O przemyśle fałszerstw i manipulacji w mediach pisze JOLANTA HAJDASZ: Druga strona medalu

Po dwóch latach pisania o migracji i kryzysie na granicy nie mam wątpliwości, że wytwarzamy fałszywą wiedzę – przyznała dziennikarka Gazety Wyborczej Małgorzata Tomczak na swoich macierzystych łamach, ale to tylko wstęp do jej ekspiacyjnego materiału. Koniecznie chcę zwrócić Waszą uwagę na tę publikację, bo ona jest  dla mnie koronnym dowodem na to, z jak wielkimi manipulacjami na temat sytuacji na polsko -białoruskiej granicy mieliśmy i zapewne mamy nadal do czynienia, jak perfidnymi kłamstwami była i  jest oszukiwana opinia publiczna, na temat sytuacji na tej granicy. Perfidia w tym wypadku polega także na tym , że publikacje te dotyczą  spraw fundamentalnych takich jak w tym wypadku  bezpieczeństwo naszych granic, czyli bezpieczeństwo naszego państwa i nas wszystkich.

Po dwóch latach pisania o migracji i kryzysie na granicy nie mam wątpliwości, że jesteśmy w procesie wytwarzania fałszywej wiedzy. Jej elementami są zwykłe fake newsy, jak historia Eileen; liczne przeinaczenia na poziomie samych faktów, ich przyczyn czy interpretacji; uparte pokazywanie wybranych fragmentów rzeczywistości i zupełne pomijanie innych – napisała Małgorzata Tomczak. I jeszcze jeden cytat: Celem ludzi na szlakach migracyjnych i wspierających ich aktywistów nie jest przedstawianie szerokiego obrazu rzeczywistości, niuansów, ambiwalencji i zadawanie trudnych pytań. Migranci chcą przetrwać podróż i dotrzeć do celu. Aktywiści chcą im w tym pomóc, a ich rolą w szerszej perspektywie jest też rzecznictwo, kształtowanie postaw, „tworzenie zmiany”. Środkiem do tych celów jest zbieranie poparcia i fund-raising, który w branży humanitarnej często opiera się na dramatycznych obrazach i wywoływaniu silnych emocji. – pisze dziennikarka.

Dobrze się stało, że o swoich manipulacjach informuje jedna z tych osób,  która do tej pory kłamała, czy manipulowała, ale koniecznie warto zauważyć, że przyznaje się do winy i zmienia tak radykalnie zdanie dopiero teraz, ponad miesiąc po wyborach, w których przecież bardzo ważną rolę odgrywały zagadnienia dotyczące  kryzysu migracyjnego w Europie, w Polsce i oczywiście na granicy polsko -białoruskiej. Teraz okazało się, że media mainstraamowe, tak bardzo przeciwne rządowi Zjednoczonej Prawicy, tworzyły przez ponad dwa lata  własny obraz sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, który całkowicie odbiegał od rzeczywistości. W ich przekazie nie dochodziło do błędów redaktorskich  To nie były pomyłki, które są naturalną częścią życia dziennikarskiego. To było kreowanie wydarzeń, zmyślanie faktów, opisywanie nieistniejących ludzi i ich dramatów, które nie miały miejsca, a także przeinaczanie tego, co działo się w rzeczywistości. Co więcej, celowo przemilczano fakty, które mogłyby podważać ich narrację. Mamy więc do czynienia z całkowitym zaprzeczeniem rzetelności i uczciwości dziennikarskiej.

Kolejny ważny fragment artykułu: Aktywistów pracujących na granicy i piszących o niej dziennikarzy łączy poczucie przynależności do szeroko rozumianej bańki lewicowo-liberalnej, chęć przeciwstawienia się narracji rządu i prawicowych mediów czy postrzeganie siebie jako osoby wrażliwej, otwartej i „chcącej zrobić coś dobrego”. Chcemy jak najbardziej odróżnić się od brunatnej TVP, zająć słuszne miejsce w pojedynku dobra i zła. Pisząc o granicy, spotykamy się z aktywistami, śpimy w ich domach, chodzimy na interwencje i siłą rzeczy zacieśniamy koleżeńskie relacje.(…) Mnie te miękkie mechanizmy wpływu pokonały. Przez dwa lata słuchania, czym jest „etyczne dziennikarstwo”, czytania przeróżnych „ściąg dla dziennikarzy – jak pisać mądrze” i dziesiątkach mniej lub bardziej subtelnych sugestii, co napisać „trzeba”; „czego nie wolno”; lub „o czym będzie można mówić dopiero, jak się wszystko skończy”, dokonywałam różnych mikrowyborów, które sprawiły, że dziś uważam swoje teksty za w dużej mierze nieprawdziwe – napisała Małgorzata Tomczyk.

W jaki sposób opisywano sytuację na granicy polsko – białoruskiej ? Skupiano się np. na przedstawieniu historii rodzin, kobiet i dzieci, których – jak teraz przyznała publicystka Gazety Wyborczej – tam prawie nie było. Marginalizowano przy tym obecność samotnych mężczyzn w sile wieku. Celowo pomijano fakt, że migranci dostawali się na granicę po zapłaceniu astronomicznych sum pieniędzy – co wskazywałoby, że są to osoby zamożne, a nie słabe, chore, poszkodowane w wyniku wojen i konfliktów. Nawet ta „Gazeta Wyborcza” piórem swojej publicystki przyznała, że to media prawicowe opisywały wydarzenia na granicy bliżej prawdy, bo świadczy o tym statystyka. Migranci w przeważającej liczbie pochodzą z krajów, które nie są zagrożone wojną. Kobiety i dzieci pojawiają się na granicy wyjątkowo rzadko. Tymczasem wbrew tym faktom przeciwną narrację cementują dwie duże publikacje –  książka Mikołaja Grynberga „Jezus umarł w Polsce”  i jeszcze bardziej film Agnieszki Holland  „Zielona Granica” – przyznała to sama publicystka Wyborczej.

A przecież tytuły te funkcjonują w debacie publicznej jako niemal dokumentalne zapisy sytuacji na granicy, a w rzeczywistości ukazują tylko jej niewielki, przefiltrowany odcinek i unikają zadawania prawdziwych pytań. Skali kłamstw dopełnia informacja o wymyślaniu historii osób, które miały być poszkodowane w wyniku działań naszych żołnierzy czy funkcjonariuszy Straży Granicznej. W grudniu 2021 roku cała Polska żyła historią 4-letniej dziewczynki o imieniu Eileen z Iraku, której rodzice zostali wypchnięci z powrotem na Białoruś przez polskie służby graniczne, a ona sama miała się błąkać w lesie na granicy. W jej poszukiwania zaangażowały się służby państwowe, interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. To po takiej jak ta historii posłowie Platformy Obywatelskiej czy Lewicy krzyczeli z trybuny sejmowej w stronę funkcjonariuszy Straży Granicznej słowo „mordercy”, a wtórowali im celebryci znani z ekranów mainstreamowych telewizji. Dzisiaj dowiadujemy się, że cała ta historia była zmyślona, że w ogóle nie istniała taka dziewczynka. Nie wiemy o żadnym udokumentowanym przypadku śmierci dziecka na polskiej granicy – zaznaczyła publicystka Wyborczej. Czy ktoś powie dzisiaj chociaż „przepraszam” oszukanym czytelnikom  czy wyborcom, którzy w odruchu serca utożsamiali się z tymi, którzy opisywali sytuację na naszej granicy jako pasmo udręki biednych uchodźców z krajów, gdzie są prześladowani, których jak się teraz okazuje  – tam  faktycznie prawie nie ma. Ci ludzie nierzadko w geście solidarności zagłosowali na ugrupowania, które np. potępiały działania Straży Granicznej, choć są one jedynym racjonalnym działaniem w obecnej sytuacji na granicy. Zamiast uchodźców z Syrii czy Jordanii  na granicę trafiają raczej bogaci uciekinierzy z Iraku, Albanii a nawet Turcji, którzy chcą się przedostać na Zachód. Wiedzą, że nie mają prawie żadnych szans składając legalnie wnioski o azyl polityczny, bo w ich krajach praktycznie nic im nie grozi. Za wszelką cenę wspomagani przez  państwo białoruskie czy Rosję forsują od dwóch lat naszą granicę nielegalnie, Ale tego nie chciały napisać żadne lewicowe czy liberalne media, łącznie z Wyborczą, która kreowała tę fałszywą narrację podkreślam ponad dwa lata.

Publicystka , której pozwolono to teraz opisać przyznaje także wprost że przez dwa lata była obiektem nacisków, gdy pisała o imigrantach na granicy polsko-białoruskiej. Były prośby o pominięcie pewnych faktów i delikatne dodanie innych, zasugerowanie czegoś, by polepszyć wymowę tekstu: Czy nie mogłabym wyciąć zdania, że migrant był zamożny i zapłacił 12 tysięcy euro za podróż?  Ta właśnie dziennikarka oceniła również, że obraz wykreowany przez Agnieszkę Holland w filmie „Zielona granica” ma niewiele wspólnego z prawdą. To ważne, bo przecież ten film był  i jest nadal szeroko  promowany za granicą, był nawet nagrodzony na tegorocznym festiwalu w Watykanie  i nie przypominam sobie by ktokolwiek np. polski ambasador w Watykanie  zaprotestował publicznie przeciwko kreowaniu tak fałszywego obrazu sytuacji na polsko – białoruskiej granicy. Jest to złamanie wszelkich zasad etyki dziennikarskiej i dziennikarskiego profesjonalizmu.  System medialny jest kluczowy dla budowania bezpieczeństwa państwa. Nie mieliśmy do czynienia z jednostkowymi przypadkami, ale całym przemysłem produkowania nieprawdziwych informacji, które uderzały w dobre imię Polski oraz naszych służb. Tej sprawy nie można więc zostawić. Zadaniem odpowiednich służb jest prześledzenie tego jak te informacje się rozchodziły, na jaką skalę itp. Należy też podjąć próbę ich realnego sprostowania – zwłaszcza poza granicami Polski. Będzie to bardzo trudne zadanie, ale trzeba próbować je podjąć. Z szacunku dla Prawdy o faktach które miały miejsce i mają nadal na naszej wschodniej granicy. A swoją drogą co na to  środowisko dziennikarskie, czy naprawdę uważamy: „Polacy, nic się nie stało”?

Linki źródłowe :

GW

BIP

Powrót głowonogów zapowiada CEZARY KRYSZTOPA: Ośmiorniczki i ośmiornice

Wkurzyła Was agresja posła Platformy Jakuba Rutnickiego wobec posła Jacka Ozdoby? Słusznie, mnie również. Być może jeszcze bardziej wkurzyła mnie żenująca bezradność, przyjmijmy tę łaskawą dla niego wersję, Marszałka Hołowni, który zapowiadał podniesienie sejmowych standardów, a wobec ewidentnego fizycznego ataku na posła (poseł Jakub Rutnicki wyrwał posłowi Jackowi Ozdobie wydruk zdjęcia z Tuskiem i Putinem na molo w Spocie, zmiął i szarpiąc za marynarkę wetknął za pazuchę, co widać na licznych nagraniach) był w stanie tylko wystękać wysokim głosem, że „nie widział szarpania posła, widział tylko gniecenie zdjęcia”. Przy czym wszystko się działo przed jego nosem. Może powinien obejrzeć nagrania?

