Hubert Bekrycht: ZAMACH STANU NA ŻYWO, CZYLI STAN WOJENNY NIE TYLKO W MEDIACH

Do czarnych dat polskiej historii przejdzie na pewno 20 grudnia 2023 r., czyli wyłączenie nadajników TVP Info i nielegalna próba „odwołania” władz TVP, PR i PAP bez podawania nazwisk nowych tzw. członków zarządów tych mediów. Zresztą, najprawdopodobniej tych ludzi, – jeśli w ogóle tacy są – nikt nie powołał, bo może to zrobić zgodniej z prawem tylko Rada Mediów Narodowych a to gremium tego nie zrobiło.

Nigdy nie zapomnimy o rządzącym od 13 grudnia br. gabinecie Tuska, nie zapomnimy bandyckiego przejęcia władzy w mediach, zresztą nie tylko w mediach (edit – red. – literówki).  Piszę to w liczbie mnogiej, bo wydaje mi się, że nie dotyczy to tylko szeroko rozumianego środowiska Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Jaruzelski śmieje się z piekła do swoich naśladowców. Serdecznie. To już nie tylko głupota uchwały sejmowej, w której nowa koalicja 13 grudnia „prosi” rząd o interwencje ws. mediów publicznych. To jawne pogwałcenie zasad demokracji. Ja uznaję, że ktoś nas napadł, bo wyłączono sygnał programu TVP Info, programu informacyjnego, a dzięki temu można nadawać komunikaty w czasie wojny. Jako dziennikarz PAP nie uznaję też tzw. odwołania moich przełożonych, bo może to zrobić tylko Rada Mediów Narodowych.

Dla zaspokojenia głupiej żądzy zemsty wyborców a nade wszystko akolitów medialnych rządu Donalda Tuska, powtórzono to, czego dokonali komuniści i sowieccy agenci w Polsce 13 grudnia 1981 roku. Z tym, że wówczas to wiedzieliśmy. Teraz oprócz chaosu, który mogą wykorzystać agenci Putina, na przykład w infrastrukturze energetycznej, będzie również dezinformacja medialna, która na pewno wpłynie negatywnie na nastroje społeczne. Także na ludzi, którzy głosowali na zwycięskie partie wprowadzające po 42 latach ponownie stan wojny domowej.

Nowy stan wojenny w Polsce wzmocniony poprzez wyłączanie nadajników i stron internetowych mediów publicznych przypomina działania administracji rosyjskiej, chińskiej, czy białoruskiej.

TV Republika podała, że do siedziby TVP na ul. Woronicza w Warszawie weszła policja. Niesamowite…Brakuje jeszcze tylko, aby szef resortu kultury, przecież w końcu pracownik służb, zarządził pałowanie i powołanie komisji weryfikujących dziennikarzy w stanie wojennym. Panie Sienkiewicz, … nawet chciałem coś napisać, ale nie warto…

Nie ma szans na wymazanie tego z historii. Nowy rząd Tuska dokonał zbrodni i powinien za to odpowiedzieć przed sądem, bo media publiczne to nie tylko polska racja stany, to nie są nadajniki, strefy wpływów politycznych, nawet nie sami dziennikarze – to są ODBIORCY, którym po prostu wyrwano możliwość wyboru źródła informacji, czyli pozbawiono elementarnego prawa obywatelskiego!

                                                               Hubert Bekrycht

sekr. gen. SDP, red. nacz portalu sdp.pl

                                                                                                    20 grudnia 2023 r., godz. 12. 50

Czy media publiczne będą takie, jak w stanie wojennym? – pyta HUBERT BEKRYCHT: Kto w komisjach weryfikacyjnych?

Czy nowa ekipa rządząca powoli wprowadza w mediach publicznych stan wojenny? To nie tytuł analizy, to opis stanu faktycznego. Najpierw zastraszanie dziennikarzy i innych pracowników mediów, nie tylko publicznych. Potem, nieudane zresztą, tłumaczenie odbiorcom, dlaczego „demokratycznie” nowy rząd chce im odebrać media publiczne realizujące idee pluralizmu. Czy skończy się na wkroczeniu do TVP, PR i PAP rządowych politruków i wyłączeniu nadajników, zablokowanie stron internetowych i wynajęciu kilku studiów telewizyjnych i radiowych na mieście?

Te czarne scenariusze nie mają już zresztą znaczenia. Nowe siły, tak, tak, siły, rządzące od 13 grudnia 2023 r. mają już i tak na koncie wprowadzenie mentalnego stanu wojennego. Zamiast zapowiadanej, będącej od początku bzdurą na resorach, „zgody narodowej” mamy powszechną zemstę. Cudaczną, ale jednak zemstę.

Media medialne

Są od lat w Polsce m.in. dwa bloki mediów: prywatne liberalno-lewicowe a nawet lewackie i prywatne konserwatywne. Są także media publiczne, które po 2015 roku stały się bardziej konserwatywne, aby nie było jednego przekazu, aby utrzymać pluralizm w mediach w ogóle.

„Jest kilka hal produkcyjnych poza TVP. Można tam zbudować studio, można zacząć nadawanie i wyłączyć sygnał TVP Info. (…) Nie będzie żadnych scen wynoszenia, przepychanek, żadnego mordobicia” – mówił z troską redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Sekielski.

„Tomku, tylko nie mów nikomu” – można sobie zadrwić. Dziennikarze tzw. głównego nurtu jednak nie żartują. Poza politykami koalicji tworzącej rząd 13 grudnia br., to właśnie „dziennikarscy piewcy” nowego gabinetu Donalda Tuska nie tyle chcą wprowadzenia stanu wojennego w mediach, co już go dawno wprowadzili…

Nie można legalnie

Wszyscy myślący ludzie widzą od lat, jak media skupione wokół PO i jej akolitów podburzają ludzi przeciwko mediom publicznym, co szczególnie było widać w grudniu 2016 roku, kiedy media głównego nurtu zaczęły podburzać do „odparcia puczu PiS”. Groteskowe przekazy zostały później kamieniami węgielnymi propagandy wycelowanej w media publiczne i konserwatywne.

Po ostatnich wyborach i ukonstytuowaniu się rządu 13 grudnia br. rozpoczął się etap kolejny: narracja, że w mediach publiczny trwają „spory i kłótnie” i „masowe odejścia”. Oczywiście to bzdura. Nawet prawnicy w służbie ekipy Tuska przypominają, że nie ma sposobu na legalne przejęcie mediów publicznych, bo działa Rada Mediów Narodowych a jej legalnie odwołać się nie da pseudo jakobińskimi dekretami.

Jaki będzie kolejny etap zatruwania mediów publicznych? Nie wiadomo, ale niektórzy dobosze medialni nowej władzy bardzo się podniecili propozycją Jacka Żakowskiego, aby oddać obecnej opozycji, czyli konserwatystom, jednego programu TVP (była już na początku lat 90. ub. w. taka propozycja uwzględniająca także programy radiowe i gazety). O jak Pan Jacek dostał po głowie za przypomnienie tego projektu. Oczywiście krytykowali go jego medialni sojusznicy ze strony liberalno-lewicowej. A nawet lewackiej. Nabrali się naiwni, bo Żakowski nie chciał wcale pomóc obecnym mediom publicznym a tylko pragnął wesprzeć wyborców potrójnej koalicji – proponując takie rozwiązanie utwardził beton partyjny KO, TD i NL.

Kolejny etap?

Żakowski, jako medialny Jaruzelski w ciemnych okularach? Też mi to nie pasuje. Może Tomasz Lis? Może Krzysztof Luft? Jarosław Kurski, spośród dwóch braci mniej odporny na propagandę antyprawicową? Kto będzie czarnym charakterem ewentualnych siłowych zmian w mediach publicznych? Miał nim być nowy minister kultury, wywodzący się z bardzo tajemniczych po 1989 roku sił specjalnych, prawnuk naszego noblisty Henryka Sienkiewicza. Wyobrażacie go sobie na ekranie w epoletach nowej policji politycznej i kulturalnej PO, jak pyta dramatycznym tonem: „Quo vadis, media publiczne?”. Groteska, zabawa? Jakoś się nie przestraszyłem.

