Wojna domowa – ADAM SOCHA analizuje konflikt w Agorze

Rozpętanie przez Adama Michnika publicznie totalnej wojny z zarządem Agory, rodzi podejrzenie, że redaktor oszalał. Ale w jego szaleństwie, jak zawsze, jest metoda, która do tej pory okazywała się skuteczna.

 

„Bywały wśród nas spory i konflikty. Jednak nigdy nie był nikt traktowany jak śmieć” – napisał Michnik w odpowiedzi na List Zarządu Agory, a propos zwolnienia dyscyplinarnego dyrektora wydawniczego, po 28 latach pracy, Jerzego Wójcika.

 

Chodzi o niezależność czy o stołki i pieniądze?

 

No tak, do tej pory to Michnik traktował jak śmieci swoich przeciwników. Jeszcze nie dawno jego kciuk wskazujący skierowany w dół, niczym u Cezara, kończył karierę ludziom, którzy ośmielili się mu sprzeciwić. Również jak śmieci traktował własnych dziennikarzy, którzy dopuścili się „myślozbrodni” jak Roman Graczyk, który był za lustracją.

 

Tym razem „myślozbrodni” dopuścił się Zarząd Agory. Na ich głowy posypały się ze strony Michnika najgorsze obelgi, którymi dotąd obrzucał tylko śmiertelnych wrogów politycznych. „Sięgają po chwyty z czarnej propagandy znane mi dobrze z Marca 1968 r. – oskarżył Michnik Zarząd, odpowiadając 26 listopada na łamach Wyborczej na ich List – z kampanii antysolidarnościowych w epoce stanu wojennego, z seansów nienawiści organizowanych w mediach związanych z obozem politycznym Jarosława Kaczyńskiego. To przecież metody podłe”.

 

Taka „parciana” retoryka to od dziesiątków lat codzienny język publicystyki politycznej Michnika, tym razem jego „cepy” spadły na głowy chlebodawców. Ta paranoja udzieliła się członkom antypisowskiej koalicji, która może wkrótce zacząć urządzać marsze, zamiast pod domem Jarosława Kaczyńskiego, pod siedzibę AGORY. Z ich listów i apeli wynika, że zamach na Wyborczą, to zamach na ostatni bastion wolnego słowa w Polsce, gdy on padnie, kraj nad Wisłą utonie w brunatnych odmętach.

 

Natomiast zarząd „Agory” twierdzi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o o stanowiska i pieniądze: „Spór między kierownictwem „Gazety Wyborczej” a zarządem nie jest sporem o wartości i niezależność redakcji. To spór personalny, a jego osią są sukcesja, władza, pieniądze i oczekiwanie zwiększonych przywilejów dla wybranych osób”.

 

Od wielu już lat, co jakiś czas Agora zmuszona jest ciąć koszty i zwalnia kolejne grupy dziennikarzy, tym razem bezpośrednie zagrożenie poczuł Michnik i jego pretorianie. Ale zarząd Agory nie dlatego zwolnił dyrektora wydawniczego Jerzego Wójcika, że sprzedał się Kaczyńskiemu, jak insynuuje Michnik, tylko z powodu jego oporu wobec koniecznych zmian modelu biznesowego. Zarząd Agory bowiem podziela poglądy polityczne i wartości kierownictwa Wyborczej. „Są nimi prawda, tolerancja, poszanowanie praw człowieka i pomoc potrzebującym” – czytamy na stronie Agory w zakładce „Wartości i Zasady”.

 

Nie czerpię schadenfreude, jak wiele prorządowych mediów, z tej bratobójczej wojny rozpętanej przez kierownictwo redakcji, mimo że od pierwszych numerów „Gazety” nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia z „Trybuną Ludu” a rebours. Dałem temu wyraz w swoim wystąpieniu na I Zjeździe reaktywowanego po stanie wojennym SDP (był to jedyny taki krytyczny głos), a wcześniej odrzucając propozycję zostania korespondentem, a później szefem oddziału Wyborczej w Olsztynie (przyjął ją Wacek Radziwinowicz, który później proponował mi funkcję sekretarza redakcji). Gdybym się zgodził, dzisiaj byłbym milionerem, a nie żyjącym skromnie emerytem, ale nie żałuję swoich wyborów.

 

Mimo że uważam gazetę za wielkiego szkodnika polskiej demokracji, to życzę redakcji, by została na rynku w obecnym kształcie, gdyż za realną uważam groźbę zdominowania rynku mediów przez partię rządzącą. Tak jak za rządów PO stawałem w obronie niszowych mediów prawicowych, jedynej przeciwwagi dla monopolu informacyjnego partii rządzącej.

 

Podobne perturbacje, oczywiście na innym poziomie biznesowym, przeszła w 2005 roku „Gazeta Polska” stworzona przez Piotra Wierzbickiego, który ratując gazetę przed bankructwem sięgnął po kapitał szemranej spółki King&Kong. Uratował wówczas tytuł Tomasz Sakiewicz, pozbywając się przy okazji Wierzbickiego.
Ale Agora to nie King&Kong! Paradoks polega na tym, że tym razem, to nie „siepacze z PiS” dybią na niezależność „Wyborczej”, ale – zdaniem Michnika i członków jego sekty – zarząd Agory. „Siepacze z PiS” jedynie „zacierają ręce” – zdaniem Michnika – obserwując z pop-cornem w ręku ten śmiertelny pojedynek.

 

Paradoksem jest też to, że Polską rządzą bracia Kurscy. Jacek piorąc mózgi widzom TVP, a Jarosław – czytelnikom Wyborczej. Osiągnęli mistrzostwo w manipulacji opinią publiczną i szczuciu na siebie Polek i Polaków.

 

Kto jest psem, a kto ogonem?

 

Przestudiowałem uważnie wszystkie listy obu stron konfliktu oraz manifesty i wyrazy poparcia dla Michnika et consortes.

 

Konflikt szefostwa redakcji z zarządem Agory zaczął się w czerwcu 2021 roku, w momencie gdy Wyborcza generowała coraz większe straty. W momencie powstania gazety jej średni nakład sięgał miliona egzemplarzy. Palmę pierwszeństwa gazeta straciła w 2003 roku na rzecz Faktu, jednak nadal sprzedawała 400 tysięcy egzemplarzy. Równia pochyła zaczęła się w 2008 roku. Obecnie sprzedaż jest na poziomie około 50 tys. egz.  Agora ukrywa, ile wynosi strata netto Wyborczej. Jeśli w 2013 roku dziennik miał z reklam 144,2 mln zł, to w 2020 już tylko 51,6 mln zł – ubyło 40 proc. łącznych wpływów. Przychody Wyborczej dają Agorze zaledwie 13 proc. udziału w biznesie holdingu.

 

Kierownictwo gazety twierdzi, że osiągnęło światowy sukces liczbą 262 tysięcy subskrybentów wydania cyfrowego, ale to przełożyło się na przychody ze sprzedaży prenumeraty oraz reklamy cyfrowej, zaledwie w kwocie 16,5 mln zł (40% całkowitych wpływów), gdy bezpłatna Gazeta.pl i spółka Yieldbird z reklam w Internecie osiągnęła w 2020 roku 213,9 mln zł.

 

Toteż zarząd Agory, szukając sposobu na utrzymanie tonącej Wyborczej postanowił połączyć internetową Gazetę.pl (powstałą w 2001 roku) z „Gazetę Wyborczą” i płatną Wyborczą.pl, które zaczęły ze sobą konkurować. Dzięki temu Agora umocni się na pozycji cyfrowego lidera i stworzy wspólną ofertę reklamową, co przełoży się na maksymalizację i wzrost przychodów reklamowych – przekonywał zarząd Agory, ogłaszając swoje plany na początku czerwca b.r. Połączonymi redakcjami miał pokierować jeden dyrektor zarządzający, powstać miały także nowe stanowiska: koordynatorów sprzedaży i działów analitycznych. Kierownictwo Agory zapewniło, że najważniejszą marką Agory jest „Gazeta Wyborcza”, dlatego to jej redakcja ma objąć nadzór nad redakcjami Gazeta.pl. Jednocześnie połączenie „nie naruszy dotychczasowej autonomii redakcji”.

 

Detonatorem okazała się informacja, że ta restrukturyzacja wiąże się z utratą stanowiska przez dyrektora wydawniczego Wyborczej Jerzego Wójcika. Kierownictwo Wyborczej pozornie godząc się na połączenia, (ale nie robione „znienacka” i za jego plecami), zdecydowanie zaprotestowało „przeciwko planowanym zmianom w kierownictwie redakcji oraz jej podległości w ramach mediów Agory” – napisali szefowie Wyborczej po otwartym zebraniu zespołu. „To samobójcze uderzenie w etos Wyborczej (…). To potrójny błąd: etyczny, polityczny i biznesowy (…). Wzywamy kategorycznie Zarząd Agory do zaniechania szkodliwych, dewastujących decyzji. Przeciwstawimy im się w każdy dostępny dla nas i legalny sposób. Postawieni w sytuacji bez wyjścia gotowi jesteśmy odwołać się do opinii publicznej”. Pod ich listem podpisało się 321 osób (na 800 dziennikarzy).

 

Naczelni „Wyborczej” zażądali odsunięcie od nadzoru nad ich zespołem członkini zarządu Agnieszki Sadowskiej oraz włączenia w skład zarządu przedstawiciela „Wyborczej”. Sadowska odeszła z Agory, ale drugi postulat pozostał niespełniony. Miejsce Sadowskiej, którą Jerzy Wójcik oskarżył o mobbing, zajęła Agnieszka Siuzdak z Gazeta.pl. Pomysł wydzielenia „Gazety Wyborczej” do osobnej spółki, co postulowali szefowie Wyborczej, został zawieszony, gdyż wiązałoby się to ze zmianą struktury własnościowej spółki giełdowej – stwierdził Zarząd.
Agora, po zapaści spowodowanej pandemią, w trzecim kwartale br. złapała oddech. Przy wzroście wpływów o 38 proc. zanotowała spadek straty netto z 9 do 1,5 mln zł. To odbicie holding zawdzięczał jednak nie Wyborczej a przychodom z biletów i przekąsek w kinach Helios. W tym momencie, 23 listopada, Zarząd wykonał wyrok na Jerzym Wójciku, odraczany od czerwca. W mediach twierdzono, że wydawca „Wyborczej” bezpodstawnie oskarżył o mobbingu Agnieszkę Sadowską, byłą członkinię zarządu. Zarzuty miały się nie potwierdzić i Wójcik został zwolniony za bezpodstawne zniesławienie.

 

W wydanym oświadczeniu Agora zaprzeczyła, iż taki był powód rozstania i w to w trybie dyscyplinarnym, ale potwierdziła, że zarzuty Wójcika wobec Sadowskiej były bezpodstawne. Zwolnienie Wójcika rozpętało na Czerskiej Armagedon. Adam Michnik i Jarosław Kurski zwołali tego samego dnia wiec on line w redakcji. Znamy jego przebieg dzięki Wirtualnym Mediom. Głos zabrał Adam Michnik.

 

„- Michnik powiedział nam, że dalej będziemy walczyć o niezależność „Wyborczej” i dalej będziemy ostro walczyć z PiS. Nie będzie zmiany linii na neutralną. Mówił, że zarząd chce od nas pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, a my jesteśmy od obrony demokracji i jesteśmy właśnie teraz potrzebni jak nigdy – czytamy na wirtualnemedia.pl – Naczelny „Wyborczej” miał po raz kolejny powtórzył dwa swoje ulubione zwroty w kontekście walki z zarządem. Pierwszy to „nie nos dla tabakiery, ale tabakiera dla nosa”. Drugi: „nie będzie ogon machał psem” – czyli zarząd i prezes Agory Bartosz Hojka nie będą mówić redaktorom i wiceredaktorom „Wyborczej”, co mają robić. 

 

Redaktorzy naczelni przypomnieli zespołowi, że zarząd Agory wypłacał sobie w ciężkich czasach duże nagrody , a jednocześnie kazał im zwalniać kolejnych dziennikarzy, aby ciąć koszty. Obiecali, że już tak nie będzie. Wtedy dziennikarze zaczęli pytać, jak to jest, że naczelni zreflektowali się dopiero teraz, kiedy to im samym zagląda w oczy widmo wyrzucenia? Dlaczego dopiero teraz domagają się od nich solidarności? Po co takie zamieszanie o jednego człowieka, jak tu pracuje 800 osób? Albo, dlaczego nikt się wcześniej nie martwił, gdy tuż przed świętami zwalniano z „Wyborczej” ludzi pracujących na śmieciówce?

 

(Łączne wynagrodzenia 4 członków zarządu Agory w pierwszych trzech kwartałach br. wyniosły 1,98 mln zł, co daje ponad 40 tys zł miesięcznie, kwota przy tak dużym holdingu nie poraża, lekarz w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Olsztynie podczas pandemii wyciągał 120 tys zł miesięcznie. Na koniec września br. stałe zatrudnienie w grupie Agora wynosiło 2 303 etaty. Kwartalne wydatki na wynagrodzenia wzrosły o 23,3 proc., bo rok wcześniej firma korzystała z tarczy antykryzysowej. Na koniec września br. zadłużenie grupy Agora z tytułu kredytów i leasingu wyniosło 841,9 mln zł – przypis A.Socha).

 

Redakcja ogłasza wotum nieufności wobec zarządu Agory

 

Po wiecu 24 listopada naczelni MichnikKurski opublikowali oświadczenie, w którym wyrazili wotum nieufności wobec zarządu Agory. W obszernym oświadczeniu czytamy m.in.:„W istocie nie chodzi tu o konflikt personalny, do którego Zarząd fałszywie redukuje problem. Chodzi o to, do kogo należy „Gazeta Wyborcza”. Czy do Czytelników i ludzi, którzy w redakcji zostawili całe swoje życie? Czy do „macherów od cashu” i Excela”?

 

Czy „Wyborcza” będzie nadal domem polskiej demokratycznej inteligencji? Czy ma być generatorem wyżyłowanego zysku dla spółki? Innymi słowy: czy z trudem wypracowane przez „Wyborczą” zyski będą inwestowane w niezbędny rozwój, czy też zabierane przez korporację. (…) Wiedzcie więc, Drodzy Czytelnicy, przyjaciele spod sądów, uczestnicy protestów w obronie konstytucji i ze Strajku Kobiet, obrońcy praw prześladowanych mniejszości, obrońcy Unii Europejskiej, obrońcy naszej planety, działacze społeczni i samorządowi – Wasza „Wyborcza” jest dziś zakładnikiem ludzi o mentalności „13 proc.” (taki jest udział przychodów Wyborczej w całym holdingu Agory – przypis A.Socha)

 

Redaktorzy uznali zwolnienie Wójcika jest nieskuteczne, a redaktor naczelny powołał go na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego ds. Rozwoju. Każdy, kto czytał kodeks handlowy wie, że to dziecinada. To nie redaktor naczelny podpisuje umowy o pracę i wręcza wypowiedzenia, a prezes zarządu spółki, która ma osobowość prawną.
Na koniec, w odezwie, MichnikKurski wyrazili wotum nieufności wobec Zarządu Agory: „Jedyne, co ludzie z Zarządu mogliby zrobić, to nie wtrącać się, wydzielić „Wyborczą” w osobną spółkę albo odejść. Nie robią ani pierwszego, ani drugiego, ani trzeciego. Oświadczamy więc: kierownictwo „Gazety Wyborczej” całkowicie utraciło do Zarządu Agory zaufanie i składa wobec niego wotum nieufności„.

