STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Jeśli napadną na mój kraj…

Jeśli napadną na mój kraj – teraz, jesienią, zimą, wiosną – czy kłócić i kłamać przestaną Tusk, Kamysz, Hołownia i na zakąskę śmieszny Kołodziejczak? Czy zamkną usta wyznawcy liderów, których, dla kontynuacji „kariery” w przyszłym Sejmie, nie powstrzymuje wstyd a nawet zdrada? Czy głupi szczeniak dla prywatnego interesu pójdzie w układy ze zbrodniarzami zabijającymi i grabiącymi naszych sąsiadów? To nie jest żadna opozycja. To wrogowie, piąta kolumna – zaprzańcy i zdrajcy. O tych mówił stary Maciej z „Pana Tadeusza”: głupi, głupi, głupi.

Z jakimż trudem przyszło dobić się suwerenności. I ile wyciekło krwi, ile było koszmaru, ile bólu i tragedii. A jednak z podłym  grymasem twarzy śmią mówić: „nie Polska a Europa!”. „Ja nie jestem Polką, Polakiem – ja jestem i chcę być Europejczykiem”. Głupi nie boją się teutońskiego mordercy ani ruskiego batoga. Wykluwają się nagle nawet wśród lubianych i popularnych.

Nienawiść! Gangrena nienawiści to choroba gorsza niż alkoholizm czy koronawirus. Idzie to przez kraj, który rozwija się jak nigdy i zalewa go śmierdzącą cieczą. To gorsze niż tysiące ton śmieci zwożonych do Polski za judaszowe eurosrebrniki. Ten szlam trzeba zatrzymać perswazją a nawet siłą. Wrogich ludzi zatrzymać trudniej.

Małżeństwo, które się pożre i znienawidzi nie powinno już wchodzić do jednego łóżka. Zacietrzewieni zmęczą się, zostaną wyśmiani i wzgardzeni. Któż pamięta już nawet nie po latach, ale po miesiącach o głupich wodzach, nieudolnych przywódcach – prezesach, premierach, ministrach. Poszli won, niech siedzą cicho i modlą się do topniejącej kupki ukradzionych pieniędzy. Właściwie ich miejsce powinno być w pierdlu. Ale ludek znad Wisły to dobrotliwe towarzystwo i nie pamiętliwe stworzenia. W newralgicznych momentach obronić się potrafimy. Kosy idą na sztorc a wolontariuszy zgłosi się więcej niż można będzie zorganizować batalionów. Niestety, pamięć krótka – skleroza połączona z Alzheimerem pustoszy głowy.

Niemiecki rzeźnik mordował warszawską Wolę a dokończył żywota na ciepłej państwowej posadzie. Żydzi powiesili Eichmana, ale dali się przekupić i weszli w ścisłe relacje ekonomiczne z opłacającymi się teraz sowicie potomkami morderców i grabieżców. Zresztą i u nas niektóre samorządy dopuszczają do nazistowskich ekscesów.

Naród odpowie w referendum, Polacy obronią Polskę, na to znajdzie się siła i odwaga. Chcemy gwarancji sojuszów, ale już przekonaliśmy się, że one mogą nas zawieść. Niedotrzymane może być słowo ludzi, którzy honor postawią po interesie własnym. „Pecunia non olet” tak jest niestety. Tak się w świecie, w życiu dzieje.

Teraz poprośmy jeszcze by zamknęli się ujadacze, ale chyba tego nie zrobią. Nawet gdy wróg wykona atak. Nawet, kiedy będzie to atak rozpoznawczy. Oni tak zwykle czynią: razwietką nazywają. Żaden wraży statek powietrzny nie powinien bezkarnie przekroczyć granicy na polskim niebie. Organizatorów przemytu ludzi należy nie tylko wyłapać, ale i pozbawić możliwości uprawiania tego procederu.

Nie bójmy się. Straszenie to szantaż. Tchórzostwo, czyli przekonywanie, że będzie gorzej to nie obrona. To zagrożenie bytu! Suwerenności. Poradźmy sobie z własną 5-tą kolumną. Zbrójmy się i organizujmy do obrony. Już ostatni to czas i alarmowy dzwon. „Wakacje” się skończyły. Nadchodząca rocznica tragicznego września ’39 – to memento! Koniec z gadaniem, trzeba wydłubać zgniłe robaki z życiodajnego jadła. Jest nas dużo i mamy wiarę!

 

Do szacunku dla dobrych rad nawołuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Posłuchajcie Andrzejewskiego

Przedwyborczy bełkot medialny staje się nie do zniesienia. Już nikt nikogo nie słucha, a wszyscy naraz nadają. To ma być kampania wyborcza?!

Trzeba się uspokoić. Niech zaczną media. Zamiast zalewać nas potokiem informacji – w tym odgrzewanych do znudzenia – szumem dezinformacji i kłamstw – ograniczmy się do nadawania wypowiedzi ludzi mądrych. Z obu stron barykady. W Hallerowie, czyli we Władysławowie odpoczywa po wieloletniej skutecznej pracy mądry, bardzo zasłużony w obronie naszych uczciwych obywateli, mecenas Piotr Łukasz Juliusz Andrzejewski. Dobrze byłoby, żeby jeszcze raz stanął w szranki. Właśnie teraz gdy Ojczyzna jest znowu w pilnej potrzebie. Rządzić to mu nie dadzą, zresztą i on sam już tego nie chce. Nie będzie kandydował w nadchodzących wyborach (a szkoda!) ale doradzać i to konkretnie Prezesowi, Premierowi i Prezydentowi powinien. Wszędzie tam niestety są wprawdzie tabuny doradców, ale to na ogół ludzie mało odważni (delikatnie mówiąc) sugerujący to, czego szef chce. Tak to już jest – schlebiacze i lizusy zawsze mają się lepiej (oczywiście do czasu!).

Polityk, adwokat, działacz opozycji demokratycznej w PRL, senator I, II, III, IV, VI i VII kadencji Senatu, sędzia Trybunału Stanu, rodem Warszawiak, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego z wyboru i rodziny o wspaniałych niepodległościowych korzeniach – teraz mieszkający za bałtycką morską wydmą we Władysławowie. Senator żyje teraz nad otwartym morzem, w pięknym modernistycznym pensjonacie „Solmare” wybudowanym przez rodziców Wandę i Aleksandra Andrzejewskich właśnie w Hallerowie w 1936 roku. W tym miejscu w groźnych dla Polski chwilach zbierała się opozycja, a w 1982 ubeckie bojówki go podpaliły niszcząc archiwum i część budynku.

3 czerwca 2007 roku do ówczesnego premiera Rządu Rzeczpospolitej Polskiej Jarosława Kaczyńskiego mec. P. Ł. J. Andrzejewski pisał:

„Wychodząc z akceptowanej w prawie cywilizacji łacińskiej zasady prawa międzynarodowego: pacta sunt servanta, należy uznać aktualne próby podważenia zasad funkcjonowania Unii Europejskiej jako zintegrowanych działań podmiotów prawa międzynarodowego jakimi są Wspólnoty Europejskie i poszczególne państwa, które to działania mają ugruntowaną aktualnie podstawę prawną w Traktacie Nicejskim, za wymagające szczególnego uzasadnienia w myśl drugiej zasady mogącej usprawiedliwić zmianę obowiązujących powszechnie ustalonych reguł funkcjonowania Unii brzmiącej rebus sic standibus*.

Polska jak i 10 innych państw europejskich, kierując się zasadą domnimania wiarygodności dotychczasowych podmiotów tworzących podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej, przystąpiła do tej formacji na ustalonych i jednomyślnie w drodze kompromisu przyjętych na warunkach i zasadach określonych w aktach akcesyjnych znajdujących oparcie w Traktacie Nicejskim.

Propozycję podważenia istniejącego status quo w oparciu o wątpliwy co do jakości poprawności prawnej, a nadto odrzucony przez część państw wspólnot tworzących Unię projekt tzw. nowego traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej uważam za nieaktualną i niewartą próby jego reanimacji.

Projekt ten narusza szereg fundamentalnych zasad obowiązujących dotąd w prawie międzynarodowym, jak m.in. zasady równowagi i równości stron – jedno państwo – jeden głos materii dotyczącej każdego z członków wspólnot tworzących Unię – połączonej z zasadą suwerenności państw – członków wspólnoty.

Próba politycznego narzucenia poglądów i rozwiązań sprzecznych z tymi zasadami winna być poddana dalszym negocjacjom” – pisał 16 lat temu Andrzejewski.

(…) „Sfera spraw regulowanych tzw. prawem unijnym mającym priorytetową przewagę nad prawem wewnętrznym poszczególnych krajów tworzących kompleks unijnych dotyczy dwóch przedmiotów regulacji: praw i obowiązków obywateli państw zjednoczonych w Unii i praw i obowiązków państw tworzących Unię jako podmiotów prawa międzynarodowego.

Ten podział przedmiotu regulacji prawnej winien znaleźć odzwierciedlenie w trybie stanowienia prawa odrębnym dla każdej z tych grup przedmiotu regulacji. W jednym i drugim przypadku uważam za wskazane odwołanie się do zasady równości podmiotowej. Podmiotowość obywateli państw Unii Europejskiej zgodnie z zasadą równości reprezentatywności każdego z nich uzasadnia zasadę głosowania podwójną większością w zakresie praw i obowiązków każdego obywatela Unii.

Podmiotowość państw członków Unii w obrębie ius gentium i równość ich traktowania z poszanowaniem ich suwerenności w dziedzinie międzynarodowej wymaga odrębnej zasady głosowania w oparciu o równą reprezentatywność w myśl reguły jedno państwo – jeden głos.

Podział podmiotu regulacji na to, co dotyczy państwa jako podmiotu prawa międzynarodowego i na to, co dotyczy osób jako podmiotów prawa prywatnego, wskazuje władzy Unii dla każdej z tych grup podmiotów odrębne uwarunkowania.

Osobnym problemem jest pominięcie trybu stanowienia prawa wspólnotowego nie przez organy władzy wykonawczej Unii, ale władzy ustawodawczej i powrotu do monteskiuszowskiej tradycji podziału władz, a nie jej zagmatwanego pomieszania, jak to ma miejsce obecnie.

Odrzucony projekt traktatu konstytucyjnego narzucony przez tzw. Konwent nie spełnia podstawowych standardów w tym zakresie.

Nawiązując do polskiej tradycji opartej na maksymie, aby będąc „wolnym od hańbiących przemocy nakazów” – cenić drożej nad życie wolność wewnętrzną, niepodległość zewnętrzną i suwerenną egzystencję polityczną Narodu Polskiego i jego członków – pozwalam sobie na skierowanie na ręce Pana Premiera wyżej przedstawionej propozycji do rozważenia w nadchodzących negocjacjach” – podsumował P. Ł. J. Andrzejewski i w liście do Jarosława Kaczyńskiego z 3 czerwca 2007 r.

