PIOTR TURLIŃSKI: W poszukiwaniu człowieczeństwa – JÓZEF HEN

Józef Hen ma obecnie 99 lat i nadal jest aktywnym twórcą. Urodził się 8 listopada 1923 roku w Warszawie Urodził się i wychował w kamienicy przy ulicy Nowolipie 53. Jego ojciec, Rubin Cukier z Radzynia, był hydraulikiem, matka Ewa (Chawa) Hampel pochodziła z Warszawy. Józef Hen miał troje starszego rodzeństwa, dwie siostry i brata.

W czasie niemieckiej okupacji Józef Hen stracił większą część swej rodziny – ojca w 1945 w Buchenwaldzie, brata Mojżesza, który zaginął w ZSRR i siostrę Mirkę. Wojnę przeżyły matka i siostra Stella.

Ukończył prywatne żydowskie Gimnazjum Męskie im. Magnusa Kryńskiego (mała matura), przy ul. Miodowej 5. Miał kontynuować naukę naukę w liceum w klasie o profilu matematyczno-przyrodniczym, ale wybuchła wojna.

W listopadzie 1939 opuścił Warszawę i przedostał się do Białegostoku. Wojnę przeżył w Związku Sowieckim. Pracował przy budowie szosy Lwów-Kijów, a potem trafił do Samarkandy. Mimo dobrej kondycji fizycznej, nie został przyjęty do Armii Andersa. W 1944 wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego i wtedy publikował pierwszy wiersz (Łódź wierna) w piśmie Głos Żołnierza.

W 1944 przyjął pseudonim literacki „Hen”, który z czasem zaczął mu służyć za nazwisko. Zaraz po wojnie, był redaktorem tygodnika Żołnierz Polski. W 1947 razem z redakcją tygodnika wrócił do Warszawy. Służbę wojskową zakończył jako kapitan w 1952.

Temat główny

Józef Hen to pisarz, reportażysta, scenarzysta i reżyser, a także dramaturg i publicysta. Pełny wykaz jego osiągnięć artystycznych zamieszczam na końcu tego felietonu.

Gdyby chciało się powiedzieć jednym zdaniem, co jest najbardziej typowe, co najbardziej określa jego twórczo – należały powiedzieć, że wszystko co napisał ten ciężko doświadczony człowiek, wszystko co stworzył poświęcił jednemu wielkiemu wyzwaniu – poszukiwaniu człowieczeństwa w najbardziej nawet okrutnych czasach.

Tym samy Józef Hen wpisał się na listę największych moralistów. Były niedawne lata, kiedy w świecie, a także u nas, moralistyka miała złą opinię, bo trąciła namolnością napomnień, zwracaniem uwagi i odwoływaniem się do odwiecznej miary rzeczy. A przecież najwięksi pisarze – tak w przeszłości, jak dzisiaj – zajmują się kondycją człowieka. Ci niedawno jeszcze szalejący „anty-moraliści” zapominali o okrucieństwach zgotowanych światu przez Hitlera i Stalina. I jakoś milczą  wobec dzisiejszego bestialstwa Rosjan wobec Ukraińców. Tym samym „anty-moraliści”, których tak bardzo podniecała literatura i sztuka drżąca tematy wszelkich możliwych aberracji i dewiacji ludzkiego rozumu ponieśli klęskę, ale przecież nigdy się do tego nie przyznają.

Józef Hen jest w pewnym stopniu podobny do Isaaca Singera – urodzonego w Polsce noblisty, piszącego w zapomnianym już języku jidisz. Obaj widzą świat jako odwieczną walkę dobra ze złem, pokusy z obowiązkiem, miłości i nienawiści, prawdy i zakłamania. I obaj piszą w sposób fascynujący, odkrywczy i nowy.

Wojna jako doświadczenie bardzo osobiste

Nie boję się bezsennych nocy to tytuł wydanego obszernego pamiętnika Józefa Hena, a właściwie dziennika refleksji. Przedstawiam kilka fragmentów jego zapisów – niech one świadczą o tym, czym interesuje się pisarz. I jak potrafi to opisać, bo przecież literatura to nie są „słuszne i głębokie” myśli, ale przede wszystkim to, jak zostają one podane czytelnikowi. Piszę o tej oczywistości, bo coś mi się zdaje, że obecnie wielu naszych polityków i dziennikarzy uważa się za literatów, a ich dziełami mają być ich zawsze męczące przemówienia lub sprawozdania z tych przemówień.

Wbrew powierzchownym sądom, nie jest zbyt trudno zachować tak zwaną „postawę”, kiedy się jest prześladowanym, czy kiedy ponosi się porażkę. Wiele trudniej zachować godność, moralność, kiedy się jest zwycięzcą, kiedy się dysponuje losem innych. Umieć przegrywać to sztuka, ale nie taka wielka. Umieć wygrywać – to sztuka o wiele trudniejsza.

O pułapkach czyhających na zwycięzcę mogłem się przekonać w roku 1945 w Niemczech, po sforsowaniu Nysy. Trzeba dużo odporności, a także umiejętności spojrzenia na siebie z boku, żeby wyjść z takiej próby bez wstydu. Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę, że nigdy nie zostałem tak bezwzględnie zmuszony do zmierzenia się z sobą, do sięgnięcia w głąb samego siebie, jak wtedy i tam.

Presja i pokusa, jakiej został poddany młody Niemiec, który znalazł się w naszym kraju w charakterze zwycięzcy, rozgrzeszony z góry przez Führera z każdego nadużycia, upatrzony przez niego na pana podbitych mas – nie wiem czyśmy się nad tym zastanawiali. Nie idzie mi tu o zawodowych morderców czy o przekonanych i porwanych kultem swojego wodza hitlerowców – aż takim humanistą nie jestem, idzie właśnie o przeciętnego młodego Niemca z tak zwanej przyzwoitej rodziny o pewnych liberalnych tradycjach. Nagle wszystko mu wolno, buta i przemoc są zalecane, przeciwko sobie ma polskich podludzi, wrogów, których trzeba ujarzmić. Po to, żeby taki „porządny Niemiec” zachował się naprawdę przyzwoicie, musiał być w dwójnasób porządnym.

Wprawdzie nikt nam nie wmawiał, że jesteśmy herrenvolkiem i nikt z niczego nie miał zamiaru nas rozgrzeszać, nie znaczy to wcale, że nasza sytuacja była łatwa. Bo i my przeciwko sobie mieliśmy wroga – tych samych nadludzi, którzy nas mordowali – na domiar pałaliśmy żądzą zemsty. Na kim? Ci wrogowie, na których natykaliśmy się w zajmowanych miejscowościach, to były najczęściej wylęknione i zrezygnowane kobiety. Jeśli trafił się jakiś młody człowiek, to najchętniej mówił „Hitler kaputt” i przyznawał nam we wszystkim rację. Modne jest dzisiaj wyrażenie „sprawdzić się”. Otóż myśmy się tam sprawdzali, powstrzymując się od robienia pewnych rzeczy – sprawdzaliśmy się w ten sposób bardziej, niż gdybyśmy uczestniczyli w jakimś pociągającym szaleństwie. – Józef Hen, Nie boję się bezsennych nocy.

Wojna była najbardziej traumatycznym i najważniejszym doświadczeniem Józefa Hena. I cały czas istnieje ona w jego pisaniu na pierwszym miejscu. Może dlatego, że wojna bezwzględnie obnaża człowieka, że jest czasem ostatecznej próby?

Literatura i film

W 1947 Józef Hen opublikował pierwszą książkę Kijów, Taszkent, Berlin. Dzieje włóczęgi, która została uznana za obiecujący debiut.

Na podstawie jego scenariuszy, będących adaptacjami jego własnych utworów, nakręcono w pierwszej połowie lat 60. znaczące artystycznie filmy: Krzyż Walecznych, 1958 r., w reżyserii Kazimierza Kutza; Nikt nie woła, 1960 r. – reż. Kazimierz Kutz; Kwiecień, 1961 r. – reż. Witold Lesiewicz, Prawo i pięść, 1961 r.; reż. – Witold Lesiewicz.

Później sfilmowano jego opowiadania z cyklu Przeciw diabłom i  infamisom / Przypadki starościca Wolskiego, serial Rycerze i rabusie, a także powieść Crimen, serial pod tym samym tytułem. Gdy o Crimen chodzi – interesujący jest fakt, że Józef Hen wycofał z napisów czołowych swoje nazwisko jako autora scenariusza i na jego żądanie formułę „na podstawie powieści” zastąpiono słowami „na motywach powieści”.

Hen jest także autorem wielu scenariuszy filmowych nie tylko ekranizacji własnej twórczości, ale także np. do serialu Życie Kamila Kuranta, według prozy Zbigniewa Uniłowskiego i niekiedy współscenarzystą z Jerzym Hoffmanem, jak w przypadku filmu Stara baśń. Kiedy Słońce było Bogiem, swobodnej adaptacji klasycznej powieści Józefa I. Kraszewskiego.

W latach 1967–1969 był atakowany przez środowisko tzw. partyzantów. Nawiązał wówczas współpracę z paryską Kulturą Jerzego Giedroycia, tam pod pseudonimem „Korab”, opublikował trzy opowiadania: Western, Oko Dajana, Bliźniak. W styczniu 1976 roku podpisał list protestacyjny do Komisji Nadzwyczajnej Sejmu PRL przeciwko zmianom w Konstytucji.

Ważną pozycją w jego dorobku są beletryzowane biografie, wśród nich: Ja, Michał z Montaigne (1978) – opis życia duchowego Europy XVI wieku, na tle życiorysu francuskiego pisarza, myśliciela i eseisty. Świetną pozycją jest także Błazen – wielki mąż (1998) – portret duchowy Tadeusza Boya-Żeleńskiego, inkrustowany refleksjami autora na temat epoki, która była także dzieciństwem Józefa Hena – książka miała trzy wydania.

Hen doczekał się kilkunastu tłumaczeń, w tym na czeski, francuski, niemiecki oraz rosyjski. Przez wiele lat był działaczem Związku Literatów Polskich. Jest odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (1998). W 2008 otrzymał Nagrodę Literacką im. Władysława Reymonta. W 2009 roku otrzymał Nagrodę Literacką m. st. Warszawy w kategorii „Warszawski twórca”. W 2002 roku otrzymał medal „Zasłużony dla Tolerancji”. Jest też laureatem Nagrody Polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego.

Przykre obserwacje Hena

Dzienniki Hena dotyczą spraw osobistych pisarza, ale też znajdziemy w nich niebanalne obserwacje świata obyczajów, polityki i spraw społecznych. Oto sześć krótkich notacji z Nie boję się bezsennych nocy:

W czołowym dzienniku artykuł „Moje dziecko kłamie”. Psycholodzy, pedagodzy zastanawiają się nad niepokojącym zjawiskiem, że dziecko zaczyna kłamać, ale na myśl im nie przyjdzie (a może i przyjdzie, ale ukrywają), że dziecko słyszy kłamstwa dookoła: kłamią gazety, spikerzy, nauczyciele, ministrowie, prezydenci, sędziowie, kłamią niezmordowanie od rana do wieczora Nixony i ich partnerzy, Portugalczycy i Etiopczycy, Polacy i Francuzi. Kłamią prasa, radio i telewizja. Kłamią też rodzice: co innego mówią w pracy (dziecko o tym wie), a co innego w domu.

