Rozmowa m.in. o filmie „Polacy” z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ: Historia łapie nas za głowy

Z MARIĄ DŁUŻEWSKĄ, polską reżyser filmową – scenarzystką, aktorką, dziennikarka, działaczką opozycji antykomunistycznej – autorką m.in. filmów zrealizowanych po tragedii w Smoleńsku, takich jak.: „Mgła”, „Pogarda”, „Córka” „Testament „Polacy” oraz „Dama”, 11 kwietnia 2022 roku rozmawiał Hubert Bekrycht

HB: Usłyszeliśmy o ustaleniach zespołu Antoniego Macierewicza (11 kwietnia), wcześniej Jarosław Kaczyński wieczorem w 12. rocznicę tragedii mówił, że „(…) wielu z nas miało wielkie wątpliwości (…) wiedziało, że ta cała opowieść, którą słyszeliśmy oficjalnie z prawdą nie ma nic wspólnego (…)”. Jak Pani opowieści zmieniły się przez 12 lat?

Maria Dłużewska: Nic nie zmieniło. To co zawarłam w filmach, które zaczęłam robić o Smoleńsku od jesieni 2010 roku, począwszy „Mgły” jest takie samo, jak to wówczas widziałam. Od początku rozmawiałam ludźmi związanymi z tą katastrofą. Ja po prostu swoich rozmówców słuchałam! Nie miałam powodu, aby im nie wierzyć.

I „Mgła” (2011 r. z Joanną Lichocką) o współpracownikach prezydenta Lecha Kaczyńskiego (m.in. z udziałem późniejszego prezydenta Andrzeja Dudy i wicepremiera Jacka Sasina) i „Pogarda” (2011 r. z J. Lichocką) o rodzinach ofiar (m.in. Ewa Błasik – żona generała Andrzeja Błasika) i „Testament” (2013 r.) o dzieciach ofiar i późniejsze filmy to było wówczas moje życie.

Potem były filmy „Dama” o Marii Kaczyńskiej i „Polacy” o ludziach, którzy próbowali wyjaśnić przyczyny katastrofy rządowego samolotu w Smoleńsku.

Dlaczego „Polaków” – filmu, który dostał  Nagrodę Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2014, nie ma w telewizji? Były projekcje publiczne, była płyta dołączana nawet do gazet, ale wciąż trudno film „Polacy” zobaczyć w telewizji?

Film jest własnością telewizji publicznej.

Dlaczego TVP nie pokazuje Pani filmu „Polacy”?

Nie wiem. Inne filmy były emitowane po 2015 roku, raz, czy dwa razy, a w tej chwili często emituje się „Damę” o Marii Kaczyńskiej, natomiast „Polacy” (2013) leżą gdzieś na półce. Może dlatego, że w tym filmie wypowiadają się wybitni specjaliści, tacy jak wymienieni 11 kwietnia 2022 roku, w trakcie prezentacji raportu Antoniego Macierewicza. Oczywiście, historia biegnie za nami, przed nami, łapie nas za głowy i wszystko się zmienia. I tu nagle zostali wymienieni z wielką atencją niektórzy bohaterowie filmu „Polacy”. Oddano szacunek tym, którym poświęciłam tę opowieść m.in. Wiesławowi Biniendzie, Kazimierzowi Nowaczykowi i Grzegorzowi Szuladzińskiemu (jeden z ekspertów wyjaśniających okoliczności tragedii World Trade Center 11 września 2001 roku) badających przyczyny katastrofy (w filmie wystąpił też Wacław Berczyński). Bez nich nie byłoby tego filmu. Część z nich była ośmieszana, za to, że badali tę sprawę, za to, że robili to w ramach niezależnych badań poza granicami kraju. To są znakomici specjaliści w swoich dziedzinach. „Polacy” to film produkowany przez Roberta Kaczmarka, wybitnego reżysera, dziś szefa FINA (Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny) i ten obraz oraz „Damę” producent przekazał TVP i telewizja publiczna ma do nich prawa.

Ale o ile „Dama” jest produkcją pokazywaną dosyć często, to „Polaków” nie widzimy.

Ja tego nie rozumiem, nie chcę rozumieć.

A rozmawiała Pani z kimś, dlaczego tak jest?

Nie. Próbuję to sobie tłumaczyć na różne sposoby. W stanie wojennym, na jakieś jednostce chyba wojskowej wisiał taki transparent: „Nie fałszuj w koncercie naszego kolektywu”. (śmiech). Być może tu chodzi o kolektyw właśnie… (śmiech). Być może jest jakiś nieformalny zakaz mówienia o specjalistach badających Smoleńsk 10/4/10? O ile w poprzednich moich produkcjach są i muszą być emocje; opowiadają o tym rodziny, przyjaciele, współpracownicy. W przypadku „Polaków” mamy do czynienia z  wysokiej klasy specjalistami, Polakami, którzy od lat mieszkając za granicą postanowili pomóc swojemu Krajowi – rodakom zrozumieć, co się stało 12 lat temu.

Płakać mi się chcę, bo ja kocham swoich bohaterów. I chciałabym aby widz poznał ich sposób ich myślenia, system wartości, mógł towarzyszyć w ich życiu. Próbowałam po prostu pokazać pięknych Polaków.

Kto „fałszował w kolektywie” wśród ludzi próbujących, w imieniu wówczas rządzących w Polsce, wyjaśnić to, co stało się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku?

Są przecież niejasne wątki. Na przykład rozdzielenie wizyt. Dlaczego? To, że część ludzi uwierzyła w przekopanie wrakowiska metr w głąb ziemi, to niesłychane. Do Grzegorza Szuladzińskiego do Sydney przyjechał z Melbourne motocyklistów, który niedługo po tragedii brał udział na rajdzie katyńskim. Oni byli na miejscu, nie musieli kopać metr w głąb, aby znajdować różne przedmioty, części samolotu… Przywiózł Szuladzińskiego.

Smoleńsk 10 kwietnia 2010 roku pokazuje tę część narodu, która rozumie, co dla naszej kondycji znaczy likwidację elit, ale odsłania też część wynarodowioną, z kompleksami. Tchórzliwą, bo – ich zdaniem – „lepiej o tym nic nie mówić”, lepiej tkwić w niezbyt dobrze pachnącym ciepełku. Niestety, takich ludzi jest dużo.

Specjaliści i naukowcy, który pomagali wyjaśnić, co było przyczyną smoleńskiej tragedii mieli, delikatnie mówiąc, nieprzyjemności.

Nie chcę już przypominać tej nagonki, której. Na pewno jeden stracił pracę, a Wiesławowi Biniendzie zapewniono ochronę na uniwersytecie Pozakładano kamery, których tam nigdy nie było.

Ma Pani przekonanie, że przyczyniła się Pani do przekonywania nieprzekonanych?

Nie wiem. Po prostu trzeba mówić prawdę tak, aby do każdego dotarła a „Polacy” to dobry film. Przede wszystkim ze względu na bohaterów, którzy jak żołnierze Hallera, kiedy Ojczyzna w była potrzebie, przyjechali ze wszystkich stron, tak jak bohaterowie mojego filmu. Przyjechali służyć swoją wiedzą. Ja jestem, jak to mówią, z tej samej bajki; umiem robić filmy, no to je robię. Krytyka a czasem skrajny ostracyzm środowiska nic mnie nie obchodzi.

Czy robiąc filmy o tragedii smoleńskiej przypuszczała Pani, że odpowiedzialni za nią ludzie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, bo – zdaniem wielu ludzi – na to się teraz zanosi?

Chyba tak, takie sprawy prędzej czy później wychodzą na jaw. Mam cały czas w głowie obrazy i dźwięki z tamtych dni; na przykład, kiedy ówczesny marszałek sejmu, który po Smoleńsku przez jakiś czas pełnił obowiązki prezydenta RP, czyli Bronisław Komorowski mówił przed 10 kwietnia 2010 roku, że „nie ma co przejmować się tym Lechem Kaczyńskim, bo przecież będą wybory, a może gdzieś poleci…”  Tak powiedział Komorowski.

Na litość Pana Boga, przecież to…

„Pogarda” kończy się wypowiedzią urzędnika z Kancelarii Prezydenta RP Pawła Zołoteńkiego, który mówił blisko dekadę temu: „Myślę, że może być jeszcze gorzej, może się zdarzyć coś dużo gorszego…” Miał rację.  Właśnie na to patrzymy na Ukrainie.

… i zło się rozlało.

Tak, to jest ten moment, który przewidział Zołoteńki.

Czuje Pani satysfakcję ze zrobienia tych filmów o tragedii smoleńskiej?

Nie, nie. Jestem bardzo smutna, bo teraz będzie znowu takie wzmożenie, teraz pewnie te filmy będą emitowane.

Obawiam się, że jak moich bohaterów wrzucą do „szuflady” z napisami: „zamach, morderstwo” to ich postawa i dorobek a co za tym idzie wymowa mojego filmu, zmarnują się. Oby nie.

WALTER ALTERMANN: Derusyfikacja węglowodorów, czyli jak Józef zmienił się w Dżosefa

Było to w kwietniu roku 2022, w godzinach popołudniowych. Oglądałem telewizję i naraz, z ostro bijącego w oczy „paska” atakuje mnie tekst: DERUSYFIKACJA WĘGLOWODORÓW. Zainteresowałem się tą zagadką językową. Chodziło o to, że pora już by Europa uniezależniła się od rosyjskiej ropy naftowej, gazu ziemnego i węgla. Idea słuszna i oczywista, choć trudna do natychmiastowej realizacji. Ale z językiem komunikatu – dramat.

Węglowodory są związkami węgla z wodorem, w których cząsteczkach atomy węgla łączą się bezpośrednio ze sobą. Węgiel w tych związkach jest zawsze czterowartościowy. Atomy węgla łączą się ze sobą tworząc łańcuchy proste lub rozgałęzione oraz pierścienie. Dość to skomplikowane i poza chemikami niewielu wie o co chodzi. Ale… po pierwsze – węgiel kopalny (tak kamienny jak brunatny) nie jest węglowodorem. Węglowodory są natomiast podstawowym związkiem ropy naftowej, ale sama ropa naftowa węglowodorem też nie jest. Podobnie jest z gazem ziemnym. Zatem nie ma mowy, żeby Rosja opanowała cząstki węglowodorowe wchodzące w skład węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego. Zatem komunikat, ze względu na chemię, wprowadza w błąd poprzez nadmierne uproszczenie.

Wiem, że napisy na paskach muszą być krótkie. Ale po co w takim razie pisać o czymś, co jest nazbyt trudne do dwuwyrazowego wyjaśnienia? I tak na ołtarzu wolności padła najpierw rzetelność dziennikarska.