*                           *                           *

To nie jest już dziś głos wołajacego na puszczy. To jest rdzeń suwerenności. Warto krzyknąć: Andrzejewski wróć. W dodatku nie będzie lepszego reprezentanta spraw morza – ludzi, historycznie morskiej polski i współczesnej okradzionej morskiej gospodarki naszego kraju – flota, stocznie, rybołóstwo. W tych sprawach Kaszubi i w ogóle mieszkańcy pomorza powinni pilnie się zjednoczyć. Zaniedbany skarb przyrodniczy, bastion obronności Półwysep Helski, skorumpowane Wybrzeże Środkowe i niemczony Szczecin – to marnotrawstwo musi ustać poprzez wybór nowych ludzi. I te tereny muszą być reindustrializowane. Przy tej pracy potrzebny jest właśnie ktoś taki jak Andrzejewski z jego wiedzą, wrażliwością i wrodzonym uporem w działaniu. Do 15 października jest jeszcze trochę czasu. Przekrzykiwanie się warto zastąpić dobrą radą – i w sprawach krajowych i zagranicznych.

Zacznijmy od „A”, od Andrzejewskiego.

 

* [łac., 'w takim stanie rzeczy’], klauzula dopuszczająca zmianę umowy w przypadku zmiany okoliczności, w jakich została zawarta.

 

 

O kojarzących się z grą komputerową kandydatach KO pisze CEZARY KRYSZTOPA:Pokemony

Jest taka gra, serial filmowy, właściwie chyba dużo różnych gier i innych mniej i bardziej interaktywnych, wirtualnych przestrzeni, pod wspólną nazwą „Pokémon”. Niech mi wybaczą ich wszystkich znawcy, ja wiem to dosyć powierzchownie, ale jeśli dobrze zrozumiałem, chodzi w tym wszystkim o to, żeby chwytać różne dziwadła do takiej kuli zwanej „pokeball”, a potem używać ich w do walki.

Było to moje pierwsze skojarzenie po prezentacji list Koalicji Obywatelskiej. Opozycja nie po raz pierwszy pilnuje pewnego rodzaju parytetu. Otóż tak jak wcześniej, jak twierdzą niektórzy, Palikota, czy Petru, musi mieć koniecznie kogoś z kategorii „polityczny pajac”. Wszystko wskazuje na to, że w tej roli został obsadzony, a przynajmniej robi wszystko żeby mnie o tym przekonać, dzielny Michał Kołodziejczak.

Mistrz Pokémon

Najwyraźniej nie od rzeczy jest również posiadanie w swojej drużynie, nie wiem dlaczego przychodzi mi tu zaraz na myśl Pani Poseł Klaudia Jachira, „politycznej wariatki”, której to roli tym razem być może będzie usiłowała sprostać obdarzona donośnym głosem i umiejętnością opowiadania kompletnych kocopołów z poważną miną i z miedzianym czołem – Jana Szostak.

Jeśli dodamy do tego byłego współpracownika peerelowskich służb Bogusława Wołoszańskiego i nowe, jeszcze bardziej fantastyczne wcielenie Janiny Ochojskiej – Aleksandrę Wiśniewską, myślę, że spokojnie możemy, odkładając na bok uprzedzenia, uznać Donalda Tuska za „mistrza Pokémon”.

Co ciekawe, podobny mechanizm obserwuję nie tylko w świecie twardej polityki. Otóż przy okazji obchodów rocznicy Sierpnia 80’ w Europejskim Centrum Solidarności (przypominam, że Solidarność od dawna nie ma z nim nic wspólnego), wręczone zostaną tzw. „Medale Wolności Słowa”.

Odpowiedni pokeball

Do medali nominowani zostali tacy ludzie jak prof. Barbara Engelking, według której „dla Polaków śmierć to była kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć. Dla Żydów to była tragedia, dramatyczne doświadczenie, metafizyka”. Czy też tacy jak Zbigniew Hołdys, który nazwał ostatnio usiłujących korzystać z wolności słowa „symetrystów” – „szmalcownikami” – za „bezkompromisową obronę liberalnych i demokratycznych wartości, bez względu na konsekwencje”. Małżeństwo Owsiaków, bynajmniej nie za talenty biznesowe.

A „wykład o etyce Solidarności”, wygłosi (tadam!) dr Michał Bilewicz. Tak, tak, ten sam, który ukuł pojęcie „antysemityzmu wtórnego”, który w przypadku Polaków ma się objawiać m.in. „kultem Żołnierzy Wyklętych” czy „niechęcią do finansowania Muzeum POLIN”.

Co oni mają wspólnego z „Solidarnością”? Nie muszą mieć nic, ponieważ to nie oni mają tu „budować mit Solidarności”, tylko pasożytniczo wykorzystywany przez ECS „mit Solidarności” ma budować ich, tak żeby jako odpowiednio zbudowane dziwadła, zamieszkiwali właściwy „pokeball” oczekując momentu, w którym zostaną użyci zgodnie z przeznaczeniem.

HUBERT BEKRYCHT: Problemy opozycji z dziennikarzami, czyli polityczne kotlety medialne

Jak świat światem politycy i dziennikarze żyjąc w jednym medialnym systemie nie zawsze się ze sobą zgadzają, delikatnie mówiąc. Może jestem staroświecki, ale wciąż uważam, że szacunek do pracy w redakcjach, podobnie jak szacunek dla pracy ekip politycznych, powinien być fundamentem współpracy mediów z osobami kreującymi życie publiczne. Niestety, coraz częściej politycy opozycji w Polsce – jak ujął to mój znajomy przypominając fachowy termin – niebezpiecznie przesuwają granice. Ba, to już nawet nie aneksja terenu dziennikarskiego, to agresja wobec dziennikarzy. Jeśli nawet nie wszystkich, to wkrótce może się tak stać a wtedy nie tylko polityczna opozycja zacznie wybierać sobie pytania na konferencji prasowej, czy dziennikarzy, którzy mają je zadać. A może niedługo politycy będą sami sobie zadawać pytania i sami na nie odpowiadać. Po co im będą media? Bo są. Na razie.

Podczas pisania tego tekstu nie ucierpiał żaden z polityków. Chyba… No, przynajmniej nie powinien.

Życie publiczne i w ogólne życie się brutalizuje. Jesteśmy bardziej nieuprzejmi wobec siebie, żeby nie napisać chamscy, ale i takie skrajne zachowania nie są dziś niczym dziwnym. Ludzie słuchając innych koncentrują się nie na przekazie, tylko na tym co ich najbardziej interesuje, czasem są niecierpliwi, nawet agresywni. W mediach powstają specjalne zespoły, które pracując praktycznie całą dobę – mają jedno zadanie – dostarczyć informację, najlepiej sensacyjną. W polityce całe grupy sztabowców pracują nad zagłuszaniem najgorszych – ich zdaniem – przekazów dotyczących własnych ugrupowań.

Pan chyba jest nienormalny, panie redaktorze

To zdanie adresowane do mnie usłyszałem, podczas konferencji prasowej nieistniejącej już partii w parlamentarnej kampanii wyborczej w 1997 roku. Polityk nie żyje, eksperymentalne ugrupowanie polityczne nawet komornikowi nic nie zostawiło, ale pamięć tego dnia jednak pozostała. Wówczas mnie to śmieszyło, teraz już nie. Zadałem zwyczajne pytanie o źródła finansowania kampanii. Polityk się wściekł. I był to wówczas niechlubny przykład, że tak nie wolno. Dziennikarz, co nie jest dziś dla wszystkich oczywiste, też człowiek. Niestety, takie obcesowe traktowanie reporterów to teraz norma.

Są całe zestawy technik manipulacyjnych dla polityków. Uczy ich się, nawet na drogich specjalnych kursach, jak wykiwać dziennikarzy, jak żurnalistów zdenerwować, straszyć pozwami sądowymi. I kto prowadzi te kursy? W większości dziennikarze, którzy przeszli „na drugą stronę mocy”, choć i czynnych pismaków tam nie brakuje.

Bowiem, dziennikarz wobec polityka też nie jest bez winy (patrz cykl Waltera Altermanna na sdp. pl). Otóż w wielu redakcjach – i tutaj się narażę – jak grzyby po deszczu powstawały i powstają tzw. działy śledcze. Ten twór pochodzi z anglojęzycznych krajów, a jego nazwa, niestety źle przetłumaczona, dotyczy zespołów zajmujących się tropieniem ważniejszych afer. Z tym, że zespoły owe nie miały wcale zastępować policyjnych i prokuratorskich śledczych.

Po latach nie tylko w Polsce okazało się, że nie ma dziennikarstwa śledczego, są tylko źle zabezpieczone dokumenty… I tzw. źródła, które nie są prawdziwymi dziennikarskimi informatorami a prowokatorami podstawionymi przez zagrożone publikacją podmioty.

Lata temu dwóch dobrych dziennikarzy nabrał policyjny kapuś, bo artykuł miał być o korupcji w policji. W kampaniach wyborczych zdarzają się jeszcze gorsze manipulacje. Podsuwa się żądnym politycznej krwi dziennikarzom „kwity” na polityków rozmaitych ugrupowań. Wartość tych dokumentów, poza kampanią jest dyskusyjna, ale przed wyborami gorączka władzy odbiera czasem rozum i dziennikarzom i politykom. Ale częściej politykom.

Redaktorze, trzymajmy się tematu

To najczęściej wypowiadane przez polityków zdanie w reakcji na niewygodne pytanie. Nasi politycy, teraz częściej opozycyjni niż rządowi, zupełnie odlecieli narzucają konferencjom prasowym tematy, nadając nazwy, kryptonimy i sens. Tak, tak, organizacja bardzo wielu konferencji prasowych nie ma sensu, bo partia i tak nie zamierza odpowiadać na aktualne pytania.

Ostatnio w Łodzi politycy KO krytykowali po raz 534. brak pieniędzy z KPO, sprawę ważną, ale na Boga, ileż to można powtarzać. Tym bardziej, że nie odpowiadają na pytania o to, czy przypadkiem politycy opozycji donosząc w PE na polski rząd nie utrudniają odblokowanie tej puli dotacji i pożyczek.