A kto to jest ten mężczyzna o zdartym glosie, który ostatnio wydzwaniał do mnie o różnych porach dnia i nocy (najczęściej nocy) wykrzykując: „Hen, ty stara k…”, zawsze dorzucając „ty  grafomanie”, co mnie wprawiało w popłoch, bo człowiek nigdy nie ma pewności, jak to jest z tą grafomanią, i tylko raz krzyknął: „ty Żydzie”, naprawdę tylko raz! Ale dlaczego natychmiast rzuca słuchawkę? Podobnie Sławomir Kr. – który w marcu 68 związał się z „patriotami” spod ciemnej gwiazdy – napisał o mnie, że byłem „pupilkiem Bieruta”. Szkoda, że nim nie byłem – co bym sobie pożył, to moje. A później jakoś bym się wyłgał, jak ci inni, prawdziwi pupilkowi, których nazywano „belwederczykami”.

Wałęsa wyobraża sobie władzę prezydenta mniej więcej tak, jak pierwszego sekretarza partii. Zadzwoni, gdzie trzeba – „słuchajcie towarzyszu” – i sprawę załatwi. Wychował się w tamtych czasach, demokracji musi się uczyć. Przyjmuje np. panią Branicką-Wolską i obiecuje jej zwrot majątków, łącznie z tym, co zawiera pałac wilanowski. Ona twierdzi, łaskawa, że chętnie je zostawi w pałacu, ale jako swoją własność, „depozyt”. Pan prezydent zwraca się do władz Mokotowa, żeby zrealizowały jego obietnicę. Nie spostrzegł nawet, że wtrąca się nie do swoich rzeczy. Tadeusz trafia w punkt, zauważając, że ta pani powinna zażądać jeszcze zwrotu carskich rubli, które Braniccy otrzymali od Katarzyny za zdradę narodową.

Trybunał konstytucyjny odrzucił skargę prof. Ewy Łętowskiej, że religia została wprowadzona do szkół wbrew obowiązującym ustawom. Przy okazji pewien prokurator wypowiedział myśl, na jaką go stać, że ateizm prowadzi do zbrodni, kłamstwa i prostytucji.

Warto przypomnieć, że patriotyzm nie jest uczuciem, które samo przez się, niezależnie od tego, jakim znakiem jest opatrzone, zasługuje na kult. Patriotami byli na pewno i hitlerowcy. Wszędzie, gdzie się zabija obcych, mamy do czynienia z patriotami. „Patriotami” nazywali siebie przeciwnicy Konstytucji 3 maja. Doktor Samuel Johnson (według jego biografa Boswella) grzmiał w osiemnastym wieku: „Patriotyzm jest ostatnia deską ratunku łajdaka”. Trudno było o tym nie wspomnieć, kiedy widziało się, jak to pojęcie prostytuują agenci Moczara. Na pewno patriotami są Rosjanie, którzy pragną odrodzenia imperium i tego, by w ich władanie wrócił kraj priwislinskij.

Boy-Żeleński przytacza w Obiedzie Literackim opowieść Teofila Gautiera (zanotowaną przez Goncourtów): „Pewnego dnia minister Walewski rzekł mi, żebym już zerwał z pobłażaniem i że mnie upoważnia, abym pisał o teatrze to, co myślę.

– Ależ – rzekłem – w tym tygodniu grają sztukę pana X.

– A – odparł minister – to może pan zacznie od przyszłego tygodnia.

Polecam do czytania

Polecam lekturę Nie boję się bezsennych nocy, jako świadectwa duchowego życia wybitnego pisarz i opisu nas, naszego społeczeństwa.

Bardzo lubię jego powieść i film Kwiecień. Wśród setek filmów opowiadających o wojnie, Kwiecień jest wyjątkowy. Większość powieści i filmów o wojnie nie dostrzega w bałaganie i harmidrze wojny człowieka, osoby, jednostki. W Kwietniu Hena owszem są w powieści i filmie sceny batalistyczne, ale nie one są najważniejsze. Hen dostrzega w wojnie ludzkie wybory, jednostkowe dramaty.

Cenię jego biografię Tadeusza Boya-Żeleńskiego. W tym dziele, zatytułowanym Błazen-wielki mąż, widzimy wielkiego buntownika, jakim był przecież Boy. Hen subtelnie, ale wyraźnie ukazuje epokę, w której Boy, jako pisarz i publicysta mierzył się z zatęchłą atmosferą naszego społeczeństwa. A była ona wtedy zatęchła bardzo. To Boy, jako pierwszy podjął walkę o prawa kobiet i to on stworzył hasło Piekło kobiet, bo jest to tytuł cyklu jego polemik. I to on walczył z wszelkiego rodzaju wstecznictwem społecznym, bezlitośnie obnażając pustotę haseł tzw. konserwatystów, których idea główna sprowadzała się w międzywojniu do przekonania, że wszystko powinno zostać po staremu – co najmniej jak na początku XIX wieku, lub nie wcześniej. Boy patrzył przenikliwiej, widział, jak zmienia się świat, jak rodzą się nowe społeczeństwa i chciał, by również Polacy popatrzyli na siebie krytycznie, odrzucając wszelkie uprzedzenia i puste hasła. Hen napisał biografię Boya z ogromnym temperamentem, w bardzo dobrym rytmie i z wielką pasją. Czego chcieć więcej?

Wykaz głównych dzieł Józefa Hena:

  • Kijów, Taszkient, Berlin, 1947.
  • Druga linia, 1951.
  • Moja kompania, 1951.
  • Notes lejtnanta Nikaszyna, 1952.
  • W dziwnym mieście – powieść, 1954
  • Bitwa o Kozi Dwór – powieść dla dzieci, 1955.
  • Cud z chlebem – opowiadania, 1956.
  • Skromny chłopiec w haremie – reportaże z ZSRR, 1957.
  • Bicie po twarzy – opowiadania, 1959
  • Więzień i jasnowłosa – powieść, 1960.
  • Kwiecień (powieść), 1961.
  • Nieznany (opowiadania), 1962.
  • Krzyż walecznych (opowiadania), 1964.
  • Toast (powieść – od 1997 wznawiana pod tytułem Prawo i pięść), 1964.
  • Przed wielką pauzą (pierwsza część cyklu powieściowego Teatr Heroda), 1966.
  • Opór (druga część cyklu powieściowego Teatr Heroda), 1967.
  • Mgiełka (opowiadania), 1970.
  • Twarz pokerzysty (powieść), Czytelnik, 1972.
  • Przeciw diabłom i infamisom (cykl opowiadań historycznych dla młodzieży), 1973.
  • Yokohama (powieść), 1974.
  • Crimen: opowieść jarmarczna (powieść), 1975.
  • Ja, Michał z Montaigne (biografia literacka), 1978.
  • Zagadkowy Arr (powieść dla dzieci), 1979.
  • Milczące między nami (powieść), 1985.
  • Nie boję się bezsennych nocy, Czytelnik, 1987.
  • Powiernik serc (opowiadania), 1988.
  • Królewskie sny, Iskry, 1989.
  • Nikt nie woła, 1990.
  • Nowolipie, Iskry, 1991.
  • Nie boję się bezsennych nocy… z księgi drugiej, 1992.
  • Odejście Afrodyty, 1995.
  • Najpiękniejsze lata, 1996.
  • Błazen – wielki mąż, 1998, Nominacja do Nagrody Literackiej Nike 1999.
  • Nie boję się bezsennych nocy… z księgi trzeciej, Czytelnik, 2001.
  • Mój przyjaciel król, 2003. Nominacja do Nagrody Literackiej Nike 2004.
  • Bruliony profesora T., 2006.
  • Pingpongista, 2008.
  • Dziennik na nowy wiek, 2009.
  • Szóste, najmłodsze i inne opowiadania, 2012.
  • Dziennika ciąg dalszy, Wydawnictwo Literackie, 2014.
  • Powrót do bezsennych nocy, Dzienniki, Sonia Draga, Katowice 2016.
  • Ja, deprawator, Sonia Draga, Katowice 2018.
  • Bez strachu, MG, 2020.

 

 

Bardzo trudny temat podejmuje WALTER ALTERMANN: O nowych stolicach Polski

Nie ma oczywiście zorganizowanej odgórnie propagandy stołeczności Warszawy, ale powszechny w Polsce podziw dla bohaterskiego Powstania Warszawskiego, późniejsza duma z odbudowy miasta oraz codzienna dawka setek informacji – że to i to działo się w Warszawie – wszystko to powoduje, że Polakom wydaje się, że Warszawa będzie naszą stolicą na zawsze.

Część Polaków wie, że długo i chwalebnie naszą stolicą był Kraków – i to dłużej oraz w czasach potęgi Korony i Rzeczypospolitej Obojga narodów – ale większość nie dopuszcza możliwości, że Warszawa wcale nie musi być ostatnią stolicą państwa. Poniżej przedstawię argumenty za koniecznością zbudowania nowej stolicy naszego kraju.

Kilka słów oczywistych

Warszawa prawa miejskie otrzymała przed rokiem 1300. W 1526 została włączona do Korony Królestwa Polskiego. Do tegoż roku Warszawa, jak i całe Mazowsze, była osobnym, choć  podległym Koronie księstwem. W roku 1569 została ustanowiona miejscem obrad sejmów Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Po 1596 do Warszawy przeniesiono dwór królewski i urzędy centralne, a w 1611 w rozbudowanym Zamku Królewskim na stałe zamieszkał król Zygmunt III Waza.

Warszawa jest ważnym ośrodkiem naukowym, kulturalnym, politycznym oraz gospodarczym. Tutaj znajdują się siedziby min. Prezydenta RP, Sejmu i Senatu RP, Rady Ministrów oraz Narodowego Banku Polskiego. Stolica jest głównym miastem monocentrycznym aglomeracji warszawskiej. Warszawa jest również jedynym polskim miastem, którego ustrój jest określony odrębną ustawą.

Prawie co dziesiąty Polak mieszka w Warszawie

Warszawa jest naszą stolicą, jest też najludniejszym miastem kraju. Liczba jej mieszkańców, zależnie od sposobu zdefiniowania jej granic, wynosi od 2,6 do 3,5 mln. Jest to największe, po aglomeracji śląskiej, skupisko ludności w Polsce. Na obszarze aglomeracji warszawskiej znajduje się około 20 miast.

Dzisiaj prawie 10 procent Polaków mieszka w Warszawie, co może budzić podziw, ale też równy podziwowi niepokój. Przypomnijmy, że po wyzwoleniu Warszawy w roku 1945 miasto było zniszczone i właściwie niezamieszkałe – mówię o Warszawie lewobrzeżnej. Do roku 1970 – w stolicy nie można było ot tak sobie zamieszkać. Ci z warszawiaków, którzy powrócili do swego miasta, stanowili raptem 15 procent jego dawnych mieszkańców.

Nowi warszawiacy, żeby zamieszkać w stolicy, musieli mieć pozwolenie od władz. Oczywiście byli to inżynierowie, technicy, lekarze, naukowcy, nauczyciele i inni fachowcy niezbędni miastu. Ale przecież nie oni „czynili” większość mieszkańców. Skąd i jak zatem Warszawa z roku na rok notowała coraz więcej mieszkańców? Ano, stolicę zaludnili głównie mieszkańcy Mazowsza, i to z pobliskich wsi i miasteczek. Mechanizm był prosty – wystarczyło, że jednemu z nich udało się uzyskać pozwolenie na pracę w Warszawie, a niebawem sprowadzał żonę z dziećmi. A w ramach łączenia rodzin zjeżdżali też rodzice i rodzeństwo nowowarszawiaka. I tak to – przez pączkowanie niejako – Mazowsze podbiło stolicę. Dopiero za Gierka zniesiono wymów posiadania pozwolenia na zamieszkanie w Warszawie.

Dlaczego stolica ma siłę magnesu?

