 10 stycznia 2024 r. wrócił do sprawy odmmowy sądowej wpisania do KRS nowych, bezprawnie wybranych przez szefa MKiDN Bartłomieja Sienkiewicza 19 grudnia ub.r. władz Telewizji Polskiej – władz zaangażowanych politycznie po stronie rządu premiera Tuska. Tym samym jak powiedział w środowym wystąpieniu prezydent RPAndrzej Duda: „Bezprawność działania ministra Bartłomieja Sienkiewicza została dzisiaj potwierdzona”.

Las Birnam zbliża się do siedzib KRPM i MKiDN…

Imperium kontratakuje

„Postanowienie Referendarza Sądowego Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy w Warszawie z dnia 9 stycznia 2024 roku w sprawie oddalenia wniosku o wpis zmian w spółce w zakresie zmiany składu osobowego Rady Nadzorczej TVP S.A. (obecnie w likwidacji) nie jest prawomocne” – wskano w komunikacie MKiDN.

Wojska Imperium w gotowości… Lord Vader dusi ministra Sienkiewicza, ale tylko żartuje…

Czarna dziura, która wciąga b. wicepremiera Gowina

Były wicepremier w rządach PiS, lider kanapowego Porozumienia Jarosław Gowin – drobiazgowo relacjonujący spotkania ze „złymi”politykami PiS i „szantaże” wobec siebie przed komisją ws. wyborów kopertowych – traci pamięć. Próbuje to bagatelizować czołowy śledczy RP, szef komisji, Dariusz Joński, który oprócz wszystkiego zna się jeszcze na polityce i oczywiście historii.

Niestety posłowie PiS bezlitośnie pytają, dręczą Gowina, interesuje ich wszystko ws tzw. wyborów kopertowych. Podsumowali oni, że były wicepremier po awarii telefonu komórkowego, istotnego dla sprawy ewentualnych „nacisków” ze strony PiS, do tej pory nie wie, co się z tym aparatem stało. Gowin nie wie też na jakim komuterze – laptopie pisał równie wazną dla sprawy korespodndencję.

Wiadmo tylko, że po głośniej dymisji, Gowin wrócił do rządu, który – zdaniem b. wicepremiera – wywierał na polityka Porozumienia naciski nawet o znamionach szantażu – uff…

Joński, Dariusz Joński

Nieustannie jestem fanem śledczego posła Dariusza Jońskiego, szefa komisji kopertowej, o przepraszam – bo to może jeden z senatotów źle zrozumieć – komisji ds. tzw. wyborów kopertowych (domniemane 70 mln zł strat wobec kilku milardów zł strat, które może kosztować skarb państwa bezprawna próba przejęcia mediów publicznych i ich fikcyjna likwidacja).

Ów skromny poseł Joński, znawca historii najnowszej i wirtuoz mediów, prosił w środę 10 stycznia br. posłów ze swojej komisji, aby „ostrożnie cytowali media”, gdzie moga się pojawić niesprawdzone informacje ujawniające na przykład tożsamość osób, których nazwiska padają podczas, uwaga, uwaga, publicznych i transmitowanych na całą galaktykę posiedzień komisji Jońskiego, Dariusza Jońskiego.

Ostrożnie cytować media

Złośliwcy mówią, że kwalifikacje Jońskiego do wyjaśniania zawiłości tzw. wyborów kopertowych, to przede wszystkim znakomita znajomość dziejów ojczystych i sile argumentów swoich znajomych i współpracowników politycznych, którzy widywani byli jako doradcy posła Jońskiego w kampanii wyborczej.

Milicjant legendą polskiej policji

Chodzi, m.in. b. rzecznika łódzkiej policji a potem radnego wybieranego z list SDP a potem samorządowca SLD, śledczego w stopniu podinspektora Jarosława Bergera. Ta „legenda polskiej policji” – jak mówił o nim Donal Tusk podczas wiecu wyborczego, na którym Berger przepraszał za polską policję kobiety „bite” przez funkcjonariuszy podczas protestów spod znaku błyskawicy. I tylko złośliwi wypominają Jońskiemu, że jego kolega i (niedawny?)współpracowniuk Berger karierę policjanta zaczynał w Milicji Obywatelskiej. No, ale przecież uciśnieni milicjanci i pracownicy komunistycznej bezpieki mają być teraz pupilami rządu Tuska.

Aktualizacja z 11.01.2024 r.

