Stanowisko prezydium ZG Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz protesty SDP w obronie mediów publicznych

W imieniu Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wnosimy o oddalenie wniosku o dokonanie zmian w Krajowym Rejestrze Sądowym wynikającego z uchwały Walnych Zgromadzeń akcjonariuszy Telewizji Polskiej S.A. w Warszawie, Polskiego Radia S. A. w Warszawie, Polskiej Agencji Prasowej  S.A i 17 rozgłośni regionalnych Polskiego Radia.

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego działając w imieniu Skarbu Państwa jednoosobowo podjął uchwałę o otwarciu likwidacji i powołaniu likwidatora Telewizji Polskiej S.A. w Warszawie, Polskiego Radia S.A. w Warszawie oraz PAP S.A. w Warszawie.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wskazuje, że podjęte jednoosobowo przez Ministra uchwały nie istnieją w obrocie prawnym, jako niemożliwe do podjęcia w świetle obowiązujących przepisów, albo w przypadku nieuwzględnienia stanowiska o ich nieistnieniu – są nieważne, bowiem są sprzeczne z ustawą (art. 425 § 1 KSH).

W pierwszej kolejności podkreślenia wymaga, że kwestia istnienia i działania spółek, które realizują cele publicznej radiofonii i telewizji nie została przez ustawodawcę pozostawione decyzji Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego wykonującego uprawnienia Skarbu Państwa, ale została zagwarantowana w ustawie z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji. Ustawa ta stanowi lex specialis względem KSH i w sposób szczególny reguluję pozycję spółek medialnych w Rzeczypospolitej Polskiej.

W myśl art.  26 ustawy Jednostki publicznej radiofonii i telewizji działają wyłącznie w formie jednoosobowej spółki akcyjnej Skarbu Państwa, zwanej dalej „spółką”. Zgodnie z ust. 2 telewizję publiczną tworzy spółka „Telewizja Polska – Spółka Akcyjna”, zawiązana w celu tworzenia i rozpowszechniania:

1) ogólnokrajowych programów ogólnotematycznych I II, wyspecjalizowanego programu informacyjno-publicystycznego oraz programu o tematyce kulturalno-artystycznej;

2) programów skierowanych do odbiorców za granicą;

3) regionalnych programów telewizyjnych;

4) innych programów i usług realizujących misję publiczną, o której mowa w art. 21 ust. 1, określonych w karcie powinności, w tym programów wyspecjalizowanych, innych niż wymienione w pkt 1.

Art. 26 ust. 2a z kolei ustanowił oddziały terenowe spółki:

Terenowe oddziały spółki „Telewizja Polska – Spółka Akcyjna” mają swoje siedziby w: Białymstoku, Bydgoszczy, Gorzowie Wielkopolskim, Gdańsku, Katowicach, Kielcach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Opolu, Olsztynie, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Warszawie, Wrocławiu.

 Przepis art. 26 ust. 3 ustawy stanowi:

 Radiofonię publiczną tworzą:

1) spółka „Polskie Radio – Spółka Akcyjna”, zawiązana w celu tworzenia i rozpowszechniania ogólnokrajowych programów radiowych i programów dla odbiorców za granicą;

2) spółki zawiązane w celu tworzenia i rozpowszechniania regionalnych programów radiowych, zwane dalej „spółkami radiofonii regionalnej”.

Wolę ustawodawcy w zakresie powstania i działalności spółek radiofonii i telewizji potwierdza brzmienie art. 64 ust. 1 pkt 1 ustawy o radiofonii i telewizji, które nakazywały Ministrowi właściwemu ds. skarbu państwa zawiązanie spółki „Telewizja Polska” S.A. w Warszawie, a także jej oddziałów terenowych w Bydgoszczy, Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Warszawie i we Wrocławiu.

Nadto zgodnie z art. 64 ust. 1 pkt 2 ustawy Minister był obowiązany zawiązać spółkę „Polskie Radio” S.A. w Warszawie oraz oddziały terenowe z siedzibami w Białymstoku, Bydgoszczy, Gdańsku, Katowicach, Kielcach, Krakowie, Koszalinie, Lublinie, Łodzi, Opolu, Olsztynie, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Warszawie, we Wrocławiu i w Zielonej Górze.

W związku z tym obowiązkiem, który został przez właściwego Ministra zrealizowany, na mocy przepisów ustawy doszło do przekazania praw majątkowych (w tym przede wszystkim prawa własności nieruchomości) zarejestrowanym Spółkom radiofonii i telewizji, a właściwego Ministra zobowiązano do wniesienia dodatkowego majątku do spółek (art. 65-66 ustawy o radiofonii i telewizji).

Wnikliwa analiza przepisów wskazuje zatem, że ustawodawca przewidział trwanie i funkcjonowanie spółek na rynku usług medialnych, czemu służy m.in. zastrzeżona ustawowo firma spółki „Telewizja Polska” S.A. oraz „Polskie Radio” S.A.

Obowiązek trwałego i ustawowego funkcjonowania spółek potwierdzony jest również w doktrynie. Jak wskazują prof. S. Piątek, W. Dziomdzior i K. Wojciechowski:

Polski ustawodawca przyjął w 1992 r. model wielopodmiotowy oparty na obu wspomnianych kryteriach, przewidując utworzenie odrębnej jednostki publicznej telewizji (TVP) z ustawową gwarancją istnienia oddziałów spółki, publicznej radiofonii ogólnokrajowej i ponad krajowej (Polskie Radio), oraz kilkunastu jednostek publicznej radiofonii regionalnej.” [tak w: Ustawa o radiofonii i telewizji. Komentarz red. dr hab. Stanisław Piątek, Wojciech Dziomdziora, dr Krzysztof Wojciechowski, kom. Do art. 26]

 Nadto kwestię specjalnego charakteru spółek medialnych w Rzeczypospolitej Polskiej, które uniemożliwiają traktowanie ich jak „zwykłych” spółek prawa handlowego, wyłożył Trybunał Konstytucyjny w uchwale z dnia 13 grudnia 1995 r., sygn. akt W 6/95:

„działalność spółek handlowych, dla których został wydany kodeks handlowy, ma przede wszystkim cel gospodarczy bez względu na to, jakie mogą być dalsze cele ich działalności,

o których wspomina doktryna, ale które nie są wymienione expressis verbis w kodeksie handlowym. (…) W przeciwieństwie do tegopodstawowy cel publicznych spółek radia i telewizji, jak to wynika z przepisów art. 1 ust. 1 oraz 21 ust. 1 pkt 1, 3, 6, 7, ust. 2 pkt 2, 3, 4, 5, i, 8, 9, art. 25 ustawy o radiofonii i telewizji nie jest gospodarczy. W świetle tych przepisów działalność gospodarcza w stosunku do celów i zadań wymienionych w powołanych przepisach ma charakter drugoplanowy i pomocniczy. Widać to ewidentnie z proporcji ilości przepisów dotyczących działalności publicznej, w tym informacyjnej, kulturowej, edukacyjnej, opiniotwórczej, do przepisów dotyczących działalności gospodarczej. (…) Płynie stąd wniosek, że stosowanie przepisów kodeksu handlowego do tych spółek nie może abstrahować od odmienności ich charakteru i celu. Odmienności te powinny uwzględniać następujące uwarunkowania.

Po pierwsze, że dana materia nie została uregulowana odmiennie w ustawy o radiofonii i telewizji (lub w innych ustawach szczególnych).

Po drugie, że zastosowanie przepisu kodeksu handlowego nie  sprzeciwi  się  wnioskom  wynikającym  z wykładniwyprowadzonej z całokształtu przepisu o publicznej radiofonii i telewizji zawartych w art. 36b przepisów konstytucyjnych i konkretyzujących go przepisach ustawy o radiofonii i telewizji.

Stowarzyszenie zwraca również uwagę na pozorność działania Ministra jako reprezentanta Skarbu Państwa. Pozorność czynności likwidacji – Komunikat MKIDN zawiera uzasadnienie adekwatne do postępowania restrukturyzacyjnego. Zapowiadana likwidacja wydaje się mieć charakter tymczasowy ,,tymczasowej” likwidacji Telewizji Polskiej S.A. i następnie jej „odbudowania”. Postawienie spółki akcyjnej w stan likwidacji w celu jej „odbudowania” po przeprowadzeniu szeregu czynności zarządzających świadczy o możliwości powstania wady oświadczenia woli walnego zgromadzenia, polegającej na pozorności.

Likwidacja nie służy temu, żeby ratować podmiot, służy jego likwidacji. Temu, żeby ratować podmiot służy restrukturyzacja, zatem wszczęte postępowanie jest całkowicie nieadekwatne do celu wskazanego w komunikacie MKIDN. Jeżeli bowiem cel byłby taki jak deklarowany winno zostać wszczęte postępowanie restukturyzacyjne, w takim jednak przypadku nie byłoby możliwości powołania likwidatora.

Pozorność stanowi wadę oświadczenia woli polegającą na tym, że strony stwarzają pozór rzeczywistego dokonania czynności prawnej o określonej treści, podczas gdy tak naprawdę nie chcą wywołać żadnych skutków prawnych lub wywołać inne niż w pozornej czynności deklarują.

