Zdążyłem wypić herbatę i przyszli – wspomnienia dziennikarzy internowanych w stanie wojennym

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. władze PRL wprowadziły stan wojenny. Przygotowania rozpoczęto jesienią 1980 r. Już wtedy sporządzono i aktualizowano listy osób przeznaczonych do zatrzymania. Wstępna lista pojawiła się 28 października 1980 r. Spis uzupełniano przez kolejne kilkanaście miesięcy. Wśród internowanych po wprowadzeniu stanu wojennego znaleźli się również dziennikarze. Przypominamy ich wspomnienia z tego okresu.

 

Lech Dymarski, w stanie wojennym został internowany na ponad 10 miesięcy. Publikował w „Zapisie”, „Pulsie”, „Krytyce”, paryskiej „Kulturze”, rosyjskim „Kontiniencie”. Zatrzymano go 13 grudnia 1981 roku w sopockim Grand Hotelu. (W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. w Stoczni Gdańskiej obradowała Komisja Krajowa „Solidarności”. MO i SB chcąc uniknąć ewentualnego oporu straży robotniczej zrezygnowały z aresztowania działaczy na terenie Stoczni. Zatrzymywały ich później w hotelach i mieszkaniach): Wychodząc z baru zderzyłem się z człowiekiem, który bardzo przejęty zapytał, czy jestem z Komisji Krajowej „Solidarności”. Po czym poprowadził mnie do frontowego okna, a tam na zewnątrz sprzętu i ludzi uzbrojonych tyle, jakby odbywały się manewry. […] Więc spytałem tego człowieka: „Czy tu się da kędyś spieprzyć?”. I poszliśmy do innego okna, w stronę plaży – tam też desant. Człowiek wtedy odpowiedział spokojnie: „Nie, w tej sytuacji nikt stąd nie ucieknie”.

 

Wróciłem do baru gdzie była jeszcze grupa naszych i zanim zdążyłem potwierdzić informację na ucho Tadeuszowi Mazowieckiemu (który wpierw zareagował słowami: „Co pan powie… a dużo ich jest?”), siedząca przy barze nocna niewiasta przestała chichotać, wypuściła kieliszek z okrzykiem: „O Jezu!” i uciekła. W ciągu minut na sali została tylko „Solidarność” – nocny element rutynowo zbiegł. W tym czasie powoli, nierówno wygasała orkiestra, ale po krótkim czasie jej trzeźwy lider zarządził: – Grać, jakby się nic nie stało!” Atmosfera panująca w hotelowym barze zaczynała przypominać ostatnie chwile rejsu „Titanica”.

Źródło: www.histmag.org.

 

Jarosław Guzy, pierwszy szef NZS, w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku. Wypuszczono go dopiero po zawieszeniu stanu wojennego: 13 grudnia rano już siedziałem, już byłem po nocy spędzonej gdzieś tam w sukach, na przejściówce, ostatecznie to była Białołęka, adres Ciupagi 1, Areszt Śledczy w Warszawie. Razem z całym gronem osób, których część zresztą dobrze znałem.

 

O ile pamiętam godzinę, to było przed północą, więc akcja była dosyć szybka. Potem przewieziono mnie i moją narzeczoną ówczesną, na komendę na Opaczewską, komenda dzielnicowa Ochota i stamtąd po jakimś czasie odwożono nas, bo były spore grupy, do aresztu śledczego. Tak zaczęło się moje internowanie i stan wojenny jednocześnie.

 

U mnie to było znieczulenie, bo ja akurat byłem chory na zapalenie płuc i rano jeszcze miałem ciut ponad 40 stopni gorączki i byłem po pierwszych zastrzykach, więc wyciągano mnie w piżamie, na szczęście pozwolono nałożyć na piżamę normalne ubranie. Przecież to była zima i to dosyć ostra zima. Tak wylądowałem, więc trochę byłem znieczulony pewnie.

 

Część internowanych obawiało się wywiezienia do Sowietów (przyp. TP): Było takie pytanie rzeczywiście – wspomina Jarosław Guzy – nie wyglądało przyjemnie rano, kiedy już nas rozlokowano w celach, przechodziliśmy przez taki szpaler agresywnie dosyć zachowujących się zomowców i rzeczywiście było pytanie – czy tutaj, czy gdzie indziej, ale ja cały czas miałem poczucie, że to jest akcja policyjna. Rzeczywiście mogli nas ulokować gdzieś – w Brześciu powiedzmy, że było jasne, że ta akcja jest prowadzona pod patronatem naszego bratniego sojusznika – Związku Sowieckiego. Ale w areszcie śledczym, to było widać po prostu, że lądujemy tutaj na jakiś czas, na ile – nie mieliśmy pojęcia.

Źródło: www.radio.bialystok.pl.

 

Janina Jankowska, dziennikarka Polskiego Radia, po wprowadzeniu stanu wojennego internowana od lutego do sierpnia 1982 r. w Olszynce Grochowskiej i Gołdapi. Usunięto ją także z pracy w Polskim Radiu: Pamiętam, kiedy byłam internowana w Gołdapi, na moją prośbę za pośrednictwem miejscowego księdza, przemycono mi mały magnetofon. Chciałam nagrać piosenki internowanych i ich losy, słowem zebrać dokumentację do przyszłego reportażu. Nie udało mi się nawet nacisnąć klawisza z zapisem „nagranie”. Moja współlokatorka, koleżanka z zespołu „Radio Solidarność – Region Mazowsze” wzięła mnie na poważną rozmowę i oświadczyła, że nie mam prawa narażać jej i innych koleżanek na dalsze represje a może nawet wywózkę na wschód. Mam natychmiast zwrócić ten magnetofon tą samą drogą. Inaczej….. ona do końca będzie walczyła o swoje życie. Nie chciałam się przekonywać, w jaki sposób. Zwróciłam magnetofon. Przypomina mi się ta historia dziś, gdy oskarża się polskie społeczeństwo o obojętność w stosunku do ci którzy chcieli się na holokauście wzbogacić.Żydów. To była wszechobecna przemoc i strach. Dlatego bohaterami są ci, którzy pomagali sąsiadom, z narażeniem życia przechowywali Żydów. Natomiast „szmalcownicy”, szantażyści, mordercy Żydów, którzy chcieli się na holokauście wzbogacić, zasłużyli na wyroki śmierci. Jednocześnie obok tych skrajności żyli zwyczajni ludzie, dziś zwani obojętnymi, którzy każdego dnia drżeli o los swoich najbliższych i , nie wykluczam, że w strachu przed Niemcami wydawali swoich sąsiadów. To stwierdzenie czysto teoretyczne, bo nie znam takich przypadków. Widziałam jednak strach w oczach mojej koleżanki z opozycji , która zmusiła mnie do oddania magnetofonu.

Pisownia oryginalna, źródło: www.salon24.pl.

 

Jerzy Klincewicz, redaktor informatora Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność” w Gorzowie „Echo Solidarności”, internowany w Wawrowie: 12 grudnia kończyłem kolejny numer „Echa”. Zrobiłem matrycę i wróciłem z Zarządu Regionu do domu około 23.30. W domu wypiłem herbatę. Nie zdążyłem się położyć, kiedy po mnie przyszli. Ktoś zastukał do drzwi i powiedział, że to milicja. Powiedziałem, że nie otworzę z uwagi na późną porę. Powiedziałem, żeby przyszli po 6 rano. W końcu otworzyłem, do pokoju wpadło trzech. Pozwolili mi się ubrać. Chodzili za mną krok w krok. Potem znieśli mnie po schodach na dół. Dostałem parę ciosów po żebrach, ktoś mnie kopnął w goleń. Wrzucili mnie do fiata.

Źródło: D. A. Rymar, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” w Regionie Gorzów Wielkopolski w latach 1980-1982, Gorzów Wielkopolski 2010, s. 364.

 

Tadeusz Mazowiecki, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”, po wprowadzeniu stanu wojennego został 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, po czym internowano go w Strzebielinku: Po trzeciej nastąpiło krótkie ostre pukanie w drzwi pokoju i bez czekania na odpowiedź – wejście. Nie umiem już odtworzyć sobie, ilu ich było. W każdym razie w pokoju zaroiło się od umundurowanych, uzbrojonych ludzi, którzy objęli nas kołem i otoczyli. Zjawiło się też kilku cywilnych, z których jeden robił wrażenie wydającego polecenia. Wykonywane czynności wydawały się absurdalne i gdyby nie cała groza sytuacji byłyby śmieszne: otwieranie szafy, szuflad, balkonu, zaglądanie pod łóżka. Padło nawet bodajże pytanie, czy nie ma ktoś broni. Pytań i słów było w ogóle niewiele. Żadnego wyjaśnienia.

 

Założono mi kajdanki, a gruby, wysoki, barczysty milicjant wziął moją torbę i lekko jakby za rękę mnie podtrzymując, skierował na korytarz ku wyjściu. Tu stali jeden przy drugim uzbrojeni w hełmy wraz z zasłonami, pałki i broń. Im bliżej schodów, tym było ich coraz więcej, coraz gęściej. Szedłem tym szpalerem równo i spokojnie, czułem na sobie ich wzrok. Na dole drzwi „Grand Hotelu” były otwarte; za nimi jako przedłużenie szpaleru, którym mnie prowadzono, widać było zbitych w gromadę, jeden przy drugim, ludzi w hełmach, pośrodku zostawiona droga wolna.

 

Źródło: www.histmag.org.

 

Agnieszka Romaszewska-Guzy, szefowa TV Bielsat, po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na pięć miesięcy. Internowana w areszcie przy ul. Opaczewskiej w Warszawie, Olszynce Grochowskiej, Gołdapi i Darłówku: Zostaliśmy aresztowani jeszcze przed południem. Prawdopodobnie chodziło o szybkie unieruchomienie Biura Interwencyjnego. Usłyszałam pytanie: „Pani Romaszewska?”. Odpowiedziałam: „Tak”. „Irena Zofia?”. „Nie, Agnieszka”. „Nie szkodzi”, zdecydował funkcjonariusz po namyśle.

Źródło: www.polskieradio.pl.

 

Dziennikarz francuskiego radia i telewizji ORTF Gabriel Mérétik tak wspominał po latach  zatrzymanie Jacka Kuronia w gdańskim Novotelu z 12 na 13 grudnia 1981 r.: Furgonetka zatrzymuje się przed budynkiem, który Kuroń bierze w pierwszej chwili za szkołę, a który okazuje się być zupełnie nową siedzibą ZOMO. Każą mu wejść do środka. Prowadzą do podziemia. Schodzą coraz niżej, wreszcie duża sala jaskrawo oświetlona. Podłoga pokryta piaskiem. W głębi biały mur, na którym widać liczne ślady kul. Przy drzwiach Kuroń widzi szereg ZOMO-wców z bronią w ręku. Pada rozkaz: „Pod ścianę”. Kuroń przywykł do więzień, ale teraz rzecz wygląda inaczej. Szykuje się na śmierć. Tyle mówiono o interwencji radzieckiej… Wiedział, że w takim przypadku… Ma tylko jedno pragnienie: dojść jak najszybciej do końca sali, by się obrócić i popatrzeć „im” w twarz. Dochodzi do ściany, odwraca się i… nic. Mężczyźni stoją nieruchomo.