Drugą ofiarą tego paska jest język polski. Derusyfikować można jedynie to, co było uprzednio zrusyfikowane. Czyli, wyjaśniając w trzech etapach. 1. Najpierw coś musiało być wolne. 2. Następnie musiało zostać zrusyfikowane; 3. I to zrusyfikowane będzie teraz derusyfikowane. Od biedy, na siłę można by powiedzieć, że „Czas na derusyfkację rynku węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego. Ale i tak brzmiałoby to „wymyślnie” i nazbyt poetycko. Ale tak to jest, jak za politykę gospodarczą biorą się niewyżyci poeci. Bo te surowce, jak wszystkie inne, nie mają narodowości i zostały stworzone na długo przed pojawieniem się na świecie pierwszych ludzi, a nawet pierwszych „paskowych poetów”.

No i ostatnia uwaga, w związku z inkryminowanym paskiem. Od kilku lat na ekranach wszystkich telewizji królują młode, piękne kobiety, które samym swym jestestwem cieszą męskie oczy. I coraz ich więcej. Niestety – jak podpowiada mi moje wiekowe doświadczenie – analiza zjawisk i rozumienie tekstów nie jest najsilniejszą ze stron tych młodych a pięknych kobiet.

Dżosef Stalin

Kilka tygodni temu dziennikarka telewizyjna, z dorobkiem i nazwiskiem, właściwie zaczęła już „derusyfikację”. Przestawiając pokrótce dwudziestowieczną historię Ukrainy, powiedziała: „Takie były wtedy decyzje Dżosefa Stalina”.

Są dwie możliwości, że do takiego wypadku doszło. Pierwsza – dziennikarka zna dobrze angielski, a o Stalinie mało słyszała. A jeżeli już to bez imienia. Hitler też w ostatnich latach nie ma imienia ani Churchill. Druga możliwość – ktoś przygotował na prompterze (czy jak tam to urządzenie się teraz nazywa) szybką informację z zagranicznej agencji, czyli z języka angielskiego właśnie o historii Ukrainy i Stalinie.

Niemniej, bardzo bym prosił, żeby zapamiętać: Piłsudski miał na imię Józef, nie Dżosef. Natomiast Dmowski to Roman, a nie Reumen.

Symetryzm

Z nowych słów, opisujących stare zjawiska mamy też „symetryzm”. Słownikowo biorąc, symetryzm to postawa ideologiczna zakładająca, że każdemu negatywnemu zjawisku zawinionemu przez dany obóz polityczny należy spróbować przeciwstawić analogiczne negatywne zjawisko zawinione przez obóz jego przeciwników (w Polsce z reguły w zestawieniu PO–PiS).

Ale też ostatnio zaczęto używać „symetryzmu” do opisania postawy Izraela wobec napaści Rosji na Ukrainę. Doświadczony dziennikarz prasowy, jako gość jednej z telewizji próbował tym symetryzmem objaśnić dziwną powściągliwość Izraela, brak jednoznacznego potępienia Rosji. Zaproszony do studia dziennikarz wyraźnie bał się powiedzieć, że państwo Izrael ma skomplikowane i trudne interesy na Bliskim Wschodzie, że w tych interesach Rosja może Izraelowi pomóc, że w ostatnich kilku latach osiedliło się w Izraelu prawie 300 tysięcy Rosjan, którzy mają prawo głosu w wyborach. Ów dziennikarz mógł to powiedzieć wprost, ale że nie chciał, to wymyślił sobie „symetryzm”. Jakby nie poszerzać zakresu znaczeniowego słów, to jednak użycie w tej sprawie „symetryzmu” jest jedynie objawem dziennikarskiego uniku.   

Format nad formaty

Słówko format też zrobiło ostatnimi czasy niezłą karierę. Mamy więc: „Rozmowy w formacie normandzkim”; „Format dwu i trójstronny”. A dziennikarz, żegnając się z gośćmi w studio mówi: „Do zobaczenia w innym formacie”. Chciał powiedzieć, co się potem jawnie okazało, że jego audycja spada z ramówki, i spotka się z widzami w innej audycji.

Według definicji internetowej encyklopedii, format to, w ogólnym znaczeniu, reguły określające strukturę fizyczną, sposób rozmieszczenia, zapisu informacji danego typu. Inaczej: wzorzec, szablon.

Krótko ujmując format wziął się z „komputerologii”, ale opanowuje już inne dziedziny. Ku naszemu utrapieniu.

Stały kłopot z nazwiskami

Jest nowy przykład, że spora część dziennikarzy jest bezradna w sprawie nazwisk. Oto w Internecie na stronach sportowych, ktoś pisze: „W następnym meczu chyba zabraknie Daniela Tanżyna”. Wyjaśnijmy, że piłkarz nazywa się Daniel Tanżyna. Zatem winno być: „Zabraknie Daniela Tanżyny”. Gdyby piłkarz nazywał się Tanżyn, to wtedy, istotnie zabrakłoby Tanżyna.

Kij z zaległościami treningowymi

Sprawozdawca sportowy meczu hokeja mówi: „Stelmaszczyk złamał kij, który od dawna wykazuje zaległości treningowe”. Przypomnijmy zatem, że który odnosi się zawsze do ostatniego podmiotu w zdaniu, a złamany kij z pewnością nie miał żadnych zaległości.

Znajomość mitów nadal słaba

Sprawozdawca meczu tenisowego mówi o sportowcu, który po słabym pierwszym secie, zaczyna grać bardzo dobrze: „Proszę, odrodził się jak sfinks z popiołów”. I nie było to przejęzyczenie, bo sprawozdawca powtórzył swą metaforę jeszcze dwa razy. Znaczy był z siebie zadowolony.

Wyjaśnijmy zatem, że sfinks był mitycznym stworzeniem, które miało ciało lwa z ludzką głową. Zdarzają się też sfinksy z głowami baranów, sokołów lub orłów. Najbardziej znane sfinksy zdobią Dolinę Królów w Egipcie.

Feniks natomiast jest mitycznym ptakiem, uznawanym za symbol słońca w egipskiej mitologii oraz odradzającego się życia. Symbolizował potem nieśmiertelność i przemianę. Za pośrednictwem Greków i wczesnochrześcijańskich Ojców Kościoła stał symbolem stworzenia, które w określonych odstępach czasu ginie, ażeby powstać na nowo.

I takie to są moje notki i uwagi, w sprawie kłopotów z językiem, z ostatniego tylko miesiąca. I powtórzę – nikt nie pisze i nie mówi doskonale, ale starajmy się mówić (i pisać) lepiej.

 

 

O sądy pyta i sam odpowiada SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: I co? I nic. Kogo to?

Byłem w sądzie w mieście stołecznym Warszawa. Tym razem nie jako oskarżony, a świadek. Zdarza się. Tym razem oskarżony był akurat Rafał Ziemkiewicz. Byłem zeznałem i posiadam w związku z tym kilka przemyśleń natury ogólnej.

Polskie państwo w zakresie wymiaru sprawiedliwości to dno. Kompletne dno. Bagienne, muliste bezdenne dno. Ostatnio na przykład niejaki Tomasz Piątek informował z niejaką satysfakcją, że ja zostałem skazany. Okazało się, że i owszem, ale skazany na karę porządkową, bo podobno w pewnym procesie cywilnym, w którym pozwany jest Piątek właśnie, i w którym występowałem już raz jako świadek osobiście, miałem też złożyć jakieś zeznania na piśmie. Tych zeznań na piśmie nie złożyłem, bo nie wiem gdzie są pytania. Więc sąd kazał mi bulić 7 stów w polskich pieniądzach, żeby mnie zdyscyplinować. Odwołałem się od nieprawomocnego postanowienia, bo chętnie złożę zeznania w sprawie słynnego Człowieka Strzałki, zobaczymy.

Ale nie o to chodzi. Piątek wypisuje swoje androny o skazaniu mnie w marcu tego roku. W marcu. Następnie dostaję od sądu polskiego prowadzącego proces, zawiadomienie, żebym się znowu stawił na ten proces ciałem i zeznał. Teraz uwaga. Mam się stawić w lutym. Przyszłego roku. Rozumiecie coś Państwo z tego? Polski wymiar sprawiedliwości. Dno. W lutym. Takie terminy.

I co? I nic. Kogo to? Nikogo. Minie rok, sędzia se przyjdzie do roboty, napije się kawy, założy se łańcuch, wysłucha i se pójdzie.

Nic sędzia z tym nie zrobi, taką ma robotę, nie jego wina, kalendarz zapchany, taki mamy klimat, procedury et cetera. Sądy przeciążone. Teraz prosta sprawa: co warte są zeznania świadka po kilku latach? Przecież pamięć każdego ma pewne ograniczenia. Co warty jest wyrok po kilku latach? Niewiele. To jednak sprawa o dobra osobiste, więc mniejszej wagi. Tymczasem w sądach polskich jest mnóstwo spraw, w których ludziom całkowicie niszczy się życie przez lata, na przykład przez 10 lat, znam takie przypadki, trzymając ich ze statusem oskarżonego, co skutecznie niszczy na przykład jego szanse biznesowe, zawodowe, osobiste. I co? I nic. Kogo to? Nikogo.

Polski wymiar sprawiedliwości. Dno. Polskie państwo świadomie, rozmyślnie, bezczelnie i jawnie torturujące polskich obywateli. I? I nic.

Dobra. Wracamy do Rafała Ziemkiewicza, bo siedzi na ławie oskarżonych. Dlaczego on siedzi na ławie oskarżonych? Bo polskie państwo w zakresie wymiaru sprawiedliwości to dno. Kompletne dno. Rafał w kilku wpisach twitterowych skomentował wybryki paniuś ze Strajku Kobiet. Panie gremialnie wydzierały się publicznie, że „wyp…”, „ch… ci w du…” i takie tam. Agresywne, nienawistne, ordynarne, prostackie i głupie. Kiedy publicysta Ziemkiewicz skomentował ich zachowanie, próbując dostosować się do poetyki tych prostaczek, to Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych złożył prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 kodeksu karnego.

Co ma do tego Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych? Nic. To organizacja skompromitowana, jej szef Paweł Gaweł zwiał z Polski, bo skazano go prawomocnie na 2 lata więzienia za wyłudzenie z banku 240 tys. zł i za niepłacenie za odebrane towary. Rok temu Sąd Najwyższy uznał kasację Gawła za oczywiście bezzasadną, a sam Gaweł dostał w Norwegii azyl, ponieważ twierdzi, że prześladują go za walkę z faszyzmem.