Wiem jednak, kto z bałaganu medialnego w ciężkich czasach ekonomicznych i możliwej kolejnej wojny jest bardzo zadowolony. 13 grudnia br. nawet w Polsce słychać było jak na Kremlu strzelają korki szampana…

Nabór do komisji weryfikującyh dziennikarzy w mediach publicznych

To nie tytuł ogłoszenia. Jeszcze. W takich komisjach mogliby jednak z powodzeniem pracować ideologiczni mentorzy medialni nowego rządu 13 grudnia br. Jako przewodniczącą, sekretrza i głownego członka proponuję Justynę Dobrosz-Oracz. Kolejne nazwiska są zbędnę. Już ona sobie poradzi.

 

Hubert Bekrycht                                                                               18 grudnia 2023r.

 

 

 

WALTERA ALTERMANNA wreszcie coś zachwyciło: Witolda Gombrowicza „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”

4 grudnia 2023 roku znowu obejrzałem Teatr Telewizji a był to spektakl oparty na wczesnym opowiadaniu Witolda Gombrowicza „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”. Reżyserii podjął się Robert Gliński. Dla porządku rzeczy powiedzmy, że ta „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” miała premierę 15 stycznia 2018.

W tym młodzieńczym opowiadaniu mamy już zapowiedź całej pisarskiej filozofii Gombrowicza. Mamy więc walkę form – niższości i wyższości. Ta wyższa forma społeczna służy odseparowaniu się sfer wyższych od pospolitego bytu. Może ze strachu, z lęku, że jest się lepiej urodzonym i bogatszym, że to wszystko mogą im biedniejsi odebrać?

 Świat według Gombrowicza

Gombrowicz jednak nie był komunizującym rewolucjonistą, on jedynie opisywał napięcia formy wyrastające z tych napięć. U niego żadna z podstawowych form – ani wyższość, ani niższość nie ma absolutnej racji. Świat się nudzi – zdaje się mówić Gombrowicz – i z tej nudy walczy formami. U niego ludzie są głównie nosicielami masek, pod którymi skrywają swe lęki. To zresztą zaczerpnął Gombrowicz z psychologii Karla Gustawa Junga.

Reasumując – nie wiadomo czy według autora „Ferdydurki” świat istnieje naprawdę, bo widzimy jedynie walkę form, min i gestów. To dlatego w „Operetce” jedyną czystą postacią jest naga Albertynka. Ona jest czystym, pięknym bytem, bez maski i bez ubrania.

O czym sprawa

Od razu powiem, że spektakl pana Glińskiego był niezwykle udany – a biorąc ostatnie produkcje Teatru Telewizji –  nawet wybitny. Komu i czemu zawdzięcza to telewizyjne widowisko sukces? Przede wszystkim wspaniałej obsadzie aktorskiej. A ponieważ powiada się, że w każdym spektaklu połowa sukcesu to właściwa obsada, zatem brawa należą się reżyserowi, który dobrał aktorów starannie, i właściwie dla zadania.

Bohaterem opowiadania i spektaklu jest młody człowiek, dopiero wchodzący w dorosłe życie i zdobywający pierwsze poważne towarzyskie – czyli społeczne – doświadczenia. I to on snuje opowieść o ludziach, których poznaje. Tego Narratora cechuje ogromna naiwność. Ma on swoje wyobrażenie świata – w tym przypadku świata arystokracji – i te szlachetne wyobrażenia o klasie przywódczej społeczeństwa – jego zdaniem – w toku akcji zostają brutalnie zniszczone.

W czasie spektaklu poznajemy kilka genialnie przez Gombrowicza skrojonych typów „skretyniałej arystokracji” – jak sam określał tzw. wyższe sfery. Nie byłoby w obrazie tej klasy nic szczególnego, gdyby autor ograniczył się do satyry i groteski, bo takie rzeczy dało się przecież  czytać na wiele lat przed Gombrowiczem. Ponieważ jednak Witold Gombrowicz był mądrym pisarzem, przeto otrzymaliśmy nie tylko zjadliwie okrutny portret sfer wysokich, ale też przenikliwy obraz świata kierującego się mitami i uparcie uciekającego przed realnością w mityczne przestrzenie tak zwanych wyższych wartości.

Dobrze obsadzeni, wspaniali aktorzy

W roli Narratora wystąpił Piotr Adamczyk, mogący z całą pewnością zaliczyć tę rolę do „świetnego korpusu” swych udanych ról. Tytułową Hrabinę Marię Kołtubaj zagrała Anna Polony. W spektaklu widzieliśmy również Barbarę Krafftównę, w roli Starej Markizy, Bohdana Łazukę jako Barona Apfelbauma de domo księcia Pstryczyńskiego oraz Grzegorza Małeckiego w roli Kucharza Filipa.

Wszyscy oni zagrali wspaniale. A przede wszystkim pokazali, że teatr nie jest wymyślony po to, żeby wiernie odwzorowywać rzeczywistość. Teatr nie może być dokumentem. Teatr to kreacja, sztuczność, która ma służyć odkrywaniu prawdy o człowieku. Niestety w ostatnich latach w Teatrze Telewizji mieliśmy niepomierną przykrość oglądać twory „teatropodobne”, zrealizowane ku chwale operatów światła. Tym bardziej więc twórcom „Biesiady u hrabiny Kotłubaj” należą się nie tylko brawa, ale wielkie podziękowanie, bo ten spektakl przywraca wiarę w sens teatru w telewizji.

Patrzyłem na grę tych pięciorga aktorów z prawdziwym zachwytem. Podziwiałem ich mistrzostwo w budowaniu monologów, operowaniu słowem, frazą i melodią zdań. W tym spektaklu nikt niczego nie naśladował, nie oddawał, nie „wcielał się” – oni po prosty grali. Najpierw wymyślili swe role, a potem je zagrali. Zaprawdę, była to uczta aktorskiej gry. I dowód, że można, że aktorzy potrafią – jeśli im się tylko pozwoli, jeśli da się szansę.

Pozostali współautorzy sukcesu

Trzeba też wymienić wszystkich pozostałych współautorów tego sukcesu. Autorem adaptacji opowiadania na teatr jest Jan Bończa-Szabłowski. Autorem scenariusza telewizyjnego i reżyserem jest Robert Gliński. Mądrą, bo „degeneracyjną” scenografię stworzył Wojciech Stefaniak. Kostiumy były według projektów Zofii de Ines, Zdjęcia: Arkadiusz Tomiak. Muzyka: Jerzy Satanowski Choreografia: Cezary Olszewski. Montaż: Lech Starzyński.

Reżyser stworzył, wykreował, osobny świat, a o to przecież w sztuce teatru chodzi. W efekcie mieliśmy – tak rzadko dziś realizowany – „teatr z formą”. Naprawdę nie ma powodu, żeby w teatrze, także w teatrze telewizji ukazywać świat realny, bo on i tak sobie istnieje, i ma się dobrze.

Doskonałą, kolejną już, muzykę dla teatru napisał Jerzy Satanowski. Ona prowadziła i dopowiadała to, co trzeba było dopowiedzieć. I nie była żadną tam ilustracją… była integralna częścią spektaklu.

 Robert Gliński o swoim spektaklu

Pozwolę sobie zacytować kilka zdań Roberta Glińskiego, który tak mówi o pracy nad spektaklem na podstawie Gombrowicza: „Forma tego tekstu jest szalenie wyrafinowana – mimo że jest to opowiadanie, które należy do pierwszych jego prac literackich – to ono już ma w sobie zapowiedź tego, co potem męczyło Gombrowicza przez całe życie… mamy w nim dyskusję z Polską; dyskusję o tym, kim jesteśmy, co nas stwarza…. Jest tu taka rozpiętość myśli, taka rozpiętość szamotaniny głównego bohatera. On chciałby wejść do arystokracji, chciałby być kimś, chciałby poznać świat, którego nie zna – a jednocześnie widzi, że to, do czego aspiruje, jest kompletnie bez sensu i poza nim. Każda z tych postaci jest jakąś karykaturą. I raptem, po obejrzeniu tego spektaklu, zauważyłem, że one zupełnie niechcący parafrazują te z filmów Felliniego. Dzięki temu pojawiła się ciekawa rozpiętość kulturowa spektaklu.”

