Ks. ARTUR STOPKA: Rzecznik prasowy. W czyim interesie?

Kim w dzisiejszej sytuacji okazuje się rzecznik prasowy? A kim powinien być i czego się trzymać w każdej sytuacji?

 

Można powiedzieć, że „rzecznik” brzmi nie tyle dumnie, co poważnie i zobowiązująco. To przecież „ombudsman”, ktoś ważny, urzędnik, a równocześnie niezależny od istniejących układów, do kogo można się zwrócić, gdy już się wyczerpało wszystkie inne możliwości w sytuacji konfliktu lub zagrożenia. To właśnie w tym rozumieniu w polskiej Konstytucji pojawiają się dwaj Rzecznicy – Rzecznik Praw Obywatelskich i Rzecznik Praw Dziecka. Mamy też innych, już nie zapisanych w Konstytucji, rzeczników, mających nas chronić. Jest m. in. Rzecznik Konsumentów, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców, Rzecznik Praw Pacjenta…

 

Nawet użyte przez Jezusa na określenie Ducha Świętego słowo Paraklet, tłumaczone może być jako „rzecznik, obrońca”.

 

Jak to rozumienie „rzecznika” ma się do funkcji nazywanej „rzecznikiem prasowym”?

 

Inne metody

 

Jeden z dostępnych w Polsce serwisów rekrutacyjnych podający charakterystykę zawodu rzecznika prasowego stwierdza, że reprezentuje on urząd, instytucję czy firmę w kontaktach ze środkami masowego przekazu. Odpowiada za całość informacji na temat zatrudniającej go instytucji, która przedostaje się do mediów. Podkreśla, że w swej pracy nie ogranicza się do wysyłania pojedynczych informacji, lecz powinien realizować stałą strategię. „Z jednej strony jest osobą świetnie poinformowaną o tym, co w firmie się dzieje, a z drugiej musi przekazywać te informacje na zewnątrz” – wyjaśnia serwis z ofertami pracy. Dodaje, że to zawód z pogranicza public relations oraz dziennikarstwa. „Z jednej strony osoba, która wykonuje ten zawód, musi stosować metody inne niż dziennikarskie, a z drugiej dobrze, jeśli wie, jak działają dziennikarze i jakich informacji potrzebują”.

 

Pewna firma konsultingowa, zajmująca się m. in. komunikacją i zarządzaniem kryzysowym, przypomina, że rzecznik reprezentuje interesy firmy lub instytucji, w imieniu których występuje. Dodaje, że rzecznik prasowy powinien mieć dostęp do wszystkich informacji w organizacji – to on lub ona w uzgodnieniu z zarządem przedsiębiorstwa decyduje, które dane i w jaki sposób mogą być przekazane mediom. „Powinien czuć odpowiedzialność za przekaz, który trafia do mediów” – wskazuje wskazuje wśród informacji na temat, jak działa PR.

 

Troska o wizerunek

 

Jeden z Wojewódzkich Urzędów Pracy przygotował rok temu kilkunastostronicowe opracowanie pt. „Informacja o zawodzie. Rzecznik prasowy”. Znalazły się w nim m. in. przykładowe zadania rzecznika prasowego Marszałka Województwa i rzecznika prasowego uczelni wyższej. Jako pierwsze wyliczony odpowiednio: „dbanie  o  publiczny  wizerunek  władz  województwa  – realizacja  założeń  polityki informacyjnej Zarządu Województwa” oraz „kształtowanie  wizerunku  uczelni,  zwłaszcza  jej  prestiżu  naukowego  i  dydaktycznego poprzez przygotowywanie i przekazywanie  informacji do mediów”.

 

W dość powszechnym przekonaniu rzecznik prasowy to po prostu ktoś, kto ma za zadanie dbać o dobry, pozytywny, jak najlepszy obraz instytucji widziany z zewnątrz. Z naciskiem na „dobry, pozytywny, jak najlepszy”. Może nawet idealny. A skoro tak, to w niektórych sytuacjach rzecznik prasowy może stosować zasadę „cel uświęca środki”. Zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Tak jego rolę postrzega niejeden szef firmy, urzędu itp. Ma dbać, żeby żadna informacja o czymś złym, co ma miejsce w zatrudniającej go instytucji, nie wydostała się na zewnątrz, a jeśli już, to aby nie uzyskała potwierdzenia.

 

Fundamentalna kategoria

 

Taka wizja działań rzecznika prasowego jest oczywiście błędna i jeśli jest realizowana, najczęściej prowadzi do katastrofy. W rzeczywistości fundamentalną kategorią w pracy rzecznika prasowego jest prawda. Wbrew potocznemu obrazowi tej profesji, rzecznik prasowy nie jest od tego, aby w imieniu swoich szefów kłamać. Wszelkie przegotowane przez niego materiały i wypowiedzi powinny spełniać wymóg rzetelności. Każda podana przez rzecznika prasowego informacja musi mieć potwierdzenie w faktach. Bez manipulowania nimi.

 

W przytaczanych wyżej omówieniach funkcji rzecznika prasowego pojawiły się też wymogi, jakie powinni spełniać ludzie podejmujący się tego zadania. Wydaje się jednak, że w katalogach przymiotów, talentów, umiejętności i predyspozycji osób biorących na siebie obowiązki rzecznika prasowego, nagminnie zapomina się o tak istotnej cesze, jak prawdomówność. Co więcej, potrzebna jest umiejętność mówienia także niewygodnej prawdy. Zarówno w relacjach wewnątrz instytucji, jak i w komunikatach adresowanych na zewnątrz.

 

Społeczne przyzwolenie

 

Jak widać, dla bardzo wielu ludzi „rzecznik prasowy” ma dziś niewiele wspólnego z pierwotnym znaczeniem słowa „rzecznik”. To nawet nie ktoś dbający o prawdziwą i rzetelną informację i prawidłową komunikację wewnętrzną i zewnętrzną, ale funkcjonariusz mający za wszelką cenę chronić interesy zatrudniającej go instytucji.

 

Wygląda na to, że jest dziś w Polsce duże przyzwolenie społeczne na tego rodzaju pojmowanie funkcji rzecznika prasowego. Zawiera ono również zgodę na manipulowanie informacjami, na wszelkie postacie kłamstwa, a nawet na przejawy agresji wobec dociekających prawdy dziennikarzy. Coraz częściej funkcje rzeczników prasowych, nawet bardzo ważnych organów i agend państwowych powierza się osobom, które nie tylko nie mają odpowiednich kompetencji, ale również brak im predyspozycji do prowadzenia komunikacji z innymi w istotnych kwestiach. Skutkiem takiej sytuacji staje się niedoinformowanie społeczeństwa, szum informacyjny, a czasami wręcz wprowadzanie dużych grup ludzi w błąd. W rzeczywistości nie służy to dobru instytucji, które tak funkcjonujący rzecznicy prasowi reprezentują. A co najgorsze, niszczy i tak wątłe w naszym kraju zaufanie społeczne.

 

Ks. Artur Stopka

Czy „Wiadomości” TVP mogą być wiarygodne? – pyta ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

 „Wiadomości” były we wrześniu najpopularniejszym programem informacyjnym w Polsce. Jednocześnie w badaniach uznano je w tym samym okresie za najmniej wiarygodne. Czy istnieje szansa na pozycję lidera w obu tych kategoriach?

 

Z materiałów, które opublikował portal Wirtualnemedia.pl wynika, że „Wiadomości” TVP były najpopularniejszym programem informacyjnym w Polsce we wrześniu 2021 roku[1]. Jednocześnie w badaniu CBOS uznano ten program za najmniej wiarygodny[2]… Tego obrazu nie rozjaśnia bynajmniej analiza sytuacji „Wydarzeń” Polsatu. Respondenci ocenili je jako najbardziej wiarygodne źródło, a równocześnie straciły najwięcej widzów… Może więc w ogóle nie chcemy obiektywnych mediów, a jedynie takie, które są zgodne z naszymi poglądami politycznymi? Poruszaliśmy już tę kwestię na łamach portalu sdp.pl. Zapytana o zdanie politolog dr Agnieszka Zaremba stwierdziła, że najbardziej na obiektywnych mediach powinno zależeć samym politykom, bo tylko wówczas będą… wiarygodni[3]. Jak się jednak okazuje się, w oparciu o przywołane powyżej analizy, można być we współczesnym świecie medium wiarygodnym i niewiarygodnym jednocześnie.

 

Społeczne skutki permanentnego podziału

 

O ocenę sztandarowego programu TVP, którego powstanie jesienią 1989 roku było symbolem transformacji ustrojowej i manifestem odejścia od partyjnej propagandy w mediach publicznych, w kontekście sytuacji społecznej w Polsce pytamy profesor socjologii Janinę Kowalik.

 

– Badanie CBOS ukazuje niepokojący obraz medialnego systemu informacji i komunikacji społecznej, jaki ukształtował się od kilku lat w naszym kraju – odpowiada prof. Kowalik. – Należy zwrócić uwagę szczególnie na fakt, że na mapie głównych źródeł, z których społeczeństwo (szczególnie w wieku średnim i powyżej) pozyskuje informacje o wydarzeniach w kraju i na świecie, nie sposób już wskazać mediów różniących się akcentami w sposobie doboru i prezentacji informacji lecz oddzielone od siebie „Rowem Mariańskim” światy poszczególnych mediów i ich zwolenników. Te światy nie przenikają się w związku z tym zupełnie bądź w bardzo ograniczonej części składowych swoich baniek, a’priori negując wiarygodność drugiej strony. Wyłączając młodszą część społeczeństwa, bardziej mobilną medialne, pozyskującą informacje z Internetu, dwie strony barykady stanowią zwolennicy TVP kontra TVN.

 

Najistotniejsze znaczenie ma więc wciąż sposób pokazywania stron politycznego sporu w Polsce. Bywa przy tym, że przedstawiciele władzy i opozycji wprost mówią o osobistych lub środowiskowych niechęciach wobec różnych redakcji. Prof. Kowalik zwraca uwagę na konsekwencje dalszego utrzymywania się tego podziału wśród zwolenników różnych stronnictw i zaangażowanych w spór mediów.

 

Problemem, który będzie miał dalekosiężne skutki dla obrazu świadomości Polaków jest fakt, że ok. 80% społeczeństwa, (w nierównych proporcjach ok. 50%/ ok. 30%) tworzy dwie zbiorowości, które dzień po dniu, rok za rokiem, korzystają z jednego z tych (TVP i TVN – przyp. redakcji) różniących się przekazów i buduje sobie zupełnie odmienny obraz tego samego świata. Trudno sobie wyobrazić, jakie mogą być tego skutki w sytuacji nagłej zmiany polityki informacyjnej telewizji publicznej np. w efekcie zmian politycznych czy nawet personalnych w zarządzie TVP. Gdzieś pomiędzy dwoma społeczno-informacyjnymi światami TVP i TVN, znajdują się zwolennicy programów informacyjnych Polsatu, który w obliczu ekstremalnych stanowisk powyższych stacji, zdaje się dla wielu przedstawiać najbardziej obiektywny przekaż.

 

Z perspektywy mechaniki komunikacyjnej

 

Ekspert w dziedzinie komunikacji i współpracy z mediami Adam Łaszyn, zapytany o to, czy wpływ na postrzeganie „Wiadomości” mogłaby mieć na przykład zmiana nazwy programu odpowiada:

­

Nie ma problemu wiarygodności programu znanego jako „Wiadomości”. Przynajmniej z punktu widzenia mechaniki komunikacyjnej. I właśnie dlatego nic nie wskazuje na to, aby obecne władze partyjne kraju, jak i kierownictwo publicznej spółki, jaką jest TVP, były w ogóle zainteresowane odzyskiwaniem traconego zaufania do tej partyjnej tuby. Łącznie z nazwą.