Oczywiście, że również w niemałą konfuzję wprawia mnie grupa rekonstrukcyjna „Sowa i Przyjaciele” w planowanym rządzie Donald Tuska. Pośród nazwisk rozpatrywanych w kontekście objęcia ministerstw, szokuje obecność Radosława Sikorskiego, negatywnego bohatera serialu „Reset”, tego samego, który zapraszał Rosję do NATO.

Grupa rekonstrukcyjna

Na nagraniach z „Sowy i Przyjaciół” mówił o „robieniu ‘łaski’ Amerykanom, „zrzucaniu z końca członka” i wywołał międzynarodowy skandal oskarżając publicznie Amerykanów o wysadzenie Nord Stream. Szokuje również obecność Bartłomieja Sienkiewicza, który wg. bohaterów nagrań miał zlecić podpalenie budki pod ambasadą Rosji, żeby można było kłamliwym oskarżeniem uderzyć w uczestników Marszu Niepodległości, uzgadniać warunki niedozwolonego wsparcia NBP Marka Belki dla rządu Donalda Tuska, czy symbolicznie określić instytucje państwa rządzonego przez „najpotężniejszego człowieka w Europie” jako – ch., d. i kamieni kupa. Długo by wymieniać, oczywiście to wszystko wyprowadza mnie z równowagi.

Dług Tuska

Ale wiecie co? To właśnie po to jest żeby mnie wyprowadzać z równowagi. Przecież to jest metoda, którą Tusk z pomocą swoich magików od PR stosował już lata temu. Wtedy miał od tego np. Palikota. Dać gawiedzi emocjonalny żer, prowokować, odwracać uwagę. A w tle… mafie vatowskie, mafie paliwowe, dekonstrukcja tarczy antyrakietowej i lizanie się po kątach z Putinem. Myślicie, że tym razem jest inaczej?

Donald Tusk ma swoich panów i prawdopodobnie dług wobec nich. Nie wiem czym ten dług będzie spłacał, ale czymś będzie musiał. Być może jakąś wskazówką jest to w jaki sposób sejmowa większość podejmując próbę (!) nałożenia na Orlen gargantuicznego haraczu, spowodowała katastrofę jego giełdowych notowań. Kto wie, może Orlen ma w przyszłości czekać los LOTu, który odpowiednio oskubany, miał być sprzedany? A może istotniejsza okaże się fala propagandy jaką rozpętano przeciwko CPK, który ma spowodować znaczący wzrost konkurencyjności Polski, ogromne dochody do budżetu, ale „niestety” dla siebie, jest także konkurencyjny wobec niemieckich planów? Zapowiadane nowe „konsultacje społeczne” ws. tak nielubianych przez duszonych przez własne marzenia od energii z ze słoneczka i wiatraczków Niemców, elektrowni jądrowych? Szczególnie istotne wobec narastającego zagrożenia ze wschodu, sygnały ws. „konieczności budowy mniejszej armii”? Nie wiem. Ale wiem, że prawdopodobnie nadchodzący czas będzie czasem destrukcji i zdrady polskich interesów.

Małpa w Sejmie

I nie namawiam do tego żeby nie zwracać uwagi na małpę w Sejmie, która pod „nieobecność” Marszałka Sejmu, rzuca sobie kupą naruszając immunitet posłów. To oczywiście oburzające i również jest symbolem tego z kim mamy do czynienia. Ale apeluję, błagam wręcz, żeby widzieć więcej. Nie poprzestawać na oglądaniu kotar rozwieszonych przez inżynierów manipulacji, ale za te kotary zaglądać.

Bo sytuacja naprawdę jest krytyczna i bez powszechnej świadomości prawdziwych zagrożeń, jak mawiał mój ś.p. Tata „już powieźli Kościuszkiego”.

WALTER ALTERMANN: Primo voto, advocatus diaboli i znany mistrz języka francuskiego

Ostatnio w Polsacie można było usłyszeć, jak ktoś z dyskutantów, brał w obronę sprawę uznaną przez pozostałych uczestników za niezałatwioną przez rząd. Wtedy to dyskutant powiedział: „Muszę być adwokatem tego diabła”. Po czym zaczął wykręcać kota ogonem, twierdząc, że niezałatwienie tej sprawy przez rząd jest kłamstwem, bo rząd wszystko załatwił bardzo dobrze. Mamy więc grube niezrozumienie zwrotu „adwokat diabła”. Zanim sprawę wyjaśnię, muszę powiedzieć, że nieznany jest językowi polskiemu zwrot „adwokat tego diabła”. Jeżeli już powołujemy się na cytaty kulturowe, to bardzo proszę robić to rzetelnie, bez własnych ozdóbek i dodatków, jak „tego”.

Adwokat diabła to łacińskie „advocatus diaboli”. Jest to ktoś broniący sprawy niesłusznej lub taki, który atakując dobrą sprawę, przyczynia się do lepszej orientacji w dyskutowanych kwestiach. Tu zauważę, że w procesach kanonicznych, mających ustalić, czy ktoś nadaje się na ołtarze – jako błogosławiony, czy święty – powołuje się do dzisiaj właśnie adwokata diabła, który ma za zadanie podważać zasługi kandydata, wątpić w prawdę świadków. A wszystko po to, żeby potem już nikt podobnych zarzutów świętemu, lub błogosławionemu nie stawiał. Dzisiaj jednak, w potocznej polszczyźnie adwokat diabła znaczy tyle, co obrońca złej sprawy.

Primo voto

Naród nasz staje się coraz bardziej wykształcony, bo w dużych miastach mamy już prawie 30 procent ludzi wykształconych. Co prawda, do wyższego wykształcenia zalicza się również licencjaty, ale jednak wykształconych przybywa. Przy czym nikt nie notuje na jakim poziomie są ci wykształceni.

W związku z tym coraz więcej osób zaczyna używać obcych zwrotów i polskich archaizmów, chcąc dać potwierdzenie, że sroce spod ogona nie wypadli. Ostatnio znalazłem tego przykład w internecie, gdzie pewien wykształcony jegomość, bo zaznaczył, że jest adwokatem, pisząc o swojej rodzinie przedstawił też córkę. Córka jest widać zamężna, bo ma inne niż ojciec nazwisko, ale adwokat zaznacza, że jej primo voto to nazwisko jego, czyli ojca. I mamy kłopot kulturowy, bo zwyczajowo utarło się, że piszemy o kobiecie tak:

de domo, z domu lub nazwisko panieńskie. W XIX wieku de domo pisali często rodowi hrabiowie i książęta, ale najczęściej dziewiętnastowieczni burżuazyjni  dorobkiewicze.

primo voto – określało nazwisko kobiety po pierwszym mężu, czyli wdowy, która ponownie wyszła za mąż. Bo rozwodów dawniej tak wiele nie było. Bywało też, że pisało się – po pierwszym mężu.

secundo voto, tertio voto – tak pisało się o zacnych matronach, które pochowały co najmniej jednego, dwóch, lub więcej mężów.

Takie był obyczaje w XIX wieku. Potem ten zwyczaj ułacinniania zanikł, bo był anachrpniczny. I nie ma powodu, żeby ten archaizm wskrzeszać, nawet, jeśli jest się adwokatem.

Z czego słynął Napoleon

Pan Tomasz Tomaszewski, sprawozdawca meczu tenisowego postanowił błysnąć znajomością  historii, więc powiedział o rosyjskim tenisiście Danile Miedwiediewie: „Świetnie włada językiem Napoleona”.

I wyszło nie bardzo dobrze, bo Napoleon nigdy nie nauczył się poprawnej wymowy jezyka francuskiego. A nawet musiał się go uczyć, bo ten cesarz Francuzów urodzony na Korsyce, dobrze znał język włoski – język ojca i matki. Znał też doskonale miejscowy język korsykański, a biografowie podkreślają, że nigdy nie pozbył się korsykańskiego akcentu.

Gdyby sprawozdawca chciał błysnąć, powinien powiedzieć, że Miedwiediew doskonale mówi językiem Prousta, Racine’a, Moliera a nawet Balzaka. A już najlepiej byłoby nie nurzać się w niepewnych odmętach metafor i powiedzieć, że Miedwiediew świetnie mówi po francusku. Ale pan Tomaszewski kultywuje starą szkołę „sprawozdawczości wyższego typu” i kocha mroczną poezję sprawozdawczości. Szkoda, bo na tenisie, mimo wszystko, się zna.

 Aktywiści językowo też groźni

„Remont poznańskiego rynku był bardzo przedrożony” – oświadczyła młoda aktywistka miejska z Poznania, w programie TVP Info, 25 XI 2023 r. Przy wypowiadaniu tego nowatorskiego zdania, aktywistka była bardzo pobudzona.

Zasmuciła mnie ta młoda, aktywna kobieta, bo chcąc zwrócić uwagę na przedłużający się remont poznańskiej starówki, co powoduje spory wzrost kosztów oraz utrudnienia dla mieszkańców,  posunęła się do ostrego ekstremizmy językowego. Bo nie ma w naszym języku czegoś takiego jak „przedrożony”, i nie będzie, bo to potworek językowy.

Co do aktywistów – nie mam o nich dobrego zdania. Są zbyt często szaleni w swoich akcjach i nie widzą świata poza własnymi ideami. Tu powiem, że bardzo interesujące rzeczy dzieją się w sprawie aktywistów w Niemczech. Dotychczas w Berlinie wydano już 550 wyroków sądowych na niekorzyść aktywistów klimatycznych z grupy „Ostatnie Pokolenie”. I jak przekazał portal niemieckiego dziennika „Welt”, nie zapadł ani jeden wyrok uniewinniający.

A w Bawarii, na zlecenie bawarskiego Urzędu Kryminalnego (LKA) oraz prokuratury w Monachium, w Niemczech przeprowadzono obławę na członków organizacji „Last Generation”. Siedmiu działaczom zarzuca się założenie bądź wspieranie organizacji przestępczej. Od miesięcy ta grupa prowadzi kontrowersyjne akcje protestacyjne w Niemczech i innych krajach Europy – przykleja się do ulic w celu zablokowania ruchu czy oblewa dzieła sztuki w galeriach płynnymi substancjami. Swoimi protestami aktywiści chcą zmusić rząd do bardziej zdecydowanej polityki klimatycznej.

Z tego co wiem, aktywistka z Poznania nie ma na sumieniu podobnych akcji, ale już niszczenie języka polskiego, może być karane. I mówi o tym odpowiednia ustawa. Nie mówię, że dużo, ale za „przedrożenie” powinna dostać jakieś dwa miesiące aresztu. O chlebie i wodzie.

 

 

O sukcesie prawicy w Holandii pisze KRZYSZTOF M. ZAŁUSKI: Wilders i Timmermans – między stereotypami a rzeczywistością

Wybory parlamentarne w Królestwie Niderlandów wygrał Geert Wilders. Jego narodowa Partia Wolności (PVV) zdobyła 35 mandatów w stupięćdziesięciomiejscowym parlamencie. Frans Timmermans, stojący na czele koalicji komunistów, socjalistów i zielonych musi się zadowolić wprowadzeniem do izby niższej Stanów Generalnych jedynie dwudziestu sześciu deputowanych. Były Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej całą winę za porażkę lewicy zrzuca na media i zapowiada, że będzie bronił demokracji… do końca.

