HUBERT BEKRYCHT: Koza, weto i żółto-niebieskie medialne piekło

Gdyby TVN była normalną telewizją, prezydenckie weto byłoby po prostu elementem dyskusji o polskim prawie medialnym. TVN jednak normalnym medium nie jest, bo stacja od wielu lat stanowi narzędzie politycznej propagandy ugrupowań liberalnych i lewicowych likwidujących samodzielne myślenie wielu Odbiorców. Weto prezydenta Andrzeja Dudy nie musi być jednak wcale wsparciem opozycji, a szerszym politycznym działaniem, także na arenie międzynarodowej.

 

Tzw. lex TVN, czyli nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, nie dotyczy w istocie tylko stacji, którą zakładali Mariusz Walter i Jan Wejchert. Zmiana miałaby następstwa dla wielu mediów, także publicznych. Nie jest to wcale sprawa „wolności mediów” i „wolności słowa”, jak o przypadku TVN mówią politycy opozycji i sprzyjające im media. Żółto-niebieska stacja nie jest wcale „represjonowana przez reżim PiS”, co od wielu miesięcy wmawia się Polakom i środowisku dziennikarskiemu w Europie i na świecie. Ale to już wiadomo.

 

Proponowane przez prawicę zmiany w ustawie dotyczą także przywrócenia części kompetencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i trybu jej wyboru. To są zmiany w ramach zapowiadanej od dawna reformy medialnej. Projekt w art. 7 ust. 1 przewiduje:

 

„Członków Krajowej Rady powołuje Prezydent RP za zgodą Sejmu i Senatu na wniosek Marszałka Sejmu albo grupy 35 posłów.”; zaś w ust. 4 czytamy: „Senat podejmuje uchwałę w sprawie wyrażenia zgody na powołanie członków Krajowej Rady w ciągu miesiąca od dnia przekazania Senatowi uchwały Sejmu (…). Niepodjęcie uchwały przez Senat w ciągu miesiąca oznacza wyrażenie zgody”.; w ust 5, 6 i 7 art. 7 projektu nowelizacji ustawy napisano:, „Jeżeli Senat odmawia wyrażenia zgody na powołanie członków Krajowej Rady, Sejm proponuje na stanowisko członka Krajowej Rady inną osobę.”; „Prezydent RP powołuje członków Krajowej Rady wyłonionych (…) w ciągu miesiąca od uchwały Senatu o wyrażeniu zgody na powołanie członków Krajowej Rady”; a „dotychczasowy członek Krajowej Rady pełni swoje obowiązki do czasu objęcia stanowiska przez nowego członka Krajowej Rady.”

 

Zatem, to prezydent jest największym beneficjentem tej części zawetowanej przez siebie nowelizacji. Tym bardziej, że teraz wskazywał, co prawda bezpośrednio, ale tylko dwóch członków KRRiT. Po co więc zawetował korzystne dla siebie rozwiązania? W nowelizacji dotyczącej samego funkcjonowania Krajowej Rady jest, z punktu widzenia czystej polityki, ważniejszy zapis.

 

„W art. 27 ust. 3 otrzymuje brzmienie: Członków zarządu, w tym prezesa zarządu, powołuje i odwołuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.” Chodzi o to, że poprzednio obowiązywał, a po wecie nadal obowiązuje przepis o powoływaniu władz publicznych mediów przez utworzoną latem 2016 roku Radę Mediów Narodowych, a nie, jak wcześniej, tylko przez KRRiT.

 

Z punktu widzenia polityki obozu Zjednoczonej Prawicy, teoretycznie, różnica proponowana w tym zapisie nie ma żadnego znaczenia. Przecież członkowie KRRiT byli rekomendowani właśnie przez większość sejmową PiS, w Senacie – w poprzedniej kadencji – też, a w obecnym składzie Rady Mediów Narodowych rządzący również mają większość. Po co zatem odrzucać nowelizację ustawy? Ktoś wymyśli pewnie sto spiskowych teorii, ale odpowiedź nasuwa się sama.

 

Może dla tych fragmentów przepisów z art. 35 ustawy? „Koncesja może być również udzielona osobie zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie członkowskim Europejskiego Obszaru Gospodarczego” – głosi odrzucona wersja nowelizacji: „pod warunkiem, że osoba taka nie jest zależna, w rozumieniu Kodeksu spółek handlowych, od osoby zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie niebędącym państwem członkowskim Europejskiego Obszaru Gospodarczego.”

 

I tutaj już chodzi o politykę międzynarodową. O współdziałanie w ramach naszych sojuszy ze Stanami Zjednoczonymi. I o współdziałanie z USA innych państw UE. A wiadomo, że Amerykanie szybciej nawodnią obszary pustynne w Newadzie, niż wypuszczą z rąk jakikolwiek biznes w Europie, tym bardziej biznes medialny. Po prostu amerykańscy udziałowcy spółki Discovery kontrolującej TVN chcą coraz większych pieniędzy, jakie pojawiają się w biznesie medialnym w naszej części Europy, choć na pewno nie mają w nosie profilu politycznego stacji. Dla tej amerykańskiej korporacji jej media mają być liberalne, czyli, przekładając to na język europejskiej polityki, lewackie. I taka jest telewizja TVN.

 

Z USA łączą nas interesy, ale i doktryna obronna, czyli też interesy. Tylko większe. Nie ma się, co zatem dziwić, że prezydent odrzucił projekt, który zakładał, choćby hipotetyczne, straty amerykańskiego koncernu medialnego w Europie. Koncernu sprzedającego przecież amerykańskie produkty medialne na całym obszarze Starego Kontynentu.

 

W obliczu kryzysu białoruskiego, za którym stoi Kreml i bardzo prawdopodobnej rosyjskiej agresji na Ukrainę, istnienie TVN w zamian za bezpieczeństwo Polski, a może i UE, to niezbyt wygórowana cena, nawet, jeżeli teraz brzmi to niedorzecznie. Czy stąd wzięła się propozycja nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji?

 

Wszyscy chyba znamy dowcip o biedaku narzekającym na małe mieszkanie, któremu doradzono, aby przyjął pod swój dach jeszcze kozę. Bo jakież to będzie jego szczęście i o ile większe wyda się pomieszczenie, jeśli po kilku miesiącach ów biedak sprzeda zwierzę.

 

To ma sens także w przypadku nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Sztucznie być może stworzono mechanizm wywołujący żółto-niebieski terror społeczny i naciski podobne do dawnych narzędzi tortur. Przesunięcie dźwigni powoduje wycie nieszczęśnika, który cieszy się sympatią części bardziej opozycyjnej gawiedzi. Ułaskawienie „skazanego” powoduje ukłon władcy wobec dużej liczby poddanych, ale też wzbudza szacunek sąsiadów, bo przecież „torturowany”, jest znany w różnych krajach i tam też ma swoje wpływy.

 

„Ułaskawienie” TVN przez prezydenta spowoduje wyrzucenie przysłowiowej kozy, czyli zakończenie sporu z Amerykanami o ich spółkę i o wielkie pieniądze. Do następnego kryzysu opozycja poczuje ulgę i zacznie głupio się chwalić, że zmusiła prezydenta Andrzeja Dudę do ustępstw. Relacje Polska – USA poprawią się, bo nawet mało przychylna obecnie rządzącym administracja prezydenta Joe Bidena wreszcie przestanie się zastanawiać, czy jest jeszcze w NATO i czy powinna wspierać Polskę, jako państwo graniczne sojuszu. A musi, bo i spore kręgi amerykańskich elit oraz ich akolici z UE oraz Wielkiej Brytanii żądają od Bidena radykalnych działań wobec Rosji i pomocy dla naszego kraju. Tym bardziej, że świat po pandemii będzie bardziej podatny na wybuch konfliktu zbrojnego, a przecież mistrzem w prokurowaniu fałszywych powodów wojen jest prezydent Rosji Władimir Putin.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tej historii, nikt przy „załatwieniu sprawy” TVN nie będzie się zastanawiał, co z kolejnymi zapisami nowelizacji medialnej. Na przykład tymi o trybie wyboru i kompetencjach KRRiT.

 

Politycznie to majstersztyk PiS i prezydenta. Opozycja już ekstatycznie krzyczy z radości, że Andrzej Duda znowu jest skłócony z Jarosławem Kaczyńskim.

 

A co to zmieni w polskich mediach? Zobaczymy. Oby tylko Amerykanie nie okazali się zbyt pazerni na pieniądze z polskiego rynku i nie zaczęli przejmować innych koncernów telewizyjnych. A są w Polsce takie media komercyjne, których właściciele chcieliby przejęcia przez firmę z USA, bo – ich zdaniem – mogliby wówczas bezkarnie kłamać i manipulować działając na korzyść opozycji. Nabijając przy okazji sobie portfele i – niestety – jak w przypadku TVN nabijając w butelkę Odbiorców.

 

KS. ARTUR STOPKA: Między Norwidem a BanBye.pl

Próby tworzenia alternatyw dla YouTube czy Facebooka nie powinny zaskakiwać. Nie ma w tym nic dziwnego, że niezadowoleni z funkcjonowania jakiejś firmy czy źródła usług, postanawiają sami stworzyć przedsięwzięcie spełniające ich potrzeby i oczekiwania. Problem jednak w tym, jakie są ich faktyczne intencje.

 

Kto nigdy nie prowadził w internecie przedsięwzięcia umożliwiającego użytkownikom umieszczanie własnych treści (choćby najprostszego forum czy nawet  zwykłego serwisu/bloga z możliwością komentowania zawartych w nim materiałów), może nie zdawać sobie sprawy, jakie pułapki czyhają w tego typu działalności.

 

Może też nie mieć świadomości, że istnieje ogromna różnica między wolnością słowa a wolnością upowszechnienia tego, co komuś akurat przyjdzie do głowy. A co najważniejsze, może nie zdawać sobie sprawy, że wolność jako jedyna zasada, wokół której tego typu sieciowe dzieło jest konstruowane, rychło okazuje się daleko niewystarczająca. Bez prawdy i miłości staje się samowolą, która niejednokrotnie prowadzi do krzywdy.

 

Alternatywa dla giganta

 

Może nie wiedzieć jeszcze jednego: z udostępnianiem innym przestrzeni na ich przekaz i ułatwiających go narzędzi wiąże się odpowiedzialność. Nie tylko wobec stanowionego przez ludzi prawa. O wiele ważniejsza jest odpowiedzialność moralna.

 

Dlatego prawdopodobnie wielu nie ma pojęcia, przed jakimi wyzwaniami stoją twórcy otwartej w połowie grudnia polskiej platformy streamingowej pod adresem BanBye.pl. Według założeń ma ona być alternatywą dla YouTube, światowego giganta, który mnóstwo wysiłku wkłada w moderowanie zawartości swoich serwerów, wskutek czego pewien typ treści ma coraz mniejsze szanse, by się tam pojawić. Coraz intensywniej banowani twórcy usuwanych przez administratorów YT materiałów uważają takie praktyki za przejaw cenzury i dławienie wolności. Właśnie dla nich i dla ich odbiorców przeznaczony jest nowy serwis streamingowy. Mówiąc skrótowo, to miejsce dla tych, którzy nie odnajdują się w tzw. mainstreamie. Ani jako nadawcy, ani jako konsumenci kontentu.