Źródło: G. Mérétik, Noc generała, Warszawa 1989, s. 43-44.

 

opr. Tomasz Plaskota, fot. Wikipedia

 

Dziennikarz bezkompromisowy – JANUSZA SZOSTAKA wspomina ZBIGNIEW HELIŃSKI

W wieku 64 lat zmarł Janusz Szostak, jeden z najbardziej znanych dziennikarzy śledczych w Polsce. Przegrał walkę z Covid-19. Może gdyby bardziej narzekał, bardziej martwił się o siebie nie doszłoby do tego? Do końca wierzył, że to po prostu większe przeziębienie, że przejdzie. Nie przeszło. Dopiero dzień przed śmiercią przyjechało do niego pogotowie.

 

Janusz wpajał mi, że w dziennikarstwie ważne są opinie ludzi. Ich przeżycia, doświadczenia. Do każdego musiałem dotrzeć, porozmawiać z nim. Tylko wtedy historia była pełna życia, barw, smaków i emocji. Miało ją pisać życie innych, nie moje. Ja byłem tylko sprawozdawcą. Pracował z wieloma osobami, dlatego uważam, że opowiadać o nim powinni również inni.

 

Alarmujący wpis na Facebooku

 

Covid nie odpuścił także mnie. Bardzo miła Ratowniczka z Błonia nie pozostawiła co do tego złudzeń – napisał 9 grudnia na swoim profilu Janusz Szostak. – Dzień później już nie żył. Na koniec bezskutecznie reanimowała go żona.

 

Chorował od kilku dni. Bagatelizował jednak zagrożenie. Cały Janusz, twardy, nie narzekający na katar, kaszel, gorączkę, chrypę. Z planami na przyszłość. Redakcja, sprawy związane z fundacją „Na Tropie”, którą prowadził, ostatnie szlify najnowszej książki – to było ważne, nie on. On da sobie radę.

 

Źle się czuję, ale minie, poleżę trochę i przejdzie – powiedział, gdy rozmawiałem z nim kilka dni przed śmiercią. – Nie martw się, będzie dobrze.

 

Gdy 9 grudnia przeczytałem wpis na Facebooku zadzwoniłem jeszcze raz. Tym razem rozmawiałem z jego żoną. Janusza słyszałem tylko z oddali. Po raz ostatni…

 

Janusz pozostaje dla mnie wzorem dyscypliny dziennikarskiej i literackiej. Fascynuje mnie tempo, w jakim pisał swoje książki. Wydał ich dziesięć. Wstawał ok. godziny szóstej i praktycznie od razu nastawiony był na pracę. Realizację określonych zadań, które sam przed sobą stawiał.

 

Miał tak od początku – wspomina Tomasz Połeć, który Janusza znał od 1976 roku. – To właśnie on namówił mnie na dziennikarstwo. W Expressie Wieczornym tempo, w jakim pisał wzbudzało podziw o wiele bardziej doświadczonych kolegów. Żartowali nawet, że jest płodny jak królik.

 

W swojej obecnej redakcji, „Expressie Sochaczewskim”, którego  Janusz Szostak był wydawcą, wymyślił akcję świąteczną pod nazwą Patrol Świętego Mikołaja. Okazuje się, że Mikołajem był już jednak o wiele wcześniej.

 

Byliśmy bardzo młodymi dziennikarzami – opowiada Tomasz Połeć. – Janusz podwiózł do domu biednego chłopca. To było przed Bożym Narodzeniem. Gdy wracaliśmy z materiału stwierdził, że musi zrobić im prezenty. Podjechaliśmy do pierwszego sklepu, jaki był po drodze i zrobiliśmy duże zakupy. Nie znaleźliśmy jednak tego domostwa, nasz samochód zakopał się w śniegu. Jakoś wróciliśmy do sklepu, ekspedientka wskazała nam najbiedniejszą rodzinę w okolicy. Sprezentowaliśmy jej całe sprawunki.

 

Swoich dziennikarzy bronił, jak lew.  Szedł za nimi w ogień

 

Jeśli chodzi o materiały dziennikarskie Janusz Szostak nigdy nie odpuszczał. Nawet w najtrudniejszych sprawach prowadził śledztwa dziennikarskie do końca. Wszystko, czego się dowiedział, musiał przekazać czytelnikowi.

 

To był prawdziwy medialny twardziel – opowiada Mikołaj Podolski autor książki „Łowca Nastolatek”. Z Januszem pracowali nad sprawą osławionej Zatoki Sztuki oraz zaginięcia Iwony Wieczorek. – Zapamiętam go, jako najlepszego do tej pory naczelnego, jakiego miałem. A było ich około czterdziestu. Najbardziej elastycznego. Pozwalał mi eksperymentować i szukać różnych form. Miał niesamowitego nosa do tematów. Szybko potrafił rozpoznać, który temat ma potencjał czytelniczy i społeczny.

 

Janusza cechowała niebywała wręcz odwaga dziennikarska. Interesowały go tematy, których wiele redakcji nie podejmowało. Tak było na przykład z materiałami o urzędach pracy, które werbowały kobiety do agencji towarzyskich. Mało tego, że publikował to jeszcze, gdy pojawiły się pretensje dał do zrozumienia, co myśli. W sposób jednoznaczny.

 

Od początku wiedzieliśmy, że po Krystku będą kłopoty – kontynuuje Podolski. – Nie spodziewaliśmy się jednak, że tak duże. Nie zrezygnował jednak. Mało tego, namawiał mnie, żebym pisał dalej. Im trudniejszy podejmowałem temat, tym otrzymywałem większe wsparcie. Zaimponował mi również przy sprawie Iwony Wieczorek, że nie odpuszczał. Inni już dawno by zrezygnowali. On nie. Nie tylko pisał i zbierał materiały, ale i sam szukał. To był absolutny ewenement. Pokazał wszystkim, że praca dziennikarza nie kończy się na pisaniu. Zawsze upierał się, żeby dużo jeździć i rozmawiać z ludźmi w terenie. Śmiał się z redaktorów, którzy swoje materiały sklejają z urywków już opublikowanych tekstów. Wpoił mi, że muszę mieć swoje informacje, które wnoszą coś nowego do sprawy, jeśli chcę zajmować się czymś na poważnie.

– Pamiętam nasze długie rozmowy i burze mózgów przy tworzeniu tekstów – wspomina Marta Bilska. – Janusz w stu procentach oddawał się temu, co robił, a jego praca była jego pasją. Takiego go zapamiętam. Niezniszczalnego.

 

Ze szczególnym uznaniem o dziennikarstwie Janusza Szostaka wypowiedział się również jasnowidz Krzysztof Jackowski.

 

Był prawdziwy i w zasadzie cały czas pracował – wyjaśnił. – Nic nie upiększał, nic nie ukrywał. Chylę przed nim czoła. Oddany pasji. Nie jest to częste w obecnym, powierzchownym – trzeba przyznać – świecie reporterskim. Czasami trudny w kontaktach, ale to dlatego, że od innych wymagał tyle samo ile od siebie. Gdyby policjanci żyli swoją pracą tak samo, jak on nie byłoby w Polsce niewykrytych przestępstw.

 

Janusz potrafił być jednak również wyrozumiały. Wybaczał błędy i potknięcia. Tak było na przykład w przypadku Bogumiły Nowak, dziennikarki „Expressu Sochaczewskiego”. Pracę w gazecie znalazła po przeczytaniu ogłoszenia na stronie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Co w zasadzie niespotykane, razem z mieszkaniem, a nie miała wtedy, gdzie się podziać.

 

Stawiał wyzwania, nowe cele – mówi Bogumiła Nowak. – Wiedział czego chce, uczył jak dotrzeć do celu. Potrafił współdziałać. Wymagający, ale nie autorytatywny i despotyczny.

 

Na Tropie

 

Wyjątkowym dzieckiem w życiu Janusza Szostaka była fundacja Na Tropie. Wymyślił ją i stworzył. Miała szukać ludzi zaginionych a nie tylko publikować komunikaty.

 

Zainspirowałem go do poszukiwań Joanny Gibner z Olsztyna – wspomina Marek Książek dziennikarz z Olsztyna. – Matka dziewczyny będzie dozgonnie Januszowi za to wdzięczna. W tej sprawie również wykazał wyjątkową dociekliwość, która była chyba jedną z najważniejszych cech w dziennikarskim życiorysie zmarłego. Widać to w każdym jego tekście, w każdej książce reporterskiej, gdy dokopuje się do szczegółów w sprawach kryminalnych, o których nawet policja nie miała pojęcia. Kiedyś w swoim tekście o Feliksie Siemenasie, który ukazał się w „Reporterze”, ujrzałem dopisany ręką redaktora Szostaka akapit. Początkowo mnie to zirytowało, ale musiałem przyznać mu rację, że wyszperał informacje o biznesmenie-fantaście, które wzbogaciły materiał, a o których wcześniej ja – autor – nie wiedziałem.

 

Tyle inni. A kim był na mojej drodze zawodowej? Niesłychanie dobrym redaktorem prowadzącym, który zawsze chciał pomagać, podpowiadać. Przymykał oko na opóźnienia. Jestem mu wdzięczny, że nigdy nie irytował się, gdy tekst powstawał na ostatnią chwilę lub musiał spaść do następnego numeru, ale z mojej winy. Trochę, jak ojciec. Dzisiaj żałuję, że nie zawsze spinałem się wtedy na sto procent. Od dzisiaj będę o tym pamiętał. Dla siebie, ale i dla Ciebie Januszu. Spoczywaj w pokoju.

 

Zbigniew Heliński

Liczą się fakty, nie plotki – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak pisać o prywatnym życiu polityków

Materiały dziennikarskie informujące o stanie zdrowia polityków albo o innych aspektach ich życia prywatnego powinny być warsztatowo niepodważalne. W artykule „Sieci” o Jarosławie Gowinie warsztat jednak leży.

 

Trzy lata temu na portalu wPolityce.pl opublikowano tekst zatytułowany: „Obrzydliwy atak Misiły. Zdrowie Jarosława Kaczyńskiego powodem do jątrzenia: »Polacy mają prawo wiedzieć, jaki jest stan zdrowia kogoś, kto rządzi Polską«”. Pod ówczesną opinią posła Nowoczesnej jestem gotów się podpisać. Problem w tym, że wtedy nie podpisywali się pod nią członkowie redakcji portalu braci Karnowskich oraz redagowanego przez nich tygodnika, a teraz opublikowali tekst o problemach Jarosława Gowina, kierując się logiką posła Misiły, którą nie tak dawno potępiali. Jak widać, o problemach jednych informować warto i można, a o problemach innych – nie. Widocznie mają jakiś immunitet.