Narodowa Partia Wolności Geerta Wildersa program ma dosyć prosty. Opowiada się za restrykcyjną polityką imigracyjną, szczególnie w stosunku do uchodźców z państw muzułmańskich. Stoi na stanowisku, że islam jest największym zagrożeniem dla narodowych wartości i rodzimej kultury Niderlandów. Domaga się zakazu noszenia burek oraz likwidacji meczetów. Jednocześnie chce wzmocnienia suwerenności narodowej. Ponad to krytykuje działania Unii Europejskiej i zachęca Holendrów do wyjścia z jej struktur – przynajmniej jeszcze do nie dawna Wilders domagał się „Nexitu” i przywrócenia kontroli na granicach państwa.

W sferze polityki gospodarczej PVV zapowiada obniżenie podatków oraz redukcję rządowych subwencji – z wyjątkiem funduszy na opiekę zdrowotną i emerytury. Popiera za to protekcjonizm, mający ochronić niderlandzkie przedsiębiorstwa i ich pracowników. W kwestiach bezpieczeństwa narodowcy kładą nacisk na zaostrzenie przepisów karnych, szczególnie za najcięższe przestępstwa. Postulują też wzmocnienie sił policyjnych i wojska.

Mniej oczywiste są natomiast plany Partii Wolności, jeżeli chodzi o ochronę środowiska i bezpieczeństwo energetyczne. Pierwotnie PVV wyrażała sceptycyzm wobec polityki klimatycznej UE i promowała energię jądrową, ale na krótko przed wyborami jej przewodniczący złagodził nieco swoje stanowisko. Zresztą nie tylko w tej kwestii.

Do niedawna Wilders uważał, że opuszczenie UE pozwoliłoby Holendrom odzyskanie pełnej kontroli nad własnymi granicami, polityką gospodarczą i stanowieniem prawa. Ostro sprzeciwiał się także koncepcji federalizmu europejskiego, jako poczynaniom zagrażającym narodowej tożsamości i pełnej niezależności państwa. Broni także niezmiennie tradycyjnych wartości i praw rodziny. Wyraża też zdecydowany sprzeciw wobec „politycznej poprawności” i „zbytniej” tolerancji.

Jednym słowem, w programie narodowej Partii Wolności można znaleźć wszystko to, czym brzydzą się marksiści, trockiści, maoiści i cała reszta unijnych „reformatorów”. Nic więc dziwnego, że zwycięstwo Wildersa, wywołało wśród polityków lewicy panikę.

Lewacy, islamiści i biznes

W stolicy Królestwa Niderlandów, wkrótce po ogłoszeniu wyników wyborczych doszło do „spontanicznych” manifestacji. Na centralny plac Dam wyszli lewacy i wyznawcy islamu. Łącznie około tysiąca osób, które zapragnęły wyrazić sprzeciw wobec wyborczego triumfu Partii Wolności. Jej przywódcę, Geerta Wildersa okrzyknięto „populistą” i „faszystą” a jego partię – „najgorszym wrogiem demokracji”. Skandowano także hasła przeciwko „faszyzmowi, islamofobii, rasizmowi i nienawiści wobec osób queer”.

Przy okazji oberwało się Izraelowi. Demonstranci wznosili antysemickie okrzyki i żądali odbudowy wolnej Palestyny. Podobne korowody, ale o wiele mniej liczne, odbyły się też w Utrechcie, Lejdzie i innych częściach Niderlandów. Również tam pojawiały się transparenty z napisem: „From the river to the sea, Palestine will be free”, uznawane do niedawna przez lewicowych proroków za rasistowskie.

Dziennikarze liberalnego mainstreamu, relacjonując zajścia, skupiali się jednak głównie na stanie niderlandzkiej demokracji. I oczywiście na śmiertelnym dla niej zagrożeniu, które chce zafundować „naiwnym” Holenderkom i Holendrom populistyczno-prawicowa ekipa Wildersa. Tylko nieliczni zauważyli głębokie podziały społeczne i polityczne, do jakich doprowadziły trzynastoletnie rządy Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji i stojącego na jej czele, Marka Ruttego. Natomiast o tym, że demokracja to nie tylko wybory i ich wyniki, ale także to, co dzieje się później – czyli przede wszystkim dialog, debata a czasem nawet spory pomiędzy politykami a społeczeństwem, wspomniał jedynie „De Telegraaf” – największy dziennik w Niderlandach.

Wynik wyborów parlamentarnych mocno zaskoczył również część holenderskiego biznesu. Zwłaszcza branżę technologiczną. Poważne obawy o swoją przyszłość wyraził m.in. zarząd ASML Holding NV. Koncern, będący niderlandzkim potentatem w produkcji maszyn do wytwarzania chipów, obawia się, że antyimigranckie stanowisko Partii Wolności, zablokuje napływ cudzoziemskich, wysoko wyspecjalizowanych pracowników.

Rzeczniczka ASML wyraziła opinię, że po obniżeniu świadczeń społecznych dla zagranicznych pracobiorców, które wprowadzono już miesiąc temu, ewentualne rządy PVV doprowadzą Niderlandy do izolacji, a w dalszej perspektywie, do spadku konkurencyjności krajowej gospodarki.

Zagadkowa gra z Putinem

Najbardziej zwycięstwem Geerta Wildersa był jednak zaskoczony Frans Timmermans, do niedawna wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej.

Pod koniec sierpnia Timmermans postanowił wrócić do polityki krajowej. Chciał, podobnie jak Donald Tusk, „ratować swoją ojczyznę przed upadkiem demokracji”. Tuskowi się udało, Timmermansowi Holendrzy nie dali się nabrać.

Może dlatego, że mieli w pamięci jego dokonania… Zwłaszcza te w zakresie tzw. Europejskiego Zielonego Ładu i programu „Fit for 55”, których był głównym architektem. Być może przypomniały im się też jego zagadkowe relacje z Rosją – to, że jeszcze pod koniec roku 2021, nie dostrzegał faktu, iż Gazprom próbuje manipulować gazowym rynkiem Unii. Albo te jeszcze starsze historie z marca 2014 roku, kiedy po aneksji Krymu, Timmermans jako ówczesny minister spraw zagranicznych Królestwa Niderlandów, ogłosił, że „handel między Holandią a Rosją będzie kontynuowany jak zwykle”. A może oczy otworzyło im proroctwo z końca maja zeszłego roku, w którym Timmermans przewidywał, że „jest bardzo mało prawdopodobne, że Rosja zakręci kurek z gazem takim krajom jak Holandia, Niemcy czy Włochy. Kreml woli trzymać ‘dużych chłopców’ po swojej stronie, ponieważ to jedyne źródło dochodu, jakie mu pozostało”. W tym samym wywiadzie, emitowanym w niderlandzkiej telewizji publicznej NPO1, polityk stwierdził ponadto, że Putin „bardzo się boi” i dlatego „wywiera presję w szczególności na małych klientów”.

Co najdziwniejsze, wszystkie te absurdy Timmermans wygadywał pomimo, że doskonale znał Rosję i jej przywódcę, bo… w latach 90. mieszkał w Moskwie. I właśnie ten fakt rodzi pytanie, czy byłemu Wiceprzewodniczącemu Komisji Europejskiej brak kompletnie politycznych kompetencji, czy prowadzi z Władimirem Putinem jakąś grę i świadomie okłamuje opinię publiczną?

Frans Timmermans, jako wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, odegrał również kluczową rolę w zainicjowaniu postępowania przeciwko Polsce. Zainspirowany przez eurodeputowanych Koalicji Obywatelskiej i Lewicy procedurę karającą Polaków za rzekome „naruszenia zasad praworządności”. Procedura ta została uruchomiona w grudniu 2017 roku, w odpowiedzi na reformy sądownictwa wprowadzane przez polski rząd. Decyzję o uruchomieniu kar, zgodnie z art. 7. Traktatu o Unii Europejskiej, KE podjęła mimo zastrzeżeń ze strony niektórych urzędników UE, w tym ówczesnego Przewodniczącego Komisji, Jeana-Claude’a Junckera. Juncker wyraził wówczas zastrzeżenia co do skuteczności tego kroku, jednak ostatecznie władze unijne zdecydowały się na takie rozwiązanie.

Kary, którymi Polska została wówczas obłożona – zwłaszcza po tym, jak ostatnio Andrzej Morozowski przyznał w TVN24, że rząd Mateusza Morawieckiego „nie łamał dosłownie konstytucyjnych zapisów” – teraz budzą jeszcze większe wątpliwości, co do politycznych kompetencji Fransa Timmermansa niż sześć lat temu.

Timmermans nie umie przegrywać

Rankiem 23 listopada, zaraz po ogłoszeniu wyników, lider holenderskiej lewicy wystąpił przed kamerami telewizji publicznej NPO1. Był wyraźnie zdenerwowany, co nie umknęło politycznym komentatorom. Wouter de Winther z dziennika „De Telegraaf” nazwał go w chwilę później „zgorzkniałym człowiekiem, który nie potrafi znieść porażki”.

Timmermans znalazł oczywiście winnych swojej klęski. Są nimi media… Zdaniem polityka dziennikarze podczas kampanii wyborczej zbyt mało wypytywali Wildersa o jego program wyborczy, w którym ten nacjonalista „wyklucza miliony Holendrów”. Początkowo socjaldemokrata był ostrożny w słowach, ale kiedy reporterzy zaczęli pytać go o Wildersa, Timmermans wybuchnął: „Dlaczego pytacie o to mnie? Dlaczego nigdy jego nie zapytaliście go, jak wygląda program PVV?!”

Timmermans nie wierzy w uczciwość Geerta Wildersa. Stonowane wypowiedzi przywódcy prawicy i deklaracje, że chce być premierem wszystkich Holendrów, przywódca lewicy skwitował stwierdzeniem: „Wilders ani na jotę nie odchodzi od programu PVV, który między innymi opowiada się za zakazem meczetów i Koranu”.

Również następnego dnia przed kamerą „De Telegraaf”, Timmermans był wyraźnie pobudzony. „Nie udało mi się przekonać wystarczającej liczby wyborców”, przyznał. Ale gdy reporter zapytał, dlaczego tak się stało, ponownie zaatakował media. „Macie tych swoich profesjonalnych komentatorów, którzy wieczór po wieczorze wyjaśniają, jak to jest. Oni na pewno będą to kontynuować, a ja posłucham, co ci mądrzy ludzie mają do powiedzenia”. Zaraz po wypowiedzeniu tej kwestii wyszedł ze studia.

Wouter de Winther rejteradę Timmermansa uznał za mało profesjonalne zachowanie.

„Przyjechał, aby ratować nasz kraj przed Brukselą. To właśnie obiecał Holendrom, zwłaszcza lewicowym wyborcom. Jego misja zakończyła się jednak niepowodzeniem. Dzięki łasce Bożej ma jeszcze szansę rządzić, jeśli PVV nie uda się zbudować koalicji. Ale teraz najwyraźniej ma problem z zaakceptowaniem swojej klęski” – powiedział Winther.