 

Zarząd odpowiedział Listem, który Wyborcza opublikowała 26 listopada. Czytamy w nim m.in.:
Jesteśmy zdumieni, że w historycznym tytule, jakim jest „Gazeta Wyborcza”, używa się wielkich słów, by bronić pozycji jednego kolegi. Spór między kierownictwem „Gazety Wyborczej” a zarządem nie jest sporem o wartości i niezależność redakcji. To spór personalny, a jego osią są sukcesja, władza, pieniądze i oczekiwanie zwiększonych przywilejów dla wybranych osób. (…). W czasie pandemii Jarosław Kurski i Jerzy Wójcik zwrócili się do zarządu z propozycją nowych warunków pracy – wyłącznie dla siebie samych. Ich oczekiwania obejmowały m.in. 12-miesięczne okresy wypowiedzenia, dodatkowe 12-miesięczne odprawy, dodatkowe urlopy zdrowotne, samochody i pełną opiekę medyczną dla rodzin. (…). W manifeście czytamy, że jesteśmy głupi i chciwi, reprezentujemy korporację, która zabiera „Wyborczej” zyski. Nikt, kto chociaż kilka lat pracuje w Agorze, nie może traktować poważnie tych słów. W ostatnich siedmiu latach w cyfrowy rozwój „Gazety Wyborczej” zainwestowaliśmy kilkadziesiąt milionów złotych i zawsze akcentowaliśmy wyjątkową rolę „Wyborczej” w naszej firmie”.

Na koniec Zarząd podkreślił, że rozstanie z Wójcikiem jest definitywne.

 

„Pozwólmy „Gazecie Wyborczej ” iść dalej swoją drogą”

 

Ten List wywołał furię Michnika. Tego samego dnia odpowiedział obelgami, które cytowałem na początku tekstu. W innym stylu, rzeczowo odpowiedzieli KurskiWójcik. Potwierdzili, iż chcieli takich zabezpieczeń, jako „zapory przed bezprawnym zwolnieniem, także w razie wrogiego przejęcia Agory”. Powołali się na przykład zwolnionego dyscyplinarnie szefa „Solidarności” Wojciecha Orlińskiego, za którym ujęło się kierownictwo, w tym KurskiWójcik. Obawiali się zemsty. (Sęk w tym, że nie ma możliwości „wrogiego przejęcia Agory”…).

 

Redakcja w Oświadczeniu z 25 listopada apeluje o pomoc do „matki założycielki”, właścicielki złotej akcji Heleny Łuczywo. „Dlaczego na to wszystko pozwalasz? Heleno, dlaczego godzisz się na powolne niszczenie także dzieła swego życia? Czy naprawdę uważasz, że o los „Wyborczej” lepiej zadba korporacja niż sam zespół „Gazety Wyborczej”?” To samo pytanie zadaje Michnik Wandzie Rapaczyński, ale obie panie milczą jak zaklęte.

 

Za to do redakcji płyną z zewnątrz akty poparcia dla Wyborczej i potępienia dla Zarządu, tak ja w czerwcu. „Nie ma lepszego rozwiązania niż szybki i przyjazny rozwód” – radził wówczas Jacek Żakowski, w przeciwnym razie „widzowie mogą zacząć bojkotować kina „Helios”. Do obrony Wyborczej włączyli się: redaktor naczelny Wydawnictwa Znak Jerzy Illg, KOD, Ogólnopolski Strajk Kobiet, Wolne Sądy, najbogatsza bizneswoman w Polsce Dominika Kulczyk.

 

Teraz mamy „powtórkę z rozrywki”. Niemal codziennie ukazują się w Wyborczej listy poparcia. Stanowisko zajął Zarząd Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Adam Pieczyński przez wiele lat jeden szefów TVN-u napisał: „Trudno sobie wyobrazić Polskę bez gazety Adama Michnika i jego ludzi; można bez trudu wyobrazić sobie „Gazetę Wyborczą” bez obecnego zarządu Agory”.

 

Czołowy „pistolet” Wyborczej Wojciech Czuchnowski przeprowadził śledztwo i obnażył nieudane inwestycje Agory, w których zarząd utopił dziesiątki milionów złotych. To prawda, jak w każdym biznesie, zawsze istnieje ryzyko podjęcia błędnej decyzji, co okazuje się po czasie. Niepowodzeniem zakończyły się inwestycje w portal kontaktów zawodowych GoldenLine oraz firmę Trader.com.

 

Bezprecedensowy atak władz spółki Agora na integralność „Gazety Wyborczej” – jednego z ostatnich bastionów wolnych mediów – to tragiczna wiadomość dla Polski, ale również zły przykład dla polskiego prywatnego biznesu czasów konsolidującego się ustroju autorytarnego” – rwą szaty GutkowskiKisilowski. – Silna i niezależna „Gazeta Wyborcza” to jedna z ostatnich cech odróżniających nas od Węgier czy Turcji – aspiracyjnych modeli Jarosława Kaczyńskiego”.

 

Autorzy przypominają, że Agora powstała tylko po to, żeby „służyć absolutnie wyjątkowemu społecznemu, cywilizacyjnemu i prodemokratycznemu projektowi, jakim jest „Gazeta Wyborcza”.„Pozwólmy „Gazecie Wyborczej ” iść dalej swoją drogą” – zaapelowali na koniec swojego manifestu do zarządu Szymon GutkowskiMaciej Kisilowski.

 

Od żłobka do pałacu na Czerskiej

 

W tym miejscu trzeba przypomnieć akt założycielski „Gazety Wyborczej”. Powstała na podstawie uzgodnień Okrągłego Stołu jako organ prasowy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi w 1989 roku. „Michnik dostał wszystko za darmo – papier, lokal, transport, drukarnię, kolportaż, najlepsze pióra w kraju oraz rzecz najcenniejszą: codzienną złotówkę wpłacaną przez miliony Polaków spragnionych wolnego słowa. Ale on nie otrzymał tego na własność; to był kredyt zaufania dla całej polskiej opozycji antykomunistycznej” – napisał Stanisław Remuszko w książce „Gazeta Wyborcza – początki i okolice” , dziennikarz z pierwszego zespołu gazety. Odszedł z redakcji, która wówczas mieściła się w żłobku, na znak protestu, gdy okazało się, że udziałowcy spółki Agora Bujak, WajdaPaszyński, zgodzili się przekazać swoje udziały 16 osobom, wchodzącym w skład kierownictwa Gazety.

 

Wyborcza stała się własnością tej grupy, a jej naczelny Adam Michnik obsadził się w roli niekoronowanego Cezara III RP i z gazety uczynił organ władzy pozakonstytucyjnej, usytuowanym ponad parlamentem. Całe lata 90. to czas, w którym Michnik dzierżył rząd dusz w Polsce. Wyborcza wynosiła jednych i niszczyła innych. Poranek w III RP zaczynał się w biurach, na uczelniach i redakcjach od lektury Wyborczej. Wstępniaki gazety były ówczesnymi „przekazami dnia”.

 

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Michnikowi i jego sekcie marzyło się stworzenie megakoncernu medialnego, z telewizją i radiem. W 1998 r. nadawanie rozpoczęło radio TOK FM, ale nie stało się głosem Michnika w każdym domu. Michnikowi i Agorze marzy się posiadanie największej w Polsce ogólnopolskiej telewizji. Dla zdobycia środków na ten cel Agora w 1999 roku debiutuje na giełdzie. Za dzwonek pociągają szef GPW RozłuckiRapaczyńska.

 

Inwestorzy wręcz wyrywają sobie z rąk jej akcje. Spółka osiąga wartość 12 mld złotych! Każdy z pakietów akcji, które posiada kilkudziesięciu pracowników spółki Agora, wart jest około miliona dolarów. Przynajmniej pięć osób z tego grona uplasuje się w czołówce największych prywatnych inwestorów giełdowych. Dzisiaj wartość rynkowa Agory niewiele przekracza 300 mln zł (8 zł za akcję).

 

Ale wówczas Wyborcza jest na fali. Otwiera w 2002 roku z pompą ogromny pałac ze szkła i stali, nową siedzibę przy ul. Czerskiej. W tym samym roku do nowej siedziby przyszedł Lew Rywin złożyć Michnikowi ofertę. W zamian za łapówkę Agora dostanie ustawę, która otworzy drogę do posiadania stacji telewizyjnej. Wybuchł skandal. Sejmowa komisja śledcza złamała na dobre wizerunek Wyborczej i Michnika. Zaczęła się równia pochyła.
Agora ratowała się rozszerzając swoje portofolio, kupując m.in. AMS, a przede wszystkim w 2010 roku sieć kin Helios, by generować zyski na utrzymanie nierentownej Wyborczej.

 

Złote akcje Agory

 

Mimo wejścia na giełdę nie było i nie jest możliwe wrogie przejęcie Agory. Przypomniał o tym na łamach Wyborczej Wojciech Orliński. O tym kto zasiada w radzie nadzorczej i zarządzie decydują właściciele uprzywilejowanych akcji serii A, zwanych metaforycznie „złotymi akcjami”. Nie można ich kupić na giełdzie.

 

Złote akcje należą do spółki Agora-Holding, ich właścicielami są: Seweryn Blumsztajn, Helena Łuczywo, Wanda Rapaczyńska, Barbara Piegdoń, Bartosz Hojka. Udziałów w Agora-Holding nie można kupić, sprzedać ani odziedziczyć. Wejść do spółki można tylko przez kooptację. Odejście oznacza umorzenie udziału. Drogą kooptacji do tego doborowego towarzystwa trafił Bartosz Hojka i został prezesem. Jest najmłodszy, ma zaledwie 47 lat.

 

W 2013 roku gdy wyleciał cały zarząd prezesa Niemczyckiego holding szukał nowego prezesa przez rok i odnalazł go w szefie agorowego pionu radiowego – który był pod każdym względem anty-Niemczyckim. Młody, dynamiczny, skuteczny, pełen pomysłów, nieuwikłany w polityczne przepychanki obozu „solidarnościowego” – tak Orliński scharakteryzował Hojkę.

 

To Hojce, o którym Michnik pisze z pogardą, Agora zawdzięcza, że jeszcze dzisiaj jest na rynku – przyznaje Orliński. To Hojka rozwinął sieć kin Helios. Jako człowiek o trzy pokolenia młodszy od Michnika nie podziela jego fobii i patrzy na holding oczyma biznesmena a nie zaczadzonego ideologa. Dlatego chce połączyć Gazetę.pl z Wyborczą. Ale to oznacza utratę przez Michnika i jego zakon niezależności.

 

Jednak sposób obrony tej niezależności przez Michnika i jego politycznych akolitów naraża ich tylko na śmieszność. Spółka giełdowa rządzi się prawami rynku, a nie ideologią i superego redaktora naczelnego. Jeśli Michnik chce zachować niezależność, to nie osiągnie jej krzycząc, żeby Agora odczepiła się od redakcji, tylko on musi odejść wraz z dziennikarzami, którzy gotowi są za niego zginąć. Tak zrobił naczelny „Rzeczpospolitej” Paweł Lisicki, zwolniony przez nowego właściciela Grzegorza Hajdarowicza.

 

Hajdarowicz niszczy wówczas najbardziej poczytny w tamtym czasie w Polsce tygodnik „Uważam Rze”, wymyślony przez Lisickiego. Niemal cały zespół tygodnika odchodzi z Lisickim. Z tej redakcji powstają dwa nowe tygodniki „Sieci” i „Do Rzeczy”. „Uważam Rze”, wkrótce padło.

 

Podobnie zachowali się dziennikarze „Trybuny Opolskiej”. Ten były organ KW PZPR nabyła spółka „Pro Media”. W prima aprilis, 1 kwietnia 1993 roku cały zespół na czele z naczelnym wyciął właścicielowi numer. Zarejestrowali nową spółkę, podpisali z nią umowy o pracę i wydali „Nowa Trybunę Opolską”. Wygrali w sądzie. Później jednak sprzedali się spółce Orkla. Woleli złotą klatkę, która też nie okazała się taka złota, od wolności. Dzisiaj ich właścicielem jest Orlen.

 

Michnik zamiast rozdzierać szaty też musi zdecydować, albo zostaje w złotej klatce Agory, albo spróbuje własnych sił na rynku, tym razem bez wsparcia gen. Kiszczaka, ale może wesprze go Soros, posiadacz ok. 12% proc akcji Agory. Obecnie ma nabyć udziały w Gremi Media (wydawca „Rzeczpospolitej”), może tam szykuje miejsca dla prometejskiej drużyny Michnika?

 

Adam Socha

 

Świat manipulacji, świat propagandy – ks. MARIUSZ FRUKACZ o edukacji medialnej

W Polsce potrzebna jest edukacja, która pomoże odbiorcom mediów zająć postawy krytyczne wobec serwowanych treści i form i pozwoli dokonywać własnego wyboru tego, co rozwija, wzbogaca, uczy – zamiast tego, co degraduje, zuboża, zawęża ogląd rzeczywistości.

 

Niedawno KRRiT pochyliła się nad tematem edukacji medialnej, wskazując na jej konieczność w polskim społeczeństwie. Na stronie gov.pl  czytamy, że „KRRiT mając świadomość zagrożeń oraz potrzeby rozszerzenia i skoordynowania działań w obszarze edukacji medialnej, zaprosiła do współpracy instytucje zajmujące się tą tematyką w różnych jej aspektach. Celem współpracy jest, oprócz stworzenia ram organizacyjnych dla różnych przedsięwzięć w tym obszarze, wzmocnienie roli i odpowiedzialności państwa w zakresie edukacji medialnej oraz wykorzystanie wszystkich dostępnych zasobów w celu jej rozwoju”.

 

Reagować na zagrożenia

 

Oczywiste jest to, że edukacja medialna jest bardzo potrzebna nam wszystkim. To słuszny kierunek myślenia.  Przecież widoczne są gołym okiem takie zagrożenia jak: dezinformacja, przejawy agresji w środowisku online, no i oczywiście  mowa nienawiści. „Negatywnym zjawiskom, takim jak: rozpowszechnianie treści zagrażających rozwojowi dzieci i młodzieży, fake newsy czy dezinformacja, powinna przeciwdziałać wiedza użytkowników o mechanizmach powstawania przekazów medialnych, sposobach ich rozpowszechniania, wpływie kapitału na wydźwięk informacyjny czy znajomość źródeł pochodzenia informacji. Tym zagadnieniom, w pierwszej kolejności, powinna zostać poświęcona uwaga instytucji, które są odpowiedzialne za edukację, spójność społeczną, a także za tworzenie warunków odpowiedzialnego rozwoju rynku medialnego w Polsce wśród wszystkich podmiotów uczestniczących w tym procesie” – czytamy na stronie KRRiT (TUTAJ).