Kiedy pojawiło się wiele pytań o skandaliczne zachowanie lidera Agrounii Michała Kołodziejczaka przytulonego do konińskiej listy wyborczej KO, politycy opozycji oskarżyli media, szczególnie publiczne, o wszystko, co najgorsze. A Kołodziejczak – ich zdaniem – jest „zaszczuty”. To interesujące, bo widziałem kilkakrotnie podczas blokad Agrounii, jak jej szef, w przerwach między wylewaniem gnojówki przed kościołem w Srocku (woj. łódzkie) lżył policjantów wskazując tłumowi rolników funkcjonariuszy bez munduru…

Liderzy KO w Łodzi – poseł i były baron SLD w regionie Dariusz Joński oraz „jedynka” KO w Sieradzu – poseł i dawny rzecznik rządu PO-PLS Cezary Tomczyk beż zmrużenia oka obrażali dziennikarzy zapewniając, że przecież tego nie robią, pokrzykiwali, pouczali, pytali reporterów o ich poglądy, przerywali nawet ludziom ze stacji z niebiesko-żółtym logo, ale dominowało wmawianie wszystkim, że do „podzielenia” naszej Ojczyzny przyczyniły się TVP i inne media publiczne. Po kolejnej personalnej uwadze kierowanej przez polityków KO do reportera TVP, piszący te słowa na krótko „przerwał” konferencję a konkretnie wylewanie tych pomyj i jako sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w imieniu SDP właśnie, zaprotestował wobec skandalicznego linczu w wykonaniu polityków opozycji.

Polityk nie ogląda telewizji?

Oczywiście po mojej interwencji ton Jońskiego i Tomczyka się nie zmienił. Jak nakręceni jakimś szaleństwem nadal drwili i obrażali dziennikarzy. Stojący obok mnie kolega z redakcji, którą tolerują (jeszcze) przedstawiciele opozycji, właśnie wówczas zauważył, że następuje przesunięcie granicy, czyli ci którzy mają patrzeć na ręce politykom są lustrowani przez owych polityków. Złodziejska zasada „to nie moja ręka”, niestety, coraz częściej zaczyna pojawiać się w polityce. Przykład pojawił się pod koniec wspominanej konferencji prasowej łódzkich liderów list KO. Nie bacząc na uwagi dziennikarzy, politycy rozgrzani kampanią i ponad 30-stopniowym upałem, znowu zaczęli atakować media publiczne, bo nie brakowało niewygodnych dla opozycji pytań, także łodzian, gdyż konferencja odbywała się w południe na ul. Piotrkowskiej w Łodzi:

Tomczyk (KO): Nigdy w TVP nie zobaczymy rzeczy, które dotyczą rządu PiS (niekorzystnych dla PiS relacji – sdp.pl). Bardzo szkoda, bo pluralizm powinien być wszędzie (…) ale wszyscy, jak tu jesteśmy składamy się na TVP… Również na pana pracę (do reportera TVP), także na moją pracę i każdy powinien być obiektywny…

H.Bekrycht (dziennikarz, m.in. sdp.pl – do C. Tomczyka i D. Jońskiego): Czy płacicie panowie abonament radiowo-telewizyjny?

Tomczyk (KO): Ja nie mam telewizji.

D.Joński (KO): Nie oglądam telewizji.

I nagle konferencja prasowa posłów KO skończyła się przecięta dziwną ciszą i moim pytaniem: To skąd panowie orientujecie się, że telewizja publiczna i media publiczne robią te wszystkie rzeczy, o których panowie mówiliście, bo dosyć dobrze znacie program TVP?

Panowie Joński i Tomczyk nie odpowiedzieli, ale może dlatego, że dla nich wszystkiemu zawsze winni są dziennikarze. A może dlatego, że gdyby zapomnieli, że mają jakiś sprawny telewizor z działającą anteną i dostępem do kilkunastu kanałów TVP na przykład pod schodami, czy w ogrodowej altance, to byłoby wykroczenie skarbowe. Przecież nie uwierzę, że Joński i Tomczyk nie wiedzą, że opłata abonamentowa jest obowiązkowa albo że są już na emeryturze albo że wynajmują pokój u emeryta, bo seniorzy nie muszą płacić za posiadanie telewizora. Chyba też nie obchodzą prawa oglądając telewizję używając komputera i sieci, bo, wg. dyrektyw unijnych, ekran laptopa i smartfon to też telewizor, kiedy ogląda się na nim telewizję.

Wspomnicie moje słowa, także po wyborach za wszystko opozycja obwini dziennikarzy, nie tylko mediów publicznych…

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka życzliwych przestróg dla dziennikarzy – cz. II

Jest faktem, że ostatnio dziennikarze stają się coraz bardziej rozpuszczeni, dokazują na granicy nieprzyzwoitej frywolności, jak – nie przymierzając – Magda Gessler. Przy czym – pani Gessler walczy o dobre i nietrujące restauracje, a przy okazji też o promocję swoich licznych lokali. Tyle, że to nie dziennikarka a celebrytka.

A dziennikarze angażują się niepotrzebnie w walkę o swoje racje, o swoje polityczne idee. I to jest duża różnica. Od racji politycznych mamy polityków, a dziennikarzy od wprowadzanie nas w rozumienie świata polityki.

Unikaj wielkich słów i dużych liter

W interesie polityków leży podgrzewanie atmosfery politycznej w kraju. Z każdymi kolejnymi wyborami napięcie polityczne rośnie, a sprawy Rzeczypospolitej prezentowane są zgodnie ze staropolskim zawołaniem „Ojczyzna ginie”.

A przecież, obiektywnie biorąc sytuacja nie jest tragiczna. Owszem są poważne napięcia w polityce międzynarodowej, ale od napięć do prawdziwej wojny daleka droga. Na szczęście. Skąd więc mamy tak wielkie emocje, skąd i dlaczego wieszczy się nam koniec naszego świata?

Z bardzo prostej przyczyny. Otóż większość ludzi myśli jedynie emocjami. Czyli, nie myśli w ogóle, ale chętnie i łatwo poddaje się emocjom. Każda z partii ma przedwyborczą skłonność do grubej przesady. Po wyborach sytuacja znormalnieje. Owszem przegrani nadal będą mówić o „końcu Polski”, ale gdzieś tak po pół roku im przejdzie. Tak będzie, ktokolwiek wygra.

Tu zwrócę uwagę, że wielkie hasło Platformy Obywatelskiej „Jesteśmy antypisem” padło na bruk i roztrzaskało się na drobniutki kawałki już po niespełna roku. Skąd wzięło się to hasło? Z szoku w jaki popadli ludzie Platformy po przegranych poprzednich wyborach. A w szoku zachowujemy się irracjonalnie. Coś krzyczymy, machamy rękami, gdzieś biegniemy, żeby zaraz zawrócić. Moja wizja szybkiego uspokojenia się atmosfery politycznej po wyborach ma podstawy w wieloletniej obserwacji życia politycznego. Żadnej katastrofy nie będzie.

To co napisałem powyżej jest sygnałem dla dziennikarzy, żeby wzięli na uspokojenie. Przede wszystkim radzę nie dąć w wielkie trąby i nie bić w tarabany. Ot, mamy normalne wybory i tyle. Owszem, politycy muszą mieć na ustach co drugie słowo Ojczyzna, Polska, dziedzictwo, święta sprawa… Bo elektorat oczekuje emocji. Ale dziennikarze powinni być zimni i chłodni. I nie powinni poddawać się presji polityków. Powtórzę – politycy to jeden świat, a dziennikarstwo inny.

Dziennikarz ma być jak lekarz wobec chorego – musi zachować zimną krew i kierować się dobrem pacjenta. Politycy teraz chorują, ale wyzdrowieją zaraz po wyborach, A nazbyt upolitycznieni dziennikarze zostaną z ręką w naczyniu nocnym. Naprawdę nie warto traktować świata jako byt jedynie do wyborów. I warto mówić z małych liter.

Zachowuj się jak w Wersalu

To Andrzej Lepper oświadczył kiedyś z sejmowej trybuny, że więcej już tutaj Wersalu nie będzie. I wykrakał, a właściwie to on pierwszy zaczął. Dzisiaj w polityce panują obyczaje gminne – jak mówiono jeszcze w XIX wieku.

Dzisiaj już politycy mówią publicznie tak, jak z początkiem XX wieku nie wypadało mówić nawet w burdelach. Rynsztokowy język, chamskie epitety i wulgarne, brutalne porównania stały się obecnie czymś tak powszechnym, że właściwie normalnym. To przykre i niebezpieczne, bo jakże tu teraz zwrócić uwagę młodzianowi, że publiczne używanie słów na k…, na ch… i na p… nie uchodzi? Owszem, są różnice między językiem kiboli a polityków, ale naprawdę już niewielkie.

Wersal jest synonimem kultury i wyszukanych obyczajów. Ja o Wersalu obyczajowym naszych polityków nie myślę. Ale niechby to był chociaż język używany w izbach pamięci Ochotniczych Straży Pożarnych.

Nie szanujemy się, i prawdopodobnie przyjdzie nam kiedyś za to zapłacić. Dlatego apeluję do dziennikarzy – nie wchodźcie na ten brutalny teren. Mówcie grzeczniej niż politycy, bądźcie kulturalni. A kultura stosunków międzyludzkich jest naprawdę wartością, którą trzeba ocalić.

Pilnuj tematów

Dziwnym zwyczajem wszystkich telewizyjnych dyskusji politycznych jest to, że mimo wyraźnie sformułowanych przez prowadzących tematów i pytań, rozmówcy mówią głównie o sobie wzajem. Pomijam już fakt, że każda ze stacji telewizyjnych już w podejmowaniu tematów i w pytaniach jest wyjątkowo tendencyjna. Do tego przywykłem. Ale dziwi mnie nadal to, że głównym tematem wypowiedzi polityków są ich polityczni przeciwnicy. Personalnie i po nazwiskach.

Ulubionym chwytem erystycznym jest: „Pamiętam co pan mówił dziesięć lat temu”. Po czym następuje ostry atak na całe życie przeciwnika. Przypomina się takiemu w jakiej był niegdyś partii, a jeżeli odszedł zanim ta partia nabroiła, to i tak przypisuje się nieszczęśnikowi „zbrodnie” jego dawnych kolegów.

To się nazywa „argumentum ad personam” i jest uważany za najniższy chwyt retoryczny od czasów antycznego Rzymu. Dlaczego zatem tak? Bo rozmowa na jakiś konkretny temat jest nieatrakcyjna, natomiast „przypieprzenie” przeciwnikowi z pewnością cieszy gawiedź. Prosty lud nie rozumie do końca czym jest inflacja, skąd się wzięła i co należy z nią robić, ale że polityk X jest podejrzaną postacią – to lud zrozumie, a nawet przytaknie. A już, że X jest zaprzańcem, renegatem i zdrajcą – na to lud z pewnością przyklaśnie.

Szczytem merytorycznych dyskusji jest odwoływanie się do historii przodków przeciwników. Oczywiście z naciskiem nie na zasługi.

Prawdę mówiąc dziennikarze prowadzący takie dyskusje próbują przywoływać uczestników do porządku i przypominają tematy. Ale Bogać tam… nikogo to nie obchodzi. Dziwi mnie, że dziennikarze nie odbierają głosu szalonym politykom, że nie karzą ich opuszczeniem kolejki…, że wreszcie nie oświadczają, że to jest już ostatnie zaproszenie dla awanturnika.