W opinii dziennikarza, ​​Timmermans powinien przyznać się do porażki i iść dalej. „Reklamował się jako swego rodzaju zbawiciel. Myślał, że wystarczy pójść do urny… i ogłosić się nowym premierem. Holandia chciała czegoś innego. Powinien to przyjąć do wiadomości”.

W PVV są też porządni ludzie

Również Kamran Ullah, redaktor naczelny „De Telegraaf”, zwrócił uwagę na fakt, że niderlandzcy przywódcy polityczni, zwłaszcza ci, którzy stoją w opozycji do PVV, podsycają polaryzację społeczeństwa, a tym samym stają się winni „tego, o co oskarżają Wildersa”. „Robią to kłamiąc, że uchodźcy są deportowani z kraju, i że dla dzieci ze środowisk imigranckich nie mają przyszłości. To oczywiście nie jest prawdą.”

Jego zdaniem ​​politycy powinni pogratulować Geertowi Wildersowi zwycięstwa i zrobić wszystko, aby zapobiec dalszym podziałom społeczeństwa. Ullah krytycznie odniósł się też do osób oprotestowujących wyniki wyborów.

„Rodzą się silne emocje” – stwierdził. – „I jest to w pewnym stopniu zrozumiałe, zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre elementy manifestu wyborczego PVV i oświadczenia Wildersa, wygłaszane wcześniej. Ale widać, że napięcie jest również w szeregach polityków, którzy w wieczór wyborczy nie złożyli Wildersowi gratulacji… Zadaniem przywódców politycznych, nauczycieli i mediów jest obecnie wyjaśnienie ludziom pobudek Wildersa i tego, co powiedział w ostatnich tygodniach… Oczywiście Wilders musi pokazać, że chce być premierem wszystkich Holendrów. Musimy też wyjaśnić ludziom, że żyjemy w społeczeństwie demokratycznym, w którym naprawdę trzeba szanować wynik wyborów”.

Kamran Ullah, który sam jest potomkiem imigrantów, przestrzegł przed odrzuceniem prawie dwóch milionów wyborców PVV „jako bandy rasistów”. „Wyborcy, którzy głosowali na Partię Wolności, to ludzie z różnych środowisk. Ludzie, którzy w przeszłości głosowali na Partię Socjalistyczną, Partię Pracy, Partię Ludową na rzecz Wolności i Demokracji, a czasem nawet na Demokratów 66. To są bardzo porządni ludzie, którzy mają dość całej tej hecy i tracą zaufanie do polityki. Dlatego teraz głosują na Wildersa.”

Zdaniem naczelnego „De Telegraaf”, ostra krytyka islamu płynąca ze strony Wildersa była istotna tylko dla niektórych wyborców, ale nie stanowiła czynnika kluczowego dla większości. Ta część elektoratu uwierzyła, że lider PVV rzeczywiście zrezygnuje z wykluczenia społecznego muzułmanów.  Jeśli tak się stanie, możemy mieć nadzieję, że wszystko się ułoży”.

Holendrzy zaufali PVV

Powyborczym przemówieniem Fransa Timmermansa był również zaniepokojony prof. Afshin Ellian. Ten urodzony w Iranie prawnik, filozof i krytyk islamu politycznego wskazał na fragment, w którym lider koalicji komunistów, socjalistów i zielonych chce rzekomo bronić demokracji.

„Uważam, że to przemówienie było bardzo nierozsądne i trochę niespotykane… Timmermans zachował się wczoraj jak zawodowy prześladowca. Powiedział: ‘będziemy bronić demokracji’. Ale zdecydowana większość wyborców wybrała Wildersa. Mamy konstytucję, sądownictwo, media. Uważam, że to co zrobił Timmermans, to bardzo niebezpieczne podżeganie.”

Również autor książki „Vaste Grond”, Marcelo Mooren wytknął socjaliście, że nie powinien tak gwałtownie reagować na zwycięstwo konkurenta. Jego zdaniem Timmermans niepotrzebnie chce walczyć bezpośrednio z Wildersem, zamiast zająć się problemami, które wyniosły lidera narodowców tak wysoko. Mooren porównał strategię socjalisty do walki z komunizmem.

„Można walczyć z komunistami, ale ważniejsza jest walka z biedą, która stworzyła komunizm. To samo dotyczy tej formy populizmu” – powiedział. – „I to jest oczywiste, ale wciąż są partie, które chowają głowę w piasek i nie chcą żadnych rozwiązań. Teraz jest najważniejsze to, co zrobimy. Kto będzie premierem, a kto znajdzie się w opozycji? Jeśli popełnimy błąd, Wilders za cztery lata będzie miał pięćdziesiąt mandatów.

I trudno odmówić racji wszystkim przywołanym ekspertom. Tolerancyjna, bezpieczna i przyjazna dla wszystkich Holandia odchodzi do historii, a jej mieszkańcy są zmęczeni permanentnymi politycznymi awanturami. Ponad 50 proc. mieszkańców nie ufa już politycznym elitom, a 60 proc. uważa, że krajem rządzą darmozjady, których jedynym celem jest władza. Tym czasem 80 proc. społeczeństwa najbardziej obawia się imigrantów. Wildersowi udało się odczytać te lęki. I to już dwadzieścia lat temu. Dlatego właśnie Holendrzy mu zaufali.

A jednak do liberalno-lewicowego establishmentu nadal nic nie dotarło. Niemiecka stacja ZDF i dziennik „Tagesspiegel”, Geerta Wildersa tradycyjnie nazywają „prawicowym populistą”. Z kolei francuski dziennik „Le Monde” charakteryzuje PVV jako „partię skrajnie prawicową i antyislamską”. W wyobrażeniu Thomasa Kirchnera z „Süddeutsche Zeitung” Wilders to „jeden z najbardziej nieprzejednanych krytyków islamu w Europie” i „uparty nacjonalista, który pcha Holandię do wyjścia z Unii Europejskiej i NATO”. Kirchner zwraca również uwagę na deklarowane przez Wildersa „ksenofobiczne postulaty”, w tym „dążenie do natychmiastowego ograniczenia liczby osób ubiegających się o azyl do zera”.

Czy zatem Królestwo Niderlandów, kraj do tej pory głęboko zakotwiczony w strukturach UE i NATO, postrzegany jako jeden z najbardziej zagorzałych przeciwników putinowskiej Rosji, zmieni teraz kurs o 180 stopni? Czy nowy prawicowy gabinet z udziałem Partii Wolności, który jak wszystko wskazuje jest na najlepszej drodze do objęcia władzy, raczej utrzyma dotychczasowy kierunek? Jak by nie było, należy się spodziewać, że holenderskie wybory wymuszą na unijnych eurokratach zmianę narracji. A Wilders stanie się kierunkowskazem dla obywateli tych państw, które chcą zachować suwerenność i narodową tożsamość.

 

 

„Nie strasz, bo…” przestrzega STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Strachy na Lachy

„Czas rozliczeń coraz bliżej” – straszy Wyborcza. Chłopcy i dziewczynki, rozliczyć to trzeba ale was. Za te wszystkie zdrady i eurostręczycielstwo, za blokowanie pieniędzy tak aby rząd padł a wypromował się nowy, większościowy. Naród przy urnach zgłupiał wprawdzie chwilowo ale wkrótce się ocknie. Europeizacja totalna i tak się nie odbędzie. Chętni mogą pojechać ale indywidualnie, szengenowo na stałe lub chwilowo na przysłowiowe zlewozmywaki lub usługiwanie gastryczne. Jeszcze dobrze za to płacą w Niemczech.

Już niedługo TVP, której prezesem będzie, bo bardzo chce, Tomasz Lis, Kublikowa zastąpi Lewandowską a Olejnik Holecką. Prezesa radia utrwali się u ojca Rydzyka, a prezes brodaty z Telewizji Polskiej zostanie np. pomocnikiem ministra kultury. Na pewno z panem Sienkiewiczem świetnie się dogadają. Burzliwe dzieje Telewizji Polskiej od Jacka Kurskiego po Bartłomieja Sienkiewicza uspokoją się albo i nie. Póki co szeregowi pracownicy nadchodzącymi zmianami w ogóle się nie denerwują.  I tak trzymać.

Przepracowałem w Telewizji Polskiej kilkadziesiąt lat i znam tam sporo ludzi. Jeszcze żyją. W momentach przełomowych (jak przełamuje się prezesa) ocenia się dorobek i wróży z fusów, co dalej będzie. Okazuje się, tak przynajmniej mówią mi starzy koledzy, że jest spoko. Wcale nie ma paniki. Ci z pierwszej linii aktualności i publicystyki oczywiście liczą się z odejściem, ale twierdzą, że mają gdzie pójść. Mediów ci u nas dostatek. Pójdą do Rydzyka albo do Sakiewicza. Nawet to pierwsze rozwiązanie jest chyba lepsze, bo w Toruniu świetnie już przygotowano młode kadry i Telewizja Trwam na pewno nie jest gorsza od pozostałych. Poza tam jednak się spowiadają i być może dlatego kłamczuszków jest mniej.

Szanowny wiekowy drzewostan też może być w strachu. W końcu przez ostatnie osiem lat było dość kolorowo. Teraz jesień. Liście opadły. Świat zrobił się szary. Trzeba zimę przeczekać. Nie znaczy to, aby nic nie robić. Nie zawsze można dobrem zło niweczyć.  Czasem nawet naiwna dobroć wychodzi człowiekowi bokiem. Ale wtedy zwykle krew ruszy w żyłach i wracamy do codziennej rywalizacji, żeby nie powiedzieć walki.

„Nie lękajcie się” – mówił nasz Święty. Z mojego prywatnego, cząstkowego rozeznania wynika, że wcale nie słychać łopotu trzęsących się gaci. Nad morzem, skąd właśnie wróciłem, owszem, słychać łopot, ale białych mew a tak to w ogóle cisza i spokój. Czas oczekiwania. Straszno czasem ale i śmieszno zarazem. Czytając rozsyłane teraz np. przez panią prof. Joannę Senyszyn pisma ogólnoagitacyjne, w których pani naukowiec pisze: „Kochani! Kończy się dziewiąta kadencja Sejmu RP. Za nami osiem lat kaczyzmu, podczas których przeżyliśmy wszystkie możliwe plagi: covid, wojnę na Ukrainie, bezsensowne skłócenie z Unią Europejską, postępującą klerykalizację państwa, zawłaszczenie przez PiS publicznych mediów, rujnowanie demokratycznych instytucji państwa, zaprzepaszczenie szansy na przyspieszenie rozwoju społeczno-gospodarczego dzięki unijnym środkom (…)”.  No cóż, kto to zaprzepaszczał, kto podnosił dziarsko łapy do góry przeciwko Polsce. Wystarczy.

