Świetny warsztat. Trudny charakter – wspomnienia o Kamilu Durczoku

We wtorek, 16 listopada 2021 r. w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Katowicach zmarł Kamil Durczok, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich dziennikarzy telewizyjnych prowadził programy informacyjne i publicystyczne. Miał 53 lata.

 

W latach 1993-2006 związany z Telewizją Polską. Od 2006 r. do wiosny 2015 r. pracował w telewizji TVN, gdzie był redaktorem naczelnym „Faktów”. W latach 2016-2017 prowadził cotygodniowy program publicystyczny w Polsat News najpierw pod nazwą „Brutalna prawda. Durczok ujawnia”, później jako „Durczokracja”. Był także wydawcą i redaktorem naczelnym portalu Silesion.pl (2016–2019) oraz felietonistą tygodnika „Wprost”.  Laureat wielu nagród, m.in. Grand Press dla dziennikarza roku (2000), Złotej Telekamery w kategorii Informacje (2008) oraz Wiktora dla najwyżej cenionego dziennikarza, komentatora i publicysty (2004). Od 2002 r. chorował na raka.

 

Przed kilkunastoma dniami Kamil Durczok udzielił wywiadu portalowi plejada.pl. Okazało się, że to ostatni wywiad jakiego udzielił w życiu. Podsumował w nim swoją karierę dziennikarską i próbował rozliczać się ze swoimi demonami. – Szczyt kojarzy się ludziom ze zdjęciami z pism typu „Viva!” czy „Twój Styl”. Za czymś takim nie tęsknię. Jeżeli czegoś mi brakuje, to szczytu dziennikarskiego. Upadek z niego był dotkliwy. Czuję to zwłaszcza dziś, gdy patrzę na to stado baranów, które w znakomitej większości niesłusznie uważa się za dziennikarzy. Tych prawdziwych można policzyć na palcach moich i pana rąk i nóg. Wiem, że potrafiłbym zrobić inaczej pewne rzeczy. Nie wiem, czy lepiej. W kilkudziesięciu procentach pewnie tak. I nie przemawia przeze mnie narcyzm, tylko 30 lat doświadczenia. Po prostu umiem to robić. Zrobiłem „Fakty” ze Stanów Zjednoczonych, zrobiłem „Fakty” ze Smoleńska i wiele innych wydań, z których jestem cholernie dumny – mówił m.in. Durczok.

 

Odniósł się również do swojego uzależnienia od alkoholu i walce z nałogiem. – Kolizja uświadomiła mi to, że jednak jest coś, z czym sobie nie radzę. To był największy błąd mojego życia. Nie da się tego w żaden sposób usprawiedliwić. Podstawowy problem każdego alkoholika polega na tym, że najpierw musi przyznać się sam przed sobą, że jest chory. Bez tego nie da się zacząć leczenia. A mechanizm wyparcia jest bardzo silny. To największy wróg. Nie chcę udawać teraz terapeuty, bo podobno nie ma nic gorszego, jak terapeutyzowana osoba, która próbuje terapeutyzować innych, ale faktem jest, że alkoholizm jest często wypierany i bagatelizowany – opowiadał Kamil Durczok.

Źródło: plejada.pl.

 

Napisali w mediach społecznościowych:

 

Witold Gadowski, publicysta, członek zarządu SDP: Zmarł Durczok Kamil. Pan Bóg powiedział mi: ….zamilcz! Źródło: Twitter.

 

Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”: Nie miałem ochoty pisać o Durczoku. Biedny człowiek, upadły wskutek pychy, nałogów i wkręcenia w system medialnego kłamstwa – Boże bądź mu miłościwy. Ale, jak się okazuje, już jest kreowany na kolejnego męczennika, „zaszczutego” przez ludzką nienawiść. Źródło: Twitter.

 

Jacek Karnowski, redaktor naczelny tygodnika „Sieci”:  Zmówmy, kto może, Zdrowaś Mario. Zmarł Kamil Durczok. Dziennikarz miał 53 lata. Źródło: Twitter.

 

Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny portalu Salon24: Durczok nie żyje. Chyba przewidywaliśmy, że to się tak skończy. Szkoda… Źródło: Twitter.

 

Tomasz Lis, redaktor naczelny tygodnika „Newsweek”: Kamil Durczok- RIP. Jest dobrą polską tradycją elegancja, powściągliwość i wielkoduszność w obliczu śmierci. Po przeczytaniu o poranku niektórych komentarzy uznałem, że warto o tym przypomnieć. Źródło: Twitter.

 

Wojciech Czuchnowski, publicysta „Gazety Wyborczej”: Kamil Durczok nie żyje….zaszczuty, osamotniony, do końca walczący z chorobą, z własnymi demonami, z ludzką nienawiścią i hipokryzją. Spoczywaj w spokoju. Źródło: Twitter.

 

Jarosław Kuźniar, dziennikarz: Kamil Durczok. Świetny warsztat. Trudny charakter. Jego zawodowa historia powinna sprowadzać na ziemię każdego dziennikarza. Od szczytu do bocznego toru jest sekunda. RIP, Kamil. Źródło: Twitter.

 

Bartosz Pańczyk, dziennikarz „Faktu”: Kamil Durczok dowiedział się o raku w przeddzień Wigilii w 2002 roku. Lekarze dawali mu 15% szans na przeżycie. Cała Polska wstrzymała oddech, gdy poinformował na wizji o swojej chorobie. Jak wyglądała jego walka? O tym opowiedział w swojej książce. Źródło: Twitter.

 

Karolina Korwin-Piotrowska, dziennikarka i komentatorka: Jeden z lepszych dziennikarzy informacyjnych w PL po 89 roku. Cudowne i bezczelnie zdolne dziecko swoich czasów, kiedy wszystko wydawało się możliwe i ofiara wybujałego ego, trudnego charakteru, słabości i nałogów.

No i kochał, rozumiał psy. Za to zawsze szacunek. Psy są lepsze od ludzi i on to wiedział.

Kiedy walczył z rakiem, a w czasach gdy to robił, łysy, widocznie chory facet w ekranie telewizora, w programie informacyjnym, to był akt odwagi, moja mama oglądała go w hospicjum. Mówiła mi, zobacz, ten Durczok tak daje radę, ja też dam. My tu wszyscy mu kibicujemy…

Ktoś kiedyś zrobi o nim film. O królu życia, który złudnie myślał, ze ma wszystko, jest bogiem i jest nietykalny, który pewnego dnia boleśnie upadł. I już się nie podniósł. 53. To nie jest dobry wiek na umieranie. Źródło: Instagram.

 

Monika Olejnik, dziennikarka TVN: Żegnaj Kamilu. Źródło: Instagram.

 

Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny portalu Onet.pl: Nie mam pojęcia, co napisać…. Źródło: Facebook.

 

Marcin Twaróg, dziennikarz, wydawca serwisu dziennikzachodni.pl: Kamil Durczok R.I.P. #Śląsk nigdy nie zapomni #Katowice 16.11.2021. Źródło: Twitter.

 

 

opr. TP, fot. Wikipedia

Wpuścić dziennikarzy nad granicę – apeluje ŁUKASZ WARZECHA

Jeżeli faktycznie w ramach nowych regulacji prawnych, jakie mają zastąpić stan wyjątkowy na granicy, dziennikarze mieliby odzyskać możliwość pracy w strefie przygranicznej, byłoby znakomicie. Wykluczenie mediów po polskiej stronie było bowiem błędem.

 

Jak to zwykle w Polsce ostatnich lat, sprawa jest głęboko zanurzona w polityce. Da się ją jednak racjonalnie przeanalizować. Jeśli pozostawić na boku emocje, musimy przyznać, że owszem, władza miała swoje argumenty, aby dziennikarzom zakazać wstępu. Można je podzielić na dwie grupy.

 

Pierwsza to argumenty dotyczące bezpieczeństwa. W strefie nadgranicznej w pełni bezpiecznie nie jest, służby operują w sytuacji zwiększonego napięcia, konieczność uwzględniania w ich działaniach dodatkowo obecności dziennikarzy jest oczywiście uciążliwa. I to można zrozumieć.

 

Druga część argumentacji jest już trudniejsza do zaakceptowania. Niemal nikt z obozu rządzącego nie powiedział tego wprost, ale przecież trudno mieć wątpliwości, że chodziło o to, aby nie tworzyć niekorzystnego dla władzy obrazu. Powiedział o tym niemal całkowicie szczerze Jarosław Kaczyński w wywiadzie w RMF około trzy tygodnie temu, pytany właśnie o obecność dziennikarzy przy granicy. Przywołał wówczas przykład wojny wietnamskiej i lewicowej propagandy, jaką serwowały wówczas amerykańskie media. Kaczyński postawił tezę, że była to jedna z przyczyn przegranej USA w tym konflikcie.

 

Czy tak było faktycznie – odpowiedź trzeba pozostawić historykom. Na pewno nastawienie amerykańskiego społeczeństwa miało znaczenie, a to rzeczywiście było w dużej części zależne od tonu mediów. Lecz czy było decydujące i czy wojna wietnamska w ogóle była do wygrania, niezależnie od nastrojów ludzi – to już całkiem inna sprawa.

 

Nasz sprzeciw powinien jednak wywołać taki sposób argumentacji po stronie wicepremiera do spraw bezpieczeństwa. Brzmiało to bowiem tak, jakby Jarosław Kaczyński chciał powiedzieć, że nie można wpuszczać dziennikarzy tam, gdzie ich relacje mogą się okazać kłopotliwe dla rządzących. Gdyby tę zasadę rozszerzyć – a właściwie czemu nie, skoro została zaprezentowana jako reguła uniwersalna – musielibyśmy uznać, że władza ma prawo nie dopuścić mediów wszędzie tam, gdzie może to jej sprawić jakikolwiek problem. Takich zaś sytuacji można sobie wyobrazić mnóstwo.

 

Tak, jest prawdą, że część lewicowych mediów pokazuje karykaturalny wręcz obraz sytuacji na granicy. Łzawe historyjki o biednych, niczego nieświadomych „uchodźcach” z rzetelnością dziennikarską nie mają nic wspólnego. „Gazeta Wyborcza” opublikowała niedawno materiał, w którym powoływała się na „sklepowe” z regionu nadgranicznego. „Judith z Konga” (OKO Press) stała się już wręcz kultowa. To są kpiny, nie dziennikarstwo. Tylko że – proszę zauważyć – to i tak jest. Wpuszczenie dziennikarzy do strefy stanu wyjątkowego niewiele by tutaj zmieniło. Nieprzychylne rządowi media swoją agendę realizują i tak.

 

Natomiast liberalizacja ograniczeń dla mediów pozwoliłaby pokazać sytuację również tym redakcjom, które nie podchodzą do tego ze z góry przyjętymi założeniami. Nie mówiąc już o mediach zagranicznych, które niestety skwapliwie korzystają teraz z zaproszenia Łukaszenki.