Podejrzewam, że stacjom – do czego nigdy się nie przyznają – też chodzi o pełne emocji awantury, bo to coś się jednak dzieje. To się nazywa degrengolada alias zwyrodnienie.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka życzliwych przestróg dla dziennikarzy (część I)

Czas jest bardzo niespokojny, wiadomo – wybory. A w taki czas bardzo łatwo można, nawet na prostej drodze, potknąć się i w najlepszym wypadku złamać nogę.  Wielu dziennikarzom wydaje się, że wybory to okres wielkich żniw, i choć to prawda, to powiadam Wam, że to także czas, kiedy można łatwo ulec wypadkom zawodowym, nabawić się ciężkich kontuzji, które będą się za Wami ciągnęły przez całe życie. Dlatego kreślę tych kilka uwag – biorących się z mego osobistego doświadczenia i nie mniej przykrych obserwacji innych dziennikarzy.

Przed wyborami rośnie gwałtownie liczba ludzi, którzy pragną przed kamerą, czy mikrofonem wypowiedzieć choć kilka wielkich mądrości, z którymi – mając taką nadzieję – zasiądą w ławach parlamentu. Większość z nich przygotowywała się do tego momentu – zaistnienia „w przestrzeni publicznej” – wiele lat, dlatego w momencie swej inauguracji medialnej są niezwykle pobudzeni i niełatwo im zapanować nad przekładaniem myśli na zrozumiały język. Są też mocno zdenerwowani i skłonni do prawdziwej walki, nie mówiąc już o walce na słowa i argumenty, bo z tym jest zawsze duży kłopot.

Szanuj rozmówcę

Zapanować nad takim gościem nie jest łatwo i czasami aż korci człowieka – znaczy się dziennikarza – żeby powiedzieć gościowi, że jest zwyczajnie głupi. Jednak nic gorszego nie mogłoby dziennikarza spotkać, gdyby dał upust własnej opinii.

Nie tylko nowicjusze w kandydowaniu mogą wystawić nerwy i osobistą kulturę dziennikarza na ciężką próbę. Zaprawieni w bojach aktualni parlamentarzyści są jeszcze gorsi, bo wizja utraty fotela posła, senatora, dobrego towarzystwa i pokazywania się niemal co dnia publicznie – może być torturą. A na torturach wiadomo, człowiek wszystko powie.

Co radzę dziennikarzom prowadzącym tzw. debaty wyborcze? Bądź grzeczny i miły, ale nie musisz się cały czas głupawo uśmiechać. Po prostu bądź skupiony i dobrze wychowany. Staraj się wejść w tok rozumowania dyskutantów. I choć znalezienie jakiejkolwiek logiki w wypowiedziach Twoich gości może być niezwykle ciężkie, to skupiaj się na nich, bo nie ty jesteś w takich dyskusjach najważniejszy. I jeszcze jedno – nie Ty ich wychowałeś – naprawdę nie ponosisz za swych gości żadnej odpowiedzialności.

Bądź bezstronny

Nie jestem tak ograniczony, żeby oczekiwać od dziennikarzy braku mentalnego zaangażowania się w politykę. To znaczy – braku duchowego sprzyjania którejś z partii. Każdy ma prawo kochać po swojemu, czyli być po stronie nawet najdziwniejszych partii – to jest fundamentalna zasada demokracji. Jednak, gdy jesteś dziennikarzem i prowadzisz dyskusję polityków, to swoje prywatne sympatie schowaj głęboko w kieszeń. Ty masz być bezstronny, a każdy z uczestników Twojej debaty ma mieć te same prawa. Szczególnie uważaj na tych, których nie lubisz. Właśnie dla nich bądź najbardziej sprawiedliwy i miły.   

Niestety na licznych antenach dochodzi ostatnio do tego, że prowadzący krzyczą na swoich gości. To jest niedopuszczalne, bo dziennikarz nie jest równy politykom. Jako człowiek nie jest gorszy, może być nawet stokroć lepszy, ale nie ma mandatu wyborców, lub nawet się o niego nie ubiega.

Dziennikarz z założenia ma być obserwatorem. Może „przyduszać” swych rozmówców logiką, bezwzględnym dochodzeniem do prawdy i cytowaniem faktów, nigdy jednak nie może przechodzić do rękoczynów, a krzyk jest rękoczynom bliższy niż cokolwiek innego. Póki Sejm nie wprowadzi prawa, pozwalającego na lanie gości w studiach radiowych i telewizyjnych – póty unikajmy okazywania wzburzenia. Unikajmy też cynicznych uśmieszków i przewracania gałkami oczu, jako znaków naszego oburzenia i zadziwienia nierozumnością gości. A to też zdarza się coraz częściej.

Być może agresja i nieskrywana pogarda wobec zaproszonych gości podobają się całkiem sporej grupie elektoratu, ale nie warto, naprawdę nie warto. Są chwile, w których bardzo trzeba uważać po czyjej się jest stronie, żeby po latach nie wstydzić się. Naprawę lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć.

Bądź poza sporem

Nie zastępuj dyskutantów i nie udowadniaj im, że kłamią lub tylko „głęboko się mylą”. Od tego masz w studio oponentów. Jeżeli gość z partii różowych palnie coś głupiego, to już go przeciwnicy z partii granatowych wezmą na kieł. A Ty nie możesz być po żadnej ze stron. Niech się biją – proszę bardzo. Kłócą się bez sensu – ależ proszę bardzo…

Dziennikarz ma być jak przewodnik widza, słuchacza i czytelnika, ma w ich imieniu badać świat, w ich imieniu ma starać się zrozumieć także politykę. Dziennikarz jest niejako plenipotentem widzów, słuchaczy i czytelników. Dlatego nie może sam stawać po żadnej ze stron sporu. Bo tym samym traci wiarygodność.

Nie warto wprost lub skrycie stawać się stroną sporu. Dyskutanci wejdą lub nie wejdą do parlamentu i takiego ryzyka się podjęli. Ale my zostaniemy z opinią człowieka narwanego, który wcina się jako ochotnik między walczące słonie. I wiadomo, że zostaniemy zdeptani.

Czy takie postępowanie dziennikarza, taki zawodowy punkt widzenia na politykę, nie jest hipokryzją? Nie jest, bo taki zawód wybraliśmy. Lekarze na wojnie leczą nawet rannych żołnierzy wroga, bo taki mają zwód. A jeżeli ktoś będzie cierpiał, że nie wolno mu na antenach objawić swego politycznego oblicza? Takiemu radzę zmienić zawód i to bardzo szybko – nie znoszę bowiem widoku ludzi cierpiących, nawet z ich własnej woli.

 

 

PIOTR TURLIŃSKI: Za sprawą muz czy mózgu – Andrzej Kijowski (8)

W powszechnym rozumieniu pisarz to ktoś taki, kto działa pod wpływem natchnienia, właściwie bez udziału mózgu. Dlatego Grecy wymyślili muzy. Interesujące, że do dzisiaj większość ludzi na świecie uważa, że pisarz działa pod wpływem sił metafizycznych, takich choćby jak natchnienie. Pisarz – w tym rozumieniu – jest jedynie fizycznym przekaźnikiem pomysłów sił wyższych.

Nie neguję tu istotnego wpływu natchnienia, ale też zwracam się o poszanowanie roli mózgu i wiedzy warsztatowej twórców. Piszę o tym, mając jednak słabą nadzieję na zmianę społecznego rozumienia procesu twórczego. Ludziom bowiem potrzebny jest jakiś daimonion (głos bóstwa, czasem zwany sumieniem), który ma niezwykły wpływ na artystów. I wolą wierzyć, że natchniony przez siły wyższe artysta pisze, maluje, rzeźbi czy komponuje muzykę.

Dla materialnej prawdy przedstawiam dziś sylwetkę pisarza rozumnego, niezwykle dobrze wykształconego i w pełni świadomego tego, co robi, co i jak pisze.

Andrzej Kijowski

Poświęćmy chwilę artyście, który miał wielki wpływ na naszą literaturę współczesną, ale – przyznajmy ze smutkiem – tak zwanej szerszej publiczności – nie był dobrze znany. W dużęj mierze na skutek tego, że władze zakazywały mu przez lata pisania pod nazwiskiem własnym.

Andrzej Kijowski był prozaikiem, eseistą, krytykiem literackim i teatralnym, scenarzystą filmowym i tłumaczem. Był też ważnym przedstawicielem opozycji – walczył swymi myślami i tekstami z władzami PRL. Urodził się 29 listopada 1928 roku w Krakowie, zmarł 29 czerwca 1985 roku w Warszawie.

Przyznajmy na początek, że obszar jego twórczości był niezwykle duży i niewielu współczesnych mogło mu dorównać zainteresowaniami i perfekcyjną doskonałością form literackich, które uprawiał.

Był człowiekiem świetnie wykształconym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim (1954). Należał też do nielicznego grona wybranych przez profesora Kazimierza Wykę. Profesor przez kilkadziesiąt lat wyławiał najzdolniejszych studentów i proponował im pisanie prac magisterskich, doktoratów pod jego własną opieką.

To dzięki takiemu zrządzeniu losu wybrańcy Profesora mogli od razu wchodzić na wyższe piętra wiedzy, bo obcowanie z papieżem polskiej polonistyki było dla młodych wielką szansą. Kijowski był uczestnikiem seminariów Wyki wraz z Janem Błońskim, Ludwikiem Flaszenem i Konstantym Puzyną. Te cztery wielkie nazwiska – z jednago czasu studiów – najlepiej świadczą o celowości działania Kazimierza Wyki. Te jego seminaria dały też początek krakowskiej szkole krytyków, walczącej z kanonami socrealizmu.

Pierwsze prace

Andrzej Kijowski w latach 1954–1955 pracował jako redaktor Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. W latach 1955–1958 był redaktorem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Od 1958 roku, aż do śmierci był członkiem redakcji „Twórczości”, w której drukował swoje słynne „Kroniki Dedala”. Przyjęcie pseudonimu miało związek z objęciem pisarza zapisem cenzury na publikowanie pod nazwiskiem ze względu na jego zaangażowaniem w działalność opozycyjną.

W 1960 roku wyjechał do Paryża na stypendium. W latach 1960–1961 przebywał w Stanach Zjednoczonych jako stypendysta Fundacji Forda. Od początku lat siedemdziesiątych datuje się też jego stała obecność – jako felietonisty i eseisty – na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Ważne, żeby od początku być zauważanym

Znakomite przemówienia o cenzurze: Andrzeja Kijowskiego, spokojne, rzeczowe, a druzgocące, Jastruna (przy jakiejś próbie obrony skierowano go w cenzurze do „wydziału aluzji”), Andrzeja Brauna i Seweryna Pollaka – wyjątkowo silnie oskarżające – zapisała w swych „Dziennikach” Maria Dąbrowska.

Jest tylko trzech pisarzy polskich, których lektura jest moją wewnętrzną potrzebą, i to lektura wszystkiego, co napiszą: Jerzy Andrzejewski, Andrzej Kijowski i Tadeusz Różewicz. Napisał Krzysztof Mętrak – co umieścił w swoich dziennikach, 1 czerwca 1970.