Dlaczego dzisiaj tylu młodych ludzi ciągnie do Warszawy? Ciągną jak muchy do miodu, do w stolicy znajdują pracę – i to bardziej atrakcyjną i o wiele lepiej płatną niż w reszcie miast Polski. Ale też inwestycje nowych technologii trafiają głównie do Warszawy i podwarszawskich okolic. I o dziwo historia zatacza koło – nowi warszawiacy jadą codziennie 20-40 kilometrów, do tych nowych miejsc atrakcyjnej pracy. I tym samym często pracują w miasteczkach, z których wyjechali do Warszawy ich dziadkowie.

Warszawa się sama napędza. Przy tej wielkości miasta nowe miejsca pracy powstają niejako automatycznie, same z siebie. I mechanizmu tego nie da się powstrzymać. Już teraz nasza stolica jest nie tylko centrum administracyjnym kraju, jest także nowym centrum technologii, przemysłu i kultury. Można by się cieszyć z takiego sukcesu stolicy, gdyby nie to, że poza Warszawą mieszka jednak 90 procent narodu.

Kolonializm warszawski

Sytuacja przypomina tę z jaką mamy do czynienia w bogatych państwach Zachodu. Ostatnio popisali się tak Niemcy, gdy jeszcze trzy lata temu zapraszali do siebie Ukraińców, ale jedynie wykształconych, z potrzebnymi Niemcom zawodami i znajomością języka niemieckiego. Tym samym mamy do czynienia z nową formą kolonializmu. Bogaci pozbawiając ubogie państwa Afryki, Azji i Ameryki Południowej, warstwy ludzi najlepiej wykształconych, skazując je na wieczny byt na peryferiach świata, na wieczną biedę i nędzę.

Tak jak Zachód ogałaca cały Trzeci Świat z wyższych, wykształconych warstw społeczeństw, tak Warszawa zasysa, jak wielki, bezwzględny odkurzacz ludzi najbardziej rzutkich, przedsiębiorczych, najlepiej wykształconych z całej Polski.

Skutkiem tego z dziesięciolecia na dziesięciolecie rośnie i będzie jeszcze szybciej rosła przepaść pomiędzy Warszawą a krajem, którego ona jest jednak stolicą. Będzie się pogłębiała przepaść pomiędzy Warszawą a Opocznem, Kluczborkiem czy Białą Podlaską. Nie mówię, że w wyżej wspomnianych małych miejscowościach, nie będzie bezwzględnego „przyrostu” cywilizacji, ale względne różnice poziomu życia będą coraz większe. Czyli powoli, ale systematycznie dążymy do odtworzenia międzywojennego podziału na Polskę A, B i C. Trochę głupio, ale do tego właśnie zmierzamy.

Jak wygląda Polska z punktu widzenia warszawiaka?

Trzeba bez ogródek stwierdzić, że mieszkańcy Warszawy są bardzo zarozumiali. I nie dostrzegają, że poza Warszawą są w Polsce jeszcze jakieś inne miasta i wsie, w których żyją i pracują ludzie nie mniej mądrzy i nie mniej utalentowani niż warszawiacy. To poczucie wyższości, naprawdę bezzasadnej, jest irytujące a dla ludzi z Polski deprymujące.

Nawet warszawskiemu cieciowi wydaje się, że jest o wiele lepszym cieciem niż kolega po fachu z Gdańska. A już warszawscy dziennikarze, warszawscy krytycy filmowi z założenia – zanim cokolwiek pierwszego w życiu napiszą – są o wiele lepsi niż koledzy po piórze i klawiaturze z Wrocławia.

Opowiadał mi pewien reżyser teatralny z prowincji, który jako debiutant zrobił przedstawienie, będące wtedy krajowym wydarzeniem. Z tym spektaklem trafił na gościnne występy do Warszawy. I wtedy zaproszony został do Polskiego Radia na wywiad. Rozmowa była banalna, a prowadząca nieznośnie ogólnie kulturalna, Ciekawie zaczęło się dopiero po wywiadzie, na korytarzu w gmachu przy Myśliwieckiej, bo Pani Redaktor zapytała go wprost:

– Ale jak to jest? Sam pan wpadł na pomysł adaptacji takiego tekstu i zrobienia takiego przedstawienia? Ja dotychczas o panu w ogóle nie słyszałam…

– Bo ja jeszcze jestem studentem szkoły teatralnej… – odpowiedział reżyser.

– Ale że to tak samemu i jeszcze z Olsztyna? – powiedziała, nie kryjąc zdziwienia, Pani Redaktor.

Niestety „warszawskość” niesłusznie nobilituje wszystkich mieszkańców stolicy. Od cieci począwszy a na pracownikach Ministerstw Wszelakich i Rożnych kończąc. I naprawdę bez  potrzeby, bo zaiste istnieje jeszcze życie rozumowe poza Warszawą.

Warszawskie media

Szczególnie dotkliwą sprawą dla całego kraju, była realna likwidacja – nazywana jak to u nas, reformą – regionalnych ośrodków TVP. Formalnie i praktycznie te terenowe ośrodki istnieją i działają, ale pozbawione są minimum niezależności. Od lat nie podejmują już własnej twórczości artystycznej, nie tworzą w dostatecznym stopniu niczego, nawet dobrych reportaży. Choć w ustawie   z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji, jest jak był zapisana zapisana kulturotwórcza rola tych mediów.

To ograniczenie roli kulturotwórczej ośrodków terenowych TVP odbyło się etapami, i było to dzieło wszystkich partii, które sprawowały władzę po roku 1995. Można powiedzieć, że tylko w tym dziele zniszczenia istniała ponadpartyjna zgoda.

Poza tym, sprawa nie dotyczy tylko TVP, bo wszystkie pozostałe stacje telewizyjne również działają w Warszawie i nadają z Warszawy. I głównie mówią o Warszawie. Wyjątkiem jest telewizja TRWAM – stacja religijna.

Te warszawskie media tworzą atmosferę „warszawocentryczną”. Czego skutkiem jest niedostrzeganie życia intelektualnego i artystycznego w reszcie Polski, co moim zdaniem wpływa hamująco na rozwój intelektualny i duchowy Polski.

Tu muszę przytoczyć opowieść mego przyjaciela satyryka, bo ta anegdotka oddaje najlepiej stosunek warszawskich Redaktorów i Redaktorek do tak zwanego terenu.

Przyjaciel mój w jednym z Regionalnych Ośrodków Polskiego Radia stworzył bardzo oryginalny, odcinkowy program satyryczny. Później jego rodzima rozgłośnia sprzedawała ten program do większości podobnych jej regionalnych stacji. W końcu mój przyjaciel zadzwonił do „Radia Dla Ciebie”, warszawskiego odpowiednika Radia Kraków, czy Radia Poznań. Porozmawiał z miłymi paniami, potem wysłał im próbki audycji, a w końcu panie oddzwoniły mówiąc:

– Oczywiście kupujemy, kupujemy, a uśmiałyśmy się… i wie pan, aż dziwne, że taka dobra audycja powstała poza Warszawą.

Cały naród utrzymuje swoja stolicę

Przechodząc do sprawy głównej przypomnę, że odbudowa Warszawy odbywała się na koszt całej Polski. Zadaniu nadano znaczenia ogólnopolskiego, co zresztą zrozumiałe. Odbudowa Warszawy  przebiegała pod hasłem „Cały Naród Buduje Swoją Stolicę”. Poza funduszami rządowymi, również władze innych miast przekazywały hojne datki na ten program. Mało tego, wprowadzono stałe, dobrowolne składki od wszystkich mieszkańców kraju. Te składki były potrącane w wysokości 0,3 procenta przy wypłatach pensji. I jak to za komuny nie były one dobrowolne, były po prostu wymuszane, czyli były przymusowe.

Nawet dzieci w szkołach podstawowych miały książeczki Społecznego Funduszu Odbudowy Stolicy (SFOS), do których wklejaliśmy znaczki, wartości – chyba – złotówki. Nie wypominam, ale to nie warszawiacy odbudowali swoje miasto, ale cały kraj je odbudował.

I stało się tak, że nie tylko cały kraj odbudował swoją stolicę, ale cały naród nadal ją utrzymuje. Bo nie byłaby tak bogata, nie miałaby metra, nie stać by ją było na nowe trasy tramwajowe, kolejowe, nowoczesne muzea i wiele innych działań, gdyby nie to, że jest naszą stolicą, że dzięki nam, prowincjuszom w Warszawie mieszczą się wszystkie urzędy centralne, banki i najlepsze uczelnie. Bez rządowych pieniędzy – czyli także pochodzących z naszego prowincjonalnego budżetu – Warszawy nie byłoby stać na takie cuda, o których nawet najstarsi poznaniacy nie słyszeli.

„Cały Naród Utrzymuje Swoją Stolicę” – to jest prawdziwe hasło na obecne czasy. A tymczasem prezydent Trzaskowski twierdzi, że pieniądze, które płaci warszawski magistrat na wyrównanie dysproporcji między regionami Polski, to okradanie stolicy. Łaskawco – chciałoby się powiedzieć – Warszawa bez reszty kraju byłaby na powrót miastem bez znaczenia. No, ale „warszawskość”, to nadęcie i zadęcie jest potworne. Już przed wojną na takie merytoryczne wygibasy warszawskich władz i warszawskich elit mówiono: „Warszawska hucpa”.

Nowa stolica

Może teraz, gdy Warszawa jest już wystarczająco, a nawet przesadnie rozbudowana pora przenieść stolicę w inne miejsce? To się na świecie już zdarzało. Sądzę, że już więcej inwestycji Warszawa nie zniesie. Warszawa jest już tak wielkim Baalem, że niebawem pojawią się problemy z przejedzeniem.

Dlatego postuluję budowę nowej stolicy, w innym miejscu niż Mazowsze. Budowa nowej stolicy pozwoliłaby Warszawie stać się sprawnym, dobrze funkcjonującym miastem bez „moralnego” nadzoru rządów. Gospodarczo w niczym by to Warszawie nie zaszkodziło a nawet uwolniona od centralnych obowiązków mogłaby się lepiej rozwijać. Są przecież państwa, w których stolica nie jest największym miastem w kraju, że wspomnę jedynie USA i Kanadę.

Zyski z budowy nowej stolicy wymienię w punktach:

  1. Nowa stolica, w nowym miejscu przyciągnęłaby w ten wybrany region nowe inwestycje, uaktywniłaby nowe siły drzemiące w Polsce prowincjonalnej.
  2. Nowa stolica zdjęłaby z Warszawy odium miasta państwowego, co warszawiakom pozwoliłoby mniej zajmować się polityką a bardziej pracą,
  3. Do nowego stołecznego miejsca nie zdołaliby się przenieść wszyscy obecni rządowi i około rządowi urzędnicy, co pomogłoby usprawnić administrację rządową i państwową. Bo w obecnym stanie rzeczy urzędników „przyrządowych” przybywa w postępie geometrycznym. I w większości zajmują się oni samymi sobą.

Moi kandydaci na nową stołeczność

Najpierw należałoby wyłonić kilka kandydatur. Przy czym Kraków i Łódź nie powinny być brane pod uwagę.

Kandydatury na nie:

Kraków – to miasto cudowne, a powrót stolicy do Krakowa z całą pewnością zniszczyłby moralny i emocjonalny klimat tego miasta. Urodzeni Krakusi chodzą wolno, elegancko i spokojnie. I gdyby teraz dosiedlić im zabieganych, spoconych urzędników z rządu, Sejmu i Senatu? Gdyby pojawiły się też dzikie hordy dziennikarzy? Zniszczyliby wszystko, cały klimat Krakowa szlag by trafił.