 

Czy można tu sformułować ogólne zasady? W Polsce granica tolerancji dla wchodzenia w życie prywatne osób publicznych zwykle jest ustawiona bardzo nisko. Przyjęło się uznawać, że problemy zdrowotne czy osobiste nawet pierwszoplanowych polityków są wyłącznie ich sprawą, a informowanie o nich instynktownie kojarzy się raczej z tabloidami. Takie informacje niejednokrotnie się pojawiały, ale często spotykały się z potępieniem, a i nie wygląda na to, żeby miały zasadniczy wpływ czy to na postrzeganie danego polityka, czy na sondaże.

 

Uważam, że to błąd. Znacznie bliższe jest mi podejście amerykańskie, zgodnie z którym stan zdrowia najważniejszych osób w państwie, w tym członków Kongresu, jest podawany do publicznej wiadomości. Wyborcy wiedzą też, jakie są rezultaty badań, którym poddawani są prezydenci USA, a jeśli o czymś mówić się nie chce, wzbudza to natychmiast podejrzenia.

 

Liberalne (w znaczeniu amerykańskim) media próbowały rozkręcić histerię, gdy na prezydenta po raz pierwszy kandydował Ronald Reagan, sugerując, że 70-letni wówczas pretendent zdrowotnie nie sprosta wyzwaniu. Jak wiadomo, Reagan rządził przytomnie przez dwie kadencje, a z obaw o swój stan zdrowia żartował wielokrotnie z właściwą sobie swadą. Dziś ta sama liberalna frakcja oburza się, gdy przeciwnicy prezydenta Joego Bidena wskazują na konkretne zachowania, budzące ogromny niepokój co do stanu jego zdrowia.

 

Ostatnio karierę robią migawki, na których wyraźnie zdezorientowany Biden jest wprowadzany w jakieś miejsce i pyta bezradnie współpracowników: „Where am I?” („Gdzie jestem?”). Wziąwszy pod uwagę, że mówimy o najpotężniejszym z urzędu polityku świata, robi to przerażające wrażenie. Jest to jednak najlepszy argument za tym, żeby opinia publiczna miała do informacji o zdrowiu decydentów dostęp. Trzeba też pamiętać, że informacja, która stała się publiczna, nie może być już wykorzystywana jako narzędzie szantażu.

 

W Polsce toczyła się jakiś czas temu debata, gdy Pałac Prezydencki nie chciał ujawnić rezultatów badań lekarskich prezydenta Bronisława Komorowskiego. Niestety, skończyło się na niczym. Z Jarosławem Gowinem sytuacja nie jest jednak taka prosta. Nie mówimy bowiem o polityku aktualnie sprawującym ważną funkcję, ale o polityku w tym momencie już całkowicie marginalnym. Można odnieść wrażenie, że zajmowanie się jego zdrowiem i przeżytą traumą jest motywowane wyłącznie chęcią napiętnowania go na zawsze: wiadomo, wariat, więc do czynnej polityki nie powinien wracać.

 

Można by jednak mimo to uznać, że tekst Marka PyzyMarcina Wikły się broni, gdyby był warsztatowo mocny. Takie zresztą powinny być wszystkie materiały informujące właśnie o stanie zdrowia polityków albo o innych aspektach ich życia prywatnego: warsztatowo niepodważalne. W tym konkretnym artykule warsztat jednak leży. Autorzy nie poczynili żadnych własnych ustaleń, nie zweryfikowali żadnych plotek, za to obficie zrelacjonowali je w swoim tekście. Wypowiedzi są wyłącznie anonimowe, a dwie trzecie artykułu to rozważania o karierze politycznej byłego wicepremiera. Oczywiście krytyczne. Gdyby tak napisany był artykuł o stanie zdrowia prezydenta, premiera lub kogokolwiek innego, nie powinien był się ukazać. A tu mamy tekst o osobie w tej chwili spoza kręgu decydentów.

 

To samo dotyczy Jarosława Kaczyńskiego, niewątpliwie najpotężniejszego obecnie w Polsce polityka. Wokół stanu zdrowia prezesa PiS plotki krążą od kilku lat. Chętnie przeczytałbym – i broniłbym – materiału, niezależnie od tego, w jakim medium by się ukazał, który przedstawiałby w tej sprawie zweryfikowane, potwierdzone, twarde fakty. Gdyby jednak miał być oparty na plotkach, pogłoskach, a jego autor nie wykonałby praktycznie żadnej własnej pracy, byłby to zwykły paszkwil.

 

Niestety, nierzetelna robota dziennikarska, wykonywana ewidentnie na polityczne zamówienie, kompromituje samą ideę informowania opinii publicznej o zdrowotnych i szerzej – osobistych problemach polityków. I o to mam do autorów tekstu w „Sieciach” największy żal.

 

HUBERT BEKRYCHT: W dobrym towarzystwie

Zwykle, kiedy jestem trybikiem jakiegoś środowiska tłumaczę sobie, dlaczego się w nim znalazłem i po co tam jestem. Z członkostwem w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich też tak jest. Od dwudziestu lat, od kiedy mam legitymację SDP, choć czasem nie jest łatwo, jestem przekonany, że znalazłem się po prostu w dobrym towarzystwie.

 

O takim środowisku jak nasze stowarzyszenie świadczą tradycje i przekonania, jakim hołduje największa w kraju organizacja dziennikarska. I dlatego właśnie tu jestem. Bo gdzie miałbym być, jako dziennikarz, który w 1989 roku miał 20 lat i – wtedy naiwnie myśląc, że to koniec PRL – z radością przyglądał się agonii sowieckiej dominacji?

 

W towarzystwie towarzyszy ze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, czyli ludzi nawiązujących do „etosu” żurnalistów oddanych bezgranicznie komunizmowi?

 

W towarzystwie, towarzyszącym towarzyszom, zeteselowców udających przedwojenne PSL? To oni utworzyli stowarzyszenie dziennikarskie imienia Władysława Reymonta, który zapewne przewraca się w grobie wiedząc, komu patronuje.

 

A może miałbym wstąpić do organizacji towarzyszy z Towarzystwa Dziennikarskiego, którego sporo członków kiedyś było w SDP? Towarzystwa, które powstało tylko po to, aby krytykować, kpić i oczerniać wszystkich i wszystko, co symbolizuje dziennikarstwo niepoprawne politycznie i przy okazji SDP. Towarzystwo, które jest karykaturą wszystkich stowarzyszeń zawodowych, a najbardziej stowarzyszeń dziennikarskich.

 

Do wszystkich tych trzech „towarzystw” nie mógłbym wstąpić, bo nie tak sobie wyobrażam grono ludzi godnych reprezentować mnie, jako dziennikarza. Może jestem zbyt radykalny, ale to oznacza, że pulsuje we mnie jeszcze młodość i czyste emocje. Po prostu uważam, że owe trzy towarzystwa nie są najlepszym towarzystwem dla mnie. Uważam tak, chociaż, być może, są tam jeszcze porządni ludzie.

 

Na szczęście nie jest wykluczone łączenie członkostwa SDP i Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, zatem może kiedyś jeszcze wstąpię do tego drugiego stowarzyszenia.

 

Kiedy niedawno w SDP rozpoczęły się bitwy przedstawiane, jako wojna o władzę, kiedy publicznie wyszydzano nasze stowarzyszenie przypisując mu wyłącznie polityczne konotacje negując konserwatywne ideały, to właśnie wówczas, delegaci ostatniego zjazdu – w imieniu około 60, może 65 procent wszystkich członków SDP – postanowili nadal być, w moim mniemaniu, w dobrym towarzystwie. Czy taka większość miała rację?  Ja jestem przekonany, że tak, ale okaże się za trzy lata, przy końcu kadencji obecnych władz.

 

To nie żadna odwaga ani brawura napisać, że jest się w dobrym towarzystwie, bo, poza wymienionymi wyżej trzema wyjątkami, z powodu, których dziennikarze nie chcą się zrzeszać, w SDP są ludzie porządni, może tylko nieco zagubieni wobec dynamicznych zmian zawodowych. Chciałbym jednak, aby odwagą wykazali się ludzie niepodzielający pomysłów i poglądów obecnych władz stowarzyszenia. Chciałbym, aby ci ludzie – co nie jest regułą, ale w większości skupieni w warszawskim oddziale SDP – przestali bredzić o „korupcji”, „sprzedaży mienia SDP”, „zadłużaniu stowarzyszenia”, „praktykach niegodnych SDP”.

 

Chciałbym, aby „buntownicy” poczuli się współodpowiedzialni za SDP, a nie wpadali w sidła swoich marzeń o secesji, czy rozłamie. Chciałbym, aby postawili na dialog, a nie przeciągali linę, na której powiesili ambicje. Chciałbym, aby, pomimo różnic i opozycyjnych ciągot, poczuli się wreszcie w towarzystwie. W dobrym towarzystwie.

 

Hubert Bekrycht,

sekretarz generalny SDP

 

MIROSŁAW USIDUS: Flirt z fejkiem

Może wielu zdziwię, ale opowieści TVN o Ibrahimie, który płynął lodowatą rzeką sześć dni, nie uważam za fejka. Oczywiście nie jest to też reportaż, czy jakakolwiek faktografia. To zupełnie inny gatunek sztuki, sporo mający wspólnego z twórczością Andy’ego Kaufmana, prowokacyjnymi rozbudowanymi inscenizacjami, które miały zszokować i wstrząsnąć odbiorcą.

 

Za fake newsy bez wątpienia natomiast należy uznać wiele innych doniesień z granicy polsko-białoruskiej, które trafiły do przestrzeni publicznej w ostatnich tygodniach, o rzekomym dziecku, które zmarło w polskim lesie, o głodujących polskich żołnierzach, o polskich szkoleniach białoruskiego OMON, o grzebaniu zmarłych w lesie patykiem itp., itd.

 

Największych chyba fejkiem jest nazywanie migrantów szturmujących polską granicę „uchodźcami” w sytuacji, gdy mają oni tyle wspólnego z uchodźcami w rozumieniu Konwencji Genewskiej, ile wchodząca na tereny Polski w 1944 roku Armia Czerwona z wyzwoleniem Polaków. Można by nawet powiedzieć, że osobnicy sprowadzeni przez Łukaszenkę na granicę mają więcej wspólnego z tamtymi czerwonoarmiejcami niż z uchodźcami i nie chodzi jedynie o to, że również maszerują ze wschodu.

 

W serwisie fact checkingowym Polskiej Agencji Prasowej FakeHunter, którego byłem współtwórcą u zarania pandemii, z powodu zalewu fejków, nie tylko zresztą z polsko-białoruskiego pogranicza, otworzyliśmy właśnie nową, geopolityczną kategorię, przeznaczoną do weryfikacji tego wszystkiego, co płynie w lejącej się ze wschodu rzece, a nie są to bynajmniej nie „uchodźcy”, ile kłamstwa, dezinformacje, fake newsy, manipulacje i zwykłe oszustwa, ulewające się z szerokich rur ściekowych znanego i nieznanego pochodzenia.