 

Jakie są więc szanse na odzyskanie wiarygodności przez główny program informacyjny TVP również w oczach pozostałych odbiorców? Łaszyn stwierdza, że nie widzi obecnie takiej możliwości.

 

Wymagałoby to jakiegokolwiek dryfu w kierunku obiektywizmu. A przy świadomości, że „albo będziemy rządzić, albo siedzieć”, a więc rosnącego konfliktu i polaryzacji w kraju, nie łagodzi się siły rażenia kluczowego oręża walki, jakiego jest się w posiadaniu. Ten program jest narzędziem, służy nie dostarczaniu informacji a kształtowaniu określonych postaw wśród wyborców. Zwłaszcza w segmencie „budżetowym”, czyli tym zdefiniowanym przez obecnego zarządcę TVP jako „ciemny lud”. Rzeźnik nie zastanawia się nad estetyką siekiery, która służy do ćwiartowania mięsa. Ma skutecznie ćwiartować mięso. I wiadomo, że intensywnie używana siekiera będzie się tępić. Póki zatem „Wiadomości” będą instrumentem władzy, a nie rzetelnym serwisem dla społeczeństwa (utrzymywanym wszak z jego środków), będziemy najpewniej obserwować proces eksploatowania tego narzędzia, aż w szeroko pojętym interesie społecznym całkiem nie będzie się nadawało do użytku. Łącznie z nazwą.

 

Czy zatem nie możemy liczyć na szybkie i pozytywne zmiany? Adam Łaszyn nie pozostawia złudzeń.

 

To szybko nie nastąpi, bo przecież bardzo dużej grupie odbiorców, nie rozumianych już szeroko, bardzo odpowiada mielonka przygotowywana w tej masarni. Albo w ogóle nie widzi i nie rozumie (zgodnie ze znanym szlagwortem Bismarcka) jak przygotowywana jest tam ta kiełbasa (wyborcza) albo zupełnie nie przeszkadza im to, że łamane w tej redakcji są wszelkie zasady rzetelnego dziennikarstwa w imię przywalenia „tym drugim” lub schlebiania poglądom tyle niewybrednym co odpowiadającym interesom jedynie słusznej partii. I dla nich „Wiadomości” mieszające pogardę dla uchodźców i uwielbienie dla Papieża-Polaka są wiarygodne. Po co więc grzebać przy czymś, co po prostu robi swoje, nawet jeśli się zużywa? Łącznie z nazwą.

 

Informacja jest kluczem

 

Sceptyczna w tej kwestii jest również prof. Janina Kowalik. Zwraca przy tym uwagę, że ktokolwiek i kiedykolwiek będzie wprowadzał zmiany, musi do nich podejść z mądrością i wrażliwością na odbiorcę. Ujmuje to tak:

 

Pytanie jak można przywrócić wiarygodność najważniejszego programu informacyjnego TVP – „Wiadomości” zdaje się proste, jeśli prześledzi sie powody, dla których są one uznawane za niewiarygodne. Trzeba mieć jednak świadomość, że każda zmiana tego przekazu będzie równocześnie poważną „operacją na żywym organizmie” tj. na świadomości ponad połowy średniej i starszych generacji społeczeństwa, ukazując mu zupełnie odmienny obraz świata. Oddalenie się przekazu od wyobrażonego stanu powszechnej szczęśliwości bliżej realiów mogłoby wywołać stan powszechnej frustracji. W mojej ocenie, jedyną drogą przywracania wiarygodności „Wiadomościom” TVP jest wypełnienie ich informacjami o wydarzeniach w kraju i na świecie, bez intencjonalnego cenzurowania i ograniczania zakresu tych informacji. Obecnie świat pokazywany w Wiadomościach skurczył się do wybranych polskich spraw, niekiedy odniesionych do relacji z Unią Europejską. Pozostała część globusa nie istnieje, tak samo jak nie mają miejsca żadne sprawy rzucające jakikolwiek cień na społeczny stan powszechnej szczęśliwości. Sama prosta zmiana zawartości – z publicystyki ilustrowanej obrazkami na czystą informację, dotyczącą również innych spraw i obszarów, w tym spraw zagranicznych, zapewne przyniosłoby wzrost wskaźnika wiarygodności. Jeśli do tego dodano by zasady dobrego dziennikarstwa, etyki i przyzwoitości, efekt natychmiastowy.

 

Adekwatność oceny

 

Maciej Strzembosz (producent, dawny lider obywatelskiego projektu ustawy medialnej przygotowanej przez środowiska twórcze) w wywiadzie udzielonym portalowi Onet.pl stwierdził, że ocena działalności prezesa TVP Jacka Kurskiego wcale nie będzie jednoznaczna. Propaganda i disco polo wylądują na jednej szali, a nowe kanały (TVP Wilno, TVP Dokument, TVP Kobieta) i stabilne finansowanie na drugiej[4]. Wygląda na to, że również w środowisku naukowym nie ma zgody, co do adekwatnej oceny sytuacji na medialnym rynku. Istnieje równolegle obiegowa opinia, że media prywatne mogą być stronnicze i realizować polityczne wizje właściciela, a te publiczne powinny być bezstronne. Samo myślenie, że redakcje zamiast informować i objaśniać świat zachowując przy tym pluralizm i szacunek wobec ludzi o odmiennych poglądach, mogą stać w pierwszym szeregu i walić politycznych przeciwników tępa pałą, jest niebezpieczne. Tak jak niebezpieczne jest każde tego typu przyzwolenie. „W każdej rzeczy końca patrzaj” – tak Biernat z Lublina oddał myśl Ezopa. W „Słowniku języka polskiego” pod redakcją Witolda Doroszewskiego zapisano w haśle wiarogodność: „Bycie wiarygodnym; właściwość tego, co jest wiarygodne”, co zostało uzupełnione dwoma przykładami. Pierwszy z nich brzmi: „sąd musi zorientować się w wiarygodności opinii, które świadek podaje zamiast faktów”[5]. Wygląda na to, że dla wyrobienia sobie poglądu na sprawy budzące zainteresowanie redakcji głównych problemów informacyjnych, trzeba korzystać z wszystkich tych źródeł, a najlepiej sięgać po dodatkowe kanały. Niestety mało kto ma tyle czasu, co media skrzętnie dziś wykorzystują.

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wiadomosci-lider-programow-informacyjnych-wrzesien-w-dol-kto-oglada-fakty – dostęp 06.10.2021 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wydarzenia-polsat-news-najbardziej-wiarygodne-i-bezstronne-tvp-spadek-propaganda – dostęp 06.10.2021 t.

[3] https://sdp.pl/zbigniew-brzezinski-o-obiektywizmie-nieco-polemicznie/ – dostęp 06.110.2021 r.

[4] https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/beda-kolejne-odcinki-rancza-producent-finalizuje-rozmowy-z-tvp/5fnpyrs – dostęp 06.10.2021 r.

[5] http://www.sjpd.pwn.pl/haslo/wiarogodno%C5%9B%C4%87/ – dostęp 06.10.2021 r.

Jesteśmy na siebie skazani – WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI o relacjach między rzecznikami prasowymi a dziennikarzami

Głośny przypadek Anny Michalskiej, rzeczniczki prasowej Straży Granicznej, słusznie według mnie skrytykowanej za sposób odpowiadania na pytania dziennikarzy, przypomniał mi moje wcześniejsze kontakty z rzecznikami prasowymi różnych instytucji, a także pobudził mnie do ponownego zastanowienia się nad pryncypiami tego zajęcia. Niewdzięcznego zajęcia.

 

Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że rzecznik to nie dziennikarz, chociaż wymaga się od niego przynajmniej jako takiej ogłady dziennikarskiej, jeśli takie pojęcie w ogóle istnieje. Musi, mówiąc w uproszczeniu, czuć media, znać potrzeby dziennikarzy, rozumieć w jakim celu zadają oni pytania i cały czas pamiętać, że świętym obowiązkiem „pismaków” jest szukanie dziury w całym, bycie podejrzliwym i dociekliwym. Sorry, kochani rzecznicy i rzeczniczki, taki mamy zawód. Nie pytamy z czczej ciekawości, ale w imieniu czytelników, opinii publicznej. Z drugiej strony, rzecznik musi zdawać sobie sprawę z tego, że jest medialnym głosem swego szefa, że przemawia w jego imieniu, a nie w swoim i że tylko do niego dostęp ma dziennikarz, więc pyta.

 

Pamiętam jak kilka lat temu w Licheniu na konferencji dla dziennikarzy z cyklu „Kościół bez tajemnic” ksiądz Józef Kloch, ówczesny rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, podawał wręcz łopatologiczną instrukcję obsługi sytuacji trudnych przez rzeczników Kurii i innych instytucji kościelnych. W tamtych czasach trudnymi sytuacjami dla Kościoła było wypływanie informacji o współpracy księży, a nawet wysokich dostojników, z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa. Co radził ks. Kloch? Przede wszystkim – nie uciekać od problemu, nie bagatelizować go, nie udawać, że go nie ma, lecz się z nim zmierzyć. Przytoczył powiedzenie, ponoć popularne wśród duchowieństwa: „Jest problem, więc zróbmy procesję”. Nie, powiadał Kloch, takie działanie prowadzi donikąd. Tylko jasne i odważne przedstawienie problemu i podanie jego rozwiązania jest skuteczne. Pani Anny Michalskiej na tym szkoleniu na pewno nie było…

 

Rzecznik prasowy to zajęcie niewdzięczne, jak zauważyłem już wyżej. Przede wszystkim z tego powodu, że jest on między młotem i kowadłem: musi reprezentować swojego szefa nawet wtedy, gdy osobiście nie zawsze podziela jego poglądy. Mówiąc wprost: musi czasem kłamać (zdarza się to rzadko), albo nie mówić całej prawdy, przemilczać ją, jeśli wymaga tego szef lub interes instytucji, której rzecznikuje (sytuacja występująca bardzo często). Praca rzecznika, zwłaszcza służb mundurowych, to coś w rodzaju ciuciubabki, z której natury zdają sobie sprawę obie strony informacyjnej barykady: rzecznik wie więcej niż mówi i może powiedzieć, a dziennikarz zdaje sobie z tego sprawę, ale dla dobra swojego artykułu mimo wszystko stara się wydrzeć jak najwięcej. Mądrość rzecznika tkwi według mnie, chociaż nigdy nim nie byłem, w tym, że potrafi przekazywać informacje w taki sposób, że wydają się być pełne i wiarygodne. Na wszelki przypadek będąc rzecznikiem zostawiłbym sobie zawsze coś w zanadrzu, coś co mogę podać dodatkowo, „tylko dla pani lub pana”, a co nie naraziłoby mnie na reprymendę szefa, że powiedziałem za dużo. No cóż, w każdym zawodzie trzeba sobie jakoś radzić…

 

Waldemar Śliwczyński

Kiedy dekomunizacja Powązek? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Trwają starania, aby Powązki Wojskowe przeszły – tak jak plac Piłsudskiego w Warszawie, czy Westerplatte w Gdańsku – na własność państwa. Wtedy pojawi się szansa na cywilizowane przeniesienie komunistów na inny cmentarz, najlepiej żołnierzy radzieckich.