Tak jest w tym przypadku.  Pozorność polega na tym, że ponieważ nie udało się ustanowić legalnie zarządu, usiłuje się w to miejsce powołać likwidatora, który de facto ma pełnić jego funkcję, tylko po to by potem tą uchwałę o likwidacji odwołać (co zastrzeżono w komunikacie MKIDN).

MKIDN pozornie zatem chce zlikwidować spółki medialne, a w rzeczywistości chce jedynie ustanowić likwidatorów, a w konsekwencji obejść normę przepisu art. 27 ust. 3 Ustawy o radiofonii i telewizji zastrzegającą, że członków zarządu powołuje i odwołuje Rady Mediów Narodowych. Ratio legis tego przepisu tj. oddzielenie wpływu polityków na media publiczne. Wykładnia a fortiori (z mniejszego na większe) daje wynik następujący. Skoro powoływanie i odwoływanie zarządów jest zastrzeżone dla RMN (mniejsze) to tym bardziej powoływanie i odwoływanie likwidatora (większe) jest zastrzeżone dla RMN, o ile w ogóle istniałaby ustawowa możliwość likwidacji spółek medialnych.

Dodatkowo Stowarzyszenie pragnie podkreślić, że uchwały o likwidacji zapadły również z rażącym naruszeniem innego przepisu ustawy oraz statutów spółek medialnych. Jednocześnie tryb zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia narusza statut, ponieważ uniemożliwia Radzie Mediów Narodowych uczestniczenie w Nadzwyczajnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy, co jest niezgodne z par. 25 ust. 4 Statutu Telewizji Polskiej S.A. oraz art. 29 ust. 1a ustawy o radiofonii i telewizji, które mają jednolite brzmienie i stanowią: „W walnym zgromadzeniu mają prawo uczestniczyć także członkowie Rady Mediów Narodowych.” Tych natomiast nie zawiadomiono o zwołaniu Walnego Zgromadzenia.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich stoi na stanowisku, że uchwały o likwidacji nie istnieją w obrocie prawnym, a w przypadku nieuwzględnienia przez sąd rejestrowy takiego wniosku, są oczywiście nieważne jako sprzeczne z ustawą.

Krzysztof Skowroński – prezes SDP

Jolanta Hajdasz – wiceprezes SDP

Mariusz Pilis – wiceprezes SDP

Aleksandre Tabaczyńska – skarbnik SDP

Hubert Bekrycht – sekretarz SDP

Warszawa dn. 03.01.2024

 

W czasie świąteczno-noworocznym władze SDP wysłały wiele protestów w związku z próbą bezprawnego, brutalnego przejęcia przez rząd Donalda Tuska mediów publicznych a potem ich nielegalnej i nieuzasadnionej likwidacji. Potępiamy skandaliczne bezprawne działania ekipy premiera Tuska i ministra kultury Bartłomieja Sienkiewicza wobec TVP, PR i PAP.

Poniżej przypominamy nasze protesty, oświadczenia, stanowiska  ws. mediów publicznych z z przełomu 2023 i 24 r. Bardzo dziękujemy mediom, organizacjom i insytucjom, które je opublikowały.

 

 

WALTER ALTERMAN: Predykcje feminatywne, czyli kąstytucja

„Jakie są pani predykcje w sprawie Wąsika i Kamińskiego…” – pyta dziennikarz TVN jedną z parlamentarzystek. Po raz pierwszy w życiu zaniemówiłem i ogłuchłem. Gdy mi przeszło, sięgnąłem do słownika PWN, gdzie znalazłem taką definicję: „predykcja – w analizie statystycznej: przewidywanie przyszłych realizacji albo cech statystycznych zjawisk losowych”. Zatem ów dziennikarz – nazwiska nie zdążyłem zanotować, ale był młody i dziarski – użył pojęcia z analizy statystycznej, by dowiedzieć, co owa pani poseł sądzi, co przewiduje, co mniema o przyszłym losie wspomnianych dwóch posłów.

Kolejny raz pytam – dlaczego spora grupa dziennikarzy uznaje za mało eleganckie stare, dobre słowa, a rzuca się jak pies na kość, gdy na dalekim horyzoncie językowym pojawiają się nowości?

Predykcje

A może oni po prostu, z rozmysłem i złośliwością wobec widza, chcą być nierozumiani? Żeby widz poczuł się od nich gorszy. Sądzę, że naszemu społeczeństwu w zupełności wystarczają urzędnicy, którzy mówią językiem zrozumiałym tylko w kręgach rządowych. Prawdę mówiąc, każdy rząd można traktować jak dopust boży – bośmy grzeszni bardzo – ale na takich nowoczesnych i nowinkarskich dziennikarzy nie zasłużyliśmy sobie. Za duża to kara.

Wymowa

To, o czym chcę teraz pisać, trudno oddać przy pomocy alfabetu łacińskiego, bez użycia alfabetu fonetycznego stosowanego przez językoznawców, ale… spróbuję. Martwi mnie, że bardzo wiele publicznych osobników i osobniczek nie jest w stanie poprawnie wymówić niektórych słów.

Często ostatnio powtarzanym w parlamencie słowem jest „konstytucja”, którą niektórzy z parlamentarzystów wymawiają jako „kąstytucja”. Może wierzą, że słowo pochodzi od kąsać lub kąska? Podobnie jest z „konsekwencją”, którą z ust wielu parlamentarzystów można usłyszeć jako „kąsekwencje”. Przykre to. Może to skutek niedoinwestowania edukacji i marnych pensji nauczycieli?

Feminatywa coraz bardziej śmieszne

Zastanawia mnie, dlaczego akurat TVN patronuje nabierającej na sile rewolucji językowo-tożsamościowej. Czyli, dlaczego popiera dziwaczności typu: „ministra”. Ilekroć dziennikarz TVN tak właśnie wita panie będące ministrami, przechodzą mnie ciarki. Zaczynam też podejrzewać, że panie na ministerialnych stanowiskach mają jakieś potworne kłopoty z tożsamością i identyfikacją płciową. Zaczynam więc baczniej przypatrywać się takim osobniczkom… i widzę, że są one kobietami, bo twarz, głos, budowa ciała są kobiece. Może nie czują się jednak kobietami do końca? I dlatego oczekują, że świat będzie się do nich zwracał per: sekretarina – jak colombina. Problem będzie z kobietami, gdy zostaną pracownicami dyplomacji – ba jak się do nich zwracać… Dyplomatka? Trochę będzie to dziwne, bo dyplomatka to rodzaj krótkiego męskiego płaszcza albo teczki.

A co powiecie Państwo, na „polityczkę”, która też objawia się coraz częściej? Toż polityczka to marna polityka, nieudolna i śmieszna. A gdy kobieta zostanie mężem stanu, to jak trzeba będzie o niej mówić? Żona stanu, dama stanu? I strasznie, i śmiesznie.

Cała ta nomenklaturowo-feministyczna rewolucja, której w Polsce patronuje TVN jest ogromnym i okropnym dziwactwem. Chyba, że chodzi o to, żeby odbiorcy tej stacji czuli się niepewnie…, ale to byłaby małość, więc w to nie wierzę. Bo to by prowadziło do podważenia klasycznych ról społecznych i rodzinnych. Tylko w imię czego? Że mężczyźni mają zacząć rodzić?

W związku z tym ukobiecaniem kobiet pojawia się też w tzw. przestrzeni publicznej coraz więcej agresywnych kobiet. Muszą być agresywne, żeby nikt nie podejrzewał, że są kobiece. Może miał rację Witkacy, gdy pisał o „kobietonach”?

Co się czego tyczy

Wicepremier Kosiniak-Kamysz zabierając w Sejmie głos w sprawie likwidacji Komisji ds. Wypadków Lotniczych powiedział: „Wszystkie te decyzje tyczyły się z działaniem komisji.”

Błąd składniowy wicepremiera polega na tym, że nie rozumie, iż w języku polskim „tyczy się” coś czegoś. I nie jest to równoznaczne z frazą, że coś wiąże się z czymś.

Nowa władza, a błędy stare. Z punktu dbałości o poprawność języka polskiego u notabli – nie wiem, czy warto było zmieniać rząd stary… Bo jest tak samo źle. Pod względem językowym…

 

Na tropie zbrodni językowych – WALTER ALTERMANN: Boże, „ukaraj te porozrucane”

Niezwykle denerwujące jest, gdy dziennikarz posługuje się gwarą. Jednym z takich przykładów jest stwierdzenie, że coś jest „porozrucane”, na przykład bile na stole bilardowym. Polska norma mówi nam, że te bile są „porozrzucane”. Bo porozrzucane, rozrzut pochodzi od rzutu, a nie od jakiegoś „rutu”.

Innym przykrym przykładem jest wołanie o karę dla jakiegoś przestępcy, choćby boiskowego. Gdy jakiś zawodnik sfauluje przeciwnika, wtedy najczęściej sprawozdawca mówi: „Panie sędzio, ukaraj go pan”. A przecież powinien powiedzieć „Ukarz go pan”. Kara jest słowem podstawowym, ale mamy też ukarz, mamy karzącą dłoń prawa. Nie mamy zaś „karającej ręki”.