 

Odbiorem tej nowej, silnej fali fejków i dezinformacji, nawet, gdy są to dość ewidentnie bzdury, jak owa historia człeka płynącego lodowatym Bugiem sześć dni, lub rewelacje szybko dementowane, jak opowieści o niedożywieniu polskich żołnierzy, rządzą reguły nie różniące się od tych, które już kilka razy na portalu SDP opisywałem. Uaktywniły się dające się rozpoznać centra dystrybucji i sieci rozpowszechniania. I tym razem nie brakuje ludzi, którzy nie wracają uwagi na jakąkolwiek weryfikację podawanych dalej treści, jeśli wywodzą się z ich plemienia politycznego. Są mechanizmy lekceważenia prawdy i faktów napędzające powielanie nawet już zdemaskowanych fake newsów, zwłaszcza jeśli są niekorzystne dla „nich” a korzystne dla „nas”. I jest w końcu mechanika mediów społecznościowych, która daje przewagę efektownej i szokującej nieprawdzie nad mniej atrakcyjnymi informacjami oddającymi rzeczywisty stan rzeczy.

 

To wszystko widać było i wciąż jest bardzo wyraźnie widoczne w przypadku rozpowszechniania dezinformacji pandemicznych. FakeHunter, który fake newsów na temat koronawirusa, pandemii i szczepień zweryfikował setki, raz po raz był obiektem agresji ze strony dystrybutorów dezinformacji, gdy psuł im ukształtowany przez spiskowe teorie obraz świata a nierzadko całkiem świadomy, misterny plan zrobienia wody z mózgu jak największej liczbie osób.

 

Z mojego punktu widzenia, osoby, która z fact checkingiem miała sporo w sensie zawodowym do czynienia, rzeka fejków z pogranicza polsko-białoruskiego, w sensie „technicznym” niczym nie różni się od infodemii covidowej. Rolę panów Januszy z Facebooka, „Bobów Gedronów” z Twittera, wszelkiego rodzaju anonimowych i, co tu kryć, dość podejrzanych jestestw serwujących nieprzerwany ciąg manipulacji, dezinformacji albo po prostu ordynarnych kłamstw na temat pandemii, w przypadku ataku Łukaszenki „uchodźcami” przejęli różnego rodzaju aktywiści, politycy i karmieni „informacjami” zaangażowanych politycznie mediów celebryci.

 

Nie widzę istotnej różnicy pomiędzy nieznaną gębą pomstującą na „morderców covidowych” a znaną gębą bredzącą w mediach, czy w social mediach o „polskich żołnierzach mordujących kobiety i dzieci na granicy”. Co do zasady to tacy sami siewcy kłamstwa. Tak samo trzeba treści, które rozpowszechniają tak samo poddawać weryfikacji, i, opierając się na wiarygodnych źródłach, rzetelnej wiedzy o faktach, przekazać opinii publicznej informację o wartości faktograficznej tego co głoszą.

 

Internet i prawica. Czyżby?

 

Wiele razy o tym już pisałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć kilka prawd o fake newsach. Po pierwsze o tym, że w gruncie rzeczy jest nimi większość obiegowych przekonań o fake newsach. Np. o tym, która polityczna opcja dominuje w ich rozpowszechnianiu, o tym, że tzw. media mainstreamowe z natury rzeczy są od nich wolne i w końcu również o tym, że ludzie łatwo się na nie nabierają.

 

Lewica lansowała i wciąż lansuje teorię o przemożnym wpływie fałszywych wiadomości podawanych w Internecie na wyniki wyborów prezydenckich w USA w 2016 r. To fejki według tych poglądów miały dać zwycięstwo Donaldowi Trumpowi. Tymczasem, według badań, wpływ fake newsów na efekty kampanii prezydencką w USA z 2016 roku był niewielki we wszystkich kategoriach wiekowych oprócz jednej – osób powyżej 65 roku życia. Ogólnie z badań wyszło, że około 90 proc. osób nie udostępniło na swojej tablicy żadnego „fake newsa”. Jednak emeryci mieli udostępniać nieprawdziwe informacje w sieciach społecznościowych siedmiokrotnie częściej niż osoby z najmłodszej badanej kategorii wiekowej (18-25 lat).

 

Oczywiście dało to upust fali „ejdżystowskich” komentarzy. Zastanówmy się jednak, co to w rzeczywistości oznacza. Wychodzi, iż większość ludzi jest nieźle immunizowana na fake newsy a starsze osoby po prostu są „słabsze w social media”. Ich brak krytycyzmu wynika także z tego, że wychowali się w starym, przedinternetowym świecie, w którym mediom się wierzy. Młodsi, którzy media (zarówno te social jak i te mass) traktują z większą rezerwą, są bardziej ostrożni.

 

Jeszcze w 2017 r., firma F-Secure sprawdzała, jak korelują się poglądy polityczne internautów z zamiłowaniem do upowszechniania fake newsów. Z badań wynikło, że liderami w dystrybucji fałszywek są sympatycy lewicy (35 proc.), z niewielką, ale mimo wszystko, przewagą nad prawicowcami (32 proc.). Centrowcy mieli skłonność do tego w wyraźnie mniejszym stopniu (28 proc.).

 

Burzy to budowaną przez dużą część mediów mitologię wokół armii „prawicowych trolli” prowadzących informacyjną wojnę na za pomocą fałszywek. Także najgłośniejsze polskie przypadki rozpowszechniania fake newsów w polskich sieciach społecznościowych z ostatnich kilku lat to robota raczej lewicy niż prawicy. Nie znaczy to oczywiście, że prawica nie ma na koncie tego rodzaju grzechów, ale to przecież przede wszystkim lewica lansuje tezę, że fake newsy są narzędziem prawicy. Przykłady, że często jest zgoła odwrotnie, obalają mitologię nawarstwiającą się wokół problemu fałszywek. Podobnie jak przykłady spektakularnych wpadek środków przekazu głównego nurtu, które z kolei nader chętnie widzą problem dystrybucji fejków jako problem wyłącznie Internetu. Tak nie jest.

 

Wiadomo bowiem nie od dziś, że także renomowane media z tradycjami zaliczają kompromitujące wpadki z fałszywkami. Cytowałem w jednym z dawniejszych artykułów na portalu SDP przykład  cytowania i komentowania przez dziennikarzy „New York Timesa”, „Washington Post” i agencji Bloomberg danych statystycznych na temat seksizmu w branży technologicznej. Okazało się, że badań, o których pisali tak łacno, w ogóle nie było. Wymienione media najwyraźniej nie pofatygowały się, aby to sprawdzić, choć nie było to szczególnie trudne, zwłaszcza dla redakcji, które opierają się na „solidnym warsztacie” i „standardach”.

 

Amerykańskie media lubią upatrywać w byłym prezydencie Trumpie głównego winowajcę obniżenia poziomu zaufania do ich przekazu, ale czy po takich wpadkach mają coś na swoją obronę? Tamtejsi odbiorcy rzeczywiście darzą środki przekazu niewielkim zaufaniem. Jak wynika z sondażu Monmouth University z kwietnia 2018 roku, trzech w czterech Amerykanów uważa, że tradycyjne główne stacje telewizyjne i gazety podają fake newsy,  31 proc.  jest zdanie, że dzieje się to regularnie, a 46 proc. – że zdarza się to sporadycznie.  Przekonanie, że media mainstreamu przynajmniej sporadycznie rozpowszechniają fałszywe wiadomości, wzrosło rok do roku wśród wszystkich grup politycznych, w tym wśród republikanów (89 proc. – wzrost z 79 proc. w 2017 r.), niezależnych (82 proc. wzrost z 66 proc.) i demokratów (61 proc. wzrost z 43 proc.). Republikanie, czyli po naszemu prawica, tradycyjnie nie mają zaufania do mass mediów. Ponad połowa z nich twierdzi, że media regularnie kłamią. Jednak fakt, że przekonanie o skażeniu fake newsami środków przekazu silnie wzrosło również wśród demokratów, raczej nie może być „zasługą” krytyki wygłaszanej przez Donalda Trumpa.

 

W świecie europejskich mediów głośnym w ostatnich latach skandalem była sprawa Claasa Relotiusa, znanego dziennikarza niemieckiego, który skończył swoją karierę w niesławie, jak twórca fake newsów, które publikowały znane tytuły, m. in. „Der Spiegel”. Inny niemiecki dziennikarz, którego nazwiska nie podano, ale widomo, że była to osoba znana i nagradzana, został zdymisjonowanych przez „Süddeutsche Zeitung Magazin”, za materiał, w którym uczynił bohaterką swojego tekstu nieistniejącą w rzeczywistości osobę.

 

Co z tego wynika? Choćby wniosek, że chętnie powtarzana przez przedstawicieli mainstreamu medialnego teza o zasadniczo wyższej wiarygodności „starych mediów” w porównaniu z Internetem,  jest coraz bardziej wątpliwa. Co więcej, jeśli przypomnimy sobie dane o znacznie wyższej łatwowierności osób z pokolenia, chętniej konsumującego tradycyjne media, to całkiem na miejscu wydaje się spostrzeżenie, że odziedziczone po dawnych czasach zaufanie do mediów bardziej szkodzi niż pomaga. Dlaczego odbiorca, któremu mówi się, aby był ostrożny, sceptyczny i nieufny, miałby wszystkie swoje receptory weryfikacyjne wyłączać, gdy ma do czynienia ze „starymi” mediami? Zwłaszcza, że jak pokazują powyższe i dziesiątki innych przykładów, receptory te trzeba mieć tak samo wyostrzone dziś w przy każdym kontakcie z publikowanymi w przestrzeni publicznej informacjami.

 

Kocham cię, fake newsie

 

Wracając do analizy fake newsów, warto też przypomnieć, iż mechanizm ich dystrybucji jest czymś znacznie bardziej złożonym niż propagowany często model „potężnych graczy” (politycznych?, komercyjnych?), którzy manipulują, jak chcą, bezwolną masą za pomocą fałszywek, na które masa się bezwolnie nabiera”. To wcale tak nie działa. Np. w cytowanych przez mnie w starszych tekstach przykładach rzekomego spalenia flagi na Marszu Niepodległości, napastliwego człowieka z demonstracji, statystyk o seksizmie, miało się nieodparte wrażenie, że udostępniający fejki wiedzą o niskiej wiarygodności tych informacji lub przynajmniej „przeczuwają” to, ale kłamstwa te tak bardzo zgadzają się z ich poglądami i obrazem świata, że nie mogą się oprzeć.