Reżyser podkreślał wielki udział aktorów, którzy – jego zdaniem – wnieśli do spektaklu swoją osobowość: „Pracując nad tym spektaklem myślałem o tym, żeby znaleźć wspólny mianownik. Bohdan Łazuka to aktor, który ma bardzo wyrazistą ekspresję, z kolei Barbara Krafftówna jest bardzo naturalna – z jednej strony jest bardzo ciepłym, miłym człowiekiem, z drugiej, sprawia wrażenie zawieszonej w jakiejś rzeczywistości baśniowej. A z kolei bardzo konkretna jest Anna Polony, która wywodzi się ze szkoły krakowskiej. I w jej przypadku liczy się pewna synteza i dyscyplina, myślenie bardzo skrupulatne i konkretne, według struktury postaci i spektaklu”.

Co do zasady

Reżyser powiedział również zdanie, które znane jest jedynie dobrym reżyserom, więc je przytoczmy: „Oni wszyscy mają inne środki, inną ekspresję, odmienne myślenie sceniczne. Co więcej, każdy z nich jest taką indywidualnością, która niesie ze sobą bardzo dużo własnego ja. A ja starałem się tego nie likwidować, nie obcinać”.

Właśnie to! Pierwszym przykazaniem reżysera jest – nie przeszkadzać aktorom. Niby proste, ale trzeba być mądrym reżyserem, żeby tym przesłaniem kierować się. I za to chwała panu Glińskiemu.

I wielkie podziękowanie za moje chwile obcowania z prawdziwą sztuką.

Przy okazji tak dobrego dzieła – niech sczezną wszelcy propagandziści, którzy tak niecnie wykorzystują teatr. Bo sztuka nie jest narzędziem do propagowania przeróżnych mętnych idei i myśli. Jedyne co ich tłumaczy to fakt, że nie są artystami, więc nie wiedzą co psują.

Inna sprawa, że ktoś pozwala im „robić teatr”. I to ci „zezwalający” będą smażyć się w piekle. A pseudoartyści posiedzą swoje w czyśćcu i w końcu wyjdą, bo nieświadomy mniej grzeszy.

 

 

 

WALETR ALTERMANN: Sadyści językowi czyli merytoryka incjatyw

W „Śniadaniu Rymanowskiego” w Polsacie, podczas ostrej dyskusji politycznej pani Magdalena Biejat, senator Lewicy, rzuca tekst, który przeraża okrucieństwem: „Ciągle widzicie igłę w cudzym oku, a nie widzicie we własnym”.

No cóż, można powiedzieć, że pani senator padła ofiarą tzw. wiedzy niekompletnej. To znaczy, coś słyszała, coś o czymś w oku, ale nie zapamiętała. Taka niedokładna wiedza bywa najgorsza. Nie każdy przecież musi znać Nowy Testament, ale jeżeli nie zna niech nie cytuje.

Pani senator sadystka

W tym przypadku jest jeszcze gorzej, bo pani Biejat jest zawodową tłumaczką z hiszpańskiego. Jeżeli więc tak tłumaczy jak mówi… groza czytać jej przekłady.

Dosłowny cytat kulturowy brzmi tak: Źdźbło w oku bliźniego widzi, a belki w swoim nie dostrzega” (MAT. 7: 3-5). Jak więc widzimy u Mateusza o żadnej igle mowy nie ma. Mateusz był surowym wyznawcą Chrystusa, ale przecież nie sadystą!

Merytoryka to nie poetyka

Niestety rozpanoszyła się na dobre „merytoryka”. Mówią o niej, przywołują właściwie wszyscy. Tymczasem w języku polskim takie słowo nie istnieje. Coś może być merytoryczne, ale merytoryki nie ma. Bo nie jest ani gałęzią nauki, ani techniki, ani pojęciem z pogranicza moralności i etyki.

Podobnie jak powyżej omówiona merytoryka, nie istnieje również „incjatywa”. Tymczasem ostatnio nawet premier Morawiecki w sejmowym wystąpieniu mówił o jakiejś „incjatywie”. Co prawda od czasu do czasu mówił też o „inicjatywie”, ale jednak błąd był.

Inicjatywa

Wyjaśnijmy zatem, że w języku polskim mamy jedynie „inicjatywę”, która pochodzi od łacińskiego initio – zaczynam. A oznacza według słownika języka polskiego występowanie z projektem, dawaniem pomysłu, rzucaniem myśli, zapoczątkowaniem.

Dzisiaj „incjatywa” pojawia się jako tzw. niechlujny skrótowiec. O „incjatywie” po raz pierwszy słyszałem za komuny, zawsze z nieodłącznym „prywatna”. Owa „prywatna incjatywa” była eufemizmem na oznaczenie prywatnych przedsiębiorstw – tak w produkcji, jak w handlu i usługach. Minęło tyle lat, komuna umarła, ale „incjatywa” nadal żyje, szkoda.

In plus, czy na dobre?

„Zagrał bilę niedokładnie, ale może wyjdzie mu to in plus” – mówi sprawozdawca snookera. Z tym „in plus” mamy kłopot nowobogackich intelektualnie.

Człowiek bez kompleksów nie wstydziłby się powiedzieć po prostu, że coś, co mogło wydawać się kłopotem, wyszło jednak na dobre. Ale – niestety – mamy w kraju coraz więcej osobników, którzy chcą uchodzić za ludzi z wyższych sfer i walą po uszach tym „in plusem”. Smutne to, ale prawdziwe.

Obława

Niedawno Polską wstrząsnęło okrutne morderstwo. Ojciec, zabiwszy syna, ukrywał się w lesie, w okolicach Gdyni. Policja zarządziła obławę, żeby ująć zbrodniarza. Tematem – co oczywiste – zajęły się najpoważniejsze stacje telewizyjne, gazety oraz Internet. I tu doszło do kilku przykrych zdarzeń językowych.

Dotyczyły one wspomnianej „obławy”. Najpierw TVP oraz Polsat mówiły o „obławie za napastnikiem”, tak jak mówi się „o pogoni za napastnikiem”. Jedynie TVN informował o „obławie na napastnika”. I tym razem to TVN miał rację.

Żeby nie wdawać się w zbyt długie wyjaśnianie. Obława jest na kogoś, na coś – na przykład na jakiegoś zwierza. Tu przypomnę refren „Obławy” – piosenki Jacka Kaczmarskiego, barda Solidarności:

Obława, obława na młode wilki obława

Te dzikie zapalczywe, w gęstym lesie wychowane…

Bandzior czy bandyta

Przy okazji innej zbrodni, tym razem we Wrocławiu, mogliśmy usłyszeć w TVN, że dwaj osobnicy, którzy napadli na ochroniarza kantoru wymiany pieniędzy, to „bandziory”.

Bardzo przepraszam, ale to jest głębokie nieporozumienie. Otóż, osobnik atakujący., w celach rabunkowych innego człowieka, raniący go nożem to „bandyta”. Natomiast „bandzior” to jedynie jakiś osiedlowy chuligan, człowiek tylko potencjalnie zagrażający życiu i zdrowiu innych. „Bandzior” to osobnik, z którego prawdopodobnie dopiero wyrośnie bandyta. Ja wiem, że są to subtelne różnice, ale język własny trzeba znać dobrze, skoro bierze się za posługiwanie się nim pieniądze.

 

KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: W poszukiwaniu świata, takiego jakim powinien być…

To nie będzie poradnik ani tym bardziej namawianie do emigracji. Bo taki wyjazd jest decyzją indywidualną, bardzo poważną, zmieniającą całe życie. Czasem nawet katastrofalną w skutkach, częściej jednak wyzwalającą nowe możliwości. A więc to raczej próba innego spojrzenia na świat, na nowe wyzwania, nowe kultury, wartości, krajobrazy i przede wszystkim na innych ludzi. 