 

Podczas uroczystości Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, organizowanych 1 marca 2021 r. przez Fundację „Łączka” na Powązkach Wojskowych powiedziałem: „Idąc tutaj, na „Łączkę”, jakie groby mijamy? Mauzoleum Bolesława Bieruta, grób Stanisława Radkiewicza, szefa bezpieki. Z jednej strony Jakub Berman, z drugiej słynna Luna Brystigerowa – zbrodniarze, mordercy Żołnierzy Wyklętych. Niedaleko jest też grób Aleksandra Dreja, kata Mokotowa, który 1 marca 1951 r. strzelił w głowę siedmiu wspaniałym Polakom, mężom, ojcom, dowódcom IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość”.

 

„Zasłużeni”

 

W obecności marszałków Sejmu i Senatu, ministrów rządu RP z premierem Mateuszem Morawieckim na czele, a nade wszystko żyjących Żołnierzy Wyklętych (był z nami płk Waldemar Nowakowski „Gacek”) i rodzin Żołnierzy Wyklętych (m.in. Aleksandry MorońHenryki Gruszki – córek Jana Przewoźnika „Rysia”; Waldemara Wrońskiego, siostrzeńca Tadeusza Radwańskiego, „Kostka”; Gabriela Kubackiego, syna Józefa Kubackiego „Wichra”) jako gospodarz uroczystości na „Łączce” zaapelowałem: „Musimy uczynić z całych Powązek wielką narodową nekropolię, polski cmentarz. Pytanie tylko, jak to zrobić. Proponuję, żeby zrobić dokładnie to, co stało się z Placem Piłsudskiego w Warszawie i co stało się z terenem Westerplatte w Gdańsku. Trzeba wywłaszczyć Powązki Wojskowe na rzecz Skarbu Państwa, skoro władze samorządowe, władze Warszawy z tym tematem sobie nie radzą, bo zapewne nie chcą sobie po prostu poradzić”.

 

Mówimy przecież o grobach szczególnych: komunistycznych zbrodniarzy. Tych, którzy po 1945 r. zawłaszczyli polską nekropolię chwały. Bezprawnie, tak jak nielegalna, bo nie pochodząca z wyboru Polaków była ich władza i stanowiska. Taki np. NKWD-zista Bolesław Bierut udawał tylko prezydenta Rzeczpospolitej, a Stanisław Radkiewicz – wspomniany szef bezpieki – przebierał się w mundur polskiego generała. Ci przestępcy, kłamcy i złodzieje wzięli sobie Powązki, tak jak skolonizowali, zrabowali całą Polskę. Mordując polskich niepodległościowców i odzierając z majątku twierdzili, że ich wyzwalają.

 

Po śmierci też domagali się honorów i chowali na ukradzionej polskiej nekropolii. Tak jak zrobił to BierutRadkiewicz. A złożenie doczesnych szczątków wielu z nich w Alei Zasłużonych – prócz Bieruta, np. Władysława Gomułki czy Karola Świerczewskiego – było wyjątkową perfidią, szargającą pamięć polskich żołnierzy – bardzo często ofiar tych komunistycznych przestępców.

 

Wielość komunistów

 

Przypomnę nazwiska innych bolszewickich niegodziwców, którzy nigdy nie powinni byli trafić na ten szczególny polski cmentarz.

 

Komunistyczni marszałkowie:

Marian SpychalskiMichał Rola-Żymierski.

Komunistyczni generałowie, w tym:

Zygmunt Berling, Włodzimierz Oliwa, Józef Urbanowicz, Piotr Jaroszewicz (był także premierem PRL), Franciszek Jóźwiak (również wiceszef bezpieki, twórca i pierwszy komendant Milicji Obywatelskiej), Bolesław Kieniewicz (także dowódca zbrodniczego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – wzorowanego na wojskach wewnętrznych NKWD), Aleksander Zawadzki (przewodniczący Rady Państwa RPL), Henryk Jabłoński (kolejny przewodniczący Rady Państwa PRL), Włodzimierz Muś (kolejny dowódca KBW), Edward Ochab (tak jak większość pozostałych funkcjonariusz Komunistycznej Partii Polski – poprzedniczki PPR/PZPR), Franciszek Szlachcic (szef komunistycznego MSW).

Szefowie bezpieki:

Stanisław Radkiewicz, Roman Romkowski, Mieczysław Mietkowski, Jan Ptasiński, Konrad Świetlik.

Niżsi rangą ubeccy pałkarze: Anatol Fejgin, Stanisław Łyszkowski, Marian Stróżyński, Edward Umer (rodzony brat Adama Humera).

Krwawi sędziowie:

Józef Badecki, Marian Frenkiel, Władysław Garnowski, Leo Hochberg, Teofil Karczmarz, Roman Kryże, Bronisław Ochnio.

Krwawi prokuratorzy:

Stanisław Zarako-Zarakowski, Henryk Holder, Henryk Ligięza.

Komunistyczne morderczynie:

Julia „Luna” BrystigerAlicja Graff.

 

Ostatnie lata

 

W ostatnich latach Powązki zabarwili na czerwono kolejni komuniści. W 2013 r. obok kwatery „Ł” spoczął w PRL-owski szef MON Florian Siwicki, jeden z architektów inwazji na Czechosłowację i stanu wojennego. Chwilę wcześniej Jan Czapla i Włodzimierz Sawczuk, szefowie Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, i wśród wielu innych komunistycznych dygnitarzy – reprezentantów interesów Moskwy: Eugeniusz Molczyk, zastępca naczelnego dowódcy wojsk Układu Warszawskiego, w razie sowieckiej interwencji szykowany przez Moskwę na dowódcę WP, który chciał zlikwidować „Solidarność” siłą. Z kolei Czapla był wcześniej zastępcą dowódcy ds. politycznych Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który pacyfikował „bandytów”, czyli niepodległościowe podziemie.

 

Obok Tadeusz Pietrzak – w grudniu 1970 r. współdecydował o strzelaniu do polskich robotników, a zbrodniczą karierę rozpoczynał od wymordowania żołnierzy kpt. Henryka Flamego, „Bartka”. W kolumbarium „kat Trójmiasta” Stanisław Kociołek, oraz poprzednik Jerzego UrbanaArtur Starewicz, szef komunistycznej propagandy w latach 1948-1954.

 

Trudno pominąć towarzysza generała Wojciecha Jaruzelskiego – nawet zdaniem sądu III RP – przywódcę związku przestępczego o charakterze zbrojnym. Jego grobu, na którym wyryto (zapewne „towarzyszka panienka”) lapidarne określenie: żołnierz, niezmiennie pilnuje kamera, aby po śmierci – tak jak za życia przypadkiem nic złego mu się nie stało.

 

Krzemień i Gebert

 

O tym wszystkim żurnaliści z „Wyborczej” nie chcą słyszeć. Nie chcą słyszeć, że prawo nie może być budowane na bezprawiu i krzywdzie, szczególnie jeśli nowe porządki były obce – przyniesione na sowieckich czołgach. Czy to tylko środowiskowy uwiąd umysłowy, czy może efekt tego, że na Powązkach leży np. Ignacy Krzemień, wysoki funkcjonariusz krwawej Informacji Wojskowej: komunistycznego kontrwywiadu wojskowego; czy Bolesław Gebert, sowiecki agent, założyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych (resztę mogą Państwo sprawdzić, chociażby w Wikipedii)?

 

W sierpniu 2013 r. „Gazeta Wyborcza” przytoczyła mój apel do prezydenta RP (wówczas był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu Żołnierzy Wyklętych, ekshumowanych przez IPN na „Łączce”. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz. „GW” przytoczyła to na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną.

 

Ale to nie było największe „uchybienie”. Mój apel poparł prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz, a „Gazeta” napisała tylko o wsparciu „prawicowych portali”. Ale potem było jeszcze ciekawiej. Na tych samych łamach rzecznik IPN Andrzej Arseniuk powiedział, że „mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważam za niepotrzebną”. Rozmawiałem potem z panem rzecznikiem, który zapewniał, że o moim apelu z „Wyborczą” w ogóle nie rozmawiał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję”.

 

Mauzoleum

 

Tekst „GW” warto również skonfrontować z tym, co o moim apelu powiedział kierujący wówczas badaniami na „Łączce” prof. Krzysztof Szwagrzyk: „Ta inicjatywa zasługuje na poparcie nas wszystkich. I cieszy mnie dyskusja, co robić ze szczątkami bohaterów. Nie wyobrażam sobie, żeby pogrzeb ofiar komunizmu odnalezionych na „Łączce” nie był wielką państwową uroczystością”.

 

„Wyborczej” pogrzeb bohaterów na „Łączce” musiał się jednak tak bardzo nie podobać, że znów wykorzystała słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły”. Słowa zapewne znów wyrwane z kontekstu, bo prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił wtedy tak: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu”. Dr Kamiński mówił więcej: „na „Łączce” powinno stanąć mauzoleum”.

 

Trzaskowskiego klejenie taśmą

 

Teraz „Gazecie Wyborczej” prezydent Warszawy powiedział, że jest „oburzony”: „Nawet zaborcy nie niszczyli cmentarzy i grobów zmarłych, którzy stawali przeciw nim”. Pan Trzaskowski się myli. Bolszewiccy bandyci niszczyli polskie cmentarze wszędzie, gdzie tylko mogli. Sprofanowali też Powązki Wojskowe, kładąc na tej wyjątkowej narodowej nekropolii swoich komunistycznych towarzyszy – morderców. Niektórych nad kośćmi polskich bohaterów – jak na „Łączce”. Ale dziś nikt nie chce dewastować grobów, zakopywać w bezimiennych dołach, niszczyć szczątków. Tylko w cywilizowany sposób przenieść niegodnych na zwykły cmentarz komunalny.

 

Tymczasem prezydent Warszawy opowiada dalej coś takiego: „kontrowersyjne groby na cmentarzu wojskowym lata temu zostały zasłonięte drzewami”. To w stylu łatania przez pana Trzaskowskiego zniszczonych drzwi taśmą klejącą. Ponadto, prezydent m. st. chyba dawno nie był na Powązkach. Bo gdyby był, wiedziałby, że np. grób Radkiewicza nie jest zasłonięty żadnymi drzewami. Podobnie innych czerwonych faszystów: „Luny” Brystiger, Franciszka Jóźwiaka, czy oprawców – morderców sądowych rtm Witolda Pileckiego: „prokuratora” Czesława Łapińskiego i „sędziego” Józefa Badeckiego. Grób „godnego” następcy stalinowców: tow. Jaruzelskiego też nie jest zasłonięty – przecież nie widziałaby go wtedy i nie mogła ochronić cmentarna kamera. Mogę zresztą p. Trzaskowskiemu wymienić dziesiątki podobnych nazwisk komunistycznych zbrodniarzy profanujących polski cmentarz. Ale właściwie po co, skoro twardo ich broni.

 

„Marchlewski?

Nie wyobrażam sobie”

 

„Gazecie Wyborczej” pomysł repolonizacji Powązek nie podoba się „od zawsze”. 1 sierpnia 2016 r. donosiła, że mauzoleum ober-mordercy Bieruta zostało „zdewastowane”. „Dewastacja” polegała na napisaniu na płycie – czerwoną farbą słowa KAT. Aby do takiego „szargania autorytetów” nie dochodziło, zawołajmy jeszcze raz: oczyśćmy Powązki z komunistów. Wszystkich i jak najszybciej! Bo to jest polski cmentarz.

 

Na tym nie koniec. W tekście „Dekomunizacja grobów na Powązkach Wojskowych. Chcą usunąć Bieruta i Marchlewskiego” 8 listopada 2017 r. dziennikarz organu z ul. Czerskiej Tomasz Urzykowski napisał: „O dekomunizacji Cmentarza Wojskowego na Powązkach z szefem Instytutu Pamięci Narodowej rozmawiał w poniedziałek w TVP Info Tadeusz Płużański, prawicowy publicysta, zwolennik usunięcia z tej nekropolii grobów komunistycznych dygnitarzy”.