 

Można by to opisać jako specyficzną odmianę dysonansu poznawczego, niechęci do informacji prawdziwych, ale zaprzeczających naszej wizji świata. W konsekwencji prowadzi to do flirtu z fejkiem, o którym albo wie się, że jest fałszem, albo tylko to podejrzewa, ale jest on tak miły naszym poglądom, że folgujemy sobie. Dochodzi do tego, wierzmy, że tylko czasem i jedynie u niektórych, całkowity cynizm, czyli udostępnianie fałszywek z premedytacją, aby pognębić oponentów. Granica jest płynna, więc trudno orzec, ilu jest „uwiedzionych”, ilu zaś kłamie świadomie. Moim skromnym zdaniem, a wynika to z wieloletnich obserwacji, z pełną premedytacją fejki udostępniają politycy, ponieważ w ich świecie liczy się narzucanie narracji i zdobywanie przewagi a nie dochodzenie do prawdy.

 

Ponadto fake newsy mają większą siłę przyciągania, choćby dlatego, że są zazwyczaj informacjami nowymi. nie powielają wiedzy już znanej. Takie wnioski wynikają z badań przeprowadzonych kilka lat temu w Massachusetts Institute of Technology, których wyniki opublikowano w prestiżowym „Science”. Aby zbadać, jak rozpowszechniają się fałszywe wiadomości w Internecie, Soroush Vosoughi i jego koledzy przyjrzeli się danym zebranym na Twitterze z okresu obejmującego aż dwanaście lat. Po odfiltrowaniu pewnych treści np. rozpowszechnianych przez boty, mieli próbę 126 tysięcy fake newsów udostępnionych na Twitterze 4,5 miliona razy przez około trzy miliony ludzi. Przyjrzeli się tempu, w jakim treści te rozprzestrzeniają się w porównaniu z wpisami zawierającymi prawdziwe informacje. Odkryli, że fałszywe historie dotarły do większej liczby osób i propagowane były szybciej niż prawdziwe publikacje.

 

„Fałszywe informacje radzą sobie w społecznościach lepiej niż prawdziwe informacje” –  komentował Vosoughi. Na podstawie wyników badania uczeni sugerowali, że ludzie są o 70 proc. bardziej skłonni dzielić się ze znajomymi fałszywymi informacjami niż prawdziwymi.  Badacze stawiają hipotezę, że nowość fałszywych wiadomości czyni je bardziej atrakcyjnymi z punktu widzenia udostępniania. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane lub w ogóle „śmierdzą fejkiem na odległość”.

 

Rozliczne dowody wskazują, że dzieją się w tej sferze rzeczy niezbyt racjonalne. Facebook np. udostępnił jakiś czas temu użytkownikom możliwość etykietowania informacji podejrzewanych o bycie fake news. Okazało się, że oznaczanie wpisu, jako wątpliwego, przyczyniało się czasem do jego szybszego i szerszego rozpowszechnienia. Gdy facebookowa strona Rhode Island napisała, że setki tysięcy Irlandczyków przywieziono do Stanów Zjednoczonych jako niewolników, wpis został słusznie opatrzony alertem fake news. Jednak rzesza użytkowników uznała to za próbę cenzury i wyciszania niewygodnych opinii. Na apel aby tę fałszywkę udostępniać pozytywnie odpowiedziały tysiące użytkowników. Nie wiadomo, ilu z udostępniających robiło to tylko dla zgrywy. Wiadomo, że taka czysto rozrywkowa motywacja, wcale nie należy do rzadkości. Cała, potężna w Internecie, fala publikacji propagujących teorię płaskiej Ziemi wydaje się jednym wielkim wygłupem. Młodzi ludzie kolportują te treści „dla beki”. Jeśli trafi się ktoś, kto to poważnie potraktuje i w fałszywkę uwierzy, to „beka” jest tym większa a fałszywka osiąga sukces. Gdy ktoś próbuje podjąć poważną polemikę z tezami płaskoziemców, to też powód do zabawy. Polską odmianą tego folkloru jest rozpowszechnianie teorii o „turbo-Słowianach” i „Lechickim Imperium”. U ich podłoża są jacyś ludzie, którzy traktują te teorie być może nawet poważnie, ale większość treści na ten temat, które znaleźć można w sieci to „beka”.

 

Podważasz wiarygodność źródeł – nie oczekuj wiary w twoją wiarygodność

 

To czym zajmujemy się w FakeHunterze, czyli fact checking zaczyna się, moim zdaniem, od uznania własnej, ludzkiej niedoskonałości, podatności na błędy poznawcze, uprzedzenia i manipulacje. Chodzi o to, by uniknąć nastawienia, że wiem lepiej i założenia z góry, że mam rację. Z pułapek zastawianych przez manipulatorów i trzęsawisk sprzeczności faktograficznych dobrze pomyślana weryfikacja faktów ratować powinna za pomocą czegoś, co możemy nazwać uczenie aparatem metodologicznym, choć nie jest to wcale aż tak skomplikowana konstrukcja. A mówiąc dokładnie – nie jest skomplikowana sama konstrukcja i metoda, ale już przeprowadzanie na jej podstawie fact checkingu to na ogół trudna, żmudna i czasem niewdzięczna robota. Z doświadczenia własnego i kolegów weryfikujących informacje wiem, że poprawne, zdyscyplinowane metodologicznie, odwołujące się do rzeczywistego stanu rzeczy i wiarygodnych źródeł, sprawdzanie nazywane fact checkingiem, to ciężka, intelektualnie bardzo wymagająca, praca.

 

Wydawane werdykty – „prawda” lub „fałsz” – muszą być oparte na wiarygodnych źródłach. Trudno sobie inaczej wyobrazić rzetelny fact checking. I na tym, gdy dochodzi do konfrontacji, wykładają się zwykle i demaskują dystrybutorzy fejków. Oni nie potrafią wskazać żadnych wiarygodnych źródeł swoich informacji. Nawiasem mówiąc, za pomocą formy reakcji na pytania o źródła można rozpoznać i odróżnić amatora, nazywanego różnie, czasem użytecznym idiotą, czasem po prostu trollem, które zwykle coś tam nieporadnie próbuje podać na podparcie swoich tez, zwykle posta z Facebooka i Twittera podobnego mu nieboraka, od zawodowca, który zapytany o źródła nie reaguje (bo dobrze wie, że ich nie ma, ale nie za podawanie wiarygodnych źródeł mu płacą).

 

Trochę inny problem to wiarygodne źródła. Dla antyszczepionkowych fanatyków publikacje w renomowanych, recenzowanych naukowo periodykach takich jak np. „Lancet”, „Science” czy „Nature”, nie mają większej wartości niż wpis kolegi po poglądach na Fejsie, a nawet mniejszą. Podobnie upolitycznieni dziennikarze nie wierzą w informacje polskiej straży granicznej, policji i wojska. Bez zastrzeżeń natomiast „łykają” i bezkrytycznie powielają opowieści migrantów o trupach leżących w lesie i grzebaniu zmarłych patykiem. Bo zakładam, że rzeczywiście jacyś migranci im coś powiedzieli. Chyba to przynajmniej jest prawdą.

 

Jeśli nie ma konsensusu, co do tego, co uznamy za wiarygodne źródła, weryfikacja informacji rzeczywiście traci sens. Pamiętajcie jednak, o bracia dziennikarze, że to rozciąga się na wszystkich. W rzeczywistości, w której nie ma wiarygodnych źródeł, wasze publikacje również nie mają szans na taki status. Wszystko co piszecie i pokazujecie, będzie zawsze wyglądało jak co najwyżej kreacja w stylu wspominanego przeze mnie na początku Andy’ego Kaufmana. A to i tak będzie ten lepszy dla was scenariusz odbioru.

 

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Polska Press nie rządzi powiatowym internetem

W koncernie Polska Press (dawniej Passauer Neue Presse) jeszcze zanim został przejęty przez Orlen model działania tygodników lokalnych, czyli powiatowych był taki: redakcja składała się z redaktora naczelnego, który też trochę pisał, 2-3 dziennikarzy, ewentualnie 1-2 współpracowników nieetatowych, np. od sportu oraz 2-4 specjalistów od reklamy.

 

Każdy dziennikarz musiał wypełniać tygodniowo od 3 do 5 stron w gazecie, a także powinien codziennie publikować na portalu przynajmniej jednego newsa. Naczelny miał do dyspozycji bibliotekę gotowych szablonów stron gazetowych, więc nie musiał niczego makietować, dziennikarze pisali artykuły i wrzucali zdjęcia w ramki aplikacji webowej. Zarówno skład gazety, jak i korekta odbywały się centralnie, więc redakcja nie miała wpływu na ostateczny kształt numeru. Naczelny miał też do dyspozycji obszerną bibliotekę tekstów „ogólnych” i „ponadczasowych”, np. rozmów z celebrytami, porad kulinarnych, zdrowotnych i innych. Dostęp do grafików, którzy przygotują interesujący wykres, czy inną infografikę, był ograniczony. Wynagrodzenia dziennikarzy były bliskie najniższej możliwej płacy krajowej, ewentualnie przekraczały ją minimalnie, ok. 3 tysięcy zł na rękę dwa lata temu to była pensja niezła. W biurze reklam i ogłoszeń można było zarobić więcej, ale tam wszystko zależało od efektywności, a i robota niewdzięczna. Zarobki naczelnych dochodziły do 4 tysięcy.

 

Można się zastanawiać, czy w takich warunkach możliwe było w ogóle powstawanie dobrych artykułów? Jakoś nie pamiętam wybitnych tekstów z tygodników lokalnych Polska Press. Dlatego tam, gdzie w danym powiecie była silna, polska niezależna gazeta prywatna, niemiecki koncern nie pchał się ze swoim „gazetopodobnym” produktem, bo wiedział, że nie ma szans. Jedynie tam, gdzie lokalny polski wydawca był kiepski i ledwo zipał, Niemcy kupowali ten tytuł (czasem tylko część udziałów, które były na sprzedaż), albo zakładali swoją gazetę. W czasie, gdy Orlen kupował Polska Press, podkreślano często, że z uwagi na kilkadziesiąt, a może kilkaset tygodników i portali lokalnych, PP jest silny „w terenie”. Według mnie to propagandowa bajka, bo w większości powiatów najsilniejsze są powstałe 30 lat temu miejscowe gazety i ich portale, więc media PP w tych powiatach są co najwyżej numerami dwa. Statystyki całej sieci portali Polska Press z perspektywy warszawskiej mogą być oczywiście imponujące, ale działa tu efekt skali, który w tym przypadku nie pokazuje prawdy o tym, kto rządzi internetem „w terenie”. Gdyby zebrać statystyki wszystkich portali gazet lokalnych, zarówno tych ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, jak i Stowarzyszenia Mediów Lokalnych, jak i niezrzeszonych oraz samodzielnych (nie posiadających gazet papierowych) lokalnych portali informacyjnych, to skończyłby się pic z dominacją PP w Polsce powiatowej.