Łódź – leży za blisko Warszawy, co groziłoby tym, że przy kolejach dużych prędkości, które niebawem powstaną, większość urzędników nadal mieszkałaby w Warszawie. Jeżeli chodzi o Łódź, to wystarczyłoby jej zagwarantowanie inwestycji przemysłowych, bo od 1989 roku miasto to nie doczekało się żadnych.

Typy na tak:

Wrocław, Poznań, Gdańsk – to między tymi miastami powinien nastąpić wybór. Z tej trójki głosowałbym na Poznań. Ale nowa stolica powinna powstać w bezpiecznej odległości od Poznania, czyli w okolicach Wrześni, bo to raptem 47 kilometrów, ale jednak jakaś odległość jest.

Należałoby równocześnie podjąć decyzję, że nowa stolica będzie nią nie dłużej niż 80 lat. Po upływie tego czasu należałoby znowu wybrać kolejne miasto.

Poirytowanych moją propozycją, tych co odsądzają mnie od rozumu i polskości, mówię wprost: tak dalej być nie może, a nadto państwowość polską zawdzięczamy temu, że pierwsi Piastowie żyli w stałym objeździe swych włości. I tym samym stolica była tam, gdzie zatrzymywał się król czy książę. I trzeba wreszcie rozstrzygnąć stare pytanie – stolica dla kraju, czy kraj dla stolicy istnieje?

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Za habilitację do kontenera

Pan Andrzej Korczak, doktor habilitowany, adiunkt z 14-letnim stażem w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, wykładowca, autor wielu prac naukowych wydawanych w Polsce i za granicą, za kilka dni, 5 października 2023 r. będzie miał do wyboru – albo potulnie opuścić od dziewięciu lat zakwaterowanie w uczelnianym hotelu o nazwie Eden, albo wyprowadza go w asyście komornika i policji jak pospolitego przestępcę, może i w kajdankach, gdzieś pod most albo i do kontenera.

Powinny to sfilmować kamery niezależnych mediów choćby dlatego, że sprawa werdyktu sądowego czy pan Korczak jest czy już nie jest pracownikiem SGGW zakończona jeszcze nie została. Sąd Pracy (sygn. akt VIIP 5820) nie wysłuchał świadków zgłoszonych przez naukowca. Po prostu precz! Na bruk, bo tak chcą przełożeni pana Andrzeja Korczaka. A powód? Przeglądam historię „choroby”. To egzemplifikacja gangreny, nepotyzmu z korupcją, mafijnej solidarności środowiska, które nie rangą dokonań naukowych a źle pojmowaną solidarnością zmowy wyrzuca człowieka poza nawias pracy i życia. Jeszcze niedawno jednego ze swoich. Bo ten śmiał nie podporządkować się, z a k a z o w i   robienia i zrobienia habilitacji. Adiunkt nie posłuchał i zrobił to w Polskiej Akademii Nauk. Wbrew „woli” swojej przełożonej zajmującej się sprawami etyki a konkretnie mobbingu.

Zanim 5 października kamery zostaną ustawione pod Edenem chciałbym jeszcze zapytać władz całej tej przecież ważnej, historycznej w końcu uczelni polskiej, czy naprawdę nic nie wiedzą o skandalu, który się szykuje.  Magnificencjo, to wszystko dzieje się w Katedrze  Edukacji i Kultury, z której osoby odpowiedzialne kandydują właśnie do krajowych gremiów decyzyjnych o edukacji naukowej.

Przez decyzyjne  ośrodki nauki polskiej przechodzą raz po raz tsunami. Tacy jej niszczyciele jak np. panowie Giertych i Gowin, po krótkiej burzy odpływają w siną dal. A polska nauka odnotowywana jest w światowych rankingach na ostatnich miejscach. Nie może odbić się od dna. Wysyp beznadziejnie słabych z założenia tzw. wyższych uczelni został wprawdzie trochę ograniczony do ok. 300 w skali kraju. Te przystanki dla wędrujących rzesz wieloetatowych wykładowców, pseudoprofesorów to był przerost ambicji regionalnych. Cierpiały także futrzaki. Ratunkiem dla gronostajów była decyzja, że nie muszą być stroje rektorów i wielkiej rzeszy prorektorów ozdabiane futrem żywotnych, łaskawie zgodzono się, że te kapoty mogą być sztuczne. Nie ma natomiast kary dla plagiatorów i miernot, a  tych jest zatrzęsienie. Polecam pracę pogromcy plagiatorów pana dr Marka Wrońskiego.

Jest żądanie: więcej pieniędzy na naukę! Jaką naukę? Gdzie wyniki? To wszystko dzieje się tak od lat. Przykład z SGGW: kara za pracę. Pomiatanie, mobbing przez określających się jako humaniści. Bez żenady, bez wstydu. Zakorzenione jest prawo do przeciętności i wzajemnego popierania w środowisku. o wszystko nie budzi już odrazy. Skąd to przyszło? Jak temu zaradzić?

Analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Ukraina na zimno

Jeśli chodzi o tempo utraty sympatii Polaków, Wołodymyr Zełenski został niekwestionowanym mistrzem świata. Sądzę, że ustanowiony przez niego rekord może być niezagrożony jeszcze bardzo długo.Biorąc pod uwagę historię Polski, ale również, a może przede wszystkim postawę Polski i Polaków po 24 lutego 2022 roku, insynuowanie przez Zełenskiego „prorosyjskości” miało prawo nas zaboleć.

Być może, w związku z tym, że w kółko spotykamy się z niesprawiedliwymi oskarżeniami i wyhodowaliśmy sobie grubą skórę, dałoby się to ugłaskać, wyjaśnić gorszym dniem, presją, czy chwilowym atakiem pomroczności jasnej. Chwilę potem jednak mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju Hołdem Pruskim Zełenskiego (w jego przypadku złożonym „Prusom” a nie „przez Prusy”) apelującego na forum ONZ o przyznanie Niemcom „gwarantowi pokoju na świecie”, stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. I to już przekroczyło masę krytyczną, po osiągnięciu której, proces destrukcji sympatii do prezydenta Ukrainy w Polsce, nastąpił lawinowo i prawdopodobnie w sposób nieodwracalny.

Awaria „legendy”

I nie chodzi nawet o to, że Polacy nie lubią Niemców, a mają za co ich nie lubić, czy że mają z Niemcami sprzeczne interesy, bo mają i Niemcy muszą Polskę złamać jeśli chcą zrealizować swój geopolityczny plan, tylko po pierwsze o to jak bardzo jest to obrzydliwe i żenujące (mówimy o tych samych Niemcach, które tyle już razy, ostatnio po wybuchu rosyjskiej agresji, wystawiły Ukraińców do wiatru). A po drugie o to, że gołym okiem widać, że było to działanie niezgodne nawet z interesem Ukrainy, co „legendę” Zełenskiego stawia w zupełnie nowym świetle.

Miejmy nadzieję, że ofiarą tego nagłego emocjonalnego zwrotu, staną się w krótkim czasie takie dziwactwa i potworki jak „w Ukrainie” (zwrot o nielogicznej genezie, w dodatku nawiązujący do rosyjskiego odpowiednika), czy „pierogi ukraińskie”, które kiedy są normalnie „ruskimi” nie mają niczego wspólnego z Rosją, ponieważ ich nazwa pochodzi od „województwa ruskiego” w I Rzeczpospolitej, ew. od Rusinów, czyli (w dużym uproszczeniu) dziś powiedzielibyśmy – Ukraińców.

Ale przecież to bodaj wszystko, co w tej kwestii nowe emocje mają do roboty. A przynajmniej tak mi się wydaje. Nic bowiem nie zmieni mojego szacunku do Ukraińców, którzy wbrew prawie całemu światu i wbrew jego oczekiwaniom, nie poddali kraju po trzech dniach, a nawet pogonili kota „niezwyciężonej Armii Czerwonej”. Nie zmieni nawet mojego szacunku do tamtego Zełenskiego, który zamiast skorzystać z amerykańskiej propozycji ucieczki z kraju, został i podjął walkę. Nie zacznę żałować, że do mieszkania po Teściowej przyjęliśmy uciekające przed wojną Ukrainki, które płakały kiedy mówiłem im po rosyjsku, bo ukraińskiego nie znam „nie ispugajties, wy doma”. Zrobiłbym to znowu choćby i sto razy.

Chłodna kalkulacja

Ale to jest poziom ludzki. Na poziomie państwowym, politycznym i geopolitycznym, istotniejsza jest gra interesów i chłodna kalkulacja (wbrew niektórym emocje też mają znaczenie, bo jednak politykę robią ludzie w imieniu ludzi, ale powinny mieć mniejsze). I wolta Zełenskiego brutalnie nam o tym przypomina. Jakoś zamilkli ci, którzy mieli do mnie pretensje, kiedy pisałem, że Ukrainie trzeba pomagać, ale nie uszczuplając krytycznego poziomu własnych zasobów. Nie jestem ekspertem, ale intuicyjnie wyczuwam, że tę czerwoną linię przekroczyliśmy. Cóż mi jednak po tym, że będę to swoim interlokutorom wypominał? Ważnie, że teraz mają szansę się opamiętać.

Jest jednak spora grupa, która krzyczy „nazywałeś nas ruskimi onucami, a to my mieliśmy rację nazywając Ukraińców ‘banderowskimi ku.wami’, a Ukrainę ‘Upadliną’ – teraz nas przeproś”. No nie, ja nikogo tak nie nazywałem, a wręcz przestrzegałem innych przed nadużywaniem tego określenia. To łatwo sprawdzić. Choć rzeczywiście, nie zmienia to faktu, że powyższej postawy nie uznaję za żaden „realizm”, tylko za emocjonalny szuryzm, podobny do „wukrainie”, tyle, że o przeciwnym znaku. Więc nie uważam żebyście „mieli rację”.

Warto pomagać

Przeciwnie, wydaje mi się, że łatwo wykazać, że pomoc Ukrainie w utrzymaniu się wobec rosyjskiej inwazji, była w naszym najgłębszym interesie. Oto bowiem, jak rzadko w historii, to nie my własną krwią osłabialiśmy czyjegoś wroga, tylko Ukraińcy swoją krwią osłabiają naszego, dając nam czas na dozbrojenie się i rozbudowę armii. Dzięki utrzymaniu się Ukrainy, granica, której potencjalnie musielibyśmy bronić, jest o wiele krótsza. Bałtyk, od strony którego latami mogliśmy się spodziewać ataku, dziś jest praktycznie wewnętrznym morzem NATO, a „lotniskowiec” Okręgu Kaliningradzkiego bardziej boi się nas niż my jego. Gazociągi Nord Stream cudownie zniknęły, oby przynajmniej na czas pozwalający przyzwyczaić się do Baltic Pipe i zbudować nowy tor podejściowy do portu w Świnoujściu. Cała Europa musiała się w dużym stopniu uniezależnić od rosyjskich surowców, a niemiecką koncepcję „wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku szlag trafił. Nasz demograficzny problem jest nieco mniejszy dzięki uchodźcom z Ukrainy (tak, wiem, ja też wolałbym żeby polskie kobiety po prostu rodziły więcej dzieci, ale pozostając pod wpływem GW i TVN, uważają, że to „niemodne” i nie rodzą, i tak, trzeba myśleć o repatriacji Polaków). Nasze firmy coraz lepiej radzą sobie na ukraińskim rynku, a potencjał sympatii zwykłych Ukraińców wobec Polaków nie jest wprawdzie tak sprawnym mechanizmem jak korumpujące ukraińskie elity niemieckie fundacje, ale jest narzędziem prowadzenia polityki (obyśmy potrafili je wykorzystać), którego wcześniej nie mieliśmy.