 

Przede wszystkim pamiętać zaś trzeba, że obywatele mają prawo do informacji – i to jest kwestia podstawowa. To prawo powinno być ograniczane jedynie w absolutnie wyjątkowych sytuacjach. Czy ta do takich należy? Częściowo zapewne tak, ale tylko częściowo. Dlatego z kolei przedstawiciele mediów powinni być również gotowi na kompromisy. Nie wiemy jeszcze, jakie zasady pracy dziennikarzy zostaną zawarte w nowych przepisach, ale trzeba pogodzić się z tym, że nie będzie to pełna, stuprocentowa swoboda. Na Litwie jest podobnie – media nie mogą na przykład pokazywać procesu pushbacku. Nie jest to powód do darcia szat – dla wspólnego dobra można pewne ograniczenia przyjąć. Najważniejsze, żeby można było zacząć pokazywać to, co się na granicy dzieje. Nie wydaje się, żeby rządzący mieli się czego obawiać – nastroje społeczne są i tak bardzo wyraźnie po ich stronie.

 

Łukasz Warzecha

MIROSAŁW USIDUS: „Siła ciążenia” uratuje Facebooka

Z tego, co można ostatnio przeczytać w mediach na temat Facebooka, trudno wywnioskować, jaka będzie przyszłość niebieskiej platformy. Nie dlatego, że brakuje przepowiedni i prognoz, ale raczej z powodu ich nadmiaru.

 

Ton analiz rozciąga się od przekonania, że nic społecznościówce się nie stanie, bo Facebook jest zbyt wielki i opłacalny jako biznes, by miał upaść lub zostać zamknięty, do wieszczb niechybnego rozkładu gigantycznej platformy internetowej, już to z powodu odwrócenia się od niej użytkowników (w przypadku najmłodszych to już się dzieje), już to wskutek antymonopolowych postępowań, nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

 

W mediach zapanowała nadzwyczajna ekscytacja z powodu zeznań w Kongresie „whistleblowerki” Frances Haugen, które zbiegły się w czasie z wielką awarią Facebooka. Rewelacje Haugen, która przy okazji została zidentyfikowana jako osoba skrajnie stronnicza w sensie politycznym, zostały całkiem przytomnie skontrowane przez Marka Zuckerberga i zastęp oficerów prasowych Facebooka.

 

Mniej głośne medialnie, ale równie ciekawe, były decyzje podejmowane w ostatnim czasie przez wymiar sprawiedliwości stanu Teksas. Potencjalnie mogą one w równie ciekawy sposób, co publikowane w mediach od września rewelacje, doprowadzić do ujawnienia mechanizmów funkcjonowania serwisu społecznościowego, zasad moderacji i cenzury politycznej, którą stosuje. Na mocy decyzji sędziego okręgowego z Austin, Roberta Pitmana, teksański prokurator generalny będzie mógł wejrzeć w wewnętrzne dane i dokumenty nie tylko Facebooka, ale również Google i Twittera. W tym przypadku firmy Big Tech same się o to prosiły. Zaskarżyły bowiem nowe prawo stanu Teksas zakazujące im zawieszania kont użytkowników z powodów politycznych, na co odpowiedzią była decyzja sądu. Jeśli rzeczywiście dojdzie do ujawnienia wewnętrznych materiałów na temat cenzury politycznej w firmach Big Tech, to może być dużo ciekawsze niż sensacje pani Haugen.

 

Cenzura, głupcze!

 

Wróćmy jednak do niej, bo media zrobiły wokół jej wystąpienia wiele szumu, co gdy się zna polityczne poglądy dziennikarzy amerykańskiego mainstreamu medialnego, nie dziwi. Była kierownik produktu najpierw ujawniła tajniki Facebooka jako anonimowe źródło „The Wall Street Journal”, o czym szeroko niedawno pisałem na portalu SDP, a potem już jawnie przez komisją Kongresu Stanów Zjednoczonych opowiadała o tym, co określała jako pozbawioną zahamowań gotowość korporacji do rozprzestrzeniania wszelkiego rodzaju szkodliwych dezinformacji, ponieważ napędza to zaangażowanie użytkowników i zyski reklamowe, choć dzieje się to z ogromną, rozpoznaną w badaniach szkodą dla młodzieży, społeczeństwa i demokracji.

 

Recepta Haugen, gdy została o nią zapytana, brzmiała mniej więcej tak: więcej nadzoru nad Facebookiem i nad treściami w nim publikowanymi. Czyli więcej jednostronnie politycznej cenzury, bo pani Haugen jest politycznie zaangażowana i to bardzo aktywnie, po lewicowej stronie. Jeśli mówi o dezinformacji to tylko o dezinformacji publikowanej przez „prawicę”, jeśli mówi o hejcie to tylko o mowie nienawiści ze strony prawicowych użytkowników. Dezinformacja  i hejt lewicy ma, jak należałoby to rozumieć, pozostawać poza zasięgiem tej najnowszej krucjaty.

 

O pomysłach objęcia platform internetowych Big Tech ściślejszą państwową kontrolą, a nawet przejęcia ich przez państwo również pisałem. Jest takich koncepcji wiele. Jedne brzmią nie najlepiej, wręcz złowrogo, gdyż oznaczają wprowadzenie pełnej państwowej cenzury politycznej na wzór modelu chińskiego. Inne, takie jak opisana przez mnie kiedyś koncepcja profesora Jeffa Jarvisa z The City University of New York proponują cos w rodzaju umowy społecznej, jaką firma operująca w Internecie, wydawca i administrator serwisów, miałaby zawierać ze swoimi użytkownikami i z władzami, które stoją na straży obowiązującego w kraju prawa.

 

Przypomnę te idealistyczne założenia, mając pełną świadomość, że rządzącej obecnie w USA lewicy na pewno nie o to chodzi. A więc jak to wyobrażał sobie Jarvis, umowa taka zobowiązywałaby użytkowników serwisów, usług i platform do przestrzegania standardów społeczności, które definiują niepożądane i niechciane zachowania oraz treści. Przymierza tego rodzaju mogłyby się różnić w zależności od platform i państw. Ważne jest, by społeczność użytkowników miała równorzędną możliwość wpływania na kształt tej umowy, czyli, aby np. regulamin serwisu był także ich dziełem. Rolą zaś państwowych regulatorów byłoby dbanie o to, aby brzmienie „umowy społecznościowej” zgodne było z przepisami prawa krajowego. A zatem, z wyjątkiem poważnych spraw kryminalnych i przestępstw (np. groźby karalne, podżeganie do aktów terroru lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej), kiedy istnieje obowiązek reagowania z mocy prawa, zobowiązanie firmy administrującej platformą do reakcji na nielegalne treści lub zachowania powstawałby po powiadomieniu jej przez użytkowników serwisu lub władze. Po otrzymaniu powiadomienia, firma musiałaby podjąć działania i może zostać pociągnięta do odpowiedzialności w wypadku braku odpowiedniej reakcji. Oczywiście trzeba też założyć, że może działać z własnej inicjatywy powołując się na regulamin oparty na „umowie społecznościowej”, ale, co może być dla niej ważne, nie musi.

 

Zasadniczo reakcja na sprawy dotyczące możliwych naruszeń wcześniej uzgodnionego „przymierza” polegałaby na kierowaniu tych spraw do „internetowego sądu pokoju”, ciała istniejącego na mocy prawa krajowego ze specjalnie przeszkolonymi sędziami i wyposażonego w nowoczesne, oparte na sieci systemy komunikacji, które umożliwiają działanie z wymaganą szybkością i w odpowiedniej skali. Oczywiście, trzeba też przewidzieć taką możliwość, że administracja może działać bezpośrednio, powołując się na regulamin, który wypracowano wspólnie. Jednak użytkownik, którego dotyczy sankcja nałożona przez administrację, ma prawo odwołać się od tej decyzji do takiego właśnie sądu.

 

Zakładana w tej koncepcji szybkość podejmowania decyzji przez sąd internetowy, byłaby ogromną zaletą z punktu widzenia wszystkich stron. Obie strony mogą uczestniczyć w procedowaniu osobiście (czyli za pomocą tożsamości sieciowej) lub przez przedstawicieli. Decyzja takiego składu orzekającego przywracałaby np. w ciągu doby lub kilku dni usunięte wcześniej treści lub zdejmowałaby ban z użytkownika, albo też utrzymywała blokady nałożone przez przedstawicieli platformy. Oczywiście w państwie prawa, od decyzji sądu pierwszej instancji (czyli w tym przypadku „internetowego sądu pokoju”) przysługuje odwołanie. Jednak dalsza procedura odwoławcza, co wydaje się oczywiste, toczyłaby się już w tradycyjnych sądach, chociaż z drugiej strony, może warto dla typowo internetowych sporów rozszerzyć ten model również na kolejne instancje online.

 

Jest pytanie o możliwość występowania do takiego sądu przez anonimowego, lub posługującego się inną niż prawdziwa tożsamością, użytkownika. Wydaje się, że nie ma możliwości rozpatrywania skarg anonimów przez sąd działający na mocy państwowego prawa. Jednak w określonych sytuacjach, gdy np. sprawa dotyczy aktywności pod dobrze znanym w Internecie pseudonimem, a rzecz dotyczy wyłącznie aktywności sieciowej związanej z tym pseudonimem, można chyba dopuścić sytuację, że sąd zweryfikuje prawdziwą tożsamość użytkownika, ale jej nie ujawni, podobnie jak druga strona.

 

Jak pisze Jarvis, sądy takie mogłyby być finansowane z opłat lub specjalnego „podatku” nakładanego na spółki działające w Internecie. Brzmi to tylko pozornie źle. Jeśli działalność „internetowych sądów pokoju” zmniejsza ryzyko prawne (i finansowe) działalności firm internetowych, czyli zdejmuje z nich groźbę pozwów użytkowników z jednej strony i przedstawicieli państwa – z drugiej, to rozwiązanie takie może okazać się dla nich całkiem atrakcyjne.

 

Przywołałem i przypomniałem szerzej ten pomysł, by skontrastować go z tym, co, moim zdaniem, lewicowe siły w USA i nie tylko tam mają ochotę zrobić z Facebookiem, a pewnie w konsekwencji z Twitterem i innymi platformami społecznościowymi. Google to trochę inna para kaloszy, ale administracja USA za pomocą postępowań antymonopolowych też zapewne będzie chciała zmusić tę firmę do większej „współpracy”. Podstawą wymuszania przez lewicę jeszcze silniejszego cenzorryzmu politycznego będą przygotowane w jej kręgach politycznych definicje niepożądanych osób i treści. Próbkę tego jednostronnego etykietowania widać np. stosowanym niedawno przez przedstawicieli administracji Bidena w odniesieniu do rodziców dzieci w szkołach epitecie – „terroryści”. Władze będą następnie egzekwować od firm Big Tech cenzurę i innego rodzaju prześladowania tak właśnie ideologicznie, dowolnie i wygodnie zdefiniowanych „ekstremistów”.