 

YouTube, czyli…

 

Nie wiadomo, czy o wymiennych wyżej kwestiach myśleli Jawed Karim, Chad Hurley, Steve Chen, gdy w lutym 2005 roku zakładali serwis internetowy umożliwiający zupełnie im nieznanym ludziom bezpłatne umieszczanie materiałów wideo? Wiadomo, że globalny sukces zmusił jego właścicieli do wprowadzenia i stanowczego przestrzegania kolejnych zasad regulujących jego funkcjonowanie. Reguł dotyczących także upublicznianych w ich serwisie treści.

 

Wiadomo natomiast, że nazwali swoje przedsięwzięcie YouTube. Można tę nazwę tłumaczyć na wiele sposobów, ale najbardziej adekwatny wydaje się przekład „Ty nadajesz”. Na tym polega istota rzeczy w tego typu serwisach streamingowych. Ich założyciele mówią potencjalnym autorom filmów: „Dajemy ci możliwość kreowania własnego przekazu i dotarcia z nim do innych”. A oglądającym sygnalizują: „Możecie oglądać treści, których być może nigdzie indziej nie znajdziecie”.

 

Szatniarz nie odpowiada?

 

Nie można jednak zapominać, że każdy, kto zechce z tej możliwości skorzystać, robi to, mówiąc obrazowo, „na ich podwórku”. Użytkownik dodający jakieś materiały nie staje się gospodarzem, który za udostępniane treści ponosi wyłączną odpowiedzialność. Ponosi ją również dysponent serwisu. Umożliwia przecież rozprzestrzenianie przekazu. Ma go na swoich serwerach. Pozwala, by miały do niego dostęp miliony internautów. Nie może naśladować szatniarzy z filmu „Miś”, którzy umieścili tabliczkę „Za garderobę i rzeczy pozostawione w szatni szatniarz nie odpowiada”.

 

Nazwa nowego polskiego serwisu streamingowego niesie zupełnie inny komunikat, niż nazwa światowego lidera w tej branży. Sugeruje, że użytkownik z powodu zamieszczanych treści nie zostanie „zbanowany”, nie będzie pozbawiony możliwości korzystania z proponowanej mu internetowej usługi, a materiały, które wrzuci na serwery, nigdy nie przestaną być dostępne dla odbiorców. Biorąc treść domeny całkowicie serio, można by się spodziewać, że nie spotka to nigdy i nikogo. Wystarczy jednak zajrzeć do regulaminu platformy, aby odkryć, że wielokrotnie jest w nim mowa o blokowaniu, a nawet usuwaniu zamieszczonych przez użytkowników treści. Co prawda „Administrator zobowiązuje się, że z własnej inicjatywy nie będzie usuwać, blokować, ograniczać widoczności treści umieszczanych przez Twórców”, ale od razu dodaje: „z zastrzeżeniem sytuacji szczególnych wynikających z Regulaminu”.

 

Zasady na podwórku

 

Nic w tym dziwnego. Byłoby całkowicie nieodpowiedzialne, gdyby właściciel nowego serwisu streamingowego puścił wszystko „na żywioł” i nie zagwarantował sobie możliwości moderowania dostarczanych przez użytkowników treści. Nawet największy miłośnik wolności, kierując się zdrowym rozsądkiem, nie pozwoli, aby wpuszczeni na jego podwórko ludzie nie przestrzegali żadnych zasad. Błyskawicznie straciłby kontrolę nad swoją własnością. Co więcej, mógłby zostać zmuszony do ponoszenia odpowiedzialności za wybryki i ekscesy użytkowników należącej do niego przestrzeni.

 

Pierwsi komentatorzy nowego sieciowego przedsięwzięcia na polskim gruncie wskazują, że w przeciwieństwie do Albicli, innej inicjatywy, pomyślanej jako „wolnościowa” alternatywa dla mainstreamowego Facebooka, BanBye.pl od strony technicznej nie budzi większych zastrzeżeń. Czy wobec tego można ją uznać za sukces? Na tego typu oceny jest jeszcze o wiele za wcześnie. Nie jest wykluczone, że wzorowane na spektakularnym globalnym dziele przedsięwzięcie osiągnie powodzenie.

 

Idea stojąca w tle

 

Warto jednak zastanowić się nad ideą stojącą w tle, zarówno BanBye.pl, jak i Albicli i podobnych inicjatyw również w innych miejscach na ziemskim globie. Ich twórcy odwołują się do wolności, oburzeni sposobem funkcjonowania największych światowych graczy. Twierdzą, że tworzą swe serwisy w obronie wolności słowa. Czy rzeczywiście?

 

Już Cyprian Kamil Norwid zwracał uwagę, że istnieje ogromna różnica między wolnością słowa i „wolnością mówienia”. Jego myśl kontynuował św. Jan Paweł II we wciąż mało znanej, a nabierającej z upływem czasu niebywałej aktualności, homilii wygłoszonej w Olsztynie 6 czerwca 1991 r. Papież Polak powiedział wprost, że wolność publicznego wyrażenia swoich poglądów jest wielkim dobrem społecznym, ale nie zapewnia ona wolności słowa.

 

Nie wystarczy samo mówienie

 

Nasz rodak na na Stolicy Piotrowej wyjaśnił, że niewiele daje wolność mówienia, jeśli wypowiadane słowo nie jest wolne. „Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych – dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami” – precyzował. Ostrzegał, że niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko. Mówił też, że nie wystarczy nawet samo mówienie prawdy. „Prawda zostaje poniżona także wówczas, gdy nie ma w niej miłości do niej samej i do człowieka” – podkreślał.

 

Analizując takie inicjatywy, jak BanBye.pl, trudno uciec od pytania, czy faktycznie chodzi w nich o wolność słowa, czy też tylko o wolność wypowiedzi i możliwość obecności pewnych treści w przestrzeni publicznej. Odpowiedź przyniesie przyszłość tego rodzaju dzieł. I nie chodzi w niej wcale o miarę popularności serwisu, liczbę użytkowników i skalę odniesionego komercyjnego sukcesu.

 

Fabryki śrubek – ŁUKASZ WARZECHA o związkach zawodowych w mediach

Nigdy, nawet w najtrudniejszych momentach dziennikarskiej kariery z punktu widzenia pracownika mediów, nie zapisałem się do związku zawodowego. Inna sprawa, że takich momentów zbyt wiele nie było. W zasadzie był tylko jeden – okres zmierzchu dziennika „Życie”, kiedy to na wypłatę przychodziło czekać po dwa miesiące albo więcej, a kierownictwo nieustannie mamiło, że to już za momencik, za chwileczkę. I tak aż do upadku gazety. O ile wiem, związek zawodowy, który tam wówczas powstał, i tak niczego nie wywalczył.

 

Moja niechęć do zapisania się do związku zawodowego miała kilka przyczyn. Pierwsza była ideowa: do związków zawodowych mam stosunek w najwyższym stopniu nieufny, w większości wypadków uważam, że bardziej szkodzą niż pomagają, a regulacje ustawowe sprawiają, że dla pracodawcy mogą być prawdziwym koszmarem. Jako liberał zapisanie się do związku zawodowego uznałbym za absolutną ostateczność. Prędzej chyba wstąpiłbym do Kościoła pastora Chojeckiego.

 

Po drugie – przez całe życie z pracodawcami, a właściwie zleceniodawcami łączą mnie relacje cywilnoprawne i uważam to za sytuację bardzo korzystną. Nigdy nie potrzebowałem etatu i nie było moim marzeniem podleganie kodeksowi pracy. Związki zawodowe zaś są przede wszystkim dla pracowników sensu stricto, a więc dla osób związanych z pracodawcą stosunkiem pracy. Jako współpracownik licznych mediów, ceniłem sobie swobodę, jaką daje taka sytuacja. Rozumiem jednak, że dla wielu nie byłoby to rozwiązanie komfortowe.

 

Po trzecie – nie wierzyłem w skuteczność związków zawodowych, ale przyznaję, że moje doświadczenie jest tutaj bardzo ograniczone. Czym innym jest projekt powołania związku zawodowego w niewielkiej redakcji, a czym innym w dużej firmie, która rządzi się regułami korporacyjnymi.

 

Stąd informacja o tym, że w TVN powstał pierwszy związek zawodowy, budzi we mnie bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony wiem, że wielkie korporacje medialne mają tendencję do tego, żeby redakcje, które im podlegają, traktować jak fabryki śrubek, podczas gdy media mają jednak swoją specyficzną naturę, którą należy szanować, żeby dobrze działały. Oczywiście trzeba tu znaleźć kompromis, bo właściciel ma przecież prawo oczekiwać, że dane medium będzie przynosić zyski.

 

Z drugiej strony związki zawodowe mają immanentną skłonność do wyszukiwania spraw, które wcale nie muszą być problematyczne, ale walcząc z którym będą uzasadniały swoje istnienie. Gdy w dodatku czytam, że związek zawodowy w TVN jest agendą Związkowej Alternatywy, kierowanej przez Piotra Szumlewicza, który jako dziennikarz dał się poznać jako fanatyczny wręcz lewicowiec, moja nieufność rośnie. Dla ludzi takich jak Szumlewicz walka z korporacjami może być sposobem na promocję samych siebie bardziej niż wynikać z potrzeby związkowców.

 

Załóżmy jednak, że rzeczywiście w firmie wielkości TVN, w Agorze, TVP czy Polsacie związki zawodowe mają jakiś sens. Choćby dlatego, że ułatwiają wyłonienie reprezentacji do rozmów z zarządami, podejmującymi często decyzje w oderwaniu od panujących „na dole realiów”. W mediach państwowych związki mogą mieć i to dodatkowe uzasadnienie, że pozwalają skuteczniej walczyć z naciskami politycznymi, a czasami pozwalają ochronić niepokornych pracowników przed zwolnieniem właśnie z przyczyn politycznych. Jednak w mniejszych mediach to już przerost formy nad treścią. Poza tym korporacyjne molochy medialne, jakkolwiek będą nadal istnieć i dominować swoimi pieniędzmi i siłą organizacji, nie są już jedynymi ważnymi aktorami. Druga strona medialnego świata to niezliczone dziennikarskie drobne inicjatywy, bazujące na całkowitej niezależności, pracy na własny rachunek, na kanałach internetowych, produkcji podcastów i podobnych technologiach. Tam związki zawodowe są kompletnie bez sensu. I nie powiem, żeby mnie to martwiło.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Liberalny stan wojenny”

W grudniu mamy bolesne rocznice, wśród nich najważniejszą. W 40 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce znowu słyszeliśmy w liberalnych i lewicowych mediach, że nie był on wcale taki zbrodniczy i zły, a wprowadzający go Jaruzelski to polski patriota. Szczęśliwie, coraz mniej Polaków – jak wynika z sondaży – „kupuje” te manipulacje medialne.