Ten, że OMZR z trzema paniami oskarżyli Ziemkiewicza. Sprawy w ogóle by nie było, gdyby politycy zlikwidowali haniebny artykuł 212 kodeksu karnego, czyli więzienie za słowa. Wszyscy od lat głoszą, że zlikwidują, ale jak się dorwą do władzy to nie likwidują. A że zapycha się sądy? Że ten sędzia mógłby w tym czasie zająć się poważnymi sprawami karnymi? Że jak się obrażone paniusie poczuły obrażone, to mogłyby iść do sądu cywilnego ze swoim obrażeniem? No, ale wtedy musiałyby płacić za pozew, a tak nie muszą, a sam Gaweł będzie zbierał pewnie pieniądze na wulgarne antydamy.

Przed sądem zeznałem, że Rafał dla dobrej komunikacji próbował dostosować poetykę i formę swojej wypowiedzi do czegoś, co paniusie mogłyby ogarnąć, a przyzwalanie przez nas na publiczne chamstwo Strajku Kobiet jest błędem, więc piętnujmy i nie przyzwalajmy. Teraz pewnie przekręciarz Gaweł oskarży mnie z prywatnego aktu oskarżenia, bo nic go to nie kosztuje, ja będę siedział tam, gdzie Rafał Ziemkiewicz, a on być może zeznawać będzie jako świadek. I tak się sądy będą zapychać i tak to będzie działać, czyli nie działać.

Polskie państwo w zakresie wymiaru sprawiedliwości to dno. Kompletne dno. Bagienne, muliste bezdenne dno. A nas próbuje się przekonać, że tak musi być. Nie musi.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Andrzej Gwiazda i Europejskie Centrum Solidarności

14 kwietnia 1935 r. w Pińczowie urodził się Andrzej Gwiazda, inżynier, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, w sierpniu 1980 r. członek Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, współautor 21 Postulatów Sierpniowych, współzałożyciel NSZZ „Solidarność”.

Nie mniej ważne jest (także w kontekście inwazji Rosji Putina na Ukrainę) doświadczenie sowieckie Andrzeja Gwiazdy. W 1940 r., razem z matką i babką (ojciec był więziony w niemieckim oflagu) trafił – w ramach masowych wywózek Polaków do ZSRS – do Kazachstanu. Do Polski wrócili po sześciu latach, przez Górny Śląsk, do Gdańska.

Przez życie Andrzej Gwiazda idzie z niestrudzoną żoną Joanną Dudą-Gwiazdą. Ale nie tylko w PRL, ale przez większość III RP była to droga pod górę.

Tusk i Komorowski

Bo Rzeczpospolita po 1989 r. była zniekształceniem idei Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia. I tak np. 14 maja 2012 r. decyzją prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza bramie nr 2 stoczni nadano wygląd z sierpnia 1980 r. włącznie z napisem: „Stocznia Gdańska im. Lenina”. Dopiero po awanturze Lenin został zdemontowany.

Znamienne były obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w 2012 r. Bronisław Komorowski, 31 sierpnia podczas odznaczania wydawców solidarnościowych przyznał, że najchętniej odznaczyłby za podziemną walkę Donalda Tuska. Tusk odwdzięczył się tym samym. Czyli zamiast prawdziwych bohaterów Sierpnia: Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz, czy Krzysztofa Wyszkowskiego salon III RP serwował nam nowych: Komorowskiego, Tuska i jeszcze Henrykę Krzywonos, której tramwaj stanął, bo jeden z jej kolegów wyłączył prąd. Szczęśliwie to pisanie historii na nowo, jej fałszowanie, zostało przerwane.

Pamiętamy również, jak Donald Tusk, którego rola w strajkach solidarnościowych była minimalna, dwoił się i troił, aby odebrać dzisiejszemu związkowi prawo do Sierpnia ‘80. Na tym niestety nie koniec.

Lewicowe upolitycznienie
„To jest centrum dywersji antypolskiej” – tak o Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, kierowanym przez dyrektora o polsko-irackich korzeniach Basila Kerskiego powiedział mi niedawno w Polskim Radiu 24 Andrzej Michałowski, jeden z założycieli „Solidarności”. – „Z ECS-u zrobiono mauzoleum doradców – Mazowieckiego, Geremka, Kuronia – którym patronuje TW „Bolek”.

To mauzoleum – otwarte obok Stoczni Gdańskiej w 2014 r., którego budowa kosztowała ponad 231 mln zł, a roczne utrzymanie ma wynosić ponad 13 mln zł, gości dziś polityków PO, działaczy KOD i feministki. To oni atakują działaczy „Solidarności” i wykrzykują, żeby „odebrać państwo polskie PiS-owi”. Ale od państwa zarządzanego przez PiS Europejskie Centrum Solidarności chętnie bierze pieniądze i krytykuje, że dostaje za mało, że chciałoby więcej.

A pieniądze daje ECS Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wiceminister resortu Jarosław Sellin komentuje działania placówki, którą MKiDN współtworzy: „Jakoś nie słyszałem, żeby tam znalazła przestrzeń do działania jakaś organizacja konserwatywna albo organizacja o charakterze pro-life. (…) W Europejskim Centrum Solidarności przestrzeń do działania znalazły organizacje o charakterze lewicowym. (…) I to się wszystko dzieje w ECS-ie, który jest spadkobiercą dziedzictwa Solidarności. Solidarności, która jak walczyła, to na płotach Stoczni Gdańskiej jakie były symbole? Krzyż, papież Jan Paweł II, Matka Boska Częstochowska. Cały karnawał Solidarności, walka razem z polskim Kościołem przeciwko komunizmowi, opór przeciwko lewicowemu ateistycznemu reżimowi.”

A dziś lewicowi, ateistyczni działacze rozpanoszyli się w ECS. „Patrząc na inne tego typu instytucje jak np. wrocławskie Centrum Historii Zajezdnia czy Śląskie Centrum Wolności i Solidarności, gdzie mimo różnic udaje się łączyć a nie dzielić, nie widzimy takiej woli w Gdańsku.” – napisała w liście do dyrektora Kerskiego NSZZ „Solidarność”. – „ECS to upolityczniona instytucja, która zamiast łączyć – dzieli; nie widzimy zasadności dalszego funkcjonowania naszych przedstawicieli i do odwołania zawieszamy ich w pracach Rady i Rady Historycznej ECS”.

Przegrani w ECS

Dziś dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności wskazuje miasto Gdańsk. Ponieważ – zdaniem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – przekaz w ECS jest jednostronny, a dokładnie jednostronnie lewicowy, ministerstwo, które współfinansuje placówkę, łożąc na nią miliony złotych, chciałoby przynajmniej wskazywać wicedyrektora Centrum. Nie mniej ważnym postulatem jest utworzenie nowego działu poświęconego Joannie i Andrzejowi Gwiazdom, którzy przegrywają w ECS z Lechem Wałęsą. Podobnie przegrywają inni twórcy wolnych od komunistów związków zawodowych: Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, czy Andrzej Kołodziej.

Doszły do tego przywileje dyrektora Basila Kerskiego, który niemal za bezcen użytkował mieszkanie będące w zasobach miasta.
Wniosek jest jeden: wobec niemożności pokazania prawdziwej historii Solidarności w ECS, należy odwołać obecną dyrekcję placówki. Zrobić w Europejskim Centrum Solidarności porządek, tak jak zrobiono go w innej gdańskiej placówce: Muzeum II Wojny Światowej.

Polacy powinni skorzystać z doświadczenia Sierpnia ’80 i rozpędzić złodziei i zdrajców. Powinni zmobilizować się, powinni stać się dynamitem – tym, co prezentowaliśmy sobą w 1980 r. – przywołajmy wciąż aktualne przesłanie Anny Walentynowicz, prawdziwej bohaterki Sierpnia 1980 r. W imię idei Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy, czyli idei Sierpnia.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI pisze o zalegającym na dnie Bałytyku złomie, także politycznym: Trup na dnie

W naszej strefie gospodarczej Bałtyku ok. 100 km od brzegu jest mniej więcej 300 mniejszych lub większych wrakowisk. Powszechnie znane są takie, jak Wilhelm Gustloff, von Steuben, Goya czy U-boot VII C. Straszy też Frankem zalegający na 72 metrach zaledwie 9 kilometrów od cypla helskiego. Z tysiącami ton mazutu. Straszą doły iperytowe koło Bornholmu i wielu innych miejscach. To pozostałości wojny, z którymi nie uporano się przez ponad 70 lat. Do tego złomu dojdzie wkrótce nowe żelastwo – rury Nord Streamu. Biedny Bałtyk, ryby i ludzie.

Zwariowani, a często przekupieni „ekolodzy” walczą z wielkim krzykiem o szlachetne racje wobec minimalnych zagrożeń. Nasze morze Bałtyk jest wyjałowione przez statki paszowe zbierające gęstymi sieciami co tylko się da. O tym ekolodzy nie krzyczą, nie protestują. Goni się za to i każe dotkliwie ostatnich polskich rybaków łowiących małymi jednostkami, używających sieci o dużych oczkach na ryby duże, dorosłe. Paszowce wybierają z morza a nawet z jego dna wszystko. Fermy wiatrowe na morzu też zakłócają przyrodniczy porządek. Jednak dopiero rury biegnące na dnie przez cały Bałtyk to cios miażdżący.

Nieliczne głosy protestu prawdziwych obrońców morza zostały gwałtownie stłumione. Nawet samorządowcy z gmin nad morzem nie zostali wysłuchani. Regres, wyprzedaż, niszczenie gospodarki morskiej odbywało się systematycznie i dramatycznie.

Powiedzmy to wprost, nawet ordynarnie. Jesteśmy od wielu dekad zwróceni dupą do morza. Świętowanie oficjalnych uroczystości służy tylko tym politykom, którzy ustawiają się na trybunach.

Zaruski, Kwiatkowski, a nawet sławny komendant „Daru Pomorza” Jurkiewicz w grobach się przewracają i płaczą słonymi łzami. „Morze, nasze morze” to dziś ponury żart. Na szczęście są wyjątki. To zrealizowany już prawie przekop Mierzei Wiślanej. Ci, którzy wylali z gospodarki nasze morze z wściekłością próbowali zatrzymać tę inwestycję. Przyklaskiwali (albo i więcej) im Rosjanie. Dobrze też, że przeforsowano i buduje się tunel pod Odrą w Świnoujściu. Sukcesem (m.in. dzięki Gdyńskiemu Urzędowi Morskiemu) rozbudowuje się port w Gdyni. To są wielkie inwestycje. Ale chodzi jeszcze o coś bardzo ważnego. Niestety Polska nie żyje obecnie morzem. Nie czuje wiatru znad Rozewia. Nie ma publicystyki morskiej. Cicho o klubach marynistyki, a większość żurnalistów, niestety również z wybrzeża, to szczury lądowe. Nasze szkoły morskie choć nazwane nawet akademiami kształcą dla obcych bander. Wspaniali inżynierowie, wykształceni już na polskich uczelniach, uczniowie twórcy naszego przemysłu okrętowego Jerzego Doerffera z biur projektowych gdyńskich, gdańskich i szczecińskich stoczni potrafili projektować samochodowce, gazowce, okręty wojenne. Dziś ci niezwykle cenieni fachowcy rozsiani są po całym świecie. Musieli wyjeżdżać za chlebem.