 

Jednak nadal pozostają pytania: jak taka edukacja powinna wyglądać w dobie fake newsów, dezinformacji, wojny hybrydowej, social mediów, szybko zmieniającej się technologii. Warto w tym kontekście przypomnieć wkład Kościoła w Polsce w edukację medialną. Dobrze by było, aby KRRiT skorzystała z tego doświadczenia.

 

Wkład Kościoła

 

Wśród osób, które miały poważny wkład w edukację medialną w polskim społeczeństwie był ks. prof. dr hab. Antoni Lewek, zmarły w 2010 r. twórca i dyrektor Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa na UKSW w Warszawie. Instytut ten powstał w 2002 r. i już wtedy formacja na Instytucie była odpowiedzią na istniejące zagrożenia w sferze informacji społeczeństwa. Oferta Instytutu była bardzo szeroka i obejmowała przedmioty z zakresu komunikacji społecznej, mediów i dziennikarstwa, takie jak: teorie komunikowania społecznego, media w Polsce, historia mediów i dziennikarstwa, nauka Kościoła o mediach i dziennikarstwie, Kościół a polityka, misja i osobowość dziennikarza, etyka dziennikarska, pedagogika mass mediów, dziennikarstwo a kultura, encyklopedia prawa dla dziennikarzy, prawo prasowe i autorskie, kultura i stylistyka języka dziennikarskiego, gatunki dziennikarskie (informacja, wywiad, reportaż, komentarz…), międzynarodowy obieg informacji, retoryka i erystyka, kulturotwórcza funkcja dziennikarstwa, publicystyka religijno-społeczna, reklama, marketing, public relations, „edukacja medialna” w szkole, warsztaty dziennikarstwa prasowego, radiowego i telewizyjnego, nowoczesne technologie w dziennikarstwie, edytorstwo poligraficzne i elektroniczne, techniki komputerowe, publikowanie w internecie, systemy portalowe, fotografia w prasie.

 

Ogromny wkład w edukację medialną polskiego społeczeństwa ma bp Adam Lepa.  To on w swoich publikacjach zwracał uwagę na to, że konieczna jest obiektywna informacja, rzetelna edukacja. Bp Lepa wielokrotnie  przypominał, że poważne zagrożenie stanowi  deformująca informację i edukację propaganda, reklama, czy odwołujące się do niskich instynktów programy, uzależniające i demoralizujące odbiorcę, zwłaszcza słabo wykształconego lub pozbawionego moralnego oparcia w rodzinie czy środowisku, w solidnych wartościach i zasadach. Zdaniem bp. Lepy zwłaszcza młodzież wystawiona jest na niebezpieczeństwa, płynące od tych mediów, które  – wpatrzone w reklamowy zysk lub służące propagandzie – traktują odbiorcę instrumentalnie, przedmiotowo, dokonując na nim swych manipulacji. Warto w tym względzie powrócić do takich publikacji bp. Adama Lepy jak: „Świat propagandy” i „Świat manipulacji”, które już w połowie lat 90. zwracały uwagę społeczeństwa na zagrożenia, płynące od mediów (zob. niedziela.pl ).

 

Jest oczywiste, że potrzebna jest polskiemu społeczeństwu rzetelna wiedza o mediach, o ich własnym politycznym czy reklamowym uzależnieniu. Potrzebna jest edukacja, która pomoże odbiorcom mediów zająć postawy krytyczne wobec serwowanych treści i form i pozwoli dokonywać własnego wyboru tego, co rozwija, wzbogaca, uczy – zamiast tego, co degraduje, zuboża, zawęża ogląd rzeczywistości.

 

Również wiele lat temu redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela” zorganizowała  warsztaty edukacji medialnej i katechetyczne nt. zagrożeń duchowych płynących z popkultury. Prowadziła je mgr Małgorzata Więczkowska – pedagog, medioznawca, autorka Innowacyjnego Serwisu Internetowego Edukacja Medialna www.edukacjamedialna.pl . Ponadto, warto zauważyć, że nowe ratio studiorum, które obowiązuje w polskich seminariach duchownych ma edukację medialną. Przyszli kapłani w ramach tej edukacji uczą się o nauczaniu Kościoła nt. mediów. Edukacja medialna w polskich seminariach przewiduje formację w zakresie edukacji informatyczno – internetowej, zagadnień public relations, teorii mediów i kontaktów z mediami.

 

W zakresie edukacji medialnej cennym doświadczeniem mogą służyć UKSW, UPJPII, KUL. Oczywiście, w zakresie edukacji medialnej ogromny wkład mają uczenie papieskie w Rzymie: Uniwersytet Świętego Krzyża i Uniwersytet Salezjański.

 

Edukacja medialna wobec logiki dezinformacji

 

W relacji ze spotkania KRRiT podkreśla się  odpowiedzialność za edukację oraz spójność społeczną. Ważne to jest wobec zjawiska fake newsów czy dezinformacji. Na ten temat zostawił nam w 2018 r. bardzo cenne wskazówki papież Franciszek. W orędziu na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, które nosiło tytuł: „«Prawda was wyzwoli» (J 8, 32). Fake news a dziennikarstwo pokoju” papież Franciszek zwrócił uwagę, że obecność i rozpowszechnianie fake news – dezinformacji w Internecie lub w mediach tradycyjnych „może odpowiadać pożądanym celom, wpływać na decyzje polityczne i sprzyjać korzyściom ekonomicznym”.

 

Papież wskazał również na istnienie swoistej logiki dezinformacji: „Zamiast zdrowej konfrontacji z innymi źródłami informacji, co mogłoby pozytywnie podać w wątpliwość uprzedzenia i otworzyć na konstruktywny dialog, grozi nam stanie się mimowolnymi sprawcami rozpowszechniania opinii stronniczych i nieuzasadnionych. Dramat dezinformacji polega na dyskredytowaniu drugiego, przedstawianiu go jako wroga, aż po demonizację, która może podżegać do konfliktów” – napisał papież Franciszek.

 

Ojciec Święty w zdecydowany sposób podkreślił, że nikt „nie może zwalniać się z odpowiedzialności za przeciwdziałanie tym fałszerstwom”. „Nie jest to zadanie łatwe – napisał papież Franciszekponieważ dezinformacja często opiera się na zróżnicowanym dyskursie, umyślnie pokrętnym i subtelnie wprowadzającym w błąd, a czasami wykorzystującym wyrafinowane mechanizmy. Dlatego też bardzo godne pochwały są inicjatywy edukacyjne, które pozwalają nauczyć się, jak czytać i oceniać kontekst komunikacyjny, ucząc, by nie być nieświadomymi propagatorami dezinformacji, ale przyczyniać się do jej odkrycia. Równie godne pochwały są inicjatywy instytucjonalne i prawne, starające się określić regulacje mające na celu powstrzymywanie tego zjawiska, a także podejmowane przez firmy technologiczne i medialne, służące określeniu nowych kryteriów dla weryfikacji tożsamości jednostek, które kryją się za milionami profili cyfrowych”.

 

Edukacja medialna jest wyzwaniem naszych czasów, trzeba się nad nią pochylić i podjąć ją w sposób zdecydowany. Oby tylko przyniosła dobre efekty w polskim społeczeństwie.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Zielony uspokaja – DONAT BRYKCZYŃSKI o pracy fotoreporterów na granicy polsko-białoruskiej

Czy żołnierze mieli jakiekolwiek prawo i podstawy zatrzymywać, przeszukiwać, zakuwać w kajdanki fotoreporterów, poza strefą stanu wyjątkowego? Dlaczego nie zaprzestali ordynarnej i brutalnej interwencji w momencie gdy potwierdzili tożsamość zatrzymanych i przez godzinę trzymali ich skutych?

 

Podobno kolor zielony uspokaja. Spacer po parku czy lesie łagodzi stres, stajemy się lepsi. Emocje stygną. Okazuje się że nie wszędzie. W Wiejkach na Podlasiu pojawił się, nie zaobserwowany przez IMGW, prąd atmosferyczny, opar, mgła błądząca, która tą idyllę zaburzyła. Zjawisko miało miejsce całkiem niedawno, 16 listopada. Skutkiem tegoż kury przestały się nieść, a żołnierze Wojska Polskiego przemówili językami zrozumiałymi najlepiej na warszawskiej Pradze. Ten popis krasomówczy skierowali do trzech fotoreporterów, którzy patiomkinowskie lufy swoich obiektywów skierowali w ich stronę.

 

Wprawdzie fotoreporterzy wcześniej przedstawili się grzecznie wartownikowi, powiedzieli że prasa itd. Wyrazili nawet szacunek dla pracy żołnierzy. Ale to było za mało, o wiele za mało, o czym szybko się przekonali. Wycelowano w nich broń, taką prawdziwą. I usłyszeli kilka zdań, gęsto okraszonych słowami na k… i inne niewinne litery. Forma i ekspresja wypowiedzi nawiązała bezpośrednio do tzw. „brania na huki”, metody zastraszania znanej z ciemnych bram i zaułków. Przeszukano ich, pozbawiono wierzchniej odzieży, kazano podnosić ręce do góry, następnie zakuto w kajdanki.

 

A mgła błądziła nad Wiejkami

 

Następnie w dość frywolnej atmosferze (uwagi o zniszczeniu sprzętu i aparacie dla żony) żołnierze, dbając o to aby nie zostawić odcisków palców przejrzeli prywatne telefony i karty pamięci fotografów. Szczęśliwie, po godzinie, z opresji fotoreporterów wybawiła Policja.

 

A wszystko się nagrało

 

Nikogo dziś nie dziwi rejestrator video w samochodzie. Nie powinno więc też dziwić nagrywanie wszystkich rozmów przez fotoreporterów. Takie czasy. Trzeba się zabezpieczać. Bo słuchając wyjaśnienia służb, po mniej lub bardziej udanych interwencjach, z udziałem dziennikarzy, można odnieść wrażenie że ludzie mediów to delikatnie mówiąc istoty lekko opóźnione. Nie potrafiące wyartykułować kim są, mówiące w sposób niezrozumiały, a wyjęcie kartonika nazywanego „legitymacją prasową” to operacja całkowicie poza zasięgiem ich motoryki.

 

Pomimo to, że wszystko się nagrało, znajdują się komentatorzy usprawiedliwiający taką formę wojskowej interwencji. W myśl tej wersji żołnierze w sposób kulturalny, kierowani troską o bezpieczeństwo kraju, wylegitymowali podejrzanych typów.

 

Fotoreporterom zarzucono skradanie się, nieoznakowanie, strój maskujący (kaptury, czapki), zamaskowanie, zarost na twarzy i o zgrozo posiadanie sprzętu optycznego. O niewyraźnej mowie nie wspominając. Toż to zgroza. Powinni, podlaskie knieje przemierzać w widocznym z wielu kilometrów regulaminowym pląsie, powiewając szarfami i flagami. Sygnalizując różnorakimi dźwiękami swoje przybycie. Wszystko zgodnie z obyczajem ujętym w opasłych kodeksach i w zgodzie z prawem przyjętym przez 82 kraje w międzynarodowym porozumieniu podpisanym na Łysej Górze.

Piszę idiotyzmy ? No pewnie, że tak. Bo zarzuty są idiotyczne. Fotoreporterzy mieli maski, bo mamy pandemię. Kaptury, bo jest listopad, zarost bo taka jest moda, a aparaty i obiektywy, bo są fotografami. Kierując się takimi przesłankami, służby powinny walić na glebę każdego biegacza który w butach sportowych i kapturze, często ubrany w ciemny stój, biegnie parkiem w jesienny dzień. Przecież każdy z nas widział w kinie że tak ubierają się włamywacze. I pewnie ten teraz biegnie ze zrabowanym łupem. Na glebę go!

 

W medialnym szumie który powstał po tym wydarzeniu, brakuje mi odpowiedzi na dwa elementarne pytania, dla mnie retoryczne:

Czy żołnierze mieli jakiekolwiek prawo i podstawy zatrzymywać, przeszukiwać, zakuwać w kajdanki fotoreporterów, poza strefą stanu wyjątkowego?

Dlaczego żołnierze nie zaprzestali ordynarnej i brutalnej interwencji w momencie gdy potwierdzili tożsamość zatrzymanych i przez godzinę trzymali ich skutych? Sami w tym czasie dokonywali przeszukania rzeczy zatrzymanych.

 

Mamy wśród nas, fotoreporterów, kolegów i koleżanki którzy relacjonowali wydarzenia ze stref wojny, w Iraku, Afganistanie, Syrii, na Krymie,w Strefie Gazy czy Donbasie. Mieli różne przygody, często groźne. Bo nawet niewinne oznaczenie na aparacie, GPS, było mocno podejrzane dla ukraińskiego separatysty, a żołnierze Specnazu podczas inwazji na Krymie potrafili wyczyścić im karty pamięci. Ale takie wypadki to raczej incydenty z którymi nie wiązało się ubliżanie, szarpanie czy zakuwanie w kajdanki. A już opowieści kolegów, którzy spędzali miesiące w polskiej bazie w Afganistanie, to relacja o stosunkach koleżeńskich, wręcz przyjacielskich z naszymi żołnierzami.

 

Mamy też kolegę Grzegorza, fotoreportera, byłego chorążego WP. Zanim został fotoreporterem, jako żołnierz odsłużył trzy misje zagraniczne w latach 2005-2010. Był dwa razy w Iraku i raz w Afganistanie. Dziś opowiada o strachu, poczuciu obowiązku, odporności psychicznej i świadomości, że mógł wrócić w czarnym worku do domu. Pamięta też kilka dat, 10 września 2007, gdy mina pułapka wybuchła pod jego samochodem. 27 października 2007, ponownie eksplozja miny pułapki. Udało się przeżył. Pamięta też 2 listopada, wspólne śniadanie przed patrolem. Przy jednym stole żartuje z dwoma kolegami. Dla jednego z nich było to ostatnie śniadanie w życiu, drugi jest ciężko ranny.

 

W Iraku był dowódcą drużyny w grupie bojowej która wykonywała patrole, konwoje oraz tzw ruchome check pointy. Swoich żołnierzy instruował, że mają traktować miejscową ludność zgodnie z Regulaminem Ogólnym Sił Zbrojnych RP. Którego pkt. 29 stanowi:  „Żołnierze w stosunku do innych żołnierzy i do osób cywilnych są zobowiązani przestrzegać zasad etycznych, norm współżycia społecznego oraz zachowywać się z godnością, uprzejmie i taktownie” , a pkt 31 mówi: „Żołnierza obowiązuje poszanowanie języka ojczystego, kultura słowa, powstrzymanie się od używania słów oraz gestów wulgarnych i nieprzyzwoitych„.