 

Zuckerberg: dlaczego cytujecie tylko niektóre badania

 

Możecie więc zapomnieć o „umowie społecznej” i równości podmiotów w internecie. Rządzący mają zupełnie inne plany. I to z czym wystąpiła pani Haugen jest dla nich doskonałym pretekstem. Sprzyja im ogólna irytacja, którą wzbudza w kręgach zarówno lewicowych jak i prawicowych serwis Zuckerberga. Jednak i temu ostatniemu nie brakuje argumentów wobec tego najnowszego ataku. Spisał je i opublikował na swoim blogu w reakcji na wystąpienie Haugen a także na wielką awarię. Jego argumenty są raczej chwalone za racjonalność i trafne zbijanie zarzutów byłej menedżerki, do której jednak w żadnym miejscu się nie odwołuje personalnie.

 

Wpis Marka Zuckerberga, o którym mowa, jest długi i przemyślany. Nie wymienia on z nazwiska Frances Haugen, ale pisząc o informacjach, które wyciekły za jej sprawą, szef Facebooka podkreśla, że zostały przeinaczone zarówno przez nią, jak i przez cytujące ją media.

 

Zuckerberg zwraca między innymi uwagę na to, że wiele zarzutów i oskarżeń wobec Facebooka nie ma logicznego sensu. „Gdybyśmy chcieli ignorować badania, to nie tworzylibyśmy ekosystemu badawczego w celu lepszego rozumienia zjawisk” – pisze na blogu. „Jeśli nie zależy nam na walce ze szkodliwymi treściami, to dlaczego zatrudniamy o wiele więcej osób poświęconych temu niż jakakolwiek inna firma w tej branży, nawet te większe od nas? (…) A jeśli media społecznościowe są tak odpowiedzialne za polaryzację społeczeństwa, jak twierdzą niektórzy, to dlaczego widzimy wzrost polaryzacji w USA, zaś w innych krajach nie ma tego wzrostu albo nawet da się zauważyć spadek, przy tak samo intensywnym wykorzystaniu mediów społecznościowych?”.

 

„Argument, że celowo promujemy treści, które denerwują ludzi, dla zysku, jest głęboko nielogiczny” – ciągnie szef Fejsa. „Zarabiamy na reklamach, a reklamodawcy nieustannie mówią nam, że nie chcą reklam obok treści szkodliwych lub pełnych gniewu. I nie znam żadnej firmy technologicznej, której chodziłoby o wywołujące depresję produkty. Wszystko, argumenty zarówno etyczne jak i biznesowe, przemawiają raczej za dążeniem w przeciwnym kierunku”.

 

Mark zwrócił też uwagę na wybiórczość oskarżycieli w traktowaniu badań wpływu Instagrama na nastolatków i dzieci. Bo choć z jednej strony rzeczywiście pewna część młodych ludzi ma związane z tą aplikacją problemy z samooceną, to z drugiej strony wśród zarzutów pominięto również wychodzący z badań pozytywny wpływ social media na samopoczucie i relacje wielu nastolatków.

 

Komentatorzy nieco bardziej zdystansowani zwracają uwagę, że w całym tym zgiełku najmniej zwrócono uwagę na najbardziej chyba niewygodny dla Facebooka zarzut Frances Haugen, dotyczący  ukrywania przez niego spadku liczby młodych amerykańskich użytkowników. Ujawniła wewnątrzfirmowe prognozy, że spadek zaangażowania nastolatków może prowadzić do ogólnego spadku amerykańskich użytkowników 45 proc. w ciągu najbliższych dwóch lat. Jeśli zostanie to potwierdzone, to oznacza to wprowadzanie reklamodawców w błąd, co podważyłoby źródło 99 proc. przychodów Facebooka ale także potencjalnie złamałoby prawo. Zuckerberg również temu zaprzecza, ale nie pozwala sobie na figury retoryczne przy tej okazji.

 

Prawne karty przeciwników Facebooka nie są wcale tak mocne jak to się być może niektórym wydaje. Politycy grożą, że rozbiją firmę na kawałki, ale, jak się zauważa, wymierzony przeciw niemu proces antymonopolowy jest wadliwy. Twierdzenie Departamentu Sprawiedliwości, że Facebook jest monopolistą, opiera się na zdefiniowaniu rynku w taki sposób, aby wykluczyć większość innych sieci społecznościowych. Monopolowi w pewnym sensie przeczy to, co działo się podczas niedawnej awarii. Użytkownicy bez większych problemów przeszli do aplikacji takich jak Telegram, TikTok czy Twitter. Gdyby to był prawdziwy monopol, to korzystanie z konkurencyjnych produktów nie byłoby tak łatwe. Postepowania antymonopolowego bardziej więc powinien obawiać się Google a nie serwis Zucekrberga.

 

Siła ciążenia

 

Eksperci uważają, że mimo wcale nie tak silnych podstaw do ataku na Facebooka, samo nagromadzenie negatywnych zjawisk, zarzutów i problemów, może platformę Zuckerberga sprowadzić do tak niskiego poziomu reputacji, że już się z tego dołka nie wydostanie. Nawet przedstawienie racjonalnych i całkiem sensownych odpowiedzi, jak te które padły na zarzuty pani Haugen, może na tak niskim poziomie wiarygodności nic nie pomóc. Często przywoływane porównanie do koncernów tytoniowych oznacza, że nikt nie ma ochoty wyciągnąć ręki do firmy, która upadła tak nisko. Z drugiej strony firmy produkujące papierosy wciąż funkcjonują i sprzedają, więc upadek w sensie biznesowym nie musi nastąpić, przynajmniej nie od razu. Raczej długotrwała wegetacja w cieszącej się coraz gorszą opinią piwnicy internetowej, okraszona być może kosztownymi pozwami zbiorowymi

 

Niewykluczone jednak, że ten upadek może być szybszy, zważywszy, że starzejąca się, coraz mniej atrakcyjna dla reklamodawców, społeczność użytkowników, niekoniecznie będzie trzymać się nieatrakcyjnej już dla młodych platformy. Jeśli wypali inicjatywa Donalda Trumpa Truth Social, prawdopodobnie co bardziej konserwatywnie nastawieni użytkownicy odejdą bez żalu tam gdzie nie czeka ich niechęć i cenzura (Facebook bez litości tnie zasięgi nielewicowym serwisom informacyjnym, co również wyszło w niedawno ujawnionych wewnętrznych dokumentach).

 

Rozpatruje się wiele scenariuszy spodziewanej przyszłości Facebooka, w tym rozbicie antymonopolowe (wątpliwa sprawa, o czym wyżej), przejęcie przez państwo/polityków (to w zasadzie nie byłaby prawdziwa zmiana, raczej ewentualnie ilościowe wahnięcie, gdyż Facebook już jest we władaniu lewicy), albo nawet rychły koniec platformy z powodu odejścia reklamodawców niechętnych reklamowaniu się na serwisie o coraz niższej reputacji. To ostatnie w świetle ujawnionych niedawno informacji o reklamowej zmowie cenowej Facebooka z Google’m rysuje się jako nieco bardziej prawdopodobne, a dodać do tego trzeba oczywiście dochodzenie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości.

 

Moim skromnym zdaniem, w najbliższym czasie nie stanie się nic szczególnego, jeśli chodzi o Facebooka, choć może wiele rzeczy jeszcze zostanie powiedzianych, padną kolejne oskarżenia, a nawet otwarte nowe procesy, i rozdarte zostaną kolejne szaty obrońców prywatności, młodzieży i politycznego pokoju w społeczeństwie.

 

Kluczem do trwania, względnej niezmienności pozycji i znaczenia błękitnego serwisu jest inercja, czy też może „siła ciążenia” sieci społecznościowych. Okazuje się, że grawitacja ziemska zmuszająca nas do budowy potężnych rakiet, by oderwać się od naszej planety choćby na niską orbitę, jest niczym przy niutonach uwikłania społecznościowego. Przekonałem się o tym blisko rok temu na własnym przykładzie.

 

Gdy, zdegustowany represyjną, ingerującą nawet treści prywatnej komunikacji cenzurą polityczną, próbowałem namówić znajomych w sieci społecznościowej do odejścia, to choć wszyscy się zgadzali, że tak, to skandal i jak ten Facebook może tak cenzurować, nikt nie kwapił się do zakończenia swojej przygody z tą platformą. Także i ja w tej sytuacji nie pożegnałem się panem Zuckerbergiem. Okazało się, że ta „siła ciążenia”, która nie pozwoliła mojej społeczności oderwać się od Facebooka, także i mnie przytrzymała, choć niby uruchomiłem silniki i zapraszałem do swojej rakiety.

 

Grawitacja jak wiadomo ma związek z masą. Masą tą są sieci połączeń, kontaktów, gigantyczne zasoby danych. Niedawno przeczytałem, że Facebook jest największym repozytorium danych w historii świata. To tak masa stabilizuje platformę i wiąże jej użytkowników w taki sposób, że nawet jeśli mają ochotę to trudno im odejść. Z tego też powodu nie wierzę w prawdziwą chęć zniszczenia Facebooka przez polityków. Takiego bogactwa nie niszczy się. Wierzę jednak w chęć ściślejszej i dokładniejszej kontroli nad tą skarbnicą.

 

Mirosław Usidus

Czy możliwa jest debata politycznych liderów? – zastanawia się ŁUKASZ WARZECHA

Aby przeprowadzić solidną debatę polityczną trzeba by znaleźć neutralny medialny grunt i  dziennikarzy możliwych do zaakceptowania dla obu stron, a o to coraz trudniej.

 

Od jakiegoś czasu krąży pomysł zorganizowania debaty Jarosława KaczyńskiegoDonaldem Tuskiem. Nie sądzę, żeby do niej doszło, a już na pewno nie na obecnym etapie kalendarza politycznego, gdy przyspieszone wybory wydają się nie być już w niczyim interesie i najpewniej do nich nie dojdzie. Warto się jednak nad taką propozycją spokojnie zastanowić. Czy tego typu wydarzenie miałoby sens i dlaczego tak trudno sobie je w dzisiejszej Polsce wyobrazić?

 

Z debatami – nawet tymi przedwyborczymi – problem jest taki jak z wieloma innymi mechanizmami polskiego życia politycznego: są tak mocno uzależnione od bieżących partyjnych potrzeb i tak mocno naznaczone plemiennością, że natychmiast każdy podejrzewa realizację jakiegoś niecnego planu. I w dodatku często ma rację. Tymczasem są przedsięwzięcia, które z tej gry powinny być po prostu wyłączone i instytucja debaty przywódców partyjnych jest właśnie takim przedsięwzięciem.