W marszu Wolnych Polaków, ktory przeszedł ulicamy Waszawy po południu i wieczorem 11 stycznia br., w czwartek, wzięło udział – i tutaj proszę o uwagę – wg. optymistycznych szacunków – 500 tys. osób, wg. zbliżonych – jak mówią uczestnicy – do rzeczywistości od 250 tys. do 300 tys. Nawet wg. bardzo nieprzychylnych środowiskom konserwatywnym mediów, na marszu było 100 tys. osób. Wiosna w styczniu? Jeszcze nie, ale przesilenie jest blisko.

(Koniec akualizacji)

Kto to jest PAR? – pyta HUBERT BEKRYCHT: Permanentne ataki „reporterskie” na SDP

Zwykle w minutę przeglądam serwis Press, który ma ambicję być portalem informującym o polskich mediach. Nie jest, ale to nie jedyny powód, dla którego mnie Press nudzi. Po prostu nie mam ochoty czytać codziennie, że TVN jest super (po bezprawnym zajęciu mediów publicznych, „cool” zaczęły też być programy i publikacje TVP, PR i PAP) a konserwatywne media prawicowe cofają nasz kraj do epoki kamienia łupanego. A teraz znowu w Press „hitem” są kierunkowe ataki anonimowych „dziennikarzy” na władze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Mam apel do kierownictwa Press, uprzedzajcie proszę, kiedy znowu zaatakujecie SDP, bo wasze elukubracje są tak groteskowe i śmieszne, że znowu przy śniadaniu parsknąłem kawą.

Ktoś podpisujący się PAR pisze w Press, że prezes SDP Krzysztof Skowroński pokłócił się z wiceprezes Stowarzyszenia, szefową Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolantą Hajdasz. I anonimowy dziennikarz dodaje, że Jola – chcąc przejąć przywództwo nad SDP – niebawem zada cios w plecy Krzyśkowi… Przypomina to serię ataków sprzed ponad dwóch lat… Kto za tym stał? Ano wiadomo. I nie wiadomo…

To zaczyna przypominać jakieś zlecenie agenturalne. Stek bzdur przemieszany z półprawdami bez źródeł. A w tle… Oczywiście polityka. Tak prowadzi narrację tajemniczy PAR z Press. Nie muszę wspominać, że znowu ów rzetelny „dziennikarz” nie kontaktował się z bohaterami swojego artykułu. Czyli, najważniejsza reguła reporterska – poznać racje obu stron – nie została zachowana. Ale kto martwiłby się tym w Press? Ważne, aby napisać coś złego o mediach konserwatywnych i SDP, które bronią m.in. bezprawnie przejętych i likwidowanych mediów publicznych.

Ludzie z Press, napiszcie proszę kochani, kto wam to wszystko każe, kto wam zleca te paszkwile? Kto się tak „martwi” coraz skuteczniejszymi działaniami SDP? I objawcie światu ten diamencik o kryptonimie PAR, który chętnie pisze źle o SDP. Niech nie stoi na mrozie przed Domem Dziennikarza na Foksal i nie czeka aż wychodzący z naszej siedziby Skowroński przewróci się na skórce od banana, którą podłożyła tam Jola Hajdasz. Niech PAR wejdzie do sekretariatu, zrobimy kawę, damy ciastko i powiemy mu wszystko. No, prawie wszystko, bo jesteśmy dobrze wychowani.

 

Hubert Bekrycht

sekretarz generalny SDP i red. nacz. portalu sdp.pl

O trudnej roli bycia prorokiem we własnym kraju pisze CEZARY KRYSZTOPA: Czekając na lidera

Przed Polską stoją ogromne wyzwania. Gigantyczne. Problem w tym, że chyba mało kogo to obchodzi, tym bardziej, że chyba nie ma komu tego ludziom wytłumaczyć.

Ostatnie analizy ekonomiczne pokazują, a może wobec przewidywanej entuzjastycznej destrukcji jakiej w imieniu niemieckich panów mają dokonać jaśnie nam rządzący – pokazywały, szybki rozwój ekonomiczny Polski i w efekcie osiągnięcie, a nawet prześcignięcie w rozwoju gospodarczym, europejskich potęg.

Kluczowy moment

Z drugiej strony zajęci sprawami wewnętrznymi w zbyt małym stopniu dostrzegamy, że w zasadzie, albo jesteśmy na najlepszej drodze do III Wojny Światowej albo, w zależności od tego gdzie cezury postawią w przyszłości historycy, jesteśmy już w jej trakcie. Tymczasem konfliktem na Ukrainie jesteśmy „znudzeni”, a ognia na Bliskim Wschodzie, który może podpalić sporą część świata, praktycznie w ogóle nie zauważamy. Tymczasem znajdujemy się w jednym z serc wydarzeń i ta wojna może zapukać do naszych drzwi.