 

Grzegorz wyjaśnia dalej, że na ruchomych check pointach sprawdzali czy w pojazdach nie podróżują osoby poszukiwane lub czy nie są przewożone materiały niebezpieczne typu broń, amunicja lub – co gorsza – miny pułapki. Było to więc zadanie ze wszech miar stresogenne.

 

– Dla mnie, jeżeli słyszę że żołnierz przeklina w takich sytuacjach, wiem, że jest słaby psychicznie i należy na niego uważać aby nie popełnił jakiegoś głupstwa za które trzeba będzie się grubo tłumaczyć przed prokuraturą wojskową – dodaje. – A tego co się stało w Wiejkach nie rozumiem, kontynuuje Grzesiek. I te pokrętne tłumaczenia. W jakim wojsku oni teraz służą, bo na pewno nie w takim, którym służyłem ja – kwituje.

 

Donat Brykczyński

Dziennikarstwo społeczne – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak zarabia się na podcastach

Niedawno na pewnym forum, gdzie zaproszono mnie jako gościa, z audytorium padło pytanie, co myślę o projektach dziennikarskich i publicystycznych, finansowanych przez odbiorców. Pojawiło się oczywiście nazwisko Dariusza Rosiaka, którego sukces w zbieraniu pieniędzy na platformie Patronite na jego „Raport o stanie świata” jest niewątpliwy i rozpalił wyobraźnię wielu. Niejeden zapewne dziennikarz, zakładając własny kanał na YouTube, myślał: „Będę jak Rosiak”. Na pytanie postawione przez publiczność odpowiedziałem jednak, że to złudzenie. Rosiak jest jeden i jego sukces się nie powtórzy, podobnie jak nie powtórzy się sukces Radia 357 i względny sukces Radia Nowy Świat. Zbyt mała jest grupa ludzi mających pieniądze i skłonnych wydawać je na takie projekty, a zbyt wielu jest tych, którzy na różne formy dziennikarskie chcą zbierać.

 

Wygrywa nierzadko ten, kto jest pierwszy, najlepiej zaś, żeby miał też dużą grupę bardzo wiernych fanów. Rosiak wystartował ze swoim projektem w idealnym momencie. Był jednym z pierwszych, proponujących jakościowe dziennikarstwo społeczne – tak nazywam projekty wspierane przez odbiorców i z tego się utrzymujące – a zarazem skorzystał na gęstniejącej już wówczas poważnie atmosferze wokół Trójki, z której go wyrzucono (nie przedłużając umowy – ale na jedno wychodzi). Na katastrofie Trójki skorzystały też Radio 357 i Radio Nowy Świat, choć to ostatnie wyraźnie przegrywa z konkurencją, mimo że ta wystartowała później. Są jeszcze bracia Sekielscy, ale to już nieco inna historia: dziennikarstwo bardzo zaangażowane światopoglądowo, korzystające na antykościelnej fobii i płynące na temacie pedofilii w Kościele. Sukcesu Rosiaka nie da się już powtórzyć, podobnie zresztą jak sukcesu braci Sekielskich. Jeden i drugi projekt w dużej mierze wydrenował krąg odbiorców, do którego się zwracał.

 

Warto byłoby zbadać – być może ktoś to już zrobił, ale ja na takie badania nie trafiłem – jakie są motywacje osób wspierających podobne inicjatywy na Patronite albo Zrzutce lub po prostu wpłacających na konto. Ile projektów są skłonni wspierać jednocześnie? Jakimi sumami? Jakie znaczenie ma temat projektu, jakie – jego kształt i wykonanie, a jakie – głośne nazwisko jego autora? Czy chętniej wspierać będą projekty grające na najpopularniejszych emocjach (Sekielscy) czy też oferujące analityczne dziennikarstwo jakościowe (Rosiak)? To dałoby nam obraz polskiego odbiorcy, gotowego zaangażować się finansowo we wspieranie dziennikarzy, próbujących coś robić własnym sumptem.

 

Ja sam mam już pewne doświadczenie i szczęśliwie, dzięki przyjętym założeniom, uniknąłem rozczarowań. Mam wrażenie, że wiele porażek ma swoje źródło właśnie w braku realistycznej oceny, a nawet próbach przekonania odbiorców, że dostaną coś absolutnie wyjątkowego, podczas gdy jest to jedynie propozycja kolejnego, podobnego do niezliczonych innych, programu czy przedsięwzięcia.

 

Przede wszystkim zatem nie zakładałem nigdy, że mój kanał będzie dla mnie źródłem utrzymania. Z założenia konta na Patronite zrezygnowałem, bo wymogi serwisu, który dopominał się o jakieś dodatkowe informacje czy wydumane bonusy związane z progami wsparcia, kompletnie mi nie odpowiadały.

 

Uważam zresztą, że Patronite nie jest serwisem przyjaznym dla twórców, próbujących robić coś poważniejszego, mniej rozrywkowego, a na dodatek stosuje instrumenty wprost cenzorskie. Trudno inaczej zinterpretować to, co spotkało Jana Pospieszalskiego, którego konto wstrzymała od startu jakaś, pożal się Boże, „rada naukowa” Patronite. Nikt nie wie, w jaki sposób jest powoływana, Patronite tego nie wyjaśnia – można wnioskować, że całkowicie uznaniowo – zaznacza tylko, że członkostwo w radzie ma charakter rotacyjny, a osoby chcące się w nią zaangażować prosi o kontakt mejlowy. Kpina.

 

Zdecydowałem się na prosty mechanizm wsparcia poprzez YouTube, ustawiając progi stosunkowo nisko. Uważam bowiem, że wyznaczanie wysokich progów wsparcia (obok oczywistych niskich) to jeden z podstawowych błędów wielu osób. Odbiorcy mogą to uznać za wyraz pychy. I będą mieć trochę racji. Jeśli najwyższy próg ma wynosić na przykład tysiąc złotych, to wiele osób może sobie zadać pytanie, za kogo twórca się sam uważa, skoro sądzi, że ktoś miałby go co miesiąc wspierać aż taką sumą. Sądzę, że to raczej zniechęca: „Wielki pan dziennikarz, przez lata robił kasę w dużej telewizji, a teraz chce ode mnie wyciągnąć po tysiaka miesięcznie? Niech spada na bambus”.

 

Moim odbiorcom od początku sygnalizowałem, że kanał na YouTube nie jest moim źródłem utrzymania, a jedynie dodatkowym sposobem komunikacji z nimi, natomiast wsparcie moich produkcji powinni traktować jak uczciwy układ: wynagrodzenie (dobrowolne) za pracę, której faktycznie muszę włożyć dużo w stworzenie każdego ponad godzinnego komentarza, któremu – jak sądzę – udało mi się nadać autorski i unikatowy styl.

 

Jak na takie planowo skromne założenia – nie jest źle. Przy ponad 16 tys. subskrybentów wspiera mnie regularnie nieco ponad 200 osób, w tym 17 osób korzysta z najwyższego progu 60 zł – co uważam za bardzo szczodre.

 

Patrząc z pewnej perspektywy – dziennikarstwo społeczne, a więc pomysł na utrzymywanie przez odbiorców licznych przedsięwzięć dziennikarskich i publicystycznych, okazało się porażką przynajmniej o tyle, o ile niektórzy liczyli na prawdziwą erupcję takich projektów i bardzo hojne utrzymywanie ich przez słuchaczy czy widzów. To się nie udało. I sądzę, że wiele osób powinno przemyśleć przyjęty model działalności, patrząc realistycznie na możliwości wspierających, ich liczbę, gotowość do dzielenia się pieniędzmi. Dużych przedsięwzięć dziennikarskich, finansowanych wyłącznie przez odbiorców, możemy mieć w Polsce dosłownie kilka. Może maksymalnie kilkanaście – z różnych dziedzin. Bo w każdej z nich (sprawy zagraniczne, dziennikarstwo naukowe, publicystyka) pole jest ograniczone do jednego, może dwóch większych projektów. Dla reszty zwyczajnie nie ma miejsca, zasobów i woli partycypowania w ich utrzymaniu przez odbiorców. Owszem, to może być działalność dodatkowa, uzupełniająca, ale żyć się z tego nie da. To nie zadziała. I chyba musimy się z tym pogodzić.

 

Łukasz Warzecha

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Dziennikarz pyta, władza milczy

Nie mamy w Polsce dobrych regulacji prawnych zmuszających funkcjonariuszy publicznych do odpowiadania na pytania dziennikarzy.

 

Znam burmistrza w Wielkopolsce, który wyłożył z gminnej kasy 4,5 tysiąca złotych, tylko po to, żeby nie odpowiedzieć na pytanie dziennikarza lokalnej gazety, dlaczego ścieżki rowerowe buduje z kostki betonowej zamiast z asfaltu, co zaleca nawet Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Na co konkretnie poszły te pieniądze, zapytacie? Na jedną z renomowanych, a więc najdroższych, kancelarii prawnych z Poznania, której pan burmistrz zlecił napisanie do Naczelnego Sądu Administracyjnego odwołania od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który nakazał mu odpowiedzieć m.in. na to pytanie dziennikarza.

 

Dlaczego włodarz miasta i gminy postanowił wydać z publicznych pieniędzy tak dużą kwotę zamiast po prostu odpowiedzieć na pytanie, nawet byle jak (np. „bo uważamy, że kostka betonowa jest lepsza niż asfalt”) i mieć problem z głowy? Odpowiedź jest prosta – bo nie lubi gazety, której dziennikarz miał czelność zapytać o kostkę. Wcześniej ta gazeta opublikowała serię artykułów o obrocie działkami budowlanymi pana burmistrza oraz o tym, jak za pieniądze gminnego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji podciągnął kanalizację do swoich działek przeznaczonych na sprzedaż. Niezorientowanym przypomnę, że prezydentom miast, burmistrzom i wójtom nie wolno prowadzić działalności gospodarczej, nawet – jak było w tym przypadku – niezgłoszonej do skarbówki. Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej w Poznaniu wydał decyzję, w której stwierdził, że ten obrót nieruchomościami spełnia wszelkie znamiona prowadzenia działalności gospodarczej, co z kolei było wystarczającą przesłanką dla wojewody, aby pomysłowemu burmistrzowi wygasić mandat i wprowadzić zarząd komisaryczny do czasu nowych, przedterminowych wyborów burmistrza. Nie zrobił tego, nie wiadomo dlaczego, a na pytania dziennikarzy tylko tajemniczo się uśmiecha.

 

Co dla nas, dziennikarzy istotne, od czasu wyjścia na jaw tzw. afery gruntowej, burmistrz prawie całkowicie przestał odpowiadać na pytania dziennikarzy tej gazety, więc jedynym sposobem uzyskania z ratusza czegokolwiek stało się przysłanie zapytania w trybie dostępu obywateli do informacji publicznej. Teoretycznie na takie zapytanie burmistrz odpowiedzieć musi, ale nawet jeśli łaskawie odpowiadał, to przeważnie w ostatnim możliwym terminie, czyli pod koniec dwutygodniowego terminu, a do tego zdawkowo i czasem „nie na temat” lub „obok tematu”.

 

Pytanie dziennikarza na temat tej nieszczęsnej kostki brukowej wzięło się stąd, że parę dni wcześniej w swoich „Wieściach z Ratusza” burmistrz opublikował listę inwestycji w infrastrukturę rowerową w ostatnich dwudziestu latach, która miała pokazać, że „w temacie rowerowym jest dobrze” i zadać kłam temu, co od wielu miesięcy pisała na ten temat owa gazeta lokalna – ścieżek rowerowych w mieście prawie nie ma, a najczęściej są jedynie „ciągi pieszo-rowerowe”, czyli chodniki dla pieszych przemalowane na chodniki pieszo-rowerowe, co nie jest dobre ani dla pieszych, ani dla rowerzystów. Gazeta postulowała też wydzielanie prawdziwych, czyli bezpiecznych dróg dla rowerów na każdej nowej ulicy, oczywiście nie z betonowej kostki.

 

Stąd właśnie owo zacietrzewienie burmistrza w tak błahej sprawie – za żadne skarby nie można tej gazecie przyznać racji, bo jeśli przegramy w drobiazgach,  możemy przegrać także w sprawach poważnych. Dlatego trzeba się bić tak długo, jak to możliwe, nawet w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Koszty nieważne, tym bardziej, że ponoszą je wszyscy podatnicy, a nie pan burmistrz z własnej kieszeni.

 

Mówiąc już zupełnie poważnie – nie mamy w Polsce dobrych regulacji prawnych zmuszających funkcjonariuszy publicznych do odpowiadania na pytania dziennikarzy. Pójście do sądu ze skargą na opieszałość urzędników, czekanie miesiącami na rozstrzygnięcie, potem droga odwoławcza – to wszystko trawa miesiącami, a nawet latami. W opisywanym przypadku sprawa utknęła w NSA i leży tam od 2020…

 

Waldemar Śliwczyński

 

Dziennikarz nie świnia, swoje prawa ma – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Jednych dziennikarzy wpuszcza się do studia radiowego czy telewizyjnego. Inni całują klamkę. Czy stygmatyzacja i cenzura redaktorów ma sens?

 

Red. Tomasz Terlikowski skrytykował swego czasu PiS, w sprawie ustawy antyaborcyjnej. Dostał bana i TVP Info ogląda tylko na szklanym ekranie, a nie za stołem, przy światłach, od środka.

 

Co ciekawe Terlikowski bez problemu głosi swoje prawdy w  TV Republika, pisuje do „Gazety Polskiej” czy „Tygodnika Solidarność”. Ale zgłasza akces, że chętnie w temacie Kościoła porozmawia z tygodnikami „Sieci”, „Do Rzeczy” oraz telewizją wPolsce.pl. Ale ideowcy z prawej strony mają swoją wizję oblicza prawdy. Redaktor komentujący dla TVN, i współpracujący niegdyś z „Newsweekiem” i radiem TOK FM, to obłudnik i Judasz.

 

Takich przypadków jest więcej. Na przykład red. Rafał A. Ziemkiewicz nie tylko wkurza salon. Anty-salon również. Czyli wszystkich. RAZ zauważył, że „media PiS-owskie są toporne, prymitywne i nieskuteczne”. A za krytykę „piątki Kaczyńskiego” jakoś tak zniknął z TVP Info. Bycie prawicowym symetrystą, to nie lada zadanie.

 

Jak się jest dziennikarzem, należy się trzymać jedynie słusznej linii czy tam drogi. Jak się człowiek wyłamuje, to się niechybnie środowisku naraża.

 

Taka „Towarzyszka panienka”. Jakież było oburzenie, że autorka wywiadów zaprasza do swoich programów skrajną prawicę. A ciekawe, co by było, jakby zapraszała skrajną lewicę? Trockistów, maoistów czy anarchokomunistów. Monika Jaruzelska nie powinna w swych przesłuchaniach, wychodzić z kanonu: Urban, Gadzinowski, Zandberg, Ikonowicz.