 

Generalnie debaty nie są korzystne dla lidera, a mogą na nich wygrywać pretendenci. Na pozycji lidera, który ma najwięcej do stracenia, jest dzisiaj Jarosław Kaczyński. Na jego niekorzyść w starciu z Donaldem Tuskiem działałoby nie tylko zużycie obecnej władzy i fakt, że przywódcy opozycji zawsze łatwiej jest krytykować stan rzeczy niż przywódcy rządzącego obozu prezentować własne osiągnięcia, szczególnie po sześciu latach rządów. W telewizji przeciwko Kaczyńskiemu działałaby również bardzo dzisiaj widoczna różnica wizerunkowa: prezes PiS, mówiąc brutalnie, wyraźnie się w ostatnich latach postarzał, podczas gdy młodszy o osiem lat Donald Tusk zachowuje naprawdę dobrą formę. Jarosław Kaczyński, by tak rzec, również nie trenował – nie musiał od lat stawiać czoła ani zadającym trudne pytania dziennikarzom, ani tym bardziej dobrze przygotowanemu przeciwnikowi politycznemu.

 

Tego typu kwestie mają znaczenie w bezpośrednim starciu. Tusk zapewne świetnie to wszystko rozumie, dlatego to on głównie prze do debaty, mając zresztą świadomość, że do niej nie dojdzie. Uważa – w jakimś stopniu słusznie – że i tak to starcie wygrywa jako ten, który ogłasza, że się go nie boi.

 

Te kwestie politycy muszą oczywiście mieć w pamięci, ale nie powinny one decydować o tym, czy do debaty dochodzi czy nie. Tak, ktoś na niej może wygrać, a ktoś niewątpliwie przegra, ale publiczność powinna móc poznać zdanie liderów w bezpośredniej konfrontacji.

 

Tu jednak pojawiają się problemy. Pierwszy z nich jest polityczny, ale też ma znaczenie. Znamy go z debat przedwyborczych: gdyby organizować starcie przywódców tylko dwóch dominujących obozów, liderzy pozostałych ugrupowań mogliby słusznie czuć się pominięci i uznać, że to część strategii likwidacji w świadomości wyborców jakichkolwiek alternatyw wobec dwóch największych armii. To może mieć znaczenie dla mediów publicznych w świetle przepisów ustawowych, ale już niekoniecznie dla mediów prywatnych, które mogłyby po prostu uznać, że dla nich, także z czysto komercyjnego punktu widzenia, taka debata ma sens, zaś problemy mniejszych partii są tylko ich kłopotem.

 

Drugi problem to znalezienie odpowiednio neutralnego gruntu. Tutaj wyzwanie jest wręcz dramatyczne, a bierze się z jednego z fundamentalnych problemów polskiej polityki – braku zaufania. Nie tylko politycy nie ufają sobie nawzajem nawet w najbardziej podstawowych sprawach, ale nie ufają również wszelkim zaangażowanym w politykę podmiotom, w tym mediom. Co gorsza, bardzo często słusznie. Tymczasem debata pomiędzy liderami politycznymi musiałaby być przeprowadzona w bardzo higienicznych warunkach: bez nieprzyjemnych zaskoczeń, we wcześniej ustalonym reżimie czasu i pytań, ale zarazem takim, który – co się zdarzyło przed wyborami prezydenckimi w ubiegłym roku – nie powodowałby, że starcie byłoby nieznośnie nudne. Trzeba by też znaleźć dziennikarzy możliwych do zaakceptowania dla obu stron, a o to również coraz trudniej. To kamyczek do dziennikarskiego ogródka, gdzie bardzo trudno znaleźć osoby gwarantujące wystarczający poziom bezstronności w przypadku takiego wyzwania.

 

Wszystko to są powody, dla których niełatwo sobie wyobrazić nie tylko debatę, o której teraz mowa, ale nawet jakąkolwiek debatę przedwyborczą z prawdziwego zdarzenia, a zatem taką, gdzie uczestnicy faktycznie mogą ze sobą wchodzić w polemikę, a prowadzący nie są tylko maszynkami do zadawania doskonale wcześniej znanych uczestnikom pytań.

 

Mógłby ktoś uznać, że wszystko to jest i tak tylko teatrem i nie ma większego znaczenia, a rozmowy o debacie wynikają jedynie z bieżącej partyjnej taktyki. Zapewne w jakimś stopniu miałby rację. Ale nie całkiem, bo debaty liderów nie są jakimś egzotycznym wymysłem, a kultura debatowania nie jest akademicką abstrakcją. Debaty pomiędzy partyjnymi liderami, traktowane poważnie, funkcjonują w Niemczech czy Francji. To my, za sprawą absurdalnie daleko posuniętej plemienności, oduczyliśmy je traktować jako nie tylko coś naturalnego, ale po prostu jako obowiązek wobec publiczności, z którego najważniejsze osoby w państwie muszą się wywiązywać.

MARIA GIEDZ: Dziennikarz w strefie zagrożenia

Zabranianie dziennikarzom dotarcia do strefy granicznej nie jest dobrym rozwiązaniem. Jednak nie byłoby zasadne, aby dziennikarz poruszał się po tym terenie samodzielnie i przebywał tam przez 24 godziny na dobę. Dobrym rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie akredytacji, ale tylko dla dziennikarzy, a nie dla każdego kto chciałby siebie tak nazywać.

 

Podczas Zjazdu Sprawozdawczo-Wyborczego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, który odbywał się w dniach 16 – 17 października 2021 r. w Kazimierzu Dolnym, kilku dziennikarzy, w ramach dyskusji nad wnioskami i uchwałami, domagało się, aby SDP podjęło uchwałę dotyczącą dopuszczenia dziennikarzy do pracy w strefie stanu wyjątkowego przy granicy z Białorusią.

 

Szczęśliwie udało się przekonać owych „aktywistów”, że tego typu tematyką nie zajmuje się Zjazd, ale może się zająć Zarząd Główny SDP, a nawet powinien. Gdyż dziennikarze powinni mieć dostęp do informacji ze strefy zagrożenia i to z pierwszej ręki, a nie tylko opierać się na tym co mówi rzecznik prasowy Straży Granicznej. Niemniej sprawa jest niezwykle delikatna i trzeba ją rozegrać mądrze. Dlaczego?

 

Na żadnej wojnie dziennikarz, a raczej korespondent wojenny nie biega sobie po linii frontu zgodnie z własnym widzimisię. Może to slogan, ale widziałam to na własne oczy podczas pobytów na terenach konfliktów zbrojnych, głównie w obszarze Bliskiego Wschodu i nie tylko…. Dziennikarzy, tak samo jak wojskowych obowiązują pewne zasady. Ma to związek przede wszystkim z bezpieczeństwem dziennikarza, ale też ludności cywilnej i żołnierzy, partyzantów, czy innych służb pilnujących porządku, a w przypadku granicy polsko-białoruskiej Straży Granicznej. Nazywanie tych ostatnich „watahą psów, śmieciami, a nawet faszystami czy mordercami…” jest niezwykle krzywdzące, bo akurat o naszych pogranicznikach mam jak najlepsze zdanie. Są niezwykle pomocni i działają z dużym poświęceniem, czego miałam wiele przykładów, między innymi jesienią 2020 r., kiedy to uratowali życie niemłodej już kobiecie wędrującej po Bieszczadach.

 

Akredytacja

 

Wracając do strefy zagrożenia, to podobnie, jak w rejonach występowania wszelkich konfliktów zbrojnych dziennikarz musi uzyskać zezwolenie na poruszanie się po danym terenie, czyli jego redakcja albo instytucja, z którą współpracuje musi wystąpić o akredytację. Jeśli jest to teren obcego państwa, to taki dziennikarz może osobiście wystąpić do polskiego ambasadora czy konsula z prośbą o list polecający. W tym przypadku nie musi posiadać poparcia własnej redakcji, bo często może go otrzymać na podstawie dokumentu jakim jest Międzynarodowa Legitymacja Dziennikarska. Bez akredytacji żadne służby i to na całym świecie nie wpuszczą dziennikarza na teren zagrożony. Zresztą w różnych innych miejscach też wymagana jest akredytacja. Bez niej dziennikarz nie ma prawa wejść na najróżniejsze posiedzenia czy konferencje w wielu instytucjach, a nawet na koncerty, mecze piłkarskie. W tych ostatnich przypadkach chodzi o specjalne, uprzywilejowane miejsce dla dziennikarzy, z którego lepiej obserwuje się np. rozgrywki sportowe.

 

Kiedy już dziennikarz otrzyma akredytację, to zgłasza się do centrum prasowego lub osoby upoważnionej do zajmowania się dziennikarzami. Czasem, w sytuacjach wojen domowych dziennikarz może mieć prywatne kontakty z mieszkańcami danego terenu, którzy przejmują na siebie odpowiedzialność za dziennikarza i gwarantują, że działa on po to, aby publikować rzeczywiste, a nie wymyślone informacje o sytuacji, którą będzie mógł, dzięki ich pomocy, naocznie zobaczyć. Zdarzały się bowiem przypadki, nawet wśród polskich korespondentów wojennych, dla których specjalnie wysadzano budynek, aby mieli ładniejsze ujęcie. Niestety miejscowi o tym szybko się dowiadują i gdy tylko ów dziennikarski „bohater” przekonany o bezkarności próbuje pracować na własną rękę jest przez różne strony konfliktu śledzony, ścigany, co czasem kończy się dla niego tragicznie. Jest jak na wojnie, żołnierz nie może pójść tam, gdzie chce i strzelać do kogo chce. Ta sama zasada obowiązuje dziennikarza. Natomiast jeśli dziennikarz zgadza się na pracę w towarzystwie „anioła stróża” – może to być żołnierz, policjant, partyzant, miejscowy przewodnik, to ułatwia się mu wówczas pobyt w strefie zagrożenia, aczkolwiek w granicy bezpieczeństwa – o ile w sytuacji konfliktu zbrojnego o stuprocentowym bezpieczeństwie można mówić.

 

„Wycieczki na front”

 

Jeśli dziennikarz znalazł się w strefie dużego konfliktu zbrojnego, to spotyka innych dziennikarzy z różnych rejonów świata. Wówczas, najczęściej ci dziennikarze mieszkają w jednym hotelu, w skupisku namiotów, kontenerze… pilnowanych przez wojsko lub inne służby bezpieczeństwa. Czasem też mieszkają w bazie wojskowej. W zależności od zwyczajów albo wcześnie rano, albo późnym wieczorem odbywa się konferencja prasowa informująca mass media o sytuacji na froncie. Proponuje się też dziennikarzom wspólne wyjazdy (helikopterem, samochodem, pojazdem wojskowym), mogą to być również piesze wyjścia do miejsca, które jest względnie bezpieczne, a gdzie dziennikarze mogą zrobić zdjęcia, obserwować działania na froncie, rozmawiać z żołnierzami, partyzantami, czasem z ludnością cywilną… Zazwyczaj takie wyjazdy są płatne. Mogą być darmowe, jeśli dziennikarz przebywa w grupie partyzantów, czy innych bojowników, którym bardzo zależy na nagłośnieniu ich racji.