Andrzej Kijowski rozumiał krytykę nie tylko jako ocenę dzieł, interesowały go również silne osobowości twórców, takie które były nowe, przełamywały stereotypy.

Ironia jako oręż

Był moralistą, ale nie wprost, bo był równocześnie sceptykiem i lubił ironizować. We własnej twórczości chciał realizować cele, które – jako krytyk – stawiał innym.

Pisać na nowo… Hasło wszystkich nowatorskich ruchów literackich. Pisać przeciwko samej literaturze, niszczyć ją w imię rzeczywistości. Wszystkie nowatorskie ruchy literackie stawiają przed sobą wybór między dwiema wiernościami: między wiernością dla literatury i między wiernością dla rzeczywistości. Rewolucje literackie dokonują się w imię nowej rzeczywistości, nie w imię nowej sztuki. Ich objawieniem stają się wtedy sprawy, które znajdują się poza domeną języka literackiego. Uderzają weń nowym językiem, który jest dla nich – dla reformatorów – językiem życia. – pisał Kijowski w „Arcydziele nieznanym”, z 1964 roku

Nie był natomiast zwolennikiem formy – dla formy. Na pierwszym miejscu – według Kijowskiego – zawsze miała być treść. Sporym skandalem była jego recenzja z „Apocalypsis cum figuris” Jerzego Grotowskiego w Teatrze Laboratorium. Wtedy to Kijowski również „nie bał się” płynąć pod prąd powszechnych zachwytów.

Grotowski – pisał Kijowski w 1968 roku – wydobywa na jaw i realizuje w formie spektaklu i w jego organizacji układ sado-masochistyczny, tj. dążność do panowania i chęć poddania, dążność, która w stosunkach między ludźmi pojawia się w miejsce porozumienia, zamiast niego, jako jego negacja, brak, jako wyraz niezdolności do porozumienia. Ten kto nic nie ma do powiedzenia przechodzi do użycia siły, a poddaje się jej ten, komu poza zdolnością do poddania brak innych zdolności rozumienia. Grotowski nie jest więc artystą stwarzającym porozumiewawcze znaki, ale dozorcą wędrownego więzienia dla ochotników, genialnym policjantem, który terror i torturę podniósł do zasady duchowego obcowania; jest twórcą utopii dla masochistów, to jest świata, w którym udręka udaje wartość. Stosując akt gwałtu zamiast porozumienia, stworzył jego uczestnikom zastępcze życie duchowe: muzykę dla głuchych, wizję dla ślepców, literaturę dla tych, którzy nie umieją jej czytać, mistykę dla tych, którzy są pozbawieni mistycznego instynktu, wolność dla niewolników z natury. […] „Idź i nie wracaj więcej” – te ostatnie słowa gry brzmią jak perfidne zaproszenie. Gdyby tak przy wejściu lub wyjściu każdemu jeszcze dać po mordzie, dopiero by się pchali!

Trudny charakter

Ludzie sztuki – i nie tylko sztuki – bronią się przed ostrymi ocenami, a panikują przed ironią. Wszyscy właściwie wolimy ciepełko i spokój, A jeżeli ma już spotkać nas jakaś krytyka, to niech będzie łagodna – nierozerwalnie związana z pochwałą.

Są jednak wśród krytyków osobnicy walący między oczy, ostro i bezkompromisowo. Tych najbardziej się nie lubi. Ale też wyobraźmy sobie pisarza, który szedł ciernistą drogą – ona zawsze jest ciernista – do swych sukcesów… A tu nagle ktoś ośmiesza jego dorobek, mieli w maszynce krytyki jego cały świat, jak mięsa na pasztet.

Kijowski miał trudny charakter, taka panowała o nim opinia. Czy ktoś, kto szuka sensu w sztuce może spodziewać się lepszej pochwały? Sam Jarosław Iwaszkiewicz, redaktor naczelny miesięcznika, w którym pracował Kijowski zanotował taką o nim myśl w 1965 roku: W „Tygodniku Powszechnym” olbrzymi artykulas Kijowskiego, od początku do końca fałszywy. Każda teza nieprawdziwa. Co za dziwny człowiek z tego Andrzeja, niby mądry i inteligentny, a taka szalona dowolność we wszystkich jego tezach i twierdzeniach, i zupełny brak ciągłości myśli. To, co pisze, że każdy pisarz polski chciałby pisać jak Dąbrowska – zupełna bzdura.

Nieszablonowy

Kolejne epoki zaistniały jedynie dzięki nieszablonowym twórcą i takimż krytykom. Gdyby nie oni, literatura europejska do dzisiaj powielałaby kanon Renesansu, z mocnymi akcentami liryki trubadurów.

Nieszablonowe sądy Kijowskiego sprawiały, spory ferment intelektualny nawet wśród pisarzy z najwyższej półki. Polemiści zarzucali mu niekonsekwencję, entuzjaści z kolei zwracali uwagę na odkrywczość jego analiz. W krytycznych atakach na literackie hierarchie Kijowski był bezlitosny.

Katarzyna Wiśniewska w szkicu o Kijowskim przytacza wspomnienie Stefana Bratkowskiego: Leopold Tyrmand oświadczył, że wyjeżdża na zawsze z kraju i pokazał mu miażdżący felieton Kijowskiego o „Złym”. Z zabójczą puentą: „Tak, Leopold Tyrmand jest wielkim pisarzem. Dla gówniarzy”.  Czy to był jedyny bodziec do wyjazdu, przesądzić nie można, ale on niesłychanie to przeżył. Gdy po latach opowiedziałem o tym Andrzejowi, on z kolei odczuł to boleśnie. Faktem jest, że jego precyzja sądów bywała bardzo okrutna. – Stefan Bratkowski w: „Katarzyna Wiśniewska, „Tak pięknie, że strach bierze”,„Gazeta Wyborcza – Świąteczna”, 9–10 lipca 2005 r.

W opiniach o Kijowskim powtarza się obserwacja, że gdy dochodziło do osobistych spotkań z „pogromionymi” pisarzami, Kijowski z uśmiechem wyjaśniał: Tak wyszło stary, ale w tym nie ma przecież nic osobistego”.

Zawsze w opozycji

Współtworzył Polskie Porozumienie Niepodległościowe, brał udział w pracach jego Zespołu Problemowego, dla którego przygotowywał programowe teksty (1977–1980).

Był zawsze w pierwszej linii twórców upominających się o dobro innych, do czego wykorzystywał każdą sposobność. Na przykład możliwość zabrania głosu na Zjeździe ZLP w Łodzi, na którym 4 lutego 1972 wystąpił z własną inicjatywą.

W ciągu całego dnia na sali obrad. Najbardziej godna zapamiętania – chwila wstępna – minuta milczenia za umarłych. Było ich kilkunastu. Ale bardziej od tej – podanej przez Zarząd – do powstania – była minuta nieoficjalna, gdy Andrzej Kijowski wbiegł na trybunę i ogłosił żałobę po pisarzach zmarłych na emigracji: Gombrowiczu, Wierzyńskim (i jeszcze jednym, którego nazwiska nie usłyszałem). Wszyscy znów powstali z miejsc, i to powstanie było oskarżeniem Zarządu Głównego i Zarządu Warszawskiego – zanotował Mieczysław Jastrun.

Tym trzecim pisarzem, o którego upomniał się Kijowski, był zapewne Marek Hlasko, który zmarł podobnie jak wcześniej wymienieni w 1969 roku.

Andrzej Kijowski w 1974 roku był sygnatariuszem Listu 15 (upominającego się o prawa Polaków w ZSRR), a w 1979 Memoriału 101 (sprzeciwiającego się zmianom w konstytucji przewidującym wprowadzenie zapisów o przewodniej roli PZPR w państwie oraz trwałym i nienaruszalnym sojuszu z ZSRR).

Jacek Bocheński tak o tym pisał: Nie wiem już, kto kogo odwiedził w Oborach, Kijowski mnie, czy ja Kijowskiego. Ale pamiętam, że to on mnie zapytał: „Co byś odpowiedział, gdyby na przykład ktoś przeprowadzał z tobą wywiad i chciał usłyszeć, dlaczego twojego podpisu nie ma pod Listem 59?”. W rezultacie wystosowany został kolejny List 101, sygnowany już między innymi przez nas obu. – Jacek Bocheński, „Zapamiętani”, Warszawa 2013.

W latach 1978–1979 Kijowski znalazł się wśród założycieli, wykładowców i członków rady programowej Towarzystwa Kursów Naukowych. Przewidując zdarzenia czające się za progiem, snuł 7 sierpnia 1980 roku (na tydzień przed rozpoczęciem historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej) historiozoficzne rozważania.

Żądanie rzeczy, które są do spełnienia niemożliwe, to albo dziecinada, albo prowokacja. Pełne wyzwolenie Polski spod kurateli sowieckiej i zmiana systemu politycznego to na dzisiaj mrzonki. Co więcej – mrzonki niebezpieczne. Co by się stało, gdyby ZSRR spełnił nasze żądania? Kraj zostałby wydany na pastwę sporów i walk wewnętrznych oraz tajnych agentur. Można mówić o wyzwoleniu Polski tylko w ramach nowego systemu bezpieczeństwa europejskiego i pod ochroną nowych międzynarodowych gwarancji, w ramach nowych, partnerskich związków polityczno-gospodarczych. Nie wolno ani domagać się, ani dopuścić do jednostronnego aktu „zrzeczenia się” przez ZSRR roli gwaranta i protektora. ZSRR mógłby to zrobić bez szkody dla siebie, a nawet z zyskiem, gdyż utworzyłby tu sobie głębokie bajoro polityczne, w którym mógłby łowić, co by tylko chciał, a dalsze dzieje Polski przypominałyby dzieje przedwojennej Litwy lub dawnej Serbii. „Wyzwolenie” takie właśnie mogłoby być wstępem do pełnej aneksji. Andrzej Kijowski, „Dziennik” t. III 1978–1985, Kraków 1999.

W sierpniu 1980 roku odmówił wyjazdu do Gdańska w charakterze doradcy strajkujących stoczniowców. Pojechał za to do Szczecina. Zapisze później w „Dzienniku”: Nie znalazłem się w Gdańsku, bo uznałem siebie za człowieka nie aż tak politycznego. Ale potem znalazłem się w Szczecinie, bo pomijając to, że mnie o to poproszono, nie miałem żadnej innej drogi uczestnictwa. Chwyciłem się tej, jaką mi ofiarowano – wbrew sobie.

Teatrowi był także potrzebny

W latach 1967–1968 Andrzej Kijowski był kierownikiem literackim Teatru Dramatrycznego m.st. Warszawy, skąd został usunięty po tzw. wydarzeniach marcowych. Po aferze zdjęcia „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, to Kijowski napisał i zredagował rezolucję pisarzy polskich przeciw cenzurze, przyjętą 29 lutego 1968 na nadzwyczajnym zebraniu Oddziału Warszawskiego ZLP.