 

Jednak wykazała się prawicowym odchyleniem. Hańba. Samo wpadnięcie na pomysł, że można rozmawiać z Ziemkiewiczem, Michalkiewiczem, Korwinem czy Braunem. Brrr. Miejmy nadzieję, że choć witała się z nimi przez chusteczkę i szklanki po herbacie które dotykali, porządnie wyparzyła.

 

Dążąc do ideału i doskonałości, każda partia powinna mieć swoją telewizję. A w niej tylko swoich dziennikarzy, którzy do rozmów zapraszaliby tylko swoich partyjnych i redakcyjnych kolegów. Świat byłby piękny, nieskomplikowany, poukładany. Nie było by połajanek słownych, wychodzenia ze studia, tekstów typu „Ja panu nie przerywałem”. Takie światy równoległe, w której panuje idylla, nie zmącana intelektualnym wysiłkiem próby zrozumienia przeciwnika.

 

Red. Krzysztof Skowroński, na pytanie „czy trzeba się ześwinić?” odpowiedział w „ABC dziennikarstwa”:

 

„Praca dziennikarza to próba odcedzenia jednego od drugiego, to laboratorium, w którym czasami można pozamieniać probówki z podobnymi. Pamiętajmy, że nasze laboratoriom nie jest sterylnym miejscem, ma cechy chlewu, a w chlewie są świnie. Rozmaite rodzaje świń. Świat świń jest tak samo jak wszystkie inne światy skomplikowany”.

 

Specjaliści od trzody chlewnej, już dawno temu stwierdzili, że nienawiść w stadzie jest spowodowana łączeniem w czasie tuczu dwóch grup warchlaków, ustalającymi poprzez walki, hierarchię w stadzie. Wobec powyższego, w naszym chlewiku tylko słuszni i swoi. Błotko do radosnego paplania tylko dla nas. O korycie nie wspominając.

 

Tylko uwaga na agresję, która może się w przyszłości zrodzić nawet wśród swoich. Jest to spowodowana zbyt dużym zagęszczeniem i nudą. Obgryzają sobie wtedy uszy i ogony. Także studia telewizyjne tylko duże i porozsadzać po kątach. Tematy tylko niebezpieczne, podnoszące adrenalinę. Np. co doktor Terlikowski sądzi o ewangelikach, herezji, lustracji, antykoncepcji i homoseksualistach.

 

Na samą myśl ogonki się kręcą. Chrum, chrum.

KS. ARTUR STOPKA: Program regionalny prowadzony z Warszawy

Polityka kadrowa w publicznych mediach regionalnych ma większe znaczenie, niż to się może na pierwszy rzut oka wydawać. Tym bardziej powinna być pod społeczną kontrolą.

 

Historycy twierdzą, że to nie Stalin sformułował hasło „Kadry decydują o wszystkim”. O prawdziwości tej zasady był ponoć przekonany Lenin, a jego następca po prostu ją wielokrotnie powtarzał i z dużym zaangażowaniem starał się wprowadzać w życie obsadzając stanowiska. Ale nie tylko oni zdawali sobie sprawę ze znaczenia polityki personalnej. Nie jest przecież tajemnicą, że – jak napisano na stronach Instytutu Pamięci Narodowej w opisie jednej z pozycji wydawniczych – „czynnik ludzki miał bowiem, i raczej na pewno mieć będzie, kluczowe znaczenie w dziejach naszej cywilizacji”.

 

Nie trzeba również być geniuszem, aby wiedzieć, że w dzisiejszym świecie jedną z niezwykle istotnych (nie tylko politycznie) sfer życia społecznego są media. Nie tylko  kształtują one opinię społeczną, ale dają realną możliwość wpływania na zachowania dużych grup społeczeństwa. Dlatego każdy dysponent mediów powinien przykładać wielką wagę do tego, kogo zatrudnia, w czyje ręce powierza bezsprzecznie potężne narzędzie oddziaływania. Siła tego narzędzia domaga się odpowiedzialności, zarówno ze strony właścicieli, zarządzających, jak i tych, którzy przygotowują na różnych szczeblach produkcyjnych tzw. kontent. To nie powinni być ludzie przypadkowi. To powinni być ludzie godni zaufania. I na właściwym miejscu.

 

Gdy trzeba przejąć redakcję

 

Logicznym działaniem wydaje się w takiej sytuacji długotrwały i precyzyjny proces rekrutacji, staranna selekcja kandydatów, sprawdzanie nie tylko ich profesjonalnych umiejętności, ale również np. predyspozycji do pracy w zespole. Jednak takie postępowanie sprawdza się najlepiej w sytuacji tworzenia nowego tytułu prasowego, nowej stacji radiowej czy kanału telewizyjnego, albo powoływania jakiegoś nowego medialnego bytu w Internecie. A jeśli trzeba przejąć od dawna istniejącą redakcję?

 

Rzadko się zdarza, żeby w takich okolicznościach nie pojawiała się konieczność zmian kadrowych w zespole. Niejednokrotnie nowy dysponent konkretnego medium dochodzi do wniosku, że trzeba je przeprowadzić szybko. Spośród rozmaitych sposobów dostosowania składu osobowego redakcji do oczekiwań nowego kierownictwa łatwe w stosowaniu i skuteczne wydają się niektórym dwa.

 

Przyniosą rezultaty przeciwne

 

Pierwszy polega na ściągnięciu do zespołu zaufanych kolegów i sprawdzonych współpracowników z innych mediów, m. in. z tych, w których się wcześniej pracowało. Drugi sposób polega na zatrudnieniu gwarantowanych gwiazd, najlepiej błyszczących aktualnie w medialnych przedsięwzięciach większego kalibru i świetnie rozpoznawalnych. Obydwie metody mogą się wydawać atrakcyjne, warto jednak zastanowić się, czy nadają się do zastosowania wszędzie i w każdych warunkach. Nie tylko z uwagi na problemy z organizacjami gotowymi bronić dotychczasowych pracowników, którzy nie pasują do aktualnej koncepcji konkretnego medium.

 

O ile bowiem wspomniane drogi budowania na nowo zespołu redakcyjnego mogą się okazać bardzo praktyczne w mediach prywatnych, o tyle w mediach publicznych nie tylko z dużym prawdopodobieństwem będą budzić kontrowersje i opory, ale na dłuższą metę przyniosą rezultaty przeciwne do oczekiwanych. Zwłaszcza wtedy, gdy spróbuje się je wdrożyć w mediach publicznych o charakterze regionalnym czy lokalnym.

 

Wpisał w grafik gospodarzy

 

Pod koniec października br. w medialnym światku zrobiło się dość głośno o jednej z regionalnych rozgłośni publicznego radia. Jej urzędujący od sześciu miesięcy prezes, będąc w sporze ze związkami zawodowymi w sprawie wysokości wynagrodzeń i zwalniania pracowników, przy przebudowie zespołu zastosował drugą z omówionych powyżej metod. Wpisał w grafik gospodarzy audycji trzy bardzo znane osoby kojarzące się obecnie ze stolicą. Dwie z nich to wybijające się twarze publicystyki ogólnopolskiej telewizji publicznej. Według dostępnych w mediach branżowych informacji, wszyscy troje mieli prowadzić swoje programy… z Warszawy. Czy istotnie właśnie tego typu rozwiązań personalnych i programowych oczekują słuchacze regionalnego publicznego radia? Byłoby interesujące poznać opinię Rady Programowej wspomnianej rozgłośni na temat nowego kształtu ramówki.

 

Od czasu do czasu niektórzy publicyści przywołują cytat z opublikowanej szesnaście lat temu (we wrześniu 2005 r.) przez Ogólnopolską Federację Organizacji Pozarządowych „Strategii rozwoju społeczeństwa obywatelskiego”. Dotyczy on mass mediów, nazywanych wówczas jeszcze dość powszechnie środkami masowego przekazu. Katarzyna Sadło, publicystka znana jako Kataryna, przemyślenia o mediach zawarte w tym dokumencie określiła w zeszłym roku jako „z dzisiejszej perspektywy uroczo naiwne”.

 

 Powinny tworzyć płaszczyznę wymiany

 

Mimo to warto je po raz kolejny przypomnieć. Zdaniem trojga autorów „Strategii” mass media są zarówno największą szansą, jak i największym zagrożeniem dla funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Według nich szczególną wagę należy przywiązywać do niekomercyjnych, społecznie zaangażowanych środków przekazu. „Publiczne media powinny tworzyć płaszczyznę wymiany idei, poszukiwania prawdy i promocji działań, których celem jest dobro wspólne” – napisali, dodając, że nie będzie to możliwe bez sprawnej kontroli społecznej nad mediami publicznymi i wpływu opinii publicznej na kształt mediów komercyjnych.

 

Przy okazji wyszło na jaw, że prezes wspomnianej regionalnej rozgłośni nie był prekursorem w zatrudnianiu do prowadzenia w swojej stacji audycji znanych twarzy ze stolicy. Okazało się, że wspomniane gwiazdy telewizji publicznej mają już swoje programy w innych publicznych lokalnych radiostacjach.

 

Nie powinno dochodzić

 

Prof. Jacek Dąbała, medioznawca i audytor jakości mediów z Uniwersytetu Jagiellońskiego, komentując zaistniałą sytuację zauważył, że w mediach publicznych nie powinno dochodzić „do zachowań typu prywatnego”. Za takie jego zdaniem można uznać zwalnianie wieloletnich pracowników i jednocześnie zatrudnianie osób z mediów rządowych, czyli stronniczo relacjonujących rzeczywistość. Można też natrafić na opinie medioznawców oceniających rzecz w znacznie ostrzejszych sformułowaniach.

 

Tym pilnej powinny się głośno wypowiedzieć o opisanym zjawisku powołane przez Radę Mediów Narodowych gremia, których zadaniem jest opiniowanie programów w mediach publicznych. Nawet jeżeli oczekiwanie na taką reakcję wyda się dzisiaj komuś naiwne.

 

 

MIROSŁAW USIDUS: Medialny smród w amerykańskim stylu

Wykradziony został raport o wojnie wietnamskiej, tzw. „Pentagon papers”, który opublikowali dziennikarze „Washington Post”, zaś kilka lat temu przedstawieni jako bohaterowie w filmie „Czwarta Władza”. Kradzione były materiały „Watergate”. Jednak tamte śledztwa były „wielkimi momentami dziennikarstwa”. Dlaczego te same media nie protestują, gdy teraz FBI robi nalot na Project Veritas?

 

Pamiętnik córki prezydenta Joe Bidena, Ashley Biden, został, jak uważają urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości Bidena, wykradziony. Project Veritas, do którego drzwi nad razem załomotali agenci federalni FBI, nie opublikował go, choć dostał już ponad rok temu, tuz przed wyborami prezydenckimi, Nie opublikował, gdyż, jak relacjonuje szef śledczego serwisu, James O’Keefe, nie był w stanie potwierdzić jego autentyczności. Czyli „jakby” zgodnie z najlepszymi standardami dziennikarstwa. Co więcej, jak poinformował O’Keefe, władze czyli Departament Sprawiedliwości Bidena zostały powiadomione o tym pamiętniku zaraz po tym, jak Project Veritas zyskał do niego dostęp.

 

Oczywiście wielu jest chętnych do pomniejszania rangi pamiętnika córki prezydenta Bidena, co pomaga migać się od zarzutów o stosowanie podwójnych standardów w cenie postępowania wobec niezależnego śledczego dziennikarstwa. Owszem, pamiętnik panny Biden miał charakter prywatny. Oprócz opisów uzależnienia od narkotyków, są w nim jednak sformułowania sugerujące, że tata mógł dopuszczać się wobec niej jakiejś formy pedofilskiego molestowania. I tu się robi poważniej, gdyż informacje, a nawet tylko niejasne aluzje, sugerujące takie czyny i skłonności, mogą posłużyć do szantażu, a chyba nikt w USA nie chce, by prezydent ich kraju był szantażowany.

 

Poza tym, na co zwraca uwagę wielu prawników, skoro sprawa dotyczy sfery całkiem prywatnej i panna Ashley jest ofiarą złodzieja osobistych sekretów, to dlaczego nie rozgrywa się to na poziomie zwykłego lokalnego (stanowego) wymiaru sprawiedliwości, lecz zajmuje się tym Departament (ministerstwo) Sprawiedliwości USA i Federalne Biuro Śledcze. Krążą też pytania do mediów, nie tylko o to, dlaczego nabrały wody w usta i udają, że nie widzą, że sprawa jest uderzeniem w wolność i niezależność mediów, w zasadę ochrony ich źródeł informacji i niezależności dziennikarzy.

 

Pyta się także np. „The New York Times”, jak to się stało, że mając doskonałe źródła informacji (dziennikarze tej gazety nie tylko wiedzieli o akcji FBI niemal równocześnie z jej przeprowadzeniem, ale w gruncie rzeczy, w swojej publikacji na temat najazdu FBI na O’Keefe, potwierdzili autentyczność pamiętnika), nie zajęli się profesjonalnie tematem. „NYT” pytany jest także o jeszcze bardziej szokujące podejrzenia dotyczące uprzywilejowanej pozycji tego medium wobec innych, ale do tego jeszcze wrócę.

 

Oczywiście dla wielu komentatorów ze skrajnie lewicowych mediów, takich jak np. brytyjski „The Independent” już sam fakt, że Project Veritas to media „konserwatywne” jest równoznaczny z wyjęciem ich spod prawa, wyłączeniem w ich przypadku z pierwszej poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych i orzeczeń Sądu Najwyższego, który w sprawie ukazanego w filmie „Czwarta Władza” śledztwa stanął jednoznacznie po stronie mediów i swobody ich działania w dochodzeniu do prawdy. Krótko mówiąc dla lewicowych dziennikarzy prześladowanie ich nielewicowych kolegów nie stanowi żadnego problemu. Bardziej umiarkowani przedstawiciele establishmentu medialnego w USA są zachowują powściągliwość, ale sprowadza się ona do udawania, że nie widzą skandalu i wielkiego problemu z wolnością mediów w tym przypadku.

 

Woń trzecioświatowych amerykańskich standardów

 

Na szczęście są jeszcze w USA sądy, że zacytuję pewnego mecenasa, bo na obiektywne i sprawiedliwe media, jak widać, nie ma już co liczyć, nie tylko zresztą w Stanach Zjednoczonych. Sąd federalny nakazał kilka dni temu Departamentowi Sprawiedliwości zaprzestanie „wydobycia” danych z telefonu Jamesa O’Keefe’a. No bo oczywiście agenci skorzystali z okazji by prześwietlić politycznie niesłusznego dziennikarza po całości, przebadać wszystkie jego kontakty, źródła i informacje, którymi dysponuje. Komentator telewizji Fox News, Tucker Carlson, ma wiele racji nazywając działania FBI w tej sprawie „standardami z trzeciego świata”.