 

Istnieje też możliwość poruszania się z ludnością cywilną, np. z uchodźcami, chociaż wówczas dziennikarz narażony jest na takie same niebezpieczeństwa jak uchodźcy i w razie zatrzymania go przez którąś ze stron nie jest traktowany ulgowo, a nawet wręcz przeciwnie. Nie obowiązują wówczas wobec niego żadne międzynarodowe zasady. Często jest też postrzegany jako szpieg którejś ze stron. Można go więc zabić, torturować, gwałcić, przetrzymywać w nieskończoność w więzieniu czy miejscu odosobnienia. Dlaczego? Bo przekroczył niepisaną granicę. Żadnej granicy nie należy przekraczać nielegalnie, chyba że jako przemytnik i to w czasach pokoju, ale w tym przypadku obowiązują inne zasady i trzeba być „miejscowym” oraz mieć dużą wprawę. Nawet jeśli jest się zwykłym turystą i nie podporządkowuje się zasadom ustalonym w danym miejscu czy rejonie, to takie przekroczenie granicy (i nie chodzi tu o granicę między państwami) zazwyczaj kończy się tragicznie. Można w tym miejscu podać przykład dwójki podróżników (moich przyjaciół), wydawałoby się ludzi z pewną wiedzą, którzy mimo ostrzeżeń znajomych, beztrosko, bez znajomości miejscowego języka, sami płynęli kajakiem przez teren karteli kokainowych i jeszcze to co widzieli fotografowali. Skończyło się tragicznie. Zostali zastrzeleni, a ich ciała zjadły piranie.

 

Kiedyś z synem wysoko postawionego wojskowego i kuzynem pewnego generała pojechałam na linię frontu z samozwańczym Państwem Islamskim. Po drodze byłam kilka razy legitymowana. Moi towarzysze, teoretycznie cywile, za każdym razem musieli wykonywać telefony do „generalicji” aby uzyskać pozwolenie na dalszy przejazd w kierunku jednego ze stanowisk rozlokowanych wzdłuż frontu. Kiedy już dotarliśmy były sympatyczne rozmowy, picie herbaty, fotografowanie przebywających tam wojskowych. W pewnym momencie generał powiedział, że musimy natychmiast wracać do „domu” i podał wytyczne, którymi drogami mamy jechać. Kiedy już dotarliśmy w bezpieczne miejsce otrzymaliśmy wiadomość, że ISIS dowiedziało się o mojej wizycie i posterunek ten zaatakowano. Na szczęście tego dnia nikt z tych wojskowych nie zginął. Można powiedzieć, że miałam szczęście, gdyż pozycje dżihadystów znajdowały się w odległości niecałych czterech kilometrów od miejsca, w którym prowadziłam wywiad. Gdybym wówczas nie posłuchała generała, została jeszcze trochę, pojechała inną drogą, po drodze zatrzymywała się i robiła zdjęcia, już bym nie żyła, bo właśnie trasa, którą wcześniej jechaliśmy, została ostrzelana.

 

Prawo do wykonywania zawodu   

 

Dziennikarz nie może być tym najmądrzejszym tylko dlatego, że pracuje w mediach. Wielu dziennikarzom przydałaby się lekcja pokory. Nie można beztrosko przechodzić przez pole minowe, czy przez drut kolczasty tylko dlatego, że jest się dziennikarzem. Są wyznaczone drogi, specjalne przejścia. Wiadomo, że adrenalina wzrasta, kiedy robi się coś nielegalnie. Ale istnieje to „ale” …

 

Co można zrobić, aby przysłowiowy wilk był syty a owca cała? Na pewno zabranianie dziennikarzom dotarcia do strefy granicznej nie jest dobrym rozwiązaniem. Jednak nie byłoby zasadne, aby dziennikarz poruszał się po tym terenie samodzielnie i przebywał tam przez 24 godziny na dobę, bo jest niemal pewne, że druga strona będzie czyniła różne prowokacje. Zapewne dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie akredytacji, ale tylko dla dziennikarzy, a nie dla każdego kto chciałby siebie tak nazywać. W tym miejscu kłania się brak dyskusji nad pytaniem, kto jest dziennikarzem? Zostawmy to jednak na później, teraz należy rozwiązać ważny problem – prawo do wykonywania zawodu w strefie zagrożenia. Czyli, akredytacja dla dziennikarzy dużych mediów, a co z mediami lokalnymi? Co z blogerami, z redaktorami lokalnych albo marketingowych gazetek? Zaraz rozpocznie się „wolnościowy krzyk” o segregację zawodową. Coś trzeba wybrać! Redaktor ściennej gazetki w zakładzie pracy nie jedzie na wojną do Iraku, aby ją relacjonować. Nie każdy zresztą zostanie na tę wojnę „wpuszczony” i nie każdy do takich zadań się nadaje.

 

Jeśli już mamy grupę akredytowanych dziennikarzy, to należy coś z nimi zrobić. Może, wzorem z różnych terenów, gdzie toczą się konflikty zbrojne, wwozić tych dziennikarzy do strefy zagrożenia, ale bez osób towarzyszących, rozhisteryzowanych panienek rzucających się z płaczem na każdego migranta, nie uchodźcę, bo na granicy polsko- białoruskiej uchodźców nie ma! To są ludzie, którzy chcą sobie poprawić status społeczny, zostali oszukani, nabrani przez „naganiaczy”, są wykorzystywani do sprowokowania konfliktu zbrojnego, ale nie są uchodźcami!

 

Przykładów chęci forsowania granicy pomiędzy państwami Bliskiego Wschodu widziałam wiele, ale tam byli uchodźcy wyganiani z własnych domów i nikt się nimi nie przejmował. Strzelano do nich, oblewano ich wodą, obsypywano gazem. I zazwyczaj robiło to wojsko, bo służby graniczne są zbyt delikatne. A tak na marginesie, to może dobrym rozwiązaniem, również humanitarnym byłoby wsadzenie tych „biednych” migrantów do samolotu i wysłanie ich do rodzimego kraju.

 

Wracając do dziennikarzy. To najpierw akredytacja, a potem musi być ktoś, kto tych dziennikarzy zawiezie w rejon granicy, ale i przywiezie. Nie ma żadnego spacerowania, przechodzenia na drugą stronę granicy, zostawiania jedzenia, środków sanitarnych (tym zajmują się inne służby, to nie jest rola dziennikarza), chodzenia po bagnach, wjeżdżania własnym, albo redakcyjnym samochodem. Chcesz zrobić relację, to bierzesz notes, długopis, dyktafon, aparat, kamerę… Jedziesz pod opieką wojska, straży granicznej… i razem z nimi wracasz. Wykonujesz wszystkie polecenia i słuchasz się prowadzącego.

 

Może coś pominęłam, ale na takich warunkach dziennikarze mają prawo domagać się od władz państwowych, aby nie zabraniały im wykonywania zawodu.

 

Maria Giedz

Po co są organizacje dziennikarskie? – odpowiedzi szuka ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS

Istnieje wielka potrzeba istnienia organizacji dziennikarskich, zwłaszcza w czasach triumfu fake newsów, które zastępują informację, oraz propagandy podmieniającej komentarze. Ale problem jest znacznie bardziej skomplikowany, w Polsce i za granicą, czasem w podobny, często w zupełnie inny sposób. Oto próba podsumowania nowych zjawisk, a przynajmniej wyznaczenia wektorów tych zmian.

 

Gdybyśmy spojrzeli na europejskie organizacje dziennikarskie z lotu ptaka, widać jasno, że w istocie nie ma klasycznych dziennikarskich związków zawodowych, jakie obserwujemy w innych zawodach (górnicy, hutnicy, pracownicy transportu, budżetówka etc.). Stowarzyszenia dziennikarzy łączą na ogół dwie funkcje: pełnią rolę wyznacznika standardów zawodowych, obrońców wolności słowa, organizują konkursy branżowe, konferencje, a ponadto mają segment związany z doraźną pomocą finansową dla dziennikarzy w potrzebie. I tu nasze SDP czy np. brytyjski BAJ, British Association of Journalists, niewiele się od siebie różnią. Nawet nasz Kodeks etyki dziennikarskiej jest podobny do brytyjskiego, bo nie może nie być – przecież chodzi o te same wartości. Że przypomnę podstawy Aktu Założycielskiego BBC z 1922 roku: code of conduct – impartiality (obiektywizm i bezstronność), credibility (wiarygodność informacji) i balance (wyważenie opinii w programie). Choć, niestety, to dziś – wystarczy spojrzeć na media – bardziej teoria aniżeli praktyka. Tyle kwestie statutowo-organizacyjne.

 

Dostrzec można także interesujące zjawisko – w ostatnich kilkudziesięciu latach i Europejska Federacja Dziennikarzy, i większość organizacji branżowych, zrobiły kilka kroków w lewo. Dokładnie tak, jak medialny mainstream w Europie, że przypomnę jedynie największe potęgi – „Observera”, „Le Monde”, „El Pais” czy „Die Welt”. Ten sam zarzut dotyczy także stacji radiowych i telewizyjnych. Europejska Federacja Dziennikarzy tropi środowiskowe uchybienia i wykroczenia, i ogłasza je w dorocznym raporcie. Ale tak się jakoś składa, że częściej dociera do przykładów z krajów, gdzie rządzą konserwatyści, lub do mediów konserwatywnych, i wtedy brutalnie atakuje swoich kolegów. Natomiast nie słyszałam, aby kiedykolwiek zajęła się grzechami lewicowej BBC czy mediów niemieckich, które przez tydzień trzymały w zamrażarce news o dramatycznych wydarzeniach w Kolonii z Sylwestra 2015 roku. EFJ jest także antyizraelska, za to bardzo propalestyńska. Np. w 2008 roku wykluczyła 800 dziennikarzy izraelskich, zrzeszonych w ich krajowym związku, za „niepłacenie składek”, a w istocie za politykę rządu izraelskiego, który podczas II wojny libańskiej kazał wysadzić w powietrze telewizję Hezbollahu. A potem przyjęła ich z powrotem. Dziennikarze izraelscy nie pozostali dłużni, bo w kilka lat później zagrozili zerwaniem z EFJ, twierdząc – zresztą zgodnie z prawdą – że jest „antyizraelska”. Czy nie moglibyśmy – jako że EFJ nęka nas dotąd bezkarnie – wysłać przy następnej okazji podobnego listu?

