Problem językowy, czy problem lenistwa? WALTER ALTERMANN: Zaopiekowany problem

„Czy ten problem będzie zaopiekowany?” – zapytała rzecznika rządu Piotra Müllera dziennikarka TVN24. To odkrycie językowe miało miejsce 14.09.2023 r., w biały dzień. Jest to istotne novum przynajmniej dla mnie, a to dlatego, że dowodzi w jaki sposób zmienia się nasz język. 

Geneza tego zwrotu ma swe źródło w języku medyków, z czasów COVID 19, gdy mówili oni swoim fachowym językiem do nas prostaczków. Oczywiście „zaopiekowany” pochodzi od opieki i opiekowania. Medycy w czasie pandemii mówili, że „pacjent jest już zaopiekowany”, co było dziwne, ale zrozumiałe. Wolałbym, żeby mówili, że „pacjent jest już pod naszą opieką”, ale taki jest język fachowy medyków i mówi się trudno, i leczy się dalej.

Jednak dziennikarka TVN24 poszła o krok dalej i stwierdziła, że można się również „zaopiekować” problemem. A na takie dictum zgody już nie ma. Problem jest pojęciem abstrakcyjnym i jak najzupełniej nieożywionym, zatem nie przysługuje mu żadna opieka i żadne „zaopiekowanie”. Można opiekować się ludźmi, kotem i psem, ale problemem? Jest to dziwoląg równy temu, gdyby któryś medyków powiedział: „Pacjent zmarł, ale jest już zaopiekowany”.

TVN zasłynął ostatnimi laty poważnym wagowo słowotwórstwem, a chodzi mu głównie o „ukobiecenie” różnych zawodów i stanowisk, które mają w języku polskim jedynie formę męską. Nie jest to zjawisko groźne. Jest nawet zabawne i mnie rozwesela.

Za co odpowiada minister

 Z kolei wspomniany wyżej rzecznik rządu Piotr Müller, odpowiadając wspomnianej wyżej dziennikarce również popisał się silnym odruchem słowotwórstwa. Powiedział bowiem tak: „Minister odpowiada za ten obszar”.

Jednak w dalszej części swej wypowiedzi rzecznik nie odnosił się ani do naszego pięknego Mazowsza, nie do lasów, nie do ziemi ornej pokrytej łanami zbóż czy buraków cukrowych, a nawet nie do dumnych naszych Tatr. Jak się okazało rzecznikowi, gdy mówił o „obszarze”, chodziło o sferę spraw, z które odpowiada minister.

Skąd zatem bierze się używanie zwrotu „odpowiedzialny za obszar”? Ano z tego, że tak ujęta odpowiedzialność brzmi poważnie, niemal wojskowo. A gdyby rzecznik powiedział, że minister jest odpowiedzialny za te sprawy, za te problemy… to by już nie brzmiało poważnie i rządowo. Nadto, minister zostałby sprowadzony do roli jakiegoś niziutkiej rangi urzędnika… A „obszar odpowiedzialności” brzmi godnie, poważnie i wręcz rządowo.

Radziłbym naszym „oficjalnym osobom” mówić prosto i bez nadmiaru urzędniczej poezji.

W Poznańskiem czy w poznańskim?

Pan od meteo mówi w Polsat News, że w poznańskim lunie. I pokazuje na mapie tereny Wielkopolski. Otóż, mamy dwa różne adresy językowe pod tymi samymi bliskimi adresami. Mamy województwo poznańskie i mamy historyczne ziemie poznańskie, zwane też Wielkopolską.

I tak jakoś wyszło w języku naszym, że prawidłowe jest mówić: „W województwie poznańskim”, ale gdy chodzi o Wielkopolskę musimy pisać i mówić: „W Poznańskiem”. Tak samo jest z łódzkim (gdy mowa o województwie), ale Łódzkiem (gdy mamy na myśli tereny historyczne, geograficzne), a nawet w warszawskim (województwo) i Warszawskiem (gdy mamy na uwadze krain geograficzną, historyczną). Warto tę zasadę przyswoić, bo język to również tradycja historyczna.

Szansa nie jest karą

Dziennikarz sportowy TVP mówi: „Istnieje szansa, że Legia zapłaci karę za zachowanie swoich kibiców”. Otóż szansa nie jest karą. Chyba, że dziennikarz jest zaciekłym anty-legionistą. Ale znam człowieka z jego nieskrywanej miłości do Legii, więc ten wariant nie wchodzi w rachubę. Jemu zapewne chodziło o to, że za zachowanie swych kiboli Legia może zostać ukarana pieniężnie przez UEFA. I wyszło tak, jakby adwokat mówił do swego podopiecznego: „Jest szansa na karę śmierci dla pana”.

Szansa to nadzieja, łut szczęścia, szansa to możliwość małej kary, a nawet wywinięcia się „na sucho” z rąk Temidy. Choć Temida ręce ma zajęte, bo w lewej ma wagę szalkową, a w prawej ręce trzyma nagi miecz. A na oczach ma opaskę, co ma znaczyć, że nie patrzy „na różne takie” okoliczności, że jest sprawiedliwa i kieruje się jedynie prawym. Dura lex sed lex. Mają jednak dziennikarze szczęście, że ich frywolnościami językowymi nie zajmuje się owa Temida…

Łacina z automatycznego tłumacza

Bardzo „interesujące” tłumaczenie łacińskiej maksymy, przywołanej wyżej przeze mnie, „Dura lex sed lex” można znaleźć w tłumaczu Google. Przekład jest taki: „Prawo jest trudne, ale prawo”. Być może tłumaczył to jakiś student prawa, któremu nauka nie szła, ale naprawdę łacińska maksyma znaczy „Twarde prawo, lecz prawo”.  Co oznacza, że trzeba się godzić nawet z niesprzyjającymi nam wyrokami, bo prawo jest prawem.

To jednak jest doskonały przykład na to, że żadna AI nie zastąpi czterech lat łaciny w porządnym

liceum.

 

 

Informacja od redaktora tekstu W. Altermana: 

Nawet automatyczny edytor tekstu podkreśla słowo „zaopiekowany”. Podkreśla „wężykiem”.

 

 

WALTER ALTERMANN: Nasze niechlujstwo, bylejakość nasza i straże miejskie nasze

Poznałem kiedyś młodego człowieka, który chciał startować w wyborach samorządowych z nietypowym hasłem, które było takie: „Kochani Mieszkańcy … – tu miało być wymienione miasto – niczego Wam poza szczerą prawdą o Was samych nie obiecuję. Jesteście brudasami, niechlujami, wandalami i nie nadajecie się do mieszkania w żadnym mieście. Myślę, że na nikogo lepszego niż ja nie zasługujecie”.

Kandydat obszedł z tym hasłem wszystkie miejscowe komitety wyborcze, ale żaden z nich nie reflektował na jego osobę. Co prawda jedna z partii wahała się i sugerowała zmianę hasła, na takie, które winą za smród, bród i całą nędze w mieście obarczałoby aktualną władzę.

I nadal nie ma w Polsce żadnej partii, która odważyłaby się rodakom powiedzieć choć ćwierć prawdy o nich samych. Wszystkie nasze partie łączy to, że winą za stan rzeczy obarczają przeciwników, lub straszą, że gdyby ONI przegrali, to TAMCI będą znacznie gorsi.

I nikt nie mówi rodakom, jak bardzo są okropni. Powiedział kiedyś Piłsudski, że politycy schlebiają swoim narodom, i tylko mężowie stanu chcą ich zmieniać. Ponieważ obecnie nie widzę nikogo tak odważnego, kto podjąłby się mówić nam wszystkim gorzką prawdę o nas, przeto pozwolę sobie – nie startując nigdzie – podjąć trud wytykania nam gorzkiej, niechcianej prawdy. Bo nie jesteśmy przecież wspaniali.