 

Sam O’Keefe nazwał naloty służb Bidena na siebie i kierowany przez siebie Project Veritas „atakiem na pierwszą poprawkę”. Chodzi o pierwsza poprawkę do amerykańskiej konstytucji gwarantującą wolność słowa i środków masowego przekazu. To na jej podstawie przede wszystkim Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych „uniewinnił” dziennikarzy „Washington Post”, którzy wykorzystali kradzione „Pentagon papers”.

 

Inni komentujący ten skandal, np. publicystka Candace Owens zwracają uwagę, że, że atak FBI na Project Veritas, ma tak naprawdę na celu wykrycie źródeł i kontaktów opozycyjnego medium w strukturach administracji Bidena. Jej zdaniem chodzi także o utrącenie publikacji materiałów o korupcji urzędników. Woń trzecioświatowych standardów w USA staje się jak widać coraz mniej dyskretna.

 

Czy „New York Times” ma dostęp do telefonu O’Keefe’a?

 

Do tej brzydko pachnącej sprawy dochodzą dwuznaczne postawy i zachowania mediów „mainstreamu”, polegające nie tylko na stosowaniu podwójnych standardów i stronniczości politycznej. O’Keefe w swoim wystąpieniu po nalocie BFI zwrócił uwagę, że „w ciągu godziny” od momentu, gdy w jego drzwi załomotali agenci FBI, reporter „The New York Times” skontaktował się z nim w celu uzyskania komentarza. Fakt, że „NYT” wie o akcjach służb Bidena niemal natychmiastowo i jest doskonale poinformowany o wszystkich szczegółach śledztwa (w końcu, przypominam, to „New York Times” a nie Project Veritas potwierdził w swojej publikacji autentyczność pamiętnika Ashley Biden), nie uszedł uwagi obserwatorów polityczno-medialnej sceny.

 

Jonathan Turley z Uniwersytetu George’a Washingtona zasugerował, że nalot na O’Keefe’a miał charakter, jak to się u nas mówiło za czasów PRL, „wydobywczy”. Oczywiście nie użył takiego słowa, ale jego wypowiedzi miały takie właśnie, a nie inne znaczenie. Nie ma bowiem podstaw, by prowadzić śledztwo w tej sprawie przeciw szefowi Project Veritas, a poza tym kradzież pamiętnika córki Bidena (którego dopuścił się ktoś inny, jak się podejrzewa, zwykłe cwaniaczki chcą zarobić) jest przestępstwem stanowym a nie federalnym, więc Departament Sprawiedliwości i FBI nie mają czego tu szukać. Turley otwarcie mówi, że celem służb Bidena jest dziennikarz postrzegany przez władzę jako przeciwnik polityczny.

 

Akademik przypomniał, że Biden ma już na koncie wykorzystanie FBI do załatwiania swoich spraw. Gdy był wiceprezydentem, FBI szukało broni należącej do jego syna Huntera Bidena, która została w tajemniczych okolicznościach wyrzucona w pobliżu jakiejś restauracji. Joe Biden ma więc tendencję do korzystania z państwowych służb w takich „szczególnie bliskim mu” sprawach, w których nie te służby nie powinny być angażowane. Turley zauważa, że w sprawie nalotu na O’Keefe w dużo większym stopniu powinny reagować i sprzeciwić się temu organizacje medialne.

 

Jednak tego nie robią. Oprócz niechęci na tle czysto politycznym wyjaśnieniem niechęci mainstreamowych mediów do Project Veritas może być również historia sporów, w tym także o charakterze prawnym, które z establishmentem świata akademickiego i mediów prowadził O’Keefe i jego koledzy.

 

Jeszcze we wrześniu 2015 roku serwis O’Keefe’a publikował informacje o nieprawidłowościach wyborczych w Minnesocie. Wówczas grupa lewicowych, czyli po amerykańsku mówiąc, liberalnych, naukowców m. in. z Uniwersytetu Stanforda oskarżyła Project Veritas o dezinformację. O’Keefe zażądał dowodów a gdy przedstawiciele uczelni ich nie przedstawili, pozwał grupę akademików występujących w ramach grupy o nazwie Election Integrity Partnership, do sądu, zarzucając im zniesławienie. W pokrewnej sprawie Project Veritas toczył prawną batalię z reporterką „The New York Times”, Maggie Astor, która powoływała się w swoich filipikach na temat Project Veritas na raport Election Integrity Partnership.

 

Okazało się, że zarówno badacze ze Stanforda, jak też dziennikarka „NYT” nie tyle obalali fakty podawane przez Project Veritas, ile „demaskowali mechanizm wirusowej i skoordynowanej dystrybucji tych materiałów w internecie”. Cóż, mnóstwo zarówno prawdziwych jak też nieprawdziwych, a także np. komercyjno-reklamowych materiałów dystrybuowanych jest według precyzyjnie opracowanych planów, kampanii, czasem angażujących spore środki. Nie ma w samym tym mechanizmie nic niewłaściwego. Jest to wykorzystywanie narzędzi, z których każdy może skorzystać. Istotne jest, że według tych badaczy i dziennikarzy o podobnie lewicowych poglądach dowodem na dezinformację była nie tyle sama dezinformacja, ile technika jej dystrybucji.

 

Przypadków, które sprawiają, że media „głównego nurtu” mają powody nie znosić  Project Veritas jest znacznie więcej. W kwietniu tego roku serwis O’Keefe opublikował nagrania, na których były dyrektor techniczny CNN opowiada jakimi sposobami telewizja ta manipuluje relacjami i informacjami, aby pasowały do politycznej narracji a wszystko jest ręcznie sterowane przez szefa CNN Jeffa Zuckera. Mówił m. in. o tym jak nakręcano spiralę pandemicznego strachu, aby zaszkodzić prezydentowi Trumpowi.

 

Project Veritas procesuje się obecnie nie tylko z CNN, ale również z „New York Timesem” i Twitterem. Najazd FBI i akwizycja telefonów O’Keefe w tym kontekście może stać się jeszcze ciekawsza niż wątki, nazwIjmy to „bidenowskie”, bowiem według prawników prześladowanego dziennikarza, w jego zarekwirowanych przez FBI telefonach znajduje się mnóstwo materiałów z korespondencji szefa serwisu z prawnikami. Pojawiła się sugestia, że z łatwością zyskujące wszelkie informacje z FBI „NYT” i CNN mogą jednocześnie uzyskiwać dostęp do materiałów prawnych dotyczących procesów sądowych, w których same są stronami przeciw Project Veritas. Prawnik O’Keefe’a w piśmie do sadu wprost pisze, że reporterzy „Timesa” Michael Schmidt, Adam GoldmanMark Mazzetti uzyskali dostęp do korespondencji z jego klientem w sprawach, w których ich macierzysta gazeta jest stroną.

 

Wychodzą w tej sprawie zatem kolejne brudy i są to brudy pomiędzy mediami po przeciwnych stronach politycznej barykady. Skandalem jest najeżdżanie przed świtem dziennikarza oddziałem siepaczy ze służb, skandalem – wykorzystywanie do sprawy, która ma rangę zwykłego przestępstwa, państwowego aparatu, skandalem jest także stosowanie podwójnych standardów wobec mediów, które przecież już dawno temu wywalczyły sobie prawo do publikacji zdobytych, a nawet wykradzionych (pod warunkiem, że nie same wykradły), ale ważnych dla opinii publicznej, materiałów. Ale wykorzystywanie swoich dziennikarskich kontaktów do zdobywania informacji na temat strategii drugiej strony w procesie – to już jest po prostu smród.

 

P.S. Jest w tej wieloaspektowo przykrej sprawie i optymistyczny akcent. Prześladowanie O’Keefe przez FBI potępiła Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU), organizacja mająca opinię skłaniającej się raczej w lewym kierunku politycznym. Zdobyła się więc na coś, na co nie umieją się zdobyć, równie lewoskłonne, media „głównego nurtu” w USA.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Ja jako faszysta i antysemita

Krytycy 11 listopada i Marszu Niepodległości po raz kolejny ujawnili pokłady nienawiści wobec patriotyzmu Polaków. Świętujący najpiękniejszą polską ideę nazywani byli – jak co roku – faszystami, antysemitami, naziolami.

 

Historia takiego szkalowania Polaków sięga rewolucji bolszewickiej. A faszystami zaczęli sowieci nazywać swoich wrogów od czasu wojny w Hiszpanii (1936-1939). Czerwona propaganda przeżyła 1989 r. I tak w wydanej w 2003 roku książce „Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści” Sergiusz KowalskiMagdalena Tulli dalej nazywali Polaków faszystami, siewcami nienawiści.

 

Autorzy „Raportu…”, sygnowanego jako opracowanie „Otwartej Rzeczpospolitej – Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii” i Instytutu Studiów Politycznych PAN, swoim „postępowym” okiem zlustrowali kilka ukazujących się w latach 90. niezależnych tytułów (przeważnie niszowych: „Głos”, „Najwyższy Czas”, „Tygodnik Solidarność”, „Nasz Dziennik”, „Nasza Polska”) i ich autorów. Powyciągali fragmenty i na marginesie stron dodali swoje jakże tolerancyjne, pełne miłości komentarze. Pozwolę sobie przytoczyć te cząstki moich tekstów i opinii na ich temat, bo zostałem wyróżniony umieszczeniem w gronie nienawistników. Wszystko pozostawiam bez komentarza, żeby Państwo sami wyrobili sobie zdanie.

 

Przykład pierwszy

 

„Tygodnik Solidarność”:

 

Mój tekst pod tytułem: „Paragraf nie dla każdego” (jak zauważają S. KowalskiM. Tulli – o procesie wytoczonym przez Alinę Grabowską [dziennikarkę] współpracownikowi „Tygodnika Solidarność”).

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Alina Grabowska poczuła się urażona treścią felietonu, zamieszczonego przez Antoniego Lenkiewicza w jego książce „Typy i typki postkomunizmu” (…), w której autor zaliczył ją do grona <<poputczyków>>, <<zdrajców Solidarności>> (…) którym w pewnym okresie było z nią po drodze, mimo że mieli zupełnie inne cele, ewidentnie sprzeczne z polską racją stanu”.

 

Komentarz S. KowalskiegoM. Tulli:

 

„Kontekstem jest zasugerowane niżej żydowskie pochodzenie Aliny Grabowskiej, zabieg automatycznego wcielenia osoby pochodzenia żydowskiego w szeregi komunistów i zdrajców…”

 

Tego samego tekstu fragment drugi:

 

„W sprawie Aliny Grabowskiej przeciwko Antoniemu Lenkiewiczowi zastanawia tempo wydania wyroku. Procesy w III RP trwają średnio kilka lat, a czasem w ogóle nie maja finału. Tak jest np. w przypadku stalinowskich zbrodniarzy, ludzi odpowiedzialnych za masakrę na Wybrzeżu w Grudniu 1970, strzelanie do górników w kopalni „Wujek”, śmierć Grzegorza Przemyka, czy afery FOZZ…”

 

Komentarz:

 

„Sugestia: antysemityzm nie istnieje, ale może się pojawić – za karę – jeśli Żydzi będą go obsesyjnie tropić”.

 

Przykład drugi

 

„Tygodnik Solidarność”:

 

Mój tekst pod tytułem: „Niemcy byli w Jedwabnem”.

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Wbrew twierdzeniom J.T. Grossa, zawartym w książce Sąsiedzi, że 10 lipca 1941 roku mordu na jedwabieńskich Żydach dokonało polskie społeczeństwo, coraz więcej faktów jednoznacznie wskazuje, iż Niemcy nie tylko inspirowali mord, ale również brali w nim bezpośredni udział (nie podważa to wersji, że w spaleniu Żydów uczestniczyli mieszkańcy Jedwabnego). (…) Czyżby oznaczało to koniec zbiorowej histerii, rozpętanej przez „Gazetę Wyborczą”, a podchwyconej przez publiczną telewizję?”

 

Komentarz:

 

„Pogardliwe określenie <<zbiorowa histeria>> odbiera powagę sprawie masowego mordu”.

 

Tego samego tekstu fragment drugi:

 

„Czy wobec nowych faktów, ujawnionych przez IPN, dalej będziemy prześcigać się w przepraszaniu Żydów za Jedwabne? Co z przeprosinami prezydenta w imieniu wszystkich Polaków?”

 

Komentarz:

 

„Marginalizacja ofiar, wizerunek <<wszystkich Polaków>> jako centralna kwestia sprawy Jedwabnego”.

 

Tego samego tekstu fragment trzeci:

 

„<<Gazeta Wyborcza>>, po cyklu artykułów afirmujących <<Sąsiadów>>, też [jak IPN] złagodziła swoje stanowisko w sprawie mordu […] czyżby Michnik zaczął krytykować Grossa?”

 

Komentarz:

 

„W tle założenie, że <<obcy>> będą przemawiać jednym głosem, bo mają wspólne interesy”.

 

Tego samego tekstu fragment czwarty:

 

„Historycy zwracają uwagę, że wyjaśnienia mordu w Jedwabnem i okolicy należy szukać również w stosunku części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką…”

 

Komentarz:

 

„próba usprawiedliwienia zbrodni przez oskarżenie ofiar, z powołaniem się na ogół historyków”.

 

Tego samego tekstu fragment piąty:

 

„Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią. Przykładem jest Grodno. Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie (…) próbowały opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę”.

 

Komentarz:

 

„obraz mniejszości jako bandy zdrajców i dywersantów…”

 

Tego samego tekstu fragment szósty:

 

„Za udział w obronie Grodna rozstrzelano kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów”.

 

Komentarz:

 

„etniczny klucz podziału na obrońców i denuncjatorów; sugestia: Żydzi nie uczestniczyli w obronie, a Polacy w denuncjacjach”.

 

Tego samego tekstu fragment siódmy:

 

„Obecna kampania przeciwko Polakom jednak nie słabnie. Ponieważ z Jedwabnem sprawa okazała się skomplikowana, wyciągnięto sprawę sąsiedniej wioski – Radziłowa. Tam też w podobnym czasie doszło do pogromu Żydów. Inspiratorzy wszczynania kolejnych śledztw najwyraźniej liczą na to, że może gdzie indziej uda się wskazać polskie sprawstwo zbrodni, a potem… odzyskać utracone mienie”.

 

Komentarz:

 

„sugestia sterowanego antypolskiego spisku, wzmocniona słowami: <<kampania>> i <<inspiratorzy>>, oraz bezosobowym <<wyciągnięto>>; sugestia: wszystkim upominającym się o pamięć ofiar w istocie chodzi tylko o <<mienie>>”.

 

Przykład trzeci

 

„Tygodnik Solidarność”:

 

Tekst pod tytułem: „Polski Pinochet. Czy dojdzie do ekstradycji Heleny Wolińskiej” (dopisek S. Kowalski i M. Tulli: winy Żydów wobec Polaków).