Moglibyśmy teraz wozić gaz własnymi statkami. Ale ich nie mamy. Będziemy sporo płacić za dostarczanie paliwa.  Wiemy kto to wszystko sprzedał i zniszczył. I nic tym ludziom się nie stało. Jesteśmy wrobieni w rurę! Padnie odpowiedź, że to nie tylko my, ale cała Unia Europejska. Po co było głupich i naiwnych słychać?

Ruski złoczyńca zabił nam elitę władzy. Niemiec, Francuz, Holender, przy pomocy rodzimych zaprzańców, blokuje należne Polsce pieniądze Jak długo jeszcze wysłuchiwać będziemy kłamstw i delikatnie obchodzić z wrogami? Zacznijmy od wewnętrznych. To, że trzecia część obywateli zgłupiała i zaprzecza faktom nie oznacza, iż wszyscy to tchórze, durnie i naiwniacy.

Na Śląsku wiele kopalń, które ratowałyby teraz energetykę a nawet pozwoliłyby świetnie zarobić na koniunkturze węglowej – podpalono pod ziemią, zamurowano grodząc chodniki ścianami, zawalono złomem i betonem szyby. Tak dokładnie, że już nie nadają się do odgruzowania. Trzeba budować obok szyby nowe. A każdy to – jak liczą fachowcy – koszt miliarda złotych. W dodatku ci, którzy to zrobili nie chcą się przyznać do błędu i nadal jeszcze pyskują.

Kto w naszym kraju powie wreszcie DOŚĆ? Kto wyśle do rajów podatkowych cwaniaków i złodziei. Ich pieniądze już tam są.

Rura rurze nierówna. Szmelc bałtycki to pokaźna ilość złomu. Rury są grube i ciężkie, ale da się je wydobyć. Odetchną ludzie i ryby. Choć one głosu nie mają, ale na pewno poweseleją, gdy minie groźba pęknięcia rury i zniszczenia morza.

Rury Nord Stream won. To morze jest za małe na tak wielkie niebezpieczeństwo. Ludzie, spróbujcie jeszcze trochę pożyć i cieszyć się Bałtykiem. W dziejach świata bywali Hunowie, ale zawsze potrafiono się ich pozbyć. Nie wiem, czy zachód rzeczywiście przeciera oczy. Na razie tym którzy się śmiali z ostrzeżeń Polaków miny zrzedły. Nie słuchano nas, a przecież przewidywane uzależnienie się od kacapa było oczywiste.

Dalej mówią, że Putin bomby atomowej nie rzuci. Japończycy też tak myśleli. Ktoś powie, że moje słowa są niepolityczne. A czy my mamy do czynienia z politykami czy ze zbrodniarzami, którzy ze wściekłości, tak jak Stalin, zaczynają zamykać swoich?

Ukraińcy krwawią, obrońcy tego kraju teraz w boju stają się teraz prawdziwymi żołnierzami. Zastanówmy się jacy mogą się okazać nasi przyjaciele z NATO, np. z Holandii – biorąc pod uwagę wspomnienia Srebrenicy. Liczyć musimy na siebie. Jest nas w końcu dużo. Nie lekceważmy obrony terytorialnej. Przysposóbmy obywateli do użycia broni, by nie wyć potem z bezradnej wściekłości i bólu. Możemy zrobić wspólny, mocny sojusz z doświadczoną dziś w boju Ukrainą. I jeszcze z innymi, którzy są wokół nas. Wystarczy ludzi. Węgry się jeszcze obudzą. To jest również  robota dla dziennikarzy.

 

 

WALTER ALTERMANN: Kilka uwag o wojnie (1). Kto nas rozbroił?

Przez całą moja młodość byłem poddawany niesamowitej presji; tłumaczono mojemu pokoleniu, że rozbrojenie – głównie atomowe – jest najważniejsze, bo gwarantuje trwały pokój na świecie. Jednak rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana niż głosiły to ruchu Obrońców Pokoju. Obecnie mamy wojnę u naszych granic i straszak atomowy znowu nad nami wisi. Tamten z mojej młodości był polityczny, ten jest już realnie militarny.

Co do jednego rozbrojenie stało się faktem – NATO jest rozbrojone, a my wraz z nim. Tytułowe pytanie jest zatem jak najbardziej zasadne: Kto nas rozbroił? Na to fundamentalne pytanie należy odpowiedzieć jasno: sami się rozbroiliśmy.

Przy czym akurat Polska nie bardzo jest temu winna. Polska, jako członek NATO, zachowywała się lepiej niż wielu innych partnerów tego paktu. Wydawaliśmy, procentowo, na armię więcej niż kraje zachodniej Europy. Dlaczego zatem NATO, w tym my, jesteśmy teraz rozbrojeni, a nawet armia biednej Ukrainy jest przy nas potęgą?

Po prostu przez ostatnie trzydziestolecie takie były nastroje, taka europejska i światowa polityka, że nikt nie brał serio zagrożenia wojną ze strony Rosji. Inaczej mówiąc – wszyscy chcieli widzieć w Rosji normalny kraj, któremu do szczęścia wystarczy wydobywanie i sprzedaż surowców naturalnych, w tym także energetycznych.

Putin chodził w eleganckim garniturze, nawet mieszkał – przed objęciem prezydentury – w NRD (wtedy na Zachodzie)… Co prawda jako agent KGB, ale jednak na europejskich salonach uważano go za nowoczesnego światowca.

W 1994 roku NATO nawiązało stosunki wojskowe – w ramach programu „Partnerstwo dla pokoju” – praktycznie ze wszystkimi państwami w obszarze euroatlantyckim. W 1997 roku na mocy Aktu Stanowiącego NATO-Rosja utworzono Stałą Wspólną Radę, jako płaszczyznę współpracy. W 2002 roku, gdy członkowie Sojuszu przygotowywali następną dużą turę rozszerzenia, powołano Radę NATO-Rosja. Te militarne posunięcia bardzo współgrały z działaniami politycznymi, ukierunkowanymi na przyznanie Rosji znaczącego miejsca w świecie polityki światowej: Rosja została przyjęta do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego oraz do G7 i Światowej Organizacji Handlu.

Jednocześnie – z przyjęciem Polski do NATO, co miało miejsce 12 marca 1999 roku – ustalono, że armie nowych członków NATO nie będą za duże. I dla jasności – nikt sprawy wielkości polskich sił zbrojny, na serio z nami nie konsultował. Po prostu arbitralnie poinformowano nas, że polska armia ma liczyć 100 tys. ludzi. I odpowiednio do tego stanu etatów, nie za dużo sprzętu i wyposażenia.

Tutaj historia zrobiła złośliwą pętlę. Podejrzewam, że ktoś z Rosjan znał dobrze historię Polski i zadrwił z nas. Otóż, niedługo przez II i III rozbiorem Sejm postanowił podnieść liczebność armii do 30 000 ludzi, z czego 22.000 w Koronie i 8.000 na Litwie. Jednak były to tylko pobożne życzenia, gdyż w roku 1776 r. w wojsku koronnym było zaledwie około 10.000 żołnierzy, zaś w litewskim 4.400. Przez kolejne 12 lat stan wojska osiągnął raptem 18.500 ludzi. Jednym z głównych problemów, jakie miał Sejm w 1788 roku, było powiększenie armii. 20  października tego roku Sejm uchwalił wystawienie prawie stutysięcznej armii – 61 025 żołnierzy piechoty, 32 512 jazdy, 4987 artylerii i inżynierii. Razem armia koronna i litewska miały liczyć 98 596 ludzi. Wobec braku odpowiednich funduszy 22 stycznia 1790 roku wprowadzono etat tymczasowy. Przewidywał on 65 074 żołnierzy, w tym 27 342 jazdy, 34 096 piechoty, 3564 artylerii i inżynierii.

Dopiero po roku został ustalony szczegółowy etat wojska. Starano się uzupełnić go zaciągiem ochotniczym, co rzeczywiście pozytywnie skutkowało w przypadku kawalerii narodowej, niestety zawodziło przy regimentach pieszych. W grudniu 1789 roku zdecydowano się na pobór rekrutów systemem „wypraw dymowych”. Wymierzono go na bardzo niskim poziomie – z dóbr królewskich i duchownych 1 rekrut na 50 dymów a z prywatnych 1 rekrut na 100 dymów. Rekrutów w wieku od 18 do 35 lat brano na 6 do 8 lat. W ten sposób można było zwerbować zaledwie 8.000 żołnierzy.

Jednak wobec braku funduszy i niepowodzenia zabiegów o pożyczkę zagraniczną Sejm odroczył realizację etatu stutysięcznego i 22 stycznia 1790 roku postanowił wprowadzić etat tymczasowy. Etat ten zmniejszył wszystkie regimenty piechoty do dwóch batalionów, pominął trzy zaplanowane regimenty koronne, oraz bataliony strzelców, zredukował też korpusy artylerii. Stany w oddziałach wojska radykalnie zmniejszono. Armia miała liczyć 44.855 ludzi, z tego 20.497 jazdy, 21.862 piechoty, 2,451 artylerii i inżynierii.

Armia litewska miała składać się ze sztabu, 9 regimentów piechoty: 20.219 ludzi z tego: 6.845 jazdy, 12.234 piechoty, 1.113 artylerii i inżynierii.

W 1791 w wojsku koronnym służyło około 42.000 żołnierzy, w tym piechoty około 22.500, zaś w wojsku litewskim niespełna 15.000 ludzi. Dopiero w czasie wojny podniesiono stany do 50.000 wojska koronnego i 18.500 wojsk litewskich.

O sprawie tak pisał Marian Kukiel – wybitny historyk wojskowości: „Grzechem pierwszym było skąpienie ludzi do wojska. Drugim – etat był zbudowany wadliwie, z ogromną ilością jazdy, szczególniej zaś najkosztowniejszej, a najmniej sprawnej i zwartej. Przez to brakło środków na piechotę, dużo tańszą, a stanowiącą już wszędzie główną masę wojska”.

Pod koniec XVIII wieku ludność Korony i Litwy wynosiła około 9 mln ludzi. Tak więc, przy cztery razy większym państwie (ludnościowo) postanowiono za nas (my postanowiliśmy) mieć armię 100 – tysięczną, jak pod koniec XVIII wieku. Ponury żart historii. Dla usprawiedliwienia kolejnych naszych rządów – po roku 1991 – armie Niemiec, Francji i Włoch są dziś równie niewielkie jak armia Polski.