Globalna taktyka

W czasie meczu piłki nożnej sprawozdawca Canal+, w swej taktycznej przenikliwości, stwierdza: „Trzeba pochwalić Widzew za taką globalną organizację gry”.

Z tym globalizmem mamy kłopot nie lada, bo przyjęło się już w ekonomii, a z niej spłynęło – jak zaraza – na inne dziedziny, że globalny produkt może być synonimem produktu ogólnego, całkowitego. Ja rozumiem, że ekonomiści nie są humanistami, ale naprawdę przesadzają. Podstawowym znaczeniem „globalny” jest „światowy”. Bo przecież glob to nasz świat, kula ziemska.

Jeżeli nawet można odpuścić ekonomistom, to jednak sprawozdawca sportowy powinien powiedzieć po polsku tak: „Trzeba pochwalić Widzew za taką organizację gry”. Bo każda organizacja gry na boisku jest organizacją ogólną, całościową.

Dedykowane śruby

„Do tych karniszy daję śruby większe niż te, które są dedykowane przez producenta” – mówi Wiesław Skiba w programie „Pogotowie remontowe Wieśka”, w Canal+ Family.

Zacznijmy od tego, że pan Wiesław jest wspaniałym fachowcem, świetnie radzącym sobie z wszelkimi fuszerkami, których dopuścili się przed nim okropni naciągacze i partacze, podejmujący się napraw w domach klientów. Niemniej śruby nie mogą być „dedykowane”. Śruby mogą być do karniszy załączone w osobnym opakowaniu, mogą być zalecane, polecane, przeznaczone a nawet przypisane. Natomiast dedykować można komuś jakiś utwór literacki, utwór muzyczny, rzadziej obraz.

Nie mam pretensji do pan Wiesława, mam je natomiast do ekipy telewizyjnej, która nagrywa jego prace. Czy naprawdę nie ma wśród techników, operatorów dźwięku i obrazu, redaktorów i producentów nikogo znającego język polski?

Fala oburzonej krytyki

„Obraz wywołał falę oburzonej krytyki” – taka informacja pada z telewizora w programie „Dzień w Muzeum Orsay”. Oburzenie dotyczy jednego z pierwszych obrazów Oskara Moneta, ojca impresjonizmu.

Nie mam zastrzeżeń co do faktów, oburzenie wśród współczesnych Monetowi krytyków było naprawdę ogromne. Niemniej jednak zwracam uwagę, na to, że autora komentarza – a może tłumacza – poniosła poezja. Chodzi mi ot to, że „fala” nie ma ludzkich przymiotów, więc nie może być oburzona. Poza tym – istotnie obrazy Moneta spotkały się z oburzeniem krytyków, ale już nie krytyki. Chyba, że autor komentarza przez „krytykę” uważa ogół osób zajmujących się krytyką malarstwa. Sama „fala” może być, ale w znaczeniu, że Moneta spotkała istna fala krytyki.

Inkryminowane zdanie powinno zatem wyglądać tak: „Obraz wywołał falę oburzenia krytyków”. Tak czy inaczej, trzeba uważać, bo chcąc unikać dłuższych zdań, wpadamy w pułapkę absurdów językowych.

Sępy pod Warszawą

Niby to mamy już XXI wiek, niby to dominującą religią jest u nas katolicyzm… ale ciemny zabobon, wiara w gusła, porażające przesądy i w dziwne znaki trzyma się u nas mocno.

Ostatnio ogromne poruszenie oświeconych Polaków wywołało pojawienie się na niebie, w okolicach Warszawy sępa kasztanowatego. A jest to największy mięsożerny ptak Europy, niewidywany u nas od dawien dawna. Ponieważ lud nie lubi sępów, bo są to ptaki padlinożerne, masowo pojawiły się głosy, że to zły dla Polaków znak, szczególnie zaraz po wyborach – te głosy dobiegały głównie z prawicy. Co prawda lubimy kruki i wrony, choć są to również padlinożerne istoty, ale mniejsze. Zatem do straszenia nie bardzo się nadają. Ale to tylko tak sobie, przy okazji sępa.

Moją uwagę zwróciły głównie tytuły prasowe, towarzyszące tej „złej wróżbie”. Oto Zielona Interia, pisze: „Największy mięsożerny ptak Europy wrócił do Polski. Latał pod Warszawą.”

Otóż, szanowni Zieloni – pod Warszawą była Bitwa Warszawska w 1920 roku, pod Warszawą jeździ metro, są systemy kanalizacyjne, wodociągowe i inne… Natomiast ptaszysko latało nad Warszawą, lub nad Mazowszem.

A przy okazji przesądów mamy takie cudowne porzekadło:

 

„A kto wierzy w gusła,

Temu d… uschła”

Trzeba zatem uważać.

 

 

Wątpliwość jest kobietą i o tym pisze WALTER ALTERMANN: Progresywne wariatki i szalenice

Niestety, mamy obecnie poważne problemy z identyfikowaniem współczesnych ruchów feministycznych. Tym mianem bowiem określane są wszystkie ruchy mające na celu walkę o prawa kobiet. I to jest poważne nieporozumienie. Do jednego worka wsypywane są bowiem postulaty nieograniczonego prawa do przerywania ciąży lub istotnego złagodzenia tego prawa i zrównania poziomu zarobków kobiet z mężczyznami. Dodatkowo wpycha się też do worka „feminizmu” postulaty większego udziału kobiet w polityce – co się rozumie jako zwiększenie liczebnego udziału kobiet w samorządach i parlamencie.

Znajdziemy również w „feminizmie” postulaty „babciowego” oraz budowy większej ilości żłobków, a to dlatego, by młode matki mogły się „samorealizować”. Ten worek współczesnego feminizmu pięknie obsypany jest brokatem „feminatywów”, czyli tworzenia nazw rodzaju żeńskiego w miejsce starych nazw rodzaju męskiego. Z czego mamy kurioza językowe w marnym guście – np. ministra.

Prawda, że jest tego dużo, a każdy z problemów z innego podwórka. Ale też mamy dzisiaj, przynajmniej w Polsce istną rewolucję mocno pobudzonych emocjonalnie kobiet, głównie młodych. Żeby rzecz pojąć, żeby zrozumieć to tsunami osobniczek walczących, trzeba nam rozpatrzeć każdy z tych postulatów feminizmu osobno. Bo razem się nie da. Choć jest jedna cecha wspólna dla wszystkich tych problemów, a na imię jej wściekłość młodych kobiet.

Wspólna wściekłość

Obserwator życia społecznego w Polsce może odnieść wrażenie, że mamy obecnie w kraju rewolucję, bunt i histerię. Oczywiście w życiu realnym, prawdziwym i codziennym niczego takiego nie ma. Życie małżeńskie toczy jak zawsze – przy silnej przewadze głosu żon. Życie rodzinne tak samo – nikt nie podważa przemożnej roli matki. W pracy kobiety są szanowane, choć dokuczliwe niekiedy bywają fochy i nastroje „kierowniczyniek”, „dyrektoressek” i „prezesorek”.

Natomiast liberalne media często oddają głos tym paniom, które mają jakiś interes w stwarzaniu nastroju grozy i horroru. Panie, zawsze głosem podniesionym, w górnych rejestrach i z wielka siłą domagają się dla siebie praw – ich zdaniem – brutalnie zawłaszczonych przez mężczyzn. Jaki to interes? Ano, biorąc pod uwagę, że w przeważającej części o te prawa „walczą” posłanki Koalicji Obywatelskiej, partii Razem, Polski 2050, Nowej Lewicy oraz przywódczynie setek stowarzyszeń prokobiecych – powinny być to prawa ważne. Ale czy są takimi naprawdę?

W tym gronie – na szczęście dla mężczyzn – brak przedstawicielek PSL, bo mogłoby być mężczyznom nielekko, albowiem chłopki miewają ciężką rękę.

Droga od bruku do parlamentu

Te przywódczynie ruchu dobrze wiedzą, że należy podnosić, wykrzykiwać hasło „kobiece”, bo to te hasła zaniosły je do parlamentu. One zaistniały jako działaczki przeróżnych grup – hałaśliwych tak, ale nielicznych osobowo, wręcz marginalnych. Jednak dały się poznać w lokalnych społecznościach jako nieustępliwe manifestantki. I to lokalne media stworzyły liderki awantur o wszystko. Dla wielu dziennikarzy te uliczne manifestacje były atrakcyjne, bo kopały równo władze państwowe oraz lokalne. Natomiast dla liderek tych ruchów ulica była trampoliną, punktem wybicia się do niebiotycznego skoku w górę, do Sejmy lub Senatu.

Prababcie feminizmu

Feministki wieku XIX walczyły o jasne i zrozumiałe prawa – o prawo do studiowania na wyższych uczelniach, prawo do głosowania, prawo do bycia parlamentarzystkami. Dzisiaj, jak napisałem powyżej, te postulaty są normalne, grzeczne i oczywiste. A jednak w pod koniec XIX wieku mieszczańskie społeczeństwo traktowało ówczesne demonstrantki jak kobiety upadłe, niemal na równi z prostytutkami. Tak było.