Co prawda w ogóle nie ma wspaniałych narodów i doskonałych społeczeństw, a my Polacy aniśmy gorsi, ani lepsi od innych, ale pisząc po polsku, będąc Polakiem zajmę się pobratymcami.  Amerykanów, Anglików i Francuzów pozostawiając na pastwę ichnich publicystów.

Niechlujstwo

  Patrzę z okna i widzę, że przy ścianie sąsiedniego bloku robotnicy szparko ustawiają rusztowanie. Cieszę się, bo to znak, że będzie remont elewacji, a lubię nowe, czyste elewacje. Potem jednak robotnicy skuwają stary tynk. I wtedy przestaję się cieszyć, bo widzę, że cały gruz budowlańcy sypią na całkiem ładnie – dotychczas – utrzymany trawnik.

Nie podłożyli wcześniej żadnej folii, żadnej starej plandeki. Nic nie podłożyli, skutkiem czego skute resztki tynku nieodwracalnie mieszają się z trawnikiem. Owszem większe kawałki robotnicy wywiozą, ale pył i drobniejsze kawałki zostawią. I wiem, bo już to widziałem, że na betonie kwiaty nie wyrosną – jak śpiewał Czesław Niemen.

I tak się zastanawiam… czy ci robotnicy nie byli w stanie przemyśleć skutków swego działania? A jak nie oni, to ich kierownik, właściciel firmy? Oni też nie myślą? A może myślą, tylko, że mają wszystko w głębokim poważaniu?

O, i to jest jedna z przyczyn naszego niechlujstwa – głęboka pogarda jednych rodaków wobec innych rodaków. Polak za Polakiem nie przepada, jeden do drugiego coś ma. Coś nieuświadomionego, ale niechętnego.

Zauważyli Państwo, że w obecnych tygodniach nawet zwolennicy tej samej partii rozmawiają z sobą językiem wojny? Kłócą się z sobą zwolennicy tego samego komitetu wyborczego, na wiecach partii, na którą chcą głosować. Zaczyna się tak, że jeden jegomość mówi coś przeciwko politycznym konkurentom, a drugi jegomość, nim tamten skończy, przerywa i mówi swoje… To znaczy mówi to samo, ale ON mówi, ON objawia swoje najgłębsze przemyślenia geopolityczne, krajowe i wojewódzkie. Tu wyjaśniam, że są to w 90 % teksty wygłaszane w stacjach telewizyjnych, które akurat wspierają daną partię.

Summa summarum – być może nasze niechlujstwo jest skutkiem szlacheckiej, staropolskiej antypatii do brata szlachcica? I chęci stawiania na swoim, choć to „swoje” nie jest własne, tylko telewizyjne? Może takie właśnie ma skutki dorastanie plebsu i chłopstwa do szlachetczyzny?

A może nie mam racji, co do przyczyn, ale wiem, że niechlujstwo nasze jest niezwykle trudne do zniesienia.

Bylejakość

Pisał już o tym Norwid, gdy pytał: „Jak to jest, że szlachcic, co nawet widział Venus z Milo, jak stawia stodołę to krzywo?”

Za komuny uważałem, że nasza bylejakość jest skutkiem ubocznym komuny właśnie. Zresztą w tamtych latach za wszystko obwinialiśmy komunistyczne władze, nawet za ulewne lata i mroźne zimy. Ale komuna minęła, a bylejakość pozostała w nas w najlepsze. Może jest wieczna?

Żeby pozostać przy zieleni w miastach. Zauważyłem, że przy dużych remontach ulic spora  część pozostałości gruzu, resztki cementu a nawet worki po cemencie zakopywane są na trawnikach. A właściwie pod trawnikami. Cały ten chłam zostaje potem przysypany cieniutką warstwą ziemi, na której sieje się trawę. Czasami rozsypuje się korę drzewną i sadzi się krzewy, a nawet drzewa. Potem następuje uroczyste otwarcie ulicy po remoncie, a władze się cieszą i szczycą.

Ale dlaczego wcześniej nikt nie pilnuje wykonawców remontów? Bo wszyscy urzędnicy prasują koszule, spódnice i garnitury na otwarcie. Dlaczego tak jest? Wyjaśnienia, że tak jest taniej nie przyjmuję. Raczej stawiałbym na wrodzoną niektórym bylejakość.

A ileż to inwestycji drogowych trzeba poprawiać, bo przystanek autobusowy jest za wysoko? A ileż to ulic zaraz po remoncie zapada się? Przywykliśmy do tego, do tej naszej bylejakości. I już w ogóle nas ona nie uwiera.

Czego strzegą straże miejskie

W pewnym mieście wojewódzkim „panował” do niedawna prezydent, który chciał mieć własną, miejską orkiestrę, żeby mu grała przed i po jego publicznych wystąpieniach. Ten pomysł w stylu Ludwika XIV upadł jednak, bo prezydent zakładał sobie, że w orkiestrze będą grali za darmo studenci wyższej szkoły muzycznej – w ramach obowiązkowych ćwiczeń. Studenci pomysł wyśmiali, a na opłacenie muzyków pieniędzy nie było.

Tenże prezydent był bardzo wrażliwy na formę. Na przykład beształ Strażników Miejskich, gdy nie oddawali mu honorów na korytarzach Urzędu Miasta. Prezydent był przekonany, że gdy wychodzi z gabinetu i idzie do łazienki, to co najmniej dwóch strażników powinno stawać w postawie zasadniczej i bić mu w dach.

Piszę o tym, bo od lat zastanawiam się jakie tak naprawdę mają obowiązki liczne w Polsce straże miejskie. Gdy powstawały mówiło się, że będą one pilnowały porządku i czystości w miastach. A skończyło się na tym, że głównie widać tę mundurową formację, gdy jej członkowie noszą wieńce przed prezydentami miast, w czasie państwowych uroczystości. I oczywiście jak sypią mandaty za parkowanie samochodem w złych miejscach.

I tak to z nami jest – wolimy pompy, uroczystości w stylu podniosłym, a do walki z niechlujstwem i bylejakością serca nie mamy. Pańscy z ducha jesteśmy i przyziemne zajęcia nas brzydzą.

 

O tym, co jest między zabawą a emocjami pisze WATER ALTERMANN: Sport zamiast

Jestem telewizyjnym kibicem, oglądam – trochę w nadmiarze – transmisje piłki nożnej, siatkówki, tenisa i snookera. Oglądam bo lubię patrzeć na zmagania sportowców z przeciwnikami i samymi sobą. Jednak nie jestem chyba typowym kibicem, bo sport traktuję jako dobrą rozrywkę – nie krzyczę, gdy nasi strzelają bramki, nie rozpaczam i nie popadam w melancholię, gdy przegrywają.

Dwa lata temu nasza najlepsza tenisistka Iga Światek weszła do wąskiego grona  najlepszych zawodniczek świata. Media i opinia publiczna – wyrażana w internecie – były zachwycone. Komplementom nie było końca. Pojawiły się też opinie i uwagi fachowców, z których większość jest fachowcami samozwańczymi. Gdzieś tak półtora roku temu Iga Świątek objęła tron i na 71 tygodni zagościła na pierwszym miejscu rankingu. Społeczność nasza była dumna, wzruszona i uniesiona polskością zawodniczki.