 Obecna liczebność niektórych armii – siły lądowe

Europejscy członkowie NATO widzieli taką Rosję, bo bardzo takiej Rosji chcieli. I było im to na rękę, bo z Rosją Putina robili świetne interesy. Tak dobre, że nad aneksją Krymu Europa i USA przeszły do porządku dziennego. W 2014 roku, tłumaczyli sobie: No, nieładnie zrobił ten Putin, ale Krym kiedyś należał do Rosji. Coś tam było, jakieś malutkie sankcje były, dla zachowania pozoru… I nikt nie bił na alarm, poza Polską. Na nasze alarmy Władimir Putin i Siergiej Ławrow mówili, że Polacy są genetycznymi rusofobami, że nie rozumiemy nowoczesnego świata, idei współpracy międzynarodowej i podsycamy napięcie.

Nie mamy dostępu do realnych wielkości armii Świata i Europy. Dysponujemy jedynie danymi szacunkowymi, które w dużym uproszczeniu przedstawiamy poniżej.

USA – wojska lądowe USA mają 1,4 mln żołnierzy w służbie czynnej i 860,000 rezerwistów. Wyposażenie obejmuje 8,400 czołgów, 2.600 opancerzonych pojazdów bojowych oraz 1,300 rakiet nośnych. Siły Zbrojne USA mają też broń jądrową, co stanowi o ich właściwej sile. Choć Stany Zjednoczone mają prawie o połowę mniej czołgów (6,612) niż Rosja, to amerykańska armia może  poszczycić się największą na świecie liczbą wozów opancerzonych wynoszącą 45,193 egzemplarze. W odniesieniu do artylerii US Army wypada słabiej: 1, 498 samobieżnej i 1,339 holowanej oraz 1.366 wyrzutni rakiet.

Rosja – w jej armii służy obecnie 900,000 żołnierzy, a w rezerwie pozostaje 2 mln osób. Armia Rosji jest drugą potęgą na świecie – po USA. Rosyjski potencjał objawia się głównie w sprzęcie. 12,420 czołgów, 30,122 opancerzonych wozów bojowych, 6,574 sztuk artylerii samobieżnej oraz 7, 571 holowanej, a także 3,391 wyrzutni rakiet.

Turcja – armia znad Bosforu jest uznawana za drugie, co do wielkości siły zbrojne NATO. Łączna liczba żołnierzy służących w tureckich siłach zbrojnych to prawie 600, 000, z czego 410,500 jest w służbie czynnej. W swoim arsenale militarnym mają ponad 3,700 czołgów, ponad 1,000 samolotów i 13 okrętów podwodnych. Jednak jest pewien delikatny problem z Turcją i jej armią. Za rządów Erdogana Turcja, będąca członkiem NATO, wyraźnie dystansuje się jednak od obecnych kierunków polityki sojuszu i prowadzi własną politykę, polegająca na balansowaniu pomiędzy USA oraz Rosją. Tym samym nie jest to najbardziej zaufany współsojusznik.

Ukraina – może liczyć na 196,000 czynnych żołnierzy i 900,000 rezerwistów. Obecnie trwa powszechny pobór do wojska mężczyzn w wieku od 18 do 60 lat.

Wielka Brytania –  194,000 czynnych żołnierzy i 37, 000 rezerwy. Wielka Brytania  jest państwem posiadającym broń jądrową.

Niemcy – armia Niemiec to 184, 000 ludzi. Siły niemieckie to 266 czołgów, 9,217 transporterów, 121 dział samobieżnych i 38 wyrzutni. Bundeswehra nie posiada artylerii holowanej.

Francja – Siły francuskiej piechoty wynoszą 205 tys. żołnierzy w służbie czynnej oraz 35 tys. rezerwistów. Podstawowe uzbrojenie: 931 czołgów, 713 opancerzonych bojowych wozów piechoty i 3,820 transporterów opancerzonych, 794 jednostek artylerii, 800 samolotów, 418 śmigłowców oraz ponad 700 wyrzutni przeciwczołgowych pocisków kierowanych. Francja ma również silą flotę oraz posiada broń jądrową.

Włochy – Włoskie Siły Zbrojne liczą obecnie 165,500 osób czynnego personelu wojskowego w trzech rodzajach sił zbrojnych: 96,700 służy w Wojskach Lądowych; 28,850 w Marynarce Wojennej, a 39,950 w Siłach Powietrznych.

Polska – armia ma obecnie 145,000 żołnierzy. Nowe przepisy przewidują, że polska armia docelowo zostanie zwiększona do ok. 300 tys. żołnierzy – 250 tys. żołnierzy zawodowych i 50 tys. żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. W tej chwili podstawowym rodzajem sprzętu w polskiej armii jest sprzęt pochodzący z byłego ZSRR – dotyczy to ponad 70 proc. czołgów, ok. 70 proc. wozów bojowych piechoty i ponad 80 proc. artylerii, 90 proc. broni przeciwlotniczej i 70 proc. śmigłowców. Średni czas użytkowania sprzętu w polskiej armii ma wynosić ok. 35 lat. Niepokój może budzić i to, że średnia wieku rezerwisty wynosi dziś 45 lat. Uzbrojenie polskiej armii to: Czołgi – 781 (w tym: Leopardy – 249; PT – 91 Twardy – 232; T 72 – 300). Bojowe wozy piechoty  – 1.539 (w tym: BWP–1 – 1,104; KTO Rosomak – 435). Wozy rozpoznawcze – 664 (w tym: BWR – 38; Humvee – 156; Skorpion – 90; BRDM – 237; Żmija/LPU Wirus IV 143). Samobieżne wyrzutnie pocisków przeciwpancernych – 45

W porównaniu z mocarstwami – USA, Rosja i Chiny – daje się zauważyć duża dysproporcja między nimi a siłami Europy. Na przykład – Francuzi mają do dyspozycji 406 czołgów, 6.558 transporterów, 109 dział samobieżnych oraz 105 zestawów artylerii holowanej i 13 wyrzutni rakiet. Brytyjczycy mogą się pochwalić 227 czołgami, 5.015 wozami opancerzonymi, artylerią samobieżną w liczbie 89 jednostek i 126 holowanej oraz 44 wyrzutniami.

O obecnej sytuacji można powiedzieć tylko to, co w dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę stwierdził sfrustrowany dowódca niemieckich wojsk lądowych generał Alfons Mais. „W 41. roku służby w czasach pokoju nie wierzyłem, że jeszcze przeżyję wojnę. A Bundeswehra, wojska lądowe, którymi wolno mi dowodzić, jest mniej więcej goła. Opcje, które możemy zaproponować politykom dla wsparcia Sojuszu, są skrajnie ograniczone”. I przyznał: „Wszyscy widzieliśmy, że to się zbliża i nie byliśmy w stanie przebić się z naszymi argumentami, aby wyciągnąć i wdrożyć wnioski z aneksji Krymu”. Zaapelował o odbudowę niemieckiej armii, przestrzegając, że „w przeciwnym razie nie będziemy zdolni do wypełniania naszej misji konstytucyjnej albo zobowiązań wobec sojuszników”.

 

Hubert Bekrycht rozmawiał z MIERELLĄ BAGDZIŃSKĄ-MIERZEJEWSKĄ: Przewodnik z miłości do… Rzymu

Kartkując przewodniki po różnych miejscach na świecie na pewno zwróciliście uwagę na ich podobny układ – jest trochę o konkretnym miejscu, nieco historii i praktyczne wskazówki – na przykład: co zrobić, aby nie zjedli nas tubylcy. To bardzo przydatny schemat, szczególnie ta przywołana uwaga.

Czy jednak, czytając lub przeglądając przewodniki macie przekonanie, że miejsce, w którym jesteście zostało opisane dobrze? Są przewodniki, które to gwarantują. Prawie… Są też bedekery oferujące na przykład bardzo dokładne mapy, plany; są i takie, które mają, delikatnie mówiąc, krótki termin ważności, bo przecież świat się zmienia.

Książka, którą staram się opisać to właściwie nie przewodnik – to deklaracja zaangażowania w naszą wycieczkę po Rzymie, prowincji rzymskiej i oczywiście Watykanie. To – jak piszą o tym przewodniku – wyznanie miłości autorki do Rzymu. Wyznanie, które nie kończy się wraz z lekturą przewodnika „Z Mirellą w Wiecznym Mieście. Przewodnik po Rzymie i Watykanie” Mirelli Bagdzińskiej-Mierzejewskiej.

Właściwie każdy bedeker jest wyjątkowy, ale czy autorski? O tym przewodniku z całą pewnością można tak powiedzieć. Jest pewnie zastrzeżenie. Tego typu publikacje – powie ktoś – są dla turystów, którzy chcą coś zwiedzić, coś przeżyć, a nie dla pragnących dobrej książki czytelników. A dlaczego nie? Wydaje się, że „Z Mirellą…” jest takim opracowaniem łączącym oba typy oczekiwań.

Układ publikacji złożony z pięciu tras – m.in. Rzym antyczny, Rzym barokowy, Rzym chrześcijański plus Watykan, mnóstwo ciekawostek i dłuższych opowieści – jest przejrzysty i wygodny. Tutaj drobna uwaga. Te trasy nie są obowiązkowe. Sam podróżnik może wybrać coś, co go interesuje. Mapki i biografie oraz tzw. ciekawostki są dobrze przygotowane i – co ważnie – nie oderwane od rzeczywistości. Znalazłem raptem jedną nieścisłość, ale nie napiszę, co to. Mogę tylko zapewnić, że nie ma ona żadnego wpływu na ocenę rzetelności przewodnika. To po prostu dobra książka napisana z potrzeby usystematyzowania popularnej wiedzy, ale też i z powodu nieustannego odkrywania świata, co jest cechą autorki.

Szczegóły dotyczące m.in. antycznej przeszłości Wiecznego Miasta przeplatają się tutaj z innymi okresami dziejów i ze współczesnością – nie jest to zgrzyt, a raczej zaleta przewodnika. Wskazówki praktyczne też nie są traktatami moralizatorskimi, co mnie bardzo cieszy, bo nie zwykłem przeglądać przewodników, które mówią mi jak żyć.

Rzym w ogóle – tak myślę po lekturze bedekera Bagdzińskiej – nie jest dla ludzi, którzy szukają. Rzym jest dla tych, którzy chcą znaleźć. Znam Autorkę i myślę, że ona w tym pomaga.

Rzym podobno jest dla wszystkich. I dla tych, którzy są tu pierwszy raz i dla tych, którzy znaleźli się tutaj – na przykład w podróży biznesowej i dla takich turystów, którzy swoimi dociekliwymi pytaniami są w stanie doprowadzić każdego przewodnika do palpitacji serca. A Autorka serce ma mocne i mocno bijące, bo jest w tych opisach miłość. Miłość do Rzymu.