Pojęcie „emigracja”, wywodzi się od łacińskiego słowa „emigratio”, co oznacza opuszczenie ojczyzny. Emigracja może być czasowa albo trwała, dobrowolna lub przymusowa. Również jej powody mogą być bardzo różne. Bywa, że ma oblicze polityczne, zarobkowe, religijne lub rodzinne. Wybór życia na obczyźnie może mieć także osobiste przyczyny – na przykład poszukiwanie nowych perspektyw zawodowych, chęci zmiany otoczenia lub po prostu pogoni za przygodami w obcym kraju.

W wieku XXI emigracja stała się zjawiskiem globalnym. Obecne „wędrówki ludów” różnią się jednak znacząco od tych z poprzednich epok. Dzięki rozwojowi technologii, telekomunikacji i globalizacji nie oznaczają – przynajmniej dla dobrowolnych tułaczy – całkowitego zerwania z miejscem urodzenia, tęsknoty za nim i izolacji.

Inaczej jest oczywiście w przypadku uciekinierów wojennych, banitów politycznych czy nomadów ekonomicznych. Ich decyzje o wyjeździe implikują najczęściej wojny, konflikty polityczne, katastrofy naturalne i sytuacje kryzysowe. Tacy ludzie szukają schronienia, bezpieczeństwa, stabilności i lepszych warunków bytowych. Stąd fale „nachodźców” do Unii Europejskiej – z Azji środkowej, z Bliskiego Wschodu i z Ukrainy. Albo z Meksyku do USA. Ale to osobny temat…

W ostatnim stuleciu emigracja nie jest już zjawiskiem nieodwracalnym, drogą w jedną stronę. Stała się bardziej dostępna. Rozwój transportu lotniczego, cyfrowych środków komunikacji i wzrost ogólnego poziomu życia na świecie, zachęca do wyjazdu z ojczyzn obywateli wielu krajów wysokorozwiniętych. Ludzie ci poszukują nie tylko pracy, ale także tańszej edukacji, doświadczeń kulturowych czy lepszego standardu życia na emeryturze. W aspekcie społecznym, przemieszczanie się pomiędzy państwami czy kontynentami, sprzyja wymianie kulturowej i zwiększa porozumienie między różnymi społecznościami. Nie zawsze bowiem „wielokulturowość”, jaką znamy z wielkich miast Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec, oznacza wzrost przestępczości, kryzysy etniczne i religijne.

Ekspaci z państw zachodnich są przykładem tego, że imigracja może wzbogacać kulturowy i gospodarczy krajobraz „nowych ojczyzn”. Że może oferować ich mieszkańcom znaczące korzyści – dostarczać fundusze, technologie, kompetencje. I że daje szansę na budowę bardziej otwartych, zintegrowanych i dynamicznych społeczeństw. I to na warunkach tubylców, to znaczy według ich zasad i ich norm prawnych.

Wyspiarskie raje nie dla wszystkich

Władze wielu państw rozwijających się aktywnie zachęcają zamożnych, wykwalifikowanych Europejczyków do osiedlania się w swoich granicach. Tworzą specjalne programy dla cudzoziemskich pracowników, ich rodzin, a nawet dla seniorów. Wśród nich najbardziej atrakcyjne są Seszele, Malediwy, Zanzibar, Bali, Fidżi, Karaiby i Mauritius. Te oceaniczne wyspy oferują nie tylko wieczne lato lecz także bezpieczeństwo i stabilność.

W każdym z tych państw polityka imigracyjna jest nieco inna. Zależy głównie od kondycji gospodarczej i lokalnej specyfiki. Na przykład położone na Oceanie Indyjskim Seszele, będąc małym państwem wyspiarskim, stosują dość restrykcyjną politykę imigracyjną w kontekście długoterminowego pobytu i pracy. Większość imigrantów musi posiadać specjalne wizy, które są wydawane wyłącznie na podstawie konkretnych ofert pracy. Tu ekspaci znajdują zatrudnienie głównie w branży turystycznej, hotelarskiej i usługowej. Są to najczęściej wykwalifikowani obywatele Indii, Sri Lanki, Filipin i krajów afrykańskich. Państwo zapewnia im nienajgorsze warunki życia i relatywnie wysokie zarobki, dzięki czemu imigranci szybko się aklimatyzują. Jednak, nie chcąc doprowadzać do nadmiernego wzrostu liczby imigrantów, władze wprowadziły przepisy dotyczące zakupu nieruchomości przez cudzoziemców. Zakup taki jest wprawdzie możliwy, ale wiąże się z wysokimi opłatami.

Podobnie jest na oddalonych o dwa tysiące kilometrów na wschód od Seszeli Malediwach. Również ta republika obficie korzysta z pracy imigrantów – przeważnie z krajów Azji Południowej, takich jak Bangladesz, Indie czy Sri Lanka. Cudzoziemcy zatrudniani są głównie w hotelach, restauracjach, na budowach i w usługach. I pomimo, że odgrywają kluczową rolę w budowaniu gospodarki narodowej, ich obecność reguluje restrykcyjne prawo imigracyjne. Dlatego większość przybyszów przebywa na wyspach na podstawie krótkoterminowych wiz pracowniczych – przy czym, możliwości uzyskania stałego pobytu i zakupu nieruchomości są mocno ograniczone.

Z kolei Zanzibar, będący częścią Zjednoczonej Republiki Tanzanii, to miejsce, które przyciąga głównie zamożnych seniorów z Europy Zachodniej, pragnących spędzić jesień życia na malowniczych plażach. Dla nich właśnie rząd Tanzanii stworzył przepisy umożliwiające kupno nieruchomości. Rezydenci Zanzibaru nie mogą jednak posiadać gruntów na zasadzie pełnej własności. Lokalne prawo zakłada jedynie możliwość użytkowania wieczystego – okres dzierżawy zwykle wynosi od 33 do 99 lat, ale po jej wygaśnięciu istnieje możliwość odnowienia umowy.

Podobnie jest na indonezyjskiej wyspie Bali. Tu, tak samo jak w całej Indonezji, również istnieją ograniczenia dotyczące własności gruntów – cudzoziemcom oferuje się jedynie prawo użytkowania nieruchomości na określony czas, zwykle na 25 do 30 lat z możliwością prolongaty. Przepisy pozwalają ekspatom na budowę domu lub innego obiektu na wynajętej ziemi, ale nie wolno im posiadać gruntów na zasadzie pełnej własności. Taka możliwość zarezerwowana jest wyłącznie dla obywateli Indonezji.

Prawo pobytu za inwestycję

Na zakup nieruchomości obcokrajowcom zezwala natomiast rząd Fidżi. W tym pacyficznym raju obowiązuje jednak szereg ograniczeń – cudzoziemcom nie wolno na przykład kupować ziemi należącej do rdzennej społeczności Fidżyjczyków. A jest to spore ograniczenie, bo tego rodzaju grunty stanowią aż 83% całkowitej powierzchni wysp. Podobnie jak w innych republikach pacyficznych, imigranci mogą nabywać prawo do użytkowania gruntów na zasadzie dzierżawy długoterminowej. Umowy najmu zawierane są na okres nie dłuższy niż 99 lat – w zależności od lokalizacji i rodzaju nieruchomości.

Dużo łatwiej kupić posiadłość na Karaibach. Tu, poszczególne republiki oferują cudzoziemcom szerokie możliwości, zarówno zakupu nieruchomości jak i uzyskania obywatelstwa. Sposobem na uzyskanie stałego pobytu są inwestycje – tzw. programy „obywatelstwo przez inwestycje” (CBI). W części krajów proces uzyskania zgody jest szybki i przejrzysty, podczas gdy w innych może wymagać wielu pozwoleń, rejestracji lub nawet zezwolenia instytucji rządowych. Szczególne ułatwienia dają ekspatom republiki Saint Kitts i Nevis, Dominika, Grenada, Saint Lucia oraz i Antigua i Barbuda.