 

Przypominają się słowa płk Adama Mazguły sprzed kilku lat o „kulturalnym” stanie wojennym: „Oczywiście były tam jakieś bijatyki, jakieś ścieżki zdrowia, ale generalnie jednak dochowano jakiejś kultury w tym całym zdarzeniu” – mówił podczas protestu przeciwko zniesieniu przywilejów emerytalnych, związanych z pracą w aparacie represji PRL.

 

Kilkanaście dni temu w programie Anity Gargas „Magazyn śledczy” w TVP zobaczyliśmy, jak podobne rzeczy głosi… Adam Michnik. 20 lat temu Michnik przyszedł podchmielony do Jaruzelskiego i twierdził, że stan wojenny to „najbardziej liberalny zamach stanu w dziejach świata”. 40 ofiar – twierdził naczelny „Gazety Wyborczej”. 14 – skorygował Jaruzelski. Już sama licytacja była obrzydliwa. Tym bardziej, że miała miejsce dokładnie w rocznicę – w nocy z 12 na 13 grudnia 2001 roku. Chwilę wcześniej skończyła się przed willą towarzysza generała przy ul. Ikara na warszawskim Mokotowie uroczystość ofiary stanu wojennego upamiętniająca.

 

Wiemy tymczasem, że powstała po 1989 roku komisja Rokity ustaliła ok. 100 ofiar. Problem w tym, że komisja prac nie zakończyła, ale bez pomyłki możemy powiedzieć, że przy dalszych badaniach liczby wzrastałyby, a nie malały.

 

Dalej w swoim miłosnym uniesieniu Michnik nazwał Jaruzelskiego polskim patriotą. W programie „O co chodzi” w TVP Info spytałem dr Karola Nawrockiego, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej: Jeśli Jaruzelski jest patriotą, bohaterem, to kim są jego ofiary, ofiary stanu wojennego, ludzie Solidarności, górnicy zamordowani w kopalni „Wujek” – zdrajcami? Szef IPN przyznał, że przyjmując taką perspektywę, tak właśnie trzeba by powiedzieć.

 

Ale czy to wszystko powinno nas w ogóle dziwić? Czy to dziwne, że przy Okrągłym Stole spotykają się:

 

Wojciech Jaruzelski, który urodził się w patriotycznej, ziemiańskiej, religijnej rodzinie, a potem zdradził – został komunistą.

 

Adam Michnik, który urodził się w komunistycznej rodzinie i został rewizjonistą – chciał reformować komunizm.

 

Po materiale Anity Gargas Michnika broniła jego „Gazeta Wyborcza”, onet.pl. TVN 24. Te wszystkie lewicowo-liberalne media pomijały meritum rozmowy MichnikJaruzelski, przekierowując uwagę na temat poboczny: skąd autorka reportażu miała nagrania? Dziennikarze szczęśliwie mają prawo do ochrony źródeł informacji (o czym „oburzone” redakcje powinny wiedzieć). A skądinąd wiadomo, że nagrania miały trafić za Ocean, sprzedane za ciężkie z pewnością pieniądze do amerykańskiego Instytutu Hoovera, tylko na Okęciu przejęli je pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej.

 

Wzruszający był komentarz dziennikarza „GW” Wojciecha Czuchnowskiego, który w rozmowie z Wirtualną Polską stwierdził, że Michnik zawsze broni tych, którzy są aktualnie słabsi. Czyli w 2001 roku słaby był Jaruzelski? Czyżby? To klasyczne odwracanie pojęć: dobra i zła, bohatera i zdrajcy, ofiary i kata.

 

Prezydent Andrzej Duda w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL na Rakowieckiej przywrócił właściwą perspektywę: „w 40 rocznicę trzeba nie tylko mówić, ale krzyczeć, że Jaruzelski był zwykłym tchórzem i zdrajcą”. Znamienne, że odpowiedział na to były prezydent Bronisław Komorowski, który zganił obecną głowę państwa: „trzeba mieć trochę umiaru i kultury”, „nie wypada się dzisiaj ścigać na nienawiść”. Czyli powiedzenie prawdy to brak kultury? Czyli Komorowski popiera pogląd Michnika?

 

Lewicowo-liberalne media nie widzą też niczego nagannego w tym, że sędzia stanu wojennego Józef Iwulski, skazujący w owym czasie polskich niepodległościowców pod dyktando komunistycznych władz, nadal pracuje w Sądzie Najwyższym, a nawet jest prezesem Izby Pracy Ubezpieczeń Społecznych SN. Dzieje się tak, mimo iż na wniosek IPN, Izba Dyscyplinarna SN zawiesiła Iwulskiego. Miał być ścigany, a orzeka…

 

Ale niesmaku i żenady jeszcze nie dosyć. W stacji TVN ten, kto lubi „wolne media” mógł obejrzeć rozmowę dziennikarza Konrada Piaseckiego z… Jerzym Urbanem. Goebbels stanu wojennego opowiadał, że Jaruzelskiw razie radzieckiej interwencji palnie sobie w łeb”. Czyli to nie żadna junta wojskowa, żaden związek przestępczy o charakterze zbrojnym, tylko grono patriotów.

 

Jeszcze portal onet.pl., który stan wojenny uczcił tekstem pod tytułem: „Mówili o nim <<dyktator>>. W domu milczał i brał kieszonkowe od żony. Tajemnice rodziny Jaruzelskich”. Całej historii miłości Wojciecha do Barbary, wybaczą Państwo, nie będę przytaczał, tylko początek materiału: „Gdy się poznali, ona była artystką wojskowego zespołu pieśni i tańca, a on pułkownikiem. Choć przeżyli ze sobą ponad 50 lat, różnili się jak ogień i woda. <<Moi rodzice – trudno wyobrazić sobie parę, która by bardziej do siebie nie pasowała>> – kwituje Monika, jedyne dziecko Barbary i Wojciecha Jaruzelskich. Gdy generał wprowadził w Polsce stan wojenny, jego żona i córka musiały mierzyć się z łatką <<rodziny dyktatora… Barbara nie chciała być oceniana przez pryzmat działań męża. Monika z kolei próbowała łagodzić napiętą sytuację wśród rówieśników”. No i mamy prawdziwe ofiary stanu wojennego. Co tam jacyś zabici górnicy, co tam zamordowani księża.

 

W tym roku „Gazeta Wyborcza”, TVN 24 i onet.pl przebiły „Trybunę”, czy „Przegląd”.

 

Ale to wszystko już było. W 2016 roku Jolanta Kwaśniewska powiedziała w wywiadzie dla Wirtualnej Polski o stanie wojennym: „To był dla wszystkich Polaków, ale także dla nas, bardzo trudny czas. Nie pracowałam, mojemu mężowi zamknęli redakcję „ITD”, w której był redaktorem naczelnym, i zostaliśmy bez środków do życia. Mieszkaliśmy w 30-metrowej kawalerce. Mieliśmy płytki PCV i pusty dom z dwoma materacami na podłodze i sznurkiem, na którym wisiały nasze rzeczy. Reszta była w pudłach (…) Jak przyszedł stan wojenny, to nie wiedziałam nawet, co się dzieje u naszych rodziców. To było trudne i traumatyczne doświadczenie”. Powtórzmy: Co tam jacyś zabici górnicy, co tam zamordowani księża.

 

A co małżonek Aleksander Kwaśniewski mówił w 2014 roku nad grobem Jaruzelskiego (niestety na Powązkach Wojskowych)? Pamiętamy? „To patriota najwyższej próby. Wybrał mniejsze zło, chroniąc nas przed obcą interwencją albo domową bratobójczą wojną”.

 

Na koniec coś bardziej współczesnego. Henryka Krzywonos, w czasach PRL motornicza z Gdańska, która niedawno zapisała się do Platformy Obywatelskiej, wyznaje „Wprost”: „Od stanu wyjątkowego do stanu wojennego jest tylko jeden krok. To już zaczyna się dziać”.

 

Ale skoro stan wojenny był złem tylko mniejszym, „zdarzeniem kulturalnym”, „zamachem stanu najbardziej liberalnym”, to przecież nie mamy się czego obawiać.

 

Wracając do sondaży. 47 proc. badanych źle ocenia decyzję o wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego w Polsce; dobrze ocenia ją 27 proc. respondentów – wynika z opublikowanego 12 grudnia 2021 roku sondażu Social Changes dla portalu wPolityce. W przypadku Jaruzelskiego drugi sondaż pokazał 43 proc. ocen złych do 26 proc. dobrych. I tak trzymać!

 

Tadeusz Płużański

WALDEMAR ŚLIWCZYŃSKI: Cięcie kosztów

Także w gazetach lokalnych kiedyś było lepiej, zwłaszcza finansowo. Ile się zarabiało? U mnie, czyli w „Wiadomościach Wrzesińskich”, jakieś dziesięć lat temu dziennikarze zarabiali nieźle, oczywiście ci najlepsi, czyli najwydajniejsi. Na rękę wyciągali 4-5, a zdarzało się i 6 tysięcy, co jak na gazetę lokalną było dużo. Dodam, że w najlepszych latach „WW” w 75-tysięcznym powiecie wrzesińskim, gdzie się ukazują od 1990, miały nakład 11.650 egzemplarzy, przy sprzedaży około 10.500 tygodniowo. Mój tygodnik trafiał do prawie każdego mieszkania i był obowiązkowym zakupem w każdy piątek.

 

Mieliśmy też wysokie wpływy z ogłoszeń drobnych i reklam, głównie lokalnych przedsiębiorstw. Uśredniając te wpływy, bo występowała tu sezonowość – w lipcu i sierpniu oraz w styczniu było nieco mniej – miesięczny utarg biura ogłoszeń to około 140 tysięcy netto. Specyfiką rynku wrzesińskiego było to, że klienci sami przychodzili do nas, pracownicy biura ogłoszeń nie musieli latać po mieście i namawiać do dania reklamy, nie byliśmy nachalni, co klientom bardzo się podobało, bo mieli już dość różnych akwizytorów z „najlepszymi na rynku ofertami”. W związku z tym pracownicy biura nie byli tymi, którzy zarabiali najwięcej.