Pamiętacie budkę. Została już dawno spalona przez obecnego kandydata na kulturalnego ministra. Jeśli pan Kosiniak pójdzie rzeczywiście w kamasze, to chyba zaryczą lwy, które stoją znowu zastygłe na terenie, gdzie kiedyś było kino Moskwa. Zresztą, kto to wie co będzie? Codziennie jesteśmy zaskakiwani. Zdarza się, że czas płynie wartko i rzeczywiście żyjemy w arcyciekawych czasach. Azjatycki wirus został pokonany. Trudniej z wirusami rodzimymi. Wolnoć Tomku w swoim domku, ale nie po to by go dewastować.  W końcu ktoś naprawdę zareaguje. Problem jak długo przyjdzie na tę reakcję jeszcze czekać. Czasem starzy posłowie wykazują jednak resztki rozumu, a szybko biegnąca do przodu młodzież często nie wie co czyni.

Książeczkę „Rozalka Olaboga” napisała poetka Anna Kamieńska, żona poety seniora Jana Śpiewaka, matka i babcia licznych i sławnych juniorów o tym nazwisku. Przeczytajcie sobie odwetowcy. Sam tytuł już do dzisiejszych czasów pasuje. A co będzie dalej? Tak czy owak strachy na Lachy. Musi to na Rusi a w Polsce ciągle jak kto chce. Jesteśmy liberałami od zawsze i tacy pozostaniemy. Ale nawet sławetne liberum veto miało sens i czasem było potrzebne.

Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?  Ci którzy straszą dochodzeniami niech najpierw zajmą się Amber Goldem, poszukiwaniem zabójców Leppera, Pańki i Petelickiego. Straszenie, że następcy ścigać będą poprzedników to błędne koło. Wkrótce się zorientują, że tak jak z psem, który usiłuje ugryźć się w ogon. Cztery lata szybko miną. Następcy też będą robić podsumowanie.

Czekamy na nowe buźki na małym ekranie. Taka kolej losu idoli. Fajna to praca w telewizji, ale gwarancji nie ma, aby długo ją się cieszyć. Oczywiście są wyjątki. Zresztą wszyscy naraz nie wylecą, bo wówczas trzeba by zamknąć całą budę, a na to już narodu nie zezwoli, bo bardzo lubi gapić się bezczynnie w ekran. Niektórzy nawet  bez telewizji żyć nie mogą – wszystko jedno czy łże – czy też nudzi. Choroba telewizyjna to epidemia permanentna. Doprowadza do zwiotczenia mięśni i zaniku rozumu. Tylko wymogi pęcherza i konieczność ruszenia się z fotela człowieka takiego ratuje.

Nad morzem lata potworne ptaszysko. Czarne i ponure. Nazywa się kormoranem. Dziennie zjada 3-4 kilogramy bałtyckich ryb. Połowę tego co połknie prawie natychmiast wydala górą. Reszta czyli żrące odchody niszczą wydmy, lasy na bałtyckich wydmach. Niestety zamiast wytępienia słyszymy naiwne śliczne nawet piosenki o tych ptaszyskach. To co się wabi – np. obywatelską platformą to też co innego brzęczy, a co innego robi.

 

 

PIOTR TURLIŃSKI wraca do źródeł: Egon Erwin Kisch – Klasycy dziennikarstwa

Polecam a właściwie przypominam książkę, będącą antologią najciekawszych tekstów dziennikarskich. Rzecz nosi tytuł „Klasycy dziennikarstwa. Arcydzieła sztuki dziennikarskiej. Wybór i układ Egona Erwina Kischa”. Jest cenna, ale to antologia nie najnowsza, bowiem wydano ją, w roku 1959 r.

„Jest to jedna z tych rzadkich książek, które się smakuje latami, a ona wciąż pełna aromatu jak piwnica wypełniona szlachetnym trunkami” – pisze w wstępie Edmund Osmańczyk. I trudno się z nim nie zgodzić. Dalej Edmund Osmańczyk pisze tak: „Rozczytuję się w Klasykach dziennikarstwa od lat z górą trzydziestu, trzykrotnie tracąc w niespokojnych okresach Kaemmerowskie berlińskie wydanie z 1923 roku i odzyskując je na nowo, oczywiście płacąc coraz wyższą cenę mądrym antykwariuszom, którzy znają wartość tej buntowniczej księgi, spalonej na stosie w 1933 roku.”

Jednym z dziennikarzy, który odwoływał się do dorobku i metody pracy Kischa był Ryszard Kapuściński. W „Szkole z klasą” tak pisał o Kischu: „Pamiętam lekcję polskiego w moim liceum. Nad Warszawą właśnie przeszła burza. Nauczyciel poprosił, żebyśmy o niej napisali. To zadanie rozbudziło we mnie tkwiącą gdzieś w ukryciu ciekawość świata, potrzebę zrozumienia jego mechanizmów. Zacząłem się zastanawiać, skąd ta burza, jak to w ogóle się dzieje, że nagle wybucha, jak przebiegała, jakie były jej konsekwencje dla miasta i jego mieszkańców. Niby proste zadanie, ale to często właśnie tak się zaczyna – wszyscy mamy w sobie ciekawość świata. Czasami mniejszą, czasami większą, zwykle nieuświadomioną – ona przejawia się w naszych rozmowach, naszych kontaktach z innymi ludźmi. Ale dziennikarz to ktoś, kto tę ciekawość postanowił w sobie rozwijać, kto świadomie uczynił z niej swoje narzędzie. Często coś, co się nam przydarzyło, jakaś osobista przygoda, może w nas tę ukrytą ciekawość rozbudzić. Mistrz reportażu Egon Erwin Kisch został wysłany przez swoją redakcję, żeby opisać pożar młyna w Pradze. Zobaczył, że dookoła pogorzeliska jest już mnóstwo dziennikarzy. Pomyślał, że już właściwie nic nowego nie jest w stanie dodać do tego, co napiszą. Zaczął więc pisać o żebrakach, których napotkał wokół pogorzeliska. Opisał ich twarze, ich świat – oni mieszkali w spalonym młynie, który właśnie uległ zniszczeniu. Powstał fascynujący reportaż, a Egon Kisch został reporterem.”

Kim był Kisch?

Urodził się w Pradze w roku 1885, zmarł tamże w 1948. Rodzinnemu miastu poświęcił znaczną część swej twórczości. Pochodził z bogatej praskiej żydowskiej rodziny kupca sukiennego Hermanna Kischa. Naprawdę nazywał się Egon Kisch, a drugie imię Erwin, przyjął jako pseudonim literacki. Znał oczywiście czeski, ale pisał po niemiecku.

Odebrał dobre wykształcenie, studiował na  uniwersytecie praskim, a także na politechnice. Wstąpił jako jednoroczny ochotnik do wojska, ale większą część służby spędził w aresztach żandarmerii. Był naturą niespokojną, niełatwo się podporządkowywał. O czasie spędzony w armii Cesarsko-Królewskiej tak pisał: „Fanatycy wolności, przeciwnicy autorytetów, marzący o równości, pełni nienawiści wobec tchórzy, karierowiczów i militaryzmu, chociaż nie z przekonań politycznych, ani uświadamianych sobie przyczyn społecznych (…) Dali mi wiele ze swojej cennej nienawiści wobec uprzywilejowanego społeczeństwa i szczerze im za to dziękuję”. 

Całe życie Egona Erwina Kischa to jedna wielka awantura. Nie sposób tu opisać skandali, w które się mieszał, które opisywał, i których ciemne tła wywlekał na światło dzienne. Dość powiedzieć, że w okresie międzywojennym zdobył europejską sławę i uznanie swą nieustępliwością, śledzeniem wielkich afer i skandali, bezwzględnością wobec zakłamania możnych tego świata. Tego niespokojnego ducha Kischa znajdziemy także w wyborze klasyki dziennikarstwa, którego dokonał na użytek omawianej teraz publikacji.

Artykuły klasyków dziennikarstwa

Dobór tekstów z pewnością zaskakuje. I chyba o takie wrażenie – jak we wszystkim – chodziło Kischowi. Za teksty dziennikarskie uznał on bowiem historyczne relacje, opinie, głosy w dyskusjach oraz recenzje sztuki. I większość z tych tekstów jest bardzo daleka od tzw. obiektywności. Kischowi chodziło też o ukazanie prawdy, że dziennikarstwo stoi bardzo blisko przy literaturze. Dla przykładu i zachęcenia do lektury, przytoczę tylko 30 tytułów, bo sumie książka zawiera 100 tekstów dziennikarskich:

Marcin Luter – List o sztuce przekładu, 1530 r.

Blaise Pascal – Stosunek jezuitów do zbrodni, 1655 r.

Janathan Swift – Czwarty list kupca sukiennego, 1712 r.

Jean Paul Marat – Kauzyperdy i kanceliści na urzędach, 1790 r.

Generał Bonaparte – Relacja z 18 Brumaire’a, 1799 r.

Heinrich von Kleist – Podręcznik żurnalistyki francuskiej, 1810 r.

Giuseppe Mazzini – Manifest młodych Włoch, 1831 r.

Karol Marks i Fryderyk Engels – Upadek Wiednia, 1848 r.

Wiktor Hugo – O parlamentaryzmie, 1852 r.

Fiodor M. Dostojewski – Jeszcze raz o tym, że wcześniej czy później Konstantynopol musi należeć do nas, 1877 r.

Z własnego podwórka

Heinrich von Kleist – Pierwsze tchnienie wolności niemieckiej, 1809 r.

Armand Carrel – Policja niszczy nasze prasy drukarskie, 1830 r.

Teodor Hertz – Żydowska gazeta, 1897 r.

Kronika lokalna i korespondencja zagraniczna

Pliniusz Młodszy – Relacja o trzęsieniu ziemi w Pompei – 79 r. n.e.

Melchior Grimm – Wypadek uliczny, 1787 r.

Karol Dickens – Karetka więzienna, ok. 1840 r.

Emil Zola – Kostnica, 1868 r.

Sąd idzie

Wolter – Z powodu Calasa i Sirvena, 1766 r.

Emil Zola – Oskarżam!, 1896 r.

Felieton

Daniel Defoe – Przeciwko rozpuście, 1729 r.

E.T.A. Hoffmann – Z narożnego okienka kuzyna. 1821 r.

Jan Neruda – Z notatek reportera miejskiego, 1870 r.

Krytyka – Teatr

Gotthold Ephraim Lessing – Przedstawienie Miss Sary Sampson, 1767 r.

Theodor Fontane – Przed wschodem słońca, 1889 r.

Krytyka – Muzyka

Henryk Heine – Koncert Paganiniego, 1836, r.

Ryszard Wagner – List muzyka niemieckiego z Paryża, 1841 r.

Krytyka – Plastyka

Johann Wolfgang Goethe – O Wieczerzy Leonarda  da Vinci w Mediolanie, 1817 r.

Richard Muther – Czego chce dziś malarstwo, 1900 r.

Krytyka – Literatura

Ludwig Börne – O Kronikach dziennych i rocznych z lat 1789-1806 Goethego, 1820 r.

Franciszek Mehring – Heine i jego pomnik, 1894 r.