W sprawie obecnych żądań feministek, aby co najmniej połowa miejsc na listach wyborczych, w organach samorządowych i parlamentarnych zarezerwowana była dla kobiet, mam zdanie przeciwne. Realizacja tego postulatu jest niebezpieczna dla jakości pracy tych ciał przedstawicielskich. W żadnej z istniejących partii w Polsce nie ma więcej niż 30 procent kobiet, tak wśród członków partii, jak i aktywistów. Zatem – te 20 brakujących procent kobiet trzeba by brać z łapanki, niejako pod przymusem, poniekąd z gorszego „materiału ludzkiego”.

Samorealizacja, czyli depopulacja

Jednym ze sztandarowych haseł feministek jest to, że kobiety muszą się samorealizować. Długo się nad tym postulatem zastanawiałem i doszedłem do przekonania, że owa „samorealizacja” ma być zamiast. Przede wszystkim zamiast bycia matką. Przypomnę, że natura prawem do rodzenia potomstwa obdarzyła jednak samice – ergo także kobiety.

Jeżeli jednak kobieta chce najpierw skończyć studia, potem zdobyć zawód, następnie zacząć robić karierę zawodową, to w efekcie gdzieś po trzydziestce decyduje się zajść w ciążę. A potem już, po urodzeniu dziecka, niełatwo jej przerwać karierę. Nadto – przez całe wieki idealnymi matkami były kobiet 20-letnie. I współczesna nauka twierdzi, że właśnie okolice 20 lat, to idealny czas na rodzenie dzieci. A co z drugim i trzecim dzieckiem? Nie ma szans. Wykształcone panie przestają na jedynakach, bo kariera im ucieka.

Zatem, samorealizacja jest w opozycji do liczby rodzących się u nas dzieci, zważywszy, że wykształcenie wyższe ma w Polsce przeszło 30 procent kobiet.

Babciowe i żłobki

Postulat wprowadzenia babciowego, czyli państwowych pieniędzy dla babć, opiekujących się wnukami, jest słuszny. Jednak jest on również znakiem czasu, że matki nie mają dziś czasu na odchowanie własnego potomstwa. Podobnie jest z oczekiwaniem większej liczby żłobków. Podobnie, ale znacznie gorzej. Rzecz w tym, że każdy lekarz, każdy pedagog powie, że do trzeciego roku życia dziecko powinno być z matką w domu. Takie to mamy poważne dylematy związane z rozwojem społeczeństwa oraz z oczekiwaniami młodych kobiet.

Idea porwana na strzępki

Niektóre z feministek działają już jak alternatywne społeczeństwo, kierując się wizją uciśnionych kobiet, kobiet traktowanych jedynie przedmiotowo. I te kobiety chcą feministki wyzwolić. Analogie do komun włoskich Czerwonych Brygad, Frakcji Czerwonej Armii działającej w Niemieckiej Republice Federalnej albo do grup anarchistycznych z przełomu XIX i XX wieku nasuwają się same. Ten sam język, ta sama agresja, te same wściekłem słowa. I ta sama determinacji i wizja „społecznego wyzwolenia”.

W Polsce te ruchy nazywają same siebie „progresywnymi”. Po polsku powinny się nazywać „postępowymi”, ale widać za blisko im do komunizmu z lat 40. XX w., który ówczesny ustrój reklamował się jako „postępowy”.

Wszystko to dzieje się przy cichym przyzwoleniu Platformy Obywatelskiej. Doszło do tego, że warszawski ratusz jednej z takich grup oddał swój szacowny teatr – Dramatyczny, czyniąc jej dyrektorem jedną z ważnych liderek feministek Monikę Strzępkę. Ta pani wprowadziła niespotykany gdzie indziej rygor i terror spod znaku agresywnego feminizmu właśnie. A w wywiadach udzielanych, gdzie się dało głosiła pochwałę waginy i kobiecości. Powołała również do życia teatralny „kolektyw”, który w istocie stał się nową Podstawową Organizacja Partyjną. Tenże kolektyw spowiadał, ganił i pouczał aktorów, dbał o kierunek rozwoju mentalnego i programowego. Istna czerezwyczjaka, czyli Czeka lub CzK – z rosyjskiego sowiecka tajna policji pilnująca rewolucyjnego terroru.

Ów „feministyczny biologizm” się jednak nie przyjął, zespół się zbuntował i pani Strzępka odchodzi. Ciekawe, że owa pani, jako reżyseressa, nie miała w swoim dorobku żadnych poważnych osiągnięć artystycznych, bowiem wcześniej skupiała się głównie na epatowaniu ze sceny odważnymi obyczajowo hasłami. A w foyer teatralnym „zasłynęła” wystawieniem naturalistycznej rzeźby waginy. Trochę jednak przymało – jak mawiał pewien wybitny reżyser, gdy przychodziło mu obejrzeć jakąś przeciętną produkcję teatralną.

Jedno mnie tylko w tym przypadku dziwi – całe środowisko artystyczne nigdy nie traktowało pani Strzępki jak artystki. Czyżby zatem warszawski ratusz nie zasięgał u poważnych ludzi opinii? Czyżby wystarczyło mu, że pani Strzępka miała w dorobku pozycje odrzucające stare, klasyczne wartości? To aż tak łatwo w Warszawie zostać dyrektorem?

 

 

O strategii konserwatywnej Polski pisze CEZARY KRYSZTOPA: „Prawicowy KOD” to pułapka

Całym sercem jestem z ludźmi broniącymi mediów publicznych i PAP. Kiedy byłem pod siedzibą TVP Info na Placu Powstańców w Warszawie wręcz wzruszyła mnie rozmowa z grupą obrońców, zwykłych ludzi, autentycznie zatroskanych o Polskę.

Nie gniewam się również na nikogo kto mnie skrytykował po tym jak napisałem na Twitterze (X), że od dziennikarzy broniących mediów publicznych, politycy powinni być w ten czy w inny sposób zdystansowani. Oczywiście wiem, że bez polityków prawdopodobnie dziennikarzy by tam już nie było, ale to, że politycy mogą dziennikarzy wprowadzać do budynku, czy ich swoją obecnością chronić, nie oznacza, że musza się idealnie mieszać i jeszcze dać się tak fotografować. Skutki, choćby w postaci propagandy którą się zbuduje na tych zdjęciach i np. zniechęci przy jej pomocy zagranicznych komentatorów do kontestowania bandyterki Tuska, będziemy zapewne obserwowali w przyszłości.

Natomiast nie gniewam się na krytyków o nic, ponieważ myślę, że w zdecydowanej większości są ludźmi dobrej woli, chcą dobrze i nie muszą znać politycznych sztuczek. Natomiast od polityków jednak wymagam więcej.

Kto wygrał?

Na początek odrobina analizy. Tuskowym zbirom wydaje się, że wygrali wybory. Otóż nie wygrali, wręcz uzyskali taki sobie wynik. Mogą rządzić dzięki zrządzeniu zaskakująco licznej grupy wyborców, która chciała kontestować „tradycyjną” polaryzację PiS-PO i poszukała alternatywy w postaci Trzeciej Drogi. Jak widać w ostatnich tygodniach, była to alternatywa z gruntu fałszywa (i tak dostali Tuska), ale taka była intencja. To ta grupa zdecydowała o tym kto rządzi.

I ta grupa czuje się coraz bardziej oszukana. Miał być spokój, rozsądna kontynuacja i „praworządność”, a jest chaos, destrukcja, afery i bezprawie (plus ogromny wzrost składek ZUS). Ale żeby było jasne, wbrew temu, co się niektórym wydaje, to nie jest tak, że ci ludzie już galopują głosować na PiS, czy choćby porzucili swoich idoli. To długotrwały proces, nikt nie lubi przyznawać się sam przed sobą, że popełnił błąd i trzeba czegoś więcej niż jeden czy dwa dysonanse poznawcze, żeby zmienił zdanie.

 

Sieroty

Ale ile by to nie trwało, prędzej czy później, pojawi się na „rynku” rosnąca grupa „sierot”, którą ktoś kto chce wygrywać wybory, będzie musiał zagospodarować. Będą to „sieroty” zapewne głównie po Hołowni, ale biorąc pod uwagę naprężenia jakim poddaje Tusk PSL i kłopoty Konfederacji, być może nie tylko.

Tylko co tych ludzi łączy? Dzieli ich wiele, ale łączy ich wsparcie dla rozwoju Polski. Po to, żeby Polska mogła się rozwijać, musi dysponować narzędziami wpływu na samą siebie, więc nadrzędnym hasłem jest tutaj – suwerenność i jej obrona. Kolejnymi hasłami wielkie projekty strategiczne, szalenie istotna wobec rosyjskiego zagrożenia rozbudowa armii, czy szerzej bezpieczeństwo i programy socjalne, tylko tym razem nie na ślepo, ale w ściśle określonych celach. To jest to, co PiS powinien robić w najbliższym czasie jeśli chce coś jeszcze wygrać – przedstawiać poważną alternatywę chaosowi proponowanemu przez Tuska, być gospodarzem tematów, które przecież rozpoczął, bronić CPK, atomu, koreańskich kontraktów. Przedstawiać wiarygodną wizję rozwoju. Dać sobie i Polsce szansę.