 

Ile wówczas zarabiałem ja, jako jedyny właściciel gazety? Szczerze mówiąc, a ja zawsze mówię szczerze – nie wiem. Dużo. W porywach kilkadziesiąt tysięcy złotych. Miesięcznie. Precyzyjne obliczenie mojego zarobku, a właściwie zysku, było trudne, ponieważ prowadziłem „jednoosobową działalność gospodarczą osoby fizycznej”, więc pieniądze firmowe i osobiste były w banku na jednym koncie. Poza tym, prawie wszystko, co zarobiłem na „Wiadomościach Wrzesińskich” inwestowałem w inne przedsięwzięcia biznesowe, które niestety nie przyniosły mi spodziewanych zysków. Studnią bez dna okazała się przede wszystkim drukarnia offsetowa, którą założyłem w 1993 roku. Szło dobrze tylko przez pierwsze lata, kiedy drukowaliśmy naszą gazetę oraz kilka innych tygodników lokalnych z okolicy. Potem, gdy niedaleko nas powstały drukarnie „Gazety Wyborczej”, „Głosu Wielkopolskiego”, „Gazety Poznańskiej” i „Rzeczypospolitej”, przestało się opłacać drukowanie niskonakładowych gazet lokalnych w drukarni arkuszowej. Duże przedsiębiorstwa poligraficzne spostrzegły, że swoje tytuły to one drukują zaledwie przez kilka godzin, a przecież doba ma 24 godziny, więc zaczęły zabiegać nawet o takich małych klientów jak my. W końcu sami przenieśliśmy się do jednej z nich. Drugą studnią bez dna okazał się również ogólnopolskie pismo artystyczne „Kwartalnik Fotografia”, które wydawałem w latach 2000-2013. Cały czas musiałem do niego dokładać, chociaż co roku wmawiałem sobie, że następny rok to już na pewno będzie nad kreską. Niestety, taki rok nie nadszedł i trzeba było tytuł zamknąć. Chociaż więc na gazecie lokalnej zarabiałem nieźle, to znaczną część tego zysku pochłaniały marzenia artystyczne, które aczkolwiek piękne, to okazały się być bardzo kosztowne…

 

Jak wygląda dzisiaj sytuacja finansowa w gazetach lokalnych? Od roku nie jestem już wydawcą „WW”, więc nie mam aktualnych danych, ale na podstawie rozmów z koleżankami i kolegami ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych (otrzymałem członkostwo honorowe SGL), a także z obserwacji rynku widzę, że dane sprzed dziesięciu lat, które podałem na początku tego tekstu, trzeba podzielić mniej więcej przez dwa. Mój tygodnik (dzisiaj ma nakład 5650 egz.) należał do tych większych, więc miał relatywnie łatwiej od mniejszych, więc i dzisiaj zapewne ma trochę lepszą sytuację. Spadki nakładów i wpływów reklamowych przyszły do gazet lokalnych z paroletnim opóźnieniem, ale też przyszły. Podobnie jak w dużych gazetach, prywatne tygodniki powiatowe też szukają swojego sposobu na dalsze trwanie, tną koszty, przede wszystkim ludzkie, szukając jednocześnie sposobów na zwiększenie wpływów „z internetu”. Póki co, nikt nie upadł, a do SGL przychodzą nowe tytuły.

Czy Polska jest republiką bananową? – opinie o „lex TVN”

Sejm RP w piątek przegłosował nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji. Zmiany w prawie potocznie nazywane są „lex TVN”. Nowe przepisy teraz czekają na podpis Prezydenta Andrzeja Dudy.

 

Teresa Bochwic, wiceprzewodnicząca KRRiT

 

Jeżeli przepisy tzw. lex TVN wejdą w życie, to uporządkują wątpliwości i system własnościowy zawarty w istniejącej ustawie, ale zburzony przez dodatkowy przepis, który pojawił się w 2004 r. Wolałabym, żeby program TVN nieco się zmienił, ale nikt spółce nie przeszkadza, aby tak ułożyć sprawy własnościowe, że program pozostanie zgodny z planami spółki. Chodzi jedynie o przeniesienie własności do Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Nie widzę podstaw do obaw, że po wejściu w życie nowych przepisów stacja TVN zostanie zlikwidowana. Nie wyobrażam sobie w jakim trybie mogłoby do tego dojść. Chyba, że w trybie rozmaitych kar, wezwań i odebrania koncesji. A na to się nie zanosi. Jeżeli chodzi o koncesję stacji TVN7, która wygasa w lutym, to jeżeli ustawa wejdzie w życie, zostanie ona automatycznie, zależnie od sytuacji, przedłużona o 6 czy 7 miesięcy. Po uporządkowaniu stanu własnościowego stacji zostanie udzielona nowa koncesja.

 

 

Marcin Wolski, publicysta, pisarz

 

Okaże się czy tzw. lex TVN wejdą w życie. Wszystko zależy od podpisu prezydenta. Dużo również zależy od działań TVN. Wystarczy sprzedać kilka akcji i zastosować sprawę deregulacji. To jest najprostsze rozwiązanie. Do zamknięcia stacji droga jest bardzo daleka.

Dla mnie sprawa Lex TVN jest drugorzędna. Ważniejszy jest cały pakiet spraw, które chce wprowadzić rząd, włącznie z reformą wymiaru sprawiedliwości. Wprowadzenie tych wszystkich rozwiązań jest uzależnione od determinacji rządu. Zobaczymy na ile zapowiedzi wprowadzenia tych rozwiązań to prężenie muskułów, a na ile chęć przeprowadzenia swoich zamiarów.

Lex TVN w żaden sposób nie zagraża wolności słowa. Nie chodzi o niszczenie wolnych mediów, o czym głośno krzyczą niektóre portale publikujące teksty w żałobnych ramkach. Przecież nic nie grozi telewizji Polsat. Jeżeli są nawet pewne zagrożenia, nic nie stoi na przeszkodzie, aby TVN częściowo zmienił status właścicielski. Przecież w przepisach jest wyraźnie powiedziane, że nie ma mowy o tym, żeby np. Orlen kupił TVN.

Bardziej boję się zagrożenia wolności słowa ze strony wielkich portali, które są w stanie zablokować konto prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Nie wszystko mi się podoba w aktualnej polityce informacyjnej, ale zgadzam się ze słowami jednego z braci Karnowskich, który powiedział, że jeżeli strona przeciwna narzuciła stan wojny, trudno się dziwić, że po stronie propaństwowej widać pewne zwarcie szeregów.

 

 

Jan Ordyński, wiceprezes Towarzystwa Dziennikarskiego

 

Konsekwencje wejścia w życie Lex TVN są negatywne. To przede wszystkim zamknięcie ostatniej stacji telewizyjnej niezależnej od władzy i przekazującej obywatelom prawdziwe informacje.

Władzy zależy na polsatyzacji TVN. Polsat jest obecnie bardzo ugrzeczniony w stosunku do władzy. Kaczyńskiemu zależy, żeby przynajmniej to samo osiągnąć z TVN. Chodzi o to, żeby nie było żadnej krytyki, żeby nie docierały do społeczeństwa informacje niewygodne dla władzy.

Dodałbym do tego jeszcze konsekwencje międzynarodowe. Jesteśmy już skonfliktowani z UE, Czechami, Białorusią, Rosją, ze wszystkimi, którzy nas otaczają. Teraz kropka nad i zostanie postawiona w stosunkach z obecną administracją Stanów Zjednoczonych. Nieodpowiedzialne działania Kaczyńskiego źle wróżą nie tylko stacji TVN, ale przede wszystkim Polsce.

 

 

Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz TVP

 

Powinny istnieć regulacje dotyczące wpływów zagranicznego kapitału na media krajowe. Takie rozwiązania prawne istnieją w wielu krajach zachodnich. Nie dziwi mnie, że podjęto taką próbę również w Polsce. Jeszcze nie wiemy co ostatecznie stanie się z tą ustawą. Prezydent nie wyraża jasnego stanowiska wobec przepisów.

Nie traktowałbym tego rozwiązania jako zamachu na jakiekolwiek media, ale próbę regulacji czegoś, co dawno powinno zostać uregulowane.

 

 

Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny portalu Salon24

 

Czyli ta awantura jest o to, że w Polsce ma być takie prawo właścicielskie w mediach jakie od dawna obowiązuje w Europie? Nie no, hańba! Tym Polakom to się w głowach miesza! Na to zgody nie ma i nie będzie!

Źródło: Twitter

 

 

 

 

 

Jacek Liziniewicz, dziennikarz tygodnika „Gazeta Polska”

 

Dobrze, że TVN24 zajęty jest sam sobą, bo inaczej podawałby za białoruskimi mediami informacje o tym, że żołnierze zakopują masowo migrantów.

Źródło: Twitter.

 

 

 

 

 

 

Grzegorz Kuczyński

 

Czyli jak zamkną TVN, to Biden wywali Polskę z NATO?

Źródło: Twitter

 

 

Joanna Lichocka, posłanka PiS, członkini Komisji Kultury i Środków Przekazu, była dziennikarka

 

Bezprecedensowy atak na polskie państwo i niedopuszczalne groźby wobec polskiego prezydenta. Ten biznes zdaje się sądzić, że Polska to jakaś republika bananowa. Nie, to jest państwo,w którym prawa trzeba przestrzegać a nie omijać. Praworządność – to sobie Panie i Panowie powtarzajcie.

Źródło: Twitter

 

 

 

Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”

 

Można ostrożnie powiedzieć, że tak jeszcze niedawno głoszona narracja opozycji „PiS stracił większość parlamentarną” nie znalazła dziś potwierdzenia. (…) Jakby tak Poloczkom pozwolić, to jeszcze będą chcieli, żeby sędziów im jak na Zachodzie wybierali politycy, zamiast sami sędziowie się nawzajem w ramach wsobnej kasty!

Źródło: Twitter

 

 

 

Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka TVN

 

Jeśli nie będzie TVN to już o niczym Pan się nie dowie. Ale oczywiście w rządowej telewizji pełne spectrum tematów prawda? Słyszę, że sporo o podwyżkach gazu, inflacji i drożyźnie. Powodzenia.

Źródło: Twitter

 

 

 

 

Dawid Wildstein, dziennikarz TVP i tygodnika „Gazeta Polska”

 

Czytam reakcje na lexTVN i jestem trochę zdziwiony. Oni wprost mówią, że są własnością USA, że w ten sposób odbieramy możliwości wpływu im na naszą politykę. Że są narzędziem Stanów, więc nie wolno podskakiwać, bo się Waszyngton obrazi. Dość specyficzna i lokajska ta retoryka

W ten straszny dzień, w którym demokracja upadła 43256 raz. Chcę wszystkim przypomnieć słowa Mędrca, samego Węglarczyka. Polacy! Opamiętajcie się! Może są w UE państwa, które mają tego typu regulacje. Ale tam jest inny klimat i kulturę szanują. Trzeba znać swoje miejsce. Pojęli?

Źródło: Twitter

 

 

opr. Tomasz Plaskota

 

Czy edukacja będzie receptą na manipulację? – analizuje ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI

Do opracowania działań z zakresu edukacji medialnej potrzebni są zarówno eksperci od innowacyjnych form edukacji, które trafią do młodych, jak i specjaliści z zakresu andragogiki, bo to właśnie osoby starsze często są najbardziej podatni na manipulację.

 

Kwestia edukacji medialnej od wielu, wielu lat znajduje się w orbicie zainteresowań kolejnych składów Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Przeważnie są to działania widoczne, ale epizodyczne. Jaki będzie ciąg dalszy obecnych starań? To dopiero czas pokaże. Na razie tempo jest imponujące. W połowie listopada przyjęta została wspólna deklaracja Krajowej Rady organów państwowych i instytucji publicznych o współdziałaniu na rzecz edukacji medialnej. Czytamy w niej między innymi:

 

Istniejące zagrożenia takie jak: dezinformacja, mowa nienawiści czy przejawy agresji w środowisku online, wymagają od instytucji państwa skoordynowanych działań w zakresie ochrony obywateli, w szczególności dzieci i młodzieży, a także w zakresie upowszechniania umiejętności świadomego korzystania z mediów”.[1]

 

Tydzień później odbyło się spotkanie z przedstawicielami mediów publicznych w celu włączenia ich w ten proces[2], a 30 listopada debata ze środowiskiem naukowym.[3]

 

Edukacja szkolna, czy edukacja seniorów?