 

Dalej cytują mój dialog z dr Jarosławem Szarkiem:

Czy ci zbrodniarze nadal powinni tam leżeć, czy jednak powinniśmy ich stamtąd wynieść, przy zachowaniu cywilizacyjnych procedur? – zapytał Tadeusz Płużański.

– Nie wyobrażam sobie, żeby z jednej strony obchodzić stulecie wiktorii nad Wisłą, odzyskania niepodległości i walki o nią, a z drugiej strony, w tym samym czasie, na cmentarzu Powązkowskim istniało mauzoleum Juliana Marchlewskiego i Bolesława Bieruta – odpowiedział prezes IPN Jarosław Szarek”.

 

Niestety, stulecie zwycięstwa nad bolszewikami minęło, a na Powązkach wciąż w mauzoleach leżą Marchlewski i Bierut. I setki innych komunistycznych zbrodniarzy.

 

Zarząd cmentarza

się nie zgadza

 

W tym samym wydaniu „Wyborczej” mogliśmy zapoznać się z takim, nieco wikipedyjnym passusem o Powązkach: „Po wojnie cmentarz stał się najważniejszą nekropolią ówczesnych władz. Przy głównej alei i w jej pobliżu wyrosły grobowce komunistycznych działaczy i wojskowych: Juliana Marchlewskiego, Bolesława Bieruta, gen. Karola Świerczewskiego, Władysława Gomułki i wielu innych. Chowano tu także ludzi kultury, sztuki, nauki i sportu, m.in.: Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego, Xawerego Dunikowskiego, Arnolda Szyfmana, Feliksa Stamma. W czasach stalinowskich na obrzeżu Wojskowych Powązek potajemnie grzebano mordowanych przez bezpiekę żołnierzy AK i powojennego podziemia antykomunistycznego. Obecnie na cmentarzu odbywają się pogrzeby osób o szczególnych zasługach dla Polski”. „GW” „zapomniała” dodać, że za rządów prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz wciąż chowano na cmentarzu niegodnych.

 

Ale „obiektywnie” już było, potem należało przyłożyć. I tak „GW” nie pozostawiła suchej nitki na pomyśle „usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów”, podpierając się opiniami sprawdzonych kombatantów. Oczywiście Leszek Żukowski, ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK, stwierdził, że „nie wyobraża sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów”.

 

„Wyborcza” zasłoniła się również „aspektem prawnym”. Że przeniesienia nie przewidują takie a takie przepisy, co skwapliwie potwierdziła m.in. rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych – właściciela Powązek z ramienia m.st. Warszawy: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Z czerwonego kapelusza

 

Dlaczego opinia Zarządu Cmentarzy Komunalnych jest tu istotna? Bo Powązki Wojskowe są cmentarzem wojskowym tylko z nazwy, a właścicielem jest miasto stołeczne Warszawa. I o pochówkach decyduje prezydent Warszawy, względnie osoba przez nią upoważniona. Wystarczy, aby stalinowiec czy inny komunistyczny decydent posiadał stopień generała lub był odznaczony Orderem Virtuti Militari.

 

Problem z pochówkiem „zasłużonego” towarzysza może się pojawić jedynie wówczas, gdy denat został pozbawiony praw publicznych, stopnia wojskowego lub skazany prawomocnym wyrokiem sądu. Jak wiadomo, w III RP nawet najbardziej haniebne, zbrodnicze czyny komunistów nie zostały napiętnowane, a tym bardziej osądzone. Dzięki okrągłostołowej abolicji. Mordercy byli szanowani za życia, honorowani także po śmierci. I znów z czerwonego kapelusza wyskakuje nam towarzysz generał Jaruzelski. Ten pierwszy człowiek Moskwy w PRL został pochowany na Powązkach w 2014 r. ze szczególnymi honorami, asystą wojskową, przemówieniami prominentnych przedstawicieli magdalenkowych pseudoelit. Wielu Polaków poczuło wówczas, jakby dostało w twarz.

 

Dlatego łatwo nie będzie. Szansa w tym, że orędownikiem dekomunizacji Powązek Wojskowych przez lata wydawał się być Instytut Pamięci Narodowej, a otwarcie o takiej konieczności mówi Jan Józef Kasprzyk, szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. To może jednak się uda?

 

Tadeusz Płużański

Postawić na druk czy internet – dylematy wydawców lokalnych opisuje WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI

Wydawcy papierowych gazet lokalnych często boją się internetu, bo nie potrafią na nim zarabiać. Właściciele portali nierzadko mają zaś problem z jakością publikowanych materiałów. Czy mogą sobie pomóc?

 

W Polsce działają dwie organizacje skupiające media lokalne – Stowarzyszenie Prasy Lokalnej oraz Stowarzyszenie Gazet Lokalnych. Każda z tych organizacji ma podobną ilość członków, kilkudziesięciu, chociaż tytułów prasowych jest więcej, bo niektórzy wydawcy mają po kilka tytułów.

 

Niezależne prywatne tygodniki lokalne są często mylone z tzw. prasą samorządową wydawaną i rozdawaną mieszkańcom przez starostów, prezydentów, burmistrzów i wójtów, a także czasem – co jest objawem warszawocentryzmu – z prasą regionalną, czyli wojewódzką. Z punktu widzenia stolicy każdy tytuł prasowy spoza Warszawy jest lokalny.

 

Przypomnę również, że wszystkie tygodniki lokalne wydawane na papierze, od ponad dwudziestu lat mają też swoje portale internetowe, a także o parę lat późniejsze strony na Facebooku i na innych „społecznościówkach”, są więc obecne w internecie niemalże od samego początku, tak samo jak największe gazety ogólnopolskie. W powiatach działają też lokalne rozgłośnie radiowe, telewizje w kablówkach i w internecie oraz samodzielne, większe i mniejsze portale internetowe. To tyle o fundamentalnych  kwestiach terminologicznych i porządkowych.

 

Zarówno SGL, jak i SPL stworzyli właściciele (wydawcy) prasy drukowanej, dlatego w ich myśleniu o komunikowaniu społecznym nadal najważniejsza jest gazeta, to jej redagowaniu poświęcają najwięcej czasu i energii. Ich gazeta ma co prawda też portal, bo „trzeba” go mieć, ale jest on dla nich tylko złem koniecznym, a nie pełnoprawnym sposobem komunikacji z odbiorcami. Dlatego jakość większości serwisów internetowych gazet lokalnych jest, mówiąc delikatnie, nie najwyższa. Z jednej strony wydawcy lokalni zdają sobie sprawę, że papier powoli się kończy i że przyszłość będzie należała do serwisów internetowych, ale z drugiej – boją się internetu i nie do końca są przekonani, że przepowiednie o końcu printu spełnią się. Do strategii digital first przekonanie mają nieliczni, więc najciekawsze artykuły z drukowanych tygodników lokalnych trafiają (albo nie trafiają nigdy) na ich portale dopiero po kilku dniach, a nawet tygodniach (sic!) po premierze w gazecie.

 

Nie ma się czemu dziwić, dlaczego wydawcy tygodników nie potrafią w pełni „otworzyć się na internet”, skoro ich dochody w 80-95 (i więcej) procentach pochodzą nadal z gazety drukowanej, a nie z portalu. „Gazeta Wyborcza” dochodzi już, jak donosił niedawno „Press”, do 40 proc. dochodów z nogi cyfrowej i procent ten cały czas rośnie, ale gazetom lokalnym do takiego wyniku jeszcze bardzo daleko i kto wie czy kiedykolwiek do niego dojdzie. Wydawcy papierowi nie potrafią zarabiać na swoich portalach i jak mówią, muszą się tego uczyć.

 

Stowarzyszenie Prasy Lokalnej, gdzie prezesem jest Piotr Piotrowicz z Jarocina, postanowiło niedawno przyjmować do swojego grona także szefów portali lokalnych, a nawet zmienić nazwę na Stowarzyszenie Mediów Lokalnych, uznając, że najważniejsza jest LOKALNOŚĆ, a nie nośnik, czyli pośrednik, czyli medium poprzez który odbywa się komunikacja z odbiorcami. Wiadomość o tym otwarciu SPL na portale wywołała dyskusję w SGL, w którym aktualnie członkowie podzielili się mniej więcej na dwie równoliczne grupy – zwolenników i przeciwników przyjmowania ludzi z portali lokalnych. W głosowaniu, jakie niedawno odbyło się na zjeździe SGL w Sobieszewie pod Gdańskiem, zwyciężyli co prawda przeciwnicy, ale nie wszyscy mogli zagłosować, więc w przyszłości z pewnością dyskusja będzie kontynuowana, a wynik kolejnego głosowania może być zupełnie inny.

 

Problemem, z którym muszą zmierzyć się obie organizacje – SPL już teraz, a SGL prawdopodobnie w przyszłości – będzie odpowiedź na pytanie: czy przyjąć portal z powiatu, w którym mamy już członka, który ma gazetę i portal, czy też nie? Piotr Piotrowicz: – Staramy się, żeby nie było konkurencji między członkami z tego samego terenu.

 

Tak, czy inaczej, można przypuszczać, że na wspólnym członkostwie w jednej organizacji wydawców papierowych i internetowych skorzystają jedni i drudzy: papierowi nauczą się zarabiać na swoich portalach, a portalowi podszkolą się w dziennikarstwie, bo tego za bardzo nie potrafią.

 

Waldemar Śliwczyński

Wzmocnienie orędzia chrześcijańskiego – ks. MARIUSZ FRUKACZ o roli telewizji katolickiej.

Niedawne przyznanie koncesji dla katolickiego kanału EWTN Polska wywołało pytania autorów publikacji, takich jak na witrualnemedia.pl,  o to, czy EWTN Polska  będzie jedynym naziemnym konkurentem TV Trwam. Warto przypomnieć, że EWTN Polska wywodzi się z globalnej, dostępnej w ponad 150 krajach, katolickiej sieci telewizyjnej EWTN: Eternal Word Television Network (Sieć Telewizyjna Wiekuistego Słowa).  Nie chodzi o budowanie konkurencji, ale o wzmocnienie przekazu orędzia chrześcijańskiego.

 

Raczej trzeba pytać o to, dlaczego stacje konfesyjne, kanały religijne mają swoją stałą widownię. A tymczasem próby zrobienia tzw. „otwartej” stacji telewizyjnej nie wyszły najlepiej.

 

Odbiorcy konkretnej religijności

 

Wciąż badania socjologiczne pokazują, że jesteśmy narodem bardziej przywiązanym do tradycji i religii niż inne kraje zachodnie. Dlatego warto zagospodarować w przestrzeni medialnej chrześcijańską wizję świata. Demokracja przecież daje możliwości rozwoju dla telewizyjnych kanałów religijnych. Poszczególne media katolickie w Polsce mają swoich odbiorców zróżnicowanych. Są przecież w Polsce czytelnicy i odbiorcy „czujący z Kościołem” i o tradycyjnej religijności, ale są także odbiorcy o religijności nacechowanej patriotyzmem, czasem bardzo krytyczni wobec sytuacji społecznej i równocześnie bardzo religijni. Są też czytelnicy i odbiorcy, którzy ze zwykłej ciekawości sięgają go prasę katolicką, kanał religijny.