„Chory człowiek Europy”

Spośród wybranych przez Kischa dzieł sztuki dziennikarskiej nie zabrakło głosu Rosjanina, a jest nim nie byle kto, bo Fiodor Dostojewski, który był wielkim pisarzem, ale czy był równie wielkim publicystą? Żeby się przekonać, jak w meandrach propaństwowego myślenia mogą się zagubić nawet wielcy artyści, gdy bezwarunkowo staną po stronie państwa – warto przeczytać artykuł Dostojewskiego z roku 1877 – „Jeszcze raz o tym, że wcześniej czy później Konstantynopol musi należeć do nas”. Oto fragmenty tego artykułu:

Kościół wschodni, jego przełożeni i ekumeniczny patriarcha przez całe te cztery stulecia, kiedy ich Kościół był ujarzmiony, żyli w zgodzie z Rosją i między sobą – w sprawach wiary; to znaczy nie było wielkich niepokojów ani herezji, ani schizmy. Jednakże obecne stulecie, a zwłaszcza ostatnie dwudziestolecie po wielkiej wojnie na Wschodzie, przeniknięte jest jakby zgniłym zapachem rozkładającego się trupa, przeczuciem śmierci i rozkładu „chorego człowieka” oraz zagłady jego państwa to główne i jedyne wrażenie. (jako „chorego człowieka Europy” Dostojewski rozumiał imperium Tureckie – przypis mój)

Oczywiście ostateczne wyzwolenie może przynieść ujarzmionym krajom tylko Rosja, ta sama Rosja, która również teraz, również w chwili obecnej, kiedy wszyscy mówią o Wschodzie, sama jedna broni ich w Europie, podczas gdy wszystkie inne narody i państwa oświeconego świata europejskiego byłyby, rzecz jasna, zadowolone, gdyby tych uciskanych narodów Wschodu w ogóle na świecie nie było. Ale niestety cała inteligencja wschodniej Rai (obywatele niemuzułmańscy, a więc chrześcijanie i Żydzi – uwaga wydawcy), mimo wzywania Rosji na pomoc, boi się jej, być może, nie mniej niż Turków: „Rosja nas co prawda wyzwoli od Turków, ale połknie nas tak samo jak ˃chory człowiek˂ i nie da się rozwinąć naszym narodom” – taka jest niezmiennie ich idea, zatruwająca wszystkie ich nadzieje! A ponadto rozgorzała między nimi i szerzy się coraz bardziej rywalizacja narodowościowa; zaczęła się, gdy tylko zaświecił im pierwszy promień oświecenia. Stosunkowo niedawno grecko-bułgarski spór kościelny był kościelnym tylko z pozoru, bo w gruncie rzeczy był to spór narodowościowy, co jest poniekąd proroctwem na przyszłość.

(,,,) A ty nagle podnosi się krzyk, (i to nie tylko w Europie, ale wśród naszych znakomitych  umysłów politycznych), że gdyby Turcja jako państwo umarła, Konstantynopol może odrodzić się tylko jako miasto ˃międzynarodowe˂, tj. jakieś neutralne, wspólne, wolne miasto, tak aby nie mogło stać się ono przedmiotem sporów. Nie można było wpaść na bardziej opaczny pomysł.

Tu następuje apokaliptyczny opis mniemanej przyszłości Bałkanów – po przegranej i upadku Turcji  – Dostojewski wieszczy rozpad wschodniego kościoła, krwawych i niekończących się waśnie między małymi narodami, co finalnie doprowadzi te narody do wpadnięcia w ręce Anglii. Kończąc Dostojewski pisze:

(…) Jest rzeczą jasną, że zapobiec temu wszystkiemu w porę można tylko wówczas, gdy Rosja będzie stanowcza w kwestii wschodniej i zdecydowanie będzie się trzymała wielkich tradycji naszej dawnej, wielowiekowej polityki rosyjskiej. Żadnej Europie nie powinniśmy w tej sprawie ustąpić w niczym i pod żadnym warunkiem, albowiem jest to dla nas sprawa życia i śmierci. Konstantynopol musi wcześniej czy później należeć do nas… Zyskamy nie tylko wspaniały port, nie tylko dostęp do mórz i oceanów. Nasz Konstantynopol połączy Rosję tak mocno z rozwiązaniem tej fatalnej sprawy, i da nie tylko zjednoczenie i odrodzenie Słowian. Nasze zadanie jest głębsze, nieskończenie głębsze…   

Gdy dzisiaj Zachód zaskoczony jest myślą polityczną współczesnej Rosji, gdy jest przerażony najazdem Rosji na Ukrainę, gdy Rosja grozi wszystkim właściwie państwom wschodniej flanki NATO i Unii Europejskiej, wytłumaczenie tych faktów znajdziemy – między innymi – w dziennikarskich artykułach samego Dostojewskiego. Są przerażające, ale prawdziwie przedstawiają myślenie Wielkorusów.

Warto

Ściśle biorąc, Kisch zamieszcza w swym wyborze, dzieła, z których większość niekoniecznie mogłaby być uznana za dzieła dziennikarskie, nawet jeżeli były publikowane w prasie. Jednak Kisch zalicza do „wyrobów dziennikarskich” formy głównie publicystyczne. Zakładał bowiem, że wszelkie upublicznione tendencje polityczne, są dziennikarskiej proweniencji.

W efekcie otrzymujemy lekturę pełną pasji i oddania ideom, lub też z pasją tępiące przeciwników politycznych. Dodam, że każdy z artykułów poprzedzony jest rzetelnym i obszernym słowem wprowadzającym w problem, w epokę. Naprawdę warto przeczytać ów zbiór wybitnych tekstów – oczywiście uprzednio odwiedziwszy dobre biblioteki, żeby książkę znaleźć. Naprawdę warto, choćby po to, żeby wyjść z błędnego myślenia, że świat i dziennikarstwo narodziły się dopiero wraz z naszym przyjściem na ten łez padół. Co jest – niestety – grzechem pierworodnym młodości. Także tej dziennikarskiej młodości.

 

WALTER ALTERMANN: Święta wojna i chciejstwo w szerokim spektrum inwestycji

„Loża prasowa” w TVN24, 19 XI. 2023 r. – „Prezes Kaczyński prowadzi nieświętą wojnę …”   – mówi Justyna Dobrosz-Oracz. I mamy kolejny przykład, że dziennikarz coś wie, ale nie do końca wie, co wie. Zwrot „święta wojna” jest stałym zwrotem frazeologicznym, którego zmieniać nie wolno. Niestety, pani Dobrosz-Oracz postanowiła być kreatywna i nadała mu nowe znaczenie, zmieniając „świętą wojnę” na „nieświętą wojnę”. I oczywiście wyszło bez sensu, bo prawdopodobnie nie wiedziała skąd się ten związek frazeologiczny wziął i co znaczy.

 Otóż – święte wojny były ogłaszane w średniowieczu, gdy chodziło o walkę z muzułmanami, o wyzwolenie Ziemi Świętej, albo o zniszczenie Katarów. Po raz pierwszy użył tego wyrażenia Piotr Pustelnik – w odpowiedzi na wezwanie papieża Urbana II do krucjaty – ogłaszając pierwszą wyprawę. Była to wyprawa ludowa w 1096 roku i poprzedzała właściwą pierwszą krucjatę. Piotr Pustelnik był francuskim zakonnikiem i wędrownym kaznodzieją.

Wtedy to walka o krzyż, o chrześcijaństwo usprawiedliwiała wojny, czyli te wojny były święte. Z biegiem lat i wieków „święta wojna” zmieniła znaczenie, i dzisiaj znaczy tyle, co szaleństwo, walka bez sensu, walka bezrozumna, zaciekła, w obronie nie wiadomo czego.

Zatem pani Dobrosz-Oracz powinna powiedzieć, że prezes Kaczyński prowadzi „świętą wojnę”. Ale być może wystraszyła się, że będzie pomówiona o neopogaństwo, o obrazę świętości – i powiedziała co tam wiedziała.

Chciejstwo

2 listopada 2023 roku trener piłkarzy ŁKS-u, Piotr Stokowiec, mówi w Polsacie, przed meczem Pucharu Polski: „Musi nas cechować chciejstwo. Rzecz w tym, żebyśmy chcieli grać.” Święte słowa pana trenera, bo inaczej się nie da.

Słowa cenne, ale nie do końca precyzyjne, bo trener powiedział też, że jego zawodników ma cechować „chciejstwo”. I mamy problem, bo pojęcie „chciejstwa” stworzył sam Melchior Wańkowicz, według którego oznaczało ono negatywną cechę naszego polskiego charakteru. Wańkowicz twierdził, że nie stać nas na rzetelną codzienną pracę, na pracę rozumną i perspektywiczną, bo mamy niestałe, płoche charaktery więc kierujemy się jedynie zamiarami, poprzestajemy na „chciejstwie”, za którym nie idą realne działania. Nagle coś ogłaszamy, jakieś zmiany, jakieś plany… i na tym poprzestajemy, bo nie mamy do realizacji tych planów sił, ludzi oraz pieniędzy.

Krótko mówiąc – Wańkowicz był za tym, żeby mierzyć zamiary według posiadanych możliwości. Zupełnie inaczej niż Mickiewicz, który stawiał na ducha, co obwieścił już w „Pieśni filaretów” z 1820 roku, gdzie pisał:

 

Cyrkla, wagi i miary
Do martwych użyj brył;
Mierz siłę na zamiary,
Nie zamiar podług sił
.

 

Faktem jest, że nowy trener ŁKS-u ma kłopot, bo w jego drużynie sił mało a i duch niebyt odważny.

 

Szerokie spektrum możliwości bycia śmiesznym

Z meczu piłkarskiego pomiędzy Widzem Łódź i Ruchem Chorzów, który odbył się 18 listopada 2023 roku, wynotowałem również trzy zadziwiające zdania sprawozdawcy Canal+.

Pierwsze zdziwienie – po usunięciu z boiska, przez sędziego, zawodnika Ruchu, sprawozdawca mówi: „Teraz Widzew ma szerokie spektrum możliwości”. Zastanowiło mnie kim z wykształcenia jest ów sprawozdawca? W grę wchodziły studia z zakresu zarządzania lub filozofia z ontologią jako zakresem pracy magisterskiej. Po chwili zdecydowałem się na to, że sprawozdawca najpewniej był posłem na Sejm, bo tam najłatwiej można nabawić się takich przypadłości językowych.

Zdziwienie drugie. W chwilę po usunięciu z boiska drugiego zawodnika Ruchu, sprawozdawca mówi: „Musimy się okiełznać w tych zmianach boiskowych”. Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś sam sobie zakładał kiełzno, lub chomąto i uzdę.

Zdziwienie trzecie. „Po doprowadzeniu przez Widzew do remisu, sprawozdawca mówi: „Teraz wynik jest bardzo przychylny dla Widzewa”. Niestety o przychylności nie mogę powiedzieć nic dobrego. Przychylny ludziom bywa najczęściej urzędnik-łapownik, ale tylko za dodatkową opłatą. Przychylni bywają też wykładowcy wyższych uczelni, którzy z dobrego serca lub ze znudzenia dają przysłowiową „tróję” egzaminowanym studentom, plotącym na egzaminach banialuki. Podsumowując, podejrzewam, że ktoś z Canal+ musiał być bardzo, ale to bardzo przychylny sprawozdawcy, gdy angażował go do pracy.

Kto z czym finiszuje

Czytam tytuł na portalu wnp.pl: „Francuska grupa finiszuje inwestycję w Częstochowie”. A w tekście trochę inaczej: „Francuska grupa CGR kończy inwestycję w nową halę w Częstochowie.”.