Nasza mała podłość

Oczywiście natychmiast pojawiły się również głosy sceptyków, szukających nieziemskich  wytłumaczeń takiego stanu rzeczy, to znaczy interwencji sił nadprzyrodzonych. Większości z Polaków nie mieściło się bowiem w głowie, że 21 letnia panna z Warszawy weszła na takie tenisowe wyżyny. Inni wiedzieli w tym sukcesie panny Świątek znak, że jesteśmy jednak narodem wybranym. Świątek zachowywała się w tym szaleństwie normalnie i mówiła, że stara się grać jak najlepiej, że nie wszystko jeszcze umie i cieszy się.

Tu zaznaczę, że bardzo niewielu piszących o „Zjawisku Świątek” mówiło, że to jest tylko sport, że w tej dziedzinie nie ma nic na zawsze i na stałe. Narodowa duma rosła, rosła, balon megalomanii z sukcesem zaczął się nadymać i nadymać… Aż pękł, bo Iga Świątek straciła pierwsze miejsce. Naprawdę nic się nie stało, bo obecnie jest druga. Tu powiedzmy od razu – panna Świątek osiągnęła największy sukces, od czasu gdy Polacy zaczęli grać w tenisa.

Ale z utratą korony zaczęło się nowe szaleństwo. Natychmiast pojawili się fachowcy – tacy,  co sami nigdy nie doszli nawet do pierwszej pięćsetki w rankingu – i zaczęli objawiać istna wściekłość. Podjęli zajadłą krytykę swej niedawnej idolki, wytykając jej wszystkie możliwe słabości, nieumiejętności i chwiejność charakteru nawet.

Wszystko to dowodzi jednego – jesteśmy narodem płochym i podławym. Kierujemy się bardziej emocjami niż rozumem, mamy wygórowane ambicje i oczekiwania – co zresztą wielokrotnie w tym miejscu podnosiłem.

Co zrobiłbym ja, gdyby spłynęła na mnie taka fala hejtu, podłości i nędznych opinii? Być może zacząłbym grać pod inną flagą? Mówiąc przy tym bardzo wyraźnie, że nie będę dostarczał satysfakcji rodakom, którzy są tak wredni.

Polski tenis

Z rzeczy śmiesznych należy zauważyć, że w momencie „królowania” Igi Świątek pojawiły się  głosy o polskim tenisie, polskiej szkole tenisa i różne inne polskie uniesienia. A przecież polski tenis i polska szkoła tenisa nie istnieją!

W ostatnich 50 latach ledwie troje zawodników z Polski zwędrowało wysoko – Wojciech Fibak, Agnieszka Radwańska i Iga Świątek. I z pewnością ich sukcesy nie były wynikiem jakiejkolwiek „polityki tenisowej”. Każda z tych trzech osób osiągnęła sukces dzięki samym sobie i rodzinom, bo uprawianie tenisa jest po prostu bardzo drogie.

Nasze miejsce w tenisowym świecie

W pierwszej dwudziestce rankingu WTA pań mamy reprezentowane takie kraje: Czechy 4 zawodniczki, USA 3, Rosja 3, Łotwa 2,  Białoruś 1, Brazylia 1, Francja 1, Grecja 1, Kazachstan 1, Polska 1,  Szwajcaria 1, Tunezja 1.

Natomiast w pierwszej dwudziestce panów mamy natomiast reprezentowane takie kraje: USA – 4 zawodników, Rosja 3, Włochy 2,  Australia 1, Bułgaria 1, Dania 1, Grecja 1, Hiszpania 1, Kanada 1, Niemcy 1, Norwegia 1,  Polska 1, Serbia 1,  Wielka Brytania 1.

Jednak pierwsze dwudziestki nie oddają polskiego problemu z tenisem, bo poza nami po jednym przedstawicielu ma więcej krajów. Właściwe miejsce Polski w tenisie oddaje klasyfikacja pierwszych setek zawodniczek i zawodników. A tu jesteśmy w bardzo słabi.

Wśród panów w pierwszej setce mamy jedynie Hurkacza, który jest 17. Następny z Polaków to Kamil Majchrzak, który jest na miejscu 240. W TOP 300 rankingu jest również Daniel Michalski – 269, Kacper Żuk jest 302, Maks Kaśnikowski 31,1 a Filip Peliwo 358. Krótko mówiąc – w pierwszej setce mężczyzn mam jednego Polaka a w pierwszej 400-setce ledwie 7. Polaków.

Trochę lepiej prezentują się Polki: Iga Świątek jest na 2. miejscu, Magda Linette jest 24. Magdalena Fręch jest 64. Potem mamy długachną przerwę i Katarzynę Kawę na miejscu 251. Weronikę Falkowską na miejscu 303; Maję Chwalińską na 413; Urszulę Radwańską jako 423; Martynę Kubkę na 481.

To nie są miejsca, którymi można się chwalić. Tym bardziej, że spośród wszystkich państw dawnych „demoludów” jesteśmy najgorsi. Piszę o demoludach, bo po 1989 roku wszystkie te państwa miały jednakowe szanse w tenisie. Myśmy swojej nie wykorzystali. Będąc na miejscu władz polskiego związku tenisa, widząc ten ranking – pochlastałbym się.

Ale nie, nasze władze tenisowe chwalą się Świątek i Hurkaczem… Jakby to były ich dwa wielkie sukcesy. Trochę to jest jest tak, jakby władze carskiej Rosji były dumne, że późniejsza noblistka Maria Skłodowska była dowodem na wysoki poziom edukacji w Priwislinskim Kraju.

Tenis jest oznaką poziomu cywilizacji

Tenis jest w świecie bardzo ważny, jest też świetną promocją państw. Bo dzisiaj tylko państwa wysoko rozwinięte należą do tenisowej elity. Świat docenia Igę Świątek, bo świat zna się na tenisie. Ale uznaje nas za tenisowego kopciuszka – zgodnie zresztą z prawdą

Zapytajmy więc, jak my Polacy opiekujemy się, jak wspomagamy nasz tenisowy świat? Ile mamy kortów tenisowych w Polsce? Ile klubów? Czy kluby tenisowe otrzymują  dotacje samorządowe i państwowe? Ile dostają, jeśli w ogóle?

Jeżeli chcemy być dumni z naszych tenisistek i tenisistów, to wspierajmy utrzymanie klubów, w których uprawia się tenis. Bo jak na razie, to tenis jest sprawą garstki zapaleńców, którzy i tak osiągają dużo. Jako społeczeństwo powinniśmy być dumni z rozwoju i poziomu tenisa w Polsce, z tego, że tak wielu Polaków gra w tę dyscyplinę, ale jak na razie nie ma z czego.

Kto ma prawo do dumy

Sport jest prywatną sprawą uprawiających go. Możemy być zadowoleni – jako Polacy – że mamy tak zdolnych i upartych w treningach rodaków. Ale duma? To chyba trochę za dużo. Matki i ojcowie Igi Świątek oraz Huberta Hurkacza mogą być z dzieci dumni, oni tak, ale my wszyscy pozostali?  Chyba, że ktoś wspiera finansowo kluby tenisowe, ten ma prawo do dumy. Ale reszta?

Jest też problem ontologiczny – kogo reprezentuje, na przykład – Iga Świątek? Z pewnością siebie samą. Gdy gra w zawodach międzynarodowych, to wtedy reprezentuje nasz kraj. Ale w normalnych zawodach touru WTA jest Polką grającą w tenisa. Ale… czy gdy odnosi sukcesy, zapuszczony fizycznie mieszczuch z Łomży czy Łodzi ma powód do dumy? Nie dopisujmy się do cudzych sukcesów. I nie miejmy pretensji jak zawodnikom nie idzie.