Jakiej Ukrainy chcemy?

Szybko natomiast musimy uczyć się zadawać sobie pytanie – jakiej Ukrainy chcemy? Wiemy już, że chcemy żeby przetrwała, taka czy inna jest nam potrzebna. Ale jak silna powinna być? Na pewno na tyle żeby stanowić bufor, ale, szczególnie biorąc artykułowane czasem ambicje rywalizacji z Polską w regionie (póki co to oczywiście mrzonki, nawet gdyby wojna skończyła się jutro, Ukraina sama będzie potrzebowała olbrzymiej pomocy, sama nie będąc w stanie wiele zaoferować), czy w naszym interesie jest Ukraina BARDZO silna? Czy powinniśmy euroatlantyckie aspiracje Ukrainy wspierać bezwarunkowo? Tym bardziej, że Ukraina najwyraźniej stanęła po stronie tych, którzy nas szantażują przy pomocy złośliwego mechanizmu „rozszerzenie UE o Ukrainę w zamian za oddanie suwerenności przez Polskę”.

A czy w imię dobrej współpracy powinniśmy „zapomnieć o Wołyniu”? A w żadnym wypadku. Nawet pomijając kwestie moralne i tożsamościowe i patrząc na sprawę absolutnie cynicznie, to tak jak kwestia reparacji jest wygodną dźwignią w kontaktach z Niemcami, tak kwestia Wołynia powinna stać się podobną dźwignią w kontaktach z Ukrainą. To nie my mamy dopraszać się pozwolenia na ekshumacje, ale Ukraina nas prosić żebyśmy zechcieli przyjrzeć się jej procesowi „przepracowywania” trudnej przeszłości. Nie dziś, to jutro.

Tak więc, ochłonąwszy nieco po zimnym prysznicu jaki nam sprawił ostatnio Zełenski, apelowałbym żebyśmy pilnowali aby nasze głowy pozostały chłodne. Zełenski chce raz jeszcze nadepnąć na niemieckie grabie? No cóż, ma prawo. A my pamiętajmy, żeby realizować nasze długookresowe interesy, nauczymy się nie dawać niczego bez odpowiedniego weksla i powtarzajmy sobie przysłowie, że „dłużej klasztora niż przeora”.

WALTER ALTERMANN wskazuje, że są już: Pierwsze ofiary wyborów

Kampania wyborcza jest niespotykanie ostra. Nie pamiętam takiej zajadłości ze strony opozycji wobec partii rządzących i partii sprawujących władzę wobec opozycji. Z obu stron sypią się ostre personalne ataki, przeciwników pomawia się o wszystkie możliwe niegodziwości polityczne.

Opozycja przedstawia wagę wyborów tak, jakby po ewentualnym zwycięstwie PIS, wespół z tym ugrupowaniem kraj nasz spotka ruina i bezprawie, a na zgliszczach hasać będą jedynie bezpańskie psy. Nadciąga apokalipsa – zdaje się sugerować opozycja.

Z kolei ugrupowania rządowe przedstawiają ewentualne rządy opozycji jako kompletną utratę suwerenności, niepodległości i mentalną zagładę polskości, łącznie z językiem. Nie mówiąc już o tradycji.

Nie owijam w bawełnę, nie kluczę i mówię wprost – obie strony niebezpiecznie przesadzają. Zwrócę też uwagę na fakt, że w obecnej kampanii obie strony stawiają na wzbudzenie w wyborcach emocji. Zauważam, że w porównaniu z poprzednimi kampaniami, w tej brakuje logicznych argumentów, brak jest rzeczowych dyskusji. Wszystko podporządkowane jest budzeniu negatywnych emocji, skierowanych na przeciwników. Jestem z urodzenia człowiekiem środka, to znaczy zawsze szukam płaszczyzny porozumienia, staram się wyłuskiwać to co łączy, a nie szukać  tego co dzieli. I nad emocje przedkładam zawsze rozum i logikę. Ale gdyby jednak los kazał mi godzić zwaśnione strony, poddałbym się, sprawy zaszły bowiem bardzo daleko, niebezpiecznie daleko.

I coś mi się zdaje, że rację miał, nieżyjący już pisarz Jerzy Pilch. W jego powieści „Narty Ojca Świętego” jedna z postaci mówi: „Ruscy już wyjechali, jesteśmy wolni i sami. I teraz możemy się wzajemnie powyrzynać. I nikt nam kurwa mnie przeszkodzi.”

Pierwsze ofiary

Są już pierwsze indywidualne i grupowe ofiary tej kampanii. To nasze dziennikarstwo. Nie bądźmy naiwni, dziennikarze mają prawo mieć swoje poglądy polityczne. Ale czy muszą się nimi kierować zawsze i ciągle? I gdzie jest granica dla dziennikarza w relacjonowaniu zdarzeń małych i podniosłych, szczególnie w czasie kampanii wyborczej?

Dla czystego sumienia wymienię poniżej kilka dziwnych przypadłości, jakie są udziałem dziennikarzy zaangażowanych zawodowo w tę kampanię. Nie sądzę jednak, żeby uświadomienie cudzych grzechów mogło pomóc uświadomionym. Ale napiszę, żebym to ja miał czyste sumienie, że jednak mówiłem, a że ktoś nie posłucha… Każdy z nas ma wolną wolę, nawet dziennikarze.

Symetryści

Jedną z przypadłością dziennikarzy – bardzo rzucającą się w oczy w tej kampanii – jest posługiwanie się tym, co oni sami nazywają symetryzmem. Jest to sposób, żeby nie rozmawiać o winach lubianych polityków, a skupiać się na winach przeciwników naszych ulubieńców.

Dla przykładu: jeżeli mamy w studio dwóch polityków, a lubimy – powiedzmy – pana A, nie cierpiąc jego antagonisty pana B, to włączamy swój symetryzm i mówimy:

– Zakładając nawet, że zarzuty wobec partii pana A. mogłyby być prawdziwe, to musimy jednak pamiętać jak w podobnych przypadkach postępowała partia pana B, gdy była u władzy. A postępowała dokładnie tak samo, a może jeszcze gorzej.

I cudowny skutek symetryzmu jest taki, że pan B musi się bronić, a pan A może odpocząć. Oczywiście taka dyskusja ma się nijak do poważnej dyskusji, ale jest skuteczna, żeby pogrążyć pana B, którego nie lubimy.

Symetryzm nie jest wynalazkiem ostatnich lat, ja go pamiętam jeszcze z czasów PRL-u. Oczywiście wtedy nikt tej metody nie nazywał symetryzmem, ale świetnie funkcjonowała. Choć  była śmieszna. Wtedy symetryzm był używany dla obrony systemu, w sytuacjach, gdy trudno było znaleźć jakikolwiek argument na jego obronę, na przykład wtedy, gdy władze siłą tłumiły manifestacje niezadowolonych. Wtedy to urzędowi dziennikarze mówili symetrystycznie tak:

– Być może w Polsce nie wszystko jest doskonałe, być może zarobki i poziom życie w USA są wyższe niż u nas, ale u nas nikt nie bije murzynów.

Obiektywiści i rzetelniacy

Przez całe dziesięciolecia dziennikarstwo musiało być obiektywne. Teraz niektórzy głoszą, że obiektywizm nie wystarcza i dziennikarstwo ma być rzetelne. Spróbujmy zdefiniować oba pojęcia.

OBIEKTYWIZM. Zacznijmy od logiki. Logika chyba nie bardzo nam pomoże w zdefiniowaniu obiektywności, bo jej zdaniem obiektywność zdania najlepiej zdefiniować przez negację subiektywności. Zdanie jest obiektywne, kiedy nie jest subiektywne. Subiektywne zaś jest wtedy, gdy ustalenie jego wartości logicznej jest możliwe wyłącznie na podstawie nie dających się zweryfikować stanów wewnętrznych osoby wypowiadającej zdanie. To może poszukajmy w filozofii. Obiektywizm – stanowisko filozoficzne głoszące, że przedmiot poznania istnieje poza podmiotem poznającym i niezależnie od niego.

Skoro logika i filozofia nam nie pomogły, to trzeba sięgnąć do tak zwanej wiedzy potocznego języka. A głosi ona, że obiektywizm to bezstronność, postawa badawcza wolna od przesądów i uprzedzeń.

Opierając się tej ostatniej definicji należy z całą surowością stwierdzić, że w w toku tej kampanii wyborczej obiektywne dziennikarskie ostatecznie umarło. To znaczy – już od wielu lat ciężko chorowało, ale jeszcze dychało. Teraz jednak wypada się z nim ostatecznie pożegnać. Mówiąc coś dobrego na jego grobem, ale z tym będzie bardzo trudno. I ja się na takie pożegnalne przemówienie nie piszę.

Tu przypomnę genialną anegdotę Marka Twaina, który napisał, że w małym miasteczku na Dzikim Zachodzie umarł pijak, nicpoń i drobny złodziejaszek, który był zakałą całej społeczności. Trzeba było pochować go na koszt miasta i trzeba było wygłosić nad grobem coś dobrego o zmarłym. Burmistrz nie czuł się na siłach, więc ogłosił, że miasto da dolara – a było to sporo – temu, kto powie dobre słowo o zmarłym. Zgłosił się tylko miejscowy kowal. W dniu pogrzebu całe miasteczko przyszło na cmentarz, żeby usłyszeć co można dobrego powiedzieć o zmarłym. A kowal powiedział tak: „Jaki był zmarły wszyscy wiemy, ale o ileż był lepszy od swego syna”.  Mam nadzieję, że syn – lub córka – naszego dziennikarstwa będzie lepszy. Może będzie nim rzetelność?

RZETELNOŚĆ. Mamy jeszcze kolejne nowe zjawisko, nową definicję dobrego dziennikarstwa, lansowaną przez dziennikarz trochę za bardzo stronniczych. Jest nią „rzetelność”. Słownik języka polskiego PWN twierdzi, że rzetelny to: 1. wypełniający należycie swe obowiązki. 2. taki, jaki powinien być, odpowiadający wymaganiom.

To jednak chyba za mało. Bo definicja nie mówi jak trzeba „należycie wypełniać swe obowiązki”. W przypadku stolarza wiadomo, jak powinien wyglądać rzetelnie wykonany stół, okno, czy szafa. Ale w przypadku dziennikarza jest większy kłopot. Bo co to znaczy: „rzetelność dziennikarska”? Czy wystarczy podawać godzinę jakiegoś wypadku, czy może minutę, a może nawet sekundy? Czy trzeba cytować dosłownie, czy też można omówić wystąpienie kogoś, kogo nie lubimy? Czy można zaczynać od oceny czyjejś wypowiedzi, czy jednak od zacytowania? Czy ważniejsze są fakty, czy nasza ocena tych faktów?

Zalecana bezstronność

Biorąc pod uwagę to, co dzieje się z dziennikarzami zaangażowanymi w wybory, proponuję termin, który może im uświadomić podstawową zasadę wiarygodności zawodowej – bezstronność.  Ja wiem, że w wielu przypadkach – chcąc być bezstronnymi – dziennikarze musieliby mocno hamować objawianie swoich sympatii politycznych, a nawet udawać.

Sam, jako człowiek lubiący teatr, nie widzę nic złego w grze aktorów, w owym „udawaniu”. Taki mają zawód, podobnie zresztą jak dziennikarze.