 

„Prawicowy KOD”?

A co widzę zamiast tego? Rozwinięcie w praktyce opisywanej wcześniej w nieoficjalnych doniesieniach koncepcji „opozycji jeszcze bardziej totalnej”, swego rodzaju „prawicowego KOD”. Ja to nawet emocjonalnie rozumiem, ale co ma to na dłuższą metę dać oprócz swego rodzaju zbiorowej terapii? Kogo ma przyciągnąć? Czy KOD dał niedawnej opozycji zwycięstwo, czy raczej zabetonował ją na dwie kadencje w opozycji?

Potrzebne są oczywiście działania na różnych polach i skierowane do różnych grup elektoratu, ale wiodąca powinna być porywająca wizja rozwoju Polski, do której mogłyby te różne grupy, jednocześnie różniąc się między sobą, aspirować. Nie zbiorą tych grup zdjęcia twarzy, z całym szacunkiem, tych samych co zawsze, na które tak wielu ludzi zostało trwale zaimpregnowanych. Trzeba nowego otwarcia, nowych twarzy i wizji, na której brak, zwracam uwagę od kilku lat.

W innym wypadku, beneficjantem tej „nowej, pogłębionej polaryzacji”, będzie Tusk, którego celem, oprócz trwałego obniżania konkurencyjności Polski, jest, jak sądzę, wepchnięcie PiS w buty z 2010 roku, kiedy to PIS miał rację, ale przy pomocy prowokacji i manipulacji, udało się go wtłoczyć w obciachowy wizerunek „wrzeszczących staruszków”.

Hubert Bekrycht: KASUJĄC MEDIA PUBLICZNE RZĄD LIKWIDUJE PAŃSTWO

Sprzeniewierzenie się polskiej racji stanu poprzez likwidację mediów publicznych wdrażanej przez, o ironio, ministra kultury i dziedzictwa narodowego, stała się faktem. Podpułkownik służb specjalnych Sienkiewicz zawiódł premiera Tuska, bo najprawdopodobniej zawalił zorganizowanie walne zgromadzenia spółek skarbu państwa, jakimi są TVP, PR i PAP (w MKiDN nieobecni byli wówczas pracownicy odpowiedzialni za monitoring, kody dostępu i książkę wejść i wyjść).  No i minister dostał rozkaz od premiera, aby wdrożyć plan B – postawić media publiczne w stan likwidacji.

Bezprawne działania rządu wobec mediów, m.in. wyłączenie sygnału telewizyjnego TVP INFO wykorzystuje chyba Rosja, bo – jak twierdzą eksperci – zakłócenia nadajników GPS w Polsce mogą być sprawą Kremla, ponieważ Moskwa testuje na ile chaos polityczny pozwoli jej destabilizować politykę w Polsce. Kto pomaga Rosji? Przecież nie konserwatyści z PiS, tylko rząd, przy czym malej liczba obywateli, którzy wierzą, że nieświadomie.

Pełzający zamach stanu

Likwidacja mediów publicznych to bezprawie, którego z niczym porównać nie sposób. To po prostu niemożliwe wobec obowiązującego prawa. Plan B ekipy Tuska polega na likwidacji TVP, PR i PAP, których zlikwidować takim działaniem nie sposób. Tu też, przy wcześniejszym złamaniu przepisów o Radzie Mediów Narodowych, potrzebna jest ustawa, nie decyzje ministrów, nie uchwały sejmowe. Czyli, pełzającego zamachu stanu według scenariusza rosyjskiego, ciąg dalszy.

„Troska” o dofinansowanie mediów publicznych

 Sienkiewicz bez zażenowania pisze w komunikacie, że to wynik prezydenckiego veta wobec ustawy o dofinansowaniu mediów publicznych w kwocie 3 mld zł. „W związku z decyzją Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej o wstrzymaniu finansowania mediów publicznych podjąłem decyzję o postawieniu w stan likwidacji spółek Telewizja Polska S.A., Polskie Radio S.A. oraz Polskiej Agencji Prasowej S.A.” – napisał Sienkiewicz. I dodaje:

W obecnej sytuacji takie działanie pozwoli na zabezpieczenie dalszego funkcjonowanie tych spółek, przeprowadzenie w nich koniecznej restrukturyzacji oraz niedopuszczenie do zwolnień zatrudnionych w ww. spółkach pracowników z powodu braku finansowania.”

Wzruszyłem się. Czy minister dba o dziennikarzy mediów publicznych? Nie. On chce zwolnić, kogo mu będzie wygodnie.

Może zlikwidujemy a może nie

I dochodzimy do punktu kulminacyjnego, bo szef MKiDN kończy swoje prawne elukubracje w ten sposób:

Stan likwidacji może być cofnięty w dowolnym momencie przez właściciela.

Czyli, przekładając to na język polski, „jeśli uda nam się doprowadzić do wyjścia parlamentarzystów z budynków TVP, PR i PAP oraz wyrzucić z gabinetów prawowitych szefów tych mediów, wstrzymamy likwidację”. Tak wyznacza standardy demokracji dawny podpułkownik Urzędu Ochrony Państwa, w którego szeregach po 1990 r. znaleźli się także – oprócz opozycjonistów, bohaterów przewrotu ustrojowego rozpoczętego porozumieniem z komunistami przy Okrągłym Stole – funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa PRL.

Rząd Donalda Tuska stopniowo destabilizuje Polskę, która staje się powoli poligonem dla rosyjskich służb dezinformacyjnych i sabotażystów cybernetycznych Moskwy. Likwidacja mediów publicznych, to – moim zdaniem – niestety tylko pierwszy etap likwidacji państwa.

 

Hubert Bekrycht

27.12.2023 r. g. 20.10

 

 

 

Prezes PAP WOJCIECH SURMACZ: Ludzie są przerażeni, bo jeśli można osadzić „nowy” zarząd poza prawem, to można wszystko

Trwa walka o media publiczne – TVP, PR i PAP. Z reguły więcej i częściej mówi się o telewizji publicznej, ale nie słabnie też protest przeciwko bezprawnej próbie likwidacji PAP poprzez nielegalną próbę zmiany władz agencji. Z prezesem Polskiej Agencji Prasowej wieczorem 26 grudnia rozmawiał Hubert Bekrycht.

Jak wygląda sytuacja w PAP?

Trwa interwencja poselska spowodowana nielegalnym powołaniem przez oficera służb specjalnych, ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bartłomieja Sienkiewicza pseudo władz PAP. A przecież wiadomo, że powoływanie się ekipy Donalda Tuska na uchwałę z 19 grudnia jest bezprawne. Bo władze mediów publicznych może odwołać tylko Rada Mediów Narodowych. Parlamentarzyści dyżurują już prawie tydzień. Pragnę im podziękować – wybaczcie, że nie wymieniam nazwisk – wszystkim razem i każdemu z osobna.

To dzięki m.in. interwencji parlamentarzystów nie doszło do przejęcia budynku przez nieuprawnione do tego osoby z tzw. firm ochroniarskich, dziwnych ludzi z szerokimi karkami, którzy jednak przestraszyli się posłów.

Co na to pracownicy PAP, chyba wszyscy są już zmęczeni?

Ludzie z PAP mówią, że oni się boją. Przynajmniej większość z nich. Po prostu widzą, co się dzieje. Są przerażeni, bo że jeżeli można było wprowadzić tzw. nowy zarząd poza prawem, to wszystko już można. Nie wiedzą, co się wydarzy, bo możliwe są najbardziej czarne scenariusze. Z bezprawnymi rozwiązaniami siłowymi, szantażem związanym z groźbami zwolnienia z PAP i szykan pracowniczych. Zresztą wskazany nielegalnie przez szefa MKiDN tzw. prezes (Marek Błoński, korespondent PAP na Śląsku i przewodniczący zakładowej Solidarności – sdp.pl) już w pierwszych godzinach po swej „nominacji” próbował zwolnić, bo nie mógł te uczynić legalnie, więcej osób niż ja zwolniłem w trybie specjalnym przez 6 lat.

Jak to wyglądało?

Nie wiem w jakim trybie miałyby być te zwolnienia, bo powtarzam wszelkie próby zmiany moich decyzji i poza Radą Mediów Narodowych, są skandalicznym naruszeniem prawa i dostępu do informacji naszych Odbiorców. To, co próbują zrobić tzw. nowe władze z polecania ministra Sienkiewicza to jest jakaś masakra prawa.

Marek Błoński, bezprawnie wskazany przez szefa MKiDN na tzw. „nowego” nielegalnego prezesa PAP, to jest wieloletni działacz i przewodniczący NSZZ Solidarność w Agencji. On, moim zdaniem, okrył hańbą cały ten związek i wszystkie związki zawodowe w Polsce. Związkowiec nigdy nie powinien się tak zachowywać jak Błoński. Parlamentarzyści go zapytali, czy mu nie wstyd? I wiesz, co im odpowiedział? Mówił, że dla niego to jest ukoronowanie jego 25-letniej kariery dziennikarskiej w PAP… Jak człowiek, który przewodniczy lub do niedawna jeszcze przewodniczył zakładowej Solidarności może wzywać bandytów do firmy?