Kto nas reprezentuje

Polacy kochają piłkę, ale tylko wtedy, gdy naszym idzie. A nasi piłkarze nożni przegrywają ostatnio z kim się da. I natychmiast pojawia się fala pretensji do kopaczy, że mało ambitni, że lekceważą obowiązki reprezentanta. Każda kolejna ich przegrana jest automatyczni narodową klęską.

Nie jestem z tych, co tak tragicznie, gdy klęska – i euforycznie, gdy sukces – odbierają grę naszych piłkarzy. Bo to jest tylko sport. I myślę też, że nie jest dobrze, gdy sport tak mocno nas podnieca, bo są w kraju poważne problemy, które naprawdę powinny nas zajmować. I są sukcesy – poza sportem – które powinny nas cieszyć. Ale cóż – sport coraz bardziej staje się lekarstwem „zamiast”. To tak jakby na zapalenie oskrzeli lekarz zapisywał nam krople do oczu.

Tu pojawia się oczywiste pytanie, kto nas reprezentuje… Ano, mamy Prezydenta Państwa, premiera, ministrów, burmistrzów, radnych wszystkich szczebli – reprezentujących nas, bośmy ich wybrali. Nawet gdy nie głosowaliśmy na danego „przedstawiciela władzy”, to on i tak nas reprezentuje, zgodnie z zasadami demokracji. I od nich wymagajmy, cieszmy się z ich sukcesów, i krytykujmy, gdy zasłużą.

A sportem bawmy się. Pamiętając, że w zabawie także przegrana jest zapisana w jej  regulaminach. I znajdźmy sobie poważne problemy do zmartwień. Najpierw w nas samych, potem w naszych rodzinach i całym społeczeństwie. Wystarczy zgasić telewizor i otworzyć oczy na świat.

 

O tym jak się szarga dobre imię Polski pisze CEZARY KRYSZTOPA: Do moich podlaskich przyjaciół

Nie oglądałem filmu Agnieszki Holland. I nie mam zamiaru go oglądać. Nie istnieje bowiem artystyczna jakość, która warta byłaby obniżaniu bezpieczeństwa Polaków w sytuacji wojny za płotem. A tak postrzegam to co zrobiła Agnieszka Holland.

Sądząc ze zwiastuna, omówień i wywiadów samej reżyser, a także zachwytu ze strony rosyjskiej i białoruskiej propagandy, jej „dzieło” doskonale wpisuje się osłabianie na arenie międzynarodowej pozycji Polski, która tak bardzo przeszkadza z jednej strony imperialnym planom Rosji, a z drugiej imperialnym planom Niemiec.

Holland

Równie dobrze „dzieło” mogłoby być zadedykowane „tragicznie zmarłemu” zdrajcy i dezerterowi Emilowi Czeczce, który przecież opowiadał białoruskiej telewizji mniej więcej to samo.

Agnieszka Holland jest wyjątkowym w polskiej kinematografii przykładem reżysera, który coś potrafi. Jej „Zabić księdza” czy „Europa, Europa” z całą pewnością przejdą do historii polskiego kina. Wielka szkoda, ze wiedziona jakimś dziwacznym emocjonalnym korkociągiem, zakończonym bezmyślną nienawiścią i żałosnym hasłem „żeby było tak jak było”, zeszła na pozycje taniego propagandysty realizującego zamówienia polityczne najbardziej radykalnych środowisk.

Nielegalna imigracja

Czy nielegalna imigracja wiąże się z ludzkim nieszczęściem? No pewnie. Wiedzeni reklamą przemytników ludzi i rosyjskich oraz białoruskich służb ludzie, wykorzystywani są jako swego rodzaju broń przeciwko krajom, które przeszkadzają Kremlowi w radosnej konsumpcji Ukrainy. Płacą spore pieniądze za wycieczkę do Mińska, bo ktoś im nakłamał. Czasem trafiają na podlaskie bagna, gdzie ratuje ich polska Straż Graniczna. I nie, nie są w większości ani rodzinami z dziećmi, ani kotami z Afganistanu, lekarzami, inżynierami, ani nawet Ibrahimem płynącym kilka dni rzeką według relacji rozhisteryzowanych aktywistów. Za to z całą pewnością rosyjskie i białoruskie służby rozmieściły pośród nich terrorystów i sabotażystów.

To co z tym trzeba robić? Poszerzać szlaki przemytu? Wspierać przemytników i rosyjskie i białoruskie służby w ich procederze, jak chcieliby aktywiści i pani Holland? Czy też raczej zamykać szlaki przemytu, odbierać sens operacji hybrydowej. Robić rzeczy oczywiste, bronić swojego domu, bo mamy do tego prawo. Mamy prawo bronić swojego bezpieczeństwa.

„Podlaski szmalcownik”

Nie w tym rzecz jednak żeby się tu wszyscy z Krysztopą zgadzali, nie ma takiego obowiązku, ale chciałbym się tu zwrócić do moich podlaskich przyjaciół. Szczególnie tych „kulturowo aspirujących”. Najczęściej dobrych ludzi, ale im bardziej wykształconych, tym bardziej naiwnych, dla których tacy ludzie jak Agnieszka Holland są „autorytetami”.

Wiem, że ten film obejrzyjcie. Oglądajcie, na zdrowie. Ale kiedy będziecie oglądać, zwróćcie proszę uwagę na to jak Holland portretuje mieszkańców Podlasia. Jako tych, którzy „nie wiadomo co zrobią” kiedy zwróci się do nich imigrant z prośbą o pomoc (tak jakby informacja przekazana Straży Granicznej ratującej durniów na bagnach, była prawie jak donos na gestapo, a aktywiści byli rozstrzeliwani przez Straż Graniczną za „pomoc imigrantom”). Sądząc z żenujących holokaustiańskich „metafor” używanych przez Holland w wywiadach, i tutaj trudno się nie doszukiwać metafory „podlaskiego szmalcownika”. Tak „Wielka Pani Reżyser” widzi Waszych dziadków, rodziców, sąsiadów. Tak widzi Was. Jako amoralnych dzikusów. Choć pewnie żadnego nie zapytała o opinię i żadnego nie poznała.

Ten film zepsuje Polsce opinię. Agnieszka Holland nie zrobi podobnego o tym jak miliony Polaków pomogły milionom Ukraińców. Zostanie tylko ten propagandowy produkcyjniak, który „rozgrzeszy” tych na Zachodzie, którzy pomoc Ukrainie mieli w nosie i da im pretekst żeby Polsce i Polakom nie pomagać jeśli, co nie daj Boże, będą potrzebowali pomocy.

Więc niech przynajmniej przyniesie choć tyle dobrego, żeby wywołać w kimś dysonans poznawczy i weryfikację listy „autorytetów”.

O zmianie w polityce historycznej Polski pisze TADEUSZ PŁŻAŃSKI: Ulmowie – odtrutka na kłamstwa

Dzięki Markowej o męczeństwu Rodziny Ulmów świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata a sprawcami niewyobrażalnych zbrodni byli Niemcy.

„Wśród tych, którzy zginęli za udzielanie pomocy Żydom, była rodzina Ulmów: Józef, będąca w stanie błogosławionym Wiktoria oraz sześcioro ich nieletnich dzieci. Wraz z ukrywanymi Didnerami, Grünfeldami i Goldmanami zostali oni zamordowani w swoim domu w Markowej 24 marca 1944 roku” – czytaliśmy w uchwale, jaką w 2016 r. Sejm RP – przez aklamację – złożył hołd wszystkim Polakom ratującym Żydów podczas II wojny światowej.