Prekursorem tego rodzaju osadnictwa jest Federacja Saint Kitts i Nevis, oferująca jedną z najszybszych ścieżek do obywatelstwa – nawet w ciągu paru miesięcy. Inwestycja może obejmować zakup nieruchomości lub wpłatę na któryś z funduszy rządowych. Program ten jest popularny ze względu na swoją efektywność i szerokie możliwości podróżowania bez wizy. Również, położona zaledwie 200 kilometrów na północ od wybrzeży Wenezueli, Grenada ma swój unikatowy program CBI. Jego uczestnicy mogą otrzymać tzw. wizę E-2, która daje inwestorom i ich rodzinom możliwość prowadzenia biznesu i zamieszkania w Stanach Zjednoczonych. Obywatelstwo tego kraju otrzymuje się po dokonaniu zakupu nieruchomości lub wpłaceniu odpowiedniej sumy na fundusz narodowy.

Na tle wyspiarskich rajów najbardziej wyróżnia się jednak Mauritius. Ta, licząca niewiele ponad 1,2 mln mieszkańców, republika leży na turkusowych wodach Oceanu Indyjskiego, około 2000 km na wschód od wybrzeży Mozambiku. Malownicze wyspy są ulubionym miejscem wypoczynku Europejczyków, Amerykanów, Azjatów i Afrykanerów z RPA. Magnes stanowią dla nich nie tylko bogactwo krajobrazów i hindusko-postkolonialna mozaika kulturowa, lecz przede wszystkim stabilność polityczna i gospodarcza kraju. Dodatkową zachętą dla imigrantów są niskie podatki i atrakcyjne programy inwestycyjne, umożliwiające pobyt stały.

Wysoka stopa zwrotu

W przeciwieństwie do wielu egzotycznych lokalizacji, w których biurokracja i korupcja są nieodłącznymi elementami procesu zakupu nieruchomości, Mauritius oferuje w tym zakresie wyjątkowo przejrzyste procedury. I to właśnie czyni z wyspy prawdziwy raj dla imigrantów, poszukujących harmonijnego połączenia biznesowych możliwości, wysokiej jakości życia i niezakłóconej urody naturalnego środowiska. W tym kontekście, Mauritius od kilku dekad wyznacza standardy, do których inne afrykańskie państwa dopiero aspirują.

Rząd Republiki Mauritiusu oferuje zagranicznym inwestorom kilka innowacyjnych programów. Najważniejsze z nich to Integrated Resort Scheme (IRS) i Property Development Scheme (PDS). Programy te umożliwiają zakup nieruchomości, dając jednocześnie prawo uzyskania stałego pobytu.

Integrated Resort Scheme – to program, który umożliwia cudzoziemcom zakup luksusowych willi i apartamentów w zintegrowanych kurortach, oferujących wiele udogodnień, takich jak pola golfowe, spa, mariny czy centra konferencyjne. Cena nieruchomości w ramach tego programu musi wynosić co najmniej 500 tys. dolarów. Cudzoziemcy, którzy kupią nieruchomość w ramach IRS, otrzymują automatycznie zezwolenie na pobyt na Mauritiusie.

Drugim programem dla cudzoziemców jest Property Development Scheme. Program ten umożliwia cudzoziemcom zakup nieruchomości w zrównoważonych i zdywersyfikowanych projektach deweloperskich, oferujących mieszkalne, komercyjne i rekreacyjne obiekty. Inwestycja w nieruchomości w ramach tego programu musi wynosić co najmniej 375 tys. dolarów. Również w tym przypadku obcokrajowcy, którzy wezmą udział w programie PDS otrzymają automatycznie zezwolenie na pobyt stały na wyspie.

Nie są to oczywiście sumy małe, ale zyski mogą być wyjątkowe. Średnia stopa zwrotu z inwestycji (ROI) w nieruchomości turystyczne na wynajem krótkoterminowy może zaskoczyć nawet doświadczonych przedsiębiorców. Przykładowo w Polsce przeciętna stopa zwrotu z wynajmu mieszkania wynosi od 2,4 do 4,2 proc. – i to tylko w przypadku, jeśli inwestycja była w pełni finansowana gotówką. Tu ten sam wskaźnik wynosi od 5 do 15 proc. w skali roku. Oczywiście w zależności od lokalizacji nieruchomości, jej standardu, umiejętności zarządzania oraz ogólnej kondycji rynku turystyki w regionie – np. w okresie pandemii cała branża praktycznie się załamała.

Naturalnie najbardziej poszukiwane są nieruchomości położone w popularnych miejscach turystycznych, takich jak Flic en Flac, Grand Baie, Le Morne, Belle Mare, czy Blue Bay. W miejscowościach tych średnia cena za metr kwadratowy wynosi około 5000 euro. One też mają najwyższy potencjał wynajmu i mogą generować szybszy zwrot nakładów. Wyższe stawki wynajmu generują również dodatkowe udogodnienia, takie jak basen, korty, pola golfowe, czy widok na morze i góry.

Istnieją oczywiście miejsca tańsze – na przykład miejscowość Curepipe, położona w środkowej części wyspy, na wysokości ponad 500 metrów nad poziomem morza. To największe miasto na Mauritiusie, oferuje nieruchomości za średnią cenę około 1500 euro za metr kwadratowy. Podobnie jest w sąsiednim Quatre Bornes, będącym centrum handlowym i przemysłowym wyspy. Tutaj średnia cena za metr kwadratowy nieruchomości wynosi około 2000 euro. Niewiele droższy jest Mahebourg, leżący na południowo-wschodnim wybrzeżu, w pobliżu międzynarodowego lotniska. Chętni na osiedlenie się w tym urokliwym, kolonialnym miasteczku muszą liczyć się z kosztem 2,5 tysiąca euro za metr kwadratowy.

O wiele taniej jest na oddalonej o prawie 600 km od Mauritiusa wysepce Rodrigues. Tu średnia cena metra kwadratowego to zaledwie 1000 euro. Różnica ta wynika z faktu, że Rodrigues jest znacznie słabiej rozwiniętą wyspą niż Mauritius. Ta część republiki jest także mniej popularna wśród turystów i inwestorów. Ponadto, obcokrajowcy muszą tu uzyskać specjalne zezwolenie na zakup domu od lokalnego rządu Rodrigues.

Mauritius – raj na ziemi

Zagraniczne inwestycje przynoszą szereg korzyści również wyspiarzom. Właśnie dzięki nim Mauritius posiada stabilną, szybko rozwijającą się gospodarkę i wzorowany na zachodnich demokracjach system polityczny. Te czynniki zapewniają zarówno Maurytyjczykom, jaki i przybyszom poczucie bezpieczeństwa i pewność inwestycji, które w połączeniu z wysokim standardem życia, doskonałą infrastrukturą, nowoczesnymi usługami medycznymi i tradycyjną gościnnością, czyni to miejsce prawdziwym rajem.

Życie na Mauritiusie nie różni się znacząco od tego, co oferuje Europa. Można tu znaleźć wszystko, co potrzebne do codziennego funkcjonowania – szpitale, szkoły, uniwersytety, teatry, centra handlowe. A po pracy można skorzystać z wielu form rozrywki i rekreacji – z pól golfowych, safari, parków i muzeów. Nie wspominając o głównej atrakcji wyspy – niesamowitej przyrodzie z jej egzotycznymi zwierzętami, endemiczną roślinnością i bajecznymi krajobrazami.

Może to zabrzmi naiwnie, ale wierzę, że emigracja może być szansą dla tych wszystkich, którzy mają dosyć polityki, konsumpcjonizmu, straszenia ociepleniem klimatu i kolejnymi pandemiami. Szansą na lepsze i spokojniejsze życie, na to, żeby poznać, zrozumieć i polubić świat. Takim, jakim powinien być.

 

CEZARY KRYSZTOPA: O czym mamy się nie dowiedzieć?

Mam dojmujące uczucie deja vu. Nie wiem, jakiego konkretnie błędu Matrixa jest to efektem, ale gwałtownie wracają co mnie wszystkie odczucia jakie wywoływała obserwacja polityki w latach 2007-2014. Kto to również robił w tamtych latach pamięta metody prowadzenia polityki zakulisowej. Czego mieliśmy nie dostrzegać? Likwidacji projektu amerykańskiej tarczy antyrakietowej i resetu z Rosją (jeszcze później, konsekwencji i śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej, ale to się akurat nie udało).