W sezonie 1981/1982 Andrzej Kijowski został dyrektorem Teatru im, J. Słowackiego w Krakowie. Ale w związku z wprowadzeniem stanu wojennego, po zwolnieniu z obozu dla internowanych w Jaworzu, w lutym 1982 roku złożył swoją rezygnację z dyrekcji.

W pośmiertnym wspomnieniu o nim Jan Józef Szczepański mówił: Nie było mu dane zawrzeć wszystkich przemyśleń i doświadczeń w dziele, które uznałby za summę swojej twórczości. Nieliczni są ci, którym los pozwala to osiągnąć. Ale samym sobą, swoim życiem wśród nas, stworzył dzieło najwyższej próby: wzorzec, który pozostanie wśród godnych czci i naśladowania drogowskazów na szlaku polskiej kultury.

6 marca 2008 roku z okazji obchodów 40. rocznicy wydarzeń Marca 1968 prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pisarza pośmiertnie Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski za „wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej”.

Scenarzysta filmowy

Andrzej Kijowski był też doskonałym scenarzystą filmowym. Tu muszę, wszakże stwierdzić, że w wielkim błędzie żyje nasz „nieoświecony lud”, któremu wydaje się, że mając pod ręką „Chłopów” czy „Wesele” bardzo łatwo jest zrobić z tych arcydzieł scenariusz filmu, który „musi być” również arcydziełem. Zresztą nie tylko „lud” w takim widzeniu sprawy grzeszy okropnie, bo również nasi młodzi reżyserzy są przekonani nazbyt często, że scenariusz to błahostka. Dobrze by było, gdyby w końcu uświadomili sobie, że wielki Andrzej Wajda dawał do zrobienia scenariusze innym. I dobrze na tym wychodził, że wspomnę choćby wspaniały filmowy scenariusz „Wesela” Wyspiańskiego, który jest dziełem Kijowskiego właśnie.

Pisarz

Kijowski zasłynął jako krytyk i felietonista, ale ma też znaczący dorobek prozatorski. Utworem, dzięki któremu sława Andrzeja Kijowskiego jako prozaika ugruntowała się na dobre, była poetycko rytmizowana powieść „Dziecko przez ptaka przyniesione”, z 1968 roku. Do dziś w Krakowie przy ul. Karmelickiej 45 można oglądać wspaniałą kamienicę, z figurą Matki Boskiej na frontonie i z kamienną tablicą z wyrytym napisem: „Zakład wynajmu pojazdów Teofila Żeglikowskiego – dom założony 1856”, należącą do przodków Kijowskiego, gdzie też umieścił bohaterów powieści.

W „Dziecku…” są dwie postacie główne – dziecko-chłopczyk i jego dziadek. Rzecz rozgrywa się w przedwojennym Krakowie, jest pełna metafizyki, glębokich rodzinnych i polskich tajemnic. Jest także ta powieść opowieścią o dorastaniu, o przebijaniu się dziecka przez nieznane, dobijanie się do dorosłości. A owe tajemnice są trudne, bo dziecko nie zna swego ojca, świat jest w ogóle pełen niedomówień i przemilczeń. Dorastanie zaś to rozsupływanie węzłów, przebijanie się ku światłu. Jedną z największych tajemnic tej rodziny jest Polskość, udział w wojnach i spiskach.

Powieść ma niezwykłą poetycką formę, bo jest pisana nieregularnym, ale mocno rytmicznym wersem. No i jest to jeszcze powieść o pisaniu powieści, a właściwie o rozumieniu pisania. A radość „kulturalnego czytelnika” budzą wspaniałe odniesienia do Słowackiego, Mickiewicza i Wyspiańskiego. Poniżej fragment z „Dziecka przez ptaka przyniesionego”:

Nie przedstawiam wydarzeń, lecz ich treści warstwami kładę, w miarę jak postać się rozwija, którą obrałem, jak geometra punkt obiera, aby ogarnąć przestrzeń dla pomiarów, „Ja” mówię nie o sobie, lecz osobie dowolnie wymyślonej zaimek tak przypisuję, a by przekonać czytelnika, że osobiście znam tę duszę, której plan wewnętrzny kreślę, plan zatem, nie historię; bo to rzecz inna, co się z człowiekiem działo w czasie, czego dokonał, o czym dumał, inna zaś – czym on jest – ów człowiek – mówię – wobec świata: jaki udział bierze w wydarzeniach i w ruchu pojęć, o ile jest rezultatem i tworem-matrycą, którą rzeczywistość tłoczy, taśmą dźwiękową, kliszą czułą, na których siada pył widziadeł i głosów; czy też na odwrót – on jest źródłem, stacją nadawczą, uderzeniem w dzwon natury, bodźcem, który jej mówić karze, wolą, która sens nadaje głosom, co w kosmosie szumią, inwencją, która odczytuje zaszyfrowana mowę świata, instynktem, ktróry znaczeń szuka, jak zwierz pokarmu pod zaspami. Samotny jest wśród bezmyślności, czy jakiejś wielkiej myśli cieniem? Sierotą ponad miarę mądrym, czy synem prawym, chociaż ślepym, który swego ojca nie umie poznać? Kim jest to dziecko w byt rzucone jak w ciemną puszczę, kim jest dziecko, co rozumie i poznaje wszystko prócz tajemnicy swego przyjścia, prócz miłości, co mu życie dała, i piersi, która je karmiła? Synem wilczycy? Ptaka? Ducha? Czy dwojga ludzi zagubionych, jak ono, w niezmierzonym świecie?                                                                                                                                 

Powieść wydał PIW w 1968 roku.

Grenadier Król

W 1972 roku ukazał się „Grenadier–król”. Ta powieść również pisana jest rytmicznym wierszem, miejscami z rymami. Powiem wprost, że jestem jej wielbicielem.

Historia tej powieści rozpięta jest między ostatnimi miesiącami panowanie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego a czasami współczesnymi. Bohaterem jest królweski grenadier, który chcąc z zawieruchy ratować swego króla, przebiera się w szaty Poniatowskiego, a królowi oddaje swój mundur. Potem jednak następuje zamiana powrotna, potem jeszcze jedna – tak, że już nie wiadomo, czy bohaterem jest grenadier, czy król, a może jest nim po prostu Grenadier Król?

Grenadier Król jest świadkiem wszystkich naszych powstań, zrywów i klęsk. Towarzyszy polskim dziejom przez prawie 200 lat. Zmienia się, jak zmieniają się czasy, by w ostatniej „odsłonie” historii być samym Stalinem. Jest w tej powieści filozoficznej duch Woltera, który we wszystko każe wątpić. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z kolejnymi wcieleniami Króla Ducha, oczywiście rodem i jako kontynuacja dzieła Słowackiego.

Są w „Grenadierze Królu” echa naszych wielkich narodowych dyskusji o duszy polskiej, a wszystko ukazane jest dowcipnie i mocno zjadliwie. Z humorem podważane są wszystkie polskie stereotypy. Powieść jest napisana w duchu Słowackiego, który „gryzł sercem”.Naprawdę trzeba mocno kochać literaturę i Polskę, żeby móc być wobec nich ironicznym, aż do bólu. Tak rozumiem życie i twórczość Andrzeja Kijowskiego. A tym samym zapraszam do czytania jego utworów.

Bibliografia

Publikacje:

  • „Diabeł, anioł i chłop” (1955), opowiadania
  • „Różowe i czarne” (1957), felietony
  • „Pięć opowiadań” (1957), opowiadania
  • „Oskarżony” (1959), opowiadanie
  • „Miniatury krytyczne” (1961), felietony
  • „Sezon w Paryżu” (1962), esej
  • „Arcydzieło nieznane” (1964), felietony
  • „Maria Dąbrowska” (1964), studium monograficzne
  • „Pseudonimy” (1964), opowiadania
  • „Szyfry” (1964), opowiadanie
  • „Dziecko przez ptaka przyniesione” (1968), powieść poetycka
  • „Grenadier–król” (1972), powieść poetycka
  • „Listopadowy wieczór” (1972), eseje historyczne
  • „Szósta dekada” (1972), felietony
  • „Oskarżony i inne opowiadania” (1973), opowiadania
  • „Niedrukowane” (1977), teksty polityczne
  • „Podróż na najdalszy Zachód” (1982), esej
  • „Dyrygent i inne opowiadania” (1983), opowiadania
  • „Ethos społeczny literatury polskiej” (1985), teksty polityczne
  • „Kroniki Dedala” (1986), felietony
  • „Tropy” (1986), szkice
  • „Gdybym był królem” (1988), felietony
  • „Bolesne prowokacje” (1989), eseje polityczne
  • „Granice literatury” t. I–II (1990), pisma wybrane
  • „Rachunek naszych słabości” (1994), eseje polityczne
  • „Dziennik” t. I. 1955–1969 (1998)
  • „Dziennik” t. II 1970–1977 (1998)
  • „Dziennik” t. III 1978–1985 (1999)
  • „Rytuały oglądania” (2005), felietony teatralne

Opracowania:

  • Stanisław Baczyński, „Pisma krytyczne” (1963)
  • Charles Baudelaire, „Sztuka romantyczna. Dzienniki poufne”, przekład, wstęp, przypisy (1970)
  • antologia, „O dobrym Naczelniku i niezłomnym Rycerzu”, wybór tekstów, wstęp (1984)

Film, scenariusze:

  • 1966 – „Szyfry”, film fabularny, scenariusz (reż.Wojciech Jerzy Has)
  • 1972 – „Wesele”, film fabularny, scenariusz (reż. Andrzej Wajda)
  • 1977 – „Pasja”, film fabularny, scenariusz (reż. Stanisław Różewicz)
  • 1979 – „Dyrygent”, film fabularny, scenariusz (reż. Andrzej Wajda)
  • 1981 – „Da un paese lontano (Giovanni Paolo II)” [w Polsce: „Z dalekiego kraju”], film fabularny, scenariusz (reż. Krzysztof Zanussi)
  • 1983 – „Mgła”, film fabularny, autor pierwowzoru „Mgła” (reż. Adam Kuczyński)
  • 1988 – „Dotknięci”, film fabularny, autor pierwowzoru „Oskarżony” (reż. Wiesław Saniewski)

 

P.S. W tym felietonie wykorzystałem materiały portalu Culture.pl  

Piotr Turliński

 

CEZARY KRYSZTOPA: Pospolity ogon macha elitarnym psem

Jest coś nieprawdopodobnego w tym, że opozycja w Polsce po raz kolejny idzie do wyborów z pustymi rękoma i licząc nie wiadomo na co.Mieli tyle już czasu od 2015 roku, aby skonfrontować się z rzeczywistością, wyciągnąć wnioski, zaproponować coś ożywczego, porwać Polaków pomysłami. Ale nie, uparcie odmawiają kontaktu z logiką, od ośmiu lat żyją w przekonaniu, że wszystko jest super, PiS wygrywa przez przypadek i wystarczy odstawiać szopkę.