 

Nastawienie na szczególną ochronę ludzi młodych jest naturalne, ale, na co zwracał ostatnio uwagę na łamach portalu sdp.pl Mirosław Usidus, to głównie starsi są podatni na manipulację.[4] Seniorzy (65+), którzy stanowią większość widzów TVN24 (63%)[5] i TVP Info (60%),[6] to przedstawiciele tego pokolenia, które staje się ofiarami oszustw metodą na: wnuczka, policjanta, prokuratora, pracownika banku… Działając w dobrej wierze, potrafią zapakować oszczędności życia w reklamówkę i wyrzucić przez okno, bo tak im polecił głos w słuchawce…[7] Mimo wszystko zaufanie do mediów spada, a kolejne straty na tym polu zapewne potwierdzi w styczniu Edelman Trust Barometr na 2022 rok.

 

Pewne jest również to, że jeśli potraktować kwestię poważnie i długofalowo, potrzebni będę w otoczeniu KRRiT zarówno eksperci od innowacyjnych form edukacji, które trafią do młodych, jak i eksperci z zakresu andragogiki, bo na tym polu jest wiele do nadrobienia.

 

Groźne następstwa lenistwa

 

Profesor socjologii Janina Kowalik z Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Kielcach zapytana o to, czy Internet sprawia, że łatwiej ulegamy manipulacji niż dawniej, czy może jest wprost przeciwnie, bo pozwala szybko dotrzeć do źródła i je zweryfikować, odpowiada:

 

Internet jest niezwykle skutecznym sposobem wywierania wpływu, a fakt, że sam w sobie znacząco ułatwia weryfikację informacji, niewiele zmienia i w niewielkim stopniu pomaga użytkownikom w analizie komunikatu, które mają wywołać jakąś postawę lub zachowanie. Powód? Nadawcy-manipulatorzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że odbiorcy będą podejmowali próby weryfikacji informacji, więc „piętrowo” niejako dobudowują odpowiedzi na potencjalne wątpliwości adresata komunikatu. Ta piętrowa manipulacja internetowa wykorzystuje zupełnie „analogowe” formy, jak reguła wzajemności, reguła konsekwencji, społeczne dowody słuszności, regułę podobieństwa, lubienia i sympatii czy autorytetu, czy wreszcie mechanizm budowania przekonania o wyjątkowości okazji, ograniczoności i niedostępności jakiegoś dobra. Jakby tego było mało, Internet posiada całkiem spory arsenał narzędzi dodatkowych związanych ze swoją specyfiką: emocjonalne nacechowanie słów eksponowanych w tytułach czy tzw. leadach, nierzadko zresztą same tytuły są jedną wielką manipulacją, kłamstwem, ale przyciągającym wzrok i zainteresowanie. W tym miejscu należałoby powiedzieć, że przecież użytkownik Internetu, który ma zdolność operowania komputerem i poszukiwania treści, ostatecznie mógłby zorientować się w tych mechanizmach i dać im odpór w swoich reakcjach. Dlaczego wielu z nas tego nie robi i stanowi żer dla manipulatorów? Przepraszam za to co powiem – z lenistwa. Fałszywa informacja jest podana niejako na tacy, a weryfikacja wymaga wysiłku  –  podsumowuje prof. Kowalik.

 

Wygląda więc na to, że sama nauka narzędzi i uczulenie na potencjalne zagrożenia to zbyt mało. Odbiorcom powinno się jeszcze chcieć. Jak to osiągnąć, gdy często sami dziennikarze nie są dość staranni w weryfikacji źródeł, mimo że to fundament ich edukacji? Profesor Olga Dąbrowska-Cendrowska z Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach w wywiadzie udzielonym portalowi sdp.pl zwróciła uwagę, że nawet studenci dziennikarstwa niechętnie korzystają z tradycyjnych mediów, zwłaszcza prasy drukowanej.[8] W uzupełnieniu dodaje, że manipulacje medialne stanowią przedmiot akademickich analiz:

 

Pokazujemy studentom, czego nie powinni robić. Na co też uważać w kontaktach np. z rzecznikami prasowymi. Rzadko trafimy na kłamstwo. Częściej na wypowiedzi, których celem jest bardziej ochrona wizerunku mocodawcy niż przekazanie rzetelnych informacji – zauważa prof. Olga Dąbrowska-Cendrowska.

 

Amerykański socjolog Erving Goffman wprowadził pojęcie manipulowania wrażeniami (impression management). Według tego badacza ludzie manipulują wrażeniami, jakie robią na innych; kontrolują je, decydując, co w danej sytuacji spotkania ukryć, a co ujawnić.[9] Żyjemy w świecie manipulacji i konia z rzędem temu, kto wie, co z tym zrobić?

 

Najpierw zachęcić a później ostrzec?

 

Skoro młodych ludzi najpierw należałoby skutecznie zachęcić do korzystania z mediów, a potem ich przed nimi ostrzec (sic!), a już dziś można stwierdzić, że są mniej podatni na manipulację w mediach (również społecznościowych) niż starsi, to czy jest sens podejmować tego typu działania edukacyjne?

 

Uważam, że tak – odpowiada dr Jacek Szkurłat z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. – Jak najbardziej potrzebne jest nauczanie i to tych najmłodszych, ponieważ to oni bardzo często i długo korzystają chociażby z portali społecznościowych, które jak skądinąd wiemy, mogą być źródłem niesprawdzonych i wręcz szkodliwych informacji. Ponadto, wykształcenie już od najmłodszych lat umiejętności racjonalnego korzystania ze wskazanych treści medialnych pozwoli na kształtowanie ich wizji świata nie tylko w sposób jednowymiarowy, uproszczony, ale także umożliwi dostrzeganie całej jego złożoności. Nie wyobrażam sobie, aby w tym procesie nie uczestniczyli rodzice – uzupełnia dr Szkurłat. – Ich znajomość zagrożeń płynących z niekontrolowanego dostępu do informacji, jak również umiejętność wykorzystywania zabezpieczeń, które dziś oferuje nam oprogramowanie komputerowe, mogą być absolutnie fundamentalne dla „filtrowania” treści docierających do najmłodszych.

 

Czy edukacja medialne powinna stanowić element edukacji szkolnej?

 

Uważam, że powinien to być element procesu edukacji. Zwłaszcza z uwagi na fakt, że dziś raczej ukierunkowywać się ona powinna na umiejętność korzystania z różnych źródeł, a nie wiedzę stricte encyklopedyczną. Wspomniana edukacja medialna jak najbardziej będzie się w to wpisywała. Warto dodać, iż np. na stadiach na kierunku Pedagogika Przedszkolna i Wczesnoszkolna jest przedmiot nowe technologie w edukacji. Jeśli zatem przyszły nauczyciel będzie miał wiedzę, z jakich narzędzi może korzystać, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby te wiadomości wzbogacić o to, jak z nich korzystać, a następnie przekazać to uczniom – wskazuje na możliwości dr Szkurłat.

 

Szkoła, media publiczne, uczelnie, czy warto zbudować szerszy front?

 

Dobrze byłoby, aby oprócz rodziców w niniejszy proces włączyć także organizacje pozarządowe i niezależne ośrodki, aby nie tylko podmioty/media publiczne brały w nim udział. To samo w sobie będzie bardzo cenne, bo także będzie pokazywało złożoność otaczającego nas świata – wskazuje kierunek dr Szkurłat.

 

Krótki zryw, czy długi dystans?

 

W 2002 roku w Targach Kielce odbyła się konferencja Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji poświęcona mediom jako przedmiotowi edukacji. Wzięli w niej udział przede wszystkim nauczyciele. Wcześniej KRRiT zorganizowała w Warszawie (18.10.2000 r.) konferencję naukową: Edukacja medialna. Potrzeba i wyzwanie przyszłości. Wówczas ukazał się też „Raport o stanie edukacji medialnej w Polsce”. Od tamtej pory minęły dwie dekady. Po drodze były inne szarże. Na przykład w 2015 roku wydana została pod patronatem Krajowej Rady i Polskiego Komitetu do spraw UNESCO praca zbiorowa „O potrzebie edukacji medialnej w Polsce” pod redakcją Michała FedorowiczaSławomira Ratajskiego. Prawie pół tysiąca stron wiedzy i przemyśleń.[10] W słowie wstępnym ówczesny przewodniczący KRRiT Jan Dworak podsumował dotychczasowe aktywności tego organu na niwie edukacji medialnej – interesujące i bezowocne. Trudno oprzeć się wrażeniu, że drepczemy w miejscu, nie wiedząc, w którą stronę iść, co naprawdę jest problemem i jak mu przeciwdziałać.

 

Jak wiele jest do zrobienia?

 

Za odpowiedź niech posłuży cytat z artykułu „Zwierzenia oszusta praktykującego” Jacka Fedorowicza:

 

„(…) w drzwiach jakiejś świetlicy z telewizorem stanęła para w średnim wieku. Obejrzeli mój „Dziennik” (program satyryczny, zamieszczający m.in. fałszywe rozmowy z politykami) bardzo uważnie. Cały, od początku do końca. Nie uśmiechnęli się ani razu. Kiedy pojawiły się napisy końcowe, on powiedział ze złością: no i nie podali pogody”…[11]

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.gov.pl/web/krrit/koordynacja-dzialan-z-zakresu-edukacji-medialnej-w-polsce—wspolna-deklaracja-krrit-oraz-organow-panstwowych-i-instytucji-publicznych – dostęp 15.12.2021 r.

[2] https://www.gov.pl/web/krrit/spotkanie-w-celu-zaangazowania-mediow-publicznych-w-dzialania-na-rzecz-edukacji-medialnej-w-polsce – dostęp 15.12.2021 r.

[3] https://www.gov.pl/web/krrit/edukacja-medialna–spotkanie-krrit-ze-srodowiskiem-naukowcow – dostęp 15.12.2021 r.

[4] https://sdp.pl/miroslaw-usidus-flirt-z-fejkiem/ – dostęp 15.12.2021 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/kto-oglada-tvn24-profil-widza – dostęp 15.12.2021 r.

[6] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvp-info-jak-odbierac-kto-oglada-profil-widza-emeryci – dostęp 15.12.2021 r.

[7] https://kielce.tvp.pl/57464799/oszusci-wciaz-probuja-dwie-proby-wyludzenia-przez-falszywych-policjantow – dostęp 15.12.2021 r.

[8] https://sdp.pl/lans-przed-rzetelna-informacja-rozmowa-z-prof-olga-dabrowska-cendrowska/ – dostęp 15.12.2021 r.

[9] A. Giddens, Socjologia, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, słownik, s. 725.

[10] O potrzebie edukacji medialnej w Polsce, pod red. M. Fedorowicz i S. Ratajski, Polski Komitet ds. UNESCO i KRRiT, Warszawa 2015

[11] J. Fedorowicz, Zwierzenia oszusta praktykującego, [w:] Edukacja medialna. Potrzeba i wyzwanie przyszłości. Materiały z konferencji naukowej, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, Warszawa, s. 29.