Naszą uwagę miały odwracać, a to rzekome „kastrowanie pedofilów”, a to wycie obłąkanego bydła wokół ludzi broniących Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, a to wybryki zakały polskiego parlamentaryzmu „świńskiego ryja” Janusza Palikota. Podczas gdy rozmontowywano podstawy polskiego bezpieczeństwa, obowiązywała narracja miłości (brzmi znajomo?) i obowiązująca „zaprzyjaźnione media” zasada, że „co złego to nie Donald”, ostatecznie o niczym nie wiedział, ale „teraz się wściekł i wszystko będzie dobrze”.

Zbiegi okoliczności

W ostatnich dniach pierwszy flashback miałem po małpim zachowaniu posła Platformy Jakuba Rutnickiego, który na oczach Marszałka Sejmu Szymona Hołowni, zarzekającego się, że niczego nie widzi, szarpał posła Suwerennej Polski Jacka Ozdobę. Chwilę później „zaprzyjaźnione media” zaczęły mnie zapewniać, że „Donald się wściekł” z powodu Afery Wiatrakowej. No i teraz ten Braun.

Ja nie mam oczywiście żadnych dowodów, nic mi nie wiadomo o tym, żeby jego wybryk polegający na zgaszeniu chanukowej menory gaśnicą w Sejmie, miał być z kimkolwiek uzgadniany, ale trudno mi się opędzić od wrażenia, jaki to fortunny dla Donalda Tuska zbieg okoliczności. Nikt już nie mówi o Aferze Wiatrakowej, nikt nie chce zadawać pytań o puste jak bęben Rolling Stones’ów, expose, nikt właściwie nie pamięta, co tam orzekł Sąd Najwyższy w sprawie odpowiedzialnego za lot do smoleńska koleżki Donalda Tuska Tomasza Arabskiego.

To, że przy okazji jest to zbiegiem okoliczności niesłychanie fortunnym dla niemieckiej propagandy, która boryka się z realnym wzrostem antysemityzmu w Niemczech, rosyjskiej propagandy poszukującej argumentów do „denazyfikacji” Polski i na dokładkę propagandy środowisk żydowskich usiłujących ściągnąć z Polaków nienależny haracz, to już doprawdy, w tej sytuacji, didaskalia.

Co ma nam umknąć?

Najistotniejszym pytaniem, nie jest bowiem pytanie o to, co widać, niezależnie od tego jak bardzo są w rzeczywistości powiązane powyższe elementy. Najistotniejszym pytaniem wydaje się raczej pytanie o to, czego nie widać? Pytanie o to, na co nie mamy zwrócić uwagi.

Tak więc, Donaldzie Tusku, przebywający obecnie na szczycie UE w Brukseli, na którym być może zdecyduje się przyszłość polskiej suwerenności, o czym tak naprawdę mamy się nie dowiedzieć? Co ma nam umknąć?

HUBERT BEKRYCHT: Mikrodziennikarstwo i nakładanie klapek odbiorcom mediów publicznych

Szarmanckie podniesienie mikroportu Justyny Dobrosz-Oracz z Gazety Wyborczej przez lidera KO jest hołdem Donalda Tuska wobec wiernych mu mediów. Znając miłość do amatorskiej reżyserii tych dwóch osób nie zdziwiłbym się, gdyby to była zwykła ustawka. Niektórzy pewnie się oburzą, boć to przecież premier premierów był uprzejmy wobec kobiety. Zastanówmy się zatem, co stałoby się, gdyby mikroport wypadł dziennikarce TVP czy Polskiego Radia? No właśnie. I to jest ta różnica.

Skandaliczne wypowiedzi polityków KO, TD i NL a także cichego koalicjanta, czyli Konfederacji, wobec ludzi pracujących w mediach publicznych oraz mediach konserwatywnych nigdy nie mogą stać się standardem.

Eskalacja

Musimy je piętnować i po prostu mówić o tym odbiorcom. Straszenie dziennikarzy przez polityków, którzy zrobili z tego amunicję wyborczą to już poważniejsza sprawa, tu trzeba natychmiast zgłaszać taki fakt odpowiednim organom.

Na osobne potraktowanie zasługuje jednak szczególne naruszenie wolności słowa. Otóż służby niezaprzysiężonego jeszcze rządu we wtorek odmówiły akredytacji TVP i Polskiemu Radiu podczas wizyty premiera Tuska w Brukseli. Tak, Tusk ma to, co chciał. Nie lubi dziennikarza, nie dostanie ów dziennikarz akredytacji. Potem, pomimo miłosiernie usuniętych barierek, będzie zakaz wejścia na teren parlamentu – najpierw dla mediów publicznych, potem dla mediów konserwatywnych.

Polowanie

Pogarda dla dziennikarzy, którzy nie sprzyjają ekipie Tuska? Też, to jednak przede wszystkim pogarda, dla odbiorców prześladowanych w ten sposób dziennikarzy. Odbiorców, którzy korzystają (jeszcze) z pluralizmu medialnego.

Ten rządowy już zamach na niezależność mediów pod hasłem tzw. odpolitycznienia ma szansę stać się większym skandalem niż atak na żydowski symbol i zdrowy rozsądek w wykonaniu posła Grzegorza Brauna z Konfederacji. Konfederacji oswajanej przez nową koalicję i hodowanej przez KO, TD i NL. Dlaczego? Aby osłabić PiS. Czyli, nic nowego, ale forma tej politycznej intrygi śmierdzi szkołą moskiewską na kilometr.

Polowanie z nagonką trwa, ale wielu dziennikarzy nie będzie iść pod kule pijanych ze szczęścia myśliwych. Atakowani potrafią się odgryźć. Praworządnie, demokratycznie a nawet stomatologicznie.

W sosie dziennikarskich błędów pływa WALTER ALTERMANN: Trochę wiedzy o książkach

Rozumiem, że chodzi o to, aby dziennikarka telewizyjna specjalizująca się „w sztuce kina” miała ciągle o czym mówić, bo temat to modny i ciągle pojawiają się nowe filmu. Niemniej byłoby dobrze, gdyby dziennikarka znała chociaż podstawy starszej kultury – tu myślę o księgach i książkach, bo występująca w telewizji pani „od filmu” mówi ze swadą: „Nowy film ‘Znachor’ powstał na podstawie tej samej książki, co poprzedni.

Nie piszę tego bez dowodów, bo mylenie książek z utworami w nich drukowanymi jest dowodem daleko idącej ignorancji. Od biedy ujdzie to jeszcze uczniakowi szkoły podstawowej, bo już licealista powinien odróżniać te dwie materie – książkę, jako realny byt papierowy, od powieści, jako bytu niematerialnego.

Dziennikarka powinna zatem powiedzieć, że nowy film „Znachor” w reżyserii Michała Gazdy powstał na podstawie tej samej powieści, co film Jerzego Hoffmana. Powinna jeszcze dodać, że autorem powieści jest przedwojenny pisarz Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Zresztą sami reżyserzy o autorach zapominają nagminnie, jakby nie chcieli sobie paprać nazwiska jakimś tam Dołęgą-Mostowiczem, Żeromskim czy Prusem. Czekam wiec na nową filmową wersję „Pana Tadeusza”, przy której w ogóle zabraknie nazwiska autora, a zamiast niego pojawi się, wiszące minutę, wołami na ekranie nazwisko jakiegoś debiutanta sztuki filmowej.

A współczesne książki i księgi – Szanowna Pani – bywają różne: są księgi telefoniczne, adresowe, pamiątkowe, honorowe, książki wejść i wyjść, księgi raportów, księgi kasowe, księgi inspekcji, księgi uwag i zażaleń. Bywały też książeczki zdrowia, książeczki oszczędnościowe, książeczki wojskowe i harcerskie. Zatem, proszę – Szanowna Pani – zapamiętać, że książka to tylko zszyte lub sklejone kartki, z okładką twardą lub miękką.