Jak teraz (wtorek, 26 grudnia br. wieczorem) wygląda Twoja praca, jako szefa PAP?

W tej chwili raczej spokojnie, wykonuję obowiązki. Słyszałem takie pogłoski, że może „coś” nastąpić tej nocy, ale to przecież może być kolejna prowokacja.

Co dalej?

Wysłałem taki apel do 500 dziennikarzy na całym świecie (tekst po wywiadzie), w którym relacjonuję, co się dzieje w PAP. Poprosiłem o taką solidarność w obronie wolności słowa i poszanowania prawa. Czekam teraz na odzew, ze względu na okres świąteczno-noworoczny pierwszych reakcji należy spodziewać się za jakiś czas. Zobaczymy.

  ***

Apel prezesa PAP Wojciecha Surmacza do 500 dziennikarzy z całego świata w sprawie bezpodstawnej, nielegalnej próby przejęcia przez polski rząd Polskiej Agencji Prasowej poprzez próbę wskazania nie mającego legitymacji prawnej zarządu PAP

 

Drodzy Przyjaciele,

Polska Agencja Prasowa (PAP) jest świadkiem wydarzeń bez precedensu w całej swojej ponad 100-letniej historii. Doszło do bezprawnej, brutalnej, siłowej próby przejęcia kontroli nad PAP…

W nocy 19 grudnia 2023 r. Bartłomiej Sienkiewicz, podpułkownik służb specjalnych i były koordynator tych służb w Polsce, obecnie Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wbrew polskiemu prawu odwołał mnie z funkcji Prezesa Zarządu.

Następnego dnia, przed południem, w siedzibie spółki pojawił się nowy, powołany wbrew prawu zarząd, który podczas mojej chwilowej nieobecności zajął moje biuro, zmuszając dział IT do odcięcia mi elektronicznego dostępu do firmy.

Wróciłem więc w asyście mojego prawnika, mecenasa Tobiasza Szychowskiego oraz prof. Piotra Glińskiego, byłego ministra kultury i dziedzictwa narodowego, obecnie posła na Sejm RP. Poprosiłem go o wsparcie jako człowieka, który przez ostatnie osiem lat nadzorował PAP ze strony Skarbu Państwa.

Na miejscu nowi „zarządcy” PAP okazali się dość agresywni, pojawiły się kamery telewizyjne, pojawili się kolejni posłowie, doszło do przepychanek. Zrobiło się niebezpiecznie, więc wezwałem policję. Dopiero wtedy odzyskałem pełny dostęp elektroniczny do Agencji i do mojego biura.

Ludzie Sienkiewicza opuścili biuro zarządu PAP po interwencji policji i złożeniu przez mecenasa Szychowskiego zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Ludzie ci spędzili jednak całą noc w budynku agencji, twierdząc, że muszą pracować.

Następnego dnia w Centrum Prasowym PAP zorganizowałem spotkanie z dziennikarzami i pracownikami agencji. Oświadczyłem, że zgodnie z prawem tylko Rada Mediów Narodowych może odwołać mnie z funkcji prezesa, a jeśli podejmie taką decyzję, natychmiast ustąpię. Wezwałem wszystkich do zachowania spokoju, a ludzi pułkownika Sienkiewicza do normalnych rozmów i nieużywania przemocy.

Niestety, 24 godziny później, o godz. 3 w nocy, ludzie Sienkiewicza w asyście kilkunastu wynajętych, silnych, uzbrojonych ochroniarzy wtargnęli do siedziby PAP. Zaczęli zajmować budynek PAP piętro po piętrze. Ale w tym samym czasie zaczęli stawiać im opór obecni tam dziennikarze i posłowie opozycji. Wezwano policję. Agresorzy wycofali się pod naciskiem mediów i opozycji.

 Obecnie budynek PAP jest otwarty i wolny od nielegalnych ochroniarzy, ale spółką próbuje zarządzać nowy, nielegalny zarząd. Dziennikarze i pracownicy innych działów firmy są nielegalnie zwalniani. Ludzie są sterroryzowani, przerażeni, nie są w stanie wytrzymać ogromnej presji psychicznej. Nieoficjalnie ogłaszane są nowe akty przemocy…

Dlatego wzywam wszystkie media i organizacje dziennikarskie do solidarności zawodowej i wystąpienia w obronie wolności słowa i poszanowania prawa.

Jestem zawodowym dziennikarzem od ponad 30 lat. Od 6 lat kieruję Polską Agencją Prasową. Wielokrotnie politycy zarówno koalicji, jak i opozycji próbowali wywierać na mnie presję, zwolnić mnie z pracy. Ale nikt nigdy nie przekroczył prawa.

PAP jest niezależną agencją, która dostarcza ok. 90 proc. codziennych informacji we wszystkich mediach działających w Polsce. Podkreślam: we wszystkich mediach – niezależnie od proweniencji politycznej czy kapitałowej.

W tym roku nasze przychody wyniosą ok. 100 mln zł, z czego 20 proc. to dotacje państwowe. Naszymi klientami są wszystkie media głównego nurtu w Polsce oraz największe koncerny i agencje medialne na świecie, m.in. Warner Bros. Discovery, Bloomberg, Ringier Axel Springer.  PAP jest członkiem międzynarodowych organizacji branżowych, tj. European Alliance Of News Agencies oraz MINDS.

W razie jakichkolwiek pytań proszę o kontakt: [email protected]

 

Wojciech Surmacz

Prezes Zarządu

Polska Agencja Prasowa

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Nasze największe skarby

Tytuł mówi oczywiście o dzieciach, bo nimi się dzisiaj zajmiemy. A konkretnie ich rodzicami. Marzeniem ogromnej większości kobiet jest być matkami. Są oczywiście nieliczne kobiety, które nie chcą. I mają do tego święte prawo. Jednak rodzice młodych mężatek, teściowie, partie polityczne wszystkich maści – czyli społeczeństwo in gremio oraz tzw. racja narodowa sugerują młodym mężatkom, że dzieci mieć powinny.

Są oczywiście też ich mężowie, którzy, choć mają do spełnienia w prokreacji czynną rolę, to jednak w sumie są czynnikiem biernym. W końcu bowiem decyduje kobieca biologia, instynkt macierzyński oraz indywidualne plany na życie każdej z kobiet.

Żeby nasze społeczeństwo mogło się rozwijać, a nawet nie zniknąć z powierzchni globu, trzeba żeby współczesne małżeństwo miało troje dzieci. Niestety – jak to widzimy – większość polskich i europejskich małżeństw ma obecnie po jednym dziecku. A przecież, żeby dwoje dorosłych mogło się „odtworzyć” wymagana jest – minimum – dwójka pociech. Rachunek jest prosty, ale rzecz w tym, że już rodzina z dwojgiem dzieci postrzegana jest współcześnie jako rodzina wielodzietna. Dlaczego napisałem o koniecznej trójce dzieci? Bo część małżeństw dzieci nie będzie miała w ogóle, a część populacji pozostanie w stanie bezżennym – takie mamy czasy.

Pytanie, dlaczego tak się dzieje jest oczywiste, ale odpowiedź jest skomplikowana. Jest z pewnością kilka poważnych czynników, które składają się na to, że jesteśmy w sytuacji narodowego zagrożenia. Zróbmy tych powodów krótki przegląd.

Kto rozbił klasyczną rodzinę

W dawnych wiekach rodzina wiejska chciała mieć dzieci, bo ziemia wymagała rąk do pracy. W miastach natomiast… również, bo rodziny rzemieślnicze także oczekiwały nowych rąk oraz sukcesji zawodu. Rodziny szlacheckie natomiast chciały mieć komu przekazać dorobek życia – jaki by on nie był. A cała ówczesna populacja czekała bardziej na synów niż córki. Z chłopaka był większy pożytek produkcyjny, ale ukrywano to skrzętnie pod eufemizmem, że czekało się na „dziedzica nazwiska”.

Kres tradycyjnej rodzinie stanów niższych położyła rewolucja przemysłowa, która też oczekiwała każdej pary rąk do pracy, ale w fabrykach. Upadały warsztaty rękodzielnicze, bo ich produkcja była znacznie droższa od maszynowej, więc bezrobotni rzemieślnicy, wraz z żonami i dziećmi stawali się robotnikami. Wtedy robotnikom płacono tak nędznie, że stać ich było jedynie na przeżycie. Spadała także renta rolna, bo taniały produkty rolnicze – na skutek coraz bardziej powszechnej mechanizacji rolnictwa. Najjaskrawiej tę rewolucję przemysłową i rodzinną widać było w XVIII wiecznej Anglii, ale niebawem ogarnęła całą Europę.

Tym samym zaczęła zanikać tradycyjna rola kobiety jako Westalki domowego ogniska. Kobiety zaczęły pracować po 10-12 godzin dziennie i nie miały już czasu, sił na prowadzenie domu i rzetelne wychowywanie dzieci.