Mirella Bagdzińska-Mierzejewska – „Z Mirellą w Wiecznym Mieście. Przewodnik po Rzymie i Watykanie”. Przygotowanie do druku: Roman Nowoszewski; projekt graficzny: Magdalena Alszer; zdjęcia: Marco Bianchi, Elio Castoria.

 

Hubert Bekrycht: Jaka jest wiosna w Rzymie?

Mirella Bagdzińska-Mierzejewska: W tym roku wiosna zawitała do Rzymu z zimnym podmuchem wiatru, ale już zaczynają się wiosenne temperatury, czyli 18 a anwet 20 stopni, a ulice zdobią kwitnące na fioletowo drzewa.

 Jak wygląda Wielkanoc w stolicy Włoch?

Wielkanoc w Rzymie przeżywa się w sposób wzniosły. Nie myśli się o myciu okien, lecz o przeżywaniu Triduum Paschalnego z Papieżem. Rzymianie i turyści uczestniczą w Rzymskiej Drodze Krzyżowej w Wielki Piątek w Koloseum z obecnością Ojca Świętego. Niezależnie od pogody zawsze mnóstwo osób jest na mszy na Placu Świętego Piotra w Niedzielę Wielkanocną.

Czy jest jakaś szczególna specyfika Rzymu, czy jest to tylko wielkie miasto, czy jednak metropolia pełna historii, zabytków?

Rzym to niewątpliwie najbogatsze na świecie muzeum na otwartym powietrzu, to miasto jest przepełnione historią, którą wręcz czuć unoszącą się w powietrzu spacerując od zabytku do zabytku. Rzym to jednak nie tylko Koloseum czy Watykan, Rzym to dużo, dużo więcej. To dyktatorzy mód, wspaniała kuchnia, smak i zapach kawy oraz dolce vita …

 Co Cię zatrzymało w Rzymie, we Włoszech?

Przyjechałam do Rzymu za głosem serca i w mieście tym odnalazłam swoje miejsce na ziemi. Kocham to miasto pełne zabytków i tajemniczych zaułków, jego uśmiechniętych mieszkańców, jego cudowny klimat, słońce i błękit nieba.

Jak radzi sobie Italia po pandemii. Jakie są Włochy teraz w obliczu wojny

Italia jeszcze długo nie zapomni o pandemii. Mimo zmniejszonych restrykcji Włosi noszą maseczki, często w miejscach, gdzie nie jest to obowiązkowe. Dzięki Bogu Włochy pomału stają na nogi, zaczynają przyjeżdżać turyści. Niestety, zawisła nad światem zgroza wojny …Włosi bardzo przezywają sytuację rosyjską inwazję na Ukrainę, również przyjmują Ukraińców, dziękują nam Polakom za naszą postawę, wręcz podziwiają – czuje się dumna, że jestem Polką.

 Co trzeba koniecznie zobaczyć w Rzymie?

Będąc pierwszy raz w Rzymie, koniecznie trzeba zobaczyć Koloseum, Kaplicę Sykstyńską i Bazylikę św. Piotra, zbiec beztrosko po Schodach Hiszpańskich, wrzucić drobne do Fontanny di Trevi, wejść do Panteonu i zachwycić się teatralnym Placem Navona.

 A czego nie warto oglądać w stolicy Włoch?

W Rzymie dosłownie wszystko warto zobaczyć! To niepowtarzalne miasto, na każdym kroku znajdziesz coś ciekawego.

O czym trzeba pamiętać przy planowaniu wycieczki do Rzymu i w jego okolice?

Planując wyjazd do Rzymu trzeba pamiętać o:

– dobrym przewodniku książkowym i przewodniku, który oprowadzi w sposób profesjonalny po najważniejszych zabytkach i najciekawszych zakątkach;

– dokonać wcześniejszej rezerwacji, aby wejść do Muzeów Watykańskich i do Koloseum;

– sprawdzić czy nie szykują się jakieś większe manifestacje, maraton czy strajki komunikacji;

– poszukać noclegu w centrum miasta albo na jego obrzeżach, ale koniecznie blisko metra;

– zabrać parasolkę i okulary przeciwsłoneczne, ale zawsze należy sprawdzić prognozę pogody.

Co zapamiętamy z pobytu w Rzymie?

Z pobytu w Rzymie zapamiętamy jego monumentalne place i fontanny, mnóstwo pozostałości antycznego Rzymu, jak przeszłość przeplata się z teraźniejszością oraz niesamowity błękit nieba i smak espresso…


Mirella Bagdzińska-Mierzejewska jest autoryzowanym przewodnikiem turystycznym po Rzymie, prowincji rzymskiej i Watykanie, tłumaczem jęz. włoskiego na poziomie ministerialnym. Absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie i Papieskiego Uniwersytetu Laterańskiego. Od 1994 roku mieszka w stolicy Włoch. Bagdzińska jest społeczniczką – wolontariuszką w szpitalu IFO Regina Elena, działaczką polonijną.

 

 

WALTER ALTERMANN: Putin, Orestes oraz inne niepoprawności językowe

Czy Putin jest rzeźnikiem? Od czasu, gdy prezydent Biden nazwał prezydenta Rosji rzeźnikiem, wszyscy przyjęli to określenie jako celne. Potępienia Putina jest ze wszech miar słuszne, jednak samo „rzeźnik” budzi wątpliwości. Rzeźnik to przecież starożytny zawód, i z jego usług korzystamy wszyscy, poza nielicznymi wegetarianami i podobnymi im ludźmi, którzy uważają, że tofu, kiełki i dojrzałe warzywa zastąpią nam mięso. Tu uwaga – w naszej szerokości geograficznej słońce operuje zbyt słabo i płody ziemi nie wystarczą do zdrowej diety. Ale to kłopot wegetarian i ich kolegów.

Putin zatem, z całą pewnością rzeźnikiem nie jest. Może natomiast być oprawcą, zbrodniarzem, katem i zwyrodnialcem.

I jeszcze jedno – przy okazji. Spotykane w Polsce nazwisko „Małolepszy” – w średniowieczu oznaczało kata. Ludzie bali się choćby wymawiać słowo „kat”, więc znaleźli sposób, by obejść to straszne słowo. Nazywa się to sposobem omawianiowym.

Podobnie Żydzi w sposób dookolny nazywają Boga, nie wymawiając jego imienia ze strachu i czci. Jahwe znaczy „ten który jest”. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi, ale imię nie padło.

Podobnie jest z niedźwiedziem. W średniowieczu był najwspanialszym i najpotężniejszym zwierzęciem Europy, jednocześnie budził podziw i strach. Nie wypowiadano jego imienia, żeby się nagle nie zjawił. Od starożytności był władcą nie tylko lasów i puszcz, ale i ludzkich umysłów. Na przełomie XI i XII wieku niedźwiedź traci jednak  na znaczeniu i stopniowo oddaje pola lwu, który to zyskuje miano króla zwierząt i staje się symbolem władzy królewskiej.

Imienia niedźwiedzia zatem nie wymawiano, żeby nie ściągnąć go w pobliże osad. Dlatego mamy „niedźwiedź”, które wcześniej  brzmiało „miedźwiedź”, a u Rosjan mamy „miedwiedia”. Mamy też misia, mrówczarza i kudłatego. U Słowian miedwied’ oznaczało jedzącego miód, miodojada. W Polsce i Rosji mamy też nazwiska pochodzące od niedźwiedzia – np. Niedźwiedzki i Miedwiediew.

Swoją drogą Miedwiediew też kanalia, choć ma nazwisko ładne.

Orestes – nie tylko brzmi, ale i znaczy

Kilka razy zdarzyło mi się w życiu na kilka chwil oniemieć i zastygnąć jak żona Lota, w ten biblijny słup soli. Jeden z takich przypadków dopadł mnie w salonie meblowym w połowie lat 90-tych. Przechadzając się między szafami, stołami i kredensami, natknąłem się na kanapę i dwa fotele. Niby normalne, ale zaskoczył mnie kartonik z napisem, który informował, że ten banalny zestaw to: „Wypoczynek Orestes”.

„Wypoczynek” to skrót od „zestawu wypoczynkowego”, który składa się z kanapy i dwóch foteli. Niekiedy zamiast foteli jest mała, dwuosobowa kanapa. I ten „wypoczynek” jest do przyjęcia, choć skrótowce mnie denerwują. Natomiast „Orestes” w nazwie był szokiem.

Kimże bowiem był Orestes? To jedna z najtragiczniejszych postaci antyku. Był synem Agamemnona – wodza spod Troi – i Klitajmestry. Ponieważ w mitologii greckiej nic nie dzieje się na skutek cech charakteru bohaterów a wszystkim kierują bogowie, zatem bezwzględni bogowie – najczęściej starożytni pisarze wskazują tu na Apolla – wyznaczyli Orestesowi okrutny los. Musiał pomścić ojca, zabijając matkę oraz jej kochanka, za to że Klitajmestra zabiła swego męża Agamemnona. Orestes był bohaterem wielu antycznych dzieł literackich, przede wszystkim tragedii. Jakby na domiar tragicznego losu Orestes był bratem Ifigenii i Elektry, którym bogowie zgotowali równie okrutne życie. Morderstwo matki ściągnęło na Orestesa Erynie, które doprowadziły go do obłędu.

Wymyślić Orestesa, jako patrona „wypoczynku”, to tak jakby ktoś nazwał swą firmę okulistyczną EDYP lub CYKLOP, albo gaśnicę pianową HEROSTRATES.

Sprawa ma głębszy sens, bo po co ktoś używa słów, pojęć, które są mu nieznane, dalekie i obce? A jeżeli już naszła go taka językowa chcica, jeżeli tak perfidnie pokierowali jego losem bogowie, że odjęli mu rozum… to dlaczego nie sięga do encyklopedii? I naprawdę taka sytuacja nie dotyczy jakiegoś błahego przypadku z kanapą. Nasi politycy – wszystkich kierunków – co i rusz używają słów o wątpliwym sensie.

No, ale jak ktoś chce być lepszy, to w końcu zawsze dopadną go Erynie… I ja takich delikwentów nie żałuję, bo jakaś kara za zbrodnie językowe być musi.

Widzowie, oglądający spektakularne widowiska

Ostatnio coraz częściej możemy usłyszeć od sprawozdawców sportowych, że jakieś zagranie na boisku, jakaś akcja były spektakularne. „Spektakularny” uśmiercił już: wyjątkowy, widowiskowy, zachwycający, niebywały, rzadko spotykany… A przecież „spektakularny” pochodzi od od „spektatora” czyli widza, obserwatora. I dlatego nie można mówić, że widowisko było spektakularne, bo to tak jakby mówić, że masło było maślane.

Co prawda Encyklopedia PWN notuje, że spektakularny to: „sprawiający duże wrażenie lub zwracający na siebie uwagę”. Ale tu mam jedno wyjaśnienie. Encyklopedie są poniekąd jak notariusz, który zapisuje wolę klientów. A tymi klientami jesteśmy my wszyscy, więc dbajmy o nasz wspólny majątek, jakim jest język.