I niech mi Pani wierzy, że na podstawie książki da się jedynie wyreżyserować nicość. Co prawda zdarza się i tak, że na podstawie dobrej powieści również da się wyreżyserować dosłowne nic, ale to już inny temat.

Nasi obiektywni profesorowie

Sprytnym chwytem redakcji telewizyjnych jest zapraszanie do udziału w rozmowach autorytety, którym nikt – zdaniem zapraszających dziennikarzy – dosłownie nikt się nie oprze. Mam tu na myśli autorytety najwyższej rangi, które – można by powiedzieć – w carskiej Rosji odpowiadały  randze generałów czy marszałków. A są to oczywiście profesorowie, w najgorszym wypadku doktorzy.

Właściwie od takiego zaproszonego doktora, czy profesora, dziennikarz oczekuje tylko jednego – potwierdzenia językiem nauki tezy, którą ów dziennikarz chwilę wcześniej sam z siebie wydusił.  Zapyta, ktoś mało doświadczony, jak to możliwe? Bardzo prosto, bo każda ze stacji ma swoje stado profesorów, którzy wyznają tę samą ideologię, co dana stacja. I nie spodziewajmy się, że w TVN zobaczymy profesora, którego na co dzień oglądamy w Polsacie. I nie łudźmy się, że profesora z TVP, nagle zobaczymy w TVN. Nauka polska została ostatecznie podzielona według sympatii politycznych. Trochę mylące jest to, że każdy z profesorów ma ten samy tytuł naukowy, ale to tylko taki kamuflaż.

Po co stacjom zaprzyjaźnieni profesorowie? Żeby namaszczali, podnosili tezy stacji do rangi nauki, żeby widz myślał; „Coś w tym musi być, skoro ten profesor tak mówi”. Tu zaznaczę, że zjawisko „uprofesorowienia” telewizji dotyczy jedynie ludzi uprawiających tzw. nauki społeczne: wszelkiego autoramentu historyków XX wieku, socjologów i politologów – ci ostatni są zresztą najgorsi.

Tajemnica nauk humanistycznych jest taka, że są one niemierzalne, czyli można pleść, co tam komu do głowy przyjdzie. Może dlatego tak mało widać w telewizjach matematyków, fizyków i chemików – bo to są nauki ścisłe i tam bezkarnie wyplatać andronów nie można.

Oczywiście ta praktyka wykorzystywania ludzi nauki do niecnych politycznych celów byłaby naganna, gdyby nie to, że ci „przedajni” profesorowie nieźle z tego żyją. A czy mają jakieś skrupuły? Nie sądzę, bo poglądy mają przecież zgodne z miejscem, do których ich zapraszają. Czy to nie wstyd tym profesorom? A, tam… na pewno znajdą, na ewentualne wyrzuty sumienia, jakąś zgrabną wymówkę, w końcu są w tym utytułowanymi specjalistami.

Kłopoty z psychologią

Zdarzyło się to 6 XII 2023 roku. W czasie meczu Stali Mielec z Widzewem Łódź, w ramach rozgrywek Pucharu Polski w piłce nożnej, gdy Widzew strzelił drugą bramkę, i wynik był już 2:1,  wtedy sprawozdawca powiedział: „Teraz mielczanie mają już spore kłopoty psychologiczne.”

Otóż, myślę sobie, że przegrywający nie mieli żadnych psychologicznych kłopotów, bo psychologia to nauka zajmująca się ludzką psyche, alias psychiką. Owszem, mogli mieć kłopoty psychiczne, ale gdzie tak prostym chłopakom od kopania piłki, do tak trudnej dziedziny jak psychologia.

Zapamiętajmy zatem: psychika to nie to samo co psychologia. Podobnie jak seks nie jest tożsamy z seksuologią. Poza tym – nikomu z Czytelników nie życzę kłopotów ani z psychiką ani z seksem.

Takowe, owóż i inne archaizmy

W ramach podnoszenia własnego ego na wyższy poziom, coraz więcej ludzi pracujących w różnych  telewizjach, coraz częściej używa słów „pańskich”, aczkolwiek mocno trącących zaschłą myszą.

Jednym z takich magicznych słówek jest „takowe, owe”. Gość zamiast powiedzieć: „Ten człowiek nie wie co robi”, mówi: „Takowy człowiek nie wie co robi”.

„Takowy” jest zaimkiem, który w dawnych stuleciach służył do określania ludzi, zjawisk nieznanych, nie do końca rozpoznanych. Ale dzisiaj „pan dziennikarz” mówi o znanym z nazwiska człowieku: „takowy”. Nie dość, że jest to śmieszne, to jeszcze powoduje u odbiorcy panikę, bo widz nie wie o co chodzi.

Niezmiennie polecam używanie najprostszych polskich słów i zwrotów, bo czy przy niedzielnym obiedzie u matki „pan dziennikarz” poprosi: „Mógłby mi brat podać takowy sos”? Na co brat  odpowie: „Ów biały, czy ów ciemny, bracie?”  

 

O resorcie „prawdy” pisze CEZARY KRYSZTOPA: Ministerstwo Odwracania Uwagi

Na Zachodzie można zauważyć powolne, bo powolne, ale jednak przełamanie emocji społecznych w sprawie progresywnych nowinek i, co znacznie ciekawsze, również pewne zmiany w retoryce do tej pory uparcie neomarksistowskich elit. Niektórzy publicyści nieśmiało zaczynają przebąkiwać o pewnego rodzaju przebudzeniu, podczas gdy w tym samym czasie, znani z przekory Polacy, którym latami udawało się unikać konsekwencji większości lewackich rewolucji, nagle zapragnęli pogrążyć się w tęczowym śnie.

– Mogę powiedzieć w imieniu Bawarii: u nas nie będzie obowiązkowego gender. Wręcz przeciwnie: zakażemy gender w szkołach i administracji – powiedział we wtorek premier Bawarii Markus Söder w swoim pierwszym oświadczeniu rządowym w nowej kadencji w bawarskim parlamencie. Bawaria jest oczywiście szczególnym landem na tle Niemiec, a Söder jest politykiem CSU, ale do tej pory takie słowa w chcących uchodzić za prymusa postępu Niemczech, stanowiły raczej rodzaj tabu. Jeśli dorzucić do tego uznawanych do tej pory za żywych świętych klimatystów z Ruchu Ostatnie Pokolenie, którzy zostali ostatnio ogłoszeni przez niemiecki sąd zorganizowaną grupą przestępczą, czy rosnący dystans do transowania dzieci, to wiedzcie, że coś się zmienia. Być może mimo wszystko gospodarczy głód, społeczny smród i ubóstwo energetyczne, były w stanie Niemców czegoś nauczyć.

Ministerstwo Równości

W tym samym czasie, wydaje się, że większość Polaków (nawet jeśli co innego mieli na myśli, to taki jest praktyczny efekt), niczym ostatni naiwni prowincjusze, powtarzając błędy „metropolii” sprzed lat kilkunastu, wybrali sobie do rządzenia konglomerat cwaniaczków i wariatów w ładnych krawatach, być może niwelując tym samym wszelkie zyski jakimi cieszyli się w ostatnich latach, unikając konsekwencji sporej części lewackich, trapiących Zachód, „rewolucji”. A ukoronowaniem tego pragnienia „żeby mieć jak na Zachodzie”, miałoby być, pojawiające się w nieoficjalnych doniesieniach Ministerstwo Równości.

Od czasu Rewolucji Francuskiej, która hasło „równości” spopularyzowała, realizując je w praktyce przy pomocy gilotyny, wiadomo, że nie chodzi o nic dobrego. Być może najlepiej, choć w wersji „light”, istotę lewackiego wyobrażenia „równości” oddaje cytat z „Folwarku Zwierzęcego” George’a Orwella – „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych”, cytat który zadziwiająco dobrze opisuje zarówno jaskiniowy sowiecki komunizm, jak i dzisiejsze neomarksistowskie wyobrażenie „równości”, w którym „równi” są to„święci naszych czasów” aktywiszcza i „mniejszości”, ale już nie ci, którzy mają czelność się z nimi nie zgadzać. I takie ideały zapewne Ministerstwo Równości, kierując się koncepcją „tolerancji represywnej” Herberta Marcuse’a będzie miało ambicje realizować.