Słuchać, pogłębiać i opowiadać – ks. MARIUSZ FRUKACZ o papieskiej edukacji medialna

Podczas wręczenia odznaczeń dla dziennikarzy – watykanistów papież Franciszek wskazał na czasowniki: „ słuchać”, „pogłębiać” i „opowiadać”, które powinny cechować dobre dziennikarstwo. Warto zapytać, co zatem papież Franciszek wnosi nowego w nauczaniu dotyczącym środków społecznego przekazu?

 

Oczywiście, papież Franciszek obok własnych elementów nauczania kontynuuje przesłanie papieży: św. Pawła VI, św. Jana Pawła II i Benedykta XVI.

 

Św. Paweł VI – media w służbie cywilizacji

 

Pierwszym papieżem, który skierował specjalne orędzie do ludzi mediów był św. Paweł VI. W nauczaniu tego papieża znalazło się stwierdzenie, że środki społecznego przekazu są  ważnymi elementami cywilizacji. Papież w ten sposób dostrzegł media jako wyzwanie cywilizacyjne. Takie tematy jak: cywilizacja, postęp ludzkości, jedność, prawda, wychowanie młodego pokolenia, prawa i obowiązki człowieka, odpowiedzialność stanowiły ważne elementy edukacji medialnej zaproponowanej przez papieża Soboru Watykańskiego II. Wskazując na to, że media są  w służbie postępu ludzkości przestrzegał w orędziu z 1968 r.: „Nowa wizja całego świata, którą człowiek zdobywa dzięki środkom społecznego przekazu będzie mu jakby obcą i niepotrzebną, jeżeli nie będzie dla niego środkiem, który oświeci jego opinię, osąd – bez pychy lub kompleksu – o bogactwach i niedostatkach cywilizacji, w której on żyje, środkiem który pomoże mu dostrzec – bez zarozumiałości lub goryczy – bogactwa i niedostatki innych cywilizacji, środkiem, który mu pomoże z ufnością ująć w własne ręce swój własny los, i budować go w duchu przyjaznej współpracy wraz ze swymi braćmi, i dojść wreszcie do tego, że „nie istnieje prawdziwy humanizm jak ten który jest otwarty na Absolut”.

 

Papież ten wielokrotnie wskazywał, że dziennikarze w swojej misji powinni służyć jedności ludzkiej, prawdzie. Rola środków społecznego przekazu powinna również służyć umocnieniu i propagowaniu wartości duchowych. To właśnie ten temat jest również mocno obecny w nauczaniu papieża Franciszka.  Dla papieża św. Pawła VI w przekazie medialnym ważne miejsce zajmują rodzina i młodzież. „Któż nie zdaje sobie już teraz sprawy z palącej konieczności uczynienia ze środków masowego przekazu, ich emocjonalnego języka przemawiającego za pośrednictwem dźwięku i obrazu, barwy i ruchu – nowoczesnego instrumentu międzyludzkiej wymiany wartości, zdolnego zadośćuczynić oczekiwaniom młodzieży? Jakąż oszałamiającą szansą jest ta sprawa, gdy jest zdrowa, gdy organizm przygotowany jest na jej przyjęcie, jeśli może ją przyswoić, a nie zostać nią zatrutym! O tak, jest to z pewnością wspaniała możliwość otwierająca się przed młodzieżą: godziwa rozrywka, szeroka informacja, a dla niektórych – pragniemy to podkreślić w roku ogłoszonym przez Narody Zjednoczone rokiem oświaty i u progu „drugiej dekady rozwoju” – podstawowe wprowadzenie w świat słowa pisanego, dostęp do wyższych wartości kulturalnych, znajdowanie autentycznych wartości braterstwa, pokoju, sprawiedliwości, wspólnego dobra” – pisał w 1970 r.

 

Św. Jan Paweł II – troska o godność człowieka

 

Tematy, na które bardzo często  zwracał uwagę św. Jan Paweł II w swoich przesłaniach i przemówieniach do dziennikarzy to:  obrona rodziny, troska o starszych, rola kobiety w społeczeństwie, młodzież, prawda, solidarność, odpowiedzialność.

 

Św. Jan Paweł II nowoczesne środki komunikacji i media włączył w dzieło ewangelizacji. „Kolumny gazet, mikrofony radiowe i telewizyjne kamery są amboną, z której współczesne społeczeństwo czerpie wiele dla swych moralnych i duchowych postaw” –mówił w przemówieniu do Papieskiej Komisji Środków Społecznego Przekazu w dniu 27 lutego 1986 r. Spośród bardzo ważnych elementów edukacji medialnej św. Jana Pawła II było kształtowanie opinii publicznej. „Media mają, jak podkreślał, „ogromne znaczenie wytwarzania moralnie zdrowej opinii publicznej w sprawach, które najściślej wiążą się z dobrem ludzkości naszych czasów. Należą doń wartość ludzkiego życia, rodziny, pokoju, sprawiedliwości i solidarności między narodami. Należy koniecznie budzić wrażliwość opinii publicznej na absolutną wartość ludzkiego życia, które winno być w pełni uznawane we wszystkich swoich stadiach, od chwili poczęcia aż do śmierci, i we wszystkich swoich formach, również wtedy, gdy jest naznaczone chorobą lub jakąkolwiek ułomnością fizyczną czy duchową. Coraz bardziej szerzy się bowiem mentalność materialistyczna i hedonistyczna, według której życie tylko wtedy zasługuje na ochronę, gdy odznacza się zdrowiem, młodością i pięknem” – zauważył papież w 1986 r.

 

Pontyfikat papieża z Polski wszedł w epokę globalnej komunikacji. Dlatego nowe technologie stwarzały dla papieża nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Jego pontyfikat był świadkiem szybkiego rozwoju cyberprzestrzeni i kontynentu cyfrowego. W swoich  orędziach pisał o misji Kościoła w erze komputerów, Ewangelii w epoce globalnej komunikacji, a internet uważał za nowe forum głoszenia Ewangelii. Podobnie tę sprawę spostrzega papież Franciszek.

 

Benedykt XVI – teologia „kontynentu cyfrowego”

 

Pierwszym papieżem, który napisał o istnieniu „kontynentu cyfrowego” jest Benedykt XVI. „Rozwój nowych technologii i, ogólnie, cały świat cyfrowy stanowią wielkie bogactwo dla wszystkich ludzi razem oraz dla człowieka jako bytu indywidualnego, a także są bodźcem do spotkania i dialogu” – napisał Benedykt XVI.

 

Papież zaznaczył, że jest konieczność mówienia ludziom o Bogu, posługując się nowymi językami cyfrowymi. Ważne w tym względzie jest przemówienie Benedykta XVI z okazji zgromadzenia plenarnego Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, z dania 28 lutego 2011 r.: „Nowe technologie nie tylko zmieniają sposób przekazywania informacji, ale powodują wielkie przemiany w kulturze. Powstaje nowy sposób uczenia się i myślenia, dający niewyobrażalne dotąd możliwości nawiązywania stosunków i budowania wspólnoty” – mówił papież.

 

Nowe języki, które rodzą się w świecie komunikacji cyfrowej, m.in. rozwijają bardziej zdolności rozumowania w sposób intuicyjny i emocjonalny niż analityczny, wskazują inny sposób logicznego organizowania myśli i inne podejście do rzeczywistości, większy nacisk kładą na obraz i powiązania hipertekstowe. Tradycyjny wyraźny podział na język pisany i mówiony wydaje się zanikać, powstaje bowiem rodzaj przekazu pisanego, który w swej bezpośredniej formie odwzorowuje język mówiony. Typowe mechanizmy «sieci społecznościowych» sprawiają, że osoby muszą angażować się w to, co przekazują. W momencie, kiedy osoby wymieniają informacje, mówią też o sobie i swojej wizji świata – stają się «świadkami» tego, co nadaje sens ich egzystencji” – kontynuował i wskazał, że „wiążące się z tym zagrożenia są niewątpliwie dla wszystkich jasne: zubożenie życia wewnętrznego, przeżywanie związków w sposób powierzchowny, ucieczka w świat uczuć, zdominowanie pragnienia prawdy przez bardziej przekonujące opinie. Jednakże są one następstwem nieumiejętności pojmowania w sposób pełny i autentyczny sensu innowacji. Dlatego właśnie refleksja nad językami, które stworzyły nowe technologie, jest rzeczą pilną. Punktem wyjścia jest tu samo Objawienie, które świadczy o tym, że Bóg przekazywał swoje wspaniałości właśnie za pośrednictwem języka i realnych doświadczeń człowieka, «odpowiednio do kultury właściwej różnym okresom» (Gaudium et spes, 58), aż do pełnego ukazania się we wcielonym Synu. Wiara zawsze przenika, wzbogaca, uwzniośla i ożywia kulturę, a ta z kolei staje się nośnikiem wiary, której dostarcza języka, by mogła rozwijać swoją myśl i się wyrażać. Konieczne jest zatem uważne wsłuchiwanie się w języki ludzi naszych czasów, by uwrażliwić się na działanie Boga w świecie”.

 

Zdanie Benedykta XVIświat przekazu obejmuje całą rzeczywistość kulturową, społeczną i duchową osoby. Jeśli nowe języki wywierają wpływ na sposób myślenia i życia, dotyczy to w pewien sposób również świata wiary, jej rozumienia i wyrażania. Teologia, zgodnie z klasyczną definicją, jest rozumieniem wiary, a dobrze wiemy, że rozumieniu, pojmowanemu jako przemyślane i krytyczne poznanie, nie są obce zmiany zachodzące w kulturze. Kultura cyfrowa jest źródłem nowych wyzwań dla naszej zdolności używania i słuchania symbolicznego języka, który mówi o transcendencji. Jezus potrafił w głoszeniu królestwa wykorzystać elementy kultury i środowiska swojej epoki: obrazy trzody, pól uprawnych, uczty, nasion itd. Dziś wezwani jesteśmy do odkrywania również w kulturze cyfrowej symboli i metafor, które są dla ludzi znaczące i mogą pomóc w mówieniu współczesnemu człowiekowi o królestwie Bożym”. (zob. TUTAJ).

 

 

Już papież św. Paweł VI wskazywał kierunek tej refleksji, gdy mówił  o pierwszych projektach automatyzacji językowej analizy tekstu biblijnego. „Czyż ten wysiłek nadania narzędziom mechanicznym swoistej funkcji duchowej, który przez swą użyteczność zostaje uszlachetniony i uwznioślony, nie ociera się o sacrum? Czy to duch został uwięziony przez materię, czy może materia, ujarzmiona i zmuszona do posłuszeństwa wobec praw ducha, składa temu duchowi wielki hołd?”  – mówił w przemówieniu w Ośrodku Automatyzacji Aloisianum w Gallarate, 19 czerwca 1964 r.

 

 

Wkład Benedykta XVI w teologię środków społecznego przekazu jest ogromny, zwłaszcza, że dzisiaj wielu młodych ludzi to „pokolenie online”, z którym trzeba podjąć dialog.  Portale społecznościowe to ogromna szansa i zadanie dla ludzi Kościoła, aby w tym miejscu przekazać Ewangelię i wartości płynące z Dobrej Nowiny. Oczywiście, że na pierwszym miejscu ma być osobiste spotkanie z człowiekiem i własne świadectwo, ale w dziele ewangelizacji nie można zaniedbać takich narzędzi jak Internet, a zwłaszcza portale i serwisy społecznościowe.