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Również w tej sprawie pojawił się, znany od dawna, a powtarzany coraz częściej <<argument>> o polskim antysemityzmie. „The Independent” podkreślał, że Wolińska [wcześniej Fajga Mindla Danielak – red.] jest Żydówką, jedną z nielicznych już przedstawicielek mniejszości żydowskiej w Polsce, która ocalała z Holocaustu. (…) Mąż Wolińskiej – Włodzimierz Brus (dawniej Beniamin Zylberberg, w czasie wojny oficer polityczny LWP, później marksistowski ekonomista, a następnie rewizjonista) stwierdził z kolei, że jego żona jest… kozłem ofiarnym”.

 

Komentarz:

 

„Opinia, że w Polsce istnieje antysemityzm, zdyskredytowana jako wyraz ignorancji zachodnich mediów, skrupulatnie przytoczone <<prawdziwe nazwiska>> podkreślają obcość bohaterów artykułu…”

 

Tego samego tekstu fragment drugi:

 

„Nawet niektóre brytyjskie gazety sugerowały, że do ekstradycji Wolińskiej może nie dojść, gdyż byłej prokurator będzie bronić wpływowa mniejszość narodowa. W Polsce w jej obronie stanęła „Gazeta Wyborcza”, najpierw przez dłuższy czas przemilczając sprawę, a potem relatywizując jej winę”.

 

Komentarz:

 

„teza o nadmiernych w Polsce wpływach Żydów działających jako zorganizowane ciało zbiorowe, tu przywołana na odpowiedzialność brytyjskiej prasy”.

 

Przykład czwarty

 

„Najwyższy Czas”:

 

Mój tekst pod tytułem: „Niepopularny mord w Koniuchach”.

 

Wyciągnięty fragment tekstu:

 

„Gazeta Wyborcza” po raz kolejny pokazała, że wybiórczo podchodzi do rzeczywistości. Sprawa brutalnego mordu na polskich mieszkańcach wsi Koniuchy na Nowogródczyźnie, który miał miejsce najprawdopodobniej w styczniu 1944 roku, dostrzegła dopiero po kilku miesiącach od jej nagłośniona. Ale co tu się dziwić – na Koniuchach nie da się zrobić geszeftu, tak jak na Jedwabnem”.

 

Komentarz:

 

„Słowo <<geszeft>> pośrednio włożone w usta atakowanym ma ich naznaczyć jako Żydów i jako naciągaczy”.

 

Tu „postępowi” lustratorzy całkowicie pominęli kontekst – co to była za zbrodnia. A kilkadziesiąt niewinnych, cywilnych mieszkańców wsi Koniuchy wymordowali sowieccy i żydowscy partyzanci.

 

 

Dlaczego dziennikarze odchodzą z gazet Polska Press? – analiza ADAMA SOCHY

Na obecnym etapie zarządzający gazetami „Orlen Press” prowadzą inteligentną grę z czytelnikami. Nie mam jednak żadnych złudzeń, że w momencie wyborów do parlamentu, gra w tych mediach będzie się odbywać tylko do jednej politycznej bramki.

.

Karina Obara, dziennikarka „Gazety Pomorskiej” (Polska Press), największej gazety grupy, zdecydowała się odejść z redakcji po 18 latach pracy. To kolejne odejście z gazet kupionych przez Orlen.

 

„Nie będę legitymizować tej władzy”

 

Dziennikarka jednej z 20 gazet Orlenu poinformowała o tym na swoim profilu na Facebooku, ilustrując go banerem ze zdjęciem zmarłej Izy z Pszczyny i napisem #AniJednejWięcej.

 

Kochani, szukam nowej pracy. Nie mogę już dłużej pracować w Polska Press i w Gazecie Pomorskiej. Nie potrafię spojrzeć sobie w lustrze w twarz. Od czerwca, odkąd kupił nas Orlen, dostałam zakaz komentowania wydarzeń politycznych. Nie pozwolono mi także rozmawiać z niezależnymi ekspertami o tym, co się w Polsce dzieje. Od czasu do czasu zdarzał się wyjątek – miałam porozmawiać z „ich ekspertem”, który oceni sytuację zgodnie z linią partii rządzącej. Nie mogłam. Na liście były głównie nazwiska, które znacie z mowy nienawiści i pogardy dla drugiego człowieka. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam kneblowania i nacisku, zakazu pisania o tym, co jest obowiązkiem dziennikarskim (…). Nie można wykonywać zawodu dziennikarki z kneblem na ustach. Nie można milczeć, gdy w Polsce łamane są prawa człowieka. A mnie i moich kolegów komentujących wydarzenia polityczne, zmuszono do milczenia. Chcesz tu pracować – żadnego analizowania wydarzeń politycznych, żadnych rozmów z „mądrymi głowami” (sic!). Żeby czytelnicy w regionach nie wiedzieli, nie myśleli samodzielnie, głosowali tak, jak chce obecny rząd. Żyję w konflikcie wewnętrznym. Wstyd mi. Moje ciało odmawia posłuszeństwa. Nie chcę pracy, która jest hańbą. Nie umiem zamknąć oczu na to, co PiS robi z naszym krajem. Nie mogę zasnąć, gdy wiem, że małe dzieci umierają w lesie na wschodniej granicy. Nie potrafię nie czuć krzywdy dziewczyny-matki z Pszczyny, która zmarła na sepsę przez wprowadzenie w Polsce chorego prawa. To mogła być moja córka. Też przeszła sepsę. Przeżyła, bo mieszka w Wielkiej Brytanii.

Czuję bezradność i strach o wszystkie kobiety w Polsce. O wszystkich mężczyzn, którzy doświadczają „karzącej ręki rządu”. O wszystkie dzieci w szkołach, które przejął umysł ministra Czarnka. Nie będę więcej legitymizować tej władzy swoją obecnością w Polska Press. Brzydzę się hipokryzji, wycierania sobie gęby Bogiem, nepotyzmu i służalczości. Chcę żyć w prawdzie, w wolności słowa, demokracji i odwadze. Chcę podążać za wartościami, które są mi bliskie. Hasło: „Ani jednej więcej” dotyczy też mnie. Ani jednej więcej bezsensownej śmierci. Żyjąc w konflikcie wewnętrznym, umieramy za życia. Dlatego szukam nowej pracy.

 

Użycie przez red. Obarę zdjęcia zmarłej Izy oburzyło czytelników portalu tylkotorun.pl, który zamieścił informację o odejściu „znanej dziennikarki” i zacytował obszerne fragmentu jej manifestu.

 

„UŻYWANIE TWARZY zmarłej kobiety jako banera… jej osobistej tragedii śmierci, jako “element do CV”, w poszukiwaniu pracy – to więcej niż HAŃBA – komentowali czytelnicy. –  To nie jest ludzkie! Coś okropnego!” i następny wpis: „dziennikarka stosuje “numer na zmarłą”- dla osobistych korzyści politycznych. Po to, by zamieniły się one, w osobiste korzyści finansowe. To jest oferta (dla nowego pracodawcy), propozycja postawy politycznej, “właściwego” myślenia, dla nowego wydawcy (…) kłamstwa, i hipokryzja, i obłuda”.

 

Szkoda, że red. Obara nie informuje, którzy eksperci są jej zdaniem „niezależni”, a których „znamy z mowy nienawiści”, możemy się tylko domyślać z jej wpisu, że raczej zobaczymy ich w TVN24 i przeczytamy w „Wyborczej”, niż w TVP Info. Rzeczywiście, ze swoimi emocjami i sympatiami politycznymi Karina oraz jej koleżanki i koledzy z takim samymi, mogą czuć się  niekomfortowo w gazetach Orlenu.

 

„Obie zarazy niszczą nasz kraj”

 

Ale Karina Obara uczciwie przyznaje, że i poprzedni właściciele nie byli doskonali: „najpierw Norwegowie, później Anglicy, Niemcy, nigdy nie ingerowali w treść tekstów dziennikarskich. Dla nich liczył się głównie zysk, klikalność, co także doprowadziło do patologii mediów w Polsce. Mój Wojtek, po latach nacisków, zapłacił za to życiem. Tamto było dżumą, to jest cholerą. Obie zarazy niszczą nasz kraj”.

 

Śp. Wojciech Potocki był długoletnim redaktorem naczelnym „Gazety Pomorskiej” (zmarł w 2020r), wcześniej była naczelnym NTO, a zaczynał karierę jako naczelny „Kuriera Porannego” w Białymstoku. Przejąłem kierowanie „Kurierem” po Wojtku, wówczas jej właścicielem była norweska Orkla, później pracowałem „u Niemca”, w „Dzienniku Łódzkim” i podzielam ocenę Kariny, że właściciele nie ingerowali w treść tekstów. To za nich robili Polacy, którzy w ich imieniu kierowali koncernami i tytułami. I to od ich sympatii politycznych zależała linia polityczna gazet. Te sympatie z reguły lokowały się po stronie lewicowo-liberalnej.  Miałem to szczęście, że trafiłem do „Dziennika Łódzkiego” w czasie, gdy prezesem w Łodzi była Agnieszka Sardecka, a naczelnym Julian Beck.  Szef idealny, bo nikt z zespołu tak naprawdę nie wiedział, na kogo on głosuje. Odpowiadałem jako zastępca za tygodniki i mutacje powiatowe  i mogłem realizować w pełni, to co uważam za istotę misji dziennikarskiej, czyli kontrolę władzy, bez względu na jej legitymację partyjną. Nigdy nie usłyszałem złego słowa od red. Becka, gdy za skargami przyjeżdżali do niego prezydenci i burmistrzowie miast, których machlojki ujawniali moi dziennikarze. Przeciwnie. Jedynym ograniczeniem, jeśli to można tak nazwać, było przestrzeganie rzetelności dziennikarskiej.

 

To się zmieniło, gdy red. Becka zwolniono i jako wiceprezesa zarządu Polskapresse i jako naczelnego, gdy w łaski Niemca wkradł się Paweł Fąfara. Od tego momentu zaczęło się niszczenie lokalności gazet i wstawianie w to miejsce wysyłanej z centrali „politgramoty” ze stemplem Platformy Obywatelskiej. Nigdy nie zapomnę, jak przysłał do redakcji swoją prawą rękę. Pani redaktor z wysokości iglicy Pałacu Kultury i Nauki sztorcowała jak kapral dziennikarzy, ucząc ich „prawdziwego dziennikarstwa”. Dlatego rozbawił mnie manifest Fąfary po wykupieniu koncernu przez Orlen, w którym zapewniał, że póki on będzie szefem, „nikt nie będzie pod żadną specjalną ochroną”. Politycy z PiS i ich sojusznicy nie mają co liczyć, że „od teraz nie będzie w naszych tytułach niewygodnych czy krytycznych materiałów na ich temat”, a z drugiej strony: „Rozczaruję jednak również polityków opozycji czy samorządowców. Nie poddamy się bowiem szantażowi moralnemu, jaki próbujecie stosować, jakoby od teraz każdy krytyczny tekst na temat władz samorządowych, PO, ugrupowania Szymona Hołowni, Lewicy, Konfederacji czy PSL, miałby być dowodem na nasze przejście na stronę władzy”.

 

Paweł Fąfara szybko został zastąpiony przez Dorotę Kanię z „Gazety Polskiej”. Ta błyskawicznie dokonała zmian redaktorów naczelnych. I tu było pierwsze zaskoczenie, bo wzięła fachowców, oczywiście z sympatiami politycznymi lokującymi się po prawej stronie, ale np. Wojciechowi Wybranowskiemu (nowy naczelny „Głosu Wielkopolskiego” czy „Wojciechowi Musze” (naczelny „Gazety Krakowskiej”) nie sposób odmówić, że to rasowi dziennikarze.

 

Inteligentna gra z czytelnikiem

 

Przejrzałem w sobotę, 13 listopada strony internetowe największych gazet Orlenu:  „Głosu Wielkopolskiego”, „Gazety Pomorskiej”, „Dziennika Zachodniego”, „Dziennika Bałtyckiego”, „Gazety Lubuskiej”, „Dziennika Łódzkiego”, ale także „Nowin” i „Kuriera Porannego” w Białymstoku. Po otwarciu witryn zobaczymy normalne gazety regionalne z mnóstwem informacji lokalnych. W oczy nie rzucą się nam teksty, które miałyby świadczyć o tym, że mamy do czynienia z propagandową tubą PiS. Jedyny tekst polityczny wydrukowany przez wszystkie 20 gazet Orlenu, a więc nadany z centrali, to wypowiedź prezesa Jarosława Kaczyńskiego „specjalnie dla Polska Press” pt. „Niepodległość jest wielkim darem”. Ale ten materiał nie wylądował na czołówkach witryn, tylko dyskretnie, z boku.

 

Wszystkie 20 witryn otwiera pasek z informacjami o bieżącej sytuacji na granicy białorusko-polskiej. Skupiłem się na informacjach z „Kuriera Porannego” i porównałem z informacjami na ten temat z „Gazety Wyborczej Białystok”. Z „Kuriera” dlatego, że, jak poinformowały Wirtualnemedia.pl, opisująca kryzys na granicy polsko-białoruskiej Olga Goździewska-Marszałek, dziennikarka „Kuriera” została odsunięta od tej tematyki. Jako powód rzecznik prasowy Polska Press, Adrian Majchrzak podał konflikt interesów. Dziennikarka jest  osobą zatrudnioną w Fundacji Dialog zaangażowanej w niesienie pomocy imigrantom. Decyzja została podjęta po wypowiedzi Olgi Goździewskiej-Marszałek jako przedstawiciela Fundacji, dla mediów niezwiązanych ze spółką Polska Press. „Oczywistym jest, że rolą i obowiązkiem dziennikarza jest przedstawianie różnych punktów widzenia, zachowanie obiektywizmu. W przypadku braku dystansu do opisywanej sprawy o obiektywizmie zaś nie może być mowy” – stwierdził rzecznik.

 

„Kurier” publikuje prawie wyłącznie materiały z punktu widzenia państwa polskiego, natomiast „Wyborcza” – z punktu widzenia „migrantów i uchodźców”.

 

I tak, „Kurier” informuje o inicjatywie pomocy mieszkańców Kuźnicy w pow. sokólskim i okolicznych miejscowości w pomoc mundurowym strzegącym polsko-białoruskiej granicy. Ludzie  przekazują im żywność, w tym ciepłe posiłki i napoje. Do akcji włączyła się też Muzułmańska Gmina Wyznaniowa w Bohonikach.

 

Kolejne informacje z „Kuriera”: „Migranci na granicy są wyposażeni w broń palną” (Agnieszka Siewiereniuk), „MON: W rejon Kuźnicy przybywa coraz więcej uzbrojonych funkcjonariuszy białoruskich służb” (Aleksandra Kiełczykowska), „Białorusini niszczyli zaporę, migranci zaatakowali gazem. Kolejna niespokojna noc na granicy” (Anna Piotrowska), „Wólka Terechowska. Zwłoki młodego Syryjczyka znalezione w lesie niedaleko granicy z Białorusią” (Ils), „Prezydent spotkał się z funkcjonariuszami i żołnierzami chroniącymi granicę z Białorusią” (Agnieszka Siewiereniuk).