Wielki Leon Schiller reżyserował w 1925 roku, w warszawskim Teatrze im. Bogusławskiego, wspaniały, mroczny i egzystencjalny  dramat Tadeusza Micińskiego „Kniaź Patiomkin”. Akcja rozgrywa się w czasie historycznego buntu marynarzy na  pancerniku. Ale nie o rewolucję w utworze chodzi, bo jest on o wiele głębszy i sięga tajemnic ludzkiej duszy – jak to u Micińskiego. Otóż w jednej ze scen pewien aktor miał z radością machać czerwonym sztandarem, na długim drzewcu. Gdy jednak aktorowi to proste zadanie nie wychodziło, Leon Schiller powiedział:

– Proszę zagrać to z większym entuzjazmem.

– Ja nie potrafię wydobyć z siebie żadnego entuzjazmu dla tej czerwonej szmaty – odparł aktor.

– Jest pan aktorem, więc ma pan wyobraźnię. Zatem proszę jej użyć i wyobrazić sobie, że jest to biała flaga. I proszę machać nią z ogromnym entuzjazmem.

Autorska propozycja debat

Marzy mi się dyskusja wyborcza w studio, w której obowiązkiem uczestników byłoby wymienić trzy sukcesy przeciwników. I jedną, tylko jedną rzecz nieudaną. Chciałbym bowiem widzieć pocących się ze strachu wszystkich polityków – uczestników tej debaty.

 

Komentarz Huberta Bekrychta: Pozew codzienny – Sakiewicz przed sądem, czyli milcz, bo wiem, gdzie mieszkasz

Komentarz Huberta Bekrychta: Pozew codzienny, czyli czyli milcz, bo wiem, gdzie mieszkasz (na końcu)

Andrzej Rozenek, który przez lata był zastępcą redaktora naczelnego „Nie”, rzecznika stanu wojennego i władz komunistycznych Jerzego Urbana, pozwał redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie” Tomasza Sakiewicza.

Portal Niezależna tak opisuje wydarzenie, które poprzedziło sądowy finał pewnej konferencji prasowej: „Donald Tusk zorganizował konferencję prasową przed siedzibą TVP. Przyszedł na nią dziennikarz TVP Michał Rachoń i zadawał liderowi PO pytania dotyczące polityki resetu z Rosją realizowaną w czasach rządów PO-PSL. W odpowiedzi… grożono mu więzieniem” – napisał portal Niezależna.

I dalej: „W pewnym momencie doszło do wymiany zdań z Andrzejem Rozenkiem, wieloletnim zastępcą Jerzego Urbana w tygodniku „NIE”, wytrwałym obrońcą esbeckich przywilejów emerytalnych, a obecnie – kandydatem Koalicji Obywatelskiej do Sejmu. Rozenek był wobec dziennikarza TVP wyjątkowo agresywny” – napisano.

Sakiewicz tak charakteryzował Rozenka i jego groźby pod adresem Rachonia. „Mówimy o człowieku, który ma codzienny kontakt z esbekami i który broni ich praw, który się obracał w towarzystwie esbeków, następcy Urbana. I on mówi #wiemy gdzie mieszkasz#. Za takie rzeczy idzie się do więzienia. On powinien zostać natychmiast zatrzymany. Jeżeli prokuratura działa, to mam nadzieję, że właśnie już wszczyna dochodzenie” – mówił Sakiewicz.

Rozenek domaga się wydania orzeczenia zakazującego Sakiewiczowi wypowiedzi porównujących Rozenka do #bandytów politycznych grożących dziennikarzom# Chce również, by Sakiewicz przeprosił go publicznie w TVP Info, a dodatkowo… listownie z własnoręcznym podpisem oraz żeby wpłacił 10 tys. zł na jedną z organizacji.

                                                                 ***

Nazwanie Andrzeja Rozenka dziennikarzem już jest sporym nadużyciem. Wieloletni wicenaczelny poskomunistycznego tygodnika – którego to działalność ogłupia i realizuje interes Kremla, nadto godzi w zdrowy rozsądek, nie ma po prostu dziennikarskich zdolności honorowych. A bycie zastępcą Jerzego Urbana to po prostu hańba.

Pomysł pozwania redaktora naczelnego „Gazety Polskiej ma przed wyborami, przynieść Rozenkowi rozgłos, bo startuje on z listy KO. Pozew w trybie wyborczym przeciwko dziennikarzowi konserwatywnych mediów to pomysł konsekwentny tuż zamknięciu ust ministrowi sprawiedliwości suwerennego kraju przez „niezależny” sąd. Czy Rozenek liczy na kolejny skandal w polskim wymiarze sprawiedliwości?

Może się przeliczy, może nie… Ważne jest, abyśmy pamiętali, że odradza się moskiewski układ w naszym kraju. Przed tym należy strzec Polaków.  

 

 

Hubert Bekrycht,

sekretarz generaly

Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

red. nacz. portalu sdp.pl

WALTER ALTERMANN: Produkcja zbrojeń, łording i stery meczu

10 września portal wnp.pl zamieścił wstrząsający tytuł: „Tak Amerykanie produkują w Polsce zbrojenia”. Musiałem przeczytać cały długi artykuł, żeby dowiedzieć się o co chodzi. Czyżby Amerykanie odpowiadali za wzrost zbrojeń na świecie, wciągając w to Polskę? Nie. Z dalszego tekstu wynika, że amerykańskie firmy współpracują z polskimi firmami, głównie przy produkcji helikopterów wojskowych w Mielcu.

Tytuł jest dowodem potwornego niechlujstwa językowego internetowych dziennikarzy. Tytułowe bowiem „zbrojenia’ są zjawiskiem dotyczącym zakupów uzbrojenia. Widocznie autor nie jest w stanie rozróżnić „zbrojenia” od „uzbrojenia”.  A tytuł powinien brzmieć tak: „Tak Amerykanie produkują w Polsce uzbrojenie”. Pozornie jest to mała różnica, ale w rzeczywistości fundamentalna.

Jeden mecz i cztery byki

17 września, pod wodzą nowego trenera, Widzew wygrał z Cracovią 2:0. I to mnie cieszy, ale zmartwiła mnie ogromna liczba błędów językowych, którymi raczyli mnie sprawozdawcy. Wiele razy już pisałem, że jestem bardzo pobłażliwy dla dziennikarzy sportowych, ale wszystko ma swoje granice… Zapisałem sobie – z tego meczu – jedynie cztery rażące błędy, ale było ich o wiele więcej.

  1. „Po roku czasu Kowalski wraca do formy…” – mówi sprawozdawca. Ileż to wylano atramentu, ile to razy pisano na klawiaturze, że rok jest jednostką czasu, zatem nie wolno mówić „rok czasu”. Podobnie jak miesiąc czasu, tydzień czasu… To nie jest trudna, ale trzeba tę zasadę sobie przyswoić.
  2. „Sędzia zasłania nam perspektywę tego, co dzieje się na boisku…” – sprawozdawca mylił przez cały mecz perspektywę z widokiem. To nagminne w dzisiejszym języku, ale nadal przykre.
  3. „Od 15-tu minut zmienia się nam optyka gry… – to również sprawozdawca nie wie co mówi. Optyka jest działem fizyki i zajmuje się badaniem natury światła, prawami opisującymi jego emisję, rozchodzenie się, oddziaływanie z materią oraz pochłanianie przez materię. Optyka wypracowała specyficzne metody pierwotnie przeznaczone do badania światła widzialnego, stosowane obecnie także do badania rozchodzenia się innych zakresów promieniowania elektromagnetycznego – podczerwieni i ultrafioletu – zwane światłem niewidzialnym.

Optyka to także dział techniki badający światło i jego zastosowania w technice. A w małych i dużych miasta można spotkać szyldy z napisem „Optyk” – tam można kupić okulary a nawet sprawdzić wzrok, bo optyka to także rzemiosło. Ale żeby komuś zmieniała się w ciągu 15–tu minut zmieniła się optyka? Jeszcze nie słyszałem. Do czasu tego meczu.

  1. „Z naszej optyki lepszy jest teraz Widzew…” – czyli wyjaśniło się. Dziennikarz uznaje optykę za obserwację. Czy nie za dużo sobie pozwalają nasi sprawozdawcy… w języku polski?

Czego nie straciła Iga

Jeszcze o sprawozdawcach. W czasie meczu Igi Świątek sprawozdawca informuje nas: „Na szczęście nie straciła głowę, broniąc piłek setowych…”.

Ciągle się mówi, że powinno się mówić: „zgubiłem długopis”, ale „nie zgubiłem długopisu”… Może za dużo tych napomnieć i w końcu ludziom się pokręciło. A po polsku, od zawsze powinno się mówić: „nie straciła głowy”.  To też jest do opanowania pamięciowego.

Łording

Kilka tygodni temu pani wiceminister funduszy i polityki regionalnej Jadwiga Emilewicz zapytana o spore rozbieżności informacyjne, dotyczące kilku wersji oświadczeń rządowych była uprzejma powiedzieć: „ Jutro dowiemy się jako będzie łording tego tekstu”.

Czyli mamy nowe słówko „łording”. Ale co znaczy? Domyślam się, że chodzi o nadanie tekstowi ostatecznej formy. A ponieważ mamy po angielsku „word” czyli „słowo”, więc minister dała znać, że będzie jeszcze oznajmieniem rządowym nadana forma słowna, językowa.

Z tego zdarzenia wynikają następujące informacje i nauki: 1. Pani minister zna angielski i to w stopniu znakomitym, skoro woli woli ozywać obcych zwrotów. 2. Pani minister nie przejmuje się tym, czy prosty lud – taki jak ja – zna angielski. Czyli minister jest wyznania liberalnego, bo to  liberałowie głoszą, że jak ktoś czegoś nie zna, nie umie, nie radzi sobie, to jest to jego prywatna sprawa. Zatem przepraszam panią minister Emilewicz, za to, że nie znam angielskiego.

Stery meczu

„Chcą wziąć ten mecz w swoje stery” – mówi o jednej z drużyn piłkarskich sprawozdawca meczu Raków Częstochowa – ŁKS, 16.09 2023. I mamy kolejny przykład błędu frazeologicznego.

Są w każdym języku stałe frazy, niezmienne zwroty. Jednym z nich jest w języku polskim: „Wziąć stery w swoje ręce”, co oznacza, że ktoś postanawia kierować wydarzeniami. I tego zwrotu nie należy zmieniać, upiększać, nadawać mu podobne znaczenia. Jest taki jaki jest i koniec.

Jednak sprawozdawca „bawi się” tą frazą, a mam podejrzenia, że nie bardzo ją rozumie. I skutkiem takiej niefrasobliwości rodzi się potworek językowy, bo nie można meczu wziąć w jakiekolwiek stery, albowiem mecze nie są jednostkami pływającymi i sterów nie mają.

 Flegmatyzm

I jeszcze o sporcie… w czasie meczu piłki nożnej usłyszałem od sprawozdawcy: „Kovacic już jako junior słynął ze swego flegmatyzmu.”

Czyli dziennikarz sięga aż do antyku, żeby określić charakter piłkarza. Co oznacza „flegmatyzm”? Flegmatyzm to jeden z czterech temperamentów zdefiniowanych w teorii Hipokratesa. Jest związany z równowagą procesów nerwowych, co sprawia, że człowiek flegmatyczny ze spokojem reaguje na każdą sytuację. Nie marnuje energii, nie przejawia wielkich emocji, nie bierze zachwytu nad każdym procesem życiowym. Hipokrates wyróżniał następujące typy osobowości: flegmatyk, choleryk, sangwinik i melancholik. Kim jest flegmatyk?

Ale mnie się zdaje, że dziennikarz mnie czytał Hipokratesa – ani w orygionale, ani w przekładach. On chciał po prostu powiedzieć, że Kovacic jest piłkarzem spokojnym, nie nazbyt nerwowym. Flegmatyk w ogóle nie nadaje się do sportu, no może do bridża sportowego?