 

Warto dodać, że EFJ cyklicznie wydaje deklaracje takie jak ta z 2007 roku, gdy ogłoszono 6 listopada Dniem Protestu Dziennikarzy Europejskich „przeciw obniżaniu zawodowych i moralnych standardów oraz politycznym naciskom, które niszczą ten zawód”. W sumie Europejska Federacja Dziennikarzy zrzesza 187 organizacji krajowych, ma ok. 600 tys. członków, ale już od dawna przestała być autorytetem, przestała rzetelnie pełnić swoje statutowe obowiązki i dziś jest jednym z frontów wojny liberalnej lewicy z konserwatyzmem oraz – tak, tak! – z Izraelem!

 

Druga podobna organizacja branżowa, Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ), cierpi na podobne schorzenia co EFJ. Prezentując swoje cele, wiele mówi o „ochronie praw dziennikarzy oraz wolności prasy”, ale jeszcze więcej o „wspieraniu sprawiedliwości społecznej, praw ludzi pracujących, demokracji, praw człowieka oraz zwalczaniu korupcji i biedy”. Czyli zrobiliśmy duży krok … w bok, od misji do walki.

 

Interesujące może być to, że w Polsce mamy tylko jedno znaczące stowarzyszenie dziennikarzy – SDP. Z oczywistych względów nie liczę organizacji, takich jak np. Towarzystwo Dziennikarskie z Sewerynem Blumsztajnem na czele, które w środowisku nie odgrywa żadnej poważniejszej roli. W Wielkiej Brytanii – populacja 60 mln, czyli o 1/3 większa od polskiej – jest ich kilka. I w dużej mierze jest to skutek zaszłości historycznych, m.in. ciągłości instytucjonalnej. Nie mieli zaborów, wojen, przynajmniej od XVII wieku, nie mieli komunizmu

 

Dwa najpopularniejsze stowarzyszenia branżowe to BAJ, The British Association of Journalists, i NUJ, National Union of Journalists. BAJ, „a non-political trade union”, zrzesza dziennikarzy pracujących „w gazetach, magazynach, stacjach telewizyjnych i radiowych oraz w mediach internetowych”, na etacie oraz freelancerów. Podstawą działania są wprawdzie sprawy bytowe, ale wspomina się także o obronie wolności dziennikarskiej wypowiedzi i wsparciu kolegów, kiedy dochodzi do sprawy sądowej . Do BAJ „mogą należeć wszyscy, którzy biorą udział w procesie powstawania numeru pisma/ programu”, a także subedytorzy, rodzaj sekretarza redakcji? korekty?, graficy, etc. Składki są relatywnie wysokie: 16 funtów miesięcznie dla pracowników mediów krajowych, etatowców, i 11,50 funta dla dziennikarzy mediów lokalnych oraz freelancerów. Celem NUJ, który powstał w 1907 roku, jest także „wspomaganie dziennikarzy w potrzebie”, informacyjne, prawne, w sprawach zdrowotnych i bytowych oraz w kwestiach bezpieczeństwa dziennikarza w pracy. NUJ podkreśla także kwestie wolności słowa oraz ochrony tych, którzy się – zwykle politykom i celebrytom – narazili. Trzecia z organizacji, The Chartered Institute of Journalists, który powstał w 1884 roku (ta historyczna ciągłość brytyjskich instytucji!) także łączy elementy stowarzyszenia i związku zawodowego. Etyka i wyższe standardy dziennikarstwa w mediach oraz ochrona dziennikarskich wolności, ale także pomoc w kampaniach o bezpieczeństwo i lepsze warunki wykonywania zawodu – to cele tej organizacji.

 

A teraz trochę historii i brytyjskich ciekawostek. A więc na Wyspach Brytyjskich jest także Commonwealth Press Union, były Empire Press Union, powołany w 1909 roku, zrzeszający ok. 750 członków z 49 krajów Wspólnoty Narodów, czyli brytyjskich i z byłego Imperium Brytyjskiego. To organizacja głównie dla wydawców i senior executives, mniej dla szarych pracowników mediów. Jest i Society of Women Writers and Journalists, założone w 1894 roku, zapewne jako produkt zwycięstwa ówczesnych sufrażystek, czynne zresztą do dziś. Ale mamy także działający od 1882 roku, czyli najstarszy, a z pewnością najbardziej snobistyczny The London Press Club, który oferuje akces do najświeższych newsów w mediach oraz wiele towarzyskich wydarzeń, m.in. doroczny bal i cotygodniowy drink w siedzibie klubu. To zawsze świetna giełda informacyjna i możliwość wymiany wizytówek z liderami środowiska oraz ważnymi gośćmi, reprezentującymi „korytarze władzy”. Jest i organizacja, której w Polsce brak, a która w Wielkiej Brytanii – zapewne z uwagi na Imperium Brytyjskie – powstała już w 1888 roku. Mówię o Foreign Press Association, do której – jako polska korespondentka – przez ponad 20 lat należałam i która bardzo ułatwiała mi życie i pracę, zapewniając akces do parlamentu, na konferencje prasowe z reprezentantami rządu czy miast i na „the royal events”, czyli zdarzenia, w których brali udział członkowie rodziny królewskiej, coś otwierali, inaugurowali, promowali, np. książę Karol – osiągnięcia swojego The Prince’s Trust. Organizacja grupuje ok. 1600 korespondentów z całego świata i wydaje cotygodniowy biuletyn informacyjny. Pomoc nie do przecenienia! Na podobną organizację czekamy w Polsce od 30 lat. To sytuacja win – win. Z jednej strony pomoc dla korpusu dziennikarzy zagranicznych, z drugiej, na specjalnych konferencjach prasowych, prowadzonych po angielsku – możliwość bezpośredniego suflowania polityki rządu.

 

O konieczności istnienia organizacji dziennikarskich nikogo nie trzeba przekonywać. Innej, lepszej formy – integracja środowiskowa, samokształcenie, czyli kluby, seminaria i konferencje, ochrona pracowników mediów przed wyrzuceniem z pracy, wsparcie finansowe – jeszcze nikt nie wymyślił. I sprawdziła się, przepraszam za słowo, hybrydowa formuła stowarzyszenia, czyli informacja, samokształcenie, w razie konieczności wsparcie prawne i finansowe. Ale – i tu nasze Stowarzyszenie ma wiele do zrobienia – ważne są demokratyczne formy działania. Dobra Zmiana, która od 6 lat powtarza: „władze są po to, aby służyć społeczeństwu”, nie dotarła jeszcze do SDP, czyli do tych, którzy o niezależność, transparentność i demokrację winni się upominać.

 

Na co należałoby więc zwrócić uwagę? Po pierwsze, na demokratyczne metody kontaktów Zarządu Głównego z Zarządem Oddziału Warszawskiego i innymi Oddziałami, aby konsultować najważniejsze sprawy – dziś status naszej siedziby na Foksal, Kazimierz i Wilga. Na transparentność przepływu pieniędzy, sprawiedliwy ich podział i konsultacje z ludźmi, na co je wydać, teraz skrzętnie utajnione. Trzeba mówić o dezintegracji środowiska dziennikarskiego, nie tylko z powodów politycznych, co jest w pewnym sensie zrozumiałe, ale i z powodu braku szacunku dla szeregowych członków SDP, ich postulatów i potrzeb.

 

Czyli, podsumowując temat, mamy do czynienia z przesunięciem na lewo organizacji dziennikarskich na Zachodzie, kompatybilnym z nowym profilem mainstreamowych mediów, oraz rodzajem oligarchizacji tych stowarzyszeń w krajach postsowieckich, które na nowo uczą się demokracji. Debata o demokratyzacji relacji władze SDP – środowisko jest nieunikniona. Mam nadzieję, że w nowym Zarządzie Głównym znajdą się ludzie, którzy mają świadomość, że „władze SDP są po to, aby służyć środowisku”, a nie odwrotnie. I dopiero to będzie dla nas zerwaniem ostatnich więzi z postkomuną.

 

Tekst ukazał się w numerze 4(143)/2021 

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie do pobrania TUTAJ.

 

ŁUKASZ WARZECHA: Państwowe media łapią zadyszkę

Polskie Radio brnąc w upolitycznienie i wątpliwe przedsięwzięcia technologiczne przegrywa wyścig o słuchaczy z mediami, które stawiają na jakość i niezależność.

 

Kilka pozornie niepowiązanych wiadomości rzuciło mi się w oczy, gdy przeglądałem najnowsze wieści z dziedziny mediów. Po pierwsze – rekordowo niski wynik słuchalności Trójki, połączony oczywiście z zakwestionowaniem metody pomiarowej przez Polskie Radio. Po drugie – nowe pomysły szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego na promocję marginalnego w Polsce formatu DAB+. Po trzecie – wspólny projekt Radia 357 i Dariusza Rosiaka, prowadzącego finansowany przez słuchaczy projekt „Raport o stanie świata”, wysłania do Afganistanu korespondenta, Michała Żakowskiego.

 

Co te sprawy łączy? Mówiąc najogólniej – składają się one na obraz postępującej porażki państwowych mediów, brnących w zrażające słuchaczy upolitycznienie i wątpliwe przedsięwzięcia technologiczne, w konfrontacji z dynamicznie się rozwijającymi mediami, które można by nazwać społecznymi, a które pod wieloma względami wydają się lepiej wypełniać misyjne zapotrzebowanie niż teoretycznie mające to w zakresie swoich obowiązków media państwowe.

 

To, że Trójka po odsunięcia Kuby Strzyczkowskiego, jest synonimem porażki, nie wymaga dowodzenia. Kolejny spadek słuchalności, drastyczny spadek wpływów z reklam, a nawet druzgocąca krytyka nowej ramówki ze strony Marka Suskiego, przewodniczącego Rady Programowej PR (nawet jeśli jest to odbicie konfliktu w obozie władzy) – wszystko to pokazuje, w jak dramatycznym kryzysie jest stacja mająca niegdyś grupę wiernych słuchaczy. Jednocześnie Radio 357, którym kieruje odwołany z Trójki Strzyczkowski, staje się synonimem sukcesu mediów społecznych – tak chyba można mówić o tych przedsięwzięciach, które opierają się na finansowaniu przez odbiorców. Jest to w tej chwili największy tego typu projekt, który zdystansował już jakiś czas temu Radio Nowy Świat.

 

To bardzo ciekawe, bo o ile RNŚ poszło w stronę mocnego upolitycznienia, stając się stacją o jednoznacznie opozycyjnym profilu, to Radio 357 zachowało neutralny, profesjonalny charakter. Publicystyka, która zresztą ma tam drugorzędne znaczenie, nie ma mocnego ideologicznego wydźwięku, a zapraszani goście są faktycznie z różnych rozdań i kręgów. Na tle Trójki i RNŚ Radio 357 okazuje się wygrywać swoim dystansem do polityki oraz jednoznacznych politycznych konotacji.