Czemu to ma służyć?

Natomiast, choć nie bagatelizuję zagrożenia jakie taki antyspołeczny pomysł może stanowić, chciałbym zwrócić uwagę, że podobna metoda była realizowana przez Tuska za poprzednich rządów, kiedy to realne działania przesłaniane pozorowanymi, ale mocno nagłaśnianymi medialnie aktywnościami. Tajemnicą poliszynela jest, że inna, choć również podobna metoda, obowiązuje w zarządzaniu warszawskim ratuszem, gdzie istotnymi procesami zajmują się po cichu ludzie zaufani, a najgłośniej jest o sprawach „ideolo”, które puszczone są na żer „zaprzyjaźnionych aktywistów”. Nie ma powodu żeby sądzić, że w przypadku „Ministerstwa Równości” będzie inaczej.

Tak więc martwmy się oczywiście tym, że znowu inni będą „równiejsi”, ale nie zapominajmy zaglądać za kotary tego przedstawienia, gdzie za kulisami, będą się zapewne działy rzeczy, o których mamy się nie dowiedzieć.

H. BEKRYCHT: O jednym takim, co dziennikarstwo ma w… „we krwi”, czyli atak na Skowrońskiego, Wnet i SDP

Jest taki portal Wirtualne Media. Jest i nic poza tym. Jego niektórzy autorzy są zupełnie wirtualni, tzn. oderwani od rzeczywistości i podatni na manipulacje oraz fałszerstwa. Bo wiele błędów, niedopowiedzeń, manipulacji drugiego stopnia (czyli powtórzeń cudzych manipulacji) jest w tym portalu. Moim zdaniem portalu medialnym tylko z nazwy. Roi się od bzdur nawet tylko w jednym artykule Jacka Kowalskiego „Przypadek Skowrońskiego: radio i polityka we krwi”. Robi to wrażenie, jakby autor brał udział w nagonce politycznej. Kowalski pisze o sobie, że „dziennikarstwo ma we krwi”. Co miał we krwi Kowalski, aby pisać tak grube bzdury, nie wiem, ale nie było to z pewnością dziennikarstwo.

Megalomania niektórych autorów WM nie jest zbyt eksponowana, bo tak dziwnie nie epatują swoimi nazwiskami w owych sensacjach i paszkwilach na innych dziennikarzy. Wyglądają owe „rewelacje” na pisane albo z uwielbieniem dla zwycięzców październikowych wyborów albo na ich „zamówienie” polityczne, czyli tak, aby skompromitować krytyków KO, TD i NL. We wspomnianym artykule, który jest po prostu brutalnym atakiem na prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, szefa Radia Wnet Krzysztofa Skowrońskiego i na SDP oraz Wnet, po seryjnych napadach w artykule Jacek Kowalski podpisuje się skromnie pod nim – jak mówią młodsi – „na samum końcu Internetu”, czyli już pod zachętą do czytania innych artykułów i logotypami sieciowych odnośników. Dlatego, tak jak WM umieścił w zbitce faktów i bzdur na temat Skowrońskiego jego zdjęcie, tak sdp.pl publikuje fotografię Jacka Kowalskiego, aby wszyscy mogli poznać człowieka, który pisze androny o prezesie SDP i miesza je z politycznym sosem. Taka sława po prostu należy się każdemu, kto odkrywa medialną Amerykę.

Kowalski: dziennikarstwo mam we krwi…

Tak pisze o sobie w nocie biograficznej autor artykułu o Skowrońskim. A na początek „petarda” Kowalskiego: „Przypadek Krzysztofa Skowrońskiego to przypadek osoby, w której żyłach płynie tyle samo miłości radia, co do polityki”. Jak dla mnie, za dużo krwi i krwiożerczości w publicystyce Kowalskiego. Takie „zarzuty” można przedstawić każdemu dziennikarzowi, który robi relacje z parlamentu czy jakiegoś ministerstwa.

Najpierw, jak w opisie każdej służby, nie jest ważne, czy tajnej, czy jawnej, następuje opis kariery Skowrońskiego, gdzie sporo pochwał wymieszano smakowicie z przypuszczeniami, niedopowiedzeniami, wtórnymi manipulacjami (drugiego stopnia) i faktami przedstawionymi „do połowy”.

Kowalski: przez niemal dekadę roku pracowałem w Agorze…

Ależ zaskoczenie w informacji o autorze pisanej przez samego autora. Prawda, że niesłychane zdziwienie? To tam pewnie pobierał nauki w pisaniu artykułów o kimś (K. Skowroński), z kim na temat wielu faktów i mitów nawet nie rozmawiał a przynajmniej nie o zawartości materiału „Przypadek Skowrońskiego…”.

Kowalski: nawiązałem romans z mediami elektronicznymi

Kochliwy ten autor. To jednak sprawa Kowalskiego. Skoro jednak ma związek z elektroniczną częścią mediów, to – moim zdaniem – autor paszkwilu na Skowrońskiego, Radio Wnet i SDP, pojęcie o radiu ma niewielkie, zbudowane pewnie na tym, że ma w domu radio.

Kowalski pisze, że w Radiu Wnet  nie ma miejsca dla osób czekających na wytyczne. Tak, jako słuchacz, potwierdzam – w przeciwieństwie do niektórych mediów elektronicznych zajmujących się mediami w Radiu Wnet nie ma miejsca na wytyczne.

I farmazon Kowalskiego kandydujący do nagrody – „dziennikarska bzdura roku”, chociaż nie, nie dziennikarska – plotkarska. „Skowroński – radiowiec i Skowroński – nieodwoływalny szef mocno ideowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, to jakby dwie różne osoby” – napisał psychoanalityk Kowalski. Spotykam się z Krzysztofem dość często i podkreślam, że gdyby nie był dobrym dziennikarzem, nie zostałby prezesem SDP. Zatem, bzdura goni bzdurę.

Potem w artykule są insynuacje o niegospodarnym zarządzaniu SDP i politycznych wpływach, którym rzekomo podlega SDP i Radio Wnet. Proponuję, aby autor, zanim napisze te farmazony raz jeszcze, poznał dokumenty, pogadał z ludźmi „drugiej strony” sporu programowego w SDP i nade wszystko porozmawiał z bohaterem artykułu, bo określenie, że Jacek Kowalski „ma dziennikarstwo we krwi” spowoduje, że do redakcji WM będzie trzeba kupić urządzenie do badania stanu trzeźwości. Moralnej i intelektualnej.

Kowalski: dziennikarze to moi bracia w piórze, w mikrofonie, w kamerze

Oj,chyba nie. I nie chodzi mi tylko o tych, których Kowalski – jak szefa SDP i Radia Wnet –  atakuje żonglując powtórzonymi informacjami wbrew dziennikarskiemu warsztatowi. Bo taki autor, po tylu nieprecyzyjnych, plotkarskich informacjach, będzie miał opinię groteskowej niby dziennikarskiej „policji w policji” i nikt z nim gadać nie będzie chciał. Chyba, że związki zawodowe chcące odwołac szefa jakiegoś medium.

Kowalski pisze prawdę

W artykule, który – według entuzjastów powyborczej zemsty na konserwatywnych dziennikarzach – może skompromitować Skowrońskiego, Wnet i SDP,  jest jednak nieco prawdy. Kowalski, znowu powołując się na innych, opisuje jak Skowroński ciągle pali papierosy. To prawda.

Wybacz Krzysztofie, ale palisz za dużo i w ogóle powinieneś rzucić…

        Krajobraz po „zemście”

Zastanawiam się, o czym będą pisać redaktorzy Wirtualnych Mediów, jak już ich umiłowana potrójna koalicja miłości przejmie wszystkie media, z wyjątkiem tych konserwatywnych?

I nawet chciałem zwrócić się bezpośrednio do autora bzdur o Skowrońskim, Wnet i SDP, czyli do Jacka Kowalskiego, ale… nie warto.

 

Hubert Bekrycht,

red.nacz. sdp.pl,

3 grudnia 2023 r.