Ostatecznie, jeśli to nie pomaga, trzeba odstawić szopkę jeszcze bardziej. W efekcie stanowią jedyny bodaj w historii przypadek, kiedy to opozycja zużywa się szybciej niż rządzący.

Jak to możliwe, że konstelacja środowisk mądrali, którzy mają się za lepszych od innych, stanowiących w swoim mniemaniu wszelkie aspekty elit, począwszy od naukowych, poprzez społeczne i samorządowe, a skończywszy na medialnych, nie jest w stanie urodzić jakiejś spójnej wizji, choćby i kłamliwej – wiadomo przecież że nie interesuje ich nic oprócz tego „żeby było tak jak było”, a poważnymi rzeczami żeby się zajęli Niemcy – ale jednak jakiejś. A przynajmniej takiej, która pozwoliłaby się samooszukiwać jakiejś szerszej grupie wyborców.

„Elity”

Możliwości są dwie. Albo tyle te „elity” są nic nie warte, co wcale nie jest wykluczone, biorąc pod uwagę w jak cieplarnianych warunkach – nie musząc się konfrontować z odmiennymi opiniami, które były skutecznie „anulowane” w ramach michnikowskiej „cancel culture” – się wychowały. Albo to wcale nie one stanowią tu siłę napędową.

I tutaj ciekawą wskazówką jest pewne, pozornie mało istotne zdarzenie na Twitterze. Otóż, sam znany z agresywnych zachowań poseł PO Sławomir Nitras przestał obserwować jednego z wulgarnych hejterów kojarzonych z napastliwą grupą #SilniRazem. Nawet nie zbanował, tylko przestał obserwować. A „co gorsza” wyjaśnił, że to z powodu używania przez niego „języka nienawiści”. Ten się obraził, a #SilniRazem jęli maglować Nitrasa. Ten, po kilku dniach… ukorzył się przed hejterem i przeprosił. A sprawa cała zaczęła się od tego, że hejterowi i jego zwolennikom nie spodobał się pomysł zaproszenia na Campus Trzaskowskiego tzw. „symetrystów”.

Symetryści

Samo istnienie owych „symetrystów” wydaje się być dowodem na istnienie pewnych procesów myślowych w środowiskach antypisowskich. Tym „niechlubnym” mianem określani są ludzie, którzy w dobrej wierze usiłują zwrócić uwagę opozycyjnych bonzów na ślepotę uliczki w jaką zabrnęli. Jednak każda ich opinia, czy wskazówka jest natychmiast neutralizowana jako „zdrada”.

Zatem, jeżeli jądrem systemu antypisowskiego i jego główną siłą napędową są wiedzione prostymi instynktami siły symbolizowane przez hejtera, którego przeprosił  Nitras, to jesteśmy w domu. Tłumaczyłoby to bowiem popularność takich punktów programu jak „wypie.dalać”, czy „osiem gwiazdek” z kompletnie służebną rolą „elit” ograniczoną do ich legitymizowania i wyjaśniania dlaczego „wypie.dalać” to wcale nie wulgaryzm.

Jądro ciemności

Tyle że, ten kto ma wątpliwą przyjemność obserwowania tego co się z tym „jądrem ciemności” na przykład na Twitterze (teraz X) dzieje, ten wie, że sytuacja przypomina tam atmosferą domniemaną atmosferę w bunkrze Hitlera niedługo przed kapitulacją. Jeszcze liczą, jak na kontrofensywę Steinera, a to na „Panią Joannę” – nie, nie, wróć, to nie działa! – a może „niech Manfred coś powie” – nie, nie, wróć, wszystko nie tak! – ale w istocie już tylko coraz bardziej desperacko ostrzeliwują się z bunkra wobec każdego kto na hasło – ***** – nie odpowie – ***. Czy tak ma wyglądać środowisko „idące po władzę”?

I żeby było jasne. Ich słabość niczego PiS-owi nie gwarantuje. PiS może zawsze przegrać sam ze sobą.

WALTER ALTERMANN: Kosmici czyli drugi potop

Niewielu z nas zdaje sobie z tego sprawę, ale stała się rzecz niebywała – oto Komisja Nadzoru i Odpowiedzialności Izby Reprezentantów, czyli komisja Kongresu Stanów Zjednoczonych przesłuchała trzech byłych wojskowych, którzy odpowiadali na pytania o obiekty latające, czyli o UFO. Kongresmani pytali o to, czy wojskowi osobiście widzieli pojazdy lub ciała obcych oraz czy UFO może być zdolne do rozbrojenia technologii wykrywania w samolotach używanych przez wojsko.

Przed komisją stawił się David Grusch, były urzędnik amerykańskiego wywiadu, który uważa, że rząd USA nadzoruje nielegalny, trwający od dekad program pozyskiwania technologii z pojazdów UFO. Kongresmen, republikanin Eric Burlison, jeden z najbardziej sceptycznych wobec relacji świadków, zapytał Gruscha o to, czy widział pojazd lub ciało obecego. Grusch odparł, że nie może odpowiedzieć na pierwsze z pytań w „miejscu publicznym”, co było odpowiedzią, której wielokrotnie używano w czasie przesłuchania – podaje BBC. Były urzędnik przyznał jednak, że nie widział takiego ciała.

Przed kongresmenami wystąpił też były dowódca eskadry amerykańskiej marynarki wojennej David Fravor, który w 2004 roku, pilotując myśliwiec F/A-18F Super Hornet, zaobserwował u zachodnich wybrzeży USA obiekt latający, który miał poruszać się w sposób sprzeczny z prawami fizyki. Republikanin Matt Gaetz zapytał Fravora, czy UAP (unexplained aerial phenomenon, czyli niewyjaśnione zjawisko występujące w powietrzu, skrót stosowany wymiennie do UFO) może wyłączyć technologię wykrywania stosowaną w samolotach wojskowych, taką jak kamery czy radary. W odpowiedzi Fravor opisał sytuację, w której amerykański pilot miał śledzić przy pomocy radaru niezidentyfikowany obiekt latający. Gdy zbliżył się do niego, radar miał przestać działać.

Trzecim przesłuchiwanym był były pilot lotnictwa morskiego Ryan Graves, który stwierdził, że widział niezidentyfikowane obiekty latające. – Jeżeli UAP są w rzeczywistości obcymi dronami, jest to niecierpiący zwłoki problem dla bezpieczeństwa narodowego. Jeżeli są czymś innym, jest to sprawa dla naukowców. W obu przypadkach obiekty niezidentyfikowane budzą obawy o bezpieczeństwo w przestworzach – mówił Graves.

Kongres zapowiada, że to początek badania prawdziwości przypadków UFO. Tym samym po raz pierwszy w historii ktoś jawnie i otwarcie podjął temat, z którego od lat dobrze żyją ufolodzy, pisarze i kinematografia amerykańska.

A  jeżeli naprawdę są?

Nie jestem wyznawcą wiary w Obcych, ale życie nauczyło mnie, że niczego nie należy z góry odrzucać. Zakładam zatem i to, że Kongres USA może potwierdzić, że ktoś spoza Matki Ziemi jest wśród nas. Nie można więc będzie wykluczyć, że my wszyscy – jako ziemianie – jesteśmy obserwowani przez obcą cywilizację. Pytaniami, jakie natychmiast będą musiały się pojawić to: w jakim celu, dlaczego i kim są?

Na każde z tych pytań jest kilka możliwych odpowiedzi. Mogą to być przedstawiciele obcej cywilizacji, ale też mogą nimi być wysłannicy sił metafizycznych. Jest przecież faktem, że we wszystkich starożytnych religiach pojawia się motyw kontaktów z bogami, a w większości z nich Obcy-Bogowie podróżują w powietrzu, kontaktują się z ludźmi a nawet z nimi spółkują, z czego rodzą się półbogowie, czyli lepsi ludzie. Grecy nazywali ich herosami.

Skrajni ufolodzy – tacy jak Erich von Däniken – twierdzą nawet, że wszyscy bogowie starożytności to przybysze z kosmosu, którzy nas stworzyli, opiekowali się nami i przekazywali nam swą wiedzę.

Jednak nie sądzę, żeby Kongres USA był tak odważny, żeby stwierdzić obecność UFO. Pewnie sprawa jakoś przyschnie i skończy się na grubych niedomówieniach. Czym bowiem byłoby stwierdzenie, że owszem, że jakaś pozaziemska cywilizacja od dawna nas obserwuje, że w ogóle coś takiego jak obce cywilizacje istnieją?

Wielki przewrót

Jeżeli dzieło Mikołaja Kopernika było wielkim przewrotem, ponieważ zanegował, że Ziemia jest w centrum wszystkiego, że jest jedyna i wyjątkowa wśród ciał niebieskich, to czym byłoby uznanie, że oprócz nas są jeszcze jacyś Obcy? To byłby zamach na wszystkie religie, obalenie naszej wyjątkowości we wszechświecie. Skutkiem tego ludzkość mogłaby już zupełnie nie mieć żadnych hamulców w wyrzynaniu się i całkowitym zniszczeniu Ziemi. Dla większości z nas upadek boskiego autorytetu, byłby podkopaniem wiary we wszystko, we wszystkie kanony moralności. Dlatego – póki się da – Kongres USA będzie ukrywał fakty – jeżeli mają one miejsce.

A jeżeli nie tylko obserwują?

A może Obcy nie tylko nas obserwują, ale także ingerują w nasze działania? Może mają wpływ na klimat, albo – jeszcze gorzej – może mają wpływ na nasze mózgi i wiodą nas do totalnej katastrofy? To byłby scenariusz ingerencji cywilizacji agresywnej. Ale może być i tak, że obcych interesujemy jedynie jako dziwna forma bytu.

Zakładam jednak i taką wersję, że oto – znani nam z antyku bogowie – szykują się do „wielkiej lustracji”, chcąc zobaczyć do czego doprowadziliśmy samych siebie i Ziemię. To byłby najgorszy dla nas z możliwych scenariuszy, bo w wyniku skrajnego niezadowolenia Obcych-Bogów groziłaby nam całkowita zagłada. A w najlepszym dla nas wypadku drugi potop.

Bóg, według Starego Testamentu spuścił na ludzkość zagładę, ratując zaledwie jedną rodzinę. Rodzinę Noego. Reszta znanych Bogu ziemian musiała zginąć. Biblia milczy – w tym fragmencie – o tej wielkiej reszcie, napomykając jednak, że poza Noe i jego rodziną całe pozostałe towarzystwo było mocno zdegenerowane i nie rokowało nadziei na poprawę.

Trzeba też wspomnieć przypadek Lota, jedynego uratowanego z zagłady Sodomy i Gomory. Tu mamy więcej informacji o niecnościach mieszkańców tych dwóch miast i nie są to informacje budujące.