Faul w obrębie

„Faulu nie było. Wszystko w obrębie przepisów walki o piłkę” – mówi w telewizji sprawozdawca meczu piłki nożnej.

Niby zrozumiale, ale nie do końca. Obręb jest pojęciem z dziedziny geodezji, wyznaczania granic działki, określenia obszaru jakiegoś terenu. Mamy – na przykład – obręb działki budowlanej. W piłce nożnej mamy też obręb pola karnego, ale nie mamy obrębu przepisów. Niestety jest to częste, że przenosimy zakresy słów na inne tereny, na inne zakresy i dziedziny życia. Mówimy więc o obrębie prawa, przestrzeni informacyjnej, przestrzeni porozumienia politycznego, przestrzeni edukacyjnej a nawet mentalnej. Niby strata jest niewielka, ale lepiej byłoby, gdyby sprawozdawca powiedział prosto i zrozumiale: „Faulu nie było. Wszystko odbyło się zgodnie z przepisami”.

Jednak podejrzewam, że do uzyskania awansu ze stanowiska „sprawozdawca” na stanowisko „komentator” wymagane jest mówienie o obrębie przepisów. Być może sprawa awansu nie jest ujęta w kodeksie pracy, ale cicha, niepisana umowa może o tym mówić.

Osławiona brygada

Dziennikarz mówiący o ukraińskiej 128 Zakarpackiej Samodzielnej Brygadzie Górsko-Szturmowej, chcąc jej oddać, że jest świetna i ma duże sukcesy w walce z Rosjanami, powiedział, że jest to „osławiona brygada”.

Fatalny pomysł, pana redaktora. Osławiony w naszym języku znaczy, że ktoś, lub coś ma złą sławę, że jest okryty hańbą. Zamiar był szczytny, ale wyszło tragicznie. Brzmi to podobnie do „sławny”, ale znaczy coś zupełnie przeciwnego.

Kiedyś dobierano dziennikarzy z rozsądkiem i wnikliwie się kandydatowi do zawodu przypatrywano. Teraz dziennikarzy potrzeba kilkadziesiąt razy więcej niż przed II wojną światową i w czasach PRL. No i zapanowała moda na ludzi młodych, dynamicznych i szybkich. A niestety cechą młodości z pewnością nie jest rozwaga i młodzi mówią wszystko, zanim pomyśli głowa. Przepraszam za trawestację Słowackiego, ale tak mi jakoś, „na szybko” samo weszło z klawiatury.

Raptem

„I to jest raptem 15-te zwycięstwo Igi” – powiedział znany sprawozdawca meczu tenisowego Igi Świątek. Zaskoczyło mnie to, bo sprawozdawca tenisa jest sprawozdawcą już w drugim pokoleniu. Myślałem, że po ojcu odziedziczył nie tylko talent, ale też znajomość rodzimego języka. Myliłem się. Zapewne sprawozdawca chciał powiedzieć, że Iga osiągnęła już 15-te z kolei zwycięstwo. Ale powiedział „raptem”.

Wyjaśnijmy więc, że „raptem” oznacza „jedynie, zaledwie, ledwo co”. I z pewnością jest to określenie negatywne, złośliwe.

Możemy powiedzieć, o człowieku niewysokim: „Kawał faceta, raptem metr sześćdziesiąt w kapeluszu”. Możemy też stwierdzić, jak w starej żydowskiej anegdocie, Swat przedstawia młodemu człowiekowi kandydatkę na żonę. Jednak kandydat na męża ma zastrzeżenia, że proponowana kandydatka spała z połową miasta. Swat odpowiada: „Wielkie mi miasto, raptem 10 tysięcy ludzi”.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Wyzwalali” strzałem w tył głowy

82 lata temu, w kwietniu 1940 r. NKWD rozpoczęło likwidację Polaków skazanych na śmierć decyzją najwyższych władz ZSRS. 3 kwietnia pierwszy transport jeńców z obozu w Kozielsku przybył na stację Gniezdowo. Tam mordercy ładowali ich na ciężarówki i przewozili do lasu katyńskiego, gdzie od razu odbywała się egzekucja. Ale Rosja do dziś twierdzi, że to było „wyzwolenie”.

Polscy jeńcy z obozu ostaszkowskiego byli rozstrzeliwani w Twerze, ze starobielskiego w Charkowie. Mamy jeszcze dwa rozpoznane miejsca: Bykownia pod Kijowem i Kuropaty pod Mińskiem.

„Wielki błąd”

Wersja sowiecka brzmiała: Polacy zostali wypuszczeni na wolność, a ich dalszy los nie jest znany. Po odkryciu grobów katyńskich przez Niemców w kwietniu 1943 r. stanowisko Moskwy uległo niewielkiej zmianie. Podczas rozmowy z polskimi przedstawicielami Beria miał powiedzieć: „zróbcie ich spisy, ale dużo już ich nie ma, gdyż zrobiliśmy wielki błąd, oddając ich większość Niemcom”.

A prócz zbrodni było jeszcze kłamstwo. Właściwie nie było, tylko jest, bo kłamstwo katyńskie trwa do dziś. Bo ZSRS nie mógł nas mordować, bo nas nie napadł 17 września 1939 r. (Armia Czerwona tylko „wkroczyła”, aby „wyzwolić”), bo do wojny przystąpił dopiero 22 czerwca 1941 r. Czyli jeśli „wyzwolił”, nie mógł mordować. Tako rzecze Putin i jego kłamliwa propaganda. Tylko dlaczego Polacy wzięci do niewoli przez Sowietów mieli oficjalny status jeńców wojennych?

„Napisz, żeby przyjechał”

W książce „Śpij, Mężny” Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: „z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny – wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: „Wiem, że żyjesz, i że wrócisz … I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia… napisz, żeby przyjechał”. Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany. Tak, jak ponad 20 tysięcy Polaków.

Ostatnia wiosna

Mieczysława Welzandta, jednego z nielicznych jeńców obozu w Starobielsku, który cudem uniknął losu kilku tysięcy polskich oficerów, skrytobójczo zamordowanych w Charkowie-Piatichatkach (zabici strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Czernyszewskiego w Charkowie i zakopani w bezimiennych dołach śmierci na terenie ośrodka wypoczynkowego NKWD koło osiedla Piatichatki), uratował stopień podchorążego (nie dotarła do niego nominacja na podporucznika).

We wspomnieniach napisał: „Przyjechaliśmy na niepozorną stację Starobielsk i najkrótsza droga powrotu prowadziła przez Charków. Bieg pociągu od tego miasta był najlepszym sprawdzianem kierunku. Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy nasz eszelon ruszył stamtąd na zachód. Z taką samą nadzieją musieli wyjeżdżać, zapakowani do więźniarek skazańcy, nieświadomi zbliżającego się gwałtownego kresu życia – lecz ich tam wysadzono, przewieziono do miejsca kaźni w więzieniu i zwalono do dołów w Piatichatkach. (…) Przed śmiercią musieli przeżyć i przeżyli bardzo ciężką, potwornie mroźną zimę 1939/1940. Wiosny już nie przeżyli. Była ostatnią w ich życiu”.

Bez Norymbergi II

Kiedy w kwietniu 1943 r. Niemcy obwieścili światu o odkryciu masowych grobów polskich oficerów w lasach koło miejscowości Katyń, a Moskwa wszystkiemu zaprzeczyła, zrzucając winę na „niemiecko-faszystowskich szubrawców”, w kościele na warszawskim Targówku, przysięgę odbierał oddział ochronny komórki wywiadu Armii Krajowej „Lombard”, do której należał Welzandt. Zaprzysiężeni pytali go: „Panie poruczniku, co pan myśli o tym s… syństwie katyńskim?” Odpowiadałem: „To prawda. Byłem w Starobielsku i nie mam żadnych wątpliwości”. A oni na to: „Ma pan rację. Mordowały s… syny razem, a teraz jeden drugiego sypie. Przyjdzie na nich kara boska. Obyśmy tylko dożyli!”.

Welzandt: „Zbrodnia, zadysponowana na najwyższym szczeblu, musiała być doskonała. Winni – naczelne władze ZSRR i podrzędni wykonawcy, nigdy nie zostali i nie będą osądzeni. Ostatni ze zbrodniarzy – Łazar Kaganowicz – zmarł w 1991 roku. Mimo tego, prawdy nie udało się pogrzebać”.
Mieczysław Welzandt, który doświadczył obu totalitaryzmów, napisał o procesie w Norymberdze: „Szczytny i nadrzędny /zdawałoby się/ cel został zrealizowany tylko w odniesieniu do zbrodniczego totalitaryzmu hitlerowskiego. Nie tknięto sojuszniczego z nim w pierwszych latach wojny totalitaryzmu stalinowskiego, ponieważ nie było aktu oskarżenia. Dla opinii światowej oznaczało to bezkarność”.

WALTER ALTERMANN: W jakieś części sojusznicy, czyli jak być poniekąd w ciąży

Wojna Rosji z Ukrainą, a właściwie napaść Rosji na Ukrainę, ma i taki odczyn, że jak papierek lakmusowy ujawniła kto jest naszym twardym współsojusznikiem w NATO – na kogo można liczyć absolutnie, na kogo nie bardzo a na kogo broń Boże. Bo nagle okazało się, że ten militarny sojusz jest bardziej mocny w gębie niż na polu walki. Sam, jako „człowiek pamiętający po ojcu i dziadkach” podejrzewałem, że może być niewesoło, ale, że będzie aż tak smutno – to nie bardzo. Pamiętam rodzinnie, jak bardzo Polacy liczyli na dwa światowe mocarstwa we wrześniu 1939 roku. Pamiętam, też z przekazu,  jak przez cały wrzesień – przynajmniej do 17 września 1939 roku – oczekiwaliśmy ataku Francuzów i Brytyjczyków na Niemców.

Później okazało się, że z dwu tych mocarstw jedynie Brytyjczycy chcieli walczyć. Natomiast Francuzi skompromitowali się najpierw na polu walki, na którym gracko przegrali. Potem przegrali politycznie, gdy zgodzili się na łagodną okupację części ich ojczyzny i czystą kolaborację drugiej części.

Opowiadał mi ojciec, że polscy żołnierze w Stammlager für kriegsgefangene Mannschaften und Unteroffiziere w Fallingbostel (w skrócie: w Stalagu) czyli w obozie jenieckim, najczęściej przeklinali Francuzów. Oczywiście Francja na nas nie napadła, ale co do Niemców i Rosjan wszyscy mieli od pokoleń wyrobione zdanie.

Niestety historia lubi się powtarzać, przy czym po raz drugi najczęściej jest tragikomedią. A nam akurat w ogóle nie jest do śmiechu.