 

Podobnie rzecz się ma z „Raportem o stanie świata” Dariusza Rosiaka, który okazuje się spektakularnym sukcesem, nawet jeśli jest to sukces jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny. Teraz okazuje się, że te dwie medialne inicjatywy społeczne – Rosiaka oraz Radio 357 – podejmują wyzwanie, którego w Polsce nie podjął się żaden duży podmiot medialny, prywatny czy państwowy. Wydawałoby się, że jest to rzecz oczywista: wobec gwałtownej zmiany sytuacji w Afganistanie należałoby tam wysłać dziennikarzy. A jednak to pierwsza taka inicjatywa w Polsce. A przecież to media państwowe powinny dbać między innymi o to, żeby odbiorcy byli poinformowani o ważnych sprawach świata – to część ich misji.

 

Jest wreszcie wątek DAB+, który pokazuje, że media państwowe nie nadążają. DAB+ to format cyfrowego nadawania, który był nowatorski może dekadę temu, ale dziś już nie jest. W Polsce mało kto kupuje specjalnie odbiornik DAB+, szczególnie że to technologia o bardzo słabym zasięgu i w dużym kraju trzeba by poustawiać mnóstwo nadajników, żeby sygnał cyfrowy docierał wszędzie. Jeśli ktoś radia w tej technologii słucha, to dlatego, że dostał odbiornik z taką możliwością przy okazji. W DAB+ wyposażone są niektóre radia samochodowe (ale w wielu przypadkach jest to opcja, za którą trzeba dopłacać przy zamawianiu auta) oraz niektóre lepsze zestawy hi-fi z cyfrowymi tunerami. Owszem, DAB+ zapewnia faktycznie lepszą jakość, ale nie trzeba być ekspertem od technologii, żeby wiedzieć, że jeśli korzyść z polepszenia jakości jest dla odbiorcy niemal niedostrzegalna, to nie będzie za nią specjalnie dopłacał. A tutaj tak właśnie jest – radia nie słucha się niemal nigdy dla wysokiej jakości, ale przy okazji: podczas jakichś prac domowych, czasami w pracy, w samochodzie. W tych okolicznościach różnica między odbiorem cyfrowym a analogowym nie ma znaczenia. Mało tego, w wielu lokalizacjach cyfrowy odbiór jest niemożliwy.

 

Najważniejsze jednak, że DAB+ to po prostu technologia przestarzała. Brnięcie w nią, czym niezmiennie chwali się Polskie Radio, to trochę tak, jakby ktoś chwalił się, że umożliwia dzisiaj płatności kartą z paskiem magnetycznym, podczas gdy wszyscy przechodzą na zbliżeniowe płatności w ogóle bez użycia kart, urządzeniami mobilnymi. W tej sytuacji pomysł Krzysztofa Czabańskiego, żeby płacącym abonament ufundować odbiorniki DAB+ (prawdopodobnie zresztą o miernej jakości, bo dobre nie są tanie) wygląda jak próba sztucznego ratowania państwowego molocha, który zabrnął w ślepą technologiczną uliczkę.

 

Radio 357 nie potrzebuje DAB+, bo nadaje poprzez aplikacje i kanały internetowe, a pokrycie siecią mobilną jest dziś w Polsce nieporównanie lepsze i szersze niż pokrycie zasięgiem DAB+. Na tym tle PR jawi się jako jakiś dziwaczny dinozaur, niepotrzebnie pakujący ogromne pieniądze w coś, czego nikt nie chce.

 

W tym wyścigu o słuchaczy i na technologie kibicuję tym, którzy zamiast brnąć w polityczne uwikłania (nie dotyczy to jedynie mediów państwowych, żeby było jasne) stawiają na jakość i niezależność. Jak się okazuje – ku zaskoczeniu wielu, w tym nawet i mojemu – to oni mają szansę na wygraną w wyścigu.

 

KS. ARTUR STOPKA: Telewizja po katolicku

Kard. John Patrick Foley, długoletni przewodniczący Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, chciał, aby telewizje katolickie stały się „systemem nerwowym” Kościoła. Zamiar ambitny. Ale czy realny?

 

Dokładnie piętnaście lat temu, w dniach od 10 do 12 października 2006 r., w Madrycie odbył się Światowy Kongres Telewizji Katolickiej. Jeden z jego organizatorów, ks. prał. Enrique Planas, pracujący wówczas dla Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, w wywiadzie dla polskiego tygodnika „Niedziela” tłumaczył z dużym wyprzedzeniem, że Kongres będzie musiał ustalić tożsamość telewizji katolickiej, biorąc pod uwagę, że w dzisiejszym świecie telewizje o charakterze katolickim są bardzo różnorodne. „Z jednej strony mamy wielkie stacje telewizyjne, które na rynku śmiało konkurują z innymi (np. „Il Canal 13” z Santiago del Chile), a z drugiej – małe kanały konfesyjne” – wskazywał ks. Planas, dodając, że w planach jest również ustalenie norm etycznych (tzw. ideario), czegoś w rodzaju „10 przykazań”, których powinny przestrzegać telewizje określające się jako katolickie.

 

Kłopotliwa liczba

 

W tytule wspomnianego wywiadu znalazł cytat z wypowiedzi ówczesnego przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, abp John Foley. Jego życzeniem było, by telewizje katolickie stały się „systemem nerwowym” Kościoła katolickiego. Zdaniem ks. prał. Enrique Planasa będzie to możliwe, gdy telewizje katolickie zaczną działać we wszystkich zakątkach świata. „Aby zrealizować ten projekt, duże stacje telewizyjne winny wspomagać małe” – tłumaczył hiszpański duchowny, mając na myśli przede wszystkim tworzenie banku bezpłatnych programów. Dał nawet przykład, że dwie duże telewizje, włoska SAT2000 i hiszpańska Television Popolar, przystały już na ten projekt.

 

Na koniec wywiadu ks. Planas pożalił się, że organizatorom planowanego Światowego Kongresu Telewizji Katolickiej pewien kłopot sprawia ich liczba. „Nasza Rada ma listę katolickich kanałów i studiów telewizyjnych, która przekroczyła już liczbę 2 tys., a na pewno nie jest to lista kompletna” – powiedział.

 

Nowa era?

 

Kongres mimo wszystko doszedł do skutku, a na jego zakończenie abp Foley oświadczył, że zapoczątkował on nową erę w mediach katolickich. Jak wynika z dostępnej wciąż na stronach SIGNIS informacji, w madryckim spotkaniu wzięło udział ok. 300 osób z 50 krajów. Temat Kongresu „Szybki rozwój” odwoływał się do ogłoszonego w 2005 roku Listu apostolskiego Jana Pawła II do odpowiedzialnych za środki społecznego przekazu. W liście tym telewizja wspomniana została tylko raz. „Dzienniki i czasopisma, różnego rodzaju publikacje, katolickie stacje radiowe i telewizyjne są nadal niezwykle przydatne w całym systemie kościelnego przekazu” – napisał Papież.

 

Dwa lata po Kongresie ks. prał. Enrique Planas, który po przejściu na emeryturę zajął się organizowaniem katolickiej agencji informacyjnej audio-wideo o nazwie H2Onews, w kolejnym wywiadzie dla „Niedzieli” analizował ówczesną sytuację katolickich telewizji. Zwracał m.in. uwagę, że ich liczba wzrasta z szybkością lawiny. Zastrzegał jednak, że należałoby mówić raczej o środkach przekazu audio-wideo, a nie o telewizji, ponieważ większość z nich nadaje za pośrednictwem internetu. Mówił też, że kanały te mają problemy z zapełnieniem czasu antenowego, ponieważ brakuje profesjonalnego i dostępnego pod względem finansowym kontentu odpowiadającego ich specyfice. Współtworzona przez niego agencja H2Onews stara się choćby w niewielkim stopniu zaradzić tego rodzaju kłopotom. Jej najważniejszymi partnerami są: Vatican Television Center, Vatican Radio, Salt + Light Television z Kanady, KTO z Francji, EWTN z USA, Television Popolar z Hiszpanii, Cançao Nova z Brazylii.

 

3,6 tys. widzów

 

Czy po piętnastu latach udało się zrealizować wizję globalnej sieci katolickich telewizji? Wiele wskazuje na to, że wciąż jest ona pieśnią przyszłości. Jedną z przyczyn może być ograniczone zapotrzebowanie ze strony odbiorców na treści przez katolickie kanały proponowane.

 

Wystarczy spojrzeć na polskie podwórko. Jak wynika z udostępnionych w czerwcu br. danych, Telewizja Trwam w 2020 roku miała widownię na poziomie 35,7 tys. osób (po wzroście o 11,2 tys.). Stacja zanotowała 28. miejsce wśród najchętniej oglądalnych stacji telewizyjnych w Polsce. Tym samym zanotowała wzrost o 13 pozycji – w 2019 roku uplasowała się na 41. miejscu w rankingu najczęściej oglądalnych kanałów. Widać wyraźnie, że nie jest to nadawca, który może konkurować z najpopularniejszymi stacjami telewizyjnymi w naszym kraju.

 

Warto pamiętać, że w Polsce miała miejsce próba stworzenia kanału religijnego o innym charakterze, niż TV Trwam czy podobne do niej stacje z innych krajów. Uruchomiona 15 października 2007 roku Religia.tv nie była kanałem ściśle katolickim, choć jej szefem był katolicki duchowny i wśród jej twórców dominowali katolicy (m. in. Szymon Hołownia). Nie miała charakteru dewocyjnego. W jej ofercie przeważały filmy i cykle dokumentalne. Transmitowane były nie tylko katolickie Msze święte, ale również nabożeństwa innych wyznań chrześcijańskich, a nawet innych religii. Niestety, kanał nie osiągnął założonej oglądalności. Jego średnia oglądalność wynosiła 3,6 tys. widzów. Chociaż ostatecznie nadawanie zakończył 31 stycznia 2015, to jednak już we wrześniu 2012 podjęta została decyzja o zakończeniu własnej produkcji i praktycznie rozwiązano redakcję.

 

Jak trwoga, to…

 

Na początku września br. wrocławska Fundacja Vide et Crede otrzymała koncesję na naziemne nadawanie w naszym kraju polskiej wersji najpopularniejszej na świecie katolickiej telewizji Eternal Word Television Network (EWTN), założonej czterdzieści lat temu przez amerykańską klaryskę Ritę Antoinette Rizzo, znaną jako Matka Angelica. EWTN Polska jest obecna w naszym kraju od 2018 roku, jednak dotychczas nadawała jedynie w internecie. Trudno na razie mówić o jakimś spektakularnym sukcesie, być może koncesja na naziemną emisję programu oraz uznanie stacji za nadawcę społeczne będzie dla tej inicjatywy nowym impulsem.