Mam wrażenie, że nieco bardziej nas obchodzi zagrożenie ze strony Brukseli/ Berlina, które najwyraźniej autentycznie postanowiły dopilnować, żeby „polski przypadek” nigdy więcej się nie powtórzył. I nie tylko planują „podzielić się po równo” kryzysem społecznym i gospodarczym, które same z uporem godnym lepszej sprawy, sobie sprokurowały, ale też na trwałe odebrać sterowność państwom członkowskim.

Polska znajduje się w absolutnie kluczowym momencie. Musi obronić suwerenność, nie „w imię przodków”, tylko po to by zachować sterowność państwa, które musi realizować bardzo złożone interesy. Polska musi uzbroić się po zęby. Polska musi zbudować strategiczną infrastrukturę na miarę wzywań, które przed nią stoją. Taką, która nie będzie dławiła jej potencjału, ale go zwielokrotni.

Gdzie jest lider?

Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Bo mam wrażenie, że głównie kilku pasjonatów w sieci, którzy usiłują wejść w dyskusję ze skompromitowanym udziałem w tym co się działo wokół śledztwa smoleńskiego Maciejem Laskiem, który został… pełnomocnikiem rządu ds. CPK. Ten sam Lasek, który od dawna używa hasztaga #StopCPK. Kilku dziwaków, którzy zwracają w sieci uwagę na hipokryzję Niemców, którzy robią wszystko by Polska nie użeglowiła Odry i tym samym nie zwiększyła potencjału portów w Świnoujściu (plus terminal kontenerowy) i Szczecinie, a sami planują użeglowienie Odry akurat na odcinku, który im pasuje do własnej sieci śródlądowej. Jacek-Saryusz-Wolski jako jeden z nielicznych pilnuje sprawy planowanej kradzieży suwerenności państw narodowych przez Brukselę. Kilku pasjonatów, którzy zawzięcie w sieci dyskutują na temat polskiego programu jądrowego, z którym nie wiadomo co będzie i kilku „osintowców” czy lobbystów, bo trudno powiedzieć kto jest kim, którzy dopiero co z trudem ukrywali niechęć do poprzedniej władzy, a już przeżywają (co za zaskoczenie) szereg dysonansów poznawczych związanych z przewidywanym ograniczaniem rozbudowy armii przez władzę nową. Gdzie jest jakiś lider, który to ogarnia?

Takim liderem nie jest z pewnością Donald Tusk. I to nie tylko dlatego, że dla wielu jest po prostu hersztem bandy, która w obcym interesie dokonała wrogiego przejęcia państwa, korzystając z pewnego zbiegu okoliczności i zrządzenia wyborców, którzy poszukując naiwnie „trzeciej drogi”, wpadli dokładnie w ręce, w które wpaść nie chcieli. Również, a być może głównie dlatego, że sądząc ze skuteczności jego działań, nawet jeśli jest hersztem gangu, to najprawdopodobniej chodzi o Gang Olsena.

Ale i po stronie PiS takiego lidera nie widać, tak jak nie bardzo widać jakąś powyborczą refleksję czy plan na nadchodzące wybory. Obrona mediów publicznych przed bandyckimi zakusami ministra ppłk Sienkiewicza, jest słuszna (może za wyjątkiem robienia sobie przez polityków zdjęć w reżyserkach, co mądre nie jest), ale choć służy na pewno wewnętrznej konsolidacji Zjednoczonej Prawicy, to przecież obsługuje głównie już przekonanych i nie stanowi oferty, która mogłaby przyciągnąć nowy, lub wcześniej utracony elektorat, a o za tym idzie, dać nadzieję na odwrócenie karty. Być może jakąś nadzieję daje tu Prezydent Andrzej Duda, który ze wszystkimi słusznymi i mniej słusznymi uwagami, zachował realny wpływ na polityczną rzeczywistość, a orędzie jakie ostatnio wygłosił, nie bez powodu wywołało u wielu, mówiąc oględnie, pewnego rodzaju pogubienie. Tylko, że musi mieć z kim rozmawiać.

I tak mam wrażenie, że niczym bohaterowie sztuki Samuela Becketta „Czekając na Godota”, Estragon i Vladimir, siedzimy i co najmniej od 15 października czekamy (oczywiście trzeba oddać, że wielu bardzo aktywnie) na lidera, który coś ogarnie, a jedyne co mi na ten moment wpada do głowy jako puenta, to pozornie zaskakujący, biorąc pod uwagę ilość zdarzeń, cytat z Estragona: „Nic się nie dzieje, nikt nie przychodzi”.