Wielka lustracja

Nie można zatem wykluczać, że po „wielkiej lustracji” bogowie dojdą do wniosku, że udało się nam bardzo mocno zagrozić życiu na Ziemi, że zniszczyliśmy już planetę w stopniu niemal ostatecznym, że ulubioną rozrywką ziemian są wojny, zabójstwa, malwersacje, wyzysk i ucisk słabszych, podboje i kolonializm wraz neokolonializmem, i oczywiście neoliberalizmem. Inaczej mówiąc – ludzkość jako gatunek jest bardzo daleka od kierowania się jakąkolwiek etyką, nie mówiąc już o przestrzeganiu Dziesięciorga Przykazań.

Należałoby się tylko modlić, żeby spotkał nas jedynie Drugi Potop. Kto mógłby zostać ocalony? Wydaje mi się, że szanse mają jedynie jakieś kultury pierwotne, które jeszcze uchowały się gdzieniegdzie – a mam tu na myśli Aborygenów i kilka plemion z amazońskiej dżungli. Bowiem jedynie oni żyją w zgodzie z naturą, szanując Ziemię.

Co może się stać z „resztą towarzystwa”? Na miejscu bogów raczej bym się tej całej reszty znowu pozbył. Moim zdaniem świat ludzi cywilizowanych naprawdę nie rokuje najlepiej. Jest to bowiem cywilizacja jedynie postępu technicznego. A w miarę tego postępu maleje szacunek dla drugiego człowieka, a nawet samych siebie. Czyli – jest z nami gorzej niż marnie.

A jeżeli czekają na naszą ostatnią wojnę?

Nie można jednak zakładać, że Obcy będą sami czynnie ingerować w nasze życie. Może być i tak, że oni obserwują nas, zbierając informacje o naszych skłonnściach do prowadzenia wojen i zgromadzonym arsenale broni nuklearnej. I mogą dojść do wniosku, że niedługo sami się wymordujemy, bez żadnej obcej pomocy. Wtedy owszem, Ziemia na tysiąclecia zostanie skażona, ale potem będzie ją można zasiedlaćna nowo. Coś mi się bowiem zdaje, że Obcy są pasjonatami eksperymentów. No i Oni mają czas, im – w odróżnieniu od nas – nigdzie się nie spieszy. To w końcu wyższa cywilizacja.

 

 

Szanowni Ukraińcy, nie posłuchaliście mnie wtedy, nie posłuchacie i teraz

Obserwując to co się dzieje na linii Kijów – Warszawa, a właściwie na linii Polacy – Ukraińcy, mam uczucie deja vu.

Nie będę tu opisywał swoich wieloletnich ukraińskich zaangażowani, ponieważ już to robiłem i nie chcę tracić Waszego czasu. Dość, że już to chyba przerabiałem. W 2013 roku iskra poparcia dla ukraińskiego Majdanu pojawiła się na prawej stronie polskiej sceny politycznej. To Jarosław Kaczyński, ówczesny lider opozycji, mówił wtedy w Kijowie – Bracia Ukraińcy – podnosząc dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego, podczas gdy ówczesnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego w Kijowie nie było. Dlaczego? Być może z powodów wyłuszczonych w filmie dokumentalnym „Reset”. Dopiero później rozpoczęły się misje i pielgrzymki lewicowo-liberalnych emisariuszy, co ostatecznie zaowocowało importem z Polski skompromitowanych polityków Platformy Obywatelskiej, gazetowowyborczą retoryką ukraińskich mediów i miłością do Niemiec.

Ja również, w swojej mniejszej skali, przeszedłem pewną ewolucję. Począwszy od entuzjastycznego zaangażowania, uczestnictwa w rożnych polsko – ukraińskich gremiach, poprzez tłumaczenie, że życzę Ukraińcom jak najlepiej, ale to nie oznacza, że zapomniałem o polskich interesach, czy Wołyniu, a skończywszy na nieco zażenowanym wycofaniu się z układów, które zaczęły mnie uwierać swoją jednostronnością. Pamiętam jak jedna z naprawdę dzielnych ukraińskich dziennikarek, z którą utrzymywałem ożywiony kontakt, podczas gdy starałem się bronić polskiego punktu widzenia wobec kłamliwego ataku środowisk żydowskich na ustawę o IPN w 2018 roku, napisała mi, że „myślała, że jestem takim miłym chłopcem”. Pomyślałem sobie wtedy, że w naszych stosunkach coś poszło zdecydowanie nie tak, ale raczej nie jestem władny tego naprawić. Dałem sobie z tym wszystkim spokój.

Wojna

Wojna wszystko zrestartowała. I na poziomie ludzkim i na poziomie państwowym. Wszyscy przyjmowali ukraińskich uchodźców, przerażone kobiety i dzieci. I nie uważamy, że czymś nadzwyczajnym było to, że i my przyjęliśmy do mieszkania po babci ukraińską rodzinę, której matka rozpłakała mi się w ramionach kiedy powiedziałem jej po rosyjsku, inaczej nie umiałem – Nie ispugajties, wy doma (Nie bójcie się, jesteście w domu). A prawicowy (tak, nie według kryteriów Janusza Korwin-Mikkego, ale mnie to nie robi), odsądzany od czci i wiary rząd PiS, który według „oświeconych” dopiero co był „rusofobiczny”, a teraz jest rzekomo „rusofilski”, udzielił Ukrainie bezprecedensowej pomocy militarnej i niemilitarnej, kiedy inni mówili Ukraińcom, że „nie ma sensu im pomagać”. Udzielił, uważam, przekraczając granicę krytycznego uszczuplenia własnych zasobów.

Znowu była przyjaźń, było pojednanie. Ale się skończyły, co w nieprzyjemny sposób koreluje czasowo z wyczerpywaniem się możliwości polskiej pomocy. Ani w 79. Rocznicę Wołyńskiego Ludobójstwa, niedługo po rosyjskiej inwazji, ani w 80. Rocznicę rok później, nie padły z ukraińskiej strony żadne istotne słowa, nie ruszyły ekshumacje. Choć można było ten wrzód przeciąć, tylko podpisując kilka papierków. Za to z ust najważniejszych ukraińskich polityków padły nieprawdziwe i krzywdzące słowa, jakoby Polska miała blokować eksport ukraińskiego zboża, podczas gdy Polska tylko chroni swój rynek, a tranzyt zboża odbywa się bez przeszkód, a nawet się zwiększa.

Ktoś powie, że nie rozumiem, że to to rosyjskie szatany mogą tu być czynne. Ależ doskonale rozumiem. Oczywiście, że Rosja wykorzysta każdą okazję żeby skłócić Polskę z Ukrainą, to leży w jej żywotnym interesie. Ale to nie Rosja włożyła słowa w usta ukraińskich polityków i nie Rosja wykonała jeden z ostrzejszych gestów w języku dyplomacji, wzywając polskiego ambasadora Bartosza Cichockiego, który jako jeden z nielicznych nie opuścił Kijowa nawet kiedy stały u bram rosyjskie zagony pancerne, na dywanik do ukraińskiego MSZ. Nie Rosja zapowiedziała odwołanie się do „instytucji unijnych” w polsko-ukraińskim sporze. W tej sytuacji trudno nie zgodzić się ze słowami byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, który uznał, że „Ukraina jawnie gra na zmianę rządu w Polsce”.

Nie posłuchacie

To oczywiście jest jakieś uproszczenie. Na Ukrainie, tak jak w Polsce, są różne frakcje i ścierają się różne koncepcje, ale może się Szanowni Ukraińcy zastanówcie jaka w sprawie tego zboża jest rola Unii Europejskiej, która odmawia pomocy, zostawiając Polskę samą z problemem? Unii Europejskiej trzymanej za gardło przez Berlin. Czy na pewno służy to Waszym interesom, czy też może ma raczej służyć skłóceniu Warszawy i Kijowa? A jak się ma fakt gróźb jakie wystosowuje wobec Polski Komisja Europejska, grożąc, że będziemy musieli płacić 22 tysiące euro za każdego nieprzyjętego imigranta z północnej Afryki, do faktu, że na autentycznych wojennych uchodźców z Ukrainy, UE przyznała Polsce coś ze 40 euro na głowę? Może różnica pomiędzy tymi kwotami, pokazuje gdzie w hierarchii ważności spraw, Unia Europejska stawia sprawy Ukrainy? Po co Unia Europejska „głodzi finansowo” według wytycznych niemieckich polityków, Polskę obciążoną pomocą dla Ukrainy? A czy ewentualny proniemiecki rząd w Warszawie, na pewno sytuację Ukrainy poprawi?

Już Wam to kiedyś mówiłem, nie posłuchaliście mnie wtedy, zapewne nie posłuchacie i teraz – Berlin nie jest i nigdy nie będzie Waszym „przyjacielem”, o ile w polityce międzynarodowej w ogóle można mówić o kategoriach „przyjaźni”. Nic się nie zmieniło od czasu kiedy budował z Moskwą „wspólną przestrzeń od Lizbony do Władywostoku”, czy odmawiał Wam pomocy po inwazji. „Nic” oprócz tego co ogromnym wysiłkiem wymusiła na Niemcach międzynarodowa, choć trzeba oddać, że częściowo również niemiecka, opinia publiczna. Kiedy tylko będzie to możliwe, Berlin wróci do „business as usual” z Moskwą, ponieważ leży to w jego najgłębszym gospodarczym i strategicznym interesie. A Was sprzeda Rosji, jaka by wtedy nie była, za czapkę śliwek. W sojuszu z Polską jesteście podmiotem, w sojuszu z Niemcami, wyłącznie przedmiotem targu.

Ukraina może przestać istnieć

Nie to żeby Polacy nie rozumieli Waszego naiwnego zachwytu „Zachodem”, który symbolizować ma Berlin. Rozumiemy, sami przez to przechodziliśmy. W czasie kiedy my trwaliśmy w zachwycie, Niemcy przy pomocy swoich fundacji, pieniędzy, mediów i gospodarczych przewag, skolonizowały nas ekonomicznie, kulturowo i politycznie. Do dziś borykamy się z konsekwencjami i obrywamy ze wszystkich niemieckich, w tym unijnych luf, również tych, do których odwołujecie się żeby „zdyscyplinowały Polskę”.

Potrzebujemy siebie nawzajem. Tylko razem możemy oprzeć się rosyjsko-niemieckim żarnom w tej części świata, w której Opatrzność postanowiła nas umieścić. I Rosja i Niemcy o tym wiedzą, i są gotowe na wiele żeby do tego nie dopuścić. Myślę, ze warto pamiętać o tym, że jeżeli tak się stanie, Polska znajdzie się w trudniejszej sytuacji i wobec oczywistego rosyjskiego zagrożenia i „mając Niemcy i od zachodu i od wschodu”.

Natomiast Ukraina, w takiej przyszłości, może przestać istnieć.