Mamy dwa problemy Pierwszy to tytułowy finisz. Bo dlaczego autor napisał z francuska, kiedy z tekstu głównego, że opanował znaczenie finiszu? Nie chciał się powtarzać? To trzeba było, napisać, że inwestycja: jest na ukończeniu, zbliża się do końca.

Drugi problem, to nieporadność składniowa. Nie jest to bardzo po polsku, gdy pisze się, że: grupa CGR kończy inwestycję w nową halę. Inwestycja ma w tym przypadku dwa znaczenia: budowa oraz wyłożenie pieniędzy na tę budowę. Jednak w obu przypadkach „kończy się budowa nowej hali”, a nie „kończy się inwestowanie w budowę”. Chyba, że inwestor wycofał się z płacenia, za tę inkryminowaną budowlę. Wtedy tak.

 

WALTER ALTERMANN: „Mega dziwne” i nieustające zaskoczenia językowe

Ostatnio pewna pani, dobrze pod czterdziestkę, stwierdziła w TVN, że coś tam jest „mega ciekawe”. Posmutniałem, bo język licealistów wtargnął już na dobre do języka naszych mediów. Czasami jest to zabawne, ale i tak smutne, bo infantylne.

 

Oczywiście jest problem dla psychologa – dlaczego dorośli, dojrzali ludzie używają publicznie pojęć niejasnych, nieokreślonych i dziwnych? Jednym z takich słówek jest „mega”. Coś jest mega, coś jest cool, coś jest giga. Otóż myślę sobie, że powody są trzy.

Pierwszy powód – dorośli ciągle chcą być młodzi, od dawna już chodzą w T-shirtach, w jeansach i trampkach. Jednak czas robi swoje i dorośli jakoś nie młodnieją, a wręcz przeciwnie. Jednak ludzie dorośli, a nawet starzejący się, nie chcą tego przyjąć do wiadomości i zachowują się jak dzidzie-pierniki. Bywa to śmieszne, a nawet tragikomiczne.

Powód drugi – dorośli chcą być akceptowani przez młodych, chcą zachowywać się i mówić językiem swych dzieci i wnuków, w nadziei, że zatrzymają czas.

Powód trzeci – żyjemy w kulturze terroru młodości, bo starość jest przykra, nieatrakcyjna fizycznie i przypomina nam o końcu, jaki czeka nas wszystkich.

Biorąc pod uwagę to co wyżej – dorośli zachowują się jak idioci, próbując oszukać czas, nie potrafiąc korzystać z uroków wieku poważnego. A przynosi on swoje atrakcje. Nie wiem czy należy do nich bieganie po parkach, raczej jest to czas na „pogłębioną refleksję”, na czytanie poważnych dzieł, na odwiedzanie muzeów – na co nie mieliśmy czasu, gdy trzeba było wychować dzieci.

 

Stopniowanie przymiotników

Przy okazji tych poważnych myśli o młodości i starości, zajmijmy się językiem polskim, na przykładzie owego „mega ciekawe”. Zatem – mamy dwie odmiany przymiotników.

 

  1. Regularne stopniowanie przymiotników oraz przysłówków odprzymiotnikowych tworzy się następująco:

  • formy stopnia wyższego tworzymy regularnie, dodając do tematu przymiotnika w stopniu równym przyrostek -szy lub -ejszy (szybszy, ładniejszy, piękniejszy), a do tematu przysłówka w stopniu równym przyrostek -ej (szybciej, ładniej, piękniej).
    • formy stopnia najwyższego tworzymy, dodając do stopnia wyższego przymiotnika lub przysłówka przedrostek naj- (najszybszy, najładniejszy, najpiękniejszy, najszybciej, najładniej, najpiękniej). Stopniowanie regularne jest również nazywane stopniowaniem prostym.

 

  1. Stopniowaniu nieregularnemu podlega tylko kilka przymiotników: duży — większy — największy (ściślej mówiąc, w tym przypadku przymiotnik duży otrzymał stopień wyższy i najwyższy przymiotnika wielki), mały — mniejszy — najmniejszy, dobry — lepszy — najlepszy, zły — gorszy — najgorszy.

 

I na koniec dowcip językowy, stary, bo przedwojenny, zaczerpnięty z przedwojennych kabaretów: A jak należy stopniować przymiotnik „chory”? To proste: stopień podstawowy – chory, stopień wyższy – chorszy, stopień najwyższy – trup.  

Nieznany cezar antycznego Rzymu

Viasat History Polsat, 7 XI, 2023 r. Program o starożytnym Rzymie. Lektor czyta: „Cesarz Wespezjan, panował w latach…”

Cesarz, dość znaczący w historii, nazywał się naprawdę Wespazjan i panował w latach w latach 69–79. Jednak lektor kilkukrotnie mówi o Wespezjanie. Dlaczego? Być może lektor – a może również tłumacz i redaktor polskiej wersji – znają angielski, nie znając zupełnie historii Europy?

Przy okazji. Jedno jest pewne – Anglicy o wiele gorzej niż Polacy wymawiają łacinę. My wymawiamy bardzo dobrze, w czym są zgodni wszyscy językoznawcy. A u Anglików major to mejdżer, cezar to sizer. Więc radziłbym unikać angielskich wzorców, w wymawianiu łaciny po polsku.

Hojny ZUS

Od pewnego czasu w różnych internetowych portalach pojawiają się tytuły, zachęcające do przeczytania – szczególnie przez emerytów. Ostatnio rewelacja była taka: „300 zł dla każdego od ZUS”.

Żywotnie zainteresowany, bo jestem emerytem, czytam. I dowiaduję się, że te tytułowe 300 zł otrzyma każdy, jednak pod warunkiem, że wylegitymuje się stwierdzoną niepełnosprawnością. Bo te 300 zł są dodatkiem pielęgnacyjnym. Rozważyłem rzetelnie wszystkie za i przeciw. I wybrałem pełnosprawność, bo samookaleczenie się za jedyne 300 zł miesięcznie, to nie jest dobry interes.

Innym – całkiem niedawnym – razem, czytam w nagłówku informacji, że istnieje prosta możliwość uzyskania dodatku emerytalnego w wysokości 5.000 zł miesięcznie. Jednak tekst wyjaśnia, że trzeba dożyć 100 lat, żeby ZUS płacił miesięcznie po 5.000 zł. Faktycznie to proste. Nie trzeba nic robić, tylko żyć do setki. Ale też… na co stulatkowi te dodatkowe 5.000 zł miesięcznie? Niby można poszaleć, ale ZUS nie gwarantuje zdrowia na te szaleństwa.

Tak się zastanawiam, kto jest sponsorem tak radośnie optymistycznego obrazu ZUS? Może rząd, ale bardziej stawiałbym na marketingowców ZUS-u.

 

 

To dzieło powinni znać wszyscy, ale nie każdy rozumie – WALTER ALTERMANN: Dziady 2023

Pamiętam dobrze dwie wielkie inscenizacje „Dziadów” Mickiewicza. Pierwsza, to obrosła legendą polityczną inscenizacja Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym, druga to wspaniała inscenizacja Konrada Swinarskiego w Starym Teatrze w Krakowie. Dlatego też byłem wielce ciekawy najnowszej telewizyjnej inscenizacji, choć od początku miałem obawy.

Telewizja Polska mocno zapowiadała te „Dziady”, podkreślając, że ich największą atrakcją i atutem będzie to, że dzieło Mickiewicza zagrane będzie na żywo, a miejsca akcji będą historyczne i autentyczne:

„Pierwsza w historii realizowana i emitowana „na żywo” z Wilna inscenizacja dzieła Adama Mickiewicza, które zaważyło na losie Polaków. „Dziady. Śladami Adama Mickiewicza” składać się będą z trzech odrębnych scen, zaczerpniętych z II oraz III części dramatu. Każdą z części przygotuje inny reżyser w innym miejscu Wileńszczyzny. Widowisko rozpocznie scena z II części Dziadów, która odbędzie się na Górze Krzyży na Cmentarzu Szawelskim w reżyserii Jarosława Kiliana. W drugiej części, reżyserowanej przez Jarosława Gajewskiego, wybrzmi Wielka Improwizacja w zabytkowej Celi Konrada, nieopodal Ostrej Bramy, przy klasztorze Bazylianów, w którym w XIX wieku więziono młodzież wileńską podczas procesu Filomatów i Filaretów.
Jako ostatnią zobaczymy scenę balu u Senatora, która odbędzie się w Sali Kolumnowej Uniwersytetu Wileńskiego i zostanie przygotowana przez reżyser Magdalenę Małecką-Wippich oraz choreografa Jacka Przybyłowicza.

Całość poprzedzi wprowadzenie na cmentarzu w Solecznikach, na którym sam Mickiewicz w 1821 roku obserwował obrzęd Dziadów. Przewodnikiem po fundamentalnych dla romantycznego arcydramatu miejscach i swoistym Narratorem będzie Przemysław Stippa. Trzy koncepcje reżyserskie łączyć będzie genius loci Wilna i okolic, które kształtowały wyobraźnię polskich romantyków”.

Moje obawy wstępne – przed obejrzeniem spektaklu

Przeczytawszy tę zapowiedź spektaklu, popadłem w stan głębokich obaw. „Dziady” są najwybitniejszym polskim dramatem, a z zapowiedzi wynikało, że nie będzie to cały dramat, a jedynie fragmenty. O czym już w zapowiedziach telewizyjnych mowy nie było. Jak na „największą świętość” polskiego teatru, wydało mi się, że producent poszedł na całość w kwestii autoreklamy. A realizacja „Dziadów” to nie jest dzieło na miarę Sylwestra z Tatrami w tle i chyba nie można ich na równi reklamować.

Jestem przekonany, że siła i nośność „Dziadów” nie leży w rozgrywaniu dramatu w miejscach autentycznych, bo jest to utwór napisany na teatr. Owszem, są w nim umieszczone odwołania do miejsc autentycznych, historycznych, ale jednocześnie autor zostawiał realizatorom możliwość wystawienia dramatu w teatrze, miejscu sposobnym do „skomponowania przestrzeni”. Tym bardziej, że zagranie „Dziadów” w miejscach prawdziwych i historycznych odbierze dziełu – tak myślałem – walory sztuki. Owszem dzieło Mickiewicza rozgrywa się w Wilnie, ale ma też wielki wymiar ponadczasowy i „ponad miejscowy”, a zamknięcie go w naturalistycznych wręcz wnętrzach spłyca niejako głębokie i światowe przesłanie.

Być może – tak przypuszczałem, pozostając w wielkich obawach co do efektu – twórcom chodziło o rozegranie, uwypuklenie antyrosyjskiej wymowy „Dziadów”, bo od zawsze miały one charakter antyrosyjski. Ale też nie są jedynie antyrosyjską agitką. Są o wiele bardziej głębokie i wielopoziomowe. Co najlepiej zrozumiał Konrad Swinarski. Jego „Dziady” to historia człowieka cierpiącego, którego zżera i przeraża własna wrażliwość. Bohater Swinarskiego cierpi również niewolę rosyjską, ale tych jest „niewól” o wiele więcej – zgodnie zresztą z duchem i doktryną Romantyzmu. Zauważenie przez reżysera owych „niewól” bohatera Romantyzmu jest podstawowym jego obowiązkiem. Romantyzm niemiecki, a tam się cały ten okres zaczął, podejmował temat niewoli społecznej i życia w okowach konwenansu. To trzeba wiedzieć – po prostu – gdy podejmuje się reżyserii „Dziadów”, bo z pominięciem płaszczyzny ograniczania bohatera przez świat zewnętrzny, własnego ciała i własnej psychiki, a wreszcie losu i Boga, powstanie utwór płaski, jak ekrany najnowszych telewizorów.