 

Myślę, że odpowiedzią na to dlaczego potrzebna jest telewizja konfesyjna jest to, że odbiorca chce mieć klarowny przekaz orędzia chrześcijańskiego w sytuacji, kiedy w polskim społeczeństwie jest tak duży zamęt w sferze pojęć. Głęboka duchowość, komentarze do współczesnych wydarzeń i praktyczne, życiowe porady, ewangelizacja, to jest właśnie to, czego szuka katolicki odbiorca. Oczywiście głównym zadaniem jest tutaj ewangelizacja. Głoszenie Dobrej Nowiny to prorocka misja Kościoła, a zatem każdego chrześcijanina. Ważna jest też klarowna wykładnia katolickich zasad życia moralnego i apolityczność polegająca na tym, aby nigdy nie utożsamiać się z żadną konkretną partią polityczną. Telewizja katolicka, czy też kanał religijny cieszy się powodzeniem, gdy jego trzon stanowi bogactwo Słowa Bożego i Jego kontemplacja, piękno liturgii Kościoła Katolickiego oraz formacja katechetyczna.

 

W taki sposób funkcjonują katolickie stacje w innych krajach.  Można wskazać na dynamicznie funkcjonującą telewizję katolicką KTO we Francji oraz program katolicki Le Jour du Seigneur emitowany przez France 2. KTO powstało w 1999 r. z inicjatywy kard. Lustigera. KTO powstało, aby zapewnić Kościołowi możliwości do przekazywania orędzia Ewangelii za pośrednictwem wszystkich nowoczesnych mediów, tj. telewizji, Internetu, a dziś telefonów komórkowych, tabletów. KTO adresowane jest nie tylko do katolików, ale do wszystkich „poszukujących sensu”, wierzących lub nie. KTO oferuje wgląd w tematy do refleksji lub debaty, poprzez szkolenia, programy dotyczące wiadomości kościelnych, raporty. KTO towarzyszy życiu modlitewnemu i życiu Kościoła  poprzez Liturgię Godzin, Różaniec z Lourdes, Msze Święte, podróże Papieża, ważne wydarzenia. Takiego konkretnego odbiorcę mają również we Włoszech  TV 2000 i Tele Radio Padre Pio.

 

Obecność orędzia chrześcijańskiego w telewizji

 

Odpowiadając na pytanie o obecność telewizji katolickiej w przestrzeni medialnej warto wskazać ogólnie na obecność orędzia chrześcijańskiego w telewizji. Warto pamiętać, że w kwestiach oceny spraw społecznych media katolickie mogą się różnić, ale ich siła i wiarygodność tkwi w tym, że w sprawach wiary mówią wspólnym głosem. Kiedy myślimy o mediach katolickich, to oczywiście nie można pominąć pewnego styku jaki zachodzi pomiędzy telewizją katolicką a ekonomią i duszpasterstwem. Pisałem już kiedyś o tym, że na współczesnym rynku idei, zmiennych i różnorodnych opinii o zdarzeniach, Kościołowi poprzez własne media, przysługuje prawo, a nawet obowiązek wychowania do poprawnego i autentycznego korzystania z daru Bożego, jakim niewątpliwie są środki społecznego przekazu. Już ponad 20 lat temu, bo w 1997 r., „Niedziela” wydała w serii „Zeszyty Niedzieli” bardzo ciekawą publikację „Prasa katolicka między ekonomią a duszpasterstwem”. Autorzy tej publikacji już wtedy zwrócili uwagę na to, że z chwilą powrotu na rynek prasy katolickiej ważne jest podjęcie takich zagadnień jak: społeczne funkcje i techniczne problemy kolportażu, ekonomiczne uwarunkowania oraz miara ich oddziaływania. Jednym z ważniejszych tematów podjętych przez autorów tamtej publikacji był temat rozpowszechniania prasy oraz pokazanie mechanizmów kolportażu w łączności z ekonomią. Niewątpliwie sytuacja mediów katolickich, ich różnorodność, konkurencyjność jest związana z rynkiem, z ekonomią.

 

Ponadto skuteczna ewangelizacja, która jest głównym zadaniem mediów katolickich wymaga jednak ciągłego zacieśniania współpracy między różnymi mediami katolickimi w Polsce. W jednym z wywiadów abp Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. środków społecznego przekazu Konferencji Episkopatu Polski słusznie stwierdził, że „tym co winno charakteryzować media katolickie jest zdolność byśmy się pięknie różnili. A pięknie, to znaczy i mocno. Konkurencja wśród mediów katolickich nie powinna polegać na chęci złamania przeciwnika, ale abyśmy umieli sobie nawzajem powiedzieć: dobrze, że wy podkreślacie ten aspekt wiary czy życia Kościoła, my z kolei poświęcamy się innemu odcinkowi. Dopiero takie komplementarne, wzajemne dopełnianie się jest prawdziwie katolickie”.

 

Ewangelizacja to nie jest budowanie strefy wpływów

 

Jasne powinno być to, że tam, gdzie chodzi o ewangelizację nie należy myśleć czy budować jakiejś strefy wpływów. Oczywiście w kwestiach oceny spraw społecznych media katolickie mogą się między sobą różnić, co niesie także pewne bogactwo spojrzenia na rzeczywistość nas otaczającą, ale tam, gdzie chodzi o Magisterium Kościoła, o depozyt wiary, to tutaj siła mediów katolickich, także ich wiarygodność tkwi w tym, że w kwestach wiary mówią wspólnym głosem. Dotyczy to również telewizji katolickich. Ponadto różnorodność na rynku medialnym nie może zastąpić rzetelnej informacji, prawdy i obiektywizmu w mediach. Naturalnie generalną misją mediów katolickich, w tym telewizji katolickiej jest służenie rozwojowi osoby ludzkiej. Każda osoba ludzka ma prawo do ubogacania się za pośrednictwem katolickiej telewizji, radia czy prasy.

 

Telewizja w rodzinie

 

Z badań socjologicznych wynika, że telewizja w rodzinie odgrywa ważną rolę. Wiele lat temu w serii Biblioteki Niedzieli bp Adam Lepa wydał bardzo ważną publikację pt. „Telewizja w rodzinie”. Bp Adam Lepa w niniejszej publikacji podejmuje refleksję nad relacjami, jakie zachodzą między rodziną a telewizją. Książka, jak podkreśla autor we wstępie, „jest próbą odpowiedzi na pytanie, co wynika z faktu, że w rodzinie znajduje się telewizor, którego wpływ na domowników przekracza najśmielsze wyobrażenia – zarówno jego użytkowników, jak i doświadczonych specjalistów w dziedzinie mediów”. Zresztą to jest zagadnienie, któremu można poświęcić osobny artykuł.

 

Reasumując. Katolicy w Polsce chcą swojej telewizji z jasnym przekazem nauczania Kościoła, z klarowną wykładnią Credo. Chcą mieć telewizji, która będzie im towarzyszyć w codziennych zmaganiach.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

ZIEMexit – KRZYSZTOF PRENDECKI o sprawie Rafała Ziemkiewicza pół żartem, pół serio

Czy problemy dziennikarzy, którzy mają jakieś fobie, czegoś się boją, np. są genderfobami lub religiofobami, bądź też uprawiają antypolonizm lub antysemityzm, czyż te sprawy nie powinien rozstrzygać niezależny, niezawisły organ ścigania oraz Temida?

 

Deportacja Rafała A. Ziemkiewicza z Wysp Brytyjskich rozpaliła media społecznościowe. Prowokując,  jak zwykle w takich sytuacjach, pytania i wątpliwości. Oczywiście mogą być raporty oskarżycielskie, nawet i naukowe. To ma być wystarczająca podstawa do osądzania i skazywania. Tylko czy raport „Nigdy więcej” sporządzony przez socjologa jest wystarczającą wyrocznią?

 

Kobieta mająca niewątpliwie serce po lewej stronie, czyli Monika Jaruzelska z programem „Towarzyszka panienka”, trafiła do brunatnej księgi. Czy jak będzie chciała pojechać śladami antysemity Karola Marksa do Londynu, też nie zostanie wpuszczona? Może by tak władze poszczególnych krajów, opublikowały uprzednio gości niepożądanych, aby nie narażać na niepotrzebne „koszta” podróży i „misia” w paszporcie.

 

Wszyscy też wiemy, że prokuratury i sądy są zawalone ważniejszymi sprawami. Lecz były już takie przypadki „wolności słowa” przerabiane. Na ten przykład, znany dziennikarz pokroju RAZ-a, Stanisław Michalkiewicz, był już grillowany przez prokuraturę w 2008 roku. Niczego się nie dopatrzyła w stwierdzeniu: „Judajczykowie próbują wymusić na naszym rządzie zapłatę haraczu zwanego dla niepoznaki rewindykacjami, a stoi za tym m.in. Światowy Kongres Żydów – główna firma koncernu „holokaustowej industrii”. Judejczyk to przecież mieszkaniec Judei, a o przedsiębiorstwie pisał już wcześnie amerykański historyk żydowskiego pochodzenia Norman Finkelstein. W tym samym roku zresztą, zatrzymany na lotnisku koło Tel Awiwu i deportowany z Izraela. Także publicysta Ziemkiewicz nie może pochwalić się pionierskim tytułem: „zakazowicz – ekstremista”.

 

Nie wiemy też czy pocieszeniem dla Rafała Ziemkiewicza będzie cała plejada osób publicznych, (wśród nich również Żydów) którzy się narazili. Jak choćby Peter Schäfer – dyrektor Programu Badań Judaistycznych Uniwersytetu w Princeton (napisał książkę „Jezus w Talmudzie”), Szlomo Sanda – historyk z Uniwersytetu Telawiwskiego (popełnił wolumin: „Wymyślenie żydowskiego narodu”), Stephen Walt z Harvardu i John Mearsheimer z University of Chicago (opublikowali „The Israel Lobby”), prof. Richard Lucas były wykładowca na Uniwersytecie Technologicznym Tennesee i Uniwersytecie Południowej Florydy w Tampie (autor „Zapomnianego Holokaustu”).

 

Natomiast ze światowych i ogólnopolskich mediów dowiemy się też kto jest antysemitą. W XXI wieku,  zostali nimi okrzyknięci zwykli mieszkańcy: „Europejczycy”. Twierdzą oni że „Izrael jest największym zagrożeniem dla pokoju”. Na początku wieku pod auspicjami Komisji Europejskiej wykonano badania, w których takie przekonanie wyraziło 59% respondentów. Izrael wyprzedził tak „lubiane” kraje jak Irak, Iran, Afganistan i Korea Północna. Głosy oburzenia nad tym antysemityzmem, wyraziły władze w Jerozolimie, Centrum Szymona Wiesenthala i Unia Europejska.

 

Dostało się również Amerykanom. Podczas finansowego kryzysu, Żyd Bernard Madoff sprzeniewierzył 50 mld dolarów. Internauci na wielu stronach, dali upust swej złości, wypominając pochodzenie „finansisty”. Liga Przeciw Zniesławieniu wydała stosowne oświadczenie: „komentarze internautów są głęboko obraźliwe poprzez zastosowanie stereotypowych stwierdzeń na temat Żydów – poczynając do sugestii, iż tylko Żyd byłby zdolny do oszustwa na tak wielką skalę, aż po teorie spiskowe głoszące, że Żydzi kradną pieniądze dla wzmocnienia Izraela”.

 

Czy Rafał Ziemkiewicz mógłby chuchać na zimne i nie stąpać po kruchym lodzie tematu niezbyt bezpiecznego? Mógłby zająć się Polactwem, bardzo spokojny temat. Nikt przecież nie będzie sadzał do więzienia za szydzenie z mentalności post PGR-owskiej rodaków znad Wisły. Można pojechać po Jóźku Marszałku ile wlezie, w końcu piłsudczycy mogą sobie co najwyżej protestować na wewnętrznych spotkaniach stowarzyszeniowych przy herbacie. Niewiele się dzieje, gdy autor sobie folguje, co dusza zapragnie, pisząc o płci pięknej. Co najwyżej kilka feministek przyjdzie na Targi Książki z protestem. Po autograf i tak ustawi się dłuższa kolejka. Mógłby wreszcie indagowany, wziąć sobie do serca oskarżenia Jerzego Roberta Nowaka, prezesa Domu Ojczystego, Ruchu Przełomu Narodowego i Klubów Patriotycznych o: „lizusostwie Ziemkiewicza wobec Żydów”. No i zamiast maścić wazelinką i kontynuować chwalenie „Narodu wybranego” to niepotrzebnie powywijał publicystyczną szabelką.