 

Nie chcę nadmiernie gloryfikować mediów lokalnych i mówić, że są świetne i doskonałe, bo zarówno same gazety, jak i portale, często pozostawiają wiele do życzenia, ale trzeba zauważyć, że mimo wszystko na swoich niewielkich terenach potrafią skutecznie konkurować z wojewódzkimi czy ogólnopolskimi gigantami. Pytanie – jak długo jeszcze? – jest oczywiście cały czas otwarte, bo w mediach od wielu lat obserwujemy zjawisko analogiczne z tym, co dzieje się w handlu: wielkie sieci wypierają małych handlowców. Być może szansą dla małych jest konsolidacja i łączenie się w większe organizmy biznesowe, co w przypadku gazet powiatowych będzie trudne. Już wiele lat temu Dominik Księski, wydawca „Pałuk” ze Żnina, a jednocześnie ówczesny prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, zauważył: wydawcy gazet lokalnych to zbiór indywidualistów, każdy ma swój pomysł na prowadzenie gazety, oczywiście najlepszy.

 

Dlatego, za mojego żywota, prawdopodobnie nie dojdzie do połączenia mediów lokalnych w jedną super-firmę, chociaż takie pomysły co jakiś czas w tym środowisku się pojawiają.

 

Zresztą może nie byłoby to dobre, może lepiej, żeby nadal funkcjonował dotychczasowy model gazety lokalnej, małej, ciasnej, ale własnej?

 

Waldemar Śliwczyński

MIROSŁAW USIDUS: Wyrazy uznania dla „Gazety Wyborczej” i Agory

Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłowej, niekonwencjonalnej, opartej na szoku i nagłych zwrotach akcji, kampanii reklamowej, jaką obmyśliła „Gazeta Wyborcza” wraz z kierownictwem spółki Agora. Tego jeszcze na polskim rynku mediów nie było. Co za kreatywność. Co za odwaga w sięganiu po niekonwencjonalne środki.

 

Przyznam, że na początku, jak wszyscy, dałem się zwieść i wziąłem na poważnie te wymiany ciosów, te salwy strzelistych stanowisk odpalane na przemian przez Adama Michnika i kolegów z redakcji „GW” i przez zarząd Agory.

 

Potem przyszedł moment refleksji, zastanowienie. Przecież to co się dzieje tam na linii „GW” – kierownictwo spółka jest tak niebywałe, jeśli chodzi o na znane nam standardy korporacyjne i tak groteskowo-absurdalne, że to nie może być na serio, pomyślałem. Tam musi być drugie dno, kombinowałem. I w końcu olśniło mnie.

 

To jest taka „flash-mobowa”, nadzwyczaj oryginalna, oparta na szoku i skandalu, kampania marketingowa. Przez to właśnie skutecznie angażuje, koncentruje uwagę, wiraluje, mobilizuje związanych z marką i wciąga wcześniej niezaangażowanych. Inscenizacja ta spełnia wszystkie wymogi shockvertisingu, nowoczesnego, innowacyjnego wirusowego marketingu.

 

Ostentacyjne ekstrema na zewnątrz – genialny plan w środku

 

Wymiana ciosów redakcji ze spółką przypomina mi po raz kolejny przywoływanego przeze mnie niedawno Andy’ego Kaufmana. Był on mistrzem prowokowania, szokowania i skupiania na sobie uwagi. Także przez inscenizowane konflikty, kłótnie, nawet bójki.

 

Jego starcie, walka zapaśnicza, a potem publiczna bijatyka na antenie telewizyjnej z zawodowym zapaśnikiem Jerrym Lawlerem była taką właśnie jedną wielką inscenizacją. W ferworze spektaklu doszło nawet do złamania karku Kaufmanowi (picnego, jak się potem okazało). Wszystko odbywało się w atmosferze ostrego konfliktu i wymiany ciosów, zaangażowane były media, miliony widzów, osoby znane publicznie, które dawały się wciągać w komentowanie tego dziwowiska. Z talentem opowiedział tę historię w filmie „Człowiek z Księżyca” Miloš Forman, angażując Jima Carreya do roli Andy’ego.

 

Podobną sekwencję wydarzeń można uchwycić w wymianie oświadczeń i działaniach zarówno po stronie Agory jak redakcji. Przy czym raport Wojciecha Czuchnowskiego o „nieudanych inwestycjach Agory” można chyba uznać za odpowiednik chwytu duszącego w zapasach. Świetnie to wszystko jest rozegrane. A jakie wiarygodne. Wszyscy myślą, że to naprawdę.

 

Eksperci biznesowi zszokowani łamaniem wszelkich standardów racjonalnego postępowania, wpadli w osłupienie. Wielu z nich w swoich firmach, instytucjach, organizacjach, nigdy nie miało do czynienia z podobnymi rzeczami. Podlegający kierownictwu korporacji ludzie, którzy nie tylko „nie uznają” decyzji zarządu, ale także piszą szeroko o tym publicznie, obrzucając przy tym różnego rodzaju zarzutami, czasem wręcz insynuacjami. To są formy i treści tak nieprawdopodobne i niespotykane w ramach świata znanego korpo-cywilizacji i kultury, że… no właśnie, właśnie to powinno wszystkim dać do myślenia.

 

Ta ostentacyjna ekstremalność w bezmyślnym (na pozór), świadomym szkodzeniu wizerunkowi własnej firmy. To właśnie wskazuje, że to nie jest naprawdę. Że to pozory, z którymi stoi drobiazgowo przemyślany genialny plan.

 

Nikt normalny, komu zależałoby na powodzeniu firmy i marki, z którą wszyscy uczestnicy przedstawienia, jak często i gorąco podkreślają, są silnie uczuciowo związani, nikt komu zależy na „Gazecie Wyborczej”, ale również na wizerunku jej korporacyjnej matki, nie robiłby przecież takich rzeczy na serio. Co innego realizacja scenariusza kreatywnie pomyślanej strategii reklamowej, w której taką ma właśnie rolę – pieniacza nie zważającego na szkody, jakie może wyrządzić wizerunkowi swojej gazety i korporacji.

 

W tej, rozpisanej na kolejne odsłony, inscenizacji, jeszcze zapewne nie odegrano wszystkich przewidzianych scenopisem wydarzeń i kwestii scenicznych. Ale już widać wyraźnie, że genialny plan i kampania to wielki sukces. Tytuł podupadły w ostatnim okresie na znaczeniu (zwłaszcza w odniesieniu do potęgi, jaką była „GW” w latach 90-tych) znów jest na ustach wszystkich. Znów są cytowania, wzmianki i komentarze. Znów wszyscy żyją tym co pisze „Wyborcza”.

 

Podziwiam śmiałość koncepcji i odwagę grupy osób, które w „GW” i w Agorze podjęły to obarczone przecież niemałym ryzykiem wyzwanie. Strategia ta, oparta na szokowaniu z premedytacją radykalizmem opinii, eskalowaniu (pozornego przecież) konfliktu, i kreowaniu atmosfery rokoszu w firmie, przejdzie, czego jestem pewien, do podręczników. Adepci reklamy, promocji i marketingu przez dekady będą wkuwać i wprawiać się w tej niedościgłe w swym mistrzostwie sztuce prowadzenia kampanii wymagającej ogromnej precyzji i wyczucia, by przewidzieć, w którym momencie jest czas na strzeliste stanowisko, w którym – należy zasugerować powiązania oponenta z wrogami „o których wszyscy wiemy”, a w którym wytknąć zarządowi nieudolność i błędne decyzje.

 

Co będzie dalej?

 

Na to pytanie nie znam oczywiście odpowiedzi i na tym również polega genialność napisanego na Czerskiej scenariusza. Będą teraz nas trzymać w napięciu. Możemy tylko snuć przypuszczenia. Jako wciągnięty w przedstawienie widz snuję różne przywidywania co do dalszej akcji.

 

Być może np. Adam Michnik ogłosi nową wersję „swoich typów”, listy nazwisk, którą opublikował w czerwcu 2008 roku, na której znajdowali się, przypomnę:

 

„Ks. Bajda Jerzy. Barański Marek. Ks. Bartnik Czesław. Bender Ryszard. Bożyk Paweł. Bugaj Ryszard. Cenckiewicz Sławomir. Chodakiewicz Marek Jan. Cichocki Marek. Czarzasty Włodzimierz. Dudek Antoni. Fedyszak-Radziejowska Barbara. Fotyga Anna. Gawin Dariusz. Giertych Maciej. Giertych Roman. Głębocki Henryk. Gontarczyk Piotr. Gowin Jarosław. Gudzowaty Aleksander. Jackowski Jan Maria. Janecki Stanisław. Kaczyński Jarosław. Kamiński Mariusz. Kania Dorota. Karłowicz Dariusz. Karnowski Michał. Korwin-Mikke Janusz. Kotecka Patrycja. Krajski Stanisław. Krasnodębski Zdzisław. Król Marek. Kuczyńska Teresa. Kurski Jacek. Kurtyka Janusz. Kwiatkowski Robert. Kwieciński Jacek. Lasota Irena. Legutko Ryszard. Lepper Andrzej. Lichocka Joanna. Lisicki Paweł. Łysiak Waldemar. Macierewicz Antoni. Magierowski Marek. Michalkiewicz Stanisław. Michalski Cezary. Musiał Bogdan. Nowak Andrzej. Nowak Jerzy Robert. Orzechowski Mirosław. Paliwoda Paweł. Perzyna Łukasz. Pospieszalski Jan. Poznański Kazimierz. Reszczyński Wojciech. Roszkowski Wojciech. Rybiński Maciej. O. Rydzyk Tadeusz. Sakiewicz Tomasz. Semka Piotr. Staniszkis Jadwiga. Szubarczyk Piotr. Szymański Wiesław Paweł. Śpiewak Paweł. Świetlik Wiktor. Targalski Jerzy. Terlikowski Tomasz. Trznadel Jacek. Urbankowski Bohdan. Wencel Wojciech. Wieczorkiewicz Piotr Paweł. Wierzejski Wojciech. Wildstein Bronisław. Wolski Marcin. Wyszkowski Krzysztof. Zambrowski Antoni. Zaremba Piotr. Ziemkiewicz Rafał. Ziobro Zbigniew. Zybertowicz Andrzej. Żaryn Jan. Żukowski Tomasz.”

 

Tym razem niewykluczone, że po odjęciu niektórych nazwisk, nie tylko z powodu odejścia z tego świata, Adam Michnik umieści wśród „swoich typów” takie oto osobistości: Seweryn Blumsztajn, Helena Łuczywo, Wanda Rapaczyńska, Barbara Piegdoń, Bartosz Hojka. Zaznaczam, że nie śmiałbym panu Michnikowi niczego podpowiadać a już na pewno nie układać mu listy jego „typów”. To po prostu gra wyobraźni wciągniętego w pasjonujący spektakl odbiorcy. Wyobrażać sobie dalszy ciąg wypadków podczas inscenizacji to chyba całkiem ludzkie i zrozumiałe.