 

 

Franciszek – opowiedzieć swoją historię

 

Papież Franciszek w swoich orędziach i przemówieniach do dziennikarzy porusz temat narracji w przekazie medialnym i przypomina, że „człowiek jest bytem opowiadającym” i że „jest nie tylko jedynym bytem, który potrzebuje ubrania, aby ukryć swoją nagość (por. Rdz 3, 21), ale pozostaje także jedynym, który potrzebuje wypowiedzenia siebie, „wyrażenia siebie” poprzez historie, aby utrwalić swoje życie. Nie tkamy jedynie ubrań, ale również historie”. Zdaniem papieża „nie chodzi o gonienie za logiką opowiadanych historii (storytelling) ani o robienie im czy sobie reklamy, ale o przypominanie o tym, kim jesteśmy w oczach Boga, oraz o świadczenie o tym, co Duch Święty pisze w sercach, o objawianie każdemu, że jego historia zawiera rzeczy wspaniałe”.

 

Kultura spotkania, dziennikarstwo pokoju i miłosierna komunikacja to najważniejsze elementy edukacji medialnej w nauczaniu papieża Franciszka. Edukacja medialna papieża Franciszka bardzo mocno koncentruje się na pojęciach: bliskości, spotkania i dialogu. Papież  zwraca uwagę ludziom odpowiedzialnym za przekaz i komunikację, że w dzisiejszym świecie media mają do odegrania ogromną rolę w tym, aby pomóc ludziom, by poczuli się bliżej siebie nawzajem. Równocześnie powinny budować jedność rodziny ludzkiej, pobudzać do solidarności i lepszego poważnego zaangażowania na rzecz bardziej godnego życia. „Dobra komunikacja pomaga nam być bliżej siebie oraz lepiej poznawać siebie nawzajem, w byciu bardziej zjednoczonymi. Dzielące nas mury można pokonać tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi, by słuchać siebie nawzajem i uczyć się jedni od drugich. Musimy godzić różnice poprzez formy dialogu pozwalające nam wzrastać w zrozumieniu i szacunku” – napisał papież Franciszek w swoim orędziu w 2014 r. „To nie technologia określa, czy komunikacja jest autentyczna, czy też nie, ale serce człowieka i jego zdolność do dobrego wykorzystania środków, jakimi dysponuje” – napisał w jednym z orędzi do ludzi mediów.

 

W edukacji medialnej papieża Franciszka bardzo często pojawia się pojęcie wspólnoty – zwłaszcza w kontekście najnowszych technologii i świata cyfrowego. Papież w 2019 r. przypomniał ludziom mediów, że „wspólnota jest o tyle silniejsza, o ile jest bardziej spójna i solidarna, ożywiana uczuciami zaufania i dążąca do wspólnych celów. Wspólnota jako sieć solidarna wymaga wzajemnego słuchania i dialogu opartego na odpowiedzialnym używaniu języka”.

 

Papież Franciszek zwracając uwagę na pojęcia: kultura spotkanie, miłosierna komunikacja i dziennikarstwo pokoju, słuchanie, narracja, niewątpliwie wnosi coś nowego do współczesnej edukacji medialnej. Oczywiście w pewien sposób dopełniając nauczanie swoich poprzedników.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

 

Zakręty życiowe – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o przekraczaniu granic między dziennikarstwem i literaturą

Jest to zwykle droga jednokierunkowa. Kiedy dziennikarz pisze książkę,  potem z rzadka wraca jedynie do pisania artykułów i broadcasterki (radio i telewizja). Zwykle publikuje następną książkę, i kolejną.  Z tej ścieżki raczej nie ma odwrotu.

 

Kiedy ja przekroczyłam granicę między dziennikarstwem a pisarstwem? Dawno, bo w 1986 roku, kiedy nakładem Wydawnictwa Ministerstwa Kultury wydałam dwie publikacje, zbiory szkiców? esejów filmowych? „Sladami Bunuela” i „Opowieści kina metyskiego”. Były to pierwsze na polskim rynku wydawniczym książki opowiadające o historii kinematografii hiszpańskiej oraz latynoamerykańskich.  O ile wiem, do dziś są na ten temat jedynym żródłem  informacji.

 

Gdyby się uprzeć, by jakoś określić, skategoryzować moje książki w kilku słowach, na myśl przychodzi  mi określenie:  pionierskie.  Wszystkie one dotykają tematów dotąd w naszym piśmiennictwie nie opisanych – kinematografie hiszpańska i latynoamerykańska, potem najnowsza brytyjska, a następnie – tamtejsza demokracja, jej historia oraz zalety.  I jak się przekłada na życie państwa, społeczeństwa, parlamentu, organizacji pozarządowych i mediów. Tyle, że o ile w przedostatniej książce „Róg Piccadilly i Nowego Swiatu” zachwalałam demokrację i namawiałam Polaków, aby się o nią upominali, a polskie władze, aby po nią sięgnęli – o tyle w ostatniej „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości” pokazuję „dowody zbrodni”, czyli jak Zachód swoje najważniejsze osiągnięcie, jakim jest ustrój demokratyczny,  niszczy i dewastuje.

 

Cecha druga:  moja publicystyka, prasowa i książkowa, to odzwierciedlenie czy raczej odpowiedź na wiraże i zakręty moich losów. Dyktowało ją, i nadal dyktuje „samo życie”.  Najpierw zainteresowanie filmem, a więc dyplom z filmoznawstwa, potem trzydzieści lat  w zawodzie krytyka, pisywanie dla tygodników „Film”, „Ekran” oraz miesięcznika „Kino”. Jednak w międzyczasie pojawiła się fascynująca, enigmatyczna, symboliczna „hiszpańska filmowa fala” i, jakoś równolegle,  latynoski „realizm magiczny”.  Fascynacja obrazami starego mistrza Bunuela i młodych SauryCaminoPatino, oraz książkami Marqueza, Fuentesa, Borgesa, Lezamy Limy. Nauczyłam się – kursy, potem lekcje prywatne – języka hiszpańskiego, i moje redakcje zaczęły wysyłać mnie, już jako specjalistę, na festiwale filmowe do Hiszpanii i Portugalii. Potem stypendium dokumentacyjne do książki z naszego Ministerstwa Kultury do Madrytu – i  tak powstały moje dwie pierwsze publikacje, serie szkiców, obrazujących, historię kina hiszpańskiego i większych kinematografii latynoamerykańskich. Powstały z moich jakby obocznych, pozazawodowych pasji i fascynacji.

 

Następny zakręt życiowy,  to festiwal filmowy w Troi, Portugalia, gdzie poznałam brytyjskiego dziennikarza, Petera Avisa z „Observera”. Małżeństwo, wyjazd na stałe do Londynu, przez 26 lat praca polskiej korespondentki w Wielkiej Brytanii, zajmującej się wszystkimi aspektami życia kraju, od polityki do kina. A był to rok 1990,  i, po mizernej diecie tematów zagranicznych w okresie komuny, korespondenci zaczynali być w cenie. Wprawdzie Zjednoczone Królestwo to tylko skok przez kanał La Manche, zwany przez Brytyjczyków English Channel, okazało się, że to obszar mało znany i opisany. Także tamtejsze kino – przedtem, o ile wiem, pojawiła się tylko książka  Andrzeja Kołodyńskiego pt.”100 filmów brytyjskich”, ale została doprowadzona do 1975 roku. A więc recenzje filmów, zawsze z backgroundem politycznym, socjologicznym i obyczajowym, bo czytelnika nie interesuje mdłe poetyzowanie, ale wyjaśnienia „jak?”,  „skąd?” i „dlaczego”? Już nie dla „Ekranu”, który zlikwidowano, lecz  dla „Filmu”, a potem świetnego, do niedawna najlepszego magazynu filmowego na polskim rynku, „Kino”. Wiele z tych recenzji złożyło się na wybór materiałów do książki pt. „Prosto z Piccadilly”, obrazujących  dekadę lat 90. kinematografii brytyjskiej. Pokazujący jak zawirowania polityczne – odejście thatcherystów, przeobrażanie się konserwatyzmu w „nowoczesny, współczujący konserwatyzm”, przejęcie władzy w 1997 roku przez labourzystów czyli socjalistów i Trzecia Droga Tony Blaira, zmieniły krajobraz i charakter wyspiarskiego kina. Koniec z „heritage cinema”, stylowych adaptacji literatury, z którego słynęło, początek społecznych dramatów z osiedli komunalnych, zaangażowanych politycznie po stronie lewicy, źle, po amatorsku zrobionych. To była pierwsza publikacja, która zasygnalizowała nam upadek standardów BBC, dziś „państwo w państwie”, i chorobę lewicowości brytyjskiego kina oraz jego establishmentu.  Odbrązawianie  mitów o  BBC, dawnym „wzorcu z Sevres” dziennikarstwa,  legendy o  potędze tej zasłużonej korporacji medialnej,  lewicy liberalnej brutalnie ingerującej w delikatną tkankę  filmów. O tym opowiadała książka „Prosto z Piccadilly” z 2001 roku.

 

Ale i ten etap – znowu zadecydowało samo życie  – zakończył się. Zawsze, a z pewnością od 1968 roku, kiedy wstąpiłam do niepodległościowej organizacji RUCH – potem była działalność w Solidarności – interesowała mnie polityka. Zawsze  stanowiła w mojej pracy korespondenckiej  znaczący wątek. Toteż od początku mojej pracy w Londynie, dostrzegłam, że Wielka Brytania jako państwo, funkcjonuje na zupełnie innych zasadach niż znane mi państwa, a na pewno Polska oraz byłe „demoludy”. I że tę różnicę powoduje  obecność, lub brak, demokracji. I  jej to właśnie – jak przekłada się na życie państwa, społeczeństwa, prace rządu i parlamentu, na media i życie codzienne obywatela – poświęciłam moją kolejną książkę, „Róg Piccadilly i Nowego Światu”. Większość komentarzy opowiadała o tym, dlaczego od 2500 lat, czyli od czasów Platona, który twierdził, że „rządy winni sprawować ludzie odważni, uczciwi”, nie wynaleziono lepszego sposobu organizacji państwa i społeczeństwa niż właśnie demokracja. Pisałam o konieczności istnienia  zasad moralnych  w polityce,  odpowiedzialności władzy przed obywatelem i „kodowi postępowania polityka”, aby wiedział jak winien się zachowywać, i co się z nim stanie, jeśli zboczy z kursu. Dziś duża część tych prawd czy też regulacji jest już u nas w obiegu publicznym, ale w latach 2007 – 15, który to okres obejmuje „Róg Piccadilly i Nowego Światu”, w Polsce była to wiedza nieznana, czy raczej  zapomniana. A więc znowu poruszanie tematów, których nie znaliśmy, bo przez 45 lat rządów komuny i kilkanaście nie wiadomo czego, trzymane były skrzętnie pod dywanem. Moje myślenie biegło szlakiem:  los dał mi szansę owe dobre zasady i regulacje poznać, więc ja miałam obowiązek się tą wiedzą z  moimi czytelnikami, podzielić. Aby rozrzut informacyjny był szerszy, pojawiałam się z  wykładami na ten temat, m.in. w Sejmie, w Uniwersytecie Warszawskim, w Klubach Gazety Polskiej, w klubach studenckich i szkołach. Dziś demokracja, to w Polsce – po bezpieczeństwie – wciąż  temat numer 2, tak w relacjach wewnętrznych, jak i z Unią Europejską. A regulacje są, tylko należy po nie sięgnąć. I o tym opowiadała moja przedostatnia książka ,”Róg Piccadilly i Nowego Swiatu”.