Muzeum im. Rodziny Ulmów otworzył w tym samym roku w Markowej na Podkarpaciu prezydent RP Andrzej Duda. Bo to sprawa państwowa. Głowa państwa jednoznacznie nazwała Polaków ratujących Żydów bohaterami, a ich oprawców, Niemców, mordercami. Tak samo jak 1 marca nie ma wątpliwości, że Żołnierze Wyklęci walczyli o niepodległy byt państwa polskiego, a druga strona – komunistyczna – to zdrajcy i zbrodniarze.

W sejmowej uchwale wyrażono też „uznanie dla samorządu województwa podkarpackiego, który poprzez budowę muzeum o ogólnopolskim charakterze pierwszy na tak szeroką skalę upamiętnił to nadzwyczajne bohaterstwo”. I faktycznie, to pierwsze – nie tylko w Polsce, ale zapewne na całym świecie – miejsce opowiadające o tragedii Żydów, ale uwzględniające rolę Polaków. Nie jako prześladowców, ale pomagających im ludzi. Pomagających naszym starszym  braciom w wierze, obywatelom – o czym często się zapomina – Rzeczypospolitej.

Mimo że sami byliśmy skazani na Holocaust, uratowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy naszych żydowskich sąsiadów.Podkreślmy, że we wszystkich pozostałych żydowskich muzeach na obu półkulach Polacy są przedstawiani zupełnie inaczej. Albo się nas przemilcza, albo przypisuje najgorsze cechy, na czele z rzekomym, wyssanym z mlekiem matki już od średniowiecza antysemityzmem – pogromowym, ludobójczym. Nawet część autorów polskich podręczników szkolnych pisze (a przynajmniej pisała), że w czasie wojny mordowaliśmy Żydów. W Wielkiej Brytanii polska młodzież wciąż musi się uczyć o „polskich obozach koncentracyjnych”.

Dlatego muzeum Ulmów to odtrutka na artykuły w „Die Welt” czy „RIA-Nowosti” na kłamstwa Grossa, Bartoszewskiego czy Tokarczuk. Na przeprosiny za Jedwabne Kwaśniewskich czy Michników. Antidotum na filmy w stylu „Pokłosia” czy „Idy” i seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”, którymi Niemcy naszym kosztem mogą się wybielać. Dzięki Markowej i tamtejszemu muzeum świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. To dobra zmiana w polskiej polityce historycznej. Teraz czekamy na więcej. Czyli, na beatyfikację rodziny Ulmów.

CEZARY KRYSZTOPA: Generator beki niezamierzonej, czyli dyletanckie wersety opozycji – odc. 373

– Dlaczego Pisiory mają aż 37 procent poparcia? – zapytała pod postem z ostatnim sondażem Kantara jedna ze zrozpaczonych zwolenniczek Donalda Tuska – Bo opozycja jest tak durna, że aż trudno w to uwierzyć – odpowiedziałem (abstrahuję tu od wiarygodności sondaży).

Nie wiem jaki jest strategiczny plan Donalda Tuska, choć nie wygląda na to żeby miał coś wspólnego z wygrywaniem wyborów. Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk chce te wybory przegrać, a jednak trudno uwierzyć żeby w tym tajemniczym spisku uczestniczyła cała partia. Jak jednak tego nie zakładać, skoro inaczej trzeba byłoby przyjąć, że mamy do czynienia z wyjątkową w polskiej polityce po 1989 roku bandą kretynów.

Z pustymi rękami

PiS rządzi drugą kadencję. Jak każdą partię władzy, dotykają ją patologie i pewnego rodzaju wypalenie. Nie wiem ile z tego co Gazeta Wyborcza pisze o zdymisjonowanym wiceministrze Wawrzyku jest prawdą, nie jest to medium do którego mam choćby minimum zaufania, ale problem kiepskiej kontroli nad migracją istnieje i gdyby opozycja potrafiła złożyć dwa do dwóch, zapewne po kampanii partii rządzącej nie byłoby co zbierać. Tylko, że w tym celu trzeba dysponować jakąś minimalną wiarygodnością i powagą, a tą największa partia opozycyjna od dawna nie dysponuje. Szczeniacki sposób bycia jej lidera tym bardziej tu nie pomaga. I tak do kolejnych wyborów Platforma Obywatelska idzie z pustymi rękoma, durnymi grepsami i wszystkimi sklepami w okolicy poobrażanymi.

Generator

Ostatnim hitem Internetów jest platformerski „generator” memów z Jarosławem Kaczyńskim. Sztabowcy PO zlecili sztucznej inteligencji wytworzenie portretu Jarosława Kaczyńskiego z nienaturalnie wielkimi oczami i napisem „Ja jestem zagrożeniem”. Grafika pojawiła się na bilbordach i w Internecie. Już samo założenie, że twarz starszego pana z oczami jak z mangi kogoś przestraszy, wydaje się dosyć groteskowe, ale gdyby tego było komuś mało, powstał zamieszczony w sieci „generator” napisów do tej grafiki, przy pomocy którego internauci mogą dopisać czemu według nich zagraża Jarosław Kaczyński. W takich sytuacjach internautom nie trzeba dwa razy powtarzać.

Sieć zalana została platformerskimi grafikami, według których Jarosław Kaczyński jest zagrożeniem dla różnego rodzaju mafii, dla „Rudego i cwaniaków jego”, dla germańskich klakierów, dla „ryżego Donka”, dla „sołtysa z Chobielina”, dla Grupy Webera, dla „Hyżego Rója”, dla Belzebuba, dla folksdojczów, dla „przygłupów z PO”, dla europejskich szatniarzy, dla „niemieckiego rumaka” i „włoskiego ogiera”, dla aktywiszcza z Sopotu, dla pomagierów Baćki, czy dla Tuska.

Będzie na nas

To ostatnie wprawdzie nie powinno mieć miejsca, ponieważ równie zabawna jak sam „generator” jest lektura kodu źródłowego strony, w którym twórcy zapisali kilometr słów, których teoretycznie „nie wolno w generatorze użyć”. I tam pracowicie wyliczyli nie tylko nazwisko i przezwiska Tuska, ale również umieścili we wszelki odmianach „Niemców”, „Unię Europejską” czy „Brukselę”. Co ciekawe pod ich ochroną znalazły się również „Rosja”, „kacapy” czy „naziści”. Cóż to jednak za wyzwanie dla internautów, skoro wystarczy wstawić dodatkową spację żeby uzyskać autoryzowaną przez Platformę Obywatelską grafikę głoszącą, że „Kaczyński jest zagrożeniem dla bandy Ryżego”? A nie jest to pierwszy raz kiedy Platforma natka się na te grabie. Podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w 2015 roku była to akcja „Co na to Bronek”.

Naprawdę tak trudno było to przewidzieć? Tak się zastanawiam, może warto ich wszystkich jakoś zabezpieczyć? Wiele wskazuje, że sami dla siebie są znacznie większym zagrożeniem, niż Jarosław Kaczyński. Nie wiadomo co im do głowy wpadnie, a jakby co to przecież będzie na nas.

 

O adwokacie opozycji, który ukrywa się przed Temidą pisze CEZARY KRYSZTOPA: Cieć na wybory

Kiedyś Roman Giertych miał na scenie politycznej samodzielną pozycję. Można się z nim było zgadzać, lub nie, ale przynajmniej nie był cieciem. Dziś polityczna pozycja Romana Giertycha jest ze wszech miar żałosna. Była taka i wcześniej kiedy pokątnie zgłosił go jako kandydata na senatora Szymon Hołownia, była taka i wtedy kiedy został wydalony dzięki staraniom Lewicy z ram Paktu Senackiego, a nawet wtedy kiedy jego kundelki ruszyły do ataku na potencjalną lewicową konkurentkę Magdalenę Biejat.