 

Kiedyś, dawno temu napisałem na blogu w serwisie Wirtualnemedia.pl, że Adam Michnik ma moce demiurgiczne, tworzy postacie przez dzielenie i oddzielanie ich od osób i rzeczy zupełnie od nich innych. Tworzy przez negację, oddzielenie i logos. Jego niedawne ostro sformułowane wystąpienie przeciwko zarządowi Agory, jest tym samym co robił zawsze jako demiurg stwarzający odrębności ontologiczne. Jego tekst kreuje i opisuje role w inscenizacji, której jesteśmy widzami. Nie oznacza to jednak, że to Michnik jest głównym autorem kreatywnej kampanii. Jest do pewnego stopnia autorem, bo przydziela role znaczenia i definicje, formułując przekaz dla typowego odbiorcy „GW”, który nie rozumiejąc tego spektaklu, nie wie jeszcze co myśleć.

 

Z tym, że czytelnicy „Wyborczej” tego potrzebują zetknąłem się już. Na przykład, gdy po imprezie kulturalnej spytałem pewną panią, która na niej była tak samo jak ja, co myśli o wydarzeniu. Powiedziała z rozbrajającą szczerością, że jeszcze nie wie co myśleć, bo musi najpierw przeczytać recenzję wydarzenia w „GW”. Rozumiem więc jak zagubieni są sympatycy „GW” i jak potrzebne są im wykładnie dotyczące osób dramatu i znaczenia tego co się dzieje.

 

Oczywiście, nie tylko dla nieboraków czytelników „Wyborczej”, którzy nie wiedzą co myśleć, dopóki nie przeczytają tego w swojej gazecie, scenariusz musi mieć wiarygodne, pozytywne rozwiązanie dramatycznej akcji. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że autorzy tej shockvertisingowej kampanii, z maestrią doprowadzą nas wszystkich, gryzących paznokcie w napięciu, co wydarzy się w kolejnej scenie, do happy endu. Być to może wprowadzenie postaci zbawcy, który w scenie finałowej zjawia się znienacka, wszystkich godzi i staje się symbolem nowej lepszej ery w Agorze i w „Gazecie Wyborczej”. A może autorzy inscenizacji rozwiążą to inaczej. Nie mogę się doczekać.

 

Mirosław Usidus

 

 

Myśli Nowoczesnej Panienki – felieton satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

 „Anty – salonowiec” z „Towarzyszką Panienką” – Polsat szykuje się do odpalenia niezłej petardy.

 

Polska posiada rekordową liczbę stacji telewizyjnych, w przeliczeniu na głowę mieszkańca. Mało tego. Będziemy mogli też przebierać, w programach typu „polityczne łapu – capu”. Z odpowiednim komentarzem prowadzących i głosem ludu piszącego i dzwoniącego do programu. Filmiki „śmieszne koty” nieźle wypadają w rankingach popularności. Nie dużo gorzej mają się politycy ze swoimi wpadkami.

 

Dowiadujemy się, że Polsat zapragnął stworzyć konkurencję dla „Szkła kontaktowego” i „W tyle wizji”. Nie byłby to news z gatunku tych, że zostawia się z wrażenia włączone żelazko, byle tylko przeczytać treść wiadomości. Chodzi raczej o nieszablonowy „wkład” studia. Do roli prowadzącego przymierza się Monikę JaruzelskąRafała Ziemkiewicza.

 

Nie od kozery, będzie w tym miejscu słynny cytacik: „Przeciwieństwa przyciągają się i uzupełniają. Dwie liczby nieparzyste dają liczbę parzystą. Sprawdza się nie tylko w matematyce ale i w życiu”. Tak jak nie przymierzając, plusy dodatnie i ujemne.

 

Czy to nowa jakość dla szklanego ekranu? Przecież już różne duety w telewizji występowały. Wojciech MannKrzysztofem Materną, Jacek ŻakowskiPiotrem Najsztubem, Tomasz SekielskiAndrzejem Morozowskim. Można wymieniać w nieskończoność. Podobno taśma filmowa i publika,  najbardziej łaknie takich nieodżałowanych wzorców, jak Flip i Flap. Kto robi za jednego, a kto za drugiego, niech już sobie widzowie sami rozstrzygną. Nie zawsze znaliśmy poglądy prowadzących. Lecz przeważnie, gospodarze tych programów nadawali na podobnych falach.

 

RAZ i córka gen. Wojciecha Jaruzelskiego, to na pozór „postacie z różnych bajek”. Łączy ich jednak wspólna szkolna znajomość. Ponadto, była lewicowa radna, nie ma dziwnym trafem uprzedzeń do prawaków. Nie to, żeby miała do nich wyjątkową słabość, ale przynajmniej wysypki na ich widok nie dostaje. Zapraszała już do swojego programu emitowanego na YouTube, miłośników skrajnie prawej sceny politycznej.

 

Mało  tego, udzieliła kilka lat temu wywiadu dla „Do Rzeczy” i pochwaliła tam Radio Maryja”: „To dla mnie wielkie zaskoczenie, że można prowadzić tak głębokie rozmowy. (…) Próbowałam się tym wrażeniem z kimś podzielić, ale wszyscy przyjmowali taką postawę: no co ty, to przecież Rydzyk, to jakieś oszołomy„.

 

Także pierwsze wrażenie może wzbudzać emocje. Ale jak to, Oni tam razem? Po głębszym zastanowieniu dochodzimy do wnioski, że powinno być jednak ciekawie, rzeczowo i sielankowo.

 

To także sygnał dla innych mediów, że można pójść o krok dalej. I parować jak się tylko da. Np. redaktor Monika Ogórek, kandydowała jak pamiętamy, z poparciem SLD do Sejmu i Pałacu Prezydenckiego. Spokojnie mogłaby się dogadać z redaktor Moniką Olejnik. Tą ostatnią podwoził przecież samochodem naczelny tygodnika „Nie” Jerzy Urban. Dwie Moniki. MdM w piękniejszej wersji, bo kobiecej.

 

Red. Wojciech Cejrowski z red. Jerzym Urbanem? Proszę bardzo. Hardkor nad hardkory? Niekoniecznie. Co ich łączy? Co prawda oddzielnie, ale byli gośćmi w programie „Skandaliści”. Należałoby redaktorów prowadzących przedzielić jakąś pleksą, aby się szklanką wody nawzajem nie oblali. Ale oglądalność przebiłaby skoki narciarskie w TVN-ie.

 

Można się rozmarzyć, ale jakby tak Danuta Holecka poprowadziła z Piotrem Kraśko koncert życzeń? „Dla Pani Izabeli z Suwałk, mimo sytuacji politycznej i zagrożeń, życzenia racjonalnego dialogu, wspólnego pragmatycznego działania, …pamiętając, że powinny znikać domowe podziały. I samych najlepszych wyborów politycznych, zwłaszcza takich, po których w końcu odwiedzisz nasz dom. Życzy córka z rodziną”.

 

Drodzy właściciele stacji, dyrektorzy, wydawcy. Pamiętajcie. Jedyne co Was ogranicza, przy ogarnianiu idealnych zespołów, to Wasza własna wyobraźnia.

 

Krzysztof Prendecki

Off the record – ŁUKASZ WARZECHA o maskowaniu niekompetencji

Formuła „na offie” zakłada, że dziennikarz nie dzieli się wiedzą, którą otrzyma od rozmówcy, przynajmniej w sposób pozwalający zidentyfikować źródło. Tę zasadę należy szanować, pod warunkiem jednak, że rozmówca nie robi sobie kpin i z niej, i z dziennikarza.

 

Z przykrością muszę stwierdzić, że obiektem takich kpin stałem się ostatnio wraz z grupą polskich dziennikarzy, którzy na zaproszenie Komisji Europejskiej przez dwa dni spotykali się w Brukseli z urzędnikami KE różnych szczebli. Grupa była mocno zróżnicowana pod względem redakcji i poglądów. Dobrana absolutnie uczciwie i bez śladu uprzedzeń. Był to klasyczny wyjazd studyjny, bardzo dobrze zorganizowany, szczególnie wziąwszy pod uwagę trudne okoliczności.

 

Urzędnicy KE co do zasady udzielają informacji off the record. Członkowie Komisji – on the record. Ci pierwsi zaznaczają, co z ich wypowiedzi można oficjalnie wykorzystać, ci drudzy – jeśli czegoś wykorzystywać nie należy. I tu żadnych uwag nie mam. Takie są reguły i mają sens.  

 

W zażenowanie, zadziwienie i stupor wprawił jednak wszystkich, niezależnie od poglądów i redakcji, ostatni punkt: spotkanie z szefem polskiego przedstawicielstwa przy UE ambasadorem Andrzejem Sadosiem. To właśnie spotkanie odbywało się teoretycznie off the record. Muszę o nim jednak napisać, bo jego przebieg trudno określić inaczej niż jako kuriozalny. Z zastosowaniem formuły na offie włącznie.

 

Spotkanie musiało się niestety z przyczyn obiektywnych odbywać zdalnie, grupa podłączyła się zatem do platformy Teams na swoich komputerach. Na całość mieliśmy 75 minut. Byliśmy po dwóch dniach intensywnych rozmów, podczas których pojawiło się mnóstwo punktów zaczepienia do dyskusji z panem ambasadorem. Tymczasem pan ambasador najpierw przez 10 minut recytował nam dziedziny, którymi zajmuje się przedstawicielstwo, a więc podawał informacje, które można znaleźć na jego stronach internetowych, zapowiadając, że o tym wszystkim opowiedzą nam urzędnicy misji. Już to wywołało niedowierzanie, bo brzmiało jak wprowadzenie do czterogodzinnej prelekcji.

 

Po ambasadorze Sadosiu wystąpiło, o ile dobrze liczyliśmy, siedmioro pracowników przedstawicielstwa, którzy monotonnym głosem klepali wyuczone formułki, opowiadając, czym się zajmują. Wartość poznawcza tego była dla ludzi zorientowanych w problematyce żadna. Zastosowanie formuły na offie było również kompletnie niezrozumiałe, bo dostaliśmy po prostu streszczenie informacji dostępnych na stronach MSZ i oficjalną narrację.

 

Część osób się ze spotkania w końcu wyłączyła, część zasnęła, część poszła na papierosa. Komentarze stawały się coraz zgryźliwsze. Nasze mikrofony były na szczęście powyciszane.

 

W końcu prelekcje się zakończyły, a pan ambasador oznajmił, że to raptem tylko sześćdziesiąt… nie, skorygował po chwili zastanowienia, może pięćdziesiąt procent tego, czym zajmuje się stałe przedstawicielstwo i bardzo żałuje, że nie udało się nam przedstawić stu procent. Czy są pytania?