Kobiety pracujące czy wyzwolone z okowów maskulinizmu

Dzisiejsze oczekiwania niektórych prawicowych polityków, że da się odwrócić bieg historii, są jedynie pobożnym życzeniami. Świat już nigdy nie wróci do klasycznego ładu. Kobiety w całym cywilizowanym świecie nie chcą być zamknięte w czterech ścianach rodzinnego domu, bo rację miał Lenin, gdy pisał, że „Kuchnia ogłupia kobietę”.

Naszym polskim ideologom prawicy zwrócę tu uwagę, że ich ideał, by kobieta była głównie matką i kucharką jest w istocie ideałem Bismarcka. Przy czym ten twórca zjednoczenia Niemiec dodawał jeszcze trzeci obowiązek kobiety – wierność i posłuszeństwo kościołowi. To dawało świętą trójcę nacjonalistycznych Niemiec – Kinder+Küche+Kirche, czyli osławione „Drei K”. Trochę to śmieszne, że nasza prawica sięga do niemieckich wzorów, skoro za Niemcami – tak ogólnie – nie przepada.

Wychowanie dziecka to nie zabawa

Powiedzmy też wprost, że wychowanie dziecka jest trudem, na który nie wszyscy są psychicznie gotowi. A jest też faktem i to, że ludzie XX i XXI wieku nie są skłonni do poświęceń, bo tempo współczesnego życia, zagonienie, obciążająca praca i niepewność jutra – zostawiają rodzicom niewiele czasu i sił dla swego przychówku.

Z drugiej jednak strony – z przerażeniem zauważam, że współcześni rodzice poświęcają wiele energii by zapewnić pociechom dobre wykształcenie, luksusowe wakacje i bardzo drogie zabawki. Tymczasem dziecko oczekuje od nich czasu, ciepła i bezpieczeństwa psychicznego. A tego większość dzisiejszych rodziców nie jest w stanie swoim dzieciom dać. Przecież matka z komórką w ręku, pchająca wózek, lub jadąca z kilkulatkiem w tramwaju jest dzisiaj normą. I to ciągłe uciszanie dziecka, żeby nie przeszkadzało mamusi w pisaniu głupot do znajomych… Straszne jest dzisiejsze chowanie naszych następców.  A skutki mogą być jeszcze straszniejsze.

Rośnie nam w Polsce pokolenie „komórkowców”, którzy wracając ze szkoły tramwajem gapią się w ekraniki komórek, nie rozmawiając ze stojącymi obok kolegami. Którzy również gapią się w komórki. Ta alienacja społeczna, to życie w wyimaginowanym, wirtualnym świecie kiedyś się na nas wszystkich zemści, bo gdy ci młodzi dorosną, gdy zajmą jakieś stanowiska pracy, nie będą w stanie „istotnie” komunikować się z innymi.

Co robić?

Chcąc nie zniknąć z mapy świata polskie rządy powinny płacić rodzicom za posiadanie dzieci. Ale płacić rozumnie. Za pierwsze dziecko „opłata” powinna być minimalna – powiedzmy te 800 zł, a i to jedynie dla rodzin w trudnej sytuacji materialnej. Te „opłaty za dzieci” powinny wyraźnie rosnąć. Za drugie dziecko powinno to być około 1600 zł, a za trzecie 2400 zł.

Być może wtedy część matek zgodziłaby się na dłuższy czas zrezygnować z pracy, bo żadne żłobki nie zastąpią matki! Mówię o matkach, bo to one są właśnie dla dziecka najważniejsze. Ojcowie są też ważni, ale więź z matką powstaje w okresie płodowym…, więc jest niezwykle silna.

Są też jednak i pułapki takiej polityki, a przekonali się o tym najboleśniej Francuzi. Jakieś 50 lat temu we Francji wprowadzono bardzo wysokie „dopłaty” za dzieci. Skutek jednak był taki, że dzietność co prawda wzrosła, ale jedynie w rodzinach imigranckich. I doszło do dużych wynaturzeń, bo już przy czworgu dzieci oboje rodzice w ogóle nie musieli pracować, a przynajmniej nie musieli harować.

Nie ma prostych recept, ale próbować coś robić, z tą malejącą dzietnością polskich rodzin, trzeba. Może jestem już zbyt stary, ale ciągle wierzę, że większość kobiet nie jest skłonna oddawać do żłobków swoich maleństw.

Lewicowe samozniszczenie

Psycholodzy mówią, że do trzeciego roku życia dziecko powinno pozostawać w domu. I ja im wierzę. Nie wierzę natomiast młodym paniom posłankom – głównie z Lewicy – które rzuciły się w wir „partyjnej roboty”. Nie wierzę, że nie czynią swym dzieciom krzywdy. Bo nawet czuła babcia, czy zawodowa domowa opiekunka, matki nie zastąpi. Taka jest biologia i żadna postępowa, progresywna filozofia społeczna jej nie pokona.

O dziwo w parlamencie najwięcej młodych kobiet, w wieku prokreacyjnym, ma Lewica. Wprost roi się tam od młodych, dorodnych dziewczyn, które mogłyby mieć jeszcze dzieci. Ale nie, one wybrały „samorealizację” w polityce. Jak tak dalej pójdzie, to polska lewica skaże się na samozagładę, bo dzieci będzie u nich mało. Może to cieszyć prawicę, ale lewa noga będzie za kilkanaście lat w Polsce króciutka, a jak mawiał współczesny klasyk – obie nogi są ważne. Chodzi o to, żebyśmy nie utykali, „nie chromali”.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Nasze bawarsko-hollywoodzkie święta Bożego Narodzenia

I jak co roku mamy wielkie, tradycyjne, arcy polskie święta Bożego narodzenia. Teoretycznie tak właśnie jest, ale w praktyce z roku na rok nasze Boże Narodzenia staje się coraz bardziej kosmopolityczne, a właściwie coraz bardziej bawarskie i hollywoodzkie.

Oczywiście żyjemy teraz w globalnej wiosce, w której następuje unifikacja wszystkiego, także obyczajów i zwyczajów. Jednak z tym świętami to już przesada. Oczywiście wiem, że choinka w polskich domach pojawiła się w XIX wieku, że przyszła do nas z Niemiec. Podobnie jak najbardziej znana z kolęd „Cicha noc” to utwór austriacki, z początku XIX wieku, który w swojej ojczyźnie nazywa się „Stille Nacht”.

 Choinki i kolędy

W Polsce choinka wyparła stroiki bożonarodzeniowe, najczęściej ze słomy, w formie pająków, zawieszanych u powały chałupy, lub u sufitu pańskich i mieszczańskich mieszkań. I to jest w porządku, bo mamy przecież piękne staropolskie jeszcze kolędy, które śpiewamy – obok „Cichej nocy”. A choinki są piękne i metafizyczne.

 Takie krążenie, zapożyczanie motywów kulturowych jest odwieczne i nie to mnie niepokoi. Martwi mnie to, że obecnie te polskie święta stają się coraz bardziej amerykańskie. Wystarczy zobaczyć reklamy zachęcające do kupowania prezentów, lub świątecznego jedzenia, a zobaczymy tam tłustego starca z długą białą brodą, w czerwonej czapce, obszytej białym futerkiem, czerwonej kurtce i czerwonych spodniach, przepasanego na brzuchu szerokim pasem z wielka klamrą. Ten kulturowy twór jest dziełem amerykańskiej „Coca coli”, która stworzyła go na wzór i podobieństwo bawarskiego Świętego Mikołaja.

Amerykanizacja polskich tradycji

Ale nie tylko na Boże Narodzenie jesteśmy amerykanizowani. Doszło przecież do tego, że protestancki, amerykański Halloween stał się u nas świętem. Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że światowe koncerny chcą więcej produkować, a przede wszystkim więcej sprzedawać. A kto jest najłatwiejszym klientem, wszelkiego badziewia? Oczywiście dzieci i młodzież.

Wróćmy jednak do nadchodzących świąt. We wszystkich super i hipermarketach przed świętami jesteśmy ogłuszani amerykańskimi obrazkami, kojarzącymi się ze świętami. Na każdym produkcie świątecznym mamy obrazki, które pojawiają się w tym samym czasie na całym Zachodzie, z USA włącznie. To jest terror wizualny, ikonograficzny. A w dodatku w tych marketach z głośników płynie nieustannie „Merry Christmas”.

Polak ma czuć się, jakby był właśnie w Nowym Jorku, Londynie, Berlinie czy Paryżu. A jeżeli ktoś, czytając co piszę, pomyśli, że służy to również propagowaniu, szerzeniu świadomości, że oto rodzi się Chrystus, nasz odkupiciel – jeżeli ktoś tak pomyślał to jest w przykrym błędzie. Bo właśnie na zachodzi likwiduje się wiarę i religię w miejscach publicznych. Dzisiaj na Zachodzie Boże Narodzenie jest zupełnie oderwane od religii, bo religia chrześcijańska przeszkadzałaby tylko w „maksymalizacji obrotów i zysków”.