Być może apogeum upokorzenia Giertych osiągnął w momencie kiedy okazało się, że na listach Platformy jest miejsce dla takich cudaków jak Michał Kołodziejczak, ale nie dla zasłużonego „adwokata opozycji”.

Upokorzenia

Choć z drugiej strony, czy mniejszym poniżeniem było ostatecznie umieszczenie Giertycha na ostatnim miejscu listy w Kielcach, jak ogłosił sam Tusk, nie ze względu na jakieś Giertycha przymioty, ale po to żeby zrobić na złość startującemu w Kielcach z listy Zjednoczonej Prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu? Tym bardziej, że sam Tusk mówi, że ta kandydatura wywołuje u niego „dyskomfort”? Ciekawe jakie uczucia wywoływał Giertych u Tuska kiedy jako adwokat reprezentował jego syna Michała?

Roman Giertych jest najwyraźniej gotów znieść wiele, ponieważ jako unikający polskiego wymiaru sprawiedliwości, bardzo potrzebuje immunitetu. A nie ma gwarancji, że na karuzeli z kandydatami się utrzyma. Dziś polityczne „życie” kandydata na opozycji potrafi być bardzo krótkie, o czym przekonali się liczni już kandydaci, począwszy od Jana Hartmana, a skończywszy na Jaaaaaaaaaanie Shostak.

Eksperyment

Póki co przeprowadzany jest na nim eksperyment badania wytrzymałości kręgosłupa. Przedmiotem publicznej debaty jest pytanie czy Giertych, niektórzy twierdzą, że związany z Opus Dei, na pewno postrzegany, słusznie czy nie, nie wiem jak tam ostatnio, jako człowiek wierzący, podpisze deklarację poparcia dla programu Platformy, którego jednym z niewielu znanych punktów jest postulat legalności aborcji do 12 tygodnia ciąży – Wiem, że Roman jest przeciwko aborcji i uważam, że nie zmieni poglądów. I dobrze, powinien pozostać wierny przekonaniom – mówi jego ojciec Maciej Giertych. A ja bym sobie ręki nie dał uciąć.

Tak czy siak, od dyżurnego wroga lewackich aktywistów do ciecia zmiatającego hasztagi na Twitterze dla środowiska, które się nim brzydzi, to dość smutna ewolucja tak dla adwokata, jak i polityka.

Z nowym biskupem Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej ZBIGNIWEM ZIELIŃSKIM rozmawia KRZYSZTOF SAPAŁA

„Uczę się jej…” – z nowym biskupem Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej ZBIGNIWEM ZIELIŃSKIM rozmawia KRZYSZTOF SAPAŁA

 

 – Jak ksiądz biskup zareagował na przeniesienie do Koszalina, Diecezji Koszalińsko – Kołobrzeskiej?

– To zaczęło się jeszcze w ubiegłym roku. Wówczas to w marcu Ojciec Święty przeniósł mnie na urząd biskupa koadiutora, czyli biskupa pomocniczego tejże diecezji z prawem następstwa. Natomiast w lutym bieżącego roku, kiedy to papież Franciszek przyjął rezygnację z urzędu biskupa Edwarda Dajczaka, to w myśl Prawa Kanonicznego objąłem urząd biskupa diecezjalnego.

– A jak ksiądz biskup zareagował na to przeniesienie, na decyzję Ojca Świętego?

– Byłem zupełnie zaskoczony i chociaż posiadałem wiedzę, że biskup Dajczak jest chory, to nie myślałem o Koszalinie, Kołobrzegu, ale jak otrzymałem informację od Arcybiskupa Salvatore Pennacchio – ówczesnego nuncjusza apostolskiego w Polsce, bo Arcybiskup Pennacchio zakończył swój urząd w Polsce w marcu bieżącego roku i obecnie jest wakat a dokładniej funkcję tę pełni czasowo ksiądz prałat Pavol Talapka – to ucieszyłem się, bo znam doskonale biskupa Edwarda Dajczaka i wiedziałem doskonale, że przejmę diecezję wzorowo prowadzoną.

– A teraz pozwoli ksiądz biskup, że w swym pytaniu nawiąże do momentu, kiedy to ksiądz został przez papieża Franciszka mianowany biskupem pomocniczym Archidiecezji Gdańskiej. Święcenia biskupie otrzymał ksiądz 24 października 2015 roku w bazylice archidiecezjalnej Trójcy Świętej w Gdańsku – Oliwie. Święceń udzielił księdzu biskupowi arcybiskup metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź, któremu asystował ówczesny nuncjusz apostolski w Polsce Arcybiskup Celestino Migliore oraz arcybiskup senior Tadeusz Gocłowski. Wówczas ksiądz biskup przyjął motto „Ut unum sint”, czyli „Aby byli jedno”. Skąd pomysł, na takie przesłanie?

– To bardzo proste. Chodziło i chodzi mi o budowanie kościelnej jedności, której prekursorem w pewnym sensie był ksiądz biskup diecezjalny Diecezji Koszalińsko – Kołobrzeskiej Czesław Domin, który ten urząd sprawował w latach 1992 – 1996 a Jego zawołanie biskupie brzmiało „Quis ut Deus” czyli „Któż jak Bóg”. Paradoksalnie po wielu latach po księdzu biskupie tej diecezji trafiłem tu.

– Wiem też, że ksiądz biskup interesuje się zabytkami, oczywiście a zarazem przede wszystkim tymi sakralnymi.

– Jak pan redaktor doskonale wie, bo przecież znamy się jeszcze z czasów mojej posługi duszpasterskiej w Gdańsku, to pochodzę właśnie z tego z miasta, gdzie zabytków sakralnych jest mnóstwo i to takich, których nie można nigdzie na świecie spotkać nawet jako podobnych w swej bryle, wyglądzie i wystroju wewnętrznym. Weźmy pod uwagę ambony, które były wykorzystywane przede wszystkim dlatego, żeby wierni zebrani na mszy świętej mogli usłyszeć kapłana, bo przecież kiedyś elektroniki, mikrofonów nie było a każdy chciał usłyszeć co ma do przekazania ksiądz. Stąd też, szczególnie te gotyckie świątynie miały i mają bardzo dobrą akustykę; zresztą tamci duszpasterze mieli też specjalnie wyćwiczony a zarazem donośny głos. A same ambony, których dzięki Bogu – mimo ich niewykorzystania – to też zabytki a często dzieła sztuki. Dziś, nawet po zmianach, które wprowadził papież Benedykt XVI, że Msze święte można odprawiać jak przez Soborem Watykańskim II, mało który duchowny wejdzie na ambonę, chociaż ma do tego prawo, bo tak jak wszystko się zmieniło, to i wierni mogą sobie pomyśleć, że ksiądz przemawiając z ambony ma się za kogoś ważniejszego, ale to tylko tak na marginesie.

– Ale Diecezja Koszalińsko – Kołobrzeska też jest bogata w wiele zabytków sakralnych.

– Tak, oczywiście. To spuścizna po innych gospodarzach tym ziem, terenów. Ciekawostką jest to, że większość świątyń była protestancka do 1945 roku i ich wystrój, szczególnie tych na wsiach do dziś nie uległ zmianie, ale to konsekwencje, że w protestantyzmie głoszenie Słowa Bożego, prowadzenie nabożeństwa miało i nadal ma inny charakter niż w Kościele rzymsko – katolickim. Przykładem kościoła zabytkowego, który na początku był świątynią katolicką jest kościół w Łącku koło Postomina w naszej diecezji. To budowla gotycka z XIII wieku, przebudowana w roku 1607. Zresztą takich i podobnych świątyń w naszej diecezji jest dużo a są także takie miejsca, gdzie wybudowane świątynie w stylu neogotyckim powstały na fundamentach kościołów gotyckich lub nawet romańskich.