 

Wziąwszy pod uwagę, że zostało nam jakieś pięć minut, pytanie padło jedno i na tym spotkanie się zakończyło. Pan ambasador w rezultacie merytorycznie nie zabrał głosu wcale, choć spotkanie miało być z nim. Tak przynajmniej było anonsowane. Żeby było zabawniej, przedstawicielstwo widząc, że na Twitterze pojawiły się wpisy, komentujące sposób poprowadzenia „briefingu”, godzinę później zaczęło się dobijać do organizatorów wizyty z prośbą o przypomnienie dziennikarzom, że wydarzenie było „na offie”.

 

Sęk w tym, że na offie można podawać informacje ciekawe, nieoficjalne, zakulisowe. Nie widzę natomiast powodu, dla którego ta formuła miałaby służyć komukolwiek do maskowania własnej niekompetencji. Powiedzmy wprost: polskie przedstawicielstwo w Brukseli zmarnowało ponad godzinę naszego czasu, który mogliśmy wykorzystać na spacer po okolicy.

 

Czemu to spotkanie miało w ogóle służyć? Nietrudno odtworzyć sposób myślenia ambasadora Sadosia. Oto grupa dziennikarzy była przez dwa dni bombardowana przekazem z KE. Trzeba zatem przeciwstawić temu nasz własny przekaz. Problem w tym, że zarazem trzeba to zrobić w taki sposób, by nie narazić się samemu na problemy, a zatem trzeba uniknąć jakichkolwiek trudnych pytań, a ponieważ każde może być trudne (ambasada miała przecież dostęp do listy uczestników wyjazdu), więc najlepiej, żeby pytań nie było w ogóle. Jak to z kolei osiągnąć? Poprzez zasypanie dziennikarzy tonami zbędnych, drobiazgowych informacji, tak aby na pytania pozostało raptem kilka minut i aby nie było do nich żadnego punktu zaczepienia.

 

Pan Sadoś pracuje w MSZ od 1997 i jest zawodowym dyplomatą. W 2006 r. był nawet rzecznikiem MSZ i pozostawił w pamięci dziennikarzy raczej słabe wspomnienia. W 2018 r. dostał nominację na obecne stanowisko i gdy w tamtym roku przedstawicielstwo odwiedzał premier Morawiecki, z fasady zniknęła tablica z nazwiskami Donalda TuskaJerzego Buzka, upamiętniająca otwarcie placówki. Oficjalnie z powodu remontu.

 

Mam dla pana ambasadora radę na przyszłość: jeśli chce się uniknąć problemów związanych z niewygodnymi pytaniami, najlepszym wyjściem jest nieorganizowanie spotkania z dziennikarzami. W ten sposób oszczędza się własny i cudzy czas oraz nie daje pretekstu do tekstów takich jak ten.

 

Łukasz Warzecha

Ks. ARTUR STOPKA: Czy jest popyt na edukację medialną?

O potrzebie edukacji medialnej na świecie mówi się od dziesięcioleci. Pytanie jednak, kto rzeczywiście jest nią zainteresowany.

 

Nawet maleńkie dzieci wiedzą, co trzeba zrobić, aby skorzystać z szeroko pojętych mediów. Pierwsza umiejętność, jaką dziś w tej sferze najczęściej zdobywają, to dotknięcie ekranu smartfona w taki sposób, aby dotrzeć do pożądanych treści. Mnóstwo rodziców przekonało się, że na dziś jeden z najskuteczniejszych sposobów na długotrwałe zajęcie uwagi dziecka (a więc i na jego uspokojenie) to włożenie mu do rączek przenośnego multimedialnego urządzenia.

 

Aby się nim posługiwać, nie trzeba czytać opasłych instrukcji drobnym druczkiem ani przechodzić wielogodzinnych szkoleń. To sprzęt tak intuicyjny, że pilot telewizora przy nim okazuje się o wiele mniej przyjazny – wymaga znacznie obszerniejszej wiedzy i większych kompetencji. Nic dziwnego, że już dwa lata temu ponad 40 proc. dzieci poniżej drugiego roku życia korzystało w Polsce regularnie z internetu. Miały wystarczające umiejętności, aby to robić. Oczywiście, można zapytać, czy miały też to, co w dość napuszony sposób nazywa się „kompetencją medialną”. Inaczej mówiąc, czy były świadomymi, odpowiedzialnymi, krytycznymi i aktywnymi użytkownikami mediów.

 

Fakty od fake newsów

 

Odpowiedź w odniesieniu do dwulatków wydaje się oczywista. Mało kto spodziewa się, że takie maluchy nimi będą. Przecież one są dopiero na początku bardzo długiego procesu edukacji. Także edukacji medialnej. O ile będzie im dane mieć do niej dostęp. O ile ktoś uzna, że jest im ona potrzebna i pozwoli, aby faktycznie posiadły wiedzę i umiejętności, dzięki którym będą potrafiły odróżnić fakty od fake newsów, prawdę od kłamstwa, informację od propagandy, wiadomości od reklamy, relację od komentarza i opinii, zarówno jako odbiorcy, jak i jako twórcy medialnych treści.

 

Od zaistnienia Web 2.0 medialny kontent może być dziełem każdego, kto tylko zechce umieścić coś w globalnej sieci. Tym bardziej logiczne jest, żeby adresatami edukacji medialnej byli nie tylko ludzie profesjonalnie zajmujący się sferą szeroko rozumianego przekazu i międzyludzkiej komunikacji. Nawet jeśli ktoś chce pozostać wyłącznie odbiorcą (co staje się coraz bardziej nierealne), powinien znać mechanizmy funkcjonowania mediów, np. po to, aby być w stanie weryfikować docierający do niego przekaz i korzystać w mediów w sposób selektywny.

 

Umiejętność umiejętności

 

Na rządowych stronach dedykowanych Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji można przeczytać, że zgodnie z aktualnym brzmieniem Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) o audiowizualnych usługach medialnych, „umiejętność korzystania z mediów oznacza umiejętności, wiedzę i rozumienie, które pozwalają obywatelom skutecznie i bezpiecznie używać mediów”. Wynika z tego, że aby obywatele mieli możliwość dotarcia do informacji oraz odpowiedzialnie i bezpiecznie wykorzystywali, krytycznie oceniali i tworzyli treści medialne, muszą posiąść zaawansowane umiejętności korzystania z mediów. Co więcej, „umiejętność korzystania z mediów nie powinna być ograniczona do zdobywania wiedzy o narzędziach i technologiach, ale powinna mieć na celu wyposażanie obywateli w umiejętność krytycznego myślenia niezbędną do dokonywania ocen, analizowania złożonych realiów oraz odróżniania opinii od faktów”.

 

Po przełożeniu tych zawiłych sformułowań na nieco bardziej zrozumiałe, można się zorientować, że cele edukacji medialnej są nie byle jakie i bardzo ambitne. Tylko czy przez wszystkich pożądane?

 

Pierwsze miejsce – rodzina

 

Z opublikowanego trzy lata temu artykułu Renaty Matusiak z Uniwersytetu Opolskiego „Edukacja medialna w wybranych państwach Europy” można się dowiedzieć, że edukacja medialna jest najbardziej rozwinięta w krajach Ameryki Północnej. Napisała ona także o tym, że potrzeba edukacji medialnej coraz częściej jest dostrzegana w krajach Unii Europejskiej, czego dowodem są nowe dokumenty i zalecenia. Autorka informuje, że kraje starego kontynentu wprowadziły elementy wychowania do mediów do programów nauczania już w latach 70. XX w., a integracja europejska sprzyja wprowadzeniu edukacji medialnej jako powszechnego przedmiotu szkolnego. W różnych formach wprowadzona została we Francji, w Wielkiej Brytanii, w Niemczech.

 

Zarówno Renata Matusiak, jak i inni autorzy zajmujący się kwestią edukacji medialnej wskazują, że pierwszym miejscem, w którym powinna ona mieć miejsce, jest rodzina. Kolejnym – szkoła. Ale praktyka wymienionych krajów pokazuje, że edukacją medialną mogą i powinny zajmować się też same media. Pokazuje też, są nią zainteresowane państwa. Wydaje się to oczywiste, ale warto się zastanowić, jaki powinien być ich udział w prowadzeniu takiej edukacji. I czy rzeczywiście zawsze będą one zainteresowane kształtowaniem obywateli podchodzących do mediów krytycznie i selektywnie. W dodatku takich, którzy posiądą możliwość skutecznego docierania do innych użytkowników z własnym przekazem.

 

Słusznie i zdroworozsądkowo

 

Dziesięć lat temu Polski Komitet Programu Informacja dla Wszystkich (PK IFAP) przy Polskim Komitecie do spraw UNESCO przyjął „Stanowisko w kwestii zapewnienia edukacji medialnej wszystkim grupom wiekowym i społecznym”. Stwierdził w nim m. in., że edukacja medialna to niezbędny warunek rozwoju społeczeństwa informacyjnego, w którym istotne jest uczestnictwo w procesach komunikacji społecznej zapośredniczonej przez media cyfrowe. „Edukacja medialna jest także warunkiem sprawnego funkcjonowania demokracji, zwiększenia sprawności państwa i skuteczności jego administracji, wzrostu gospodarczego związanego z ekspansją sektora informacyjnego, obniżenia barier dostępu do wiedzy” – czytamy w dokumencie sprzed dekady.

 

Brzmi słusznie i zdroworozsądkowo. Łatwo się jednak domyślić, że znajdą się tacy, w uszach których zabrzmi to groźnie. Dlaczego? Ponieważ posiadającego wysokie kompetencje medialne obywatela znacznie trudniej zmanipulować, skłonić za pomocą mediów do określonych zachowań, ukrywać przed nim prawdę lub w jakiejkolwiek kwestii okłamywać. Trudniej go również skłonić do poprzestawania na bardzo ograniczonej liczbie źródeł medialnych treści i tkwienia w nieskończoność w jednej medialnej bańce.

 

Jak pralki lub samochodu

 

Aby prowadzić sensowną i przynosząca realne (wyżej wymienione) pożytki edukację medialną trzeba najpierw podnieść wśród użytkowników mediów świadomość jej potrzeby. Trzeba stworzyć popyt na edukację medialną. Tymczasem coraz wyraźniej widać tendencję do korzystania z mediów, zwłaszcza tych zbudowanych na nowych technologiach, na podobnej zasadzie, jak używamy pralki, odkurzacza czy samochodu. Ogromna część ich użytkowników nie jest zupełnie zainteresowana mechanizmami ich funkcjonowania. Tak, jak nie czują potrzeby wiedzy, w jaki sposób działa smartfon i posługują się nim nawet nie zajrzawszy do instrukcji obsługi, tak samo podchodzą do medialnych możliwości, jakie to narzędzie im udostępnia. W rezultacie nawet nie zdają sobie sprawy, że stają się łatwą zdobyczą tych, którzy medialne mechanizmy świetnie znają i wykorzystują je do swoich partykularnych celów. Bywa, że niemających z dobrem wielkich rzesz użytkowników mediów nic wspólnego.