Znikanie polskich Świąt 

Zaważę jeszcze, że poznikały z naszej ikonograficznej świadomości najmniejsze choćby odniesienia do polskości. Przyjęto, że Santa Claus, jako produkt amerykański jest w porządku, ale już nawiązanie do tradycji polskie kultury ludowej jest niewskazane. Bo to co lokalne gorzej się sprzedaje. A handlarzom i producentom chodzi o wywarcie efektu jedności światowego handlu i kupujących – tylko w imię zysku.

Przecież pamiętam, że nawet za komuny, którą odsądza się teraz we wszystkim od czci i wiary, bardzo wiele firm produkujących artykuły spożywcze  – mimo biedy poligraficznej – sięgało do polskiej tradycji i ozdabiało swe wytwory obrazkami krakusów, łowiczan i oczywiście górali. A nawiązywano wtedy do osiągnięć polskich artystów plastyków, głównie do malarstwa i grafiki Zofii Stryjeńskiej oraz do ojca polskiego drzeworytu Władysława Skoczylasa. Oboje ci wielcy artyści, nawiązując do polskiej ludowej tradycji, właściwie stworzyli polską obrazkową kulturę ludową. I chwała im za to.

Ale przecież nie tylko o spuściznę ludową mi chodzi. Polska to także wielkie, historyczne budowle, jak Zamek Królewski na Wawelu, Kościół Mariacki w Krakowie oraz wiele innych obiektów rozrzuconych po całym kraju. One również są ikonami naszej polskiej autoidentyfikacji. I ich obrazy, przedstawienia graficzne, malarskie powinny być propagowane – jako znaki, ikony  wspólnej tożsamości. Polska to nie tylko bohaterskie powstania, którym należy się szacunek, Polska to również piękne budowle. A polskość, to trwanie przy swoich ikonach, obrazach historii.

Może Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinno zacząć rozpisywać cykliczne konkursy na malarstwo i grafikę, nawiązującą do polskiej tradycji? I przyznawać granty polskim firmom, które potem sięgną po owoce tych konkursów, żeby ozdobić nimi polskie produkty. Coś trzeba w końcu robić z tym naszym odwracaniem się od największej polskiej tradycji – tradycji historycznego i ludowego przedstawiania naszych świąt.

Inaczej pozostanie po nas szczerbaty uśmiech pustej dyni, ze świeczką w środku.

 

 

Nowy premier to wykonawca woli innych pisze CEZARY KRYSZTOPA: Tusk jest słaby

Już słyszę jak mamroczecie pod nosem – co ten Krysztopa, zwariował? Dopiero co Tusk sczyścił media publiczne, zaorał służby i wywalił w kosmos proces legislacyjny, a Krysztopa pisze, ze jest słaby? No tak mi się wydaje, bo to wszystko co Tusk, oczywiście jak zwykle próbując unikać dawania twarzy, ostatnio robi, nie sprawia wrażenia działań pewnego siebie lidera zwycięskiej armii, ale raczej desperata, który nie miał pojęcia jak szybko, w możliwie cywilizowany sposób, może spłacić swoje mafijno-polityczne długi.

Jakby ktoś na szybką spłatę naciskał, więc trzeba było, w oparciu o zezwolenie na „policyjne metody” wydane w niemieckich mediach przez Klausa Bachmanna, odrzucić demokratyczne czy prawne pozory i iść na desperacki rympał.

Katastrofa i kompromitacja

To z czego nie zdają sobie jeszcze sprawy, upojeni małą zemstą, medialni dobosze Tuska, to to, że szereg ostatnich skandali, począwszy od Afery Wiatrakowej, poprzez głupoty odpalone przez Bodnara, niezdolnego do służby kandydata na szefa policji, powrót WSI i Resetu do służb, złamanie procedury powołania szefa CBA, a skończywszy na kompletnie ubeckim przedstawieniu jakim było siłowe przejecie mediów publicznych, jest w istocie kompletną wizerunkową katastrofą „nowego” rządu. I to na samym początku jego istnienia. Zresztą, jest również kompromitacją medialnych doboszy od Sorosa i niemieckich koncernów.

Oczywiście nie można wykluczyć, że w krótkim okresie czasu, najbardziej rozgrzanej części elektoratu Platformy Obywatelskiej, takie dziarskie działania „silnych ludzi” Tuska wręcz przypadną do gustu. Przy znacznym skróceniu frontu medialnego, być może zadziała to nawet w średnim okresie czasu. Ale Polacy nie są już tymi samymi Polakami, jakimi byli jeszcze w 2014 roku. O tym kto rządzi nie zdecydował, wbrew temu co mu się wydaje, najbardziej rozgrzany elektorat Platformy Obywatelskiej, tylko ten, który od „tradycyjnej” polaryzacji próbował uciec. Alternatywa była fałszywa, i tak wpadł w łapy Tuska, ale taka była jego intencja. W związku z czym, warto zauważyć, że w dłuższym okresie czasu, obrazy jak z Woronicza, nie będą raczej budowały społecznej legitymacji do długiego rządzenia.

Samotność Tuska

Pamiętacie jak „trudne sprawy” Tusk załatwiał, kiedy był u szczytu potęgi? Na przykład kiedy mielono 1,5 miliona podpisów pod solidarnościowym projektem referendum emerytalnego i podnoszono wiek emerytalny? Gorący kartofel wyciągał dla Tuska z ogniska podwykonawca Kosiniak-Kamysz. A gdzie dzisiaj są koalicjanci Tuska? Pochowali się, jakby nie chcieli dawać twarzy temu co Tusk musi w desperacji zrobić. Gorący kartofel musi wyciągać przyboczny Tuska – Tchórze Sienkiewicz, co na trwałe pójdzie na konto Platformy Obywatelskiej, jak cyrk ze śledztwem smoleńskim, ośmiorniczki, napad na Wprost, czy strzelanie do górników.

Mało tego, osłona medialna i międzynarodowa, również nie są tak szczelne, jak chciałby niedawny oppositionsführer. Tusk wywołał międzynarodowy skandal – „Naprawdę przerażające pierwsze kroki nowego polskiego rządu, który zdecydował się nie tylko zamknąć TVP World, anglojęzyczny kanał telewizyjny, ale także wysłać policję do jego studia” – ocenił niemiecki ekspert do spraw Europy Wschodniej Sergej Sumlenny, dyrektor Fundacji imienia Heinricha Boella w Kijowie  – „DEMOKRACJA UMIERA W POLSCE. Nowy polski rząd nagle zamknął TVP World. Premier Tusk nie tracił czasu i zniszczył niezależny, zdecydowanie proukraiński głos. Czy możesz sobie wyobrazić, gdyby brytyjski premier pojawił się i zamknął BBC? Nadchodzą ciemne czasy w Polsce” – pisze z kolei Jason Jay Smart, ekspert ds. międzynarodowych i publicysta Kyiv Post. Oczywiście w tym samym czasie, ambasador USA Mark Brzezinski spotkał się w Warszawie z Verą Jourovą, żeby porozmawiać w ciepłej i kolonialnej atmosferze „na temat praworządności w Polsce”. I oczywiście niemieckie media staną murem za swoim człowiekiem w Warszawie.

Tusk słaby, ale groźny

I tutaj dochodzimy do momentu, w którym trzeba sobie powiedzieć, że to że Tusk jest słaby, nie oznacza, że nie jest groźny. Jest bardzo groźny jako narzędzie. Tym bardziej narzędzie powolne w rękach Panów. Nie mam na to żadnych dowodów, ani żadnej tajemnej wiedzy, ale potrafię sobie wyobrazić, że to właśnie dla ochrony informacyjnej swoich działań, rodem z najgorszego z bantustanów, wydał zgodę na przymusową relokację imigrantów.

Pośród różnych wersji nadchodzących rzeczywistości, istnieje również taka, że Donaldowi Tuskowi wcale nie zależy, może nawet wbrew swoim współpracownikom, na długich i stabilnych rządach w Polsce. Że został tu przysłany nie po to żeby Polską długo rządzić, tylko po to żeby wywołać w niej chaos, osłabić i sprawić by przestała bruździć wielkiemu niemiecko-rosyjskiemu planowi.

Jaki by to jednak scenariusz nie był, jestem wrogiem postawy „nie ma już Polski i nic się nie da zrobić”. Nasi przodkowie, za takie jojczenie pogoniliby nas kijem. I mieliby rację ponieważ Polska w historii przechodziła gorsze terminy niż Tusk u steru rządów. A historia nigdy się nie kończy i zawsze trzeba być gotowym.

Tylko musi być też jakaś alternatywa. Nie dziwaczna prawicowa grupa rekonstrukcyjna KOD, czy „opozycji totalnej”, bo to nie jest żadna alternatywa. Tylko poważna alternatywa, która jest w stanie pokazać, że „tamci to zdrajcy i wariaci”, a my mamy konkretną wizję Polski, doświadczenie w budowaniu jej bezpieczeństwa, inwestycji strategicznych, programów socjalnych. I suwerenności, rozumianej nie jako symboliczne owijanie się flagami podczas grzecznego podpisywania tego co Bruksela podsunie, tylko twardą obronę jej fundamentów.

Bez tego może być ciężko.