– A jak ksiądz biskup odbiera Diecezję Koszalińsko – Kołobrzeską?

– Uczę się jej, bo ona różni się od Archidiecezji Gdańskiej tym, że ma wiele parafii jednoosobowych z filiami, a Archidiecezja Gdańska ma w większości parafie miejskie. Tu jest mnóstwo parafii, które wymagają wsparcia finansowego, bo jest na przykład 1000 lub 2000 wiernych i kilka kościołów. Dlatego konieczne jest wsparcie diecezji, bezcenna jest też pomoc otrzymywana z różnych programów na przykład na renowację zabytków czy na termomodernizację obiektów.

– Ale poza pomocą finansową dla małych parafii, to na pewno diecezja zajmuje się także inną pomocą, działalnością, tak?

– Oczywiście. To przede wszystkim ośrodki duszpasterskie edukacyjno-formacyjne i w ten sposób wspiera wspomniane mniejsze parafie. Chlubą diecezji jest Caritas Diecezjalna, która współpracuje z Caritas Polska a to między innymi Domy Samotnych Matek, Okna Życia, jadłodajnie. To także Parafialne Zespoły Caritas oraz Szkolne Koła Caritas.

– Rozumiem, bo zresztą od lat w całej Polsce samo określenie Caritas kojarzy się z wszelaką pomocą, którą niesie, oferuje potrzebującym Kościół katolicki, ale na pewno diecezja ma też jakieś problemy, z którymi musi sobie poradzić.

– Tak, ogromny problem to pomoc osobom starszym i samotnym a samotność jest różnoraka. Wielkomiejska samotność w dzisiejszych czasach jest bardziej dokuczliwa, bo nawet jak ktoś jest starszy, ale ma rodzinę, to i tak jest samotny, bo przecież dziś najważniejsze elementy ludzkiego życia, dodam, że niestety, to praca, korporacje, wyjazdy za granicę.

– A jak wygląda pomoc takim osobom, którą oferuje diecezja?

– Zacznę od tego, że najmniej potrzebna jest pomoc to pomoc finansowa, bo sytuacja materialna ludzi starszych, samotnych była lub zmieniła się na lepsze. Najbardziej jak już wspomniałem dokucza ludziom samotność i to ta różnoraka. Dlatego też organizujemy świetlice dziennego pobytu, domy seniorów, ale także pomoc medyczną w szerokim tego słowa znaczeniu.

– Dziękuje za rozmowę i życzę powodzenia w szerokim tego słowa znaczeniu w prowadzeniu diecezji. Szczęść Boże!

– Ja również dziękuję i z Panem Bogiem.

 

 

O ograniczeniach bez metafor pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Obroża uniwersalna

Litościwy sędzia miast pakować oskarżonego w ciasną celę daje mu obrożę elektroniczną, która umożliwia stałą kontrolę. Wówczas skazany przebywa w areszcie domowym i rozmyśla we własnym mieszkaniu nad tym co zrobił. Czasem dochodzi do wniosku, że postępował źle i z wdzięcznością myśli o sędzim.

Obroże przydałyby się niektórym posłom, tym którzy bezkarnie wykorzystują immunitet, łżą bez opamiętania i kary. Mówią, że Pan Bóg jest cierpliwy, ale sprawiedliwy. Ciągle w to wierzymy. Przynajmniej ja wierzę.

Elektroniczny dozór dla złodziei rozszerzony na posłów i senatorów jak na razie jest niedostępny dla jurysdykcji. Reforma sądownictwa to tylko werbalna gadanina odsuwająca decyzje ad Kalendas Graecas. Pan Ziobro choć wielofunkcyjny i na pewno uczciwy to jednak łagodny minister, przynajmniej wobec swoich kolegów. Różni jego krytycy skaczą mu po brzuchu wygadując co ślina na język niesie. No ale jest demokracja. W prawdzie jest paragraf 212 na dziennikarzy. To jednak zdecydowane przegięcie, niesprawiedliwe i szkodliwe. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich od lat przeciwko paragrafowi 212 protestuje. Bezskutecznie. Oczywiście jest również bezczelność bezdowodowych oskarżeń i nieuczciwość. Jest niedostateczne sprawdzanie faktów przy zbieraniu informacji. Wszystko to powinien rzetelnie oceniać sąd. W jego rękach jest orzeczenie sprawiedliwe i profesjonalne.

W Polsce niezwykle ważny polityk mimo wydawałoby się uzasadnionych oskarżeń o korupcję siedzi na jednym z najważniejszych foteli władzy i koledzy go bronią, choć na pewno wielu robi to tylko z politycznych powodów. Jest „nasz”, więc musimy go bronić.

Wybory zbliżają się szybkim krokiem. Nadzieję mają zarówno rządzący i krytykujący. Suweren zadecyduje. Proponuję zwiększenie produkcji. Obroże się przydają. Nie tylko dla psiaków, ale i dla polityków. Nie cieszą się oni miłością ludzi, ale i tak ludzie pójdą do urn. Jaki będzie wynik zobaczymy.

Trzeba odpowiedzieć na ważne pytania referendalne – przede wszystkim głosując na tych którzy myślą o Polsce, a nie inspirowani są złudnymi obietnicami. Każdy głos będzie się liczył. Biała kartka będzie tak samo ważna – czy wrzucił ją człowiek mądry czy naiwny. Demokracja. Podobno nic lepszego nie wymyślono. Ale demos sparzył się już wielokrotnie, chciał dobrze, lecz zabrano mu środki produkcji, podwyższono wiek emerytalny, stąd wędrówki za chlebem.

Lud pracujący miast i wsi to śmieszne dziś określenie. Ale taki lud istnieje i to on wypracowuje budżet, środki do życia i obrony kraju.

Tenże lud założy kiedyś obroże partyjnym cwanym ludziom i złodziejom wspólnego dobra. Są kwity. Mamy na razie pożyteczny „Reset” telewizyjny. Potrzebny jest prawdziwy i dogłębny sprawdzian. Reset jak było naprawdę. Zło pokazać trzeba i pokonać. To sprawdzanie właśnie się zaczęło.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka życzliwych przestróg dla dziennikarzy – cz. III

Osobnym problemem dla dziennikarzy politycznych, chociaż lepiej powiedzieć – zajmujących się polityką, jest kontaktowanie się z młodymi politykami. Ci – przed wyborami – zachowują się jak stado wściekłych hien, wietrzących padlinę. A tą padliną są ich polityczni przeciwnicy.

Atak młodych jest w przed wyborami szczególnie widoczny. Po pierwsze – mają więcej witalności niż starsi, po drugie – nie mają żadnych zahamowań. Przy czym to drugie jest bardziej istotne. Partie potrzebują bowiem multum kandydatów na listy sejmowe. Zmusza je do obsadzania pełnej listy w każdym okręgu prawo, które pozwala zbierać fundusze na każdą z osób. I choć wiadomo, że z mniejszych partii ma szanse najwyżej jedynka, to opłaca się mieć na listach pozostałych 19-tu. I te dalsze miejsca zapełniają najczęściej młodzi, dla których jest to wspaniała okazja, żeby w ciągu kilku ustawowych minut zaistnieć, mając nadzieję na przyszłe wybory. Liczy się też, ile głosów zbiorą kandydaci z dalszych miejsc, wtedy najlepsi z nich mają silniejszą pozycję w partii.