Potwierdzenie najgorszych moich przypuszczeń – po zobaczeniu spektaklu

Niestety „Dziady” telewizyjne roku 2023 są jedynie antyrosyjską agitką. Nie wiem czy o to chodziło trzem reżyserom, ale tak wyszło. Główny bohater zaś jest jedynie znerwicowanym szaleńcem, gdy u Swinarskiego i Dejmka był wrażliwym i mądrym filozofem.

Szczególnie przerażający, a nawet niezamierzenie śmieszny, był epizod Konrada w celi. Aktor miotał się, popadał w deliryczne drgawki, a kamera – widząca go przez kratę – cały czas też drgała, chwilami również odjeżdżając, a chwilami dojeżdżając od twarzy aktora. Zapewne miało to znaczyć, że jest groźnie i niebezpiecznie, gdy chodzi o ducha i życie bohatera. Ja jednak obawiałem się, że kamerzysta jest w zagrożeniu.

Nie zrozumiałem też zupełnie, dlaczego spektakl emitowany był na żywo? Może chytrzy Litwini nie dali TVP czasu na wcześniejszą rejestrację? „Chytry Litwin” to żart, choć Sienkiewicz traktował ten epitet serio i jako cechę pozytywną, bo chytry to przebiegły.

Co do autentyzmu miejsc grania „Dziadów” … Okazało się, że cela była zwykłą celą. Bal u Senatora, zagrany był w niedużej sali z kolumnami. Reżyser umieścił na pierwszym planie – z lewej strony – biurko, a za nim jakiegoś kancelistę, który cały czas coś pisał. Tym samym sceny i dialogi zeszły na prawą stronę i w głąb. Sala z kolumnami była rzęsiście oświetlona, przez co – proporcjonalnie – aktorzy tonęli w mroku. Naprawdę nie warto było jechać aż do Wilna. Tak marną dekorację można było zrobić w każdym polskim teatrze. To, że coś jest autentyczne, zabytkowe i cenne historycznie, nie daje gwarancji, że nada się dla teatru.

Naprawdę, z okazji 1 listopada 2023 roku byłoby taniej odwiedzić Litwę i zrobić dobry reportaż o miejscach, które przywołuje w „Dziadach” Mickiewicz.

Zaprawdę, powiadam Wam, że nie ma trudniejszego do zrealizowania dzieła, niż „Dziady” właśnie. I jeżeli ktoś ma zamiar epatować autentycznymi miejscami i szaleństwem bohatera, to lepiej by dla niego – nawet całej trójki reżyserów – żeby zajęli się czymś prostszym, dla nauki zawodu.

Dawniej z „Dziadami” też różnie bywało

W powojennym trzydziestoleciu było dwanaście premier „Dziadów”. Kilka sięgnęło wyżyn teatralnej doskonałości, a wśród nich inscenizacja Mieczysława Kotlarczyka na scenie Teatru Rapsodycznego w Krakowie (1961), Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym (1967), Konrada Swinarskiego w krakowskim Teatrze Starym (1973). Wiele pochwał ze strony krytyki zebrały też przedstawienia Krasowskich w Nowej Hucie i w Warszawie (1962 i 64). Bohdana Korzeniewskiego w Teatrze Słowackiego (1963), Jerzego Zegalskiego w Białymstoku (1965), głośną sensacją były przed laty adaptacje Grotowskiego w teatrze „13 rzędów” w Opolu… – pisze Maria Brzostowiecka, tekst z portalu Encyklopedia Teatru Polskiego.

Widziałem też „Dziady”, które zrealizował również Adam Hanuszkierwicz w roku 1978, na małej scenie Teatru Narodowego. Nosiły tytuł: DZIADY. Część III. Ustęp. RELACJA O CZYNIE. Spektakl był rozgrywany w małych i niskich pomieszczeniach Domów Handlowych przy Alejach Ujazdowskich. „Dziady” Hanuszkiewicza pełne były „nowoczesności”. Nawet Konrad latał nad sceną w spadochronowej uprzęży. Te „Dziady” przerażały niezbornością pomysłów reżysera, odwolywaniem się do pop-kultury, efekciarstwem i po prostu tandetą.

W recenzji w „Polityce”, ukrywający się pod pseudonimem „Koniecpolski”, dobry znawca teatru, napisał, że nie da się porównać „Dziadów” Swinarskiego z „Dziadami” Hanuszkiewicza, bo to tak, jakby porównywać gotycką katedrę z kupą kamieni. Niestety ostatnie telewizyjne „Dziady” nie są nawet kupą kamieni. Są jedynie pretekstem do zagrania tekstu, a w kilku aktorskich przypadkach właściwie do jego wyrecytowania.

Krótkie motto zamiast podsumowania

Nie mam zamiaru nikogo z realizatorów obrażać. Dlatego skończę mottem, którym niech będą słowa Kazimierza Dejmka: „Facet, który zerżnie dąb Bartek idzie siedzieć, bo Bartek to narodowy pomnik. Ale jak ktoś zniszczy „Kordiana”, to mówią, że to twórcze odczytanie i nowatorskie”.     

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dokąd Niemcom tak spieszno?

Być może stoimy przed największym zagrożeniem dla polskiej państwowości od dziesiątków lat. I słusznie obawiamy się skutków tego zagrożenia. Warto jednak również pamiętać, że to co nas przeraża, jest paradoksalnie objawem słabości przerażających.

Niesłusznie mówi się o „federalizacji UE”, to określenie zakłamuje istotę procesu, którego jesteśmy świadkami. Słowo „federalizacja” zakłada jakąś równość podmiotów. Tymczasem proponowane zmiany, ze zniesieniem weta na czele, sprawią, że wpływ państw mniejszych na wspólny los ogromnie spadnie, a wpływ państw takich jak Niemcy czy Francja, ogromnie wzrośnie. W zasadzie najwięcej do powiedzenia mają mieć Niemcy. Myślę, że właściwszym słowem byłaby tu „centralizacja”

Trudno nie postrzegać tego jako podstępnej realizacji odwiecznych postulatów niemieckiego nacjonalizmu, tym razem pod płaszczykiem „wartości europejskich”. Jeśli dodać do tego oparcie na ideach neomarksistowskiego „Manifestu z Ventotene” oraz iluzoryczność „europejskiej demokracji”, najzupełniej uzasadnione są porównania do Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. A jeśli wziąć pod uwagę, że zmiany mają postawić Niemców w roli europejskich ubermenschów, nas w roli untermenschów, a Polskę w roli niemieckiego Lebensraum, uzasadnione wydaje się porównanie do IV Rzeszy.

Skąd ten pospiech?

Skąd się natomiast bierze ten pośpiech i chęć ukrycia tego miażdżącego procesu za nerwowymi zapewnieniami, że „w zasadzie nic się nie dzieje, jeszcze dużo czasu, a w ogóle to odebranie nam prawa decydowania o sobie, leży w naszym interesie”? Otóż bierze się z dwóch źródeł.

Po pierwsze w jakimś sensie Niemcy się walą. Same i bardzo konsekwentnie podcięły sobie korzenie wzrostu, z jednej strony uzależniając się od taniego gazu z Rosji, który nie bez problemów zniknął po rosyjskiej inwazji i opierając energetykę, po jednoczesnym zamknięciu elektrowni atomowych, na marzeniach o „tanim prądzie” z wiatraczków i słoneczka. Jakby tego było mało, zawaleniu, choć być może chwilowemu, uległa nie tylko geostrategiczna koncepcja wspólnej z Rosją przestrzeni „od Lizbony do Władywostoku”, ale również „plan B” polegający na ścisłej współpracy z Chinami. Sprytni Chińczycy owszem, wzięli technologie, ale teraz sami sobie produkują samochody elektryczne i niemieckich nie potrzebują. Niemcy desperacko potrzebują żebyśmy, w Europie środkowej i wschodniej, zostali ich „Chińczykami”, rynkiem zbytu i rezerwuarem taniej siły roboczej. Jeśli dołożyć do tego katastrofę społeczną wywołaną niekontrolowaną migracją, katastrofę polityczną związaną ze wzrostem poparcia dla AfD i katastrofę finansową związaną z orzeczeniem niemieckiego TK o nieprawidłowej relokacji 60 mld euro, co spowodowało ogromną wyrwę w budżecie, mamy mniej więcej pełen obraz czarnej dziury w jakiej znajdują się nasi zachodni sąsiedzi.

Po drugie, Europa wymyka się Niemcom z rąk. Oczywiście, że ciągle wielu narodom mogą zrobić krzywdę, Polakom znowu zrobili. Ale spójrzmy szerzej. Hiszpanie powstali przeciwko swoim hurraeuropejskim socjalistom, Włosi choć niestety mocno uzależnieni od brukselskiej łaski, to wściekli, Szwedzi się wymknęli, we Francji umacnia się Front Narodowy, Węgry wiadomo, w Polsce (szkoda, że sam jeszcze do tego nie doszedł) PiS wcale nie został rozbity, a wczoraj w nocy dowiedzieliśmy się, że tradycyjnie na niemieckie posyłki Holendrzy, postanowili najwięcej mandatów dać Geertowi Wildersowi i jego eurosceptycznej Partii Wolności. I dlatego w działaniach brukselskich, a w istocie berlińskich mandarynów, jest tyle pośpiechu i nerwowości.

– Geert Wilders, lider skrajnie prawicowej Partii Wolności zdobył najwięcej głosów w środowych wyborach w Holandii – wynika z exit polls. O jakiej federalizacji Europy tu w ogóle mowa – napisał na Twitterze publicysta Sorosowej Rzepy Jędrzej Bielecki, zwykle stanowiący z racji zabawnie „entuzjastycznego” wobec „nadchodzącej waadzy” stosunku, twitterowe pośmiewisko. I ja się z nim zgadzam.

Niemcy zapominają

Przy czym daleki jestem od entuzjazmu, czy hurraoptymizmu, to co się dzieje na brukselskich (czytaj – berlińskich) salonach, jest dla nas bardzo groźne, a postawa zdrajców głosujących za odebraniem Polsce suwerenności, odrażająca. Pewna nadzieja jednak w tym, że Niemcy znowu zapominają o tym, że może i są „najsilniejsi w Europie”, ale nie są silniejsi od całej reszty Europy.

Jednym z najbardziej histerycznie powtarzanych przez brukselskich (czytaj – berlińskich) mandarynów zaklęć jest „populiści chcą zniszczyć zjednoczoną Europę”. A tymczasem, szczególnie biorąc pod uwagę skąd się popularność owych „populistów” bierze, stwierdzenie, że „zjednoczona Europa doskonale sobie z autodestrukcją radzi sama”, wydaje się oczywistością i truizmem.