 

 

 

WALTER ALTEMANN: Molier, czyli artyści i polityka

Sztuka od zawsze była częścią polityki. Najpierw antyczni władcy zamawiali sztuki teatralne, malowidła, posągi i świątynie, które miały podkreślać znaczenie ich władzy, nadać jej boski charakter. I artyści – zaliczając w ich poczet również architektów – wykonywali te polityczne zadania. Najprawdopodobniej artyści z tych zleceń mieli, poza pieniędzmi, przyjemność. W wypadku dzieł wybitnych mieli uznanie rodaków, a bywało, że nawet przechodzili do historii.

Jednakże artyści to ludek niepokorny i już w antycznej Grecji zdarzało się, że pisywali sztuki „antypaństwowe”, naruszali tabu danej społeczności, poruszając tematy klęsk i złych rządów danego plemienia. Wtedy spotykała ich kara, najczęściej w postaci zakazu wystawiania ich sztuk, co równało się o wiele niższym dochodom, niż te jakie osiągali przed politycznym wybrykiem.

Molier w walce z donosicielami

W średniowieczu i później, aż do dzisiejszych czasów, artyści również dzielili się na dwie kategorie. Na tych, którzy posłusznie wykonywali polecenia władzy i na tych, którzy poruszali tematy niewygodne dla władzy. Skutkiem czego pojawiła się państwowa cenzura. To znaczy jeszcze inaczej to ujmując – każdy dwór królewski zawsze był pełen usłużnych donosiciele, którzy informowali swych władców, że taki Molier znowu napisał i wystawił coś nieprzyjemnego. Skutkiem tego zwracano Molierowi uwagę, a bywało nawet, że sam król beształ komediopisarza.

Można jednak przyjąć, że pierwsza cenzura, jako instytucja pojawiła się w czasach Ludwika XIV. Ale oczywiście to nie wystarczało, żeby opanować krnąbrny charakter Moliera i innych. Dlatego też kościół brał na siebie obowiązki nazywania rzeczy po imieniu – i imiennie wskazywał, że pan Molier w tym a tym dziele naruszył dobre imię kościoła. Tak było – na przykład – ze „Świętoszkiem”.

Ta komedia dosłownie rozjuszyła kler, bo choć na scenie nie pojawia się żaden ksiądz, to jednak Tartuffe jest człowiekiem kościoła, jest jednym ze świeckich, którzy kościół wspierają, czerpiąc z tego niemałe zyski. I na skutek nacisku kleru król zakazywał grania „Świętoszka”. Ale ponieważ król prowadził z klerem cichą wojnę, to po pewnym czasie zezwalał na granie tego utworu. Król po prostu chciał pokazać kardynałom i biskupom kto tu naprawdę rządzi.

Podsłuchiwanie teatru w Polsce

Stała cenzura, jako urząd, pojawiła się na ziemiach polskich – w Warszawie – w roku 1915, wraz z utworzeniem Królestwa Polskiego. Wtedy to władze carskie delegowały na każde przedstawienia policjantów, którzy później pisali sprawozdania z tego co i jak artyści grali, oraz jak zachowywała się publiczność, jak reagowała na kwestie „antypaństwowe”. Spora część tych raportów zachowała się do dzisiaj i są świadectwem przegranej walki władzy ze sztuką.

Gdybym został doradcą jakiegoś rządu, czego się nie dopraszam, ale wszystko jest możliwe… gdyby zatem ktoś „rządowy” zapytał mnie o zdanie, to jak najserdeczniej, jak najusilniej odradzałbym wchodzenie w zatargi ideowe z artystami. Zabawy z takich zatargów nie ma żadnej, a odpowiedzialność duża. Niepokorni wobec władzy artyści byli, są i będą. A władza bardzo łatwo  może zyskać miano „czepialskiej”, żeby nie szukać gorszych określeń.

W ponurych bierutowskich czasach, Włodzimierz Sokorski – minister kultury i sztuki w latach 1952-56 – na jakimś oficjalnym spotkaniu beształ artystów teatru i pisarzy, że nie są wystarczająco „postępowi”, że są wrogami nowego systemu. Minister posunął się nawet do tego, że z imienia i nazwiska wymieniał niepokornych. Wtedy zabrał głos profesor Bohdan Korzeniewski –  reżyser, krytyk i historyk teatru, tłumacz, pisarz i pedagog, jeden z najwybitniejszych ludzi polskiego teatru – podszedł do mównicy i zapytał Sokorskiego:

– Panie ministrze, czy wie pan jak nazywał się minister kultury, za czasów Moliera?

– Nie wiem – odpowiedział zdziwiony minister.

– No, właśnie! – powiedział Korzeniewski i spokojnie wrócił na swoje krzesło.

Władzy awantury z artystami nie służą

Niestety co i rusz władza próbuje artystów pouczać, przypominając, że to władza ich utrzymuje. Argument to słaby, bo władza „utrzymuje” również kolejarzy, żołnierzy, nauczycieli i policjantów. I co? Władza chce im mówić jak mają nas bronić, chronić, leczyć, uczyć i wozić pociągami? A poza tym… Wszyscy wymienieni – łącznie z artystami – utrzymują się sami ze swej pracy, bo są naprawdę potrzebni. Bywa i tak, że awantury z  artystami wszczynają jacyś lokalni urzędnicy niższej rangi, chcąc – to bardzo możliwe – zaistnieć „ogólnopolsko” jako twardziele.

Radziłbym – gdybym został tym doradcą rządowym – nie zwracać uwagi na nieprzychylne dla rządu zdania artystów. Po prostu przemilczałbym, robiąc wrażenie, że mam na głowie tak ważne sprawy, podejmuję właśnie tak istotne tematy, zanurzam się w otchłaniach filozofii egzystencjalnej, że po prostu nie mam czasu i zdrowia, żeby ciągle komentować co o mnie myśli jeden z drugim… artysta.

Przemilczanie to również narzędzie polityczny.  A otwarte spory, awanturki, pyskówki osłabiają przecież majestat władzy, która nie powinna schylać się, żeby posłuchać co tam malutcy wygadują.

 

P.S. Ten felieton jest miejscami żartobliwy, żeby rozjaśnić przedwyborcze niebo.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dokąd pędzisz kozacze?

Wołodymyr Zełenski zaapelował na forum ONZ o przyznanie Niemcom stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Napisze to sobie jeszcze raz, bo niektórzy poczciwi pudzie w to nie uwierzą – Wołodymyr Zełenski zaapelował na forum ONZ o przyznanie Niemcom stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Tak, chodzi o tych samych Niemców, którzy, według relacji ukraińskich dyplomatów, po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, spuścili ją na bambus mówiąc, że „Ukraińcom nie warto pomagać, ponieważ zostało im kilka godzin”. A potem, kiedy okazało się, że jednak nieco więcej, obiecany transport pięciu tysięcy śmiercionośnych niemieckich hełmów, wysyłali, jeśli dobrze pamiętam kilka miesięcy. Chodzi również o tych samych Niemców, którzy nigdy nie rozliczyli się z nazizmu i wiszą nam grube reparacje, ale to może Ukraińców mniej obchodzić.

Kozacka szarża

Kiedy od jakiegoś czasu pisałem, między innymi na tych łamach, że Ukraina właśnie odwraca sojusze i idzie pokłonić się Niemcom, prawdopodobnie z błogosławieństwem USA, spotykałem się z pretensjami na Twitterze. A, że przedwczesne wnioski, a że „Ukraińcy nie są tacy głupi”. Jak się okazuje, jednak są. Czy już wobec serii impertynenckich wypowiedzi ukraińskich polityków, sankcji którymi grozi nam Ukraina, której tyle daliśmy i apelu Zełenskiego, wszyscy, a przynajmniej większość, zgadza się co do tego, że Ukraina postanowiła raz jeszcze energicznie nadepnąć na niemieckie grabie? Jeśli tak, to zostawmy oczywiste fakty i zastanówmy się co z tego wynika.

Kozacka szarża na Polskę ma miejsce niedługo po wizycie niemieckiej minister spraw zagranicznych Annaleny Baerbock w Kijowie. Nieoficjalnie mówi się od dłuższego czasu o ożywionych kontaktach dyplomatycznych Kijowa z Berlinem. Reakcja Zełenskiego na polskie embargo, bezczelne wyrzuty na forum ONZ, wyjście podczas przemówienia Andrzeja Dudy, wydaje się mocno przerysowana. Tak jakby kwestia embarga była tylko pretekstem do wypowiedzenia „przyjaźni” z Polską. Z kolei czasowa korelacja pomiędzy atakami ze strony Ukrainy i niemieckiej indukowanej histerii na punkcie przegrzanej „afery wizowej”, sprawia wrażenie koordynacji. Warto też odnotować jak nagle von der Leyen jest zachwycona postępami Ukrainy na drodze od Unii europejskiej. Być może korelacja daty premiery filmu Holland jest tu przypadkowa. A być może nie. Tak czy siak, trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś tu bardzo zapragnął „wygrać” dla „partii niemieckiej” wybory w Polsce.

Polnische Aktion

Z drugiej strony czynni szatani, którzy się za to zabrali, zdają się być dotknięci tą samą wadą genetyczną, co opozycja w Polsce (a może to jakiś wirus przenoszący się w wyniku zbyt bliskich kontaktów). Dość, ze trzeba być ślepym żeby nie widzieć, że wszystkie te nerwowe ruchy… służą znienawidzonemu PiS. Polacy w swojej masie przestali rzucać się na widok Niemca do zbierania szparagów i niemieckie połajanki odnoszą skutki odwrotne do zamierzonego. Z kolei beneficjentem zawału polityki wschodniej, z jakichś powodów, nie potrafi zostać Konfederacja, która nie może wyjść z naiwnej tiktokowej maniery. Paradoksalnie, prezentując twardą postawę wobec niewdzięcznych ukraińskich władz, rządzący w Polsce najlepiej trafiają w emocje społeczne i najwyraźniej kryzys nie tyle im nie szkodzi, co wręcz służy.

A na poziomie państwowym? Tutaj niemieccy „stratedzy” nie przewidzieli do końca, jak się wydaje, wszystkich skutków Polnische Aktion. Jak bowiem wygląda, niezwykle z punktu widzenia Niemiec istotny, mechanizm szantażu, który ma wymusić powstanie Związku Socjalistycznych Republik Europejskich? Ano „rozszerzenie (o Ukrainę) w zamian za oddanie suwerenności przez m.in. Polskę”. No więc, jakby to delikatnie ująć, ta drezyna już nie pojedzie. A przynajmniej nie na tej zasadzie.

Oczywiście, że ta kolejna Polnische Aktion nam zaszkodzi. Odwrócenie znaków – Niemcy pomagają/ Polska morduje „uchodźców”, będzie do jakiegoś stopnia skuteczne, co utrudni prowadzenie polityki zagranicznej. Trzeba się też będzie rozstać z pewnymi złudzeniami i przygotować do tego, że Niemcy będziemy teraz mieli z dwóch stron. Ale przeżyjemy, nie takie terminy przeżywaliśmy.

Ukraiński powróz

Za to Ukraina, uważam, nakłada sobie na szyję powróz i będzie miała wiele szczęścia jeśli ten powróz będzie służył pasaniu jej przez niemieckiego bauera. O wiele bardziej prawdopodobne bowiem jest to, że bauer ją na tym powrozie powiesi, kiedy tylko zaświeci przychylne światło od strony Kremla. Robił to już tyle razy, był czas przywyknąć. Niemcy zawsze, zawsze, niezależnie od tego jaką akurat noszą maskę, ostatecznie wybiorą Rosję. Taka jest ich geopolityczna logika. Ukraina ma szansę wyłącznie na rolę branki. Niekoniecznie żywej.