Uważaj na młodych

Do młodych zaliczam tu młodych, będących już posłami i młodych nowicjuszy na listach. Łączy ich to, że młodzi nie mają hamulców. Powiedzą wszystko, będą krzyczeć, będą agresywni do bólu. Przy czym – nieistotne jest z jakim hasłem, przesłaniem startują. Liczy się tylko to, żeby w jak najwścieklejszy sposób powtarzać ogólne, zatwierdzone hasła swojej partii, i bez pardonu kopać po kostkach.

To przykry widok, a słuchać nie sposób. Młodzi nigdy nie nawiązują do tzw. wartości wspólnych, nigdy nie wspierają się kulturowymi cytatami, jakby niczego nie czytali, a „Krzyżaków” znają jedynie z filmu. Za to budują zdania piętrowe, w których mylą wołacz z dopełniaczem. Nie mają szacunku nawet dla dawnych opozycjonistów, dla nikogo. Ważni są tylko oni i jedynie oni sami. Są naprawdę jak hieny, które od tygodni nic nie jadły.

Co z takimi młodymi ma robić dziennikarz, jeśli przyjdą do jego audycji? Poskromić ich nie poskromi, bo nie można opanować takiego żywiołu. W takich przypadkach radziłbym przynajmniej się nie uśmiechać, bo uśmiech młodzi biorą za pochwałę pod swoim adresem. Radziłbym wypełnić swe zadanie do końca, ale bez okazywania nawet „minimalnej szczęśliwości”.

Nie spiesz się z newsami

Bywa i tak, że właściciele stacji, a zatem ich szefowie i kierownicy różnych stopni ważności, walczą o newsy, czyli najnowsze wiadomości. Szczytem marzeń jest zdobycie informacji jako jedyni i jako pierwsi podać ją odbiorcom.

W tym przypadku łatwo można wdepnąć na minę. Taka mina głównie razi dziennikarza, któremu przypadło nieszczęście odczytywać, prezentować te nowości na antenie. Bo często zdarza się, że są to wiadomości celowo podrzucone przez konkurencję, także polityczną. Chociaż… przyzwyczailiśmy się już, że stacje nie przepraszają za nic. Chyba po sądowym wyroku, a i to z ociąganiem.

Zdarza się też, że z pogoni za sensacjami stacje ujawniają informacje, które powinny pozostać tajne. Bywa, że ktoś z władz lub nie tylko władz się wygada na jakiś temat związany z obronnością, na przykład związany z inwazją Rosji na Ukrainę. A stacja natychmiast rzuca to na antenę. Bywało, że narażało to poważne interesy państwa i naszych sojuszników.

Ale też ludzie niewiele pamiętają, bo również są nastawieni jedynie na nowości. Ja, niestety, mam tę przypadłość, że pamiętam kto i kiedy palnął głupotę. Ale może dlatego że jestem już bardzo wiekowy.

Jaki z tego morał dla dziennikarzy? Nie wierz w to, że media to czwarta władza, a Ty też masz cząstkę władzy. Zachowuj się skromnie. Czwarta władza – to tylko chwyt propagandowy, taki sam jak stalinowska teza, że media są pasem transmisyjnym i dostarczają informację od władzy do obywatela a od obywatela przekazują władzy jego wątpliwości i niezadowolenie. Taka to była teoria, ale wszyscy byli niezadowoleni – władze łącznie z dziennikarzem-pasem transmisyjnym – spotykali się w Gułagach.

Uważaj na kobiety

Zasada głosi, że dobrze jest mieć w stacji dużo kobiet, bo one z racji natury „ocieplają wizerunek anteny”. No, nie wiem. Moim zdaniem kobiety dziennikarki są bardziej agresywne niż mężczyźni. Gorzej, bo domagają się szacunku jako kobiety – gdy następują spięcia i tarcia w audycjach.

I tu następuje grube nieporozumienie, bo wybierając męskie zawody kobiety nie chcą jednocześnie przyjąć wszystkich niedogodności zawodu. Chcą być nietykalne, gdy same bywają gorsze od dziennikarzy mężczyzn. Czyli, chcą być kobietami, gdy im to wygodne.

Kilkadziesiąt lat temu pewien naukowiec z USA zauważył, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat kobiety bardzo obniżyły swój głos i teraz nie sposób znaleźć pani, mówiącej sopranem. Według naukowca zadziałało tu prawo dostosowywania się do wymogów rynku pracy.

Kobiety będące politykami są także bardziej agresywne niż mężczyźni. Łatwo się zaperzają a nawet histeryzują. Bardzo często też czują się obrażone – wtedy właśnie żądają „ogólnego” szacunku dla kobiety.

Nie radziłbym panom zadzierać w pracy dziennikarskiej z koleżankami – one nigdy nie wybaczają. Nie radziłbym również mieć racji na antenach – wtedy mogą nawet zabić. Krótko mówiąc – z kobietami trzeba uważać, bo one są bardziej niż panowie biologiczne. A wiadomo, że biologia jest okrutna i bezwzględna.

 Nie myśl, że jesteś politykiem

  1. Nigdy nie startuj w żadnych wyborach. Masz piękny zawód, więc go szanuj.

Bardzo wielu dziennikarzy zajmujących się polityką uważa się za polityków. A to może być bardzo kosztowny błąd. Owszem politycy „używają” dziennikarzy, ale nie powinno to dziennikarzy zwodzić. To są dwie różne rzeczywistości. Polityk to zupełnie inny zawód.

Nigdy nie pouczaj polityków, bo to osoby pełne niepewności wewnętrznej, a Twoje najlżejsze uwagi zawsze odbiorą jako znak Twojej wyższości, przewagi nad nimi.

Tu przypomniała mi się anegdota z czasów gierkowskiego PRL. W jednym z nowych miast wojewódzkich dziennikarz napisał przemówienie dla I sekretarza i cały spięty siedział na sali, słuchając, jak jego tekst wygłasza władza. Po referacie I sekretarz wojewódzki szedł wolno wśród burzy oklasków przejściem dla zebranych na sali, zatrzymał się przy dziennikarzu i cicho zapytał: – Jak było?

– Świetnie – odpowiedział dziennikarz – ale pomylił towarzysz pociąg z tramwajem, bo ja napisałem dosłownie jak powiedział Piłsudski, że on wysiadł z tramwaju socjalizm, na przystanku niepodległość.

Sekretarz poklepał po ramieniu dziennikarza i odchodząc, łaskawie powiedział:

– Uczcie się towarzyszu, uczcie.

2. Na antenie wysłuchaj pilnie tych, których nie lubisz politycznie. Nie bądź nonszalancki.

3. Pamiętaj, że wszystkie funkcje w stacjach, redakcjach są tymczasowe.

Tu, na zakończenie jeszcze jedna anegdotka. Było to dawno temu, ale było naprawdę. Po wyborach samorządowych jeden ze startujących, przegrawszy z kretesem, skarżył się w swojej politycznej centrali, że media nie dały mu żadnego wsparcia. Skutkiem takiego donosu odbyła się krótka rozmowa Kogoś Ważnego z szefem regionalnego radia.

– Słyszeliśmy, że nie wsparliście mocno naszego kandydata… – powiedział Ktoś Ważny – i dlatego przepadł w najważniejszej debacie.

– Przecież ja mu dałem tydzień wcześniej wszystkie pytania, tylko jemu… – odpowiedział szef radia.

– Ale nie daliście mu odpowiedzi…

Skutkiem czego szef przestał być szefem.