 

Głupi niedźwiedziu! gdybyś w Mateczniku siedział, Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział”. Mógłby sobie polonista Rafał Ziemkiewicz, pisać sobie dalej te swoje SF. A jak już politykę uprawiać, to kontynuować dzielenie się swoimi poglądami, pisząc do niszowego „Najwyższego czasu!”. Ale zachciało się wydać „Viagrę mać” i wypłynęło się na czytelnicze salony. I się obrywa. A na tym lotnisku to mógłby się deportowany choć powołać na swe słowa: „Kaczyński oszalał”. Czyli walka z kaczorem – dyktatorem. Jak nic azyl polityczny się należy. W ramach wyjazdu/ucieczki z faszystowskiego kraju.

 

Krzysztof Prendecki

Dyskryminacja za słowa i poglądy – ŁUKASZ WARZECHA o przypadku Rafała Ziemkiewicza

Rafał Ziemkiewicz na swoich przygodach w Wielkiej Brytanii na pewno nie straci. Dla publicysty wskazującego wielokrotnie na to, że Albion zmienia się z kraju wolności w kraj opresji poprawności politycznej, jego przygoda jest tylko dowodem na to, że miał rację. A przypomnieć trzeba, że historia Wielkiej Brytanii przez wieki była całkiem inna. To dlatego tam właśnie w XIX w. skupiali się anarchiści i antysystemowcy, prześladowani w innych państwach Europy, że pod berłem brytyjskiej Korony mieli największą swobodę głoszenia swoich poglądów. Co nierzadko kończyło się również aktami przemocy z ich strony. Nikomu jednak nie przychodziło wówczas do głowy ograniczać swobodę wypowiedzi, której symbolem był Speakers’ Corner w londyńskim Hyde Park. Swoją drogą ciekawe, czy nadal można by tam w pełni swobodnie głosić tezy sprzeczne z – jak to ujęto w dokumencie odmawiającym wjazdu Ziemkiewiczowi – „wartościami Wielkiej Brytanii”.

 

Mechanizm, jaki zadziałał w przypadku mojego redakcyjnego kolegi, był wielokrotnie opisywany, w tym także przeze mnie, nie ma więc sensu przedstawiać go ponownie w detalach. Kluczem do niego jest uznanie, że – po pierwsze – można ludzi dyskryminować za słowa i poglądy. Po drugie – powodem do dyskryminacji są poglądy, które mogą kogoś „urażać”, żyjemy bowiem w kulturze „nieurażania”, gdzie niektórym wolno zgłaszać pretensję o bycie urażonym i z tego powodu można „urażającego” ukarać, inni zaś nie mają prawa czuć się dotknięci nawet najbardziej ostentacyjną wrogością i agresją. Dodatkowo zwolennicy cenzurowania poglądów tworzą sylogizm, który ma dowodzić, że od „urażania” do komór gazowych prowadzi krótka i oczywista droga. Po trzecie – o tym, kto jest na liście mogących się czuć urażonymi, a kto na tej drugiej, a także o tym, co może urażać, decyduje trudne do precyzyjnego określenia grono postaci życia publicznego, w którego skład wchodzą jednak ludzie o poglądach wyłącznie lewicowych.

 

Sytuacja, jaka przytrafiła się Rafałowi, stawia jednak przed dziennikarzami i publicystami pracującymi w Polsce i niemieszczącymi się w głównym nurcie realny problem: kogo jeszcze może spotkać podobny rodzaj sankcji, najpewniej całkowicie niespodziewanie, oraz gdzie? Wielka Brytania nie jest przecież jedynym krajem, w którym całkowicie już regularnie karze się ludzi za poglądy z polskiego punktu widzenia doskonale mieszczące się w spektrum dopuszczalnej debaty.

 

Tu zastrzeżenie: to nie muszą być poglądy łagodne ani łagodnie wyrażane. Fakt, że ktoś ma poglądy wyraziste lub przekazuje je w ostry, czasami nawet zbyt ostry sposób, nijak nie oznacza, że sytuuje się tym samym poza obrębem debaty i że należy go za te słowa ścigać lub w jakikolwiek inny sposób utrudniać mu ich głoszenie. Jeśli przesadzi i kogoś zniesławi – od tego są sądy. A już z pewnością nie są do wyrażania takich tez uprawnieni ci, którzy pochwalają obecność w sferze publicznej hasła na literę „W”.

 

Brytyjska przygoda Rafała Ziemkiewicza powinna uświadomić nam, jak ogromna jest w tej chwili przepaść pomiędzy sferą wolności dyskusji między Polską i, bardziej generalnie, krajami naszej części Europy, a Zachodem. I to mimo że również w Polsce można mieć duże zastrzeżenia do tego, jak wygląda dziedzina wolności słowa. Ta przepaść może znaczyć, że w którymś momencie ktoś, kto w Polsce mieści się nawet w głównym nurcie, w jednym z krajów Zachodu w najlepszym wypadku odbije się od strażników granicznych, a w najgorszym spotkają go nieprzyjemności idące o wiele dalej. Wystarczy, że jakiś usłużny polski donosiciel – jak to się najpewniej stało w przypadku Rafała – poinformuje aktywistów w danym kraju, oczywiście wybiórczo i używając manipulacji, że polski publicysta jest na przykład „islamofobem”. Przy czym owa „islamofobia” polegałaby jedynie na wskazywaniu potencjalnych zagrożeń wynikających w oczywisty sposób z masowej muzułmańskiej imigracji do Europy i nawoływaniu do dyskusji o nich. W niektórych państwach to może wystarczyć, żeby przyjeżdżającego zawrócić albo być może nawet postawić przed sądem. To nie jest niebezpieczeństwo wydumane. Z prawnego punktu widzenia przy odrobinie wysiłku jest to możliwe.

 

Czy w takim razie powinniśmy już pogodzić się z myślą, że mamy na naszym kontynencie dwa porządki, gdy idzie o wolność słowa? Że jeśli będziemy – jako publicyści, lecz także po prostu jako obywatele – korzystali w pełni z tego jej zakresu, jaki wciąż istnieje w naszej części Europy, to w tej drugiej części mogą nas spotkać niemiłe tego konsekwencje?

 

W 2016 r. znalazłem się w Brukseli na konferencji „European Angst” – Europejski Niepokój. Panel, w którym brałem udział, zajmował się takimi kwestiami jak mowa nienawiści i wolność słowa. Działo się to w cieniu kryzysu imigracyjnego, który zaczął się trochę ponad rok wcześniej. Mówiąc o tym, że mamy pełne prawo wyrażać nasze obawy przed skutkami masowej imigracji z obcych nam kulturowo obszarów, wspomniałem o ikonicznej historii Alana Kurdi – chłopca, który utonął w Morzu Śródziemnym i którego zdjęcie na plaży w Grecji, leżącego twarzą w dół, stało się symbolem panującej wówczas (bo już nie dziś) w głównym nurcie Wilkommenkultur. Przypomniałem, że Kurdi utonął, płynąc wcale nie z Syrii, ale z Turcji, gdzie mieszkał ze swoimi rodzicami od długiego już czasu. Na niebezpieczną wyprawę zabrał go jego ojciec, którego marzeniem było naprawić sobie zęby w ramach publicznej opieki zdrowotnej w UE. Natomiast samo ciało chłopca na plaży zostało przesunięte, żeby efektowniej i bardziej wstrząsająco wyglądało na zdjęciu.

 

Moje wystąpienie – pamiętam to świetnie – wywołało na sali agresywne buczenia i prowadzący debatę musiał apelować o spokój, żebym mógł dalej mówić. Myślę, że dziś na samym buczeniu mogłoby się nie skończyć.

 

Łukasz Warzecha

MIROSŁAW USIDUS:  Mistrzowie wyrafinowanej cenzury

Reżimy i dyktatorzy muszą się jeszcze długo uczyć, by dojść do tego kunsztu i technicznego poziomu metod cenzorskich, które zna świat technologicznych gigantów.

 

Z jednej strony wydaje się, że to dobrze, że YouTube usunął dwa duże niemieckojęzyczne kanały informacyjne Russia Today, które siały kremlowską propagandę i dezinformację. Z drugiej – niełatwo solidaryzować się należącą do Google platformą, znaną tak samo jak Facebook lub Twitter z bezwzględnej, niesprawiedliwej i hipokryzją podszytej cenzury politycznej.

 

Swoją drogą, ciekawe jak się to starcie z YT skończy, bo Rosja w odpowiedzi na zdjęcie kanałów RT DE i DFP zagroziła wprowadzeniem całkowitego zakazu korzystania z platformy u siebie. Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nazwało posunięcie YouTube „aktem bezprecedensowej agresji informacyjnej” i „oczywistym przejawem cenzury i tłumienia wolności słowa”.

 

I tu jesteśmy u sedna problemu. Fala bezpardonowej walki politycznej i cenzury, w którą wdało się w Big Tech, z apogeum w trakcie kampanii prezydenckiej, gdy koalicja reprezentantów Krzemowej Doliny wzięła bezpośredni udział w walce politycznej jednoznacznie po stronie kandydata Demokratów Joe Bidena, powoduje, że niewielu ma ochotę stawać po stronie YouTube, Twittera lub Facebooka w tego rodzaju starciach z reżimami i politykami, nawet jeśli tych ostatnich nie kochamy. Zaczynamy raczej skłaniać się do opinii, że obie strony są „warte siebie”.

 

Rosja zresztą wini także niemieckie władze, które domagały się od YouTube cenzury tych treści. Ciekawe, że Niemcy domagają się wprowadzenia cenzury również od „nielewicowej” (w odróżnieniu od Facebooka czy Twittera) amerykańskiej platformy społecznościowej Gab, stawiając to jako warunek operacji w tym kraju. Gab na wprowadzenie cenzury nie godzi się, inaczej, jak widać, niż YouTube.

 

Australia? Zambia? Nie ma różnicy

 

W Australii pośród zamieszek i gwałtownych protestów przeciwników covidowych restrykcji pojawiły się pogłoski o blokowaniu internetu, zwłaszcza mediów społecznościowych, które po tym jak władze ograniczyły działalność mediów w rejonie starć z policją, stały się główną platformą dystrybucji relacji z miejsc zamieszek.

 

Pogłoski te nie zostały oficjalnie w żaden sposób potwierdzone. Jednak informacje o blokowaniu sieci, nawet gdy rzeczywiście dochodzi do tego, rzadko są potwierdzane przez tzw. „czynniki oficjalne” w krajach, które takie rzeczy praktykują. Na przykład w afrykańskiej Zambii również nie było oficjalnych potwierdzeń pogłosek na temat cenzury i blokowania serwisów społecznościowych, gdy odnotowano problemy z ich funkcjonowaniem przy okazji niedawnej kampanii wyborczej. Czy władze Myanmaru w sposób otwarty przyznają, że blokują internet? Nie słyszałem.