 

Ale znowu powiał  wiatr przemian. Widać wyraźnie, że rewolucja kontrkulturowa ‘68, ostatnimi laty najwyraźniej przyspieszyła. Ostatnie kilka lat przyniosło wiele dowodów na to, że Zachód z furią niszczy swoje własne osiągnięcia, stał się wrogiem wartości, które złożyły się na jego wielkość i tożsamość: grecka filozofia, rzymskie prawo i  etosu  chrześcijaństwa. Tempo zmian z galopu zmieniło się w kłus, i Europa – choć ten trend rozlewa się po całym świecie –  znalazła się  na kolejnym zakręcie cywilizacyjnym. I temu właśnie, ostatniemu etapowi systemowej wojny liberalnej lewicy z dotychczasowym porządkiem moralnym, społecznym i prawnym, poświęciłam ostatnią książkę z tytułem – kluczem „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości”. Jest o kryzysie moralnym Europy, o tym jak „czerwona sieć” coraz silniej oplata  wszystkie pola aktywności ludzkiej i państwowej. Jest szukanie odpowiedzi w którą stronę zmierza świat, jakie wartości zyskuje, a jakie gubi, te z Dekalogu czy te z zestawu z 1789 roku? I co z tego wynika? Znów opowiadam o ostatnich dylematach  cywilizacyjnych,  kulturowych i moralnych świata, sięgając po przykłady z terenu Europy, obu Ameryk, Afryki i Azji.  I znowu – publicystyka z serii „gdzie byłam, co widziałam i co z tego może wyniknąć?”, tym razem wydana przez oficynę Zysk i –Ska.

 

Oczywiście, nie zamierzam rezygnować z dziennikarstwa. To dla mnie  chleb powszedni, codzienna praca. Ale książka, to jednak co innego. Może rodzaj „sublimacji dziennikarstwa”? Sytuuje wybrany temat na wyższym poziomie? Ponadto artykuły bywają rozproszone w różnych pismach, często  publikowane na portalach, giną – a książki pozostają. „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości”, to wybór publicystyki z ostatnich kilku lat, „sublimacja” tego, co napisałam. Teksty najistotniejsze dla kierunku cywilizacyjnych przemian, oczyszczone z cech tymczasowości, z nieco szerszą, zmienioną perspektywą.  Skierowaną do dzisiejszego, ale być może i „jutrzejszego” czytelnika?

                                                                                                                        

Elżbieta Królikowska-Avis    

Radio, które słucha – ks. ARTUR STOPKA o rozgłośni Ojca Dyrektora

Radio Maryja skończyło trzydzieści lat. Jest tylko zjawiskiem na rynku medialnym, czy czymś więcej?

 

Prezydenta RP co prawda nie było, ale był podpisany przez niego list, którego dwa pierwsze zdania brzmiały: „Ósmy grudnia 1991 roku to ważna data w dziejach polskiej radiofonii i Kościoła katolickiego w Polsce, a także w historii odradzającego się w wolnej Rzeczypospolitej społeczeństwa obywatelskiego. Tamtego dnia popłynęły w eter pierwsze audycje Radia Maryja”.

 

Dalej list mówił o tym, że rozgłośnia, która zaczynała skromnie, jako lokalne radio katolickie nadające w Toruniu i Bydgoszczy, dzisiaj, po 30 latach, jest słuchana przez tysiące Polaków w całym kraju i na wszystkich kontynentach. Prezydent przypomniał, że przez trzy dekady wokół Radia Maryja „narodziły się i wspaniale rozwinęły cenne inicjatywy religijne, medialne, edukacyjne, dobroczynne i patriotyczne”.

 

To tylko kurtuazja, czy rzeczywiście pojawienie się Radia Maryja to znacząca data dla medialnego rynku w naszym kraju?

 

Jedyna ogólnopolska społeczna

 

Z serwisu internetowego poświęconego edukacji medialnej (edukacjamedialna.edu.pl) każdy może się dowiedzieć, że rynek mediów tworzą: media, ich odbiorcy i użytkownicy oraz tzw. regulatorzy, czyli organizacje i instytucje, które kontrolują działalność mediów tradycyjnych. Ten sam serwis przypomina, że media są przedsiębiorstwami. „Oznacza to, że w swojej działalności kierują się nie tylko interesem odbiorców, otwartością czy misją, lecz także zyskiem finansowym” – wyjaśnia.

 

Jednak od razu wspomniany serwis dodaje, że są trzy podstawowe sposoby finansowania mediów. Pierwszy dotyczy mediów publicznych (których właścicielem jest społeczeństwo), finansowanych z abonamentu oraz reklam. Drugi odnosi się do mediów komercyjnych, finansowanych z prywatnego kapitału oraz reklam. Z punktu widzenia finansowania jest też trzeci rodzaj mediów – media społeczne, utrzymywane z pieniędzy właścicieli i z datków odbiorców. Radio Maryja należy do tej trzeciej grupy. Jako jeden z niewielu nadawców w naszym kraju. Jako jedyna rozgłośnia o zasięgu ogólnopolskim. Ale to nie jedyny element specyfiki radia z Torunia.

 

Poczucie przynależności i wartości

 

Dwa lata temu, przy okazji dwudziestych ósmych urodzin Radia Maryja, Patryk Wawrzyński, politolog z toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w wywiadzie opublikowanym w „Gazecie Pomorskiej” zwrócił uwagę, że Rodzina Radia Maryja niezmiennie od lat pozostaje jedną z najlepiej zorganizowanych sieci społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju. Wskazywał, że redemptorysta, o. Tadeusz Rydzyk, i jego współpracownicy odnieśli sukces tam, gdzie nie potrafiły dotrzeć ani instytucje państwa, ani inne organizacje charytatywne czy kościelne. Chodzi o to, że „dali starszym osobom poczucie przynależności i wartości, pielęgnując ich tradycjonalizm, nawet jeśli bywa on zaściankowy”. Zdaniem Wawrzyńskiego, z tego fundamentu wyrosła znacząca grupa interesu i sprawne lobby, które „pozwoliły zbudować wokół Radia Maryja imponującą korporację”.

 

Według politologa z Torunia, patrząc na o. Rydzyka jako przedsiębiorcę, widać człowieka sukcesu, który dostarczył kompleksowe usługi tam, gdzie nikt inny nie chciał, a do tego potrafił na tym dobrze zarobić. W ocenie Wawrzyńskiego dla większości słuchaczy Radia Maryja ojciec dyrektor stał się  „duchowym przywódcą, człowiekiem, który broni ich tradycyjnych wartości czy ludowego katolicyzmu”. Są mu wdzięczni, że stworzył ruch, który nadał im podmiotowość. Należąca do redemptorystów rozgłośnia sprawiła, że wykluczeni ludzie mogli poczuć się wspólnotą, a z czasem mieć konkretną siłę sprawczą w polskiej polityce.

 

Trend rozwijania odbiorcy

 

Ale to nie wszystko, jeśli chodzi o specyfikę Radia Maryja. Paweł Tkaczyk, strateg marki, który ma w swoim dorobku pracę dla wielkich światowych koncernów, już dawno na swojej stronie internetowej zachęcał, by budowania marki uczyć się od toruńskiej stacji – podobnie jak od Ewy Chodakowskiej czy Lady Gagi. Istotą jest sposób traktowania odbiorców. Wszystkie wymienione marki inwestują mocno w trend, który ekspert nazwał „rozwijaniem klienta”. W komunikacji z odbiorcami zwracają uwagę na chwalenie ich, nie siebie. W dwustronnej komunikacji regularnie dopuszczają ich do głosu, np. w formie „telefonu do radia”.

 

Tę postawioną przed laty diagnozę potwierdził sam o. Rydzyk w wywiadzie udzielonym kilka dni temu Polskiej Agencji Prasowej. Odnosząc się do prowadzonych na antenie rozmów z osobami dzwoniącymi do studia, wprost powiedział, że trzeba słuchaczom dać mówić. „To jest środek społecznego komunikowania. Ono nie polega tylko na mówieniu, ale i słuchaniu” – wyjaśnił i dodał: „Ludzie chcą rozmawiać ze sobą. I nigdy tej rozmowy nie dokończymy, dlatego jest audycja «Rozmowy niedokończone»”.

 

Przed mediami społecznościowymi

 

Zdaniem wspomnianego już politologa Patryka Wawrzyńskiego z UMK, dzięki przyjętej od początku strategii wobec odbiorców, jeszcze przed pojawieniem się mediów społecznościowych Radiu Maryja udało mu się zamknąć swoich słuchaczy w bańce informacyjnej, w której świat prezentowany jest w jednolity sposób. W jego ocenie to przestrzeń, w której nie dąży się do obiektywizmu, ważniejsze są ideologia i „specyficzna interpretacja nauczania Kościoła katolickiego”. Zdaniem toruńskiego badacza, na antenie pluralizm poglądów dopuszczalny jest więc wyłącznie w zakresie opinii akceptowanych przez ojca dyrektora.

 

Przedstawione wyżej spostrzeżenia mogą prowadzić do wniosku, że rozgłośnia redemptorystów już od dawna jest przygotowana do funkcjonowania w warunkach rosnącej, a nawet skrajnej polaryzacji poglądów, z którą mamy obecnie do czynienia w Polsce. Nie chodzi tylko o polaryzację w sferze politycznej. Także, coraz bardziej widocznej, polaryzacji postaw i poglądów w Kościele, wśród katolików.

 

Nie tylko na rynku mediów

 

W cytowanym wyżej wywiadzie o. Tadeusz Rydzyk stwierdził, że chciałby z audycjami radia docierać do wszystkich. Słuchalność kierowanej przez niego rozgłośni wynosi 2-4 proc. Trafia ona do konkretnej grupy odbiorców, która – na to zwrócił uwagę już dziesięć lat temu w swoich badaniach CBOS – nie jest zbiorowością w pełni homogeniczną. Choć większość słuchaczy stanowią „starsi, gorzej wykształceni, wierzący i praktykujący”, to jednak nie brak również ludzi młodszych, nieźle wykształconych. Łączy ich nie tylko określony typ religijności, ale również sposób postrzegania świata.

 

Można powiedzieć, że Radio Maryja jest nie tylko specyficznym zjawiskiem na rynku mediów adresowanych do Polaków (nie tylko tych mieszkających w kraju – Polonia w funkcjonowaniu toruńskiej rozgłośni odgrywa znaczącą rolę). Jest też zjawiskiem społecznym i politycznym. No i świetnie wypromowaną marką.

 

Ks. Artur Stopka