Dlaczego więc Ukraińcy to sobie robią? Nie wiem. Być może kiedyś ktoś nakręci na Ukrainie odpowiednik serialu „Reset” i wtedy się dowiemy.

WALTER ALTERMANN: Demokracja kapitalistyczna, pieniądze i prawo

Mówią, że demokracja jest najlepszym z możliwych ustrojów. No, nie wiem… Choć oczywiście, przeżywszy realny socjalizm, muszę stwierdzić, że demokracja jest lepsza. Największą zaletą i zarazem wadą demokracji jest to, że rządzi lud. To znaczy lud wybiera, ale rządzą inni, w imieniu ludu. Czasem lud nazywany jest też wyborcami, elektoratem, suwerenem – ale nie zmienia to faktu, że lud nie zna się – w swej glosującej większości – na ekonomii i prawie.

Lud zawsze kieruje się sympatiami i emocjami. Panie głosują na przystojnych, panowie zaś głosują na „twardy i wyrazistych”. Skutkiem czego największe szanse ma zawsze przystojny i krzykliwy. Wady demokracji znane są od zawsze, to znaczy od antycznej Grecji i starożytnego Rzymu. To już wtedy wykształciły się zasady schlebiania ludowi i mamienie go obietnicami nie do spełnienia. I już wtedy bogaci przejmowali majątki ubogich, czyli bogacili się kosztem elektoratu. Choć zarówno bogaci i ubodzy święcie wierzyli w demokrację i straszyli się nawzajem satrapiami Wschodu.

Liberałowie

Jest też inny problem. Mamy w Polsce nie tylko demokrację, ale mamy też panujący nam kapitalizm. A z pełną akceptacją tego ostatniego mam kłopoty. Tym bardziej, że przy tych wyborach objawiają się w Polsce partie skrajnie liberalne, takie, które wyznają doktrynalne założenia liberalizmu. A te założenia są makabryczne.

Liberalizm czy neoliberalizm są doktrynami zakładającymi pełny darwinizm w życiu społecznym. Według tych założeń biedny jest gorszy, bo nie potrafi zostać bogatym. No i ma pecha, że nie urodził się w bogatej rodzinie. Pech zwany był w XIX liberalizmie boską predestynacją, czyli   przeznaczeniem losu każdego człowieka. W co najmocniej wierzyli angielscy i amerykańscy purytanie.

Liberałowie wierzą, że istniej Wielki Boski Plan, według którego działa mechanizm wolnego rynku, który sam z siebie naprawia gospodarkę i handel. Liberowie wierzą też, że wszystko da się wyleczyć przy pomocy ziół i gimnastyki, a edukacja nie jest sprawą państwa, lecz rodziców. Ich zdaniem również państwowe emerytury są zbyteczne, bo starców mają utrzymywać krewni, jeśliby zaś ktoś krewnych nie miał, to trudno, bo w końcu każdy z nas kiedyś i tak umrze. To nie są żarty, są w Polsce partie, które głoszą, że przymusowe ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne to okradanie zaradniejszych, którzy nie mogą rozwinąć swych gospodarczych skrzydeł, bo muszą utrzymywać nieudaczników.

Liberalizm w swej skrajnej postaci skazuje ludzi na dziedziczna biedę i w sumie jest logicznym dalszym ciągiem niewolnictwa. Bardzo mnie dziwi, że tak wielu młodych ludzi popiera naszych ultra-liberałów. Być może, ci wierzący w liberalizm, są przekonani, że zostaną właścicielami niewolników w stylu Amerykańskiego Południa… Jednak obawiam się, że niechcący zapisują w poczet przyszłych białych niewolników.

Kapitalizm byłby wspaniały

Prezydent USA Herbert Hoover powiedział kiedyś, że: „Kapitalizm byłby wspaniały, gdyby tylko kapitaliści nie byli tak chciwi”.  Hoover (ur. 1874 – zm. 1964), był prezydentem USA w czasach Wielkiego Kryzysu. Miał więc „okazję” zobaczyć mechanizm świata, gdy świat walił się w gruzy. Może dlatego Hoover mówił tak szczerze o amerykańskiej gospodarce i światowej ekonomii. Ale i on był twardym liberałem; pod koniec 1930 r. – gdy kryzys szalał – sprzeciwiał się pomysłowi robót publicznych i zasiłkom dla bezrobotnych. Dopiero na początku 1932 r. zaczęto rozdzielać datki żywnościowe dla najbardziej potrzebujących. Hoover apelował do farmerów o ograniczenie produkcji rolnej, a do kapitalistów o pomoc charytatywną dla potrzebujących, lecz nie potrafił przełamać swojego światopoglądu i przeznaczyć środków na uzdrowienie gospodarki, pomoc dla społeczeństwa. Odszedł w niesławie, niewiele zrobiwszy, bo wierzył w moc samonaprawiającego się rynku.

„Kapitalizm byłby wspaniały, gdyby tylko kapitaliści nie byli tak chciwi” – to samo mówili już w XIX wieku socjaliści, ale tych nie będę cytował, a to dlatego, żeby nie być pomówionym o propagowanie komunizmu. Natomiast cytowanie prezydenta USA chyba mi ujdzie na sucho, bo to konserwatysta, liberał i przywódca ojczyzny demokracji.

Ale strach jest, bo lud nasz obecnie nie odróżnia socjalistów od komunistów. I łatwo ludowi podpaść, tym bardziej, że mamy demokrację, czyli władzę ludu właśnie – z wszystkimi jej implikacjami.

Interwencjonizm

Po Hooverze nastąpił Franklin Delano Roosevelt, który rozumiał, że jedynym sposobem na wyjście z kryzysu jest interwencjonizm. Uruchomił więc prace publiczne, posypały się – jak z rogu obfitości państwowe inwestycje w elektrownie, drogi i autostrady… Młodzi Amerykanie pracowali przy sadzeniu i ochronie lasów, budowaniu tam wodnych. Bezrobotni znaleźli pracę i gospodarka drgnęła. Bo tak jest zawsze w kryzysach w kapitalizmie, państwo musi zacząć – dosypując pieniądze do gospodarki, a potem już kręci się samo. Hoover był konserwatywnym liberałem, Roosevelt był mądrzejszy.

A skąd Roosevelt brał pieniądze? Przede wszystkim wszyscy Amerykanie musieli wymienić złoto na papierowe pieniądze i rząd USA nigdy już gwarantował wymienialności dolara na złoto przy sztywnym kursie. Rząd położył też ręce na bankach, poddając je ścisłej kontroli, zakazując inwestycji zagraniczny. Roosevelt zrobił też to, co naraziło go na miano komunisty – obłożył wysokimi podatkami dochody powyżej 50.000 dolarów rocznie. Ale największe przychody osiągał rząd z dewaluacji dolara. Za prezydentury Roosevelta wartość dolara spadła o ponad 50 procent. Ale już po II wojnie światowej ogromnie wzrosła – mierząc wartość siłą nabywczą.

Piszę o kryzysie lat 30-tych, bo i u nas od czasu do czasu dochodzą do władzy liberałowie, którzy wyznają monetaryzm, czyli wierzą, że stabilny pieniądz, jego wysoka pozycja na rynkach finansowych jest gwarancją pomyślności gospodarczej. I wierzą, że pod żadnymi warunkami, w żadnych okolicznościach państwo nie może ingerować w gospodarkę. A takie myślenie, takie liberalne zasady gwarantują jedynie stagnację, czyli cofanie się.

Tymczasem Roosevelt dowiódł, że jest wręcz odwrotnie. I w USA polityka interwencjonizmu jest nadal realizowana, bo czymże innym są miliardowe zamówienia rządu na broń i programy kosmiczne? Oczywiście są i negatywne skutki bieżące, które później ustępują, jest to, przede wszystkim, spadek wartości pieniądza. To co przed Rooseveltem kosztowało w USA dolara dzisiaj kosztuje 100 dolarów, ale idący za wzrostem gospodarczym wzrost realnych płac, nie tylko rekompensuje nominalny spadek pieniądza, ale znacznie go wyprzedza.

Taka nieliberalna polityka niesie z sobą oczywiste niebezpieczeństwa dla rynku, jak niekontrolowana inflacja. Ale jest jedynym możliwym wyborem. Dlatego też wszelkiej maści liberałowie są – głównie w obliczu obecnych wyborów – prawdziwie groźni dla Polski. Bo nie da się utrzymywać gospodarki i poziomu życia obywateli naszego kraju na stałym, bezpiecznym poziomie. I nie ma powodu.

Demokracja a prawo

Kilkanaście lat temu doszło w Danii do – wymuszonej przez opinię publiczną – dymisji ministra sprawiedliwości. A stało się to tak. Policja zatrzymała jakiegoś przestępcę, wielokrotnie już skazywanego złodzieja. Ponieważ było to akurat w sobotę wieczorem, zatrzymanego w areszcie złodzieja wypuszczono dopiero po 26 godzinach. A prawo w Danii mówi, że bez decyzji sądu, można zatrzymać człowiek jedynie na 24 godziny.

Prasa podniosła krzyk, zrobił się raban, że tak nie wolno, że złamano prawo. Na to głos zabrał minister sprawiedliwości, mówiąc, że nie rozumie o co chodzi, że zatrzymany to stary kryminalista… Stwierdził też, że duńskie prawo jest niedobre, skoro pozwala zatrzymać podejrzanego jedynie na dobę.

Na takie dictum ministra raban zrobił się jeszcze większy. A premier wymusił w końcu na ministrze rezygnację. Media duńskie uznały to za sukces demokracji.

Wniosek jest z tego taki, że minister nie jest od tego, żeby komentować i narzekać na obowiązujące prawo. On ma je wykonywać. I kropka. Tym bardziej, że słowo „minister” pochodzi z łaciny i oznacza sługę (od: ministrare – służyć, podawać do stołu). A może członkom rządu należałoby co jakiś czas przypominać etymologię słowa „minister”, żeby nie zapominali, że są jedynie sługami narodu, że nie są nad nami?

Z tego duńskiego przypadku wynika jedno generalne przesłanie – w demokracji najważniejsze jest prawo. A literalne przestrzeganie go jest oznaką stopnia demokracji w danym kraju. Warto o tym pamiętać i u nas, bo zbyt często słychać o łamaniu prawa, o obchodzeniu go, o tzw. duchu prawa… Przecież i u nas da się słyszeć: „A co to tam wielkiego, no może coś i było nie tak, ale to w końcu nieistotne drobiazgi, że prawo u nas marne, że trzeba by je zmienić…”. Przestrzegałbym przed takim podejściem do prawa, czyli do demokracji. Bo właśnie od machania ręką na prawo zaczynały się wszystkie okropności na świecie.

Jest tak, jak mawiał major B. w Studium Wojskowym – „Nie byłoby w wojsku żadnych wypadków, gdyby żołnierze sumiennie przestrzegali tego, co zapisane jest w regulaminach”. Wtedy mnie to śmieszyło, dziś myślę, że miał rację.

Ten duński przypadek przypomniał mi się teraz, bo teraz właśnie nadciągają wybory. A od wielu obecnych ministrów i byłych ministrów wszystkich partii, takich którzy znowu kandydują ciągle słyszę, że koniecznie trzeba zmienić prawo, że zdarzały się i im także różne niezgodności z prawem, ale że były do błahostki, nie warte wspomnienia… Ale najwięcej ochoty na zmianę prawa w Polsce mają oczywiście tacy, którzy nigdy żadnej władzy jeszcze nie mieli. Może na szczęście, dla nas?