 

Stanowisko sieciowych cenzorów w różnych krajach, od Rosji, przez USA po Zambię czy Australię, gdy blokuje się i banuje pod dziesiątkami pretekstów, dobrze opisuje staropolski zwrot „rżnięcie głupa”. Rzeczonego „głupa” rżną obie strony zgodnie udające, że nie cenzurują i oburzające się, gdy Big Tech cenzuruje nie po ich politycznej myśli, władze państw jak też platformy internetowe, które cokolwiek robią, robią to zawsze „dla dobra użytkowników”. W tej zgrai hipokrytów żadnych pozytywnych bohaterów nie widzę.

 

Wróćmy na chwilę do przykładu Zambii, gdzie przez lata problemy z internetem raportowała pozarządowa organizacja Zambian Watchdog, sama zresztą niejeden raz blokowana w sieci przez władze tego kraju. W 2016 roku przeprowadzono tam pomiary sieci w celu zbadania dostępności stron internetowych i aplikacji. Nie znaleziono wówczas żadnych niezbitych dowodów na cenzurę internetu w czasie wyborów powszechnych w Zambii, choć odnotowano przypadki restrykcji wobec tradycyjnych mediów. Temat powrócił w sierpniu tego roku, po tym jak kilka innych krajów afrykańskich postanowiło zablokować społecznościówki na czas wyborów, co było, jak wspominałem, pokłosiem ingerencji Facebooka i Twittera w procesy wyborcze w USA.

 

Cenzura polityczna, na którą sobie pozwoliły firmy z grupy Big Tech podczas wyborów w Stanach Zjednoczonych, gdy np. Twitter poświęcił 20 proc. ruchu w swoim serwisie, aby wycinać treści nieprawomyślne, niezgodne z lewicową linią szefów platformy, w sposób wyraźny zachęciła miłośników zamykania ust inaczej myślącym na całym świecie. Mieli świetny pretekst i wymówkę a argumenty walczących z praktykami dyktatorów platform społecznościowych o „blokowaniu wolności słowa” ociekały groteskową hipokryzją w świetle tego, co same zrobiły w USA.

 

W Afryce politycznie motywowane blokowanie sieci jest dość często spotykane. Robiły to władze Sudanu, gdy groziły zamieszki, niedawno też Konga, gdy oskarżono rząd o fałszowanie wyborów, oraz Czadu, w którym to państwie prezydent zamierza rządzić (ma się rozumieć niezbyt zgodnie z prawem) do 2033 roku. Takie rzeczy spotyka się również na innych kontynentach i to coraz bardziej nagminnie. Np. rząd Indii regularnie blokuje internet w spornym Kaszmirze.

 

Sprawy nie zawsze mają czarno-biały charakter. Rząd Etiopii z premierem Abiyem Ahmedem zliberalizował w ostatnich latach rynek mediów. Dziennikarze odbywający kary więzienia zostali uwolnieni, a setki stron internetowych, blogów i kanałów telewizji satelitarnej zostało odblokowanych. Jednak wkrótce pojawiły się wątpliwości. Wolne media oznaczały zarazem wolność słowa dla podżegaczy do waśni na tle etnicznym. Prawie trzy miliony Etiopczyków zostało wypędzonych w ostatnim czasie ze swoich domów, wskutek walk pomiędzy nienawidzącymi się plemionami. Wielu Etiopczyków uważało, że rząd powinien zająć się w pierwszej kolejności nawołującymi do przemocy i ich uciszyć. Ostatecznie skończyło się na uciszeniu wszystkich Etiopczyków. W planie jest uznanie „mowy nienawiści” za przestępstwo, co, zdaniem obserwatorów doprowadzi do masowej inwigilacji i ścisłego monitorowania mediów społecznościowych przez policję.

 

Jak wspominałem Twitter dostał bana np. podczas wyborów powszechnych w Ugandzie w 2021 r. Aplikacje społecznościowe blokowane były także w trakcie wyborów powszechnych w Tanzanii w 2020 r. Przeciwnicy cenzury po tych wydarzeniach zażądali od władz Zambii, by nie robiły tego w tym kraju a prezydent Lungu zobowiązał się, że nie będzie cenzury. Jednak później rząd zagroził, że zamknie internet, jeśli obywatele będą go używać do „wprowadzania w błąd i dezinformowania” wyborców (jak wiadomo, to pod tymi hasłami Google, Facebook, Twitter i Amazon cenzurują w najlepsze na swoich platformach).

 

W dniu wyborów, 12 sierpnia 2021 r., pojawiły się liczne doniesienia o zablokowaniu WhatsAppa i innych internetowych serwisów społecznościowych w Zambii. Zostało to potwierdzone przez rzecznika Facebooka, który poinformował również, że „wyłączenie mediów społecznościowych w Zambii miało wpływ na ich aplikacje i inne, takie jak Twitter”.

 

Hipokryzja firm Big Tech, które same stosują coraz ostrzejszą cenzurę, na tym etapie już całkowicie polityczną i jednostronną, np. tak jak w przypadku Twittera blokującego niedawno informacje na temat audytu wyborów prezydenckich w Arizonie, idzie w parze często ze zwykłym tchórzostwem potentatów technologicznych. Bo czym innym jak nie tchórzostwem jest bezwzględność wobec słabych, gdy zgina się kornie kark w obliczu silnych. Apple i Google szybko „pękły”, gdy władze Rosji przy okazji niedawnych wyborów zażądały usunięcia ze sklepów z aplikacjami aplikacji służącej do komunikacji i walki protestującym przeciw Kremlowi. Apka była dziełem zwolenników Aleksieja Nawalnego a jej celem miało być ujawnianie korupcji w otoczeniu Władimira Putina oraz zachęcanie do głosowania przeciwko kandydatom partii Jedna Rosja w wyborach parlamentarnych. Po tym jak posłusznie wobec moskiewskiego reżimu postąpiły wielkie korporacje z Krzemowej Doliny tym bardziej warto obserwować starcie Rosji z YouTube, gdyż, z tego co wiem, w Rosji zablokowanie tej platformy jest technicznie wykonalne, zatem groźba Kremla brzmi realnie.

 

Jednocześnie ci sami, którzy kulą ogony przed Putinem, głośno atakują Zambię, Ugandę i inne kraje, za cenzurę. Twitter próbował rozkręcić kampanię walki o „wolność słowa” przy okazji blokady w Ugandzie. Jednak z tonu większości komentarzy wynikało, że internauci uznali pełne frazesów o „wolności słowa” oświadczenia administracji tej platformy za dość kiepski żart.

 

Nowy wspaniały „splinternet”

 

Wyłączanie czy blokowanie całości lub części internetu nie jest dziś sprawą prostą do przeprowadzenia. Trzeba pamiętać, że nawet w uboższych krajach spora część gospodarki i państwa zależna jest od działania sieci. W wielu krajach jednak opracowuje się i ćwiczy różne techniki, warianty blokowania sieci, jeśli nie „wyłączania”, to nadzorowanego „odgrodzenia” sieci krajowej od reszty cyberprzestrzeni z zachowaniem kontroli nad ruchem przychodzącym i wychodzącym. Nad technikami takimi intensywnie pracowały m. in. Rosja i Iran, zaś Chiny są stale odgrodzone swoją „wielką zaporą ogniową”, która nie pozwala funkcjonować wielu znanym serwisom i usługom w kraju środka, m. in. Google’owi i Facebookowi. Tendencja do wydzielania lokalnych sieci i odgradzania się od reszty sieci nazywana jest „splinternetem”. To szerszy temat, do omówienia przy innej okazji.

 

Po raz pierwszy techniki wyłączania internetu na wielką skalę ćwiczono podczas „Arabskiej Wiosny” na początku ubiegłej dekady. Ruchy protestacyjne powstawały w grupach na Facebooku, były nagłaśniane na Twitterze i relacjonowane w serwisie YouTube. Można było swobodnie oglądać na rozlicznych nagraniach wideo brutalność reżimów broniących swojej władzy.

 

W styczniu 2011 roku, dwa dni po tym, jak protestujący zaczęli gromadzić się na placu Tahrir w Kairze, egipski prezydent Hosni Mubarak odłączył kraj z sieci i blokował usługi przez pięć dni. W Libii pułkownik Kaddafi poszedł w jego ślady, reagując na rodzące się powstanie serią zakłóceń w dostępie do Internetu, których kulminacją było czterodniowe zamknięcie sieci w marcu 2011 roku. Posunięcie to spotkało się z międzynarodowym potępieniem i skłoniło Organizację Narodów Zjednoczonych do wystąpienia przeciwko tłumieniu wolności słowa.

 

Według wielu opinii, tamte blokady były grubym błędem dyktatorów. Jared Cohen, były pracownik Departamentu Stanu USA, który dołączył do Google’owego think tanku Google Ideas i był w Egipcie podczas rewolucji, powiedział w wywiadzie opublikowanym w 2011 roku, że decyzja Mubaraka zmotywowała wielu młodych Egipcjan, którzy w przeciwnym razie być może nigdy nie przyłączyliby się do protestów.

 

Access Now, organizacja zajmująca się prawami cyfrowymi, założona w 2009 roku, od lat rejestruje liczbę przypadków wyłączeń internetu lub jego segmentów. I tak w 2016 roku organizacja odnotowała na świecie siedemdziesiąt wyłączeń, w 2017 roku – 106, w 2018 roku – 198, a w 2019 roku – 213. W 2020 roku, po raz pierwszy od pół dekady, odnotowano spadek w stosunku do roku poprzedniego, do 155 wyłączeń internetu w 29 krajach. Uznaje się, że na pewien spadek liczby blokad miała wpływ pandemia i wzrost roli sieci w życiu i pracy ludzi na całym świecie.

 

Wzrost liczby potwierdzonych wyłączeń może być, nawiasem mówiąc, częściowo konsekwencją wzrostu świadomości społecznej i liczby doniesień. Obserwatorzy uważają jednak, że wyłączanie internetu staje się coraz powszechniejszą polityką w wielu państwach. „To jest prawdziwy kryzys dla wolności słowa, pod wieloma względami. W dodatku ten kryzys rozszerza się na cały świat,” mówił podczas jednej z konferencji David Kaye, profesor prawa na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine i specjalny sprawozdawca ONZ ds. wolności słowa w latach 2014-2020. „Co gorsza, wyłączanie internetu staje się praktyką znormalizowaną, nawet w takich miejscach, gdzie wydaje się, że mamy rządy prawa”.

 

Według danych Access Now, Indie, kraj nazywany „największą demokracją na świecie”, odpowiadały za aż 109 wyłączeń sieci w całym 2020 roku. Te działania są tam przeprowadzane na poziomie lokalnym, np. w spornych regionach Dżammu i Kaszmir, gdzie nie było dostępu do sieci przez półtora roku. Niedaleko Indii jest niedemokratyczny Myanmar, gdzie praktyka wyłączania dostępu do sieci przez rządzących wojskowych to praktycznie norma.

 

Cenzorskie know-how

 

Z raportów Access Now wynika wyraźnie, o czym była już mowa, że większość rządów nie przyznaje oficjalnie, że trwa wyłączenie, zrzucając winę za zakłócenia na problemy techniczne lub ataki cybernetyczne, albo po prostu kłamiąc. Jeśli podawane jest uzasadnienie, to wyłączenia są opisywane jako działania ostatniej szansy w celu zapobieżenia przemocy, w obronie bezpieczeństwa narodowego i, coraz częściej, w celu powstrzymania „rozprzestrzeniania się dezinformacji”. I tu znów wracamy do przykładu jaki nieuchronnie musi dawać dyktatorom Big Tech, którego cenzura wprowadzana jest w ostatnim okresie głównie pod tym hasłem.