 

Teraz „Wyborcza”: materiał o aktorce Mai Ostaszewskiej niosącej pomoc „uchodźcom” (dla „Kuriera” to „imigranci”) pt. „Wierzę, że Polacy są dobrzy”. Wywiad  z aktorem Maciejem Stuhrem: „Będąc na granicy, zrozumiałem, że ci ludzie są skazani na śmierć”. „To, że w lasach przy granicy nie ma setek, a nawet tysięcy trupów, to dzięki temu, że codziennie ratowaliśmy ludzkie życie. Bez centralnego zarządzania. Spontanicznie. Szykanowani przez policję, Straż Graniczną i zwykłych ludzi, robiliśmy to każdego dnia”.

 

Kolejny artykuł apeluje „Otwórzmy  korytarz humanitarny dla Tamana”, niepełnosprawnego 9-latka, który „jechał z rodzicami i rodzeństwem do Niemiec i utknął w lesie-pułapce, bez możliwości powrotu, z jedzeniem dostarczanym raz dziennie”.

 

Kolejny: „Medycy na granicy” dyżurują jeszcze tylko dwa dni. Ale pomoc medyczna dla uchodźców nie znika z granicy” i ostatni materiał: „Uchodźcy. Kolejna śmierć przy granicy i prowokacje białoruskich pograniczników”.

 

W „Dzienniku Bałtycki” i „Gazecie Wyborczej Trójmiasto” porównałem materiały na temat trzech manifestacji w Gdańsku pod fontanną Neptuna. Dziennik rzeczowo opisuje te trzy manifestacje, pierwszą  przygotowywaną przez Młodzież Wszechpolską i Ruch Narodowy (ok. 30 osób) pod hasłem: „Chcemy bezpiecznej granicy – Nie dla gdańskiej targowicy”. W kontrze do manifestacji Młodzieży Wszechpolskiej swoje manifestacje zorganizowały Amnesty International Trójmiasto, KOD, Trójmiejska Akcja Kobieca pod hasłami „Żądamy godności na granicy” oraz „Nikt nie jest nielegalny. Bezpieczna granica bez umierania” oraz Obywatele RP, którym hasłem przewodnim było „Faszyzm STOP. Tu jest granica przyzwoitości”.  „Wszystkie protesty przebiegły pokojowo, to jednak nie było się bez prób prowokacji, którym skutecznie zapobiegała gdańska policja”.

 

Materiał w „Wyborczej” jest z cztery razy dłuższy i szczegółowo opisuje zachowania i wypowiedzi organizatorów i uczestników, a tych było niewiele, na wszystkich trzech manifestacjach około 100-150 uczestników. GW odnotowuje satysfakcję kontrmanifestacji, że tym razem (a nie jak w Warszawie, gdy to Robert Bąkiewicz zagłuszał Donalda Tuska) oni mieli głośniejszy sprzęt i zagłuszyli „faszystów”.

 

W „Dzienniku Bałtyckim” na czołówce wydania sobotniego obszerny artykuł jak z „Wyborczej”: „Czy centralistyczna władza ogranicza zdolność podejmowania i pokonywania wyzwań? Jan Król, były wicemarszałek Sejmu nie ma wątpliwości”. (Przypomnę, że to działacz wywodzący się z Unii Wolności, obecnie doradca BCC).

 

W dziale „Opinie” „Dziennika” felieton Wojciecha Wężyka „Do biegu gotowi”, który nawiązuje do różnych marszów, począwszy od Marszu Niepodległości i w tym felietonie zdanie, które chyba za poprzedniego właściciela, by się nie mogło pojawić: „Nie oznacza to jednak, że jestem ich przeciwnikiem, wszak maszerowanie dowodzi, że z naszą demokracją nie jest jeszcze tak źle jak sądzą potomkowie autorów „brunatnych marszów”, z żarliwością godną większych wyzwań pouczający nas o tym, jak i gdzie Polacy powinni maszerować”.

 

Natomiast redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” Artur Kiełbasiński, w komentarzu „Patriotyzm ze strzykawką i w maseczce” apeluje o szczepienie się.

 

„Gazeta Wrocławska” zamieszcza „Raport o stanie państwa” ogłoszony przez Lewicę Razem, która ocenia 6 lat rządów Prawa i Sprawiedliwości i nie jest to laurka pod adresem PiS.

 

W „Gazecie Krakowskiej” naczelny Wojciech Mucha komentuje odznaczenie orderem Orła Białego krakusów: Leszka Długosza i Jana Polkowskiego, z którymi uhonorowana także Joannę Dudę-Gwiazdę i wspomina swoją wizytę u „Kawalera i Damy” w gierkowskim bloku, w skromnym mieszkaniu JoannyAndrzeja Gwiazdów.

 

Natomiast Przemysław Franczak „Przeprasza za świat, w który was wplątałem”, a w nim taki passus: „Bo wplątał też w rozedrganą i rozpaloną Polskę. W Polskę, w której żadne protesty nie były tak liczne jak te w obronie praw kobiet. Wplątał w Polskę, w której kobiety zaczęły się bać zachodzić w ciążę i doprawdy trudno im się dziwić. W Polskę odwróconych pojęć, gdzie najwięcej dla zniechęcenia kobiet do macierzyństwa zrobiła partia deklarująca się jako najbardziej pro demograficzna. W Polskę, w której sprawą aborcji cynicznie gra się w celu przykrycia innych tematów. W Polskę, która w 1989 roku chciała być – tak ogólnie – Ameryką, a teraz woli być Teksasem niż Kalifornią. Wplątał w Polskę Ordo Iuris”. Przyznacie, że takiego komentarza nie powstydziłby się Paweł Wroński z „Wyborczej”?

 

Pomiędzy heroizmem a służeniem

 

Kto zatem ma rację, Towarzystwo Dziennikarskie złożone głównie z dziennikarzy „Gazety Wyborczej” które po zakupie Polska Press przez Orlen wystosowało do dziennikarzy tych gazet apel:

„Teraz macie zostać kolejnym głosem Nowogrodzkiej, a ci, którzy się nie podporządkują, będą musieli odejść. Waszymi szefami zostaną, już sprawdzeni, propagandyści z lokalnych mediów ‘publicznych’, wyznaczą Wam cele i przeciwników”.

 

Czy też rację ma Dorota Kania, członek zarządu Polska Press, która w Wirtualnemedia.pl odpiera zarzuty odchodzących dziennikarzy, iż doświadczyli nacisku, kneblowania czy ingerencji w teksty dziennikarskie: „odchodzący dziennikarze narzekają na Polska Press, by podbić swoją pozycję na rynku pracy – twierdzi Kania. – W Polska Press nie ma kneblowania dziennikarzy”.

 

Doświadczenie z każdej szerokości geograficznej uczy, że jeśli partia polityczna kontroluje jakieś media, to jej celem nie jest rzetelne i bezstronne informowanie opinii publicznej oraz kontrola władzy, ale używanie ich jako narzędzia do zachowania i przedłużenia władzy.

 

Na obecnym etapie zarządzający gazetami „Orlen Press” prowadzą inteligentną grę z czytelnikami. Świadczą o tym wyniki sprzedaży. To, że nadal spada sprzedaż gazet Polska Press jest tylko odbiciem światowego trendu, ale w Polsce najbardziej dramatyczny spadek sprzedaży nie odnotowały w sierpniu bieżącego roku (ostatnie dane) gazety Obajtka, a „Gazeta Olsztyńska / Dziennik Elbląski”, której Orlen, jako jedynej gazety regionalnej, nie nabył. Sprzedaż „Olsztyńskiej” zjechała aż o 34,20 proc w dół (do 4 896 egz. średniej sprzedaży). Wśród gazet ogólnopolskich największy spadek odnotowała gazeta Michnika, wzór „niezależności” . Jej średni wynik poszedł w dół najbardziej w zestawieniu – o 13,07 proc. do 53 781 egz.

 

Mimo tych wyników nie mam żadnych złudzeń, że w momencie wyborów do parlamentu, gra w gazetach Polska Press będzie tylko do jednej politycznej bramki. I nie chciałbym być w skórze dziennikarzy koncernu Obajtka, tych, którzy chcieliby uczciwie wykonywać swój zawód. Takim dziennikarzom Towarzystwo Dziennikarskie proponuje: „Nie możemy od nikogo wymagać heroizmu, ale pamiętajcie: możecie stawiać opór. Obowiązujące ciągle prawo prasowe gwarantuje Wam dziennikarską autonomię, prawo odmowy publikacji treści, z którymi się nie zgadzacie”.

 

Z tym apelem polemizuje Witold Głowacki, który w maju br. zrezygnował z funkcji pierwszego zastępcy redaktora naczelnego miesięcznika „Nasza Historia” i na początku października poinformował, że odchodzi z Polska Press. On znalazł pracę Oko.press i rozpoczął współpracę z „Tygodnikiem Powszechnym”. Broni swoje koleżanki i kolegów z Polska Press:

 

„Poddawanie dziennikarzy mediów regionalnych i lokalnych moralnemu terrorowi z pozycji warszawskiego ciepełka to zatem albo dowód zupełnego braku rozeznania w sytuacji, albo zwykły sadyzm i/lub cynizm. I tak jedzie prosto na nich prowadzony przez politruków walec” – stwierdził dla Wirtualnemedia.pl.  I uświadamia, że poza Warszawą, Krakowem, Wrocławiem czy Trójmiastem „odejście z Polska Press może oznaczać decyzję o pożegnaniu się z dziennikarstwem”.

 

Całkowicie zgadzam się z red. Głowackim, że „Zamiast kwików i płomiennych apeli o 'stawianie oporu’ zdecydowanie lepiej byłoby na przykład usłyszeć jeden konstruktywny pomysł na naprawę sytuacji w mediach regionalnych i publicznych po ewentualnej zmianie władzy i ich odpolitycznienia”.

 

Głowacki zwraca uwagę, że poza ustawą o mediach narodowych nie istnieją żadne regulacje prawne, które dotyczyłyby państwowej własności w mediach. „Od polityków opozycji, zamiast pomstowania na to, co dzieje się na łamach tych wszystkich dzienników regionalnych i zamiast wzywania dziennikarzy do przyklaskiwania tym, którzy odeszli – mówi Głowacki – powinna wypłynąć jakaś alternatywa. Do dziś nikt nie przedstawił żadnego projektu czy ustawy, czy też w ogóle sposobu przywrócenia normalności w mediach regionalnych, należących do Polska Press. To można by zrobić pewnie na dwa sposoby: zadeklarować, że ta własność zostanie zbyta – ale też pytanie, kto by miał to kupić i na jakich warunkach? Albo można pomyśleć o ustawie, która w jakiś sposób regulowałaby państwowe posiadanie mediów, czego w Polsce (poza „Rzeczpospolitą” lata temu) praktycznie nie było” – wskazuje Głowacki.

 

Casus „Gazety Olsztyńskiej”

 

Regulacje nic tu nie pomogą, co dobitnie pokazuje los mediów tzw. publicznych (TVP i rozgłośni regionalnych). Wszystkie po kolei partie polityczne przed wyborami obiecywały uniezależnienie mediów publicznych od ręcznego sterowania przez polityków, a po zwycięskich wyborach ich obietnice trafiały do kosza. Kolejne rządy używały mediów publicznych jako narzędzi propagandowych, obecny rząd poszedł w tym najdalej. Toteż raczej należałoby się skupić na stworzeniu ustawy, która  nakazywałaby zbycie spółce Skarbu Państwa udziałów w koncernie prasowym na rzecz podmiotów prywatnych, z kapitałem polskim. To oczywiście nie da 100-procentowej pewności ich niezależności od partii politycznych. Ciekawym poligonem doświadczalnym jest „Gazeta Olsztyńska” kupiona we wrześniu br. przez Andrzeja Senkowskiego, przedsiębiorcę z Warszawy, potentata  w branży części samochodowych. Na witrynie jego spółki Polcar widnieje niespotykana w biznesie deklaracja, że firma kieruje się „wartościami chrześcijańskimi”. Właściciel wsparł finansowo produkcje filmów „Smoleńsk” i „Legiony”.  Za mało czasu minęło od nabycia tytułu, by wyciągać daleko idące wnioski. Właściciel powołał nowego prezesa Macieja Materę, ostatnio prezesa spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej, ale zostawił w firmie odwołanego prezesa z funkcją dyrektora; natomiast stanowiska nie stracił redaktor naczelny Igor Hrywna.

 

„GO” przed sprzedażą była „płatnym słupem ogłoszeniowym”, a że w gronie najhojniejszych płatników był samorząd województwa, od lat w rękach PSL-PO, więc politycy tych partii, a zwłaszcza marszałek województwa, prezes PSL na Warmię i Mazury Gustaw Marek Brzezin, są non stop lansowani.

 

Obecnie musieli posunąć się na łamach i zrobić trochę miejsca także dla polityków PiS-u, którzy składają wizyty w Olsztynie. Widać na łamach pewną zmianę akcentów ideowych, ale nie jest to gwałtowne przestawienie wajchy. Nowością jest pojawienie się tekstów krytycznych wobec prezydenta Olsztyna, z rodowodem z PZPR, Piotra Grzymowicza, rządzącym od lat w koalicji z PO, za paraliż komunikacyjny miasta spowodowany budową linii tramwajowej. Poprzednio „GO”, tak jak i „Gazeta Wyborcza Olsztyn” entuzjastycznie popierała odtworzenie linii tramwajowej w Olsztynie.

 

Ale w tym samym czasie ukazał się ogromny wywiad z p.o. dyrektora Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, w którym afera wybucha za aferą (pisały o tym niedawno portale ogólnopolskie, zwłaszcza wp.pl, które oskarżyła prof. Wojciecha Maksymowicza z tego szpitala o obecność w sejmie podczas dyżurów lekarskich oraz o to, że asystował tylko „na papierze” przy operacji prowadzonej przez lekarza bez ukończonej specjalizacji, pacjentka zmarła. Dziennikarka „GO” w ogóle o te sprawy nie pyta! Wywiad sprawia wrażenie materiału sponsorowanego, w którym p.o. dyrektora mówi o tym, jak szpital wspaniale się rozwija. Następnie dziennikarka na swoim profilu na Facebooku chwali się swoją przyjaźnią z dyrektorem!

 

Zobaczymy, jaki ostatecznie kształt przybierze „GO” z nowym właścicielem. Zapewne będzie to zależało, czy i ile nowy prezes pozyska reklam ze spółek Skarbu Państwa. Jednak mimo wszystko taki właściciel powinien być lepszy z punktu widzenia wolności słowa niż taki jak Daniel Obajtek, zawdzięczający swoją funkcję politykom.

 

Adam Socha