 

W maju zeszłego roku serwis Vatocan News poinformował, że na pandemicznym reżimie skorzystała francuskojęzyczna telewizja katolicka KTO, założona w 1999 z inicjatywy arcybiskupa Paryża kardynała Jean-Marie Lustigera. Obecnie jej programy są nadawane w 88 krajach. We Francji jej oglądalność wzrosła pięciokrotnie. Dotyczy to także wersji nadawanej w internecie, której widzowie w ponad połowie nie przekroczyli 45 roku życia. Zdaniem dyrektora KTO, Philippine de Saint-Pierre, zaistniało duże zapotrzebowanie na programy dotyczące wiary w czasie pandemii. „Ludzie chcieli, by ktoś ich poprowadził i towarzyszył im w modlitwie, nie chcieli zatracić radości w tej trudnej sytuacji” – wyjaśnił.

 

Wzrost oglądalności katolickich kanałów w czasie globalnej epidemii może się kojarzyć z powiedzeniem „Jak trwoga, to do Boga”. Pokazuje jednak – przynajmniej częściowo – mechanizm zapotrzebowania na religijne, a zwłaszcza dewocyjne i formacyjne treści telewizyjne ze strony odbiorców.

 

Ks. Artur Stopka

Tego by nawet Bareja nie wymyślił – JAROMIR KWIATKOWSKI o „Forum Dziennikarzy”

Z dedykacją dla wnioskodawców zlikwidowania „Forum Dziennikarzy”.

 

Jednym z wniosków, które zgłoszono do komisji zjazdowej przed zjazdem SDP w Kazimierzu Dolnym, był postulat likwidacji „Forum Dziennikarzy”. Kwestia ta stanęła na zjeździe, ale szybko przychyliliśmy się do opinii, że to nie jest temat dla delegatów, a co najwyżej dla nowego Zarządu Głównego. Później zresztą wnioskodawca, Stefan Zubczewski, który firmował wniosek wraz z żoną, zreflektował się(?) i sam go wycofał.

 

W dyskusji nad tą sprawą Witold Gadowski stwierdził, że „Forum” to gazeta „nudna i dla nikogo”. Żałuję, że nie otworzyła mi się wtedy odpowiednia klapka w mózgownicy, że przecież red. Gadowski figuruje do dziś w stopce „Forum” jako członek zespołu redakcyjnego. Gdyby mi się ta klapka otworzyła, zmusiłoby mnie to do zadania – w trybie ad vocem – pytania: Panie Witoldzie, skoro ta gazeta jest, Pańskim zdaniem, tak nudna, to co Pan zrobił jako – przynajmniej formalnie – członek zespołu redakcyjnego, aby była lepsza? Klapka nie otworzyła się, trudno. Zadaję więc to pytanie teraz, bo lepiej późno niż wcale.

 

„Forum Dziennikarzy” to nie jest pismo, które wypłaca w formie wierszówek zapomogi dla dziennikarzy mających problemy z pracą (czytaj: daje im zarobić parę groszy, by nie głodowali), bo tak zrozumiałem wnioskodawcę. Piszę to jako dziennikarz, który – choć narzeka raczej na nadmiar niż na brak pracy – w ub. roku podjął współpracę z tym pismem i daje mu ona wiele satysfakcji. Może być ono, na co zresztą zwróciła uwagę na zjeździe wiceprezes Jolanta Hajdasz, wizytówką naszego środowiska. Andrzej Klimczak, redaktor naczelny pisma, wykonał gigantyczną pracę, by tak właśnie było. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by kolejni członkowie SDP, którzy mają propozycje ciekawych tematów i chcą się nimi podzielić z czytelnikami „Forum”, nawiązali z nim współpracę.

 

Nie znam przyczyn zapału likwidatorskiego wnioskodawcy (postulował on także zlikwidowanie… Centrum Monitoringu Wolności Prasy), ale nawet specjalnie mnie one nie interesują. Przypomnę jedynie banalną prawdę: łatwo coś zburzyć i z reguły robi się to szybko; to często kwestia jednej decyzji. Ale trudniej coś zbudować; to z reguły dzieje się latami. I nawet jeżeli widzimy, że istniejący byt nie jest idealny, to naprawiajmy go, a nie wyrzucajmy na śmietnik.

 

A że „Forum” kosztuje… Cóż, w przyrodzie nie ma nic za darmo. A jeżeli nam to, że tak jest, nie pasuje, to – używając tej logiki – złóżmy wniosek dalej idący, co zresztą prześmiewczo, z duża dozą sarkazmu zaproponował na zjeździe red. Wojciech Pokora: w ogóle zlikwidujmy stowarzyszenie. Ono przecież też kosztuje.

 

I jeszcze jedno zdziwienie na koniec: gdyby pójść za sugestią wnioskodawcy, my – członkowie SDP – wystąpilibyśmy w roli dobrowolnych likwidatorów własnej gazety. Tego by nawet mistrz Bareja nie wymyślił.

 

Jaromir Kwiatkowski

O co chodzi w Ustawie o PAP – pyta ŁUKASZ WARZECHA

Kolejny domniemany przeciek wiadomości ze skrzynki Michała Dworczyka sprawił, że wokół Polskiej Agencji Prasowej rozpętała się awantura. Jeśli wierzyć ujawnionej wiadomości, prezes PAP Wojciech Surmacz miał uzgadniać z premierem moment i sposób przeprowadzenia wywiadu z prezydentem Andrzejem Dudą na temat powołania Funduszu Medycznego.

 

Nie chcę wchodzić w dyskusję o tym, czy wiadomość jest autentyczna (aczkolwiek warto przypomnieć, że jak dotąd rządzący w żadnym punkcie nie zaprzeczyli autentyczności ujawnianych mejli, a nawet przeciwnie – w kilku przypadkach pośrednio ją potwierdzili). Tutaj okoliczności – moment ukazania się wywiadu z Andrzejem Dudą w serwisie PAP w zestawieniu z treścią mejla – mogą wskazywać na autentyczność wiadomości, której kopię otrzymał Michał Dworczyk. Nie w tym jednak rzecz.

 

Sama dyskusja o tej sytuacji, nawet gdyby miała ona być czysto teoretyczna, jest ciekawa, ponieważ wobec dość powszechnej krytyki pojawiły się także głosy broniące PAP i wskazujące na zapisy w ustawie o Polskiej Agencji Prasowej, która jest przecież agencją państwową. W art. 1. pkt. 2. aktu czytamy: „Polska Agencja Prasowa ma obowiązek upowszechniać stanowiska Sejmu, Senatu, Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i Rady Ministrów”. Niektórzy uznali zatem, że zgodnie z tym zapisem PAP mógł się zachować tak jak się zachował.

 

Gdyby – teoretycznie – wydarzenia opisane w mejlu miały faktycznie miejsce, sytuacja nie byłaby wcale zero-jedynkowa jak chcieliby twardzi krytycy. Wszystko rozbija się o rozumienie pojęcia „upowszechniania”. Gdyby odnieść to do obowiązków, jakie odpowiednie ustawy nakładają na media publiczne, można by uznać, że z całą pewnością pojęcie upowszechniania nie obejmuje działalności, którą można uznać za zahaczającą o piar. Abstrahując od tego, jak media państwowe działają w tej chwili, upowszechnianie w ich przypadku było zawsze rozumiane jako prawo wspomnianych w ustawie organów – prezydenta, prezesa Rady Ministrów, marszałków Sejmu i Senatu – do wystąpień w programach publicznej telewizji i radia. Tylko tyle. Jak zresztą różnie nawet to pozornie proste zadanie może być wypełniane, pokazują przypadki odmiennego traktowania wystąpień pełniących te funkcje polityków koalicji w zestawieniu z wystąpieniami marszałka Senatu.

 

W przypadku PAP zapis jest znacznie trudniejszy do interpretacji. O ile bowiem wystąpienie marszałka jednej lub drugiej izby parlamentu jest tym właśnie i trudno tu dzielić włos na czworo, to już można sobie zadać pytanie, czym jest „stanowisko Sejmu” albo „stanowisko Senatu”. Czy jest to zawsze tylko stanowisko większości? A co ze stanowiskiem opozycji? Czy oznacza to, że PAP ma przekazywać wyłącznie argumenty tych, którzy wygrywają głosowania – czyli na ogół większości rządzącej w przypadku Sejmu, a opozycji w przypadku Senatu? To mocno niejasne.

 

Podobnie niejasne jest „przekazywanie stanowiska prezydenta” albo rządu. Czy „przekazanie stanowiska” oznacza prawo tych organów wyłącznie do umieszczania w PAP-owskich depeszach własnych oświadczeń i komunikatów czy też coś więcej? Czy można uznać, że takie stanowisko może zostać przekazane w postaci wywiadu, jak to mogło mieć miejsce w omawianym hipotetycznym przypadku? Właściwie – czemu nie. Taka forma wydaje się naturalniejsza niż suchy komunikat.

 

Lecz tu znów napotykamy na problemy, bo odbiorca widząc taką właśnie formę depeszy ma prawo oczekiwać, że – jak to w normalnym wywiadzie – dziennikarz nie będzie jedynie odczytywał z kartki wygodnych dla rozmówcy pytań, wcześniej uzgodnionych z jego współpracownikami i piarowcami, ale zapyta również o sprawy niewygodne. Jeśli dzieje się inaczej, może powstać wrażenie, że PAP wchodzi w rolę agencji piarowej władzy, a to byłoby już zbyt daleko idące poszerzenie rozumienia pojęcia upowszechniania stanowiska.

 

Wydaje się zatem, że źródło potencjalnych problemów i kontrowersji leży przede wszystkim w mocno dwuznacznych zapisach ustawowych. Nie ma nic niestosownego w tym, że państwowa agencja prasowa ma obowiązek przekazywać informacje na temat działania władzy oraz stanowiska najważniejszych osób w państwie. Jednak dotyczące tego przepisy powinny zostać przeformułowane w taki sposób, aby stały się możliwie klarowne. Po pierwsze bowiem – nie wiemy, czym jest „stanowisko” Sejmu i Senatu. Po drugie – należałoby sprecyzować, w jakim zakresie PAP może aktywnie współpracować z rządzącymi w upowszechnianiu ich stanowisk. Być może owo upowszechnianie należałoby jednak ograniczyć do publikowania komunikatów organów władzy, tak aby zniknęły wszelkie wątpliwości dotyczące zaangażowania PAP w proces już nie tylko informowania, ale też dbania o wizerunek rządzących, co przecież do zadań Polskiej Agencji Prasowej nie powinno należeć. Taka klaryfikacja byłaby w interesie tej instytucji.

 

Lecz nawet to nie rozwiązywałoby problemu, jak traktować pojawiające się w PAP przy różnych okazjach rozmowy z osobami z obozu władzy. Czy mamy je uznawać za „normalne” wywiady czy też za element ustawowo zdefiniowanej roli PAP jako państwowej agencji? Być może warto przy okazji tej historii zastanowić się nad tymi kwestiami.

 

Łukasz Warzecha