 

Wielu ekspertów sądziło, że po katastrofach w Egipcie i Libii całkowite wyłączenia zostaną zastąpione subtelniejszymi, mniej destrukcyjnymi strategiami – cenzurą, blokowaniem, celowym usuwaniem stron internetowych. Jednak wiele z krajów, które wprowadzają wyłączenia, nie ma doświadczenia, ani know-how, by działać bardziej elegancko. W 2011 roku Birma miała niewiele ponad 495 tys. użytkowników internetu, teraz ma ich ponad 20 mln. W całej Afryce odsetek osób podłączonych do sieci wzrósł niemal trzykrotnie od 2010 do 2019 roku. Sytuację komplikuje coraz częstsze korzystanie przez użytkowników z zaszyfrowanych komunikatorów, VPN-ów i innych narzędzi do omijania ograniczeń sieciowych. I to także skłania rządy do podejmowania akcji „po całości”.

 

Jedną z najbardziej rudymentarnych metod wymuszenia wyłączenia jest tzw. manipulacja BGP. BGP, czyli Border Gateway Protocol, w skrócie to system, który pozwala pakietowi informacji znaleźć drogę z punktu A do punktu B poprzez plątaninę węzłów i połączeń tworzących Internet. Dzięki BGP każdy węzeł w sieci, reprezentujący punkt wejścia dla grupy adresów internetowych, które z kolei reprezentują użytkowników, stale ogłasza, do których adresów ma dostęp. Rządy mogą nakazać temu, kto odpowiada za węzły ogłaszające wejście do klastra adresów – zazwyczaj jest to dostawca usług internetowych lub firma telekomunikacyjna – aby wycofał te ogłoszenia, skutecznie wymazując tych użytkowników z mapy globalnego Internetu. Wycofywanie tras BGP jest o tyle wygodne, że umożliwia wybranym grupom adresów, np. tym należącym do urzędników państwowych, zachować połączenie z Internetem, podczas gdy wszyscy inni przebywają w sieciowym blackoucie. Konfigurowanie BGP jest pożądaną przez władze alternatywą dla prymitywnych metod egzekucji wyłączeń, czyli fizycznego odcinania całej sieci co może odciąć całkowicie kraj od komunikacji usług, których władze sobie życzą. Wadą tego rozwiązania jest to, że zabiegi BGP dość łatwo jest wykryć.

 

Bardziej znane medialnie firewalle, czyli systemy zdolne do filtrowania ruchu przychodzącego i wychodzącego, zazwyczaj buduje się przez instalację na kablach sieciowych urządzeń zwanych middleboxami. Sprzęt ten może być zaprogramowany tak, aby blokować cały ruch zmierzający do konkretnego adresu docelowego lub pochodzący z konkretnego adresu źródłowego, albo też całe protokoły internetowe lub klasy treści, takie jak wideo, głos lub e-mail. To bardzo skuteczna metoda, gdy się chce zablokować jednorodne adresowo platformy, takie jak Facebook czy Twitter. Ściany ogniowe tego typu wymagają jednak znaczących zasobów obliczeniowych.

 

Do perfekcji sztukę odcinania się od globalnego Internetu przy jednoczesnym zachowaniu wewnętrznej łączności opanował Iran. Istnieje tam coś o nazwie National Information Network, ogólnokrajowy intranet, który pozwala na wykonywanie codziennych czynności w stosunkowo niezakłócony sposób na irańskich aplikacjach, jednocześnie uciszając wszelkie niepożądane treści i serwisy. Sieć została wystawiona na próbę podczas tygodniowego wyłączenia w listopadzie 2019 r. przy okazji fali demonstracji i zamieszek. Według doniesień, pomimo całkowitego odłączenia od internetu z zewnątrz, krajowe usługi sieciowe w Iranie działały normalnie. Podobną sieć krajową opracowała Rosja, ale przetestowała ją jedynie doświadczalnie, bez „startu ostrego”.

 

Niedoścignionym wzorcem skuteczności dla wszystkich miłośników cenzury politycznej jest chiński internetowy firewall. Zresztą ChRL już eksportuje swoje cenzorskie hi-tech do innych krajów. W listopadzie 2020 r. amerykański Departament Skarbu nałożył sankcje na chińskiego producenta elektroniki CEIEC za sprzedaż skomercjalizowanej wersji chińskiej „sieciowej zapory ogniowej” Wenezueli. W maju pojawiły się informacje, że także junta wojskowa w Myanmarze planuje stworzenie krajowego „intranetu”.

 

Niedoścignionymi mistrzami najbardziej wyrafinowanej technicznie cenzury internetowej nie są jednak Chiny, ale Google, Facebook, Twitter lub Amazon. Wyszukiwarka, o czym pisał w serii demaskatorskich publikacji, dziennik „The Wall Street Journal” wykorzystuje najbardziej zaawansowany algorytm w historii do ukrywania tego co chce ukryć i eksponowania tego, co chce eksponować. W efekcie widzisz w internecie nie ten świat, którego szukasz, lecz ten, który chce ci pokazać Google. Facebook i Twitter mogą cię tak „shadowbanować”, że nawet nie wiesz, że jesteś cenzurowany i blokowany. Zaś Amazon, którego serwery zechciałbyś wykorzystać może podpatrzyć twój pomysł na biznes, skopiować go a ciebie „zdeplatformować” pod byle pretekstem, głosząc np., że uprawiasz dezinformację.

 

Reżimy i dyktatorzy, którzy powołują się na działania Big Tech, muszą się jeszcze długo uczyć, by dojść do tego kunsztu i technicznego poziomu metod cenzorskich, które zna świat technologicznych gigantów.

 

Mirosław Usidus

Zaufanie do własnej wizji świata – ks. ARTUR STOPKA o wiarygodności stacji telewizyjnych

Ogłoszony w połowie wrześnie br. komunikat CBOS zatytułowany „Postrzeganie telewizyjnych programów informacyjnych i publicystycznych” wskazuje nie tylko na systematyczny spadek wiarygodności telewizji publicznej w tym względzie. Pokazuje znacznie więcej.

 

Duża część zamieszczonych w mediach omówień tego sondażu zaczynała się od informacji, że tylko co czwarty Polak (25 proc. badanych) ma zaufanie do programów informacyjnych i publicystycznych Telewizji Polskiej. Akcentowano też, że tendencja spadkowa trwa już od prawie dziesięciu lat. W 2012 roku informacjom i publicystyce TVP wierzyło 50 proc. odbiorców, pięć lat później już tylko 34 proc., a w 2019 o trzy procenty mniej.

 

Ze wspomnianego badania CBOS-u wynika, że w ostatnich latach spadało też zaufanie do programów informacyjnych i publicystycznych serwowanych przez dwóch pozostałych dużych nadawców operujących w naszym kraju, jednak w kwestii utraty wiarygodności w oczach widzów publiczna telewizja znacząco wyprzedziła kanały komercyjne. Co więcej, jak wynika z kolorowego wykresu opublikowanego np. w Wirtualnych Mediach – ocena wiarogodności w ostatnich dwóch latach nieco wzrosła zarówno Polsatowi, jak i TVN-owi.

 

Zaraz będzie dziesięć

 

Przyglądając się sondażowi CBOS-u warto zwrócić uwagę, że uwzględnia on tylko trzy największe stacje telewizyjne adresujące swój kontent do polskich widzów. Na odnotowanie zasługuje również fakt, że respondentów pytano nie tylko o programy nadawane na głównych antenach, ale również o związane z nimi kanały nastawione przede wszystkim na informację i publicystykę, czyli TVP Info, Polsat News i TVN24. Wydaje się to oczywiste, jednak, jak zauważył na początku września br. wspomniany serwis wirtualnemedia.pl, po debiucie kanału Wydarzenia24 i zapowiadanym na październik starcie News24 w Polsce będzie działać aż dziesięć telewizji o profilu informacyjno-publicystycznym. W dodatku kwestią coraz bardziej drugorzędną jest sposób nadawania programu – czy propagowany jest sygnałem naziemnym czy też udostępniany w internecie.

 

Jak wylicza wspomniany serwis poświęcony mediom, do końca wakacji w naszym kraju działały TVP Info, TVN24, TVN24 Bis, Polsat News, Polsat News 2, Superstacja, TV Republika, wPolsce.pl i Biznes24. 1 września Superstację zastąpił kanał Wydarzenia24. Czy takie specyficznie polskie rozdrobnienie kanałów informacyjno-publicystycznych ma związek z wiarygodnością i zaufaniem ze strony odbiorców? Wydaje się, że tak. Ma też związek z podejściem do prawdy w ogóle, a w stosunku do prawdziwości treści podawanych w mediach w szczególności.

 

Któremu można zaufać

 

Żyjemy w świecie subiektywnych „prawd”. To już nie jest kwestia polaryzacji, lecz coraz bardziej niepokojącej atomizacji. Posiadanie własnej „prawdy” wpływa na to, w jaki sposób traktujemy media. Nie mają one już dla wielu być źródłem rzetelnych, maksymalnie obiektywnych informacji o świecie i wyraźnie od nich oddzielonego komentarza, który pomaga je przede wszystkim zrozumieć, a nie ideologicznie interpretować. Coraz więcej jest tych, którzy w mediach szukają wyłącznie materiałów wpisujących się, potwierdzających i wzmacniających ich wizję świata. I tylko do takich mają zaufanie, tylko takim wierzą, tylko takie uznają za wiarygodne.

 

Paradoksalnie takie podejście wpisuje się całkiem zgrabnie w tę definicję jaką można znaleźć w firmowanym przez Polską Akademię Nauk dostępnym w sieci „Wielkim Słowniku języka polskiego”. Według niego „wiarygodność” to „cecha kogoś lub czegoś niebudzącego wątpliwości i takiego, któremu można zaufać”. Dla kogoś, kto znajduje w konkretnym kanale informacyjnym i publicystycznym odpowiadający mu obraz świata, jest on źródłem, które nie wywołuje zastrzeżeń i zasługuje na wiarę w podawane treści. Jest więc dla niego/niej wiarygodny.

 

Wybór stacji zależy…

 

Taki stan rzeczy potwierdza najnowszy raport CBOS, omawiający postrzeganie przez widzów telewizyjnych programów informacyjnych i publicystycznych. Według niego wybór określonej stacji telewizyjnej zależy w głównej mierze od poglądów politycznych i preferencji partyjnych telewidzów. Stwierdza on również, że oceny wiarygodności poszczególnych stacji zależą przede wszystkim od orientacji politycznej i preferencji partyjnych odbiorców. Czy w tej sytuacji można jeszcze poważnie traktować badania wiarygodności mediów? Więcej, rodzi się bardzo poważne pytanie, czy kwestia ich wiarygodności w jakikolwiek sposób łączy się jeszcze z obiektywną prawdą, rzetelnością, sprawdzaniem informacji w kilku źródłach itd.

 

Niemal dokładnie dziewięć lat temu, we wrześniu 2012 r., Grzegorz Miecugow stwierdził w wywiadzie dla jednego z dzienników, że dziś największą słabością mediów jest odbiorca. Odrzucił też wtedy tezę, że to media wychowały sobie takich, a nie innych widzów. Wywiad wywołał wtedy spore poruszenie, a nawet wielu się oburzyło. Inni jednak potraktowali go jako rodzaj usprawiedliwienia i przez kolejną dekadę tworzyli poszczególne telewizje w przekonaniu, że – jak powiedział Miecugow – „Medium nie może od oczekiwań widzów abstrahować”. Przy takim podejściu sprawa wiarygodności nabiera zupełnie innego niż dawniej wymiaru i znaczenia. Przy takim podejściu każdy program informacyjny lub publicystyczny i każdy z dziesięciu telewizyjnych kanałów informacyjnych będzie dla kogoś wiarygodny. Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?

 

Ks. Artur Stopka