Przez kilka dziesięcioleci NATO było najpotężniejszym sojuszem związkowym na świecie. Teraz jednak – pod naporem ukraińskich wydarzeń – okazało się bardziej klubem dyskusyjnym niż organizacją militarną. Przy czym, wyjaśnijmy to od razu – nie jest to klub londyńskich dżentelmenów a raczej klub handlarzy, dla których najważniejszy jest zysk, choćby miał pochodzić z handlu bronią. I nie jest to złośliwy epitet, bo przecież już po zajęciu przez Rosję Krymu, mimo wprowadzonego embarga na dostarczanie agresorowi broni i jej komponentów, kilkanaście krajów Europy, w tym część członków NATO, współpracowało na tym polu z Rosją.

Teraz modny i powszechny stał się slogan, że „nie wolno karmić Rosji importując od niej węgiel, ropę naftową i gaz”. I jakoś niewielu wspomina, że Francja od 2014 roku dostarczyła Rosji elementy uzbrojenia za 152 mln Euro, a Niemcy za 12 mln Euro. Czym są te komponenty? Są urządzeniami, podzespołami, bez których rosyjskie samoloty, rakiety nie mogłyby latać, czołgi strzelać a łączność rosyjskiej armii nie istniałaby. Oprócz Francji i Niemiec na tej liście hańby są jeszcze: Włochy, Austria, Bułgaria, Czechy, Słowacja, Finlandia, Hiszpania i Chorwacja.

Zwróćmy uwagę, że wartość wyeksportowanego przez te państwa uzbrojenia lub jego elementów nie jest zawrotna. Ale być może był to element większych transakcji? Może te państwa chciały zyskać sympatię Putina? Może tenże sprzedawał im gaz i ropę ciut taniej?

I tak się zastanawiam – czy rządy tych państw, zgadzając się na ten newralgiczny eksport, nie zdawały sobie sprawy, że dostarczane „komponenty uzbrojenia” pomogą Rosji łatwiej zabijać również obywateli państw lekceważących embargo? Czy te rządy nie zastanawiały się, że hasło „gospodarka przede wszystkim, głupcze” nie może dotyczyć biznesów z potencjalnym, a od 2014 roku faktycznym, agresorem? I jeszcze jedno, a może te rządy są jedynie i po prostu przedstawicielstwami handlowymi swoich producentów broni?

Przyjrzyjmy się teraz niektórym z państw, w tym członków NATO, których postępowanie budzi przerażenie.

Ach, ta niefrasobliwa, słodka Francja

Prawda jest okrutna. Francja od czasów Napoleona Bonaparte nie wygrała żadnej wojny. A i to, choć Napoleon wygrywał z Prusami, Austrią i Hiszpanią, i jego wojny skończyły się przecież sromotną klęską.

Potem Francja przez cały pozostały XIX wiek na terenie Europy przegrywała co było do przegrania, na przykład z Prusami. W koloniach natomiast i w wojnie opiumowej z Chinami błyszczała. Ale też łatwo się walczy z państwami będącymi co najmniej wiek „do tyłu” w technice wojennej. I wojna światowa skończyłaby się również klęską Francji, gdy zza oceanu nie przybyły posiłki USA. Wojnę 1940 roku Francja przegrała bezprzykładnie. Potem, po wojnie wielu tłumaczyło, że Francuzi byli tak porażeni stratami z I wojny, że utracili bojowego ducha. Potem w sierpniu 1944 roku oddziały Francji Walczącej defilowały na Polach Elizejskich, ale przecież nie oni wyzwolili Paryż i całą Francję. A co do tej parady zwycięstwa… Amerykanie potrzebowali w powojennej Europie sojusznika i padło na Francję. Później jeszcze Francja przegrała Indochiny i Północną Afrykę. O ile w wojnach nie bardzo Francuzom idzie, to ich produkcja i handel bronią ma się dość dobrze.

Pamiętamy przecież, po rozpoczęciu pierwszej rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2014 roku, skandal z wyprodukowaniem dla Moskwy dwóch nowoczesnych okrętów desantowych klasy Mistral. Jeden miał się nazywać Władywostok, drugi Sewastopol. Oba były najnowszym osiągnięciem francuskiej techniki. Miały popłynąć do Rosji, ale po gromach z Waszyngtonu, w końcu Francja sprzedała te okręty Egiptowi w 2015.

Ostatnio usłyszałem w jakimś programie telewizyjnym przykrą anegdotkę z II wojny światowej. Gdzieś tak we wrześniu 1939 roku pewien kapitan francuskiego lotnictwa bombowego zwrócił się z pomysłem do swego przełożonego, żeby zbombardować zakłady zbrojeniowe w Zagłębiu Ruhry. W odpowiedzi usłyszał; „Czy pan oszalał, przecież te zakłady są czyjąś prywatną własnością!”

Francja ma od czterech wieków doskonałą renomę. Język francuski był językiem światowych elit, artyści zadziwiali, technicy udoskonalali świat, południowe kanały wodne, wieża Effela, moda, piosenka…

Ale gdzieś tak w tak zwanym „międzyczasie” z odważnych wojowników Francuzi stali się cwanymi mieszczanami.

Najbardziej zadziwiające jest to, że prezydent Macron bez przerwy wydzwania do Putina. Co ich łączy? W co wierzy Macron? W swój urok osobisty, maniery i ogładę? A może chce coś u Putina utargować dla Francji? Nie należałoby tego wykluczać.

Dzisiaj ich bataliony maszerują w ich hymnie państwowym. Zresztą jest to piękna, ale dzisiaj pusta już pieśń.

Ci poważni i solidni Niemcy

O ile chodzi o wątpliwych sojuszników to najmniej pretensji można mieć do Niemców. Ich historia XX wieku spowodowała, że postanowili stronić od posiadania większej armii. I Niemcy uwierzyli, że handel, że globalizacja, że wzajemne uzależnienia powstrzymają każdego normalnego polityka od wejścia na ścieżkę wojny. Tyle, że Putin nie jest normalnym politykiem. Co prawda chodzi ubrany w drogi garnitur, zna języki obce, ale w duszy jest to okropny Wielkorus, dla którego powiększanie terytorium i wzrost liczby ludności są boskimi nakazami. Dla niego Rosja to religia. Był już podobny mu człowiek, który wierzył w germańską rasę i niemiecki naród. Co prawda był Austriakiem, ale podawał się za Niemca, co już powinno zastanawiać. Niemcy prawdopodobnie uwierzyli, lub bardzo chcieli uwierzyć, że Putina z Hitlerem nic nie łączy.

Były też momenty śmieszne i straszne zarazem. Dwa tygodnie przed agresją Rosji prezydent Niemiec Frank Steinmeier powiedział, że Nord Stream II miał być pewnego rodzaju zadośćuczynieniem Rosji przez Niemcy za to co ten kraj wycierpiał w II wojnie światowej. Przerażające, że prezydent nie uwzględnił, że równie dużo ucierpieli Ukraińcy.

Oczywiście dla niektórych „zdrowych sił” w Polsce zawsze najgorsi będą Niemcy. Wczoraj usłyszałem w programie telewizyjnym, jak prawicowy dziennikarz (sam się tak określał) stwierdził, że „Rosja ma w Niemczech pełno agentów. Na przykład była kanclerz Merkel, będąc w szkole średniej wygrała konkurs języka rosyjskiego. A takich właśnie ludzi Rosja werbowała.”

To się nazywa – jakby kto nie wiedział – pełny odlot. Tę anegdotkę dedykuję mojemu znajomemu, który ma do dziś problem, bo w podstawówce doszedł do wojewódzkiego finału konkursu wiedzy o Polsce i świecie współczesnym.

Królowie czardasza, czyli Węgry

Chciałbym napisać coś przykrego o Viktorze Orbanie, bo zasłużył… Ale powstrzymam się, bo Węgrów zawsze traktowałem jako europejską egzotykę. I to nie tylko przez język. Węgry bowiem już na przełomie XIX i XX wieku wieku stworzyły swój obraz na wzór i podobieństwo operetki. Zresztą w kategorii „operetka” mają ogromne osiągnięcia. Uśmiechnąłem się, gdy widziałem, jak Orban, po zwycięstwie wyborczym wyliczał wrogów, których jego partia pokonała. A są to: lewica węgierska, lewica międzynarodowa, światowe media, biurokraci z Brukseli, Georg Soros i Wołodymyr Zełenski.

Lista jest tak absurdalna, że naprawdę śmieszna. I dlatego było mi wesoło jakbym właśnie oglądał „Księżniczkę Czardasza”. A to szczytowe węgierskie dzieło. Treść nie jest skomplikowana. Operetka Emmericha Kálmána z 1915 roku ma proste libretto, łatwo trafiające do mas. Gwiazda czardasza Sylvii Varescu, piękna, utalentowana i młoda artystka ma zamiar wyjechać za granicę. Jest w niej do szaleństwa zakochany Edwin, którego ojciec książę Leopold Maria próbuje wyperswadować synowi związek z aktorką. Ten pozostaje jednak głuchy na ojcowskie depesze. Kocha Sylvię, i nie chce nic poradzić na to, że: „…choć na świecie dziewcząt mnóstwo, usta lgną ku jednym ustom”. Sylvia miota się, chce uciec przed jego miłością, którą odwzajemnia, lecz nie ma złudzeń co do jej szczęśliwego zakończenia. Do Edwina przybywa z Wiednia porucznik von Rohnsdorf, z rozkazem stawienia się w korpusie. Edwin podporządkowuje się rozkazowi, choć wie że za jego wydaniem stoi ojciec. Rohnsdorf przypomina przy okazji Edwinowi o zawartych przed pięciu laty zaręczynach z hrabianką Stasi. Ale Edwin, by dowieść Sylvii szczerości swych uczuć, prosi ją o rękę… Dalej jest jeszcze gorzej, ale nie będę streszczał, bowiem jak pisał Witold Gombrowicz: „Operetka jest tak skretyniałą formą, że jest aż doskonała”. Ale tak się zastanawiam, czy Orban to nie ta gwiazda czardasza Varescu, w której zakochał się Putin? A może jest odwrotnie: Putin to rzeczona Varescu a Orban jest jako ten książę?

W sumie zastanawia mnie w Orbanie jedno – jak można być w NATO i jednocześnie tak mocno przyjaźnić się agresorem Putiunem? Zresztą to samo dotyczy niektórych polityków z niemieckich i francuskich „elit”. Nie mam tak skomplikowanej natury, żebym uważał, iż w jakieś części można być sojusznikiem. Tak jak nie można być poniekąd w ciąży.

Dla Viktora Orbana miałbym – serio – jedną starą radę: Niedobrze jest, gdy maluczcy pchają się między kamienie młyńskie.